Gdyby ocean nosił twoje imię - Tahereh Mafi - ebook

49 osób właśnie czyta

Opis

Bestsellerowa autorka „Dotyku Julli” powraca z poruszającą i wyjątkową powieścią o sile miłości w świecie pełnym nienawiści.
Bycie inną nie musi oznaczać bycia gorszą. Ale świat nie jest idealny i Shirin naprawdę nie ma łatwego życia. Minęło kilkanaście miesięcy od głośnego zamachu z 11 września. To wyjątkowo burzliwy czas zwłaszcza dla szesnastoletniej muzułmanki, która nie zgadza się na to, co zgotował jej los.
Shirin doskonale wie, jak okropni mogą być ludzie. Jest zmęczona agresywnymi spojrzeniami, poniżającymi komentarzami, nawet przemocą fizyczną, które spotykają ją ze względu na hidżab.
Z każdym dniem bardziej zamyka się w sobie i coraz silniej oddaje muzyce i tańcu.
Wszystko jednak się zmienia, gdy na jej drodze staje Ocean James. Jest pierwszą osobą, która chce poznać prawdziwą Shirin. Ale czy dziewczyna jest gotowa, by komukolwiek zaufać? Zwłaszcza komuś z tak odmiennego od jej świata?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 268

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

Tytuł oryginału: A Very Large Expanse of Sea

 

Copyright © 2018 by Tahereh Mafi

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

Copyright © for the Polish translation

by Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadząca: Milena Buszkiewicz

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Joanna Pawłowska

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka | panbook.pl

Projekt okładki oryginalnej: Rodrigo Corral Design

Adaptacja polskiej wersji okładki oraz stron tytułowych: Daria Górecka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66431-29-4

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni autorki. Wszelkie podobieństwo

do osób prawdziwych jest całkowicie przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

 

 

 

 

1

 

 

 

 

 

Zawsze byliśmy w ruchu, zawsze dążyliśmy do tego, co lepsze, do lepszego życia czy czegoś w tym stylu. Nie mogłam nadążyć za tymi emocjonalnymi turbulencjami. Chodziłam do tylu różnych szkół, że nie pamiętałam już wszystkich ich nazw, a przez te ciągłe zmiany odechciewało mi się żyć. To było dla mnie już trzecie liceum w przeciągu niecałych dwóch lat i moje życie nagle wydawało się polegać na codziennym zmaganiu się z taką ilością śmierdzącego kupska, że czasami brakowało mi sił, by ruszyć ustami. Martwiłam się, że jeśli się odezwę albo krzyknę, mój gniew złapie za brzegi otwartych ust i rozerwie mnie na pół.

Dlatego milczałam.

Był wtedy koniec sierpnia, panował straszny żar i czasami tylko lekko zawiało. Otaczały mnie wykrochmalone plecaki i sztywne dżinsy dzieciaków, które pachniały jak świeży plastik. Wydawały się szczęśliwe.

Westchnęłam i zamknęłam szafkę.

Dla mnie ten dzień był tylko kolejnym pierwszym dniem w nowej szkole w nowym mieście, więc robiłam to, co zawsze w takiej sytuacji: nie patrzyłam na ludzi. Oni ciągle się na mnie gapili, a kiedy odpowiadałam im spojrzeniem, uznawali to za zaproszenie do odezwania się, a gdy coś do mnie mówili, prawie zawsze było to coś obraźliwego, głupiego albo jedno i drugie. Dawno temu postanowiłam udawać, że nie istnieją – tak było łatwiej.

Zdołałam jakoś przetrwać trzy pierwsze lekcje tego dnia bez większych incydentów, jednak wciąż miałam problem z odnajdywaniem drogi w samym budynku. Następne zajęcia miały się najwyraźniej odbyć po drugiej stronie kampusu, a ja próbowałam dociec, gdzie właściwie się znajduję – sprawdzając numery klas w nowym planie lekcji – kiedy zadzwonił ostatni dzwonek. W czasie, jaki zajęło mojej mocno zdumionej osobie zerknięcie na zegarek, masy uczniów dokoła zniknęły. Nagle znalazłam się sama w długim, wyludnionym korytarzu, a plan lekcji był teraz zgniecioną kulką w mojej zaciśniętej dłoni. Zamknęłam oczy i zaklęłam pod nosem.

Kiedy wreszcie znalazłam swoją klasę, byłam już spóźniona siedem minut. Otworzyłam drzwi, zawiasy lekko zaskrzypiały i uczniowie obrócili głowy w moją stronę. Nauczyciel przestał mówić, jego usta wciąż ułożone były do ostatniego dźwięku, twarz zamarła między jedną miną a drugą.

Zamrugał.

Odwróciłam od niego wzrok, czując, jak ściany pokoju napierają na mnie ze wszystkich stron. Wślizgnęłam się na najbliższe puste siedzenie, nie odzywając się ani słowem. Wyciągnęłam z torby zeszyt. Sięgnęłam po długopis. Ledwo oddychałam, czekając, aż ta dziwna chwila minie, aż uczniowie z powrotem odwrócą się do nauczyciela, aż on zacznie znowu mówić. Nagle chrząknął i oznajmił:

– Tak czy inaczej, jak już wspominałem, nasz sylabus zakłada całkiem sporo obowiązkowych lektur, a ci, którzy są tutaj nowi – zawahał się, zerknął na trzymany harmonogram – mogą być nieprzyzwyczajeni do intensywnej nauki i, eee, wymagającego programu. – Zamilkł. Znowu się zawahał. Zmrużył oczy, patrząc na kartkę, po czym rzucił zupełnie bez związku z powyższym: – A teraz, przepraszam, jeśli źle wymawiam, ale czy jesteś może… Sharon? – Podniósł wzrok i popatrzył mi prosto w oczy.

– Shirin – odparłam.

Uczniowie znowu na mnie popatrzyli.

– Aha. – Mój nowy nauczyciel, pan Webber, nie próbował drugi raz wymówić mojego imienia. – Witaj. – Nic nie odpowiedziałam. – A więc. – Uśmiechnął się. – Mam nadzieję, że rozumiesz, że to język angielski dla rodzimych użytkowników.

Zbił mnie z tropu. Nie byłam pewna, co spodziewał się ode mnie usłyszeć po tak oczywistym stwierdzeniu.

– T-tak? – wydukałam po chwili.

Pokiwał głową, po czym zaśmiał się i powiedział:

– Skarbie, wydaje mi się, że pomyliłaś sale.

Miałam na końcu języka, żeby nie mówił do mnie „skarbie”. Żeby w ogóle nic do mnie nie mówił, nigdy.

– Jestem we właściwej sali – rzuciłam zamiast tego i podniosłam zgnieciony plan zajęć.

Pan Webber pokręcił głową, nie przestając się uśmiechać.

– Nic się nie przejmuj, to nie twoja wina. To się czasami zdarza nowym uczniom. Sala do nauki angielskiego jako języka obcego jest tuż…

– Jestem na właściwych zajęciach, okej? – powiedziałam trochę ostrzej, niż zamierzałam. – Jestem w dobrym miejscu.

Ciągle przytrafiają mi się takie rzeczy.

Nieważne, że nie miałam praktycznie żadnego akcentu. Nieważne, że powtarzałam ludziom, raz za razem, że urodziłam się w Ameryce, że angielski to mój język ojczysty, że moi kuzyni z Iranu śmiali się ze mnie za mówienie kiepsko po persku z amerykańskim akcentem. To wszystko było nieważne. Każdy zakładał, że dopiero co zeszłam z łodzi po podróży z dalekiego kraju.

Uśmiech pana Webbera jakby przygasł.

– Aha. Okej.

Uczniowie dokoła zaczynali się już śmiać i poczułam, że robię się czerwona. Spuściłam wzrok i otworzyłam pusty zeszyt na przypadkowej stronie, licząc, że dzięki temu zakończę tę rozmowę.

Tak się jednak nie stało, a pan Webber podniósł ręce i powiedział:

– Słuchaj, ja bym cię tu zostawił, dobra? Ale to naprawdę zaawansowane zajęcia i chociaż nie wątpię, że twój angielski jest świetny, mimo wszystko…

– Mój angielski nie jest świetny. Mój angielski jest zajebisty.

Resztę lekcji spędziłam w gabinecie dyrektora.

Wysłuchałam surowej pogadanki o tym, jakiego rodzaju zachowania oczekuje się po uczniach tej szkoły, i zostałam ostrzeżona, że jeśli zamierzam być otwarcie wroga i niechętna do współpracy, może to nie jest miejsce dla mnie. Na koniec dostałam karę za używanie wulgarnego języka i musiałam zostać po lekcjach. Dyrektor jeszcze wrzeszczał, kiedy zadzwonił dzwonek na przerwę obiadową. W końcu mnie zwolnił, więc zebrałam szybko swoje rzeczy i uciekłam.

Nie śpieszyłam się nigdzie konkretnie; chciałam tylko znaleźć się z dala od ludzi. Miałam jeszcze dwie lekcje po przerwie obiadowej, ale nie byłam pewna, czy dam radę; wykorzystałam już zapasy tolerancji na głupotę.

Trzymałam właśnie tacę z obiadem na kolanach, siedząc w kabinie w toalecie, z głową między dłońmi jak w imadle, kiedy zawibrowała moja komórka. To była wiadomość od mojego brata.

 

co robisz?

jem obiad

gowno prawda. gdzie się ukrywasz?

w lazience

co? dlaczego?

a co mam robic

przez 37 minut?

gapic

się na ludzi?

 

A potem powiedział mi, żebym wylazła z łazienki i zjadła obiad razem z nim. Najwyraźniej szkoła zdążyła już wysłać całą bandę nowych przyjaciół w uznaniu jego ślicznej buźki, a ja powinnam do niego dołączyć, zamiast się ukrywać.

 

nie dzieki

 

Odpisałam, po czym wyrzuciłam obiad do śmieci i schowałam się w bibliotece do czasu, aż nie zadzwonił dzwonek.

Mój brat był ode mnie dwa lata starszy; prawie zawsze chodziliśmy do tej samej szkoły w tym samym czasie. Tylko że on nie nienawidził przeprowadzek tak jak ja; nie zawsze cierpiał w nowym mieście.

Istniały dwie zasadnicze różnice między nim a mną: po pierwsze on był niesamowicie przystojny, a po drugie nie chodził z metaforycznym neonem wyświetlającym ostrzeżenie: UWAGA, TERRORYSTKA.

Bez kitu, laski ustawiały się w kolejce, żeby oprowadzić go po szkole. Był tym przystojnym nowym chłopakiem. Interesujący facet z interesującą przeszłością i interesującym imieniem. Przystojny chłopak o egzotycznej urodzie, którego te wszystkie śliczne dziewczyny ostatecznie wykorzystałyby do zaspokojenia własnej potrzeby eksperymentowania i chwilowego buntu przeciwko rodzicom. Zdążyłam się już nauczyć w przykry sposób, żeby nie jadać obiadów z nim i jego znajomymi. Za każdym razem, gdy pojawiałam się na stołówce z podkulonym ogonem i dumą w kieszeni, całe pięć sekund zajmowało mi przekonanie się, że nowe koleżanki brata były dla mnie miłe wyłącznie po to, by zaskarbić sobie jego sympatię.

Wolałam jeść w toalecie.

Wmawiałam sobie, że mnie to nie obchodzi, ale oczywiście obchodziło. Musiało. Wiadomości nie pozwalały mi już swobodnie oddychać. Jedenasty września wydarzył się poprzedniej jesieni, dwa tygodnie po tym, jak zaczęłam pierwszą klasę, a kilka tygodni później dwóch kolesi zaatakowało mnie, gdy wracałam do domu ze szkoły, a najgorsze – najgorsze – było to, że jeszcze przez kilka dni to wypierałam, a przez kolejne zastanawiałam się, dlaczego to się stało. Przez cały ten czas liczyłam, że wyjaśnienie okaże się bardziej skomplikowane, że za ich czynami stało coś więcej niż tylko czysta, ślepa nienawiść. Chciałam, żeby istniał jakiś inny powód, dla którego dwóch obcych ludzi poszło za mną do mojego domu, dla którego zerwali mi chustę z głowy i próbowali nią udusić. Nie rozumiałam, jak to możliwe, że ktoś jest tak wściekły na mnie za coś, czego nie zrobiłam. Do tego stopnia, że usprawiedliwił sam przed sobą zaatakowanie mnie w środku dnia, gdy szłam ulicą.

Nie chciałam tego zrozumieć.

Ale tak było.

Nie obiecywałam sobie zbyt wiele po naszej przeprowadzce tutaj, lecz i tak z rozczarowaniem odkryłam, że nowa szkoła nie jest w niczym lepsza od poprzedniej. Utknęłam w małym miasteczku, uwięziona w kolejnym świecie zaludnionym przez osoby, które takie twarze jak moja widziały wyłącznie w telewizji. Nie mogłam tego znieść. Nienawidziłam tych wykańczających, samotnych miesięcy, których potrzebowałam na przyzwyczajenie się do nowej szkoły; nienawidziłam tego, jak wiele czasu zajmuje koleżankom i kolegom zorientowanie się, że nie jestem ani przerażająca, ani niebezpieczna; nienawidziłam tego żałosnego, wyniszczającego wysiłku, jaki wiązał się ze znalezieniem chociaż jednego przyjaciela, z którym mogłabym posiedzieć w miejscu publicznym. Tyle razy musiałam już przerabiać to od początku, że czasami naprawdę wolałabym walić głową w ścianę. Jedyne, czego chciałam w tej chwili od świata, to żeby był doskonale zwyczajny. Chciałam wiedzieć, jak to jest przechodzić przez jakieś pomieszczenie i nie czuć na sobie niczyjego wzroku. Niestety wystarczyło jedno spojrzenie na kampus i już straciłam całą nadzieję na wtopienie się w tłum.

Uczniowie w większości składali się z homogenicznej masy jakichś dwóch tysięcy zapalonych fanów koszykówki. Zdążyłam już minąć kilkadziesiąt plakatów – i ogromny baner wiszący nad drzwiami wejściowymi – na cześć drużyny, która nawet nie rozpoczęła jeszcze sezonu. Do ścian korytarza przyklejono wielkie, czarno-białe cyfry, które miały przypominać przechodniom, by odliczali dni do pierwszego meczu.

Mnie koszykówka kompletnie nie interesowała.

Zamiast dni liczyłam beznadziejne teksty, które usłyszałam tego dnia. Trzymałam się długo czternastu, dopóki nie poszłam na następną lekcję i dzieciak mijający mnie na korytarzu nie zapytał, czy noszę to coś na głowie, by ukrywać bomby. Zignorowałam go, po czym jego kumpel oznajmił, że pewnie ukrywam łysinę; jego też zignorowałam. Kiedy jednak trzeci rzucił, że w rzeczywistości pewnie jestem facetem i po to mi ta chusta, kazałam im wreszcie spieprzać, podczas gdy oni gratulowali sobie wysnucia doskonałych hipotez. Nie miałam pojęcia, jak te siurki wyglądają, bo nie zaszczyciłam ich spojrzeniem, ale myślałam tylko o jednym – siedemnaście, siedemnaście – w drodze do następnej klasy, gdzie pojawiłam się o wiele za wcześnie i w ciemności czekałam, aż przyjdzie reszta.

Właśnie to, regularne zastrzyki trucizny serwowane mi przez zupełnie obcych ludzi, było największym minusem noszenia chusty na głowie. Największa zaleta? Nauczyciele nie widzieli, że słuchałam muzyki.

Chusta idealnie zakrywała słuchawki.

Muzyka czyniła mój dzień o wiele łatwiejszym do przebrnięcia. Maszerowanie przez szkolny korytarz było łatwiejsze; siedzenie cały czas samej było łatwiejsze. Podobało mi się to, że nikt nawet nie wiedział, że czegoś słucham, a ponieważ nikt nie wiedział, nikt nie prosił mnie o wyłączenie muzyki. Przeprowadziłam wiele rozmów z nauczycielami, którzy nie mieli pojęcia, że poświęcam tylko połowę swojej uwagi temu, co do mnie mówią, a ta myśl z jakiegoś powodu dawała mi radość. Muzyka stanowiła dla mnie dodatkowe podparcie, jak drugi szkielet. Pomagała mi się utrzymać, gdy moje kości za bardzo się trzęsły. Bez przerwy słuchałam muzyki na iPodzie ukradzionym bratu w zeszłym roku, zaraz po tym, jak go kupił, i szłam do klasy przy akompaniamencie ścieżki dźwiękowej mojego własnego gównianego filmu. W niewytłumaczalny sposób dawało mi to nadzieję.

Kiedy uczniowie mojej ostatniej lekcji tego dnia wreszcie się zebrali, ja już obserwowałam nauczyciela, w ogóle go nie słuchając. Moje myśli uciekały daleko; co chwilę spoglądałam na zegar, tak się nie mogłam doczekać końca. Dzisiaj dziury w mojej głowie wypełniali Fugees. Gapiłam się na piórnik, obracając go bez końca w palcach. Naprawdę lubiłam mechaniczne ołówki. Takie ładne. Właściwie to miałam ich małą kolekcję, a dostałam ją od dawnej przyjaciółki sprzed czterech wyprowadzek. Ołówki były delikatne, kolorowe i brokatowe, a do zestawu dołączone były urocze gumki do ścierania i naprawdę śliczny piórnik z rysunkową owcą, która mówi „nie lekceważ mnie tylko dlatego, że jestem owcą”. Zawsze uważałam, że to strasznie fajne i dziwne. Przypominałam sobie to wszystko teraz, uśmiechając się pod nosem, kiedy ktoś trącił mnie w ramię. Mocno.

– Słucham? – powiedziałam niechcący zbyt głośno, odwracając się. Jakiś koleś. Wystraszony. – No co? – rzuciłam znowu, już zirytowana.

Powiedział coś, ale go nie słyszałam. Wyciągnęłam iPoda z kieszeni i włączyłam pauzę.

– Eee. – Chłopak zamrugał. Zaraz się uśmiechnął, ale jakoś niepewnie. – Słuchasz muzyki pod tym czymś?

– Potrzebujesz czegoś?

– O, nie. Nie, tylko niechcący zahaczyłem cię książką. Nie chciałem. A potem cię przeprosiłem, ale nie słyszałaś.

– Okej. – Odwróciłam się i z powrotem włączyłam muzykę.

Dzień jakoś minął.

Ludzie mieli poważne kłopoty z wymówieniem mojego imienia, nauczyciele nie wiedzieli, co właściwie ze mną począć, a ten od matematyki popatrzył na moją twarz i wygłosił pięciominutową przemowę o tym, jak to ludzie, którzy nie kochają tego kraju, powinni po prostu wrócić tam, skąd przybyli – ja tymczasem tak mocno wbijałam wzrok w podręcznik, że musiało minąć jeszcze kilka dni, zanim pozbyłam się powidoków równania kwadratowego z oczu.

Nikt z klasy się do mnie nie odezwał, nie licząc tego chłopaka, który przypadkiem zaatakował moje ramię książką od biologii.

Chciałabym, żeby mnie to nie obchodziło.

 

Tego dnia wracałam do domu, czując jednocześnie ulgę i przygnębienie. Wiele mnie kosztowało wzniesienie murów chroniących przed złamanym sercem, a na koniec byłam taka zmęczona emocjonalnym wysiłkiem, że czasami moje ciało wydawało się roztrzęsione. Szłam chodnikiem, który prowadził do mojego domu, próbując się uspokoić i przegonić z głowy tę gęstą mgłę smutku, kiedy jakiś samochód zwolnił na chwilę, by kobieta mogła wrzasnąć do mnie, że w Ameryce powinnam się ubierać tak, jak inni ludzie stąd. Sama nie wiem, byłam już taka cholernie zmęczona, że nie potrafiłam wskrzesić w sobie gniewu, nawet pokazując jej swój piękny, wyprostowany środkowy palec.

Jeszcze tylko dwa i pół roku, powtarzałam sobie w duchu.

Jeszcze dwa i pół roku, aż wreszcie uwolnię się z tego panoptikum zwanego szkołą średnią, od tych potworów zwanych ludźmi. Nie mogłam się doczekać ucieczki od tych idiotów. Chciałam iść do college’u, zacząć własne życie. Musiałam tylko jakoś przetrwać do tego czasu.

 

 

 

 

2

 

 

 

 

 

Moi rodzice byli właściwie całkiem fajni jak na przedstawicieli rodzaju ludzkiego. Jako dumni imigranci z Iranu cały dzień ciężko pracowali, żeby uczynić moje życie – i mojego brata – lepszym. Każda kolejna przeprowadzka służyła temu, byśmy znaleźli się w lepszej okolicy, w większym domu, w lepszej szkole z lepszymi perspektywami na przyszłość. Moi rodzice nigdy nie przestawali walczyć. Nigdy nie przestawali działać. Wiedziałam, że mnie kochają. Ale musicie wiedzieć, bez owijania w bawełnę, że kompletnie nie mieli cierpliwości do moich problemów, bo uważali je za nieistotne.

Nigdy nie rozmawiali z moimi nauczycielami. Nigdy nie dzwonili do szkoły. Nigdy nie grozili, że zadzwonią do matki jakiegoś dzieciaka, bo ten rzucił we mnie kamieniem. Odkąd tylko pamiętam, ludzie wylewali na mnie pomyje, bo miałam niewłaściwe imię/pochodzenie/religię i status socjoekonomiczny, jednak moje życie było łatwe w porównaniu do życia moich rodziców, więc naprawdę nie potrafili zrozumieć, dlaczego nie budziłam się każdego ranka ze śpiewem na ustach. Historia mojego taty była tak szalona – zupełnie sam opuścił dom i pojechał do Ameryki, gdy miał szesnaście lat – że ta część z zaciągnięciem się do wojska i udziałem w wojnie w Wietnamie wydawała się jednym z pozytywnych epizodów. Kiedy byłam jeszcze dzieckiem i skarżyłam się mamie, że dzieci w szkole są dla mnie niemiłe, głaskała mnie po główce i opowiadała, jak to przeżyła wojnę i prawdziwą rewolucję, a gdy miała piętnaście lat, ktoś rozbił jej czaszkę na środku ulicy, a jej koleżanka została wybebeszona jak ryba, więc hej, może zjedz swoje cheerios i przejdź się na spacer, ty rozpieszczony amerykański bachorze.

Zjadłam swoje płatki. O niczym więcej nie wspominałam.

Kochałam swoich rodziców, naprawdę. Tylko nigdy nie rozmawiałam z nimi na temat swojego bólu. Nie da się wywołać współczucia u matki i ojca, którzy uważali, że mam szczęście, chodząc do szkoły, gdzie nauczyciele tylko mówią złe rzeczy, a nie przetrzepują mi skóry.

Dlatego przestałam o tym mówić.

Wracałam ze szkoły do domu i ignorowałam zbyt liczne pytania rodziców o to, jak minął mi dzień. Odrabiałam pracę domową i znajdowałam sobie jakieś zajęcie. Czytałam dużo książek. To takie typowe, wiem, samotny dzieciak i jego książki, ale ten dzień, kiedy brat wszedł do mojego pokoju i rzucił we mnie egzemplarzem Harry’ego Pottera, mówiąc: „Wygrałem to w szkole i wygląda, jakby mogło ci się spodobać”, był najlepszym dniem mojego życia. Tych kilku przyjaciół, jakich miałam poza postaciami fikcyjnymi, stało się niewiele więcej niż wspomnieniami, a nawet te szybko blakły. Wiele straciłam w trakcie naszych przeprowadzek – rzeczy, przedmioty, ruchomości – lecz nic tak nie bolało jak utrata ludzi.

Tak czy inaczej, zostałam sama.

Za to mój brat ciągle był zajęty. Kiedyś byliśmy sobie całkiem bliscy, byliśmy przyjaciółmi, ale potem pewnego dnia obudził się i odkrył, że jest fajny i przystojny, a ja nie – wręcz przeciwnie, samo moje istnienie wywoływało u ludzi gęsią skórkę. Jakoś straciliśmy kontakt. Sama nie wiem, nie zrobiliśmy tego celowo. Mój brat po prostu zawsze miał się z kim spotkać, co robić, do kogo zadzwonić. A ja nie. Mimo to go lubiłam. Kochałam nawet. Był dobrym kolesiem i nie wkurzał mnie jak inni.

 

Pierwsze trzy tygodnie szkoły jakoś przetrwałam i niewiele mam o nich do opowiedzenia. Nic ekscytującego. Nuda. Interakcje z ludźmi ograniczyłam do minimum, a resztę czasu spędzałam na słuchaniu muzyki. Czytaniu. Przeglądaniu „Vogue’a”. Naprawdę interesowała mnie wyrafinowana moda, na którą nigdy nie będzie mnie stać, i mogłam całe weekendy spędzać na przeszukiwaniu tanich sklepów, starając się znaleźć rzeczy przywodzące mi na myśl najlepsze stylizacje z wybiegu, które później, w zaciszu sypialni, próbowałam odtworzyć. Niestety szycie na maszynie opanowałam tyle o ile, a najlepsze prace wykonywałam ręcznie. Mimo to nieustannie łamałam igły i niechcący się kłułam, pokazując się potem w szkole z plastrami na palcach, przez co nauczyciele patrzyli na mnie jeszcze bardziej podejrzliwie niż zwykle. Tak czy inaczej, miałam jakieś zajęcie. Była dopiero połowa września, a ja już praktycznie miałam szkołę w tyłku.

Po kolejnym ekscytującym dniu spędzonym w panoptikum zaległam na kanapie. Rodzice nie zdążyli jeszcze wrócić z pracy, a brat podziewał się nie wiadomo gdzie. Westchnęłam, włączyłam telewizję i zdjęłam chustę z głowy. Rozpuściłam kucyk i przeczesałam dłonią włosy. Opadłam na oparcie.

Każdego popołudnia właśnie o tej godzinie leciały powtórki Matlock i ze wstydem przyznaję, że je uwielbiałam. Uwielbiałam Matlock. Serial nakręcono jeszcze przed moimi narodzinami, a opowiada o bardzo starym i bardzo drogim adwokacie o nazwisku Matlock, który rozwiązywał sprawy kryminalne za góry pieniędzy. W tamtych czasach oglądali go tylko emeryci, ale nie przeszkadzało mi to. Często czułam się jak bardzo stara osoba uwięziona w ciele dziewczyny; Matlock był w sam raz dla mnie. Do szczęścia potrzebowałam tylko miseczki suszonych śliwek i szklanki soku jabłkowego. Zaczynałam się zastanawiać, czy przypadkiem lodówka nie skrywała jeszcze gdzieś tych pyszności, kiedy usłyszałam, że brat wraca do domu.

Z początku w ogóle się tym nie przejęłam. Krzyknął „cześć!”, a ja coś mruknęłam pod nosem w odpowiedzi. Matlock właśnie wymiatał i nie zamierzałam odwracać wzroku od telewizora.

– Hej, nie słyszałaś mnie?

Podniosłam głowę. Zobaczyłam twarz brata.

– Przyprowadziłem znajomych – wytłumaczył i nawet wtedy jeszcze nie do końca to do mnie dotarło. Dopiero kiedy jeden z chłopaków wszedł do salonu, wstałam tak szybko, że prawie się przewróciłam.

– Co, do cholery, Navid? – syknęłam i złapałam za chustę. Była z pashminy i normalnie bardzo łatwo było ją założyć, ale w tamtej chwili zaczęłam się z nią szarpać, zażenowana, na szczęście w końcu jakoś udało mi się ją wcisnąć na głowę. Chłopak tylko się do mnie uśmiechnął.

– Och, nic się nie przejmuj – rzucił szybko. – Jestem w jakichś osiemdziesięciu procentach gejem.

– To miło – odpowiedziałam z irytacją. – Ale tu nie chodzi o ciebie.

– Poznaj Bijana – dodał Navid i ledwo powstrzymał się od śmiechu, kiedy kiwnął głową na nowego chłopaka, który miał tak perskie rysy, że aż nie mogłam w to uwierzyć; nie spodziewałam się zobaczyć w tym miasteczku innych ludzi z Bliskiego Wschodu. Tylko że Navid teraz już śmiał mi się prosto w twarz, po czym poznałam, że muszę wyglądać idiotycznie, stojąc tak z byle jak założoną chustą. – Carlos i Jacobi są…

– Cześć.

Pobiegłam na górę.

Kilka minut zastanawiałam się intensywnie, maszerując w kółko po sypialni, jak żenujący był ten incydent. Czułam się zawstydzona i głupia, przyłapana w ten sposób, ale wreszcie postanowiłam, że chociaż wydarzyło się coś żenującego, to znowu nie na tyle, żebym miała się tutaj chować godzinami bez jedzenia. Dlatego związałam włosy w kucyk, powoli założyłam chustę – nie lubiłam jej przypinać, więc zazwyczaj tylko owijałam nią luźno głowę, przerzucając sobie dłuższe końce przez ramiona – i wróciłam na dół.

Gdy weszłam do salonu, moim oczom ukazało się czterech chłopaków siedzących na kanapie i jedzących coś, co wyglądało jak cała zawartość naszej spiżarki. Jeden z nich nawet znalazł torebkę suszonych śliwek i właśnie zajmował się wpychaniem ich do ust.

– Hej. – Navid podniósł wzrok.

– Cześć.

Chłopak ze śliwkami też na mnie popatrzył.

– Czyli to ty jesteś tą młodszą siostrą?

Skrzyżowałam ręce na piersi.

– To jest Carlos – oznajmił Navid. Kiwnął głową na drugiego kolesia, którego jeszcze nie poznałam, naprawdę wysokiego i czarnoskórego, i dodał: – A to Jacobi.

Jacobi pomachał bez przekonania ręką, nawet nie patrząc w moją stronę. Właśnie wyjadał nugat z wodą różaną, który siostra mojej mamy przysłała z Iranu. Wątpiłam, by wiedział, co to w ogóle jest.

Nie pierwszy raz nie potrafiłam pojąć, jak nastolatkowie mieszczą to wszystko w żołądkach. Brzydziło mnie to tak bardzo, że nawet nie umiałam tego wyrazić słowami. Navid jako jedyny niczego w tej chwili nie jadł; zamiast tego pił jeden z tych obrzydliwych koktajli białkowych.

Bijan obrzucił mnie taksującym spojrzeniem i powiedział:

– Wyglądasz lepiej.

Zmrużyłam oczy.

– Jak długo zamierzacie tu siedzieć?

– Nie bądź niemiła – odparł Navid, nawet nie podnosząc wzroku. Klęczał na podłodze i gmerał coś przy VCR. – Chciałem im pokazać Breakin’.

Byłam bardziej niż trochę zaskoczona.

Breakin’ to jeden z moich ulubionych filmów.

Nie pamiętam, w jaki sposób dokładnie zaczęła się nasza obsesja, ale zawsze uwielbialiśmy z bratem filmy z breakdance’em. Filmy o breakdansie; trwające całe godziny konkursy breakdance’owe z całego świata; cokolwiek, byle z breakdance’em. Ta miłość do zapomnianego sportu łączyła nas mimo różnic. Breakin’ znaleźliśmy na pchlim targu kilka lat temu i zdążyliśmy obejrzeć już co najmniej dwadzieścia razy.

– Dlaczego? – zapytałam. Usiadłam na fotelu, podciągnęłam nogi pod siebie. Nigdzie się nie wybierałam. Breakin’ to jedna z niewielu rzeczy, które podobały mi się bardziej niż Matlock. – Co to za okazja?

Navid odwrócił się i uśmiechnął do mnie.

– Chcę założyć zespół breakdance’owy.

Wbiłam w niego wzrok.

– Ty tak na serio?

Rozmawialiśmy o tym już wielokrotnie: jakby to było tańczyć breakdance – naprawdę się go nauczyć i występować – ale nigdy nie zrobiliśmy nic konkretnego w tym kierunku. To coś, o czym myślałam od lat.

Wtedy Navid wstał. Uśmiechnął się szerzej. Widział, że jestem strasznie podekscytowana.

– Wchodzisz w to?

– Ja pierdolę, oczywiście – odpowiedziałam cicho.

W tym samym momencie do pokoju weszła moja mama i pacnęła mnie drewnianą łyżką w tył głowy.

– Fosh nadeh – rzuciła. „Nie przeklinaj”.

Potarłam bolące miejsce.

– Cholera, mamo. To gówno boli.

Pacnęła mnie jeszcze raz.

– Cholera.

– Kto to? – zapytała, pokazując na nowych przyjaciół mojego brata.

Navid szybko ich przedstawił, a mama przyjrzała się ich uczcie i pokręciła głową.

– Een chiyeh? – rzuciła. „Co to ma być?” A potem dodała, już po angielsku: – To nie jest jedzenie.

– Tylko to mieliśmy – odparł Navid. Co w sumie było prawdą. Moi rodzice nigdy, przenigdy nie kupowali śmieciowego jedzenia. W naszym domu nie uświadczyło się chipsów albo ciasteczek. Kiedy chciałam coś przekąsić, mama dawała mi ogórka.

Teraz westchnęła dramatycznie po komentarzu Navida i zaczęła szykować dla nas prawdziwe jedzenie. Potem powiedziała coś po persku o tym, ile lat uczyła nas gotować i że jeśli jutro po powrocie z pracy nie zastanie jakiegoś obiadu, dostaniemy wciry – i byłam tylko w czterdziestu procentach pewna, że żartowała.

Navid sprawiał wrażenie zirytowanego i prawie wybuchnęłam śmiechem, kiedy mama odwróciła się i zapytała:

– A jak w szkole?

Mój uśmiech znikł tak szybko, jak się pojawił. Wiedziałam oczywiście, że nie chodzi jej o moje życie towarzyskie. Mama chciała wiedzieć, jak się mają moje stopnie. Spędziłam w szkole niecały miesiąc, a ona już wypytywała o moje stopnie.

– Dobrze – odpowiedziałam.

Pokiwała głową, a potem zniknęła. Zawsze miała coś do roboty, trwała w nieustannym ruchu, poświęcała się działaniu.

Odwróciłam się do brata.

– No i?

– Spotykamy się jutro po szkole.

– I jeśli dostaniemy nauczyciela jako opiekuna, będziemy mogli zrobić z tego oficjalny szkolny klub – dodał Carlos.

– Nieźle. – Uśmiechnęłam się szeroko do brata.

– No nie?

– Tylko, wiesz co, taki szczegół – rzuciłam, marszcząc czoło. – Chyba o czymś zapomniałeś, nie uważasz? – spytałam, a Navid uniósł brew. – Kto nauczy nas tańczyć?

– Ja – odparł z uśmiechem.

Mój brat miał ławkę do wyciskania, która zajmowała połowę pokoju. Znalazł ją któregoś dnia przy śmietniku, rozłożoną i zardzewiałą, po czym przytargał do jednego z naszych poprzednich mieszkań, naprawił, pomalował i powoli zaczął zbierać do niej ciężary. Ciągnął to coś ze sobą przy każdej przeprowadzce. Uwielbiał trenować. Biegać. Boksować. Kiedyś chodził na zajęcia gimnastyczne, dopóki nie stały się zbyt kosztowne, i chyba w sekrecie marzył o zostaniu osobistym trenerem. Zaczął ćwiczyć w wieku dwunastu lat, był chodzącą górą mięśni praktycznie bez grama tłuszczu i wiedziałam to dlatego, że lubił regularnie sprawdzać poziom tkanki tłuszczowej. Kiedyś rzuciłam „gratulacje”, po czym on uszczypnął mnie w ramię, ściągnął usta i stwierdził: „nieźle, ale przydałoby ci się wrzucić trochę mięsa” i od tamtej pory zmuszał mnie do ćwiczenia razem z nim na tej jego ławce.

Dlatego kiedy powiedział, że to on nauczy nas tańczyć breakdance, uwierzyłam mu.

Tylko że wtedy zaczęło się robić dziwnie.

 

 

 

 

3

 

 

 

 

 

To się często działo w szkole średniej – dobieranie się w pary na zajęciach w laboratorium. Co za gówno. Nienawidziłam tego. Zawsze było to dla mnie drogą przez mękę, ten krępujący, drażniący wstyd, że nie mam z kim pracować. Musiałam na koniec zajęć podchodzić do nauczycielki i po cichu tłumaczyć, że nie mam pary, że mogłabym pracować sama, jeśli to możliwe, a gdy odmawiała, uśmiechając się błogo, przekonana, że wyświadcza mi przysługę, dołączając mnie do jakiejś istniejącej pary, która cieszyła się pracą we dwoje, a nie w trójkę, Chryste Panie…

Cóż, tym razem było inaczej.

Tym razem Bóg spojrzał z góry i nalał nauczycielce trochę rozumu do głowy, a ta podzieliła nas na przypadkowe pary, wybierając je według miejsc, w których siedzieliśmy. W taki właśnie sposób doszło do tego, że musiałam oskórować martwego kota z chłopakiem, który w pierwszym dniu szkoły uderzył mnie podręcznikiem do biologii.

Nazywał się Ocean.

Ludziom wystarczy jedno spojrzenie na moją twarz, by zaczęli spodziewać się dziwnego imienia, ale kiedy popatrzyłam na tego chłopaka wyglądającego jak skrzyżowanie Kena i Barbie, do głowy by mi nie przyszło, że nosi imię Ocean.

– Mam dziwnych rodziców – stwierdził, jakby to wszystko wyjaśniało.

Wzruszyłam ramionami.

W ciszy zajęliśmy się skórowaniem martwego kota, głównie dlatego, że to strasznie obrzydliwe i nikt z nas nie chciał opowiadać o nacinaniu mokrego ciała, które śmierdziało formaliną, a ja myślałam tylko o tym, jaka szkoła jest głupia i co my tutaj w ogóle wyprawiamy, dlaczego wymaga się od nas takich rzeczy i Boże, to takie chore, tak strasznie chore. Nie mogłam uwierzyć, że mieliśmy pracować nad tym samym, zdechłym kotem przez całe dwa miesiące…

– Nie mogę zostać długo, ale mam trochę wolnego czasu po szkole – powiedział Ocean.

Jego stwierdzenie wydało się niespodziewane, ale zaraz zdałam sobie sprawę, że mówił już od jakiegoś czasu. Tak się skupiłam na tym marnym skalpelu w dłoni, że nie zwróciłam na to uwagi.

Podniosłam na niego wzrok.

– Słucham?

Właśnie wypełniał sprawozdanie z laborek.

– Musimy jeszcze napisać raport z dzisiejszych odkryć – powiedział i popatrzył na zegar. – A zaraz zadzwoni dzwonek. Dlatego chyba przydałoby się spotkać po szkole. – Spojrzał na mnie. – Racja?

– No, w sumie. Tylko że ja po lekcjach nie mogę.

Oceanowi trochę zarumieniły się uszy.

– Aha – rzucił. – Dobra. Rozumiem. Ty nie… No, nie pozwalają ci, wiesz…

– Wow – palnęłam, otwierając szeroko oczy. – Wow. – Pokręciłam głową, umyłam ręce i westchnęłam.

– Co wow? – zapytał Ocean cicho.

Popatrzyłam na niego.

– Słuchaj, nie wiem, co już sobie wymyśliłeś na temat mojego życia, ale nie zostanę sprzedana przez rodziców za bandę kóz, okej?

– Stado kóz – odparł, chrząkając. – Mówi się…

– Za jakąkolwiek miarę liczby kóz, nieważne – powiedziałam, a on się wzdrygnął. – Po prostu mam akurat strasznie dużo do zrobienia po szkole.

– Aha.

– Więc może znajdziemy jakiś inny sposób, dobra?

– Aha. Okej. A ten, co robisz po szkole?

Kiedy zadawał to pytanie, ja już wkładałam swoje rzeczy do plecaka, a tak mnie zaskoczył, że aż upuściłam piórnik. Schyliłam się po niego, a gdy wstałam, Ocean mi się przyglądał.

– Słucham? A dlaczego cię to interesuje?

Teraz wydawał się już naprawdę zakłopotany.

– Nie wiem, tak po prostu.

Patrzyłam na niego przez chwilę, analizując sytuację. Może nie powinnam tak naskakiwać na Oceana, syna dziwnych rodziców. Wcisnęłam piórnik do plecaka, zasunęłam suwak. Poprawiłam paski na ramionach.

– Mam zamiar dołączyć do zespołu breakdance’owego.

Ocean zmarszczył brwi i jednocześnie się do mnie uśmiechnął.

– To był żart?

Przewróciłam oczami. Zadzwonił dzwonek.

– Muszę iść – rzuciłam.

– Ale co z tym raportem z laborek?

Zastanowiłam się chwilę nad różnymi opcjami, po czym po prostu zapisałam mu swój numer telefonu na kartce i podałam.

– Możesz do mnie napisać. Popracujemy nad tym wieczorem – oznajmiłam, a on wbił wzrok w papier. – Ale bądź ostrożny – powiedziałam, wskazując zapisany numer – bo jeśli będziesz za dużo do mnie pisał, zmuszą nas do ślubu. Takie są zasady mojej religii.

Zdębiał.

– Czekaj. Co?

Prawie się uśmiechnęłam.

– Muszę spadać, Ocean.

– Czekaj. Nie, serio. Żartujesz, prawda?

– Wow – rzuciłam, kręcąc głową. – Cześć.

 

Mój brat, zgodnie z obietnicą, zdołał namówić nauczyciela do opieki nad zespołem. Do końca tygodnia mieliśmy załatwić papiery, żeby oficjalnie powstał klub, co oznaczało, że pierwszy raz w życiu będę brać udział w zajęciach pozalekcyjnych. Dziwnie. Zajęcia pozalekcyjne nie były w moim stylu.

Mimo wszystko byłam przeszczęśliwa.

Zawsze chciałam robić coś takiego. Breakdance to coś, co podziwiałam od zawsze i z daleka; oglądałam dziewczyny biorące udział w konkursach i uważałam, że wyglądają niesamowicie – wydawały się zajebiście silne. Chciałam być takie jak one. Jednak breakdance to nie balet; coś, co możesz sobie po prostu wyszukać w ogłoszeniach. Nie było żadnych szkół breakdance’a, przynajmniej nie tam, gdzie akurat mieszkałam. Nie było emerytowanych breakdancerów czekających tylko na to, by uczyć mnie ruchów w zamian za perskie jedzenie mojej mamy. Chyba nigdy nie zrobiłabym czegoś takiego, gdyby nie Navid. Zeszłego wieczora przyznał mi się, że przez ostatnie dwa lata w sekrecie uczył się i ćwiczył sam. Jego progres niemal zwalił mnie z nóg. Z nas dwojga tylko on potraktował nasze wspólne marzenie poważnie – a gdy to do mnie dotarło, z jednej strony poczułam się bardzo dumna z niego, a z drugiej rozczarowana sobą.

Navid nie bał się ryzykować.

Tak często się przeprowadzaliśmy, że przestałam wierzyć w możliwość tworzenia planów. Nigdy do niczego się nie zobowiązywałam, nie zapisywałam się do żadnych klubów. Nigdy nie kupiłam szkolnego albumu. Nie zapamiętywałam numerów telefonów, nazw ulic, nie uczyłam się niczego ponad to, co było absolutnie koniecznie w miasteczku, w którym akurat mieszkaliśmy. Zwyczajnie nie widziałam w tym wszystkim sensu. Navid też się z tym zmagał, na swój sposób, ale powiedział, że ma już dosyć czekania na właściwy moment. W tym roku kończy szkołę i postanowił wreszcie dać breakdance’owi szansę, zanim pójdzie do college’u i wszystko się zmieni. Byłam z niego dumna.

Pomachałam do wszystkich, wchodząc na nasze pierwsze zajęcia.

Spotkaliśmy się w sali do tańca w budynku gimnastycznym naszej szkoły, a trzech kolegów mojego brata raz jeszcze zmierzyło mnie wzrokiem, chociaż już się przecież widzieliśmy. Chyba mnie oceniali.

– No i jak, tańczysz breakdance? – zapytał Carlos.

– Jeszcze nie – odparłam, nagle czując się niepewnie.

– To nieprawda. – Mój brat wyszedł do przodu i uśmiechnął się do mnie. – Jej uprock jest całkiem niezły. Do tego robi przyzwoity six-step.

– Ale nie znam żadnych power movesów – rzuciłam.

– To nic. Nauczę cię.

Wtedy usiadłam i zaczęłam się zastanawiać, czy Navid nie zaaranżował tego wszystkiego z myślą o mnie. Może to tylko moja wyobraźnia, ale pierwszy raz od bardzo dawna mój brat wydawał się znowu tylko mój i dopiero teraz dotarło do mnie, jak strasznie za nim tęskniłam.

Mój brat był dyslektykiem. Kiedy zaczął liceum i nie radził sobie z żadnym przedmiotem, wreszcie zrozumiałam, że nienawidzimy szkoły z zupełnie różnych powodów. Litery i słowa nie miały dla niego takiego sensu, jak dla mnie. I dopiero dwa lata temu, kiedy groziło mu wyrzucenie ze szkoły, wreszcie wyznał mi prawdę.

Właściwie to ją wywrzeszczał.

Mama zarządziła, że od tej pory mam mu pomagać w lekcjach. Nie stać nas było na wynajęcie korepetytora, więc musiałam wystarczyć. Wkurzyłam się. Dawanie korepetycji starszemu bratu to nie było coś, co chciałam robić w wolnym czasie. Dlatego kiedy odmówił współpracy, wściekłam się.

– Po prostu odpowiedz na pytanie – warczałam na niego. – To zwyczajne zadanie na czytanie ze zrozumieniem. Przeczytaj akapit i napisz kilka zdań podsumowania. Tyle. To nie mechanika kwantowa.

Odmawiał.

Naciskałam.

Odmawiał.

Obrażałam go.

On też mnie obrażał.

Więc obrażałam go jeszcze więcej.

– Po prostu odpowiedz na pytanie, do cholery! Dlaczego jesteś taki leniwy? Co jest z tobą nie tak…

I wreszcie Navid zwyczajnie wybuchnął.

Tamtego dnia dowiedziałam się, że mój brat, mój piękny, genialny starszy brat nie miał zielonego pojęcia, co znaczą słowa i litery. Nie rozumiał ich w taki sposób, jak ja. Potrafił spędzić pół godziny na odczytywaniu jakiegoś akapitu raz po raz, a potem i tak nie wiedział, co z nim począć. Nie potrafił tworzyć zdań. Miał potworne trudności z przełożeniem swoich myśli na słowa.

Dlatego zaczęłam go uczyć, jak to robić.

Pracowaliśmy przez kilka godzin dziennie, każdego dnia, do późna, aż w końcu nauczył się składać zdania samodzielnie. Kilka miesięcy później pisał całe akapity. Zajęło to pełen rok, lecz wreszcie zdołał bez pomocy napisać pracę zaliczeniową. I nikt nie miał pojęcia, że do tego czasu to ja odrabiałam prace domowe za niego. Wszystkie prace pisemne. Pisałam za niego każdą rozprawkę, dopóki nie nauczył się tego robić sam.

Pomyślałam, że może to jego sposób, by mi podziękować. No, właściwie to niemal na pewno nie, jednak nie potrafiłam przestać się zastanawiać, z jakiego innego powodu postanowił dać mi szansę. Pozostali chętni, których zebrał – Jacobi, Charlie i Bijan – zebrali już doświadczenie w innych ekipach. Żaden nie był ekspertem, ale i nie nowicjuszem. To ja musiałam nauczyć się najwięcej, a jednak Navid jako jedyny nie wydawał się tym zirytowany.