Gdy przemówią miasta - Katarzyna M. Jurkowska - ebook
NOWOŚĆ

Gdy przemówią miasta ebook

Katarzyna M. Jurkowska

4,8

11 osób interesuje się tą książką

Opis

Długo wyczekiwana kontynuacja postapokaliptycznej serii!

Świat, który znikł za gruzami zawalonego tunelu, przestał istnieć. Odrodził się w nowym, zaskakującym kształcie, a wstęp do niego mają nieliczni ocalali z pożogi.

Zmieniły się też zasady gry…

Kto przetrwał, a kto uległ?

Kto poddał się nowym regułom, a kto ma wciąż siłę, by stawiać czoła brutalnym przeciwnościom?

I co wspólnego z tym wszystkim ma Ula, dziewczyna otoczona mrokiem, która właśnie wyszła z wilgotnego i zrujnowanego tunelu?

Zatkało mnie na widok rozległych lasów pokrytych śniegiem. Nie widziałam żadnej kolonii ani jakichkolwiek oznak działalności człowieka. Nie było dymiącego ogniska, wystającej wieży wartowniczej, grup wędrujących nomadów na rozsianych tu i tam łąkach. Jakby wszyscy wymarli…

Przełknęłam głośno.

– Co tu się wydarzyło?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 558

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
4,8 (48 ocen)
42
4
2
0
0
Sortuj według:
KatiMat

Nie oderwiesz się od lektury

Mega historia! Nie można się oderwać, a zakończenie wywołuje gęsią skórkę. Z niecierpliwością czekam na tom trzeci.
00
kamila21061985

Całkiem niezła

Ciekawa ale można by ją było skrócić, trochę się wlecze
00
yoveek

Nie oderwiesz się od lektury

Wow. Czekam na trzecią część z zapartym tchem.
00
AndziaDorotka

Nie oderwiesz się od lektury

now mogę się doczekać następnej części!!!
00
solo81

Nie oderwiesz się od lektury

Działa wam syntezator ? Pierwsza cześć miazga 💪🏻 Brawo za taka książkę
00

Popularność




Okładka

Strona tytułowa

Czytaj z soundtrackiem

https://kmjurkowska.pl/inspiracje-muzyczne-2/

Gdy w 2019 roku miała miejsce premiera mojej debiutanckiej książki, dołączyłam do niej niezwykłą playlistę z dwunastoma utworami, które towarzyszyły mi podczas pisania Gdy ucichną miasta i idealnie odzwierciedlały emocje zawarte w powieści.

Nie byłabym sobą, gdybym i tej powieści nie wyposażyła w swoisty soundtrack. Tym razem lista liczy dwadzieścia jeden utworów i jest dostępna po zeskanowaniu powyższego kodu QR.

Miłej lektury i udanej zabawy!

KMJ

PROLOG

Sen. To musiał być sen. No bo co innego? Nie mogłam stać na Marszałkowskiej. Na samym środku jednej z największych ulic w Warszawie. W samym sercu miasta. Nie mogłam. Sekundę temu otaczały mnie wilgotne ściany tunelu wypełnionego ciężkim, zatęchłym powietrzem i nagle znalazłam się pośrodku Marszałkowskiej? Nie. Nie mogło mnie tam być.

A jednak.

Stałam pośrodku Marszałkowskiej, zaraz przy rondzie Dmowskiego. Po mojej prawej stronie rozciągał się znany mi szereg sklepów, po lewej prężył Pałac Kultury i Nauki. Podniosłam powoli wzrok na iglicę. Tak, to był Pałac Kultury. Dokładnie taki sam, jak go zapamiętałam… Pałac sprzed lat.

Jakim cudem…? Odwróciłam się. Za mną ciągnęła się aż po sam plac Konstytucji szeroka, dwukierunkowa ulica. Widziałam wyraźnie dwie wieże kościoła Zbawiciela. Znów spojrzałam na północ.

Rzadkie drzewa pokryte liśćmi falowały na wietrze. Powietrze było przyjemne, łagodne, takie… aksamitne. Miałam ochotę usiąść na jednej z ławek wzdłuż chodnika, przy sklepach. Pooglądać ubrania na wystawach. Poobserwować życie płynące utartym rytmem. Falę ludzi. Albo przejść pod Pałac i usiąść na murku. Wciągnąć głęboko powietrze w płuca, przymknąć powieki, poprażyć się w słońcu.

Potrząsnęłam głową, jakbym odpędzała się od stada komarów oblepiających skórę i spragnionych krwi.

– Nie. – Schrypnięty głos ugrzązł mi w gardle. Przełknęłam. Jakbym nie używała go od bardzo dawna.

Spojrzałam przed siebie. Przekręciłam głowę na bok. Coś mi tu nie pasowało, ale nie wiedziałam co. Zerknęłam w dół, na stopy.

Ujrzałam te same trepy, które przydzielono mi w Osadzie i które miałam na sobie tamtego dnia, gdy zaatakowały wojska Koalicji. Jedyna różnica polegała na tym, że te, na które teraz patrzyłam, pokryte były jasnym, kredowym pyłem i zaschniętym błotem. I krwią. Zielona wiatrówka również upstrzona była szkarłatnymi plamami i smugami. Im wyżej, tym gorzej. Na rękawach kurtki znalazłam znacznie więcej plam, i to ciemniejszych. Spod paznokci wyskrobałam ziemię, jakbym tunel wykopała własnoręcznie. Przeniosłam wzrok na rozgrzany beton ulicy.

I nagle mnie olśniło. Już wiedziałam, co mi nie pasowało.

Miasto było puste. W zasięgu wzroku nie miałam ani jednego człowieka. Ani żywego, ani martwego.

***

Pierwsze kroki skierowałam w stronę Żoliborza. Naturalna rzecz, w końcu tam się urodziłam, tam mieszkałam do piętnastego roku życia. Szłam powoli jak podczas niedzielnego spaceru. Mijałam te same witryny sklepowe, ten sam żelazny i wysoki mur parku, te same tory tramwajowe i wieżowiec przy placu Bankowym. Gdy doszłam do wiaduktu Gdańskiego, zatrzymałam się i przechyliłam przez balustradę. Spojrzałam na flagę zatkniętą na wielkim maszcie w samym sercu ronda Radosława. Powiewała dokładnie tak samo, jak dzień przed wybuchem wojny. Mijałam ją wtedy w drodze do kina. Ostatni raz byłam wtedy w kinie i to na filmie o… zagładzie ludzkości.

Rozejrzałam się. Nie było tramwajów, samochodów, autobusów. Żadnego ruchu, poza flagą i drzewami poruszanymi przez leniwy wiatr. Świat bez ludzi.

Cisza. Cisza, jakiej nie słyszał nikt wychowany w mieście, w epoce silników i klaksonów. Jedynym dźwiękiem, jaki doszedł do moich wrażliwych uszu, był dźwięk mojego własnego, świszczącego oddechu oraz ptaków wesoło ćwierkających na rozłożystym drzewie po drugiej stronie wiaduktu. Odepchnęłam się od balustrady i ruszałam za tym śpiewem.

Żoliborz tonął w zieleni. Dokładnie tak, jak każdej wiosny i każdego lata. Pełen drzew, krzewów, z zieleniejącym parkiem Żeromskiego. Im bliżej placu Wilsona i „mojego podwórka” się znajdowałam, tym pewniejsze stawiałam kroki. Było mi coraz przyjemniej. Stawy w kolanach strzelały z początku, jakby uruchamiały się po długim czasie spędzonym bezruchu. Poprawiłam włosy, spinając je gumką. Od razu lepiej. Zdjęłam zakrwawioną wiatrówkę i wrzuciłam do najbliższego kosza na śmieci. Było lato, ciepło, przyjemnie.

Na placu Wilsona zrobiło się chłodniej, ale promienie słońca nadal kładły się na ściany kamienic i rozłożyste drzewa. Na przejściu dla pieszych nie zatrąbił na mnie ani jeden samochód, choć przeszłam na czerwonym świetle. W zasięgu wzroku nie dostrzegłam ani jednego auta, nawet zaparkowanego. Zupełnie jakby samochody nie istniały. Minęłam kawiarnię, restaurację i aptekę. Wieża kościoła Stanisława Kostki zamigotała w oddali.

I nagle przestało być przyjemnie. Akurat doszłam do ulicy Popiełuszki. Słońce schowało się za kołdrą chmur, wiatr przybrał na sile, spychając z drzew pożółkłe już i zbrązowiałe liście. Jesień?

– Jak…? – Nic się nie kleiło. Czy to sen?

Nie pamiętałam początku tej historii, tego spaceru, więc to musiał być sen. Tylko czy we śnie czuje się zapachy tak wyraźnie? Czy czuje się wiatr tak dokładnie? Czy widzi się budynki, ulice, całe przestrzenie z takimi detalami?

Nie wiem, jak dotarłam do parku Żywiciela. Ocknęłam się, gdy stałam już z nosem przed wysoką, żelazną furtką prowadzącą na podwórko przed domem. Domem, który ostatni raz widziałam trzy lata temu, który opuściłam w pośpiechu w czasie ewakuacji, podążając za nerwowym nawoływaniem mamy. Te same krzewy, te same drzwi do klatek schodowych, jasne ściany, wysokie okna, balkony. Zobaczyłam okno sypialni rodziców i to od salonu. Wiatr zdmuchnął mi niesforne kosmyki z policzka. Zadrżałam. W przeciągu niecałej minuty temperatura spadła o kilka stopni. Przyspieszona jesień.

Jedno mrugnięcie powieką wystarczyło, by z drzew opadły liście i w płochej gonitwie potoczyły się pod moje buty. Zaszeleściły na chodniku. Nacisnęłam klamkę furtki i pchnęłam ją. Otworzyła się bez trudu. Bez wpisywania kodu na panelu z boku. Zmarszczyłam brwi. Wyostrzyłam słuch… Ptaki ucichły. Do tej pory towarzyszyły mi swoim śpiewem. Teraz słyszałam tylko głuche uderzenia swoich traperów o beton. Weszłam na klatkę schodową.

Otoczył mnie chłód. Na odkrytych przedramionach pojawiła się gęsia skórka. Powoli i ostrożnie wspięłam się na drugie piętro. Stanęłam przed brązowymi drzwiami z wizjerem ze złotą otoczką. Wzięłam głęboki wdech. Nacisnęłam klamkę.

Drzwi były otwarte. Gdy zamknęłam je za sobą, poczułam… ulgę. O tym marzyłam przez ostatnie trzy lata. Od kiedy dostałam drugie życie na lotnisku pod Berlinem. Powrót do domu.

Przełknęłam.

– Mamo?

Odpowiedziała mi cisza.

– Tato? Kuba?

Taka sama cisza panuje zawsze na cmentarzu. Odwiedzamy groby rodzinne, wsłuchujemy się w tę przyprawiającą o dreszcze ciszę, nie zdając sobie sprawy, że ona jest tam zawsze, nawet gdy nas nie ma.

Na wieszaku przy wejściu wisiał beżowy płaszcz mamy. Jakby zostawiła go tam wieczorem, chcąc znów założyć następnego dnia. Ot tak, po prostu. Bez namysłu, machinalnie. W przejściu do salonu leżała plastikowa lalka. Miała zieloną sukienkę w grochy. Babcia uszyła ją na maszynie. Doskonale pamiętałam tę żelazną maszynę Singera. Sukienka – prezent urodzinowy dla Zosi. Jej ostatnie urodziny, zanim wszystko trafił szlag.

Weszłam do pokoju i… zamarłam.

***

Zamrugałam nerwowo. Nie wierzyłam własnym oczom. Stanie na środku pustej Marszałkowskiej to nic, żaden cud, w porównaniu z Jankiem siedzącym wygodnie pod oknem na fotelu mojego taty. Nogę założył na nogę, wzrokiem obejmował parkowy pejzaż. Na twarzy miał taki spokój, taką błogość, że zamiast ucieszyć się na jego widok, zamurowało mnie.

– To nie może być prawda. Ciebie tu nie ma. Jesteś w drodze do Edenu. Nigdy nie byłeś w moim domu, nie mogłeś tu siedzieć. Nie mam takiego wspomnienia. – Pokręciłam stanowczo głową.

Odwrócił się i spojrzał na mnie.

Ocean, las, pola, niebo. Barwy świata w jednym człowieku. Usta rozszerzył w ciepłym i łagodnym uśmiechu. Wtem pokręcił delikatnie głową.

– Co „nie”? – Zgłupiałam kompletnie. A może nie rozumiałam w ogóle, od samego początku?

Janek wstał i ruszył w moją stronę. Spokojnie, ale pewnie. Zatrzymał się dopiero kilka centymetrów przede mną. Był tak blisko… Wyciągnęłam rękę i położyłam drżącą dłoń na jego piersi. Wsłuchałam się, lecz nie usłyszałam tego, czego szukałam. Podniosłam na niego oczy.

Już się nie uśmiechał. Wodził smutnym wzrokiem po mojej twarzy, zawiesił go na chwilę na ustach. Podniósł dłoń i dotknął mojego policzka. Musnął kciukiem dolną wargę. Zrobił to tak delikatnie jak zawsze. Dokładnie tak samo.

– Janku…

Pocałunek nadszedł niespodziewanie, jakby w pędzie, jakby Janek spieszył się przed czymś. Był łapczywy, zachłanny, pełen tęsknoty. Jedną ręką przycisnął mnie do siebie, drugą ujął moją szyję w smukłe palce. Zatopił je w moich włosach, a ja poczułam, jak ugięły się pode mną kolana. Gdyby nie mocny uścisk Janka, upadłabym.

To był taki pocałunek, jakiego nie zapomina się do końca życia, choć w trakcie myśli szaleją, gubią się w nieokiełznanym huraganie.

W końcu odsunęliśmy się od siebie. A raczej on odsunął się ode mnie. Wtuliłam się w jego ciepłe ciało, w ten wytarty, szary sweter, tak dobrze mi znany. Przymknęłam powieki, wciągnęłam powietrze przez nos. Nawet zapach był ten sam. Wyraźny. Czując dookoła siebie ramiona Janka, szepnęłam:

– Udało się…

Wziął głęboki wdech.

– Obudź się, Uleczko.

Otworzyłam gwałtownie oczy i odsunęłam się od Janka. Ściągnęłam brwi.

– Co?

Ale jego już nie było. Pod palcami miałam pustkę. Dookoła ciemność.

ROZDZIAŁ 1

Happy together. Śpiewał Gerard Way. Moja mama lubiła tę piosenkę. Lubiła ją włączać w sobotnie poranki, gdy wszyscy wylegiwaliśmy się w łóżkach do późna. Mama w ogóle była bardzo muzykalna. Grała na gitarze, skrzypcach, za sobą miała przygodę z perkusją. Wszystkiego uczyła się sama, ciekawa nowych rzeczy. I przychodziło jej to wyjątkowo łatwo. Miała świra na punkcie Queen i Freddy’ego Mercury’ego, Courtney Love i Portishead. Czasem maltretowała nas ich piosenkami przez cały dzień, na zmianę, bezustannie. Nikt nie protestował, bo wszyscy wiedzieliśmy, jak dobrze ta muzyka na nią wpływała. Nikt nie chciał jej tego odbierać, słuchaliśmy więc…

Głos Gerarda Waya brzmiał mi w uszach najpierw bardzo donośnie, lecz z czasem coraz ciszej, jakby odtwarzacz, z którego puszczono utwór, oddalał się w głębokim tunelu. W momencie, gdy przed oczami roztoczyła się ciemność – a w zasadzie dwie różne ciemności: jedna spod zamkniętych powiek, a druga po ich podniesieniu – głos Gerarda znikł. Cisza i mój świszczący oddech roznosiły się po ciasnej przestrzeni.

– Ha-halo? – Nie czułam w gardle bólu, jedynie suszę. Mój głos mnie przeraził. Był zachrypnięty, jak gdyby dawno nieużywany, słaby i płaczliwy. Miałam usta pełne pyłu, piachu i jeszcze czegoś suchego. Poruszyłam językiem, próbując się tego pozbyć. Wyciągnęłam rękę do góry, ale natrafiłam na opór w postaci zimnego, twardego kamienia. Dotknęłam palcami tej przeszkody, próbując zrozumieć, z czym miałam do czynienia. Przed chwilą stałam w domu na Żoliborzu, a teraz jestem…?

Gdzie ja jestem?

Próbowałam odgrzebać w pamięci ostatnie chwile tego, co działo się, zanim tu utknęłam, lecz przed oczami uparcie tkwił mi obraz przestronnego i jasno oświetlonego mieszkania na Żoliborzu. Karmazynowe zasłonki, kwiaty w doniczkach, fotel taty, Janek…

Chwila.

Janek? Janek na Żoliborzu? Niby jak? Nie mógł tam być. On nigdy u mnie nie był… Nie znaliśmy się przed wojną, przed Zagładą… Poznaliśmy się dopiero później, po wszystkim… W więzieniu… Tak, tak, w więzieniu na Bagnie. Agnieszka i Tomek… Janek zna mnie, wie, kim jestem… Ale kim jestem?

C-72. Mutant.

Zachłysnęłam się, wciągając do płuc całą masę ciężkiego i dusznego powietrza. Bardzo zatęchłego. Zakaszlałam głośno i raptownie. W płucach zakłuło boleśnie. Ogień rozlał się po całej klatce piersiowej. W walce o oddech szarpnęłam całym ciałem. Z każdej strony stykałam się z twardym, kamiennym oporem. Dopiero te dotknięcia uzmysłowiły mi prawdę. Byłam w klatce. Klatce ze skał.

– HALO! POMO-CY! – Chciałam krzyknąć, lecz głos ugrzązł mi w gardle. Czy w ogóle był sens krzyczenia z prośbą o pomoc? Od lat nie prosiło się ludzi o pomoc, bo każdy pilnował wyłącznie własnego interesu.

I nagle dopadły mnie wspomnienia. Powróciły, jak ciśnięte we mnie niczym nasączona wodą gąbka. Rozprysły się na głowie i wleciały do mózgu, rozświetlając wszystko…

Byłam w tunelu… Wysadzić wejście do Osady, Osada upadła… Biegłam tunelem. Do pozostałych, do Edenu… Eden miał być bezpieczną przystanią. Miał, ale Koalicja o nim wie. Wie, gdzie jest. Trzeba ostrzec, ostrzec…

Wyciągnęłam zablokowaną rękę ze szpary w skale i przytuliłam ją do tułowia. Powoli podsunęłam na wysokość oczu. Przysunęłam dłoń do twarzy. Dotknęłam nosa, policzków, oczu. Całą twarz pokrywała sucha warstwa… kurzu? Włosy miałam pozlepiane, w strąkach. Były rozpuszczone i rozrzucone.

– Krew, Furia – wymamrotałam, nieco mocniejszym głosem. Tak, Furia eksplodowała tuż przed naszym wejściem do tunelu. Zabiłam żołnierzy, wielu żołnierzy. Romek… Oni zabili Romka.

Byłam cała pokryta krwią. Te strąki to od krwi. Opuściłam rękę i wciągnęłam ostrożny haust powietrza. Poszło łatwiej, chociaż tlenu było niewiele. Nic dziwnego. W końcu znajdowałam się głęboko pod ziemią, w tunelu.

Z każdej strony otaczały mnie zwalone kamienie. Wyczuwałam pod palcami duże, gładkie fragmenty, ale i małe, szpiczaste skały, niebezpiecznie usadowione tuż nad moją głową, pod stopami, przy żebrach. Poruszyłam nogami. Były całe.

No pewnie. Nawet jeśli oberwałam, to już się naprawiłam… Tyle dobrego w tym wszystkim.

Zamrugałam, próbując przebić się przez ciemność swoim nienaturalnie wyostrzonym wzrokiem.

– Jezu. Nie jest dobrze. – Z początku nie docierało do mnie, w jak ciemnej dupie się znalazłam. Teraz dotarło. W różnych sytuacjach już bywałam, w różne ciemne dupy wpadałam, ale w tak ciemnej jeszcze nigdy nie byłam.

Znów wyciągnęłam dłonie przed siebie i naparłam na głaz. Szczerze? Nie wierzyłam, że się ruszy, a nawet gdyby się ruszył, to za nim musiał być następny i następny. Każdy jeden musiałabym usunąć, żeby wydostać się w jedną z dwóch stron: do Osady lub do Edenu. W obie strony było daleko. Niewykonalne, nawet dla mutanta.

Wypuściłam powietrze i pozwoliłam ciału się rozluźnić – na tyle, na ile było to możliwe. Oparłam się plecami o skałę i usadowiłam najwygodniej, jak się dało. Zmarszczyłam nos z obrzydzenia. Całe ubranie miałam zatęchłe. Wilgotne, z dziurami, pokryte kurzem, a dodatkowo pozlepiane w twarde kawałki materiału – zapewne przez krew żołnierzy. Jęknęłam zrezygnowana i wsadziłam dłonie do kieszeni kurtki. W lewej wymacałam gumkę do włosów, paczkę zapałek i ogryziony ołówek. Nawet nie pamiętałam, kiedy go tam wsadziłam i do czego był mi potrzebny. W prawej kieszeni wyczułam zwinięty kawałek papieru.

– Co robić?

Ile czasu minie, zanim umrę z wycieńczenia? Odwodniona, głodna? Albo może z niedotlenienia? Będzie bolało? A może moje ciało dostroi się do sytuacji i zamieni w beztlenowca? Żywiącego się kamieniami i kurzem…?

– Jak ja w ogóle mogłam uwierzyć, że ta ucieczka się uda? Przecież to idiotyzm… Przecież to było oczywiste, że tunel się zawali. Jak mogłam na to nie wpaść? – Zamarłam.

Mogło się udać. Wcale nie musiał się zawalić. Ktokolwiek zakładał ładunki wybuchowe, spartolił sprawę. Nie… To nie wina tego, kto zakładał. Skały musiały się zmienić, zdestabilizować. Wykopanie takiego tunelu musiało zaburzyć konstrukcję. Skały przez lata drążyła woda, ruchy ziemi poszerzały pęknięcia. Czy Marina o tym wiedziała, podając mi detonator?

Ta myśl uderzyła we mnie jak obuchem w łeb. Marina dowiedziała się, że po świecie chodził człowiek z C-72 we krwi, z mutacją którą ona miała zniszczyć na początku wojny. Dowiedziała się przypadkiem, w najgorszym momencie, wiedząc, do czego taki mutant był zdolny. Czy wiedziała o destabilizacji tunelu, gdy wyciągnęła na rozłożonej dłoni detonator, wpatrując się we mnie znacząco i chłodno? Nadarzyła się okazja, by zniszczyć C-72 raz na zawsze…

Długo krążyłam po plątaninie własnych myśli. Szukałam powodu, dla którego znalazłam się w tej posranej sytuacji. Myśl o Marinie odsuwałam od siebie i wpychałam w najbardziej odległy zakątek wycieńczonego mózgu.

Zresztą, jakie to miało znaczenie? I tak nikt się nie dowie.

Ta myśl przeraziła mnie jeszcze bardziej. Na policzkach poczułam ciepłe krople.

Gdy trzy lata wcześniej leżałam sparaliżowana na podberlińskim lotnisku, też płakałam, ale wtedy był to płacz nastolatki wrzuconej w wir nierealnych doświadczeń, znanych tylko z ekranu telewizora. Ból, bezruch, czające się niebezpieczeństwo, pierwsze zetknięcie ze śmiercią, widok trupów, pierwsza krew wypływająca z zamordowanego człowieka, wszystko nadeszło jednocześnie, razem z rozstaniem z rodziną. Kolejne trzy lata wypełnione przyspieszonym dorastaniem, walką o przetrwanie, walką o życie moje i moich przyjaciół, nowej rodziny. Wszystko to cegiełki w świadomości, w której budowałam emocjonalny mur. Teraz leżałam w ciasnym, dusznym tunelu, niezdolna do uwolnienia się, do zrobienia choćby kroku, nie mając absolutnie żadnej perspektywy na ocalenie. Powinnam łkać jak dziecko, wyć, wzywać Boga na ratunek albo przeklinać go za znieczulicę i spuszczenie na mnie takiego losu. Ale nie robiłam tego. Usiadłam na gładkim kamieniu, oparłam nogę na skale przed sobą, westchnęłam i pozwoliłam łzom płynąć.

Pociągnęłam nosem.

– Oby chociaż pozostałym udało się wyjść z tego cało.

***

Nie wiem, jak długo leżałam pogrążona w letargu. Na przemian traciłam świadomość i ją odzyskiwałam. Obniżona zawartość tlenu działała usypiająco. Ratowało mnie to przed nudą, rozmyślaniem, płaczem, rozpaczą, szaleństwem. Gdy myśli plątały się w wariackim, przedśmiertnym slalomie, przywoływałam z otchłani pamięci twarz Janka. Jego łagodny i ciepły dotyk, miękkie usta, założone za uszami włosy. Zatapiałam w nie dłonie, gdy tylko nadarzyła się słodka okazja.

Czasem śpiewałam piosenki, czasem wymyślałam, co powiem rodzicom, gdy już do nich dołączę. W sensie: do nieba. No bo kurczę, chyba pójdę do nieba za te wszystkie wyrzeczenia i horrory? Chyba mi się to należało? W końcu nie prosiłam o mutację, która zniszczyła mi życie.

Właśnie śpiewałam z Joan Jett, że też kocham rock’n’rolla. Przymykałam powieki w półśnie, gdy to poczułam. Drgania. Żadnych dźwięków, huków, szurania. Tylko drganie pod stopami, na plecach, pod palcami dotykającymi skał. Zacisnęłam powieki, gdy wpadł mi do oczu pył z pokruszonego kamienia. Wszystko drżało coraz mocniej, aż w końcu przemieniło się w porządne trzęsienie.

Trzęsienie ziemi.

– O kur… – Mama i Matka Teresa nie byłyby ze mnie dumne.

Trzęsło się wszystko, zasypując moją głowę pyłem, kurzem, drobnymi fragmentami pękniętych głazów. Zrobiło się jeszcze duszniej i ciaśniej. A więc tak skończę – pomyślałam – nie z braku tlenu, nie z głodu czy pragnienia, lecz przygnieciona walącym się tunelem. Świetnie. Genialnie. Po prostu wspaniale.

W uszach zaczęło dudnić. Ciśnienie rosło, a ja czułam, jak bębenki mi puchły. Pisk w uszach był coraz głośniejszy, nacisk w skroniach coraz mocniejszy, ból zaczął rozsadzać mi czaszkę. Zakryłam uszy. Oczy wychodziły na wierzch. Błądziłam ślepo wzrokiem po ciemności wokół, ignorując kurz wpadający pod powieki. Łapałam krótkie, urywane i płytkie hausty kończącego się powietrza. W końcu nie wytrzymałam…

– Błagam… DOŚĆ, DOŚĆ!!!

Otoczył mnie wrzask. Zagłuszył pisk w skroniach. Wrzask był przeraźliwy, wwiercał się w uszy jeszcze mocniej niż ciśnienie. Głos był znajomy, wydobywał się z moich szeroko otwartych ust, ale nie zarejestrowałam, żebym krzyczała. Miałam za to wrażenie, jakby głowa stanęła mi w płomieniach…

Przez wrzask przedarł się trzask pękających kamieni. Tuż po prawej stronie.

Raptowny powiew chłodniejszego powietrza przedostał się przez wielkie pęknięcie w zwalonym fragmencie ściany. Owionął mi twarz, włosy i całe napięte do granic możliwości ciało. Zachłysnęłam się tym powietrzem, jakbym przebiła się przez taflę jeziora.

Instynkt przetrwania zawsze działa tak samo, niezależnie od charakteru człowieka, jego myśli, poglądów. Wypchnęłam obie ręce w stronę dziury, z której napływało powietrze. Nadal zatęchłe, ale świeższe niż to dotychczasowe. Tylko częściowo panowałam nad odruchami. Zaczęłam rozłupywać zwalone fragmenty tunelu, wkopywać się w pęknięcia jak kret w świeżą ziemię. Wiedziałam, że zrywam sobie żywcem paznokcie, że ostre skały wbijają się w palce, że krew sączy się gęsto na gruz, ale nie czułam bólu. Świadomość prawie w całości przejęła Furia. Kontrolowała ręce, nogi, a nawet gardło, z którego wydobywał się charczący pomruk dzikiego zwierzęcia. To doświadczenie było dla mnie nowością. Nigdy dotąd nie byłam świadoma, gdy Furia przejmowała nade mną kontrolę…

Wcisnęłam się w wykopaną szparę i przesuwałam dalej przez rozwalony gruz. Po drodze rozcięłam udo od biodra aż po kolano, zdarłam cały lewy rękaw kurtki, huknęłam się w potylicę. Dopiero przy głowie poczułam tępy ból, który jednak szybko minął. Wszystkie rany zagoiły się, nim dotarłam do końca wąskiego przesmyku.

Szpara w gruzie wypluła mnie jak małego, nowo narodzonego robaczka. Z zaskoczeniem natrafiłam rękoma na pustkę. Upadłam całym ciałem na płaską podłogę tunelu. Przewróciłam się na plecy i dysząc ciężko, odpoczywałam. W końcu mogłam rozprostować nogi i ręce, pokręcić swobodnie szyją. Wyciągnęłam przed siebie dłoń i nie napotkałam żadnej bariery…

Spojrzałam w górę, jednocześnie przewracając się na brzuch. Jakaś część mojej świadomości spodziewała się znaleźć to słynne światełko w tunelu, ale skończyło się kolejnym rozczarowaniem. Wgapiałam się w ciemność, lecz tym razem wyostrzony wzrok dostrzegał niewyraźny zarys nieregularnych ścian tunelu. Za sobą miałam stos zwalonych kamieni, przed sobą – drogę do wyjścia.

– Jezu… Udało się. – Wgapiałam się w ten tunel, próbując wyrównać oddech. Podniosłam się, najpierw uklękłam, później stanęłam niepewnie na nogach. Wszystko mi zatrzeszczało, najbardziej kolana. Nogi miałam silne, choć jakby… dawno nieużywane? Wszystko było dawno nieużywane. Dotknęłam lewej ręki. Nie było śladu po rękawie kurtki, moje palce dotykały gołej skóry. Zdarłam nawet rękaw bluzy. Otrzepałam się. W nosie czułam wzniecony kurz z podłogi. Osiemnastolatka, a zakurzona jak ateńska rzeźba.

Tupnęłam. Na nogach nadal miałam te same trapery. Jeden był luźny. Schyliłam się i złapałam za rozwiązane sznurowadło. Pociągnęłam, żeby zacisnąć mocniej but wokół stopy. Ledwie ściągnęłam, gdy sznurowadło pękło jak cienka nitka.

– Cudownie. – Podniosłam rękę ze sznurowadłem na wysokość oczu. Zmarszczyłam brwi. Sznurowadło śmierdziało starocią i stęchlizną. Chwyciłam sznurek za dwa końce i pociągnęłam. Pękło pod wpływem niewielkiej siły. – Wspaniale.

Olałam sznurowadło. Odetchnęłam głęboko. Wygrzebałam z kieszeni kurtki zapasową gumkę do włosów. Była słaba, ale przynajmniej nie pękła. Upięłam włosy w kuca, założyłam krótsze kosmyki za uszami i zacisnęłam dłonie w pięści.

Rozluźniłam palce.

Nie miałam pojęcia, jak daleko odbiegłam, zanim gruz zwalił mi się na głowę, ile kilometrów tunelu dzieliło mnie od wyjścia, którym powędrowali moi przyjaciele, ani czy po drodze nie trafię na kolejną przeszkodę w postaci zwaliska. Wiedziałam jedno: że znów miałam przed sobą perspektywę.

Przeżyłam.

***

A jednak. Światło w tunelu. Najpierw było mikroskopijne. Tak małe, że mogło wydać się fatamorganą, wybrykiem moich zmęczonych i znużonych oczu. Umysł też nie był w najlepszej formie. Ale kropeczka z każdym krokiem stawała się coraz większa, wyraźniejsza, piękniejsza…

Nie wiem, jak długo szłam. Tak bardzo straciłam poczucie czasu, że nie wiedziałam, czy od mojego rozstania z przyjaciółmi minęło parę godzin, dzień, dwa, tydzień. Czy oni na mnie czekali przy wejściu? Obiecali, że poczekają. Zdawałam sobie sprawę, że nie mogli czekać całą wieczność, ale aż tyle to chyba nie minęło?

– Na pewno czekają. Janek zaczeka.

Kropka stała się wąską smugą. Po kolejnych dziesięciu krokach była już podłużnym zarysem, dość ostrym. Tunel zaczął się zwężać. W pewnym momencie musiałam pochylić głowę.

– Biedny Tomek. – Przypomniała mi się wysoka, tyczkowata sylwetka przyjaciela.

Trzęsącą się dłonią dotknęłam ściany tunelu. Drugą odgarnęłam gęstą warstwę gałęzi zwisających nad wyjściem. Nie rosły na nich liście. Podmuch lodowatego powietrza zmroził mi twarz i gołą skórę lewej ręki, na której pojawiła się gęsia skórka. Przekraczając próg tunelu, wypuściłam głośno powietrze. I zamarłam.

Przed ustami wyrósł mi biały kłąb ciepłego powietrza. Para.

– Co jest…? – Był sierpień, gdy wchodziłam do tunelu. Niemożliwe, żeby na przestrzeni nawet kilkudziesięciu kilometrów temperatura obniżyła się tak drastycznie, i to w tak krótkim czasie. – Jak…?

Wychyliłam głowę z tunelu i zrobiłam krok do przodu. But zapadł się w puszystej białej pierzynie. Aż po kostkę.

Wodziłam wzrokiem po wysokich drzewach o grubych pniach, z wystającymi, wijącymi się korzeniami. Po gałęziach, które latem zamieniają się w bujne krzaki, po lesie pokrywającym strome zbocza. Wszystko pokrywał śnieg. Śnieg! W dodatku nie tylko leżał, ale i sypał. I to gęsto.

– O matko. – Spanikowałam. – To wszystko jest nie tak…

Zamknęłam oczy, wyprostowałam się i wzięłam głęboki wdech mroźnego powietrza. Aż mi się płuca skurczyły z zimna. Wypuściłam macki słuchu i nie zatrzymywałam ich, dopóki nie zabrakło mi energii. Sięgnęłam daleko, dalej niż dotychczas… Niż kiedykolwiek. W promieniu co najmniej trzydziestu kilometrów nie usłyszałam żadnego ludzkiego bijącego serca. Ani jednego.

Otworzyłam oczy. Na policzkach poczułam łzy.

Nikogo nie było. Nikt na mnie nie czekał.

***

Ślady moich butów były jedynymi śladami w okolicy. Nie licząc wilczych łap, które zauważyłam w pobliżu płaskiego kamienia wtłoczonego w zbocze góry. Nie znalazłam żadnego śladu człowieka, a szukałam bardzo uważnie, trochę panicznie, desperacko. Zgubionych rzeczy osobistych, zawieszonego na gałęzi szalika, który przyjaciele mogli zostawić na znak, że tu byli, że przeżyli.

– Musieli przeżyć…

Od kiedy wydostałam się z gruzów, w dalszej części tunelu nie było żadnego zwaliska, nie dostrzegłam też ciał lub jakichkolwiek śladów ludzkiej bytności. A przecież ewakuowani mieszkańcy Osady uciekali z walizkami, plecakami, tobołkami. Były tam dzieci, które musiały pogubić lalki, misie, jakąś czapkę, sweter… Dzieci z łatwością gubią rzeczy. Ba, dorośli też gubią z łatwością.

Bałam się przyznać na głos, że z każdym krokiem i brakiem jakichkolwiek oznak życia, moja sytuacja robiła się coraz bardziej dramatyczna. Do serca wdarło się zwątpienie. Sądziłam, że Agnieszka, Tomek, a zwłaszcza Janek zostawią jakiś znak, w którą stronę powinnam wyruszyć, gdy wyjdę z tunelu. Cokolwiek. Tymczasem otaczała mnie cisza, odgłosy swobodnie poruszających się zwierząt i żadnej wskazówki…

Żal, smutek i rosnąca rozpacz sprawiały, że zapomniałam o chłodzie. Temperatura oscylowała w okolicy zera, a ja miałam na sobie letnią wiatrówkę bez rękawa, dżinsy i gołą szyję. Byłam tak pochłonięta chaosem w mózgu, że zupełnie ignorowałam niedogodności fizyczne. W tym głód, który wykręcał żołądek mniej więcej od połowy drogi w tunelu.

Stałam pośrodku niewielkiej polanki otoczonej drzewami i przykrytej śnieżną pierzynką. Rozglądałam się dookoła w poszukiwaniu… no właśnie: czego? Czegokolwiek. Bo nie miałam zielonego pojęcia, co robić. Czułam się jak człowiek, który w wojennej zawierusze stracił dosłownie wszystko i wyszedł z walki w samych majtkach, butach i z gołą głową.

Czułam się adekwatnie do sytuacji.

Nie wiem, jak długo tak stałam, wpatrując się w opadający śnieg. Powoli przykrywał i mnie.

– Oni są bezpieczni. Na pewno. W tej chwili w niczym im nie pomożesz. Musisz zadbać o siebie. – Zerknęłam w dół, na swoje ubranie. Dopiero do mnie dotarło… Dopiero teraz mogłam się uważnie przyjrzeć. Skatalogować zmiany.

Ubranie miałam w strzępach. Wyblakłe, zatęchłe, okryte kurzem i krwią (a teraz i śniegiem). Dżinsy pełne dziur, przez które dostawał się chłód. Lewy but miał pęknięte sznurowadło, drugi dziurę w materiale przy dużym palcu. Pewnie od przedzierania się przez kamienie. Podniosłam dłonie na wysokość oczu. Kilka paznokci było nowych. To te, które odrosły po tym, jak poprzednie zdarłam, wydostając się z gruzów. Pod starymi miałam ziemię i krew. Oprócz tego cała skóra rąk była ciemna. Ciemnoszara i ciemnoczerwona. Chwyciłam palcami strąk włosów zwisający mi na piersi.

Tragedia.

Wiedziałam, że jeśli szybko nie znajdę czegoś do jedzenia, stracę siły i kontrolę nad sobą. Znów się rozejrzałam. Szukanie jedzenia zimą nigdy nie było proste, dlatego z Agnieszką i Tomkiem robiliśmy zapasy, i to w kilku miejscach. To dawało poczucie bezpieczeństwa. Teraz nie wiedziałam nawet, gdzie mogłam znaleźć jakieś kolonie, opuszczone pola pełne zamarzniętych ziemniaków czy coś…

Pola.

Na ustach wyrósł mi mizerny uśmiech. Mizerny, ale pełen nadziei. Żołnierze mogli spalić Osadę, ale na pewno nie spalili w całości upraw. Musiało coś zostać.

Zamyśliłam się na chwilę. Czy to był dobry pomysł? Ruszać z powrotem do Osady? Nie miałam pojęcia, co tam znajdę i do jakiego stopnia Koalicja zdołała zniszczyć prowincję. Może po ataku na Osadę wycofali się z powrotem za mury miast? Może. A może ruszyli dalej i parli naprzód bez opamiętania, zabijając i niszcząc wszystkich i wszystko na swojej drodze? Może. W końcu niby kto miałby ich powstrzymać?

Pokiwałam głową, zaciskając usta. Podjęłam decyzję.

– No to wracamy do punktu wyjścia.

Rzuciłam okiem na otaczający mnie las, przesunęłam wzrokiem po nicościach pomiędzy drzewami, a wreszcie spojrzałam na ciemną jamę tunelu. Nie wiedziałam, gdzie dokładnie leżała Osada, ale naiwnie wierzyłam, że idąc tunelem cały czas do przodu, w końcu dotrę do kolonii. Tym razem jednak zamierzałam trzymać się na powierzchni.

Naiwne, ale o wiele lepsze, niż szukanie Edenu, o którym wiedziałam tylko tyle, że istniał.

ROZDZIAŁ 2

Na początku było ciężko, bo przed oczami wciąż miałam pustą polanę, a w sercu głęboki mrok i zwątpienie. Z każdym krokiem moje ciało odzyskiwało jednak wigor, a umysł jasność. Myśli porządkowały się na powrót, układały w pootwieranych szufladach. Nogi nabierały dawnej sprężystości, a może nawet… większej? Świeże, nieskażone powietrze wypełniało płuca, które po wielu godzinach spędzonych w zatęchłym tunelu wyrywały się na zewnątrz. Nawet nie wiem, kiedy zapomniałam o głodzie i zaczęłam przeskakiwać gałęzie, podmrożone potoki, kamienie. Z lekkością odbijałam się od ziemi i pokonywałam przeszkody w sposób tak prosty i łatwy, że nie mogłam wyjść z zaskoczenia. A przecież akurat to nie było dla mnie nowością.

Z jeszcze większym zaskoczeniem odnotowałam zwiększoną ostrość w prawym oku. Przyglądając się gałązkom w oddali, widziałam je znacznie wyraźniej prawym niż lewym. Jakbym miała te gałęzie tuż przed sobą. Jakby ktoś mi przypiął do oka lunetę.

Zatrzymałam się na wysokim pagórku porośniętym bezlistnymi drzewami. Dostrzegłam niewielką polankę, z której mógł roztaczać się lepszy widok. Zdecydowałam się zaryzykować wyjście na otwartą przestrzeń, tym bardziej, że nie wyłapywałam żadnych niepokojących dźwięków. Takich, które mógł wydawać tylko człowiek lub coś stworzonego przez człowieka, na przykład czołg czy samochód. Z jednej strony to cieszyło, z drugiej zaczynało zastanawiać.

Zatkało mnie na widok rozległych lasów pokrytych śniegiem. Nie widziałam żadnej kolonii lub jakichkolwiek oznak działalności człowieka. Nie było dymiącego ogniska, wystającej wieży wartowniczej, grup wędrujących nomadów na rozsianych tu i tam, gołych łąkach. Jakby wszyscy wymarli…

Przełknęłam głośno.

– Co tu się wydarzyło?

Śnieg sypał coraz mocniej, a w dodatku był cięższy i bardziej mokry. Przenikał przez ubranie aż do skóry. Zwinęłam włosy i ukryłam je pod kapturem kurtki. Zapięłam zamek pod samą szyję. Trochę się z nim mocowałam, bo zardzewiał, lecz w końcu się udało. Lewe przedramię nadal było gołe, ale miałam szczerą nadzieję, że mój wewnętrzny mutant ochroni mnie przed zapaleniem płuc. Gdy tylko las zgęstniał, zdecydowałam się przenieść na drzewa i poruszać tą drogą. Niczym wiewiórka. Śnieg nie sprzyjał zacieraniu śladów.

Po pewnym czasie nie byłam już pewna kierunku, który obrałam, i czy nadal trzymałam się tunelu. Postanowiłam porzucić ten tor myślenia i zdać się na własną pamięć, intuicję i otaczający mnie las. W końcu Osada była położona w dość charakterystycznym zagłębieniu.

Znalezienie jakichkolwiek wskazówek, które mogły naprowadzić mnie na trop kolonii, wcale nie było łatwe. Odniosłam wrażenie, że krajobraz, który zdążyłam poznać podczas patroli, zmienił się. Nie mogłam wychwycić kierunku ani żadnego znajomego elementu. Przecież podczas patroli docieraliśmy do bardzo odległych obszarów… Nawet jeśli teraz nie byłam w pobliżu Osady, coś powinnam już rozpoznać.

Noc zastała mnie w głębokiej dolinie. Tak bardzo pragnęłam położyć się w jakimś zagłębieniu w skale albo na wysokim drzewie. Zwinąć w kłębek jak za dawnych lat i odlecieć w niebyt. Wiedziałam jednak, że zatrzymanie się będzie oznaczało utratę kontroli. Spanie nie wypełni mi żołądka. Tylko podczas ruchu mój brzuch przestawał dominować. Co kilometr zatrzymywałam się i wsłuchiwałam w dochodzące do mnie dźwięki, poszukując ludzkich odgłosów. Ich brak z jednej strony mnie uspokajał, z drugiej martwił. Nigdy wcześniej nie spotkałam się z sytuacją, żebym wędrując przez cały dzień, nie natknęła się na choćby jednego człowieka. Nie zaprzeczałam już sama sobie: zrozumiałam, że gdy ja leżałam nieprzytomna w tunelu, na powierzchni wydarzyło się coś bardzo niepokojącego. Na dużą skalę. I nie była to walka, bo ta zostawia krew, ciała, łuski po nabojach, a ja nie znalazłam niczego, ze śladami ludzkich stóp włącznie.

Gdy księżyc przyświecał wysoko nad głową, co kilkanaście sekund niknąc za powłoką gęstych chmur, postanowiłam usiąść i odsapnąć. Łagodny szum małego potoku przykuł uwagę. Gdy lodowaty strumień zalał gardło i przełyk, temperatura w ciele spadła jeszcze o kilka stopni, ale zignorowałam to. Pragnienie było silniejsze od chłodu. Woda dodała energii. Ruszyłam dalej.

O świcie przeleciał mi nad głową ptak. Chyba czarnowron. Mój pierwszy kontakt z żywą istotą od czasu wyjścia z tunelu. Uśmiechnęłam się i wyciągnęłam rękę w stronę siedzącego na gałęzi dorodnego ptaszyska. Wydarł się w niebogłosy i zaczął trzepać skrzydłami jak opętany.

Zaskoczył mnie. Rozejrzałam się w popłochu, ale nie nikogo nie zauważyłam. Nim zdążyłam wysunąć słuch i sprawdzić dalszy teren, wydarzyło się coś, co sprawiło, że wrosłam w ziemię.

Z lasu po drugiej stronie polany wyszedł żubr. ŻUBR. Wielki, włochaty, brązowy. Dostojny. Szedł w moim kierunku, co kilka kroków zatrzymywał się i szurał wielkim nochalem po śniegu. Za nim pojawił się drugi żubr, nieco mniejszy.

– A niech mnie… – wyszeptałam oniemiała. Nie mogłam się ruszyć. Zastygłam, z szeroko otwartymi ustami i z oczami wychodzącymi z orbit. A żubry szły. I to prosto na mnie.

Ptak przestał krakać. Uderzył dziobem w zmarzniętą korę drzewa i odleciał, zrzucając z poruszonej gałęzi trochę śniegu. Przeniosłam wzrok z powrotem na żubry. Znajdowały się dziesięć metrów ode mnie i dalej maszerowały w najlepsze. Wzięłam głęboki wdech i wstrzymałam go. Nie napięłam mięśni, nie przygotowałam się do walki, nie zacisnęłam dłoni w pięści. Widok, który miałam przed sobą, był tak niesamowity i tak piękny, że ani jedna cząstka mnie nie brała walki pod uwagę.

To było obłędne.

Żubry przystanęły i spojrzały w moją stronę. Już myślałam, że ten większy ruszy na mnie, zmiecie mnie z powierzchni i nawet C-72 w żyłach nie pomoże. Człowiek to drapieżna bestia. Zawsze najpierw założy najgorsze i przygotuje się na atak, zamiast pomyśleć bardziej optymistycznie.

Żubr prychnął, uwalniając z wielkich nozdrzy kłęby pary. Machnął głową w górę i w dół, po czym ruszył w dalszą drogę. Po kilku minutach obydwa zniknęły w gęstym lesie po drugiej stronie polany. Zostały po nich tylko głębokie ślady w śniegu, zapach futra i zwierzęcego potu.

I ja. Tak skonfundowana, że nie mogłam poruszyć nawet ręką.

– O w mordę.

***

Po przygodzie z żubrami przestałam zwracać uwagę na otaczający mnie świat i okopałam się w twierdzy własnych myśli. Wyłączyłam się do tego stopnia, że prawie wpadłam na stado pędzących wilków. To stado dało mi kolejną pożywkę do rozważań. Oczywiście, gdy już minęło mnie bez żadnej znaczącej reakcji. Lider stada zatrzymał się na chwilę, powęszył w powietrzu, unosząc nos w moją stronę, po czym wydał z siebie ni to jęk, ni wycie i ruszył dalej, a za nim pozostała części sfory.

Jakbym była niewidzialna. Ale to nie było to. Byłam niegodna ich zainteresowania. Jakbym nie była ani smacznym kąskiem, ani przeciwnikiem.

Blade słońce majaczące pomiędzy konarami zaczęło powoli zbliżać się do horyzontu. Nim się obejrzałam, dwie rzeczy przypomniały mi, gdzie się znajdowałam, i uprzytomniły, że sytuacja robiła się coraz mniej ciekawa: zacieśniająca się wokół mnie ciemność i głośne burczenie w brzuchu. Pogrążyłam się w ponurych myślach tak głęboko, że straciłam rachubę czasu.

Zatrzymałam się i rozejrzałam.

Stałam na starej, przyprószonej śniegiem, dwukierunkowej ulicy. Połamane blaszane bandy odgradzały od siebie obie drogi. Niedaleko pojękiwał wygięty znak prędkości. Jedyny zachowany w pobliżu. Z pozostałych ostały się tylko pordzewiałe słupki. Rozejrzałam się za tabliczką z nazwą miejscowości lub za drogowskazem z nazwami, do których prowadziła droga. Bezskutecznie. Pół kilometra przede mną majaczyło kilka przydrożnych domów – jedne z tych równych, piętrowych klocków z okresu PRL-u, które ludzie lubili malować na pstrokate kolory. Gdy podeszłam bliżej, zauważyłam, że we wszystkich brakowało szyb i drzwi. Nawet nie łudziłam się, że znajdę w środku coś do jedzenia. Wystarczył rzut oka na pierwsze lepsze wnętrze – totalnie ogołocone.

Szłam dalej.

Zbliżyłam się do centrum gminnego miasteczka. Droga zwęziła się, zniknęły drzewa, a pojawiły się coraz gęstsze zabudowania: stare, jedno- i dwupiętrowe kamienice, czasem jakaś drewniana, podgniła chałupa ze strzechą prawie przy chodniku. Nadal nie było znaków. Widać w tej okolicy stanowiły popularny towar wymienny. Podeszłam do małego ronda, przeciętego na pół przez wywróconego, zardzewiałego tira. Wyglądał, jakby leżał tu od dawna… Zajrzałam ostrożnie do otwartej naczepy. Ziało pustką. Słuchając trzeszczącego pod butami śniegu, skierowałam się do szoferki. Wychyliłam głowę zza winkla i spojrzałam na przednią szybę. Odskoczyłam instynktownie.

Szyba była poorana przez kule. Ktoś zrobił z szyby i pasażera ser szwajcarski. Wygięty szkielet odziany w podarty, wypłowiały kombinezon straszył w mroku. Wzdrygnęłam się. Zaskoczył mnie ten widok. Do tej pory zmagałam się ze stosami ciał, kupkami popiołów, pagórkami skrywającymi dziesiątki trupów. Niezmiernie rzadko trafiały się tak bielutkie kości. Widok pooranego kierowcy był dla mnie czymś stosunkowo nowym.

Cisza, przerywana subtelnym szumem opadających płatków śniegu, współgrała przeraźliwie z tymi ludzkimi szczątkami. Wciągnęłam powietrze, wsłuchałam się. Nie poczułam spalenizny, dymu, ani nawet znajomego zapachu gnijącego ciała. Jeśli w pobliżu znajdował się jeszcze jeden trup, to był tak samo bielutki jak jego kumpel za szybą.

W głowie zamigotało mi niechciane pytanie: ile czasu potrzeba, by ciało rozłożyło się do tego stopnia? Wydawało mi się, że znałam odpowiedź, lecz nie dopuszczałam jej do świadomości…

Ruszyłam dalej. Zdecydowałam się przejść przez miasto. Liczyłam, że uda mi się znaleźć bezpieczną kryjówkę, w której mogłabym spędzić noc. Nie uśmiechało mi się nocowanie na zmarzniętym drzewie, których i tak było w pobliżu jak na lekarstwo. Może uda się też znaleźć coś do jedzenia?

– Ktoś musiał coś skitrać! – warknęłam z rosnącą irytacją, gdy przetrzepałam zaplecze dawnej restauracji. Najciemniejsze i zapomniane przez Boga zakamarki lokali usługowych, które odwiedziłam, świeciły złowieszczą pustką. W końcu zrobiło się całkiem ciemno i rozhulał się wiatr. Mróz siekał po policzkach i choć nie powodował dreszczy, nie było zbyt komfortowo.

Skapitulowałam i przestałam wypatrywać starych puszek z mielonką, grochem czy brzoskwinią. Przez chwilę nasłuchiwałam w poszukiwaniu miauczenia, szczekania, chrobotania – dźwięków zwierząt spotykanych wokół ludzkich siedzib.

Cisza. Zupełna cisza. Jakby wszystko dookoła było martwe. Jakby cały świat zamienił się w pustynię.

– Boże święty… – Kręciłam się wokół własnej osi, usiłując nie dać się pożreć rosnącemu strachowi. Chyba łatwiej byłoby mi przejść obok wilka, żubra czy plutonu żołnierzy, niż dłużej ukrywać, że niewiedza i samotność zaczynały mnie rozbrajać. Mroźny wiatr wpełzł pod kurtkę i musnął okryte cienką skórą żebra. Dreszcz przebiegł po karku.

Dość. Miałam dość.

Z wykręconym żołądkiem wdrapałam się na strych jednego z opuszczonych i sypiących się domów. Znalazłam pokój z jednym tylko, malutkim oknem i tutaj rozbiłam obóz. Okno zasunęłam masywną szafą, dziwiąc się, że nikt jej jeszcze nie przerobił na ognisko. W piwnicy znalazłam kilka zjedzonych przez mole koców i zatęchły śpiwór, pamiętający jeszcze epokę muru berlińskiego.

– Lepsze to niż nic. – Z kropelką entuzjazmu doskoczyłam do kanapy z bębnem. Uniosłam sprężynowy materac i zabezpieczyłam go deseczką. Wymościłam bęben kocami i kartkami powyrywanymi z książek. Kiedyś żal zjadłby mi serce na samą myśl o małej dziurce w stronnicy, ale po latach wojny nie miałam skrupułów. Papier to ciepło. A ja zamierzałam spędzić tę noc najwygodniej, jak się dało. W ten sposób chciałam wynagrodzić żołądkowi kolejny dzień bez posiłku.

Efekt był zadowalający. Ułożyłam się na kocach i otuliłam ciasno śpiworem. Naciągnęłam na głowę kaptur i pogrążyłam się w urywanym śnie.

***

Zbudziło mnie głośne krakanie. Poruszyłam zdrętwiałymi kończynami, ze zdziwieniem odkrywając, że skóra twarzy – jedyny niezakryty fragment ciała – była chłodna i twarda jak zastygły cement. Gdy poruszyłam ustami i nosem, nie dostrzegłam zmiany, lecz pod opuszkami palców wyraźnie wyczuwałam twardą powierzchnię.

Wzdrygnęłam się z niesmakiem. Kolejne dziwactwo. Pewnie bym zwymiotowała, gdyby nie pusty brzuch i krzepiąca myśl: dzięki tej twardej powłoce mój nos nie odpadł w nocy i nie poturlał się pod szafę.

– No dobra. – Poddałam się. – To może być przydatne.

Zaraz za tą myślą przyszła następna: srogo pożałowałam, że dzień wcześniej nie zapolowałam na żubra. Przeraźliwy głód pomału odbierał mi ostrość widzenia i siłę w wychudłych nogach. Kilka razy poczułam nieśmiały pomruk Furii, głęboko w trzewiach. Jak tak dalej pójdzie, to zacznie się ośmielać…

Zmusiłam się do wstania i opuszczenia domu. Słońce zdominowało niebo i oplotło zmrożony, małomiasteczkowy krajobraz słodkim ciepłem. W tym moją miękką już twarz. Nogi poniosły mnie ku granicy miasta. Ze zgrozą odkryłam, że cały poprzedni dzień kierowałam się na północ. Nie umiałam wytłumaczyć dlaczego. Plułam sobie w brodę, bo tylko oddaliłam się od „moich rejonów”. Im dalej na północ, tym więcej dawnych siedzib ludzkich i większe ryzyko natrafienia na żołnierzy.

Wyszłam z miasta i obeszłam je zasypanymi polami. Minęłam obdarty z farby kombajn, starego opla bez kół i nienaturalny kopiec z przechylonym, zmurszałym krzyżem na czubku.

Nie zatrzymałam się.

Zerknęłam przez ramię. Krajobraz za mną był kwintesencją cywilizacji, która rozsypała się z hukiem, pozostawiając po sobie poobdzierane, pordzewiałe relikty, nieprzydatne nawet zdesperowanym grupom ocalałych. Tyle zostało z wielowiekowego wysiłku.

Wysunęłam słuch. Nie był to dźwięk dzika, lisa czy sarny, lecz harmonijny plusk. Woda. Gdzieś w pobliżu płynęła rzeka lub strumień.

– Ryby – wyjąkał mój zbolały brzuch.

Rzuciłam się w stronę majaczącego na wschodzie lasu.

***

Rzeka wcale nie była tak blisko. Słyszałam wartki potok, jakby przepływał dwa metry ode mnie. Tymczasem zupełnie nie spodziewałam się wrony, która zakrakała tuż nad moją głową tak donośnie i raptownie, że prawie wrzasnęłam. Słuch, pierwszy raz od lat, płatał mi figle.

Tłumaczyłam to głodem, dlatego na cel obrałam ryby. Bezzwłocznie. Z łatwością dotarłam do strumienia. A w zasadzie rzeki. Nie znam się na rybach, więc nie umiem określić, co pływało pod taflą krystalicznie przezroczystej wody. Szczerze? Miałam to gdzieś. Było, pływało, miało ogon i żyło. Gdy mój wzrok wyłapał ruch w szerokiej rzece, straciłam nad sobą panowanie.

Nie wiem, jak długo trwał mój obiad i ile ryb pochłonęłam. Ocknęłam się, stojąc po pas w wodzie, z rękoma utytłanymi w rybich łuskach i z całkowicie trzeźwym umysłem. Myśli, przedtem wirujące w pogłębiającym się zamęcie, teraz powróciły do swoich szufladek. Oddychałam równomiernie, a informowała mnie o tym gęsta para ulatująca z ust przy każdym oddechu. Podniosłam rękę: skórę dłoni miałam twardą jak pancerz.

Woda opływała ciało i obijała się o biodra. Ubranie było kompletnie mokre, a ja odczuwałam zaledwie niewielki dyskomfort. Wytarłam usta o rękaw kurtki i ruszyłam powoli w stronę zaśnieżonego brzegu.

Sceneria była baśniowa, tego nie mógł przyćmić nawet mój nowy, obleśny pancerz. Wyszłam po drugiej stronie rzeki i wyżęłam brzeg kurtki. Pozostawiłam rzekę za sobą i zaczęłam powoli wspinać się po zboczu usłanym starym igliwiem. Iglaki były tak gęste w konarach, że tylko sporadycznie przepuszczały śnieg. Weszłam na czubek pagórka. Wyprostowałam się i sapiąc pod nosem, podniosłam głowę.

Znieruchomiałam.

Przede mną rozpościerała się droga zawalona wrakami wojskowych ciężarówek i osobówek. Zrytymi kulami, nadpalonymi, pordzewiałymi, ze zbitymi szybami, z łuszczącą się farbą. W większości z flakami opon. Samochodów naliczyłam trzynaście. Porozrzucane, jakby niesforny pięciolatek porzucił je ze znudzeniem po skończonej zabawie. Część była skuta przez mróz, jeden miał drzwi wbite w ziemię i wyglądał, jakby w nią wrósł… Z trwogą w sercu zajrzałam do środka pierwszego z brzegu, spodziewając się znaleźć…

Był pusty. Jak kolejny i kolejny – aż do trzynastego. Auta były zupełnie przetrzebione.

I wtedy stanęłam przed czołgiem. Wielkim, wypalonym, z dziurą w dachu.

– Wysadzony od środka… – Przesunęłam ręką po gąsienicy. Była lodowata. – Co tu się działo…? – Po raz kolejny rzuciłam na wiatr.

Powiodłam sokolim wzrokiem po samochodach za sobą, po kępach dawno zoranej ziemi na poboczu drogi, po lesie, po czołgu. Śnieg zaczął sypać coraz gęściej, jeszcze bardziej przysypując trakt.

Wtem doznałam olśnienia. Pagórek, rzeka, droga, północ, południe… Już tu kiedyś byłam? Już to kiedyś widziałam!

Pokręciłam głową.

– Takich miejsc mogą być dziesiątki… – Wciągnęłam głośno powietrze, przypominając sobie coś jeszcze. – Wieża.

Wystrzeliłam w otchłań, w której znikała droga. Biegłam truchtem i zatrzymałam się dopiero przy żelaznej wieży ustawionej na skrzyżowaniu dwóch leśnych traktów. Poznałam ją od razu. Mijałam ją kiedyś podczas patrolu z Dawidem i Sylwią. Pocisk lub ładunek wybuchowy pozbawił ją dachu, ale to była na pewno TA wieża. Uśmiechnęłam się od ucha do ucha. Gdyby ktoś obserwował mnie zza pnia, uciekłby w popłochu na widok tego uśmiechu szaleńca.

Wbiłam się w mrok lasu i puściłam pędem na południowy zachód, bez oglądania za siebie. Wiedziałam, gdzie szukać Osady.

***

Mijałam zwalone pnie drzew, pokryte lodem potoki, idąc raz wąwozem, raz odkrytą polaną na szczycie góry. Najlepiej było mi na szczycie, bo wtedy widziałam, jak bardzo zmienił się świat, jak rozrósł się las i jak daleko sięgał. To było jeszcze bardziej epickie niż olewający mnie żubr.

Przystanęłam na jednej z takich polan. Odetchnęłam głęboko i przymknęłam powieki z błogością. Słońce wychyliło się nieśmiało zza szpary w chmurach, ocieplając moją twarz i pobliskie doliny. Śnieg przestał prószyć.

Wtedy to zauważyłam.

Wyraźnie zarysowany kształt – drewniana wieża, niczym zarośnięty pień, niewidoczna na pierwszy rzut oka. Znałam tę wieżę. Szeroki uśmiech zakwitł mi na ustach. Puściłam się biegiem w dół góry, do doliny. Przeskakiwałam każdą przeszkodę, zupełnie ignorując możliwe niebezpieczeństwa w postaci żołnierzy, zastawionych pułapek, a nawet zwierząt. Dotkliwa samotność i taplanie się we własnych ponurych myślach przez ponad dobę spowodowały, że zasady bezpieczeństwa odeszły na dalszy plan. Myślałam tylko o jednym: spotkaniu z czymś lub kimś znajomym.

Pierwszy wyrósł przede mną wysoki, drewniany mur Osady. Tak dobrze mi znany. Podchodziłam do kolonii od tyłu. Śnieg skrzypiał pod nogami. Zwolniłam i ruszyłam pod mur z większą rozwagą. Nie wyłapywałam oddechów, bicia serc, szurania – jakichkolwiek dźwięków życia. Uśmiech na ustach przygasł…

Mur, który widziałam, był zaledwie fragmentem. I to chyba jedynym, jaki ocalał w dawnej wersji. Po przekroczeniu go, moim oczom ukazał się widok, jakiego nie spodziewałam się zastać nawet w najbardziej ponurych wizjach.

Osada była ruiną. Niezamieszkaną, w większości pozbawioną murów obronnych, z których ostały się tylko podgniłe, spróchniałe i poczerniałe fragmenty, zwalone lub pochylone nad ziemią. Z okrągłych chat pozostały przyprószone śniegiem kopce. Żaden dom nie przetrwał.

Przełknęłam. Wodziłam gorączkowym spojrzeniem po Osadzie, za wszelką cenę usiłując wyłapać jakąś oznakę życia. Zatrzymałam się, jak wryta.

Szkoła, sala zebrań, palenisko – z miejsca, w którym odbywały się czwartkowe spotkania, w którym dziesiątki osób spotykały się na wieczorne pogaduchy, gry, zabawy, gdzie dzieci wystawiały przedstawienia, gdzie śpiewano stare piosenki, pozostały zgliszcza, przez naturę zamieniane w zarośnięte kurhany.

– To niemożliwe. Przecież… przed chwilą tu byłam… – Wszystko płonęło, ale nie mogło zostać zniszczone do tego stopnia. Słowa te dotarły do mnie jakby z oddali. Struchlałam.

Moja podświadomość coraz natarczywiej podsuwała mi myśl, którą od dłuższego czasu odsuwałam od siebie jak truciznę. Nie chciałam w to wierzyć, w ogóle tego rozważać, bo pomysł był tak przytłaczający, że nawet zmutowany, pozbawiony emocji mózg nie mógłby sobie z nim poradzić. Nie chciałam, żeby ten pomysł okazał się faktem. A wszystko na to wskazywało…

– Boże… – Rozejrzałam się dookoła w kompletnym popłochu. – Ile czasu minęło?

Na pewno nie dzień, dwa ani tydzień. Trzy miesiące?

***

Stałam pochylona nad wgłębieniem pełnym gruzów. Wpatrywałam się z rezygnacją w ten szeroki na kilkanaście metrów dół. Choć śnieg przykrył rumowisko, jak resztę kolonii, widziałam zarys żelaznej drabiny i fragment przesuwanych drzwi. To było na pewno TO miejsce.

Jedno było pewne. Ktokolwiek zakładał ładunki wybuchowe w podziemiach, zrobił to precyzyjnie, a ja miałam przed sobą dowód, że żaden żołnierz Koalicji nie przedarł się do tunelu. Bo podziemia nie istniały, zburzone doszczętnie. Wskoczyłam do dołu i zaczęłam ostrożnie przechadzać się po ostrych kamieniach, fragmentach spróchniałych desek, żelaznych pozostałościach. Niektóre pokrywała rdza. Coś mi błysnęło pomiędzy kamieniami. Kucnęłam. Ze szpary między nimi wyciągnęłam osmolony nóż stołowy z charakterystycznym rzeźbieniem na czubku rączki. Jeszcze przedwojenny.

– Krzywdy to ja tym nikomu nie zrobię, ale może uda mi się to opchnąć komuś sentymentalnemu? – Przesunęłam palcem po rękojeści. Gerlach to zawsze była dobra robota. Trzymały się długo.

Schowałam nóż do kieszeni kurtki. Ten Gerlach przypomniał mi o scyzoryku z czerwoną rączką, który dostałam od Tomka trzy lata wcześniej. Machinalnie poklepałam się po wszystkich dostępnych kieszeniach, lecz nie znalazłam scyzoryka.

– Musiałam go zgubić podczas walki. Szkoda. – Przyzwyczaiłam się do niego.

Rozejrzałam się jeszcze raz po gruzowisku, lecz nic więcej nie znalazłam. Byłam pewna, że wiele rzeczy ocalało z wybuchu i pożarów, ale ktoś musiał to później powybierać. Jedyne wytłumaczenie.

Ciekawe, co stało się z notesem Lincolna, zamyśliłam się. Czy Janek zdążył go zabrać ze swojego pokoju? Na myśl, że notes mógł spłonąć w pożarze, odczułam przyjemną satysfakcję. Wiedza o C-72 pozostałaby tylko w głowie Janka i w moim szpiku. Jeśli do końca życia nie wyjawimy tych sekretów, diabelska mutacja zniknie z powierzchni Ziemi w sposób naturalny. Pozostanie tylko Dziewiątka. A jeśli i oni odejdą, nie pozostawiając po sobie dzieci, wszystko ma szansę wrócić do normy.

Nie – mruknął nieśmiały głosik w mojej głowie – normalne to nic już nie będzie, ale przynajmniej natura zatriumfuje nad wybrykami ludzkiej ambicji.

Podniosłam się i wzięłam wdech. Wdrapałam się powoli na górę i skierowałam wzrok na ogrody. Ruszyłam w ich stronę. Moje przypuszczenia okazały się trafne. Szklarnia była zniszczona, ale pod śniegiem i zmarzniętą ziemią znalazłam cztery przymrożone kartofle. Pochyliłam się nad miejscem, które nie tak dawno temu Agnieszka z namaszczeniem pieliła. Wygrzebywałam swój obiad. Musiałam się nieco wysilić, żeby kawałkiem żelaznego pręta podważyć twarde grudki ziemi. Spojrzałam na nadgniłego ziemniaka, którego trzymałam w brudnych i stwardniałych od mrozu palcach.

– Nada się – zawyrokowałam. Nie mogłam wybrzydzać.

Wsadziłam je do kieszeni kurtki. Metr dalej znalazłam jedną mizerną marchewkę i dwie cebule. Jedną w stanie agonalnym, drugą zdatną do zjedzenia.

– Przynajmniej szkorbutu się nie nabawię.

Dla pewności rozejrzałam się ponownie. Ktokolwiek szabrował tu przede mną, robił to wielokrotnie i przetrzebił zgliszcza Osady do cna. Ku mojemu wielkiemu rozgoryczeniu.

Dźwięk przeładowywanej broni wrył mi się w uszy. Dźwięk, o którego istnieniu zapomniałam, otoczona wiatrem, śniegiem, żubrami, wilkami i kraczącymi wronami. Był tak nieoczekiwany, że zareagowałam instynktownie – a wraz ze mną Furia.

Wyprostowałam się i błyskawicznie odwróciłam w stronę, skąd dobiegł hałas. Stanęłam stabilnie na ugiętych kolanach, gotowa do skoku. Pochyliłam się wprzód jak polujący drapieżnik. Do przodu wysunęłam jedną rękę, przygotowaną do wyrywania gardeł. Druga czekała na swoją kolej za plecami. Nigdy nie ćwiczyłam takich pozycji. Samo przychodziło. Z głębi gardła wydarło mi się warknięcie. Kaptur opadł na plecy, uwalniając wysypujące się spod słabej gumki włosy. Instynktownie odsłoniłam zęby. Gdzieś z tyłu głowy gest ten przywołał mi wspomnienie warczących wilków, które oglądałam na kanałach przyrodniczych, jeszcze przed Zagładą.

Widać Lincoln postanowił umieścić w C-72 absolutnie wszystkie zwierzęce geny, jakie wpadły mu w ręce. Niczym neurotyczna wiedźma przy kotle.

Przede mną stał chłopak. Mógł mieć z dziesięć, jedenaście lat. Młokos ze sztucerem myśliwskim w dłoniach! Ręka trzęsła mu się pod ciężarem broni, ale celował w moją stronę z zawziętym wyrazem na twarzy. W mig wyłapałam wypukłą bliznę ciągnącą mu się po zewnętrznej części prawej dłoni i kilka mniejszych pod prawym okiem. Na głowie miał zgniłozieloną, wełnianą czapkę, spod której wysnuwały się czarne jak smoła kosmyki włosów. Ubrany w szarą, puchową kurtkę i grube bojówki, prezentował się naprawdę wojowniczo jak na swój wiek.

– Nie ruszaj się, bo strzelę! – wrzasnął w moim kierunku, skrywając usta za spluwą.

Szczerze wątpiłam, że strzeli. Nie wyglądał na doświadczonego w tej kwestii. Raczej na szkolonego. A skoro był szkolony, to gdzieś za nim musiał się czaić jego trener…

Za plecami dzieciaka pojawił się wysoki mężczyzna o szerokich barach i z taką samą bronią w rękach. Różnica polegała tylko na tym, że trzymał ją tak fachowo, jakby dopiero wrócił z misji w Afganistanie. Ups.

Na dokładkę obok nich wyrósł jeszcze jeden chłopak, taki w moim wieku, który chyba był bystrym obserwatorem, bo swój sztucer trzymał identycznie jak mężczyzna. Wszyscy wpatrywali się we mnie z… zaciekawieniem słabo ukrytym za surowymi minami. Byli tak samo zaskoczeni moją obecnością, jak ja ich.

– Kacper, opuść broń. – Mężczyzna podszedł do młodszego chłopaka i położył mu spracowaną dłoń na ramieniu. – Opuść.

– Ale… – zaczął dzieciak, lecz pod wpływem nieznoszącego sprzeciwu spojrzenia mężczyzny skierował lufę pod moje nogi.

Starszy chłopak nadal celował prosto w moje czoło. Mogłam z łatwością usunąć się z drogi pędzącego ku mnie pocisku, gdybym tylko zapragnęła. Na razie postanowiłam jednak ani drgnąć. Ciekawość zwyciężyła. Chciałam dowiedzieć się, co to za ludzie…

Za długo przebywałam sama.

Byli w Osadzie. Poruszali się po niej ze znawstwem. Musieli tu być wcześniej, ale nie przed upadkiem kolonii. Osada liczyła kilkuset mieszkańców, ale ja mam znakomitą pamięć do twarzy, sposobu chodzenia, sylwetek. Zapamiętałabym któregokolwiek z nich, gdybym zetknęła się z nim choćby raz. Żadnego nie pamiętałam.

Mężczyzna wyprostował się i zrobił trzy kroki w moją stronę, wyprzedzając Kacpra. Nie uszło mojej uwadze, że stanął tak, by być buforem na wypadek, gdybym ich jednak zaatakowała. Ojciec. To musiał być ojciec, a dwaj chłopcy to synowie.

Cisza, która między nami zawisła, była bardzo długa. Nikt nie wypowiedział słowa, ale i tak pomiędzy mną a ojcem działo się wiele. Ja obserwowałam każdy ruch całej trójki, wyłapywałam stabilną rękę starszego syna, drżące pięści młokosa, każdą zmarszczkę na łagodnej i śledzącej mnie twarzy ojca. Wyglądał na doświadczonego w walce, podchodzącego pod pięćdziesiątkę faceta. Po wszystkich widać było zmęczenie materiału, wysłużone ubrania i prowizoryczne rozwiązania. Jednak na policzkach kwitły rumieńce, a ciała mieli dobrze zbudowane i odżywione, pełne wigoru i energii. Wniosek: nie tułali się bez celu. Dobrze jedli, znośnie sypiali. Dbali o siebie.

Mężczyzna stał oddalony ode mnie o kilkanaście metrów, lecz i tak widziałam, jak snuł katalogującym wzrokiem po mojej sylwetce. Na ułamek sekundy zatrzymał się przy porwanej nogawce spodni, na gołym, lewym przedramieniu, na zgniłym ziemniaku, którego wciąż ściskałam w dłoni, dotąd ukrytej za plecami.

– Kim jesteś? – zapytał. Nie spuszczał ze mnie wzroku.

Przełknęłam. Wzięłam głęboki wdech i wypuściłam słuch. Wsłuchałam się w bicia ich serc. Młokosowi serce waliło jak u kolibra, starszy z synów był bardziej opanowany, choć też dało się wyczuć zdenerwowanie. Za to ojciec był oazą koncentracji i skupienia.

– Ula – mruknęłam schrypniętym głosem. – Szukam… jedzenia.

– Ty szukasz jedzenia, za to my nie szukamy kłopotów. Jest ktoś z tobą?

Pokręciłam głową bez zastanowienia. Na czole mężczyzny wyrosła głęboka zmarszczka. Przygryzł wargę w zamyśleniu.

– Mieszkasz niedaleko? Masz gdzie się schronić?

Zaprzeczyłam gestem.

– Skąd się tu w ogóle wzięłaś? Nigdy cię tu nie widzieliśmy – kontynuuował przesłuchanie.

Obserwowałam. Jego brwi, uszy, dłonie. Był opanowany, nawet nie drgnęła mu powieka. Nie popędzał, tylko cierpliwie czekał.

– Ja… – Oczyściłam gardło. – Straciłam kontakt z rodziną. Nie wiem, gdzie są.

Długo mierzyliśmy się wzrokiem. W końcu mężczyzna westchnął i opuścił nieco broń. Jego usta rozsunęły się w namiastce uśmiechu.

– Jestem Marek. To moi synowie, Kacper i Igor. – Wskazał ruchem głowy najpierw na młodszego, później na starszego. – To zabrzmi nietypowo jak na obecne czasy, ale… możemy ci pomóc. Jeśli chcesz.

Zacisnęłam zęby. Zaskoczył mnie. Przełknęłam suchość w gardle.

– Skąd pewność, że potrzebuję pomocy? – Mój głos był niski i mocny. Chrypka zniknęła.

Spojrzał na mnie z ukosa.

– Widzę. – Wskazał brodą na trzymany przeze mnie kartofel. – Mamy trochę zapasów. Podzielimy się. Nie musisz jeść zgniłych ziemniaków.

Zmrużyłam powieki. Nie wyczuwałam zagrożenia. Rozluźniłam mięśnie. Spojrzałam na kartofel.

– Nie można wybrzydzać. Jak się nie ma, co się lubi…

– W tym sęk – przerwał mi cierpliwie, uśmiechając się szerzej. – Mamy wiele rzeczy. Myślę, że znajdzie się tam przynajmniej jedna, którą lubisz.

– Dlaczego chcecie mi pomóc? – Zrobiłam w jego stronę jeden stanowczy krok. Nie drgnął, ale przestał się uśmiechać. Zamiast zachęty na twarzy wykwitł mu smutek.

– Bo czasy, gdy każdy dbał o swój własny tyłek, chcę mieć za sobą. Pora na coś więcej. Nie pozostało nas wielu. Musimy sobie pomagać.

Na mojej twarzy musiało pojawić się nieopanowane w porę zdumienie, bo Igor nagle opuścił broń i podniósł głowę. Teraz widziałam całą jego twarz. Był brunetem o długich, sięgających ramion włosach i pierwszym zaroście na brodzie. Młoda twarz kontrastowała ze stalowym spojrzeniem, zdradzającym niełatwe doświadczenia. Jego ojciec miał włosy tej samej długości, założone za uszami. Tylko mały Kacper był krótko ostrzyżony.

Nie wiedziałam, jak się odnaleźć w tej sytuacji.

– Co tu robicie? – zapytałam, szukając czasu potrzebnego na przeanalizowanie.

Marek wyraźnie się rozluźnił. Spojrzał na Igora. Gestem polecił mu całkowicie opuścić sztucer i podejść bliżej. Kacper nadal rzucał w moją stronę gromy, ale były coraz mniej śmiercionośne.

– Robimy zapasy. Polujemy. Niedaleko stąd mamy swoją kryjówkę na czas polowań. Możesz pójść z nami. Mamy jedzenie, ciepłe ubrania, mydło…

Uniosłam znacząco brew.

– Aż tak źle wyglądam?

Igor odchrząknął i uśmiechnął się pod nosem. Spojrzałam na swoje ręce. Naprawdę wyglądałam jak obraz nędzy i rozpaczy.

– Myślę, że mogą ci się przydać. Zwłaszcza ubrania. – Marek wskazał palcem na lewą rękę. – Musi ci być zimno.

Pokręciłam głową.

– Nie jest tak źle. Przyzwyczaiłam się przez te wszystkie lata… – Zamilkłam. Nagle przyszło mi coś do głowy. – Czy wy… wy tu mieszkaliście przed atakiem?

Markowi zrzedła mina. Razem z Igorem ruszyli w moją stronę. Szli spokojnie, bez pośpiechu. Nie wzbudzili zaniepokojenia. Igor zawiesił sobie sztucer na ramieniu, z drugiego ściągając plecak. Nie zatrzymując się, rozpiął zamek i zaczął grzebać we wnętrzu. Wyciągnął małe, granatowe zawiniątko. Gdy zatrzymali się w odległości dwóch metrów ode mnie, wyciągnął zawiniątko przed siebie, w moją stronę. Materiał przelał mu się przez palce. Puchowa, jesienna kurtka.

– Mam tylko taką, ale to chyba lepsze niż ta twoja wiatrówka. – Wskazał na moją lewą rękę. – Weź.

Wyciągnęłam niepewnie dłoń i chwyciłam kurtkę. Była miła w dotyku. Jedna z tych turystycznych, zajmujących mało miejsca. Uśmiechnęłam się z wahaniem.

– Dzięki. – Nałożyłam kurtkę. Faktycznie, od razu zrobiło się przyjemniej.

Marek przez cały czas mi się przyglądał.

– Nie mieszkaliśmy tu przed upadkiem Osady, choć słyszeliśmy o niej i sporadycznie handlowaliśmy z mieszkańcami. Bardzo rzadko. Mieszkamy… dość daleko stąd, na południu. Trochę nam nie po drodze do Osady – odpowiedział na moje wcześniejsze pytanie.

Zapięłam zamek kurtki i westchnęłam.

– Lepiej, prawda? – Marek posłał mi życzliwy uśmiech. Skinęłam potakująco. – W domu mamy lepsze ubrania, zebraliśmy sporo zapasowych rzeczy. Jeśli z nami pójdziesz, to wymienimy tę – wskazał na kurtkę – na puchówkę z prawdziwego zdarzenia.

Nie podjęłam jeszcze decyzji.

– Skoro nie mieszkaliście w Osadzie, to co tu robicie? Nie ma tu nikogo ani niczego, wszystko ogołocone.

– Tak, to prawda. – Na twarzy Marka pojawiło się zamyślenie. Rozejrzał się dookoła. – Jak już wspomniałem, co jakiś czas wyruszamy na polowania, żeby zebrać jak najwięcej zapasów. Chodzimy w różne miejsca, ale za każdym razem, gdy jesteśmy w pobliżu Osady, staramy się tu zajść, zobaczyć… – Zawiesił głos.

Igor dokończył za niego.

– Część naszej rodziny zaginęła. Tata sądzi, że tutaj mogą zostawić jakąś wskazówkę, kiedy powrócą.

Oczy mi się zwęziły podejrzliwie. Wyczułam to od razu. Nie kłamali, ale nie mówili całej prawdy.

– Część rodziny, hę? – Przeniosłam czujne spojrzenie z Igora na Marka. Mężczyzna spojrzał na mnie. Znów mierzyliśmy się wzrokiem.

– Tak, moja żona i najstarszy syn, Eryk. Czekamy na ich powrót. – Nawet powieka mu nie drgnęła.

Serce też mu nie drgnęło. Mówił prawdę?

Przytaknęłam.

– Okej. Nie bardzo rozumiem, dlaczego po trzech latach od Zagłady czekacie jeszcze na kogoś, kto zaginął, ale to wasza sprawa. – Zupełnie zignorowałam fakt, że byłam niedelikatna i nietaktowna.

Zdziwienie na twarzy całej trójki kazało mi się zatrzymać z dalszymi petardami.

– Trzy lata? – Kacper spojrzał pytająco na ojca.

Za to Marek mrużył powieki, wbijając świdrujące spojrzenie w moją brudną osobę.

– Nie wiem, kim jesteś ani co się z tobą działo, ale – przełknął – od pierwszych bombardowań nie minęły trzy lata.

Cofnęłam się mimowolnie.

– Jak nie trzy? Trzy z kawałkiem dokładnie. Bomby, ewakuacje, pierwsza faza, wirus, potem trzy lata obozów, murów rosnących wokół miast, łapanek. Trzy miasta, które pozostały, i kolonie. W końcu wielka ofensywa Koalicji na prowincje, kolonie i nomadów. Wtedy najechali na Osadę. Byłam tam podczas obrony, wiem, co mówię… – Nie wiem, dlaczego tak uparcie wyliczałam. Widziałam wyraźnie, że Marek, Igor i Kacper patrzyli na mnie z szeroko rozwartymi oczami. Jakby nagle wyrósł mi na czubku głowy okazały krzak.

Igor rozdziawił usta.

– Walczyłaś w obronie Osady? Jesteś taka młoda…

– Tak, byłam tam, byłam do końca. – Skinęłam. – I mam osiemnaście lat.

– No właśnie – burknął.

– Kto dowodził obroną Osady? – wystrzelił Marek, a ja z tonu wyczułam test. Nie wierzył mi. Dlaczego mi nie wierzył? Co dziwnego w tym, że walczyłam w Osadzie?

– Yyyy… Marina? – wydukałam skonsternowana. Ich miny zupełnie wybiły mnie z rytmu. Niczego już nie byłam pewna, nawet tego jak się nazywałam. – Liderem Osady był Wiktor, dopóki nie zdradził i nie zdezerterował. Obroną dowodziła Marina.

Marek wciągnął powietrze. Kiwnął bezwiednie głową.

– Nie wiedziałem, że Wiktor zdradził. – Przewiesił karabin na ramieniu i założył ręce na piersi. Podrapał się po kilkudniowym zaroście, wędrując wzrokiem po śniegu.

– Tak, zdradził tuż przed atakiem. To wyszło na jaw w trakcie walki.

Marek poruszył się. Zaczął spacerować w te i z powrotem. Wodził wzrokiem po otoczeniu, nie dostrzegając szczegółów. Układał w głowie nowe informacje. Wtem przystanął i spojrzał na mnie.

– Kiedy twoim zdaniem zaatakowano Osadę?

Zamrugałam.

– Jak to, kiedy? Niedawno. Parę miesięcy temu? Było lato, gdy żołnierze zaatakowali, teraz jest zima, ale… – Spojrzałam na niego. Nie wiem, co wyczytał w moich oczach, ale posmutniał i zacisnął usta w wąską kreskę. Było mu naprawdę przykro. Podszedł do mnie i dotknął mojego ramienia.

– Jak masz na imię?

– U… Ula.

– Ula. – Zacisnął mocniej palce na moim ramieniu. – A więc Ula, żołnierze Koalicji zniszczyli Osadę pięć lat temu – wziął kolejny wdech – a od początku wojny minęło już osiem.

ROZDZIAŁ 3

Szłam za Markiem i jego synami potulna jak baranek. Było mi wszystko jedno, czy zaprowadzą mnie prosto do żołnierzy i przehandlują za skrzynię jedzenia, czy faktycznie pomogą. Byłam zdruzgotana do szpiku i nie potrafiłam wyłuskać z siebie nawet krztyny zapału do walki o przetrwanie.

Nadal do mnie nie docierało, że ostatni raz widziałam przyjaciół pięć lat temu. PIĘĆ. Powiedziałam to na głos kilkukrotnie, ale wciąż nie wierzyłam. Jak mogło minąć pięć lat? Przecież chwilę temu siedzieliśmy razem w stołówce, śmiałyśmy się z Agnieszką, patrolowaliśmy z Wojtkiem. Chwilę temu całowałam Janka i zapominałam o świecie wtulona w jego ramiona. Chwilę temu miałam osiemnaście lat. I co, i niby teraz mam dwadzieścia trzy? Nie, niemożliwe, żebym nie pamiętała pięciu lat swojego życia. Najlepszych lat…

Ale wtedy wpuściłam do świadomości wszystkie wskazówki, które podsuwała mi natura. Stęchłe ubrania, sznurówki pękające jak nitki, zakurzone i splątane włosy, ja cała zakurzona. Śnieg i zmiany krajobrazu, brak ludzi… W ciągu pięciu lat świat może zmienić się nie do poznania, zwłaszcza w tak pokręconych czasach. Pytania cisnęły się na usta, lecz jeszcze nie czułam się na siłach, by przyjmować odpowiedzi, których Marek mógł mi udzielić od ręki.

Bo Marek naprawdę chciał pomóc. Gdy wyjawił, ile czasu upłynęło od Zagłady, nogi zamieniły mi się w galaretę w zupełnie ludzki sposób. Niby taka zahartowana byłam, tyle przeżyłam, ale z czymś takim nikt nie miał prawa sobie od razu poradzić. Marek pomógł mi utrzymać się na nogach i obiecał zrobić wszystko, bym doszła do siebie. Mówił szczerze. Nie rozumiałam, dlaczego tak mu zależało, w końcu byłam obcą osobą. A jednak pomagał. Co więcej, przekonał do pomocy synów. Kacper maszerował dziarsko po prawicy ojca, nie do końca jeszcze przekonany do mojej osoby, lecz Igor to już co innego. Był bardziej podobny do Marka, miał identyczną troskę wymalowaną na twarzy. To był po prostu dobry człowiek, który wierzył, że dobra strona ludzkiej istoty jest silniejsza od złej. Ktoś mógłby rzec: naiwniak. Ja wolałam: dobry człowiek.

Igor co jakiś czas odwracał się za siebie i sprawdzał, czy nadal za nimi podążałam.

Potknęłam się o wystający korzeń i w ostatniej chwili złapałam drzewa. Jęknęłam. Mutant pokraka. Pięknie.

Chłopcy odwrócili się.

– W porządku? – usłyszałam Marka.

– Tak. Idźcie, dogonię was. Ja… – Głos mi ugrzązł. – Poradzę sobie.

Skinął nieznacznie. Rozumiał, że musiałam przetrawić.

– W razie czego jesteśmy tuż obok. – Odwrócił się niepewnie i ruszył dalej. Za nim podążyli chłopcy.

Oparłam się o pień i odetchnęłam głęboko. Byłam tak bardzo psychicznie przygnieciona, że nawet tchu porządnie złapać nie mogłam.

– Pięć lat… – Te ciche słowa znów zaszumiały mi w głowie.

Pięć lat temu Osada ewakuowała się do Edenu. Pięć lat Agnieszka, Tomek i Janek żyli beze mnie, zapewne z myślą, że zginęłam.

– Boże… – Przycisnęłam pięści do oczu. Mózg mi pulsował boleśnie.

Czy oni przeżyli? Czy byli w Edenie? Co się z nimi działo? Czy mnie szukali? Nagle zrozumiałam, dlaczego nikt na mnie czekał przy wyjściu z tunelu.

– Co się ze mną działo w tym czasie…? – mamrotałam, podnosząc oczy do nieba. Śnieg znów zaczął prószyć. Podmuch mrozu owionął mi rozpaloną twarz.

Akurat to było dla mnie jasne jak słońce. Słowo „hibernacja” przewijało się przez głowę za każdym razem, gdy analizowałam swoje działania od momentu eksplozji w tunelu aż do wybudzenia. Ciało dostosowało się do sytuacji i zahibernowało, nie mając innego wyjścia na przetrwanie. C-72 wzmagało we mnie naturalne instynkty, w tym ten odpowiedzialny za przetrwanie. Tylko tak dało się to wytłumaczyć. Jeden element układanki był dla mnie niejasny: moment wybudzenia. W końcu moja sytuacja nie poprawiła się, nadal byłam przysypana, gdy odzyskałam przytomność.

– Trzęsienie. – Wystrzeliła z mózgu moja podświadomość.

– Hej, idziesz? Już niedaleko! – usłyszałam w oddali głos Igora. Zerknęłam w ich stronę. Czekali na mnie.

– Tak, idę. – Odbiłam się od drzewa. Przeszłam ostrożnie przez wystające korzenie i dołączyłam do Marka i jego synów.

***

– To tu. – Igor wskazał na niewielką jamę w zboczu. Była ukryta za krzakami i zwałą śniegu.

Kacper odgarnął gałęzie i wślizgnął się do środka. Znikł w ciemności. Zrobiłam wielkie oczy.

– Cwane.

– Wiem, że nie wygląda zachęcająco, ale uwierz, to bardzo bezpieczne rozwiązanie. – Marek dołączył do nas, gdy tylko zastawił pułapki w promieniu kilkudziesięciu metrów. Miały strzelać ślepaki, gdyby intruz zbyt mocno zbliżył się do kryjówki. – W środku jest całkiem sporo miejsca, gniazdo służy nam od lat. Jeszcze nikt go nie odkrył.

– Gniazdo – powtórzyłam w zamyśleniu. Też miałam kiedyś takie gniazda. Mieliśmy. Z Agnieszką i Tomkiem. W jednym zostawiłam swoje ukochane auto. Ciekawe, czy wciąż tam stało…

– Tak. Mamy kilka, w zależności od kierunku, który obieramy. Zapraszam. – Wskazał ręką na jamę. Coś w mojej sylwetce zasygnalizowało brak przekonania, bo Igor uśmiechał się szeroko. Dobrze wiedząc, co robił, wsunął się do środka przede mną. Na zachętę.

Nie było co odwlekać. Podeszłam do jamy, usiadłam na krawędzi i wsunęłam nogi do wnętrza, trzymając się mocno górnego korzenia. Wąski korytarzyk miał może z pół metra. Prześlizgnęłam się całkiem zgrabnie, po czym stanęłam twardo na udeptanej ziemi pokrytej folią i czerwonym, wysłużonym dywanem. Igor rozpalał już drugą naftową lampę. Ostatni raz widziałam takie w muzeum. Promień z lamp był mocny i rozświetlił pomieszczenie. Czym oni ją zasilali? Bo chyba nie ropą? Skąd ropa?!

Jama była niska, ale szeroka. Ziemisty sufit poprzetykany wystającymi korzeniami, podpierało kilka drewnianych, kwadratowych bali. Ściany i podłogę okryto grubymi, wytartymi dywanami. Dwa wysłużone krzesła zajmowały miejsce po prawej stronie, pomiędzy nimi stała masywna skrzynka przerobiona na stolik. Przy lewej ścianie piętrzyły się słomiane sienniki. Naliczyłam sześć. Na nich śpiwory i koce. Za to na wprost stała wysoka, ręcznie zbita półka pełna weków, garnków, patelni, zalakowanych butelek wypełnionych po brzeg, a także blaszany czajnik. Zaraz obok półki znajdowało się wąskie przejście do kolejnego pomieszczenia.

Przetarłam oczy ze zdumienia.

– Nieźle się urządziliśmy, co? – powiedział dumnie Igor, odkładając na półkę paczkę zapałek i nakrywając ostatnią lampę szklanym kloszem.

Pokiwałam głową z nieukrywanym podziwem. Usłyszałam szelest za plecami i odwróciłam się. Marek zamaskował i zamknął wejście, po czym wsunął się do pokoju. Posłał mi łagodny uśmiech.

– Witamy w naszych skromnych, przejściowych progach. – Machnął na starszego syna. – Igor, bierz się za zająca. Kacper, twoje są ziemniaki.

– Ale ja obierałem wczoraj!

Ojciec rzucił mu krótkie i kategoryczne spojrzenie. Dzieciak spuścił głowę i bez słowa podszedł do wiadra, w którym leżał stos kartofli. Bez zastanowienia sięgnęłam do kieszeni i trzęsącą się dłonią wyciągnęłam moje zgniłe zdobycze. Zrobiłam jakiś nieopisany ruch, bo Marek uśmiechnął się i wyciągnął ręce w moją stronę.

– Daj mi to, proszę. Czasy są ciężkie, ale naprawdę nie musimy jeść takich rzeczy. Ty także nie musisz. – Wpatrzył się we mnie ciepło. Znienacka powróciło dawno zapomniane uczucie. Poczucie bycia córką, podopieczną, a nie opiekunem, strażnikiem, żołnierzem. Trochę zapomniałam już, jak to jest. Marek chyba to dostrzegł.

Podałam mu kartofle, marchewkę i cebule. Spojrzał na jedną z nich.

– O, ta to akurat dobra. Przyda się. Igor, orientuj się! – zawołał i ze śmiechem rzucił dobrą cebulę w stronę syna. Igor zgrabnie chwycił warzywo i odwzajemnił uśmiech.

A ja patrzyłam na to wszystko oniemiała i niedowierzająca. To wyglądało na całkiem… normalne życie. Jak na obecne czasy, oczywiście.

Marek wskazał na drugi koniec pomieszczenia. W ścianie było przejście.