Gdy dwoje wsiada do pociągu - Mielczarek Ewa - darmowy ebook

Gdy dwoje wsiada do pociągu ebook

Mielczarek Ewa

4,3
0,00 zł

lub
Opis

Gdy dwoje dawnych znajomych wsiada do pociągu, wszystko może się zdarzyć.

Wigilijna podróż staje się dla Sabiny i Mateusza pretekstem do niechcianej rozmowy, nowych zobowiązań i pomysłu, który zaskoczy ich samych.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 30

Popularność




*

Tylko człowiek bez wyobraźni może się rozstać z dziewczyną w wigilijny poranek. I to jeszcze bez żadnego wytłumaczenia! W filmach zawsze można usłyszeć, że to nie twoja wina, tylko jego, że on oczekuje czegoś innego. Ja się natomiast dowiedziałam, że nigdy nie traktował mnie poważnie i rzekomo sobie coś ubzdurałam. Cholera jasna! Zmarnowałam na dziada pół roku, a teraz muszę jeszcze jechać sama do rodziców na święta i świecić oczami. Po co im zapowiedziałam, że kogoś przywiozę? Głupia, głupia, głupia. Mój samochód nadal tkwił u mechanika, więc musiałam w ten najgorszy dzień mijającego roku ruszyć na dworzec kolejowy, żeby złapać ostatni pociąg do Krynicy. Gdzie jest to globalne ocieplenie, kiedy go potrzebuję? Już dawno nie widziałam tyle śniegu.

Gdy dotarłam na peron, chciałam usiąść na jednej z ławeczek, wyprzedziła mnie jednak babinka z kilkoma siatkami. Przewróciłam oczami, no tak, reklamówki ucierpiałyby, leżąc na betonie. Odwróciłam się i omal głośno nie przeklęłam. Na ten sam pociąg czekał najbardziej znienawidzony przeze mnie facet. Nie, nie chodziło o mojego byłego. Tamten mnie tylko zdenerwował i pokrzyżował mi plany. Zauważyłam Mateusza, na którego byłam skazana w podstawówce i liceum. Nie znosiłam go. Na początku mi dokuczał, a później wygryzał ze wszystkich konkursów plastycznych, w jakich brałam udział. Upierdliwy kujon w okularach, który nadal czasami śni mi się po nocach. Schowałam się za filar, żeby mnie nie dostrzegł. Na studiach spotkałam go kilka razy, zawsze próbował zagadać z tą swoją sztuczną uprzejmością. Czy ja już mówiłam, że ten dzień zapowiada się na najgorszy?

Pociąg podjechał punktualnie. Jedyny promyk nadziei. Jest Wigilia, ludzie powinni być bardziej życzliwi, ale z tą powinnością zawsze jest na bakier. Zaczęło się od poranka. Jak można zrywać ­zaraz po wyjściu z łóżka kobiety, z którą spałeś całą noc? Nie zrozumiem tego. Omal nie rozbiłam lustra, kiedy rzuciłam w niego kapciem. Ogarnęła mnie wściekłość, spełniona bizneswoman nie powinna się tak zachowywać. Gdy go wyrzuciłam z mieszkania, musiałam kupić bilet. Nie było żadnego miejsca przy oknie. W sklepie nawrzeszczała na mnie jakaś matka, że zabrałam jej bąbelkowi ostatni jogurt. Nawet nie spytała, czy jej oddam – wzięłam pierwszy lepszy z półki, a ona od razu zaczęła krzyczeć. Teraz byłam świadkiem, jak naród wpycha się do pociągu. Każdy musiał być pierwszy, ignorując fakt, że miejsca są numerowane, więc to, że ktoś wejdzie wcześniej czy później, nie ma żadnego znaczenia. O ludzkiej życzliwości można tylko pomarzyć.

W końcu trafiłam na swoje miejsce. Stał przy nim młody pryszczaty chłopak, prawdopodobnie był studentem. Rozmarzonymi oczami wpatrywał się w dziewczynę, która usadowiła się na siedzeniu obok. Typowe. Zakochani nie wytrzymają bez siebie kilku godzin.

– Dzień dobry – odezwał się, pokazując w wielkim uśmiechu aparat na zębach. – Czy to pani miejsce?

– Powiedz po prostu, gdzie się mam przesiąść – rzuciłam.

– Dziękuję, dziękuję, dziękuję. Numer dwadzieścia trzy. – Usiadł obok ukochanej i się w nią wtulił.

Wzdrygnęłam się, nie chciałam dzisiaj widzieć takich rzeczy.

– Nie ma sprawy – powiedziałam właściwie do siebie i ruszyłam dalej.

Po chwili znalazłam moje nowe miejsce. Siedzenie obok było zajęte. Spojrzałam na mężczyznę, który poprawiał sobie ustawienie fotela, i bezgłośnie przeklęłam. Cholera jasna. Najgorszy dzień w roku! Moje cudowne szczęście sprawiło, że czekały mnie cztery godziny podróży w towarzystwie idealnego Mateuszka. Kiwnęłam głową, a on oczywiście się rozpromienił, bo zawsze się uśmiechał, cieszył z byle czego i wmawiał wszystkim, że optymizm jest super.

– Sabina, cześć, wieki cię nie widziałem – powiedział i już widziałam, że chciał się przytulić na powitanie. Co to, to nie, kolego. Kiwnęłam tylko głową drugi raz, wcisnęłam swój bagaż na półkę i usiadłam. Jedyna książka, jaką miałam, utknęła na dnie torby, więc wlepiłam wzrok w telefon, byle tylko nie musieć z nim gadać. Bateria powoli domagała się ładowania, ale oczywiście sprzęt też wcisnęłam tak głęboko, że dłużej zajęłoby odszukanie ładowarki niż powrót do domu. Trudno. Musiałam liczyć na to, że Mateusz zaśnie.