Gallant - V.E. Schwab - ebook + książka
NOWOŚĆ

Gallant ebook

V.E. Schwab

3,9

40 osób interesuje się tą książką

Opis

Olivia Prior dorastała w szkole dla dziewcząt, nie wiedząc nic o swojej rodzinie i pochodzeniu. Posiada tylko jedną rzecz związaną z jej przeszłością: to dziennik z zapiskami swojej matki.

Pewnego dnia Olivia otrzymuje list zapraszający ją do powrotu do domu — do Gallant. Informacja o tym, że nie jest na tym świecie sama i posiada rodzinę, wydaje się spełnieniem marzeń. Kiedy jednak przybywa na miejsce, okazuje się, że nikt tam na nią nie czeka. Jednak Olivia nie zamierza opuścić pierwszego miejsca, w którym zaczyna czuć się jak w domu. Nie ma znaczenia, że jej kuzyn Matthew jest do niej wrogo nastawiony, czy też to, że dziewczyna zaczyna widzieć Martwiaki nawiedzające korytarze posiadłości.

Olivia wie, że Gallant skrywa wiele tajemnic i jest zdeterminowana, by je odkryć. Gdy w murze ogradzającym posiadłość znajduje drzwi, trafia do miejsca, które wygląda zupełnie, jak Gallant. Ale to tylko pozory. Dom po drugiej stronie muru jest ruiną, Martwiaki są tam silniejsze, a wszystkim włada tajemniczy jegomość. Czy wśród cieni utkanych z przeszłości, dziewczyna odnajdzie prawdę i dowie się, kim był jej ojciec?

Marzeniem Olivii od zawsze było gdzieś przynależeć. Czy zatem opowie się po stronie swojej rodziny, chroniąc świat przed Panem Domu, czy też stanie u jego boku na wieczność?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 270

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,9 (39 ocen)
11
17
8
3
0
Sortuj według:
JudyHopps

Nie oderwiesz się od lektury

kolejne mistrzostwo tej autorki. Doskonała, niema główna bohaterka. Doskonale mroczny i wyważony klimat
00
Paulinaderes

Dobrze spędzony czas

świetna🖤
00
annat83

Całkiem niezła

3 - 3.25/5 Ogólnie średnio mi się podobała. Akcja trochę przyspieszyła w drugiej połowie, ale i tak trochę się przeciągała. Nie polecam nie odradzam.
00
n0wicki

Dobrze spędzony czas

bardzo dobra ksiazka, jednak zakonczenie mogloby byc lepsze
00
wikgum

Dobrze spędzony czas

Wciągająca!
00

Popularność




 

 

 

 

Tytuł oryginału: Gallant

Copyright © 2019 by V.E. Schwab

All rights reserved.

 

Copyright © for the Polish translation by Maciej Studencki sp. z o.o., 2022

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2022

 

 

Redaktor inicjujący: Łukasz Chmara

Redaktorka prowadząca: Oliwia Żyłka

Marketing i promocja: Aleksandra Kotlewska, Anna Fiałkowska

Redakcja: Natalia Szczepkowska

Korekta: Agata Polte, Magdalena Owczarzak

Skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Projekt oryginalnej okładki: Julia Lloyd

Adaptacja okładki i stron tytułowych: Magdalena Zawadzka

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-67054-85-0

 

Niniejsza praca jest dziełem fikcji. Wszelkie nazwy, postaci, miejsca

i wydarzenia są wytworem wyobraźni osoby autorskiej.

Wszelkie podobieństwo do osób prawdziwych jest całkowicie

przypadkowe i niezamierzone.

 

WE NEED YA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected]

[email protected]

www.weneedya.pl

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dla tych, którzy szukają drzwi,

są dość odważni, by otworzyć te, które znajdą,

a czasem dość zuchwali, by stworzyć własne.

 

 

 

 

 

 

 

 

Pan domu stoi przy ogrodowym murze.

Przy ponurej, kamiennej ścianie, pośrodku której znajdują się żelazne drzwi, zamknięte i zaryglowane. Pomiędzy drzwiami i kamieniem pozostała wąska szczelina: gdy wiatr zawieje w odpowiednim kierunku, można poczuć przez nią odległe ciepło słońca i woń lata, słodką niczym melon.

Dziś wieczorem nie ma jednak wiatru.

Mimo że nie świeci tu księżyc, pan domu jest skąpany w jego blasku, który omywa skraj sfatygowanego płaszcza i błyszczy na kościach wyraźnie widocznych pod skórą.

Pan domu przesuwa dłonią po murze, szukając pęknięć. Nieustępliwe pędy bluszczu podążają za jego dotykiem, wciskając się niczym palce w każdą szczelinę. Kamienny fragment odpada ze ściany i toczy się po ziemi, odsłaniając wąską szparę, przez którą widać cudzą noc. Winowajczyni, polna mysz, gramoli się przez dziurkę, a potem zbiega po murze na but pana. Mężczyzna chwyta ją z gracją atakującego węża.

Pochyla głowę ku pęknięciu. Spojrzenie jego mlecznobiałych oczu wędruje ku drugiej stronie, przez drugi ogród aż ku drugiemu domowi.

Mysz wierci się i piszczy w jego dłoni. Pan zaciska pięść.

– Sza! – mówi głosem, który brzmi jak pusty pokój. Słucha tamtej strony, cichego świergotania ptaków, szumu wiatru w bujnych liściach, czyichś odległych błagań, wykrzykiwanych przez sen.

Pan domu uśmiecha się, podnosi kamienny odłamek i umieszcza go pieczołowicie w murze, by oczekiwał tam niczym powiernik tajemnicy.

Mysz przestaje się wiercić w klatce jego pięści.

Kiedy otwiera dłoń, widać na niej już tylko smugę popiołu i przegniłych szczątków, a także kilka białych ząbków, niewiele większych od nasion.

Wysypuje je na jałową ziemię i zastanawia się, co z nich wyrośnie.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Część pierwsza

 

SZKOŁA

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ PIERWSZY

 

 

 

Palce deszczu bębnią w dach ogrodowej szopy coraz mocniej.

Mówią na to „ogrodowa szopa”, ale w rzeczywistości na terenie Merilance nie ma ogrodu, a szopa ledwie zasługuje na to miano: chyli się na jedną stronę jak więdnąca roślina z taniej blachy i gnijącego drewna. Podłoga zasłana jest porzuconymi narzędziami, odłamkami potłuczonych naczyń i niedopałkami skradzionych papierosów. Olivia Prior stoi pomiędzy nimi w zardzewiałej ciemności, żałując, że nie potrafi krzyczeć.

Żałuje także, że nie potrafi zamienić bólu promieniującego ze świeżego czerwonego śladu na dłoni w dźwięk, przewrócić szopy, jak garnka w kuchni, kiedy ją sparzył, walnąć w ścianę tak, jak prag­nęła uderzyć Clarę, która zostawiła włączoną kuchenkę i miała jeszcze czelność parsknąć śmiechem, gdy Olivia sapnęła i upuściła gorące naczynie. Jaskrawe cierpienie i rozpalony do czerwoności gniew, kucharka, zirytowana zmarnowanym purée ziemniaczanym, a potem ściągnięte pogardliwie usta Clary.

– Nie bolało jej chyba aż tak, skoro nawet nie pisnęła!

Olivia zacisnęłaby ręce na gardle tamtej dziewczyny, gdyby jej dłoń nie śpiewała bólem, gdyby nie było tam kucharki, która natychmiast by ją odciągnęła, gdyby ten uczynek zyskał jej cokolwiek więcej niż chwilową satysfakcję – i tydzień kary. Wybrała więc najlepsze rozwiązanie w tej sytuacji: wypadła z dusznego grobowca kuchni, słysząc za sobą wściekły ryk kucharki.

Teraz siedzi w ogrodowej szopie, żałując, że nie potrafi hałasować choćby tak głośno jak deszcz na niskim metalowym dachu, że nie weźmie żadnej z porzuconych łopat i nie będzie uderzać nią w cienkie blaszane ściany, tylko po to, by usłyszeć, jak dźwięczą. Ktoś by to zauważył, przyszedł tu i znalazł ją w tej małej kryjówce, a wtedy nie miałaby już dokąd uciec: przed dziewczynami, przed wychowawczyniami i przed szkołą.

Wstrzymuje oddech i przyciska oparzoną dłoń do chłodnej blachy, czekając, aż ból minie.

Istnienie szopy nie jest żadną tajemnicą.

Buda stoi za szkołą, za żwirowym podjazdem na tyłach. Przez wiele lat różne dziewczyny próbowały ją zawłaszczyć i wykorzystać jako palarnię, melinę albo miejsce schadzek, ale po pierwszym razie nigdy już tu nie wracały. Twierdziły, że przyprawia je o dreszcze. Wilgotna ziemia, pajęczyny i to przedziwne uczucie, sprawiające, że włosy na karku stawały im dęba, chociaż nie wiedziały dlaczego.

Olivia jednak wie.

To martwa rzecz w kącie szopy.

A raczej to, co z niej zostało. Właściwie to nie duch, tylko strzęp łachmanów, garść zębów i pojedyncze senne oko, unoszące się w mroku. Porusza się niczym rybik na skraju pola widzenia Olivii, uciekając za każdym razem, kiedy próbuje na nie spojrzeć. Gdyby jednak dziewczyna się nie ruszała i patrzyła prosto przed siebie, obok oka mogłaby pojawić się kość policzkowa i gardło. Mogłyby podpłynąć, mrugnąć, uśmiechnąć się i westchnąć jej w twarz, nieważkie niczym cień.

Zastanawiała się oczywiście, do kogo należały te szczątki, kiedy jeszcze miały kości i skórę. Oko unosi się wyżej niż twarz Olivii, która kiedyś złowiła wzrokiem skraj czepka i wystrzępiony brzeg spódnicy. Pomyślała wtedy, że mogła to być wychowawczyni. Nie żeby miało to jakiekolwiek znaczenie. Teraz to tylko martwiak, czający się za jej plecami.

„Uciekaj!” – myśli dziewczyna, a martwiak zapewne słyszy, ponieważ wzdryga się i wycofuje z powrotem w mrok, pozostawiając ją samą w ponurej małej szopie.

Olivia opiera się o ścianę.

Kiedy była młodsza, lubiła udawać, że mieszka tutaj, a nie w Merilance. Matka i ojciec właśnie wyszli, pozostawiając ją, żeby posprzątała w domu. Oczywiście niedługo wrócą.

Jak tylko skończy pracę.

Zmiatała wówczas kurz i pajęczyny, układała skorupy naczyń i robiła porządek na półkach. Bez względu jednak na to, jak dokładnie sprzątała, nigdy nie było tu na tyle schludnie, by rodzice pojawili się z powrotem.

Dom można sobie wybrać. Te cztery słowa tkwią samotnie na jednej ze stron w pamiętniku jej matki, otoczone pustą, białą przestrzenią, tak że wyglądają jak zagadka. Prawdę mówiąc wszystko, co zapisała jej mama, wydaje się łamigłówką czekającą na rozwiązanie.

Deszcz osłabł, nie wali już pięściami, tylko stuka cicho, nieregularnie, znudzonymi dłońmi. Olivia wzdycha i wychodzi z szopy.

Na zewnątrz wszystko jest szare.

Szary dzień zaczyna przeistaczać się w szary wieczór. Nikłe szare światło pada na szarą żwirową ścieżkę, otaczającą szare kamienne mury Szkoły Merilance dla Nieprzystosowanych Dziewcząt.

„Szkoła” nasuwa na myśl schludne drewniane ławki i szelest ołówków na papierze. Edukację. Dziewczyny rzeczywiście się uczą, ale to nader pobieżna nauka, nastawiona na wpojenie umiejętności praktycznych: jak oczyścić kominek, jak zagnieść ciasto na chleb, jak zacerować ubranie. Jak istnieć w świecie, który ich nie chce. Jak być duchem w cudzym domu.

Merilance może nazywać się szkołą, ale w rzeczywistości to przytułek dla młodych, nieufnych i pechowych. Osieroconych i niechcianych. Nijaki, szary budynek wystaje z ziemi niczym grobowiec, otoczony nie pełnym zieleni parkiem, lecz surowymi, obwisłymi licami innych budynków na skraju miasta i kominami kaszlącymi dymem. Wokół szkoły nie ma murów ani żelaznego ogrodzenia, tylko pojedynczy łuk bramy na wjeździe, jakby oznajmiający: „Proszę bardzo, możesz stąd odejść, jeżeli tylko masz dokąd… ale jeśli odejdziesz, nie będziesz więcej mile widziana”. Co jakiś czas niektóre podopieczne opuszczają samowolnie budynek, a potem, raz do roku, czasem częściej, jakaś dziewczyna wali w drzwi, rozpaczliwie próbując dostać się z powrotem do środka. W ten sposób pozostałe dowiadują się, że owszem, mogą marzyć o szczęśliwym życiu w przyjaznym domu, ale nawet ponury grobowiec szkoły jest lepszym miejscem niż ulica.

Mimo to zdarzają się dni, kiedy myśl o ucieczce kusi Olivię.

Czasami spogląda na kamienny łuk, otwierający się niczym usta na skraju żwirowej drogi, i myśli: „A gdyby?”, myśli: „Mogłabym…”, myśli: „Pewnego dnia to zrobię”.

Któregoś wieczoru włamie się do sypialni wychowawczyń, zabierze stamtąd, co się da, i zniknie. Zostanie włóczęgą, złodziejką kolejową, zręczną włamywaczką albo oszustką, taką jak postacie z groszowych czytadeł, których niewyczerpany zapas wydaje się mieć Charlotte (to podarunki od chłopaka, którego spotyka co tydzień na skraju żwirowej fosy). Olivia planuje sto różnych przyszłości, ale co wieczór wciąż tam jest i kładzie się do wąskiego łóżka w zatłoczonej sypialni, w budynku, który nie jest i nigdy nie będzie jej domem. I co rano budzi się w tym samym miejscu.

Wraca teraz przez dziedziniec, szurając stopami po żwirze w miarowym rytmie: „szsz, szsz, szsz”. Wzrok ma utkwiony w ziemi, szukając koloru. Co jakiś czas po ulewnym deszczu kilka zielonych źdźbeł przepycha się pomiędzy kamyczkami albo uparta mgiełka mchu pojawia się na jednym z kamieni brukowych, ale te buntownicze kolory nigdy nie pozostają żywe zbyt długo. Jedyne kwiaty, jakie widziała, to te w gabinecie przełożonej: sztuczne i spłowiałe, o jedwabnych płatkach poszarzałych od kurzu.

Gdy Olivia okrąża szkołę, zmierzając ku bocznym drzwiom, które zostawiła szeroko otwarte, spostrzega błysk żółci. Pączek na łodyżce, chwast przebijający się przez żwir. Klęka, ignorując kamyki wbijające się w kolana, i delikatnie muska kwiatek kciukiem. Już ma go zerwać, kiedy słyszy kroki na ścieżce, znajome skrzypienie butów i szelest sukni, oznaczające wychowawczynię.

Wszystkie wyglądają tak samo w niegdyś białych sukniach, przepasanych niegdyś białymi wstęgami tkaniny, ale jednak czymś się różnią. Panna Jessamine ma cierpki uśmieszek, jakby przed chwilą zjadła cytrynę, panna Beth – głęboko osadzone, podkrążone oczy, a panna Lara mówi wysokim, piszczącym głosem, przypominającym gwizd czajnika.

No i jest jeszcze panna Agatha, która właśnie nadchodzi.

– Olivio Prior! – grzmi, sapiąc przy tym głośno. – Cóż ty wyrabiasz?

Olivia unosi dłonie, mimo że zdaje sobie sprawę z daremności tego gestu. Panna Sara nauczyła ją języka migowego, co było z jej strony piękne i dobre, lecz potem opuściła Merilance, a żadna z pozostałych wychowawczyń nie zadała sobie trudu, by poznać tę formę komunikacji.

Teraz to, co chce przekazać Olivia, nie ma najmniejszego znaczenia. Nikt nie potrafi jej zrozumieć.

Agatha gapi się na dziewczynę, która zaczyna migać: „Planuję ucieczkę”, ale w połowie gestu wychowawczyni klaszcze niecierpliwie w dłonie.

– Gdzie… jest… twoja… tabliczka…?! – pyta głośno i powoli, tak jakby Olivia miała kłopoty ze słuchem, a przecież nie ma najmniejszych. Co do tabliczki, to tkwi za rzędem słoików w piwnicy, wsadzona tam zaraz po tym, jak zawieszono ją dziewczynie na szyi, wraz z kawałkiem kredy. – No więc gdzie? – nalega wychowawczyni.

Olivia kręci głową i wybiera najprostszy znak, „deszcz”, powtarzając go kilka razy, by tamta miała szansę go zrozumieć, lecz panna Agatha tylko cmoka potępiająco, chwyta ją za rękę i wciąga do budynku.

– Powinnaś być w kuchni – gdera wychowawczyni, prowadząc Olivię korytarzem. – Pora na kolację, której nie pomogłaś przygotować!

„A mimo to, jakimś cudem – myśli Olivia, łowiąc unoszący się ku nim zapach jedzenia – została przygotowana”.

Docierają do jadalni, z której dobiegają wysokie głosy dziewcząt, ale Agatha mija drzwi i popycha ją dalej.

– Kto nic od siebie nie daje, ten nic nie dostaje – oznajmia, tak jakby to było motto szkoły, a nie przysłowie, które właśnie wymyśliła. Kiwa głową, zadowolona z siebie, zaś Olivia wyobraża sobie, jak wychowawczyni wyszywa te słowa na ozdobnej poduszce.

Wchodzą do wspólnej sypialni, gdzie pod dwoma tuzinami półeczek stoją dwa tuziny łóżek, wąskich i białych jak kawałki kredy. Wszystkie są puste.

– Do łóżka! – rozkazuje wychowawczyni, chociaż jeszcze nie zapadł zmrok. – Być może wykorzystasz ten czas na refleksję, co to znaczy być uczennicą Merilance.

Olivia wolałaby raczej gryźć szkło, ale teraz przytakuje i z całych sił stara się przybrać skruszoną minę. Wykonuje nawet grzeczny dyg, nisko pochylając głowę, ale tylko po to, by panna Agatha nie zauważyła krzywego buntowniczego uśmieszku na jej ustach. Niech staremu nietoperzowi wydaje się, że Olivii jest przykro.

Ludzie zakładają, że mnóstwo o niej wiedzą.

Najczęściej bardzo się mylą.

Wychowawczyni odchodzi ciężkim krokiem, najwyraźniej nie chcąc przegapić kolacji, a Olivia wkracza do sypialni. Zatrzymuje się przy pierwszym łóżku z brzegu, słuchając oddalającego się szelestu sukni. Kiedy tylko Agatha odchodzi, dziewczyna opuszcza wspólną salę i prześlizguje się korytarzem za róg, ku kwaterom wychowawczyń.

Każda z nich ma własny pokój. Kobiety zamykają drzwi na klucz, ale zamki są stare i proste, a ząbki na kluczach dość nieskomplikowane.

Olivia wyciąga z kieszeni kawałek mocnego drutu, przypominając sobie kształt klucza Agathy: ząbki wyglądają jak duże „E”. Przez chwilę gmera w zamku, który w końcu odskakuje, a drzwi otwierają się szeroko na przytulną sypialenkę, pełną poduszek z wyszywanymi maksymami.

„Ten dom cieszy się łaską Bożą”.

„Miejsce dla wszystkiego i wszystko na swoim miejscu”.

„Porządek w domu to spokój umysłu”.

Dziewczyna przesuwa palcami po słowach, okrążając łóżko. Na parapecie stoi zwierciadełko. Kiedy Olivia je mija, dostrzega kosmyk czarnych włosów oraz ziemisty policzek i aż się wzdryga, ale to tylko jej własne odbicie, blade i bezbarwne. „Duch Merilance”. Tak ją nazywają inne dziewczyny… lecz w ich głosach słychać przy tym rezerwę, a nawet lękliwą nutę. Olivia patrzy na swoje odbicie i się uśmiecha.

Klęka przed szafką z jesionowego drewna obok łóżka Agathy. Wychowawczynie też mają swoje słabości: Lara pali papierosy, Jessamine podjada dropsy cytrynowe, a Beth czyta powieścidła. Co z Agathą? Też ma niejedno za uszami. W górnej szufladzie stoi butelka, w której chlupocze brandy, a pod nią Olivia znajduje puszkę ciastek posypanych cukrem i papierową torebkę klementynek, kolorem przypominających miniaturowe słoneczka. Bierze trzy ciastka z cukrem i jeden owoc, a potem wycofuje się po cichu do pustej sypialni, by nacieszyć się łupem.

 

 

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ DRUGI

 

 

 

Olivia urządza sobie piknik na wąskim łóżku.

Najpierw pochłania ciastka, a potem rozkoszuje się klementynką: obiera skórkę tak, by utworzyła jedną długą zakręconą wstęgę, odsłaniając stopniowo pyszne cząstki. Za chwilę cała sypialnia będzie pachniała skradzionym owocem, ale dziewczyna nie zwraca na to uwagi. Klementynka smakuje jak wiosna, jak taniec na bosaka w trawie, jak coś ciepłego i zielonego.

Jej łóżko stoi na samym końcu pomieszczenia, toteż Olivia może przy jedzeniu oprzeć się plecami o ścianę i mieć oko na drzwi. A także na martwą rzecz siedzącą na łóżku Clary.

Ten martwiak jest inny, mniejszy niż poprzedni. Ma guzowate łokcie i kolana oraz oko, którego nie mruży ani na chwilę. Jedną dłonią ciągnie za brudny warkocz, obserwując jedzącą dziewczynę. W ruchach widma jest coś dziewczęcego: wydyma usta, przechyla głowę i szepcze jej do ucha, kiedy próbuje zasnąć, cicho i bezgłośnie, a ona nie rozumie jego słów, czuje tylko leciutki podmuch na policzku.

Spogląda na niego gniewnie, aż rozpływa się w powietrzu.

Tak się załatwia martwiaki.

Chcą, żeby na nie patrzyła, ale nie potrafią wytrzymać jej wzroku.

Przynajmniej nie mogą jej dotknąć. Kiedyś w przypływie frustracji zamachnęła się na siedzącego blisko martwiaka, ale jej dłoń przeszła na wylot. Nie doświadczyła najmniejszego podmuchu na skórze, nawet cienia oddechu. Poczuła się wówczas lepiej, wiedząc, że widma nie są dość realne, nie przebywają w tej samej rzeczywistości. Mogą tylko uśmiechać się, patrzeć spode łba lub się dąsać.

Tymczasem za drzwiami dzieje się coś nowego.

Olivia nasłuchuje szurania i skrobania świadczącego o końcu kolacji, a potem stukania laski przełożonej, kiedy ta wstaje, by wygłosić cowieczorny wykład o schludności, a może o dobroci lub skromności. Panna Agatha niewątpliwie będzie go pilnie słuchała, by później wyszyć najcelniejszy cytat na poduszce.

Z sypialni nie słychać przemowy, tylko serię szmerów i szumów. „Całe szczęście”, myśli Olivia, zmiatając okruszki z łóżka i ukrywając pomarańczową wstążkę ze skórki pod poduszką, by stamtąd słodko pachniała. Wyciąga dłoń ku drobiazgom na półce.

Nad każdym łóżkiem wisi półka, a na każdej z nich stoją czyjeś rzeczy. Niektóre dziewczęta mają lalki, otrzymane od organizacji charytatywnych lub własnoręcznie uszyte. Inne mają ulubione książki albo haft rozpięty na tamborku. Większość powierzchni na półce Olivii zajmują szkicowniki i słoik ogryzków ołówków, króciutkich, lecz naostrzonych (dziewczyna jest utalentowaną artystką, a jeśli nawet wychowawczynie z Merilance nie starają się rozwijać jej talentu, to nie można powiedzieć, żeby go całkowicie zaniedbywały). Dziś wieczorem jednak jej dłoń omija szkicowniki i chwyta pamiętnik w zielonej okładce, leżący na samym końcu.

Należał do jej matki.

Matki, która zawsze była tajemnicą, pustym miejscem, konturem o krawędziach dość wyraźnych, by zaznaczyć jej nieobecność. Olivia unosi delikatnie notatnik i przesuwa dłonią po okładce, wytartej po latach przeglądania. To jedyna rzecz, jaka łączy ją z życiem sprzed Merilance. Przybyła do ponurego kamiennego grobowca szkoły, gdy miała niecałe dwa lata, brudna, w sukience wyszywanej w polne kwiaty. Zanim ją zauważono, mogła spędzić na stopniach całe godziny, ponieważ nie płakała. Dziewczyna jednak tego nie pamięta, jak również niczego sprzed przybycia do szkoły. Nie potrafi sobie przypomnieć głosu matki, a co do ojca, to wie tylko, że nigdy go nie poznała. Gdy się urodziła, już nie żył – tyle wywnioskowała z zapis­ków matki.

Ten pamiętnik to dziwna rzecz.

Zapamiętała go dokładnie pod każdym względem, od odcienia zieleni oprawy, poprzez elegancką literę „G” na okładce (spędziła całe lata, domyślając się, jakie imię oznacza: Georgina, Genevieve, Gabrielle?), aż do bliźniaczych linii pod inicjałem, nie wytłoczonych lub wydrapanych, lecz wyżłobionych, idealnie równoległych, bieg­nących przez całą szerokość. Od dziwnych atramentowych plam, zajmujących całe strony, do wpisów dokonanych ręką matki. Niektóre z nich są całkiem długie, a inne zawierają zaledwie kilka słów, część wydaje się zrozumiała, a część jest chaotyczna i niepewna. Wszystkie są pisane w drugiej osobie, skierowane do „ciebie”.

Kiedy Olivia była mała, myślała, że to ona jest tą „tobą”, że matka mówi do niej z otchłani czasu, że ten zaimek jest jak dłoń, wyciągająca się ku niej z papieru.

 

Jeśli to czytasz, jestem bezpieczna.

Ostatniej nocy śniłam o tobie.

Czy pamiętasz, kiedy…

 

W końcu jednak doszła do wniosku, że adresat wpisów to ktoś inny: jej ojciec.

Chociaż nigdy nie odpowiedział, matka prowadziła pamiętnik tak, jakby to robił, wpis po wpisie pełen dziwnych, zawoalowanych aluzji do ich zalotów: o ptakach w klatkach, o bezgwiezdnym niebie, o jego dobroci, jej miłości i strachu, a potem – w końcu – o Olivii. Ich córce.

Od tego momentu jednak wpisy zaczynają się gmatwać. Matka pisze o cieniach pełznących przez mrok niczym czyjeś palce i głosach niesionych wiatrem, wzywających ją do domu. Wkrótce przepiękny charakter pisma zaczyna się pochylać, by ostatecznie stoczyć się ze skraju przepaści w szaleństwo.

Kiedy następuje przełom? W noc śmierci jej ojca.

Był chory. Matka pisała o tym, że wydawał się niknąć, gdy jej brzuch rósł. Jakaś wyniszczająca choroba zabrała go na kilka tygodni przed narodzinami Olivii, a kiedy zmarł, jej matka podupadła na zdrowiu. Załamała się. Piękne pismo stało się ostre i poszarpane, a myśli wydawały się rozpadać.

 

Przepraszam, że chciałam być wolna przepraszam, że otworzyłam drzwi, że cię tu nie ma a oni patrzą on patrzy, chce cię z powrotem, ale ciebie już nie ma, on chce mnie, ale nie pójdę, chce ją, ale ona jest wszystkim, co mam po tobie, jest wszystkim jest wszystkim chcę do domu

 

Olivia nie lubi zbyt długo przyglądać się tym notatkom, po części dlatego, że to bełkot oszalałej kobiety, a częściowo, ponieważ mimo woli zastanawia się, czy to szaleństwo jest dziedziczne. Czy czai się również w jej umyśle, uśpione, oczekujące na przebudzenie?

Zapiski się kończą, po nich następują już tylko połacie pustych stron, aż na samym końcu znajduje się jeszcze jeden wpis. List, adresowany nie do ojca, żywego czy martwego, ale do niej samej.

Olivio, Olivio, Olivio, pisze matka, imię rozwija się w poprzek strony, a spojrzenie dziewczyny przesuwa się po zapisanym papierze, jej palce śledzą poplątane słowa, linie przekreślające fragmenty tekstu, tak jakby matka próbowała odnaleźć drogę przez gąszcz myśli.

Coś porusza się na skraju pola widzenia Olivii. To martwiak, teraz jeszcze bliżej, gapi się z zakłopotaniem znad poduszki Clary. Przechyla głowę, tak jakby nasłuchiwał, a Olivia robi to samo. Słyszy, że nadchodzą inne uczennice, więc zamyka pamiętnik.

Kilka sekund później drzwi się otwierają i tłumek dziewcząt wlewa się do sypialni.

Szczebioczą i plotkują, rozbiegając się po sali. Młodsze zerkają w stronę Olivii i szepczą, ale kiedy odpowiada im spojrzeniem, umykają niczym insekty ku bezpiecznemu schronieniu łóżek. Starsze w ogóle nie patrzą. Udają, że jej tu nie ma, jednak ona zna prawdę: boją się. Dopilnowała tego.

Miała dziesięć lat, kiedy pokazała, na co ją stać.

Szła korytarzem, gdy usłyszała słowa matki w obcych ustach.

– „Te sny staną się moją zgubą” – czytał ktoś. – „Czuję się jak popękana szyba, w którą co noc uderza wiatr. Rysy rozszerzają się, a szkło jęczy pod jego naporem”.

Dotarła do sypialni. Platynowowłosa Anabelle siedziała sztywno na łóżku, czytając pamiętnik garstce chichoczących koleżanek.

– „W końcu zostanie wyłamane. To tylko kwestia czasu, a ja jestem tak bardzo zmęczona”.

Słowa brzmiały niewłaściwie, odczytywane wysokim, śpiewnym głosem dziewczyny, prezentując szaleństwo matki w pełnej krasie. Olivia podeszła i próbowała odebrać jej pamiętnik, lecz Anabelle wymknęła się, posyłając jej złośliwy uśmieszek.

– Jeżeli chcesz to z powrotem – powiedziała, trzymając go wysoko – wystarczy, że poprosisz.

Olivię ścisnęło w gardle. Otworzyła usta, lecz nie wydobyła z nich głosu, tylko gniewny oddech.

Anabelle zachichotała, a wówczas Olivia rzuciła się na nią. Jej palce musnęły pamiętnik, a zaraz potem dwie inne dziewczyny chwyciły ją od tyłu.

– Nie-e-e – zakpiła Anabelle, kiwając palcem. – Powinnaś poprosić. – Przysunęła się. – Nie musi nawet być głośno. – Pochyliła się ku Olivii, tak jakby ta rzeczywiście potrafiła wyszeptać prośbę, ukształtować w ustach słowo „proszę” i wypowiedzieć je. Zaszczękała zębami.

– Co z nią jest nie tak? – prychnęła pogardliwie Lucy, chwytając się za nos.

„Nie tak”.

Olivia popatrzyła na nią spode łba. Rok wcześniej zakradła się do infirmerii, przejrzała podręcznik anatomii, odnalazła rysunki przedstawiające przekrój ludzkich ust i gardła, a potem skopiowała wszystkie co do jednego i jeszcze tego samego wieczoru usiadła na łóżku, dotykając swojej szyi wzdłuż linii z podręcznika, próbując znaleźć przyczynę swojego milczenia, dowiedzieć się, czego właściwie jej brakuje.

– No, dalej! – popędziła ją prowokacyjnie Anabelle, trzymając wysoko pamiętnik. A kiedy Olivia nadal milczała, tamta otworzyła książkę, która do niej nie należała, odsłaniając słowa, które nie były do niej skierowane, chwyciła za kartki, które nie były jej własnością, i zaczęła je wyrywać.

Dźwięk rwanego papieru wydał się Olivii najgłośniejszy na świecie. Wyswobodziła się tamtym dwóm, runęła na Anabelle i chwyciła ją za gardło. Dziewczyna zawyła, Olivia ściskała, aż jej przeciwniczka nie mogła mówić i oddychać, a w następnej chwili do sypialni wkroczyły wychowawczynie, by odciągnąć je od siebie.

Anabelle łkała, a Olivia patrzyła na nią groźnie. Obie zostały odesłane do spania bez kolacji.

– To była tylko taka zabawa! – oświadczyła nadąsana Anabelle, po czym rzuciła się na łóżko. Olivia tymczasem po cichu, mozolnie układała wyrwane kartki z powrotem w pamiętniku matki, delektując się wspomnieniem gardła koleżanki w swoich dłoniach. Dzięki podręcznikowi anatomii doskonale wiedziała, gdzie nacisnąć.

Teraz przesuwa palcem wzdłuż krawędzi pamiętnika, gdzie wyrwane kartki nieco wystają spośród reszty. Jej ciemne oczy błyskawicznie wyłapują kolejne wchodzące dziewczyny.

Wokół posłania Olivii wykopano fosę, a przynajmniej tak się może wydawać. Wąski, niewidzialny strumień, którego nikt nie przekracza. Tym samym jej łóżko staje się zamkiem, prawdziwą fortecą.

Młodsze dziewczynki sądzą, że jest przeklęta.

Starsze uważają, że jest zdziczała i niebezpieczna.

Olivii to nie obchodzi, o ile dają jej spokój.

Anabelle wchodzi do sypialni ostatnia.

Zerka w kierunku kącika Olivii i unosi dłoń ku platynowym warkoczom, a na usta Olivii wypełza uśmiech.

Tamtego wieczoru, po tym, jak wyrwane kartki tkwiły już bezpiecznie w okładce pamiętnika, jak zgaszono światła, a uczennice z Merilance zasnęły, Olivia wstała. Zakradła się do kuchni, wzięła pusty słój po przetworach i zeszła z nim do piwnicy, w miejsce, gdzie jakimś cudem zawsze było jednocześnie sucho i wilgotno. Zajęło jej to godzinę, może dwie, ale zdołała napełnić słój chrząszczami i pająkami, znalazło się tam nawet kilka rybików. Dodała garść popiołu z kominka przełożonej, tak żeby robaczki pozostawiły ślady, a potem cichcem wróciła do sypialni i otworzyła słój nad głową Anabelle.

Tamta obudziła się z krzykiem.

Olivia oglądała ze swojego łóżka, jak Anabelle drapie prześcieradła i stacza się na podłogę. Wszystkie dziewczyny w pomieszczeniu wrzeszczały, a wychowawczynie pojawiły się w samą porę, by zobaczyć, jak z warkocza Anabelle wypełza rybik. Całą scenę oglądał również martwiak, jego ramiona trzęsły się w bezgłośnym śmiechu, a kiedy łkającą dziewczynę wyprowadzono z sypialni, przyłożył do na wpół uformowanych ust kościsty palec, tak jakby przysięgał zachować udział Olivii w sekrecie. Sprawczyni nie życzyła sobie jednak tajemnic: chciała, żeby Anabelle miała świadomość, kto jej to zrobił, by wiedziała, kto zmusił ją do krzyku w środku nocy.

Przy śniadaniu okazało się, że włosy Anabelle ścięto na krótko. Dziewczyna patrzyła Olivii prosto w oczy, a ta odwzajemniała spojrzenie.

„No, dalej”, myślała, wwiercając wzrok w twarz przeciwniczki. „Powiedz coś”.

Anabelle zmilczała.

I już nigdy nie dotknęła pamiętnika.

Od tamtej pory minęło parę lat i platynowoblond włosy Anabelle dawno odrosły, ale i tak dotyka warkocza za każdym razem, kiedy widzi Olivię, automatycznie, tak jak dziewczęta wykonują znak krzyża czy też klękają podczas mszy.

A Olivia za każdym razem się uśmiecha.

– Do łóżek! – rozkazuje wychowawczyni, wszystko jedno która. Wkrótce światła gasną, a sypialnia cichnie. Olivia siada pod szorstkim, drapiącym kocem, kuli się z plecami przy ścianie, przyciska pamiętnik do piersi i zamyka oczy, żeby nie widzieć martwiaków, dziewcząt ani reszty Merilance.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Olivio, Olivio, Olivio

 

Szeptałam to imię w twoje włosy, żebyś pamiętała, czy będziesz pamiętała?

Nie wiem Nie mogę Mówią, że jak ktoś kocha, to pozwala odejść, ale ja czuję tylko pustkę. Moje serce to popiół i czy wiedziałaś, że popiół zachowuje kształt, dopóki go nie dotkniesz nie chcę cię opuszczać, ale sama już sobie nie ufam

nie ma czasu nie ma czasu nie ma czasu

Tak mi przykro, nie wiem, co mogłabym zrobić poza tym

Olivio, Olivio, Olivio, zapamiętaj to –

cienie nie mogą cię dotknąć nie są prawdziwe

sny to tylko sny nie mogą cię skrzywdzić

i pozostaniesz bezpieczna, dopóki będziesz się trzymać z dala

od Gallanta

 

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ TRZECI

 

 

 

Olivia została pogrzebana żywcem.

A w każdym razie tak się czuje. W kuchni jest wyjątkowo duszno: znajduje się głęboko w trzewiach budynku, a powietrze jest gęste od pary z garnków, co w połączeniu z kamiennymi ścianami sprawia, że za każdym razem, gdy Olivia musi tam pracować, czuje, jakby zamknięto ją w grobowcu. Nie przeszkadzałoby jej to w sumie, gdyby była sama.

Na dole nie ma martwiaków, ale zawsze są dziewczęta. Szczebioczą i plotkują, nieustannie hałasując, właściwie bez powodu, tylko dlatego, że mogą. Jedna opowiada baśń o księciu i pałacu, druga skarży się na bolesną miesiączkę, a trzecia siedzi na kontuarze, machając nogami i poza tym nie robiąc absolutnie nic.

Olivia próbuje je ignorować, skupiając się na misce z ziemniakami. W jej ręce pobłyskuje nożyk do obierania. Pracując, przygląda się swoim dłoniom: chudym, nieładnym, lecz mocnym. Dłoniom, które potrafią mówić, chociaż niewiele osób w szkole zadaje sobie trud, by je wysłuchać. Dłoniom, które potrafią pisać, rysować i wyszywać idealne linie, a także bezbłędnie oddzielić skórę od mięsa.

Owszem, na jednej z nich rzeczywiście widnieje mała blizna pomiędzy kciukiem a palcem wskazującym, ale to było dawno temu i zrobiła to sobie sama. Słyszała, jak inne dziewczyny wrzeszczą, kiedy się skaleczą: słychać ostry krzyk, a potem długi lament. Cholera, ależ Lucy ryczała, kiedy podczas skakania po łóżkach poślizgnęła się i złamała stopę! Dlatego też Olivia pewnego dnia zadała sobie pytanie: czy dobyłaby z siebie głosu po przekroczeniu pewnego progu? Czy mogłaby go odzyskać dzięki bólowi?

Nóż był ostry, a rana głęboka. Krew zebrała się w niej i zaczęła kapać na blat, a nagłe gorąco pomknęło w górę jej ramienia i do płuc, jednak z gardła dziewczyny wydobyło się tylko krótkie, ostre sapnięcie, bardziej oddech niż dźwięk.

Gdy Clara dostrzegła krew, pisnęła z niesmakiem, a Amelia zawołała wychowawczynie, które oczywiście założyły, że to był wypadek. Och, co za niezdara, narzekały, cmokając z potępieniem, a inne dziewczyny szeptały między sobą. Wszyscy mieli coś do powiedzenia… poza Olivią.

Olivią, która miała przemożną ochotę wrzasnąć nie z bólu, a z czystej wściekłości, że w głowie ma tyle dźwięków, a nie potrafi ich wypowiedzieć. Zamiast tego kopnęła więc stos garnków, jedynie po to, by usłyszeć, jak brzęczą.

Tymczasem teraz w kuchni dziewczęta zmieniają temat i zaczynają rozmawiać o miłości.

Szepczą tak, jakby to była wielka tajemnica albo wykradziony cukierek, przemycony i schowany w policzku. Jakby potrzebowały wyłącznie miłości, jakby tylko ona mogła je wyzwolić spod jakiejś klątwy. Olivia nie widzi w tym najmniejszego sensu: miłość nie ocaliła jej ojca przed chorobą i śmiercią, ani jej matki przed zagubieniem i szaleństwem.

Dziewczyny mówią „miłość”, ale w rzeczywistości mają na myśli „pożądanie”. Chciałyby być pożądane poza murami szkoły. Czekają, by uratował je jeden z chłopaków, którzy sterczą na skraju żwirowej fosy, próbując je zwabić na drugą stronę.

Olivia przewraca oczami na wzmiankę o przychylności, obietnicach i przyszłości.

– A co ty możesz o tym wiedzieć? – rzuca drwiąco Rebecca, zauważywszy wymowny gest. Sama jest piskliwą dziewczynką z oczami zbyt małymi i osadzonymi zbyt blisko siebie. Olivia czasem portretuje ją jako łasicę. – Kto by cię tam chciał?

Nie wie, że wiosną jeden chłopak przyłapał Olivię, kiedy wychodziła z szopy. Popatrzyli sobie w oczy, a on się uśmiechnął.

– Porozmawiajmy – zaproponował, lecz Olivia zmarszczyła brwi i wycofała się do szkoły. Następnego dnia był tam jednak znowu, z żółtą stokrotką w dłoni. – Dla ciebie – oznajmił, a ona pragnęła kwiatka bardziej niż zainteresowania chłopaka, ale i tak przeszła na drugą stronę. Z bliska jego włosy wydawały się mieć w słońcu miedziany połysk. Pachniał sadzą, a ona ogarnęła jego rzęsy i wargi spojrzeniem artystki, przyglądającej się modelowi.

Kiedy ją pocałował, czekała, by poczuć to, co jej matka czuła do ojca, kiedy się poznali, czekała na iskrę, zarzewie ognia, który spali cały ich świat… Tymczasem poczuła tylko jego dłoń na swojej talii i usta na swoich ustach. Pustkę i smutek.

– Nie chcesz tego? – zapytał, gdy jego dłoń musnęła jej żebra.

Chciała go pożądać, czuć to, co inne dziewczęta.

A nie czuła. Mimo to miała swoje pragnienia. Pragnęła łóżka, które by nie trzeszczało. Sypialni bez Anabelle, wychowawczyń i martwiaków. Okna z widokiem na łąkę i powietrza, które nie pachnie sadzą, ojca, który nie umarł, i matki, która jej nie opuściła, a także przyszłości poza murami Merilance.

Pragnęła tych wszystkich rzeczy, lecz mieszkała tu już dość długo, by wiedzieć, że nie ma znaczenia, czego chce. Jedyne wyjście to być pożądaną przez kogoś innego.

Wiedziała o tym, a jednak odepchnęła chłopaka.

Kiedy zobaczyła go następnym razem na skraju dziedzińca, obejmował inną: małą, ładną dziewczynę imieniem Mary, żywą niczym iskierka, która chichotała i szeptała mu coś do ucha. Olivia zaczekała wówczas na przypływ zazdrości, ale poczuła tylko chłodną falę ulgi.

Teraz dziewczyna kończy obierać ziemniaka i przygląda się nożykowi. Balansuje nim na grzbiecie dłoni, podrzuca i chwyta za rękojeść, a potem uśmiecha się sama do siebie.

– Dziwaczka – mamrocze Rebecca. Olivia podnosi wzrok, patrzy tamtej prosto w oczy i kiwa nożem jak palcem. Rebecca odpowiada gniewnym spojrzeniem i zwraca uwagę z powrotem na inne dziewczyny, tak jakby Olivia była martwiakiem, czymś, co należy zignorować.

W końcu zmieniają temat: z chłopaków na sny.

– Śniło mi się, że byłam nad morzem.

– Nigdy w życiu nie byłaś nad morzem.

– I co z tego?

Olivia bierze następnego ziemniaka i wbija ostrze pod sztywną skórkę. Prawie skończyła, ale teraz zwalnia tempo, słuchając paplania koleżanek.

– No to skąd wiesz, że to było morze, a nie jezioro?

– Bo były tam mewy i skały. Poza tym nie muszę znać miejsca, żeby o nim śnić.

– Oczywiście, że musisz…

Olivia rozcina kartofel na czworo i wrzuca do garnka.

Rozmawiają o snach jak o materialnych rzeczach, które można pomylić z rzeczywistością. Budzą się z historiami, obrazami odciś­niętymi w pamięci.

Jej matka również mówiła o snach, ale te marzenia senne były okrutniejsze, pełne martwych kochanków i cieni ze szponami dość ostrymi, by czuła się w obowiązku ostrzec córkę, że koszmary nie są prawdziwe.

Przestrogi matki nie zdały się jednak na nic.

Olivia nigdy o niczym nie śniła.

Oczywiście wyobraża sobie rzeczy, w tym inne wersje swojego życia, udaje, że jest kimś innym: dziewczyną z wielką rodziną, mieszkającą we wspaniałym domu z ogrodem skąpanym w słońcu i innymi fantastycznymi rzeczami, lecz ani razu w ciągu czternastu lat o niczym nie śniła. Kiedy nadchodzi sen, jest jak ciemny tunel albo spowijający ją czarny całun. Czasami zaraz po przebudzeniu czuje na skórze coś jak włókienka, jedwabną pajęczynę. Dziwne wrażenie, że coś jej się wymyka, że na powierzchni rzeczywistości utrzymuje się obraz, który niemal natychmiast znika między falami.

– Olivio – ktoś wypowiada ostro jej imię.

Dziewczyna wzdryga się, zaciskając palce na nożu, ale to tylko Jessamine, chudolica wychowawczyni. Czeka u drzwi ze ściągniętymi ustami, tak jakby miała na języku kawałek cytryny. Przywołuje ją gestem, więc Olivia opuszcza stanowisko pracy.

Wszystkie głowy odwracają się ku niej, a oczy śledzą ją przez całą drogę do drzwi.

– Co tym razem przeskrobała? – szepczą, lecz, szczerze mówiąc, Olivia nie ma pojęcia. Może chodzi o wytrychy, które zrobiła, albo słodycze skradzione z szuflady panny Agathy? Czy też o tabliczkę pogrzebaną w piwnicy?

Kiedy idą po schodach, przeszywa ją dreszcz, jak zawsze, kiedy zamienia duszną kuchnię na chłodne korytarze szkoły. Na widok drzwi gabinetu przełożonej traci wszelką nadzieję. Wezwanie w to miejsce nie wróży niczego dobrego.

Panna Jessamine puka, a ze środka pada odpowiedź:

– Wejść!

Olivia zaciska usta. Jej zęby dzwonią lekko, kiedy wkracza do gabinetu.

Pod ścianami wąskiego pomieszczenia stoją regały z książkami. Byłby to wspaniały widok, gdyby zawierały historie o czarach, piratach lub złodziejach, lecz na grubych grzbietach widnieją tytuły takie jak Księga etykiety dla panien i Wędrówka pielgrzyma. Na jednej półce stoją encyklopedie, które – o ile Olivia się orientuje – używane są najczęściej do kładzenia na głowie i wymuszenia właściwej postawy dziewcząt.

– Panno Prior – odzywa się koścista postać za biurkiem z ciemnego drewna. Przełożona szkoły w Merilance od zawsze jest stara. Poza kilkoma dodatkowymi zmarszczkami na już i tak pobrużdżonej twarzy nie zmieniła się ani trochę przez cały ten czas, kiedy Olivia tu przebywa. Nie garbi się, jej blade oczy nigdy nie mrugają, a gdy mówi, jej cienki głos działa równie skutecznie jak przełącznik elektryczny. – Usiądź.

Są dwie możliwości: pod ścianą stoi lekkie, drewniane krzesło, a przed biurkiem takie o spłowiałej, zielonej tapicerce.

Krzesło pod ścianą jest już zajęte. Kuli się na nim mały, chudy martwiak i majta nogami, zbyt krótkimi, by sięgnąć podłogi. Olivia gapi się na w połowie uformowaną dziewczynkę, zastanawiając się, które z widm Merilance zdecydowało się nawiedzać akurat ten pokój.

Przełożona odchrząkuje. Dźwięk ten jest niczym koścista dłoń, ściskająca Olivię pod brodą.

Martwiak rozpływa się i wsiąka w boazerię, a Olivia zmusza się, by zrobić krok naprzód i zająć miejsce na wypłowiałym, zielonym krześle, wzbijając przy tym obłoczek kurzu. Patrzy beznamiętnie na starszą kobietę z nadzieją, że zostanie uznana za tępą. Niestety przełożona Merilance nigdy nie była na tyle uprzejma, żeby nie doceniać Olivii i brać jej milczenie za objaw głupoty czy nawet braku zainteresowania. Pod badawczym wzrokiem niebieskich oczu kobiety Olivia czuje się niepewna i odsłonięta.

– Jesteś z nami od dłuższego czasu – zagaja przełożona, tak jakby podopieczna tego nie wiedziała, jakby straciła rachubę lat niczym więzień. – Pielęgnowałyśmy cię od dziecka, dbałyśmy o ciebie, aż wyrosłaś na młodą kobietę.