Wydawca: Wydawnictwo Ender Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2014

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 852 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Forta - Michał Cholewa

Trwa wyścig o światy stracone lata temu, gdy nastał Dzień i technologia zwróciła się przeciw ludziom.


Kolejna po "Gambicie" i "Punkcie cięcia" powieść Michała Cholewy przenosi czytelnika na skalistą i pogrążoną w ciemności planetę Atropos. Znajdująca się na niej kolonia na wiele lat została odcięta od reszty ludzkości.
Teraz wreszcie na pokładzie unijnego krążownika  przybywa ekspedycja ratunkowa. Odcięci od wsparcia na surowej planecie, żołnierze Unii muszą stawić czoła tajemniczemu wrogowi, by rozwiązać zagadkę z czasów świata, który przeminął.
Kapral Wierzbowski oraz jego oddział wciągnięty w niebezpieczną grę dowiaduje się coraz więcej o planecie, swoim przeciwniku i w obliczu dylematów wymuszonych chłodną kalkulacją... o sobie.
I nie wiadomo, która z tych rzeczy jest najbardziej przerażająca.

 

Opinie o ebooku Forta - Michał Cholewa

Fragment ebooka Forta - Michał Cholewa

MICHAŁ CHOLEWA

FORTA

© 2014 Michał Cholewa

© 2014 WARBOOK Sp. z o.o.

Redaktor serii: Sławomir Brudny

Redakcja i korekta językowa: Karina Stempel-Gancarczyk

Projekt graficzny, eBook mastering:

Ilona i Dominik TrzebińscyDu Châteaux,atelier@duchateaux.pl

Ilustracja na okładce: Joanna Wolska

ISBN 978-83-64523-13-7

Ustroń 2014

Wydawca: Warbook Sp. z o.o.

ul. Bładnicka 65

Prolog

EUS „Oslo”, wysoka orbita Atropos, system Gamma I Stratos,8.11.2212 ESD, 04:56

Sen­so­ry znów zła­pa­ły kon­takt, szó­sty raz w cią­gu ostat­nich kil­ku go­dzin. Iry­tu­ją­cy pisk sys­te­mu zbiegł się ze znik­nię­ciem sfe­ry przy­pusz­czal­nej po­zy­cji, po raz ko­lej­ny za­stą­pio­nej punk­tem po­zy­cji do­kład­nej. Po raz ko­lej­ny bli­żej „Oslo” niż po­przed­nio.

– Ło­buz zmie­nił kurs na dwa­dzie­ścia – dwa­dzie­ścia – za­mel­do­wał ope­ra­tor sen­so­rów. – Czas do kon­tak­tu bo­jo­we­go dzie­sięć go­dzin, osiem­na­ście mi­nut.

An­to­inet­te Ser­ra nie­znacz­nie kiw­nę­ła gło­wą. Nie­przy­ja­ciel był co praw­da jesz­cze da­le­ko, ale nie po­tra­fi­ła so­bie wy­obra­zić, by na­gle zmie­nił kurs na in­ny niż ku Atro­pos.

– Na­wi­ga­cja, wy­znacz­cie naj­bar­dziej praw­do­po­dob­ny kurs Ło­bu­za dla sce­na­riu­szy ata­ku na „Oslo”, ata­ku na Nij­me­gen i de­san­tu. Łącz­ność, kie­dy tyl­ko te da­ne bę­dą go­to­we, prze­ślij­cie je do wy­rzut­ni na­ziem­nych.

– Tak jest. – Sze­ro­ki jak do­wol­nych dwóch in­nych ofi­ce­rów pod­po­rucz­nik Hol­ta uru­cho­mił po­łą­cze­nie z wy­rzut­nia­mi na po­wierzch­ni pla­ne­ty. Ekran je­go kon­so­le­ty roz­ja­rzył się iko­na­mi prze­sy­łu da­nych.

Na sza­ro-czar­nej po­wierzch­ni Atro­pos ode­bra­li je lu­dzie ma­jo­ra Cre­pe’ego ob­sta­wia­ją­cy czte­ry pla­ców­ki de­fen­syw­ne Nij­me­gen. Je­że­li wszyst­ko pój­dzie do­brze, bę­dą w sta­nie prak­tycz­nie po­dwo­ić moż­li­wo­ści bo­jo­we „Oslo”, o ile ewen­tu­al­na wal­ka roz­strzy­gnie się tuż przy pla­ne­cie.

– Po­twier­dze­nie roz­po­zna­nia?

– Nie – za­prze­czył ofi­cer. – Le­d­wo uda­ło się wy­ła­pać emi­sję, mu­si uru­cha­miać tyl­ko mi­ni­mal­ny ciąg.

– Dzię­ku­ję.

Dłoń ko­man­dor wy­bi­ła nie­rów­ny rytm na opar­ciu fo­te­la. Jak do­tąd, od mo­men­tu kie­dy wy­chwy­ci­li de­ce­le­ra­cję Ło­bu­za po­nad do­bę te­mu, okręt nie zdra­dził się żad­nym zbyt otwar­tym ma­new­rem. Wte­dy Sek­cja Tak­tycz­na skla­sy­fi­ko­wa­ła go ja­ko nisz­czy­ciel, co dla „Oslo” by­ło ra­czej złą wia­do­mo­ścią. Ale pó­ki co mie­li tyl­ko ten je­den od­czyt.

– Niech Nij­me­gen wy­śle do nas kil­ka wia­do­mo­ści sze­ro­ko­pa­smo­wo, ko­niecz­nie z na­szym iden­ty­fi­ka­to­rem.

– Tak jest – po­twier­dził Hol­ta. – Ale je­że­li chce­my prze­ka­zać, kim je­ste­śmy, mo­że po pro­stu nada­wać bez­po­śred­nio do nich?

– Na ra­zie wo­lę, by nie wie­dzie­li, że ich wi­dzi­my. – Ofi­cer od­gar­nę­ła za ucho nie­sfor­ny ko­smyk wło­sów. – A tak mo­że prze­chwy­cą wia­do­mo­ści i sa­mi się do nas ode­zwą.

An­to­inet­te przy­gry­zła war­gi. Sy­tu­acja nie wy­glą­da­ła tra­gicz­nie. Fakt, że nie­przy­ja­ciel ca­ły czas ro­bił, co mógł, aby po­zo­stać nie­wy­kry­tym, rów­nież prze­ma­wiał na jej ko­rzyść – ozna­cza­ło to, że nie wie, iż jest ob­ser­wo­wa­ny. A to za­wsze by­ła prze­wa­ga.

Ło­buz ja­ko nisz­czy­ciel nie mie­ścił się w kla­sie jed­no­stek, któ­re chcia­ła spo­tkać, bę­dąc na po­kła­dzie „Oslo”. Ale prze­cież – je­śli już przyj­dzie im wal­czyć – by­ła go­to­wa.

– Co z pro­ma­mi? – za­py­ta­ła.

– Pierw­sza gru­pa koń­czy ka­li­bra­cję sie­ci. Je­że­li ma­ją iść na ni­skiej emi­sji, bę­dą z po­wro­tem w cią­gu dwóch go­dzin. – Hol­ta na­wet nie spoj­rzał na kon­so­le­tę, na­dal za­ję­ty ko­mu­ni­ka­cją z pla­ne­tą. – Dru­gi ze­spół do­pie­ro do­cie­ra na wy­zna­czo­ną po­zy­cję.

Ko­man­dor po­tar­ła dło­nią pod­bró­dek, ob­ser­wu­jąc ja­sno­nie­bie­skie znacz­ni­ki dwóch wa­ha­dłow­ców, uwi­ja­ją­cych się po­mię­dzy „Oslo” a Ło­bu­zem, i dru­giej pa­ry, głę­biej w prze­strze­ni. Zwy­kle nie prze­pa­da­ła za po­la­mi mi­no­wy­mi, po­nie­waż by­ły dość nie­ela­stycz­ne i ich efek­tyw­ne uży­cie z re­gu­ły oka­zy­wa­ło się nie­moż­li­we. Na­wet dwie­ście ra­kiet bez wspar­cia po­tęż­nych blo­ków WE okrę­tu za­zwy­czaj sta­no­wi­ło ła­twy łup dla sys­te­mów de­fen­syw­nych. Te­raz jed­nak, kie­dy dość do­kład­nie zna­ła przy­pusz­czal­ną po­zy­cję do­mnie­ma­ne­go nie­przy­ja­cie­la i mia­ła czas na przy­go­to­wa­nia, sy­tu­acja mo­gła być in­na. Je­że­li uda im się za­sko­czyć wro­ga z krót­kie­go dy­stan­su, mo­że zwy­czaj­nie nie zdą­żyć za­kłó­cić ich wszyst­kich. A prze­cież nie po­trze­bo­wa­ła zbyt wie­lu tra­fień. Je­że­li prze­ciw­nik zde­cy­du­je się ich za­ata­ko­wać, praw­do­po­dob­nie bę­dzie to krót­ka i nie­przy­jem­na wal­ka.

– Dzie­sięć go­dzin, pa­nie i pa­no­wie – po­wie­dzia­ła do swo­ich lu­dzi. – Za czte­ry go­dzi­ny bę­dzie­my wie­dzieć wszyst­ko.

Opar­ła się wy­god­niej w fo­te­lu do­wód­cy i na krót­ką chwi­lę przy­mknę­ła oczy. Je­że­li prze­ciw­nik nie zmie­ni kur­su, wkrót­ce spra­wa się za­koń­czy. To po­zwo­li od­ha­czyć przy­naj­mniej jed­no z dłu­giej li­sty jej zmar­twień.

***

Sy­gnał był le­d­wo od­czy­ty­wal­ny przez za­kłó­ce­nia i mo­men­ta­mi An­to­inet­te wy­da­wa­ło się, że to je­dy­nie duch w ma­szy­nie, efekt prze­mę­cze­nia lub stre­su. Prze­two­rzo­ny przez fil­try sta­no­wi­ska łącz­no­ścio­we­go, sta­wał się aż nad­to wy­raź­ny.

– Sze­ścio­se­kun­do­wy za­pę­tlo­ny prze­kaz – po­wie­dział Hol­ta, zwra­ca­jąc się do ofi­cer. – Po­wta­rza się w kół­ko, od­kąd go wy­chwy­ci­li­śmy.

– Ło­buz?

– Teo­re­tycz­nie moż­li­we. – Nor­weg po­krę­cił gło­wą, jed­no­znacz­nie da­jąc do zro­zu­mie­nia, że aku­rat ta teo­ria nie jest we­dług nie­go prze­sad­nie wia­ry­god­na. – Ale ob­sta­wiał­bym ja­kąś in­ną jed­nost­kę, moż­li­we, że uszko­dzo­ną. Stąd praw­do­po­dob­nie za­szu­mie­nie, choć mo­że to być też kwe­stia dy­stan­su.

– Dy­stan­su?

– Nie wy­klu­czam po­cho­dze­nia po­za­sys­te­mo­we­go.

An­to­inet­te w mil­cze­niu prze­su­nę­ła dło­nią po ciem­nych wło­sach. Sy­gnał mógł ozna­czać bar­dzo złe wie­ści, choć z dru­giej stro­ny, je­że­li fak­tycz­nie po­cho­dził spo­za sys­te­mu, praw­do­po­dob­nie był echem ja­kieś daw­nej tra­ge­dii sprzed lat.

– Po­tra­fisz to od­szy­fro­wać?

– Zde­cy­do­wa­nie nie – po­wie­dział łącz­no­ścio­wiec, pa­trząc po­nu­rym wzro­kiem na su­ną­ce przez ekran je­go sta­no­wi­ska da­ne. – A już na pew­no nie szyb­ko.

An­to­inet­te wes­tchnę­ła. War­to by­ło spró­bo­wać, choć w za­sa­dzie nie li­czy­ła na żad­ną in­ną od­po­wiedź.

– Za­pisz, zo­ba­czy­my, co na to po­wie­dzą spe­ce w do­mu.

– Tak jest.

Raz jesz­cze spoj­rza­ła na ekran, gdzie ana­li­za­tor wy­plu­wał z sie­bie ko­lej­ne cy­klicz­ne wy­kre­sy ilu­stru­ją­ce prze­bieg prze­chwy­co­ne­go sy­gna­łu, opa­trzo­ne do­dat­ko­wo ko­men­ta­rza­mi pro­gra­mu de­szy­fru­ją­ce­go. Stru­mień da­nych do­cie­rał do koń­ca, po czym zni­kał na uła­mek se­kun­dy, by na­tych­miast roz­po­cząć się znów. I znów.

Je­że­li Hol­ta miał ra­cję, praw­do­po­dob­nie wi­dzie­li echo czy­jejś łącz­no­ści sprzed wie­lu lat. Ko­goś, kto za­pew­ne już nie żył, i je­dy­ne, co po nim po­zo­sta­ło, to ta wia­do­mość.

Al­bo też Ło­buz miał gdzieś przy­ja­ciół.

***

– Pa­ni ko­man­dor, łącz­ność – za­mel­do­wał Hol­ta.

Z ja­kie­goś jed­nak po­wo­du czu­ła nie­po­kój. Nie by­ła pew­na, czy udzie­la­ła się jej po­nu­ra at­mos­fe­ra Atro­pos, czy pod­świa­do­mie ocze­ki­wa­ła za­sadz­ki. A mo­że po pro­stu by­ła to kwe­stia te­go, że od sa­me­go po­cząt­ku mi­sji „Oslo” nic, ale to nic nie szło do­brze.

– Cre­pe? – Od­ru­cho­wo spoj­rza­ła na ekran tak­tycz­ny, lecz wszyst­kie czte­ry sta­no­wi­ska ra­kie­to­we Nij­me­gen na­dal wy­świe­tla­ły się na nim ja­ko ak­tyw­ne.

– Nie, puł­kow­nik Bris­ba­ne.

– Oczy­wi­ście. – Za­nim An­to­inet­te zdą­ży­ła za­re­ago­wać, jej dłoń od­ru­cho­wo za­ci­snę­ła się w pięść.

Wil­liam Bris­ba­ne. Kie­dy otrzy­ma­ła roz­ka­zy wzię­cia na po­kład ze­spo­łu Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych pod je­go ko­men­dą, pod­skór­nie wy­czu­ła nad­cią­ga­ją­ce pro­ble­my. Ope­ra­cje Spe­cjal­ne na mi­sji ra­tun­ko­wej – to nie brzmia­ło zbyt do­brze, zwłasz­cza przy złej sła­wie, ja­ka ota­cza­ła tę for­ma­cję.

Ale po­cząt­ko­wo sy­tu­acja nie by­ła zła. Bris­ba­ne – cał­kiem przy­stoj­ny, nie da­ło się ukryć, ciem­no­wło­sy czter­dzie­sto­la­tek o mi­ni­mal­nie kan­cia­stej twa­rzy i prze­ni­kli­wym spoj­rze­niu sza­rych oczu – wy­da­wał się po­dob­nie jak ona świa­dom nie­zręcz­no­ści sy­tu­acji. On i je­go od­dział trzy­ma­li się przede wszyst­kim przy­dzie­lo­nych im kwa­ter i nie wcho­dzi­li w dro­gę za­ło­dze „Oslo”. Zmy­lił ją.

– Tu Bris­ba­ne, do do­wód­cy „Oslo”. – Na mo­ni­to­rze po­ja­wi­ła się le­d­wie wi­docz­na twarz puł­kow­ni­ka. Ob­raz rwał się od za­kłó­ceń, a głos Au­stra­lij­czy­ka zda­wał się lek­ko fa­lo­wać, przez co je­go ton stra­cił nie­co ze zwy­kłej iry­tu­ją­cej nu­ty.

– Tu do­wód­ca „Oslo”. – Praw­do­po­dob­nie ja­kość po­łą­cze­nia spra­wi­ła, że zmar­no­wa­ła na­praw­dę do­bre wy­nio­słe spoj­rze­nie. – Słu­cham.

– Zmia­na prio­ry­te­tów mi­sji – po­wie­dział Bris­ba­ne. – Pro­szę prze­ka­zać do wszyst­kich na­szych jed­no­stek na po­wierzch­ni pla­ne­ty roz­kaz wy­co­fa­nia się i przy­go­to­wać okręt do opusz­cze­nia or­bi­ty.

Do za­cho­wa­nia spo­ko­ju Ser­ra wy­ko­rzy­sta­ła nie­mal ca­łą swo­ją zdol­ność sa­mo­kon­tro­li. Zmia­na prio­ry­te­tu mi­sji. Ko­lej­na zmia­na prio­ry­te­tu.

– Słu­cham? – za­py­ta­ła odro­bi­nę pod­nie­sio­nym gło­sem, ale tam­ten pew­nie nie wy­ła­pał te­go przez za­kłó­ce­nia. – To nie­moż­li­we, je­ste­śmy w trak­cie przy­go­to­wań do bi­twy, na po­wierzch­ni pla­ne­ty ma­my po­nad ty­siąc cy­wi­li…

– To roz­kaz, ko­man­do­rze. Nie py­ta­nie o re­ko­men­da­cję.

Roz­kaz do­wód­cy mi­sji ra­tun­ko­wej. Gdy­by nie by­ło to tak tra­gicz­ne, by­ło­by śmiesz­ne.

Zmia­na do­wo­dze­nia na­stą­pi­ła pod ko­niec trze­cie­go ty­go­dnia rej­su „Oslo”, kie­dy prze­szu­ki­wa­li kom­pleks ko­pal­nia­ny, wy­mar­ły od co naj­mniej kil­ku lat, wraz z przy­cu­mo­wa­nym wra­kiem woj­sko­we­go trans­por­tow­ca z mar­twą za­ło­gą i czter­dzie­sto­ma sied­mio­ma cia­ła­mi w nie­czyn­nych hi­ber­na­to­rach. Dość nor­mal­ny ob­raz w prze­strze­ni, któ­rą za­ło­gi cho­dzą­ce w po­dob­ne rej­sy na­zy­wa­ły „zie­mia­mi od­zy­ska­ny­mi”. Sta­re ko­lo­nie i gro­by – w tej lub in­nej for­mie.

Bris­ba­ne przy­szedł do niej czwar­te­go dnia ba­da­nia kom­plek­su i po­ka­zał jej no­we roz­ka­zy. Oczy­wi­ście z tym sa­mym, jak­by lek­ko prze­pra­sza­ją­cym uśmiesz­kiem, któ­ry pre­zen­to­wał, gdy wcho­dził na po­kład. Ukradł jej okręt. I, przy oka­zji, „Her­me­sa”, przy­dzie­lo­ną jej jed­nost­kę ku­rier­ską. Roz­kaz od­da­nia do­wo­dze­nia nad ope­ra­cją wy­da­wał się cał­kiem nie­do­rzecz­ny, ale wszyst­kie ko­dy au­to­ry­za­cyj­ne się zga­dza­ły – spraw­dzi­ła trzy ra­zy gdzieś po­mię­dzy prze­kleń­stwa­mi a roz­wa­ża­niem opcji wsz­czę­cia otwar­te­go bun­tu. Z go­dzi­ny na go­dzi­nę ca­ły rejs stał się ak­cją Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych.

Puł­kow­nik na­ka­zał obu okrę­tom wziąć kurs na Gam­ma I Stra­tos, sys­tem znaj­du­ją­cy się da­le­ko po­za pla­no­wa­ną tra­są rej­su. Tam tra­fi­li na Atro­pos i nie­gdyś pię­cio­ty­sięcz­ną Nij­me­gen. Ty­siąc osób po­wi­ta­ło ich z nie­do­wie­rza­niem i w ci­szy, ale jed­nak z na­dzie­ją. Co zna­czy­ło je­dy­nie, że w kwe­stii oce­ny ofi­ce­ra oesów nie by­li mą­drzej­si od niej.

– Puł­kow­ni­ku, z ca­łym na­leż­nym sza­cun­kiem. – An­to­inet­te od­kry­ła, że po­tra­fi co­raz le­piej kon­tro­lo­wać głos. Jesz­cze dwa, trzy zda­nia i za­pew­ne uda się jej sy­mu­lo­wać cał­ko­wi­ty spo­kój. – Do pla­ne­ty idzie nie­przy­ja­ciel­ski okręt i ma­my po­wo­dy przy­pusz­czać, że bę­dzie chciał za­szko­dzić cy­wil­nej po­pu­la­cji.

– To je­dy­nie przy­pusz­cze­nia – od­parł Bris­ba­ne. – Zresz­tą, ko­lo­nia za­cho­wa swo­je zwy­kłe środ­ki obro­ny przed ata­kiem or­bi­tal­nym.

– Nie są­dzę, że­by­śmy mu­sie­li się mar­twić aku­rat bom­bar­do­wa­niem.

Ko­lo­ni­ści opo­wie­dzie­li im wie­le hi­sto­rii, któ­rych An­to­inet­te ba­ła się słu­chać. O la­tach po­wol­nej śmier­ci i wal­ki z bez­li­to­sną Atro­pos, z bu­rza­mi py­ło­wy­mi, uszko­dze­nia­mi, cho­ro­ba­mi. Gło­dem. O ata­kach nie­zna­nych sił. Gra­bież­ców, tak ich na­zy­wa­li. Cre­pe są­dził, że stoi za tym ja­kiś nie­za­leż­ny ka­cyk, któ­ry po­sta­no­wił wy­kro­ić swo­je do­mi­nium. Sa­ma An­to­inet­te ob­sta­wia­ła ra­czej si­ły we­wnętrz­ne, ko­goś, kto w ten spo­sób pró­bo­wał za­ła­twiać wła­sne po­ra­chun­ki. Bris­ba­ne po­wstrzy­mał się od ko­men­ta­rza. Jak za­wsze zresz­tą. Dość, że miesz­kań­cy Nij­me­gen ba­li się Gra­bież­ców jak sa­me­go dia­bła, przez co jesz­cze bar­dziej en­tu­zja­stycz­nie wi­ta­li unij­ny per­so­nel. W każ­dym ra­zie na po­cząt­ku.

– W chwi­li obec­nej to nie­istot­ne, praw­da? – Twarz Bris­ba­ne’a na ekra­nie łącz­no­ści nie zmie­ni­ła wy­ra­zu.

– Mo­im za­da­niem…

– Pa­ni za­da­niem jest wy­ko­ny­wa­nie roz­ka­zów do­wód­cy. Zda­ję so­bie spra­wę, że od­bie­ga­ją one od te­go, po co mia­ła pa­ni tu przy­być. Ale te­raz in­ne aspek­ty na­szej mi­sji ma­ją pierw­szeń­stwo.

Au­stra­lij­czyk dość szyb­ko dał do zro­zu­mie­nia za­rów­no ko­lo­ni­stom, jak i ka­drze ofi­cer­skiej „Oslo”, że nie po­ja­wił się tu­taj z za­mia­rem po­ma­ga­nia ko­mu­kol­wiek. W za­sa­dzie An­to­inet­te po­win­na by­ła te­go ocze­ki­wać, w koń­cu wie­le sły­sza­ła o oesach. Po pro­stu chcia­ła wie­rzyć, że tym ra­zem bę­dzie ina­czej. Idiot­ka.

Ze­zwo­lił na zej­ście na pla­ne­tę wy­łącz­nie czę­ści jed­no­stek de­san­to­wych. Żad­nych me­dy­ków, in­ży­nie­rów, żad­nych za­pa­sów po­za na­praw­dę sym­bo­licz­ny­mi. Miesz­kań­cy Nij­me­gen po la­tach sa­mot­no­ści spo­dzie­wa­li się po­mo­cy, a do­sta­li ba­zę woj­sko­wą. Mil­czą­ce pa­tro­le opan­ce­rzo­nych żoł­nie­rzy, uzbro­jo­ny per­so­nel we wszyst­kich klu­czo­wych dla ko­lo­nii in­sta­la­cjach i za­pew­nie­nie, że „chwi­lo­wo wspar­cie w więk­szym wy­mia­rze jest nie­moż­li­we”. Tyl­ko że by­ło – ca­łe cho­ler­ne wspar­cie, ja­kie­go pla­ne­ta mo­gła po­trze­bo­wać, wi­sia­ło po­nad nią na or­bi­cie. Z roz­ka­zem ocze­ki­wa­nia na dal­sze po­le­ce­nia.

Wszel­kie dzia­ła­nia Bris­ba­ne’a i wście­kłe­go nań, lecz obo­wiąz­ko­we­go ma­jo­ra Cre­pe’ego wy­sy­ła­ły ja­sny prze­kaz – przy­by­sze ocze­ku­ją ko­ope­ra­cji miesz­kań­ców ko­lo­nii, ale ra­czej nie na­le­ży na nich li­czyć. An­to­inet­te na­wet nie mu­sia­ła so­bie wy­obra­żać, co mo­gli czuć ko­lo­ni­ści. Wi­dzia­ła to. W na­gra­niach, do oglą­da­nia któ­rych zmu­sza­ła się każ­de­go dnia. W ich spoj­rze­niach śle­dzą­cych unij­nych żoł­nie­rzy. W kil­ku­na­stu proś­bach o za­opa­trze­nie, któ­re od­rzu­ca­ła na roz­kaz Au­stra­lij­czy­ka.

Mo­ra­le za­ło­gi by­ło nie lep­sze. Puł­kow­nik pod­szedł do mi­sji nie­mal jak do zdo­by­wa­nia wro­gie­go te­ry­to­rium. Ka­zał uru­cho­mić wszyst­kie pro­ce­du­ry alar­mo­we, peł­ną sieć sen­so­rycz­ną wo­kół pla­ne­ty, po­go­to­wie na sys­te­mach uzbro­je­nia, cią­gły trze­ci sto­pień go­to­wo­ści, ak­ty­wa­cję wszyst­kich pro­to­ko­łów prze­ciw­ko in­fil­tra­cji. Za­ło­ga cho­dzi­ła w opo­rzą­dze­niu bo­jo­wym, przez co sys­tem bez­pie­czeń­stwa włą­czał się śred­nio kil­ka ra­zy na go­dzi­nę. Po trzech do­bach cią­głych alar­mów An­to­inet­te dez­ak­ty­wo­wa­ła go na wła­sną od­po­wie­dzial­ność, ale wte­dy „Oslo” by­ło już po sie­dem­dzie­się­ciu dwóch go­dzi­nach bez snu. Lu­dzie po­peł­nia­li błę­dy. Do­rzu­ca­jąc do te­go per­so­nel, któ­ry po­wi­nien być na pla­ne­cie, a zo­stał zmu­szo­ny do po­zo­sta­nia na „Oslo”… okręt sta­no­wił wrzą­cy sa­gan. A puł­kow­nik wła­śnie pod­krę­cał ogień.

– Puł­kow­ni­ku – spró­bo­wa­ła ina­czej. W koń­cu na­wet je­że­li Bris­ba­ne miał gdzieś oca­le­nie Nij­me­gen, nie bę­dzie chciał utra­cić okrę­tu. – Je­że­li opu­ści­my or­bi­tę, nie je­stem w sta­nie za­gwa­ran­to­wać prze­trwa­nia „Oslo”.

– Bę­dzie pa­ni mu­sia­ła spró­bo­wać.

– Je­że­li nie­przy­ja­ciel nie zmie­ni kur­su, wy­star­czy nam kil­ka go­dzin…

– Czy zro­zu­mia­ła pa­ni roz­kaz? – Za­kłó­ce­nia po­zba­wia­ły głos Au­stra­lij­czy­ka wszyst­kich emo­cji, ale do­wód­ca „Oslo” by­ła w sta­nie do­sko­na­le wy­obra­zić so­bie je­go pe­łen na­ci­sku ton. Za­ci­snę­ła zę­by.

– Tak, zro­zu­mia­łam – wy­ce­dzi­ła. – Prze­ka­żę ma­jo­ro­wi Cre­pe’emu pa­na su­ge­stię, by wy­co­fał swo­ich lu­dzi. „Oslo” bę­dzie go­to­we do wy­mar­szu w cią­gu go­dzi­ny.

– Dzię­ku­ję. Bez od­bio­ru.

Au­stra­lij­czyk prze­rwał po­łą­cze­nie, po­zo­sta­wia­jąc An­to­inet­te wście­kle wcze­pio­ną w po­rę­cze do­wód­cze­go fo­te­la.

Po­le­ce­nie puł­kow­ni­ka nie mia­ło, z punk­tu wi­dze­nia Ser­ry, żad­ne­go sen­su. „Oslo” znaj­do­wa­ło się na jed­nej z nie­wie­lu po­zy­cji w sys­te­mie, na któ­rej mo­gło to­czyć wal­kę z nisz­czy­cie­lem i za­cho­wać spo­re szan­se na wy­gra­ną – i Bris­ba­ne za­mie­rzał ich z niej za­brać. Za­mie­rzał też wy­co­fać wszyst­kich żoł­nie­rzy z Nij­me­gen. Nie tyl­ko pa­tro­le i żan­dar­mów ob­sta­wia­ją­cych sta­no­wi­ska kon­tro­l­ne, ale też za­ło­gi wy­rzut­ni de­fen­syw­nych. A ona ja­koś nie mo­gła uwie­rzyć, że­by puł­kow­nik chciał za­wie­rzyć ostrzał ko­lo­ni­stom.

Coś zna­lazł? Być mo­że, ale co to by­ło, że nie mo­gło po­cze­kać za­le­d­wie kil­ku go­dzin? Dla­cze­go mu­siał ucie­kać już te­raz? Wście­kła An­to­inet­te wbi­ła wzrok w ekran tak­tycz­ny, usi­łu­jąc od­gad­nąć zna­cze­nie zdaw­ko­wych po­le­ceń puł­kow­ni­ka. Bris­ba­ne z pew­no­ścią wie­dział, że „Oslo” naj­więk­sze szan­se ma tu­taj, na or­bi­cie. Po­za nią woj­sko­wy trans­por­ter w wal­ce z nisz­czy­cie­lem mu­siał li­czyć na szczę­ście, i to nie­ma­łe. Za­pew­ne więc ist­niał ja­kiś in­ny po­wód wy­da­nia ta­kie­go, a nie in­ne­go roz­ka­zu. Coś, co spra­wi­ło, że Au­stra­lij­czyk uznał po­byt w cie­niu sys­te­mów obron­nych Nij­me­gen za bar­dziej nie­bez­piecz­ny niż pró­bę odej­ścia od pla­ne­ty.

Przyj­rza­ła się kry­tycz­nie od­czy­tom. Mo­że puł­kow­nik nie ufał wy­rzut­niom Nij­me­gen, za­sta­no­wi­ła się. Nie, na­tych­miast od­rzu­ci­ła tę myśl. Gdy­by Bris­ba­ne oba­wiał się ata­ku ze stro­ny ko­lo­nii, ra­czej zo­sta­wił­by tam ob­sa­dę al­bo po pro­stu znisz­czył­by tam­tej­sze po­ste­run­ki. An­to­inet­te nie wąt­pi­ła, że oes nie miał­by żad­ne­go pro­ble­mu z wy­da­niem po­dob­ne­go roz­ka­zu. Mo­że wie­dział więc coś o na­past­ni­ku? Gdy­by Ło­buz był na przy­kład tyl­ko czę­ścią sił nie­przy­ja­cie­la, wy­co­fa­nie się do punk­tu sko­ku mia­ło­by sens, o ile oca­li­ło­by ich przed kon­fron­ta­cją z więk­szą licz­bą okrę­tów. Z ko­lei wie­dza o sta­nie tech­nicz­nym Ło­bu­za mo­gła cał­ko­wi­cie zmie­nić szan­se zwy­cię­stwa w ewen­tu­al­nej wal­ce – je­że­li nie­zna­ny okręt fak­tycz­nie na­le­żał do Gra­bież­ców, ozna­cza­ło to praw­do­po­dob­nie, że nie miał do­stę­pu do do­ku na­praw­cze­go przez co naj­mniej kil­ka lat.

Punk­ty na ob­ra­zie ho­lo­gra­ficz­nym mil­cza­ły jed­nak upar­cie, za­zdro­śnie strze­gąc swo­ich ta­jem­nic. No nic, po­my­śla­ła An­to­inet­te. Naj­wy­raź­niej czas na uzy­ski­wa­nie in­for­ma­cji miał do­pie­ro na­dejść.

***

Dwa wa­ha­dłow­ce z czter­dzie­sto­trzy­oso­bo­wą gru­pą na­ziem­ną „Oslo” za­do­ko­wa­ły się na po­kła­dzie trans­por­tow­ca dwie go­dzi­ny póź­niej. Przy­wio­zły wście­kłe­go ma­jo­ra Cre­pe’ego i je­go lu­dzi, a tak­że czte­ry dru­ży­ny żan­dar­me­rii, pra­cu­ją­ce do­tych­czas przy po­ste­run­kach kon­tro­l­nych na lą­do­wi­sku Nij­me­gen. An­to­inet­te mu­sia­ła przy­znać, że choć na­głe roz­ka­zy Bris­ba­ne’a nie­mal ją roz­ju­szy­ły, mi­ło jed­nak by­ło zo­ba­czyć woj­sko­wych na po­kła­dzie. Wkrót­ce też do­łą­czył do nich po­obi­ja­ny, cy­wil­ny wa­ha­dło­wiec wio­zą­cy ze­spół puł­kow­ni­ka oesów.

An­to­inet­te cze­ka­ła na Au­stra­lij­czy­ka w ską­pa­nym w świe­tle han­ga­rze, po­mię­dzy uwi­ja­ją­cy­mi się jak w ukro­pie tech­ni­ka­mi. Pod­świa­do­mie za­kła­da­ła, że puł­kow­nik przy­wie­zie… wła­ści­wie co­kol­wiek. Coś, po co po­le­ciał na Atro­pos, co uspra­wie­dli­wi zmia­nę tra­sy lo­tu „Oslo” i wpa­ko­wa­nie się tu­taj bez osło­ny. Nic ta­kie­go jed­nak nie na­stą­pi­ło. Ze sta­tecz­ku wy­siadł je­dy­nie sam ofi­cer i je­den z je­go czte­rech lu­dzi, a chwi­lę póź­niej ram­pa wa­ha­dłow­ca za­mknę­ła się na po­wrót. Męż­czy­zna ro­zej­rzał się po po­miesz­cze­niu, a na­stęp­nie ski­nął na dru­gie­go żoł­nie­rza i obaj skie­ro­wa­li się wprost ku za­sko­czo­nej An­to­inet­te.

– Nie­ty­po­wy trans­port. – Ko­man­dor przyj­rza­ła się Bris­ba­ne’owi kry­tycz­nie. Dni spę­dzo­ne na po­szu­ki­wa­niach po­za Nij­me­gen od­ci­snę­ły wy­raź­ne pięt­no na obu żoł­nier­zach. Ciem­ne mun­du­ry puł­kow­ni­ka i je­go pod­wład­ne­go po­kry­wał brud­no­sza­ry pył Atro­pos, po­dob­nie zresz­tą jak prze­su­nię­te na hełm go­gle sys­te­mu wi­zyj­ne­go. Wy­da­wa­li się lek­ko przy­gar­bie­ni, a zwy­kle skrzy­wio­na iro­nicz­nie twarz Bris­ba­ne’a tym ra­zem by­ła po pro­stu ma­ską zmę­cze­nia. – Ko­lo­ni­ści nie ma­ją z tym pro­ble­mu?

– Po­trze­by dzia­łań wo­jen­nych. – Męż­czy­zna po­tarł grzbie­tem rę­ka­wi­cy brud­ny po­li­czek i przez chwi­lę An­to­inet­te po­waż­nie roz­wa­ża­ła mord.

– Gdzie resz­ta pań­skie­go ze­spo­łu?

– Pil­nu­ją ła­dun­ku – po­wie­dział Bris­ba­ne, na­wet się nie od­wra­ca­jąc. – Na ra­zie po­zo­sta­ną na po­kła­dzie. Pro­sił­bym, aby ob­słu­ga tech­nicz­na nie zbli­ża­ła się do pro­mu.

– Mo­gę za­tem wie­dzieć, co jest ła­dun­kiem? – Od­ru­cho­wo zer­k­nę­ła na cy­wil­ną ma­szy­nę.

– Nie. – Zmę­cze­nie spra­wi­ło, że za­pew­ne za­pla­no­wa­ny ja­ko zło­śli­wie-uprzej­my uśmie­szek wy­szedł po pro­stu krzy­wo.

An­to­inet­te par­sk­nę­ła zi­ry­to­wa­na.

– Puł­kow­ni­ku…

– Wi­dzę, że źle się wy­ra­zi­łem. – Au­stra­lij­czyk nie pod­niósł gło­su. Ukry­te pod ciem­ny­mi brwia­mi oczy przy­glą­da­ły się nie­ru­cho­mo An­to­inet­te. – Kie­dy po­wie­dzia­łem „pro­sił­bym”, to nie by­ła tak na­praw­dę proś­ba.

Ko­man­dor za­ci­snę­ła war­gi. Przez chwi­lę mil­cza­ła, wal­cząc z prze­moż­nym pra­gnie­niem ro­ze­rwa­nia Bris­ba­ne’a go­ły­mi rę­ka­mi.

– Dys­po­nu­je­my bez­piecz­ny­mi prze­dzia­ła­mi. Han­gar nie jest jed­nym z nich – po­wie­dzia­ła wresz­cie.

Bris­ba­ne spoj­rzał na nią, jak­by cze­kał na dal­szy ciąg.

– Cie­szę się – od­parł kon­wer­sa­cyj­nym to­nem. – Nie ro­zu­miem jed­nak, ja­kie to ma zna­cze­nie.

Ko­bie­ta już otwie­ra­ła usta do od­po­wie­dzi, ale zre­zy­gno­wa­ła. Sły­sza­ła oczy­wi­ście, że Do­wódz­two Ope­ra­cji Spe­cjal­nych by­wa lek­ko pa­ra­no­icz­ne, je­śli cho­dzi o je­go se­kre­ty, ale za­cho­wa­nie Au­stra­lij­czy­ka nada­wa­ło sło­wu „lek­ko” zu­peł­nie no­we zna­cze­nie.

An­to­inet­te przez chwi­lę jesz­cze przy­glą­da­ła się sto­ją­cej na lą­do­wi­sku kan­cia­stej, nie­zgrab­nej w po­rów­na­niu z clan­sma­na­mi syl­wet­ce cy­wil­ne­go wa­ha­dłow­ca. Cze­go mo­gła pil­no­wać po­zo­sta­ła trój­ka lu­dzi Do­wódz­twa Ope­ra­cji Spe­cjal­nych, co by­ło tak cen­ne, że Bris­ba­ne nie zde­cy­do­wał się na­wet wy­pa­ko­wać te­go z pro­mu? Co by­ło war­te kon­flik­tu z nią, a wkrót­ce za­pew­ne i z Cre­pe’em? Sta­ra­ła się prze­bić wzro­kiem pan­cer­ny ka­dłub po­jaz­du, spoj­rzeć przez ściem­nio­ne osło­ny ka­bi­ny, ale te nie chcia­ły na­gle stać się prze­źro­czy­ste. Wresz­cie wzru­szy­ła ra­mio­na­mi i przy­wo­ła­ła bos­ma­na Koh­le­ra, od­po­wie­dzial­ne­go za wy­ła­du­nek.

– Niech nikt nie zbli­ża się do te­go wra­ku na trój­ce. – Wska­za­ła ru­chem gło­wy cy­wil­ny prom.

– Tak jest. – Szczu­pły męż­czy­zna, wy­glą­da­ją­cy bar­dziej jak ba­let­mistrz niż bos­man, za­sa­lu­to­wał ener­gicz­nie.

– Kie­dy skoń­czy­cie, chcę mieć szóst­kę war­tow­ni­ków w han­ga­rze – do­da­ła. – Ca­ły czas.

– Tak jest. – Bły­ska­wicz­ne zer­k­nię­cie na lą­do­wi­sko nu­mer trzy by­ło nie­mal nie­zau­wa­żal­ne.

– Dzię­ku­ję, od­ma­sze­ro­wać. – Nie cze­ka­jąc na ko­lej­ne po­twier­dze­nie, An­to­inet­te ob­ró­ci­ła się i ode­szła, z tru­dem opie­ra­jąc się wra­że­niu, że trój­ka żoł­nie­rzy Bris­ba­ne’a pa­trzy na nią z wnę­trza nie­ru­cho­me­go wa­ha­dłow­ca.

***

Zja­wił się na po­kła­dzie do­wo­dze­nia, kie­dy koń­czy­ła wy­da­wać roz­ka­zy. Oczy­wi­ście, opan­ce­rzo­ny jak na woj­nę – do­brze, że cho­ciaż nie za­brał ka­ra­bi­nu. Kil­ka osób unio­sło gło­wy znad sta­no­wisk, ale za­raz wró­ci­ło do pra­cy.

– Puł­kow­nik Bris­ba­ne – za­mel­do­wał ofi­cer wach­to­wy. – Pa­ni ko­man­dor?

Nie bez wi­docz­nej sa­tys­fak­cji na twa­rzy ofi­cer wy­ce­lo­wał w przy­by­sza ka­ra­bi­nek. Przez chwi­lę An­to­inet­te wal­czy­ła z chę­cią wy­rzu­ce­nia Au­stra­lij­czy­ka, a po­tem tłu­ma­cze­nia te­go bra­kiem prze­pi­so­we­go ska­fan­dra. Po­wstrzy­ma­ła się jed­nak.

– Wpu­ścić – roz­ka­za­ła, ma­sku­jąc żal w gło­sie. Mi­ło by­ło­by choć raz móc za­cho­wać się jak ma­łost­ko­wa su­ka. Ale nie te­raz. Zbyt du­żo mia­ła na gło­wie.

Ofi­cer opu­ścił broń, a Bris­ba­ne śmia­ło wkro­czył na po­most i zmie­rzył go bez­na­mięt­nym spoj­rze­niem spod unie­sio­nych na hełm go­gli.

– Czy je­ste­śmy go­to­wi do opusz­cze­nia or­bi­ty? – za­py­tał pół­gło­sem, ob­ser­wu­jąc ekran tak­tycz­ny.

Był zmę­czo­ny, to da­ło się od ra­zu za­uwa­żyć. Ca­ły wy­da­wał się jak­by zma­to­wia­ły, a w je­go gło­sie nie po­ja­wi­ła się ta nu­ta zło­śli­wo­ści, któ­ra do­pro­wa­dza­ła ją za­wsze do bia­łej go­rącz­ki.

– W cią­gu kwa­dran­sa mo­że­my roz­po­cząć ma­new­ry – od­par­ła. Nie by­ła to do koń­ca praw­da, jej okręt mógł od­pa­lić na­pęd głów­ny choć­by i te­raz, ale li­czy­ła, że puł­kow­nik da się zmy­lić. Po­trze­bo­wa­ła jesz­cze tro­chę cza­su, że­by ewen­tu­al­na wal­ka z nie­przy­ja­ciel­skim nisz­czy­cie­lem to­czy­ła się w nie­co do­god­niej­szej dla niej lo­ka­li­za­cji.

– Ro­zu­miem. – Bris­ba­ne pod­szedł do ekra­nu tak­tycz­ne­go i przez chwi­lę ob­ser­wo­wał ozna­czo­ne na nim punk­ty. – To jest ten wro­gi okręt?

– Tak. – Ski­nę­ła gło­wą, choć od­wró­co­ny ty­łem Bris­ba­ne nie mógł te­go za­uwa­żyć. – Pod­cho­dzi do Atro­pos na mi­ni­mal­nym cią­gu od po­nad do­by. Są­dząc z je­go za­cho­wa­nia, usi­łu­je ukryć się przed na­mi, ale co ja­kiś czas ła­pie­my go na ko­rek­tach kur­su. Praw­do­po­dob­nie nie ma za­sob­ni­ków mi­kro­ma­new­ro­wych i mu­si uży­wać cią­gu.

Au­stra­lij­czyk ob­ró­cił się w jej stro­nę, prze­krzy­wia­jąc lek­ko gło­wę.

– To na­sze bo­je?

– Po­la mi­no­we – po­pra­wi­ła. Naj­pierw od­nio­sła wra­że­nie, że Bris­ba­ne nie prze­czy­tał żad­ne­go z jej ra­por­tów. Po­tem po­ja­wi­ła się myśl, że jest to ko­lej­na z gier puł­kow­ni­ka. Sa­ma nie wie­dzia­ła, co by­ło te­raz gor­sze. – Dla­te­go chcia­łam przy­jąć wal­kę na or­bi­cie, kie­dy mo­że­my je w peł­ni wy­ko­rzy­stać. Mia­łam na­dzie­ję, że zgo­dzi się pan po­cze­kać z opusz­cze­niem or­bi­ty…

– Nie. – Te­raz Bris­ba­ne ob­ser­wo­wał w sku­pie­niu wy­świe­tla­ne iko­ny.

– Nie. – Po­wtó­rzy­ła, do­kła­da­jąc sta­rań, by iry­ta­cja za­brzmia­ła choć tro­chę jak za­cie­ka­wie­nie. Za­pew­ne zresz­tą bez efek­tu. – Mo­gę wie­dzieć dla­cze­go?

– Po­nie­waż wy­da­łem ta­ki roz­kaz – wy­ja­śnił Bris­ba­ne, cał­ko­wi­cie igno­ru­jąc nie­bez­piecz­ne nu­ty w jej gło­sie. – Je­stem do­wód­cą ope­ra­cji. Je­ste­śmy w woj­sku.

An­to­inet­te za­ci­snę­ła zę­by. Sło­wa Bris­ba­ne’a mu­sia­ły być ob­li­czo­ne na spro­wo­ko­wa­nie jej. I do­sko­na­le speł­nia­ły swo­je za­da­nie.

– Czy na­praw­dę ta­kie jest pań­skie sta­no­wi­sko, puł­kow­ni­ku? – za­py­ta­ła tyl­ko. Kil­ku ofi­ce­rów od­wró­ci­ło się, by spoj­rzeć na kon­fron­ta­cję. Nie trze­ba by­ło szcze­gól­nych umie­jęt­no­ści, by wie­dzieć, że naj­praw­do­po­dob­niej do niej doj­dzie. An­to­inet­te zbli­ża­ła się do gra­ni­cy, za któ­rą by­ła go­to­wa po­go­dzić się z ewen­tu­al­ny­mi kon­se­kwen­cja­mi sta­nię­cia w opo­zy­cji do Au­stra­lij­czy­ka i je­go spe­cjal­nych upraw­nień. Bris­ba­ne rów­nież to do­strzegł.

– Wi­dzę, że wy­ra­zi­łem się nie­wła­ści­wie – po­wie­dział, ob­ra­ca­jąc się w jej stro­nę i uno­sząc po­jed­naw­czo dło­nie. – Je­stem po pro­stu zmę­czo­ny. Prze­pra­szam.

An­to­inet­te z tru­dem ukry­ła za­sko­cze­nie. Od wyj­ścia z ba­zy Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej Sin­ga­pur roz­ma­wia­ła z puł­kow­ni­kiem kil­ka ra­zy i pierw­szy raz sły­sza­ła, jak za coś prze­pra­sza lub choć­by się wy­co­fu­je. Te­raz to ro­bił, w do­dat­ku bez iro­nicz­ne­go gry­ma­su twa­rzy, któ­ry zwy­kle cał­ko­wi­cie wy­pa­czał zna­cze­nie je­go słów. Choć – mu­sia­ła też przy­znać – brzmia­ło to ra­czej jak wy­uczo­na for­muł­ka niż szcze­re prze­pro­si­ny. Pew­nie Au­stra­lij­czyk nie uspra­wie­dli­wiał się zbyt czę­sto w swo­im ży­ciu.

– W peł­ni ro­zu­miem. – Zde­cy­do­wa­ła się przy­jąć ho­no­ro­wą ka­pi­tu­la­cję. To, że do puł­kow­ni­ka da­ło się ja­koś do­trzeć, by­ło do­brym zna­kiem. Psu­cie so­bie po­zy­tyw­ne­go kie­run­ku roz­mo­wy zbyt­nią za­ja­dło­ścią nie mia­ło sen­su. – Za­tem, je­śli pan po­zwo­li, wy­ja­śnię pa­nu, co za­mie­rzam zro­bić…

– Źle mnie pa­ni zro­zu­mia­ła – prze­rwał jej Bris­ba­ne. – Na­dal sprze­ci­wiam się pa­ni po­my­sło­wi. Po pro­stu przy­zna­ję ra­cję, że nie po­wi­nie­nem po­zo­sta­wić mo­je­go sta­no­wi­ska bez ar­gu­men­tów.

– Mo­że jed­nak po­zwo­li pan przed­sta­wić za­mysł…

– Nie ma po­wo­du. – Ciem­ne pod ocie­nia­ją­cym twarz heł­mem oczy puł­kow­ni­ka na chwi­lę za­trzy­ma­ły na niej nie­ru­cho­me spoj­rze­nie. – Do­sko­na­le wiem, ja­ki jest pa­ni za­mysł. Po­zo­sta­je jed­nak cał­ko­wi­cie nie­prak­tycz­ny. Na­szym ce­lem nie jest znisz­cze­nie wro­gie­go okrę­tu, a po­wrót do ba­zy.

– Od­kąd uzna­li­śmy Nij­me­gen za na­szą ko­lo­nię, na­szym za­da­niem jest jej obro­na.

Spo­dzie­wa­ła się iro­nicz­ne­go uśmie­chu, ale i tym ra­zem ją za­sko­czył, bo je­go twarz po­zo­sta­wa­ła cał­ko­wi­cie bez wy­ra­zu.

– Pa­ni ko­man­dor – po­wie­dział. – Uzna­ję za ma­ło praw­do­po­dob­ne, by nasz prze­ciw­nik chciał ude­rzyć na Nij­me­gen. Gdy­by tak by­ło, za­pew­ne nie wy­brał­by so­bie na atak mo­men­tu, kie­dy na or­bi­cie jest nasz okręt. To ra­czej my je­ste­śmy je­go ce­lem. A „Oslo” prze­cież po­tra­fi się bro­nić.

– Jest pan te­go pe­wien?

– Al­bo jest w sta­nie ude­rzyć na Nij­me­gen z or­bi­ty, al­bo nie. Je­że­li nie jest, a przy­znam, że tak uwa­żam – wes­prze­my ko­lo­nię po po­wro­cie, do te­go cza­su prze­trwa. Je­śli jest, praw­do­po­dob­nie jest też okrę­tem, z któ­rym so­bie nie po­ra­dzi­my.

– Nie zgo­dzę się. – An­to­inet­te po­wstrzy­ma­ła na­ra­sta­ją­cą wro­gość wo­bec Au­stra­lij­czy­ka. – Mo­gą zwy­czaj­nie wy­ko­nać de­sant i wejść do ko­lo­nii z woj­skiem.

– Wąt­pli­we, by cho­dzi­ło im o eks­ter­mi­na­cję lud­no­ści cy­wil­nej. Naj­pew­niej o za­so­by lub oku­pa­cję, a w obu przy­pad­kach nasz po­wrót za­ła­twi spra­wę.

– Nie bez ofiar – za­pro­te­sto­wa­ła.

– Po­je­dyn­cze ofia­ry nie ma­ją zna­cze­nia w świe­tle prze­trwa­nia ca­ło­ści. – Twarz Bris­ba­ne’a po­zo­sta­wa­ła nie­ludz­ko spo­koj­na. – Po­za tym oku­pa­cja da­je nam je­den, bar­dzo istot­ny plus.

– Mo­gę wie­dzieć, ja­ki? – Ser­ra po­czu­ła, jak jej dłoń za­ci­snę­ła się w pięść.

– Kie­dy tu wró­ci­my, wróg bę­dzie na or­bi­cie i nie mu­si­my już go szu­kać. Od­bi­je­my ko­lo­nię, znisz­czy­my lub przej­mie­my wro­gi nisz­czy­ciel i od­zy­ska­my więk­szość po­pu­la­cji. Bez ry­zy­ka.

Ko­man­dor przy­gry­zła war­gi. To, co mó­wił Au­stra­lij­czyk – neu­tral­nym, bez­oso­bo­wym gło­sem, pra­wie bez zmia­ny wy­ra­zu twa­rzy – by­ło okrut­ne. By­ło nie­mo­ral­ne. I by­ło – o czym An­to­inet­te do­sko­na­le wie­dzia­ła – ab­so­lut­nie ak­cep­to­wal­ne dla Szta­bu. Śmierć wszyst­kich ko­lo­ni­stów w za­sa­dzie nie wcho­dzi­ła w grę, znisz­cze­nie in­fra­struk­tu­ry – pew­nie też nie, w koń­cu cze­mu na­past­ni­cy mie­li­by to ro­bić? To ozna­cza­ło, że Unia, kie­dy wró­ci na Atro­pos po nie­ca­łym mie­sią­cu, znaj­dzie więk­szość te­go, o co jej cho­dzi­ło. Po co więc ry­zy­ko­wać spe­cja­li­stów i sprzęt, sko­ro w osta­tecz­nym roz­ra­chun­ku nic się nie zmie­nia?

An­to­inet­te wes­tchnę­ła. Nie by­ła w sta­nie prze­ko­nać Au­stra­lij­czy­ka do słusz­nej de­cy­zji, wie­dzia­ła rów­nież, że nikt w do­wódz­twie nie po­tę­pi go na­wet za je­go plan. Mo­gła tyl­ko oka­zać roz­są­dek. Al­bo też zro­bić coś strasz­nie głu­pie­go.

Ro­zej­rza­ła się po po­mo­ście bo­jo­wym. Więk­szość ofi­ce­rów zaj­mo­wa­ła się swo­imi obo­wiąz­ka­mi, ale kil­ku na­dal przy­glą­da­ło się kon­fron­ta­cji do­wód­cy z puł­kow­ni­kiem oesów. Te­raz spo­glą­da­li na nią wy­cze­ku­ją­co. Wie­dzia­ła, że wy­ko­na­ją jej roz­ka­zy.

Ni­g­dy nie pla­no­wa­ła zbyt spek­ta­ku­lar­nej ka­rie­ry.

– Ro­zu­miem pań­ski punkt wi­dze­nia – po­wie­dzia­ła wresz­cie. – Ale ja­ko do­wód­ca Ma­ry­nar­ki Wo­jen­nej nie mo­gę się na nie­go zgo­dzić.

Spoj­rzał na nią z czymś na kształt za­in­te­re­so­wa­nia w sza­rych oczach, ale nie po­wie­dział nic. Mo­że to i le­piej.

– Dla­te­go je­stem zmu­szo­na pro­sić pa­na o opusz­cze­nie po­mo­stu bo­jo­we­go. „Oslo” szy­ku­je się do bi­twy i to nie jest miej­sce dla pa­na.

Nie zmie­nił wy­ra­zu twa­rzy i chy­ba to by­ło w nim naj­bar­dziej prze­ra­ża­ją­ce. An­to­inet­te bo­le­śnie zda­ła so­bie spra­wę, że puł­kow­nik ma broń, w prze­ci­wień­stwie do więk­szo­ści jej lu­dzi. Za­pew­ne też, bę­dąc oesem, czę­sto jej uży­wa. Spoj­rza­ła na ofi­ce­ra wach­to­we­go, ale ten już pod­no­sił ka­ra­bi­nek.

– Cras­ster? Pro­szę wy­pro­wa­dzić puł­kow­ni­ka Bris­ba­ne’a. Hol­ta, prze­ka­zać pierw­szy sto­pień go­to­wo­ści na okręt.

– Przy­ją­łem, prze­ka­zu­ję go­to­wość je­den na sieć we­wnętrz­ną. – Po­rucz­nik za­ło­żył hełm. Je­go pal­ce prze­su­nę­ły się po kla­wia­tu­rze.

– To na­praw­dę zła de­cy­zja – po­wie­dział Bris­ba­ne obo­jęt­nym to­nem, zu­peł­nie igno­ru­jąc pod­cho­dzą­ce­go Cras­ste­ra.

– Nie wy­klu­czam…

– Ko­man­do­rze, mam pro­blem z Ło­bu­zem. – Ha­dji lek­ko prze­cią­gnął ostat­nią sy­la­bę, gwał­tow­nie prze­su­wa­jąc ukry­tą w rę­ka­wi­cy dło­nią przed so­bą. Ekran ho­lo­gra­ficz­ny po­więk­szył się nie­znacz­nie, po­słusz­ny ge­stom po­rucz­ni­ka.

– Mel­duj. – Ton pod­wład­ne­go spra­wił, że na­tych­miast prze­rwa­ła roz­mo­wę z Bris­ba­ne’em. – Co ro­bi?

– W tym wła­śnie rzecz. – Ofi­cer ob­ró­cił się w sta­no­wi­sku i spoj­rzał na An­to­inet­te zza fil­tra za­ło­żo­ne­go już heł­mu. Na sma­głej twa­rzy ma­lo­wa­ła się dez­orien­ta­cja. – To nie Ło­buz.

– Co masz na my­śli? – Za­sko­czo­na An­to­inet­te po­de­szła do po­rucz­ni­ka i spoj­rza­ła na je­go ekran.

– Wy­kry­li­śmy ko­lej­ny roz­błysk ma­new­ró­wek i z te­go dy­stan­su by­łem w sta­nie le­piej się im przyj­rzeć. – Sło­wa Ha­dje­go do­cie­ra­ły do An­to­inet­te rów­no­le­gle z na­wa­łą jej wła­snych my­śli i świa­do­mo­ścią, że wła­śnie wpa­dła w pu­łap­kę. – To dwa od­dziel­ne echa sil­ni­ków ma­łych jed­no­stek, naj­praw­do­po­dob­niej wa­ha­dłow­ców…

– O Bo­że… – Na pra­wie trzy se­kun­dy ko­man­dor za­mar­ła. Ty­siąc my­śli prze­bie­gło jej przez gło­wę jed­no­cze­śnie. Wróg wy­pro­wa­dził ich w po­le, chciał, aby śle­dzi­li dwa wa­bi­ki, chciał, aby uzna­li, że pod­cho­dzi z te­go kie­run­ku… – Ster, zwrot dzie­więć­dzie­siąt – ze­ro, peł­ny ciąg, scho­dzi­my z or­bi­ty.

– Jest, dzie­więć­dzie­siąt – ze­ro. – Je­że­li na­wet ster­nik był za­sko­czo­ny, ko­mu­ni­ka­to­ro­wi uda­ło się za­ma­sko­wać wszel­kie nu­ty nie­po­ko­ju w je­go gło­sie.

An­to­inet­te po­czu­ła pod no­ga­mi de­li­kat­ną wi­bra­cję ka­dłu­ba „Oslo”, kie­dy trans­por­to­wiec wy­ko­ny­wał zwrot.

– Ha­dji, gdzieś w po­bli­żu jest Ło­buz, znajdź mi go jak naj­szyb­ciej. Nie przej­muj się dys­kre­cją, włą­czaj wszyst­ko, co ma­my.

– Tak jest. – Po­rucz­nik ski­nął gło­wą we­wnątrz heł­mu i sku­pił się na wy­świe­tla­czu.

– Bris­ba­ne…

– Kon­takt, po­praw­ka dzie­więć kon­tak­tów! – krzyk­nął pra­wie na­tych­miast Ha­dji. – Trzy­dzie­ści – osiem­na­ście – sto trzy­dzie­ści pięć! Osiem skra­ca dy­stans, czas do ude­rze­nia osiem­dzie­siąt!

Ekran tak­tycz­ny roz­bły­snął czer­wie­nią, kie­dy na­gle zma­te­ria­li­zo­wa­ła się na nim iko­na nie­przy­ja­ciel­skie­go okrę­tu i osiem szyb­ko zbli­ża­ją­cych się po­ci­sków. Nad bły­ska­wicz­nie po­ko­nu­ją­cy­mi dy­stans punk­ta­mi nie­przy­ja­ciel­skiej sal­wy po­ja­wił się ze­gar od­li­cza­ją­cy czas w dół. Osiem­dzie­siąt se­kund. Bli­sko, jak po­twor­nie bli­sko…

– Alarm bo­jo­wy!

– Jest alarm bo­jo­wy.

We­wnątrz „Oslo” za­wy­ły sy­re­ny, uru­cho­mi­ły się alar­mo­we sy­gna­ły świetl­ne, a sys­tem za­rzą­dza­nia we­zwał ca­łą za­ło­gę na sta­no­wi­ska.

– Obro­na punk­to­wa, go­to­wość za sie­dem, sześć…

Sieć de­fen­syw­na „Oslo” prze­ka­li­bro­wy­wa­ła się na ostrzał z no­we­go kie­run­ku. Zdą­ży, to by­ło pew­ne. Py­ta­nie, czy to co­kol­wiek da.

– Roz­po­czy­nam ro­ta­cję.

Okręt był go­to­wy do bi­twy już wcze­śniej, te­raz po­zo­sta­wa­ło tyl­ko uru­cha­mia­nie pro­ce­dur. Moż­li­we, że cał­ko­wi­cie nie­wy­star­cza­ją­ce – wróg do­padł ich na zbyt bli­skim dy­stan­sie, z ofen­syw­ny­mi exo­ce­ta­mi w wy­rzut­niach. An­to­inet­te źle wi­dzia­ła nad­cho­dzą­ce kil­ka mi­nut i na­wet nie by­ła pew­na, czy mo­że się­gać wy­obraź­nią aż tak da­le­ko w przy­szłość.

– Od­pa­lić ze wszyst­kich wy­rzut­ni, prze­ła­do­wać na sti­let­to – roz­ka­za­ła pół­gło­sem, spraw­dza­jąc szczel­ność kom­bi­ne­zo­nu. Od­pa­le­nie w tej sy­tu­acji by­ło zde­cy­do­wa­nie lep­sze niż roz­ła­do­wa­nie exo­ce­tów. Ozna­cza­ło szyb­szą re­ak­cję. – Cras­ster, pro­szę wy­pro­wa­dzić stąd puł­kow­ni­ka Bris­ba­ne’a i skie­ro­wać go do ska­fan­drów awa­ryj­nych. Pierw­szy sto­pień go­to­wo­ści na okrę­cie.

– Tak jest. – Po­twier­dze­nie ze sta­no­wi­ska uzbro­je­nia na­de­szło do­kład­nie w mo­men­cie, kie­dy czte­ry exo­ce­ty „Oslo” opu­ści­ły wy­rzut­nie i za­bły­sły na ekra­nie tak­tycz­nym na­prze­ciw­ko ośmiu emek wro­ga. Na­stęp­ne mia­ły być już de­fen­syw­ne sti­let­to, choć ist­nia­ła cał­kiem spo­ra szan­sa, że brak­nie na nie cza­su.

– Blo­ki WE?

An­to­inet­te Ser­ra spoj­rza­ła z na­my­słem na ekran tak­tycz­ny. Po­win­na od­pu­ścić. Na­pro­wa­dze­nie exo­ce­tów prze­ciw­ko nisz­czy­cie­lo­wi nie mia­ło zbyt wiel­kie­go sen­su, a z wol­ny­mi blo­ka­mi WE zy­ska nie­co więk­sze szan­se na obro­nę wła­sne­go okrę­tu. Każ­dy roz­sąd­ny do­wód­ca by to zro­bił.

Ale też praw­do­po­dob­nie do­kład­nie to prze­wi­dział ich prze­ciw­nik.

– Trzy na na­pro­wa­dza­nie na­szych po­ci­sków, je­den pod obro­nę – roz­ka­za­ła.

Wóz al­bo prze­wóz.

Na ekra­nach po­ja­wi­ło się ostrze­że­nie o pierw­szym stop­niu go­to­wo­ści. Prze­cią­gła, za­wo­dzą­ca pieśń alar­mu na­dal brzmia­ła w ko­ry­ta­rzach i wnę­kach sta­no­wisk „Oslo”, na­wo­łu­jąc do po­śpie­chu, po­spo­łu z uprzej­mym mę­skim gło­sem sys­te­mu pod­trzy­ma­nia ży­cia.

– – Uwa­ga – mó­wił spo­koj­nie, z pod­ręcz­ni­ko­wym ak­cen­tem. – Ze­ro­wa­nie ci­śnie­nia na­stą­pi za czter­dzie­ści dwie se­kun­dy.

Na po­kła­dzie „Oslo” za­ło­ga uszczel­nia­ła ska­fan­dry lub ukry­wa­ła się w nie­licz­nych stre­fach bez­pie­czeń­stwa, gdzie sys­tem na­dal miał utrzy­mać at­mos­fe­rę.

Do ude­rze­nia wro­gich po­ci­sków po­zo­sta­ło sie­dem­dzie­siąt se­kund.

– Kurs w kie­run­ku pla­ne­ty, na­daj­cie no­we na­mia­ry do Nij­me­gen, po­trze­bu­je­my wspar­cia ognio­we­go.

An­to­inet­te spoj­rza­ła na to, co do nie­daw­na bra­ła za wro­gi okręt. Dwa wa­ha­dłow­ce. Tam­ci zde­cy­do­wa­nie wie­dzie­li, co ro­bić – naj­pierw da­li się wy­kryć i zi­den­ty­fi­ko­wać, po­tem znik­nę­li, na swo­je miej­sce zo­sta­wi­li wa­bi­ki, a kie­dy „Oslo” ob­ser­wo­wa­ło cel, sa­mi po­de­szli pra­wie po sam nos trans­por­tow­ca. Spryt­ne, ale wca­le nie do unik­nię­cia. Po­win­na by­ła to uwzględ­nić. By­ła na sie­bie wście­kła – w ten spo­sób przy­naj­mniej sła­biej czu­ła strach.

– Pa­ni ko­man­dor. – Głos Bris­ba­ne’a w słu­chaw­ce ko­mu­ni­ka­to­ra był cał­ko­wi­cie po­zba­wio­ny emo­cji.

– Je­stem tro­chę za­ję­ta – od­par­ła, uru­cha­mia­jąc ru­chem dło­ni ko­lej­ny wy­świe­tlacz. Tuż przed nią zma­te­ria­li­zo­wa­ły się da­ne ze sta­no­wi­ska uzbro­je­nia. Nie w peł­ni ro­zu­mia­ła wszyst­kie de­ta­le wy­świe­tla­ne na ra­por­cie sys­te­mów wal­ki elek­tro­nicz­nej, ale mo­gła przy­naj­mniej oce­nić ogól­ny ob­raz. Ku jej za­sko­cze­niu nie wy­glą­dał tra­gicz­nie – nisz­czy­ciel co praw­da gó­ro­wał nad „Oslo” licz­bą blo­ków WE, ale by­ły one słab­sze. Ko­lej­ny do­wód na to, że nie wal­czą z re­gu­lar­ną flo­tą.

– Po­trze­bu­ję ze­zwo­le­nia na start dla mo­je­go wa­ha­dłow­ca.

– Już pan ucie­ka? – Po­zwo­li­ła so­bie na zło­śli­wy uśmie­szek, któ­re­go zresz­tą Au­stra­lij­czyk nie mógł zo­ba­czyć.

– Wy­co­fu­ję mo­ich lu­dzi, tak. – Puł­kow­nik wy­raź­nie nie wy­czuł iro­nii w jej gło­sie. Al­bo ją zi­gno­ro­wał. – Nie przy­da­dzą się pa­ni.

Miał ra­cję – je­że­li „Oslo” prze­trwa, cy­wil­ny wa­ha­dło­wiec oesów naj­wy­żej po­wró­ci. Je­że­li nie, mo­że od­dział Bris­ba­ne’a zdo­ła ukryć się na pla­ne­cie. I tak to je­dy­ny prom go­to­wy do star­tu, szko­da by by­ło te­go nie wy­ko­rzy­stać.

– Są wol­ni, pro­szę się nie krę­po­wać.

– Dzię­ku­ję. – Puł­kow­nik roz­łą­czył się na­tych­miast.

An­to­inet­te spoj­rza­ła na ze­gar. Czter­dzie­ści se­kund. Za dwa­dzie­ścia sie­dem wy­rzut­nie prze­ła­du­ją po­ci­ski.

– Co z Nij­me­gen?

– Bę­dzie­my w ich stre­fie obron­nej za sześć mi­nut.

Sześć mi­nut… Je­że­li na­dal bę­dą wte­dy żyć, Nij­me­gen oka­że się przy­dat­ne. Ale ta per­spek­ty­wa nie by­ła wca­le ta­ka pew­na. Spoj­rza­ła na ekran tak­tycz­ny. Do ude­rze­nia nie­przy­ja­ciel­skich po­ci­sków po­zo­sta­ło trzy­dzie­ści pięć se­kund. Je­że­li nie­przy­ja­ciel po­tra­fił prze­ła­do­wy­wać tak szyb­ko jak oni – za pół mi­nu­ty Ło­buz od­pa­li ko­lej­ną sal­wę. A po­tem ko­lej­ną.

Li­cze­nie na po­moc z Nij­me­gen wy­da­wa­ło się co­raz bar­dziej uto­pij­ne. An­to­inet­te wes­tchnę­ła.

– Pa­ni ko­man­dor, M-1 do M-8 prze­cho­dzą, doj­dą za dwa­dzie­ścia pięć... dwa­dzie­ścia. – Wy­raź­nie zde­ner­wo­wa­ny Ha­dji mó­wił nie­co pi­skli­wie.

– Ze­ro­wa­nie ci­śnie­nia za­koń­czo­ne – ob­wie­ścił spo­koj­ny głos w ko­mu­ni­ka­to­rze. Do­wód­ca „Oslo” uśmiech­nę­ła się krzy­wo. Przy­naj­mniej nie gro­zi im po­żar.

– Obro­na punk­to­wa? – za­py­ta­ła.

– Go­to­wa.

An­to­inet­te wbi­ła wzrok w ekran tak­tycz­ny. Osiem po­ci­sków prze­ciw­ko krót­ko­za­się­go­wym la­se­rom IR. Je­że­li im się uda za­trzy­mać atak, bę­dą mo­gli mó­wić o szczę­ściu. Ale in­ne­go wyj­ścia nie by­ło.

– Ko­lej­na sal­wa? – za­py­ta­ła.

– Jak do­tąd nic.

Ko­man­dor zmarsz­czy­ła brwi. Być mo­że opóź­nie­nie ozna­cza­ło, że nie­przy­ja­ciel ma ja­kieś pro­ble­my tech­nicz­ne. To z pew­no­ścią zwięk­szy­ło­by ich szan­se.

– Co z na­szy­mi wy­rzut­nia­mi?

– Sti­let­to go­to­we za T mi­nus dzie­sięć.

– Ro­zu­miem.

Ja­sne punk­ty po­ci­sków „Oslo” na­dal mknę­ły ku Ło­bu­zo­wi. Na ekra­nie tak­tycz­nym już nie­mal po­kry­ły się z ce­lem, ale w tej chwi­li An­to­inet­te o wie­le bar­dziej mar­twi­ła się ra­kie­ta­mi wro­ga.

– Ude­rze­nie za pięć, czte­ry, trzy… – zgło­sił Ha­dji wy­so­kim gło­sem.

Ko­man­dor mia­ła jesz­cze mo­ment na za­sta­no­wie­nie się, jak bli­sko wa­ha­dłow­ca do­tarł Bris­ba­ne.

Gdzieś po drżą­cym „je­den” po­ci­ski wpa­dły w stre­fę obro­ny punk­to­wej „Oslo”, do­kład­nie pod ogień wzmoc­nio­nych ba­te­rii la­se­rów pod­czer­wo­nych. Te spraw­dzi­ły się ide­al­nie, w cią­gu da­ne­go im ułam­ka se­kun­dy za­li­cza­jąc czte­ry tra­fie­nia.

Po­zo­sta­łe czte­ry ra­kie­ty eks­plo­do­wa­ły w za­się­gu ata­ku. An­to­inet­te za­ci­snę­ła dło­nie na opar­ciach fo­te­la.

„Oslo” za­dy­go­ta­ło, na mo­ment przy­ga­sły świa­tła na po­mo­ście bo­jo­wym, a w słu­chaw­ce roz­le­gły się pi­ski alar­mów… Ale na­dal ży­li. Ko­man­dor Ser­ra roz­luź­ni­ła na­pię­te mię­śnie.

– Coll­lins, ra­port uszko­dzeń! – po­wie­dzia­ła, na­da­jąc swo­je­mu gło­so­wi sta­now­cze brzmie­nie. Za­ło­ga nie mu­sia­ła wie­dzieć, jak du­żą ulgę przy­no­sił jej każ­dy ko­lej­ny od­dech. – Ha­dji, co z Ło­bu­zem?

– Znio­sło nam obie an­te­ny, ma­my też de­her­me­ty­za­cję han­ga­ru B. Prze­cią­że­nie w ge­ne­ra­to­rach je­den i trzy, uszko­dze­nie po­wło­ki re­flek­syj­nej na ko­mór­kach…

Sło­wa do­cie­ra­ły do An­to­inet­te jed­no­cze­śnie z ob­ra­zem ogól­nych in­for­ma­cji o okrę­cie na jej ekra­nie. Sy­tu­acja wy­da­wa­ła się jak ze snu. „Oslo” nie miał „po pro­stu” szczę­ścia, to by­ło coś w ro­dza­ju cu­du. Czte­ry po­ci­ski w ce­lu i żad­ne­go na­praw­dę po­waż­ne­go uszko­dze­nia.

– Mie­li­śmy przy­naj­mniej dwa tra­fie­nia – mel­do­wał tym­cza­sem Ha­dji. – Za­re­je­stro­wa­łem eks­plo­zje na śród­o­krę­ciu ce­lu, jest też de­wia­cja kur­su.

– Strze­la­ją?

– Na­dal nie. – Ha­dji po­krę­cił gło­wą.

Do­brze, po­my­śla­ła An­to­inet­te. Za­gryw­ka opła­ci­ła się z na­wiąz­ką. Pierw­sza wy­mia­na salw po­szła świet­nie – jej wła­sny okręt był nie­mal nie­tknię­ty, prze­ciw­nik z ko­lei zda­wał się co naj­mniej uszko­dzo­ny. I nie strze­lał już osiem­dzie­siąt se­kund. Czy by­ła to kwe­stia uszko­dzeń, czy też zwy­czaj­nie słab­sze­go sys­te­mu prze­ła­do­wa­nia wy­rzut­ni, nie mia­ła po­ję­cia.

– Ster, czas do wej­ścia w stre­fę obro­ny Nij­me­gen?

– Pięć mi­nut, dwie se­kun­dy – pa­dła na­tych­mia­sto­wa od­po­wiedź.

Ser­ra spoj­rza­ła na ekran tak­tycz­ny. Naj­prost­szym roz­wią­za­niem zda­wa­ła się uciecz­ka pod osło­nę Nij­me­gen i prze­my­śle­nie ko­lej­nych dzia­łań stam­tąd. Z dru­giej stro­ny, te­raz Ło­buz był uszko­dzo­ny. Mo­że na­wet stał się ła­twym łu­pem, ale kto wie, kie­dy się z te­go po­zbie­ra.

An­to­inet­te wie­dzia­ła, że nie mo­że li­czyć na to, iż na­stęp­nym ra­zem bę­dzie mia­ła ty­le sa­mo szczę­ścia co przed chwi­lą. Mo­gła na­to­miast być nie­mal pew­na, że Bris­ba­ne nie cof­nie roz­ka­zu. Je­dy­ną moż­li­wo­ścią zmia­ny sy­tu­acji by­ło pod­ję­cie ry­zy­ka.

– Ster, zwrot na wro­ga – za­ko­men­de­ro­wa­ła.

– Jest zwrot na wro­ga – po­twier­dził ster­nik. Na ekra­nie tak­tycz­nym po­ja­wił się ocze­ki­wa­ny łuk zwro­tu „Oslo”.

– Uzbro­je­nie, daj­cie mi exo­ce­ty na je­dyn­ce i dwój­ce.

– Pa­ni ko­man­dor? – Ofi­cer uzbro­je­nia spoj­rzał na nią z nie­do­wie­rza­niem zza fil­tra heł­mu.

– Rób, co mó­wię.

– Tak jest, exo­ce­ty na je­dyn­ce i dwój­ce. – Męż­czy­zna po­chy­lił się nad kon­so­le­tą.

Je­że­li fak­tycz­nie uszko­dzi­li prze­ciw­ni­ka, dwa po­win­ny wy­star­czyć, a jed­no­cze­śnie dwa po­zo­sta­łe sti­let­to po­mo­gą, gdy­by tam­ci mo­gli co­kol­wiek od­pa­lić. Je­śli do­brze to ro­ze­gra, po­zbę­dą się za­gro­że­nia cał­ko­wi­cie, za jed­nym za­ma­chem za­bez­pie­cza­jąc so­bie dro­gę do do­mu i moc­no uprasz­cza­jąc ży­cie miesz­kań­com ko­lo­nii.

– Sta­tus Ło­bu­za? – za­py­ta­ła.

– Gu­bi gaz z pra­wej bur­ty – za­mel­do­wał Ha­dji. – Praw­do­po­dob­nie tlen.

„Oslo” wy­ko­nał już trzy czwar­te zwro­tu, wy­krę­ca­jąc się dzio­bem do prze­ciw­ni­ka. Dwie mi­nu­ty, po­my­śla­ła, i jej pro­ble­my znik­ną. A przy­naj­mniej – pro­ble­my z Ło­bu­zem. Po­zo­sta­nie Bris­ba­ne i je­go po­dej­ście do ko­lo­nii.

– Osiem kon­tak­tów, ozna­czam M-13 do 20 – za­mel­do­wał na­gle Ha­dji.

Krew jak­by za­sty­gła An­to­inet­te w ży­łach.

– Od­pa­lić sti­let­to, obro­na punk­to­wa, brać na­miar.

– Tak jest.

Ko­man­dor spoj­rza­ła na wy­świe­tlacz tak­tycz­ny. Dwie an­ty­ra­kie­ty opu­ści­ły wy­rzut­nie jej okrę­tu. Tyl­ko dwie. Wy­rzut­nia je­den i dwa cią­gle ła­do­wa­ły nie­po­trzeb­ne te­raz exo­ce­ty. Zwrot i zmia­na uzbro­je­nia by­ły błę­dem, po­my­śla­ła zroz­pa­czo­na, fa­tal­nym błę­dem. Te­raz znaj­do­wa­li się zbyt bli­sko, jak pod­po­wia­dał jej in­stynkt, by roz­pacz­li­we sta­ra­nia „Oslo” mo­gły coś dać. In­ni też mu­sie­li to wie­dzieć, bo­wiem w do­cho­dzą­cych do niej przez ko­mu­ni­ka­tor mel­dun­kach brzmia­ły po­je­dyn­cze to­ny stra­chu. Jej ka­dra mia­ła świa­do­mość, że pa­trzy śmier­ci w oczy. An­to­inet­te chcia­ła prze­łknąć śli­nę, ale jej gar­dło by­ło dziw­nie su­che.

– Za­rzą­dzam ewa­ku­ację okrę­tu – po­wie­dzia­ła pół­gło­sem.

– Jest ewa­ku­acja okrę­tu – zgło­sił Hol­ta, na­tych­miast prze­ka­zu­jąc wieść da­lej, do za­ło­gi, któ­ra po pro­stu nie mia­ła pra­wa zdą­żyć w tak krót­kim cza­sie.

– In­ży­nie­ryj­ne, jak wy­glą­da start wa­ha­dłow­ca oesów?

– Roz­po­czy­na­my pro­ce­du­rę star­to­wą – padł na­tych­mia­sto­wy mel­du­nek bla­dej jak ścia­na Col­lins.

An­to­inet­te ski­nę­ła spo­koj­nie gło­wą. Na ekra­nie tak­tycz­nym po­ci­ski Ło­bu­za zbli­ża­ły się szyb­ko, szyb­ciej niż na ćwi­cze­niach. Po­nad ho­lo­gra­mem sy­tu­acyj­nym ze­gar od­li­czał czas do ude­rze­nia. Kie­dy spoj­rza­ła na nie­go, wska­zy­wał pięć­dzie­siąt sześć se­kund.

Na po­mo­ście bo­jo­wym wszyst­ko z ko­lei zda­wa­ło się to­czyć o wie­le wol­niej niż zwy­kle, jak­by lu­dzie sta­ra­li się w peł­ni wy­ko­rzy­stać każ­dą z upły­wa­ją­cych chwil. Ha­dji pra­co­wał ca­ły czas, usi­łu­jąc ude­rze­nia­mi im­pul­sów ak­tyw­nych sen­so­rów choć mi­ni­mal­nie zmie­nić prze­bieg eg­ze­ku­cji. Je­go pal­ce po­ru­sza­ły się nad świetl­ną kla­wia­tu­rą sta­no­wi­ska, jak gdy­by ofi­cer był pia­ni­stą wy­ko­nu­ją­cym ja­kiś szcze­gól­nie skom­pli­ko­wa­ny utwór. Cras­ster zło­żył dło­nie jak do mo­dli­twy i po­chy­lił się do przo­du, mam­ro­cząc coś pod fil­trem heł­mu. An­to­inet­te wi­dzia­ła, że Col­lins coś mó­wi, ale mu­sia­ła włą­czyć pry­wat­ny ka­nał, bo jej słów nie da­ło się wy­ło­wić na ogól­nym. Nie spraw­dza­ła na­wet, do ko­go.

Uszy An­to­inet­te wy­peł­niał tyl­ko zbior­czy po­mruk skła­da­ją­cy się z ner­wo­wych ko­mu­ni­ka­tów lu­dzi na ostat­niej pro­stej ży­cia i pul­su­ją­ce­go szu­mu tło­czo­nej przez roz­sza­la­łe ser­ce krwi.

Dwa sti­let­to wy­strze­lo­ne z trans­por­tow­ca eks­plo­do­wa­ły, mi­ja­jąc nie­przy­ja­ciel­skie po­ci­ski, oba cel­nie. Ha­dji uniósł za­ci­śnię­tą pięść w try­um­fu­ją­cym ge­ście. Ale to nie mia­ło już zna­cze­nia – je­że­li sześć ra­kiet Ło­bu­za tra­fi le­piej niż po­przed­nio, bę­dą sta­no­wić si­łę zde­cy­do­wa­nie wy­star­cza­ją­cą do uni­ce­stwie­nia unij­ne­go okrę­tu.

– Ak­ty­wa­cja sys­te­mów kap­suł dwa i czte­ry. – Mel­du­nek jak­by wy­nu­rzył się z szu­mu wy­peł­nia­ją­ce­go uszy do­wód­cy „Oslo”.

– Dzię­ku­ję – od­po­wie­dzia­ła, usil­nie pró­bu­jąc za­cho­wać spo­kój. Do­wód­ca okrę­tu nie mógł oka­zy­wać stra­chu, nie w ta­kiej sy­tu­acji.

– Wro­ta han­ga­ru otwar­te, awa­ryj­ny start wa­ha­dłow­ca oesów za T mi­nus dwa­na­ście.

– Ro­zu­miem – od­po­wie­dzia­ła ci­cho, wpa­trzo­na w ekran tak­tycz­ny. „Oslo” po­zo­sta­ło dwa­dzie­ścia je­den se­kund. Prom miał mar­ne szan­se ujść śmier­ci, choć i tak więk­sze niż kap­su­ły ra­tun­ko­we – pro­ce­du­ry mó­wi­ły o przy­naj­mniej mi­nu­cie, któ­rą na­le­ża­ło im dać na od­da­le­nie się od jed­nost­ki ma­cie­rzy­stej. Cóż, trze­ba bę­dzie trzy­mać kciu­ki. – Życz­cie im po­wo­dze­nia.

Je­de­na­ście se­kund do ude­rze­nia, po­tem dzie­sięć. Po­wie­trze tło­czo­ne przez sys­te­my ska­fan­dra An­to­inet­te zda­wa­ło się zbyt su­che, dra­pa­ło w gar­dle i draż­ni­ło oczy.

Po­zo­sta­ło sześć se­kund do wej­ścia po­ci­sków w stre­fę obro­ny bez­po­śred­niej, kie­dy kap­su­ły od­pa­li­ły jed­no­cze­śnie. Po­tęż­ne sil­ni­ki star­to­we pra­co­wa­ły peł­ną mo­cą, pró­bu­jąc unieść mi­nia­tu­ro­we sta­tecz­ki ku bez­pie­czeń­stwu i da­jąc wy­raź­ne od­czy­ty na sen­so­rach. Za wol­no, oce­ni­ła An­to­inet­te. Je­że­li po­ci­ski do­się­gną trans­por­to­wiec, kap­su­ły nie od­sko­czą na bez­piecz­ny dy­stans – ani one, ani wa­ha­dło­wiec, któ­ry po­ru­szał się du­żo wol­niej, jak­by ospa­le opusz­cza­jąc dok.

Czte­ry se­kun­dy. Trzy. Dwie. Jed­na. An­to­inet­te spoj­rza­ła na ekran tak­tycz­ny, gdzie ja­śnie­ją­ce punk­ty emek nie­przy­ja­cie­la wpa­da­ły wła­śnie w stre­fę obro­ny punk­to­wej „Oslo”.

Tym ra­zem nie mie­li szczę­ścia. ■

1 Przydział

Baza EU Churchill, Cartagena, system Murcia, 14.11.2212 ESD, 23:34

Gwiaz­dy nad gło­wą Mar­ci­na Wierz­bow­skie­go drgnę­ły i ru­nę­ły w dół, zmie­nia­jąc się w błę­kit­na­we smu­gi ga­zów wy­lo­to­wych. Pro­my de­san­to­we opa­dły ku ba­zie Chur­chill ni­czym rój szer­sze­ni, pro­sto do ce­lu, w ogłu­sza­ją­cym ha­ła­sie pra­cu­ją­cych peł­ną mo­cą sil­ni­ków. Po­śród mo­rza ko­mu­ni­ka­tów ko­rekt kur­su i wy­zna­cza­nia stref lą­do­wa­nia ich za­ło­gi od­li­cza­ły ostat­nie se­kun­dy, cze­ka­jąc na mo­ment, kie­dy pod­wo­zia ma­szyn do­tkną grun­tu i opad­ną wro­ta de­san­to­we. Gar­ni­zon Chur­chill był do­sko­na­le przy­go­to­wa­ny. Od zej­ścia z or­bi­ty zbli­ża­ją­ce się pro­my by­ły bacz­nie ob­ser­wo­wa­ne przez ope­ra­to­rów sie­ci sen­so­rycz­nej pla­ców­ki. Ka­dra ofi­cer­ska wy­mie­nia­ła ostat­nie uwa­gi przed lą­do­wa­niem, a zgro­ma­dze­ni na sta­no­wi­skach na­ziem­nych spe­cja­li­ści cze­ka­li w na­pię­ciu na stwo­rzo­ne przez czło­wie­ka spa­da­ją­ce gwiaz­dy. Jesz­cze pięć mi­nut. Jesz­cze trzy. Jesz­cze jed­na. Żoł­nie­rze – za­rów­no ci na pro­mach, jak ci ocze­ku­ją­cy na po­wierzch­ni pla­ne­ty – od­li­cza­li czas pra­wie rów­no­cze­śnie.

Dzie­sięć se­kund przed przy­zie­mie­niem ma­szy­na wy­ko­na­ła ostat­ni zwrot. Tyl­ko na uła­mek se­kun­dy za­mar­ła kil­ka me­trów nad lą­do­wi­skiem, po czym pi­lo­ci, nie cze­ka­jąc na peł­ny za­wis, zre­du­ko­wa­li ciąg. Clan­sman, bę­dą­cy w grun­cie rze­czy la­ta­ją­cą ce­głą, trzy­ma­ną w po­wie­trzu tyl­ko przez elek­tro­ni­kę oraz dy­sze kie­run­ko­we, opadł ku zie­mi w ide­al­nie wy­li­czo­nej de­ce­le­ra­cji. Ła­py pod­wo­zia nie­mal mięk­ko do­tknę­ły sza­rej na­wierzch­ni.

– Me­dy­cy do no­szy, resz­ta wcho­dzi po nich i bie­rze się za hi­ber­na­to­ry – ko­men­de­ro­wa­ła Car­tw­ri­ght. – Ki­cia i Car­re­ra, w ra­zie po­trze­by bierz­cie do po­mo­cy in­nych.

Od­po­wie­dzia­ło jej chó­ral­ne „tak jest”, a po­tem cięż­kie drzwi de­san­to­we opa­dły z hu­kiem na pły­tę lą­do­wi­ska. Ze­spół Car­tw­ri­ght ru­szył w tej sa­mej se­kun­dzie, wprost w cha­os wy­ła­dun­ku. Ki­cia pierw­sza do­pa­dła dwój­ki żoł­nie­rzy dźwi­ga­ją­cych no­sze.

– Na wóz! – Mach­nę­ła rę­ką w stro­nę sto­ją­ce­go kil­ka me­trów da­lej po­jaz­du tech­nicz­ne­go. Wszyst­kie am­bu­lan­se Chur­chill nie star­czy­ły na­wet na więk­szą część przy­wo­żo­nych ran­nych. – Szyb­ko, szyb­ko!

Przy­su­nę­ła med­ska­ner naj­pierw do kar­ty in­for­ma­cyj­nej przy no­szach, a po­tem do ra­mie­nia unie­ru­cho­mio­ne­go na nich żoł­nie­rza o po­kry­tej opa­trun­ka­mi twa­rzy. Dwój­ka dźwi­ga­ją­cych ran­ne­go ko­le­gę po­truch­ta­ła we wska­za­nym kie­run­ku, więc dziew­czy­na ru­szy­ła za ni­mi, w bie­gu wy­do­by­wa­jąc błę­kit­nie ozna­czo­ny po­jem­nik ze środ­kiem prze­ciw­bó­lo­wym.

Kil­ka me­trów da­lej Car­re­ra do­ko­ny­wał po­dob­nych oglę­dzin ran­ne­go – nie­przy­tom­nej dziew­czy­ny, do twa­rzy któ­rej przy­lgnę­ły nad­to­pio­ne frag­men­ty ska­fan­dra bo­jo­we­go. Tuż obok We­iss ba­dał trze­cią ofia­rę. Na są­sied­nich lą­do­wi­skach sia­da­ły ko­lej­ne clan­sma­ny i ko­lej­ne ze­spo­ły wkra­cza­ły do ak­cji. Nie­usta­bi­li­zo­wa­ni ran­ni przy­wie­zie­ni na no­szach wę­dro­wa­li na po­jaz­dy i do am­bu­la­to­rium. Hi­ber­na­to­ra­mi me­dycz­ny­mi moż­na by­ło zaj­mo­wać się w dru­giej ko­lej­no­ści – po­wie­rze­ni im lu­dzie zo­sta­li przy­naj­mniej tym­cza­so­wo za­bez­pie­cze­ni. Wierz­ba tyl­ko raz spoj­rzał na przy­dzie­lo­ne­go mu ran­ne­go. Nie od ra­zu zo­rien­to­wał się, że ma do czy­nie­nia z isto­tą ludz­ką. Sze­re­go­wiec – al­bo sze­re­go­wa, Po­lak nie był pe­wien – wy­glą­dał, jak­by prze­żył wy­jąt­ko­wo bli­skie spo­tka­nie z mio­ta­czem ognia. To, że jesz­cze uzna­wa­no go za ży­we­go, gra­ni­czy­ło z cu­dem. A prze­cież w hi­ber­na­to­rach prze­wo­żo­no wy­łącz­nie tych za­kwa­li­fi­ko­wa­nych ja­ko sta­bil­nych. Tyl­ko lep­sze przy­pad­ki.

Z nie­ba wciąż spa­da­ły gwiaz­dy, wy­ją­ce sil­ni­ka­mi, nio­są­ce dzie­siąt­ki i set­ki ran­nych, bez prze­rwy zaj­mu­ją­ce miej­sca na licz­nych lą­do­wi­skach ol­brzy­miej ba­zy. Pią­ta Dy­wi­zja De­san­to­wa, du­ma Unii, wra­ca­ła do do­mu. Na Chur­chill za­po­wia­da­ła się cięż­ka noc.

***

Sza­ry, po­chmur­ny po­ra­nek nad­szedł dłu­gie sie­dem go­dzin póź­niej. Wierz­bę i więk­szość plu­to­nu zlu­zo­wa­no ko­ło trze­ciej, kie­dy prze­sta­li być po­trzeb­ni. For­mal­nie da­wa­ło to pra­wie trzy go­dzi­ny wy­po­czyn­ku, ale Mar­cin nie mógł za­snąć. Czte­ry noc­ne go­dzi­ny za­pew­ni­ły mu wy­star­cza­ją­co wie­le wra­żeń, by bał się za­my­kać oczy. A prze­cież i tak nie wi­dział wie­le, był za­le­d­wie tre­pem, przy­dat­nym głów­nie do ro­bo­ty fi­zycz­nej. Ki­cia, Car­re­ra i wszy­scy in­ni w ba­zie, któ­rzy mie­li choć pod­sta­wo­we prze­szko­le­nie me­dycz­ne, mu­sie­li o wie­le do­kład­niej obej­rzeć so­bie bo­ha­te­rów osła­wio­nej Pią­tej.

Nie wie­dzie­li zbyt du­żo ani na te­mat punk­tu sta­cjo­no­wa­nia fe­ral­nej dy­wi­zji, ani jej za­dań. Noc­ne wy­da­rze­nia mo­gły być symp­to­mem róż­nych pro­ble­mów – nie­uda­nej ofen­sy­wy Unii, na­głe­go ata­ku Jan­ke­sów, po­wro­tu z igły, jak wte­dy, kie­dy lą­do­wa­li na New Qu­ebec. Je­dy­nym, co moż­na by­ło po­wie­dzieć ze względ­nie du­żą pew­no­ścią, by­ło to, że ka­ta­stro­fa Pią­tej sta­no­wi­ła zły znak.

Mar­cin nie są­dził, że­by cał­ko­wi­ta ta­jem­ni­ca mia­ła zo­stać utrzy­ma­na dłu­go – już na­stęp­ne­go ran­ka po­ja­wią się plot­ki, mniej wię­cej w po­ło­wie bzdur­ne, ale wszyst­kie dra­ma­tycz­ne. W cią­gu kil­ku go­dzin in­for­ma­cje sta­ną się bar­dziej wia­ry­god­nie i naj­praw­do­po­dob­niej do wie­czo­ra, naj­da­lej ko­lej­ne­go dnia, żoł­nie­rze Czter­na­stej Dy­wi­zji bę­dą wie­dzieć, co w tra­wie pisz­czy. Przy tak wiel­kiej licz­bie po­ten­cjal­nych źró­deł in­for­ma­cji by­ło to nie­unik­nio­ne.

Na ra­zie mo­gli się je­dy­nie do­my­ślać, a to żoł­nie­rze za­wsze ro­bią naj­le­piej. Bio­rąc pod uwa­gę wy­da­wa­ne przez po­rucz­nik Car­tw­ri­ght roz­ka­zy, ich wy­obraź­nia mia­ła do­sko­na­łą po­żyw­kę.

Poligon Sierra Madre, Cartagena, system Murcia, 15.11.2212 ESD, 19:09

Nie­bo nad wzgó­rza­mi Sier­ra Ma­dre po­kry­te by­ło sza­ra­wą za­sło­ną chmur, wy­sy­sa­ją­cą ko­lo­ry ze zwy­kle że­la­zi­ście czer­wo­ne­go kra­jo­bra­zu. Drob­ne kro­ple mżaw­ki opa­da­ły z le­d­wo sły­szal­nym szu­mem na po­wierzch­nie pan­ce­rzy i heł­mów, po­ły­ski­wa­ły na osło­nach bro­ni i ska­łach pod no­ga­mi, utrud­nia­ły marsz po wą­skich, ska­li­stych ścież­kach. Wkrót­ce mia­ło się ściem­niać, sza­re nie­bo już czer­nia­ło od wscho­du, na za­cho­dzie uka­zu­jąc za to le­d­wie wi­docz­ny po­ma­rań­czo­wy po­blask.

– We­iss, zaj­mij za­chod­nią grań – roz­ka­zał Wierz­ba, wy­glą­da­jąc zza kra­wę­dzi ko­tlin­ki. Skal­ne za­głę­bie­nie mia­ło śred­ni­cę oko­ło stu osiem­dzie­się­ciu me­trów, do­kład­nie tak, jak zo­sta­ło im prze­ka­za­ne na od­pra­wie. Ota­czał je pier­ścień ru­dych skał Sier­ra Ma­dre, z nie­rów­ny­mi, stro­my­mi ścież­ka­mi pro­wa­dzą­cy­mi na ka­mie­ni­ste dno. W sa­mym cen­trum niec­ki znaj­do­wał się cel ćwi­czeń – uszko­dzo­na an­te­na woj­sko­we­go prze­kaź­ni­ka i tuż obok roz­bi­ta trans­por­to­wa man­gu­sta. We­dług in­for­ma­cji otrzy­ma­nych od Car­tw­ri­ght po­win­na by­ła ona przy­wieźć ze­spół tech­nicz­ny, ma­ją­cy przy­wró­cić na­daj­nik do sta­nu uży­wal­no­ści. Tech­ni­ków jed­nak ni­g­dzie nie wi­dział. Nie do­strzegł też ani prze­ciw­ni­ków, ani chro­nią­cych prze­kaź­nik au­to­ma­tycz­nych dzia­łek. – Spró­buj­cie po­łą­czyć się z pe­ry­me­trem – do­dał.

– Zro­zu­mia­łem – od­po­wie­dział Nie­miec. Po pra­wej stro­nie Mar­ci­na pro­wa­dze­ni przez nie­go Sza­fa i Bu­el­ler wbie­ga­li na stro­me zbo­cze, oto­cze­ni mgieł­ką gęst­nie­ją­cej mżaw­ki. Mi­ni­mal­nie wol­niej niż ro­bi­li­by to na po­cząt­ku dnia, odro­bi­nę mniej rów­no. Na­wet na ta­kich ma­szy­nach jak Wun­der­waf­fe We­iss czter­na­ście go­dzin mar­szu po wzgó­rzach od­ci­snę­ło ja­kieś pięt­no.

– Ru­sza­my, jak tyl­ko bę­dzie­my mie­li ob­sta­wę – zwró­cił się Mar­cin do swo­je­go ze­spo­łu. – Ja i Szcze­niak przo­dem, Isaks­son i Ma­ły, utrzy­maj­cie po­zy­cje.

– Ocze­ku­je­my pro­ble­mów? – za­py­ta­ła Isaks­son z nie­mal dzie­cię­cym pod­nie­ce­niem. Szwed­ka pod pew­ny­mi wzglę­da­mi by­ła nie­po­praw­na.

– Sa­mi się nie po­za­bi­ja­li.

– Two­ja eks­per­ty­za po­zo­sta­je nie­oce­nio­na, mon­si­gno­re – burk­nął Szcze­niak po­nu­ro. – To zna­czy, że my nad­sta­wia­my tył­ki, a Wun­der­waf­fe i Thor­ne obi­ja­ją się na ska­łach.

– Wszy­scy chce­my zo­ba­czyć, jak gi­niesz, Van Reu­ters – za­chi­cho­ta­ła Isaks­son.

– Mo­że naj­pierw spraw­dzi­my ca­ły ob­wód? – za­su­ge­ro­wał We­iss.

– Nie. – Mar­cin spraw­dził ze­gar mi­sji z po­nu­rą re­zy­gna­cją. Sce­na­riusz był jak zwy­kle ide­al­nie wy­li­czo­ny tak, że­by nie mo­gli za­ła­twić spra­wy jak na­le­ży i mu­sie­li ści­nać każ­dy za­kręt. – Je­ste­śmy za bli­sko li­mi­tu cza­su.

– Ja­sne.

Na we­wnętrz­nej po­wierzch­ni fil­tru go­gli Po­la­ka pod­świe­tlo­ne syl­wet­ki trzy­oso­bo­wej gru­py Thor­ne’a zbli­ża­ły się do wy­zna­czo­nych im po­zy­cji na le­wo od tra­sy Mar­ci­na, na­prze­ciw gru­py We­is­sa. Oba ze­spo­ły mia­ły ase­ku­ro­wać pod­cho­dzą­ce­go bez­po­śred­nio do ce­lu Wierz­bow­skie­go – choć je­śli mie­li do czy­nie­nia z za­sadz­ką, praw­do­po­dob­nie ozna­cza­ło to co naj­wy­żej szan­sę na od­wet na je­go za­bój­cach. Mar­cin ru­szył po stro­mym zbo­czu, nie ba­cząc na ból zmę­czo­nych mię­śni. Ma­ska nie­co przy­tłu­mia­ła od­dech, do­dat­ko­wo utrud­nia­jąc szyb­ki marsz.

– Tu We­iss – usły­szał w kom­lin­ku. – Je­ste­śmy na po­zy­cji, żad­nych kon­tak­tów, pe­ry­metr sta­no­wi­ska się nie zgła­sza.

– Zro­zu­mia­łem – od­po­wie­dział na­tych­miast. – Thor­ne?

– U nas też ci­sza – od­parł do­wo­dzą­cy trze­cią gru­pą sze­re­go­wiec. Pro­wa­dzo­na przez nie­go straż przed­nia zdą­ży­ła już za­jąć po­zy­cje na prze­ciw­le­głej do po­zy­cji We­is­sa kra­wę­dzi niec­ki. – Pew­nie ktoś, kto za­ła­twił Echo-6, po­zbył się też sys­te­mów obron­nych prze­kaź­ni­ka.

– Cze­mu więc nie roz­wa­lił go na mo­le­ku­ły? – za­py­ta­ła Bu­el­ler.

Py­ta­nie mia­ło sens. Je­że­li prze­ciw­nik kon­tro­lo­wał te­ren na ty­le, że­by wy­koń­czyć po­przed­ni od­dział aż tak efek­tyw­nie, mógł też po­ra­dzić so­bie z sa­mym prze­kaź­ni­kiem. Z ja­kie­goś po­wo­du jed­nak ca­ły sys­tem stał nie­tknię­ty nie­opo­dal wra­ku.

– Spraw­dzi­my, czy nie ma żad­nych nie­spo­dzia­nek przy ce­lu. – Mar­cin ru­szył w dół ko­tlin­ki, ostroż­nie sta­wia­jąc kro­ki na mo­krych ska­łach. – Isaks­son, cze­kaj­cie, resz­ta, mel­duj­cie kon­tak­ty.

Każ­dy krok wy­wo­ły­wał mi­nia­tu­ro­wą la­wi­nę ma­łych ka­mie­ni, ale na szczę­ście nie by­ło aż tak śli­sko, jak się te­go oba­wiał. Prze­su­wał ce­low­ni­kiem ka­ra­bi­nu po kra­wę­dziach niec­ki, ale nie do­strzegł ni­cze­go nie­po­ko­ją­ce­go. Dzie­sięć, pięt­na­ście, dwa­dzie­ścia kro­ków i nic się nie wy­da­rzy­ło. Ko­lej­ne dzie­sięć do­pro­wa­dzi­ło go na nie­co bar­dziej pła­ski te­ren.

– Szcze­niak?

– Ani śla­du wro­ga, mon ca­pi­tan. – Po­mi­mo we­so­łych nut ton Ho­len­dra wy­ra­żał pra­wie wy­łącz­nie na­pię­cie.

Mar­cin pod­świa­do­mie spo­dzie­wał się ata­ku. Sce­na­riu­sze tre­nin­go­we Car­tw­ri­ght pra­wie za­wsze za­wie­ra­ły w so­bie na­głe zmia­ny sy­tu­acji, na któ­re po­rucz­nik ocze­ki­wa­ła na­tych­mia­sto­wej i pra­wi­dło­wej re­ak­cji. Pod­kra­da­ją­cy się do ce­lu Po­lak nie­mal czuł na so­bie jej wzrok. Car­tw­ri­ght, przyj­mu­jąc na czas ćwi­czeń sta­no­wi­sko sze­re­gow­ca w ze­spo­le Thor­ne’a, nie mu­sia­ła po­dej­mo­wać żad­nej de­cy­zji, jed­no­cze­śnie bę­dąc na ty­le bli­sko, aby kon­tro­lo­wać roz­wój wy­pad­ków. Wierz­ba pra­wie wi­dział, jak ko­bie­ta ro­bi no­tat­ki. Na­dal jed­nak nikt nie strze­lał. Nie roz­le­gły się alar­mu­ją­ce mel­dun­ki o kon­tak­tach. Je­że­li istot­nie po­rucz­nik za­sta­wi­ła tu na nich pu­łap­kę, na jej za­trza­śnię­cie trze­ba by­ło jesz­cze po­cze­kać.

Prze­kaź­nik miał mniej niż pięć me­trów wy­so­ko­ści. Na je­go szczy­cie umiej­sco­wio­no trzy emi­te­ry pod­sta­wo­we­go sys­te­mu kie­run­ko­we­go łącz­no­ści la­se­ro­wej, po­mię­dzy któ­ry­mi da­ło się do­strzec koń­ców­kę kon­wen­cjo­nal­nej an­te­ny ra­dio­wej. Przy sze­ro­kiej pod­sta­wie umiesz­czo­no za­mknię­ty kil­ku­me­tro­wy kon­te­ner ge­ne­ra­to­ra i dru­gi, we­dług od­pra­wy prze­zna­czo­ny dla ob­słu­gi. Z tej od­le­gło­ści in­sta­la­cja wy­glą­da­ła na cał­ko­wi­cie spraw­ną, cze­go nie moż­na by­ło po­wie­dzieć o znisz­czo­nej man­gu­ście. W ogo­nie ma­szy­ny zia­ła wy­rwa tak wiel­ka, że fakt, iż ca­łość w ogó­le jesz­cze nie od­pa­dła od ka­dłu­ba, był czymś w ro­dza­ju cu­du. Jed­na z dwóch gon­dol sil­ni­ko­wych zo­sta­ła prak­tycz­nie od­strze­lo­na, a ca­ły prze­dział de­san­to­wy no­sił wy­raź­ne śla­dy po­ża­ru. Ni­g­dzie w oko­li­cy nie by­ło wi­dać ciał, czy też ra­czej fan­to­mów je sym­bo­li­zu­ją­cych.

– Je­stem przy ce­lu, żad­nych kon­tak­tów – rzu­cił ci­cho do mi­kro­fo­nu. – Spraw­dzam man­gu­stę. Szcze­niak, ase­ku­ruj.

– Mo­głem to ro­bić z gó­ry – mruk­nął Ho­len­der, zaj­mu­jąc po­zy­cję strze­lec­ką za jed­ną z ni­skich ska­łek kil­ka­na­ście me­trów od Wierz­bow­skie­go.

Mar­cin zbli­żył się do znisz­czo­nej ma­szy­ny po­wo­li, ostroż­nie sta­wia­jąc sto­py na roz­mię­kłej zie­mi i ka­mie­niach. Obej­rzał urwa­ną gon­do­lę sil­ni­ka, a po­tem zer­k­nął w czar­ną ja­mę prze­dzia­łu de­san­to­we­go.

– Zna­la­złem Echo-6 – po­wie­dział. Na miej­scach dla pa­sa­że­rów tkwi­ło sześć iden­tycz­nych ma­ne­ki­nów w unij­nych mun­du­rach. Ktoś po­su­nął się na­wet do te­go, że­by przy­czer­nić im twa­rze, dzię­ki cze­mu wy­glą­da­ły na osma­lo­ne. – We­wnątrz prze­dzia­łu. Wy­da­je się, że wszy­scy.

Prze­łknął śli­nę, prze­kli­na­jąc sztucz­ki Car­tw­ri­ght. Fan­to­my by­ły tyl­ko lal­ka­mi, ale po ostat­niej no­cy nie­przy­jem­nie przy­po­mi­na­ły mu ran­nych żoł­nie­rzy Pią­tej. Jesz­cze te­go bra­ko­wa­ło, po­my­ślał, że­by de­ner­wo­wać się na wi­dok fan­to­ma. Mu­siał być bar­dziej zmę­czo­ny, niż przy­pusz­czał.

– Te­ren wy­da­je się czy­sty. Isaks­son, chodź­cie tu­taj – nadał. For­mal­nie po­wi­nien się upew­nić, czy nikt z od­na­le­zio­ne­go ze­spo­łu nie po­trze­bu­je po­mo­cy me­dycz­nej, ale już pierw­szy rzut oka na prze­dział trans­por­to­wy stru­mie­niow­ca nie po­zo­sta­wiał cie­nia wąt­pli­wo­ści. – Spraw­dzam prze­kaź­nik.

Pod­szedł do pod­sta­wy wie­ży. Obej­rzał z każ­dej stro­ny głów­ny kon­te­ner, miesz­czą­cy za­si­la­nie i kon­so­le ste­ru­ją­ce, a po­tem dla pew­no­ści skon­tro­lo­wał jesz­cze grunt do­oko­ła.

– Je­ste­śmy w dro­dze – za­mel­do­wa­ła Isaks­son. Nad kra­wę­dzią ko­tli­ny po­ja­wi­ły się syl­wet­ki jej i Ma­łe­go, le­d­wo wi­docz­ne po­przez ak­tyw­ny CSS, po­chy­lo­ne w szyb­kim mar­szu. – Oby wszyst­ko wy­glą­da­ło tak do­brze, jak mó­wisz.

Mar­cin nie od­po­wie­dział. Spoj­rzał naj­pierw na za­chmu­rzo­ne, ciem­nie­ją­ce nie­bo, po­tem na wrak man­gu­sty i ota­cza­ją­ce ca­łą ko­tli­nę ska­ły. Układ re­kwi­zy­tów nie­po­ko­ił go. Oczy­wi­ście mógł za­ło­żyć, że gru­pa tech­nicz­na się spie­szy­ła i nie chcia­ło jej się roz­kła­dać tru­pów na ze­wnątrz. Miał jed­nak dziw­ne prze­czu­cie, że fakt, iż ca­łe Echo-6 le­ża­ło spo­koj­nie we­wnątrz swo­je­go stru­mie­niow­ca, mu­siał ozna­czać jed­no – nie by­li świa­do­mi obec­no­ści nie­przy­ja­cie­la lub też wręcz mie­li pew­ność, że ni­g­dzie go nie ma.

Zu­peł­nie tak, jak od­dział Wierz­by w tej chwi­li.

Poligon Sierra Madre, Cartagena, system Murcia, 15.11.2212 ESD, 19:41

Ca­mil­la Isaks­son ode­rwa­ła się na chwi­lę od pra­cy i spoj­rza­ła w te­raz już nie­mal cał­ko­wi­cie ciem­ne nie­bo. Kro­pel­ki drob­ne­go desz­czu roz­bi­ja­ły jej się na go­glach, kie­dy Szwed­ka osten­ta­cyj­nie po­gro­zi­ła chmu­rom pal­cem.

– Nie mo­gło­by choć odro­bi­nę prze­stać?

– We­dług pro­gnoz wie­czor­ne desz­cze w re­jo­nie Sier­ra Ma­dre to nor­ma – ode­zwał się Ma­ły, na­dal po­chy­lo­ny nad otwar­ty­mi pa­ne­la­mi kon­so­li. – Zresz­tą chy­ba na­wet za­po­wia­da­no…

– Ma­ły, kie­dy za­da­łam to py­ta­nie, nie ocze­ki­wa­łam tak na­praw­dę od­po­wie­dzi – żach­nę­ła się dziew­czy­na.

– Ale za­py­ta­łaś…

– Ma­ły, je­steś… – Zdję­ła na chwi­lę hełm i prze­tar­ła czo­ło rę­ka­wem. Ob­ró­ci­ła się w je­go stro­nę, za­pew­ne po­sy­ła­jąc mu jed­no ze swo­ich wy­jąt­ko­wo zgryź­li­wych spoj­rzeń. Osta­tecz­nie jed­nak zde­cy­do­wa­ła się na mniej kon­flik­to­wą wer­sję te­go, co chcia­ła po­wie­dzieć. – …Zmę­czo­ny. Wszy­scy je­ste­śmy zmę­cze­ni. Masz ra­cję, oczy­wi­ście. Daj mi trzy­dzie­ści se­kund i wła­żę z po­wro­tem.

– Isaks­son, Ma­ły, co u was?

– Dro­bia­zgi za­ła­twio­ne, do zro­bie­nia po­zo­stał uszko­dzo­ny dła­wik – od­par­ła ra­dio­ope­ra­tor­ka, pu­ka­jąc w obu­do­wę prze­kaź­ni­ka. – Nie ma­my, rzecz ja­sna, wła­sne­go na wy­mia­nę, ale Ma­ły twier­dzi, że uda mu się wy­cią­gnąć go z wra­ku. Prze­mon­tu­je­my i po­win­no cho­dzić. Nie dłu­żej jak go­dzi­na.

Wierz­bow­ski ob­szedł roz­bi­ty stru­mie­nio­wiec. Z wnę­trza zruj­no­wa­ne­go kok­pi­tu raz po raz po­ły­ski­wa­ło sła­be świa­tło la­tar­ki, przy któ­rym pra­co­wał Tra­sic.

– Wszyst­ko spło­nę­ło, a prze­trwał dła­wik? – zdzi­wił się Szcze­niak, zaj­mu­ją­cy po­zy­cję osło­no­wą za jed­ną z po­bli­skich skał. Choć Mar­cin do­sko­na­le wie­dział, gdzie ukry­wa się pod­wład­ny, w po­wo­do­wa­nym czę­ścio­wo po­go­dą, a czę­ścio­wo zbli­ża­ją­cą się no­cą pół­mro­ku za­ma­sko­wa­ny CSS-em żoł­nierz był zu­peł­nie nie­wi­docz­ny.

– Dła­wi­ki są twar­de, na­praw­dę trud­no je znisz­czyć. Pa­da­ją z re­gu­ły ostat­nie – ode­zwa­ła się we­so­ło Szwed­ka. – Jak my­ślisz, cze­mu w ogó­le go tam szu­ka­li­śmy?

– Więc cze­mu ten tu­taj siadł?

– Praw­do­po­dob­nie zu­ży­cie ma­te­ria­łu… – Głos Tra­si­ca w słu­chaw­kach za­brzmiał nie­pew­nie. Z wnę­trza kok­pi­tu wra­ku bły­snę­ło świa­tło, kie­dy Ma­ły wyj­rzał w stro­nę, gdzie ukry­wał się Szcze­niak. – Ist­nie­je też teo­ria na te­mat…

– Pew­nie dla­te­go, że ta­kie by­ły za­ło­że­nia ćwi­czeń. – Ton Ca­mil­li Isaks­son su­ge­ro­wał, że nie ma żad­nych wąt­pli­wo­ści co do ge­ne­zy uster­ki. – Zmu­sić nas do ko­lej­nej go­dzi­ny na desz­czu.

– A nie mo­że­my po pro­stu go olać i od­pa­lić bez dła­wi­ka? – za­py­tał Ho­len­der po chwi­li. – Wie­cie, nie jest ko­niecz­ny do dzia­ła­nia.

– Ale tak nie wol­no… – obu­rzył się Ma­ły.

– Do­wódz­two urwie nam wte­dy no­gi przy sa­mych tył­kach – za­śmia­ła się Isaks­son. – „Dła­wik jest ab­so­lut­nie nie­zbęd­nym ele­men­tem bez­pie­czeń­stwa sys­te­mów prze­sy­łu in­for­ma­cji”. Wiem, że przez ca­łe szko­le­nie usil­nie sta­ra­łeś się nad­ro­bić stra­ty do nor­mal­nie roz­wi­nię­tych lu­dzi, ale to wbi­ja­ją do gło­wy na każ­dym kro­ku.

– Re­gu­la­min – prych­nął po­gar­dli­wie Szcze­niak. – To za­bez­pie­cze­nie przed prze­ka­zem SI, nic wię­cej. Jak wie­le SI bę­dzie pró­bo­wa­ło prze­sy­łać się tę­dy przez naj­bliż­szą go­dzi­nę? A na­wet je­śli, prze­cież to jest cho­ler­ny prze­kaź­nik. Prze­sy­ła da­ne do na­stęp­nych sta­cji i one też ma­ją dła­wi­ki, bo te­raz na­wet pie­przo­ne ze­gar­ki je ma­ją. Co­kol­wiek przej­dzie tę­dy, umrze so­bie spo­koj­nie gdzie in­dziej.

– Oba­wiam się, że my umrze­my wcze­śniej – od­po­wie­dzia­ła mu dziew­czy­na zgryź­li­wie. – Gwa­ran­tu­ję ci, że sko­ro prze­kaź­nik ma uszko­dzo­ny dła­wik, ktoś tyl­ko cze­ka, aż uru­cho­mi­my sys­tem bez nie­go. Mi­nu­ta osiem do­wie­my się, że wła­śnie dwie­ście wro­gich SI za­ata­ko­wa­ło ba­zę przez na­szą nie­udol­ność.

– Te ćwi­cze­nia nie ma­ją sen­su.

– Cze­ka­łeś na oka­zję, by to po­wie­dzieć, co?

Mar­cin przy­słu­chi­wał się roz­mo­wie pod­wład­nych, na­dal roz­glą­da­jąc się po kra­wę­dziach niec­ki. Ra­dio­ope­ra­tor­ka mia­ła ra­cję – do­wódz­two nie prze­pu­ści­ło­by im uru­cho­mie­nia sys­te­mu bez dła­wi­ka trans­mi­sji. W za­sa­dzie trud­no na­wet by­ło się im dzi­wić – sko­ro już zja­wi­sko fe­no­me­nu La­so­ty spra­wia­ło, że SI nie po­tra­fi­ły się sa­mo­re­pli­ko­wać, a je­dy­nie trans­fe­ro­wać, dła­wi­ki sta­ły się klu­czo­wym ele­men­tem każ­de­go sys­te­mu ko­mu­ni­ka­cyj­ne­go ja­ko blo­ka­da wła­śnie ta­kich prze­sy­łów. Po ośmiu la­tach od Dnia, kie­dy to SI zwró­ci­ły się prze­ciw lu­dziom i wy­tę­pi­ły miaż­dżą­cy od­se­tek ludz­ko­ści… pa­ra­no­ja do­wódz­twa by­ła na­wet uza­sad­nio­na.

In­na rzecz, że Po­lak nie przy­pusz­czał, aby po­rucz­nik Car­tw­ri­ght li­czy­ła na to, iż po­peł­nią oczy­wi­sty błąd i uru­cho­mią prze­kaź­nik bez dła­wi­ka. W sce­na­riu­szu mu­sia­ło cho­dzić o coś in­ne­go.

Pod­szedł do Isaks­son, sku­lo­nej przy pa­ne­lu do­stę­po­wym u pod­sta­wy prze­kaź­ni­ka. Dziew­czy­na pra­co­wa­ła ze zdję­ty­mi go­gla­mi, przy­świe­ca­jąc so­bie la­tar­ką. Tuż obok niej, od­dzie­lo­ny skrzyn­ką na­rzę­dzio­wą od kra­wę­dzi niec­ki, wi­siał błę­kit­ny ho­lo­gram uka­zu­ją­cy kil­ka nic nie­mó­wią­cych Wierz­bie sche­ma­tów tech­nicz­nych. Kro­ple desz­czu drą­ży­ły tu­ne­le przez pro­jek­cję, na ułam­ki se­kund roz­ja­rza­jąc się na nie­bie­sko.

– Jak my­śli­cie, co się sta­ło z Pią­tą? – za­py­tał na­gle Szcze­niak. – Chło­pa­ki wy­glą­da­li… no. Śred­nio ra­czej.

Mar­cin skrzy­wił się lek­ko na wspo­mnie­nie ostat­niej no­cy. Był już na fron­cie, wi­dy­wał ofia­ry bi­tew, ale nie spo­dzie­wał się ca­łej dy­wi­zji zwa­la­ją­cej się do Chur­chill. A spę­dzo­ne na lą­do­wi­skach go­dzi­ny by­ły po­dob­no je­dy­nie dro­bia­zgiem, praw­dzi­we hor­ro­ry za­czy­na­ły się w szpi­ta­lu – i to nie tyl­ko ze wzglę­du na ilość pa­cjen­tów. Pią­ta, jak gło­si­ła plot­ka, wy­co­fy­wa­ła się w cha­osie, w do­dat­ku mia­ła ja­kieś pro­ble­my już po­za or­bi­tą i w re­zul­ta­cie po­ło­wa do­ku­men­tów me­dycz­nych się nie zga­dza­ła, by­ła nie­kom­plet­na, a czę­ści żoł­nie­rzy przy­pi­sa­no pa­pie­ry in­nych lu­dzi. Strach by­ło po­my­śleć, co w ogó­le mo­gło spo­wo­do­wać aż ta­ką ka­ta­stro­fę.

– Wiem ty­le co ty – mruk­nął, pró­bu­jąc brzmieć non­sza­lanc­ko. Szcze­niak nie sły­nął z wy­so­kie­go mo­ra­le.

– Li­czy­łem, że mo­że Ki­cia coś wie, a masz do niej do­stęp dla uprzy­wi­le­jo­wa­nych.

– Szcze­niak, je­steś obrzy­dli­wy – prych­nę­ła Isaks­son. – Nie mo­żesz mó­wić jak czło­wiek?

– No ale co? Ma prze­cież.

– Ki­cię ostat­ni raz wi­dzia­łem wte­dy, kie­dy ty, jak po­szła z Car­re­rą po alar­mie me­dycz­nym – uciął Po­lak. – Ale jak tyl­ko mi coś po­wie, na­tych­miast przy­bie­gnę do cie­bie.

– Ja­koś wąt­pię.

– Słusz­nie.

– Ka­pra­lu, mel­du­ję, że mo­duł dła­wi­ka wy­mon­to­wa­ny i spraw­dzo­ny. – Iriam Tra­sic ura­to­wał ich przed ko­lej­nym po­dej­ściem Van Reu­ter­sa do za­gad­nie­nia bły­sko­tli­wej ri­po­sty. Po­mi­mo czter­na­stu go­dzin wy­sił­ku Ma­ły ja­koś dał ra­dę wy­krze­sać z sie­bie en­tu­zjazm. – Mo­że­my pod­łą­czać.

– Do­bra, bierz go i za­su­waj do Isaks­son.

Mar­cin ro­zej­rzał się ner­wo­wo. Je­że­li coś mia­ło się wy­da­rzyć, za­pew­ne te­raz by­ła na to po­ra – tyl­ko co? Dla­cze­go nie­przy­ja­ciel wy­eli­mi­no­wał Echo-6, ale nie za­mi­no­wał na­daj­ni­ka czy choć­by wra­ku? Cze­mu po pro­stu nie we­szli w stre­fę ata­ku moź­dzie­rzo­we­go? A je­że­li kie­ro­wa­ni sce­na­riu­szem Car­tw­ri­ght prze­ciw­ni­cy cze­goś od nich ocze­ki­wa­li, to dla­cze­go te­go sa­me­go nie mo­gli ocze­ki­wać po po­przed­nim od­dzia­le? Prze­cież tech­ni­cy z Echo-6 by­li ła­twiej­szym ce­lem i z pew­no­ścią ze­spół Wierz­by spra­wi więk­szy kło­pot pod­czas ewen­tu­al­nej po­tycz­ki. Ze wszech miar bar­dziej opła­ca­ło się uże­rać z tam­ty­mi.

Ro­zej­rzał się po oko­licz­nych ska­łach. Nie wi­dział ani ze­spo­łu We­is­sa, ani Thor­ne’a, ale wie­dział, że gdzieś tam są. Obie gru­py osło­no­we mia­ły na­praw­dę du­żo cza­su, że­by zna­leźć naj­lep­sze moż­li­we po­zy­cje, i gdy­by Mar­cin mógł doj­rzeć ko­go­kol­wiek, ozna­cza­ło­by to po­waż­ny pro­blem, je­śli cho­dzi o ich umie­jęt­no­ści.

– Wierz­ba, roz­bra­jać sys­tem?

– Tak.

Kil­ka me­trów da­lej Szwed­ka wy­do­by­ła wą­ską kar­tę ko­do­wą, uru­cho­mi­ła ją i wsu­nę­ła do gniaz­da w pa­ne­lu kon­tro­l­nym an­te­ny. Urzą­dze­nie przez chwi­lę nie re­ago­wa­ło, wresz­cie za­bły­sło zie­lo­nym świa­tłem.

Mar­cin mi­mo­wol­nie prze­łknął śli­nę – je­że­li prze­ciw­nik chciał ich za­ata­ko­wać, to był do­bry mo­ment. Sys­tem an­te­ny zo­stał roz­bro­jo­ny i przez naj­bliż­sze dwie mi­nu­ty opro­gra­mo­wa­nie de­fen­syw­ne mu­si się de­ak­ty­wo­wać, aby umoż­li­wić mon­taż no­we­go sprzę­tu. Mo­że o to im cho­dzi­ło, choć prze­cież naj­mniej­sza ozna­ka ata­ku spo­wo­do­wa­ła­by na­tych­mia­sto­we wy­rwa­nie kar­ty ze slo­tu. Czy Car­tw­ri­ght li­czy­ła na szczę­ście i szyb­ką eli­mi­na­cję ca­łe­go od­dzia­łu? Po­now­nie zlu­stro­wał wszyst­ki­mi sys­te­ma­mi oko­licz­ne ska­ły, ale nie wy­ła­pał na­wet jed­ne­go kon­tak­tu. Choć, oczy­wi­ście, to nic nie zna­czy­ło – wszak nie wi­dział też resz­ty wła­sne­go plu­to­nu.

– Okej, mam chwy­ty, pod­łą­czam.

Nie, plan nie mógł po­le­gać na ata­ku, skon­sta­to­wał Mar­cin. Za ma­ło zy­sku, za du­żo ry­zy­ka. Rzu­cił okiem w stro­nę sku­lo­nych przy pod­sta­wie an­te­ny tech­ni­kach. I na­gle za­marł.

– Mil­la, stop.

– Co? – Ra­dio­ope­ra­tor­ka ob­ró­ci­ła się w je­go stro­nę. Z go­gla­mi prze­su­nię­ty­mi do gó­ry jej hełm wy­glą­dał na gro­te­sko­wo du­ży przy oświe­tlo­nej bla­skiem wy­świe­tla­cza drob­nej twa­rzy.

– Odłącz dła­wik i cze­kaj na dal­sze roz­ka­zy.

Prze­krzy­wi­ła gło­wę i wbi­ła w nie­go peł­ne za­sko­cze­nia spoj­rze­nie, jak­by chcia­ła o coś za­py­tać, ale osta­tecz­nie się po­wstrzy­ma­ła.

– Ja­sne.

Wun­der­waf­fe nie miał na­to­miast żad­nych opo­rów.

– Wierz­ba, wszyst­ko w po­rząd­ku? – za­py­tał.

– Słu­chaj, przy­szło mi do gło­wy, że nie ma­my żad­nej pew­no­ści co do be­be­chów dła­wi­ka – od­parł Mar­cin. Czuł, jak ad­re­na­li­no­we go­rą­co peł­znie mu wzdłuż żył, jak mu­si kon­tro­lo­wać ru­chy, by nie sta­ły się rwa­ne i gwał­tow­ne. – Nie uwa­żam, że­by je­go in­sta­la­cja by­ła bez­piecz­na. Co o tym są­dzisz?

Nie­miec mil­czał dwie, trzy, czte­ry se­kun­dy. Po­lak, prze­cho­dząc ko­lej­no przez try­by wi­zyj­ne i usi­łu­jąc wy­ła­pać po­ten­cjal­ną za­sadz­kę, w na­pię­ciu cze­kał na od­po­wiedź. Czy je­go oba­wy mia­ły sens, czy prze­kra­cza­ły już gra­ni­cę zdro­wej woj­sko­wej pa­ra­noi?

– Mo­żesz mieć ra­cję.

– Dzię­ki. – Nie­mal ode­tchnął z ulgą. Fakt, że Nie­miec ro­zu­miał je­go po­dej­rze­nia, da­wał mi­ły kom­fort psy­chicz­ny. Wpro­wa­dze­nie le­we­go sprzę­tu do roz­bro­jo­nej an­te­ny ozna­cza­ło de fac­to za­mon­to­wa­nie w niej furt­ki dla prze­ciw­ni­ka. Nie chciał na­wet my­śleć, jak wpły­nę­ło­by to na ich wy­ni­ki ćwi­czeń. – Do­bra, za­ła­twi­my to kul­tu­ral­nie. Isaks­son, weź dła­wik i wy­co­faj­cie się z Ma­łym z tej cho­ler­nej strzel­ni­cy. Szcze­niak i ja osła­nia­my, do­łą­czy­my do was, jak wyj­dzie­cie. Szcze­niak, stre­fy bez zmian.

– Ja­sne – od­po­wie­dział po­nu­ro Ho­len­der, któ­ry pew­nie wy­obra­żał już so­bie po­wrót do do­mu. – Mam na­dzie­ję, że wła­śnie nie spie­przy­łeś nam ćwi­czeń, bo te­go cho­ler­ne­go spa­ce­ru to ci nie wy­ba­czę.

Mar­cin kil­ko­ma sko­ka­mi od­da­lił się od an­te­ny i wra­ku i przy­cup­nął za się­ga­ją­cym mu do po­ło­wy uda gła­zem. Po­tem po­wo­li po­ło­żył się na mo­krym grun­cie, omia­ta­jąc ce­low­ni­kiem moż­li­we po­dej­ścia po dru­giej stro­nie niec­ki.

Na­dal nie wi­dział ni­ko­go.

– Je­że­li mam ra­cję, tam­ci już wie­dzą, że się nie na­bra­li­śmy. – Bez­sku­tecz­nie usi­ło­wał ukryć na­pię­cie w gło­sie. – Przy­go­to­wać się. We­iss, mel­do­wać kon­tak­ty, nie strze­lać bez roz­ka­zu.

– Zro­zu­mia­łem, mel­do­wać kon­tak­ty, nie strze­lać bez roz­ka­zu.

– Mil­la, da­cie ra­dę przyj­rzeć się te­mu dła­wi­ko­wi, je­śli za­pew­ni­my wam tro­chę spo­ko­ju?

– Ja­sne, pew­nie ze­żre to ja­kąś…

Głos Szwed­ki uto­nął na­gle w zwie­lo­krot­nio­nym hu­ku. Kil­ka­na­ście czer­wo­no-zło­tych ho­lo­gra­ficz­nych eks­plo­zji za­bły­sło jed­no­cze­śnie na kra­wę­dziach niec­ki.

– Ostrzał! – krzyk­nął Mar­cin, przy­pa­da­jąc do zie­mi. Ro­zej­rzał się szyb­ko, ale na­dal nie wi­dział strzel­ców. – Moź­dzie­rze, chy­ba! Na­daj­nik nie­tknię­ty, kon­ty­nu­uje­my wy­co­fy­wa­nie się! Ra­por­to­wać!

– Gru­pa We­is­sa nie­zdol­na do wal­ki! – usły­szał głos Sza­fy. – Roz­ka­zy?

– Brak ce­lów! – Szcze­niak pra­wie wrzesz­czał do słu­chaw­ki. – Wa­lą zni­kąd!

Mar­cin ro­zej­rzał się za ko­lej­ną osło­ną. Naj­bliż­szy wart tej na­zwy ka­mień był do­bre kil­ka­na­ście me­trów da­lej. – Thor­ne? Car­tw­ri­ght, Ne­ve, je­ste­ście tam?

Od­po­wie­dzia­ła mu ci­sza. Trzy, czte­ry, pięć se­kund. Mar­cin za­klął bez­gło­śnie.

– Sza­fa, prze­mieść się na­tych­miast, gru­pa Thor­ne’a, mel­duj­cie się! Szcze­niak, mel­duj kon­tak­ty!

– Nie ma żad­nych pie­przo­nych kon­tak­tów!

– Przy­ją­łem, prze­mie­ścić się. – War­do­wi na­wet nie drgnął głos.

– Thor­ne, Ne­ve, Car­tw­ri­ght, co z wa­mi? – Mar­cin zmie­nił kil­ka ra­zy tryb wi­zyj­ny, ale na­dal nie wi­dział ni­cze­go po­za słu­pa­mi cie­pła emi­to­wa­ny­mi przez gra­na­ty tre­nin­go­we. Wróg mu­siał tam jed­nak być, a on sam znaj­do­wał się na nie naj­lep­szej po­zy­cji. Szlag.

Ode­tchnął głę­biej i rzu­cił się bie­giem do osło­ny. Pięć, sie­dem kro­ków. Przy ósmym ab­so­lut­nie od­por­ne na po­śli­zgi bu­ty omal go nie za­bi­ły, kie­dy na­stą­pił na mo­kry ka­mień. Za­ba­lan­so­wał cia­łem i przy­kuc­nął, tyl­ko po to, że­by na­tych­miast po­biec da­lej.

Dzie­więć, dzie­sięć, wresz­cie!

Słu­chaw­ki wy­peł­nił na­gły, rwa­ny char­kot uszko­dzo­nej łącz­no­ści, a po­tem dru­gi i trze­ci raz.

– Kto mó­wi? Thor­ne, gru­pa Car­tw­ri­ght, prze­miesz­czaj­cie się na­ty…

Na­stą­pi­ło ko­lej­ne kil­ka­na­ście eks­plo­zji, prak­tycz­nie do­kład­nie w tych sa­mych miej­scach. Filtr go­gli za­sko­czył, ale uła­mek se­kun­dy za póź­no i ośle­pio­ny bły­skiem Mar­cin przy­mknął oczy. Ja­skra­we po­wi­do­ki prze­ma­sze­ro­wa­ły pod po­wie­ka­mi.

– Sza­fa, Isaks­son, sta­tus? Szcze­niak, wi­dzisz coś? – Za­mru­gał roz­pacz­li­wie, ale na szczę­ście wi­dze­nie wra­ca­ło, w sam raz by zo­ba­czyć opa­da­ją­ce ho­lo­gra­ficz­ne pło­mie­nie.

– Sza­fa, ran­ny, no­ga i kor­pus, bio­rę che­mię.

Zmełł w ustach ci­che prze­kleń­stwo. Tra­fio­no prak­tycz­nie do­kład­nie w te sa­me miej­sca, co za pierw­szym ra­zem. Je­że­li pierw­szy strzał po­ha­ra­tał po­rucz­nik i jej lu­dzi, dru­gi mu­siał ich do­bić.

– Je­ste­śmy na kra­wę­dzi ko­tli­ny, obo­je spraw­ni – mel­do­wa­ła Isaks­son, wy­rzu­ca­jąc z sie­bie sło­wa tak szyb­ko, że nie­mal zle­wa­ły się w jed­no. – Nie wi­dzę ni­ko… nie, za­raz!

– Kon­takt, dru­ga! – krzyk­nął jed­no­cze­śnie Szcze­niak. – Mam go na in­fra, dwie­ście pięć­dzie­siąt me­trów!

– Mam, po­twier­dzam – pi­snę­ła ra­do­śnie Isaks­son.

– Do­bra, cze­kaj­cie, aż się od­sło­ni i…

– Pod ogniem! – wrza­snął Van Reu­ters, wy­jąt­ko­wo bar­dziej wście­kły niż prze­stra­szo­ny. – Przy­szpi­lo­ny! Kurr­r­wa, jak te skurr…

No­we kon­tak­ty po­ja­wi­ły się na­gle, ale za­nim Wierz­ba wy­mie­rzył w ich stro­nę, bli­ska eks­plo­zja zmu­si­ła go do ukry­cia się. Sys­tem pan­ce­rza zgło­sił prze­bi­cie, usztyw­nia­jąc część me­dycz­nej po­wło­ki pod spodem. Mar­cin po­czuł na skó­rze chłód że­lu an­ty­sep­tycz­ne­go.

– Isaks­son, strze­laj tyl­ko na pew­nia­ka, Szcze­niak, je­steś ca­ły? – spy­tał szyb­ko.

– Tak jest! – Van Reu­ters wy­strze­lił dym, a po­tem dru­gi. Oba gra­na­ty po­mknę­ły w stro­nę wro­ga, by roz­bić się na ska­łach kil­ka­na­ście me­trów po­ni­żej. Kłę­by sza­rej, go­rą­cej za­sło­ny na­tych­miast prze­sło­ni­ły do­tych­cza­so­we kon­tak­ty.

Se­ria po­ci­sków prze­le­cia­ła gdzieś bar­dzo bli­sko – je­śli wie­rzyć sprzę­żo­ne­mu z kom­pu­te­rem ćwi­czeń sys­te­mo­wi wi­zyj­ne­mu. Przy­naj­mniej ta chy­bi­ła. Le­d­wo czuł za­pra­wio­ny an­ty­sep­ty­ka­mi bok.

Tam­ci mie­li ich jak na wi­del­cu, jak­by od ra­zu do­kład­nie wie­dzie­li, gdzie ma­ją strze­lać. Już miał wściec się na oszu­kań­czo za­pro­jek­to­wa­ny sce­na­riusz, kie­dy je­go wzrok padł na an­te­nę prze­kaź­ni­ka.

Przy­mknął oczy, bez­gło­śnie prze­kli­na­jąc wła­sną głu­po­tę.

Oczy­wi­ście, że tam­ci wie­dzie­li, gdzie są Wierz­ba i Szcze­niak.

– Ma­my ja­kiś plan spier­da­la­nia? – za­py­tał prag­ma­tycz­nie Ho­len­der, od­pa­la­jąc kil­ka se­rii w za­sło­nę. Ogień prze­ciw­ni­ka tym ra­zem chy­bił, ale nie na ty­le, by umoż­li­wić Van Reu­ter­so­wi swo­bod­ne wyj­ście zza osło­ny.

Wierz­ba przy­gryzł war­gi. Tam­ci mo­gli ich roz­wa­lić w każ­dej chwi­li, choć­by za­sy­pać po­ci­ska­mi z moź­dzie­rza. Je­że­li te­go nie ro­bi­li, to zna­czy, że ist­niał po­wód. Nie trze­ba by­ło dłu­go my­śleć, ja­ki. Po­za stre­fą śmier­ci na­dal by­ły trzy oso­by.

– Isaks­son – po­wie­dział naj­spo­koj­niej, jak umiał. – Na­tych­miast wy­co­faj się ze swo­jej po­zy­cji, pod­bierz Sza­fę i zmy­kaj­cie. Szcze­niak, na mój sy­gnał ru­szasz, spró­bu­ję cię osło­nić.

– Żar­tu­jesz? – prych­nę­ła Szwed­ka w kom­lin­ku.

– Nie, spie­przaj­cie – od­parł, tym ra­zem gło­śniej. – Już. Szcze­niak, go­to­wy?

– Pew­nie. – Van Reu­ters za­ła­do­wał re­zer­wo­wy pa­kiet do gra­nat­ni­ka i na­tych­miast wy­strze­lił ko­lej­ny dym. Przy­naj­mniej on nie dys­ku­to­wał. – Kie­dy tyl­ko po­wiesz.

Mar­cin od­piął od uprzę­ży oba gra­na­ty dym­ne. Pra­wy bok był ka­wał­kiem mar­twe­go mię­sa. Ra­na mu­sia­ła być roz­le­glej­sza, niż my­ślał. Za­mach­nął się le­wą rę­ką i ci­snął je je­den po dru­gim tuż pod wie­żę prze­kaź­ni­ka.

– Ru­szaj! – krzyk­nął do mi­kro­fo­nu, jed­no­cze­śnie po­sy­ła­jąc kil­ka se­rii w kie­run­ku bliż­szych kon­tak­tów. Z tru­dem pod­niósł się z zie­mi i nie­zgrab­nie ru­szył na­przód. Prze­ło­żył ka­ra­bin na le­we bio­dro, usztyw­nił chwyt i wy­strze­lił zno­wu. Przy odro­bi­nie szczę­ścia uzna­ją, że idzie po­móc.

Nie na­bra­li się, na­tu­ral­nie.

Wrzask Ho­len­dra zlał się z hu­kiem sy­mu­lo­wa­ne­go wy­bu­chu. Tam­ci mu­sie­li stwier­dzić, że nie wy­ła­pią ich wszyst­kich. Mar­cin rzu­cił się na zie­mię, ale po­ci­ski i tak go do­pa­dły. Sys­tem naj­pierw za­mel­do­wał kil­ka­na­ście tra­fień, a po­tem zgasł.

Tre­nin­go­wa śmierć gry­zła skó­rę gę­stym, go­rą­cym dy­mem za­sło­ny i śmier­dzia­ła prze­fil­tro­wa­nym przez ma­skę tle­no­wą po­wie­trzem.

Poligon Sierra Madre, Cartagena, system Murcia, 15.11.2212 ESD, 20:51

Stru­mie­nio­wiec su­nął po­nad ska­li­stym kra­jo­bra­zem wzgórz, le­d­wo wi­docz­nym pod za­chmu­rzo­nym, noc­nym nie­bem. Nie­opo­dal da­ło się doj­rzeć blask świa­teł po­zy­cyj­nych dru­giej man­gu­sty wio­zą­cej resz­tę ze­spo­łu. Przez otwar­te drzwi de­san­to­we do wnę­trza prze­dzia­łu do­sta­wa­ły się po­je­dyn­cze kro­ple te­raz już ulew­ne­go desz­czu, ale nikt nie zwra­cał na to uwa­gi. Szcze­niak przy­sy­piał, opar­ty o po­kła­do­wą ap­tecz­kę, Sza­fa pró­bo­wał choć tro­chę prze­trzeć uba­bra­ny fio­le­to­wym że­lem med­pow­ło­ki pan­cerz. Isaks­son uru­cho­mi­ła kon­so­le­tę, wpa­tru­jąc się z fa­scy­na­cją w wy­świe­tla­ne przez nią ko­lum­ny da­nych. Po­rucz­nik Car­tw­ri­ght przy­glą­da­ła się Wierz­bow­skie­mu nie­ru­cho­mym wzro­kiem. W tej chwi­li ko­ja­rzy­ła się mu z wę­żem, przy­go­to­wu­ją­cym się do ata­ku.

– Pa­ni po­rucz­nik nas oszu­ka­ła – po­wie­dzia­ła na­gle Isaks­son bez cie­nia ża­lu. – Prze­glą­dam od­czy­ty z dia­gno­sty­ki, dła­wik wy­da­je się czy­sty jak łza.

– Nie dia­gno­sty­ką to się spraw­dza – od­po­wie­dzia­ła Car­tw­ri­ght, nie spusz­cza­jąc oczu z Po­la­ka. – Ale aku­rat tę jed­ną rzecz zro­bi­li­ście po­rząd­nie.