Focus Love - A.P. Mist - ebook + audiobook
NOWOŚĆ

Focus Love ebook i audiobook

Mist A.P.

4,7

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

1849 osób interesuje się tą książką

Opis

Hazel przez większość życia borykała się z nadwagą, przez co zawsze była obiektem drwin rówieśników. Nie oszczędzał jej nawet brat, który nazywał ją pączkiem.

 

Caleb to starszy, małomówny przyjaciel brata dziewczyny. Przez swój sposób bycia uchodził za nieprzyjemnego gbura, ale jako jedyny nigdy jej nie obraził. Pod powłoką mrocznego i nieprzystępnego skrywał prawdziwe uczucia, których istnienie uświadomił sobie dopiero wtedy, kiedy Hazel wyjechała na studia.

 

Czy po kilku latach będą wciąż tak samo żywe?

Czy całkowicie odmieniona dziewczyna uwierzy, że Caleb nie jest taki jak ci, którzy niszczyli ją przez lata?

 

Historia przepełniona tajemnicami, emocjami, a także ogromnym ciepłem. Ukazuje, że nie wszystko to, co widzimy, jest prawdą.

Poruszony wątek ostracyzmu z powodu wyglądu oraz jego konsekwencje mogą być przestrogą i skłonić do głębszych refleksji.

 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows

Liczba stron: 323

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 8 godz. 2 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Klementyna UmerMateusz Kwiecień

Oceny
4,7 (64 oceny)
55
4
1
4
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Choco1234

Nie oderwiesz się od lektury

Ciekawe ujęcie ważnego tematu APMist 😘
30
alabomba

Nie oderwiesz się od lektury

Tak słodkie że aż zęby bolą , ale czegoś takiego właśnie potrzebowałam.
30
Miwal

Nie oderwiesz się od lektury

Super 😉
30
Belladonna79

Nie oderwiesz się od lektury

Gorąco polecam 😉
31
konradnowakk

Nie oderwiesz się od lektury

Uwielbiam! Piękna historia 😍🩷
20



Uwaga!

Ta historia jest fikcją literacką, a zawarte w niej wątki zdrowotne, dotyczące leczenia różnych chorób oraz diety, są opisane wyłącznie na podstawie informacji znalezionych przeze mnie w Internecie. Nie jestem lekarzem, dlatego proszę, byście nie diagnozowali się na podstawie treści umieszczonych w tej książce. Jeśli obserwujecie u siebie podobne objawy do tych, które ma bohaterka, koniecznie skonsultujcie się ze specjalistą.

Dla wszystkich, którzy zderzyli się z wykluczeniem. Jesteście idealni. Skupcie się na miłości do siebie. Focus Love

Prolog

Hazel

Krytycznym wzrokiem spoglądałam na swoje odbicie w lustrze. Przytknęłam dłonie do brzucha, który nie był tak płaski jak u moich rówieśniczek, i uniosłam obszerną koszulkę. Później powiodłam rękami do szerokich bioder, cudem wciśniętych w spodnie dżinsowe. Mieli rację – byłam obrzydliwa…

Westchnęłam ciężko i odwróciłam się do walizek, które czekały na rozpoczęcie nowego etapu w moim życiu. Rodzice nie mogli pogodzić się z tym, że wybrałam studia na drugim końcu kontynentu. Nie rozumieli, że pragnę uciec od tego, co przez całe dotychczasowe życie stanowiło moje piekło. Nawet nie wiedziałam, czy kiedykolwiek wrócę. Czy będę chciała wracać do przeszłości, którą właśnie dziś miałam zostawić za sobą.

Każde złe słowo, docinki, śmiechy i spojrzenia. To wszystko miało zostać w tyle. Pragnęłam upchnąć krzywdy w ciemny kąt i już przenigdy do niego nie zaglądać.

Do moich uszu docierały odgłosy rozmów, które toczyły się na dole. To oznaczało, że jak niemal każdego dnia zjawiła się zgraja kumpli mojego brata. Wszyscy skończyli już studia i pracowali, ale nie przeszkadzało im to w bezustannym spotykaniu się. Nasz dom od zawsze stanowił ich centrum.

Brett lubił otaczać się ludźmi, hałasem, a nasi rodzice, nawet teraz, kiedy miał już dwadzieścia cztery lata, pozwalali mu na sprowadzanie tego całego chaosu do naszego domu. Na próżno było szukać tu prywatności, od lat nie odważyłam się wyjść z pokoju w piżamie albo zbyt kusym ubraniu. Nie chciałam prowokować jego kolegów do kolejnych docinków.

Już jako mała dziewczynka próbowałam się z nimi zakumplować, ale mój brat skutecznie mnie do tego zniechęcił, pokazując, że jestem balastem. Nigdy nie byliśmy w dobrych relacjach. On był typowym, rozpieszczonym dupkiem, ja zaś najpierw upierdliwym dzieciakiem, a później, kiedy zaczęłam tyć – wyrzutkiem.

Myślałam, że jak dorosną i się ustatkują, to dadzą mi spokój, ale oni, pomimo rozpiętości wiekowej od dwudziestu trzech do dwudziestu pięciu lat, wciąż zachowywali się tak samo – jak wredne dzieciaki z dobrych domów. Jakby zatrzymali się w rozwoju i jedyną umiejętnością, którą zdobyli przez lata, było posługiwanie się padami od konsoli.

Złapałam za uchwyty walizek, żeby znieść je na dół. Tata obiecał zawieźć mnie na lotnisko, a mama była jeszcze w pracy, dlatego pożegnałyśmy się już rano. Ustaliliśmy, że będę przylatywać na najważniejsze święta, choć tak naprawdę w duchu nie obchodziłam żadnych. Miałam dość uśmiechania się na siłę, podczas kiedy mój brat prezentował mi kolejne proszki na odchudzanie, a mama dawała następny T-shirt z wzorem, który miał mnie wyszczuplić.

Tyle mówi się o ciałopozytywności, tymczasem ja miałam przez lata wbijane szpile przez najbliższych. Na początku liceum próbowałam wmówić sobie, że przecież nie jest ze mną tak źle, że rozmiar czternaście1 nie stanowi tragedii. Niestety, każdego dnia przekonywałam się, w jakim błędzie jestem.

Brett, żeby mi dopiec, nazywał mnie pączkiem albo oponą. Czasem dogryzał mi, że na pewno jestem adoptowana, bo to niemożliwe, żebym była tak brzydka, mając tak przystojnego brata i urodnych rodziców. Kiedyś wpędził mnie w takie wątpliwości, że zaczęłam przeszukiwać dokumenty w biurze rodziców, żeby znaleźć potwierdzenie jego słów.

Mama moje problemy zbywała stwierdzeniem, że dramatyzuję i że okres dojrzewania rządzi się swoimi prawami, a tata… On próbował mnie chociaż zrozumieć, ale tak naprawdę był tylko słuchaczem i służył ramieniem do wypłakania się. Im starsza byłam, tym rzadziej mówiłam o swoich bolączkach, aż w końcu zamilkłam i mierzyłam się z tym w ciszy.

Do mojego wyjazdu została jeszcze godzina, dlatego leniwym krokiem opuściłam sypialnię, do której nie wiedziałam, czy jeszcze kiedykolwiek wrócę. Gdy wyszłam na korytarz, poczułam, jak coś wielkiego wpada na moje plecy.

– Uważaj! – warknęłam i odwróciłam się, żeby zobaczyć, który z tępaków kręci się na piętrze.

Spodziewałam się jakichś docinków, że zderzenie ze mną to jak wpadnięcie na ogromną ciężarówkę, lecz kiedy zobaczyłam twarz mężczyzny, wiedziałam, że nic takiego nie wypłynie z jego ust. Że nie odezwie się nawet słowem. Caleb był absolutnym przeciwieństwem wszystkich, z którymi zadawał się mój brat. Miał wiecznie gniewnie ściągnięte brwi, a jeśli już się odzywał, to mrukliwym tonem i używał absolutnego minimum słów. Czasem zastanawiałam się, co taki gbur robi w towarzystwie rozwrzeszczanych, chamskich niedorozwojów.

Tak jak myślałam, zlustrował mnie od góry do dołu, po czym wyminął i zbiegł po schodach. Bez słowa.

Było w nim coś niepokojącego. Jakby skrywał jakąś mroczną, przerażającą tajemnicę.

Otrząsnęłam się i wzięłam walizki w ręce, po czym powoli i w miarę bezszelestnie, żeby nie zwrócić na siebie uwagi tych kąsających potworów, zaczęłam schodzić po schodach. Wtedy usłyszałam wyraźny głos mojego brata.

– Kobieta kończy się na pięćdziesięciu kilogramach.

Na to stwierdzenie przewróciłam oczami. To było chyba najczęściej wypowiadane przez niego zdanie. Był jednak na tyle wyrachowany, że przed rodzicami zawsze zgrywał idealnego i przenigdy nie pokazywał swojego prawdziwego oblicza.

– A mężczyzna zaczyna się wtedy, kiedy jest w stanie unieść znacznie więcej – odburknął mu Caleb.

– Lubisz grubaski? Właściwie można znaleźć zalety umawiania się z jakąś wielką beczką. Zimą ogrzeje, a latem daje cień – zarechotał Brett, kiedy byłam już na dole.

Postawiłam walizki w kącie i chciałam umknąć do kuchni po wodę, ale mnie zauważył.

– Zamknij mordę – syknął Cal.

– Cześć, pączku! Mamy pizzę! Chcesz? Chodź, przecież lubisz jedzenie!

– Pierdol się! – krzyknęłam i natychmiast się oddaliłam.

Miałam dość, a moje granice zostały wielokrotnie przekroczone.

– Co ją ugryzło?

– Pewnie osa, przez to jest taka spuchnięta! – Usłyszałam jeszcze z salonu, a wszyscy zaczęli się śmiać.

Czasem odnosiłam wrażenie, że przychodzą tu tylko po to, by razem z moim durnym bratem pastwić się nade mną.

Zaraz potem do moich uszu dobiegło głośne plaśnięcie.

– Cal! – ryknął Brett. – Co ty, kurwa, robisz?!

Powstrzymałam napływające do moich oczu łzy i zacisnęłam mocno usta. Otworzyłam lodówkę, by wyjąć z niej butelkę wody, a wtedy usłyszałam kroki i poczułam za plecami czyjąś obecność. Jeszcze było im mało… Wszyscy byli moimi oprawcami.

– Daruj sobie kolejne przytyki – wycedziłam, nie odwracając się.

Na moich ramionach spoczęły ciężkie, twarde dłonie, co wprawiło mnie w niezrozumiałe drżenie. Odwrócił mnie przodem do siebie i niespodziewanie ukląkł, po czym jakby nigdy nic zawiązał mi sznurówkę.

Ponownie stanął ze mną twarzą w twarz i pochylił się tak, że poczułam na ustach jego oddech.

– Uważaj na siebie, maleństwo – wychrypiał i odszedł, pozostawiając mnie w osłupieniu.

Rozdział 1

Hazel

Pięć lat później…

Stanęłam na parkingu lotniska Pensacola i czekałam, aż podjedzie taksówka, którą zamówiłam. Nie chciałam nikogo angażować w odbieranie mnie, bo nikt nie wiedział, że postanowiłam wrócić do Ferry Pass.

Tak naprawdę mogłam uznać, że nie jest to powrót, ponieważ nie było już dawnej Hazel.

Nie było…

Nie wiedziałam, co mnie czeka, nie miałam żadnego planu. Miałam za to zapał do pracy i sporo oszczędności, które zgromadziłam przez ostatnie trzy lata.

Pierwszym punktem z pewnością będzie znalezienie mieszkania, ponieważ nie wyobrażałam sobie, by mieszkać pod jednym dachem z Brettem.

Tak, ten idiota był wiecznym kawalerem i wygodnie mu było w rodzinnym domu. Nie martwił się niczym, a pieniądze, które zarabiał, roztrwaniał na swoje kaprysy. Rodzice z kolei się nie sprzeciwiali, a kiedy zwróciłam im na to uwagę podczas ostatnich świąt, które zdecydowałam się spędzić u nich, mama zbyła mnie tylko machnięciem ręki.

Nie widziałam ich trzy lata, bo nie byłam w stanie znieść sztucznej atmosfery, która panowała podczas moich przyjazdów na święta. Dlatego zwyczajnie zrezygnowałam z odwiedzania ich i ograniczyłam się do kontaktu telefonicznego. Dopiero odcięcie się i niewystawianie na kolejne ciosy, pozwoliło mi na uzdrowienie pogruchotanej duszy. I ciała.

Tak naprawdę utrzymywałam kontakt tylko z tatą. To z nim rozmawiałam i tylko on wiedział, jaką podjęłam walkę. Jako jedyny widział moją przemianę i zdawał sobie sprawę, ile ciężkiej pracy mnie to kosztowało. Kiedy jeszcze nie miałam pracy, wysyłał mi pieniądze, dzięki którym mogłam podjąć leczenie i zapisać się na siłownię, ale również zadbać o odpowiednią dietę.

Chyba odczuwał wyrzuty sumienia, że nie pomogli mi z mamą, gdy jeszcze z nimi mieszkałam. Wielokrotnie prosiłam, żeby poszli ze mną do odpowiednich specjalistów, ale po zrobieniu podstawowych badań zawsze kończyło się na tym, że moje wyniki mieszczą się w normie i nie szukano dalej przyczyny mojego wyglądu.

Również od taty dowiedziałam się, że kilku kolegów Bretta założyło rodziny albo przynajmniej znalazło sobie dziewczyny na stałe. W ten sposób została ich tylko piątka. Przeklęta piątka potworów.

Wsunęłam w uszy AirPodsy i naciągnęłam na głowę kaptur bluzy, bo niebo zasnuły ciemne chmury. Na szczęście zanim lunął deszcz, tuż przed moim nosem zatrzymała się taksówka i wysiadł z niej kierowca. Kiwnął na moje walizki i posłał mi uśmiech.

– Dzień dobry – przywitał się i wpakował mój bagaż do auta.

– Mam nadzieję – odparłam i zajęłam miejsce w wozie.

Po chwili mężczyzna wsiadł za kierownicę i odwrócił się do mnie.

– Dokąd?

– Centrum Ferry Pass.

– Będzie pani studiować na tutejszym uniwersytecie? – zapytał i ruszył z piskiem.

Był mniej więcej w wieku taty i miał dobrotliwą twarz. Od razu wzbudził zaufanie, choć starałam się podchodzić do ludzi z dystansem. Wielokrotnie przekonałam się, że nie należy ufać nikomu, nawet, a może zwłaszcza tym, którzy wyglądają na dobrych.

– Nie, skończyłam już studia – odpowiedziałam uprzejmie i wyjęłam z uszu słuchawki, bo już wiedziałam, że nie włączę nawet Spotify.

– Nie wygląda pani – stwierdził. – Dałbym maksymalnie dwadzieścia lat.

– Mam dwadzieścia trzy. – Zaśmiałam się. – Studiowałam w Bostonie, teraz wracam… To znaczy… przyjechałam do rodzinnego miasteczka.

– Harvard? – dopytał się.

– Emmerson. – Pokręciłam głową. – Dziennikarstwo.

– To co będziesz robić tutaj, dziecko? – zdziwił się. – Powinnaś być na stadionach, wielkich galach, pisać artykuły o gwiazdach. Sama mogłabyś być gwiazdą. Modelką! – mówił z przejęciem, a ja miałam ochotę parsknąć.

– Pracuję zdalnie – odparłam. Nie wiedzieć dlaczego, ten człowiek wzbudzał we mnie ochotę do rozmowy. – Dla „The Boston Globe”2 – dodałam i w lusterku wstecznym zauważyłam, że mężczyzna uniósł brwi.

– Ambitnie.

– Nie robię tam nic szczególnego. – Wzruszyłam ramionami.

Moja praca polegała na redagowaniu już napisanych artykułów w dziale sportowym. Nie było to ani ciekawe, ani tym bardziej ambitne.

Było za to dochodowe.

– Mówiłaś, że ile masz lat? Dwadzieścia trzy? Twierdzisz, że nie robisz nic szczególnego? Niektórzy w twoim wieku nie potrafią przygotować samodzielnie kanapki. Nie umniejszaj sobie, dziecko, znaj swoją wartość i nigdy, przenigdy nie mów o sobie inaczej niż z dumą – wygłosił poważnie, a mnie autentycznie zatkało.

Jeszcze nigdy od nikogo nie usłyszałam, że powinnam być z siebie dumna. Nie licząc mojej trenerki, która wspierała mnie przez ostatnie trzy lata i z dumą patrzyła na efekty, jakie udało nam się osiągnąć.

Nawet nie zauważyłam, kiedy dojechaliśmy na miejsce. Co jednak było najdziwniejsze, zatrzymał się przed moim domem, choć nie podałam mu adresu. Odwrócił się do mnie i uśmiechnął.

– Mieszkam na końcu ulicy – wyjaśnił. – Od razu cię poznałem, mała Bryant.

– C-co? – wydusiłam.

– Już nie jesteś tą zahukaną nastolatką, ale poznałem cię – powtórzył.

– Przepraszam, ale ja kompletnie pana nie kojarzę – przyznałam ze skruchą.

– Masz prawo. – Kolejny raz posłał mi uśmiech. – Kiedyś nie patrzyłaś na ludzi, bo oni patrzyli na ciebie.

– Bo byłam dwa razy większa – mruknęłam pod nosem.

– A to ma jakieś znaczenie? Piękno wcale nie odbija się w lustrze ani tym bardziej w oczach ludzi, którzy na ciebie spoglądają. Najważniejsze to pozostać pięknym tutaj. – Położył dłoń na swojej piersi i się odwrócił.

Zgasił silnik i wysiadł, po czym otworzył tylne drzwi i wyciągnął do mnie rękę.

– Zapraszam, pomogę ci wnieść bagaże – zaproponował.

Po niedługim czasie stałam przed drzwiami domu, który nosił ślady większości złych wspomnień, i żegnałam się z przemiłym sąsiadem. Odmówił przyjęcia pieniędzy za kurs i prędko odjechał.

Nie miałam kluczy, więc byłam zmuszona nacisnąć na dzwonek. Moja dłoń zawisła nad przyciskiem, a ja nagle zaczęłam się zastanawiać, po co w ogóle przyjechałam. Co chciałam tym zyskać? Udowodnić im, że nie jestem już tą grubaską, którą gnębili przez lata?

Wsunęłam na nos ciemne okulary i w końcu wcisnęłam przycisk. W środku rozległy się głośny gong i męskie głosy. Było późne popołudnie, więc mogłam się spodziewać, że zgraja idiotów będzie przesiadywać na kanapie.

Odwróciłam się i wzięłam głęboki oddech, a już po chwili drzwi się otworzyły.

– Ooo – odezwał się mój brat. – Chłopaki! Ktoś zamawiał panienkę?! – krzyknął, na co zwróciłam się w jego stronę i zdjęłam okulary. Wciąż mnie nie rozpoznał.

– Choćby twoi kumple byli ostatnimi samcami na ziemi, żaden z nich by…

– O, kurwa! – jęknął. – H-Hazel?

– A co? Spodziewaliście się dziwki? – prychnęłam i energicznie złapałam za uchwyty moich walizek.

W tej samej chwili obok Bretta zmaterializowali się jego przygłupi koledzy. Trzech kolegów… Brakowało jednego. Nie było Caleba.

– Kto to? Nie mówiłeś, że umówiłeś się z jakąś laską – odezwał się Jeff.

– Niezła jesteś, laleczko – dodał Tom.

Uniosłam brew i zrobiłam pogardliwą minę.

– Zejdźcie mi z drogi, półgłówki – wycedziłam.

– T-to Hazel – wyjąkał mój brat, który był blady jak kreda. Dla tego wyrazu twarzy i wyraźnego szoku warto było przyjechać.

– Co ty pierdolisz? Cysterna? – Max się zaśmiał.

Puściłam walizki i wycelowałam w niego palec wskazujący. Już miałam się odezwać, kiedy ktoś stanął za moimi plecami i mnie uprzedził.

– Nazwij ją tak jeszcze raz, a nie poskładają cię w szpitalu do końca życia – zawarczał mężczyzna.

Spojrzał na mnie przelotnie i odepchnął swoich kumpli oraz mojego zdębiałego brata.

– Wchodzisz? – zwrócił się do mnie i się uśmiechnął.

Caleb Vanzo się uśmiechał!

– T-tak – wydusiłam, ponieważ teraz również ja byłam zaskoczona tym, co się dzieje.

Chciałam ponownie złapać walizki, ale te już spoczywały w rękach Caleba. Nie zamierzałam się z nim szarpać, dlatego przekroczyłam próg domu. Mężczyzna wszedł zaraz za mną, a po chwili dołączyli pozostali.

– Dzięki – bąknęłam, kiedy Cal postawił mój bagaż pod ścianą.

– Witaj z powrotem, maleństwo – wyszeptał, teraz już tym swoim ponurym, mrukliwym tonem i z beznamiętnym wyrazem twarzy.

Rodziców nie było, więc postanowiłam od razu zaszyć się w swojej dawnej sypialni. Miałam nadzieję, że nie przerobili jej na żaden schowek, bo to oznaczałoby, że na mnie nie czekali. Co prawda nie spodziewałam się jakiegoś wyjątkowo ciepłego przyjęcia, ale mimo wszystko liczyłam na to, że nie będę niemile widziana.

Najgorszą konfrontację miałam tak naprawdę już za sobą.

W akompaniamencie niewybrednych komentarzy tych jaskiniowców i niezadowolonych pomruków Caleba, wzięłam walizki i wtaszczyłam je na górę. Na miękkich nogach zbliżyłam się do drzwi sypialni i wstrzymując oddech, bardzo powoli je otworzyłam.

Odetchnęłam z ulgą, kiedy zobaczyłam, że nic się nie zmieniło. Pod oknem wciąż stało moje biurko, a przy ścianie to samo łóżko, nakryte puszystą narzutą.

Zbliżyłam się do szafy i ją otworzyłam. Na półkach i wieszakach nadal znajdowały się moje stare ubrania. Te, których już nigdy nie włożę.

Uśmiechnęłam się z satysfakcją i zaczęłam wyrzucać je na podłogę. W międzyczasie zdjęłam buty, które po wielu godzinach zaczynały już mnie uwierać.

Nagle na parterze zapanowało jakieś głośne zamieszanie, jakby pomiędzy zgromadzonymi tam idiotami wybuchła wojna. Po chwili drzwi mojej sypialni otworzyły się z hukiem i stanęli w nich rodzice. W moich oczach automatycznie pojawiły się łzy.

– Cześć – wydusiłam, na co tata bez słowa wziął mnie w ramiona i ucałował czubek mojej głowy.

Mama stała z szokiem wypisanym na twarzy i nawet nie drgnęła.

Rozdział 2

Caleb

Ponad trzy lata. Nie widziałem jej trzydzieści osiem miesięcy. Ostatni raz było mi dane spojrzeć na jej śliczną buzię, kiedy przyjechała na jakieś święta czy urodziny do rodzinnego domu. A później zapadła się pod ziemię, zniknęła i nie pojawiła się już ani razu. Gdyby nie jej stary, myślałbym, że nie żyje albo została uprowadzona.

Uznanie jej za piękną byłoby grubym niedopowiedzeniem. Zjawiskowa. Zawsze taka była, tylko przez otoczenie, w którym przyszło jej przebywać, kompletnie tego nie dostrzegała. Teraz zdawała się nabrać pewności siebie, która urosła wprost proporcjonalnie do utraconych kilogramów. Ja jednak nie do końca byłem przekonany, czy to dobra zmiana… I nie chodziło o jej wygląd, ale o to, że dostrzegałem jej maskę.

Z domu Bryantów chciałem zmyć się od razu, kiedy wrócili ich rodzice, ale Brett mnie powstrzymał. Skoro Hazel nie przylatywała przez tyle czasu, to na pewno mieli sporo do obgadania.

Dodatkowo nie mogłem dłużej słuchać dyskusji tych idiotów i patrzeć, jak kapie im ślina na jej widok. Brzydziłem się takim powierzchownym podejściem do ludzi.

Mimo wszystko uległem i zostałem, bo czułem, że mogę dowiedzieć się czegoś ciekawego. I może chociaż na nią popatrzeć. Lubiłem to od zawsze. Nie było chwili, żebym nie zauważył, jak przemyka korytarzami w domu tak, by nikt jej nie dostrzegł. Ja widziałem ją zawsze. Czułem jej obecność, a kiedy była blisko, moje ciało reagowało w niezrozumiały dla mnie sposób.

– Nie mówiłeś, że zrobiła operację – wyrzucił z pretensją Jeff.

– Stary, nie widziałem jej trzy lata. Nie przyjeżdżała do domu – odparł Brett. Widać było, że szok w dalszym ciągu go nie opuścił. – Nie wiem, co się z nią stało.

– Niezła dupa z niej. Chętnie bym ją…

– Zamknij mordę – zawarczałem, nie będąc już w stanie tego słuchać.

– Odwalcie się od mojej siostry! – jęknął Bryant, a ja parsknąłem.

– Twojej siostry? Od kiedy? Całe życie ją gnębiłeś, a teraz śmiesz nazywać ją swoją siostrą? Nie zasłużyłeś na miano brata, hipokryto – wycedziłem.

– Skończ mnie umoralniać. To, że jesteś tu najstarszy, nie oznacza, że najmądrzejszy. Co wiesz o życiu? Jesteś trzydziestoletnim nerdem z komputerem pod pachą – szydził i przewracał oczami.

– Spójrzcie na siebie – prychnąłem. – Wszyscy jesteście żałosnymi kreaturami. Zdechniecie na tej kanapie.

– Więc co tu robisz? Dlaczego w ogóle się z nami trzymasz? – zapytał Jeff. – Zjawiasz się raz na miesiąc i robisz kazania. Wiecznie naburmuszona panienka, nawet pożartować nie można.

– Wsadźcie sobie w dupę te żarty i zostawcie dziewczynę w spokoju – zawarczałem, z trudem panując nad gniewem.

Nie chciałem dać po sobie poznać, co dzieje się w moim wnętrzu, ale zbyt długo tłumiłem całe swoje obrzydzenie wobec nich.

Nie mogłem dodać niczego więcej, ponieważ usłyszeliśmy, jak Bryantowie schodzą po schodach, żywo dyskutując.

Kiedy zobaczyłem, że za nimi idzie Hazel, odruchowo wstałem.

– Hazel! Chodź do nas! Opowiedz, jak było w… Gdzie ty właściwie byłaś? – odezwał się Max, a ona obrzuciła go obojętnym wzrokiem i zrobiła zdegustowaną minę.

– Byłam w miejscu, do którego takie małe konie, jak twój, nie są w stanie dotrzeć – odparła słodkim głosem i przeniosła spojrzenie na mnie.

Na ułamek sekundy zatrzymała je na moich oczach, po czym ruszyła do wyjścia.

Trzasnęła drzwiami tak, że podłoga pod moimi stopami zadrżała.

– Jadę do domu – mruknąłem, bo nie widziałem sensu, żeby siedzieć z nimi dłużej. – Do widzenia! – krzyknąłem do państwa Bryantów i niemal wybiegłem na zewnątrz.

Hazel już nigdzie nie było. Stanąłem na chodniku i rozglądałem się na wszystkie strony, aż w końcu dostrzegłem ją na końcu ulicy, tuż obok domu mojego ojca.

Pokręciłem tylko głową i wsiadłem do wozu. Nie mogłem biegać za nią jak kretyn. Może przyjechała tylko na chwilę, na wakacje. Jaki byłby sens robienia kroków w przód, skoro prowadziłyby donikąd?

Miała mnie za takiego samego kretyna, jak jej brat i pozostali z tej paki. Wszystkich nas obrzucała takim samym spojrzeniem, przepełnionym bólem, strachem i jednocześnie pogardą. Nie dziwiłem się, bo to, jak ją traktowano, było po prostu nieludzkie.

Wróciłem do swojego mieszkania i ciężko opadłem na sofę. Gdyby nie ojciec, nie wiedziałbym, że mała Hazel wróciła do Ferry Pass. Los jednak sprawił, że to właśnie on obsługiwał kurs, którym wracała z lotniska. Kiedy zadzwonił do mnie ze słowami, że wiózł zaginioną Bryant, zrobiło mi się gorąco, nie wspomniał jednak, że tak bardzo się zmieniła.

Zaczynałem żałować, że się stamtąd wyprowadziłem. Miałbym ją pod nosem… Dla mnie jednak samodzielność była priorytetem. Nie wyobrażałem sobie, żeby żyć tak jak moi wątpliwej wartości kumple. Na garnuszku rodziców, na kanapie, bez celu i ambicji.

Kiedy rozpocząłem studia i wynająłem swoje pierwsze lokum, ojciec znalazł pracę jako taksówkarz, bo twierdził, że mu się nudzi, kiedy jest sam. Nie musiał pracować, było go stać na godne życie, a jeśli brakowałoby mu pieniędzy, zawsze bym mu pomógł. Byłem mu to winien.

Zamknąłem oczy, a pod powiekami pojawił się ten sam obraz, który towarzyszył mi od lat. Smutne, choć piękne spojrzenie, przepełnione strachem i czymś, czego nie potrafiłem rozszyfrować. Kiedy wyjechała pięć lat temu, wciąż czegoś mi brakowało. Teoretycznie wszystko było na swoim miejscu, a w praktyce nie radziłem sobie z tęsknotą. Właśnie wtedy uzmysłowiłem sobie, co czuję.

Na początku próbowałem przekonywać siebie samego, że to o wiele młodsza siostra kumpla. Że to nic nie znaczy. Nie działało. Później wmawiałem sobie, że moje poczucie odpowiedzialności ma źródło w tym, że zostałem wychowany w szacunku do ludzi. Następnie uczepiłem się twierdzenia, że traktuję ją jak młodszą siostrę.

Dopiero po roku męki, kiedy przyjechała na Święto Dziękczynienia, przestałem się oszukiwać. Od zawsze widziałem w niej idealną dziewczynę. Zawsze była dla mnie tą, której chciałem, ale nie mogłem mieć.

Gdy tylko zobaczyłem ją pierwszy raz w domu Bretta, coś się we mnie zmieniło. Była wtedy jeszcze dzieciakiem, zakompleksioną szesnastolatką, a ja kończyłem już college, dlatego całkowicie wyparłem z umysłu nieodpowiednie myśli.

Tego idiotę poznałem właśnie na uczelni, kiedy zwrócił się do mnie o pomoc w jakimś projekcie. Później okazało się, że mój ojciec mieszka przy tej samej ulicy, co miało prawo mi umknąć, bacząc na to, że chodziłem do innego liceum niż cała ekipa. W ten sposób oni znali się od dziecka, a ja dołączyłem do nich jako ostatni. Byłem również najstarszy w tym gronie, ale tak naprawdę nie czułem przynależności do tej grupy.

Prawda była taka, że od pięciu lat spotykałem się z nimi najrzadziej, jak to możliwe. Częściej rozmawiałem z ojcem Bretta, którego próbowałem dyskretnie wypytać o młodą.

Gdy Hazel w wieku osiemnastu lat wyjechała na studia, ja miałem dwadzieścia pięć i byłem świeżo upieczonym magistrem cyberbezpieczeństwa, zastanawiającym się, co zrobić dalej ze swoim życiem. Po pięciu latach nadal tego nie wiedziałem.

No dobrze, wiedziałem, ale nie chciałem tego przyznać. Czułem, że wegetuję i czekam na nie wiadomo co.

Jęknąłem z niezadowoleniem i otworzyłem laptop, który leżał na stoliku. Musiałem dokończyć robotę, którą przerwałem, kiedy zadzwonił ojciec. Rzecz w tym, że nie potrafiłem się skupić. W mojej głowie nie panowała pustka, ale chaotycznie rozproszone myśli. Bezustannie zastanawiałem się, co mam teraz zrobić…

Nie spodziewałem się jej powrotu, a to naprawdę rodziło spore komplikacje. Ten wniosek uderzył we mnie z potężną siłą, kiedy odezwał się mój telefon.

– Halo – mruknąłem po odebraniu.

– Cal, kochanie, zapomniałeś, że byliśmy umówieni? – zaświergotała dziewczyna, a ja natychmiast poczułem się jak ostatni prostak.

Zerwałem się na równe nogi i już chciałem wyjść, kiedy dodała:

– Wszystko w porządku?

– Chyba źle się czuję – skłamałem, wymierzając sobie mentalnego liścia. – Możemy to przełożyć? Na weekend.

– Co ci dolega? Mam przyjechać?

– Nie, nie. Położę się i mi przejdzie – brnąłem w kłamstwa.

Byłem skończonym fiutem, ale Lori była ostatnią kobietą, którą chciałem teraz mieć obok. I to nie była jej wina, tylko moja.

Nagle zaczął drażnić mnie nawet jej głos.

– Przepraszam cię. Idź może…

– Będę za pół godziny. Niepokoisz mnie – ucięła i się rozłączyła.

Kurwa, w tej chwili naprawdę poczułem się, jakbym miał gorączkę. Nie rozumiałem, co się ze mną stało. Dotąd nie unikałem spotkań z nią, w większości to ja inicjowałem każde nasze wyjście.

Spotykałem się z nią od sześciu miesięcy, poznałem na jakiejś imprezie, na którą wyciągnęli mnie kumple, i jakoś tak się złożyło, że oprócz tego, że jest dobra w łóżku, ma też czasem coś mądrego do powiedzenia. Nie było fajerwerków, ale nie narzekałem.

Cholera, związałem się z nią tylko dlatego, że nie spodziewałem się powrotu Hazel.

Nawet jej ojciec mówił o tym, że młoda ma tam swoje szczęśliwe życie i że raczej nie wróci. A teraz była w Ferry Pass, a ja… Miałem dziewczynę.

Byłem w dupie.

Żeby uwiarygodnić swoją ściemę, wziąłem prysznic i rozłożyłem się na kanapie. Nakryłem się kocem i czekałem na ten blond huragan.

Była zupełnym przeciwieństwem małej Hazel. Przesadnie szczupła, gadatliwa, lubiąca alkohol i imprezy. Przy niej nie szło się nudzić. Ani odpocząć.

Nie wiedzieć dlaczego, zaczynałem szukać w niej wad, jakbym za wszelką cenę chciał przekonać samego siebie, że nie jest dla mnie odpowiednia. A przecież przez pół roku właśnie taka była. Idealna, by zapomnieć.

Po trzydziestu minutach wparowała do mojego mieszkania i spojrzała na mnie ze zmartwioną miną, czym wzbudziła we mnie jeszcze większe poczucie winy.

– Masz gorączkę? Złapałeś jakieś paskudztwo? – zapytała piskliwym głosem i usiadła na mnie.

– Jestem zmęczony – odparłem wymijająco.

– Nie musisz nic robić – zamruczała i pociągnęła mnie za rękę, żebym usiadł. – Zrelaksuj się – dodała i uklękła pomiędzy moimi nogami.

Od razu zaczęła zsuwać moje bokserki i wzięła kutasa do ust.

Rozdział 3

Hazel

Włożyłam grubą bluzę i mocno związałam wszystkie sznurki, żeby maksymalnie się spocić.

Wsunęłam w uszy AirPodsy i nałożyłam czapkę bejsbolówkę, a na nią naciągnęłam kaptur. Przygotowywałam się do codziennego biegu, choć jeszcze nie obmyśliłam odpowiedniej trasy. Te w Bostonie miałam wypróbowane i znałam je na pamięć. Tutaj musiałam uważać, by nie natknąć się na nikogo, z kim nie chciałabym się spotkać. Rzecz w tym, że był to niemal każdy mieszkaniec miasteczka.

Brett przez cały poprzedni wieczór próbował cokolwiek ze mnie wyciągnąć.

Jego durni kumple również.

Nagle wykazywali przesadne zainteresowanie mną, z tą różnicą, że z ich ust nie padały już obelgi, ale komplementy. Chyba myśleli, że zrobią tym na mnie wrażenie i wymażą to, jaką krzywdę mi robili przez wiele lat.

– Wychodzisz? – Usłyszałam głos mamy.

– Tak, muszę pobiegać – odparłam i odwróciłam się do niej.

– Zrobiłaś operację żołądka? Dlaczego nam nie powiedziałaś? Przecież to poważny zabieg, powinnaś…

– Operację? – prychnęłam, przerywając jej. – Myślisz, że byłam gruba przez to, że za dużo jadłam? Czy ty w ogóle mnie znasz?

– Córeczko… Po prostu się martwię.

– Och, daruj sobie! – jęknęłam i wyszłam z domu.

Włączyłam timer na smartwatchu i uruchomiłam odtwarzacz muzyki, po czym zaczęłam truchtać w stronę przedmieścia. Wybrałam najmniej uczęszczane ścieżki, by nie ryzykować, że na kogoś wpadnę.

W mojej głowie wciąż przewijały się obrazy i sytuacje, których doświadczałam w tym miejscu. Prześladowanie, wyszydzanie, wytykanie palcami, poniżanie. Niczym im nie zawiniłam. Byłam po prostu inna. Nie mieściłam się w sztywnych ramach stworzonych przez oczekiwania ludzi. Spotykałam się z tym wszędzie. W domu, w szkole, na ulicy.

Ludzie nie akceptują inności, brzydzą się nią, nie rozumieją. Przez większość swojego życia spotykałam się z kompletnym brakiem empatii i ignorancją.

Nigdy nie tłumaczyłam tego, jak wyglądałam, bo sama nie znałam przyczyny. Byłam gruba. Po prostu. Nigdy tego nie akceptowałam, ale musiałam z tym żyć.

Największego upokorzenia jednak doznałam wówczas, gdy jakiś chłopak na studiach zaproponował mi pieniądze za seks, bo zawsze chciał się przekonać, jak to jest pieprzyć się z grubaską. To chyba był ten moment, w którym postanowiłam wziąć sprawy w swoje ręce i nie pozwolić, by nawet tak daleko od mojego piekła ktoś próbował mnie poniżać.

Słowa „krew”, „pot” i „łzy” nabrały wówczas zupełnie innego, jeszcze intensywniejszego znaczenia, niż sobie wyobrażałam. Wiele razy chciałam się poddać, byłam wykończona, obolała i niejednokrotnie złamana, na najróżniejsze sposoby. Gdyby nie trenerka, którą poznałam, kiedy poszłam na pierwsze badania, szukając przyczyny mojego stanu, nie podjęłabym tej walki.

Nagle smartwatch na moim nadgarstku zawibrował. Gdy zobaczyłam, kto dzwoni, uśmiechnęłam się, i nie przerywając biegu, odebrałam połączenie.

– Przywołałam cię myślami.

– Dyszysz. – Diana się zaśmiała. – Czyli nie spoczywasz na laurach.

– Nie ma mnie dwa dni, a ty już sprawdzasz? Dobrze wiesz, że nie odpuszczę.

– Jak atmosfera? Zbierali szczęki z podłogi?

– Powiedzmy, że jeszcze ich nie podnieśli – odparłam. – Matka myśli, że pomniejszyłam żołądek – dodałam i się zatrzymałam.

Pochyliłam się i oparłam dłonie na kolanach, żeby wyrównać oddech. Pot z mojego czoła zaczął kapać na piasek, po którym biegłam.

– Ignorantka – burknęła.

Dianę mogłam śmiało nazwać przyjaciółką, która wspierała mnie na każdym etapie. Nigdy mnie nie oceniała, a już na pewno nie przez pryzmat wyglądu. Nie obchodziły ją moja waga, stan konta, status społeczny. Była przy mnie bez względu na wszystko i podnosiła za każdym razem, kiedy upadałam.

Nigdy dotąd nie było mi dane doświadczyć takiej relacji. Tak naprawdę z nikim i nigdy nie łączyła mnie żadna więź. Nie miałam nawet koleżanek.

Los jednak wynagrodził mi wszystkie deficyty i postawił na mojej drodze właśnie ją.

– A jak ten dupek?

– Niezmiennie pozostaje dupkiem. Tak samo jak jego kumple – westchnęłam.

– Nawet ten… Jak mu było?

– Caleb? Nadal jest gburem, ale… Nieważne – ucięłam, bo nie chciałam wyobrażać sobie czegoś, czego nie było.

– Mów! – zażądała.

– Był miły – bąknęłam. – Znów stanął w mojej obronie i… patrzył na mnie z uśmiechem.

– Inaczej niż kiedyś?

– Nie, właściwie to nie – przyznałam. – Teraz po prostu się uśmiechnął. To nic nie znaczy. Dobrze wiesz, że samce szczerzą się, jak widzą zgrabny tyłek.

– Może w końcu go poderwiesz? Gadałaś o nim przez lata, mówiłaś, że jako jedyny cię nie obrażał, więc…

– Zwariowałaś? To kumpel Bretta, a to automatycznie gwarantuje mu miejsce na czarnej liście.

– Całe miasto na niej widnieje – prychnęła. – Po co tam wróciłaś? Źle ci tu było?

– Cholera, muszę kończyć – wyszeptałam, bo zobaczyłam, że z przeciwnej strony biegnie jeden z kolegów mojego durnego brata.

Nie miałam pojęcia, że Jeff również biega.

Tak naprawdę nie wiedziałam o tych idiotach niczego, bo nie czułam potrzeby, by ich znać.

Nie obchodziło mnie, gdzie mieszkają, czym się zajmują i jakie prowadzą życie.

Odwróciłam się gwałtownie, zakończyłam połączenie z przyjaciółką i zaczęłam biec w stronę domu. Niepotrzebna mi była konfrontacja z tym półgłówkiem.

– Zaczekaj! – krzyknął za mną, na co tylko przyspieszyłam.

I to był błąd, przed którym zawsze przestrzegała mnie Diana. Z moimi dolegliwościami musiałam trenować z rozwagą. Kiedy czułam zmęczenie, miałam robić przerwy, a nie katować się jeszcze bardziej. Nie byłam w stanie zliczyć, ile razy trafiłam do szpitala, zanim zaczęłam słuchać jej rad.

Nie byłam normalną dziewczyną, która chciała schudnąć. Byłam chora i zdecydowanie zbyt często o tym zapominałam. Moja kondycja, pomimo lat treningów, nadal pozostawiała wiele do życzenia.

Runęłam na ziemię i jęknęłam z bólu, czując, jak skóra na moich kolanach zdziera się razem z materiałem spodni.

– Oszalałaś?! – Nad moją głową rozległ się krzyk mężczyzny. – Mogłaś się połamać!

– Spieprzaj! Nie udawaj, że cię to obchodzi! – ryknęłam i odepchnęłam jego ręce, które wyciągnął w moją stronę.

– Chcę ci tylko pomóc! Przestań się tak rzucać, mała!

– Mała?! – Moja wściekłość przybrała na sile. – Już nie cysterna?! Wielka beczka?! Wieloryb?! Spierdalaj i zabieraj łapy, bo przysięgam, że ci je odrąbię! – wrzasnęłam na całe gardło i się podniosłam.

– Wariatka – burknął. – Wściekasz się o kilka głupich żartów?

– Wiesz co, Jeff? Zdechnij – wycedziłam i odeszłam szybkim krokiem.

Mój oddech wciąż był urywany i ciężki, ale miałam nadzieję, że dotrę do domu bez większych komplikacji. Byłam w tym miejscu jakieś dwanaście godzin, a już miałam serdecznie dość. Chyba sam diabeł podpowiedział mi powrót do domu. Jakbym nie dość złego doświadczyła i postanowiła wystawić się na kolejne ciosy.

Uzmysłowiłam sobie boleśnie, że popełniłam błąd. Lepiej było uchodzić za złą córkę, która olała rodzinę, zaszyć się w jakimś miasteczku na końcu świata i już nigdy tu nie wracać.

– Wszystko w porządku?

Usłyszałam z naprzeciwka damski głos, a dopiero po chwili, przez łzy, dostrzegłam dziewczynę zbliżającą się do mnie energicznym krokiem.

– Krwawisz. – Wskazała na moje kolana, kiedy stanęła przede mną.

Nie znałam jej, nie kojarzyłam twarzy, więc uznałam, że nie była moją gnębicielką w przeszłości.

– Wszystko okej – burknęłam. – Nic mi nie jest.

– Chodź, niedaleko stoi mój wóz, mam tam apteczkę. Paskudnie to wygląda. Przewróciłaś się podczas treningu? – szczebiotała i śmiało mnie objęła, całkowicie dezorientując swoją swobodą.

– Nic mi nie jest – powtórzyłam, ale mimo to pozwoliłam się poprowadzić do samochodu.

Nie uszło mojej uwadze, że wygląda tak samo jak ten, którym przyjeżdżał Caleb. Nie żebym jakoś specjalnie się tym interesowała, po prostu jego wóz znacznie wyróżniał się pośród wszystkich, które na co dzień zastawiały cały nasz podjazd. Przez te wszystkie lata go nie zmienił, co również bez żadnej większej przyczyny zauważyłam, kiedy poprzedniego dnia wychodziłam z domu.

Otworzyła drzwi od strony pasażera i od razu uderzył we mnie zapach męskich perfum. Znałam je. Doskonale je znałam. Cholera…

– Usiądź – poleciła i wyjęła ze schowka czerwone pudełko.

– Jesteś stąd? – zainteresowałam się.

– Och, wybacz, nie przedstawiłam się. Jestem Lori, mieszkam tu od dwóch lat, a ty?

– Ja… jestem Hazel – bąknęłam. – I chyba zatrzymałam się tu tylko na chwilę – dodałam, bo tak naprawdę nie wiedziałam, jak długo jeszcze wytrzymam.

Usiadłam w fotelu, a dziewczyna odchyliła materiał podartych spodni i zdezynfekowała moje otarcia, po czym sprawnie nakleiła na nie plastry.

– Gotowe. Może cię podwieźć? Akurat mam dzień wolny i…

– Nie trzeba – wtrąciłam. – Dzięki za pomoc.

Zeskoczyłam z wysokiego wozu i stanęłam obok. Byłam dziwnie oszołomiona, miałam wrażenie, że zapach wydobywający się z jego wnętrza wniknął w moją skórę i wgryzł się w nozdrza.

– Jesteś pewna? Zrobiłaś się blada.

– Tak, mieszkam niedaleko. Jeszcze raz dziękuję – powiedziałam najuprzejmiej, jak tylko potrafiłam, i prędko odeszłam.

Rozejrzałam się jeszcze na boki, jakbym próbowała odszukać właściciela wozu. Wpadałam w jakąś paranoję, ale byłam pewna, że nie należy do tej dziewczyny. Towarzyszyło mi dziwne poczucie żalu, ponieważ uderzył we mnie nieprzyjemny wniosek, którego nie chciałam dopuścić do głosu.

Nie wiedziałam, co się ze mną dzieje, ale bardzo mi się to nie podobało…

Rozdział 4

Caleb

Nie chciałem wzbudzać w nikim podejrzeń, ale nie potrafiłem się oprzeć. Lori wzięła mój wóz i pojechała na wielkie zakupy, które jej obiecałem w ramach rekompensaty za to, że nie poszliśmy na imprezę. Dlatego właśnie szedłem na piechotę jak totalny idiota w stronę domu Bryantów. Co prawda nie mogłem tam wejść, bo Brett był w pracy, ale pod pretekstem bycia w odwiedzinach u ojca kręciłem się w okolicy. Zachowywałem się jak szczeniak, lecz nie mogłem zrobić niczego więcej. Miałem związane ręce, a poczucie braku lojalności ściskało mnie za gardło.

Z drugiej strony nie chciałem niczego od Hazel. Po prostu lubiłem na nią patrzeć, być blisko, mieć wszystko pod kontrolą. Kiedy była w Bostonie, wiedziałem, że jest tam znacznie bezpieczniejsza niż tutaj, choć zdarzały się chwile, że byłem bliski wylotu, by ją znaleźć i zobaczyć.

Byłem naprawdę pojebany.

Stanąłem przed drzwiami domu ojca i wziąłem głęboki oddech. Wiedziałem, że ma wolne, ponieważ nigdy nie jeździł od piątku do niedzieli. To był jego czas na odpoczynek.

Zapukałem, a już po chwili stałem twarzą w twarz z tatą.

– Problemy? – zapytał bez żadnych wstępów, jakbym miał wypisane na twarzy, że brodzę w gównie.

– Nie, dlaczego? – skłamałem.

– Właź. Akurat zaczyna się mecz – mruknął i wpuścił mnie do środka.

Opadł na fotel i wskazał mi drugi, a kiedy zająłem miejsce przed telewizorem, podał mi butelkę z piwem. Przyjąłem ją z wdzięcznością, bo zdecydowanie potrzebowałem czegoś, co nieco uspokoi moje rozszalałe myśli.

– Jak w pracy? – zagadnął, nie odrywając wzroku od ekranu.

– W porządku. – Wzruszyłem ramionami.

– Masz więcej szczęścia niż rozumu – parsknął. – Twoja przeszłość okazuje się atutem w tej branży – dodał i pokręcił głową.

Po tylu latach potrafił już się z tego śmiać, ale wtedy nie było mu do śmiechu. Ja za to cały czas żyłem w poczuciu winy, że nie byłem na tyle szybki, by mój plan się powiódł.

– To prawda – przyznałem. – W normalnych okolicznościach nigdy nie znalazłbym roboty albo ewentualnie byłbym woźnym w jakiejś gównianej szkole.

– A i z tym mógłby być problem.

– Naprawdę musimy do tego wracać? – jęknąłem. – Minęło piętnaście lat.

– Byłeś zdolnym dzieciakiem – powiedział z sentymentem i napił się piwa. Przeniósł na mnie wzrok i ciężko westchnął. – Co się dzieje? Dlaczego przyszedłeś na piechotę?

– Lori wyjechała na zakupy, nudziłem się.

– Dajesz jej swój wóz. Czyli jest poważnie – stwierdził i z uwagą lustrował moją twarz. – To już czas, żeby się ustatkować, synu.

Nie odpowiedziałem, tylko wziąłem kilka dużych łyków zimnego piwa. Co miałbym mu powiedzieć? Że kobieta, którą wpuściłem do swojego życia, jest tylko zamiennikiem? To brzmiało co najmniej podle. Nie tak mnie wychował. Wpajał mi, że należy być dżentelmenem, szanować kobiety i przenigdy ich nie krzywdzić.

– To jeszcze nie pora – mruknąłem po dłuższym milczeniu i skupiłem się na meczu.

Najchętniej wyrzuciłbym z siebie wszystkie wątpliwości, ale właśnie piętnaście lat temu przysiągłem sobie, że nigdy się nie obnażę. Musiałem być twardy, bo wówczas nie miałem innego wyboru. Przywykłem do tego, to stało się moim stylem życia. I choć czasem rozrywało mnie od środka, nigdy nie pozwoliłem, by wypłynęła ze mnie jakakolwiek emocja.

Ojciec przez jakiś czas ciągał mnie po psychologach, próbował walczyć, ale poniósł klęskę. Byłem nie do naprawienia, a tłumienie uczuć stało się moją codziennością. Niektórzy cenili mnie za ten chłód, inni od niego stronili. Ja natomiast nigdy nikogo nie zatrzymywałem i pozwalałem na dokonanie wyboru.

Czasem dochodziłem do wniosku, że nikt nie zna mnie tak naprawdę, i zastanawiałem się, czy ktokolwiek zadałby sobie odrobinę trudu, by przedrzeć się przez zbroję, której ja już nie potrafiłem zdjąć.

Lori zaistniała w moim życiu, bo nie przeszkadzało jej moje milczenie. Nie oczekiwała uśmiechów, czułych słówek i romantycznych gestów. A ja zaczynałem tego pragnąć. Chciałbym móc obdarować kogoś prawdziwym sobą…

Hazel… Ona potrafiła wywołać uśmiech na mojej twarzy. Sprawiała, że chciałem robić więcej. Dawać, a nie tylko brać to, co los podstawiał mi pod nos. Starać się, walczyć, chronić ją.

– Skąd wiedziałeś, że mama jest tą jedyną? – wypaliłem i dokończyłem kolejną butelkę piwa.

Ojciec bardzo powoli przeniósł na mnie zaskoczony wzrok. Nigdy nie pytałem go o takie rzeczy. Właściwie odkąd mama zmarła, nie rozmawialiśmy o niej. Ta rana wciąż była żywa i sączyła się z niej krew.

– Jeśli pytasz o coś takiego, to oznacza, że masz wątpliwości i że kobieta, która ci towarzyszy, nie jest tą jedyną – odparł.

– Powiedzmy, że pytam teraz ogólnie, nie mając na myśli absolutnie nikogo. Czysta teoria.

– Człowiek ma wiele wersji. Niektórych z nich nie poznamy nawet my sami, bo życie nie wymaga od nas, byśmy je budzili. Kiedy spotykasz tę jedną jedyną, nie musisz nic robić. Nie musisz się starać, rozmyślać i planować swoich kolejnych kroków – powiedział i utkwił spojrzenie w dużym zdjęciu wiszącym na ścianie, które przedstawiało jego i mamę w dniu ślubu.

– To nie brzmi dobrze. Nie powinno być na odwrót? Że właśnie wtedy trzeba się starać? – zdziwiłem się nieco jego stwierdzeniem.

– Nie, synu. – Pokręcił głową. – Nie musisz się starać, ponieważ ta najlepsza wersja ciebie budzi się sama. Intuicyjnie robisz wszystko, żeby ta druga osoba była szczęśliwa. Chronisz ją, otaczasz opieką, na samą myśl o niej na twoją twarz pcha się uśmiech. Czujesz ją całym sobą, a kiedy jest blisko, twoje ciało przechodzi w stan gotowości. Nie jest to niepokój, ale nieodparta potrzeba zapewnienia spokoju właśnie jej – mówił cicho i przeniósł wzrok na mnie. – Nie ma fajerwerków, w głowie nie pojawiają się błyski, a w brzuchu nie trzepoczą motyle, o których nastolatki czytają w romansach.