Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Gdy niechęć zmienia się w zakazaną miłość na kanadyjskim ranczu
Fever Dream to pierwsza powieść z nowej serii kowbojskich romansów Elsie Silver, autorki bestsellerów z list New York Timesa. Historia rozgrywa się w malowniczym Emerald Lake, gdzie profesjonalny jeździec rodeo Emmett Bush zgadza się na udział w programie Ranczo Romans, by uratować rodzinną farmę przed bankructwem. Wszystko się komplikuje, gdy na planie pojawia się Julia Silva inteligentna konsultantka do spraw lokalizacji i młodsza siostra zawodowego rywala Emmetta. Mimo początkowej wzajemnej niechęci ich relacja przeradza się najpierw w przyjaźń, a potem w coś głębszego, stawiając pod znakiem zapytania nie tylko kontrakt Emmetta, ale także przyszłość rodzinnego dziedzictwa.
Emmett Bush nie szuka miłości szuka sposobu na uratowanie Stajni Brandt, farmy należącej do jego rodziny od pokoleń. Gdy zgadza się na udział w randkowym reality show, wie, że to tylko gra o pieniądze. Jednak pojawienie się Julii Silvy zmienia wszystko. Siostra jego największego rywala jest ostatnią kobietą, która powinna go zainteresować. Skradzione pocałunki, tajne spotkania i narastające napięcie prowadzą do konfliktu między sercem a obowiązkiem, gdy Emmett musi wybierać pomiędzy miłością i losem rodzinnej ziemi.
Książka dla czytelników powyżej osiemnastego roku życia.Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 494
Elsie Silver
Fever Dream
(Emerald Lake #1)
Przekład: Olgierd Maj
Tytuł oryginału: Fever Dream (Emerald Lake #1)
Tłumaczenie: Olgierd Maj
Korekta językowa: Dominika Dziarmaga
ISBN: 978-83-289-3711-6
Copyright © 2026. FEVER DREAM by Elsie Silver
The moral rights of the author have been asserted.
Translation copyright © 2026 Helion S.A.
Polish edition copyright © 2026 by Helion S.A.
All rights reserved. No part of this book may be reproduced or
transmitted in any form or by any means, electronic or mechanical, including photocopying, recording or by any information storage retrieval system, without permission from the Publisher.
Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.
Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli. Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.
Drogi Czytelniku!
Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres
editio.pl/user/opinie/fevel1_ebook
Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.
Helion S.A.
ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice
tel. 32 230 98 63
e-mail: [email protected]
WWW: editio.pl (księgarnia internetowa, katalog książek)
Dla wszystkich, które zawsze kochały złych chłopców we Wranglerach. Ta książka jest dla nas.
I dla Ringo, najsłodszego chłopca, jakiego kiedykolwiek znałam, i mojego najlepszego przyjaciela przez trzynaście lat. Uwielbiałeś budzić się wcześnie rano, żeby ze mną pisać, więc chyba to całkiem stosowne, że moja nowa ulubiona książka jest też ostatnią, którą napisałam z Tobą u boku. Odpoczywaj w spokoju, mały.
Droga Czytelniczko,
ta książka zawiera treści dla dorosłych, w tym krótką scenę przedstawiającą odurzenie i unieruchomienie wbrew woli. Aby się upewnić, że ten temat został w książce potraktowany z należytą starannością, jednym z pierwszych czytelników i konsultantów w trakcie pisania był terapeuta kliniczny. Mam nadzieję, że udało mi się podejść do tych zagadnień z troską i uwagą, na jakie zasługują.
Buziaki
Elsie
Nawet facet na sprzedaż musi mieć jakieś zasady.
Granicę, której nie przekroczy.
Słowa, których nie wypowie.
Zbyt dużo szacunku do siebie, by wziąć udział w reality show.
— Georgia, odpowiedź wciąż brzmi „nie”. — Mamroczę te słowa, nawet nie podnosząc wzroku na szefową działu promocji WBRF, Światowej Federacji Ujeżdżania Byków. Zamiast tego skupiam się na ściąganiu rękawic i próbuję nie rozmyślać za dużo o tym, jak cholernie kiepski był mój dzisiejszy przejazd.
Od lat jestem profesjonalnym ujeżdżaczem byków w ramach WBRF. I jestem w tym cholernie dobry — jestem jednym z najlepszych na świecie. A mimo to mistrzostwo wciąż mi umyka.
I ten sezon też wymyka mi się z rąk. Co oznacza, że naprawdę nie mam teraz ochoty na tę rozmowę. Znowu.
— Emmett, powinieneś to rozważyć. Może po prostu ich wysłuchaj. Nie przestaną dzwonić.
— To przestań odbierać. — Rzucam czarny kowbojski kapelusz na ławkę w szatni i rozluźniam ramię. Przechylam głowę na bok, rozciągając się. Mam nadzieję, że to złagodzi ból karku.
Nie pomaga. Kontynuuję więc rozbieranie się i sięgam do srebrnej klamry u góry moich czapsów.
To nie pierwszy raz, gdy porusza temat oferty z Rancza Romans. I też nie pierwszy raz, gdy ta sugestia mnie irytuje. Nie chcę zostać gwiazdą reality TV. Chcę zdobyć mistrzostwo i wrócić na rodzinną farmę w Emerald Lake, gdzie będę mógł poświęcić się prowadzeniu biznesu, by prosperował.
Bo na razie farma wykrwawia się z pieniędzy i żyje na kredyt.
— Słuchaj, nie młodniejesz. Oboje wiemy, że nie zostało ci wiele lat w tym fachu i w szczycie formy.
Gwałtownie podrywam głowę i unoszę brew z irytacją, spoglądając na blondynkę w granatowym garniturze w prążki.
Wiem o tym, ale to i tak odważne słowa jak na wypowiedziane prosto w twarz. Ona jednak tylko przechyla głowę i krzyżuje ramiona, jakby rzucała mi wyzwanie, żebym się z nią nie zgodził.
— Powinieneś zarobić, póki możesz. Takie oferty nie będą ci składane wiecznie.
Zgrzytam zębami, próbując rozpiąć zamki po bokach moich czarnych skórzanych czapsów. Biało-czerwone frędzle się plączą, co tylko potęguje moją irytację. Klnę pod nosem, w końcu wyrywam je i rzucam na ziemię na bezładną kupę.
— Dziękuję za informację. Ale proszę, przekaż im, że mogą się odpierdolić.
Rozrywam perłowe zatrzaski wzdłuż przodu koszuli i zabieram się za dżinsy. Rozbieram się szybko, bo chcę tylko jak najprędzej uciec od tej rozmowy i z tej areny.
Kiedy Georgia nie odpowiada, upierając się jak zawsze przy swoim, zerkam w jej stronę. Jej wzrok wędruje po moim nagim torsie i zatrzymuje się tam, gdzie kciukiem odpinałem dżinsy.
— Powinnaś wyjść. To męska szatnia, a ja muszę się przebrać.
Jej czerwone usta się zaciskają, zanim spotka mój wzrok.
— Mogłabym zostać.
Mrugam, nieco zdezorientowany tą propozycją. Znam ten scenariusz. Już to przerabiałem. I musiałem potem przejść przez całą dramę, która nastąpiła, gdy ona poczuła się zraniona, bo nie chciałem czegoś więcej.
— Georgia…
Mruga raz. Dolna warga wysuwa się odrobinę bardziej niż górna.
— Kiedyś mówiłeś do mnie „Georgie”.
— To był jednorazowy numer.
Trzy lata temu.
— Dwurazowy — precyzuje, wykrzywiając usta z irytacją.
Krzywię się.
— Okej. Przygoda na jedną noc. Nie chcę być niegrzeczny, ale wydaje mi się, że jasno dałem do zrozumienia, że nie wchodzę w…
— Związki. Wiem.
Na pewno? Chcę ją o to zapytać, bo po naszym numerze wyraźnie źle zrozumiała, dokąd to zmierza. To był błąd, który nauczył mnie wielu bolesnych prawd.
Ale nie mam siły jej pocieszać, kiedy będzie płakać i zapewniać, jak dobrze mogłoby nam być razem. Ani znosić przez kilka miesięcy lekceważenia ze strony kogoś, kto ma pracować nad moim wizerunkiem publicznym.
Nie, jeśli doświadczenie z Georgią czegoś mnie nauczyło, to tego, że ustalanie oczekiwań jest bardzo, bardzo ważne.
Teraz się upewniam, że mówię kobietom od razu, na co się piszą.
Bardzo romantyczne.
— Zasługujesz na więcej niż to, co mogę ci zaoferować, Georgia. Mamy teraz dobrą relację zawodową, nie psujmy…
Wybucha śmiechem, kręcąc głową z rozbawieniem, gdy odwraca się do wyjścia.
— Boże, jesteś tak samo martwy w środku jak zawsze. — Jej dłoń zaciska się na klamce, gdy zamierza wyjść z szatni, wcześniej jednak rzuca przez ramię: — Oferują ci pięćset kawałków, a twojej rodzinie bardzo hojną dodatkową dzienną opłatę za wynajem, więc może zejdź z piedestału i to przemyśl.
Drzwi zamykają się za nią z cichym kliknięciem, ale ja nadal wpatruję się w miejsce, gdzie stała jeszcze przed chwilą.
Pięćset kawałków. Pięćset tysięcy?
Zanim zdążę się zastanowić, przemierzam pokój, gwałtownie otwieram drzwi i rzucam w stronę jej pleców na korytarzu:
— Okej, niech będzie. Jeden telefon!
Bo za takie pieniądze moje granice mogą zostać przesunięte.
— Że co, kurwa, zrobiłeś?
Pięć par oczu wpatruje się we mnie z różnym stopniem przerażenia, gdy czekam na coś więcej niż pełna niedowierzania reakcja mojej siostry.
Jak zwykle w domu pachnie bekonem, syropem i cynamonem, ale tym razem zamiast gwaru i śmiechu wokół stołu panuje martwa cisza. Wygląda na to, że wprawiłem uczestników naszego rodzinnego noworocznego śniadania w kompletne osłupienie.
Moi babcia i dziadek, Tina i Leon, wyglądają na szczególnie wstrząśniętych. Gapią się na mnie zza ogromnego prostokątnego stołu. Oczy babci, tak samo niebieskie jak moje, są szeroko otwarte i nieruchome, podczas gdy brązowe oczy dziadzia przeszywają mnie na wylot.
Wciąż ani słowa, więc zwracam się do mojej siostry Parker, siedzącej na ławce obok mnie. To ona jest tą odpowiedzialną; ona zrozumie. Jej piwne oczy wyrażają raczej troskę, zwłaszcza że nerwowo przygryza dolną wargę.
Ze szczytu stołu mój brat Evan otwiera usta, jakby chciał coś powiedzieć. Ale najwyraźniej zmienia zdanie i je zamyka, jedynie kręcąc głową z niedowierzaniem.
Dopiero gdy w końcu odważę się spojrzeć na przeciwległy koniec stołu, na moją najmłodszą siostrę Riley — dzikuskę — dostaję rozwinięcie jej początkowego pytania.
Jej zielone oczy błyszczą rozbawieniem spod charakterystycznej czapki z daszkiem, gdy… wybucha śmiechem.
Wzdycham i na chwilę zamykam oczy. Potem powtarzam to, co przed chwilą im oznajmiłem.
— Zaproponowano mi udział w randkowym show jako kawaler i chcę się zgodzić. Ale potrzebuję waszej zgody, żeby kręcić to tutaj, na farmie. Zapłacą wam za wynajem.
Moje wyjaśnienie sprawia tylko, że Riley śmieje się jeszcze głośniej, co wywołuje surowe spojrzenie naszej babci, zanim siostra w ogóle spróbuje się opanować.
Szczerze mówiąc, pewnie wyskakuje moje zdjęcie, gdy wpisze się w Google „wieczny kawaler”.
Ale zdecydowałem, że przy takiej kwocie warto było ich przynajmniej wysłuchać. Powiedzieli mi, że szukają znanego profesjonalnego ujeżdżacza byków ze Światowej Federacji Rodeo z „twarzą do telewizji”.
Najwyraźniej Georgia od razu mnie poleciła. A kiedy trochę pogrzebali w moim życiorysie, stali się nieustępliwi w swoich staraniach. Powiedzieli, że jestem idealny do tej roboty. Uznali nawet, że kanadyjska sceneria nada programowi „egzotyczny klimat”.
I oto jestem — kowboj z WBRF z przyzwoitą twarzą, gotowy udawać, że szuka żony wśród starannie wyselekcjonowanych kandydatek.
Riley delikatnie ociera wilgotne oczy i bierze głęboki, przesadnie dramatyczny oddech, zanim znów się odezwie. Jej twarz przybiera wyraz troski i współczucia, a głos ton, jakiego się używa, tłumacząc coś poważnego małemu dziecku.
— Em, nie jestem pewna, czy ktoś ci to wyjaśnił, ale kiedy bierzesz udział w randkowym show, musisz naprawdę się z kimś umawiać. Nie tylko go przelecieć i odlecieć.
Przewracam oczami, a Evan chichocze ze swojego miejsca i dodaje:
— Jeśli chcesz dorobić, może raczej powinieneś pomyśleć o seksbiznesie, z twoimi wyglądem i umiejętnościami.
— Evanie Brandcie! — upomina go babcia, wywołując falę chichotów. Wszyscy wiemy, że to na pokaz. Tina Brandt może i ma siedemdziesiątkę na karku, ale pruderyjna nie jest. Właściwie to chyba ona jest najbardziej frywolna przy tym stole. Tylko zabawa i żarty, podczas gdy dziadek zwykle jest zrzędliwy, ale ma wielkie miękkie serce pod stoicką powłoką.
Zachowała młodość ducha, ponieważ nas wychowywała. Ale prowadzenie farmy odcisnęło na niej swój ślad: włosy ma śnieżnobiałe, a skóra nabrała skórzastej faktury od godzin spędzonych na świeżym powietrzu. Ale jej niebieskie oczy? Wciąż się uśmiechają.
Chociaż akurat nie teraz, gdy pochyla się przez stół, wyciągając do mnie dłoń pokrytą plamami od słońca. Chwytam ją natychmiast, bo nigdy nie odmówiłbym tej kobiecie niczego.
Jej opuchnięte stawy się zginają. Ściska moje palce, zmuszając mnie do spojrzenia w oczy.
— Kiedy powiedziałam wam, że w tym roku jesteśmy spłukani, nie spodziewałam się, że zrobisz coś takiego.
Kiwam głową. Wiem, że kiedy wyznała nam to podczas rodzinnego posiłku parę miesięcy temu, nie zrobiła tego, żebyśmy poczuli się winni. To było raczej zarządzenie generała dla wojska, że musimy zacisnąć pasa. Pomóc, kiedy możemy, żeby utrzymać to miejsce na powierzchni.
Koszt siana w prowadzeniu Stajni Brandt, hodowli koni sportowych moich dziadków, jest zabójczy. Szczególnie w tak bezlitośnie gorącym i suchym klimacie, jaki zapanował w Cascade Valley. Rachunki weterynaryjne, pensje pracowników i opłaty za media sprawiają, że utrzymanie rodzinnego dziedzictwa i pasji stało się trudniejsze niż kiedykolwiek.
Jednak gdy przypadkiem podsłuchałem, jak razem z dziadkiem dyskutują o ogłoszeniu bankructwa albo sprzedaży części ziemi — ziemi, która jest w rodzinie dziadka od pokoleń — żeby w ogóle związać koniec z końcem, załamałem się.
Nie mogłem tego znieść. Nie po tym wszystkim, co dla nas (i dla mnie) zrobili.
Byłem czarną owcą. Przyrodnim bratem z nieodpowiedzialnym ojcem. Nie zawsze było łatwo mnie kochać, ale i tak mnie kochali.
Przetrwali niewyobrażalną tragedię i ból złamanego serca, ale kochali mnie, a właściwie całą naszą czwórkę.
I poświęcali się dla nas. Jestem pewien, że nigdy nie wyobrażali sobie, że będą musieli wychowywać całą czwórkę swoich wnuków. Ale i tak codziennie byli przy nas.
I dlatego będę walczyć do ostatniego tchu za parę siedzącą naprzeciwko mnie.
Ściskam dłoń babci i posyłam jej pełen napięcia uśmiech.
— Wiem, że nigdy byście się tego po mnie nie spodziewali, ale zorganizują to tutaj, na farmie, i opłacą wynajem. Kręcenie potrwa tylko sześć tygodni, zacznie się gdzieś w lipcu, więc większość źrebiąt powinna być już na świecie. To dla mnie martwy sezon, więc i tak bym tu był. Oddam wam zarobione pieniądze, aby was trochę odciążyć.
Poczucie winy kłuje mnie w kark. Parker jest zajęta studiami na tutejszym uniwersytecie w Emerald Lake. Evan jest kowalem — najlepszym specjalistą od kopyt w okolicy — więc jest ciągle zajęty i jeździ codziennie kilka godzin w górę i w dół doliny na wizyty. A Riley? Marzy o zakwalifikowaniu się do kanadyjskiej drużyny olimpijskiej w skokach z wyhodowaną przez nas klaczą Hula Hoop. Trenuje i startuje niemal bez przerwy.
Czyli w zasadzie wszyscy w mojej rodzinie pracują na pełnych obrotach, żeby albo utrzymać to miejsce, albo ugruntować naszą rodzinną spuściznę. Wszyscy oprócz mnie.
Ja jeżdżę na bykach. To coś, do czego mój ojciec, Carl Bush, od lat mnie ciągnie. Zaczęło się od zrobienia rodzinie na złość, a przerodziło w karierę, bez której nie wyobrażam sobie życia. Wygrywam sporo zawodów jako profesjonalista i zdobyłem kilka niezłych umów sponsorskich. Wciąż przekazuję wygrane na farmę. Ale to nigdy nie wystarcza.
Potrzebują więcej pieniędzy i więcej pomocy. Chciałbym móc zapewnić jedno i drugie. Ale jeszcze nie wymyśliłem jak. Co oznacza, że poczucie winy z powodu bycia w trasie niemal bez przerwy od listopada do maja pożera mnie żywcem.
Mam nadzieję, że bycie tu przez lato i zasilenie konta farmy sporą sumą będzie pomocą, której potrzebują, żeby to wszystko utrzymać. To może być coś, co pomoże Riley dostać się na olimpiadę. Cholera, zadowoliłbym się tym, że będą mogli wziąć tu i tam kilka dni wolnego.
— Myślę, że to bardzo słodkie z twojej strony, Emmett — mówi Parker, stanowczo kiwając głową.
Moje usta drgają, gdy odwracam się, żeby na nią spojrzeć. Wygląda, jakby rozważyła zalety mojego planu i wyraźnie je dostrzegała. Jej kompas moralny zawsze wskazuje dokładnie północ. Przez lata bezsprzecznie określiła się jako środkowe dziecko w tej rodzinie. Moja siostra jest refleksyjna, opiekuńcza i wrażliwa — choć trochę chłodna. Jest też rodzinną mediatorką. Tą, do której poszedłbym po racjonalną, twardą, ale sprawiedliwą radę. Jeśli mój plan ma sens dla Parker, to po prostu ma sens.
— Czy to jeden z tych programów, gdzie na końcu musisz się ożenić z tą dziewczyną? — Szorstki głos dziadka wypełnia przeszkloną jadalnię. — Bo nie jestem pewien, czy mi się to podoba.
— Nie. Nie muszę się z nikim żenić. Tylko wybrać zwyciężczynię.
— A co wygra? — pyta Evan wyraźnie kpiącym tonem.
— Mnie? Chyba?
— Ale wszystkim dasz nagrody pocieszenia, prawda? — wtrąca Parker.
— Tak, a przez nagrody pocieszenia ma na myśli fiu…
— Evan! Na litość boską. Zachowujesz się jak dzikie zwierzę, które pierwszy raz wpuszczono do domu — beszta go babcia, a ja posyłam mu szyderczy uśmieszek.
— Czy będą się plątać pod nogami? — odzywa się dziadek. — Nie potrzebuję tu bandy wymuskanych miejskich dziewczyn, które narobią więcej szkody niż pożytku.
Babcia ściska moją dłoń, gdy się do niego zwracam:
— Nie, wykorzystamy pusty barak przy starej drodze dojazdowej. Posprzątamy go. Jeśli będą musieli korzystać z udogodnień tutaj, dopilnuję, żebyś dostał harmonogram. Ja będę mieszkać w mojej chatce z bali na tylnej działce, więc dom i stajnie pozostaną wolne od ekipy. Powiedzieli mi, że zatrudniają konsultanta lokalizacyjnego i ta osoba będzie odpowiedzialna za wybór miejsc do kręcenia na farmie i gdzie indziej w dolinie. Jestem pewien, że mogę ci załatwić z nimi spotkanie.
Kiwa głową, usatysfakcjonowany moim wyjaśnieniem.
— I, dziadku, jeśli nie chcesz, żebym to robił, wycofam się. Albo powiem im, że farma jest niedostępna. Ale wiem, że dziesięć tysięcy dziennie przez trzydzieści dni zrobi wiele dobrego dla tego miejsca.
Po raz drugi dzisiaj można by usłyszeć spadającą szpilkę.
A potem…
— Dziesięć tysięcy dziennie! — wykrzykują moi dziadkowie jednocześnie.
Sądząc po ich reakcji, powinienem był od tego zacząć.
— Tak, tyle oferują za wynajem. Moja wypłata jest osobno. I to też planuję zainwestować z powrotem w farmę. To może nas zabezpieczyć na lata.
Moi dziadkowie patrzą na mnie zamglonymi oczami.
— Oficjalnie masz moje błogosławieństwo — burczy w końcu dziadek typowym dla siebie tonem.
Kolejne mocne ściśnięcie dłoni, ale tym razem trwa dłużej. Babcia dotykiem mówi mi więcej, niż słowa kiedykolwiek mogłyby wyrazić.
— Tylko jeśli naprawdę czujesz się z tym komfortowo — dorzuca ostrożnie. Widzę jednak po ich twarzach, że rozsądek podpowiada im, iż takiej oferty nie można odrzucić.
— Czuję się z tym komfortowo — zapewniam, zmuszając umysł, żeby nie wędrował ścieżką tego, jak cholernie żenujące to będzie i jak dostanę po głowie, gdy chłopaki z trasy się dowiedzą. Nie wspominając o tym, co Carl będzie miał do powiedzenia. Zdecydowanie nie chcę, żeby się o tym dowiedział, dopóki wszystko się nie skończy.
Ale dla mojej rodziny? Nic z tego nie ma znaczenia.
— Mam przed sobą finały WBRF. Muszę skopać tyłek temu grzecznisiowi Theo Silvie, a potem wrócę. Nawet podczas kręcenia planuję pracować rano i filmować po południu. — Prostuję się, mówiąc to. Jestem przede wszystkim zawodnikiem i mam oko na nagrodę w tym roku. Wiem, że moje dni profesjonalnego jeżdżenia są policzone. I mam zamiar odejść z hukiem.
— Mam do ciebie pełne zaufanie, Em. Jak się nad tym zastanawiam, to myślę, że świetnie sobie poradzisz w tej roli — rozważa Riley, chwytając kawałek chrupiącego bekonu z półmiska, po czym wrzuca go do ust. — Jesteś pracowity i masz spore doświadczenie, jeśli chodzi o eliminowanie kobiet ze swojego życia uczuciowego.
Nawet Parker nie może powstrzymać chichotu po tym ciosie. Nie jest tajemnicą wśród nas, że jestem związkofobem, który niezmiennie wybiera najbardziej niezobowiązującą opcję, jaką może znaleźć.
— Prawda. — Evan wskazuje na nią palcem. — Ale nie mogę się doczekać, jak będzie musiał z nimi rozmawiać i udawać zainteresowanie. Albo zabierać je na romantyczne kolacje. O! — Jego palec wystrzeliwuje w górę. — Albo poznawać ich rodziców.
On i Riley ryczą ze śmiechu, a ja przewracam oczami. Ta dwójka nieustannie się nakręca, więc ich docinki to nic nowego. Ale choć Evan jest sadystą, nie myli się. Sama myśl o poznaniu rodziny jakiejś dziewczyny mogłaby wywołać u mnie wysypkę.
Robisz to dla pieniędzy, przypominam sobie.
Zerkam na babcię i dziadka. Ich twarze wyrażają czułość, gdy moje idiotyczne rodzeństwo wymienia wszystkie upokorzenia czekające na mnie w programie telewizyjnym. Wiem, że moi dziadkowie kochają nasze niedzielne śniadania. Wszyscy siedzący przy tym stole, związani ze sobą na dobre i na złe. To jedna z tradycji, które staraliśmy się przenieść w dorosłość najlepiej, jak umiemy. Możemy wyjeżdżać, ale zawsze wracamy.
Nawet mimo całego tego obgadywania i docinków.
Babcia poklepuje moją dłoń i przerywa ciszę, serwując mi nokautujący cios.
— Nie doceniacie go, dzieciaki. Poradzisz sobie świetnie, Em. A jeśli nie wyjdzie, zgadzam się z Evanem, że byłbyś doskonałym pracownikiem seksualnym.
Wybucha śmiechem, a ja jęczę, chowając głowę w dłoniach.
— Co? — Rozkłada ręce w niewinnym geście. — Nie jestem ślepa na to, co wy, dzieciaki, wyprawiacie. I to, że was kocham, nie znaczy, że uważam was za idealnych.
To właśnie ten poziom celnego, wymierzonego humoru, jakiego oczekuję od mojej rodziny. Wszyscy jesteśmy niedoskonali, trochę szorstcy, ale Brandtowie? Trzymamy się razem.
Dlatego wiedziałem, że wszyscy mnie w tym wesprą. Przekonanie ich nie było nawet takie trudne.
Prawdziwym wyzwaniem będzie przekonanie widzów, że naprawdę szukam miłości.
– Jules, zrobiłem to!
Uśmiecham się szeroko, patrząc przez szybę taksówki, która przecina ulice Los Angeles. Mój brat Theo jest właściwie zawsze szczęśliwy, ale jego radość po zdobyciu drugiego mistrzostwa WBRF jest zaraźliwa.
— Wiem, że wygrałeś, ty cholerny mistrzu. Oglądałam online w pokoju hotelowym. Dostałam skargę na hałas od sąsiadów za zbyt głośne dopingowanie — kłamię.
Słyszę w telefonie jego głęboki śmiech.
— Lepiej, żebyś tego nie zmyślała.
— Nigdy się nie dowiesz. Próbowałam do ciebie dzwonić, a ty nawet nie raczyłeś odebrać, więc chyba wiem, gdzie leżą twoje priorytety. I wyraźnie nie dotyczą twojej młodszej siostry.
Prycha.
— Mówi dziewczyna, która nawet się nie pojawiła.
Ja też prycham w odpowiedzi. Już mu wyjaśniłam, że zaczęłam nową pracę, która wymaga spędzenia kilku tygodni tutaj, w LA, zanim wrócę do domu, do Emerald Lake.
Przegapienie początku tej pracy byłoby jak strzelenie sobie w stopę. Długie, kosztowne lata nauki sprawiają, że propozycja wymarzonej posady zaraz po studiach to prezent od losu, a darowanemu koniowi nie zagląda się w zęby. Poza tym zawsze staram się pojawiać na tylu jego zawodach, na ile pozwala mi grafik. Ale jest ich naprawdę dużo i zostawiam śledzenie go po całym kraju jego żonie, Winter.
Zresztą zrozumiał. Cholera, sam mi powiedział, żebym nawet nie próbowała rezygnować z tej szansy zawodowej tylko po to, żeby oglądać go na finałach — bo taki właśnie jest Theo.
Jest porządnym facetem.
Ale wciąż jest moim starszym bratem, co oznacza, że nigdy mu nie odpuszczam. Nigdy.
— Przyjechałabym. Ale już raz widziałam, jak wygrywasz, i szczerze mówiąc, to się robi nudne.
Nie dodaję, że patrzenie na jego jazdę zawsze wywołuje we mnie głęboki niepokój. Nasz tata zginął, robiąc to, co robi Theo, a choć nie byłam tam wtedy i tego nie widziałam, doskonale zdaję sobie sprawę z ryzyka. A moim mechanizmem radzenia sobie z tym jest unikanie.
Rodeo i ja? Nie pasujemy do siebie.
Kowboje? Nie chcę mieć z nimi nic wspólnego.
Theo wybucha śmiechem.
— To zabawne. Prawie tak zabawne jak zgorzkniała mina Emmetta Busha, kiedy zrzuciłem go z piedestału.
Chichoczę, ale bez przekonania. Reputacja Emmetta nie jest mi obca. Niekończące się podrywanie kobiet, imprezy, zarozumiała, wywyższająca się postawa, jaką prezentuje w mediach. Złośliwe, zawoalowane obelgi, które rzuca w stronę mojego brata i jego przyjaciół podczas trasy.
O ile Theo jest ucieleśnieniem dobrego faceta, Emmett ma rolę złego chłopca opanowaną do perfekcji.
Problem w tym, że wcale nie jest do końca zły.
Nie może być. Uratował mnie. Czy coś w tym stylu. Nienawidzę słowa „uratował” w kontekście tamtej sytuacji. Bardziej… zachował się przyzwoicie. Wkroczył, kiedy nie musiał, i zachował się przyzwoicie.
Nie żebym biegała i rozgłaszała to na prawo i lewo. Właściwie nikomu nie powiedziałam o tamtej nocy i nadal uważam, że generalnie jest dupkiem.
Ale trudno mi go nie lubić tak jak mój brat. Byłam świadkiem, jak jego maska na chwilę opadła, i od tamtej pory się zastanawiam, czy naprawdę jest tak zły, jak Theo i jego przyjaciele chcieliby, żebym wierzyła. Kwadratowa szczęka, uważne spojrzenie, arogancko uniesiony podbródek… i ukryte ziarenko moralności?
— Powstrzymanie Emmetta od wygranej mogło być bardziej satysfakcjonujące niż wygrana całych zawodów — kontynuuje Theo z nutą nostalgii w głosie.
Emmett od lat jest cierniem w oku Theo. Facetem, który zdobywa akurat tyle punktów, żeby liczyć się w grze, ale nigdy wystarczająco dużo, żeby wygrać. Co z pewnością tylko pogłębia jego kompleksy.
— Nie potrafił nawet mi pogratulować. Minął mnie z niby-przyjacielskim klepnięciem w ramię, które wyszło trochę mocniej niż trzeba. Mama to widziała i w ogóle.
— Nikt nie lubi ludzi, którzy nie potrafią przegrywać — odpowiadam ze śmiechem, bo choć nie znam Emmetta zbyt dobrze, potrafię sobie żywo wyobrazić tę scenę na podstawie tego, jak widziałam ich razem z Theo.
Ale znam też swojego brata. Jego entuzjazm jest zaraźliwy. Chyba że biega jak podekscytowany golden retriever, śliniąc się, skacząc i wkurzając wszystkich dookoła. Więc czekam chwilę, zanim dodam:
— Ale nikt też nie lubi tych, którzy chełpią się wygraną, Theo.
Jęczy, a ja wyobrażam sobie, jak odchyla głowę w frustracji.
— Jezu, Jules. Pozwól mi być małostkowym przez jeden dzień. Zdobyłem drugie mistrzostwo WBRF! To jest materiał na Galerię Sław. Poza tym Emmett wyszedł później z dwiema dziewczynami. Po jednej pod każdą pachą, więc jestem pewien, że znalazł sposób na poradzenie sobie z upokorzeniem. A to jest właśnie to, do czego dążyłem przez te wszystkie lata, przez wzloty i upadki. Wszystko od czasu taty.
Mrugam kilka razy, by odpędzić wilgoć z oczu, wpatrując się w palmy migające za oknem. Bo to prawda. Nikt na świecie nie zasługuje na to bardziej niż mój brat. Przez ostatnie lata przeszedł przez piekło. Zmierzył się z kontuzją, a jego życie osobiste wywróciło się do góry nogami. Wiem, że harował jak wół, żeby wrócić tam, gdzie jest teraz, więc ta chwila jest więcej niż zasłużona.
Nagle desperacko żałuję, że nie byłam tam, żeby mu kibicować. Żeby zobaczyć, jak jego marzenia się spełniają. Tęsknota za bratem uderza we mnie z przeszywającym bólem. Dałabym dużo, żeby go teraz przytulić. Ale zamiast tego mówię mu coś bardziej ckliwego niż zwykle.
— Jestem z ciebie taka dumna, Thee. I tata też by był.
Motyle szaleją w mojej klatce piersiowej. Siedzę przy dużym stole konferencyjnym naprzeciwko ludzi emanujących poziomem ważności, o którego osiągnięciu mogłabym tylko pomarzyć.
Mam spocone dłonie, ale założę się, że oni nie.
Przede mną stoją butelka wody i złożona karteczka z napisem „Julia Silva, konsultantka ds. lokalizacji”, podczas gdy tytuły innych osób zawierają słowa „kierownik”, „dyrektor” i „starszy”.
Jestem nowicjuszką. Zastępstwem. Zatrudnioną w ostatniej chwili za kogoś, kto najwyraźniej znalazł lepszą pracę i zwolnił tę funkcję. Dosłownie przeskoczyłam ze stanowiska asystentki produkcji w studiu na tę posadę, i to tylko dlatego, że mam pewne kwalifikacje dzięki magisterce z filmoznawstwa i całemu życiu spędzonemu w Emerald Lake, gdzie planują kręcić.
Jestem niedostatecznie wykwalifikowana do tej pracy, ale to tylko zwiększa moją motywację.
Niektórzy rozmawiają ze sobą jak starzy przyjaciele. Inni stukają w ekrany telefonów i jestem pewna, że wysyłają wściekłe maile, sądząc po tym, jak mocno ich palce uderzają w ekrany.
Czuję się jak dzieciak w szkole, który nie chce wpaść w kłopoty, więc nie odważyłabym się wyciągnąć telefonu. Zamiast tego siedzę nerwowo, posyłając dziwne, płaskie uśmiechy każdemu, kto nawiąże ze mną kontakt wzrokowy.
Na szczęście zostaję wybawiona z tej męki, gdy do pokoju pewnym krokiem wkracza mężczyzna, który sprawia wrażenie, jakby był u siebie. Wygląda na jakieś pięćdziesiąt lat, ma opaleniznę graniczącą z pomarańczowym i rudawe włosy. Jestem prawie pewna, że ma też profesjonalnie zrobione pasemka.
— Dobra, ludzie. — Klaszcze w dłonie, okrążając stół, po czym staje u jego szczytu. — Zaczy… — Przerywa, grymas obrzydzenia wykrzywia mu twarz, i unosi rękę, milcząco prosząc nas, żebyśmy chwilę zaczekali.
Pracuję na pełnych obrotach, żeby utrzymać maskę znudzenia, podczas gdy w środku krzyczę, gdy krzywi się, sięga do zębów i zdejmuje z nich paski wybielające.
Odchodzi i wrzuca śliski materiał do kosza w rogu sali konferencyjnej, po czym wraca do stołu, otwiera butelkę wody, pociąga łyk i dokładnie płucze usta.
A potem przełyka.
Kiedy się uśmiecha, jego zęby niemal mnie oślepiają.
— Dobra, na czym stanęliśmy? To jest Ranczo Romans! Nazywam się Richard Wadsworth. Na pewno już o mnie słyszeliście. Ale dla tych, którzy żyją pod kamieniem albo są tu nowi: jestem waszym producentem wykonawczym, showrunnerem, wizjonerem… Cholera, możecie mnie nawet nazywać Tatusiem, jeśli chcecie.
Puszcza oko i wybucha śmiechem z powodu własnego żartu, a ja staram się nie skrzywić. Rozlega się kilka śmieszków wokół stołu, ale nikt nie wydaje się szczególnie rozbawiony. Co wcale go nie zniechęca.
Uciszam głosik w głowie, który zaczyna prowadzić moje myśli ścieżką ku rozmyślaniom, jak bardzo będę nienawidzić tego faceta pod koniec tego projektu. Nie chcę zaczynać pracy od czegoś takiego, więc biorę swoje opinie i wciskam je głęboko w siebie, gdzie mogę je ignorować. Ta praca to ogromna wygrana dla świeżej absolwentki. I nie spieprzę tego, przewracając oczami na szefa pierwszego dnia.
Nie, proszę pana, jestem w pełni zaangażowana. Same obowiązki i zero zabawy sprawią, że Julia odniesie sukces.
Więc kulę się na krześle, pochylam do przodu i krzyżuję ręce na stole, żeby wyglądać na tak chętną, jak się czuję w środku. Jestem dobrą studentką, ciężko pracuję i jestem profesjonalna do bólu. I dokładnie tak chcę wypaść jako nowicjuszka w tej ekipie.
Richard zaczyna przedstawiać założenia programu. Jeden facet, dziesięć kobiet, całodobowe nagrywanie przez sześć tygodni i „tyle dramatów, ile tylko możecie sobie wymarzyć”.
Jego słowa, nie moje.
— Więc poznajmy naszego zalotnika, dobrze? — Chwyta pilota ze stołu i naciska przycisk w kierunku projektora. Urządzenie z buczeniem budzi się do życia i po chwili pierwszy obraz pojawia się na białym ekranie za Richardem.
Mężczyzna o szerokich ramionach wypełnia ekran. Nad masywną sylwetką widać męską twarz. Kwadratowa szczęka, gęste brwi i arogancko uniesiony podbródek. Ciemnoblond włosy. Takie, które prawdopodobnie były jasne, prawie białe, gdy był dzieckiem, ale pociemniały z wiekiem. Jaśniejsze, wypłowiałe od słońca pasma przeplatają się z luźnymi lokami.
Luźne loki, które są artystycznie ułożone nad parą przeszywających błękitnych oczu.
I na moje nieszczęście rozpoznałabym tę twarz wszędzie.
Rozlega się dzwonek do drzwi, na co dziadek zerka przez ramię w stronę frontu domu.
Czuję ciężar w żołądku i nagle zaczynam się denerwować.
A nerwowość nie jest w moim stylu. Cholera, jeżdżę na wściekłych bykach, które chcą mnie przerzucić przez arenę i nabić na rogi. I robię to zawodowo.
Przez całe życie byłem stosunkowo nieustraszony. Niewzruszony. Niezbyt emocjonalny. Nie jestem typem, który za dużo myśli — po prostu robię to, co trzeba, i staram się przy tym dobrze bawić.
Za to mój dziadek… jest typem, który za dużo myśli. Wiem, że uważa ten program randkowy w najlepszym razie za głupi, ale wiem też, że chce nakarmić swoje konie.
Szczerze mówiąc, czuję to samo.
To, co robię, jest głupie. I to, co robię, zmieni wszystko dla rodzinnej farmy.
— Emmett, kochanie, otworzysz?! — woła babcia z kuchni, gdzie właśnie piecze ciasteczka. Bo Tina Brandt nigdy nie zaprosiłaby nikogo bez przygotowania czegoś do podania.
A dziś tym czymś są kawa i ciasteczka dla konsultantki ds. lokalizacji, która ma przyjść i wyjaśnić nam, jak będzie wyglądał zakres tej roboty.
— No? — pogania mnie dziadek, spoglądając z uniesioną brwią znad gazety.
Posyłam mu ponury uśmiech, wstając i wycierając spocone dłonie o dżinsy. Serce wali mi ciężko w piersi i śmieję się sam z siebie, idąc w stronę drzwi.
Wygląda na to, że w końcu znalazłem w życiu coś, co sprawia, że czuję się niekomfortowo.
Zaciskam palce na klamce, a kciukiem odsuwam zasuwkę, żeby otworzyć drzwi na to, co może przynieść mi to doświadczenie.
Kpiny murowane, ale może też trochę zabawy. Może coś świeżego i ekscytującego. Może…
Julię Silvę.
Całe powietrze ucieka mi z płuc, gdy wpatruję się w ciemne tęczówki kobiety, której nie widziałem od ponad dwóch lat. Od czasu, gdy wyszła z mojego apartamentu bez słowa. Nie potrzebowałem liściku z podziękowaniem ani niczego takiego, ale mimo wszystko to zabolało.
Ostatnim razem, gdy ją widziałem, patrzyła na mnie z niepokojem, może nawet obrzydzeniem, a dziś? Dziś patrzy na mnie tak, jakby wolała być gdziekolwiek indziej.
Otwieram usta, żeby coś powiedzieć, ale żadne słowa nie przychodzą mi do głowy. Nawet w najśmielszych snach nie wyobrażałem sobie, że zobaczę tu właśnie ją.
Kruczoczarne, proste włosy okalają jej twarz, a na czubku głowy ma okulary przeciwsłoneczne. Posyła mi wymuszony uśmiech. Jej wielkie brązowe oczy patrzą niemal przepraszająco. Splata palce przy pasku dżinsów z szerokimi nogawkami, w które starannie ma wpuszczoną granatowo-białą koszulę.
Przyłapuję się na wpatrywaniu się w różowy lakier na jej paznokciach u stóp, wyglądających z sandałów. Ten sam róż co tamtej nocy na statku. Pamiętam to wyraźnie. Byłem cholernie przerażony, gdy jej nogi zrobiły się bezwładne. Jej stopy — z pomalowanymi na różowo paznokciami — kołysały się bez życia, gdy niosłem ją do swojego pokoju.
— Hej — odzywa się ostrożnie, pewnie zastanawiając się, czemu gapiłem się na jej stopy jak jakiś fetyszysta.
Podnoszę gwałtownie głowę, żeby zatuszować to, że odpłynąłem na moment myślami, i napotykam jej spojrzenie, utkwione pytająco w mojej twarzy.
Staram się zachować kamienne rysy i zaciskam zęby, żeby szczęka mi nie opadła.
Prawda jest taka, że nie wiem, jak na nią zareagować. Zaskoczyła mnie — a to nie zdarza mi się często. Owszem, łączy nas pewne zajście z przeszłości, ale to było dwa lata temu i od tamtej pory oboje zachowywaliśmy się, jakby nic się nie wydarzyło — mnie to pasuje, bo wprawdzie wiem, że ona nie jest swoim bratem, ale jednak jest do niego cholernie podobna.
A nienawidzę głupiej zadowolonej gęby Theo Silvy.
Ten zarozumiały gnojek skopał mi tyłek na finałach w tym roku. To zwycięstwo, które tylko dolało oliwy do ognia naszej rywalizacji. Zwycięstwo, po którym mój biologiczny ojciec, Carl, zjechał mnie, jakbym przegrał specjalnie, żeby go osobiście upokorzyć.
Wyjechałem z finałów WBRF z jeszcze większą urazą do niego niż kiedykolwiek. Jestem gotowy wrócić w przyszłym roku i udowodnić, że nie trzeba być sportową arystokracją ani nepodzieciakiem rodeo, żeby zbudować własną legendę.
— Co ty tu, do cholery, robisz? — pytam w końcu, bo za nic nie mogę pojąć, czemu Julia miałaby się tu zjawić. Mieszkamy po przeciwnych stronach doliny i obracamy się w zupełnie innych kręgach.
— Mamy spotkanie. — Jej głos unosi się na końcu zdania, jakby zadawała pytanie. Marszczy nos. A ja potrzebuję chwili, żeby to wszystko poskładać, stoję więc i się gapię.
— Ty jesteś menedżerką odpowiedzialną za lokalizację?
Wypuszcza głośno powietrze.
— Tak, uwierz mi, też się nie spodziewałam, że to ty będziesz twarzą Rancza Romans.
Spoglądam na nią z udawaną obojętnością, starając się nie pokazać narastającego we mnie przerażenia. Myślałem, że mam czas do emisji programu w przyszłym roku, żeby ukryć się przed wstydem związanym z występem w tym programie.
Ale teraz muszę się zmierzyć ze świadomością, że Julia na pewno powie Theo, który na pewno powie swojemu parszywemu najlepszemu kumplowi, Rhettowi Eatonowi, i obaj będą czerpać ogromną przyjemność z wyśmiewania mnie, gdy sezon się zacznie. Nasza rywalizacja stała się wręcz wroga przez ostatnich parę lat, i choć lubię ich prowokować, nie chcę dawać im więcej amunicji, niż już mają.
A to? To jest czyste złoto, jeśli chodzi o materiał do obgadywania.
Chciałbym, żeby następny sezon był moim ostatnim — jeśli uda mi się zrealizować plan. Chcę wygrać całość i odejść z hukiem. Przejść na emeryturę z ciałem i mózgiem, które nie są całkowicie zrujnowane przez zbyt wiele upadków.
Tylko raz. Nie potrzebuję niekończących się zwycięstw, ale chcę móc nazywać się mistrzem WBRF.
Program będzie emitowany po tym wszystkim. Więc nie będę musiał znosić bezlitosnego wyśmiewania mnie przez chłopaków z toru.
Będę udawał, że znajduję prawdziwą miłość przed kamerami, a potem rzucę zwycięską dziewczynę i zacznę prowadzić spokojne pracowite życie tutaj, w Emerald Lake. Żadnych rywali, mediów ani Carla, który ciągle marudzi, żebym wygrywał, tylko dlatego, że jemu się nigdy nie udało.
— Wpuścisz mnie?
— Nie — mruczę, wychodząc do niej na zewnątrz. Podchodzę na tyle blisko, że jest zmuszona cofnąć się o krok, i delikatnie zamykam za sobą drzwi.
Opieram się o nie plecami i krzyżuję ramiona — co ona natychmiast naśladuje, wystawiając biodro. Jej mowa ciała aż krzyczy, że nie da sobie w kaszę dmuchać. W tej chwili bardziej przypomina mi dziewczynę, która obrzuciła mnie protekcjonalnym spojrzeniem, niż tę przerażoną i gotową się bronić, która obudziła się w moim pokoju.
— Nie chcę pracować z żadnym Silvą.
Kiwa głową, zaciskając usta, jakby powstrzymywała się od powiedzenia czegoś, czego nie powinna.
— Tak, cóż, jak kiedyś powiedział niejaki Mick Jagger: „Nie zawsze dostaje się to, czego się chce”.
Język wędruje mi w kącik ust, gdy posyłam Julii gniewne spojrzenie.
— Nie.
Ona tylko przewraca oczami i wypuszcza udręczone westchnienie.
— Słuchaj, to jest jak pieprzona praca marzeń dla kogoś, kto dopiero skończył studia. To nie ma nic wspólnego z tobą, a wszystko z moją karierą. Jesteś tylko postacią w reality show. Ja nie biorę udziału, co oznacza, że będziesz zbyt zajęty, żeby mnie w ogóle zauważyć. Więc możesz… Nie wiem. Ogarnąć się, kurwa?
Mrugam raz dla dramatycznego efektu.
— „Ogarnąć się, kurwa”?
— Wolisz „dorosnąć, kurwa”?
Szczęka lekko mi opada.
— Słucham?
— Nie lubisz mojego brata. Mój brat nie lubi ciebie. Ale mnie to nie obchodzi. Ciągle się na siebie rzucacie jak mali chłopcy na placu zabaw. To wyczerpujące. Możecie sobie iść mierzyć fiuty, albo co tam lubicie ze sobą robić, później. Kiedy mnie nie będzie w pobliżu. To dla mnie świetna okazja i po prostu wykonuję swoją pracę. Jak dorosła kobieta z zawodowymi celami. Bo — akcentuje każde słowo, wbijając mi palec w klatkę piersiową. — Mnie. To. Nie. Obchodzi.
Opuszczam brodę i zatrzymuję wzrok na tym zaczepnym palcu.
— Nigdy nie mierzylibyśmy fiutów. On już wie, że ma mniejszego.
Uśmiecha się i sięga ręką, żeby poklepać mnie protekcjonalnie po ramieniu.
— Chyba ten twój wielki fiut nie pomógł ci wygrać mistrzostw w tym roku, co?
Wpycham język w policzek, powstrzymując się od odpowiedzi na tę szpilę. Ma rację. Nie powinienem wyładowywać na niej swojej frustracji. Wycofuję się więc i sięgam za siebie, żeby otworzyć drzwi.
— Proszę bardzo. Idź rozejrzeć się po terenie, żebyście ty i Theo mogli się z tego później pośmiać.
Rusza, żeby wejść do domu, ale zatrzymuje się gwałtownie i przechyla głowę, gdy mi się przygląda.
— Nie zrobiłabym tego.
— Czego?
Pachnie świeżo, jak proszek do prania.
— Nie powiedziałabym nikomu o tym wszystkim… o tobie… mojemu bratu.
Unoszę brew, dając jej do zrozumienia, że w to nie wierzę.
— Powiedziałeś komuś o tamtej nocy?
W żołądku formuje mi się kamień, jak zawsze, gdy wspominam tamtą noc na statku.
— Nie. Nie wydawało mi się, że to historia do opowiadania.
Wpatruje się w moją twarz, jakby czegoś w niej szukała. Prawdy, być może. Ale to jest prawda.
— A ty komuś powiedziałaś? — pytam z ciekawością. Przechylam głowę, przypominając sobie pewną rozmowę. — Bo kiedyś zapytałem Theo, jak się masz. Naprawdę chciałem sprawdzić. Ale powiedział mi, żebym się odpierdolił, więc zrozumiałem, że raczej nie wie.
Jej usta drgają, gdy kontynuuje gładko:
— Powiedziałam psycholożce na uczelni. Bardzo mi pomogła. Poza tym nie było to coś, co chciałam roztrząsać z rodziną czy przyjaciółmi. Nic się nie stało. Idziemy dalej.
Patrzę na nią, zastanawiając się, czy to prawda, czy tylko sama chce w to wierzyć. Bo wydaje mi się, że jednak coś się stało. Ale rozumiem też niechęć do dzielenia się każdą traumą — sam nie mam prawa nikogo pouczać w tej kwestii. Więc mówię tylko:
— Cieszę się, że tak to widzisz.
Kiwa raz głową.
— Cóż, ten program też nie wydaje mi się moją historią do opowiadania. Poza tym podpisałam umowę o poufności. — Potem mija mnie, a jej ramię ociera się o moje, gdy mruczy: — Więc chyba jesteśmy kwita.
Patrzę, jak wchodzi do mojego rodzinnego domu. Mojej jedynej bezpiecznej przystani na świecie. I choć niezbyt szybko obdarzam ludzi zaufaniem, jest w Julii coś solidnego, co mówi mi, że każde jej słowo było szczere.
Dwa lata temu…
Nasze spojrzenia spotykają się ponad barem i przez chwilę nie możemy oderwać od siebie wzroku.
Unosi jedną ręką na czoło czarne okulary retro, żeby przyjrzeć mi się dokładniej. Jej wzrok wędruje po mojej nagiej klatce piersiowej i kąpielówkach i zatrzymuje się na klapkach na moich stopach, zanim powoli wróci do mojej twarzy. Muzyka dudni tak głośno w otwartej strefie basenowej, że słyszę tylko ciężki bas. Ten, który zdaje się bić w rytm krwi pulsującej w moich żyłach.
Przygląda mi się krytycznie, ale wyraz jej twarzy jest pusty, wręcz znudzony. Opuszcza okulary z powrotem na nos. A potem — jakby mnie oceniła i uznała za całkowicie niegodnego uwagi — odwraca się do mnie plecami.
Dhruv klepie mnie po ramieniu ze współczuciem, a Caleb odrywa usta od słomki w swoim drinku tylko po to, żeby zaśmiać się z tego cichego, ale brutalnego odrzucenia.
— Kurde! Trzydziestka zabiła twój urok — wykrzykuje Caleb, a Dhruv przytakuje.
Przewracam oczami i biorę łyk piwa, zanim raczę odpowiedzieć swoim dwóm najlepszym kumplom z liceum.
— Wszyscy wiemy, że to nieprawda — odpowiadam. Nie widzieliśmy się od wieków, więc kiedy zaprosili mnie na karaibski rejs w czasie świąt, pomyślałem: a czemu nie?
W WBRF jestem w trasie od listopada do maja, z przerwą na Boże Narodzenie. Ale moi rodzice zginęli właśnie w święta, więc atmosfera w domu jest zawsze trochę… zbyt sentymentalna. Oznacza to, że moja rodzina spędza nieproporcjonalnie dużo czasu na rozmowach o uczuciach i wspominaniu rodziców, a ja wolę unikać jednego i drugiego. I choć jestem pewien, że woleliby, abym się pojawił, kochają mnie na tyle, żeby pozwolić mi robić to, co muszę.
Najwyraźniej układ planet sprzyjał temu wyjazdowi kumpli z liceum, bo bilety były tanie, rodzina Dhruva nie obchodzi świąt Bożego Narodzenia, a Caleb jest jedynakiem, którego rodzice zaplanowali wyjazd do Paryża bez niego.
Ale to, o czym zapomnieli wspomnieć, gdy mnie namawiali na ten pomysł, to fakt, że to rejs dla singli. I choć wszyscy jesteśmy bardzo, bardzo samotni, utknięcie na morzu z tysiącami ludzi szukającymi związku nie do końca pasuje do mojego wyobrażenia dobrej zabawy.
Zwłaszcza gdy ona tu jest.
Dziwnie jest widzieć ją poza światem rodeo albo nie przypadkiem gdzieś w mieście. W sezonie moją bazą jest mieszkanie w Calgary ze względu na łatwy dostęp do międzynarodowego lotniska, ale wciąż często bywam na rodzinnej farmie w Emerald Lake. Do diabła, całą przerwę między sezonami spędzam, pracując właśnie tam.
To cud, że jeszcze na siebie nie wpadliśmy — świadectwo tego, jak absurdalnie ogromny jest ten głupi statek. Przynajmniej została tylko jedna noc na tym pływającym mieście. No dobra, nie było źle: drinki wliczone w cenę, niekończące się słońce i nadrabianie zaległości ze starymi przyjaciółmi, którzy nie gadali cały czas o wynikach, bykach i pracy, sprawiły, że przez tydzień naprawdę się zrelaksowałem.
— Zamierzasz nam kiedyś powiedzieć, dlaczego ta dziewczyna właśnie spojrzała na ciebie jak na gumę przyklejoną do podeszwy jej buta? — pyta Dhruv, przerywając moje refleksje.
Śmiech dudni mi w gardle, bo dokładnie tak na mnie spojrzała.
Poddaję się i rzucam kolejne spojrzenie w jej kierunku.
Z okularami wciąż pewnie osadzonymi na twarzy trzyma drinka w ręce, błyskając licznymi złotymi pierścionkami na palcach i bransoletkami na nadgarstku. Jej ciemnoróżowe bikini przyciąga wzrok, a biała chusta zawiązana wokół talii niemal lśni na jej skórze, po tygodniu spędzonym na słońcu bardziej opalonej niż zwykle. Zaczesała ciemnobrązowe włosy w niski, ciasny kok, który nie wygląda, jakby miało jej być w nim wygodnie.
Otacza ją grupa mężczyzn i kobiet mniej więcej w jej wieku, ale jest jeden facet, który przysunął się do niej szczególnie blisko, podczas gdy dwóch innych odgrywa dramatyczną rekonstrukcję opowiadanej historii. Wszyscy walczą o jej uwagę, ale czemu mieliby tego nie robić? Jej brat mnie irytuje, ale nawet ja muszę przyznać, że mają dobre geny.
I nie mogę przestać się zastanawiać, jaka jest dynamika między nią a tym typem, który się tak do niej klei. Nie żeby to miało znaczenie i nie żebym się przejmował. Jest z dużą grupą ludzi i wydaje się dobrze bawić, co zupełnie mi nie przeszkadza, chociaż udaje, że mnie nie widzi.
Odwracam się więc z powrotem do swoich przyjaciół, którzy cierpliwie czekają, aż wyjaśnię cichą wymianę spojrzeń, której właśnie byli świadkami.
— To młodsza siostra mojego największego konkurenta. Julia Silva.
— Więc… powinieneś podejść się przywitać? — pyta Caleb, a jego ton zdradza dezorientację.
Uśmiech wykrzywia mi usta, gdy wyobrażam sobie, jak maszeruję tam tylko po to, żeby się przywitać.
Och, ależ to by ją wkurzyło. I Theo też… Co sprawia, że mam jeszcze większą ochotę to zrobić.
— Nie. Może „konkurent” to nie jest właściwe słowo na określenie Theo Silvy. Rywal? Wróg? Nienawidzi mnie, a przez to jestem pewien, że ona też. Więc bardzo wątpię, żeby chciała, żebym się przywitał.
Chłopaki znów na nią patrzą. Nie śledzą tego sportu, ale nawet oni rozpoznają nazwisko Silva.
— Cóż — oznajmia Dhruv z niedowierzającym śmiechem. — O gustach się nie dyskutuje, a przed nami tylko jedna noc w raju. — Unosi drinka. — Więc toast za hejterów. Obyśmy ich znali. Obyśmy nimi byli. Ale przede wszystkim oby Emmett pokonał ich w tym sezonie!
Caleb i ja śmiejemy się i dołączamy do toastu. Bo naprawdę — co jest lepszego niż utrzeć nosa swoim hejterom?
Zamawiamy kolejną kolejkę i zajmujemy miejsce przy wysokim stoliku, po czym przechodzimy do przyjemniejszych i ciekawszych tematów rozmowy.
Słońce zachodzi nisko nad horyzontem, malując statek marzycielskimi odcieniami różu, fioletu i złota, zanim zgaśnie, zabierając ze sobą ostatnie promienie naturalnego światła. Gdy noc spowija nas dookoła, rozmowa płynie swobodnie, podobnie jak drinki. DJ nie przestaje puszczać muzyki, a noc nabiera tej mglistej, eterycznej jakości, która przychodzi z upojnym szumem po zbyt dużej ilości alkoholu.
Został tylko jeden dzień przed powrotem do harówki, więc równie dobrze mogę się bawić, nawet jeśli jutrzejszy lot będzie przez to koszmarem.
Do naszego stolika dołącza kilka kobiet i niedługo potem Dhruv wychodzi z jedną z nich. Pozostałe dwie zostają i rozmawiają. Blondynka przykleja się do Caleba, a ruda do mnie. Zastanawiam się przelotnie, jak powinienem powiedzieć tej kobiecie, że jestem zbyt pijany, żeby dostać wzwodu, i że — choć wydaje się miła — wszystko, czego chcę, to upić się i pogadać z kumplami w naszą ostatnią wspólną noc.
Na trasie nie brakuje jednorazowych przygód. Od rodeo groupies po lokalne dziewczyny w barach… Przygody na jedną noc już dawno straciły dla mnie urok. To po prostu norma. I wciąż jest lepsza niż choćby myśl o stałym związku. Ale to nie jest ekscytujące. Nie ma dreszczyku, nie ma adrenaliny.
Poza tym dla mnie w tym wyjeździe chodziło o to, żeby pogadać ze starymi kumplami, którzy mieli trądzik w tym samym czasie co ja.
Mimo to kobieta, której imienia jakoś nie potrafię zapamiętać, dalej mówi i przesuwa paznokciami w górę i w dół mojego kręgosłupa. Daje mi zielone światło. Sprawa załatwiona. Pewna wygrana. I młodszy ja rzuciłby się na tę okazję, ale w wieku trzydziestu lat ze zdziwieniem odkrywam, że jestem… znudzony.
Dlatego właśnie znów spoglądam na Julię Silvę, która najwyraźniej świetnie się bawi, rozmawiając z tą samą grupą facetów.
Odwróciła się do jednego z mężczyzn, tyłem do stolika, gdzie wciąż stoi jej drink, choć jej dłoń pozostaje owinięta wokół szklanki. Mój wzrok przesuwa się na tego, który przez cały wieczór ochoczo przysuwał się do niej coraz bliżej. Obserwuje ją uważnie, a ręka schowana w kieszeni porusza się, jakby bawił się czymś w środku. Jego oczy odrywają się od niej tylko po to, żeby spojrzeć na drinka w jej dłoni.
Raz. Dwa razy. Trzy razy.
Praktycznie podskakuje na palcach, obserwując ją. Ciągle bawi się czymś w kieszeni.
Całe życie spędziłem, wypatrując tego typu dziwnej mowy ciała. Kiedyś wydawało mi się, że mój ojciec wybucha bez ostrzeżenia, ale to było, zanim nauczyłem się, na co zwracać uwagę.
Drobne sygnały, że czuł się zirytowany. Uśmieszek, który był tylko przykrywką dla okrutnego błysku w jego oku. Nigdy nie podniósł na mnie ręki — nie musiał. Słowami i grami psychologicznymi spieprzył mi życie równie skutecznie.
Unoszę podbródek, oceniając mężczyznę po drugiej stronie baru. Coś jest nie tak z jego zachowaniem, jest zbyt nerwowy, jakby zanadto czujny.
Julia zatacza się do tyłu, chwieje na nogach, a on, przysięgam, to przewidział. Jak gdyby jej niezdarność wcale go nie zaskoczyła.
Podtrzymuje ją i odgarnia luźne pasmo włosów z jej twarzy, żeby szepnąć jej coś do ucha, po czym przesuwa ustami po jej szyi. Ona śmieje się w odpowiedzi, rzucając mu spojrzenie, które nie jest trudne do odczytania.
Potem on sięga po jej nadgarstek i unosi dłoń z koktajlem, zachęcając ją do kolejnego łyka.
Ona podnosi drinka i pociąga łyk z zamroczonym uśmiechem, a gdy to robi, jeden z pozostałych mężczyzn subtelnie kiwa brodą do swojego kumpla.
Zaciska mi się żołądek. Gwałtownie, szybko, pali nerwowym gorącem, gdy uświadamiam sobie, co obserwuję. Gdy spędza się wystarczająco dużo czasu w trasie, mieszkając w hotelach i imprezując w obskurnych barach, widzi się wszystko: to, co w ludziach najlepsze, ale częściej to, co najgorsze.
Julia nie wygląda, jakby w ogóle zdawała sobie sprawę, co się dzieje, ale faceci, z którymi jest, doskonale wiedzą.
Nagle jestem nieskończenie bardziej trzeźwy.
Strząsam rękę rudej, zrywam się ze stołka i odchodzę od stolika bez słowa. Przyspieszam kroku, gdy przeciskam się przez tłum wijących się ciał w kierunku stolika Julii. Zanim tam dotrę, szmaciarz numer jeden musi ją praktycznie podtrzymywać, żeby stała w pionie.
Nie waham się. Nawet się nie zatrzymuję, żeby pomyśleć. Wślizguję się obok niej, obejmuję ją ramieniem w pasie i chwytam za biodro drugą ręką, przyciągając ją do siebie. Jej dłonie lądują na mojej nagiej piersi, a ja wyciągam rękę i pcham faceta mocno w klatę.
— Co do kurwy?! — krzyczy, rozlewając drinka i walcząc o równowagę.
Grupa ludzi wokół nas zastyga, wszyscy się gapią, podczas gdy muzyka dudni dalej.
— Co ty sobie, kurwa, myślisz? — mówi facet, podchodząc bliżej i strzepując colę z rąk. Wygląda jak studencki Dracula ze swoimi zaczesanymi do tyłu ciemnymi włosami, kocimi rysami i oczami niemal czarnymi od oburzenia.
— Psuję ci plany, gnoju — odpowiadam, przyciągając Julię bliżej do siebie, gdy cofam się od grupy facetów. Jej głowa opada, jakby jej szyja pozbawiona była kości, gdy usiłuje na mnie spojrzeć.
Pochylam się, żeby jej się przyjrzeć.
— Nieee. — To jej pierwsze bełkotliwe słowo w moim kierunku. A zaraz potem: — Jesteś do dupy.
Brzmi, jakby miała usta pełne kamieni, a jej ciało robi się coraz cięższe z każdą sekundą. Uderza czołem w mój mostek, przegrywając walkę z grawitacją.
— Wiem — mruczę pod nosem, choć wątpię, że mnie słyszy. Może i jestem do dupy, ale nie tak bardzo jak ten gość. I byłbym o wiele bardziej do dupy, gdybym jej nie pomógł.
Przenoszę uwagę z powrotem na ścianę kolesi przede mną i unoszę brew.
Wampirzy facet podchodzi bliżej, jakby zamierzał coś z tym zrobić.
— Za kogo ty się, kurwa, uważasz? — Rusza w moją stronę, jak gdybym to ja był problemem, a on miał rozwiązanie.
Ale nie spędzasz całego życia jako zadziorny, nielubiany wichrzyciel, żeby nie mieć planu.
Mam więc plan.
W chwili, gdy zbliża się wystarczająco, moje kolano wystrzeliwuje w górę i trafia go prosto w jaja. Powietrze gwałtownie uchodzące z jego płuc to muzyka dla moich uszu. A gdy składa się wpół jak tani leżak, moja ręka nurkuje do jego kieszeni i wyciąga małą plastikową torebkę z tabletkami.
Wciąż jest zgięty, gdy wysypuję je przed nim. Rozsypują się po podłodze jak grad podczas letniej burzy. Małe białe tabletki odbijają się od betonowej powierzchni. Wokół basenu jest głośno, ale przysięgam, że każde ich stuknięcie rozbrzmiewa jak wystrzał.
Szeroko otwarte oczy i zszokowane szepty rozchodzą się jak pożar przez tłum, gdy wszyscy łączą fakty — kobietę osuwającą się w moich ramionach z mężczyzną otoczonym tabletkami. Kilka dziewczyn oznajmia, że idzie po ochronę statku, a ja kiwam im głową w podziękowaniu.
— Chodźmy do lekarza — mówię do Julii, ale poczuwszy lekkie puknięcie w szyję, spoglądam w dół. Opuszek palca Julii jest lekki jak piórko na mojej skórze, jakby ledwo mogła zebrać siły.
— Żadnego lekarza. Po prostu mnie stąd zabierz. — Wydycha słowa słabo, ale słyszę ją głośno i wyraźnie. I choć chętnie zostałbym, żeby kopnąć gościa w twarz, gdy leży, Julia traci przytomność w moich ramionach, a to coś, na co nigdy by świadomie nie pozwoliła.
Więc zamiast szukać zemsty, szanuję jej życzenie i podnoszę jej bezwładne ciało, odwracając się od konfrontacji.
Jej mała fioletowa torebka, wciąż przewieszona przez ramię na delikatnym złotym łańcuszku, uderza o moją nogę z każdym krokiem, gdy przemierzam statek. Julia jest zdecydowanie za ciężka, żebym mógł poczuć jakąkolwiek ulgę. Zamiast tego niosę ją do swojego pokoju z przytłaczającym poczuciem przerażenia.
Wiem tylko tyle, że poprosiła, żebym ją stąd zabrał.
Więc to robię.
Dwa lata temu…
Budzę się gwałtownie, świadomość wraca nagle, podrywam się do siadu. To niemal fizyczne uczucie, jakby ktoś podłączył mnie do gniazdka elektrycznego i przywrócił do życia w mgnieniu oka.
Przecieram ciężkie powieki, po czym obracam zesztywniały kark, żeby rozejrzeć się po otoczeniu. Jest jasno, pełne słońce. Siedzę na łóżku, w pokoju, który wygląda jak mój. Ale nie jest. W rogu stoi czerwona walizka, a na niej leżą męskie kąpielówki.
Kąpielówki, których nie rozpoznaję. Spędziłam kilka dni w tym tygodniu przy basenie z facetem o imieniu Jesse i jego grupą znajomych, ale nie sądzę, żebym widziała któregokolwiek z nich w jaskraworóżowych kąpielówkach.
Czuję narastające przerażenie, serce zaczyna mi walić jak młotem, a do oczu napływają łzy. Wybrałam się na ten rejs jako na fajny wypad świąteczny z mamą. Od dawna jest singielką, a to rejs dla wszystkich grup wiekowych, więc powiedziałam jej, że pojadę z nią, na wypadek gdyby wszyscy faceci w jej wieku okazali się beznadziejni. Wtedy zamieniłybyśmy to w babski tydzień na Karaibach. Poza tym planowałam odpocząć, odespać, poczytać trochę i oderwać się od wszystkiego.
Pracowałam w lokalnej lodziarni kilka dni w tygodniu, jednocześnie studiując dziennie. Ale teraz wreszcie ukończyłam ostatni semestr studiów licencjackich na Uniwersytecie Emerald Lake. Studia magisterskie zaczynają się w styczniu, więc to była moja ostatnia szansa na odpoczynek, zanim znów będę musiała zabrać się do intensywnej nauki.
Chciałam po prostu uciec od śniegu, a to wydawało się fajną opcją.
Ale teraz nie jest fajnie. Nie wiem, gdzie jestem ani jak się tu znalazłam, i jestem przerażona.
Właściwie nie. Jestem bardziej niż przerażona.
Mam dwadzieścia trzy lata i nagle jedyne, czego chcę, to do mamy.
Spoglądając w dół, zauważam, że mam na sobie kostium kąpielowy, a wokół ciała owinięty ręcznik. Pościel jest lekko wilgotna.
Mój oddech przyspiesza. Panicznie poklepuję pościel wokół siebie, szukając małej torebki na pasku i swojego telefonu. Gramolę się spod prześcieradeł i sprawdzam na stoliku nocnym. Leżą na nim moje starannie złożone okulary przeciwsłoneczne.
Klęcząc na łóżku w pokoju obcego człowieka, kładę jedną rękę na piersi i zamykam oczy, zmuszając się do wzięcia głębokiego oddechu zamiast tych gorączkowych, płytkich.
Byłam przy barze basenowym.
ZJessem ijego znajomymi.
Mama poszła na randkę.
Umówiłyśmy się, że spotkamy się wnaszej kajucie.
Zobaczyłam tego kanałowego szczura, Emmetta Busha, po drugiej stronie baru.
Podziękowałam swojej szczęśliwej gwieździe, że nie wpadłam na niego wcześniej.
Piłam rum zcolą.
Zrobiło się ciemno.
Jesse chciał, żebym znim wyszła.
Powiedziałam mu, że chcę zostać na jeszcze jednego drinka ipotem wrócę sama.
A potem…
Nic.
Wszystko, co pamiętam, to… pustka. Nie przypomina to tych zamglonych wspomnień, które wiążą się z wypiciem zbyt dużej ilości alkoholu. To jakby martwa pustka.
Przecieram dłońmi szyję, twarz i przesuwam je przez rozpuszczone włosy. Zamieram w bezruchu. Wczoraj miałam włosy związane w niski kok na karku.
Nic nie ma sensu. Wiem tylko, że muszę stąd wyjść.
Czołgam się na koniec łóżka i spuszczam nogi na podłogę, po czym zatrzymuję się i nasłuchuję. Mój wzrok przesuwa się na łazienkę, której drzwi są uchylone, a wszystkie światła w środku zgaszone.
Kręci mi się w głowie, gdy moje palce dotykają chłodnej posadzki, ale jakoś ten chłód uziemia mnie w momencie, gdy czuję się kompletnie bezradna. Podnoszę się i wstaję, a wtedy spoglądam przez szklane drzwi balkonowe i to widzę.
A raczej jego.
Emmett, kurwa, Bush. Na zewnątrz, na balkonie, śpiący na leżaku. Jego widok zatrzymuje mnie w miejscu. Szare dresy zwisające nisko na biodrach. Bose stopy rozrzucone, jedna ręka przerzucona przez nagi wyrzeźbiony tors, druga podłożona pod potargane ciemnoblond włosy.
Ma w sobie coś z Jamesa Deana, ale jest bardziej masywny.
Jego twarz? Opalona na złoto, ale z szorstkim wyrazem.
Jego reputacja? Jeśli wierzyć mojemu bratu, Emmett jest dupkiem i podrywaczem.
Nie żebym widziała wiele dowodów na to, że Emmett jest porządnym facetem. Nasze drogi krzyżowały się głównie wtedy, gdy spotykałam się z Theo na imprezach WBRF. Rodzina Emmetta ma farmę na obrzeżach tego samego miasteczka, gdzie mieszkam z mamą, ale rzadko go tu widać. Albo po prostu nie obracamy się w tych samych kręgach.
Słyszałam złośliwe uwagi, którymi obrzucał Theo po trudnej przegranej. Widziałam, jak zachowuje się, jakby był królem świata. Byłam świadkiem tego pewnego siebie kroku i uśmiechu, który sprawia, że laski same wyskakują z majtek, ilekroć on tego zechce. I słyszałam szeptane po miasteczku opowieści o jego podbojach i niekończącym się paśmie przelotnych podrywów.
Theo zawsze mi powtarzał, żebym trzymała się od niego z daleka, i to słuszne ostrzeżenie, wynikające z braterskiej miłości. Ale patrząc teraz na Emmetta, rozumiem, dlaczego kobiety ignorują znaki ostrzegawcze wokół niego. Oczywiście nadal musiałyby znosić jego osobowość.
I zastanawiam się, czy właśnie to przydarzyło mi się zeszłej nocy.
Stoję tam, wpatrując się przez szybę w tego dupkowatego Adonisa drzemiącego na tarasie. Moje oczy się zwężają, gdy przyglądam się jego śpiącej sylwetce, a moje spojrzenie staje się coraz bardziej intensywne. I chyba wpatruję się wystarczająco mocno, żeby go obudzić, bo jego błękitne oczy nagle się otwierają i skupiają na mnie.
Przez kilka sekund po prostu się na siebie gapimy. Mój strach z każdym uderzeniem serca przemienia się w furię. Na tyle, że ruszam w jego stronę, szarpię za szklane drzwi i przyciskam stopę do końca jego leżaka. Ruch odpycha go do tyłu, a metalowa rama uderza groźnie o szklaną barierkę balkonu.
— Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?
Emmett podrywa się do siadu, unosząc ręce, jakby się poddawał.
Moje nozdrza rozszerzają się z każdym wzburzonym oddechem, a on delikatnie przechyla głowę, jak gdyby miał do czynienia z dzikim zwierzęciem.
— Hej, hej. Niczego sobie nie wyobrażam…
— Przespaliśmy się? — wyrzucam z siebie, bo potrzebuję wiedzieć, co, do cholery, wydarzyło się podczas tych godzin, których nie jestem w stanie sobie przypomnieć.
Jego oczy przesuwają się po moim ciele, ale wygląda na zniesmaczonego moim pytaniem.
— Kurwa, nie. Nie zrobiłbym czegoś takiego.
Krzyżuję ramiona w żałosnej próbie zasłonięcia się przed jego wzrokiem, choć niewiele zakrywają, gdy mam na sobie bikini.
— Wybacz, że ci nie wierzę.
Ale pod ramieniem czuję krawędź karty do pokoju, tej, którą wczoraj wieczorem wsunęłam do miseczki stanika dla bezpieczeństwa.
Nadal tam jest, nie wysunęła się.
Moje oskarżenie zostaje obalone w kilka sekund. Ale najwyraźniej zdążyłam obrazić mężczyznę przede mną.
Emmett się prostuje i teraz jego spojrzenie jest wściekłe.
— Wierz, w co chcesz. Wiele można o mnie powiedzieć, ale nie jestem gwałcicielem.
Sposób, w jaki wypluwa te słowa, zatrzymuje mnie w miejscu. Odchylam głowę do tyłu, jakby zadał mi fizyczny cios. Złość ze mnie uchodzi, a na jej miejsce wkrada się strach. Czuję, jak krew zastyga mi w żyłach.
— Co?
— Ten facet, z którym byłaś, dorzucił ci coś do drinka. Obserwowałem z drugiego końca baru, kiedy to do mnie dotarło. Zainterweniowałem. Poprosiłaś, żebym cię stamtąd zabrał, i to zrobiłem.
Gardło mi się ściska. Wszystkie słowa, którymi zamierzałam w niego cisnąć, więdną i umierają na moim języku.
— Nie pamiętam… niczego z tego — przyznaję, a mój głos się łamie, gdy gorączkowo przeszukuję pamięć w poszukiwaniu jakiegokolwiek strzępu tego wspomnienia.
— Chciałem cię zabrać do lekarza, ale nie chciałaś, więc… — Emmett napina się, jakby zamierzał wstać, a ja się cofam, robiąc szybki krok w tył. Nie chcę, żeby teraz nade mną górował.
Jego wzrok przesuwa się na moje stopy, zarejestrowawszy ruch. Emmett się zatrzymuje. Wyciąga jedną dłoń w uspokajającym geście i siada z powrotem na leżaku, dając mi przestrzeń, której teraz potrzebuję.
Z moich ust wyrywa się westchnienie ulgi i dopiero wtedy kontynuuje.
— Słuchaj. Spałem tu na zewnątrz, bo to najdalej, jak mogłem się od ciebie odsunąć bez wyrzucania się za burtę. Było ci niedobrze, więc spłukałem cię pod prysznicem, owinąłem ręcznikiem i położyłem w moim łóżku. Nie pozwoliłem sobie na absolutnie nic, poza sprawdzaniem, czy oddychasz, bo byłaś taka bezwładna i nieprzytomna.
Teraz robi pauzę. Przechyla głowę, jakby się zastanawiał, czy powiedzieć więcej. Potem wyznaje:
— I rozplątałem ci kok, bo wyglądał na niewygodny, a moja siostra kiedyś mi powiedziała, że spanie z ciasno związanymi włosami im szkodzi.
Jego twarz i głos wydają się całkowicie szczere. Patrzy na mnie szeroko otwartymi błękitnymi oczami i jakoś to zachowanie ze strony słynnego beztroskiego babiarza Emmetta Busha wywołuje u mnie kompletną dezorientację.
— Martwiłeś się o moje włosy? — To moja głupia dysocjacyjna odpowiedź na wszystko, co właśnie mi powiedział.
Wzrusza ramionami, wpatrując się we mnie uważnie. I choćbym nie wiem jak się starała, nie jestem w stanie dostrzec w nim w tej chwili niczego groźnego.
— Po prostu się martwiłem.
Jego słowa — prostota tego zdania — sprawiają, że powietrze uchodzi mi z płuc. Nie wiem, co o tym myśleć. O wczorajszej nocy, o tym poranku. Onim.
Wszystko wydaje się postawione na głowie i nic nie jest tak, jak powinno.
— Dziękuję — mówię po prostu. Bo co innego mogę powiedzieć? Co innego mogę zrobić? Jestem wdzięczna. Ale moja głowa pęka od natłoku myśli, a całe ciało tęskni za domem. Za moim łóżkiem, za śniegiem, za zimowymi butami i za późnymi wieczorami spędzonymi w bibliotece na kampusie. Zadowoliłabym się schowaniem się pod kocem i czytaniem dobrej książki przy latarce.
Nagle ogarnia mnie wyczerpanie.
Emmett kiwa mi ostrożnie głową.
— Nie ma za co. Jeśli chcesz to zgłosić, podejrzewam, że jest przetrzymywany przez…
Ogarnięta nagłą falą nieśmiałości uciekam wzrokiem od jego przenikliwego spojrzenia i mu przerywam, mówiąc:
— Gdzie jest moje pareo?
— Ten biały szal? Wyprałem go. Wisi na drążku nad prysznicem.
Wyprał go.
— Moja torebka?
— Na haku przy drzwiach.
Kiwam szybko głową, czując, że do oczu zaczynają napływać mi łzy. Odwracam się pospiesznie, zanim zdążą popłynąć, i cicho rzucam „dziękuję”, jakby to jedno słowo mogło wyrazić całą moją wdzięczność za to, co dla mnie zrobił.
Zaczynam mieć mdłości, a tępy ból głowy narasta do nowego poziomu, gdy przemierzam pokój Emmetta. Chwytam okulary przeciwsłoneczne z nocnego stolika i zaglądam do łazienki, gdzie moje pareo wisi na drążku. Dokładnie tak, jak powiedział.
Gdy je zdejmuję, uderza mnie fala imbirowego zapachu. Jest korzenny i świeży, a kiedy przykładam materiał do nosa i głęboko wdycham powietrze, mdłości związane z wydarzeniami poprzedniej nocy ustępują. Wyobrażam sobie, jak Emmett pochyla się nad umywalką, zmywając moje wymiociny z tkaniny gołymi rękami.
Czuję się zażenowana i mam wrażenie, że jestem mu coś dłużna, za pomoc, za to, że mnie uratował i zaopiekował się mną. A nie chcę być Emmettowi dłużna ani jednej cholernej rzeczy.
