Fenomen człowieka. O precyzyjnym dostrojeniu natury do istnienia ludzi - Denton Michael   - ebook

Fenomen człowieka. O precyzyjnym dostrojeniu natury do istnienia ludzi ebook

Denton Michael  

0,0

Opis

Od czasów rewolucji naukowej w XVI wieku w środowisku naukowym panuje przekonanie, że ludzie są – jak to wyraził paleontolog Stephen Jay Gould – jedynie „ucieleśnieniem przypadkowości”, a nie czymś szczególnym we Wszechświecie. Według biochemika Michaela Dentona, który mistrzowsko dokumentuje najnowsze odkrycia nauki, jest zupełnie inaczej. Kosmos jest zdumiewająco dobrze przystosowany do życia – nie tylko jego prostych form, ale również tych bardziej złożonych, opartych na węglu i oddychających powietrzem, na czele z dwunożnymi, wędrującymi po lądzie i rozwijającymi technologię istotami o znanej nam anatomii i fizjologii. 

Staliśmy się władcami ognia, wytwórcami narzędzi i ostatecznie wyruszyliśmy w kosmos – pisze Denton. – Stworzyliśmy łazik Curiosity, drony wielkości pszczół i laser zdolny oświetlić Księżyc. Wszystko to nie było wyłącznie zasługą naszego ludzkiego geniuszu, zawdzięczmy to także fortunnym uwarunkowaniom występującym na naszej planecie, a także fortunnym własnościom bardzo wielu pierwiastków układu okresowego oraz ich związków. Wyjątkowe przystosowanie wbudowane w przyrodę utorowało nam drogę prowadzącą do niezliczonych odkryć i innowacji technicznych. 

Świadectwa naukowe przedstawione w książce są mocnym argumentem na rzecz perspektywy antropocentrycznej, czyli twierdzenia, że Wszechświat jest nakierowany na człowieka i dla niego uporządkowany. Dzięki wyjątkowemu, popartemu obserwacjami przystosowaniu praw przyrody do naszego istnienia mogliśmy podążać drogą rozwoju od epoki kamienia łupanego do zaawansowanej cywilizacji technicznej.  

Denton przywołuje odkrycia między innymi z zakresu biologii i chemii, które ku zdumieniu naukowców konsekwentnie wykazują, że życie na Ziemi jest zjawiskiem o szczególnym charakterze. Autor podkreśla przy tym, że to twierdzenie nie oznacza cofnięcia się nauki do czasów średniowiecznych – wręcz przeciwnie, oznacza jej rozwój oraz interpretację danych naukowych najbardziej zgodną z tym, co odkrywamy o prawach rządzących Wszechświatem.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
Windows

Liczba stron: 396

Rok wydania: 2024

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Ty­tuł ory­gi­nałuThe Mi­racle of Man: The Fine Tu­ning of Na­ture for Hu­man Exi­stence
Co­py­ri­ght © 2023 by Di­sco­very In­sti­tute, All Ri­ghts Re­se­rved
Co­py­ri­ght © for the Po­lish edi­tion by Fun­da­cja En Ar­che, War­szawa 2024
Prze­kładALEK­SAN­DER GO­MOLA
Re­dak­tor na­ukowy se­riiprof. dr hab. KA­ZI­MIERZ JOD­KOW­SKI
Re­dak­tor pro­wa­dzącaKA­TA­RZYNA ŁO­PA­CIUK
Re­dak­cja me­ry­to­ryczna dr hab. KRZYSZ­TOF KI­LIAN, prof. UZ
Re­dak­cja ję­zy­kowaKA­TA­RZYNA ŁO­PA­CIUK
Ko­rektaIWONA KRA­KO­WIAK-RO­MA­NIUK
Pro­jekt okładkiEWA JA­BŁOŃ­SKA
Pro­jekt gra­ficznyMA­RIA RO­SŁO­NIEC
SkładELŻ­BIETA PICH
Wy­da­nie I
ISBN 978-83-67363-97-6 (PDF) ISBN 978-83-67363-96-9 (EPUB)
Fun­da­cja En Ar­che al. Nie­pod­le­gło­ści 124, lok. 26 02-577 War­szawabiuro@enar­che.pl Księ­gar­nia in­ter­ne­towa:enar­che.pl/ksie­gar­nia/

SE­RIA WY­JĄT­KOWY GA­TU­NEK

Czy lu­dzie są przy­pad­ko­wymi wy­two­rami śle­pego i obo­jęt­nego Wszech­świata? A może są be­ne­fi­cjen­tami uprzed­nio za­pla­no­wa­nego ko­smicz­nego po­rządku, dzięki któ­remu mo­gli po­wstać i się roz­wi­jać? Mi­chael Den­ton, świa­to­wej sławy au­stra­lij­ski bio­che­mik, przed­sta­wia se­rię da­nych na­uko­wych z ta­kich dzie­dzin, jak fi­zyka, che­mia czy bio­lo­gia – szcze­gólną uwagę zwra­ca­jąc na wła­ści­wo­ści wę­gla, wody i tlenu – i do­cho­dzi do nie­oczy­wi­stego dla dzi­siej­szych ba­da­czy wnio­sku, że nasz Wszech­świat zo­stał tak za­pro­jek­to­wany, by po­ja­wiło się ży­cie, a zwłasz­cza in­te­li­gentne ży­cie.

Den­ton w pew­nym sen­sie wraca do idei uprzy­wi­le­jo­wa­nej po­zy­cji czło­wieka, która od cza­sów Dar­wina nie cie­szyła się więk­szym za­in­te­re­so­wa­niem, ale ten po­wrót nie jest mo­ty­wo­wany re­li­gij­nie, lecz na­ukowo. Au­stra­lij­ski uczony jest kry­ty­kiem kre­acjo­ni­stycz­nego po­dej­ścia do świata przy­rody, zgod­nie z któ­rym czło­wiek jest istotą od­rębną od in­nych or­ga­ni­zmów. Den­ton twier­dzi, że ist­nieje nie­prze­rwana cią­głość świata or­ga­nicz­nego, a wszyst­kie żywe istoty wy­stę­pu­jące na Ziemi są for­mami na­tu­ral­nymi w naj­głęb­szym sen­sie tego słowa – po­dob­nie jak na­tu­ralne są krysz­tały soli, atomy, wo­do­spady czy ga­lak­tyki. Czło­wiek także jest istotą na­tu­ralną, nie­mniej jego nie­po­wta­rzalne ce­chy spra­wiają, że można uznać go za wy­jąt­kowy ga­tu­nek.

Roz­dział 1

Wpro­wa­dze­nie

Ist­nieje jed­nak je­den na­ukowy wnio­sek, który pra­gnę przed­sta­wić jako po­zy­tywny i – jak ufam – owocny re­zul­tat ni­niej­szych do­cie­kań. Wła­sno­ści ma­te­rii i prze­bieg ewo­lu­cji ko­smicz­nej uznaje się obec­nie za ści­śle zwią­zane ze struk­turą istoty ży­wej i jej dzia­ła­niami; stają się za­tem znacz­nie waż­niej­sze w bio­lo­gii, niż do­tąd po­dej­rze­wano. Cały pro­ces ewo­lu­cyjny za­równo w wy­mia­rze ko­smicz­nym, jak i or­ga­nicz­nym, to jedna ca­łość, bio­log zaś może te­raz słusz­nie po­strze­gać wszech­świat w sa­mej jego isto­cie jako bio­cen­tryczny[1].

– Law­rence Hen­der­son

Rok 1543 był jed­nym z naj­bar­dziej brze­mien­nych w skutki w hi­sto­rii za­chod­niej cy­wi­li­za­cji. Nie był to rok żad­nej wiel­kiej bi­twy ani ra­dy­kal­nej zmiany rów­no­wagi sił na kon­ty­nen­cie eu­ro­pej­skim. Nie od­no­to­wano tego roku żad­nej wiel­kiej klę­ski ży­wio­ło­wej. Nie ko­ro­no­wano żad­nego króla. Jed­nakże to wła­śnie w tym roku miały miej­sce dwa wy­da­rze­nia o da­le­ko­sięż­nych i zmie­nia­ją­cych cał­ko­wi­cie do­tych­cza­sowy ob­raz świata kon­se­kwen­cjach, któ­rych nikt so­bie jesz­cze wów­czas nie wy­obra­żał.

Pierw­sze z nich za­po­cząt­ko­wało re­wo­lu­cję in­te­lek­tu­alną, która miała zde­tro­ni­zo­wać czło­wieka w po­rządku ko­smosu, usu­wa­jąc go z miej­sca, które zaj­mo­wał do­tych­czas przez dwa ty­siące lat, i zmie­nia­jąc cały za­chodni spo­sób my­śle­nia[2].

Wio­sną tam­tego roku Mi­ko­łaj Ko­per­nik, zło­żony cho­robą, cze­kał na pierw­szy eg­zem­plarz swo­jego dzieła De re­vo­lu­tio­ni­bus [O ob­ro­tach], który miał mu przy­słać jego wy­dawca z No­rym­bergi. Dzieło pol­skiego astro­noma, zry­wa­jąc z wie­lo­wie­kową po­wszechną mą­dro­ścią, wska­zy­wało, że cen­trum Układu Sło­necz­nego sta­nowi wła­śnie Słońce, a nie Zie­mia. Twier­dze­nie to zaś wielu za­częło po­strze­gać jako po­ważne wy­zwa­nie dla ugrun­to­wa­nego świa­to­po­glądu chrze­ści­jań­skiego Za­chodu, który od sta­ro­żyt­no­ści był za­równo geo­cen­tryczny, jak i an­tro­po­cen­tryczny[3]. Ten świa­to­po­gląd zo­stał uwiecz­niony w Bo­skiej ko­me­dii Dan­tego i z nie­za­chwia­nym prze­ko­na­niem pre­zen­to­wany był na wspa­nia­łych ze­ga­rach astro­no­micz­nych zdo­bią­cych fa­sady śre­dnio­wiecz­nych ka­tedr oraz in­nych bu­dowli[4].

Ilu­stra­cja 1.1. Tar­cza śre­dnio­wiecz­nego ze­gara przed­sta­wia­jąca Słońce, Księ­życ oraz gwiaz­do­zbiory ob­ra­ca­jące się wo­kół Ziemi (źró­dło: Pe­ter J.B. Green, 2006, li­cen­cja CC-BY-SA 3.0, Wi­ki­me­dia Com­mons).

Mniej wię­cej w tym sa­mym cza­sie, także wio­sną 1543 roku, młody ana­tom z ów­cze­snej czo­ło­wej wło­skiej szkoły me­dycz­nej, An­drzej We­sa­liusz (An­dreas Ve­sa­lius), do­pi­nał na ostatni gu­zik pu­bli­ka­cję swo­jego sied­mio­to­mo­wego ar­cy­dzieła, De hu­mani cor­po­ris fa­brica [O bu­do­wie ludz­kiego ciała], jed­nej z naj­bar­dziej zna­czą­cych prac po­świę­co­nych ana­to­mii czło­wieka, ja­kie kie­dy­kol­wiek uka­zały się dru­kiem, sta­no­wią­cej ogromny po­stęp w zo­bra­zo­wa­niu ludz­kiego ciała i jego na­rzą­dów, dla któ­rej pod­stawą były po raz pierw­szy wy­niki sek­cji ludz­kich zwłok, a nie wnio­sko­wa­nie z ana­to­mii zwie­rząt. Atlas ana­to­miczny De hu­mani cor­po­ris fa­brica wraz z kil­koma po­dob­nymi tek­stami z tego okresu zre­wo­lu­cjo­ni­zo­wał na­szą wie­dzę o ludz­kim ciele, kła­dąc pod­wa­liny pod no­wo­żytną bio­lo­gię jako na­ukę.

Za­uważmy, że ani dzieło We­sa­liu­sza, ani praca Ko­per­nika nie wska­zują na ja­ki­kol­wiek zwią­zek mię­dzy czło­wie­kiem a ko­smo­sem, mię­dzy bio­lo­gią a ko­smo­lo­gią, i nie znaj­dziemy w nich żad­nej wska­zówki su­ge­ru­ją­cej, że czło­wiek zaj­muje spe­cjalne i z góry usta­lone miej­sce we wszech­świe­cie, tak jak to po­wszech­nie przyj­mo­wano przed 1543 ro­kiem[5]. Ro­syj­ski hi­sto­ryk, me­die­wi­sta Aron Gu­rie­wicz pięk­nie opi­suje ów star­szy po­gląd, który wła­śnie od­cho­dził w nie­byt:

Dą­że­nie do uję­cia świata jako jed­no­ści prze­wija się przez wszyst­kie śre­dnio­wieczne „summy” en­cy­klo­pe­die i ety­mo­lo­gie. [...] Fi­lo­zo­fo­wie XII wieku mó­wią o po­trze­bie jej ba­da­nia, gdyż po­zna­jąc przy­rodę, czło­wiek od­naj­duje w jej wnę­trzu sa­mego sie­bie [...]. U pod­staw tych roz­wa­żań i wy­obra­żeń tkwi wiara w jed­ność i piękno świata, jak rów­nież i to, że cen­tralne miej­sce w stwo­rzo­nym przez Boga świe­cie na­leży do czło­wieka. [...] Jed­ność czło­wieka z wszech­świa­tem prze­ja­wiała się w prze­ni­ka­ją­cej ich har­mo­nii. Za­równo świa­tem, jak i czło­wie­kiem kie­ro­wała ko­smiczna mu­zyka, wy­ra­ża­jąca har­mo­nię ca­ło­ści i jej czło­nów i prze­ni­ka­jąca wszystko – od sfer nie­bie­skich do czło­wieka. Mu­sica hu­mana po­zo­staje w cał­ko­wi­tej zgod­no­ści z mu­sica mun­dana [mu­zyką wszech­świata][6].

Istot­nie, wi­zja po­rządku świata dwu­na­sto­wiecz­nych fi­lo­zo­fów była do tego stop­nia an­tro­po­cen­tryczna, iż, jak wy­ja­śnia Gu­rie­wicz:

[...] każda część ludz­kiego ciała od­po­wiada czę­ści wszech­świata: głowa – nie­bio­som, pierś – po­wie­trzu, brzuch – mo­rzu, nogi – ziemi, ko­ści są od­po­wied­ni­kiem ka­mieni, żyły – ga­łęzi[7].

Po 1543 roku ta wi­zja rze­czy­wi­sto­ści za­częła ustę­po­wać miej­sca in­nej per­spek­ty­wie i nie cho­dzi tylko o to, że he­lio­cen­tryczny mo­del Ko­per­nika usu­nął Zie­mię z cen­trum ko­smosu. Je­śli po­stawi się jego dzieło obok dzieła We­sa­liu­sza i prze­stu­diuje oraz po­równa jedno i dru­gie, nie znaj­dziemy w nich prak­tycz­nie ni­czego, co wska­zy­wa­łoby na jed­ność mię­dzy czło­wie­kiem a ko­smo­sem. I tak na przy­kład plą­ta­nina na­czyń krwio­no­śnych przed­sta­wiona przez We­sa­liu­sza zde­cy­do­wa­nie kon­tra­stuje z okrą­głą do­sko­na­ło­ścią or­bit pla­net przed­sta­wio­nych przez Ko­per­nika (zo­bacz: ilu­stra­cja 1.2.).

Ilu­stra­cja 1.2. Ry­cina przed­sta­wia­jąca na­czy­nia krwio­no­śne w ciele czło­wieka po­cho­dząca z De fa­brica An­drzeja We­sa­liu­sza oraz he­lio­cen­tryczny mo­del Układu Sło­necz­nego z De re­vo­lu­tio­ni­bus Mi­ko­łaja Ko­per­nika, obie prace zo­stały opu­bli­ko­wane w 1543 roku.

To wła­śnie ten dra­styczny roz­dź­więk mię­dzy czło­wie­kiem a ko­smo­sem − bul­wer­su­jący dla cy­wi­li­za­cji, która przez wieki za­kła­dała, że wszech­świat zo­stał spe­cjal­nie upo­rząd­ko­wany dla ludz­kiego ist­nie­nia − sta­no­wił pod­sta­wowe wy­zwa­nie dla po­wszech­nie przyj­mo­wa­nej kon­cep­cji ko­smosu jako głę­boko po­wią­za­nej ca­ło­ści na­kie­ro­wa­nej na ży­cie i ludz­kość.

We­dług Ste­phena Dicka zmiana ta spra­wiła, że „myśl eu­ro­pej­ska po­grą­żyła się w kry­zy­sie, z któ­rego praw­do­po­dob­nie jesz­cze się do­tąd nie wy­do­stała”[8]. Był to ol­brzymi wstrząs. Jak wska­zuje Ale­xan­dre Koyré w swo­jej kla­sycz­nej pracy Od za­mknię­tego świata do nie­skoń­czo­nego wszech­świata, czło­wiek „utra­cił swoje miej­sce w świe­cie albo, mó­wiąc pre­cy­zyj­niej, utra­cił świat, w któ­rym żył i o któ­rym my­ślał. W re­zul­ta­cie tych zmian mu­siał prze­kształ­cić i za­stą­pić no­wymi kon­cep­cjami nie tylko naj­bar­dziej za­sad­ni­cze po­ję­cia i atry­buty, lecz wręcz sam fun­da­ment, który de­ter­mi­no­wał jego myśl”[9].

Nowa fi­lo­zo­fia, jak ze smut­kiem przy­znał po­eta John Donne, „po­daje wszystko w wąt­pli­wość [...]. Wszystko w ka­wał­kach, cała spój­ność zni­kła”[10].

Po roku 1543

Pół wieku z okła­dem po uka­za­niu się O ob­ro­tach wło­ski fi­lo­zof i mi­styk Gior­dano Bruno wy­obra­ził so­bie nie­skoń­czony wszech­świat pe­łen pla­ne­tar­nych do­mów, ta­kich jak Zie­mia, za­miesz­ka­nych przez obce istoty, roz­cią­ga­jący się w nie­skoń­czo­ność w cza­sie i prze­strzeni. Za te twier­dze­nia (i za wie­rze­nia okul­ty­styczne) zo­stał uznany przez świętą in­kwi­zy­cję za he­re­tyka i 17 lu­tego 1600 roku spa­lony na sto­sie na rzym­skim Campo de’ Fiori. Jed­nak jego mę­czeń­ska śmierć nie ura­to­wała, bo i nie mo­gła, śre­dnio­wiecz­nego ko­smosu skon­cen­tro­wa­nego na czło­wieku. Już na po­czątku XVII wieku po­ja­wiły się pierw­sze oznaki obec­nego, świec­kiego du­cha czasu, a kul­tura za­chod­nia roz­po­częła długą wę­drówkę ku ni­hi­li­zmowi XXI wieku.

W 1610 roku, dzie­sięć lat po śmierci Gior­dana Bruna, Ga­li­le­usz za­pro­jek­to­wał i zbu­do­wał te­le­skop, a kiedy skie­ro­wał go w stronę noc­nego nieba, jako pierw­szy czło­wiek zo­ba­czył, że inne pla­nety na­szego Układu Sło­necz­nego były po­dobne do Ziemi, jedna z nich zaś – Jo­wisz oto­czony obie­ga­ją­cymi go księ­ży­cami – sta­no­wiła mi­nia­tu­rowy od­po­wied­nik Układu Sło­necz­nego. Ob­ser­wu­jąc gwiazdy, Ga­li­le­usz prze­ko­nał się także, że te­le­skop po­zwala do­strzec na nie­bie o wiele wię­cej rze­czy niż nie­uzbro­jone oko. To pro­wa­dziło to dal­szych ra­dy­kal­nych hi­po­tez, że być może każda gwiazda przy­po­mina na­sze Słońce, tyle że są one bar­dzo da­leko i jest ich być może nie­skoń­cze­nie wiele. Ob­ser­wa­cje te, opi­sane przez Ga­li­le­usza w 1610 roku w pracy Si­de­reus nun­cius [Gwiezdny po­sła­niec] – ko­lej­nej prze­ło­mo­wej pu­bli­ka­cji w hi­sto­rii astro­no­mii – dały hi­po­te­zie Bruna o wie­lo­ści świa­tów em­pi­ryczne wspar­cie.

Te­raz Zie­mia już nie tylko nie była cen­trum świata, lecz stała się jed­nym z nie­zli­czo­nych po­dob­nych ciał, któ­rych liczba mo­gła być nie­skoń­czona. Czło­wiek zaś może być tylko jed­nym ro­dza­jem in­te­li­gent­nej istoty wśród po­ten­cjal­nej nie­skoń­czo­no­ści in­nych in­te­li­gent­nych istot. Na po­czątku XVII wieku przed­sta­wie­nia ko­smosu, któ­rego cen­trum był czło­wiek, znaj­du­jące się na śre­dnio­wiecz­nych ze­ga­rach, spra­wiały wra­że­nie bez­na­dziej­nie prze­sta­rza­łych. W ciągu na­stęp­nego stu­le­cia roz­ziew mię­dzy jedną a drugą kon­cep­cją tylko się po­więk­szał za sprawą dal­szych po­stę­pów w astro­no­mii oraz w bio­lo­gii nie­wska­zu­ją­cych w żad­nym, na­wet naj­drob­niej­szym stop­niu, na ja­ki­kol­wiek zwią­zek lub zgod­ność mię­dzy tymi dwoma ob­sza­rami – mię­dzy fi­zyką a bio­lo­gią, mię­dzy czło­wie­kiem a ko­smo­sem.

Cyr­ku­la­cja krwi opi­sana przez Wil­liama Ha­rveya w pu­bli­ka­cji De motu cor­dis[11] oraz drobne or­ga­ni­zmy za­ob­ser­wo­wane przez sie­dem­na­sto­wiecz­nych mi­kro­sko­pi­stów i przed­sta­wione na ilu­stra­cjach w pracy Ro­berta Ho­oke’a Mi­cro­gra­phia[12] nie przy­czy­niły się by­naj­mniej do za­sy­pa­nia prze­pa­ści. Mi­kro­skop i te­le­skop ujaw­niły dwa od­le­głe od sie­bie światy i nie przed­sta­wiły ni­czego, co prze­ma­wia­łoby za śre­dnio­wieczną wi­zją ko­smosu, w któ­rym wszyst­kie rze­czy były ze sobą ce­lowo po­łą­czone.

Trend od­cho­dze­nia od śre­dnio­wiecz­nej wi­zji ko­smosu trwał bar­dzo długo i aż do po­łowy XIX wieku ko­lejne od­kry­cia w fi­zyce i bio­lo­gii nie do­star­czały naj­mniej­szych wska­zó­wek zdol­nych wspie­rać spójną, ce­chu­jącą się pew­no­ścią, skon­cen­tro­waną na czło­wieku wi­zję świata z XIII wieku osa­dzoną na fun­da­men­cie „te­le­olo­gicz­nego i or­ga­nicz­nego wzorca my­śle­nia”[13]. Nie było w pra­wach ru­chu New­tona, ciągu od­kryć do­ty­czą­cych elek­tro­ma­gne­ty­zmu ani w wy­ni­kach eks­pe­ry­men­tów che­micz­nych Prie­stleya i La­vo­isiera, ni­czego, co w oczy­wi­sty spo­sób wspie­ra­łoby dawny, skon­cen­tro­wany na czło­wieku świa­to­po­gląd. Po­dob­nie od­kry­cia z po­czątku XIX wieku w dzie­dzi­nie pa­le­on­to­lo­gii, ana­to­mii po­rów­naw­czej, bio­ge­ogra­fii oraz teo­rii ko­mórki nie do­star­czyły żad­nych oczy­wi­stych po­wo­dów, by przy­pusz­czać, że przy­roda zo­stała stwo­rzona z my­ślą o na­szym ist­nie­niu.

Po Dar­wi­nie

Ostatni akt roz­padu śre­dnio­wiecz­nej wi­zji świata skon­cen­tro­wa­nej na czło­wieku na­stą­pił w 1859 roku wraz z pu­bli­ka­cją pracy Ka­rola Dar­wina O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków. An­giel­ski przy­rod­nik ar­gu­men­to­wał w niej, że je­dy­nym czyn­ni­kiem przy­czy­no­wym od­po­wie­dzial­nym za po­wsta­nie wielu ga­tun­ków or­ga­ni­zmów na na­szej pla­ne­cie był ślepy me­cha­nizm do­boru na­tu­ral­nego od­dzia­łu­jący na lo­sowe zmien­no­ści. A je­śli ktoś jesz­cze nie do­strzegł, ja­kie miej­sce w ta­kim sche­ma­cie rze­czy­wi­sto­ści zaj­muje czło­wiek, Dar­win po­ka­zał to wy­raź­nie 12 lat póź­niej w pracy O po­cho­dze­niu czło­wieka. Lek­cja pły­nąca z jej lek­tury była dla wielu ja­sna: może i je­ste­śmy naj­mą­drzej­szym ga­tun­kiem, nie zmie­nia to jed­nak faktu, że po­zo­sta­jemy pro­duk­tem śle­pych sił z przy­rody, które nie miały nas wcale na my­śli, z tego pro­stego po­wodu, że jako bez­myślne nie miały ni­czego na my­śli.

Wraz z ak­cep­ta­cją dar­wi­ni­zmu przez główny nurt bio­lo­gii cy­wi­li­za­cja za­chod­nia po­sta­wiła ostatni krok pro­wa­dzący do ato­mi­zmu, ma­te­ria­li­zmu oraz dok­tryny wielu świa­tów De­mo­kryta i in­nych pre­so­kra­ty­ków. W miarę jak pa­ra­dyg­mat dar­wi­now­ski brał co­raz moc­niej w karby główny nurt bio­lo­gii oraz nauk przy­rod­ni­czych, wszel­kie ślady daw­nego przed­ko­per­ni­kań­skiego te­le­olo­giczno-or­ga­nicz­nego wszech­świata, wszel­kie kon­cep­cje przy­pi­su­jące ludz­ko­ści lub ży­ciu na Ziemi ja­kieś szcze­gólne lub uprzy­wi­le­jo­wane miej­sce po­rządku rze­czy zo­stały wy­ru­go­wane z głów­nego nurtu de­baty aka­de­mic­kiej.

Na­stęp­stwa osta­tecz­nego dar­wi­now­skiego roz­wią­za­nia, z ja­kimi mu­sieli mie­rzyć się bio­lo­dzy ewo­lu­cyjni głów­nego nurtu, zo­stały su­ge­styw­nie uchwy­cone przez fran­cu­skiego bio­che­mika Ja­cques’a Mo­noda w jego ma­te­ria­li­stycz­nym ma­ni­fe­ście Przy­pa­dek i ko­niecz­ność. „Teza, którą przed­sta­wię w tej książce – pi­sze Mo­nod – po­lega na tym, że bios­fera nie za­wiera prze­wi­dy­wal­nej klasy obiek­tów lub zja­wisk, ale sta­nowi okre­ślone wy­da­rze­nie, zgodne za­pewne z za­sa­dami pierw­szymi, ale nie­da­jące się wy­wieść z tych za­sad. A za­tem za­sad­ni­czo nie­prze­wi­dy­walne [...] w ta­kim sa­mym stop­niu jak szcze­gólna kon­fi­gu­ra­cja ato­mów w ka­myku, który trzy­mam w ręce”[14].

Zda­niem Mo­noda ludz­kość dry­fuje w ko­smo­sie, który zu­peł­nie się o nią nie trosz­czy i nic nie wie o jej po­wsta­niu i prze­zna­cze­niu, w nie­skoń­czo­nym zaś wszech­świe­cie nie spo­sób do­strzec ja­kich­kol­wiek śla­dów tego, że miałby być na­kie­ro­wany na czło­wieka. Prze­ciw­nie, jak ujął to pa­le­on­to­log z Ha­rvardu, Ste­phen Jay Gould, je­ste­śmy je­dy­nie „ucie­le­śnie­niem przy­pad­ko­wo­ści”[15], a nasz ga­tu­nek to „ma­leńka ga­łązka na nie­praw­do­po­dob­nej ga­łęzi przy­god­nego ko­naru drzewa, które miało wiel­kie szczę­ście. [...] Je­ste­śmy de­ta­lem, a nie ce­lem [...] w ogrom­nym wszech­świe­cie, sza­le­nie nie­praw­do­po­dob­nym zda­rze­niem ewo­lu­cyj­nym”[16]. Albo, jak ujął to astro­nom Carl Sa­gan, sta­no­wimy „je­den głos w ko­smicz­nej fu­dze”[17].

W ten spo­sób ludz­kość zo­stała zde­gra­do­wana za­le­d­wie do epi­fe­no­menu, do ko­lej­nego, po­śród wielu, pro­duktu ubocz­nego przy­rody po­zba­wio­nego celu. Czło­wiek prze­stał być imago Dei – za­pla­no­wa­nym od sa­mego po­czątku by­tem stwo­rzo­nym na ob­raz Boży, ja­kim wi­działo go śre­dnio­wie­cze – sta­jąc się dzie­łem przy­padku, czymś nie­war­tym ko­smicz­nej re­flek­sji.

Ta współ­cze­sna świecka wi­zja przy­rody jest tak od­le­gła od an­tro­po­cen­trycz­nego ko­smosu śre­dnio­wiecz­nych fi­lo­zo­fów scho­la­stycz­nych, jak tylko można to so­bie wy­obra­zić, i sta­nowi jedną z naj­bar­dziej ra­dy­kal­nych trans­for­ma­cji in­te­lek­tu­al­nych w hi­sto­rii ludz­kiej my­śli.

Po­tem po­ja­wiły się jed­nak nowe świa­dec­twa i sy­tu­acja znowu za­częła się zmie­niać.

Po­nowne po­wią­za­nie i druga re­wo­lu­cja

W tym sa­mym cza­sie, gdy na­ukowa wi­zja ludz­ko­ści jako przy­pad­ko­wego pro­duktu ubocz­nego ko­smosu co­raz moc­niej wpi­sy­wała się w za­chodni świa­to­po­gląd, w Brid­ge­wa­ter Tre­ati­ses [Trak­ta­tach Brid­ge­wa­ter] uka­zu­ją­cych się w la­tach trzy­dzie­stych XIX wieku kieł­ko­wały już pierw­sze na­siona no­wego na­uko­wego an­tro­po­cen­try­zmu. Na tę wie­lo­to­mową pu­bli­ka­cję skła­dały się mię­dzy in­nymi praca Wil­liama Whe­wella do­ty­cząca ude­rza­ją­cego przy­sto­so­wa­nia wody do po­trzeb ży­cia[18] oraz praca Wil­liama Pro­uta przed­sta­wia­jąca istotne dla ży­cia[19] wła­sno­ści atomu wę­gla, które po­zna­li­śmy dzięki che­mii or­ga­nicz­nej roz­wi­ja­ją­cej się dy­na­micz­nie w pierw­szej ćwierci XIX wieku. Jak na iro­nię, w ciągu kilku pierw­szych de­kad po pu­bli­ka­cji O po­wsta­wa­niu ga­tun­ków (1859 rok), w tym sa­mym cza­sie, gdy Frie­drich Nie­tz­sche gło­sił „nad­cho­dzący ni­hi­lizm”[20], za­częły się po­ja­wiać nowe świa­dec­twa na­ukowe wska­zu­jące, że ży­cie na Ziemi może być mimo wszystko zja­wi­skiem o szcze­gól­nym cha­rak­te­rze, wbu­do­wa­nym w po­rzą­dek przy­rody i bar­dzo od­le­głym od przy­pad­ko­wo­ści zmian lo­so­wych do­ko­nu­ją­cych się przez mi­liardy lat za­kła­da­nej przez dar­wi­now­ski ma­te­ria­li­styczny Ze­it­ge­ist.

Od­kry­cia te, a w szcze­gól­no­ści wy­jąt­kowa che­mia wę­gla, przed­sta­wione zo­stały w pracy The World of Life [Świat ży­cia] au­tor­stwa nie byle kogo, bo Al­freda Rus­sela Wal­lace’a, współ­twórcy, wraz z Ka­ro­lem Dar­wi­nem, teo­rii ewo­lu­cji drogą do­boru na­tu­ral­nego. W swo­jej wy­da­nej w 1911 roku pracy Wal­lace wy­ka­zał, że w śro­do­wi­sku na­tu­ral­nym znaj­dziemy wiele prze­ko­nu­ją­cych oznak, że zo­stało ono wcze­śniej przy­go­to­wane na po­ja­wie­nie się ży­cia opar­tego na wę­glu, z ja­kim mamy do czy­nie­nia na Ziemi[21].

Dwa lata póź­niej, w 1913 roku, uka­zała się kla­syczna praca Law­rence’a Hen­der­sona The Fit­ness of the Envi­ron­ment [Przy­sto­so­wa­nie śro­do­wi­ska] do­wo­dząca za­sad­ni­czo tego sa­mego, ale bar­dziej dro­bia­zgowo pod wzglę­dem na­uko­wym. Hen­der­son ar­gu­men­to­wał, że przy­roda jest szcze­gól­nie przy­sto­so­wana nie tylko do ży­cia opar­tego na wę­glu, ale w pe­wien in­try­gu­jący spo­sób rów­nież do po­ja­wie­nia się istot o ta­kiej fi­zjo­lo­gii jak na­sza. Hen­der­son wska­zuje przede wszyst­kim na dwie wła­sno­ści ter­miczne wody – jej cie­pło wła­ściwe[22] i chło­dzący efekt pa­ro­wa­nia[23] – a także na ga­zowy cha­rak­ter CO2[24], wi­dząc w tych ce­chach przy­rody oznakę jej szcze­gól­nego przy­sto­so­wa­nia do po­trzeb by­tów o bio­lo­gii ta­kiej jak na­sza.

Opie­ra­jąc się na świa­dec­twach przy­wo­ła­nych przez Wal­lace’a i Hen­der­sona, póź­niejsi dwu­dzie­sto­wieczni ba­da­cze, tacy jak Geo­rge Wald[25] i Ha­rold Mo­ro­witz[26], przed­sta­wili ko­lejne ar­gu­menty prze­ma­wia­jące za pa­ra­dyg­ma­tem przy­sto­so­wa­nia. Wald wska­zy­wał na nie­zwy­kłe przy­sto­so­wa­nie przy­rody do che­mii wę­gla[27] i fo­to­syn­tezy[28], Mo­ro­witz zaś na wy­jąt­kowe przy­sto­so­wa­nie wody w za­kre­sie ener­ge­tyki ko­mórki[29].

Od­kry­cia te sy­gna­li­zują ko­lo­salną zmianę, która może oka­zać się rów­nie do­nio­sła, jak zmiany z 1543 roku opi­sane wy­żej. We­dług mo­jej wie­dzy ni­niej­sza mo­no­gra­fia przed­sta­wia naj­bar­dziej wszech­stronny (po­rów­nu­jąc do­tąd opu­bli­ko­wane) prze­gląd wy­jąt­ko­wego przy­sto­so­wa­nia przy­rody do bio­lo­gii czło­wieka, opi­su­jąc zdu­mie­wa­jący zbiór ze­spo­łów czyn­ni­ków ta­kiego wcze­śniej­szego jej do­pa­so­wa­nia, nie­jed­no­krot­nie wy­raź­nie wpi­sa­nych w jej prawa od chwili stwo­rze­nia, po­zwa­la­ją­cych na urze­czy­wist­nie­nie naj­waż­niej­szych cech de­fi­niu­ją­cych na­szą bio­lo­gię. Świa­dec­twa te każą nam odło­żyć do la­musa kon­cep­cje Gou­lda, Mo­noda i Sa­gana mó­wiące, że ludz­kość po­wstała w wy­niku przy­pad­ko­wego dzia­ła­nia śle­pych i po­zba­wio­nych celu pro­ce­sów przy­rod­ni­czych.

To prawda, że twier­dze­nie, iż obecne od­kry­cia na­ukowe wspie­rają współ­cze­sne po­dej­ście do tra­dy­cyj­nego an­tro­po­cen­trycz­nego świa­to­po­glądu, może bu­dzić kon­tro­wer­sje i wielu ko­men­ta­to­rom czy kry­ty­kom wyda się obu­rza­jące. Dla­tego warto wpro­wa­dzić roz­róż­nie­nie. Moje wnio­ski są kon­tro­wer­syjne, jed­nak w żad­nym stop­niu kon­tro­wer­syjne nie są wspie­ra­jące je świa­dec­twa, po­nie­waż prak­tycz­nie w każ­dym wy­padku są one do tego stop­nia ugrun­to­wane w od­po­wied­nich dys­cy­pli­nach na­uko­wych, że uznaje się je dzi­siaj za nie­bu­dzącą żad­nych wąt­pli­wo­ści po­wszechną wie­dzę. In­nymi słowy, opi­sy­wane po­ni­żej nie­zwy­kłe ze­społy czyn­ni­ków świad­czące o do­pa­so­wa­niu przy­rody – ze­społy nie­zbędne dla na­szego ist­nie­nia, na któ­rych wspiera się moja obrona an­tro­po­cen­trycz­nej kon­cep­cji świata przy­rody – to bar­dzo do­brze udo­ku­men­to­wane fakty na­ukowe. Nie­zwy­kła jest przy tym pre­zen­to­wana w ni­niej­szej pracy kom­plek­sowa in­te­gra­cja tych wielu od­mien­nych, acz­kol­wiek na­kła­da­ją­cych się na sie­bie ze­spo­łów czyn­ni­ków ta­kiego do­pa­so­wa­nia. Kiedy przyj­miemy od­po­wiedni dy­stans i, za­miast kon­cen­tro­wać się na po­je­dyn­czych drze­wach, spoj­rzymy na las w ca­łej jego oka­za­ło­ści, uj­rzymy przed sobą – nie boję się tego twier­dze­nia – za­pie­ra­jącą dech w pier­siach pa­no­ramę.

W książce Nie­sa­mo­wita ko­mórka wy­ka­za­łem, że atomy wielu (około 20) pier­wiast­ków od­zna­czają się wy­jąt­ko­wym wcze­śniej­szym przy­sto­so­wa­niem do peł­nie­nia wy­soce spe­cy­ficz­nych i istot­nych funk­cji bio­che­micz­nych w zna­nej nam ko­mórce opar­tej na wę­glu, bę­dą­cej pod­sta­wową jed­nostką każ­dej formy ży­cia na Ziemi. Pod­kre­śla­łem też, że wła­śnie to wcze­śniej­sze przy­sto­so­wa­nie tych ato­mów do od­gry­wa­nia kon­kret­nych ról bio­che­micz­nych umoż­li­wiło za­ist­nie­nie pierw­szej ko­mórki opar­tej na wę­glu, nie­za­leż­nie od tego, jaka przy­czyna lub przy­czyny stały za jej pierw­szym zło­że­niem. W tej książce kon­cen­truję się na­to­miast na by­tach ce­chu­ją­cych się taką jak my fi­zjo­lo­gią i ana­to­mią oraz na licz­nych ze­spo­łach czyn­ni­ków wcze­śniej­szego przy­sto­so­wa­nia śro­do­wi­ska nie­zbęd­nych dla na­szego ist­nie­nia. Jest to wcze­śniej­sze przy­sto­so­wa­nie ist­nie­jące na długo przed po­ja­wie­niem się na­szego ga­tunku na Ziemi, przy­sto­so­wa­nie, które skło­niło wy­bit­nego astro­fi­zyka Fre­emana Dy­sona do wy­po­wie­dze­nia tych słyn­nych słów: „Nie czuję się w tym wszech­świe­cie jak przy­bysz z in­nego świata. Im bar­dziej mu się przy­glą­dam i ba­dam szcze­góły jego ar­chi­tek­tury, tym wię­cej znaj­duję do­wo­dów na to, że w pew­nym sen­sie mu­siał wie­dzieć, że nad­cho­dzimy”[30].

Co wię­cej, w struk­tu­rze przy­rody prze­wi­dziany zo­stał w ta­jem­ni­czy spo­sób nie tylko nasz pro­jekt bio­lo­giczny, lecz – jak po­ka­zuje to kilka na­stęp­nych roz­dzia­łów – zo­stała ona w ude­rza­jący spo­sób wstęp­nie przy­go­to­wana do tego, by umoż­li­wić nie­zwy­kły roz­wój na­szej tech­niki, po­cząw­szy od umie­jęt­no­ści roz­nie­ca­nia ognia, przez me­ta­lur­gię, po za­awan­so­wa­nie tech­niczne współ­cze­snej cy­wi­li­za­cji. Na długo przed tym, nim czło­wiek roz­pa­lił pierw­szy ogień, na długo przed tym, za­nim z rudy zo­stał wy­to­piony pierw­szy me­tal, przy­roda była już przy­go­to­wana i przy­sto­so­wana do na­szej wę­drówki zna­czo­nej ko­lej­nymi zdo­by­czami tech­nicz­nymi, od epoki ka­mie­nia do dziś.

Wcze­śniej­sze przy­sto­so­wa­nie a zło­żo­ność ad­ap­ta­cyjna

W tej książce chcę bro­nić przede wszyst­kim zak­tu­ali­zo­wa­nej wer­sji tra­dy­cyj­nej per­spek­tywy an­tro­po­cen­trycz­nej przez od­wo­ła­nie się do pre­cy­zyj­nego do­stro­je­nia śro­do­wi­ska przy­rod­ni­czego do na­szego bio­lo­gicz­nego za­pro­jek­to­wa­nia, nie­mniej w ca­łym tek­ście znaj­dują się oczy­wi­ście świa­dec­twa wspie­ra­jące wnio­sko­wa­nie o pro­jek­cie. Na­leży jed­nak za­uwa­żyć, że kon­cep­cja pro­jektu przed­sta­wiana w tej książce różni się od jego ro­zu­mie­nia w pu­bli­ka­cjach do­ty­czą­cych teo­rii in­te­li­gent­nego pro­jektu (ID), znaj­du­ją­cych się zwy­kle w cen­trum dys­ku­sji na te­mat teo­rii ewo­lu­cji i teo­rii pro­jektu. Wielu czy­tel­ni­ków wie z pew­no­ścią, że ar­gu­menty za ID, po­ja­wia­jące się w środ­kach prze­kazu kie­ro­wa­nych do sze­ro­kiego kręgu od­bior­ców, kon­cen­trują się za­zwy­czaj na nie­zwy­kłej zło­żo­no­ści ad­ap­ta­cyj­nej sys­te­mów bio­lo­gicz­nych, ta­kich jak wici bak­te­ryjne, oko ssa­ków lub zwie­rzęta mor­skie, które po­ja­wiły się w wy­niku kam­bryj­skiej eks­plo­zji ży­cia. W książce Nie­sa­mo­wita ko­mórka oraz w ni­niej­szej sku­piam się na­to­miast na przy­sto­so­wa­niu śro­do­wi­ska przy­rod­ni­czego do ży­cia ko­mór­ko­wego oraz po­ja­wie­nia się istot ta­kich jak my; na ze­spo­łach czyn­ni­ków od­po­wia­da­ją­cych za to przy­sto­so­wa­nie sta­no­wią­cych nie­zbędny wa­ru­nek wstępny dla na­szego ist­nie­nia, nie­za­leż­nie od tego, ja­kie przyj­muje się hi­po­tezy od­no­śnie do po­ja­wie­nia się pierw­szego ży­cia, zwie­rząt lub czło­wieka. In­nymi słowy, sed­nem ar­gu­men­ta­cji jest tu wcze­śniej­sze przy­sto­so­wa­nie śro­do­wi­ska umoż­li­wia­jące wszyst­kie istotne ad­ap­ta­cje bio­lo­giczne, a nie same ad­ap­ta­cje i wy­ra­fi­no­wa­nie ich róż­nych form.

Ludz­kie serce

Roz­ważmy dla przy­kładu ludz­kie serce, z któ­rym nie może się rów­nać ża­den wy­twór czło­wieka. W każ­dej se­kun­dzie prze­cho­dzi przez cykl skur­czu i roz­kur­czu, słu­żąc nam nie­prze­rwa­nie i wier­nie przez całe ży­cie. Za­czyna bić, gdy jesz­cze je­ste­śmy w ło­nie matki, i w ciągu osiem­dzie­się­ciu lat liczba jego ude­rzeń się­gnie około dwóch mi­liar­dów. Mię­sień ser­cowy to syn­cy­tium zło­żone z mi­liarda ko­mó­rek mię­śnio­wych spe­cjal­nie przy­sto­so­wa­nych do tego, aby były od­porne na zmę­cze­nie i kur­czyły się au­to­no­micz­nie bez ko­niecz­no­ści ze­wnętrz­nej ak­ty­wa­cji lub kon­troli. We­wnątrz ko­mó­rek mię­śnia ser­co­wego znaj­dują się bi­liony cia­sno upa­ko­wa­nych mo­le­ku­lar­nych ukła­dów kurcz­li­wych włó­kien, któ­rych re­gu­larne ryt­miczne wy­dłu­ża­nie się i skra­ca­nie ge­ne­ruje cykl pracy serca.

W sta­nie spo­czynku każdy z nas po­trze­buje na za­spo­ko­je­nie swo­ich po­trzeb ener­ge­tycz­nych około jed­nej czwar­tej li­tra tlenu na mi­nutę[31]. Zwią­zane jest to z prze­miesz­cza­niem się co mi­nutę 100 bi­lio­nów czą­ste­czek tlenu przez każdy mi­li­metr kwa­dra­towy po­wierzchni pę­che­rzy­ków płuc­nych. Przy każ­dym skur­czu serce pom­puje 100 mi­liar­dów czer­wo­nych krwi­nek przez setki ki­lo­me­trów ma­leń­kich na­czyń wło­so­wa­tych[32]. Każda z tych ma­leń­kich na­no­ma­szyn, prze­mie­rza­jąc na­czy­nia wło­so­wate w płu­cach, trans­por­tuje do tka­nek mi­liard czą­ste­czek tlenu (O2), z któ­rych każda jest luźno zwią­zana z ato­mem że­laza w he­mo­glo­bi­nie. Nie­ustanna praca serca za­pew­nia or­ga­ni­zmowi ob­fite do­stawy tlenu bę­dą­cego dla nas źró­dłem ży­cio­daj­nej ener­gii.

Same krwinki czer­wone to są także fe­no­meny bio­in­ży­nie­rii, i to w stop­niu nie mniej­szym niż serce. Żyją 120 dni i w tym cza­sie krążą bez­u­stan­nie w ukła­dzie krwio­no­śnym, po­ko­nu­jąc setki ki­lo­me­trów. Tylko dla­tego, że ich błony są wy­jąt­kowo mięk­kie i mocne – 100 razy bar­dziej mięk­kie niż błona la­tek­sowa o po­rów­ny­wal­nej gru­bo­ści, a rów­no­cze­śnie bar­dziej wy­trzy­małe niż stal[33] – nie szko­dzą im po­wta­rza­jące się od­kształ­ce­nia, gdy prze­ci­skają się przez naj­mniej­sze na­czy­nia wło­so­wate, które w wielu przy­pad­kach mają śred­nicę pię­ciu mi­kro­me­trów, czyli nie­wiele wię­cej niż po­łowa śred­nicy prze­cięt­nej krwinki czer­wo­nej.

Zło­żone fe­no­meny ad­ap­ta­cyjne

Na­sza obecna wie­dza do­ty­cząca bu­dowy i pracy serca, układu krą­że­nia oraz układu od­de­cho­wego, w tym ele­ganc­kich ad­ap­ta­cji zwią­za­nych z do­star­cza­niem tlenu do tka­nek, nie wzięła się zni­kąd i jest wy­ni­kiem trwa­ją­cych po­nad cztery wieki he­ro­icz­nych wy­sił­ków na­ukow­ców. Jesz­cze w XV stu­le­ciu sze­roko roz­po­wszech­nione były błędne po­glądy na te­mat ana­to­mii klatki pier­sio­wej, czego do­wo­dem jest przed­sta­wie­nie przez Le­onarda da Vinci wy­ima­gi­no­wa­nych po­łą­czeń mię­dzy głów­nymi na­czy­niami krwio­no­śnymi a dro­gami od­de­cho­wymi płuc[34]. Jak wi­dzie­li­śmy wy­żej, do­piero w po­ło­wie XVI wieku We­sa­liusz oraz inni ana­to­mo­wie ży­jący we Wło­szech w okre­sie re­ne­sansu przed­sta­wili – pu­bli­ku­jąc dzieła ana­to­miczne za­wie­ra­jące pięk­nie wy­ko­nane ilu­stra­cje – pierw­szy sto­sun­kowo do­kładny opis ana­to­mii płuc, serca i na­czyń krwio­no­śnych czło­wieka na pod­sta­wie bez­po­śred­nich ob­ser­wa­cji oraz sek­cji zwłok.

Ża­den jed­nak z tych szes­na­sto­wiecz­nych ana­to­mów – mimo do­kład­nej zna­jo­mo­ści we­wnętrz­nej bu­dowy klatki pier­sio­wej – nie byłby w sta­nie wy­obra­zić so­bie tego, co dzi­siaj jest oczy­wi­ste dla każ­dego stu­denta me­dy­cyny: zło­żo­nych fe­no­me­nów ad­ap­ta­cyj­nych, któ­rymi są układ krą­że­nia i układ od­de­chowy. Kilka wie­ków temu, na sto­łach sek­cyj­nych w szko­łach me­dycz­nych re­ne­san­so­wych Włoch, wszystko było wciąż ta­jem­nicą. Nikt nie ro­zu­miał funk­cji fi­zjo­lo­gicz­nych mięk­kiej, gąb­cza­stej tkanki płuc­nej oraz plą­ta­niny tęt­nic i żył łą­czą­cych płuca z ser­cem. Po co są na­czy­nia krwio­no­śne, dla­czego bie­gną w taki, a nie inny spo­sób, jaka jest rola tęt­nic, a jaka żył, dla­czego te pierw­sze mają umię­śnione ściany, pod­czas gdy te dru­gie są cien­kie oraz wiot­kie, i wresz­cie w jaki spo­sób ży­cio­dajna sub­stan­cja obecna w po­wie­trzu, czyli tlen, prze­do­staje się do krwi – wszystko to było jedną wielką za­gadką. W cza­sach We­sa­liu­sza nie za­ob­ser­wo­wano na­wet na­czyń wło­so­wa­tych trans­por­tu­ją­cych krew z tęt­nic do żył, myśl zaś, że to wła­śnie krew z płuc do tka­nek prze­nosi ów ży­cio­dajny skład­nik po­wie­trza po­łą­czony z ato­mem że­laza za­mknię­tym w ma­leń­kiej czą­steczce ży­wej ma­te­rii, wy­da­wałby się im pew­nie ba­śnią.

Ten fe­no­men fi­zjo­lo­gii ob­ja­wił się w pełni do­piero w re­zul­ta­cie dłu­giego ciągu póź­niej­szych osią­gnięć me­dy­cyny. Ka­mie­niami mi­lo­wymi było pra­wi­dłowe opi­sa­nie obiegu krwi w or­ga­ni­zmie przez Wil­liama Ha­rveya w 1628 roku[35] i od­kry­cie na­czyń wło­so­wa­tych przez Mar­cella Mal­pi­ghiego w 1661 roku[36]. W XX wieku na­stą­piły zaś dal­sze po­stępy, kiedy to na Uni­wer­sy­te­cie w Cam­bridge Max Pe­rutz wraz ze swoim ze­spo­łem wy­ja­śnili struk­turę mo­le­ku­larną he­mo­glo­biny, czyli no­śnika tlenu w czer­wo­nych krwin­kach, od­kry­wa­jąc przed nami nie­sa­mo­wi­cie wy­ra­fi­no­wane zja­wi­sko al­lo­ste­rycz­no­ści i sub­telną rolę atomu że­laza w trans­por­cie tlenu[37].

Ba­da­nia bio­fi­zyczne ostat­nich czte­rech de­kad ujaw­niły nie­zwy­kłe wła­sno­ści me­cha­niczne błony ko­mór­ko­wej krwi­nek czer­wo­nych po­zwa­la­jące im prze­trwać bez­u­stanne zde­rze­nia zwią­zane z cią­głym prze­cho­dze­niem przez na­czy­nia krwio­no­śne w trak­cie mi­kro­krą­że­nia[38]. Po­nadto znamy obec­nie, i to wy­jąt­kowo do­kład­nie, me­cha­nizm uwal­nia­nia w tkan­kach tlenu, re­du­ko­wa­nego do wody przez elek­trony bę­dące ele­men­tami łań­cu­cha trans­portu elek­tro­nów, co dzieje się w we­wnętrz­nej bło­nie mi­to­chon­driów w wy­niku dzia­ła­nia sprzecz­nego z in­tu­icją me­cha­ni­zmu – che­mio­smozy – za­pro­po­no­wa­nego po raz pierw­szy przez Pe­tera Mit­chella. Jak wy­ja­śnił to Mit­chell, stru­mień pro­to­nów prze­pływa z po­wro­tem przez błonę, do­star­cza­jąc ener­gii umoż­li­wia­ją­cej syn­tezę ATP, czyli „wa­luty ener­ge­tycz­nej” ko­mórki[39].

Wy­ja­śnie­nie spo­sobu funk­cjo­no­wa­nia układu krą­że­nia i układu od­de­cho­wego jest jed­nym z naj­więk­szych osią­gnięć na­uki i nikt nie ma wąt­pli­wo­ści, że na­rządy, ko­mórki i czą­steczki – serce i płuca, krwinki czer­wone (he­mo­glo­bina), łań­cu­chy trans­portu elek­tro­nów oraz wiele in­nych ele­men­tów tych ukła­dów – są pre­cy­zyj­nie do­stro­jo­nym wzo­rem bio­in­ży­nie­rii po­zwa­la­ją­cej zło­żo­nym or­ga­ni­zmom ta­kim jak my czer­pać ener­gię me­ta­bo­liczną w pro­ce­sie utle­nia­nia.

Dzi­siaj jed­nak mamy świa­do­mość cze­goś jesz­cze, co jest rów­nie, je­śli nie bar­dziej, nie­zwy­kłe, i sta­nowi te­mat tej książki: ad­ap­ta­cyjny fe­no­men obu tych ukła­dów zdol­nych do­star­czać co mi­nutę na­szym tkan­kom 250 mi­li­li­trów tlenu, bę­dą­cego pa­li­wem dla na­szego me­ta­bo­li­zmu, za­leży osta­tecz­nie od wa­chla­rza róż­no­rod­nych ele­men­tów wcze­śniej­szego do­pa­so­wa­nia przy­rody, bez któ­rych to całe fe­no­me­nalne ad­ap­ta­cyjne do­stro­je­nie serca i układu krą­że­nia na nic by się zdało. Szcze­gó­łowy opis wszyst­kich przy­kła­dów tego wcze­śniej­szego do­pa­so­wa­nia za­peł­niłby wiele to­mów i dla­tego wspo­mnę tu­taj po­krótce tylko o trzech. Po pierw­sze, bez wcze­śniej­szego do­pa­so­wa­nia pro­mie­nio­wa­nia emi­to­wa­nego przez Słońce i bez od­po­wied­niej prze­zro­czy­sto­ści at­mos­fery dla świa­tła wi­dzial­nego nie mo­głaby za­cho­dzić fo­to­syn­teza, a tym sa­mym nie by­łoby tlenu i nie­moż­liwe by­łyby re­ak­cje oksy­da­cyjne za­pew­nia­jące or­ga­ni­zmom wyż­szym ta­kim jak my ogromne ilo­ści ener­gii ko­niecz­nej do za­spo­ko­je­nia na­szych po­trzeb me­ta­bo­licz­nych. Po dru­gie, bez wcze­śniej­szego przy­sto­so­wa­nia wody (z jej zdu­mie­wa­jącą gamą uni­ka­to­wych wła­sno­ści) jako cie­czy bę­dą­cej no­śni­kiem sub­stan­cji w ukła­dzie krą­że­nia nie by­łoby układu krą­że­nia. I wresz­cie po trze­cie, bez wy­jąt­ko­wych wła­sno­ści ato­mów me­tali przej­ścio­wych nie ist­nia­łaby moż­li­wość prze­kształ­ca­nia utle­nia­nia w ener­gię me­ta­bo­liczną. W dal­szej czę­ści książki prze­ana­li­zu­jemy do­głęb­nie każdy z tych czyn­ni­ków.

Od sa­mego po­czątku

Na­wet gdyby to nie­zwy­kłe wcze­śniej­sze do­pa­so­wa­nie przy­rody do za­awan­so­wa­nych, głod­nych ener­gii stwo­rzeń ta­kich jak my ogra­ni­czało się tylko do wy­ko­rzy­sta­nia przez nas tlenu w celu wy­twa­rza­nia ener­gii, i tak by­łoby to czymś nie­sa­mo­wi­tym. Jed­nakże, jak zo­ba­czymy ni­żej, przy­roda ce­chuje się także wy­soce spe­cy­ficz­nym wcze­śniej­szym do­pa­so­wa­niem nie­zbęd­nym dla wielu in­nych ad­ap­ta­cji o pod­sta­wo­wym zna­cze­niu dla ist­nie­nia du­żych or­ga­ni­zmów lą­do­wych ta­kich jak my, mię­dzy in­nymi dla ostro­ści wi­dze­nia, szyb­kiego prze­wod­nic­twa ner­wo­wego oraz wy­star­cza­jąco sil­nych mię­śni za­pew­nia­ją­cych mo­bil­ność isto­tom o na­szych roz­mia­rach i bu­do­wie.

Jak zo­ba­czymy da­lej, przy­roda jest rów­nież wy­jąt­kowo pre­cy­zyj­nie do­stro­jona do tego, aby umoż­li­wić isto­tom o na­szej bio­lo­gii i roz­mia­rach roz­nie­ca­nie ognia, co z ko­lei umoż­li­wiło roz­wój me­ta­lur­gii i zbu­do­wa­nie za­awan­so­wa­nej cy­wi­li­za­cji wy­ko­rzy­stu­ją­cej tech­nikę oraz ba­da­nia na­ukowe i w osta­tecz­no­ści zro­zu­mie­nie na­tury wszech­świata oraz jego wy­jąt­ko­wej przy­dat­no­ści dla na­szego ro­dzaju ży­cia.

Pod­su­mo­wu­jąc, mo­żemy po­wie­dzieć, że wy­daje się, iż od sa­mego po­czątku nie­zwy­kle prze­wi­du­jąco w przy­rodę wbu­do­wany był wa­chlarz wła­sno­ści pre­cy­zyj­nie ska­li­bro­wa­nych dla po­trzeb istot o bu­do­wie fi­zjo­lo­gicz­nej i ana­to­micz­nej ta­kiej jak na­sza, uwzględ­nia­ją­cych na­szą zdol­ność po­dą­ża­nia ścieżką tech­no­lo­gicz­nego oświe­ce­nia od epoki ka­mie­nia aż do chwili obec­nej.

Za­pra­szamy do za­kupu peł­nej wer­sji książki

Przy­pisy

[1] L.J. Hen­der­son, The Fit­ness of the Envi­ron­ment: An In­qu­iry into the Bio­lo­gi­cal Si­gni­fi­cance of the Pro­per­ties of Mat­ter, Mac­Mil­lan, New York 1913, s. 312.
[2] W Fe­no­me­nie czło­wieka przed­sta­wiam wiele no­wych da­nych em­pi­rycz­nych, któ­rym nie po­świę­ca­łem do­tąd uwagi w mo­ich wcze­śniej­szych pu­bli­ka­cjach, nie­mniej mu­szę za­zna­czyć, że przed­sta­wia­jąc w tej książce, opu­bli­ko­wa­nej w se­rii Wy­jąt­kowy Ga­tu­nek, sze­roko za­kro­jony prze­gląd naj­waż­niej­szych ele­men­tów przy­sto­so­wa­nia śro­do­wi­ska do na­szego wy­jąt­ko­wego pro­jektu bio­lo­gicz­nego oraz zdol­no­ści do roz­wi­nię­cia tech­niki, nie­uchron­nie po­wra­cam do nie­któ­rych świa­dectw em­pi­rycz­nych omó­wio­nych w mo­ich po­przed­nich książ­kach oraz ar­ty­ku­łach za­miesz­czo­nych w cza­so­pi­smach na­uko­wych. Z my­ślą o oso­bach, które pra­gnę­łyby bar­dziej zgłę­bić tę pro­ble­ma­tykę, po­zo­sta­wi­łem w tek­ście głów­nym i w przy­pi­sach dużo wska­zó­wek do­ty­czą­cych tych za­po­ży­czeń.
[3] Na­leży za­uwa­żyć, że okres śre­dnio­wie­cza można rów­nież scha­rak­te­ry­zo­wać jako teo­cen­tryczny, przy czym w śre­dnio­wie­czu i re­ne­san­sie re­la­cja mię­dzy an­tro­po­cen­try­zmem a geo­cen­try­zmem jest bar­dziej zło­żona, niż su­ge­rują to po­pu­larne cha­rak­te­ry­styki tych epok. Na przy­kład śre­dnio­wieczni uczeni po­strze­gali Zie­mię nie tyle jako wznio­słe cen­trum wszech­świata, ile jako jego naj­niż­szą część znaj­du­jącą się znacz­nie po­ni­żej nieba em­pi­rej­skiego bę­dą­cego miej­scem za­miesz­ki­wa­nia Boga. W okre­sie re­ne­sansu na przy­kład Ko­per­nik wy­stę­po­wał prze­ciwko sztyw­nemu łą­cze­niu an­tro­po­cen­try­zmu z geo­cen­try­zmem, opi­su­jąc wspa­nia­łość „ru­chów me­cha­ni­zmu tego świata, który stwo­rzony zo­stał dla nas przez naj­lep­szego i ze wszyst­kich naj­do­sko­nal­szego mi­strza” (M. Ko­per­nik O ob­ro­tach. Dzieła wszyst­kie, t. 2, tłum. M. Bro­żek, S. Oświę­cim­ski, Pań­stwowe Wy­daw­nic­two Na­ukowe, War­szawa 1976, s. 4). Inni wcze­śni zwo­len­nicy mo­delu he­lio­cen­trycz­nego rów­nież twier­dzili, że re­zy­gna­cja z geo­cen­trycz­nego mo­delu wszech­świata wcale nie de­gra­duje Ziemi i ludz­ko­ści. Na przy­kład Ga­li­le­usz w roz­pra­wie Si­de­reus nun­cius [Gwiezdny po­sła­niec] pi­sał: „W książce tej z mno­go­ści ar­gu­men­tów i do­świad­czeń wy­nik­nie w spo­sób oczy­wi­sty, że od­bi­cie świa­tła sło­necz­nego od Ziemi jest rze­czy­wi­ste, na prze­kór tym, któ­rzy są­dzą, że Zie­mia musi być wy­łą­czona z tań­czą­cego wiru gwiazd dla tej pro­stej przy­czyny, że jest po­zba­wiona za­równo ru­chu, jak i bla­sku. Wy­ka­żemy, że Zie­mia jest cia­łem wę­dru­ją­cym, prze­wyż­sza­ją­cym oka­za­ło­ścią Księ­życ, nie zaś klo­aką, w któ­rej zgro­ma­dziły się od­padki z ca­łego wszech­świata” (Ga­li­leo Ga­li­lei, Si­de­reus nun­cius, tłum. A. Pa­ce­wicz, Bi­blio­teka Stu­dio­rum Phi­lo­so­phi­co­rum Wra­ti­sla­vien­sium, Wro­cław 2010, s. 55). W tym sa­mym roku rów­nież Ke­pler prze­ko­ny­wał, iż mo­del he­lio­cen­tryczny jest godny czło­wieka, pi­sząc: „Ze względu na kon­tem­pla­cję, dla któ­rej czło­wiek zo­stał stwo­rzony, przy­ozdo­biony i wy­po­sa­żony w oczy, nie mógł po­zo­stać w spo­czynku w cen­trum”, jak w przy­padku mo­delu geo­cen­trycz­nego. „Wręcz prze­ciw­nie, musi od­by­wać co­roczną po­dróż w ło­dzi, którą jest na­sza Zie­mia, aby pro­wa­dzić swoje ob­ser­wa­cje” (J. Ke­pler, Ke­pler’s Co­nver­sa­tion with Ga­li­leo’s Si­de­real Mes­sen­ger [pierw­sze wy­da­nie 1610 rok], tłum. E. Ro­sen, John­son Re­print Cor­po­ra­tion, New York and Lon­don 1965, s. 45). Bo prze­cież tylko krą­żąc do­koła Słońca, ludzki astro­nom prze­by­wa­jący na Ziemi mógł do­wie­dzieć się tak wiele o nie­bie. Jed­no­cze­śnie można z pew­no­ścią do­strzec w tych wy­po­wie­dziach coś w ro­dzaju ar­gu­men­ta­cji męż­czyzn sto­ją­cych przy ba­rze i bro­nią­cych się przed pły­ną­cymi z każ­dej strony za­rzu­tami, iż pro­po­no­wany przez nich mo­del he­lio­cen­tryczny rze­czy­wi­ście de­gra­do­wał czło­wieka i Zie­mię. Sam Ga­li­le­usz wska­zuje w Gwiezd­nym po­słańcu, że to, iż Zie­mia ma Księ­życ, nie czyni jej wy­jąt­kową, po­nie­waż Jo­wisz ma cztery księ­życe. Wy­ja­śnia, że na­wet nasz Układ Sło­neczny nie jest ni­czym szcze­gól­nym, po­nie­waż jego po­mniej­szoną ana­lo­gią jest Układ Jo­wi­sza. Druga część Gwiezd­nego po­słańca opo­wiada o ogrom­nej licz­bie no­wych gwiazd, które można było do­strzec przez te­le­skop Ga­li­le­usza, co sta­no­wiło pierw­szy krok ku ro­sną­cej świa­do­mo­ści tego, że liczba in­nych „słońc” we wszech­świe­cie jest znacz­nie więk­sza, niż to so­bie wcze­śniej wy­obra­żano. Jak za­uważa Den­nis Da­niel­son, dla spo­rej grupy osób eks­cy­ta­cja spo­wo­do­wana po­ja­wie­niem się mo­delu he­lio­cen­trycz­nego „prze­ło­żyła się na oszo­ło­mie­nie. Można po­my­śleć o czę­sto cy­to­wa­nych peł­nych ubo­le­wa­nia sło­wach Johna Donne’a: «Wszystko w ka­wał­kach, cała spój­ność zni­kła» lub Pas­cala: «Wie­ku­ista ci­sza tych nie­skoń­czo­nych prze­strzeni prze­raża mnie» [tłum. T. Że­leń­ski (Boy) – przyp. tłum.] bądź Ro­berta Bur­tona, który dow­cip­nie, ale i z nutą fru­stra­cji tak pod­su­mo­wał ko­smo­lo­gów swo­ich cza­sów: «[...] pod­rzu­cają świat jak na kocu, win­dują Zie­mię w górę, a po­tem opusz­czają w dół ni­czym piłkę»” (D. Da­niel­son, The Great Co­per­ni­can Cli­ché, „Ame­ri­can Jo­ur­nal of Phy­sics” 2001 69 (10), s. 1033, DOI: 10.1119/1.1379734; od­wo­ła­nia w tek­ście po­mi­nięto). Da­niel­son do­daje, że w po­ło­wie XVII wieku można zna­leźć pi­sa­rzy ko­ja­rzą­cych jed­no­znacz­nie mo­del geo­cen­tryczny z wy­so­kim mnie­ma­niem czło­wieka o so­bie sa­mym i in­ter­pre­tu­ją­cych kres tego mo­delu jako po­ważny cios dla ta­kiego mnie­ma­nia: „Wśród nich są Cy­rano de Ber­ge­rac, pro­te­stu­jący prze­ciwko «nie­zno­śnej ludz­kiej py­sze» i Tho­mas Bur­net, nie­jako w od­we­cie na­zy­wa­jący na­szą Zie­mię «ni­komu nie­znaną, nędzną grudką». Do­piero jed­nak wielki fran­cu­ski po­pu­la­ry­za­tor ko­per­ni­ka­ni­zmu Ber­nard le Bo­vier de Fon­te­nelle naj­do­bit­niej po­ka­zuje ne­ga­tywne im­pli­ka­cje ak­sjo­lo­giczne no­wej ko­smo­lo­gii. W jego słyn­nym trak­ta­cie za­ty­tu­ło­wa­nym Roz­mowy o wie­lo­ści świa­tów, ma­ją­cym formę dia­logu au­tora z pewną mar­gra­biną, roz­mów­czyni, do­wia­du­jąc się o mo­delu he­lio­cen­trycz­nym, oświad­cza, iż Ko­per­nik, gdyby mógł, po­zba­wiłby pew­nie Zie­mię Księ­życa, tak jak po­zba­wił ją wszyst­kich in­nych pla­net, gdyż, jak twier­dzi mar­gra­bina, «nie­do­brze sprzy­jał Ziemi». Fon­te­nelle jest jed­nak prze­ciw­nego zda­nia i chwali Ko­per­nika, mó­wiąc: „[...] wielce mu je­stem ob­li­go­wany, iż po­ni­żył py­chę ludzką, któ­rzy się na miej­scu naj­pięk­niej­szym osa­dzili” (Ber­nard Le Bo­vier de Fon­te­nelle, Roz­mowy o wie­lo­ści świa­tów, przeł. E. Dę­bicki, Wy­dział Fi­lo­zo­fii i So­cjo­lo­gii Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego 1999, s. 21). Da­niel­son tak da­lej pi­sze: „Taka in­ter­pre­ta­cja ko­per­ni­ka­ni­zmu stała się stan­dar­dową i naj­wy­raź­niej nie­kwe­stio­no­waną wer­sją o oświe­ce­nia, co mi­strzow­sko pod­su­mo­wał Go­ethe: «Być może żadne od­kry­cie ani opi­nia nie wy­warły więk­szego wpływu na ludz­kiego du­cha niż na­ucza­nie Ko­per­nika. Le­d­wie uznano, że Zie­mia jest okrą­gła i skoń­czona, na­tych­miast mu­siała się wy­rzec ogrom­nego przy­wi­leju by­cia cen­trum wszech­świata». Od Go­ethego zaś i oświe­ce­nia aż do chwili obec­nej nie ma pod wie­loma wzglę­dami od­wrotu” (tamże, s. 1034; od­wo­ła­nia w tek­ście po­mi­nięto).
[4] Por. C.M. Ci­polla, A. Gra­fton, Clocks and Cul­ture, 1300–1700, Nor­ton, New York 2003, s. 31–44.
[5] W mo­jej wcze­śniej­szej książce Teo­ria ewo­lu­cji. Kry­zysu ciąg dal­szy pi­sa­łem: „Rze­czy­wi­ście, od Ary­sto­te­lesa, przez cały okres śre­dnio­wie­cza, aż do XVII wieku ży­cie za­wsze było uwa­żane za in­te­gralną część na­tur, a jego kon­sty­tu­tywne formy – formy ma­te­rialne – za pod­sta­wowe ele­menty po­rządku świata. Ary­sto­te­les uzna­wał je za ak­tywne czyn­niki w na­tu­rze, kształ­tu­jące formy or­ga­ni­zmów, a po­przez ich wspólne dzia­ła­nia two­rzące ogólny wzo­rzec ży­cia na Ziemi. Jo­na­than Lear od­no­śnie do Ary­sto­te­le­sow­skiej kon­cep­cji form za­uważa: «Od XVII wieku za­chod­nia na­uka stop­niowo od­cho­dzi od poj­mo­wa­nia form jako czę­ści pod­sta­wo­wej struk­tury wszech­świata [...]. W świe­cie Ary­sto­te­lesa formy [...] zaj­mują fun­da­men­talną po­zy­cję on­to­lo­giczną: na­leżą do pod­sta­wo­wych rze­czy, które ist­nieją». Po tym gdy tra­dy­cyjne prze­ko­na­nie, że ży­cie jest in­te­gralną czę­ścią na­tu­ral­nego po­rządku, ze­pchnięte zo­stało w ciągu ostat­nich 150 lat na mar­gi­nes i przy­ćmione przez «kult ar­te­faktu», zy­skało ono nowe wspar­cie w po­staci od­kryć fi­zyki i ko­smo­lo­gii XX wieku, mó­wią­cych, że prawa przy­rody są wy­jąt­kowo pre­cy­zyj­nie do­stro­jone do tego, aby stwo­rzyć wa­runki śro­do­wi­skowe ide­alne dla ży­cia ta­kiego, ja­kie ist­nieje na Ziemi»”. M.J. Den­ton, Teo­ria ewo­lu­cji. Kry­zysu ciąg dal­szy, tłum. B. Koź­niew­ski, se­ria „In­te­li­gentny Pro­jekt”, Fun­da­cja En Ar­che, War­szawa 2021, s. 298. Cy­tat z Jo­na­thana Le­ara za: tenże, Ari­sto­tle: The De­sire to Un­der­stand, Cam­bridge Uni­ver­sity Press, New York 1988, s. 20.
[6] A. Gu­rie­wicz, Ka­te­go­rie kul­tury śre­dnio­wiecz­nej, tłum. J. Dan­cy­gier, Pań­stwowy In­sty­tut Wy­daw­ni­czy, War­szawa 1976, s. 59, 60, 63.
[7] Tamże, s. 59.
[8] S.J. Dick, In­tro­duc­tion, w: Many Worlds: New Uni­verse Extra­ter­re­strial Life, ed. S.J. Dick, Tem­ple­ton Fo­un­da­tion Press, Phi­la­del­phia 2000, s. vii.
[9] A. Koyré, Od za­mknię­tego świata do nie­skoń­czo­nego wszech­świata, tłum. O.W. Ku­biń­scy, słowo/ob­raz te­ry­to­ria, Gdańsk 1998, s. 14–15.
[10] J. Donne, An Ana­tomy of the World, 1611 rok, https://www.po­etry­fo­un­da­tion.org/po­ems/44092/an-ana­tomy-of-the-world [do­stęp: 17 IV 2024].
[11] W. Ha­rvey, Exer­ci­ta­tio ana­to­mica de motu cor­dis et san­gu­inis in ani­ma­li­bus. Fak­sy­mile ory­gi­nal­nej ła­ciń­skiej pu­bli­ka­cji z 1628 roku wraz z an­giel­skim tłu­ma­cze­niem zob. tenże, Exer­ci­ta­tio ana­to­mica de motu cor­dis et san­gu­inis in ani­ma­li­bus, tłum. C.D. Le­ake, Char­les C. Tho­mas, Spring­field, IL 1928; https://ar­chive.org/de­ta­ils/exer­ci­ta­tio­ana­to­00harv [do­stęp: 17 IV 2024].
[12] R. Ho­oke, Mi­cro­gra­phia, Jo. Mar­tyn and Ja. Al­le­stry, Lon­don 1665; https://ar­chive.org/de­ta­ils/mo­bo­t31753000817897/page/n1 [do­stęp: 17 IV 2024].
[13] A. Koyré, Od za­mknię­tego świata do nie­skoń­czo­nego wszech­świata, s. 9 (po­ja­wia­jący się u au­tora ter­min ‘or­ga­ni­smic’ bywa tłu­ma­czony jako ‘or­ga­ni­zmalny’; cho­dzi o wzo­rzec my­śle­nia o cha­rak­te­rze teo­lo­gicz­nym – przyp. red.).
[14] J. Mo­nod, Przy­pa­dek i ko­niecz­ność, tłum. J. Bu­kow­ski, Głos, War­szawa 1979, s. 29.
[15] S.J. Gould, Won­der­ful Life: The Bur­gess Shale and the Na­ture of Hi­story, Nor­ton, New York 1990, s. 319.
[16] Tamże, s. 291.
[17] C. Sa­gan, Ko­smos, tłum. M. Duch, B. Ru­dak, Zysk i S-ka Wy­daw­nic­two, Po­znań 2016, s. 41.
[18] W. Whe­well, Astro­nomy and Ge­ne­ral Phy­sics Con­si­de­red with Re­fe­rence to Na­tu­ral The­ology, Wil­liam Pic­ke­ring, Lon­don 1833; https://ar­chive.org/de­ta­ils/astro­no­gen­phy­sic­s00whe­wu­oft [do­stęp: 17 IV 2024].
[19] W. Prout, Che­mi­stry Me­te­oro­logy, and the Func­tion of the Di­ge­stion, Wil­liam Pic­ke­ring, Lon­don 1834, s. 440; https://ar­chive.org/stream/che­mi­stry­me­te­oro­00pro#page/n19/mode/2up [do­stęp: 17 IV 2024].
[20] F. Nie­tz­sche, Wola mocy, tłum. K. Drze­wiecki, S. Frycz, Vis-à-vis Etiuda, Kra­ków 2015, s. 11.
[21] A.R. Wal­lace, The World of Life: A Ma­ni­fe­sta­tion of Cre­ative Po­wer, Di­rec­tive Mind and Ul­ti­mate Pur­pose, Chap­man and Hall, Lon­don 1910.
[22] L.J. Hen­der­son, The Fit­ness of the Envi­ron­ment, s. 89.
[23] Tamże, s. 102.
[24] Tamże, s. 139–134.
[25] G. Wald, The Ori­gins of Life, „Pro­ce­edings of the Na­tio­nal Aca­demy of Scien­ces of the Uni­ted Sta­tes of Ame­rica” 1964, Vol. 52, s. 595–611 [DOI: 10.1073/pnas.52.2.595].
[26] H.J. Mo­ro­witz, Co­smic Joy and Lo­cal Pain: Mu­sings of a My­stic Scien­tist, Scrib­ner, New York 1987, s. 152–153.
[27] G. Wald, The Ori­gins of Life.
[28] G. Wald, Life and Li­ght, „Scien­ti­fic Ame­ri­can” 1959, Vol. 201, No. 4, s. 92–108.
[29] H.J. Mo­ro­witz, Co­smic Joy and Lo­cal Pain.
[30] F. Dy­son, Di­stur­bing the Uni­verse, Ba­sic Bo­oks, New York 1979, s. 250.
[31] Por. J.N. Ma­ina, Com­pa­ra­tive Re­spi­ra­tory Mor­pho­logy: The­mes and Prin­ci­ples in the De­sign and Con­struc­tion of the Gas Exchan­gers, „Ana­to­mi­cal Re­cord” 2000, 261, s. 26.
[32] Por. „Blood Ves­sels”, Atlas of Hu­man Car­diac Ana­tomy, Uni­ver­sity of Min­ne­sota, 2021, http://www.vhlab.umn.edu/atlas/phy­sio­logy-tu­to­rial/blood-ves­sels.shtml [do­stęp: 17 IV 2024].
[33] Por. N. Mo­han­das, P.G. Gal­la­gher, Red Cell Mem­brane: Past, Pre­sent, and Fu­ture, „Blood” 2008, Vol. 112, No. 10, s. 3939–3948 [DOI: 10.1182/blood-2008-07-161166].
[34] Por. N.L. Jo­nes, The Ins and Outs of Bre­athing: How We Le­arnt about the Body’s Most Vi­tal Func­tion, iU­ni­verse, Blo­oming­ton, IN 2011, s. 35.
[35] Por. W. Ha­rvey, De motu cor­dis, https://ar­chive.org/de­ta­ils/exer­ci­ta­tio­ana­to­00harv [do­stęp: 17 IV 2024].
[36] Por. J.H. Ti­ner, Explo­ring the Hi­story of Me­di­cine: From the An­cient Phy­si­cians of Pha­raoh to Ge­ne­tic En­gi­ne­ering, Ma­ster Bo­oks, Green Fo­rest, AR 2001, s. 36.
[37] Por. M.F. Pe­rutz et al., Struc­ture of Hæmo­glo­bin: A Three-Di­men­sio­nal Fo­urier Syn­the­sis at 5.5-Å. Re­so­lu­tion, Ob­ta­ined by X-Ray Ana­ly­sis, „Na­ture” 185, No. 4711, s. 416–422 [DOI: 10.1038/185416a0].
[38] N. Mo­han­das, P.G. Gal­la­gher, Red Cell Mem­brane: Past, Pre­sent, and Fu­ture.
[39] Por. N. Lane, Py­ta­nie o ży­cie. Ener­gia, ewo­lu­cja i po­cho­dze­nie ży­cia, tłum. A. Tuz, Pró­szyń­ski i S-ka, War­szawa 2016, s. 99–102.