FAŁSZ - Hubert Hender - ebook + audiobook + książka

FAŁSZ ebook i audiobook

Hubert Hender

4,5

Opis

Druga powieść z cyklu kryminalnego o podkomisarzu Filipie Krauze i aspirancie Igorze Fijałkowskim z Dolnego Śląska

W Górach Sowich dochodzi do makabrycznej zbrodni. Policja z Nowej Rudy od miesiąca prowadzi śledztwo, ale nie natrafia na ślad sprawcy. Na pomoc miejscowym policjantom zostaje wysłany podkomisarz Filip Krauze z Kłodzka.

Śmierć w górach pary młodych ludzi szybko staje się obsesją policjanta, który zrobi wszystko, by rozwiązać tę nielogiczną i dziwną sprawę. Stopień prawdopodobieństwa, że dziewczyna z chłopakiem zginęli w lesie przypadkowo, równa się niemal zeru. Ale kto mógłby ich tam zamordować? Krauze uznaje, że musiało to być zaplanowane działanie. A każde konkretne działanie musi mieć motyw.

Próbując dotrzeć do prawdy, Filip Krauze zagłębi się w najmroczniejsze sekrety miasta i pozna jego prawdziwe oblicze. Jest doświadczonym śledczym i dobrze wie, że za odmalowanymi fasadami i pozorami niewinności zwykle czai się prawdziwe zło.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 498

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 11 godz. 49 min

Lektor: Filip Kosior

Oceny
4,5 (69 ocen)
44
14
10
1
0
Sortuj według:
grazyna2525

Nie oderwiesz się od lektury

Słuchając pierwszej powieści autora zaciekawily mnie przygody bohaterów. W wykonaniu lektora Pana Filipa będącego mistrzem narracji to dodatkowy atut kryminału.
00
Adella60

Nie oderwiesz się od lektury

Obie części są znakomite.
00
MsgNaz1975

Nie oderwiesz się od lektury

Rewelacyjna książka. Dobry byłby film na jej podstawie, chociaż pewnie i tak nie przebiłby książki. Szczerze polecam i już czekam na kolejną odsłonę przygód podkomisarza. Mam nadzieję, że wkrótce powstanie.👍😀
00
gzielinska

Nie oderwiesz się od lektury

fantastyczna książka😁polecam
00

Popularność




Pro­log

Pro­log

Od dłuż­szego czasu wpa­try­wał się w ślady, które zosta­wiała idąca przed nim osoba. Wresz­cie pod­niósł głowę i spoj­rzał na prze­świt, wyła­nia­jący się mię­dzy dwiema leśnymi ścia­nami. Widział stąd tylko nie­wielki pas gór­skiego wznie­sie­nia. Spoj­rzał w prawo. Tam teren zmie­niał się w strome kamienne zbo­cza, po któ­rych prze­dzie­rały się chyba tylko ucie­ka­jące przed kimś zwie­rzęta.

Wyprawa miała być przy­jem­no­ścią, ale według niego sta­wała się nie do wytrzy­ma­nia. Czuł zmę­cze­nie. Nie­stety, wiele wska­zy­wało na to, że mieli jesz­cze sporo do przej­ścia. Otak­so­wał wzro­kiem wyso­kie wznie­sie­nie. Coraz bar­dziej mu się to nie podo­bało. Ta godzina, to miej­sce. Do tego wszyst­kiego, co widział i co czuł, docho­dziły wspo­mnie­nia z dzie­ciń­stwa. Mama opo­wia­dała mu nie­stwo­rzone rze­czy o tym miej­scu, o Gra­bi­nie i pobli­skich górach. Najbar­dziej bał się wznie­sie­nia noszą­cego nazwę Żmij; przez całe życie będzie się mu koja­rzyło z tymi ohyd­nymi, ośli­zgłymi stwo­rze­niami, które w jego kosz­ma­rach wpeł­zały po kry­jomu do ciem­nego domu. Wie­lo­krot­nie budził się w nocy, zapa­lał lampę w swoim pokoju dzie­cin­nym i zaglą­dał pod łóżko. Bał się, że żmije z opo­wie­ści prze­nikną do miesz­ka­nia, wsuną się bez­sze­lest­nie pod koł­drę i go uką­szą.

Od tam­tej pory Góry Sowie wzbu­dzały w nim strach. Bał się tych lasów. Bał się tych gór, urwisk, skał. I wiele w tym było winy matek, które stra­szyły dzieci, zmy­śla­jąc histo­rie o Babie-Jadze pory­wa­ją­cej nie­grzeczne dzieci. I cho­ciaż zda­wał sobie sprawę, że to bzdury, do dziś tkwiła w nim jakaś cząstka irra­cjo­nal­nego stra­chu, nie­da­ją­cego się tak po pro­stu wyrzu­cić z pamięci. Bo dzieci chłoną straszne histo­rie, które w ich małych umy­słach kieł­kują, pęcz­nieją, roz­ra­stają się. I zostają, bo takie jest prawo dzie­cię­cego umy­słu, że to, co nie zostało powie­dziane, nale­żało sobie dopo­wie­dzieć.

– Daleko jesz­cze? – zapy­tał po raz kolejny, patrząc na hory­zont, który z tru­dem prze­bi­jał się mię­dzy drze­wami.

– Parę minut. Nie będziesz żało­wał i jesz­cze mi podzię­ku­jesz – odpo­wie­działa jego dziew­czyna Nata­lia, która szła przed nim. – Tylko nie wiem jak – dodała.

Była w dobrej for­mie. Dużo tre­no­wała i miała zde­cy­do­wa­nie lep­szą kon­dy­cję, bo na co dzień jeź­dziła na rowe­rze i bie­gała. Pełna sił i ener­gii, cią­gle gdzieś zni­kała. Spo­ty­kała się ze zna­jo­mymi. Dla niej taki marsz nie był niczym wyjąt­ko­wym. Dla niego wręcz prze­ciw­nie. Nie pamię­tał, by ostat­nio wyszedł dalej niż do sklepu. I dla­tego zmu­siła go do wyj­ścia z domu, gdzieś dalej. Zgo­dził się, bo w pew­nym momen­cie jej namowy stały się wręcz nie­zno­śne. Któ­re­goś dnia pode­szła, zamknęła mu lap­top i powie­działa sta­now­czo:

– Dość tego sie­dze­nia. Zapusz­czasz tu korze­nie. Chodźmy gdzieś, gdzie­kol­wiek, bo zaraz osza­leję. Tyle razy ci mówi­łam, żeby­śmy gdzieś poje­chali, spę­dzili razem czas, poszli wresz­cie w góry. To będzie coś wyjąt­ko­wego. No, dawaj – rze­kła, wycią­ga­jąc jego ubra­nia z szafy – to ostat­nia szansa. Potem ma się ocie­plić. Zwi­jaj się. Mam fajny pomysł. Nie poża­łu­jesz.

Chciał, by się od niego odcze­piła. Pra­gnął chwili spo­koju, ale zamie­rzał jej też poka­zać, że ma jesz­cze w sobie tro­chę tego mło­dzień­czego sza­leń­stwa – i dla­tego się zgo­dził.

Prze­szli kolejne kil­ka­dzie­siąt metrów. Ich stopy wbi­jały się w głę­bo­kie zaspy, dziu­ra­wiąc ide­al­nie pła­ską powierzch­nię war­stwy śniegu.

W oddali widział prze­bi­ja­jące się cien­kie nitki poma­rań­czo­wych pro­mieni słońca, ale ich nik­nąca siła pod­po­wia­dała, że za kil­ka­na­ście minut zacznie zmierz­chać, a potem nasta­nie surowy i chłodny mrok, który unie­moż­liwi im zjazd. A wtedy będą musieli zejść pie­szo jakimś szla­kiem.

Gra­bina, znaj­du­jąca się w środ­ko­wej czę­ści Gór Sowich, wzno­siła się nad doliną na wyso­kość nie­spełna tysiąca metrów. Poro­śnięta była gęstym lasem, który zimową porą two­rzył z daleka złu­dze­nie igieł powbi­ja­nych w górę ze śnież­no­bia­łego sty­ro­pianu.

Wyobra­ził sobie ich samych idą­cych po bia­łym szczy­cie, tak jakby byli malut­kimi posta­ciami na makie­cie, która kształ­tem przy­po­mi­nała nieco zde­for­mo­wany sto­żek, z jed­nej strony bar­dziej spa­dzi­sty, z dru­giej zaś, wła­śnie w tym miej­scu, po któ­rym szli, nieco łagod­niej­szy, choć wcale nie­ła­twy do prze­by­cia.

Ana­li­zo­wał, co ich czeka. I wciąż miał wąt­pli­wo­ści, czy była to odpo­wied­nia pora na zjazd. Nie potra­fił sobie tego dobrze wyobra­zić. Zasta­na­wia­jące, że nikt tędy nie jeź­dził. Ale Nata­lia uwiel­biała nowe wyzwa­nia, nor­malną kon­se­kwen­cją jej nie­po­ha­mo­wa­nego ape­tytu na życie było więc to, że chciała się tutaj wybrać. Gorzej, że z nim. Jeśli w oko­licy ist­niała trasa, po któ­rej nikt nie bie­gał, musiała tam pójść. Jeśli gdzieś w pobliżu znaj­do­wał się zbior­nik wodny, musiała się tam wyką­pać. Cho­ciażby tylko po to, by zakosz­to­wać cze­goś nowego. Z Gra­biną było podob­nie; to góra, po któ­rej spa­ce­ro­wali tury­ści, choć oczy­wi­ście nie o tej porze, nie po takich zaspach. Nata­lii to jed­nak wcale nie prze­szka­dzało. Powie­działa, że jej kole­żanka już tędy zjeż­dżała i że oni też powinni.

– Tam – wska­zała ręką w lewą stronę i uśmiech­nęła się tajem­ni­czo – jest nasz cel. Jesz­cze dosłow­nie parę minut, a potem będzie nie­zła jazda.

Popa­trzył na nią prze­ni­kli­wie, ale nie odwza­jem­nił uśmie­chu, bo nie potra­fił dzie­lić tej rado­ści.

Po kil­ku­na­stu minu­tach mono­ton­nego mar­szu, uroz­ma­ico­nego tylko ryt­micz­nym chrzę­stem zmro­żo­nego śniegu, dotarli na szczyt. Roz­ta­czał się stąd widok na oko­licę – nie­wiel­kie, nie­mal mikro­sko­pijne domy przy­sło­nięte jasną smugą pró­szą­cego śniegu, dymiące kominy, led­wie dostrze­galne świa­tła.

Dziew­czyna zatrzy­mała się, rozej­rzała, zamknęła na moment oczy, po czym wzięła głę­boki wdech. Miał wra­że­nie, że dotar­cie tutaj spra­wiło jej dużo rado­ści.

To był jej świat. Świat ruchu i cią­głego dzia­ła­nia. Ale mimo tak odmien­nych cha­rak­te­rów, dobrze się doga­dy­wali. Ona żyła swo­imi zaję­ciami, on się poświę­cał pracy, pro­gra­mo­wa­niu. W wol­nym cza­sie grał na kom­pu­te­rze, bo sta­no­wiło to świetną odskocz­nię i dobry relaks. Nic innego tak sku­tecz­nie nie rese­to­wało umy­słu. Nie­stety, Nata­lia nie potra­fiła tego pojąć, nie rozu­miała jego świata. Podob­nie jak on nie rozu­miał jej świata i jej potrzeb.

Popa­trzył w tym samym kie­runku co ona. Oce­nił, że jeśli za moment nie ruszą, widocz­ność będzie już słaba, a nim dotrą na dół, zrobi się ciemno. Bo zima bywa zdra­dliwa, cza­sami aż za bar­dzo. I wła­śnie tego bał się naj­bar­dziej.

Spoj­rzała na niego zadzior­nie, a jej spoj­rze­nie, miał wra­że­nie, mówiło: „Jestem pod­nie­cona na samą myśl o tym, co za chwilę nas czeka. Za moment w moich żyłach popły­nie czy­sta adre­na­lina”.

Mach­nął ręką. Chciał już mieć to za sobą, zje­chać czym prę­dzej i wró­cić do domu, usiąść w wygod­nym fotelu i włą­czyć lap­top. Zdjęli ple­caki, wyjęli buty nar­ciar­skie. Prze­brała się szyb­ciej i spraw­niej. Nacią­gnęła gogle, po czym krzyk­nęła gło­śno:

– Jedź za mną!

Nie cze­ka­jąc na odpo­wiedź, ruszyła przed sie­bie, w dół, mię­dzy drze­wami i ska­łami. Koniec trasy znaj­do­wał się za wie­loma zakrę­tami i wyra­sta­ją­cymi poje­dyn­czo drze­wami, które nale­żało umie­jęt­nie omi­jać, by nie skoń­czyć z twa­rzą w śniegu i ze zła­ma­nymi koń­czy­nami.

Patrzył, jak jej syl­wetka znika w dole. Zaraz potem wbił wzrok w dal. Fakt, pomy­ślał, nie­złe widoki. Żył w tej oko­licy od dwu­dzie­stu pię­ciu lat i ni­gdy nie widział kotliny z tej per­spek­tywy. A było co oglą­dać. Kie­dyś zoba­czył te miej­sca, korzy­sta­jąc z Google Earth. I cho­ciaż przy­glą­dał się tym samym miej­sco­wo­ściom, doli­nom, wznie­sie­niom, zała­ma­niom terenu, to na żywo widoki zwa­lały z nóg. Wszyst­kie dozna­nia sta­wały się znacz­nie inten­syw­niej­sze dzięki tem­pe­ra­tu­rze, zapa­chom. Czuł to naprawdę.

Sycił się jesz­cze przez chwilę tym wido­kiem, wziął głę­boki wdech jak przed trud­nym egza­mi­nem, po czym ruszył po śla­dach Nata­lii.

Wiatr, któ­rego nie było wcze­śniej czuć, teraz sma­gał jego zmar­z­nięte policzki. Wyko­ny­wał skręty, choć nie miał w tym wprawy. Od lat nie jeź­dził na nar­tach, a tutaj został rzu­cony na głę­boką wodę. Trasa nie była łatwa. Drzewa i krzaki unie­moż­li­wiały szybki zjazd. Przy­ha­mo­wał tro­chę, bo bał się, że za moment straci kon­trolę nad nar­tami. Nata­lia znaj­do­wała się daleko przed nim, widział w oddali jej nie­wielką postać; poja­wiała się i zni­kała. Miał wra­że­nie, że usły­szał jej krzyk – może rado­ści, może eks­cy­ta­cji. Nie potra­fił oce­nić.

Cho­ciaż zjazd wydał mu się trudny, musiał przy­znać, że to fak­tycz­nie dobra zabawa. Kur­czę, może to nie był zły pomysł. Może za jakiś czas to powtó­rzą. Tylko w lep­szych warun­kach i na innej górze. Ta jest zbyt nie­bez­pieczna. Odpo­wiedni byłby Rymarz.

Z zamy­śle­nia wyrwał go nagły nie­przy­jemny zgrzyt. Naje­chał na kamień. Od razu przy­ha­mo­wał.

Przy­kuc­nął. Chciał spraw­dzić, czy nie znisz­czył nart. Wszystko było w porządku, choć na jed­nej z nich dostrzegł długą rysę. Nata­lia jakoś omi­nęła prze­szkodę. Albo miała szczę­ście, albo ją w porę dostrze­gła.

Popa­trzył w górę na gra­fi­towe niebo. Nie­do­brze, zaraz się ściemni. Korzy­sta­jąc z oka­zji, wycią­gnął tele­fon. Na ekra­nie wid­niały wia­do­mo­ści od kum­pli z pracy, z któ­rymi czę­sto uma­wiał się na nocne gra­nie. Mike wspo­mniał, że zna­lazł nowy uni­ka­towy miecz. Co za cho­lerny far­ciarz, powie­dział do sie­bie. Ten to zawsze ma naj­lep­szy drop i ekwi­pu­nek dla swo­jej postaci. Joha­nes, tak naprawdę Janek, wspo­mi­nał o kom­ple­cie rzad­kich pier­ścieni, które wydro­pił z bossa. Dzięki nim będzie miał sil­niej­szą postać i łatwiej ubiją moby. Pozaz­dro­ścił im.

Popa­trzył przed sie­bie, ale ni­gdzie nie widział Nata­lii. Pew­nie nawet nie zwró­ciła uwagi, że się zatrzy­mał. Musiała mocno przy­spie­szyć. Albo zbyt długo czy­tał wia­do­mo­ści. Scho­wał tele­fon, zało­żył gogle i ruszył przed sie­bie.

Widocz­ność sta­wała się coraz bar­dziej ogra­ni­czona. Mogli uzgod­nić, że będą jechali obok sie­bie. W miarę moż­li­wo­ści oczy­wi­ście.

W pew­nym momen­cie dostrzegł dziwne ślady na śniegu. Zatrzy­mał się i patrzył na nie. Miał wra­że­nie, jakby też się tutaj przed momen­tem zatrzy­mała. Może chciała coś omi­nąć. Ale co? Nie widział żad­nej prze­szkody, więc po co zaha­mo­wała?

Zdjął czapkę. Poczuł podmuch wia­tru, który prze­ci­skał się mię­dzy drze­wami z jed­no­staj­nym świ­stem. Niczego wię­cej nie sły­szał.

Ślady, które miał przed oczami, wiły się w miej­scu, a potem skrę­cały pro­sto­pa­dle. Nie w dół, jak pro­wa­dziła zaśnie­żona trasa, lecz w bok, pod kątem.

– Nata­lia! – krzyk­nął. Dźwięk roz­szedł się po oko­licy. Odpo­wie­działo mu tylko echo. Jego głos był pusty, pusty i głu­chy jak to miej­sce.

Brak odpo­wie­dzi.

Popa­trzył na komórkę. Żad­nego nie­ode­bra­nego połą­cze­nia. Zresztą niby kiedy mia­łaby do niego zadzwo­nić? Wybrał numer i cze­kał. Brak sygnału. Odpiął narty i zdjął buty nar­ciar­skie, wło­żył wyjęte z ple­caka gór­skie obu­wie i ruszył jej śla­dem.

Wszedł w gąszcz drzew i niż­szych krza­ków. Gałę­zie sma­gały go po roz­pa­lo­nych do czer­wo­no­ści policz­kach. Przy­spie­szył, choć nie było to łatwe.

Wciąż się nie odzy­wała. Dla­czego? Dla­czego skrę­ciła? Chciała się przed nim scho­wać? Czy to jakiś rodzaj gry, zabawy? Znów kie­ro­wała nią cie­ka­wość, któ­rej ni­gdy nie rozu­miał i nie był w sta­nie ogar­nąć? Pyta­nia, które sobie zada­wał, nie­stety nie rodziły odpo­wie­dzi, a mimo to wciąż ich szu­kał i nie usta­wał w domy­słach.

– Nata­lia­aaaa! – krzyk­nął naj­gło­śniej, jak potra­fił, bo tylko to mógł teraz zro­bić. Zadzwo­nił ponow­nie, bo była to namiastka nadziei, która zawsze tliła się w takich sytu­acjach. Znów brak sygnału. Cisza.

Ruszył przed sie­bie, wpa­tru­jąc się w ekran, ale zaraz potem w oczy rzu­ciło mu się coś dziw­nego. Inne ślady, duże, znacz­nie cięż­szej osoby. Spo­tkała kogoś? Może jakie­goś swo­jego kum­pla albo – nie daj Boże – swo­jego pierw­szego chło­paka, z któ­rym cho­dziła w liceum. Odgo­nił od sie­bie tę myśl. Więc kto to był?

Przy­spie­szył. W gąsz­czu drzew widział coraz mniej. To go mar­twiło.

Sta­nął. Popa­trzył za sie­bie. Miał wra­że­nie, że ktoś go obser­wuje, ale nikogo nie dostrzegł.

Kiedy ruszył naprzód, usły­szał szept. Cichy, lekki, aksa­mitny szept. Tak nie­re­alny, że nawet nie potra­fił usta­lić, skąd docho­dził. A mimo to wie­dział, że się nie prze­sły­szał.

Może ten głos to był tylko szum wia­tru? – pomy­ślał. Może to tylko jakieś… No wła­śnie, co? Ock­nij się, czło­wieku, zmo­bi­li­zo­wał sam sie­bie.

I nagle roz­legł się głos:

– Mar…cii…

Nasłu­chi­wał, ale nic wię­cej nie usły­szał. Nie potra­fił oce­nić ani kie­runku, ani odle­gło­ści od miej­sca, z któ­rego dobie­gał ten głos. Aku­styka była tu złudna.

Po kil­ku­na­stu metrach przy­sta­nął. Na jasnym tle, może jakiejś małej łące albo pola­nie, dostrzegł ciemny punkt. Wyglą­dał jak worek. A może to zwy­kły konar? Bie­gnij, mobi­li­zo­wał się w myślach, sta­wia­jąc coraz więk­sze kroki. Idąc, nie odry­wał wzroku od tego ciem­nego kształtu. Miał już pew­ność, że to nie kawa­łek drewna, jak jesz­cze przed chwilą sądził. Serce waliło mu jak mło­tem. A może to młot walił w jego serce, w sam śro­dek, w naj­czul­szy i naj­tkliw­szy punkt.

– Na…talia? To ty? – zapy­tał, choć wie­dział, że to ona. Powie­dział to odru­chowo, by się na moment oszu­kać.

Dziew­czyna leżała bez ruchu. Już nie krzy­czała. Dyszała tylko ciężko. Jakby nie miała sił.

I nagle poczuł absurd całej sytu­acji, tak irra­cjo­nalny, że aż nie­mal nie­moż­liwy, jakby to się w ogóle nie działo albo jakby śnił.

Leżała, trzę­sła się, dygo­tała. Pró­bo­wała coś powie­dzieć, ale nie mogła.

Czuł, jak zalewa go fala gorąca, a w żyłach ścina się krew. Ciało zupeł­nie prze­stało go słu­chać. Układ ner­wowy sza­lał. Nie wie­rzył, że to się dzieje naprawdę. Zbli­żył się do niej. Leżała pół­przy­tomna, mam­ro­cząc coś pod nosem. Przy­su­nął się. Twarz miała całą we krwi, a z przy­mknię­tych oczu pły­nęły łzy.

Obe­rwała w głowę. Bar­dzo mocno. Miała zmiaż­dżony nos. Policzki. Usta. Brodę. Ktoś dosłow­nie zma­sa­kro­wał jej twarz. Głowę opie­rała o niski pień. Chciał zro­zu­mieć, co się tutaj wyda­rzyło. Nie wie­dział, co powi­nien zro­bić. Jak ją rato­wać. Nic mu nie przy­cho­dziło go głowy.

– Boże, co ci się sta… stało?

Popa­trzył na Nata­lię. I w tej samej chwili ich spoj­rze­nia się spo­tkały. Jej oczy wyra­żały potworny ból, nie­wy­obra­żalną mękę. Ale i coś jesz­cze, coś, czego nie potra­fił roz­po­znać.

Led­wie poru­sza­jąc zmiaż­dżo­nymi ustami, wyszep­tała:

– Prze…pra…szzz…

Zamil­kła. Objął jej głowę. Z poty­licy sączyła się krew.

Oddy­chała ciężko, coraz cię­żej. Pró­bo­wał ją jakoś ocu­cić, ale czuł, że jej ciało sta­wia opór. Oddech sta­wał się coraz cich­szy, a głowa opa­dła bez­ład­nie.

I wtedy wrza­snął z całych sił. Tak gło­śno, jak tylko pozwo­liło mu zmę­czone gar­dło.

W oddali usły­szał kroki. Cisza. I znów kroki. Coś przy­sta­nęło na chwilę, po czym zaczęło się zbli­żać w jego kie­runku.

Nie wie­dział, co ma robić. Nie wie­dział, co było prawdą, a co ułudą. Wciąż miał nadzieję, że Nata­lia się zaraz obu­dzi, powie: „Dałeś się nabrać!”. I że ta krew jest sztuczna, a wszystko było po to, by zro­bić mu na złość; że to tylko taki żart, który będą wspo­mi­nać przez następne tygo­dnie. Uśmiech­nął się pod nosem, a potem zaczął się śmiać.

Uklęk­nął, recho­cząc bez opa­mię­ta­nia.

Nawet nie wie­dział, kiedy poczuł czy­jąś obec­ność. To coś sta­nęło za jego ple­cami. Ale on nawet nie miał siły, by się obró­cić. Nim zdą­żył cokol­wiek zro­bić, otrzy­mał silny cios w tył głowy, który obez­wład­nił jego ciało. Prze­szy­wa­jący ból roz­prze­strze­nił się bły­ska­wicz­nie po krę­go­słu­pie, a chwilę potem tra­fił do nóg.

Ciało runęło. Upadł bli­sko niej. Po paru sekun­dach poczuł w rękach mro­wie­nie, a zaraz potem cał­ko­wity bez­wład.

Leżał, tra­cąc oddech, świa­do­mość. A w miarę utraty świa­do­mo­ści świat sta­wał się coraz jaśniej­szy.

Nie­po­trzebne im już były świa­tła, by dotarli na dół. Prze­cież jest tak jasno…

Cho­lera, a tak się mar­twi­łem, że zapa­dła ciem­ność… Zupeł­nie nie­po­trzeb­nie. Świat jest taki jasny, powie­dział do sie­bie.

I wła­śnie wtedy zoba­czył, a może tylko mu się to przy­śniło, że ciemny i mroźny wie­czór zamie­nił się w pogodny dzień, który nabrał cie­płych barw. Znów wszystko stało się przy­jemne.

Nim zamknął oczy, na tle koły­szą­cych się drzew dostrzegł wielką syl­wetkę, która ści­skała w ręku jakieś narzę­dzie.

Odcho­dziła spo­koj­nym kro­kiem w głąb lasu, pozo­sta­wia­jąc po sobie wgłę­bie­nia w gład­kiej powierzchni śniegu.

Cztery tygo­dnie póź­niej

Roz­dział 1

1

– Wobec tego jaki ma pan pomysł? Co mam zro­bić? Stać tu do usra­nej śmierci? Wezwać kie­row­nika?

Młody męż­czy­zna prze­łknął gło­śno ślinę i zro­bił się jesz­cze bar­dziej czer­wony. Sys­tem odmó­wił posłu­szeń­stwa. Nie lubił, gdy działo się to przy gościach, zwłasz­cza ner­wo­wych. A ten mu na takiego wyglą­dał.

– Bar­dzo mi przy­kro. Nie wiem, jak mam to jesz­cze panu wytłu­ma­czyć.

– W dupę ptasz­nika, nie cho­dzi o wyja­śnie­nie – rzekł wście­kły gość – lecz o to, jak zosta­łem potrak­to­wany. I nie chcę, żeby mi pan powtó­rzył po raz dzie­siąty. Samo mówie­nie słowa „prze­pra­szam” nic nie da. Nie przy­je­cha­łem tu, by teraz słu­chać tego skom­le­nia.

– Pro­szę zro­zu­mieć, że to nie…

Gość nie dał mu dokoń­czyć.

– To nie pana wina, że mój pokój został przy­dzie­lony innej oso­bie. Nauczy­łem się już tego na pamięć.

Recep­cjo­ni­sta w czar­nym gar­ni­tu­rze prze­tarł czoło. Gło­wił się, jak wybrnąć z pato­wej sytu­acji. Mógł jedy­nie wypo­wie­dzieć tę samą for­mułę:

– Naprawdę bar­dzo mi przy­kro. Błąd w sys­te­mie. Kom­pu­ter przy­dzie­lił ten sam pokój dwóm oso­bom. Zwy­kła pomyłka tech­niczna. Posta­ram się wyja­śnić z infor­ma­ty­kiem, jak mogło do tego dojść. Ni­gdy jesz­cze nie zda­rzyła nam się taka sytu­acja. Dbamy o to, by nic takiego nie miało miej­sca.

– To coś słabo dba­cie. Mój kal­ku­la­tor z komu­nii jest bar­dziej nie­za­wodny od waszych sys­te­mów. Zale­żało mi na tym pokoju – dodał. Mówił szybko, wypo­wia­da­jąc słowa jak auto­mat. – I na tara­sie. A pan mi teraz wyjeż­dżasz z czymś takim? To jakaś kpina? Jakaś farsa, w dupę alpaki?

Recep­cjo­ni­sta nie wie­dział, co powie­dzieć. Wyczer­pał wyuczony pakiet uprzej­mo­ści. Popa­trzył na gościa, który nie chciał przy­jąć do wia­do­mo­ści tak pro­stych fak­tów. Prze­cież to nie on się pomy­lił, lecz sys­tem.

– Nie wiem, co jesz­cze mogę zro­bić w tej spra­wie. Może jed­nak zgo­dzi się pan na inny pokój, podobny. Pro­szę chwilę pocze­kać.

– Nie chcę innego. Chcę ten. Ale skoro nie ma, to trudno. Jak rozu­miem, wpłata zosta­nie bez­zwłocz­nie zwró­cona na moje konto?

– Jak pan sobie życzy. Mogę wypła­cić w gotówce albo otrzyma pan zwrot na konto. Musi pan tylko wypeł­nić for­mu­larz.

Gość obró­cił się ner­wowo wokół wła­snej osi, patrząc na śred­niego stan­dardu wypo­sa­że­nie hotelu. Na ścia­nach wisiały stare pocz­tówki i czarno-białe zdję­cia. Pew­nie przed­wo­jenne, ale nawet z daleka było widać, że to reprinty. Jak nic wydru­ko­wane z Inter­netu. Mimo histo­rycz­nego akcentu, próby połą­cze­nia tra­dy­cyj­nego i nowo­cze­snego wystroju, nie było tu ład­nie. Po pro­stu coś nie zagrało, a spo­mię­dzy tych nie­do­pa­so­wa­nych ze sobą ele­men­tów wyle­wał się kicz.

– Czy mogę zna­leźć w oko­licy hotel z podob­nym wido­kiem? – Gość nie ustę­po­wał. – Oczy­wi­ście mówię o Nowej Rudzie.

– Zaraz, sekundę – głos recep­cjo­ni­sty się zmie­nił – pro­szę pocze­kać. Wła­śnie poja­wił się komu­ni­kat w sys­te­mie, że zwol­nił się pokój obok, z tym samym wido­kiem, z takim samym tara­sem…

Gość potrzą­snął głową. Wyglą­dał na zdez­o­rien­to­wa­nego. Zdzi­wiło go, że rze­czy­wi­sto­ścią nie kie­ro­wał zdrowy roz­są­dek, a jakiś pro­gram. Gorzej, że i on popeł­niał błędy, a czło­wiek nie miał odwagi ich napra­wiać. Jakby cał­ko­wi­cie zaprze­dał swoją duszę dia­błu tech­no­lo­gii.

– Jak to moż­liwe?

– Sam nie wiem, ale ktoś wła­śnie wyco­fał rezer­wa­cję. Przed momen­tem poja­wiło się powia­do­mie­nie, że pokój się zwol­nił. A więc z rado­ścią mogę oznaj­mić, że otrzyma pan pokój. Bliź­nia­czy, obok. Czyli taki sam.

– Rozu­miem, że wobec tego cała ta nie­po­trzebna szopka…

– Zga­dza się. Jesz­cze raz w imie­niu hotelu „Dwór Sta­ro­pol­ski” prze­pra­szam za zamie­sza­nie. Dopeł­nijmy for­mal­no­ści, dobrze? Czy mógł­bym pro­sić o pana dowód?

Męż­czy­zna się­gnął po port­fel i wycią­gnął pla­sti­kową kartę z sze­re­giem cyfr, na który od paru lat nie lubił spo­glą­dać. PESEL. Wciąż się czuł jak nasto­la­tek, tyle tylko, że dobie­gał już pra­wie czter­dziestki i nawet nie wie­dział, kiedy te lata minęły. Za kilka mie­sięcy ma uro­dziny. Kole­dzy z komendy nie dadzą mu żyć. Będzie musiał zor­ga­ni­zo­wać huczną imprezę. Nie opę­dzi się od tych skre­ty­nia­łych sam­ców, marzą­cych tylko o tym, by się nawa­lić jak dzi­kie osły. Poza jed­nym, który w cza­sie imprezy zamiast wódki będzie popi­jał kok­tajl biał­kowy, naprę­ża­jąc masywne bicepsy. Miał na myśli kolegę z wydziału, Domi­nika Rudz­kiego; ten wolne chwile spę­dzał na tre­nin­gach.

– Macie tu siłow­nię? – Uznał, że dobrym lekiem na poprawę samo­po­czu­cia będzie prze­rzu­ca­nie cię­ża­rów. Skoro Rudz­kiemu poma­gało, to może jemu też nie zaszko­dzi.

Recep­cjo­ni­sta ski­nął głową.

– W dodatku z dobrym sprzę­tem. Wszystko w cenie doby hote­lo­wej.

Krauze już chciał coś powie­dzieć, ale poczuł wibra­cję w kie­szeni, a sekundę potem usły­szał motyw fil­mowy z dru­giej czę­ści Ter­mi­na­tora. Nie się­gnął po komórkę, nie chciał wie­dzieć, kto dzwoni. Pew­nie ktoś z komendy. Zigno­ro­wał to. Wpa­try­wał się w recep­cjo­ni­stę, który ner­wowo kli­kał w kla­wia­turę. Co za czasy, demony apli­ka­cji rzą­dzą rze­czy­wi­sto­ścią, powie­dział do sie­bie, po czym zaczął bęb­nić ner­wowo port­fe­lem o blat recep­cji. Kie­dyś, by pod­nieść sobie ciśnie­nie, wystar­czyło komuś przy­wa­lić, a teraz czło­wiek pod­nie­cał się na widok miga­ją­cych ikon w apli­ka­cjach.

– Dzię­kuję – powie­dział recep­cjo­ni­sta, odda­jąc mu dowód. Czy jeśli cho­dzi o czas pobytu, pana rezer­wa­cja ulega jakiejś zmia­nie?

– Zostanę dwa, góra trzy dni – odpo­wie­dział rze­czowo. – Myślę, że tyle mi wystar­czy. Lubię spa­ce­ro­wać. Mam ochotę poznać oko­licę. Zaj­muję się foto­gra­fią. Kie­dyś moje zdję­cie wygrało w kon­kur­sie „Natio­nal Geo­gra­phic”, wie pan? Wydru­ko­wali je w gaze­cie.

Recep­cjo­ni­sta nie zare­ago­wał. Nie wie­dział. Nie mógł wie­dzieć, bo Krauze to wymy­ślił. Celowo robił sobie jaja, zmy­śla­jąc wiele rze­czy na pocze­ka­niu.

– Trzy dni – powtó­rzył pod nosem. – Zazna­czę tak w sys­te­mie. No dobrze, zdaje się, że to wszystko. Wskażę panu drogę.

Męż­czy­zna wyszedł zza lady. Udali się do windy i wje­chali na trze­cie pię­tro. Prze­szli do końca kory­ta­rza wyło­żo­nego dywa­nem w kolo­rze bordo. Krauze szedł jako drugi. Wyczuł woń per­fum. Jean-Paul Gaul­tier. Cie­kawy zapach, choć zde­cy­do­wa­nie nie dla niego. Za deli­katny i za słodki. Kie­dyś kupił butelkę, ale oddał swo­jemu przy­ja­cie­lowi Igo­rowi. Po jakimś cza­sie zorien­to­wał się, że Igor też ich nie używa. Gdy był u niego i musiał sko­rzy­stać z toa­lety, zoba­czył, że per­fumy stały przy klo­ze­cie obok odświe­ża­czy powie­trza. Przy­naj­mniej do cze­goś się przy­dały.

– Oto pana karta magne­tyczna do drzwi – powie­dział młody czło­wiek i przy­ło­żył ją do czuj­nika. Drzwi się otwo­rzyły. Pokój z wnęką kuchenną oraz oddzielną łazienką – całość była wiel­ko­ści miesz­ka­nia ubo­giego kawa­lera, ale to mu wystar­czyło.

Krauze podra­pał się po gło­wie. Zasta­na­wiał się, jak się ma teraz zacho­wać. Setki razy widział w fil­mach, że w takich sytu­acjach nale­żało dać napi­wek za fatygę. Ale ten facet wcale się nie faty­go­wał. Nawet nie tknął jego torby, w któ­rej miał naj­waż­niej­sze rze­czy. Broń, kosme­tyki, parę ubrań na zmianę oraz lap­top. Może i dobrze, że nie ruszał, pomy­ślał. Torby dużo ważyły. Broń, druga zapa­sowa, amu­ni­cja – to kawał cięż­kiego metalu, więc ten leszcz zła­małby się wpół.

– A pral­nia?

– Przy recep­cji znaj­duje się tabliczka infor­ma­cyjna.

– Nie obcho­dzi mnie tabliczka, ale pral­nia.

Męż­czy­zna prych­nął głup­ko­wato. To już nie było wyuczone zacho­wa­nie z porad­nika dla pra­cow­ni­ków hotelu.

– Jest na niej infor­ma­cja, że pral­nia oraz siłow­nia znaj­dują się nie­da­leko recep­cji. Przej­ście do baru jest po lewej, na wprost od pralni i suszarni, a na prawo od siłowni, o którą wcze­śniej pan pytał.

– Pralka na monety?

– Tak.

– Wobec tego – zro­bił sztuczny uśmiech, zare­zer­wo­wany dla takich gości jak on – dzię­kuję za pomoc i wska­za­nie pokoju. Od tej pory będę sobie radził sam.

Recep­cjo­ni­sta ukło­nił się i zamknął za sobą drzwi.

Krauze poło­żył torbę na łóżku i zaczął wypa­ko­wy­wać rze­czy. Nie przy­niósł jesz­cze wszyst­kiego. W aucie, które stało na par­kingu, znaj­do­wał się fute­rał z bro­nią. Myśliw­ski sztu­cer Mau­ser M12 do polo­wa­nia na sarny, dziki i jele­nie. Ewen­tu­al­nie na ludzi. Jego żona nawet nie wie­działa, że ma takie cacko. Trzy­mał je scho­wane w piw­nicy, podob­nie jak dubel­tówkę, gazy łza­wiące, kubo­tany, para­li­za­tory oraz spory zapas amu­ni­cji. Nawet Igor nie widział jego arse­nału. Zawsze żar­to­wał, że gdyby kie­dyś doszło do wojny domo­wej, a oddziały par­ty­zan­tów dotarły do Kłodzka i pró­bo­wały wywlec wszyst­kich cywi­lów na ulicę, jego miesz­ka­nie nie byłoby łatwym bastio­nem do zdo­by­cia. Jedze­nia wystar­czy­łoby im na wiele tygo­dni. Broni na wiele dni zacię­tych walk.

Pod­szedł do sto­ją­cego na par­kingu zabyt­ko­wego czer­wo­nego jagu­ara, jego oczka w gło­wie. Wyjął czarny fute­rał, a potem wró­cił do pokoju. Na wszelki wypa­dek przy­go­to­wał kolejną wymówkę, że jest węd­ka­rzem i przy­je­chał tu na pstrągi. Fute­rał do złu­dze­nia przy­po­mi­nał te, które można było kupić w skle­pie węd­kar­skim. Węd­karz i foto­graf. Dobrze brzmiało, choć nie miało nic wspól­nego z prawdą.

Trzy­ma­jąc w ręku myśliw­ską broń, od razu poczuł się bez­piecz­niej. Nawet nie wie­dział, czy wnie­sie­nie jej do hotelu było zgodne z regu­la­mi­nem. Ale miał to gdzieś.

Wyszedł na taras i spoj­rzał w dal, na pasmo kró­lu­ją­cych nad doliną kil­ku­set­me­tro­wych wznie­sień, u pod­nóża któ­rych znaj­do­wały się nie­duże mia­sto, Nowa Ruda, oraz zato­pione w popo­łu­dnio­wej mgle nie­wiel­kie wsie.

Popa­trzył na szare kamie­nice. I w tej samej chwili poczuł meta­liczny posmak w ustach. Nie wie­dział, czy to smog, ale z pew­no­ścią nie było to coś, co chciał mieć na języku.

Przy­glą­dał się przez dłuż­szą chwilę miej­scu, do któ­rego musiał przy­je­chać. Pole­ce­nie służ­bowe, nie mógł więc odmó­wić. Oczy­wi­ście w grę wcho­dziły dojazdy, w końcu z Kłodzka do Nowej Rudy jest rzut bere­tem.

Roz­my­ślał przez jakiś czas, jak będzie dla niego lepiej. Znał sie­bie i wie­dział, że jeśli się tym zaj­mie, cały świat odpły­nie. Ale Ola znała go jesz­cze lepiej. Nie chciała, by wra­cał do domu w nocy, z tecz­kami akt mor­der­stwa, które mógłby zoba­czyć ich syn Mar­cel. Już parę razy podej­rzał maka­bryczne zdję­cia, a potem opo­wia­dał o tym kole­gom. Nie chciała, by to się powtó­rzyło.

Uznali więc, że powi­nien skon­cen­tro­wać się na pracy i nie wra­cać do domu na noc. Ola uca­ło­wała go i zapew­niła, że się wszyst­kim zaj­mie. Mówiąc to, miała na myśli Mar­cela, z któ­rym mieli sporo pro­ble­mów, głów­nie szkol­nych. Zażar­to­wała, że gdyby nie dała sobie rady, ode­śle go do chrzest­nego, do Igora.

Zamknął drzwi tara­sowe, zro­bił kil­ka­dzie­siąt pom­pek, a potem wziął prysz­nic. Gdy wyszedł, popa­trzył na swoje odbi­cie w lustrze. Przez dłuż­szą chwilę gapił się na szczu­płą, wyspor­to­waną syl­wetkę bie­ga­cza krót­ko­dy­stan­so­wego. Prze­cze­sał odru­chowo blond włosy, posma­ro­wał twarz kre­mem do rąk, resztę wtarł w palce i wierzch dłoni.

Po kąpieli wypa­ko­wał resztę rze­czy, zapa­rzył kawę i ze szklanką w ręku ponow­nie wyszedł na taras. W oddali znaj­do­wał się budy­nek szkoły, naj­praw­do­po­dob­niej pod­sta­wo­wej. Oce­nił to po wzro­ście uczniów, któ­rzy z zacię­ciem bie­gali za piłką. Wykłó­cali się o każdy strzał, gol, spa­lony. Dawno nie widział u nikogo takiego zaan­ga­żo­wa­nia. Dzieci w tym wieku, zwłasz­cza na boisku, robiły wszystko na sto pro­cent, jak nikt inny. Gwiz­dek świsz­czał nie­prze­rwa­nie, prze­ci­na­jąc jed­no­lity szum mia­sta. Nauczy­ciel krzy­czał, co parę chwil ich roz­dzie­lał, przy­wo­ły­wał do porządku, coś obja­śniał, jed­nej bądź dru­giej stro­nie poka­zy­wał żółtą kartkę.

Popa­trzył na zega­rek. Czas mijał. Nie­stety, za szybko. Pora na robotę. To ona go tu ścią­gnęła. Nim tu przy­je­chał, prze­czy­tał akta całej sprawy. A to i tak, jak sądził, nie było wszystko. Pew­nie sporo się dowie od tutej­szego komen­danta.

Roz­dział 2

2

– Myśla­łem, że przy­je­dzie cały wydział kry­mi­nalny, a tu tylko pan – powie­dział zasko­czony męż­czy­zna z czar­nymi oku­la­rami na nosie.

Krauze przyj­rzał się nie­wiel­kiemu gabi­ne­towi, pośrodku któ­rego sie­dział nie­po­zorny facet w śred­nim wieku. Nie wyglą­dał na poli­cjanta. Tym bar­dziej na komen­danta. Przy­po­mi­nał raczej ban­kiera, który nie dostał się do wyma­rzo­nej pracy w dużym mie­ście i nie dane mu było sie­dzieć po kil­ka­na­ście godzin na dobę w wyso­kim prze­szklo­nym wie­żowcu, gdzie mógł ana­li­zo­wać wskaź­niki kre­dy­tów hipo­tecz­nych. O ile cokol­wiek takiego ist­niało.

– Otrzy­ma­li­śmy w tej spra­wie odpo­wiedź komen­danta z Kłodzka. Powie­dział, że przy­ślą kogoś do pomocy.

Krauze aż się skrzy­wił i zro­bił minę, jakby usły­szał, że ktoś rysuje lakier jego uko­cha­nego jagu­ara. Zmarsz­czył brwi. Nie było wąt­pli­wo­ści, co ma na myśli. Prych­nął zaczep­nie:

– No? Że niby co powie­dział?

– Że wyśle do pomocy wydział kry­mi­nalny z komendy kłodz­kiej. Sądzi­łem, że wpad­nie tu dzie­się­ciu face­tów w komi­niar­kach i zro­bią porzą­dek – rzekł pom­pa­tycz­nie. Pew­nie spo­dzie­wał się wido­wi­sko­wych fajer­wer­ków.

Krauze wyczuł, że gość zażar­to­wał, pró­bu­jąc zyskać jego sym­pa­tię. Nie­stety, stało się ina­czej.

– No i jestem.

– Tylko pan? Serio?

– Komen­dan­cie, nie zaczy­najmy od wydu­ma­nych uprzej­mo­ści, z któ­rych bar­dzo bli­sko jest do trzep­nię­cia się po mor­dzie. Wydział kry­mi­nalny to ja. Skończ, czło­wieku, pie­przyć far­ma­zony, bo zaraz zadzwo­nię do prze­ło­żo­nych i powiem, że tutej­szy komen­dant to skoń­czony palant, który utrud­nia pro­wa­dze­nie śledz­twa. I zosta­niesz sam w tej swo­jej mysiej norze, a z tej two­jej mie­ściny, któ­rej nie potra­fisz ogar­nąć swo­imi upo­śle­dzo­nymi oga­rami, na­dal będzie się wyle­wać zło, wypeł­zną na wierzch ludz­kie robaki. I pożrą nie tylko zwy­kłych ludzi, ale i was. Nie mówiąc już o tym, że zosta­niesz publicz­nie zlin­czo­wany za to, że nie panu­jesz nad mia­stem. To co? Doga­damy się czy będziemy sobie ska­kać do gar­deł? Tylko pamię­taj, ja wysoko ska­czę – powie­dział, popra­wia­jąc czapkę z dasz­kiem.

Jacek Rak przy­tak­nął, robiąc minę sto­sowną do tego, co usły­szał. Nic nie powie­dział. Krauze odcze­kał chwilę, uzna­jąc, że wyja­śnili, co trzeba, a potem prze­szedł do kon­kre­tów:

– Dosko­nale. Ile masz psów?

– Pyta pan o funk­cjo­na­riu­szy czy o praw­dziwe psy, bo już nie rozu­miem…

– A niby o kogo, do cho­lery?

– Jeśli cho­dzi o funk­cjo­na­riu­szy, to w sumie sze­ściu. Psa praw­dzi­wego mie­li­śmy, ale rok temu byli­śmy zmu­szeni go uśpić.

– Sze­ściu? I sami nie potra­fi­cie zamknąć sprawy, która ewi­dent­nie wygląda na taką do roz­wią­za­nia w trzy dni? Góra cztery, wli­cza­jąc czas na jedze­nie i dłu­ba­nie w nosie.

– Pró­bu­jemy od pra­wie czte­rech tygo­dni. Utknę­li­śmy w miej­scu. Skoń­czyły nam się moż­li­wo­ści.

– A daleko dotar­li­ście?

– Nie umiem oce­nić. Od czego chce pan zacząć?

– Naj­le­piej od porząd­nej kawy – rzekł Krauze, roz­sia­da­jąc się wygod­nie na krze­śle. Komen­dant ski­nął głową, dając znać, że rozu­mie alu­zję, i wyszedł.

Krauze prze­siadł się z nie­wy­god­nego krze­sła na fotel komen­danta i zaczął mu grze­bać w biurku. Po chwili zorien­to­wał się, że akta sprawy leżą na samym wierz­chu, przy­kryte paroma stro­nami wydru­ków z ankie­tami, które musieli wypeł­nić funk­cjo­na­riu­sze. To jest wła­śnie to, co zabija ducha poli­cji, czyli papie­ro­lo­gia, pro­du­ko­wane na potęgę doku­menty, pomy­ślał. Było tego zde­cy­do­wa­nie za dużo – za dużo cer­ty­fi­ka­tów, za dużo norm, celów, prio­ry­te­tów, kon­troli, audy­tów, wszel­kich dzia­łań mają­cych na celu znor­ma­li­zo­wa­nie każ­dego aspektu ich pracy. Przy tym wszyst­kim gubiła się sama idea i czas na dzia­ła­nie w tere­nie. Nie­stety, inne insty­tu­cje i urzędy też się z tym bory­kały.

Teczka była gruba. Znaj­do­wały się w niej zezna­nia rodzi­ców, rodzeń­stwa oraz zna­jo­mych zamor­do­wa­nej pary, raporty z sek­cji zwłok, odci­ski pal­ców, opi­nie bie­głych, zezna­nia innych prze­słu­chi­wa­nych osób, notatki poli­cjan­tów, któ­rzy poszu­ki­wali zagi­nio­nych, nim po dwóch dniach odna­leźli ich ciała.

Prze­siadł się na swoje miej­sce. Musiał zwe­ry­fi­ko­wać dane. Zamor­do­wana to Nata­lia Jasiń­ska, lat dwa­dzie­ścia cztery, zamiesz­kała w Nowej Rudzie przy ulicy Lipo­wej, uro­dzona w tejże miej­sco­wo­ści, absol­wentka tutej­szego liceum ogól­no­kształ­cą­cego. Nie miała rodzeń­stwa. Rodzice scha­rak­te­ry­zo­wali ją jako bar­dzo tem­pe­ra­mentną dziew­czynę. Taką, która lubiła spę­dzać czas poza domem. Była bar­dzo aktywna fizycz­nie, upra­wiała różne sporty. Parę lat temu pra­co­wała doryw­czo w tutej­szym skle­pie odzie­żo­wym. Nie­ka­rana. Nie­no­to­wana. Nie miała wro­gów, nikt jej nie prze­śla­do­wał.

Mar­cin Der­czyń­ski, jej chło­pak, lat dwa­dzie­ścia pięć, zamiesz­kały w Nowej Rudzie rów­nież przy ulicy Lipo­wej, nie­do­szły absol­went uczelni infor­ma­tycz­nej. Nie ukoń­czył stu­diów, ponie­waż bar­dzo szybko pod­jął pracę w zało­żo­nej przez sie­bie fir­mie. Zaj­mo­wał się pro­gra­mo­wa­niem. Dzia­łal­ność zli­kwi­do­wał po pół roku, gdy został zatrud­niony w fir­mie De-Inst z sie­dzibą we Wro­cła­wiu. Pra­co­wał z domu, jak wyni­kało z zebra­nych przez poli­cję infor­ma­cji. Od czte­rech lat miesz­kał z Nata­lią w wynaj­mo­wa­nym nie­du­żym miesz­ka­niu. Nie­ka­rany. Nie­no­to­wany.

Popa­trzył na zdję­cie mło­dego męż­czy­zny. Ciemne, krót­kie włosy. Spo­kojna, nie­groźna twarz z łagod­nie zary­so­waną linią ust oraz deli­kat­nym, nie­mal nie­wi­docz­nym zaro­stem.

Obojgu zadano bar­dzo silne ude­rze­nia w głowę. Nata­lia miała zma­sa­kro­waną twarz – pogru­cho­tane kości nosa, wbite policzki, zła­mane zęby. Przy­czyną śmierci obojga były urazy wewnątrz­czasz­kowe. Przy­byli na miej­sce zbrodni medycy oraz poli­cjanci zgod­nie stwier­dzili, że dawno nie widzieli tak maka­brycz­nego widoku. W ciem­nym zagaj­niku, oto­czo­nym ze wszyst­kich stron śnież­nymi zaspami, leżały dwa zma­sa­kro­wane ciała. To była scena jak z hor­roru, a widok takiej ilo­ści zaschnię­tej krwi, która zdą­żyła zbrą­zo­wieć i stać się ciemną plamą na bia­łej pola­nie, nawet poli­cjan­tów wpra­wił w osłu­pie­nie.

Dwa ciała. Dwie młode osoby, które wspięły się na szczyt pobli­skiego wznie­sie­nia, by zje­chać na nar­tach. Poli­cjanci prze­szu­kali górę, samo miej­sce zbrodni i sąsied­nie stoki oraz lasy dosłow­nie metr po metrze. Pra­co­wali pra­wie całą dobę. Nie zna­le­ziono niczego poza nie­wy­raź­nymi śla­dami w śniegu.

Krauze cof­nął się o kilka stron. Popa­trzył na raport z sek­cji zwłok. Inte­re­so­wało go narzę­dzie zbrodni. Pato­log uznał, że ciosy zadano młot­kiem albo obu­chem nie­du­żej sie­kiery. U dziew­czyny nali­czono kil­ka­na­ście ude­rzeń. Część twa­rzy była istną mia­zgą.

Jej chło­paka potrak­to­wano łagod­niej. Otrzy­mał jeden bar­dzo silny cios, który lekarz medy­cyny sądo­wej uznał za śmier­telny.

Poli­cjanci ni­gdzie nie zna­leźli narzę­dzia zbrodni. Do tej pory nie zgło­sił się żaden świa­dek zabój­stwa, do poli­cjan­tów nie napły­nęły żadne – ofi­cjalne ani ano­ni­mowe – infor­ma­cje, mające na celu wska­za­nie świad­ków, a tym bar­dziej sprawcy.

Nowo­rudzka poli­cja przez następne dni patro­lo­wała ulice, poszu­ki­wała – według wstęp­nie zary­so­wa­nego pro­filu zabójcy – podej­rza­nego męż­czy­zny w śred­nim wieku. Tech­ni­kom udało się zabez­pie­czyć jedy­nie nie­wy­raźny ślad pode­szwy butów. Krauze popa­trzył na zdję­cie. Bar­dzo duży. To jedyna rzecz dająca im namiastkę obrazu sprawcy. Nic wię­cej. Żad­nych śla­dów bio­lo­gicz­nych czy osmo­lo­gicz­nych, żad­nych linii papi­lar­nych. Od momentu śmierci do momentu zna­le­zie­nia zwłok minęły ponad dwie doby. W tym cza­sie spa­dły trzy cen­ty­me­try śniegu, co tylko utrud­niło pracę oraz odkry­cie innych ewen­tu­al­nych śla­dów. Poli­cjanci spraw­dzili wszyst­kich miesz­kań­ców mia­sta i oko­licy z kar­to­teką kry­mi­nalną, odwie­dzili spe­luny, knajpy, meliny, bary, prze­trzą­snęli każdy porzu­cony budy­nek, w któ­rym miesz­kali bez­domni i w któ­rym doszło do cięż­szych prze­stępstw. Porów­nali to mor­der­stwo z innymi roz­wią­za­nymi i nieroz­wią­za­nymi spra­wami w rejo­nie, ale trudno było zna­leźć jakiś punkt styczny. Wie­lo­krot­nie prze­słu­chano rodziny obu ofiar oraz bli­skich, któ­rych udało się namie­rzyć. Poli­cjanci spraw­dzili kom­pu­tery zamor­do­wa­nych.

Nikt ich nie stra­szył, nikt im nie gro­ził. Nie mieli żad­nych dłu­gów. Ucho­dzili raczej za miłe i pogodne osoby, cho­ciaż Mar­cina postrze­gano jako zamknię­tego w sobie, mało­mów­nego, tro­chę wyco­fa­nego. Każdą chwilę spę­dzał przy kom­pu­te­rze. A mimo to sta­no­wili zgraną parę. Co do tego rodzina była zgodna.

– Za moment będzie kawa. I co, pod­ko­mi­sa­rzu? – zapy­tał komen­dant, wcho­dząc do pokoju.

– Moje małe uzna­nie, sporo zro­bi­li­ście – powie­dział, nie do końca prze­ko­nany, czy powi­nien pra­wić mu kom­ple­menty. Zwłasz­cza po tym, jak wyglą­dało ich przy­wi­ta­nie. No ale stało się. Powie­dział to na głos i może był to błąd, bo lepiej zacho­wy­wać dystans, trzy­mać ludzi krótko i nie dawać żad­nych taryf ulgo­wych. Tak jak to miał w zwy­czaju.

– Miło to usły­szeć od poli­cjanta z Kłodzka. Pra­wie cztery tygo­dnie – rzekł komen­dant, po czym gło­śno wes­tchnął. – Tak, cztery tygo­dnie nie­prze­spa­nych nocy, poszu­ki­wań, wielu narad, wielu prze­słu­chań. Aż wresz­cie po mie­siącu – Rak upił łyk czar­nej jak smoła kawy – zja­wił się pan. Nie­stety sam. Dla­tego mam pewne obawy, czy jedna osoba…

– Też mam pewne obawy – prze­rwał mu – jed­nak nie w tym sęk, że jestem sam. Bo tu nie cho­dzi o liczbę śled­czych.

– A o co?

Krauze nie odpo­wie­dział. Mil­czał, wpa­tru­jąc się w akta. Liczba stwo­rzo­nych na potrzeby śledz­twa doku­men­tów wręcz go prze­ra­żała. Znaczną część z nich znał. Ale cho­dziło o coś jesz­cze. Będzie musiał poroz­ma­wiać z tyloma oso­bami. Cze­kało go ponowne spraw­dze­nie wielu dro­bia­zgów, prze­szu­ka­nie bazy danych, prze­ana­li­zo­wa­nie innych spraw – roz­wią­za­nych i nieroz­wią­za­nych, a potem zaj­rze­nie pod każdy kamień w tym mie­ście. Trzeba będzie zaj­rzeć w prze­szłość obu rodzin. Zna­leźć jakiś nie­pa­su­jący ele­ment ich poukła­da­nego życia.

Tak, nie­pa­su­jący ele­ment poukła­da­nego życia, powtó­rzył w myślach. Na tym pole­gało szu­ka­nie motywu zbrodni – momentu pęk­nię­cia w dotych­cza­so­wym życiu wielu ludzi. Cza­sami było to o jedno słowo za dużo, które zro­dziło lawinę nie­spo­dzie­wa­nej agre­sji. Impuls zmu­sza­jący kogoś do się­gnię­cia po broń. Lub po zwy­kłe narzę­dzie, coś, co aku­rat było pod ręką. Cza­sami był to przy­pa­dek; poja­wie­nie się w nie­wła­ści­wym miej­scu lub cza­sie. Innym znów razem, prze­ciw­nie – mor­der­stwo pla­no­wane tygo­dniami. Bez względu na rodzaj zbrodni śled­czy badali każdy jej aspekt, porów­ny­wali jedną zbrod­nię z innymi, by spraw­dzić, czy mieli już z czymś podob­nym do czy­nie­nia.

Jak było w tym przy­padku? Śled­czy uznali, że tę sprawę nale­żało potrak­to­wać indy­wi­du­al­nie.

Spoj­rzał w doku­menty, potem jesz­cze raz na zdję­cia obu ofiar. Zasta­na­wiał się, z jakiego typu zbrod­nią miał do czy­nie­nia. Z kim lub czym przyj­dzie mu się zmie­rzyć? Czy to będzie walka na czas, prze­bie­głość, siłę? Nie­za­leż­nie od odpo­wie­dzi podej­rze­wał, że czeka go praw­dziwe wyzwa­nie, choć w tej samej chwili przy­po­mniał sobie, co nie­dawno powie­dział – że rezer­wuje hotel na trzy dni. Uznał wtedy, że tyle czasu mu wystar­czy na roz­wią­za­nie sprawy. Gru­bość akt pod­po­wia­dała mu nie­śmiało, że może się pomy­lił.

No i docho­dził do tego jesz­cze jeden aspekt. Ni­gdy wcze­śniej nie pra­co­wał w innym mie­ście z obcymi ludźmi, któ­rych nie znał. Nie miał poję­cia, jakie mieli doświad­cze­nie i umie­jęt­no­ści, czy może na nich liczyć, ale wie­dział, że to na nim skupi się cała uwaga. Cokol­wiek zrobi, to będzie jego decy­zja, a więc i odpo­wie­dzial­ność. I czuł się ponie­kąd jak ktoś, kto weź­mie na barki cały tutej­szy świa­tek prze­stęp­czy, pozna mordę każ­dego kry­mi­na­li­sty, wdep­nie w każde śmier­dzące gówno, byle tylko poru­szyć to mia­sto.

Byle zmu­sić je do mówie­nia.

Za wszelką cenę.

Ale nie odpu­ści. Był czło­wie­kiem, który ni­gdy nie odpusz­cza. Wal­czy do upa­dłego. Aż się wykoń­czy psy­chicz­nie lub fizycz­nie. I to nie kwe­stia chęci pod­cią­gnię­cia sta­ty­styk poli­cyj­nych. On sam nazy­wał to upo­rem.

Chwy­cił akta sprawy, po czym wyszedł bez słowa z komi­sa­riatu.

Roz­dział 3

3

Wyci­snął z bli­stra trzy tabletki na nad­ci­śnie­nie i popił kil­koma łykami moc­nej kawy z papie­ro­wego kubka, którą kupił na sta­cji ben­zy­no­wej, gdy wra­cał z komi­sa­riatu. Była tak nie­do­bra, że aż nim zatrzę­sło z obrzy­dze­nia. Omal nie zwy­mio­to­wał.

Obje­chał już drugi raz cen­trum mia­sta, przy­glą­da­jąc się prze­chod­niom. Wszy­scy ubrani jed­na­kowo, w całą paletę odcieni sza­ro­ści, popiołu. Każdy gdzieś się spie­szył. Mieli sro­gie, zmę­czone miny. Jakby codzien­ność była obo­wiąz­kiem, na który nie mieli ochoty. Jakby życie pełne uśmie­chu i rado­ści zosta­wili za sobą kil­ka­na­ście lat temu, a teraz z nie­skry­wa­nym smut­kiem dopeł­niali for­mal­no­ści, by przy­go­to­wać się na nie­uchronną sta­rość.

Zapar­ko­wał i pod­szedł do odno­wio­nego budynku ratu­sza. Ładny, zauwa­żył, ale bez tej nowej żół­tej ele­wa­cji wyglą­dałby znacz­nie lepiej.

Uru­cho­mił w tele­fo­nie mapę oko­licy oraz samego mia­sta. Nowa Ruda oto­czona była wznie­sie­niami, lasami, kopal­niami, żwi­row­niami, fabry­kami. Nie­które były opusz­czone, inne wciąż dzia­łały.

Cie­kawe miej­sce, uznał, mimo iż pora roku nie sprzy­jała temu, by dostrzec walory mia­sta. Był tutaj kilka razy, ostat­nio parę lat temu, zupeł­nie przy­pad­kiem, gdy jechał z rodziną na wycieczkę.

Nowa Ruda, nie­wiel­kie mia­sto, z dzie­siąt­kami poprzy­kle­ja­nych do sie­bie kamie­nic, ze sta­rymi ponie­miec­kimi wil­lami, kil­koma kościo­łami, poprze­ci­nana wąskimi, krę­tymi dro­gami.

A mimo to mia­sto cier­piało na jakiś kom­pleks, wciąż tkwiło w głę­bo­kiej nie­śmia­ło­ści, która spra­wiała, że nie potra­fiło wyeks­po­no­wać swo­ich zalet, prze­kuć ich w atrak­cje tury­styczne, powal­czyć z innymi miej­sco­wo­ściami, poka­zać się z innej, lep­szej strony.

Popa­trzył na kolo­rowe ele­wa­cje kamie­nic. Fio­lety, róże, zie­le­nie, żół­cie. Kuszące szyldy nad skle­pami. Wszystko tanio, wszystko wyso­kiej jako­ści. Wszystko na miarę naszych potrzeb.

Na odno­wio­nym Rynku nikogo nie było. Nikt nie sie­dział na nowych ław­kach. Ludzie pędzili przed sie­bie, wci­ska­jąc ręce głę­boko w kie­sze­nie kur­tek.

Odna­lazł zezna­nia rodzi­ców dziew­czyny. Prze­kart­ko­wał je, prze­gry­za­jąc przy tym baton pro­te­inowy, aż wresz­cie zna­lazł odpo­wiedni frag­ment.

Oboje twier­dzili, że Nata­lia była otwartą, bez­tro­ską dziew­czyną. Zara­żała wszyst­kich swoją ener­gią. Cią­gle coś robiła, nie potra­fiła usie­dzieć w miej­scu. W ostat­nim cza­sie szu­kała lep­szej pracy. Jej marze­niem była wypro­wadzka do dużego mia­sta, naj­le­piej do Wro­cła­wia. Chciała – jak mówiła matka – pra­co­wać w salo­nie odzie­żo­wym jakiejś zna­nej marki. A potem awan­so­wać na mene­dżera. Wspo­mi­nała rów­nież o pracy w salo­nie sprze­daży dro­gich samo­cho­dów. Miała ambi­cje. Chciała zostać kimś wię­cej niż pod­rzędną sprze­daw­czy­nią w nie­zna­nym nikomu skle­piku. Podob­nie mówiła o niej mama Mar­cina, choć nie znała jej tak dobrze. Się­gnął po kolejne doku­menty. Przej­rzał je.

Wczy­tał się w infor­ma­cje o chło­paku, wła­ści­wie mło­dym męż­czyź­nie.

Doczy­tał do końca doku­ment, a potem spraw­dził adres matki zamor­do­wa­nego. Miesz­kała w jed­nej z kamie­nic przy ulicy Kościel­nej.

– Zwy­kle nie wie­rzę w przy­padki, wie pan, ale mam prze­czu­cie, że zgi­nęli przy­pad­kowo. Sądzę, że spo­tkali na swo­jej dro­dze jakie­goś psy­cho­patę, wariata, który ich… Wie pan – powie­działa ści­szo­nym gło­sem, robiąc gest pod brodą, by nie powie­dzieć na głos cze­goś, co i tak nie chciało przejść jej przez gar­dło, po czym zaczęła pocią­gać nosem.

– Oni nie mogli zgi­nąć przy­pad­kowo, cho­ciaż chciał­bym w to wie­rzyć – powie­dział i popa­trzył na swoją roz­mów­czy­nię. Ubrana w fio­le­towy swe­ter i spodnie z kan­ci­kiem. Za jej ple­cami znaj­do­wał się współ­cze­sny rodzaj meblo­ścianki. Podej­rze­wał, że wielu miesz­kań­ców kamie­nicy miało podobne. W kącie grał stary tele­wi­zor, z któ­rego zwi­sała biała cerata. Na niej stały jajko wiel­ka­nocne oraz bara­nek cukrowy owi­nięty prze­zro­czy­stą folią. Na ścia­nie wisiały zdję­cia w ram­kach. Na każ­dym z nich obraz kocha­ją­cej się rodziny. Nie­peł­nej. Mar­cin, jego młod­szy brat oraz ich matka. Nie mieli ojca. Zmarł, gdy chłopcy byli mali. Wie­dział to z doku­men­tów. Zapewne Julian, młod­szy brat, nawet go nie pamię­tał. Krauze też nie znał swo­jego ojca, więc domy­ślał się, co musieli czuć.

– Więc co? Więc to nie był psy­cho­pata?

– Nie sły­sza­łem jesz­cze o takim przy­padku, żeby ktoś zamor­do­wał dwie osoby w lesie w tak dobrze scho­wa­nym miej­scu i jesz­cze w takich oko­licz­no­ściach. Brzmi to nie­praw­do­po­dob­nie. I to jest nie­praw­do­po­dobne.

– Tak nam suge­ro­wali poli­cjanci.

– Nie mieli pod­staw, by tak twier­dzić.

– Ale powie­dzieli.

– Wpro­wa­dzili więc panią w błąd.

Kobieta się obru­szyła. Pew­nie miała już wszystko poukła­dane w gło­wie. Prze­pra­co­wane. Moż­liwe, że zaak­cep­to­wała tę wer­sję. I łatwiej było jej to wszystko znieść.

Trudno, pomy­ślał, musi ją zbu­rzyć i za jakiś czas zbu­do­wać nową wer­sję wyda­rzeń.

– A pan co? Jest pan lep­szym poli­cjan­tem od nich? Oni pra­cują w pocie czoła, jeż­dżą, pil­nują mia­sta. Pan nawet nie ma mun­duru. Ma pan jakieś prawo, by tak mówić? Ma pan jakieś dowody? Jakiś trop? Jakieś tam, te całe… odci­ski pal­ców?

Jeśli Krauze nie był cze­goś pewien, sta­rał się nie odpo­wia­dać na pyta­nia. Wielu pew­nie uzna­wało to za aro­gan­cję, ale on miał prag­ma­tyczne podej­ście do roz­mowy. Stu­dził ludz­kie zapały. Mówił to, co musiał, lub to, co wie­dział. A cza­sami po pro­stu pro­wo­ko­wał, by zła­mać czy­jeś mil­cze­nie.

– Od dawna mieszka pani w Nowej Rudzie?

– Od uro­dze­nia.

– Czyli na pewno zna pani wielu miesz­kań­ców tego mia­sta.

– Za dużo powie­dziane, ale fak­tycz­nie mam jakiś obraz ludzi, któ­rzy tu miesz­kają.

– To może będzie mogła mi pani pomóc w usta­le­niu tego, czy kie­dy­kol­wiek została tutaj popeł­niona podobna zbrod­nia?

– Nie, ni­gdy. Może kie­dyś, w latach sie­dem­dzie­sią­tych, może osiem­dzie­sią­tych. Jak w wielu takich mia­stach w Pol­sce. Było tu jak na Dzi­kim Zacho­dzie. Wie pan, kopal­nie, fabryki, kamie­nio­łomy. Daw­niej to był prze­my­słowy region. Pra­co­wało tu mnó­stwo ludzi, zwy­kłych, pro­stych męż­czyzn. Wyży­wali się na sobie. Tu i w oko­li­cach. Ale w ostat­nim cza­sie… czy ja wiem? Niczego takiego nie koja­rzę.

To, co powie­działa, zga­dzało się z doku­men­ta­cją przy­go­to­waną przez poli­cjan­tów. Spraw­dzili i porów­nali popeł­nione w poprzed­nich latach zbrod­nie. Łącz­nie sie­dem mor­derstw, w tym pięć w gro­nie rodziny. Wszyst­kie pod­czas liba­cji. Każdy ze spraw­ców odsia­dy­wał wyrok w któ­rymś z dol­no­ślą­skich zakła­dów kar­nych. Dwa pozo­stałe nie były podobne do tego pod żad­nym wzglę­dem. Zaszty­le­to­wa­nie mło­dej osoby pod dys­ko­teką w roku dwu­ty­sięcz­nym. Trzy lata póź­niej dru­gie – śmierć w wyniku bójki mię­dzy dwoma skłó­co­nymi przed­się­bior­cami. Nie­mal każda ich roz­mowa koń­czyła się awan­turą. Pod­czas jed­nej z nich doszło do ręko­czy­nów. Wła­ści­ciel zakładu mecha­nicz­nego chwy­cił to, co miał pod ręką, i ude­rzył klu­czem fran­cu­skim swo­jego kon­tra­henta w głowę. Męż­czy­zna poniósł śmierć na miej­scu. Sprawca przy­znał się do winy, odsia­duje dwu­dzie­sto­pię­cio­letni wyrok.

Mimo to w Nowej Rudzie i oko­licy, wbrew temu, co powie­działa, nie było jak na Dzi­kim Zacho­dzie. Sta­ty­styki nie wyglą­dały aż tak nie­po­ko­jąco, a to, co działo się kie­dyś, przed laty, nie było wyjąt­kowe. Nie dało się więc tego mor­der­stwa zesta­wić i porów­nać z innymi, na co miał twarde dowody, a teraz też potwier­dze­nie kolej­nej osoby. Trzeba je trak­to­wać raczej jako osobne wyda­rze­nie, nie­po­wią­zane z innymi.

– Czym się zaj­mo­wał Mar­cin, gdy nie pra­co­wał?

Kobieta popa­trzyła na zdję­cie swo­jego syna i skrzy­wiła się gorzko, jak osoba, która wciąż nie pogo­dziła się z tym, co się stało. Nie dzi­wił się jej. Nad takim okru­cień­stwem nie dało się przejść do porządku dzien­nego. To nie była śmierć spo­wo­do­wana długą cho­robą, do któ­rej w jakimś stop­niu można się przy­go­to­wać, tylko bru­talne ode­bra­nie życia za pomocą naj­prost­szego narzę­dzia. Pospo­li­tość tego czynu mro­ziła i prze­ra­żała jed­no­cze­śnie. A prze­cież ludzie czę­sto wyobra­żają sobie śmierć jako coś wznio­słego, maje­sta­tycz­nego. Śmierć trak­to­wana jest niczym uko­ro­no­wa­nie życia, jak coś, co przy­cho­dzi wraz z późną sta­ro­ścią. Nie wcze­śniej. Ludzie wolą i chcą wyobra­żać sobie śmierć jako zja­wi­sko z pogra­ni­cza meta­fi­zycz­nej este­tyki. Chcą wyobra­żać sobie osoby zmarłe jako dostojne i dla­tego, pomy­ślał ze smut­kiem, tak dbają, by nie­bosz­czyk wyglą­dał w trum­nie ele­gancko, czę­sto o wiele pięk­niej niż za życia; stąd potrzeba przy­stra­ja­nia świą­tyni kwia­tami, wień­cami. Stąd dba­łość o każdy detal cere­mo­nii pogrze­bo­wej.

Śmierć ma wymiar ele­gan­cji i ciszy.

Tak też pew­nie Wie­sława Der­czyń­ska chciała zapa­mię­tać swo­jego syna, tak też chciała to postrze­gać. Krauze nie mógł jej tego ode­brać. Przy­naj­mniej nie teraz, pod­czas ich pierw­szego spo­tka­nia.

– Lubił książki i filmy, ale nie miał na nie czasu. Jego życiem był kom­pu­ter, ma pan rację. Poświę­cał mu dużo uwagi, bo udało mu się osią­gnąć to, co udaje się dziś nie­wielu, połą­czyć pracę i zain­te­re­so­wa­nia. Zawsze lubił grze­bać w kom­pu­terach. Całymi dniami mógłby się tym bawić. Ale wcale nie mia­łam mu tego za złe. Mar­cin miał z tego pie­nią­dze. Widzi pan, on naprawdę nikomu nic złego nie robił. O nie. Pro­szę mi wie­rzyć na słowo. Jestem jego matką, więc wiem.

– Może posia­dał jakieś nie­le­galne dane? Może komuś coś wykradł? Sły­szała pani o hake­rach?

– Mar­cin taki nie był. Pra­co­wał legal­nie.

Guzik to zna­czy, powie­dział do sie­bie.

– Nie chcia­łem, by pani tak pomy­ślała. Nie oce­niam go. Roz­wa­żam różne opcje. Wie­rzę, że roz­mowa z panią ma klu­czowe zna­cze­nie. Zapewne znała go pani naj­le­piej. – Uznał, że były to słowa, jakie chcia­łaby usły­szeć każda matka, i że w ten spo­sób na pewno prze­cią­gnie ją na swoją stronę.

– Może i tak było – rze­kła po namy­śle. – Nata­lia nie znała go tak jak ja, byli ze sobą tylko od czte­rech czy pię­ciu lat. Któż inny zna tak dobrze syna jak matka. Co nie ozna­cza, panie poli­cjan­cie, że wiem, co się wyda­rzyło tam na górze. Bo nie wiem. Na razie nikt nie wie. Po co oni tam poszli? Mało innych gór? Gra­bina to zdra­dliwe miej­sce. Nasi miej­scowi poli­cjanci powie­dzieli, że padli ofiarą sza­leńca. Tyle się mówi w mediach o takich. Sły­szał pan o tym potwo­rze w Las Vegas, który wyszedł na bal­kon hotelu i zaczął strze­lać do ludzi parę lat temu, zabi­ja­jąc kil­ka­dzie­siąt osób? Albo te przy­padki, co się wysa­dzają w powie­trze w miej­scach publicz­nych? Albo wjeż­dżają cię­ża­rówką w tłum ludzi? Tak się czło­wiek nie zacho­wuje. Tak się zacho­wuje bestia. Dzika, bez­li­to­sna. I wiem, że wła­śnie taka zabiła mojego syna.

Krauze nie­znacz­nie przy­tak­nął. Wczuł się w rytm roz­mowy, ale nie odpo­wie­dział, bo nie było takiej potrzeby. Rozu­miał, dla­czego to powie­działa.

– Czy ich zwią­zek był udany?

– Co ma pan na myśli?

– Mam na myśli kłót­nie, awan­tury. Sprze­czali się o coś?

– Nie, raczej nic z tych rze­czy. Byli w sie­bie zapa­trzeni. Poznali się w liceum, ale dopiero po szkole zaczęli ze sobą cho­dzić. Spę­dzali razem dużo czasu. A czy się o coś kłó­cili? Raczej nie, może o to, że Nata­lia bar­dzo chciała stąd wyje­chać. Wku­rzało ją, że Mar­cin trzyma się tego miej­sca. Pra­gnęła cze­goś wię­cej. Dla niej to miej­sce nic nie zna­czyło. Nie zno­siła Nowej Rudy. A dla Mar­cinka było wszyst­kim. Sprze­czali się o to.

– Może wie pani coś o innych oso­bach, z któ­rymi mogli być skłó­ceni?

– Nic nie wiem na ten temat. Już to mówi­łam poli­cji.

– I to się zga­dza – potwier­dził. – Ale muszę mieć pełny obraz całego zda­rze­nia. Może przy­po­mniało się pani coś, co wymaga dopre­cy­zo­wa­nia. Cza­sami tak jest, że ludzie sobie coś przy­po­mi­nają, ale nie chcą iść na poli­cję, bo mają mylne poczu­cie, że to i tak nie ma żad­nego zna­cze­nia. Dla­tego z panią roz­ma­wiam. Upew­niam się, że od chwili zło­że­nia zeznań niczego wię­cej nie chce pani dodać.

Wie­sława Der­czyń­ska namy­ślała się, ale był to inny rodzaj zamy­śle­nia niż ten, który zapo­wia­dałby odpo­wiedź na jego pyta­nie.

– Roz­ma­wia­łam o tym z moim młod­szym synem, z sąsiad­kami, prze­ga­da­łam to chyba z każ­dym, z kim mogłam. Pró­bo­wa­łam zro­zu­mieć, co się stało. Pró­bo­wa­łam sobie wyja­śnić, dla­czego mój syn zgi­nął. I nie potra­fię odpo­wie­dzieć na to pyta­nie. Czuję, jakby Bóg chciał mnie uka­rać, zemścić się za coś…

– Za co?

– No wła­śnie. Niech mi pan powie, za co? Nie mogę tego zro­zu­mieć ani pojąć. Niczego złego w życiu nie zro­bi­łam. Nikogo nie skrzyw­dzi­łam. I dla­tego jestem prze­ko­nana, że mój syn zgi­nął przez przy­pa­dek. Każ­dego dnia ludzie na świe­cie giną przez przy­pa­dek, pro­szę pana.

Roz­dział 4

4

Doku­menty nie odsła­niały wszyst­kich kart prze­szło­ści. Na razie były jedy­nym nośni­kiem infor­ma­cji o mor­der­stwie, jakim dys­po­no­wał. Musiał wyjść poza nie, się­gnąć głę­biej.

Zjadł sezamka, potem zapa­lił papie­rosa i popa­trzył na niski budy­nek szkoły pokryty sta­rym tyn­kiem. Na fron­to­wej ścia­nie budynku znaj­do­wały się dłu­gie rzędy okien. Odra­pane ściany spra­wiały wra­że­nie, jakby któ­re­goś dnia doliną prze­cha­dzał się potężny potwór i szar­pał pazu­rami wszystko, co spo­tkał na swo­jej dro­dze. Wokół terenu szkol­nego stały maszyny budow­lane. Trwał tu remont, ale ni­gdzie nie widział robot­ni­ków. Maszyny nie pra­co­wały. Przy­kryto je folią. Obok leżały worki z cemen­tem – pokar­mem, któ­rego doma­gał się obiekt. Jed­nak nikt nie chciał zaspo­koić jego głodu.

Dzie­sięć minut póź­niej we wnę­trzu budynku roz­legł się dzwo­nek, a zaraz po nim ze środka wybiegł tłum nasto­lat­ków. Zacie­rali ręce z zimna i szli przed sie­bie. Wszy­scy podobni, choć każdy sta­rał się czymś wyróż­niać, jakby pra­gnął stwo­rzyć nowy styl. Masa nie­mal jed­na­ko­wych twa­rzy – ostrzy­żo­nych na mło­dych gniew­nych, naśla­du­ją­cych styl, który pod­su­wała im współ­cze­sna popkul­tura. Dziew­czyny ze zbyt grubą war­stwą pudru, która miała przy­sło­nić trą­dzik. Więk­szość zawzię­cie szu­kała cze­goś w tele­fo­nie. Mło­dzi uda­wali waż­nych i zaję­tych. Odpi­sy­wali sobie na wia­do­mo­ści. Zata­piali się w zale­wie gra­ficz­nych tre­ści, doda­wali nowe zdję­cia na kanały spo­łecz­no­ściowe. Nagry­wali fil­miki na Tik­Toka. Prze­sy­łali sobie linki do, ich zda­niem, śmiesz­nych fil­mów, wysy­łali nowe memy o nauczy­cie­lach, ner­dach, śmiesz­nych kotach.

Krauze pstryk­nął w dal nie­do­pa­lo­nym papie­ro­sem, splu­nął naj­da­lej jak potra­fił, prze­cze­sał opa­da­jące blond włosy, wycią­gnął z kie­szeni zdję­cie i zaczął przy­pa­try­wać się mło­dym oso­bom. Nie miał pamięci foto­gra­ficz­nej, ale i tak jedno spoj­rze­nie na czy­jąś twarz pozwa­lało mu ją zapa­mię­tać na dłu­gie tygo­dnie. Tu miał trud­niej­sze zada­nie. Masa wyle­wała się bez końca.

Wresz­cie dostrzegł poszu­ki­waną twarz. Chło­pak dopiero przed chwilą wyszedł z budynku. Krauze zer­k­nął szybko na tele­fon. Dwa nie­ode­brane połą­cze­nia. Jedno od Oli, dru­gie od Igora. Kolega miał teraz robotę przy wła­ma­niu do biura w jed­nej z kłodz­kich spół­dzielni miesz­ka­nio­wych. Już dru­gim. Wraz z tech­ni­kami pró­bo­wał usta­lić, kto i dla­czego się tam wła­mał. Może to tylko zwy­kły rabu­nek? Ale po co, skoro w takich miej­scach nie trzyma się gotówki. War­to­ściowe były co naj­wy­żej kom­pu­tery oraz sprzęt biu­rowy. Chyba że ktoś chciał zatu­szo­wać jakąś aferę. Na razie było za wcze­śnie, by wyda­wać opi­nię.

Nie spusz­czał wzroku z wyro­śnię­tego nasto­latka. Chło­pak miał na sobie ocie­planą kurtkę dżin­sową z jasnym futer­kiem przy koł­nie­rzu oraz czarne spodnie. Zamiast ple­caka torba na ramie­niu, na któ­rej wid­niały naba­zgro­lone pod­pisy kole­gów. Kadr jak ze sta­rych tele­dy­sków roc­ko­wych.

– Julian? – zapy­tał, zacho­dząc mu drogę.

Chło­pak zatrzy­mał się i popa­trzył groź­nie na intruza.

– Kim pan jest?

– Poli­cjan­tem. Jak widać.

– No wła­śnie nie widać. Wygląda pan jak nauczy­ciel WF-u. Będzie pan zastę­po­wał tego fra­jera, który nas tak męczy?

– Jestem z poli­cji. Wta­piam się w tłum i, jak widzisz, robię to zaje­bi­ście dobrze.

– O co cho­dzi? – zapy­tał chło­pak, wycią­ga­jąc słu­chawkę z ucha.

– Chcę poroz­ma­wiać o Mar­ci­nie. Pro­wa­dzę śledz­two w tej spra­wie.

Młody przyj­rzał mu się badaw­czo. Krauze zda­wał sobie sprawę, że nie przy­po­mina typo­wego śled­czego z fil­mów, które peł­niły słu­żebną rolę w kształ­to­wa­niu wize­runku poli­cjan­tów. Bo w nich poli­cjant z kry­mi­nal­nego wyglą­dał jak masywny wiel­ko­lud z nie­przy­jem­nym wyra­zem twa­rzy i prze­wie­szoną na szyi odznaką w czar­nym fute­rale.

– Ile można o tym mówić? Naprawdę nie macie dość? – zapy­tał, po czym popa­trzył poro­zu­mie­waw­czo na mija­ją­cych go kole­gów. Odmach­nął im.

– Kilka metrów stąd mam samo­chód. Albo poga­damy tam, albo na komi­sa­ria­cie. Wybie­raj.

Młody popa­trzył groź­niej, ale na Krau­zem nie zro­biło to żad­nego wra­że­nia.

– A czy przy­pad­kiem nie jest tak, że powi­nien mi pan poka­zać jakąś odznakę? Albo powi­nienem dostać wezwa­nie na prze­słu­cha­nie? Mie­li­śmy kie­dyś o tym lek­cję. Mówili, żeby nie ufać obcym. A poza tym wiem, jakie mam prawa. I jakie prawa mają poli­cjanci.

Krauze poka­zał mu na odczep­nego legi­ty­ma­cję.

– Możesz dostać wezwa­nie. Ale możemy po pro­stu poga­dać i mieć to z głowy. Chcę poroz­ma­wiać o twoim bra­cie. Przy­je­cha­łem z Kłodzka, by zająć się śledz­twem. Jeśli mam się teraz srać z zawia­do­mie­niami, to w życiu nie zła­piemy mor­dercy, który wciąż jest na wol­no­ści. Za dużo już stra­ci­li­śmy czasu. Jak chcesz, możesz się do tego doło­żyć. Nie ma sprawy. Będziesz to miał na sumie­niu.

– Więc nie jest pan stąd? – zapy­tał i pocią­gnął nosem. Zadrżał z zimna.

Krauze ski­nął nie­znacz­nie głową.

– Jak pan chce, ale tylko chwilę. Matka będzie się nie­cier­pli­wić. Czeka na mnie w domu, obie­ca­łem, że się nie spóź­nię. Jeśli się nie zja­wię, dosta­nie zawału. I tak cud, że nie odpro­wa­dza mnie do szkoły.

Roz­dział 5

5

– Musi pan zro­zu­mieć. Ona wpa­dła w para­noję. Po tym, co się stało, po tym, jak zoba­czyła Mar­cina w kost­nicy, chyba każdy na jej miej­scu popadłby w taki stan. Dla­tego teraz na mnie chu­cha. Boi się o mnie. Pyta o każdą pier­dołę. Wysyła ese­mesy co dwie, trzy godziny. Muszę jej odpi­sy­wać, że wszystko okej.

– Źle to znio­sła – odparł Krauze i spoj­rzał w skromne menu oble­czone w ele­gancką oprawę, która wyglą­dała, jakby gra­fik przez całe życie zaj­mo­wał się pro­jek­to­wa­niem okła­dek prac dyplo­mo­wych. A lokal do ele­ganc­kich nie nale­żał. Krauze zamó­wił sobie kawę, mło­demu colę.

– Mało powie­dziane. Cały czas to pła­cze, to się śmieje, potem znów wpada w jakąś zadumę. I tak cią­gle. Bie­rze leki na uspo­ko­je­nie. Męczy mnie to, bo nie wiem, jak się zacho­wy­wać. Wie pan, z jed­nej strony ją rozu­miem, bo sam czuję się podle. I sam się boję. Ktoś zamor­do­wał mojego brata. To straszne, to wszystko jest takie podłe, tak nie­zro­zu­miałe, nie­po­jęte, ale… ona prze­gina. Nie umie się opa­mię­tać. Cza­sami mam jej zwy­czaj­nie dość. Ale to matka, więc muszę zno­sić jej fochy i dziwne zacho­wa­nia.

– Jaki był twój brat? – zapy­tał, uzna­jąc, że przy­szedł czas na kon­krety.

– Spo­kojny, mało­mówny. Ale inte­li­gentny. Inte­li­gent­niej­szy ode mnie. Z matmy, fizyki, infor­ma­tyki miał zawsze same szóstki. Gdyby taki nie był, pew­nie by go nie wzięli do roboty w tej fir­mie infor­ma­tycz­nej.

– Czym się zaj­mo­wał? – drą­żył, choć już sporo na ten temat wie­dział.

– Mało się na tym znam. Ja raczej jestem humem. W sen­sie bli­żej mi do pol­skiego niż matmy. Mówił mi, co tam robił, ale nie­wiele rozu­mia­łem. Ogól­nie wiem, że pro­gra­mo­wał. I testo­wał jakieś apli­ka­cje, sys­temy. Chyba tak miał nawet wpi­sane.

– Co wpi­sane?

– Pro­gra­mi­sta. Widzia­łem kie­dyś jego umowę o pracę. Leżała obok innych doku­men­tów.

– Prze­cież miesz­kał z Nata­lią.

– Tak, ale część rze­czy miał u nas. Doku­menty, jakieś stare świa­dec­twa, sporo ubrań, w któ­rych już nie cho­dził. Nie dbał o to. Sie­dział całymi dniami przy kom­pu­te­rze. Czai pan? To nie był typ porząd­nego chło­paka, który ma wszystko na swoim miej­scu… Mar­cin po pro­stu taki był. Myślami zawsze nie tam gdzie inni. Gdy się wypro­wa­dził, zabrał tylko część swo­ich rze­czy. To, czego potrze­bo­wał.

– A jak trak­to­wał zwią­zek? Nazwał­byś go uda­nym?

Julian zasta­na­wiał się nad odpo­wie­dzią. Patrzył na Krau­zego tak, jakby roz­ma­wiał z nauczy­cie­lem. Głos mu się lekko trząsł, a jed­no­cze­śnie spra­wiał wra­że­nie, jakby chciał się komuś wyga­dać. Może do tej pory nie miał takiej moż­li­wo­ści.

– Byli ze sobą jakieś pięć lat, mniej wię­cej. Więc myślę, że poważ­nie. Cho­ciaż w ostat­nich tygo­dniach kłó­cili się. I to ostro.

– O co?

– Nie wiem. Napi­sał mi na Mes­sen­ge­rze, że mają, jak to nazy­wał, ciche dni. Nie powie­dział, co się stało. Ale ogól­nie chyba ją kochał, choć mia­łem wra­że­nie, że czę­sto bywał na nią zły.

– Za co?

Julek zaczął się bawić pal­cami, kilka razy strze­lił kośćmi.

– Jak by to powie­dzieć – prze­rwał, by odna­leźć odpo­wied­nie słowa – może za to, że musiał jej poświę­cać czas. Za to, że była, jaka była.

– Czyli jaka?

– Wyma­ga­jąca. Cią­gle chciała coś robić, wyjeż­dżać, coś kupo­wać, marzyła o dużym, nowo­cze­snym miesz­ka­niu. Chciała mieć jakiś dobry, luk­su­sowy samo­chód. Mar­cin nie­źle zara­biał w tej fir­mie, więc gdyby się sprę­żyli, toby pew­nie dostali kre­dyt. I na miesz­ka­nie, i na samo­chód, no i w ogóle na jej zachcianki. Rozu­mie pan? Róż­niły ich cele. On pra­wie na nic nie wyda­wał, tylko poma­gał nam finan­sowo, pła­cił za wiele rze­czy, dawał na jedze­nie, rachunki. A ona chciała zostać panią świata. Widać to było zwłasz­cza w ostat­nim cza­sie.

– Cze­kaj, cze­kaj, mówisz, że się wku­rzał, bo musiał jej poświę­cać czas?

– Tak jakby. On miał dwa­dzie­ścia pięć lat, ale był nie­doj­rzały, rozu­mie pan? Nie miał poczu­cia, że jest doro­sły, że trzeba odejść od kom­pu­tera i zająć się bli­skimi. Zro­bić coś wię­cej. Prze­cież nie na tym to polega, by dawać mamie co mie­siąc tysiąc, dwa czy nawet wię­cej. On żył kom­pem. Mógłby spę­dzać przy nim dużo czasu, nawet cały dzień. Zaj­mo­wał się nim od kiedy pamię­tam. Potem stało się to jego pracą. Był szczę­śliwy, bo miał wresz­cie uspra­wie­dli­wie­nie, by nie odcho­dzić od kla­wia­tury. No a ona była jego kom­plet­nym prze­ci­wień­stwem. Wście­kała się, że wyda­wał na nas tyle kasy, że kupo­wał mamie meble, zafun­do­wał jej kilka wyjaz­dów do sana­to­rium, dawał kasę na leka­rzy, leki… A Nata­lia chciała te pie­nią­dze mieć dla sie­bie. Nie wiem, czy potra­fię to lepiej wyja­śnić. Kiedy teraz patrzę na to wszystko, wydaje mi się, że była zachłanna.

– A więc Nata­lia miała do niego pre­ten­sje i o to, jak żył, i o te wszyst­kie jej nie­zre­ali­zo­wane marze­nia? Samo­chód, wła­sne miesz­ka­nie?

– Tak. A do tego ona była inna. Poza tym wszyst­kim musiała się jesz­cze wysza­leć. A to kole­żanki, a to jakieś dys­ko­teki. Lubiła to. Żyła w cią­głym biegu. Narty, jog­ging czy coś innego. Była pod tym wzglę­dem dość wyma­ga­jąca. Zło­ścił się na nią, że tyle od niego chciała. Moim zda­niem powinna mieć chło­paka… jakie­goś, bo ja wiem, może spor­towca, kogoś bar­dziej prze­bo­jo­wego, a nie takiego, jak to się mówi, no life’a. Mam wra­że­nie, że zaczy­nało jej to cią­żyć. Męczyć. Czai pan?

– Czaję. O coś jesz­cze się kłó­cili?

– Raczej tylko o spo­sób, w jaki żyli. No i o to, że bar­dzo chciała się stąd wypro­wa­dzić. A on nie. Ich zwią­zek na tym cier­piał. Czu­łem to. Czu­łem, że mię­dzy nimi coraz czę­ściej zgrzy­tało. I że coraz wię­cej ich róż­niło.

– Więc co chciała robić?

– Wyrwać się stąd. Jak więk­szość osób. Ale brat trwał przy swoim. Dobrze mu tu było. No i miał nas pod ręką.

Krauze potak­nął, przy­kła­da­jąc rękę do kie­szeni, bo poczuł wibra­cję, a zaraz potem usły­szał muzykę z Ter­mi­na­tora.

– Czę­sto się widy­wa­li­ście?

– Śred­nio. Zwy­kle wpa­dali w co któ­rąś nie­dzielę na obiad. Wie pan, on miał swoją pracę, ja szkołę. Ale gada­li­śmy przez tele­fon, cza­sami wysy­łał mi jakieś śmieszne rze­czy. Roz­ma­wia­li­śmy wię­cej przez komórkę niż w realu.

– A z nią?

– Rzadko. Mię­dzy nami było parę lat róż­nicy.

– To nie ma zna­cze­nia. Albo się czło­wiek lubi, albo nie. Co ma do tego wiek?

Młody wzru­szył ramio­nami.

– Pisała ci kie­dy­kol­wiek o tych kłót­niach?

– Nie. O tym wie­dzia­łem tylko od Mar­cina, ale nie­chęt­nie o tym wspo­mi­nał. Nie radził sobie z takimi rze­czami. To był mózg kom­pu­te­rowy, z ludźmi kiep­sko mu szło. A Nata­lia pisała do mnie co jakiś czas: „Co tam, młody?”. Taka luźna gadka, nic poważ­nego. Zwy­kle odpi­sy­wa­łem, że u mnie wszystko okej, i roz­mowa się uci­nała. Pod­trzy­my­wa­li­śmy rela­cje. Jako takie.

– À pro­pos, co się stało z ich kom­pu­te­rami?

Julia­nowi nie­znacz­nie stę­żała twarz, jakby stał się czujny.

– Chcia­łem się nimi zająć. Jakiś czas temu popro­si­łem jed­nego z poli­cjan­tów, aby udo­stęp­nił mi ich lap­topy. Chcia­łem się zalo­go­wać na Face­bo­oka i napi­sać infor­ma­cję, że nie żyją. A potem usu­nąć konta ich obojga.

– Nie rozu­miem. Ktoś mógłby jesz­cze nie wie­dzieć o ich śmierci?

– To nie tak. Tutaj każdy wie, że nie żyją, ale pew­nie mieli zna­jo­mych w innych mia­stach, miej­sco­wo­ściach. Prze­cież każdy ma. Uwa­ża­łem, że powi­nie­nem to zro­bić. Czai pan? Chcia­łem opu­bli­ko­wać na ich kon­tach coś… jak klep­sy­dry, bo tak się robi, pew­nie pan wie. Bo jacyś zna­jomi z daleka wciąż mogą do nich pisać. A to przy­pał. Skąd jakiś zna­jomy, który wyje­chał do Anglii czy Nie­miec, ma wie­dzieć, że mój brat nie żyje? Albo ona? Nie­długo Nata­lia będzie miała uro­dziny. I co? Ktoś jej wpi­sze na tablicy na fej­sie „Sto lat, speł­nie­nia marzeń”? A ona pra­wie od mie­siąca nie żyje. Megaprzy­pał. Potem ktoś to polaj­kuje i zrobi się straszny kwas. Wtopa nie z tej ziemi. Chcia­łem tego unik­nąć, rozu­mie pan.

– I zają­łeś się tym?

Młody pokrę­cił głową. Grzywka opa­dła mu na oczy.

– Nie dali mi ich. Sprzęt został zare­kwi­ro­wany. Nie wiem, czy poli­cja już go spraw­dziła, ale chyba nie, skoro go nie dosta­li­śmy.

Krauze przy­po­mniał sobie, że w aktach była o tym wzmianka, ale nie widział eks­per­tyzy w spra­wie kom­pu­te­rów. Albo ją prze­oczył.

– Pocze­kaj sekundę – powie­dział i odda­lił się na odpo­wied­nią odle­głość. Wybrał numer komen­danta. Rak ode­brał po paru sygna­łach.

– Słu­cham?

– Tu pod­ko­mi­sarz Krauze. Po pierw­sze, wyświe­tlił się panu mój numer, więc pro­szę go sobie zapi­sać, bo pew­nie czę­sto będę do pana dzwo­nił, a po dru­gie – powie­dział, nie cze­ka­jąc aż tam­ten przy­tak­nie – gdzie są kom­pu­tery Nata­lii i Mar­cina?

– U nas.

– Co się teraz z nimi dzieje?

– Leżą w maga­zy­nie.

– Bo?

– Bo na razie toczy się śledz­two.

– Są wam potrzebne?

– Raczej nie.

– To czemu ich nie zwró­ci­li­ście rodzi­nie?

– Jakieś dwa dni temu, panie pod­ko­mi­sa­rzu, wysła­li­śmy infor­ma­cję, że mogą je ode­brać.

– To jakoś dziwne, że list prio­ry­te­towy z Nowej Rudy do Nowej Rudy idzie tak długo.

– Wysła­li­śmy zwy­kłym pole­co­nym.

– Co?

– Cię­cia kosz­tów, musi pan zro­zu­mieć. Wal­czę o każdą zło­tówkę.

– A nie mogli­ście im ich po pro­stu zawieźć albo zadzwo­nić, że mogą po nie przyjść? – zahu­czał wście­kle.

– Pro­ce­dura. Muszę mieć papier.

– No to było im pod­su­nąć pod nos do pod­pi­sa­nia pro­to­kół zdaw­czo-odbior­czy, do jasnej kurwy. Przez takie pie­prze­nie się wszystko w tym kraju trwa, jak­by­śmy zatrzy­mali się w dzie­więt­na­stym wieku.

– Będziemy teraz o tym roz­ma­wiać? O pro­ce­du­rach i pie­prze­niu się?

– Co usta­lił infor­ma­tyk?

– Żaden infor­ma­tyk. Odda­łem je do aspi­ranta Kowa­le­wi­cza. Parę lat temu cho­dził do stu­dium infor­ma­tycz­nego.

– Czego się dowie­dział?

– Spraw­dzał zawar­tość kom­pu­tera głów­nie pod kątem nie­le­gal­nych tre­ści. Apli­ka­cje, filmy, muzyka, zdję­cia, tego typu rze­czy.

– I natra­fił na coś?

– Nie. Mieli zain­sta­lo­wane legalne opro­gra­mo­wa­nie, legalne gry, to zna­czy Mar­cin, mnó­stwo pli­ków, tysiące wręcz. Nie dało się tego wszyst­kiego spraw­dzić. Ale wyklu­czy­li­śmy motyw o cha­rak­te­rze infor­ma­tycz­nym, więc po całym dniu ślę­cze­nia nad lap­to­pem kaza­łem mu to zosta­wić.

– A co niby ozna­cza „motyw infor­ma­tyczny”? Jak mam roz­szy­fro­wać ten arcy­mą­drze brzmiący beł­kot?

– No wie pan…

– No nie wiem.

– Jakieś zacho­wa­nia haker­skie.

– I ten cały Kowa­le­wicz po stu­dium infor­ma­tycz­nym usta­lił, że do niczego takiego nie doszło?

– Nie jest.

– Co nie jest?

– Absol­wen­tem. Nie ukoń­czył stu­dium.

Kurwa mać, zaklął w myślach Krauze. Zaci­snął z ner­wów szczęki tak mocno, że aż go zabo­lały zęby.

– Może miał cho­ciaż jakąś por­no­gra­fię?

– Nic z tych rze­czy.

– Więc co?

– Der­czyń­ski był infor­ma­ty­kiem. To zro­zu­miałe, że miał w kom­pu­te­rze dużo rze­czy. Takich, któ­rych my kom­plet­nie nie ogar­niamy.

– Więc znajdę kogoś, kto je ogar­nie. Przy­jadę po kom­pu­tery. Po oba.

– Będą na pana cze­kały na komi­sa­ria­cie.

Roz­dział 6

6

– Szybki pan jest.

– Wszy­scy powinni tacy być. Mniej pie­prze­nia, wię­cej robie­nia. Od razu byśmy mieli wię­cej roz­wią­za­nych spraw na kon­cie. Sta­ty­styki poszy­bo­wa­łyby w górę niczym lecący do cie­płych kra­jów samo­lot z Pola­kami na pokła­dzie. I wszyst­kim zro­bi­łoby się przy­jem­nie. Zwłasz­cza tym na szczy­cie, nie sądzi pan?

– O jakim szczy­cie pan mówi? Ta meta­fora samo­lotu… pogu­bi­łem się.

– Nie­ważne. – Mach­nął ręką.

Rak wzru­szył obo­jęt­nie ramio­nami. Sie­dział w swoim wygod­nym fotelu i kli­kał coś w kom­pu­te­rze. Ekran był obró­cony tyłem, więc trudno orzec, czy ukła­dał pasjansa, czy prze­glą­dał raporty. Rak – jak zdą­żył zauwa­żyć Krauze – przez lata służby nauczył się poważ­nej miny, dzięki któ­rej zawsze wyglą­dał na stra­pio­nego i prze­ję­tego.

– Trudno się z panem roz­ma­wia. Cie­kawe, czy tak samo współ­pra­cuje.

– Że co?

– Nic. Lubię wie­dzieć, z kim pra­cuję, więc pró­bo­wa­łem się cze­goś o panu dowie­dzieć.

Krauze przy­sta­nął. Zamarł. O chuj mu cho­dzi? – zapy­tał sam sie­bie.

– O czym ty mówisz, czło­wieku? Niby czego się chcia­łeś dowie­dzieć?

– Cze­go­kol­wiek, panie Krauze. Zwy­kle lubię wie­dzieć, z kim mam do czy­nie­nia.

– Z pod­ko­mi­sa­rzem wydziału kry­mi­nal­nego z Kłodzka. Z kimś, kto być może ura­tuje ci dupę, by nie została sko­pana przez roz­wście­czo­nych miesz­kań­ców Nowej Rudy za to, że do tej pory ty i twoi ludzie nie roz­wią­za­li­ście tej sprawy.

Rak popa­trzył nie­uf­nie. Nic nie mówił. Może nie przy­wykł do takich odpo­wie­dzi albo cze­kał na dal­szy ciąg. Minęło parę sekund, nim jego spoj­rze­nie tro­chę zła­god­niało.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki