Emmy 7 - Tour de Paris - Mette Finderup - ebook + audiobook

Emmy 7 - Tour de Paris ebook

Mette Finderup

0,0
5,99 zł

lub
Opis

Emmy wręcz nie może się doczekać straszliwie nudnych i deszczowych, a na dodatek spędzonych samotnie ferii wielkanocnych w Hejresø, podczas gdy mama i Matma-Mogens, który właśnie "wygrał" 52 tysiące koron po rozliczeniu podatku, wyruszają w romantyczną podróż do Miasta Świateł. Jej nastawienie zmienia się jednak całkowicie, gdy Mogens wypowiada słowa, które awansują go z pozycji kogoś-kto-przypadkowo-jest-tylko-facetem-mamy, do ligi możliwego-ojczyma: – Ale Ty też wybierasz się z nami, Emmy! Zarówno Ty, jak i Martin. Wszyscy lecimy do Paryża! Emmy ciężko jest zapanować nad podekscytowaniem, ale zanim wyruszy w podróż, ma na liście jeszcze kilka rzeczy, o których musi pamiętać (na przykład o paszporcie, ponieważ nieprzyjemnie jest odkryć jego brak w połowie drogi na lotnisko), ale znajdują się na niej też takie, które tak naprawdę życzyłaby sobie zostawić w domu (na przykład własną mamę). Lecz poza tym czeka na nią słońce, błękit nieba, Wieża Eiffla, pchle targi, uroczy, brązowoocy chłopcy i wykwintne restauracje, gdzie serwowane są... żywe homary, które spoglądają na nią rozpaczliwym wzrokiem zanim zostaną przeobrażone w egzotyczny posiłek. I te 245 stacji metra, w których łatwo się zgubić... Paryżu, nadchodzimy! "Tour de Paris" jest siódmym tomem obsypanej nagrodami serii Mette Finderup o Emmy, która próbuje znaleźć swoje miejsce w życiu oraz trzymać się jak najdalej od matematyki.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 119

Oceny
0,0
0
0
0
0
0



Mette Finderup

Emmy 7 - Tour de Paris

Saga

Emmy 7 - Tour de ParisPrzełożyła Dagna Grociak tytuł oryginałuEmmy 7 - Tour de ParisCopyright © 2010, 2019 Mette Finderup i SAGA Egmont Wszystkie prawa zastrzeżone ISBN: 9788711868652

1. Wydanie w formie e-booka, 2019

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA Egmont oraz autora.

SAGA Egmont, spółka wydawnictwa Egmont

Poniedziałek, 4. Kwietnia

Wiele osób ma trudności z rzuceniem palenia. Mój dziadek, dla przykładu, podejmuje się tego zadania w każdy poniedziałek od trzech lat. Czasami udaje mu się przegrać w walce z nałogiem dopiero w środę, innym razem można przyłapać go już w poniedziałek, w porze obiadu, na paleniu za szopą w ogrodzie. Lecz to go nie zniechęca i w następny poniedziałek podejmuje kolejną próbę. Mama twierdzi, że jest uzależniony od papierosów, lecz ja zaczynam myśleć, że to RZUCANIE palenia stało się dla niego większym nałogiem. A z nimi nie ma żartów. Ciągłe powroty i nękanie leżą w ich naturze.

Mój starszy brat Martin wyrobił sobie nawyk rzucania wstrętnie wilgotnych ręczników na podłogę w korytarzu. Moja najlepsza przyjaciółka Kit ma w zwyczaju podjadać chrupkie pieczywo z dżemem podczas rozwiązywania trudnych zadań domowych z matematyki, a mój tata drapie się po karku, kiedy chciałby coś powiedzieć, ale nie może znaleźć odpowiednich słów.

Wydawało mi się, że nie posiadam żadnych nawyków, ale to nieprawda. Należy do nich prowadzenie pamiętnika.

Niedawno zapisałam ostatnią stronę w poprzednim dzienniku, który zapełniłam rozmyślaniami i wydarzeniami z mojego życia, ale nie przyszło mi do głowy, aby kupić nowy i kontynuować pisanie. Mój pamiętnik był zamkniętym rozdziałem… I to nawet dosłownie.

Po kilku dniach zaczęłam jednak czuć się dziwnie. Strasznie tęskniłam za pisaniem. Złapałam się na tym, że na wewnętrznej stronie jednego z zeszytów tworzę listy „zabawnych rzeczy”, jak określiła je Kit, a raz, z tyłu serwetki, zaczęłam opisywać nudny dzień w szkole… Kompletnie nieświadomie. Wtedy zrozumiałam, że nie mogę obyć się bez pamiętnika, ponieważ tworzy przestrzeń, w której mogę być sobą i nie muszę zastanawiać się nad konsekwencjami użytych przekleństw. Pisząc w nim, nie muszę spoglądać na rzeczy z szerszej perspektywy. Jeśli tylko mam na to ochotę, wszystkie strony mogę zapisać czymś zupełnie bezsensownym. Kartki pamiętnika dają upust wściekłości, ekscytacji i wszelkim innym uczuciom, więc brakowało mi miejsca, w którym mogłabym wyrazić wszystkie te słowa, które ciągle chciały się ze mnie wydostać. Błąkałam się więc niespokojnie, aż nagle zaczęłam rozmawiać sama ze sobą. Obojętnie, gdzie się znajdowałam, słyszałam w głowie mój własny, dręczący mnie głos. Ostatecznie byłam bliska utraty zmysłów, ponieważ nigdy nie mogłam zaznać spokoju ani wytchnienia.

Po trzech dniach uporczywego hałasu w głowie, pisania po serwetkach, na marginesach gazet i na zamglonych szybach, poddałam się. Złapałam autobus do Hejresø, gdzie kupiłam duży, czerwony notes z genialnym, czarnym motywem na pierwszej stronie i czystymi kartkami w środku. Wniosłam go do mojego pokoju niczym piracki skarb i pół godziny temu rozpoczęłam pisanie. O rany, jaka ulga. W mojej głowie od razu zrobiło się trochę spokojniej.

Niektóre z nałogów są gorsze od innych, ale nie wydaje mi się, żeby pisanie pamiętnika było równie niezdrowe jak palenie papierosów… Albo zjadanie chrupkiego pieczywa z dżemem w zdecydowanie zbyt dużych ilościach.

Prognoza pogody: z deszczu pod rynnę

Środa, 6. Kwietnia

– Ten deszcz musi KIEDYŚ przestać padać – westchnęła mama wyglądając do ogrodu, który cały tonął w szarościach, przez co ciężko było rozróżnić przebiśniegi od zwiędłych źdźbeł trawy.

Ale deszcz nie przestawał padać. Padało już od ośmiu dni.. I nie wyglądało na to, że pogoda po prostu postanowiła się z nami droczyć, lecz padało na tyle mocno, że trzeba było założyć na siebie zarówno przeciwdeszczowe spodnie, jak i kalosze, tylko po to, żeby wyrzucić śmieci. I nie zapowiada się na poprawę sytuacji. Prezenter telewizyjny przedstawił prognozę trzymając w dłoni tabliczkę z napisem „przepraszam”, kiedy wieczorem informował duńską publiczność zgromadzoną przed telewizorami o kolejnych czternastu dniach nieustannego deszczu, bez choćby odrobiny słońca.

Jednak deszczowa pogoda ma też swoje zalety. Kiedy pada, nikt ode mnie nie wymaga, abym wyszła na dwór ćwiczyć, czy pomogła wyrywać chwasty w ogródku. Nikt się nie czepia, jeśli przez cały weekend wyleguję się na kanapie, a prawdopodobieństwo wypicia wieczorem kubka ciepłego kakao odrobinkę wzrasta. Problemem są natomiast dokładnie te ulewne deszcze, które czynią wszystko, co w ich mocy, aby zatopić nasze ferie wielkanocne, które zaczynają się w piątek.

– Co ja robię w tym przeklętym kraju? – żaliła się mama, załamując ręce, w których trzymała ścierkę. – Dlaczego urodziłam się akurat w tej części świata, gdzie zawsze jest mokro i zimno? Nie mogłam w zamian urodzić się w Barcelonie? Albo w… Paryyyżu.

Mama westchnęła tak głęboko i sentymentalnie, że jej myśli niewątpliwie wróciły do czasu romantycznych ferii w Mieście Świateł, na które wybrała się ostatniego lata razem z moim nauczycielem matematyki, podczas gdy Martin i ja zostaliśmy porzuceni na pastwę duńskiej pogody. Nawiasem mówiąc, pogoda w zeszłym roku była znakomita, ale mama nie mogła o tym oczywiście pamiętać. Była w końcu w Paryżu.

Marzenia pochłonęły ją tak bardzo, że nie zauważyła, że moje westchnienia są jeszcze bardziej dramatyczne niż jej – siedziałam przy kuchennym stole próbując dojść do ładu z pracą domową. Matma-Mogens oczekiwał ode mnie jutro odpowiedzi na pytanie, o której Poul dotarł do Køge, jeśli poruszał się z prędkością o 30 km/h większą niż jego kuzyn Finn, który z kolei złapał w połowie drogi gumę i zatrzymał się na stacji benzynowej, aby zjeść trzy hot dogi.

Mama nie dostrzegła również, że ten sam Mogens wszedł tylnymi drzwiami do domu i powiesił na wieszaku swoją przemokniętą do suchej nitki kurtkę. Ale ja go zauważyłam i kiedy miałam ze złością wysyczeć, że przeklęty Poul mógł po prostu pojechać ze swoim kuzynem, spostrzegłam, że z facetem mamy dzieje się coś dziwnego.

On się uśmiechał… Mimo tej paskudnej pogody.

– Cześć, Kwiatuszku – zanucił i podszedł do mamy, aby ją przytulić.

Nigdy nie przyzwyczaję się w pełni do tej sytuacji. Ani do tego, że mój matematyk tak zwyczajnie przytula mamę (oczywiście tylko w domu, gdzie nikt inny nie może ich zobaczyć), ani do wymyślnych przezwisk, jakie dla niej wymyśla: „brzdąc”, „kwiatuszek”, i wiele innych. Moja mama nie jest już małym dzieckiem… Jest dorosłą kobietą, która sprzedaje ubrania dla „brzdąców”… A kwiatuszek? To określenie byłoby adekwatne, gdyby istniał kwiat z gatunku „markotny orlik pospolity, odmiana kuchenna”, ponieważ mama wyglądała na naprawdę smutną, kiedy odwróciła się do Mogensa i wzdychając zapytała:

– Co sprawiło, że jesteś tak idiotycznie szczęśliwy?

– Wygrałem w rozliczeniu podatkowym, skarbie! – zaświergotał Mogens. Zwykle Mogens jest ustawicznie bez grosza przy duszy, co ma związek z pewną kobietą, która go oszukała, zanim poznał mamę.

– Przecież nie można niczego wygrać rozliczając podatek – odburknęła mama i wycisnęła ze złością ścierkę, która prezentowała się teraz niemal równie smętnie jak ona.

– A jednak można! – powiedział Mogens, wyciągając kopertę z wewnętrznej kieszeni kurtki. Była wilgotna i pomięta przy brzegach, ale wyciągnął ją dumnie w stronę mamy niczym mały chłopiec, który po raz pierwszy w życiu narysował dinozaura.

Mama musiała przesunąć okulary na czoło, aby przeczytać list. Zdecydowanie potrzebuje nowej pary, ale nie chce tego przyznać i godzi się z faktem, że wygląda naprawdę komicznie nosząc przez połowę czasu swoje jaskrawoczerwone okulary na głowie.

– Wielkie nieba, Mogens. Dostaniesz zwrot podatku w wysokości 52-óch tysięcy koron? – wyszeptała, wpatrując się w niego (z jaskrawoczerwonymi okularami ciągle na głowie) mama. – Jakim cudem jest to możliwe?

Mogens rozpoczął elaborat o dawnych odsetkach, zmianach warunków i ratach. Natychmiast wstałam z krzesła, bo jego wypowiedź przypominała niezrozumiałe matematyczne wywody, które wygłaszał w szkole. Zaczęłam za to rozmyślać o astronomicznej kwocie 52-óch tysięcy koron, która odpowiadała wysokości mojego kieszonkowego na kolejne 10 lat.

– W jaki sposób masz zamiar je wydać? – zapytałam przerywając jego wywód, podczas gdy mój mózg próbował ustosunkować się do tej ogromnej kwoty pieniędzy.

– Powinieneś je zainwestować – stwierdziła mama, umieszczając okulary szybkim i zdecydowanym ruchem z powrotem na czubku nosa.  – To mogłoby naprawdę rozruszać twoją emeryturę.

Mogens pokręcił tylko przecząco głową:

– Oszalałaś, kobieto. Nie liczyłem się z tym, że zyskam takie pieniądze przez rozliczenie podatku. Powinniśmy je wykorzystać na obecne potrzeby, a nie odkładać na starość.

– Ale to jest nieodpowiedzialne gospodarowanie pieniędzmi, powinieneś je zainwestować… – zaprotestowała mama.

Na szczęście Mogens puścił jej radę mimo uszu. Chwycił ją za ramię i obracając ją w stronę okna rzekł:

– Pomyśl o możliwościach, Dorthe. Moglibyśmy na przykład wyjechać gdzieś na ferie… Znaleźć się z dala od deszczu i wiatru, wybrać się na południe, żeby doświadczyć prawdziwej wiosny. Co ty na to, kwiatuszku?

Jego słowa sprawiły, że Kwiatuszek zapomniał kompletnie o jakimkolwiek rozsądku.

– Wybierzemy się z powrotem do Paryża? – wykrztusiła z siebie mama.

– Tak, jeśli masz ochotę – powiedział uśmiechając się Mogens. – Ale świat jest pełen innych pięknych miejsc, takich jak Rzym, Turyn, Maroko… A może wakacje all inclusive na Malediwach?

Mama pokręciła głową:

– Paryż. Tylko ponowne ujrzenie Wieży Eiffla może uratować mnie z wiosennej depresji.

Mama robi się często bardzo zgorzkniała. Niczym owoc, który został zapomniany w czeluściach lodówki, ale jest w stanie o własnych siłach przepełznąć do jej drzwi i zapukać, aby ktoś mu otworzył. Patrząc z tej perspektywy, myślę, że zabranie mamy z powrotem do Paryża było dla Mogensa bardzo dobrą inwestycją. W każdym razie mama była już teraz bardzo uszczęśliwiona. Jej twarz nagle się rozpromieniła. Zaczęła opowiadać o romantycznych hotelach i o nowym wiosennym płaszczu, podczas gdy ja coraz bardziej zapadałam się przy stole w matematyczne równania.

– A TY czemu jesteś taka ponura? – zapytał Mogens, kiedy spostrzegł moją rozpacz.

Sądziłam, że miałam wszelkie możliwe powody, aby odczuwać przygnębienie: Padało, siedziałam nad przeklętymi zadaniami matematycznymi, których nie umiałam rozwiązać (a które on sam mi zadał), a teraz, na dodatek, miałam przed sobą perspektywę spędzenia w domu długich i samotnych ferii wielkanocnych, podczas gdy mama miała objadać się w Paryżu. Patrząc markotnie w stół wymamrotałam:

– A Martin i ja nie możemy nawet nigdy zrobić imprezy, gdy zostajemy sami w domu.

– Nie, nie możecie. I nie powinnaś mieć takiego negatywnego nastawienia, Emmy. Może mogłabyś odwiedzić tatę – zaproponowała mama, która nagle sama zrobiła się irytująco spontaniczna i wesoła.

– Nie, nie mogę, bo wybierają się z Lailą w podróż poślubną… Na Gran Canarię, gdzie też jest słonecznie – wyburczałam.

– O Boże, faktycznie… Ale tutaj, w domu, też na pewno będzie przytulnie. Podczas świąt wielkanocnych zawsze można obejrzeć tyle fajnych programów w telewizji. Ciekaaaawe, gdzie jest moja biała walizka w róże. Prawdopodobnie w garażu – szczebiotała.

Dała Mogensowi przelotnego buziaka (nie, nigdy się nie przyzwyczaję) i pofrunęła w kierunku drzwi wyjściowych w poszukiwaniu walizki w kwiaty.

W tym momencie Matma-Mogens wypowiedział magiczne słowa. Słowa, które w ułamku sekundy awansowały go z kogoś, kto-przypadkowo-jest-tylko-facetem-mamy, do ligi możliwego-ojczyma, gdy powiedział:

– Ale Ty lecisz z nami, Emmy. Zarówno Ty, jak i Martin. Wszyscy razem lecimy do Paryża!

– CO? –  ze zdumienia prawie spadłam z krzesła, a mama odwróciła się od drzwi, będąc równie głęboko osłupiała i wpatrywała się w Mogensa bez wyrazu.

– Nie musisz tego robić, Mogens – odezwała się.  – Oni będą się tylko nudzić. Mogą przecież spędzić takie krótkie ferie w domu. Paryż nie jest tak naprawdę dobrym miejscem dla dzieci!

Nie wierzyłam własnym uszom w to, CO powiedziała. Moja własna mama próbowała zniweczyć plany moich ferii w Paryżu, tylko dlatego, że chciała mieć Mogensa wyłącznie dla siebie. Ściągnęłam usta, a gdyby oczy mogły przeistaczać ludzi w kamień, mama opadłaby odrętwiała w dół, rysując kuchenną podłogę.

Ale Mogens ponownie przybył mi na ratunek:

– Czyżby w Paryżu nie było dzieci? Poza tym Martin i Emmy są już dorośli – zaśmiał się.

Na szczęście był tak zadowolony z tego nieoczekiwanego przypływu gotówki, że w ogóle nie wychwycił w głosie mamy zasadniczego znaczenia jej wypowiedzi:

– Pomyśl o tym wszystkim, co możemy im pokazać. Te wszystkie piękne miejsca, które sami widzieliśmy.

Mogens mieszkał przez rok w Paryżu świeżo po tym, jak został nauczycielem. Mama twierdzi, że zna to miasto równie dobrze, jak my znamy nasze Karleager.

– Pomyśl tylko o tej małej, przytulnej restauracji w Dzielnicy Łacińskiej, gdzie zjedliśmy tę niesamowitą potrawkę ze słonki. Będziemy się wspaniale bawić. Choć raz możemy być bardziej rodzinni, potrzebujemy tego. Co Ty na to, Emmy? Nie chciałabyś wybrać się do Paryża? – zapytał Mogens.

Przytaknęłam tak zamaszyście, że byłam bliska stracenia mojej głowy i wytoczyłam moje najcięższe działa, czyli telefon komórkowy:

– Mogę zadzwonić do Martina i opowiedzieć mu o wszystkim? – zapytałam.

To było działanie czysto taktyczne, ponieważ jak tylko o planach wyjazdu dowie się również Martin, mamie będzie trudniej je zniszczyć.

– Oczywiście. – Martin uśmiechnął się.

– Arglhmppf – wydobyła z siebie mama, co potraktowałam jako zgodę.

Jej sprzeciw wyrażany cichymi pomrukami nie ustawał przez całe popołudnie, ale do wieczora musiała się poddać. Żadne z nas nie miało zamiaru tracić czasu na jej niezadowolenie, ponieważ byliśmy zbyt zajęci szukaniem w Internecie miejsc, które chcemy zobaczyć w Paryżu. Mama w końcu się poddała i rzuciła w wir dyskusji. Ostatecznie wybraliśmy maleńki hotel, który na mapie Paryża leżał trochę zbyt nisko i blisko jej krawędzi, ale znajdował się w pobliżu jednej ze stacji metra, więc dojazd do centrum nie powinien sprawić nam większych problemów.

Cieszyłam się tak bardzo, że początkowo całkowicie porzuciłam myśl o spaniu albo jakiejkolwiek innej czynności, dopóki moje stopy nie staną w Paryżu. A najlepszym z tego wszystkiego był oczywiście telefon do Kit, żeby jej zakomunikować: „Nigdy w życiu nie zgadniesz, gdzie spędzę ferie!”

Kit nie bez powodu jest moją najlepszą przyjaciółką, więc faktycznie próbowała zgadnąć:

– Masz pilnować mieszkania taty w Kopenhadze?

– Nie.

– Wybierasz się z dziadkami do Szwecji?

– Nie.

– Odwiedzisz Rakel w Hobro?

– Ciepło, ale nie zgadłaś!

Oczywiście była strasznie zazdrosna, gdy zdradziłam jej prawdę. Kto by nie był? Ona zostanie z rodzicami w zmagającym się z ulewnymi deszczami Karleager, podczas gdy ja wybieram się do Paryża. Do PARYŻA, gdzie zobaczę Wieżę Eiffla, na litość boską. Wieżę Eiffla, czyli najwspanialszą wieżę na całym świecie. Dotrę na sam jej szczyt i zrobię zdjęcia miasta! I na dodatek polecę samolotem, którym nie leciałam od dziewiątego roku życia, gdy byliśmy wszyscy razem na Majorce. Wyruszamy za trzy dni, więc jutro i pojutrze muszę szybko wrócić ze szkoły, żeby zdecydować, które rzeczy zabrać ze sobą. Będzie ekstra!

Czwartek, 7. Kwietnia

Cały czas próbuję zrozumieć, jak dużą kwotą są właściwie 52 tysiące koron.

Pomyśl, że za 52 tysiące koron Mogens mógłby też:

kupić 2000 opakowań ptasiego mleczka… I prawdopodobnie mógłby dostać ich jeszcze więcej, skoro istnieje coś, co nazywamy rabatem hurtowym; kupić 5-pokojową willę, która stoi w ruinie przy Solsikkevej… I nigdy w życiu już by się nie nudził, ponieważ przez następne lata podczas ferii miałby do naprawiania niezliczone ilości szyb; pójść do kina około siedmiuset razy; kupić bilety z naprawdę dobrymi miejscami na 52 koncerty przedpotopowego zespołu o nazwie Depeche Mode, który uwielbia.

Mógłby też kupić łódź, odłożyć pieniądze na zaliczkę na nowy samochód, zdobyć licencję pilota lotniczego, odbyć 10 kursów skoku ze spadochronem, kupić 75 par dżinsów Diesel’a i wiele, wiele więcej… Lecz gdy mu o tym mówię, on tylko się śmieje i powtarza, że pieniądze są tylko pieniędzmi i zostanie ich jeszcze sporo, gdy wrócimy do domu. Więc wyda część z nich na MNIE, zamiast na te inne rzeczy. Nie potrafię tego zrozumieć.

A tak swoją drogą, to czy już mówiłam, że zamierzam się wspiąć na czubek Wieży Eiflla? :-D

O mały włos

Sobota, 9. Kwietnia

Spakowałam się wczoraj, ale byliśmy zmuszeni wstać tak szalenie wcześnie, że cały poranek wydaje mi się niczym zasnuty mgłą. Leżałam bezsennie z powodu ekscytacji do drugiej rano, a kiedy budzik zadzwonił o wpół do piątej, mniej przypominałam człowieka, a bardziej zombie. Mam mgliste wspomnienie o kimś, kto wciska mi do ręki bułkę, a po chwili mówi: „Jedz, Emmy”. Pamiętam też, że zasnęłam w łazience i obudziłam się dopiero wtedy, gdy przestraszona prawie spadłam z kibelka, ponieważ Martin walił do drzwi, żeby umyć zęby.

Doszłam do siebie dopiero wtedy, gdy już prawie dojechaliśmy na lotnisko w Billund. Mama nalegała, abyśmy wyjechali z domu na tyle wcześnie, że zdążyć na samolot, nawet gdybyśmy musieli pchać kombi Martina przez całą drogę.

– Przecież ciężko jest ocenić, ile czasu zajmie nam zaparkowanie samochodu oraz przejście przez odprawę i kontrolę bezpieczeństwa – powiedziała.

Podkreśliła, że powinniśmy również uwzględnić czas na znalezienie taniego miejsca parkingowego, aby obyło się bez niespodzianek, gdy wylądujemy z powrotem w domu.

– To przecież kosztuje, a możemy wydać te pieniądze na przyjemności! – skwitowała.

Z tego samego względu nie zaplanowaliśmy również kursu taksówką z lotniska w Paryżu.

– Do centrum dojedziemy szybciutko autobusem – odrzekła mama, kiedy zaczęliśmy marudzić.  – Lepiej pomyślcie, ile za te pieniądze możecie zjeść lodów.

Wczesny wyjazd okazał się być bardzo odpowiednią decyzją, ponieważ gdy znajdowaliśmy się w odległości pięciu kilometrów od lotniska, mój mózg zaczął nagle pracować. Doświadczyłam czegoś, co przypominało gwałtowne uderzenie w wewnętrzną stronę mojej głowy, mój mózg uruchomił się, a ja zdałam sobie sprawę z faktu, że moje wakacje znajdują się w dużym niebezpieczeństwie.

– Mój paszport, zapomniałam go! – krzyknęłam i wystraszyłam Mogensa tak bardzo, że gwałtownie pociągnął za kierownicę, a samochód znalazł się na niewłaściwym pasie.

Mogens zjechał z piskiem opon na pobocze. On i  mama spędzili następne 10 minut na dyskusji o tym, czy posiadanie przeze mnie paszportu jest bezwzględną koniecznością. Mogens uważał, że wszystko będzie w porządku, jeśli towarzyszyć będzie mi opiekun w osobie mamy, lecz ona wycedziła przez zaciśnięte zęby coś o nowych zasadach, wedle których dzieci MUSZĄ obecnie posiadać własny paszport, a ja bynajmniej i tak nie jestem wpisana w jej dokument.

Tymczasem ja, siedząc na tylnym siedzeniu, próbowałam skurczyć się do jak najmniejszych rozmiarów. Byłam wyraźnie zawstydzona, ponieważ mama zaproponowała z osiem tysięcy razy, że najlepiej będzie, jeśli to ona będzie pilnować wszystkich paszportów. Lecz ja byłam oczywiście wystarczająco lekkomyślna, żeby stwierdzić, że jestem na tyle dorosła, że potrafię nie zapomnieć o własnym paszporcie… Choć najwyraźniej nie byłam...

Koniec końców do ich dyskusji wdarł się Martin:

– Czy to naprawdę ma znaczenie, które z was ma rację? Nie chcecie ryzykować, prawda? Macie zamiar zrezygnować z wakacji, jeśli Emmy nie zostanie wpuszczona na pokład samolotu? Czy powinna raczej wziąć mały namiot i zamieszkać na lotnisku, dopóki my nie wrócimy? – zapytał.

Zrobiło się kompletnie cicho. Mama zerknęła nerwowo na zegarek i powiedziała:

– Damy radę… Jeśli teraz zawrócimy… Tak myślę.

– Ale będziemy mieli bardzo mało czasu – odpowiedział Mogens.

– Cóż, więc zawracaj, zamiast tylko o tym mówić! – wykrzyknął z tylnego siedzenia Martin, a Mogens pociągnął za kierownicę tak, że koła zapiszczały na asfalcie, i popędziliśmy szybko niczym błyskawica z powrotem w stronę Karleager. Martin i ja bezwiednie ściskaliśmy sobie wzajemnie dłonie siedząc na tylnym siedzeniu.

– Mój Boże – krzyczała mama. – Prowadzisz jak obłąkany.

– To konieczne, jeśli mamy zdążyć – odpowiedział przez zaciśnięte zęby Mogens zerkając kątem oka na zegarek. – A w moim samochodzie niestety nie ma wystarczającej ilości benzyny, żebyśmy mogli z powrotem dotrzeć do Billund bez przystanku na stacji benzynowej. A taki postój zająłby za dużo czasu, więc jesteśmy zmuszeni zmienić samochód w Karleager.

– Dlaczego nie zatankowałeś do pełna, idioto? – wrzasnęła mama. Często działa trochę mniej roztropnie, kiedy znajdzie się pod presją.

– Ponieważ liczyłem, że paszporty dzieci masz pod kontrolą… kwiatuszku – odburknął Mogens.

Z jakiegoś powodu ten kwiatuszek zabrzmiał jak trochę odmienny gatunek od tego, którym miał w zwyczaju nazywać mamę. Nie odzywałam się ani słowem, lecz próbowałam być tak mała i niewidzialna, jak to tylko możliwe. Istotnie tak malutka, że mogłabym całkowicie zniknąć między dwoma siedzeniami. Nie chciałabym, żeby przerwali kłótnię i to mnie zbesztali albo wyrzucili z samochodu w najmniej odpowiednim momencie. W międzyczasie Martin zatroszczył się o swoją własną formę kary dla mnie. Uderzył mnie okropnie mocno dokładnie w sam środek uda.

– Gapa! – wysyczał. Mogłam tylko przyznać mu rację.

Mogens zawczasu rozdzielił zadania tak, abyśmy mogli sprostać im wszystkim, więc gdy zaparkował z piskiem opon na podjeździe, biegiem wyskoczyliśmy z samochodu. Mama dzierżyła już w dłoni klucz do drzwi wejściowych, więc jednym susem wskoczyła do domu, aby znaleźć klucze do swojego małego, błękitnego samochodziku, do którego byliśmy zmuszeni się przesiąść. Zanim weszła na górę, aby przynieść mój paszport, który leżał na biurku, rzuciła klucze Martinowi. W międzyczasie Mogens otworzył bagażnik swojego samochodu i wyładowaliśmy z niego wspólnie nasze walizki i torby. Tymczasem Martin otworzył bagażnik samochodu mamy, który jest znany również jako Mały Niebieski Grat i upchnęliśmy wszystkie bagaże tak, że samochód był zapakowany po brzegi i gotowy do drogi, kiedy mama wybiegła sprintem z domu wznosząc mój paszport triumfująco nad głową.

Mogens rzucił się na siedzenie kierowcy samochodu mamy, z którego przez tylną szybę nie był w stanie zobaczyć nic z powodu zalegających z tyłu walizek. Wyruszyliśmy z powrotem na drogę krajową lekceważąc grożącą nam śmierć, a Mogens wymijał zygzakiem z ogromną prędkością sunące dookoła nas pojedyncze cysterny z mlekiem. „Ogromna prędkość” w tym przypadku to tylko około stu kilometrów na godzinę, ponieważ Mały Niebieski Grat nie byłby w stanie wykrzesać z siebie większej prędkości, a i tak przez całą drogę niebezpiecznie skrzypiał i dygotał.

– Teraz już nie myślę o tym, że prowadzisz jak wariat, ale o tym, że faktycznie może nam się udać! – wykrztusiła z siebie mama.

Wtargnęliśmy na parking lotniska w Billund. Wszelkie myśli o znalezieniu taniego miejsca parkingowego rozpierzchły się i nie zdążyliśmy nawet złapać ani jednego z tych specjalnych wózków służących do przewozu bagażu, ponieważ każda sekunda była cenna.

Wpadliśmy na halę odlotów i imponująco szybko odprawiliśmy nasze bagaże. Kolejka nie była specjalnie długa, ponieważ wszyscy współpasażerowie zdążyli się już odprawić. Równie dobrze prezentowała się mała i mieszcząca się w zasięgu wzroku kolejka do kontroli bezpieczeństwa. Mimo tego mama nie mogła sobie odmówić prób oszustwa, machając biletem i krzycząc:

– Przepraszam, czy mogą nas państwo przepuścić? Musimy zdążyć na samolot!

Wszyscy ludzie w kolejce odwrócili się w naszą stronę. NIENAWIDZĘ, kiedy mama robi coś, co sprawia, że ludzie dookoła zaczynają się przypatrywać… I odnoszę wrażenie, że to zdarza się coraz częściej. Pewien uprzejmy pan spojrzał na mamę wyrozumiale znad szkieł swoich okularów i rzekł, że może ciężko jest jej w to uwierzyć, lecz wszyscy inni ludzie stojący w tej kolejce… na lotnisku… właściwie TEŻ spieszą się na samolot.