Emigranci. Podróż za horyzont - Sabina Waszut - ebook
BESTSELLER

Emigranci. Podróż za horyzont ebook

Sabina Waszut

4,3

Opis

Pierwszy tom przejmującej sagi o poszukiwaniu swojego miejsca na ziemi

Galicja, rok 1902. Niepiśmienny chłop Włodek Gajda słyszy w karczmie opowieść miejscowego nauczyciela o mlekiem i miodem płynącej Brazylii. Zafascynowany, podejmuje najważniejszą decyzję w życiu – z żoną Hanną i trójką dzieci opuszczają ubogą wieś i wyruszają za ocean. Wierzą, że w krainie rzekomo ofiarowanej Polakom przez Matkę Boską czeka ich dostatnie życie.

Tymczasem już sama podróż przynosi ogrom problemów. Biedacy muszą zmierzyć się z ludzką niegodziwością i bezdusznym systemem. W Bremie Gajdowie w odruchu serca przyjmują pod swoje skrzydła osamotnioną Zuzannę, córkę warszawskiego dorożkarza. Dodatkowo Hannę dręczy skrywana tajemnica, która jeszcze bardziej skomplikuje losy rodziny.

Jakie powitanie zgotuje Polakom Brazylia? Czy odnajdą się w obcym świecie? I czy ziemia obiecana okaże się rajem?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 305

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Sortuj według:
asikx

Nie oderwiesz się od lektury

Dawno nie czytałam takiej książki. Niezwykłej. Łączącej w sobie historię, sagę rodzinną, dramat, przygodę. Przedstawiającej zetknięcie ludzi z zaskakującym dla nich krańcem świata i cywilizacji. Opisującej zmianę i rozwój, długą i trudną podróż i walkę o codzienny byt. Szarość polskiej wsi na przednówku i koloryt brazylijskiej dżungli! Siłę i słabość. Porażki i zwycięstwa. Zapraszam na www.czytaska.pl na kilka zdań o książce Sabiny Waszut „Emigranci. Podróż za horyzont”.
00

Popularność




Zapraszamy na www.publicat.pl
Projekt okładki ANNA SLOTORSZ/ARTNOVO.PL
Fotografie na okładce© Alessandro Grandini/Adobe Stock © Vitezslav Halamka/Adobe Stock © Domena publiczna
Koordynacja projektuALEKSANDRA CHYTROŃ-KOCHANIEC
RedakcjaADRIANNA MICHALEWSKA
KorektaURSZULA WŁODARSKA
SkładLOREM IPSUM – RADOSŁAW FIEDOSICHIN
Polish edition © Sabina Waszut, Publicat S.A. MMXXI (wydanie elektroniczne)
Wykorzystywanie e-booka niezgodne z regulaminem dystrybutora, w tym nielegalne jego kopiowanie i rozpowszechnianie, jest zabronione.
All rights reserved.
ISBN 978-83-245-8477-2
Konwersja: eLitera s.c.
jest znakiem towarowym Publicat S.A.
PUBLICAT S.A.
61-003 Poznań, ul. Chlebowa 24 tel. 61 652 92 52, fax 61 652 92 00 e-mail: [email protected], www.publicat.pl
Oddział we Wrocławiu 50-010 Wrocław, ul. Podwale 62 tel. 71 785 90 40, fax 71 785 90 66 e-mail: [email protected]

Do kraju tego, gdzie kruszynę chleba

Podnoszą z ziemi przez uszanowanie

Dla darów Nieba...

Tęskno mi, Panie...

C.K. Norwid, Moja piosnka

Galicja, rok 1902

– Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus i Przenajświętsza Maryja zawsze Dziewica – zaczął czytać nauczyciel i teraz nawet ci pochyleni nad szklaneczkami wódki, pozornie niezwracający uwagi na gromadzących się w kącie szynku chłopów, zaczęli nadstawiać uszu.

Wieści zza wielkiej wody zawsze budziły zainteresowanie. Opowieści tych, którzy zdecydowali się wyjechać, choć na chwilę wyrywały pozostałych z letargu galicyjskiej biedy.

Najbardziej pożądane były listy takie jak ten, właśnie czytany. Chłop, którego nikt w szynku nie znał, ale zgodnie ze słowami nauczyciela pochodził z okolicy, opisywał Brazylię jako krainę cudów.

Z każdym przeczytanym zdaniem coraz więcej mężczyzn gromadziło się wokół stołu. Przecierając ze zdziwienia oczy, słuchali o drzewach dających mleko i małpach, sprzątających stoły i chałupy za garść owoców.

Co jakiś czas któremuś ze słuchaczy wyrywały się z ust słowa powątpiewania w prawdziwość opowieści, ale inni natychmiast karcili go wzrokiem, a sam nauczyciel wzdychał tylko i ubolewał nad małą wiarą i niedouczeniem niepiśmiennych chłopów.

– A dyć to wszystko prawda – odezwał się stary Wacław, co to w Nowym Jorku miał obu synów. – Młodszy też mi o Bryznolli opowiadał. Ponoć samemu papieżowi Matka Boska we śnie powiedziała, że to ziemia święta dla Polaków i że kto tylko może, powinien tam jechać. W Ameryce trzeba ciężko na chleb robić, a tam zboże samo rośnie, nawet siać człowiek nie musi, tylko zbiera.

Nauczyciel poklepał starego po placach.

– Karczmarzu, wódki mu na mój koszt nalejcie, bo dobrze prawi! – krzyknął w stronę szynkwasu. Nie żal mu było kilku halerzy, aby nagrodzić niespodziewanego sojusznika.

Nauczyciel z rozmachem rzucił na stół monety. Upadły z brzękiem, słyszalnym nawet dla tych nielicznych, którzy wciąż wydawali się niezainteresowani rozmową o gorączce brazylijskiej. Mężczyzna wiedział, że dźwięk monet zawsze robi wrażenie, a szczególnie na tych, którzy prawie nigdy ich nie oglądają. Nauczył się tego od pani Biesiadeckiej, agentki emigracyjnej. To ona kilka tygodni wcześniej wysłała mu list.

Szanowny Panie Nauczycielu!

Dowiedziałam się, że corocznie z tej okolicy wychodzi wielu ludzi do Ameryki i Brazylii, jako też i tego, że wychodźcy szczególnie u panów nauczycieli zasięgają rady co do podróży i jej kosztów. Dlatego pozwalam sobie prosić Pana, abyś Pan przy nadarzającej się sposobności zechciał polecić osobom zamierzającym wychodzić do Ameryki mój od wielu lat istniejący i po złożeniu 5000 kaucji tal. w złocie koncesjonowany Zakład do ułatwiania podróży; przy tej sposobności zapewniam Pana, że bynajmniej nie zawiodę Pańskiego polecenia, starając się rzetelną usługą i wygodnym przewozem podróżnych zupełnie zadowolić, a za pracę Panu mą wdzięczność okazać.

Do tegoż listu dołączony był drugi, ten, który właśnie leżał na stole i nęcił zebranych wokół chłopów elegancką papeterią i kilkoma czerwonymi pieczęciami na kopercie.

Nauczyciel nie był głupi, podejrzewał, że list wychwalający cud Brazylii jest napisany przez samą agentkę, szybko jednak doszedł do porozumienia z własnym sumieniem. Cóż znaczy to drobne kłamstwo w zamian za podjęcie decyzji o wyjeździe z miejsca, w którym wszystkich ich czeka jedynie bieda i codziennie zaglądający w oczy głód? Sam zresztą już dawno postanowił opuścić Galicję, a praca werbownika miała mu tylko pomóc w zebraniu wystarczającej sumy, aby plan zrealizować.

– W Bryznolli złoto na ulicach leży, wystarczy ino się schylić. – Wacław, rozochocony krążącą w żyłach gorzałą, zaczął na powrót nieświadomie wspomagać nauczyciela w jego planach zachęcenia do wyjazdu jak największej grupy chłopów. – I całkiem łatwo się tam dostać. To naprawdę blisko.

– Blisko, blisko – przerwał mu nauczyciel, wychwytując właściwy moment, by zainteresowanym przybliżyć ofertę swojej agentki. – A z panią Biesiadecką jeszcze tanio i wygodnie.

Mówiąc to, wyciągnął z kieszeni starannie złożone ulotki.

– Wszystko tu jest napisane – począł objaśniać, podsuwając chłopom zadrukowane kartki. – Cała trasa opisana. Wystarczy przeczytać i właściwie jest się już w Brazylii.

Chłopi brali ulotki, wpatrywali się w czarne litery, niektóre maleńkie, inne wielkie i tłuste. Kiwali głowami, jakby wszystko rozumieli. Nauczyciel zdawał sobie doskonale sprawę z tego, że żaden ze zgromadzonych nie potrafi czytać, więc równie dobrze mógłby im podsunąć reklamę składu pługów i maszyn do siewu J. Hillebranda z Wieliczki, którą przypadkiem również miał przy sobie. Był sprytny i dobrze wiedział, że jeśli dziś któryś z chłopów zdecyduje się na wyjazd, to aby swoje zamierzenie zrealizować, będzie musiał przyjść do niego. A nauczyciel odeśle go wprost do pani Biesiadeckiej, kasując przy okazji ładną, umówioną sumkę.

Na list i ulotki spoglądał również Włodek Gajda. Mężczyzna nie był częstym gościem w szynku, lecz dziś zaszedł tam, aby sprzedać karczmarzowi drewniane łyżki, które strugał, a potem ozdabiał ostrym dłutkiem na krakowską modę. Po udanej transakcji karczmarz poczęstował Włodka wódką. Jeden kieliszek, potem drugi, a trzeci chłop wypił, siedząc już na długiej ławie obok swoich sąsiadów. Choć od ślubu Włodka z Hanną minęło osiemnaście lat i małżeństwo dorobiło się aż czwórki dzieci, z których przy życiu ostała się trójka, żona wciąż potrafiła zachęcić męża do pozostania w chałupie. Sam Włodzio także wolał spokój własnej zagrody. Usiąść w kątku, naprawić rozpadający się taboret albo wystrugać kolejne łyżki, mątewki czy dzieżę do chleba. Ot, sama uciecha, a przy okazji sprawne dłonie pomagały związać koniec z końcem i nie pozwalały na przymieranie głodem.

Poza tym umiłowaniem do drewna życie Włodka i jego rodziny nie różniło się od życia innych biedaków tej maleńkiej podbocheńskiej wsi. Specjalnie nie różniło się też od życia wszystkich chłopskich rodzin z Galicji albo – jak niektórzy mówili prześmiewnie – z „Golicji”.

Gajdowie mieli jednoizbową chałupę ze sporą sienią i komorą, gdzie przechowywano wszystko co zdołano zebrać z ogródka i czteromorgowego poletka. Co wyróżniało Gajdów i niejednokrotnie było przyczyną zazdrosnych spojrzeń sąsiadów, to aż dwie krowy stojące w chlewiku. Taki inwentarz we wsi zdarzał się rzadko. Jedynie kmiecie mogli sobie pozwolić na trzymanie większego stada, a i to nie zawsze. Nie wszyscy zdołali jeszcze dojść do siebie po suszy, która nawiedziła wieś jedenaście lat temu. Nie mając co dać jeść zwierzętom, wybijano masowo konie i krowy, które i tak nie dawały już mleka. A że zarówno ksiądz, jak i rabin mięsa końskiego jeść zakazywali, stosy truchła walały się po polach i lasach, rozszarpywane i rozwlekane przez zdziczałe psy i lisy.

Wtedy właśnie zmarło pierworodne dziecko Gajdów. Nie wiadomo, czy od zakażonej padliną wody, czy też od zgniłych ziemniaków, które zmuszeni byli wówczas jeść, sześcioletnia Andzia dostała gorączki i biegunki tak silnej, że żadnymi sposobami nie szło już dziecka uratować. Co Bóg dał, to Bóg odebrał – mawiano na pocieszenie osieroconych rodziców. Zresztą po chałupie biegał już wówczas prawie pięcioletni Jura i dwuletnia Marysia.

Mimo biedy i głodu, który nadal do okien Gajdów zaglądał, dzieci szczęśliwie przeżyły piąty rok, a wiadomo, że kiedy dziecku pięć wiosen minie, szanse na to, że dożyje wieku dorosłego, stają się coraz większe. Włodzio liczył, że i najmłodszy Zenek, co kilka lat temu im się przydarzył, też wyrośnie w zdrowiu, jak jego starsze rodzeństwo. Jednak mimo mijających lat żal po pierworodnej córeczce pozostał i właśnie z jej wspomnieniem wracał do domu Włodek, ściskając w garści ulotkę, którą ku uciesze nauczyciela zabrał ze stołu w szynku. Wiedział, że czeka go trudna rozmowa z żoną. Z tej i okolicznych wsi wielu już wyjechało. Najpierw, zostawiając żony i dzieci, mężczyźni ruszyli na zarobek do Ameryki. Włodek był mały, gdy zaczęła się „amerykańska gorączka”. Niektórzy zostali za wielką wodą i wysyłali pieniądze na przyjazd rodziny, inni wracali, budowali większe chałupy i kupowali kolejne morgi ziemi. Byli też tacy, co w jeszcze większą niedolę popadli, więc błagali bliskich, aby to oni wysłali im pieniądze na powrót do wsi.

Potem przyszła kolej na Rosalię, Bryzalię, Bryznollę. Niewielu wiedziało, jak ten odległy, a może bardzo bliski, kraj naprawdę się nazywa, słuchali jedynie krążących po wsiach opowieści o dziejących się tam cudach oraz o tym, że stamtąd już bardzo niedaleko do grobu Chrystusa, a tym samym do nieba. Ludzie decydujący się na wyjazd jechali całymi rodzinami, wierząc, że na ziemi, którą ponoć dostaną za darmo od państwa, będą gospodarować w dostatku aż do śmierci.

Mimo tych wszystkich obiecujących historii Hanna wyjeżdżać ze wsi nie chciała. Tłumaczyła, że lepsza swoja bieda niż obca, a poza tym matki, starowinki przecież, nie zostawi, a zabrać jej ze sobą nie sposób.

Włodzio szedł, rozmyślając, i nawet nie zauważył, kiedy szeroki trakt, prowadzący od ryneczku, na którym stała karczma i kuźnia, zmienił się w wąską ścieżkę z rozrzuconymi wzdłuż niej małymi zagrodami. Chłop odruchowo odpowiadał na pozdrowienia, bo tak naprawdę, pogrążony we własnych myślach, ledwie dostrzegał ludzi, a zatem również i starą Karolinę, która mozolnie mieliła zboże na żarnach. Choć zaczęła się jesień, czas najobfitszy, o chlebie jadanym codziennie nikt nie mógł marzyć. Większość mieszkańców nawet tuż po żniwach mąkę dla oszczędności mieszała ze zmielonymi żołędziami.

Karolina mieszkała na wycugu u szewca Bartłomieja. Nie była jego matką, w ogóle nie była z Bartłomiejem spowinowacona. Syn, żona syna i wnuczęta Karoliny poumierały tego samego lata co córka Włodzia. Dalsza rodzina nie chciała takiej sieroty przyjąć pod dach. Karolina włóczyła się po wsi, żebrała pod kościołem i mimo swojego wieku za dach nad głową imała się najcięższych robót. W końcu dobry szewc zlitował się nad kobieciną i pozwolił jej spać na piecu w izbie, a i miska strawy zawsze się dla niej znalazła. Choć Bartłomiej klepał biedę podobną do innych, bo ludziska we wsi w większości na bosaka chodzili, a o nowych butach zamówionych u szewca w ogóle nikt nawet nie myślał, poczciwy chłop zajął się Karoliną jak własną matką.

Zamyślony Włodek nie zauważył też gromadki rozczochranych dzieci, stojących pod brzozą obok chałupy wdowy po kościelnym i próbujących zlizać z naciętego pnia odrobinę soku, mimo że przecież na tę słodycz było za późno – drzewo nie odda soku, gdy liście na nim obumierają.

Tuż za chatą Bartłomieja ścieżka skręcała i prowadziła Włodka przez niewielki zagajnik, w którym pod sosenkami można było czasem znaleźć kilka dorodnych rydzów i maślaków. Za zagajnikiem, w pewnej odległości od centrum wioski, stały kolejne chaty, lichutkie, kryte postrzępioną i zbyt dawno niewymienianą strzechą. Wśród nich dom Włodka.

Chłop już z daleka dostrzegł najmłodszego synka, bawiącego się w kałuży, która nie zdążyła jeszcze wyschnąć po ostatnich deszczach. Widok chłopca przepełnił ojca smutkiem. Mimo panującego chłodu dziecko miało na sobie jedynie lichą koszulkę, tak podziurawioną, że materiał więcej bladego ciałka odsłaniał, niż zakrywał.

Może Haneczka powinna już Zenka w izbie zatrzymać, nie pozwolić mu wyjść z chałupy? – pomyślał Włodzio, ale nie winił żony za złą opiekę nad synkiem. Wiedział, że przed nimi cała zima, którą Zenuś w większości spędzi w tłocznej i dusznej izbie. Niech się jeszcze drobiazg tą odrobiną słońca i świeżego powietrza nacieszy.

– Chodź. Wracamy do domu. – Włodek podszedł do synka i posadził go sobie na ramieniu.

Mały nie protestował, widocznie zimno zaczęło mu już doskwierać.

– A chciałbyś mieszkać tam, gdzie zawsze słonko świeci? I ciepło jest tak, że nawet zimą można po polu na golasa biegać? – zaczął wypytywać chłopca Włodek, zbliżając się do chałupy.

Popchnął furtkę. Chrust, z którego zrobiony był płotek, zaskrzypiał i wygiął się pod siłą męskiej dłoni. Włodzimierz przystanął i przez chwilę patrzył na dorobek swojego życia, który właśnie planował zostawić.

Pochylona ku ziemi chałupka, podtrzymywana chyba jedynie siłą codziennych modlitw rodziny. Obok chlewik, jeszcze bardziej koślawy. Nie zapewniał należytej ochrony ich krówkom ani przed zimnem, ani przed deszczem.

W końcu, z ciężkim westchnieniem, Włodek przekroczył wysoki próg. Wewnątrz przywitał go znajomy półmrok. U Gajdów było ciemno nawet w najbardziej pogodne dni. Maleńkie okienka nie wpuszczały promieni słońca, ale za to zimą nie wypuszczały z wnętrza ciepła.

Stanął w drzwiach izby i znów począł się przyglądać temu, co planował porzucić, coraz bardziej przekonany o słuszności decyzji, którą już powziął.

Żonę i córkę zastał siedzące na niskich stołkach przy piecu. Hanka właśnie rozpalała ogień na nalepie, aby podgrzać lichutki barszcz, co to ani pół oka tłuszczu w nim nie uświadczysz, Marysia tłukła kilka ziemniaków, aby dodać je do zupy. Codzienna ich poranna i wieczorna strawa. Choć czasem i tego brakowało. Teraz, po żniwach, komora jeszcze pełna. Można by jeść do syta, ale potem, zimą, pewnie całej rodzinie z głodu przyszłoby umrzeć. Trzeba oszczędzać. Dobrze, że choć las obrodził grzybami, byle tylko na ludzi hrabiego się nie natknąć albo na proboszcza, bo to do nich tutejsze lasy należały.

– Jury na ścieżce nie widziałeś? – zapytała na powitanie Gajdowa. – Po krowy na łąkę poszedł, długo nie wraca, a już wieczerzę rychtuję.

Włodzio nie zdążył ust otworzyć, by żonie odpowiedzieć, gdy drzwi ponownie się otworzyły i Jura stanął przy ojcu.

– Uparta – zaczął się tłumaczyć, widząc pytające spojrzenie matki. – Zapierała się i wracać nie chciała.

– Kalina? – spytała z niedowierzaniem Marysia. – Ona ze mną zawsze dobrze idzie.

– Nie. Miłka – odpowiedział siostrze Jura, zniecierpliwiony jej przechwałkami. – Kalinę to nawet Zenuś by przyprowadził, a z Miłki prawdziwy czort.

– Z nią też sobie radzę. Trzeba wiedzieć jak – odparła z przekorą siostra, wzruszając ramionami.

Gdyby nie stojący obok ojciec, Jura pewnie doskoczyłby do dziewuchy i pociągnął ją za warkocze za te dogadywania. Kochał siostrę, ale nie podobała mu się jej pyskatość. Teraz jednak pora na przekomarzanie dobra nie była. Jura, kiedy tylko wszedł do izby, dostrzegł, że ojca trapi jakiś problem.

Chłopak, mimo że miał dopiero szesnaście wiosen, przerósł już Włodka. Szeroki w barach, długonogi, nie wyglądał jak podrostek, lecz jak gotowy do żeniaczki mężczyzna.

W głowie też poukładane miał bardziej niż inni chłopcy. Od najmłodszych lat, gdy tylko z pierwszej koszuli wyrósł i mógł pójść w świat dalszy niż zagroda, starał się pomagać rodzicom. Nigdy go nie musieli za nieposłuszeństwo trzcinką zdzielić. Widocznie Bóg, pragnąc wynagrodzić Gajdom śmierć córki, takiego złotego synka im ofiarował. W Jurze Włodzio widział wsparcie i sprzymierzeńca w rozmowie z żoną o przenosinach. Jeśli syn przystanie na jego pomysł wyjazdu do Brazylii, kobiety będą się musiały zgodzić.

Gdy tylko Włodek i Jura zasiedli za ławą, Marysia postawiła przed nimi ziemniaki i miskę z zupą, ale Włodek, zamiast jeść, zamlaskał i położył na stół ulotki.

– Co to jest? – zapytała Hanna, chlipiąc lurowaty barszcz.

– Nauczyciela w szynku spotkałem. – Włodzio rozpoczął tłumaczenie od najwygodniejszej strony.

Hanka wzruszyła ramionami.

– Wcale nie jest tam rzadkim gościem – stwierdziła. – Różnie o nim we wsi mówią, czasem aż żal słuchać. Zresztą nie nasze zmartwienie, co nauczyciel robi. Jura szkołę już skończył, Zenek jeszcze ze dwa lata, zanim pójdzie, a wtedy nauczyciel może być już inny, bo ten, tak mi się widzi, najlepszy nie jest.

– Oj, babo, ty zawsze narzekać musisz! Czytać Jurę w rok nauczył – fuknął na Hannę Włodzio, bo nie na rękę była mu ta niechęć żony do nauczyciela. Liczył, że wykształconego człowieka kobieta chętniej posłucha.

– To skoro umie czytać, niech przeczyta, co w tych papierach stoi.

Hanna chwyciła ulotkę i podsunęła ją Jurze pod nos.

Włodek zesztywniał. Nie tak miała przebiegać ta rozmowa. A jeśli nauczyciel ich okłamał? W jego głowie po raz pierwszy zakiełkowała taka myśl. Jeśli ulotka odradza wyjazdy? W końcu ani Włodzio, ani inni uczestnicy dyskusji z nauczycielem nie potrafili ulotek przeczytać.

Jura zbliżył kartkę do oczu. Przyglądał się jej długo.

– Ciemno już – orzekł. – Niewiele tu widzę.

– To nic nie umiesz wyczytać? – zapytał syna Włodek i trudno było wyczuć, czy w jego głosie rozbrzmiewa poczucie ulgi czy rozczarowania.

– No... – Jura zaczął się jąkać – mówię, że za ciemno. Trzeba by świecę zapalić, a po co marnować, kiedy mogę jutro, po jasności – tłumaczył.

Chłopakowi trudno było się przyznać, że kilka lat nauki, za którą matka i ojciec niejedną kurkę nauczycielowi oddali, w las poszło, bo nauczyciel częściej ich dyscyplinką chłostał, niż jakąkolwiek wiedzę przekazywał.

Ku jego zmartwieniu matka wstała zza stołu i zapaliła świecę od płonącej na nalepie szczapy. Jura, nie mając już wymówki, zmrużył oczy i ponownie zaczął się wpatrywać w wygnieciony świstek.

– Tutaj stoi, że bilety bardzo potaniały, a statek luksusowy. Piszą też, że ziemię darmo nam tam dają.

– To my dla nich ważne pany być musimy, że tak wszystko dają – odezwała się rezolutnie Marysia.

– Ano musimy. – Włodzio westchnął. – Nie tak jak tu, wieczna bieda. Lepiej nigdy nie będzie.

Widząc, że jego słowa na dobry grunt padają, mówił dalej:

– A jak Jurze, a potem Zenkowi kawałek ziemi oddać trzeba będzie, a jeszcze posag dla Marychny szykować, to już jeno do trumny się położyć, bo ani na garść mąki nie starczy.

Przetarł rękawem oczy. Nie udawał smutku, łzy same płynęły, bo czy to kłamstwo mówił? Czy przesadzał choć trochę?

– I buty bym miała, i prawdziwe korale – rozmarzyła się Marysia, głaszcząc Zenka po skołtunionych włoskach.

– Tam chyba za ciepło, by w butach chodzić, a korale małpy by ci zerwały i tyle byś je widziała. One ponoć lubią świecidełka. – Zaczął się droczyć z siostrą Jura. – A płynąć przez wielką wodę byś się nie bała? – zapytał rad, że już nikt nie każe mu czytać.

– A co tam miałabym się bać. Na statku ponoć wygoda. Piękne pokoje z żyrandolami na sufitach i prawdziwymi łóżkami. A je się w takiej ogromnej sali. Każdemu jedzenie przynoszą do stołu na srebrnych talerzach i w pas się jeszcze kłaniają.

– A ty skąd o tym wiesz? – dopytywał Jura, zaciekawiony fantazjami siostry.

– Zyta mi mówiła, jak my ostatnio pranie nad rzeką robiły.

– Co ci znów ta dziewucha za brednie naopowiadała? – Do rozmowy włączyła się matka, niezadowolona, że córka tyle czasu spędza z żydowską dziewczynką. Jakby to swoich we wsi mało było.

– Zyta mówiła... – Marysia ściszyła głos pod srogim spojrzeniem matki, kontynuując: – Mówiła, że jej kuzynka z Krakowa takim statkiem popłynie. Wielki pan z Indii wybrał ją na opiekunkę dla swojej chorej...

Dziewczynka nie dokończyła zdania i tylko niżej pochyliła głowę, by znowu zacząć jeść. Sądziła, że matka zaraz zgani ją za kłamstwo. Gdy Zyta opowiadała Marysi historię kuzynki z Krakowa, która będzie się opiekowała sędziwą damą, mieszkającą w wielkim domu ze złota, brzmiało to jakoś inaczej, prawdziwiej, a teraz, w ciemnej, wilgotnej izbie, nawet Marysia nie potrafiła uwierzyć w dostojnego pana z Indii.

Wbrew temu, co sądziła Marysia, Gajdowa słowem się nie odezwała, a nawet z większą niż zwykle czułością spojrzała na jedyną córkę. Wiedziała, że powinna powiedzieć jej prawdę, wytłumaczyć, dokąd naprawdę pojedzie kuzynka Zyty. Tylko jak ma o tym z dziewczyną rozmawiać, jakich słów użyć, jeśli te konieczne przez gardło przejść nie chcą?

Marysia ładniejsza była od Zyty. Pewnie ładniejsza od jej krakowskiej kuzynki. Wiadomo, że wśród galicyjskich Żydów bieda była jeszcze większa. Jak też może prezentować się wygłodzona dziewczyna – z szarą twarzą, ubrana w pocerowaną, brudną spódnicę? A Marysia? Tylko patrzyć, jak kształtów zacznie nabierać i spojrzenia mężczyzn przyciągać. Co będzie, gdy na jarmarku albo kościelnym odpuście taki pan z Indii się pojawi? Jeśli zbałamuci? Namiesza w nieświadomej głowie?

Zamyślona Hanna poczuła na sobie spojrzenie syna. Zarumieniła się. Tak, Jura musiał wiedzieć, dokąd płyną żydowskie dziewczęta. Nie trzeba było nawet gazet czytać, aby poznać niejedną taką historię. Od wsi do wsi, od jarmarku do jarmarku, płynęła rzeka szeptów. Opowieści zaczynają się zawsze tak samo. Nagle we wsi lub miasteczku pojawia się elegancki pan, czasem pięknie ubrana pani. Pan szuka opiekunki dla chorej matki albo młodej żony, pani – pokojówek do pracy w prowadzonym przez siebie hotelu. Wszystko to w dalekim, bogatym kraju. Wybrana dziewczyna, często z najuboższego domu, obsypywana jest podarunkami. Dostaje piękne stroje, buciki, korale. Jeśli cel jest matrymonialny, nawet najbardziej ortodoksyjni Żydzi organizują cichy ślub. Potem wszyscy żegnają wybrankę losu, która obiecuje słać pieniądze i listy. Pociąg odjeżdża, a dziewczyna znika.

Po takich opowieściach Hanna zawsze się zastanawia, czy to możliwe, że wciąż są panny, które nie wiedzą, jaką naprawdę pracę będą wykonywały za oceanem. Czy są matki i ojcowie, którzy wierzą, że córka będzie prowadziła dobre, uczciwe życie u boku zamożnego małżonka. Czy wszyscy wierzą w bajki?

Hanna spojrzała na Marysię, która sprzątała już puste miski, potem na męża i synów. Ile jeszcze brakuje, aby i im głód przyćmił rozum, aby i dla Marysi oferta pana z Indii wydawała się darem od Boga i losu?

Była tylko jedna rzecz, która w tej chwili powstrzymywała ją przed podjęciem decyzji.

– A matka? – szepnęła, ocierając łzy rąbkiem chustki. – Nie przeżyje przecież takiej wyprawy.

Wszyscy zebrani, nawet najmłodszy Zenek, jak na komendę spojrzeli w róg izby, tam, gdzie stał wielki piec, który nazywany był dymnym albo kurnym. Piec nie miał komina, więc kurzyło się z niego tak, że cała izba siwiała, gdy tylko Hanna albo Marysia zaczynały rozniecać ogień, aby ugotować na nim strawę. Na zapiecku, okryta pierzyną, spała matka Hanny. Gdyby nie ciche pojękiwanie i kaszel, który od czasu do czasu wydobywał się ze skłębionego barłogu, można by było zapomnieć, że starowinka mieszka z nimi w chałupie, że ten bielony raz na rok piekarok i stara pierzyna, co już wiele lat świeżym pierzem nie była nabijana, to jej wycug, jej ostatnie miejsce na tym padole. Stara Jadwiga nie podnosiła się z posłania. Siadała, z wielkim trudem, jedynie wtedy, kiedy Hanna lub Marysia podawały jej wodę albo odrobinę zupy, chociaż zazwyczaj Jadwiga nie chciała jeść i zaciskała wąskie usta po pierwszej łyżce. Z chałupy staruszka nie wychodziła od ubiegłej wiosny i nawet najbliżsi sąsiedzi z rzadka już o nią pytali, starsi czasem wspominali tylko, jaką to niegdyś piękną dziewczyną była i jak potrafiła wszystkich chłopaków na jednej potańcówce nad rzeką obtańcować. Czy młodzi, czy starzy – o Hanczynej matce wszyscy w czasie przeszłym mówili. Nie należała już kobiecina do tego świata. Zawadą jeno była. Darmozjadem, co to ani dzieci, ani ognia na polepie nie przypilnuje.

– Dobrze wiesz, że ona już długo z nami tu nie będzie – odezwał się Włodek i jakby na potwierdzenie tych słów z zapiecka znów wydobył się jęk, a potem długi i duszący kaszel.

Hanna wytarła z twarzy łzy i łypnęła groźnie na ślubnego. Ona jedna nie chciała myśleć o matce jak o przeszkodzie, o skaraniu boskim.

– Może krótko, może długo – odpowiedziała szorstko. – O tym tylko Pan Bóg może decydować. Ale dobrze – ciągnęła, dostrzegając, że takich słów nikt w chałupie się nie spodziewa. – Gdy matka zemrą, pojedziemy. Nic nas tu już wtedy trzymać nie będzie. Może zimy tam chociaż mniej srogie, bo bieda pewnie wszędzie taka sama.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
.