Dzikie bezdroża smutku. Rytuały odnowy i święte oddziaływanie żalu - Francis Weller - ebook

Dzikie bezdroża smutku. Rytuały odnowy i święte oddziaływanie żalu ebook

Francis Weller

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Nadzieja na uzdrowienie popękanego świata. Balsam dla duszy i niezbędny lek, który pomaga przetrwać trudne czasy.

To głęboko poruszająca, pięknie napisana książka o mocy żalu, troski i wspólnoty. Uczy, jak otaczać każdy rodzaj straty uważnością i współczuciem – jak otworzyć się na uczucia, doświadczenia oraz świętą wiedzę, które łączą nas i uzdrawiają.

Francis Weller wprowadza nas w koncepcję pięciu bram, pomagając zmierzyć się ze smutkiem i utratą w kulturze oderwanej od potrzeb duszy. Książka opisuje rytuały żalu, zachęca do refleksji i przybliża ponadczasową mądrość, która prowadzi ku odnowie.

To niezwykłe zaproszenie do uzdrawiania – do odzyskania tego, o czym współczesność kazała nam zapomnieć, oraz do ponownego połączenia z najgłębszymi ludzkimi tęsknotami. Książka ta nie jest poradnikiem, lecz błogosławieństwem. To powrót do domu.

FRANCIS WELLER jest psychoterapeutą, pisarzem, aktywistą promującym bogate życie duchowe i mistrzem syntezy różnych nurtów myśli: od psychologii, antropologii, mitologii, alchemii, rdzennych kultur, po tradycje poetyckie. Dzięki jego pracy tysiące ludzi poznało uzdrawiającą moc rytuału. Jest założycielem i dyrektorem organizacji WisdomBridge, oferującej programy edukacyjne, które starają się integrować mądrość rdzennych kultur z wglądem i wiedzą zaczerpniętymi z zachodnich tradycji poetyckich, psychologicznych i duchowych.

Uzyskał tytuł licencjata na University of Wisconsin Green Bay oraz dwa magisteria na John F. Kennedy University z psychologii klinicznej i psychologii transpersonalnej. Wykładał na Sonoma State University i w Sophia Center w Oakland, a także był głównym nauczycielem na Minnesota Men's Conference.

Jego artykuły ukazywały się w antologiach i czasopismach poświęconych połączeniu psychologii, przyrody i kultury. Publikował w magazynie „The Sun”, „Utne Reader” oraz „Kosmos Journal”.

***

Bardzo możliwe, że jest to najlepszy przewodnik po sztuce przeżywania żałoby, jaki kiedykolwiek napisano. Genialny, poetycki drogowskaz, jak w pełni zostać człowiekiem, prowadzić bardziej wyrafinowane życie i lepiej się przyczynić do zmiany kultury.

Bill Plotkin, autor Wild Mind

Ta książka jest nie tylko mapą pomocną w nawigowaniu po najdelikatniejszych, trudnych rejonach psyche, lecz także literackim dziełem sztuki.

Kim Rosen, autorka Saved by a Poem

Przeogromnie potrzebny lek dla kultury, która opiera się na rozproszeniu i znieczuleniu, gdy staje w obliczu codziennych strat.

Malidoma Patrice Somé, autor Uzdrawiającej mądrości Afryki

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 273

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł ory­gi­nału: The Wild Edge of Sor­row

Copy­ri­ght © 2015, 2025 by Fran­cis Wel­ler Copy­ri­ght © 2026 for the Polish edi­tion by Wydaw­nic­two Czarna Owca Copy­ri­ght © for the Polish trans­la­tion by Marzenna Rącz­kow­ska All rights rese­rved

Redak­cja: Paweł Wie­lo­pol­ski Korekta: Kata­rzyna Dzie­dzicka, Beata Wój­cik Pro­jekt okładki i stron tytu­ło­wych: Joanna Kosk-Flor­czak Wer­sja elek­tro­niczna w sys­te­mie Zecer: Róża Rozaxa

Wszel­kie prawa zastrze­żone. Niniej­szy plik jest objęty ochroną prawa autor­skiego i zabez­pie­czony zna­kiem wod­nym (water­mark). Uzy­skany dostęp upo­waż­nia wyłącz­nie do pry­wat­nego użytku. Roz­po­wszech­nia­nie cało­ści lub frag­mentu niniej­szej publi­ka­cji w jakiej­kol­wiek postaci bez zgody wła­ści­ciela praw jest zabro­nione.

Wyda­nie pierw­sze War­szawa 2026 ISBN 978-83-8382-895-4

Dedykacja

Dla Luki i Tessy Marie.

Oby wasza przy­szłość była prze­peł­niona pięk­nem.

Cytat

Smu­tek należy do wiel­kich cyklów Ziemi: pły­nie w noc jak chłodne powie­trze opa­da­jące do koryta rzeki. Odczu­wać smu­tek to wczu­wać się w puls Ziemi, uno­sić się na fali pomię­dzy życiem a śmier­cią, mię­dzy sta­wa­niem się a koń­cem bytu. Może dla­tego Zie­mia spra­wuje wła­dzę nad cza­sem i potrafi spłu­kać smu­tek do głę­bo­kiego roz­le­wi­ska spo­wi­tego chłod­nym cie­niem. I może dla­tego, choć smu­tek ni­gdy nie znika, potrafi dogłęb­nie połą­czyć się z nur­tem życia, by w ten spo­sób jakoś sca­lić źró­dła zadzi­wie­nia i pocie­chy.

Kath­leen Dean Moore

Przedmowa do drugiego wydania

Żyjemy w cza­sach wiel­kich prze­mian. Wiele zna­nych struk­tur spo­łecz­nych i dotych­cza­so­wych sys­te­mów zabez­pie­czeń wydaje się roz­pa­dać. Ni­gdy wcze­śniej świat nie zmie­niał się tak szybko pod wzglę­dem spo­łecz­nym, tech­no­lo­gicz­nym, geo­po­li­tycz­nym i eko­lo­gicz­nym. Nic dziw­nego, że tyle osób ogar­nia prze­ra­że­nie czy nie­pew­ność. Wokół nas coraz czę­ściej poja­wiają się egzy­sten­cjalne wyzwa­nia: zagro­że­nia auto­ry­ta­ry­zmem, wojną, zmia­nami kli­matu, redy­stry­bu­cją zaso­bów na dużą skalę. Nastę­pują szyb­kie skoki tech­no­lo­giczne. Te i inne prze­obra­że­nia zaczęły zagra­żać demo­kra­cjom oraz potę­go­wać izo­la­cję, pola­ry­za­cję i kon­flikty, które już dają o sobie znać w sfe­rze spo­łecz­nej. Wyraźne objawy szybko postę­pu­ją­cej zawi­ło­ści świata nakła­dają się na następną prawdę – cier­pimy z powodu nie do końca wyle­czo­nych ura­zów w sfe­rze psy­chiki, które wyni­kają z tego, co zostało po maso­wych i mię­dzy­po­ko­le­nio­wych trau­mach. Aku­mu­la­cja nie­zin­te­gro­wa­nej „prze­szło­ści” leży u pod­staw obec­nego dyle­matu i go przy­ćmiewa.

Czas nie leczy naszych ran, ale je pogłę­bia i powiela, ponie­waż naturą nie­uz­dro­wio­nych traum jest ich powta­rza­nie. Dzie­dzic­two tych nawro­tów zapi­sało się we wzor­cach histo­rii ludz­ko­ści. Chwil wiel­kiego kul­tu­ro­wego cier­pie­nia nie można po pro­stu zapo­mnieć, bez względu na to, jak czę­sto pozwa­lamy sobie nie zwra­cać na nie uwagi, zagłę­bia­jąc się w roz­ryw­kach, kon­sump­cjo­ni­zmie, poli­tyce i goni­twie za swo­imi codzien­nymi ludz­kimi spra­wami. Duchy prze­szło­ści cha­rak­te­ry­zują się odwieczną cier­pli­wo­ścią, nie­ustan­nie czają się przy­cup­nięte na skrzy­dłach zbio­ro­wej nie­świa­do­mo­ści. Jeżeli odmó­wimy uzna­nia ich obec­no­ści i bólu, jaki powo­dują, zyskają jesz­cze więk­szy wpływ na naszą teraź­niej­szość. Dla­tego koniecz­nie musimy stwo­rzyć nowe (a pod pew­nymi wzglę­dami przy­wo­łać pra­stare) struk­tury uzdra­wia­nia spo­łecz­nego i w pełni się w nie zaan­ga­żo­wać.

Naj­waż­niej­szą prawdą, jaka wyło­niła się z mojej wie­lo­let­niej pracy nad inte­gra­cją zbio­ro­wej traumy, jest stwier­dze­nie, że praw­dzi­wie sku­teczne lecze­nie nastę­puje w rela­cjach. Ludzie zdro­wieją w towa­rzy­stwie innych, któ­rzy ich dostrze­gają i rozu­mieją ich uczu­cia oraz są gotowi być przez nich empa­tycz­nie dostrze­gani. Kiedy zwie­rzasz się z lęku komuś, kto jest w sta­nie być przy tobie i two­jej emo­cji oraz razem z tobą jej doświad­czać, two­rzy się nowa prze­strzeń, w któ­rej lęk można prze­tra­wić i opa­no­wać. To samo doty­czy gniewu, stra­chu, wstydu, roz­pa­czy i żalu. Bez względu na to, jak trudne są nasze doświad­cze­nia z prze­szło­ści, poszcze­gólni ludzie i całe spo­łecz­no­ści prze­zwy­cię­żają je zawsze dzięki rezo­nan­sowi dostro­jo­nych i zaan­ga­żo­wa­nych rela­cji. Dzie­le­nie się emo­cjami w bez­piecz­nej obec­no­ści współ­czu­ją­cego świadka umoż­li­wia nowe otwar­cie, stwa­rza poten­cjał nie tylko uzdro­wie­nia, ale też zbio­ro­wej trans­for­ma­cji.

Praw­dzi­wym języ­kiem ludz­ko­ści nie jest mówie­nie ani pisa­nie, ale uni­wer­salny język rezo­nansu i emo­cji. W swej mądro­ści głosi, że łzy żalu są oczysz­cza­jące i nie­zbędne, gdyż przy­wra­cają nam poczu­cie naj­bar­dziej żywot­nej istoty sie­bie. Żal jest dekla­ra­cją miło­ści; smu­cimy się, ponie­waż nam zależy, ponie­waż odczu­wamy stratę czę­ści życia, która ode­szła. Prze­pra­co­wy­wa­nie żałoby jest więc dekla­ra­cją naszego czło­wie­czeń­stwa, powro­tem na ścieżkę duszy. W książce Dzi­kie bez­droża smutku Fran­cis pięk­nie wyraża głę­bo­kie zro­zu­mie­nie potrzeby prze­strzeni rytu­al­nych i służy nam szcze­gó­ło­wym prze­wod­nic­twem po tym, jak je orga­ni­zo­wać i wyko­rzy­sty­wać ich moc uzdra­wia­nia. Święte cere­mo­nie żałoby wzmac­niają więzi spo­łeczne i wspól­no­towe, a te pozwa­lają nam prze­trwać straty cze­ka­jące nas w przy­szło­ści. Ale jest jesz­cze głęb­szy powód, aby je odpra­wiać: zbio­rowe prze­pra­co­wy­wa­nie żałoby uru­cha­mia alche­miczny pro­ces dzia­ła­jący na rzecz zmian spo­łecz­nych.

W cza­sach takich jak nasze, kiedy wokół mnożą się kry­zysy, nie­wiele znaj­dziemy spraw rów­nie waż­nych i potrzeb­nych. Kiedy zga­dzamy się na obec­ność we wspól­nym bólu, odnaj­du­jemy mądrość i nową ścieżkę roz­woju utkane z nici prze­szłej traumy. Pomimo cię­ża­rów, które dźwi­gamy i któ­rymi obar­czamy innych, ludz­kość nie jest ska­zana na zagładę. Tak naprawdę już prze­trwa­li­śmy wiele epok głę­bo­kich prze­mian, aby dotrzeć tu, gdzie jeste­śmy. Mamy dostęp nie tylko do bólu, ale także do na­dal żywej mądro­ści i odpor­no­ści naszych przod­ków. Prze­ka­zali nam spu­ści­znę po sobie z pilną wia­do­mo­ścią: „Postę­puj ostroż­nie i dbaj, aby ją roz­wi­jać”. Jed­nak aby uzy­skać do niej dostęp, naj­pierw musimy opa­trzyć zbio­rowe rany. Można to zro­bić przez stwo­rze­nie prze­strzeni do pła­czu i bez­piecz­nego dawa­nia świa­dec­twa.

Jako genialny psy­cho­te­ra­peuta Fran­cis roz­sze­rza zakres pro­cesu tera­peu­tycz­nego i obej­muje nim całe spo­łecz­no­ści. Poka­zuje nam ścieżkę naprzód. Staje się naszym prze­wod­ni­kiem, pro­wa­dzi nas, kiedy robimy miej­sce dla tych czę­ści sie­bie, które pra­gną reha­bi­li­ta­cji i sza­cunku. Można tego doko­nać, jedy­nie otwie­ra­jąc serce. Fran­cis traf­nie pod­kre­śla, że mądrość prze­strzeni rytu­al­nych jest dzie­dzic­twem po naszych naj­daw­niej­szych przod­kach i dla­tego przy­słu­guje nam z tytułu uro­dze­nia. Kiedy spo­ty­kamy się w świę­tej cere­mo­nii, smu­tek ustę­puje miej­sca nadziei, znika samot­ność, a prze­szłość i przy­szłość jed­no­czą się w chwili obec­nej. Świa­tło, które wcze­śniej uwię­ziono i pogrze­bano w cie­niu, zostaje wyzwo­lone, a wraz z nim budzą się nowe szanse na przy­szłość dla ludz­ko­ści.

dr Tho­mas Hübl

nauczy­ciel, mię­dzy­na­ro­dowy media­tor, autor książki Attu­ned: Prac­ti­cing Inter­de­pen­dence to Heal Our Trauma – and Our World (Dostro­jeni: Ćwi­cze­nie wza­jem­nych zależ­no­ści w celu ule­cze­nia naszej traumy – i świata)

Przedmowa do pierwszego wydania

„Prze­trwaj miłość i stratę”, radził wielki fran­cu­ski ese­ista Michel de Mon­ta­igne. Jego mak­syma życiowa w czte­rech sło­wach stresz­cza wielki ludzki dyle­mat.

Łatwo powie­dzieć, ale strata sta­nowi drugą stronę medalu miło­ści. Im więk­sza miłość, tym więk­sza strata. A jed­nak ludzie cał­kiem róż­nie reagują na stratę. Aby sobie z nią pora­dzić, masz do dys­po­zy­cji zdo­byte w pocie czoła umie­jęt­no­ści prze­trwa­nia w nie­zna­nym tere­nie, na który rzuci cię los. Możesz korzy­stać ze spraw­no­ści survi­va­lo­wych, są też mapy i prze­wod­nicy.

Fran­cis Wel­ler jest doświad­czo­nym prze­wod­ni­kiem po kraju straty. Może cię nauczyć, jak prze­trwać. Pokaże ci mapy. Zna­jo­mość smutku ma we krwi. Pisze z punktu widze­nia czło­wieka, który został bez reszty znisz­czony, tak jak smu­tek potrafi znisz­czyć czło­wieka. Nie boi się nam o tym powie­dzieć:

Nie jestem pewien, jak i kiedy zaczą­łem swój staż w szkole smutku. Wiem, że sta­no­wił on dla mnie bramę, przez którą wró­ci­łem do oddy­cha­ją­cego, oży­wio­nego świata. Przedar­łem się przez ciemne wody żalu i dotkną­łem mojego nie­prze­ży­tego życia. […] Mię­dzy głę­bo­kim smut­kiem a peł­nią życia ist­nieje dziwny, intymny zwią­zek, jakaś święta wymiana mię­dzy tym, co wydaje się nie do znie­sie­nia, a doj­mu­jąco wyra­fi­no­wa­nym dozna­niem życia. W ten spo­sób na zawsze zro­dziła się we mnie wiara w żal.

Wel­ler pro­wa­dzi ze mną tygo­dniowe odosob­nie­nia w ramach dzia­łal­no­ści Pomocy Cho­rym na Raka Com­mon­weal. Wiele wie­czo­rów spę­dzamy na wspól­nym sie­dze­niu i słu­cha­niu histo­rii o miło­ści i stra­cie.

Wiemy, że słu­cha­nie i usza­no­wa­nie tych opo­wie­ści bar­dzo pomaga. Wel­ler pro­wa­dzi także wła­sne zaję­cia poświę­cone żało­bie i stra­cie. Znam nie­któ­rych uczest­ni­ków tych spo­tkań. Z ich rela­cji wiem, że wiele z nich sko­rzy­stali.

Książka Dzi­kie bez­droża smutku: Rytu­ały odnowy i święte oddzia­ły­wa­nie żalu Wel­lera pod­su­mo­wuje mądrość autora nabytą w ciągu dzie­się­cio­leci pracy nad koje­niem żalu i straty.

Każdy z nas musi ter­mi­no­wać w szkole smutku. Musimy się nauczyć jego sztuki i rze­mio­sła, odkryć, jak opa­no­wu­jąc je, grun­tow­nie doj­rze­wamy i nabie­ramy głębi. Choć żal odzna­cza się inten­syw­no­ścią emo­cji, jest także spraw­no­ścią, którą roz­wi­jamy przez dłu­gie prze­by­wa­nie w smutku. Mie­rze­nie się z żalem jest ciężką pracą. […] Trzeba bowiem prze­raź­li­wej odwagi, aby zmie­rzyć się z prze­raź­liwą stratą. Ale wła­śnie do tego jeste­śmy wezwani.

Do naj­bar­dziej ory­gi­nal­nych zasług Wel­lera należy zali­czyć jego sche­mat pię­ciu bram żalu. Sku­pię się na nich poni­żej. Pierw­szą bramę opi­suje pro­sto: stra­cimy wszystko, co kochamy. Książka obfi­tuje w trafne cytaty. W tej czę­ści autor przy­ta­cza wiersz z dwu­na­stego wieku.

Jest rze­czą prze­ra­ża­jącą

Kochać to,

Czego śmierć może dotknąć.

Kochać, mieć nadzieję, marzyć…

I och – stra­cić.

Rze­czą dla głup­ców jest ta

Miłość,

Lecz świętą rze­czą,

Kochać to, czego śmierć może dotknąć.

Pierw­szą bramę znamy wszy­scy. Druga brama nas zadziwi: pro­wa­dzi w miej­sca, które nie zaznały miło­ści. Moim zda­niem zauwa­że­nie tego jest waż­nym, ory­gi­nal­nym odkry­ciem. Wel­ler tak o tym pisze:

Cho­dzi o obszary w nas, które opa­tu­lone wsty­dem zostały wygnane na naj­dal­sze brzegi życia… Te zapo­mniane kawałki duszy egzy­stują w kom­plet­nej roz­pa­czy… Pra­wi­dłową reak­cją na jaką­kol­wiek stratę jest żałoba, jed­nak nie możemy opła­ki­wać cze­goś, co znaj­duje się poza naszym krę­giem war­to­ści.

Trze­cią bramą jest żal z powodu smut­ków świata. Tę znamy o wiele lepiej. W for­mu­la­rzu zgło­sze­nio­wym do Pro­gramu Pomocy Cho­rym na Raka pro­simy uczest­ni­ków, aby opi­sali w punk­tach swoje doświad­cze­nia doty­czące straty przed uzy­ska­niem dia­gnozy o nowo­two­rze. Zadzi­wia­jące, jak wiele osób jest roz­ża­lo­nych w związku z tym, co dzieje się ze świa­tem, i to od bar­dzo dawna. Fak­tycz­nie, smu­tek z powodu cier­pie­nia na świe­cie od wie­ków sta­nowi zarze­wie ludz­kiego nie­po­koju. Ist­nie­nie cier­pie­nia jest pierw­szą szla­chetną prawdą Buddy. Roz­wa­ża­nia, jak zmie­rzyć się z cier­pie­niem, sta­no­wią cen­trum wiel­kiej tra­dy­cji reli­gij­nej i filo­zo­ficz­nej.

„Sku­mu­lo­wany smu­tek świata nas przy­tła­cza… Jak możemy pozo­stać otwarci na nie­koń­czące się ataki na bios­ferę?” – pyta Wel­ler. Następ­nie cytuje piękne wersy Naomi Nye:

Zanim poznasz dobroć jako naj­głęb­szą wewnątrz głę­bię,

musisz poznać smu­tek – drugą naj­głęb­szą głę­bię.

Musisz budzić się w smutku,

mówić doń, aż twój głos

uchwyci osnowę wszyst­kich smut­ków,

i poznasz roz­miary tka­niny.

Czwartą bramę Wel­lera sta­no­wią ocze­ki­wa­nia, które nie zostały speł­nione. Dla mnie to także ory­gi­nalne spo­strze­że­nie:

Głę­boko w trze­wiach odnaj­du­jemy pra­stare prze­czu­cie, że przy­by­wamy tu z narę­czem darów dla naszej spo­łecz­no­ści. […] W pew­nym sen­sie otrzy­mu­jemy duchowe zatrud­nie­nie. […] Wśród strat za tą bramą ukrywa się doświad­cze­nie nie­moż­li­wo­ści wyko­rzy­sta­nia swo­jego poten­cjału.

Piątą bramę Wel­ler nazywa żalem przod­ków.

Nosimy go w ciele z powodu smutku doświad­czo­nego przez naszych pro­to­pla­stów. […] Koje­nie nie­prze­tra­wio­nego smutku naszych przod­ków nie tylko daje nam wol­ność, aby­śmy żyli wła­snym życiem, lecz także przy­nosi ulgę cier­pie­niu pro­to­pla­stów na tam­tym świe­cie.

Bramy pozwa­lają nam dostrzec wie­lo­ra­kie wej­ścia, jakimi smu­tek dostaje się do naszego życia. Dzięki temu jeste­śmy w sta­nie oddać cześć nie­uchron­nym stra­tom, z któ­rymi każdy z nas będzie musiał się zmie­rzyć. Dar Wel­lera polega na wno­sze­niu ducho­wo­ści i wspól­noty w miej­sca, które czę­sto spo­ty­kają się z zaprze­cze­niem i lękiem. Pomaga nam uwol­nić się od lęku i odizo­lo­wa­nia. Pro­gram Pomocy Cho­rym na Raka oparty jest na głę­bo­kiej praw­dzie: uzdra­wiamy się we wspól­no­cie. Gdzie­kol­wiek znaj­dziesz się na ścieżce smutku, Wel­ler będzie twoim god­nym towa­rzy­szem. Ist­nieje pro­sta prawda: ogromna strata mar­nuje się, jeśli jej nie wyko­rzy­stamy, nie poświę­cimy czasu, aby odkryć, co leży poza nią. W tym celu Wel­ler cytuje wielką przy­rod­niczkę i ese­istkę. Terry Tem­pest Wil­liams powie­działa: „Żal daje nam odwagę, aby jesz­cze raz poko­chać”.

Michael Ler­ner

Pre­zes i zało­ży­ciel Com­mon­weal (Wspól­noty) Boli­nas w Kali­for­nii

Wprowadzenie

Drogi Czy­tel­niku,

w 2015 roku, kiedy wydano Dzi­kie bez­droża smutku, nie­wielu z nas było w sta­nie prze­wi­dzieć, co się nie­długo wyda­rzy. Od tam­tej pory zde­sta­bi­li­zo­wało się wiele dobrze zna­nych nam skład­ni­ków życia, a powie­trze, któ­rym oddy­chamy, prze­sy­ciło się żalem, lękami i nie­pew­no­ścią. To była trudna dekada. Nasi­lił się kry­zys kli­ma­tyczny. Spo­wo­do­wał wiele roz­le­głych kata­strof: potężne hura­gany, ogromne, nie­okieł­znane pożary i powo­dzie oraz upo­rczywe susze. Kon­flikty regio­nalne wywo­łały obawy lud­no­ści przed ich eska­la­cją, co spra­wiło, że tysiące uchodź­ców zaczęły poszu­ki­wać bez­piecz­nego schro­nie­nia. Na początku 2020 roku, kiedy poja­wiła się epi­de­mia COVID-19, nasze doświad­cze­nie nie­pew­no­ści jutra przy­brało nie­za­prze­czal­nie realny wymiar. Pan­de­mia zachwiała fun­da­men­tami naszego życia i roz­łu­pała fasadę nor­mal­no­ści. Nastą­pił długi okres zbio­ro­wego smutku. Żyli­śmy w popiele tego, co zna­li­śmy.

Wkro­czy­li­śmy w okres, który nazy­wam Długą Ciem­no­ścią. Miną dzie­się­cio­le­cia, a może nawet kilka poko­leń, zanim być może zoba­czymy drugi brzeg tych trud­nych cza­sów, o ile prze­trwamy. Długa Ciem­ność jest prze­cią­ga­ją­cym się okre­sem opa­da­nia w głąb duszy, cza­sem powagi i skraj­no­ści, w któ­rym mie­rzymy się z kra­jo­bra­zami zna­nymi duszy, takimi jak strata, żałoba, tajem­nica, kru­chość i wraż­li­wość. Coś w ciem­no­ści drga. Czu­jemy blak­nącą żywot­ność świata, bogac­twa kul­tury, spo­so­bów bycia, które trwały przez tysiące lat. Uru­cha­mia się ocze­ki­wa­nie żalu za świa­tem. Lodowce, zie­mie ojczy­ste, gatunki, języki – wszystko to odcho­dzi. Prze­czu­wamy, że coś się zbliża, nad­cho­dzi znacz­nie szyb­ciej, niż nam się wyda­wało. Pier­wotne pro­gnozy prze­wi­dy­wały, że odczu­jemy wpływ zabu­rzeń kli­ma­tycz­nych za kil­ka­dzie­siąt, a nawet kil­ka­set lat. Tym­cza­sem spójrzmy, co się dzieje – balan­su­jemy nad prze­pa­ścią. Kata­strofa może nas spo­tkać w ciągu kilku krót­kich lat. Już prze­kro­czy­li­śmy gra­nicę, za którą doświad­czymy nie­uchron­nych prze­mian. Musimy się trzy­mać!

Długa Ciem­ność sta­nowi konieczne, nie­zbędne prze­ska­lo­wa­nie naszych świa­tów wewnętrz­nych i zewnętrz­nych. W tej ciem­no­ści otrzy­ma­li­śmy zapro­sze­nie, aby wyci­szyć się i zacząć słu­chać, zwol­nić i przy­bli­żyć się do tego, co drgnęło pośród tajem­nicy. Inte­lekt nie znaj­dzie wyj­ścia z tego kry­tycz­nego czasu. Same infor­ma­cje przez ten próg nas nie prze­pro­wa­dzą. Musimy zwró­cić się do innych źró­deł wie­dzy, innych spo­so­bów dostro­je­nia się do śnią­cej Ziemi. Ciem­ność pociąga nas w stronę naj­więk­szej intym­no­ści w naszych wnę­trzach i pomię­dzy nami. Pro­wa­dzi do miej­sca marzeń i wyobraźni, ciszy i przod­ków, ciąży, doj­rze­wa­nia i wylę­ga­nia. Są rze­czy, które mogą się wyda­rzyć tylko w ciem­nej pie­cza­rze.

Długa Ciem­ność daje nam szansę, aby przy­jąć i prze­tra­wić ciężki ładu­nek żalu, który będzie nie­uchron­nie towa­rzy­szył temu okre­sowi. Żal jest nie tylko emo­cją, ale też rdze­niem czy­sto ludz­kich talen­tów, umie­jęt­no­ścią, którą należy roz­wi­jać, w prze­ciw­nym wypadku wyemi­gru­jemy na mar­gi­nesy życia w nadziei na unik­nię­cie zawi­ło­ści ponie­sie­nia straty. Żal będzie moty­wem prze­wod­nim prze­wi­dy­wal­nej przy­szło­ści. Nasza umie­jęt­ność zacho­wa­nia poczu­cia obec­no­ści w cza­sie nasi­la­ją­cej się fali przy­pływu strat zależy od tego, jak nauczymy się kul­ty­wo­wać i pogłę­biać swój staż w szkole smutku. Poprzez rytu­ały żalu doj­rze­wamy jako ludzie. Żal wnosi do świata powagę i głę­bię. Mamy ogromną zdol­ność do meta­bo­li­zo­wa­nia smutku w lek dla naszych dusz i dusz naszych spo­łecz­no­ści.

W ciągu lat pracy poświę­co­nej pochy­la­niu się nad żalem spo­tka­łem wiele osób, które poczuły się powo­łane do pod­ję­cia stażu w szkole smutku i odnie­sie­nia się do rosną­cej fali żałoby na świe­cie. Two­rzą oni kręgi opieki i prze­pro­wa­dzają rytu­ały uzdro­wie­nia, reagują na straty w swo­ich śro­do­wi­skach i dbają o wła­sne wraż­liwe serca. Nie­dawno pro­wa­dzi­łem pię­cio­mie­sięczny zdalny kurs szko­le­niowy z pro­wa­dze­nia rytu­ałów żalu dla cudow­nej grupy media­to­rów. Wzięło w nim udział ponad sie­dem­set pięć­dzie­siąt osób z trzy­dzie­stu jeden kra­jów. Wszy­scy chcieli się nauczyć pod­sta­wo­wych umie­jęt­no­ści potrzeb­nych do popro­wa­dze­nia rytu­ałów dla spo­łecz­no­ści osób pogrą­żo­nych w żało­bie. Spo­tka­nia miały cha­rak­ter tera­peu­tyczny. Dzie­le­nie się wspólną miło­ścią do świata, obser­wo­wa­nie łez, choćby i na ekra­nie, wie­lo­krot­nie przy­po­mi­nało nam, że w tej pracy nie jeste­śmy sami. Dzięki temu, że dzie­limy się smut­kami, odczu­wamy pokre­wień­stwo mię­dzy sobą nawza­jem i mię­dzy świa­tem poza­ludz­kim. Żal staje się pomo­stem.

Nasza zdol­ność do pozna­nia miło­ści, rado­ści, ser­decz­no­ści, intym­no­ści, zachwytu i zdu­mie­nia zależy od roz­bu­dze­nia serca i jego otwar­to­ści na przy­ję­cie piękna i smut­ków świata. Serce spo­wite w nie­le­czony żal i traumę będzie się sza­mo­tać, chcąc poczuć, że w pełni żyje. Ist­nieje pra­stara rela­cja mię­dzy żałobą a rado­ścią, smut­kiem a dozna­niem, że się żyje. Napi­sa­łem o niej tak:

Wbrew naszym oba­wom żal prze­peł­niony jest siłą życiową. Prze­nika go ener­gia, apro­buje ero­tyczne połą­cze­nie z inną duszą, czy to ludzką, czy zwie­rzęcą, roślinną, czy eko­sys­temu. Nie jest sta­nem mar­twoty lub bez­na­mięt­no­ści emo­cjo­nal­nej. Żal jest żywy, dziki, nie­ujarz­miony. Nie da się go oswoić. Opiera się żąda­niom, aby zacho­wać bier­ność i ciszę. Kiedy opa­nuje nas żal, robimy się hała­śliwi, nie­spo­kojni i bun­tow­ni­czy. Jest emo­cją, która naprawdę pocho­dzi pro­sto z duszy1.

Wszyst­kie zauwa­żalne oznaki świad­czą o tym, że nad­cho­dzą trudne czasy, które będą się cha­rak­te­ry­zo­wać coraz więk­szymi stra­tami. Wszel­kie fan­ta­zje o byciu pod ochroną gwał­tow­nie pry­skają, w miarę jak zda­jemy sobie sprawę, że nasze życie jest w pełni uwi­kłane w egzy­sten­cję innych. Jeste­śmy połą­czeni z tuń­czy­kiem błę­kit­no­płe­twym i plank­to­nem, z moty­lami monar­chami i uchodź­cami, z niedź­wie­dziami griz­zly i peł­nymi lęku marze­niami mło­dych ludzi na całym świe­cie.

Roz­ważmy nastę­pu­jącą kwe­stię. W 2021 roku w Bath Uni­ver­sity w Anglii prze­pro­wa­dzono bada­nie ankie­towe na dzie­się­ciu tysią­cach mło­dych doro­słych z dzie­się­ciu kra­jów w wieku od szes­na­stu do dwu­dzie­stu pię­ciu lat. Popro­szono ich o podzie­le­nie się swo­imi odczu­ciami na temat zmian kli­ma­tycz­nych i przy­szło­ści pla­nety. Wyniki oka­zały się szo­ku­jące. Nie­mal 60 pro­cent respon­den­tów stwier­dziło, że bar­dzo mar­twią się o przy­szłość. Ponad 45 pro­cent powie­działo, że groźba zmian kli­ma­tycz­nych wpływa na ich codzienne życie. Trzy czwarte było zda­nia, że przy­szłość jest prze­ra­ża­jąca, a ponad połowa uznała, że ludz­kość jest ska­zana na zagładę. Dalej raport podaje, że wielu respon­den­tów uważa się za zdra­dzo­nych, zigno­ro­wa­nych i porzu­co­nych przez poli­ty­ków i ludzi doro­słych2.

Serce pęka! Miejmy świa­do­mość, że sytu­acja, w któ­rej nasza mło­dzież nie­sie na swo­ich bar­kach cię­żar upa­da­ją­cego świata, jest moral­nie naganna. Świad­czy o tym, że nie udało nam się zbli­żyć do świata ser­cami i duszami, oto­czyć go tro­ską i miło­ścią. Nasza domi­nu­jąca kul­tura sku­piła się na zyskach i na zwięk­sza­niu kon­sump­cji, a nie na sta­nie naszych dusz i Duszy Świata.

James Hil­l­man, genialny twórca psy­cho­lo­gii arche­ty­po­wej, napi­sał: „To, czy świat i bogo­wie są żywi, czy mar­twi, zależy od kon­dy­cji naszej duszy”3. Jest to mocne stwier­dze­nie. Rzadko bie­rzemy je pod uwagę w naszych prze­my­śle­niach i roz­wa­ża­niach na temat stanu świata. Autor dodaje: „Aby ponow­nie wznie­cić pło­mień wyga­słego życia, zaczy­namy od duszy […]”4. Książka Dzi­kie bez­droża smutku zako­rze­nia się w żyznej gle­bie duszy i poka­zuje, jak prze­ja­wia się ona zarówno w naszym życiu wewnętrz­nym, jak i w róż­nych oko­licz­no­ściach życia zbio­ro­wego. Przy­wró­ce­nie duszy do roz­pra­co­wy­wa­nia żałoby pozwala nam podejść do smutku z ser­decz­no­ścią, współ­czu­ciem i cie­ka­wo­ścią. Uczymy się umiesz­czać smu­tek w łonie serca. Dzięki temu, kiedy bie­rzemy się do pracy nad smut­kiem, nie sku­piamy się na jego napra­wia­niu, ale na przy­tu­la­niu go do sie­bie i utrzy­my­wa­niu go w cie­ple, kie­ru­jąc się starą zasadą alche­mii.

Przez duszę bar­dziej rozu­miem spo­sób widze­nia niż rze­czy­wi­stość meta­fi­zyczną. Postrze­gam duszę z per­spek­tywy arche­ty­po­wej, podą­ża­jąc za długą tra­dy­cją pro­wa­dzącą od Jamesa Hil­l­mana i Carla Junga wstecz, przez tra­dy­cje poetyc­kie, wraż­li­wość ani­mi­styczną, aż po świa­do­mość rdzen­nej lud­no­ści Ame­ryki. Dusza pociąga nas w dół, w kra­jo­braz kru­cho­ści, czu­ło­ści, straty, intym­no­ści i śmierci. Zbliża nas do tęsk­noty, piękna, rytu­ału, wście­kło­ści i pusz­czy wyobraźni. Krąży po tery­to­riach ran i cier­pie­nia, w pobliżu zła­ma­nego serca, trzyma nas bli­sko mar­gi­ne­sów, zarówno wewnętrz­nych, jak i kul­tu­ral­nych. Dusza nawi­guje po splą­ta­nym szlaku mię­dzy suwe­ren­no­ścią a intym­no­ścią. Jest na wskroś indy­wi­du­alna, bo daje nam poczu­cie, kim naprawdę jeste­śmy, ale także jest głę­boko wspól­no­towa. Poznać duszę to poczuć nasze dzi­kie uwi­kła­nie w ogół wszech­rze­czy, odkryć naszą nie­usta­jącą rela­cję z Anima Mundi, Duszą Świata.

Wital­ność oży­wio­nego, zmy­sło­wego świata i spo­tka­nie ze świę­to­ścią zależą od tego, czy mamy w pełni żywe dusze! Prze­bu­dzona dusza wplą­tana jest w żyjący świat – jego piękno, powab i cudow­ność, jego smutki, roz­dar­cia i łzy. Musimy duszę umiesz­czać w cen­trum naszych trud­no­ści. Zanie­dbana dusza, obar­czona żałobą i traumą, wyco­fuje się z intym­nej rela­cji z życiem, przez co świat traci swą anima, duszę. Nasze ogar­nięte fobią żalu spo­łe­czeń­stwo dystan­suje się od duszy i unika wezwa­nia, by zanur­ko­wać w głę­biny, kiedy pod drzwiami pojawi się strata.

Jedną z głów­nych zalet Dzi­kich bez­droży smutku wie­lo­krot­nie doce­nia­nych przez czy­tel­ni­ków jest przy­zna­nie, że żal dotyka naszych serc na wiele spo­so­bów. Wyszcze­gól­nie­nie pię­ciu bram żalu daje ludziom moż­li­wość usza­no­wa­nia róż­nych aspek­tów tego, jak strata i smu­tek skła­dają się na nasze codzienne życie. Z bie­giem lat bramy te powoli ujaw­niały dodat­kowe war­stwy zna­czeń. Patrząc z ich per­spek­tywy, poczu­łem, że każda brama nosi w sobie ziarno wyobraźni, dzięki któ­remu odkrywa się próg ukryty w jej isto­cie. Innymi słowy, jeśli tylko odpo­wied­nio się go wyrazi, żal znaj­du­jący się za każdą bramą zapra­sza nas do przy­ję­cia leku, który jest wła­ściwy dla danego smutku. Na przy­kład pierw­sza brama żalu głosi, że: „Stra­cimy wszystko, co kochamy”. Kiedy usza­nu­jemy tę bez­względną prawdę, zosta­jemy zapro­szeni do tajem­nicy miło­ści i straty oraz gorzko-słod­kiego spo­tka­nia z prze­mi­jal­no­ścią. Lekiem, który wyła­nia się w tej bra­mie, jest wraż­li­wość.

Druga brama, „miej­sca, które nie zaznały miło­ści”, zapra­sza nas do wglądu w tajem­nicę doro­sło­ści i doj­rze­wa­nia dzięki nauce, aby przy­gar­nąć do sie­bie wszystko, co kie­dyś zostało wygnane. Lekiem, który w niej odkry­wamy, jest współ­czu­cie. Trze­cia brama, „smutki świata”, otwiera nas na nie­zmienne, odwieczne więzi z Zie­mią, wszel­kim stwo­rze­niem i świa­tem poza­ludz­kim. Pozna­jemy tu lek wza­jem­nych powią­zań. Czwarta brama, „ocze­ki­wa­nia, które nie zostały speł­nione”, odkrywa tajem­nicę naszego odwiecz­nego dzie­dzic­twa i leku przy­na­leż­no­ści. Piąta brama, „żal przod­ków”, uka­zuje tajem­nicę dzie­dzic­twa i mię­dzy­po­ko­le­nio­wych prze­ka­zów odwagi, wyobraźni i wytrzy­ma­ło­ści. Odbie­ramy tu lek mądro­ści. Wszyst­kie te reme­dia wzmac­niają nas i przy­bli­żają do życia z duszą. Przy­spa­rzają nam wagi przez odpo­wiedni balast, ofia­ro­wu­jąc sta­bil­ność na czasy, kiedy nasze życie znaj­dzie się pod napo­rem sil­nych wia­trów straty.

Książka Dzi­kie bez­droża smutku jest pod­ręcz­ni­kiem stażu w szkole smutku, prze­wod­ni­kiem po tere­nie żałoby. Wspiera nas w dłu­gim pro­ce­sie kan­dy­do­wa­nia do star­szy­zny. Po latach towa­rzy­sze­nia smut­kowi, pracy nad jego róż­no­rod­nymi obcią­że­niami, stop­niowo zaczy­namy widzieć, jak zosta­li­śmy zmie­nieni. Rozu­miemy, że wypie­lę­gno­wa­li­śmy w sobie wewnętrzną prze­strzeń, która jest w sta­nie pomie­ścić wię­cej tego, co przy­nosi nam życie. Ze stażu czu­wa­nia przy smutku powoli wyła­nia się prze­stronne miej­sce, w któ­rym mie­ści się wszystko: piękno i strata, roz­pacz i tęsk­nota, lęk i miłość. Sta­jemy się bez­mierni. Staż cier­pli­wie kształ­tuje członka star­szy­zny.

Kiedy potrak­tu­jemy swoje smutki pewną ręką i współ­czu­ją­cym ser­cem, zacho­dzi desty­la­cja mądro­ści. Roz­wija się w nas umie­jęt­ność widze­nia w ciem­no­ści, w któ­rej, na głę­bi­nach, dostrze­gamy coś świę­tego, wiecz­nego. Doty­kamy nie­od­łącz­nej świę­to­ści życia, prze­tra­wiamy gorycz i z deter­mi­na­cją wra­camy, aby kar­mić naszą spo­łecz­ność. Sta­jemy się kuź­nią wyobraźni, roz­dzie­lamy wśród innych to, co zebra­li­śmy pod­czas dłu­giego szko­le­nia swo­jego serca. Nasze zbiory były prze­zna­czone nie tylko dla nas, ale niczym nasiona miały zostać roz­rzu­cone po żyznych umy­słach, wysiane wśród ocze­ku­ją­cych na nie spo­łecz­no­ści i odży­wić głodną kul­turę.

Na zakoń­cze­nie gru­po­wego rytu­ału żalu, po powro­cie ostat­niej osoby ze świą­tyni, chwilę mil­czymy. Bie­rzemy się za ręce i roz­glą­damy po kręgu z oczami roz­sze­rzo­nymi z podziwu i z zachwytu nad tym, w czym wspól­nie wzię­li­śmy udział. Potem odma­wiam modli­twę wdzięcz­no­ści i dodaję: „Nie zro­bi­li­śmy tego wyłącz­nie dla sie­bie. Zro­bi­li­śmy to także po to, aby nasze serca nie były aż tak bar­dzo obcią­żone smut­kiem i miały wię­cej wol­no­ści, by móc kochać ten piękny, udrę­czony świat. Aby nasza miłość z więk­szą żar­li­wo­ścią popły­nęła do naszych rodzin i osie­dli oraz do ota­cza­ją­cej nas szer­szej spo­łecz­no­ści lasów i łąk, wzgórz i kanio­nów. Zro­bi­li­śmy to, żeby ulżyć w dro­dze naszym dzie­ciom i wnu­kom, oraz po to, żeby przod­kom ofia­ro­wać bar­dzo im potrzebne uzdro­wie­nie”.

Po modli­twie uczest­nicy obej­mują się nawza­jem w poczu­ciu rado­snego wyczer­pa­nia oraz połą­cze­nia jaźni z duszą, ze spo­łecz­no­ścią i ze świa­tem. Dzie­le­nie się doświad­cze­niem wspól­nej żałoby na nowo scala nasze więzi pokre­wień­stwa pomię­dzy człon­kami grupy i całą Zie­mią. Przy­po­mnie­li­śmy sobie sta­ro­żytny rytm, który przez tysiąc­le­cia wspie­rał wio­skę. Żal jest powro­tem.

W cza­sach oso­bi­stej, kul­tu­ro­wej i śro­do­wi­sko­wej traumy musimy na nowo zasta­no­wić się nad zmianą spo­sobu spo­łecz­nego myśle­nia i postawy życio­wej, aby zapew­nić wszyst­kim lep­szą przy­szłość. Kie­dyś, po jakim­kol­wiek trau­ma­tycz­nym wyda­rze­niu, wio­ska doko­ny­wała samo­re­gu­la­cji dzięki rytu­ałom. Przy­po­mnie­nie sobie tej wciąż nie­za­po­mnia­nej mądro­ści tkwią­cej w cen­trum naszego życia psy­chicz­nego daje nam klu­czową wska­zówkę, jak pły­nąć po wzbu­rzo­nych, rwą­cych wodach dzi­siej­szych cza­sów. Rytuał jest sta­ro­żyt­nym ryt­mem głę­boko zako­rze­nio­nym w naszym rodo­wym dzie­dzic­twie, a także star­szym niż słowa języ­kiem uży­wa­nym w nie­mal każ­dej żywej kul­tu­rze. Jeste­śmy stwo­rzeni do rytu­ałów. Pro­ces rytu­ału pozwala nam odkryć sens ist­nie­nia i ujaw­nić nasze szer­sze życiowe uwi­kła­nia. Poprzez pełne mocy, stale odpra­wiane rytu­ały pod­trzy­mu­jemy i odży­wiamy tkankę łączną, która wiąże jed­nostkę ze spo­łecz­no­ścią, afir­muje zwią­zek mię­dzy świa­tem ludz­kim a pozaludz­kim oraz pod­trzy­muje więź mię­dzy czło­wie­kiem a sacrum.

W głę­bi­nach dzi­siej­szych cza­sów coś lekko drgnęło. W naszym kolek­tyw­nym wypar­ciu poja­wiły się szcze­liny, które rze­kom żalu pozwa­lają wypły­nąć na wierzch, aby­śmy mogli je objąć wspólną opieką. Być może smu­tek, któ­rym nawza­jem się ze sobą dzie­limy, pobu­dzony przez miłość i zdol­ność do odby­cia żałoby, w końcu uru­chomi spo­łeczne zaan­ga­żo­wa­nie i zare­agu­jemy na koniecz­ność wyko­na­nia pracy dla naszych cza­sów. Musimy dzie­lić się mądro­ścią, którą zdo­by­li­śmy pod­czas ducho­wej podróży przez Długą Ciem­ność. Potrze­bu­jemy nie­sły­cha­nej odwagi oraz bez­wa­run­ko­wej miło­ści do sie­bie nawza­jem, do naszych dzia­łów wod­nych, osie­dli i do żywej Ziemi. Potrze­bu­jemy żalu jako lekar­stwa.

Fran­cis Wel­ler

Fore­stville, Kali­for­nia

Dział wodny rzeki Rus­sian (Rus­sian River Water­shed)

wio­sna 2025 r.

Wstęp

Żal i strata doty­kają nas wszyst­kich. Kiedy spo­ty­kamy się w spo­łecz­no­ści, aby odbyć rytuał koje­nia żałoby, w sali zbiera się wiele dopły­wów smutku. Wirują wokół nas, doty­kając każ­dego w kręgu. Słu­chamy, kiedy padają nazwy oblicz żalu: śmierć part­nera, dziecka, mał­żeń­stwa; samo­bój­stwo rodzica, brata lub sio­stry, rak i jego chciwe poże­ra­nie życia, dom utra­cony w wyniku zaję­cia go przez wie­rzy­cieli; lata dzie­ciń­stwa znisz­czone przez alko­ho­lizm, prze­moc i zanie­dba­nie; nie­za­go­jone bli­zny tych, któ­rzy wal­czyli na woj­nach, wycień­cza­jące cho­roby chro­niczne wpę­dza­jące nas w depre­sję, życie wielu znisz­czone uza­leż­nie­niem i wszech­obecny żal za naszym umę­czo­nym świa­tem. Kiedy koń­czymy dzie­le­nie się żalami, kieł­kuje w nas świa­do­mość, że mamy do czy­nie­nia ze wspól­nym żalem, z jed­nym pucha­rem, z któ­rego wszy­scy pijemy. Jest nasz – mamy go hołu­bić i stop­niowo opróż­niać. Robimy to razem, kiedy wcho­dzimy na grunt uzdro­wie­nia.

Przez więk­szość czasu trwa­nia naszego gatunku żal głów­nie koja­rzył się nam ze śmier­cią kogoś, kogo kocha­li­śmy. Każda kul­tura wypra­co­wała rytu­ały mające na celu upo­ra­nie się z sza­loną tajem­nicą śmierci i z zale­wem smutku towa­rzy­szą­cym znik­nię­ciu uko­cha­nej osoby. Jed­nak dzi­siaj źró­dła smutku są wie­lo­ra­kie, a zło­żo­ność radze­nia sobie z poplą­taną sie­cią żalu cza­sem przy­tła­cza. Straty co rusz wywra­cają nam życie do góry nogami. Ich obec­ność czu­jemy w życiu oso­bi­stym i zbio­ro­wym, intym­nym i wspól­nym. Zauwa­ży­łem, że wiele żalów, które w sobie nosimy, oso­bi­ście nas nie doty­czy, nie wynika z naszej prze­szło­ści czy doświad­czeń. Krążą wokół nas, przy­cho­dzą z dal­szej prze­strzeni, przy­by­wają nie­wi­dzial­nymi nur­tami, które doty­kają naszą duszę. Bramy żalu odsła­niają prze­ni­ka­jące się nawza­jem realia naszych cza­sów: nie jeste­śmy odręb­nymi komór­kami oddzie­lo­nymi od innych komó­rek; mamy na wpół prze­pusz­czalne mem­brany umoż­li­wia­jące stałą wymianę z wiel­kim orga­ni­zmem życia. W naszej psy­che, świa­do­mie czy też nieświa­do­mie, reje­stru­jemy fakt współ­dzie­lo­nych smut­ków. Ucze­nie się, jak przy­jąć, chwy­cić i prze­tra­wić te smutki, jest zada­niem na całe życie i sta­nowi główny temat tej książki.

Smu­tek przy­po­mina nam coś, co auto­chtoni na całym świe­cie prze­czu­wali od dawna: ludz­kie życie jest mister­nie powią­zane z innymi ludźmi, ze zwie­rzę­tami, z rośli­nami, dzia­łami wod­nymi i glebą. Przez ostat­nich kilka stu­leci wyobra­ża­li­śmy sobie pęk­nię­cie mię­dzy naszym wewnętrz­nym życiem a ota­cza­ją­cym nas świa­tem. Jed­nak nasza psy­che nie jest ogra­ni­czona do głę­bo­kiego życia wewnętrz­nego. Nakłada się na szer­szy świat, co w dzi­siej­szych cza­sach jest być może naj­bar­dziej widoczne w smut­kach i cier­pie­niu samej Ziemi5. Nasze oso­bi­ste doświad­cze­nia straty i cier­pie­nia są teraz nie­ro­ze­rwal­nie połą­czone z umie­ra­ją­cymi rafami kora­lo­wymi, top­nie­niem czap polar­nych, wymie­ra­niem języ­ków, upad­kiem demo­kra­cji i zani­kiem cywi­li­za­cji. Sprawy oso­bi­ste każ­dego z nas i losy pla­nety są nie­roz­łączne, podob­nie jak nasze uzdra­wia­nie. Strata wiąże nas potężną alche­mią, potwier­dza­jąc intymny zwią­zek serca ze wszyst­kim, co ist­nieje, a strata kogoś albo cze­goś, co kochamy, pro­wa­dzi nas do schronu wspól­nego żalu. Żal i miłość to sio­stry, od początku są ze sobą sple­cione. Ich powi­no­wac­two przy­po­mina nam, że nie ma miło­ści, która nie łączy się ze stratą, i nie ma straty, która nie przy­po­minałaby nam, że na­dal nosimy w sobie miłość do tego, co kie­dyś było nam bli­skie. W poje­dynkę i razem śmierć i strata doty­czą nas wszyst­kich.

Wiele zmie­niło się od czasu, kiedy w 1997 roku zaczą­łem pro­wa­dzić rytu­ały uko­je­nia żalu. W tam­tych cza­sach ludzie nie­chęt­nie zbie­rali się, by zwie­rzać się ze swo­jego smutku. Musia­łem ich deli­kat­nie prze­ko­ny­wać o war­to­ści spo­ty­ka­nia się, jak w wio­sce, aby opa­trzyć nasze smutki. Jed­nak dzi­siaj ogromne pęk­nię­cia i roz­dar­cia w tkance kul­tu­ro­wej, kaskada kry­zy­sów eko­lo­gicz­nych i utrata pew­no­ści, czy życie w ogóle prze­trwa, zaczęły prze­bi­jać się przez nasze zbio­rowe wypar­cie. Nagro­ma­dze­nie strat wywiera pre­sję na naszą psy­che, żąda­jąc, aby­śmy zaan­ga­żo­wali się w wie­lo­ra­kie smutki, które spo­wi­jają nasz świat i nasze życie. Ta szcze­lina w naszym wypar­ciu należy do naj­bar­dziej obie­cu­ją­cych zna­ków, jakie widzę na naszej pla­ne­cie. Zaczy­namy dostrze­gać szer­szy zakres strat w naszej kul­tu­rze i eko­sys­te­mach. Cier­pimy z powodu naszych oso­bi­stych ran i strat, ale oprócz tego sły­szymy, jak Zie­mia domaga się naszej uwagi i uczu­cia, naszej tro­ski i dzia­ła­nia. Jej smutki odczu­wamy w naszych cia­łach; wyczu­wamy je w umy­słach i widzimy w snach. Prze­pla­ta­nie się strat oso­bi­stych i tro­ski o pla­netę spra­wiło, że wielu z nas czuje się nie­pew­nie, nie­spo­koj­nie, a osta­tecz­nie pękają nam serca.

W naszych zła­ma­nych ser­cach tkwi poten­cjał, aby otwo­rzyć nas na szer­sze poczu­cie toż­sa­mo­ści zdolne do widze­nia przez bariery, które oddzie­liły „ja” od świata. Smu­tek pozwala nam przejść ini­cja­cję włą­cza­jącą nas do roz­mowy mię­dzy poje­dyn­czym życiem a duszą świata. Zaczy­namy rozu­mieć, że nie ma odizo­lo­wa­nego „ja” zagu­bio­nego w kosmo­sie; jeste­śmy uczest­ni­kami sple­cio­nej, pogma­twa­nej sieci połą­czeń, nace­cho­wa­nej cią­głą wymianą świa­tła, powie­trza, gra­wi­ta­cji, myśli, koloru i dźwięku zespo­lo­nych w ele­ganc­kim tańcu, jakim jest nasze wspólne życie. Zła­mane serce potrafi otwo­rzyć się na migo­tliwy blask łoso­sia prze­my­ka­ją­cego tuż pod powierzch­nią wody, zachwy­cić się szy­bu­ją­cym pod niebo jerzy­kiem, kom­po­zy­cją Mozarta i osza­ła­mia­ją­cym pięk­nem wschodu słońca. Żyjemy jed­nak w spo­łe­czeń­stwie ogar­nię­tym fobią żalu. Wypie­ramy ist­nie­nie śmierci. W kon­se­kwen­cji żałobę i śmierć zepchnięto do miej­sca, które Carl Jung nazwał „cie­niem”. Cień jest prze­cho­wal­nią wszyst­kich stłu­mio­nych, odrzu­co­nych stron naszego życia. Do cie­nia wysy­łamy te czę­ści sie­bie, które uzna­jemy za nie do przy­ję­cia dla nas i dla innych, z nadzieją że się ich pozbę­dziemy. Robiąc to, uwa­żamy, że oszczę­dzimy sobie nie­wy­gody sta­wie­nia czoła wszyst­kiemu, co uznano za nie­po­żą­dane. Kul­tury wysy­łają do cie­nia także aspekty życia ducho­wego. Zaprze­cze­nie ist­nie­nia żalu i śmierci wypa­czyło naszą kul­turę, spra­wia­jąc, że jest udrę­czona śmier­cią. Prze­ra­ża­jące jest to, że według Junga nic, co spy­chamy do cie­nia, nie czeka tam bier­nie, aż się o to upo­mnimy i przy­wró­cimy do łaski, ale ulega degra­da­cji w stan bar­dziej pry­mi­tywny. Taki pro­ces jest brze­mienny w kon­se­kwen­cje: śmierć dzień w dzień koła­cze się po naszych uli­cach, daje o sobie znać w szkol­nych strze­la­ni­nach, samo­bój­stwach, mor­der­stwach, przedaw­ko­wa­niu nar­ko­ty­ków, prze­mocy gan­gów albo praw­nie usank­cjo­no­wa­nym poświę­ce­niu ofiar wojen. Już nie wspo­mnę, że wielu z nas kuś­tyka przez życie z bli­znami po ranach zada­nych przez nasze sza­fu­jące śmier­cią spo­łe­czeń­stwo. Nie­stety, palce śmierci się­gają znacz­nie dalej niż ulice naszych miast. Gór­skie zbo­cza odzie­rane są z drzew, ska­zu­jąc na bez­dom­ność nie­zli­czone istoty, które miesz­kały w ich koro­nach, w kory­tach poto­ków i zaro­ślach. Dewa­stu­jemy góry, aby wydo­by­wać węgiel czy miedź. Pod­mor­skie kopal­nie nisz­czą oce­any, a wraz z nimi uśmier­cają ryby. Stwo­rze­nia żyjące pod zie­mią i mające z nią bez­po­średni kon­takt przez swoje zęby, pazury i brzu­chy stają się ofia­rami roz­jeż­dża­nymi przez bul­do­żery, które przy­go­to­wują teren pod cen­tra han­dlowe i zabu­dowę. Śmierć prze­nika naszą kul­turę, staje się tak wszech­obecna, że nie możemy jej powstrzy­mać, a wresz­cie – usza­no­wać. Eks­por­tu­jemy naszą maszy­ne­rię śmierci do innych kra­jów przez armady broni, che­mi­ka­lia zatru­wa­jące działy wodne i wspar­cie despo­tycz­nych rzą­dów. Mnó­stwo ist­nień utyka w pułap­kach zasta­wio­nych przez dra­pieżne ape­tyty kor­po­ra­cyj­nych spe­ku­lan­tów, któ­rzy łupią i gra­bią zie­mie auto­chto­nów w pogoni za ropą naf­tową i cen­nymi surow­cami, a wszystko to dzieje się za naszym mil­czą­cym przy­zwo­le­niem, bez naj­mniej­szego sprze­ciwu.

Wypro­wa­dze­nie żalu i śmierci z cie­nia jest naszą duchową odpo­wie­dzial­no­ścią, naszym świę­tym obo­wiąz­kiem. Kiedy to zro­bimy, być może znów będziemy w sta­nie poczuć chęć życia i przy­po­mnimy sobie, kim jeste­śmy, gdzie przy­na­le­żymy i co jest święte.

Napi­sa­łem tę książkę z kilku powo­dów. Przede wszyst­kim, aby przy­wró­cić duszę prze­pra­co­wy­wa­niu żałoby, a żałobę zapro­sić do pracy nad duszą. Uwa­żam, że żal został sko­lo­ni­zo­wany przez kli­niki, stał się zakład­ni­kiem dia­gnoz i sche­ma­tów daw­ko­wa­nia leków. W prze­wa­ża­ją­cej czę­ści żal nie jest pro­ble­mem do roz­wią­za­nia czy cho­robą, którą da się uśmie­rzyć lekami, lecz głę­bo­kim doświad­cze­niem istoty bycia czło­wie­kiem. Żałoba staje się pro­ble­mem, kiedy nie ma warun­ków koniecz­nych, aby­śmy mogli ją prze­pra­co­wać: na przy­kład jeste­śmy zmu­szeni zno­sić smu­tek w samot­no­ści albo odma­wia nam się czasu koniecz­nego, aby w pełni przy­swoić sub­stan­cje odżyw­cze kon­kret­nej straty i pod­le­gamy naci­skom, aby szybko wró­cić do „nor­mal­no­ści”. Mówi nam się, że mamy wziąć się w garść i zabrać do roboty. Brak uprzej­mo­ści i współ­czu­cia w obli­czu żałoby wpra­wia w osłu­pie­nie i odzwier­cie­dla ukryty w nas lęk i nie­uf­ność do tak ele­men­tar­nie ludz­kiego doświad­cze­nia. Musimy odbu­do­wać fun­da­menty pod uzdra­wia­nie żalu. Musimy zna­leźć odwagę, aby na powrót móc cho­dzić po bez­dro­żach żałoby.

W pew­nym sen­sie żal towa­rzy­szy nam zawsze. Bywają czasy, kiedy obec­ność smutku jest doj­mu­jąca. Śmierć part­nera, dom, który pożar zmie­nił w popiół, koniec mał­żeń­stwa spra­wia­jący, że zosta­jemy sami – takie okresy życia cha­rak­te­ry­zuje inten­syw­ność wyma­ga­jąca dłuż­szego czasu, aby usza­no­wać potrzeby duszy i w pełni prze­tra­wić żałobę. Smu­tek jest stale prze­wi­ja­jącą się nutą pie­śni życia. Bycie czło­wie­kiem zakłada pozna­nie straty w jej wielu prze­ja­wach. Nie powinno się tego postrze­gać jako przy­gnę­bia­ją­cej prawdy. Uzna­nie rze­czy­wi­sto­ści takiej, jaką jest, daje nam moż­li­wość odna­le­zie­nia łaski ukry­tej w smutku. Naj­peł­niej żyjemy na progu mię­dzy stratą a obja­wie­niem; każda strata w osta­tecz­no­ści otwiera drogę do nowego doświad­cze­nia.

Ponadto przy­wró­ce­nie żałoby do pracy nad duszą uwal­nia nas od jed­no­wy­mia­ro­wej obse­sji na punk­cie postępu emo­cjo­nal­nego. „Psy­cho­lo­giczny mora­lizm” wywiera na nas ogromną pre­sję, aby­śmy zawsze osią­gali postęp, czuli się dobrze i wzno­sili się ponad nasze zmar­twie­nia6. Szczę­ście stało się nową mekką, a jeśli nie do końca jest naszym udzia­łem, czu­jemy, że popeł­ni­li­śmy jakiś błąd albo nie udało nam się dorów­nać powszech­nie uzna­nemu stan­dar­dowi. W ten spo­sób smu­tek, ból, sła­bość i wraż­li­wość spy­cha się do pod­zie­mia, gdzie jątrzą się i mutują w powy­pa­czane posta­cie sie­bie, czę­sto pokryte war­stwą wstydu. W mojej prak­tyce ludzie ruty­nowo prze­pra­szają za łzy czy za odczu­wa­nie smutku.

Jestem orę­dow­ni­kiem psy­cho­lo­gii duszy uzna­ją­cej wital­ność każ­dej emo­cji, którą życie nas aku­rat obda­rzy. Będziemy prze­ży­wali czasy szczę­ścia i należy je świę­to­wać. Jed­nak przyjdą rów­nież czasy smutku i samot­no­ści. Będą nas ogar­niać różne nastroje i zda­rzą się sytu­acje, które wywo­łają w nas gniew i obu­rze­nie. Co cie­kawe, James Hil­l­man, badacz z nurtu psy­cho­lo­gii arche­ty­pów, stwier­dził kie­dyś, że obu­rze­nie sta­nowi nie­zbity znak, że nasza dusza się obu­dziła. Każda z tych emo­cji i doświad­czeń ma w sobie wital­ność. Nasze zada­nie polega na tym, aby żyć i być dobrym gospo­da­rzem dla wszyst­kich prze­żyć, które staną pod drzwiami naszego domu. Tak więc szczę­ście staje się odzwier­cie­dle­niem tego, że potra­fimy przy­jąć zło­żo­ność i sprzecz­ność życia, umieć dosto­so­wy­wać się do oko­licz­no­ści i akcep­to­wać wszystko, co się poja­wia, nawet głę­boki smu­tek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Fran­cis Wel­ler, Dzi­kie bez­droża smutku, Wydaw­nic­two Czarna Owca, przeł. Marzenna Rącz­kow­ska, War­szawa 2026, s. 54. [wróć]

Roger Har­ra­bin, Cli­mate Change: Young People Very Wor­ried – Survey, BBC News, 13 wrze­śnia 2021, repor­taż z ankiety prze­pro­wa­dzo­nej wśród mło­dych ludzi świad­czą­cej o ich wiel­kim zmar­twie­niu z powodu zmian kli­ma­tycz­nych, https://www .bbc.com/news/world-58549373 (dostęp: 14.08.2025). [wróć]

James Hil­l­man, Re-wizja psy­cho­lo­gii, przeł. Jerzy Kor­panty, Wydaw­nic­two MT Biz­nes, War­szawa 2016, s. 67. [wróć]

Ibi­dem. [wróć]

Myśli Jamesa Hil­l­mana na temat odkry­wa­nia się Duszy Świata poprzez objawy cho­ro­bowe zaczerp­ną­łem z jego książki The Tho­ught of the Heart and the Soul of the World (Spring Publi­ca­tions, Dal­las 1992). [wróć]

James Hil­l­man wyra­ził swoje zanie­po­ko­je­nie „psy­cho­lo­gią moralną” pod­czas cyklu pre­lek­cji w Paci­fica Gra­du­ate Insti­tute zaty­tu­ło­wa­nego The Art, Prac­tice and Phi­lo­so­phy of Psy­cho­the­rapy (Sztuka, prak­tyka i filo­zo­fia psy­cho­te­ra­pii), który nagrano mię­dzy 29 czerwca a 1 lipca 2007 roku. [wróć]