Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Nadzieja na uzdrowienie popękanego świata. Balsam dla duszy i niezbędny lek, który pomaga przetrwać trudne czasy.
To głęboko poruszająca, pięknie napisana książka o mocy żalu, troski i wspólnoty. Uczy, jak otaczać każdy rodzaj straty uważnością i współczuciem – jak otworzyć się na uczucia, doświadczenia oraz świętą wiedzę, które łączą nas i uzdrawiają.
Francis Weller wprowadza nas w koncepcję pięciu bram, pomagając zmierzyć się ze smutkiem i utratą w kulturze oderwanej od potrzeb duszy. Książka opisuje rytuały żalu, zachęca do refleksji i przybliża ponadczasową mądrość, która prowadzi ku odnowie.
To niezwykłe zaproszenie do uzdrawiania – do odzyskania tego, o czym współczesność kazała nam zapomnieć, oraz do ponownego połączenia z najgłębszymi ludzkimi tęsknotami. Książka ta nie jest poradnikiem, lecz błogosławieństwem. To powrót do domu.
FRANCIS WELLER jest psychoterapeutą, pisarzem, aktywistą promującym bogate życie duchowe i mistrzem syntezy różnych nurtów myśli: od psychologii, antropologii, mitologii, alchemii, rdzennych kultur, po tradycje poetyckie. Dzięki jego pracy tysiące ludzi poznało uzdrawiającą moc rytuału. Jest założycielem i dyrektorem organizacji WisdomBridge, oferującej programy edukacyjne, które starają się integrować mądrość rdzennych kultur z wglądem i wiedzą zaczerpniętymi z zachodnich tradycji poetyckich, psychologicznych i duchowych.
Uzyskał tytuł licencjata na University of Wisconsin Green Bay oraz dwa magisteria na John F. Kennedy University z psychologii klinicznej i psychologii transpersonalnej. Wykładał na Sonoma State University i w Sophia Center w Oakland, a także był głównym nauczycielem na Minnesota Men's Conference.
Jego artykuły ukazywały się w antologiach i czasopismach poświęconych połączeniu psychologii, przyrody i kultury. Publikował w magazynie „The Sun”, „Utne Reader” oraz „Kosmos Journal”.
***
Bardzo możliwe, że jest to najlepszy przewodnik po sztuce przeżywania żałoby, jaki kiedykolwiek napisano. Genialny, poetycki drogowskaz, jak w pełni zostać człowiekiem, prowadzić bardziej wyrafinowane życie i lepiej się przyczynić do zmiany kultury.
Bill Plotkin, autor Wild Mind
Ta książka jest nie tylko mapą pomocną w nawigowaniu po najdelikatniejszych, trudnych rejonach psyche, lecz także literackim dziełem sztuki.
Kim Rosen, autorka Saved by a Poem
Przeogromnie potrzebny lek dla kultury, która opiera się na rozproszeniu i znieczuleniu, gdy staje w obliczu codziennych strat.
Malidoma Patrice Somé, autor Uzdrawiającej mądrości Afryki
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 273
Tytuł oryginału: The Wild Edge of Sorrow
Copyright © 2015, 2025 by Francis Weller Copyright © 2026 for the Polish edition by Wydawnictwo Czarna Owca Copyright © for the Polish translation by Marzenna Rączkowska All rights reserved
Redakcja: Paweł Wielopolski Korekta: Katarzyna Dziedzicka, Beata Wójcik Projekt okładki i stron tytułowych: Joanna Kosk-Florczak Wersja elektroniczna w systemie Zecer: Róża Rozaxa
Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione.
Wydanie pierwsze Warszawa 2026 ISBN 978-83-8382-895-4
Dla Luki i Tessy Marie.
Oby wasza przyszłość była przepełniona pięknem.
Smutek należy do wielkich cyklów Ziemi: płynie w noc jak chłodne powietrze opadające do koryta rzeki. Odczuwać smutek to wczuwać się w puls Ziemi, unosić się na fali pomiędzy życiem a śmiercią, między stawaniem się a końcem bytu. Może dlatego Ziemia sprawuje władzę nad czasem i potrafi spłukać smutek do głębokiego rozlewiska spowitego chłodnym cieniem. I może dlatego, choć smutek nigdy nie znika, potrafi dogłębnie połączyć się z nurtem życia, by w ten sposób jakoś scalić źródła zadziwienia i pociechy.
Kathleen Dean Moore
Żyjemy w czasach wielkich przemian. Wiele znanych struktur społecznych i dotychczasowych systemów zabezpieczeń wydaje się rozpadać. Nigdy wcześniej świat nie zmieniał się tak szybko pod względem społecznym, technologicznym, geopolitycznym i ekologicznym. Nic dziwnego, że tyle osób ogarnia przerażenie czy niepewność. Wokół nas coraz częściej pojawiają się egzystencjalne wyzwania: zagrożenia autorytaryzmem, wojną, zmianami klimatu, redystrybucją zasobów na dużą skalę. Następują szybkie skoki technologiczne. Te i inne przeobrażenia zaczęły zagrażać demokracjom oraz potęgować izolację, polaryzację i konflikty, które już dają o sobie znać w sferze społecznej. Wyraźne objawy szybko postępującej zawiłości świata nakładają się na następną prawdę – cierpimy z powodu nie do końca wyleczonych urazów w sferze psychiki, które wynikają z tego, co zostało po masowych i międzypokoleniowych traumach. Akumulacja niezintegrowanej „przeszłości” leży u podstaw obecnego dylematu i go przyćmiewa.
Czas nie leczy naszych ran, ale je pogłębia i powiela, ponieważ naturą nieuzdrowionych traum jest ich powtarzanie. Dziedzictwo tych nawrotów zapisało się we wzorcach historii ludzkości. Chwil wielkiego kulturowego cierpienia nie można po prostu zapomnieć, bez względu na to, jak często pozwalamy sobie nie zwracać na nie uwagi, zagłębiając się w rozrywkach, konsumpcjonizmie, polityce i gonitwie za swoimi codziennymi ludzkimi sprawami. Duchy przeszłości charakteryzują się odwieczną cierpliwością, nieustannie czają się przycupnięte na skrzydłach zbiorowej nieświadomości. Jeżeli odmówimy uznania ich obecności i bólu, jaki powodują, zyskają jeszcze większy wpływ na naszą teraźniejszość. Dlatego koniecznie musimy stworzyć nowe (a pod pewnymi względami przywołać prastare) struktury uzdrawiania społecznego i w pełni się w nie zaangażować.
Najważniejszą prawdą, jaka wyłoniła się z mojej wieloletniej pracy nad integracją zbiorowej traumy, jest stwierdzenie, że prawdziwie skuteczne leczenie następuje w relacjach. Ludzie zdrowieją w towarzystwie innych, którzy ich dostrzegają i rozumieją ich uczucia oraz są gotowi być przez nich empatycznie dostrzegani. Kiedy zwierzasz się z lęku komuś, kto jest w stanie być przy tobie i twojej emocji oraz razem z tobą jej doświadczać, tworzy się nowa przestrzeń, w której lęk można przetrawić i opanować. To samo dotyczy gniewu, strachu, wstydu, rozpaczy i żalu. Bez względu na to, jak trudne są nasze doświadczenia z przeszłości, poszczególni ludzie i całe społeczności przezwyciężają je zawsze dzięki rezonansowi dostrojonych i zaangażowanych relacji. Dzielenie się emocjami w bezpiecznej obecności współczującego świadka umożliwia nowe otwarcie, stwarza potencjał nie tylko uzdrowienia, ale też zbiorowej transformacji.
Prawdziwym językiem ludzkości nie jest mówienie ani pisanie, ale uniwersalny język rezonansu i emocji. W swej mądrości głosi, że łzy żalu są oczyszczające i niezbędne, gdyż przywracają nam poczucie najbardziej żywotnej istoty siebie. Żal jest deklaracją miłości; smucimy się, ponieważ nam zależy, ponieważ odczuwamy stratę części życia, która odeszła. Przepracowywanie żałoby jest więc deklaracją naszego człowieczeństwa, powrotem na ścieżkę duszy. W książce Dzikie bezdroża smutku Francis pięknie wyraża głębokie zrozumienie potrzeby przestrzeni rytualnych i służy nam szczegółowym przewodnictwem po tym, jak je organizować i wykorzystywać ich moc uzdrawiania. Święte ceremonie żałoby wzmacniają więzi społeczne i wspólnotowe, a te pozwalają nam przetrwać straty czekające nas w przyszłości. Ale jest jeszcze głębszy powód, aby je odprawiać: zbiorowe przepracowywanie żałoby uruchamia alchemiczny proces działający na rzecz zmian społecznych.
W czasach takich jak nasze, kiedy wokół mnożą się kryzysy, niewiele znajdziemy spraw równie ważnych i potrzebnych. Kiedy zgadzamy się na obecność we wspólnym bólu, odnajdujemy mądrość i nową ścieżkę rozwoju utkane z nici przeszłej traumy. Pomimo ciężarów, które dźwigamy i którymi obarczamy innych, ludzkość nie jest skazana na zagładę. Tak naprawdę już przetrwaliśmy wiele epok głębokich przemian, aby dotrzeć tu, gdzie jesteśmy. Mamy dostęp nie tylko do bólu, ale także do nadal żywej mądrości i odporności naszych przodków. Przekazali nam spuściznę po sobie z pilną wiadomością: „Postępuj ostrożnie i dbaj, aby ją rozwijać”. Jednak aby uzyskać do niej dostęp, najpierw musimy opatrzyć zbiorowe rany. Można to zrobić przez stworzenie przestrzeni do płaczu i bezpiecznego dawania świadectwa.
Jako genialny psychoterapeuta Francis rozszerza zakres procesu terapeutycznego i obejmuje nim całe społeczności. Pokazuje nam ścieżkę naprzód. Staje się naszym przewodnikiem, prowadzi nas, kiedy robimy miejsce dla tych części siebie, które pragną rehabilitacji i szacunku. Można tego dokonać, jedynie otwierając serce. Francis trafnie podkreśla, że mądrość przestrzeni rytualnych jest dziedzictwem po naszych najdawniejszych przodkach i dlatego przysługuje nam z tytułu urodzenia. Kiedy spotykamy się w świętej ceremonii, smutek ustępuje miejsca nadziei, znika samotność, a przeszłość i przyszłość jednoczą się w chwili obecnej. Światło, które wcześniej uwięziono i pogrzebano w cieniu, zostaje wyzwolone, a wraz z nim budzą się nowe szanse na przyszłość dla ludzkości.
dr Thomas Hübl
nauczyciel, międzynarodowy mediator, autor książki Attuned: Practicing Interdependence to Heal Our Trauma – and Our World (Dostrojeni: Ćwiczenie wzajemnych zależności w celu uleczenia naszej traumy – i świata)
„Przetrwaj miłość i stratę”, radził wielki francuski eseista Michel de Montaigne. Jego maksyma życiowa w czterech słowach streszcza wielki ludzki dylemat.
Łatwo powiedzieć, ale strata stanowi drugą stronę medalu miłości. Im większa miłość, tym większa strata. A jednak ludzie całkiem różnie reagują na stratę. Aby sobie z nią poradzić, masz do dyspozycji zdobyte w pocie czoła umiejętności przetrwania w nieznanym terenie, na który rzuci cię los. Możesz korzystać ze sprawności survivalowych, są też mapy i przewodnicy.
Francis Weller jest doświadczonym przewodnikiem po kraju straty. Może cię nauczyć, jak przetrwać. Pokaże ci mapy. Znajomość smutku ma we krwi. Pisze z punktu widzenia człowieka, który został bez reszty zniszczony, tak jak smutek potrafi zniszczyć człowieka. Nie boi się nam o tym powiedzieć:
Nie jestem pewien, jak i kiedy zacząłem swój staż w szkole smutku. Wiem, że stanowił on dla mnie bramę, przez którą wróciłem do oddychającego, ożywionego świata. Przedarłem się przez ciemne wody żalu i dotknąłem mojego nieprzeżytego życia. […] Między głębokim smutkiem a pełnią życia istnieje dziwny, intymny związek, jakaś święta wymiana między tym, co wydaje się nie do zniesienia, a dojmująco wyrafinowanym doznaniem życia. W ten sposób na zawsze zrodziła się we mnie wiara w żal.
Weller prowadzi ze mną tygodniowe odosobnienia w ramach działalności Pomocy Chorym na Raka Commonweal. Wiele wieczorów spędzamy na wspólnym siedzeniu i słuchaniu historii o miłości i stracie.
Wiemy, że słuchanie i uszanowanie tych opowieści bardzo pomaga. Weller prowadzi także własne zajęcia poświęcone żałobie i stracie. Znam niektórych uczestników tych spotkań. Z ich relacji wiem, że wiele z nich skorzystali.
Książka Dzikie bezdroża smutku: Rytuały odnowy i święte oddziaływanie żalu Wellera podsumowuje mądrość autora nabytą w ciągu dziesięcioleci pracy nad kojeniem żalu i straty.
Każdy z nas musi terminować w szkole smutku. Musimy się nauczyć jego sztuki i rzemiosła, odkryć, jak opanowując je, gruntownie dojrzewamy i nabieramy głębi. Choć żal odznacza się intensywnością emocji, jest także sprawnością, którą rozwijamy przez długie przebywanie w smutku. Mierzenie się z żalem jest ciężką pracą. […] Trzeba bowiem przeraźliwej odwagi, aby zmierzyć się z przeraźliwą stratą. Ale właśnie do tego jesteśmy wezwani.
Do najbardziej oryginalnych zasług Wellera należy zaliczyć jego schemat pięciu bram żalu. Skupię się na nich poniżej. Pierwszą bramę opisuje prosto: stracimy wszystko, co kochamy. Książka obfituje w trafne cytaty. W tej części autor przytacza wiersz z dwunastego wieku.
Jest rzeczą przerażającą
Kochać to,
Czego śmierć może dotknąć.
Kochać, mieć nadzieję, marzyć…
I och – stracić.
Rzeczą dla głupców jest ta
Miłość,
Lecz świętą rzeczą,
Kochać to, czego śmierć może dotknąć.
Pierwszą bramę znamy wszyscy. Druga brama nas zadziwi: prowadzi w miejsca, które nie zaznały miłości. Moim zdaniem zauważenie tego jest ważnym, oryginalnym odkryciem. Weller tak o tym pisze:
Chodzi o obszary w nas, które opatulone wstydem zostały wygnane na najdalsze brzegi życia… Te zapomniane kawałki duszy egzystują w kompletnej rozpaczy… Prawidłową reakcją na jakąkolwiek stratę jest żałoba, jednak nie możemy opłakiwać czegoś, co znajduje się poza naszym kręgiem wartości.
Trzecią bramą jest żal z powodu smutków świata. Tę znamy o wiele lepiej. W formularzu zgłoszeniowym do Programu Pomocy Chorym na Raka prosimy uczestników, aby opisali w punktach swoje doświadczenia dotyczące straty przed uzyskaniem diagnozy o nowotworze. Zadziwiające, jak wiele osób jest rozżalonych w związku z tym, co dzieje się ze światem, i to od bardzo dawna. Faktycznie, smutek z powodu cierpienia na świecie od wieków stanowi zarzewie ludzkiego niepokoju. Istnienie cierpienia jest pierwszą szlachetną prawdą Buddy. Rozważania, jak zmierzyć się z cierpieniem, stanowią centrum wielkiej tradycji religijnej i filozoficznej.
„Skumulowany smutek świata nas przytłacza… Jak możemy pozostać otwarci na niekończące się ataki na biosferę?” – pyta Weller. Następnie cytuje piękne wersy Naomi Nye:
Zanim poznasz dobroć jako najgłębszą wewnątrz głębię,
musisz poznać smutek – drugą najgłębszą głębię.
Musisz budzić się w smutku,
mówić doń, aż twój głos
uchwyci osnowę wszystkich smutków,
i poznasz rozmiary tkaniny.
Czwartą bramę Wellera stanowią oczekiwania, które nie zostały spełnione. Dla mnie to także oryginalne spostrzeżenie:
Głęboko w trzewiach odnajdujemy prastare przeczucie, że przybywamy tu z naręczem darów dla naszej społeczności. […] W pewnym sensie otrzymujemy duchowe zatrudnienie. […] Wśród strat za tą bramą ukrywa się doświadczenie niemożliwości wykorzystania swojego potencjału.
Piątą bramę Weller nazywa żalem przodków.
Nosimy go w ciele z powodu smutku doświadczonego przez naszych protoplastów. […] Kojenie nieprzetrawionego smutku naszych przodków nie tylko daje nam wolność, abyśmy żyli własnym życiem, lecz także przynosi ulgę cierpieniu protoplastów na tamtym świecie.
Bramy pozwalają nam dostrzec wielorakie wejścia, jakimi smutek dostaje się do naszego życia. Dzięki temu jesteśmy w stanie oddać cześć nieuchronnym stratom, z którymi każdy z nas będzie musiał się zmierzyć. Dar Wellera polega na wnoszeniu duchowości i wspólnoty w miejsca, które często spotykają się z zaprzeczeniem i lękiem. Pomaga nam uwolnić się od lęku i odizolowania. Program Pomocy Chorym na Raka oparty jest na głębokiej prawdzie: uzdrawiamy się we wspólnocie. Gdziekolwiek znajdziesz się na ścieżce smutku, Weller będzie twoim godnym towarzyszem. Istnieje prosta prawda: ogromna strata marnuje się, jeśli jej nie wykorzystamy, nie poświęcimy czasu, aby odkryć, co leży poza nią. W tym celu Weller cytuje wielką przyrodniczkę i eseistkę. Terry Tempest Williams powiedziała: „Żal daje nam odwagę, aby jeszcze raz pokochać”.
Michael Lerner
Prezes i założyciel Commonweal (Wspólnoty) Bolinas w Kalifornii
Drogi Czytelniku,
w 2015 roku, kiedy wydano Dzikie bezdroża smutku, niewielu z nas było w stanie przewidzieć, co się niedługo wydarzy. Od tamtej pory zdestabilizowało się wiele dobrze znanych nam składników życia, a powietrze, którym oddychamy, przesyciło się żalem, lękami i niepewnością. To była trudna dekada. Nasilił się kryzys klimatyczny. Spowodował wiele rozległych katastrof: potężne huragany, ogromne, nieokiełznane pożary i powodzie oraz uporczywe susze. Konflikty regionalne wywołały obawy ludności przed ich eskalacją, co sprawiło, że tysiące uchodźców zaczęły poszukiwać bezpiecznego schronienia. Na początku 2020 roku, kiedy pojawiła się epidemia COVID-19, nasze doświadczenie niepewności jutra przybrało niezaprzeczalnie realny wymiar. Pandemia zachwiała fundamentami naszego życia i rozłupała fasadę normalności. Nastąpił długi okres zbiorowego smutku. Żyliśmy w popiele tego, co znaliśmy.
Wkroczyliśmy w okres, który nazywam Długą Ciemnością. Miną dziesięciolecia, a może nawet kilka pokoleń, zanim być może zobaczymy drugi brzeg tych trudnych czasów, o ile przetrwamy. Długa Ciemność jest przeciągającym się okresem opadania w głąb duszy, czasem powagi i skrajności, w którym mierzymy się z krajobrazami znanymi duszy, takimi jak strata, żałoba, tajemnica, kruchość i wrażliwość. Coś w ciemności drga. Czujemy blaknącą żywotność świata, bogactwa kultury, sposobów bycia, które trwały przez tysiące lat. Uruchamia się oczekiwanie żalu za światem. Lodowce, ziemie ojczyste, gatunki, języki – wszystko to odchodzi. Przeczuwamy, że coś się zbliża, nadchodzi znacznie szybciej, niż nam się wydawało. Pierwotne prognozy przewidywały, że odczujemy wpływ zaburzeń klimatycznych za kilkadziesiąt, a nawet kilkaset lat. Tymczasem spójrzmy, co się dzieje – balansujemy nad przepaścią. Katastrofa może nas spotkać w ciągu kilku krótkich lat. Już przekroczyliśmy granicę, za którą doświadczymy nieuchronnych przemian. Musimy się trzymać!
Długa Ciemność stanowi konieczne, niezbędne przeskalowanie naszych światów wewnętrznych i zewnętrznych. W tej ciemności otrzymaliśmy zaproszenie, aby wyciszyć się i zacząć słuchać, zwolnić i przybliżyć się do tego, co drgnęło pośród tajemnicy. Intelekt nie znajdzie wyjścia z tego krytycznego czasu. Same informacje przez ten próg nas nie przeprowadzą. Musimy zwrócić się do innych źródeł wiedzy, innych sposobów dostrojenia się do śniącej Ziemi. Ciemność pociąga nas w stronę największej intymności w naszych wnętrzach i pomiędzy nami. Prowadzi do miejsca marzeń i wyobraźni, ciszy i przodków, ciąży, dojrzewania i wylęgania. Są rzeczy, które mogą się wydarzyć tylko w ciemnej pieczarze.
Długa Ciemność daje nam szansę, aby przyjąć i przetrawić ciężki ładunek żalu, który będzie nieuchronnie towarzyszył temu okresowi. Żal jest nie tylko emocją, ale też rdzeniem czysto ludzkich talentów, umiejętnością, którą należy rozwijać, w przeciwnym wypadku wyemigrujemy na marginesy życia w nadziei na uniknięcie zawiłości poniesienia straty. Żal będzie motywem przewodnim przewidywalnej przyszłości. Nasza umiejętność zachowania poczucia obecności w czasie nasilającej się fali przypływu strat zależy od tego, jak nauczymy się kultywować i pogłębiać swój staż w szkole smutku. Poprzez rytuały żalu dojrzewamy jako ludzie. Żal wnosi do świata powagę i głębię. Mamy ogromną zdolność do metabolizowania smutku w lek dla naszych dusz i dusz naszych społeczności.
W ciągu lat pracy poświęconej pochylaniu się nad żalem spotkałem wiele osób, które poczuły się powołane do podjęcia stażu w szkole smutku i odniesienia się do rosnącej fali żałoby na świecie. Tworzą oni kręgi opieki i przeprowadzają rytuały uzdrowienia, reagują na straty w swoich środowiskach i dbają o własne wrażliwe serca. Niedawno prowadziłem pięciomiesięczny zdalny kurs szkoleniowy z prowadzenia rytuałów żalu dla cudownej grupy mediatorów. Wzięło w nim udział ponad siedemset pięćdziesiąt osób z trzydziestu jeden krajów. Wszyscy chcieli się nauczyć podstawowych umiejętności potrzebnych do poprowadzenia rytuałów dla społeczności osób pogrążonych w żałobie. Spotkania miały charakter terapeutyczny. Dzielenie się wspólną miłością do świata, obserwowanie łez, choćby i na ekranie, wielokrotnie przypominało nam, że w tej pracy nie jesteśmy sami. Dzięki temu, że dzielimy się smutkami, odczuwamy pokrewieństwo między sobą nawzajem i między światem pozaludzkim. Żal staje się pomostem.
Nasza zdolność do poznania miłości, radości, serdeczności, intymności, zachwytu i zdumienia zależy od rozbudzenia serca i jego otwartości na przyjęcie piękna i smutków świata. Serce spowite w nieleczony żal i traumę będzie się szamotać, chcąc poczuć, że w pełni żyje. Istnieje prastara relacja między żałobą a radością, smutkiem a doznaniem, że się żyje. Napisałem o niej tak:
Wbrew naszym obawom żal przepełniony jest siłą życiową. Przenika go energia, aprobuje erotyczne połączenie z inną duszą, czy to ludzką, czy zwierzęcą, roślinną, czy ekosystemu. Nie jest stanem martwoty lub beznamiętności emocjonalnej. Żal jest żywy, dziki, nieujarzmiony. Nie da się go oswoić. Opiera się żądaniom, aby zachować bierność i ciszę. Kiedy opanuje nas żal, robimy się hałaśliwi, niespokojni i buntowniczy. Jest emocją, która naprawdę pochodzi prosto z duszy1.
Wszystkie zauważalne oznaki świadczą o tym, że nadchodzą trudne czasy, które będą się charakteryzować coraz większymi stratami. Wszelkie fantazje o byciu pod ochroną gwałtownie pryskają, w miarę jak zdajemy sobie sprawę, że nasze życie jest w pełni uwikłane w egzystencję innych. Jesteśmy połączeni z tuńczykiem błękitnopłetwym i planktonem, z motylami monarchami i uchodźcami, z niedźwiedziami grizzly i pełnymi lęku marzeniami młodych ludzi na całym świecie.
Rozważmy następującą kwestię. W 2021 roku w Bath University w Anglii przeprowadzono badanie ankietowe na dziesięciu tysiącach młodych dorosłych z dziesięciu krajów w wieku od szesnastu do dwudziestu pięciu lat. Poproszono ich o podzielenie się swoimi odczuciami na temat zmian klimatycznych i przyszłości planety. Wyniki okazały się szokujące. Niemal 60 procent respondentów stwierdziło, że bardzo martwią się o przyszłość. Ponad 45 procent powiedziało, że groźba zmian klimatycznych wpływa na ich codzienne życie. Trzy czwarte było zdania, że przyszłość jest przerażająca, a ponad połowa uznała, że ludzkość jest skazana na zagładę. Dalej raport podaje, że wielu respondentów uważa się za zdradzonych, zignorowanych i porzuconych przez polityków i ludzi dorosłych2.
Serce pęka! Miejmy świadomość, że sytuacja, w której nasza młodzież niesie na swoich barkach ciężar upadającego świata, jest moralnie naganna. Świadczy o tym, że nie udało nam się zbliżyć do świata sercami i duszami, otoczyć go troską i miłością. Nasza dominująca kultura skupiła się na zyskach i na zwiększaniu konsumpcji, a nie na stanie naszych dusz i Duszy Świata.
James Hillman, genialny twórca psychologii archetypowej, napisał: „To, czy świat i bogowie są żywi, czy martwi, zależy od kondycji naszej duszy”3. Jest to mocne stwierdzenie. Rzadko bierzemy je pod uwagę w naszych przemyśleniach i rozważaniach na temat stanu świata. Autor dodaje: „Aby ponownie wzniecić płomień wygasłego życia, zaczynamy od duszy […]”4. Książka Dzikie bezdroża smutku zakorzenia się w żyznej glebie duszy i pokazuje, jak przejawia się ona zarówno w naszym życiu wewnętrznym, jak i w różnych okolicznościach życia zbiorowego. Przywrócenie duszy do rozpracowywania żałoby pozwala nam podejść do smutku z serdecznością, współczuciem i ciekawością. Uczymy się umieszczać smutek w łonie serca. Dzięki temu, kiedy bierzemy się do pracy nad smutkiem, nie skupiamy się na jego naprawianiu, ale na przytulaniu go do siebie i utrzymywaniu go w cieple, kierując się starą zasadą alchemii.
Przez duszę bardziej rozumiem sposób widzenia niż rzeczywistość metafizyczną. Postrzegam duszę z perspektywy archetypowej, podążając za długą tradycją prowadzącą od Jamesa Hillmana i Carla Junga wstecz, przez tradycje poetyckie, wrażliwość animistyczną, aż po świadomość rdzennej ludności Ameryki. Dusza pociąga nas w dół, w krajobraz kruchości, czułości, straty, intymności i śmierci. Zbliża nas do tęsknoty, piękna, rytuału, wściekłości i puszczy wyobraźni. Krąży po terytoriach ran i cierpienia, w pobliżu złamanego serca, trzyma nas blisko marginesów, zarówno wewnętrznych, jak i kulturalnych. Dusza nawiguje po splątanym szlaku między suwerennością a intymnością. Jest na wskroś indywidualna, bo daje nam poczucie, kim naprawdę jesteśmy, ale także jest głęboko wspólnotowa. Poznać duszę to poczuć nasze dzikie uwikłanie w ogół wszechrzeczy, odkryć naszą nieustającą relację z Anima Mundi, Duszą Świata.
Witalność ożywionego, zmysłowego świata i spotkanie ze świętością zależą od tego, czy mamy w pełni żywe dusze! Przebudzona dusza wplątana jest w żyjący świat – jego piękno, powab i cudowność, jego smutki, rozdarcia i łzy. Musimy duszę umieszczać w centrum naszych trudności. Zaniedbana dusza, obarczona żałobą i traumą, wycofuje się z intymnej relacji z życiem, przez co świat traci swą anima, duszę. Nasze ogarnięte fobią żalu społeczeństwo dystansuje się od duszy i unika wezwania, by zanurkować w głębiny, kiedy pod drzwiami pojawi się strata.
Jedną z głównych zalet Dzikich bezdroży smutku wielokrotnie docenianych przez czytelników jest przyznanie, że żal dotyka naszych serc na wiele sposobów. Wyszczególnienie pięciu bram żalu daje ludziom możliwość uszanowania różnych aspektów tego, jak strata i smutek składają się na nasze codzienne życie. Z biegiem lat bramy te powoli ujawniały dodatkowe warstwy znaczeń. Patrząc z ich perspektywy, poczułem, że każda brama nosi w sobie ziarno wyobraźni, dzięki któremu odkrywa się próg ukryty w jej istocie. Innymi słowy, jeśli tylko odpowiednio się go wyrazi, żal znajdujący się za każdą bramą zaprasza nas do przyjęcia leku, który jest właściwy dla danego smutku. Na przykład pierwsza brama żalu głosi, że: „Stracimy wszystko, co kochamy”. Kiedy uszanujemy tę bezwzględną prawdę, zostajemy zaproszeni do tajemnicy miłości i straty oraz gorzko-słodkiego spotkania z przemijalnością. Lekiem, który wyłania się w tej bramie, jest wrażliwość.
Druga brama, „miejsca, które nie zaznały miłości”, zaprasza nas do wglądu w tajemnicę dorosłości i dojrzewania dzięki nauce, aby przygarnąć do siebie wszystko, co kiedyś zostało wygnane. Lekiem, który w niej odkrywamy, jest współczucie. Trzecia brama, „smutki świata”, otwiera nas na niezmienne, odwieczne więzi z Ziemią, wszelkim stworzeniem i światem pozaludzkim. Poznajemy tu lek wzajemnych powiązań. Czwarta brama, „oczekiwania, które nie zostały spełnione”, odkrywa tajemnicę naszego odwiecznego dziedzictwa i leku przynależności. Piąta brama, „żal przodków”, ukazuje tajemnicę dziedzictwa i międzypokoleniowych przekazów odwagi, wyobraźni i wytrzymałości. Odbieramy tu lek mądrości. Wszystkie te remedia wzmacniają nas i przybliżają do życia z duszą. Przysparzają nam wagi przez odpowiedni balast, ofiarowując stabilność na czasy, kiedy nasze życie znajdzie się pod naporem silnych wiatrów straty.
Książka Dzikie bezdroża smutku jest podręcznikiem stażu w szkole smutku, przewodnikiem po terenie żałoby. Wspiera nas w długim procesie kandydowania do starszyzny. Po latach towarzyszenia smutkowi, pracy nad jego różnorodnymi obciążeniami, stopniowo zaczynamy widzieć, jak zostaliśmy zmienieni. Rozumiemy, że wypielęgnowaliśmy w sobie wewnętrzną przestrzeń, która jest w stanie pomieścić więcej tego, co przynosi nam życie. Ze stażu czuwania przy smutku powoli wyłania się przestronne miejsce, w którym mieści się wszystko: piękno i strata, rozpacz i tęsknota, lęk i miłość. Stajemy się bezmierni. Staż cierpliwie kształtuje członka starszyzny.
Kiedy potraktujemy swoje smutki pewną ręką i współczującym sercem, zachodzi destylacja mądrości. Rozwija się w nas umiejętność widzenia w ciemności, w której, na głębinach, dostrzegamy coś świętego, wiecznego. Dotykamy nieodłącznej świętości życia, przetrawiamy gorycz i z determinacją wracamy, aby karmić naszą społeczność. Stajemy się kuźnią wyobraźni, rozdzielamy wśród innych to, co zebraliśmy podczas długiego szkolenia swojego serca. Nasze zbiory były przeznaczone nie tylko dla nas, ale niczym nasiona miały zostać rozrzucone po żyznych umysłach, wysiane wśród oczekujących na nie społeczności i odżywić głodną kulturę.
Na zakończenie grupowego rytuału żalu, po powrocie ostatniej osoby ze świątyni, chwilę milczymy. Bierzemy się za ręce i rozglądamy po kręgu z oczami rozszerzonymi z podziwu i z zachwytu nad tym, w czym wspólnie wzięliśmy udział. Potem odmawiam modlitwę wdzięczności i dodaję: „Nie zrobiliśmy tego wyłącznie dla siebie. Zrobiliśmy to także po to, aby nasze serca nie były aż tak bardzo obciążone smutkiem i miały więcej wolności, by móc kochać ten piękny, udręczony świat. Aby nasza miłość z większą żarliwością popłynęła do naszych rodzin i osiedli oraz do otaczającej nas szerszej społeczności lasów i łąk, wzgórz i kanionów. Zrobiliśmy to, żeby ulżyć w drodze naszym dzieciom i wnukom, oraz po to, żeby przodkom ofiarować bardzo im potrzebne uzdrowienie”.
Po modlitwie uczestnicy obejmują się nawzajem w poczuciu radosnego wyczerpania oraz połączenia jaźni z duszą, ze społecznością i ze światem. Dzielenie się doświadczeniem wspólnej żałoby na nowo scala nasze więzi pokrewieństwa pomiędzy członkami grupy i całą Ziemią. Przypomnieliśmy sobie starożytny rytm, który przez tysiąclecia wspierał wioskę. Żal jest powrotem.
W czasach osobistej, kulturowej i środowiskowej traumy musimy na nowo zastanowić się nad zmianą sposobu społecznego myślenia i postawy życiowej, aby zapewnić wszystkim lepszą przyszłość. Kiedyś, po jakimkolwiek traumatycznym wydarzeniu, wioska dokonywała samoregulacji dzięki rytuałom. Przypomnienie sobie tej wciąż niezapomnianej mądrości tkwiącej w centrum naszego życia psychicznego daje nam kluczową wskazówkę, jak płynąć po wzburzonych, rwących wodach dzisiejszych czasów. Rytuał jest starożytnym rytmem głęboko zakorzenionym w naszym rodowym dziedzictwie, a także starszym niż słowa językiem używanym w niemal każdej żywej kulturze. Jesteśmy stworzeni do rytuałów. Proces rytuału pozwala nam odkryć sens istnienia i ujawnić nasze szersze życiowe uwikłania. Poprzez pełne mocy, stale odprawiane rytuały podtrzymujemy i odżywiamy tkankę łączną, która wiąże jednostkę ze społecznością, afirmuje związek między światem ludzkim a pozaludzkim oraz podtrzymuje więź między człowiekiem a sacrum.
W głębinach dzisiejszych czasów coś lekko drgnęło. W naszym kolektywnym wyparciu pojawiły się szczeliny, które rzekom żalu pozwalają wypłynąć na wierzch, abyśmy mogli je objąć wspólną opieką. Być może smutek, którym nawzajem się ze sobą dzielimy, pobudzony przez miłość i zdolność do odbycia żałoby, w końcu uruchomi społeczne zaangażowanie i zareagujemy na konieczność wykonania pracy dla naszych czasów. Musimy dzielić się mądrością, którą zdobyliśmy podczas duchowej podróży przez Długą Ciemność. Potrzebujemy niesłychanej odwagi oraz bezwarunkowej miłości do siebie nawzajem, do naszych działów wodnych, osiedli i do żywej Ziemi. Potrzebujemy żalu jako lekarstwa.
Francis Weller
Forestville, Kalifornia
Dział wodny rzeki Russian (Russian River Watershed)
wiosna 2025 r.
Żal i strata dotykają nas wszystkich. Kiedy spotykamy się w społeczności, aby odbyć rytuał kojenia żałoby, w sali zbiera się wiele dopływów smutku. Wirują wokół nas, dotykając każdego w kręgu. Słuchamy, kiedy padają nazwy oblicz żalu: śmierć partnera, dziecka, małżeństwa; samobójstwo rodzica, brata lub siostry, rak i jego chciwe pożeranie życia, dom utracony w wyniku zajęcia go przez wierzycieli; lata dzieciństwa zniszczone przez alkoholizm, przemoc i zaniedbanie; niezagojone blizny tych, którzy walczyli na wojnach, wycieńczające choroby chroniczne wpędzające nas w depresję, życie wielu zniszczone uzależnieniem i wszechobecny żal za naszym umęczonym światem. Kiedy kończymy dzielenie się żalami, kiełkuje w nas świadomość, że mamy do czynienia ze wspólnym żalem, z jednym pucharem, z którego wszyscy pijemy. Jest nasz – mamy go hołubić i stopniowo opróżniać. Robimy to razem, kiedy wchodzimy na grunt uzdrowienia.
Przez większość czasu trwania naszego gatunku żal głównie kojarzył się nam ze śmiercią kogoś, kogo kochaliśmy. Każda kultura wypracowała rytuały mające na celu uporanie się z szaloną tajemnicą śmierci i z zalewem smutku towarzyszącym zniknięciu ukochanej osoby. Jednak dzisiaj źródła smutku są wielorakie, a złożoność radzenia sobie z poplątaną siecią żalu czasem przytłacza. Straty co rusz wywracają nam życie do góry nogami. Ich obecność czujemy w życiu osobistym i zbiorowym, intymnym i wspólnym. Zauważyłem, że wiele żalów, które w sobie nosimy, osobiście nas nie dotyczy, nie wynika z naszej przeszłości czy doświadczeń. Krążą wokół nas, przychodzą z dalszej przestrzeni, przybywają niewidzialnymi nurtami, które dotykają naszą duszę. Bramy żalu odsłaniają przenikające się nawzajem realia naszych czasów: nie jesteśmy odrębnymi komórkami oddzielonymi od innych komórek; mamy na wpół przepuszczalne membrany umożliwiające stałą wymianę z wielkim organizmem życia. W naszej psyche, świadomie czy też nieświadomie, rejestrujemy fakt współdzielonych smutków. Uczenie się, jak przyjąć, chwycić i przetrawić te smutki, jest zadaniem na całe życie i stanowi główny temat tej książki.
Smutek przypomina nam coś, co autochtoni na całym świecie przeczuwali od dawna: ludzkie życie jest misternie powiązane z innymi ludźmi, ze zwierzętami, z roślinami, działami wodnymi i glebą. Przez ostatnich kilka stuleci wyobrażaliśmy sobie pęknięcie między naszym wewnętrznym życiem a otaczającym nas światem. Jednak nasza psyche nie jest ograniczona do głębokiego życia wewnętrznego. Nakłada się na szerszy świat, co w dzisiejszych czasach jest być może najbardziej widoczne w smutkach i cierpieniu samej Ziemi5. Nasze osobiste doświadczenia straty i cierpienia są teraz nierozerwalnie połączone z umierającymi rafami koralowymi, topnieniem czap polarnych, wymieraniem języków, upadkiem demokracji i zanikiem cywilizacji. Sprawy osobiste każdego z nas i losy planety są nierozłączne, podobnie jak nasze uzdrawianie. Strata wiąże nas potężną alchemią, potwierdzając intymny związek serca ze wszystkim, co istnieje, a strata kogoś albo czegoś, co kochamy, prowadzi nas do schronu wspólnego żalu. Żal i miłość to siostry, od początku są ze sobą splecione. Ich powinowactwo przypomina nam, że nie ma miłości, która nie łączy się ze stratą, i nie ma straty, która nie przypominałaby nam, że nadal nosimy w sobie miłość do tego, co kiedyś było nam bliskie. W pojedynkę i razem śmierć i strata dotyczą nas wszystkich.
Wiele zmieniło się od czasu, kiedy w 1997 roku zacząłem prowadzić rytuały ukojenia żalu. W tamtych czasach ludzie niechętnie zbierali się, by zwierzać się ze swojego smutku. Musiałem ich delikatnie przekonywać o wartości spotykania się, jak w wiosce, aby opatrzyć nasze smutki. Jednak dzisiaj ogromne pęknięcia i rozdarcia w tkance kulturowej, kaskada kryzysów ekologicznych i utrata pewności, czy życie w ogóle przetrwa, zaczęły przebijać się przez nasze zbiorowe wyparcie. Nagromadzenie strat wywiera presję na naszą psyche, żądając, abyśmy zaangażowali się w wielorakie smutki, które spowijają nasz świat i nasze życie. Ta szczelina w naszym wyparciu należy do najbardziej obiecujących znaków, jakie widzę na naszej planecie. Zaczynamy dostrzegać szerszy zakres strat w naszej kulturze i ekosystemach. Cierpimy z powodu naszych osobistych ran i strat, ale oprócz tego słyszymy, jak Ziemia domaga się naszej uwagi i uczucia, naszej troski i działania. Jej smutki odczuwamy w naszych ciałach; wyczuwamy je w umysłach i widzimy w snach. Przeplatanie się strat osobistych i troski o planetę sprawiło, że wielu z nas czuje się niepewnie, niespokojnie, a ostatecznie pękają nam serca.
W naszych złamanych sercach tkwi potencjał, aby otworzyć nas na szersze poczucie tożsamości zdolne do widzenia przez bariery, które oddzieliły „ja” od świata. Smutek pozwala nam przejść inicjację włączającą nas do rozmowy między pojedynczym życiem a duszą świata. Zaczynamy rozumieć, że nie ma odizolowanego „ja” zagubionego w kosmosie; jesteśmy uczestnikami splecionej, pogmatwanej sieci połączeń, nacechowanej ciągłą wymianą światła, powietrza, grawitacji, myśli, koloru i dźwięku zespolonych w eleganckim tańcu, jakim jest nasze wspólne życie. Złamane serce potrafi otworzyć się na migotliwy blask łososia przemykającego tuż pod powierzchnią wody, zachwycić się szybującym pod niebo jerzykiem, kompozycją Mozarta i oszałamiającym pięknem wschodu słońca. Żyjemy jednak w społeczeństwie ogarniętym fobią żalu. Wypieramy istnienie śmierci. W konsekwencji żałobę i śmierć zepchnięto do miejsca, które Carl Jung nazwał „cieniem”. Cień jest przechowalnią wszystkich stłumionych, odrzuconych stron naszego życia. Do cienia wysyłamy te części siebie, które uznajemy za nie do przyjęcia dla nas i dla innych, z nadzieją że się ich pozbędziemy. Robiąc to, uważamy, że oszczędzimy sobie niewygody stawienia czoła wszystkiemu, co uznano za niepożądane. Kultury wysyłają do cienia także aspekty życia duchowego. Zaprzeczenie istnienia żalu i śmierci wypaczyło naszą kulturę, sprawiając, że jest udręczona śmiercią. Przerażające jest to, że według Junga nic, co spychamy do cienia, nie czeka tam biernie, aż się o to upomnimy i przywrócimy do łaski, ale ulega degradacji w stan bardziej prymitywny. Taki proces jest brzemienny w konsekwencje: śmierć dzień w dzień kołacze się po naszych ulicach, daje o sobie znać w szkolnych strzelaninach, samobójstwach, morderstwach, przedawkowaniu narkotyków, przemocy gangów albo prawnie usankcjonowanym poświęceniu ofiar wojen. Już nie wspomnę, że wielu z nas kuśtyka przez życie z bliznami po ranach zadanych przez nasze szafujące śmiercią społeczeństwo. Niestety, palce śmierci sięgają znacznie dalej niż ulice naszych miast. Górskie zbocza odzierane są z drzew, skazując na bezdomność niezliczone istoty, które mieszkały w ich koronach, w korytach potoków i zaroślach. Dewastujemy góry, aby wydobywać węgiel czy miedź. Podmorskie kopalnie niszczą oceany, a wraz z nimi uśmiercają ryby. Stworzenia żyjące pod ziemią i mające z nią bezpośredni kontakt przez swoje zęby, pazury i brzuchy stają się ofiarami rozjeżdżanymi przez buldożery, które przygotowują teren pod centra handlowe i zabudowę. Śmierć przenika naszą kulturę, staje się tak wszechobecna, że nie możemy jej powstrzymać, a wreszcie – uszanować. Eksportujemy naszą maszynerię śmierci do innych krajów przez armady broni, chemikalia zatruwające działy wodne i wsparcie despotycznych rządów. Mnóstwo istnień utyka w pułapkach zastawionych przez drapieżne apetyty korporacyjnych spekulantów, którzy łupią i grabią ziemie autochtonów w pogoni za ropą naftową i cennymi surowcami, a wszystko to dzieje się za naszym milczącym przyzwoleniem, bez najmniejszego sprzeciwu.
Wyprowadzenie żalu i śmierci z cienia jest naszą duchową odpowiedzialnością, naszym świętym obowiązkiem. Kiedy to zrobimy, być może znów będziemy w stanie poczuć chęć życia i przypomnimy sobie, kim jesteśmy, gdzie przynależymy i co jest święte.
Napisałem tę książkę z kilku powodów. Przede wszystkim, aby przywrócić duszę przepracowywaniu żałoby, a żałobę zaprosić do pracy nad duszą. Uważam, że żal został skolonizowany przez kliniki, stał się zakładnikiem diagnoz i schematów dawkowania leków. W przeważającej części żal nie jest problemem do rozwiązania czy chorobą, którą da się uśmierzyć lekami, lecz głębokim doświadczeniem istoty bycia człowiekiem. Żałoba staje się problemem, kiedy nie ma warunków koniecznych, abyśmy mogli ją przepracować: na przykład jesteśmy zmuszeni znosić smutek w samotności albo odmawia nam się czasu koniecznego, aby w pełni przyswoić substancje odżywcze konkretnej straty i podlegamy naciskom, aby szybko wrócić do „normalności”. Mówi nam się, że mamy wziąć się w garść i zabrać do roboty. Brak uprzejmości i współczucia w obliczu żałoby wprawia w osłupienie i odzwierciedla ukryty w nas lęk i nieufność do tak elementarnie ludzkiego doświadczenia. Musimy odbudować fundamenty pod uzdrawianie żalu. Musimy znaleźć odwagę, aby na powrót móc chodzić po bezdrożach żałoby.
W pewnym sensie żal towarzyszy nam zawsze. Bywają czasy, kiedy obecność smutku jest dojmująca. Śmierć partnera, dom, który pożar zmienił w popiół, koniec małżeństwa sprawiający, że zostajemy sami – takie okresy życia charakteryzuje intensywność wymagająca dłuższego czasu, aby uszanować potrzeby duszy i w pełni przetrawić żałobę. Smutek jest stale przewijającą się nutą pieśni życia. Bycie człowiekiem zakłada poznanie straty w jej wielu przejawach. Nie powinno się tego postrzegać jako przygnębiającej prawdy. Uznanie rzeczywistości takiej, jaką jest, daje nam możliwość odnalezienia łaski ukrytej w smutku. Najpełniej żyjemy na progu między stratą a objawieniem; każda strata w ostateczności otwiera drogę do nowego doświadczenia.
Ponadto przywrócenie żałoby do pracy nad duszą uwalnia nas od jednowymiarowej obsesji na punkcie postępu emocjonalnego. „Psychologiczny moralizm” wywiera na nas ogromną presję, abyśmy zawsze osiągali postęp, czuli się dobrze i wznosili się ponad nasze zmartwienia6. Szczęście stało się nową mekką, a jeśli nie do końca jest naszym udziałem, czujemy, że popełniliśmy jakiś błąd albo nie udało nam się dorównać powszechnie uznanemu standardowi. W ten sposób smutek, ból, słabość i wrażliwość spycha się do podziemia, gdzie jątrzą się i mutują w powypaczane postacie siebie, często pokryte warstwą wstydu. W mojej praktyce ludzie rutynowo przepraszają za łzy czy za odczuwanie smutku.
Jestem orędownikiem psychologii duszy uznającej witalność każdej emocji, którą życie nas akurat obdarzy. Będziemy przeżywali czasy szczęścia i należy je świętować. Jednak przyjdą również czasy smutku i samotności. Będą nas ogarniać różne nastroje i zdarzą się sytuacje, które wywołają w nas gniew i oburzenie. Co ciekawe, James Hillman, badacz z nurtu psychologii archetypów, stwierdził kiedyś, że oburzenie stanowi niezbity znak, że nasza dusza się obudziła. Każda z tych emocji i doświadczeń ma w sobie witalność. Nasze zadanie polega na tym, aby żyć i być dobrym gospodarzem dla wszystkich przeżyć, które staną pod drzwiami naszego domu. Tak więc szczęście staje się odzwierciedleniem tego, że potrafimy przyjąć złożoność i sprzeczność życia, umieć dostosowywać się do okoliczności i akceptować wszystko, co się pojawia, nawet głęboki smutek.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Francis Weller, Dzikie bezdroża smutku, Wydawnictwo Czarna Owca, przeł. Marzenna Rączkowska, Warszawa 2026, s. 54. [wróć]
Roger Harrabin, Climate Change: Young People Very Worried – Survey, BBC News, 13 września 2021, reportaż z ankiety przeprowadzonej wśród młodych ludzi świadczącej o ich wielkim zmartwieniu z powodu zmian klimatycznych, https://www .bbc.com/news/world-58549373 (dostęp: 14.08.2025). [wróć]
James Hillman, Re-wizja psychologii, przeł. Jerzy Korpanty, Wydawnictwo MT Biznes, Warszawa 2016, s. 67. [wróć]
Ibidem. [wróć]
Myśli Jamesa Hillmana na temat odkrywania się Duszy Świata poprzez objawy chorobowe zaczerpnąłem z jego książki The Thought of the Heart and the Soul of the World (Spring Publications, Dallas 1992). [wróć]
James Hillman wyraził swoje zaniepokojenie „psychologią moralną” podczas cyklu prelekcji w Pacifica Graduate Institute zatytułowanego The Art, Practice and Philosophy of Psychotherapy (Sztuka, praktyka i filozofia psychoterapii), który nagrano między 29 czerwca a 1 lipca 2007 roku. [wróć]
