Wydawca: My Book Kategoria: Obyczajowe i romanse Język: polski Rok wydania: 2009

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 20000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 399 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

e-czytniku EPUB
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyny z Koziej Górki - Helena Buchner (Leonia)

Dziewczyny z Koziej Górki to opowieść o kolejnych pokoleniach śląskich kobiet, którym przyszło żyć w czasach II wojny światowej i tuż po niej. Pozbawione przez wojnę ojców, mężów, braci, zmuszone są nie tylko do samodzielnego zmagania się z codziennością, ale i do podejmowania tak trudnych decyzji, jak wyrzeczenie się własnej narodowości, byle tylko zachować choć mizerny spłachetek ziemi, który pozwoli uniknąć poniewierki i głodu.

* * *

To książka o kraju naszego dzieciństwa, o Opolszczyźnie i jej mieszkańcach – Ślązakach – i to zarówno tych pochodzenia niemieckiego, jak i polskiego. Są tu też obecni przesiedleńcy ze Wschodu wypędzeni ze swojej ziemi, bo rzecz dzieje się podczas i po drugiej wojnie światowej.
Wiele rodzin pochodzenia niemieckiego, żyjących tu od wieków, zostało przymusowo wysiedlonych. Ci którzy zostali – a „zostać chcieli wszyscy”, jak pisze autorka, musieli przejść weryfikację, tzn. wyrzec się swojego pochodzenia i języka, często też nazwiska.
Przeżycia starych i nowych mieszkańców Opolszczyzny, ich obustronne doświadczenia, to świadectwa tamtych trudnych lat, poruszająco opowiedziane językiem tych okolic.
Dziś można wreszcie o nich pisać; przez prawie sześćdziesiąt lat konsekwentnie przemilczano ten temat w polskiej literaturze.
Wreszcie idziemy do wspólnej Europy – gwarancji pokoju i wolności. Ta książka pomaga zrozumieć przeszłość, aby lepiej budować przyszłość. Autorce należą się wyrazy uznania. Oby wiek XXI przyniósł tej ziemi i wszystkim jej mieszkańcom wszelką pomyślność.

mgr D. Schroeder
Lektorka języka polskiego / Uniwersytet Regensburg (Ratyzbona)

Opinie o ebooku Dziewczyny z Koziej Górki - Helena Buchner (Leonia)

Fragment ebooka Dziewczyny z Koziej Górki - Helena Buchner (Leonia)

Helena Buchner (Leonia)

Dziewczyny z Koziej Górki

© Copyright by Helena Buchner 2009

Korekta: Magdalena Geraga

Projekt okładki: Agnieszka Wachnik

ISBN 978-83-7564-209-4

Wydawnictwo My Bookwww.mybook.pl

Publikacja chroniona prawem autorskim.

Zabrania się jej kopiowania, publicznego udostępniania w Internecie oraz odsprzedaży bez zgody Wydawcy.

Konwersja do formatu EPUB: Virtualo Sp. z o.o.virtualo.eu

Dedykacja

Dawnym, obecnym i przyszłym mieszkańcom mojej małej ojczyzny – opolskiej ziemi – poświęcam.

Część I Elizabeth

Rozdział 1

Były takie czasy, że młode dziewczyny ze wsi musiały czas jakiś u wytrawnych już gospodyń, u matek kilkorga dzieci służyć, żeby pomóc i żeby nauczyć się dobrze gospodarzyć i dzieci wychowywać.

Eli była taką dziewczyną u Trudy Krank. Była wojna i rodziny wielodzietne ceniono. Na wojnie dużo ludzi ginie. Na wojnie dużo młodych jest potrzebnych. Na wojnę produkuje się broń, na wojnę kobiety rodzą dzieci. Chłopcy są szczególnie cenieni, bo ci na wojnie walczą, bo ci na wojnie giną.

A Trudzie dziewczynki się rodziły. Cieszyła się, ale Teo chciał syna, jak każdy mężczyzna. Tymczasem dumny był ze swoich trzech córek.

Wojna jeszcze trwała, coraz częściej ktoś dostawał ten smutny list, którego się kobiety bały: i żony, i matki, i córki, i narzeczone. Coraz więcej wdów było we wsi. Coraz młodsi chłopcy na wojnę szli. Coraz młodsi chłopcy ginęli. Teo coraz rzadziej do domu na urlop przyjeżdżał. I jak tu ma się jeszcze syn urodzić? Same kobiety we wsi były, ze starcami i kalekami.

Ale w końcu przyjechał Teo Krank na urlop. Nie sam przyjechał. Przywiózł ze sobą chłopca, osiemnaście lat miał. Jego rodzina w gruzach Stuttgartu zginęła. Sam został i nie miał domu, do którego na urlop z frontu się jechało.

Początkowo Teo go odganiał. Maks miał na imię. Był rudy i piegowaty, i koledzy z kompanii Fuks go nazywali, i nikt z nim się nie przyjaźnił. Siedział sobie zawsze sam. Inni od niego stronili, i on się nie narzucał. Ale zdarzyło się tak, że uratował Tea od śmierci.

Nawet nie był tego świadom. Ale Teo o tym wiedział. Tea słuchali, bo był jednym ze starszych, którzy od początku wojny na froncie walczyli i jakoś ostali się przy życiu.

Dostał Teo urlop. Znał dowódcę, więc wyprosił i dla Maksa te dwa tygodnie, nic mu o tym nie mówiąc.

– Pojedziemy do mnie na Śląsk. Nie masz rodziny, to u mnie ją znajdziesz – powiedział Teo do Maksa. Ucieszył się Maks. Chciał uciec od tych ciągłych docinków, przezwisk i popychania. Choć ostatnio mniej mu dokuczano. Zauważył też, że Teo się blisko trzyma. Wypytuje go o jego życie, o rodzinę…

I jakby go chronił w czasie walki. Kazał mu się trzymać z tyłu.

Pociągiem do Opola dojechali po dwóch dniach podróży, po kilkunastu kontrolach, czy aby nie dezerterzy. Coraz więcej takich było. Żołnierze czuli, wiedzieli, że wojna dobiega końca, że front cofa się i cofa. Czuli, wiedzieli, że Niemcy tę wojnę przegrają, że oni przegrają.

Już była jesień. Piękna, ciepła. Truda kartofle kopała. Ciężko jej było. Krzyża nie czuła. Eli pomagała, choć to nie było jej obowiązkiem. Jak najmłodsze dziecko uśpiła, jak wszystko w kuchni zrobiła, pomogła czasem Trudzie kartofle z pola zwieźć i bróg1usypywać.

Truda co chwilę stawała na tym kartoflisku i prostowała zmęczone plecy, i nie wiedzieć dlaczego, wyglądała kogoś, zasłaniając dłonią oczy przed ostrym jeszcze słońcem. I zobaczyła dwóch mężczyzn. Ten jeden to na pewno Teo. Rzuciła kopaczkę i pobiegła do domu.

– Eli, Eli – wołała. Eli wyszła na próg i też ich zobaczyła. Już przy furtce byli.

Jak Eli zobaczyła Maksa, poprawiła ręką włosy i uśmiechnęła się. A on zobaczył ten uśmiech.

Jaka radość w domu nastała. Tych dwóch ludzi szczęście do domu przyniosło. Truda się cieszyła, że Teo, jej chłop przyjechał. Dziewczynki, że papa wreszcie jest. Eli, bo coś miało się nowego i pięknego w jej życiu wydarzyć.

Byli głodni, spragnieni. Eli chleb kroiła. Maks patrzył, jak bierze olbrzymi bochen, jak najpierw znak krzyża nożem na chlebie pisze, jak opiera ten bochen na brzuchu i wprawną ręką kroi cienkie kromki. Potem te kromki masłem żółciutkim smaruje i na talerzu kładzie.

Maks nic nie mówił i Eli też milczała. Nakroiła hałdę chleba z masłem i potem się krzątała koło blachy pieca: kawę zbożową gotowała i jajecznicę z dziesięciu jaj na dużej patelni smażyła. Ciągle włosy przygładzała, choć wcale nie były potargane. W ciasne warkocze jeszcze rano splecione.

Potem wreszcie wszyscy do stołu usiedli. Starsze dziewczynki przy papie usiadły, ale maleńka na rękach Trudy być musiała. Nie chciała do papy, nie chciała. To był obcy człowiek. Nie znała go i się bała.

– Eli, Eli… – wołała w płaczu i do Eli rączki wyciągała. Eli ją wzięła i do kołyski położyła, i maleńka zaraz usnęła.

Już ciemno się zrobiło, kiedy Eli skończyła zmywać po wieczerzy, a daleko miała do domu. Starą drogą trochę bliżej, ale trzeba było iść kawałek przez las. Na drugim końcu wsi z matką i ojcem mieszkała. Nieraz na noc zostawała i w kuchni spała na szezlongu, jednak dziś to miejsce miał zająć Maks i musiała iść do domu.

Różni ludzie po wsi się kręcili: złodzieje, żebracy, dezerterzy. Chodziły wieści, że za kawałek chleba gotowi są zabić. Bała się Eli sama wracać do domu.

Maks wstał od stołu i chciał spać w stodole albo na strychu, ale Eli postanowiła jednak iść do domu.

– Ja cię odprowadzę – powiedział i Eli na Trudę spojrzała, jakby pytała, czy to wypada. Truda kiwnęła głową, że tak. Założyła więc Eli swój stary płaszcz, a Maks marynarkę od munduru, i poszli.

– Uważaj na drogę, żebyś się potem nie zgubił, jak będziesz wracać – zawołał za nim Teo, jak tych dwoje już za furtką było.

Nic do siebie nie mówili, szli tylko obok, a ciemno było i chłodno.

Eli myślała, dlaczego się Maksa nie boi. Przecież jest obcy, przecież jest silny, przecież mógłby jej krzywdę zrobić. Każdego innego bałaby się w taki ciemny wieczór, a jego nie.

Szli szybkim krokiem. Eli zawsze tak szybko chodziła i po pół godzinie byli już przy furtce jej domu.

– Dziękuję, że mnie odprowadziłeś – powiedziała i podała mu rękę. Maks trochę dłużej niż trzeba trzymał jej dłoń.

– Przyjdziesz jutro? – spytał.

– Przyjdę zaraz z rana – powiedziała cicho i zniknęła za furtką. Maks stał jeszcze chwilę. Eli stukała do okna i powiedziała matce, że to ona. Drzwi wejściowe się otworzyły i tylko się jeszcze na Maksa obejrzała, i zniknęła w ciemnej sieni. Maks wracał i myślał w drodze o tej brzydkiej dziewczynie.

Eli o tym rudym chłopcu myślała i choć bardzo była zmęczona, nie mogła zasnąć. Zawsze zasypiała, jak tylko poduszkę pod głową poczuła, a dziś jakoś nie. Pierwszy raz położyła się, nie zmówiwszy przy łóżku pacierza. To dlatego zasnąć nie mogę, pomyślała i wyskoczyła z łóżka, uklęknęła i dopełniła obowiązku wobec Boga, i po „amen” znów do łóżka wskoczyła i usnęła.

Wcześniej i jakoś radośniej rankiem wstała.

– A co ty się tak wystroiłaś, przecież do roboty idziesz – powiedziała matka.

Eli już była gładko w dwa warkocze uczesana. Nowe wstążki w kratkę, te niedzielne, w warkocze wplotła i cienkie warkocze dziś w koszyczek zawiązała.

Na co dzień wiązała warkocz przy uchu z tej samej strony. To uczesanie nazywanoafensiaukle(małpie huśtawki), bo pod każdym uchem podwinięty warkocz się huśtał. Na niedzielę był koszyczek i wtedy kokardę wiązała przy przeciwnym uchu, i warkocze tworzyły jakby pałąki odwróconego koszyka, opadające na szyję. Niektóre dziewczyny na niedzielę oplatały warkocz wokół głowy. Eli miała rzadkie włosy i cienkie warkocze, wolała więc je schować na szyi. Jeszcze przed lustrem siedziała i do matki się w lustrze uśmiechnęła, nie odwracając głowy. W tym uśmiechu pokazała piękne białe zęby, o które dbała jak żadna dziewczyna we wsi. Mało kto pastę do zębów kupował. Eli kupowała pastę i szczotkę, i rano i wieczorem zęby myła. Tego też uczyła dzieci Trudy. Dwie starsze dziewczynki miały już swoje szczoteczki i Eli pilnowała mycia zębów.

– Możecie mieć brudne nogi, ale przed snem pamiętajcie oAniele Bożyi o zębach – tak do dziewczynek mówiła.

Czystą bluzkę założyła i czysty fartuch ze sobą wzięła.

Dziś ta droga była jakby krótsza i jakoś lekko się szło. Już świtało i ludzie ze wsi na pierwszy pociąg spieszyli. Nie była sama na drodze, nie bała się.

Truda już nie spała. Już ogień w kuchni rozpaliła, już krowy doiła. Eli przyglądała się Maksowi, jak w kuchni na szezlongu śpi, jak lekko oddycha.

– Podoba ci się ten Maks? – spytała Truda. Stała już chwilę w drzwiach z wiadrem mleka i widziała, jak Eli z zachwytem na śpiącego patrzy.

Eli się zawstydziła, nic nie odpowiedziała, opasała się czystym fartuchem i do roboty się wzięła. Żur dla wszystkich ugotowała, boczek wędzony wytopiła i ten żur okrasiła. Aż ten zapach Maksa obudził. Otworzył oczy i nie wiedział, gdzie jest. Już nie pamiętał, kiedy tak dobrze spał. Leżał cicho i przyglądał się tej dziewczynie. Była zwinna i lekko się po kuchni krzątała. Nagle zobaczyła, że Maks już nie śpi i jej się przygląda.

– Wstawaj. Śniadanie gotowe – powiedziała cicho i uśmiechnęła się do niego.

Maks wstał. Wyszedł na podwórko i nie mógł uwierzyć, że taka cisza jak ta na tym podwórku jest prawdziwa. Wyszedł za furtkę i pomyślał: tu mógłbym żyć. Szedł potem w stronę lasu, na mostku się zatrzymał i patrzył w szybki nurt rzeczki. Wszedł do wody, do pół łydki sięgała. Była zimna, ale nabrał wody w dłonie i umył twarz, potem zdjął bluzę wojskową i cały się ochlapał. Biegł do domu rześki i wesoły. Eli podała mu ręcznik. Wytarł się, założył koszulę Tea i usiadł na ławie za stołem.

Nie znał życia na wsi. Widział ją tylko z okien pociągu, jak jeszcze przed wojną do kurortu raz w roku z rodzicami jeździł. Znał wieś tylko z tych kilku miesięcy frontu. Ale to była wieś wroga, to była wieś francuska, to była wieś partyzancka. Znał też wieś z wyjazdów na obozy, kiedy był w Hitlerjugend. To było nie tak dawno, ale czas na froncie tak się dłużył, iż wydawało się tak odległe. I rodziców już prawie nie pamiętał, choć niedawno zginęli. Żył na froncie z dnia na dzień, jakby już tak zawsze być musiało. Żył na froncie, jakby już tam na zawsze miał zostać.

Trzymał się Tea, bo opowiadali, że on najdłużej na froncie walczy, że takich jak on śmierć omija. Widział w nim nadzieję na ocalenie. Jak wtedy ta bomba w ich okop trafiła, pięciu zginęło, kilku było rannych, tylko im nic się nie stało.

Teo myślał, że to Maks mu życie uratował, bo w czasie wybuchu powalił go na ziemię, zaś Maks myślał, że to dzięki Teo ocalał, gdyż Tea śmierć omija.

Podobałoby mu się życie na takiej wsi. Podobałoby mu się życie takie, jakie miał Teo: z żoną, z dziećmi. W ciszy i spokoju. Życie dalekie od miasta. Życie dalekie od wojny. Nie wierzył, że może być takie miejsce na ziemi, gdzie jeszcze wojna nie dotarła. Tu znalazł takie miejsce. Tu było, na tej wsi.

Wiedział Maks, że nie jest urodziwy. Wiedział, że dziewczyny od niego uciekają. A tu ta dziewuszka się rumieni. A ta Eli patrzy na niego inaczej niż inne. To nic, że nie jest taka ładna jak tamte z miasta, które pamiętał, o których tylko marzył. To nic, że jest prostą wiejską dziewczyną. Przecież on też będzie już chciał na wsi żyć, jak na tej wsi jest tak spokojnie, bez wojny…

Z chęcią pomagał przy kopaniu ziemniaków, przy usypywaniu kopca z ziemniakami. Teo uczył go, jak się kosę trzyma, jak kosić trawę. Przyglądał się, jak Truda krowy doi, jak potem to mleko wiruje, jak masło robi. Posmakował prawdziwej maślanki i prawdziwego chleba przez Trudę upieczonego.

Codziennie odprowadzał Eli do domu. Już ze sobą rozmawiali i oboje na coś czekali, i oboje się bali. Na razie trzymali się za ręce, na razie nie wiedzieli, co ich spotkało, na razie nie wiedzieli, dlaczego nie mogą w nocy spać, dlaczego wciąż myślą o sobie, dlaczego czekają na wieczór, by iść tą drogą, za ręce się trzymając.

Czas jednak tak szybko ucieka i już połowa urlopu minęła, już niedługo trzeba będzie wracać na ten okropny front. A tam nie będzie tego spokoju, tej ciszy, tej wsi, a tam nie będzie Eli.

W niedziele Eli miała wolne, nie musiała u Trudy służyć. Ale Eli nie chciała tej wolnej niedzieli. I Maks jakoś się na niedzielę nie cieszył.

– Pójdę do Eli po południu – powiedział do Trudy przy obiedzie.

– Idź, to dobra dziewczyna. Ale jej nie skrzywdź.

Maks założył mundur i szedł tą samą drogą, którą co wieczór z Eli przemierzał. Inna była ta droga w dzień. Pusta i długa. Jak szli z Eli, jakaś krótsza się zdawała.

Eli siedziała w oknie i na tę drogę patrzyła. Aż stanęła, wyszła na dwór, nie wierzyła. „Idzie, idzie…”, pomyślała radośnie i poszła do niego, i na drodze wzięła go za rękę, i razem do chaty weszli.

Matka i ojciec przy stole siedzieli i kołacz jedli. Maks przywitał się z nimi i zaproszony też przy stole usiadł. Eli postawiła przed nim filiżankę z kawą zbożową, a ojciec wyciągnął nalewkę z kredensu.

– Eli, daj kieliszki – warknął i Eli wstała, i cztery kieliszki na stole postawiła. Ojciec nalał i potem schował karafkę do kredensu. Usiadł i podniósł kieliszek.

– Prost… – powiedział i wypił słodką wódeczkę jak i wszyscy przy stole.

Potem znowu kołacz jedli i kawą popijali. Ojciec Eli opowiadał o tym, jak ciężko się żyje na stare lata, o tym, jak to na pierwszej wojnie wojował, i na tej też, ale ranny w nogę, już kaleką będzie, jak syn gdzieś na wojnie jeszcze walczy i nic o nim nie wiedzą, nawet czy żyje.

– Ciężkie mamy czasy. Mówią, że wojna dobiega końca, że ją przegramy… – zamilkł na chwilę, ale że nikt na to nic nie powiedział, prawił dalej swoje mądrości.

– Każda wojna kiedyś się kończy, potem znów można żyć jak się należy. Tak było po tej pierwszej. Ile narodu naginęło… – mówił i mówił, a młodzi go nie słuchali. Przyglądali się sobie.

– Przejdziemy się przez wieś z Maksem – powiedziała Eli nieśmiało do mamy. Chciała się przejść przez jej wieś. Chciała pokazać, że i ona, ta brzydka Eli, też ma kawalera.

Mama potwierdziła, że niech idą, co będą w domu ze starymi siedzieć. I szli tak przez wieś obok siebie jak para. I ludzie ich widzieli, i się dziwili, że taka Eli też sobie kawalera znalazła.

Eli spotkanym na drodze „dzień dobry” po śląsku mówiła, aż się Maks zdziwił, gdy stanęła i ze starą Rozalą również po śląsku rozmawiała. Gdy spytał, czy jest Polką, Eli zaprzeczyła.

– A gdybym była Polką? – spytała.

– To nie ma znaczenia.

– My tu od zawsze i po niemiecku, i po polsku mówimy. Moja mama po polsku się modli, a ja po niemiecku. Ale ze starszymi po polsku mówimy, zaś młodzi ze sobą po niemiecku. Takie tu mamy zwyczaje – Eli chciała zmienić temat rozmowy. – Kiedy musisz jechać? – spytała.

– Już od jutra za tydzień musimy się zgłosić w naszej kompanii, a ze dwa dni trzeba na podróż. W piątek albo w sobotę wyjedziemy. Nie wiem, kiedy Teo pojedzie. Ja tak jak on. Będzie ci smutno, jak pojadę?

Eli się zarumieniła i nic nie powiedziała. Ale wiedziała, że smutno jej będzie.

Jak do domu wracali, już słońce powoli zachodziło, a takie o zachodzie ostre było, że czupryna Maksa czerwieniła się jak płomień.

Matka Eli już w piecu rozpaliła i chleba z masłem nakroiła. Zaprosiła młodych do stołu. Maks ze smakiem jadł chleb i popijał czarną, gorącą kawą. Eli też jadła i ojciec jadł. I krzywo na młodych patrzył, i każdą kromkę chleba liczył, którą Maks zjadał. Wszyscy milczeli.

Zrobiło się późno i ciemno. Maks wstał od stołu i pożegnał się ze starymi, a Eli go na dwór wyprowadziła, aż za furtkę. Wtedy Maks szybko pocałował Eli w usta i czekał, i bał się, że ona ucieknie, ale Eli stała i czekała na jeszcze.

Była odziana szerokim szalem, który na siebie zarzuciła, wychodząc z domu za Maksem. Wziął ją Maks za rękę i szli starą drogą, i co chwilę się zatrzymywali, a on ją obejmował i coraz śmielej całował. Tak doszli do lasu. I tu się zapomnieli. Tu się na tym szalu maminym zapomnieli. Tu byli szczęśliwi.

Eli o północy do domu wróciła. Mama niby nie czekała. Niby spała. Mama udawała, że śpi. Mama widziała, jak ci młodzi na siebie patrzyli, i żałowała, że nie przestrzegła córki, że nie przypomniała jej, że nie chce w domu córki z brzuchem bez męża, nie chce w domu bękarta, że co by ludzie powiedzieli, że takiego wstydu by nie przeżyła, że to grzech, że ojciec by ją z domu wygnał… Stary co chwilę się budził i o Eli pytał.

– Śpij, śpij, Eli dawno w domu – mówiła.

A Eli o tym wszystkim wiedziała. Ale Eli kochała, i to było teraz dla niej najważniejsze. Maks codziennie ją do domu odprowadzał i co dzień w to samo miejsce bez słowa skręcali i pod wielkim dębem w jesiennych liściach się kochali.

Było jej już wszystko jedno, nie myślała o tym, co będzie. Żyła tak, jakby to jej życie miało się skończyć w piątek, kiedy jej Maks na front pojedzie.

Truda zobaczyła raz, jak Maks obejmował Eli w stodole, ale nic nie mówiła. Pojedzie niedługo i szkoda będzie dziewczyny, bo widziała Truda, że Eli jest nie ta, co była, widziała Truda ten wzrok dziewczyny za Maksem goniący.

I nadszedł piątek. Nadszedł deszczowy piątek. Wcześnie raniutko wstała Truda i Tea zbudziła, i Maksa zbudziła. Już mieli chleb, jajka i wędzonkę w plecakach. Jedli szybko, żeby się na pociąg nie spóźnić. Teo jeszcze spojrzał na śpiące trzy córki. Pożegnał się z Trudą. Maks dziękował za wszystko. Szli na stację.

Będzie na stacji, czy nie będzie? Tak sobie myślał Maks. Jak będzie, wrócę tu po nią. A Eli na stacji czekała na Maksa, mokra od deszczu. Podała mu zawiniątko z kołaczem, który mama upiekła.

Maks wziął ten pakunek i powiedział, że napisze, że przyjedzie. Eli podała jeszcze rękę Teo i musieli wsiąść do pociągu. Maks stał w oknie i patrzył na tę dziewczynę, i chciałby już tu z nią zostać, i nie chciał jechać do okopów, nie chciał jechać po śmierć.

Eli długo jeszcze stała, aż trzeba było iść do Trudy, do służby. Szła jakoś wolniej. Już go tam dziś nie będzie. Znów przyjdą zwyczajne dni, pełne pracy. Teraz jeszcze tęsknota i strach o Maksa, i czekanie na list, na wiadomość do tej codzienności dołączą. Teraz i ona będzie na kogoś czekała, choćby na list, choćby na jakąś wiadomość.

Mało z Trudą tego dnia rozmawiała. I Truda nie miała ochoty na rozmowy. Obydwie się do pracy wzięły. Myślały o swoich mężczyznach. Truda bała się kolejnej ciąży. Tak ciężko każdy poród znosiła. A ostatnie noce z Teo były gorące.

Eli siadała w kuchni na szezlongu i brała poduszkę, która Maksem pachniała, i przytulała ją do twarzy, zamykała oczy i wąchała. To był zapach rudej czupryny Maksa.

Potem nastały smutne jesienne dni. Potem nastały trudne dni niepewności i czekania. Jedno już Eli wiedziała. Już wiedziała, że nie sama tę drogę codziennie przemierzała. Czasem w słoneczny listopadowy poranek siadała pod tym dębem, tak jak wtedy z Maksem, i myślała, co będzie, jak matka odkryje jej tajemnicę.

Na list od Maksa czekała, a list nie przychodził. Sama do niego napisała. Prawdę napisała, że nie może zostać sama, że musi do niej wrócić, że nie wie, co się z nią stanie, jak nie wróci, bo dziecko będą mieli z tej ich krótkiej miłości… Truda dała jej adres, bo nieraz do Tea pisała, ale o nic nie pytała.

Aż przyszedł list pewnego dnia. Deszcz padał. Chłodny, grudniowy. Listonosz przywiózł ten list i wszedł do domu, a z jego mokrej peleryny kałuża się w kuchni zrobiła. Teo napisał z frontu. Truda nie chciała listu przy obcym czytać i czekała, aż listonosz wyjdzie.

Eli siedziała blada przy stole i choć wiedziała, że to nie dla niej list, czuła, że jakąś wiadomość od Maksa zawierał. Patrzyła na Trudę, jak cicho czytała.

Truda dała potem list Eli i sama sobie Eli o swoim Maksie przeczytała. Sama sobie o jego śmierci przeczytała. Sama sobie ten list złożyła i do kieszeni włożyła, i płaszcz założyła, i nic nie mówiąc, wyszła. I szła Eli w tym deszczu do domu, i nie czuła zimna, ani deszczu. Szła tą ich drogą. Usiadła potem pod dębem, gdzie z Maksem siadali… Aż wieczór nadszedł.

Rozdział 2

Ciężkie nastały dni. Mówiono o ucieczce, bo front był już blisko, a i zima sroga była. Trudka nie troszczyła się o Eli. Sama miała swoje sprawy. Pakowała się i lada dzień miała w drogę wyruszyć. Namawiała Eli, by z nią uciekała, jednak Eli nie chciała starych rodziców zostawić. A było jej wszystko jedno.

Matka Eli wiedziała już, co się stało z córką. Co za wstyd, myślała. Nic ojcu nie mówiła. Wygnałby ją z domu. Był surowy, zły. To matka Eli wiedziała. I Eli to wiedziała.

Tego dnia pamiętnego pomogła Trudce wyprawić się na flichtówkę. Już wcześniej Trudka co mogła – sprzedała: kury, gęsi i krowę.

Wcześnie rano Trudka się w drogę wybrała. Eli na noc została. Długo wieczór siedziały. Eli niewiele mówiła, a Truda widziała, że coś chce jej powiedzieć, ale tamta milczała. Truda myślała, że ten smutek i strach w jej oczach pojawił się wraz z tym listem, ale coś ją jednak niepokoiło. Inna była już ta Eli.

Truda była doświadczona w tych sprawach. Poznawała, kiedy kobieta jest w ciąży.

– Eli, uważaj na siebie i nie zrób niczego przeciw sobie – tak do Eli mówiła, gdy się wcześnie rano żegnały, gdy Eli ostatnie rzeczy na karetkę kładła, gdy przytulała dziewczynki, a one tuliły się do niej.

Eli stała jeszcze na drodze i za Trudą patrzyła. Może uciekać z nią? Może tam byłoby lepiej? Może tam nikt by jej nie potępił? Ale matka i ojciec. Jak brat z wojny nie wróci, sami zostaną. Nie może ich zostawić. No a jak ojciec się dowie?

Wróciła do domu Trudy. To, co trzeba było, posprzątała, do komórki poskładała. Resztę kartofli do miechówki2 kładła, żeby do domu zabrać, jak jej Truda kazała, bo tu i tak by zmarzły, jak się w piecu palić nie będzie, i wtedy zobaczyła za beczką z kiszoną kapustą butelkę z trupią główką na etykietce. Kwas solny, przeczytała. Truda czasem kwasu używała do dezynfekcji beczki na mięso i na kapustę. Nie lubiła tego robić, wolała beczkę wyparzyć, ale Teo tak kazał i tak też robiła. Chowała tę butelkę przed dziećmi. Bała się takiej trucizny. A Eli ją znalazła i włożyła do kieszeni, ale po chwili znów ją za beczką postawiła.

Szła do domu rankiem starą drogą i co chwilę się zatrzymywała, i nad przydrożnym rowem się pochylała, i wymiotowała.

Tak do domu doszła blada i tymi wymiotami zmęczona, samotna i smutna ze swoją tajemnicą. Kartofle, które od Trudy przyniosła, w sieni na betonie rzuciła, na szezlongu w kuchni usiadła i rozpaczliwie zaczęła płakać. Wreszcie za Maksem płakała i mamie powiedziała, że jej Maks nie żyje. I matka się rozpłakała. Tak siedziały, nie jak matka z córką, lecz jak dwie równe sobie kobiety.

Eli w domu pracowała, milcząc. Ciągle nisko pochylała głowę, w dół patrzyła. Unikała wzroku matki i ojca, jakby miała nieczyste sumienie.

Wieczorem kładła się z nadzieją, że gdy się obudzi, następny dzień jakąś jej radę przyniesie. Lecz co rano budziła się z tą samą troską.

Bardzo bała się ojca. Unikała go, bo zaczął jej się uważnie przyglądać. Ale kiedyś podejrzał ją, jak się w komórce myła. Rozebrała się i powoli myła mały jeszcze brzuch, ale już większy niż zwykle.

Wyszedł na dwór i przyniósł skórzany pas, którym często swoją córkę bił, a i żonę też. Eli założyła już flanelową koszulę nocną i z komórki do kuchni weszła.

Ojciec zaczął ją tym pasem okładać. Bił z taką wściekłością i krzyczał, żeby się przyznała, żeby się przyznała, żeby powiedziała prawdę o tym rudym, co z nim się skobziła. Matka na to weszła i zasłaniała Eli przed ciosami, ale odepchnął ją, aż na piec kuchenny upadła i o gorącą blachę rękę oparzyła, i też zaczęła krzyczeć, aż się sąsiedzi zbiegli, jak zawsze, gdy się awanturował.

Eli nie płakała, nie krzyczała. Eli było wszystko jedno. Kiedy wreszcie zmęczył się tym biciem, usiadł na ławie i sapał z wściekłości.

– Nie chcę cię z brzuchem w domu widzieć. Wynoś się z domu!

Eli była pokorna, w strachu wychowana, posłuszna. Eli nie chciało się już żyć. Pomyślała na chwilę o Trudzie. Trzeba było z nią uciekać. Trzeba było z nią nie przed frontem, a przed ojcem uciekać. Ale co teraz? Teraz już za późno.

Nie czuła nic. Zimna nie czuła, wiatru ni mrozu nie czuła. Nie słyszała nic. Nie słyszała, jak ją matka z drogi wołała, jak za nią wrzeszczała. Nie słyszała wojny, nie słyszała dalekich jeszcze dział. Szła sobie starą drogą. Szła sobie tak jak wtedy z Maksem. Chwilę pod tym dębem posiedziała i dalej do domu Trudy szła. Jak zawsze, jak wtedy.

Wiedziała, jak do domu wejść, bo Truda kazała jej schować klucz w szopie w umówionym miejscu. Weszła do szopy i zdjęła klucz z gwoździa, i otworzyła drzwi do domu. Było ciemno, pusto i zimno. Usiadła na szezlongu w kuchni i tę poduszkę Maksem pachnącą do buzi przytuliła i zapłakała.

Nie ma już jej Maksa, a tak jakby tu wczoraj był, jakby jeszcze wczoraj na tej poduszce swoją rudą głowę kładł.

Zapaliła świeczkę i do komórki weszła, i znów tę butelkę z trupią główką zza beczki wyciągnęła. Usiadła znów na szezlongu i chwilę pomyślała: Bóg mi wybaczy. Napiła się tej trucizny z butelki i nic, tylko płomień w całym ciele czuła, i jak szybko truciznę wypiła, tak szybko ją wypluła. Jaka jestem słaba, pomyślała. Czuła, jak pali ją w ustach, w piersiach. Na chwilę świadomość straciła, ale gdy już do siebie przyszła, wyjęła z szuflady ostry nóż i przejechała ostrzem po przegubie lewej ręki i krew z tętnicy trysnęła, i Eli znów świadomość utraciła.

Mówią, że samobójcy chcą, by ich uratowano, dlatego nie do końca truciznę wypijają, dlatego nie zawsze ten sznur wisielczy jest dość mocny, dlatego nie zawsze woda jest dość głęboka. Eli jednak chciała się wtedy zabić. Była za słaba, aby truciznę do końca wypić, poprawiła nożem.

W dzień weszło wojsko rosyjskie do wsi. Niewiele ludzi we wsi zostało. Starcy, kobiety z dziećmi, młode dziewczyny. Ci, którzy zostali, pochowali się po komorach. Dziewczyny się w stare zniszczone mazelonki3 i jakle4 ubrały, na głowy chustki na babkę zawiązały i stare baby udawały.

Matka Eli nie schowała się w komorze. Zaraz z rana poszła szukać córki. Gdzie mogłaby pójść? Tylko do Trudy. Szła starą drogą i myślała o tej swojej dobrej córce. To co, że brzydka, ale pracowita i mądra. Ona też nigdy ładna nie była, a jakoś to życie przeżyła. Męża ma tyrana, co ją za ten brak urody poniewierał, i córkę też. Tylko syn się dla niego liczył. Ale czy on jeszcze aby żyje?

Wojsko było już i na podwórzu, i w domu. Zatrzymano ją. Po co idzie, pytano.

– Córki szukam – powiedziała.

– A tam leży we krwi. To pewnie wasza córka – powiedział żołnierz po rosyjsku. Matka go nie zrozumiała i powiedział to jeszcze raz po polsku. Przeżegnała się.

– Zabiliście ją.

– Sama się zabiła. Truciznę wypiła i żyły przecięła. Żyje jeszcze.

Matka weszła do domu i zobaczyła swoją Eli na szezlongu. We krwi leżała i wymiotowała, i zaraz przytomność traciła. Jeden z żołnierzy trzymał jej głowę tak, że miała usta otwarte, a drugi wlewał w nie kubkiem wodę. Eli piła i znów wymiotowała. Na chwilę przytomność jej powracała i wtedy się szarpała i pić nie chciała, ale oni ją mocno trzymali i dalej w nią wodę wlewali. Jej lewa ręka obwiązana była gałganami przesiąkniętymi ciemną krwią.

Kazali matce po lekarza jakiego iść, bo się dziewczyna wykrwawi. Biegła matka przez wieś, a wieś pełna wojska była. Ludzie stali na szkolnym boisku wojskiem otoczeni. Wiejska hebama5 była wśród nich. Tylko ona może pomóc. Tylko ona ma jakie lekarstwo.

Matka podeszła do jednego z żołnierzy i po polsku powiedziała, że córka umiera, że Ruscy kazali jej po akuszerkę przyjść.

Stara już była hebama. Ilu dzieciom pomogła przyjść na świat. Teraz za matką Eli dreptała i śniegu trochę do chustki nabrała, bo już nieraz taką głupią dziewczynę ratować musiała i wiedziała co i jak. Weszła do kuchni i jak krew zobaczyła, chustkę ze śniegiem na rękę Eli położyła. Kazała w piecu rozpalić i wody zagrzać.

– Powiedzcie mi prawdę, wiedzieliście, że wasza Eli jest w ciąży? – szepnęła po niemiecku do matki. – Dziecka nie straciła, ale to jeszcze nic pewnego – dodała.

Matka nic nie mówiła, tylko głową kiwała. Robiła wszystko, jak kazała hebama, i cicho prosiła Boga, żeby jej Eli wyżyła, żeby jej Pan Bóg przebaczył.

– Idźcie teraz po księdza. Umrze. Dużo krwi straciła – powiedziała hebama do matki po niemiecku, bo Eli zaczęła rzęzić, jakby się dusiła.

Żołnierz kazał po polsku mówić i jak mu matka wyjaśniła, pojechał samochodem do wsi. Ksiądz również był wśród ludzi na boisku szkolnym. Ten żołnierz wpakował go do samochodu, nie mówiąc mu, dokąd go wiezie.

Jakże się ksiądz ucieszył, gdy samochód stanął przed furtką tego domu i kazano mu wysiadać.

Eli leżała już na łóżku w sypialni Trudy i Teo. Na gołym materacu, pod głową poduszka Maksem pachnąca. Kocem starym przykryta. W domu ciepło już było. Ksiądz usiadł na krześle obok łóżka. Mówił coś do Eli, ale ona go nie słyszała. Nie otworzyła oczu. Modlił się chwilę po niemiecku i znak krzyża na jej czole narysował, i wyszedł. Chwilę z hebamą cicho po niemiecku rozmawiał.

– Może jej Bóg wybaczy – powiedział jeszcze do matki i podreptał drobnymi kroczkami do wsi, do tych ludzi na boisku. Stanął z nimi w gromadzie otoczonej wojskiem.

A Eli żyła i żyła. Matka siedziała przy niej i płakała, i modliła się. Gromnica, co ją jeszcze Truda poświęcić na Gromniczną była, teraz paliła się, w stary dzbanek bez ucha wstawiona.

Jeszcze krótkie były dni i już ściemniać się zaczynało, i duże cienie po ścianie chodziły, bo hebama co chwilę wstawała i patrzyła, czy Eli jeszcze żyje, i parzyła zioła na zatrzymanie krwawienia i na sen, bo Eli snu potrzebowała. Tak przez noc siedziały.

Jak świtać zaczęło, poszła matka do domu swojego. Coś trzeba ugotować, a tu w tym domu nic nie było. Bała się, bo wszędzie było wojsko i strzały było słychać.

Biegła starą drogą. Zatrzymali ją w lesie żołnierze i po polsku powiedziała, że córka jej umiera, że musi iść, bo cała krew z niej wypłynęła. A był wśród nich ten Wasyl, który pomógł jej Eli, który wlewał w nią wodę.

– To on – wskazała ręką na Wasyla – on pomógł mojej córce.

Wasyl kazał jej iść.

Dom był splądrowany i pusty. Męża nie było. I dobrze, że go nie ma. Znowu by mnie bił, znowu by o Eli pytał. Tak sobie pomyślała. Pozbierała, co w domu zostało: trochę masła, mąkę ze szklanej puszki z napisemMehldo ścierki wysypała, jeszcze słoik ze smalcem znalazła, kompot z wiśni, kilka kartofli, co się po sieni walały. To wszystko do miechówki włożyła. W szopie dwóm kurom łebki siekierką ucięła i też je do miechówki włożyła, wcześniej krwawiące szyjki szmatkami obwiązała.

Wracała tak prędko, jak mogła. Wasyl ją z daleka zobaczył i czekał na drodze, gdy inni już w samochodzie byli.

– Żyje wasza docz? – spytał.

Nie zrozumiała i Wasyl jeszcze raz to samo po polsku powiedzieć próbował.

– Czy wasza córka żyje?

– Rano jeszcze żyła – odpowiedziała i dalej szła. To dobry człowiek. Rus, a dobry. Mówili, że Rusy to bestie, że każdego Niemca zabiją, a ten pomógł mojej Eli. Nie są oni tacy źli. To też ludzie. Też mają wzgląd na drugiego człowieka. Tak w drodze myślała, aż przy furtce była.

Eli żyła i jakby lepiej oddychała: równo i miarowo. Teraz widać już było trochę nadziei. Wyżyje, pomyślała matka. Hebama obudziła się. Przysypiała na krześle przy stole i zamierzała do domu iść, choć na nią nikt w jej domu nie czekał, bo samotna była.

– Jeszcze bądźcie trochę. Coś ugotuję. Dwie kurki zabiłam. Tyle zostało, bo reszta rozkradziona. Pełno wojska we wsi – z troską to mówiła, ale jakaś radość w głosie matki brzmiała.

Na nowo w piecu rozpaliła. Wody nagrzała, kury oskubała i w domu rosołem zapachniało.

Hebama chciała tu zostać. Wśród tych ludzi we wsi, tam na boisku szkolnym, bała się. Nie umiała po śląsku mówić, tylko po niemiecku, a matka Eli po śląsku mówiła. Z nią bezpieczniej się czuła. I wdzięczna jej była, że mogła tu być w tym domu Trudy, w tym domu na skraju wsi. Rusy już tu byli i nawet tej Eli pomogli, tu nic jej nie grozi. Co innego we wsi. Ludzie są pamiętliwi. Dobrego nie pamiętają, ale dobrze pamiętają to, co złe. Pamiętają, jak witała Hitlera na stacji, jak się stroiła na ten dzień.

Pamiętają też, że niejednej dziewczynie pomogła pozbyć się kłopotu. Głupia Eli, czemu do mnie nie przyszła, pomyślała.

– No to zostanę – powiedziała po niemiecku.

Eli pod wieczór się obudziła. Gdzie jestem, myślała. Nic nie widziała, choć oczy miała otwarte. Ciemność w jej oczach była. Próbowała się poruszyć, ale była za słaba. Nie czuła ciała i myślała, że nie żyje i w czyśćcu na sąd boski czeka. Ale po chwili wrócił ból w piersiach i w brzuchu. Jęknęła. Matka i hebama już przy niej były. Słyszała wołanie z daleka.

– Eli, Eli, żyjesz. Obudź się – wołała matka.

– Nic nie widzę – szepnęła Eli. – Gdzie jestem? – spytała.

– W domu, w domu. Dzięki ci, Boże. Zachowaj moją Eli – i matka mówiła pacierz za pacierzem, i siedziała przy niej całą noc. To pić dawała, to znów ją ciepłą wodą obmywała, to kompres na czoło kładła.

Rozdział 3

Ludzi ze wsi posegregowano. Kobiety do domów wróciły. Mężczyzn gdzieś wywieziono. Nie wszystkich. Ktoś doniósł, że nie wszyscy tam na szkolnym boisku byli, że gdzieś się ukryli. Zostali uznani za Niemców, za wrogów.

Kompania Wasyla miała za zadanie odnaleźć ich i ukarać. Zaraz z rana przeszukiwali domy, piwnice, komórki, stodoły. Za nimi jechały wozy z dobytkiem z tych wszystkich domów. Gospodarze musieli zaprzęgnąć swoje konie do wozów i ten dobytek ładować. Milczeli i robili tylko, to co im kazano. A byli to sami starzy ludzie, albo ci, co kalekami z wojny wrócili. Sołtys próbował się buntować, to go ten Wasyl zastrzelił.

Co to jest takiego – zabić człowieka na wojnie? To nic takiego, to zwyczajna rzecz. I dla Wasyla też zwyczajna to rzecz była. A Niemiec to wróg i po to tu jest, by Niemca bić.

Wyszli z piwnicy karczmarza. Z rękami podniesionymi. Pięciu mężczyzn w cywilnych ubraniach i trzech w niemieckich mundurach. Pod murem karczmy ich postawiono. Przyglądał się Wasyl tym ludziom. Dlaczego się ukryli, dlaczego nie stanęli na placu jak inni? Ci żołnierze niemieccy – to zrozumiałe. Ale ci wieśniacy? To bunt i trzeba ich zabić.

Stali tak pod murem do południa. Kilku żołnierzy ich pilnowało. Wreszcie wrócił Wasyl. Ustawił żołnierzy i załadowali broń.

– Nie strzelaj, nie zabijaj nas – powiedział po śląsku błagalnym głosem jeden spod ściany. A był to ojciec Eli. Patrzył w oczy Wasylowi, a po policzkach płynęły łzy. Wasyl patrzył chwilę na tego człowieka, a inni z naładowaną bronią na Wasyla patrzyli z pytaniem: czy znów muszą tych ludzi zabić? Czy znów muszą być tacy jak Niemcy? Czy kolejną wieś muszą zbrodnią zaznaczyć? Czy muszą robić to, co Niemcy w ich wsiach robili? A może ci tu to nie Niemcy? Przecież ten stary człowiek po polsku mówi.

Wasyl postanowił. Wojna jeszcze była i wszelkie objawy buntu ludności cywilnej miały być natychmiast likwidowane. A to był bunt. Ci ludzie nie stawili się na ich wezwanie. Muszą być ukarani.

Po raz pierwszy przyszła mu do głowy taka myśl: darować im, załadować na samochód i do obozu, razem z tamtymi wywieźć. Ale nie, prędko odrzucił tę myśl. Ośmiu więcej czy mniej, jaka tam różnica?

Ojciec Eli i wszyscy spod ściany patrzyli z nadzieją na Wasyla, a on strzelił w głowę ojca Eli, a inni do tych siedmiu biedaków strzelili. Jeszcze przed śmiercią przeżegnać się zdążyli i po strzale padali pod ścianą karczmy. Kto żył jeszcze, dostał od Wasyla strzał w głowę.

Za płotem stali ludzie, sztachet się trzymali, widzieli tę zbrodnię i nic nie mówili, tylko niemy szloch z piersi córek czy żon się wydobywał. Chłopi ze wsi zabrali ciała zabitych i w rzędzie ułożyli w stodole, tak jak nakazał Wasyl. Nikt z rodzin zabitych nie śmiał podejść. Tylko stali za tym płotem z cichą rozpaczą.

Tylko za ojcem Eli nikt tu nie rozpaczał. Nikt o jego śmierci nie wiedział, nikt o nim nie myślał. Był sam w chwili umierania. Nawet myśli jakiejś, choćby nawet złej, przy nim nie było. Może była przy nim jedynie myśl Wasyla: zła, krótka, chwilowa…

A Eli pod wieczór znów się obudziła. Zioła i leki hebamy pomogły. Eli była silna i choć ona chciała umrzeć, jej ciało – nie. Bóg jeszcze nie nakazał, jeszcze nie teraz, jeszcze nie dziś. Jeszcze musi przejść swoją drogę życia. Dość jednej śmierci w rodzinie – śmierci ojca. Dość i drugiej – śmierci Maksa.

Już jadła rosół przez matkę karmiona. Nie mogła jeszcze sama, taka słaba była. Prawą rękę już podnosiła i na prawe oko widziała. Nic jeszcze nie mówiła. Wiedziała, że to nie niebo, że to nie czyściec ani piekło. Świadomość wróciła. Dotknęła prawą ręką brzucha i ból poczuła.

Patrzyła przed siebie i widziała tyko prawym okiem. Lewe oko było martwe, lewe oko było ślepe. Lewym okiem nie widziała świecy na stole. Chciała podnieść lewą rękę i nie mogła nią ruszyć. Lewa ręka była martwa.

Wszystko ma swoją cenę. Ta martwa ręka i martwe oko były zapłatą. I zęby, kiedyś piękne, równe, białe, teraz poczerniałe i wyżarte przez kwas.

Leżała, udając, że śpi. Nie chciała jeszcze się budzić, nie chciała jeszcze wracać. Było jej wstyd, że tu leży, że chciała się zabić, że nie umiała się zabić. Było jej wstyd, że ktoś przy niej siedzi, że ktoś przy niej się krząta, że ktoś się o nią troszczy. To ona jest stworzona do tego, aby służyć innym, to ona, brzydka Eli, innymi ma się opiekować.

Matka dalej krzątała się w tej nie swojej kuchni. Hebama nadal przy Eli siedziała i nie chciała iść do wsi, nie chciała do swojego domu iść.

Wasyl z kompanią przyszli wieczorem. Stukali do drzwi.

– Odkrywaj! – wołał Wasyl i matka go poznała. Poznała człowieka, który jej Eli śmierci wyrwał. Gdyby nie on, mojej Eli już by nie było. Tak myślała, tak wiedziała, i tak też było. Gdyby nie Wasyl, nie byłoby już Eli wśród żywych.

Wszedł do izby. Usiadł przy łóżku Eli i patrzył na tę niedoszłą samobójczynię. Była blada, a w świetle świecy jak martwa wyglądała, ale lekko i spokojnie oddychała. Żyła.

Spojrzała na niego prawym okiem przez moment – i zło, ale i jakąś siłę w jego oczach zobaczyła. Chciałaby, aby go tu nie było. Zamknęła znów to zdrowe oko.

– Eli, Eli, obudź się. To on cię uratował. To dzięki niemu żyjesz – matka wołała po śląsku.

Eli słyszała, wszystko słyszała, ale nie chciała jeszcze wracać na ten świat. Jeszcze chciała być tam, z Maksem, bo w tej ucieczce przed życiem dziwne sny miała. Może to te zioła spowodowały? Może napar z makówek, które hebama parzyła?

W tych snach na froncie była i z Maksem się spotkała, i za rękę go trzymała. Taki gruby brzuch już miała, ale wcale jej ten brzuch nie przeszkadzał, lekka była i ciągnęła Maksa, żeby szybciej szedł, żeby z tego błota go wyprowadzić. Gdy się budziła na chwilę, żałowała, że to sen. Jednak zasypiając, znów do tego samego snu wracała. Znów Maksa za rękę ciągnęła, a on coraz wolniej za nią szedł, co chwilę się potykał, a ona go ponaglała. Widziała dalekie, suche pole i słońce na horyzoncie, i tam zmierzała w tym śnie, ale Maks ją zatrzymywał i co chwilę padał jak nieżywy, i pochylała się nad nim, i głaskała jego rudą czuprynę, i wołała: Maks, Maks…

Matka słyszała to ciche wołanie Eli i budziła ją wtedy delikatnie, aby wyszła z tego snu, aby już dała spokój temu rudemu Maksowi, aby go już tu nie zatrzymywała. Wierzyła, że jego dusza nie daje spokoju jej córce Eli, i modliła się, i co chwilęWieczny odpoczynekza duszę Maksa odmawiała.

Co w tej brzydkiej dziewczynie było, że Wasyla przy niej zatrzymywało?

To pytanie zadawali sobie żołnierze pod jego komendą. Może to, że ją śmierci wyrwał? Ale cóż dla niego znaczyło życie i śmierć? Nic. Życie i śmierć dla Wasyla nie znaczyło nic.

Sam został. Kiedyś szanowany, lubiany, dobry. Miał wielu przyjaciół. Wojna mu wszystkich bliskich zabrała. Nie tyle wojna, co Niemcy. Pamiętał Stalingrad. To był front. Na froncie giną żołnierze. To zwyczajna rzecz.

Pamiętał też swoją rodzinę. Swoją piękną żonę w ciąży. Pamiętał mogiłę zbiorową, gdzie ona i jego sąsiedzi, i cała wieś zabita, w jednej mogile pochowana i spalona była.

To mu starzec opowiadał, który gdzieś w ziemiance siedział, kiedy esesmani wieś otoczyli i wszystkich z domów wygonili, i na pole zagnali, przy rowie wykopanym ustawili i zastrzelili, i zakopali. A ten starzec siedział w ziemiance i nie wyszedł, bo ledwie o lasce się poruszał. Wszystko widział i nie wierzył, że on żyje, a wszyscy ze wsi, czy młodzi czy starzy, czy kobiety czy dzieci – nie żyją i w tej mogile zbiorowej leżą.

Wasyl gorzko zapłakał nad tą mogiłą, kiedy starzec skończył opowieść, i postanowił nigdy już do tej wsi nie wracać, bo tej wsi już przecież nie było. Ta wieś była w tej zbiorowej mogile. W tej mogile zostawił też swoje człowieczeństwo.

Kiedyś szanował człowieka. Wierzył w człowieka, wychowany w makarenkowskim sierocińcu, bo rodziców zabili mu białogwardziści w czasach rewolucji. Władza radziecka go wykształciła. Umiał pracować, dzielić się z innymi. Skierowany do tej wsi, uczył dzieci w wiejskiej szkole. Tu znalazł swoją piękną żonę. Nauczył ją czytać i pisać. Zrobił z niej w krótkim czasie kobietę równą sobie i kiedy go zmobilizowano, to ona, jego żona przejęła jego obowiązki i została wiejską nauczycielką. Wracał do niej z frontu i cieszył się z dziecka, które miało się urodzić.

Widział klęskę Niemców pod Stalingradem, ale wtedy był jeszcze człowiekiem, wtedy jeszcze i Niemiec był dla niego człowiekiem, wtedy jeszcze był dla jeńców litościwy. Dopiero po Stalingradzie, kiedy ranny w ramię radośnie pojechał na urlop do domu, a tam już jego domu nie było, tam już była tylko opowieść tego starca z ziemianki i ta zbiorowa mogiła – stracił to swoje człowieczeństwo. Wtedy i on stał się bestią. Przestał wierzyć w człowieka. Zaczął wierzyć Stalinowi, zaczął wierzyć w system. Już nie był litościwy dla jeńców. Zabijał ich, często wbrew rozkazom, i dorobił się niesławy. Nazywano go „Krwawy Wasyl”. W końcu stał się oddanym synem NKWD. Wzbudzał strach i wśród swoich. Jedno jego słowo, jeden sprzeciw przeciw niemu mógł być groźny. Był panem i strachem krótko trzymał swoich podwładnych.

Ile śmierci, gwałtów, spalonych wsi za sobą jego kompania zostawiła, nikt już nie liczył. W tej kompanii byli ludzie źli, ale jeszcze odróżniali dobro od zła. Bali się, że kiedyś i ich za te zbrodnie rozliczą. Jedynie Wasyl nie miał takich wątpliwości i pastwił się nad wrogiem.

Tu, w tej niemieckiej chacie, zobaczyli Krwawego Wasyla innego. Dziwili się i zadawali sobie pytania: co widzi w tej brzydkiej szwabskiej dziewczynie?

A może to nie o dziewczynę chodzi? Może się odmienił? Ale nie, przecież kazał znów do tych ludzi tam, na boisku szkolnym, strzelać jak do zwierząt. Nie zmienił się, nie zmienił!

Późno już było, świeca się dopalała, a innej już nie było. Matka kroiła chleb, który była rano ze swojego domu przyniosła, a żołnierze jedli. Hebama siedziała w ciemnej komorze i cicho była. Bała się odezwać, bo tylko po niemiecku mówiła.

Wasyl nie jadł. Siedział przy łóżku sam i patrzył na tę dziewczynę. A Eli czuła wzrok jego ciemnych, złych oczu i dalej nadal leżała, jakby jeszcze spała.

Matka weszła do izby i podała Wasylowi kromkę chleba. Wziął ją i jadł, i dalej patrzył na śpiącą Eli. Wreszcie wstał, zrobił ruch ręką i wszyscy wstali, i za nim wyszli. Wsiedli do samochodu i pojechali w stronę wsi.

Zaraz rano przybiegła Rozala. We wsi obok nich mieszkała. Przyniosła tę straszną nowinę. W takiej wsi szybko się wieści rozchodzą. Prędko Rozala swoją sąsiadkę w domu Trudy znalazła. Bez pukania weszła.

– Zabili, sąsiadko, twojego chłopa. Zabili razem z innymi. Leżą teraz w stodole sołtysa, i sołtys też zastrzelony. Już kopidoł dla nich grób kopie…

Rozala patrzyła na matkę Eli, a ta wypuściła z ręki garnuszek z ciepłą wodą. W pierwszej chwili ulgę poczuła. Już nas nie będzie tyran gnębił, pomyślała. Ale Rozala czekała na jej łzy i rozpacz. I tak matka zrobiła. Rozpłakała się i zakładała chustę.

– Muszę iść. Zostańcie przy Eli – powiedziała do hebamy. Ta tylko głową kiwnęła.

Szła prędko starą drogą do wsi, a Rozala za nią dreptała i w drodze wszystko, jak było, opowiadała. Rozala zawsze wszystko najlepiej wiedziała.

– A co się twojej Eli stało, że taka chora leży? A co hebama u niej robi? – pytała. Matka nic nie mówiła, nie odpowiadała na jej pytania, ale Rozala mądra była i obecność hebamy dobrze skojarzyła.

– Wyżyje Eli? Wyżyje? – spytała po dłuższej chwili.

– Wyżyje, jak Bóg da – ponuro powiedziała matka.

Przy wrotach stodoły stali żołnierze. Kilku z nich poznała. Byli z kompanii tego Wasyla, co Eli uratował. Stały tam też kobiety, których mężowie zabici w stodole leżeli. Same stare kobiety, bo ci zabici też starcami byli. Młodzi przecież na wojnie walczyli. Wszystkie w mazelonkach, chustami odziane. Która zbliżyła się do wrót stodoły, zaraz ją żołnierz odepchnął.

Stały tak na mrozie z różańcami i odmawiały zdrowaśki za dusze swoich mężów. Tylko za ojca Eli nikt jeszcze różańca nie odmawiał.

Matka Eli weszła w tę gromadę kobiet, a one kiwnąwszy głową, przyjęły ją do swojej grupy. Teraz już wszystkie tu były. Sześć kobiet jednakowych, w chusty odzianych, dreptało na mrozie.

Wreszcie z domu wyszedł Wasyl.

– To ten, to ten kazał ich zastrzelić, to ten ich dobijał – szepnęła jedna z kobiet. Matka go poznała. Nie, to nie może być on. Przecież on jest dobry, przecież on jej Eli uratował. Tak matka pomyślała. Nie uwierzyła tej kobiecie.

– To na pewno nie on. Ja wiem, że on jest dobry. Nie mówcie, to nie on – tak matka mówiła, a kobiety kiwały głowami i szeptem potwierdzały słowa tamtej, powtarzając: to on, to on.

Wasyl otworzył wrota stodoły, a kobiety jedna za drugą wchodziły z krzykiem kobiet wiejskich. Zabici leżeli na gumnie jeden przy drugim. Zapach krwi i śmierci ogarnął kobiety.

Matka Eli naciągnęła chustę na twarz. Nie chciała, by Wasyl ją poznał. Odnalazła ciało swojego męża. Leżał jako ostatni. Dotknęła jego czoła, było zimne jak lód. Chciała zamknąć jego mętne oczy, gdzieś już w zaświaty patrzące, ale nie zamknęły się. Zdjęła chustkę z głowy, złożyła ją w opaskę i przewiązała nią oczy męża. Potem czyściła jego ubranie, strzepując ręką błoto przymarznięte.

Inne kobiety to samo robiły. Nic nie mówiły, tylko cicho krzątały się przy ciałach swoich mężów. Nie wszystkie płakały, ale smutek panował w tej stodole.

Matka Eli tych myśli kilka jemu poświęciła. Tak się należało. Jaki był, taki był. Był jednak jej mężem i ojcem jej dzieci. Choć był niedobry, choć ją bił, choć popijał zbyt często, teraz mu to wszystko wybaczyła. I zapłakała nad sobą. Nad swoim życiem, nad losem jej córki Eli. Gdyby jej wtedy z domu nie wygonił, nie byłoby tego nieszczęścia. Eli byłaby zdrowa. I cóż z tego, że nieślubne dziecko będzie miała? Ile to dziewczyn ma nieślubne dzieci? A on jaki był za młodu? Też z nią w stodole przed ślubem dokazywał.

– Spoczywaj w pokoju – powiedziała cicho i musiała wyjść, bo żołnierze wyganiali kobiety ze stodoły.

Padł nawet strzał, gdy dwie nie ruszyły się, nie chciały zrozumieć polecenia lub nie zrozumiały, bo powiedziane było po polsku, prawie po rosyjsku: wychodit, wychodit…

Starzy chłopi ze wsi, co przy życiu zostali i jeszcze do obozu wywiezieni nie zostali, ładowali ciała zabitych na wóz i wieźli na cmentarz, a kobiety w chustach za wozem dreptały.

Tam czekał już ksiądz. Pokropił wóz i potem złożono ich do długiego wspólnego grobu i zasypano, i ziemię wyrównano. Kopidoł zrobił tak, jak mu kazano. Kobiety stały i stały, i dalej się modliły. Tylko matka Eli niecierpliwiła się. Chciała do córki. Chciała ją do swojego domu przewieźć, chciała w swoim domu być. Teraz już tylko ona i Eli, i jej dzieciątko, jak Bóg da. Powoli traciła nadzieję, że syn z wojny wróci. Oby tylko Eli żyła.

Przeszła przez wieś opłotkami i starą drogą do domu Trudy szła, gdzie jej Eli leżała. Hebama ją z ulgą powitała. I Eli też przytomna była. Matka opowiedziała, co stało się we wsi, opowiedziała o śmierci, o mężu zabitym, o Wasylu mordercy.

– To nie mógł być ten człowiek. Rozala byle co mówi, a często nieprawdę – tak po niemiecku powiedziała hebama.

Matka jednak wiedziała, że tym razem Rozala prawdę mówiła, bo inne kobiety to potwierdziły, widziały, jak dał rozkaz do strzelania, jak sam do jej męża strzelił i jak potem, już leżących dobijał strzałem w głowę.

– Jak się ściemni, pójdziemy do domu.

Weszła do pokoju, gdzie Eli leżała. Miała otwarte oczy i słyszała, co matka opowiadała. Usiadła z trudem i chciała wstać, ale znów się położyła. Była za słaba.

– Eli, jeszcze trochę, jeszcze nie dziś. Dojdziesz do siebie, wyzdrowiejesz. Musisz wyzdrowieć – matka mówiła szybko, przykrywając córkę swoją chustą, bo zimno w domu było. W piecu kuchennym wygasło, a hebama nie potrafiła rozpalić na nowo. U niej robiła to zawsze służąca.