Wydawca: Wydawnictwo Albatros Kategoria: Sensacja, thriller, horror Język: polski

Dziewczyny, które zabiły Chloe ebook

Alex Marwood  

3.93478260869565 (46)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 516 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Dziewczyny, które zabiły Chloe - Alex Marwood

Letni poranek 1986 roku. Dwie jedenastolatki spotykają się tego dnia po raz pierwszy w życiu. Wieczorem obie zostają oskarżone o morderstwo.

Ponad dwadzieścia lat później, dziennikarka Kirsty Lindsay pracuje nad reportażem na temat seryjnego mordercy, grasującego w nadmorskim kurorcie. W trakcie zbierania materiałów spotyka przypadkiem sprzątaczkę Amber Gordon.

Kirsty i Amber spotykają się po raz pierwszy od tego strasznego dnia, który odmienił na zawsze ich losy. Są gotowe zrobić wszystko, by nie odkryto ich dawnej tożsamości, nie zrujnowano im życia; za wszelką cenę chcą chronić swoje rodziny. Jednak przeszłość postanawia się o nie upomnieć... Kobiety będą musiały zmierzyć się z dawnym koszmarem i dokonać  trudnych wyborów.

Opinie o ebooku Dziewczyny, które zabiły Chloe - Alex Marwood

Fragment ebooka Dziewczyny, które zabiły Chloe - Alex Marwood

O książce

Bel i Jade, dwie jedenastolatki, skazano za zabicie małej dziewczynki. Osadzone w dwóch różnych zakładach poprawczych, zostały na zawsze napiętnowane.

TO MY! TO MY ZABIŁYŚMY CHLOE!JESTEŚMY ZŁEM WCIELONYM!

Obie żałują, że kiedykolwiek się spotkały.

Po dwudziestu pięciu latach dziennikarka Kirsty Lindsay podczas zbierania materiałów do artykułów o serii morderstw w podupadającym nadmorskim kurorcie spotyka sprzątaczkę Amber Gordon. Po raz pierwszy od dnia, który na zawsze odmienił ich życie. Muszą zrobić wszystko, by nie odkryto ich dawnej tożsamości i nie zrujnowano tego, co każda z nich z takim trudem budowała… na kłamstwie. Ale przeszłość upomni się o swoje, a ich trop zwietrzą nie tylko żądne sensacji brukowce, lecz także psychopatyczny zabójca.

ALEX MARWOOD

To pseudonim literacki brytyjskiej dziennikarki, która współpracowała z wieloma gazetami na terenie całego kraju. Jej pierwsza powieść, Dziewczyny, które zabiły Chloe, została w 2013 roku nominowana w Wielkiej Brytanii do nagrody przyznawanej przez International Thriller Writers, a w Stanach Zjednoczonych zdobyła Edgar Allan Poe Award w kategorii Najlepsza Powieść roku 2014. Przetłumaczona dotychczas na 17 języków, odniosła sukces porównywalny do Dziewczyny z pociągu.

Alex Marwood mieszka w Londynie i pracuje nad kolejnymi książkami.

Tytuł oryginału: THE WICKED GIRLS

Copyright © Alex Marwood 2012All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Andrzej Kuryłowicz s.c. 2015

Polish translation copyright © Magdalena Koziej 2015

Redakcja: Monika Strzelczyk

Zdjęcia na okładce: Silas Manhood (dziewczynki), Shutterstock (tło)

Projekt graficzny okładki: Hannah Clark – LBBG

ISBN 978-83-7985-242-0

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS ANDZRZEJ KURYŁOWICZ S.C.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.com

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Magdalena Wojtas, 88em

Dla Williama Mackesy’ego

PROLOG

1986

Koc, który jest w celi, sądząc po zapachu, nigdy nie był prany. Chociaż Jade go zrolowała i wepchnęła w kąt zaraz po tym, jak ją tu przyprowadzono, w przegrzanym pomieszczeniu i tak unosi się ohydny kwaśny odór moczu i brudnego ciała. Strażniczka Magill podnosi zwinięty koc i podaje jej na wyciągniętej ręce.

– Masz to narzucić – mówi. – Na głowę, żeby nie widzieli twojej twarzy. Bo nie wolno.

To zupełnie zbędne. Miesiąc temu twarz Jade była we wszystkich gazetach, i jutro też się tam znajdzie. Patrzy z odrazą na koc. Strażniczka Magill przymruża oczy.

– Wiesz co, Jade? Jak chcesz, możesz sobie wyjść bez nakrycia. Oni wszyscy wprost marzą, żeby cię zobaczyć. A mnie to wisi.

Już mnie widzieli, myśli Jade. Wciąż gapili się na moją twarz. Była w gazetach, w wiadomościach. To dlatego każą nam co roku ustawiać się do szkolnych fotek. Wcale nie są przeznaczone dla naszych rodzin. Chodzi o to, żeby zawsze mieć pod ręką zdjęcie, które można sprzedać prasie. Żeby było coś pod nagłówek. ŚWIAT SIĘ MODLI. ZNAJDŹ NASZEGO ANIOŁKA. Albo, jak w moim wypadku: ANIELSKA TWARZ DIABŁA.

Przez otwarte drzwi słyszy wrzask. Bel wciąż krzyczy. Zaczęła, kiedy ogłoszono werdykt, a od tej pory minęło wiele godzin. Między grubymi ścianami celi Jade słyszała tylko ciszę. Nie przebijały się przez nią żadne dźwięki: ani skowyt tłumu, ani pospieszny tupot stóp w ferworze przygotowań. Od czasu do czasu rozlegało się tylko metaliczne zgrzytnięcie zaślepki judasza albo dźwięczny huk przy zatrzaskiwaniu innych ciężkich drzwi; poza tym kamienna cisza, szmer jej własnego oddechu, mocny łomot serca. Kiedy strażniczka Magill otworzyła drzwi, hałas wydawał się ogłuszający, nawet tu, w suterenie: dzikie, śpiewne głosy obcych domagających się sprawiedliwości. Tłum żąda Jade. Chcą jej i Bel. Tyle wie.

Magill znów podaje jej koc. Tym razem Jade go przyjmuje. I tak każą go jej narzucić, czy jej się to podoba, czy nie. Ociera się dłonią o dłoń strażniczki, a ta gwałtownie cofa rękę, jakby skóra dziecka była powleczona trucizną.

Bel wyje jak zwierzę schwytane we wnyki.

Odgryzłaby sobie rękę, gdyby to pozwoliło jej uciec, myśli Jade. Dla niej to jest gorsze niż dla mnie. Nie miała takiego trudnego życia jak ja.

Strażniczka Magill czeka, wykrzywia usta tak, że ich kąciki opadają w dół.

– Jak się czujesz, Jade?

Przez chwilę Jade sądzi, że to pytanie wynika z troski, ale jedno spojrzenie na twarz funkcjonariuszki przekonuje ją, że jest wręcz przeciwnie. Jade gapi się na nią szeroko otwartymi oczami. Czuję się mała, myśli. Czuję się mała, samotna, przestraszona i skołowana. Wiem, że wrzeszczą, bo chcą mnie dorwać, ale nie rozumiem, dlaczego tak mnie nienawidzą. Wcale nie chciałyśmy, żeby to się stało.

– Kiepsko, co? – pyta wreszcie Magill, nie doczekawszy się odpowiedzi. – Nie jest fajnie, no nie?

Słychać krzyki Bel, odgłosy szarpaniny w korytarzu.

– Nienienienienie! Proszę! Proszę! Nie mogę! Ja chcę do mamy! Mamuuusiuuu! Nie mogę! Nie zabierajcie mnie tam! Nienienienie!

Jade ogląda się na strażniczkę. Twarz Magill przypomina halloweenową maskę, wszystkie opadające bruzdy są czarne i czerwone. W jej gniewnym spojrzeniu jest ta sama nienawiść, którą słychać w głosach tłumu na zewnątrz. Jade jest winna. Teraz już nikt nie musi się zachowywać tak, jakby zakładano, że może być inaczej.

Klamka zapadła. Już nie jesteśmy „podejrzanymi”, „dziećmi w areszcie”. Teraz jesteśmy „Dziewczynami, które zabiły Chloe”. Diablicami.

Magill ogląda się, by sprawdzić, czy ktoś z przełożonych jest w zasięgu słuchu, po czym obniża głos.

– Dobrze ci tak, ty cholerna suko – syczy. – Gdyby to ode mnie zależało, przywróciłabym karę śmierci.

ROZDZIAŁ 1

2011

Martin zerka na zegarek. Prawie dziesiąta. Niedługo będzie wychodziła do pracy. Wyłączono już neony na kolejce górskiej w Funnland, rozjarzyły się halogenowe lampy łukowe, które zalewają światłem wesołe miasteczko po zamknięciu – zarówno po to, by przegonić maruderów, jak i po to, by pomóc sprzątaczkom dojrzeć kulki gumy do żucia, lepkie plamy po napojach, ketchup bezmyślnie rozsmarowany w różnych miejscach. Będzie w szatni. Jak wielu ludzi, którzy odbijają kartę, przychodzi bardzo punktualnie, a potem trochę się ociąga przed przystąpieniem do pracy. Zdejmuje cywilne ubranie i wbija się w tenisówki i fartuch.

Czuje znajomy przypływ wściekłości na myśl o tym, jak się od niego odcięła. Zero odpowiedzi, zero kontaktu, tylko pusta cisza, dzień po dniu. Czy chociaż o nim myśli? Odpuścił na trzy godziny, ale dłużej już tego czekania nie zniesie. Bierze milczący, znienawidzony telefon i wybiera jej numer. Wstukuje tekst: odpowiedz proszę, nie ignoruj mnie. Gapi się na ekran, kiedy aparat przetrawia i wysyła wiadomość.

Na ulicy pod oknem zatrzymują się uczestniczki wieczoru panieńskiego. Poznaje to po tym, że ryczą na całe gardło piosenkę Going to the Chapel. Zawsze śpiewają właśnie to albo Nice Day for a White Wedding, w kółko sam refren, albo Here comes the bride, short, fat and wide. Istnieje milion piosenek ślubnych, ale dziewczyny, które bawią się na wieczorach panieńskich, nie wykraczają poza ten skromny repertuar.

Wrzask na ulicy, a potem chóralny rechot. Ktoś się przewrócił. Martin podnosi się z łóżka i podchodzi do okna. Przez szparę między zasłonami wygląda na zewnątrz. Osiem kobiet w różnym stadium upojenia alkoholowego. Panna młoda – welon i tabliczki z literą L, jak nauka jazdy – leży na ziemi, bo wywaliła się za sprawą piętnastocentymetrowych obcasów i tłustego tyłka. Przewala się po chodniku w obcisłej miniówce, brzuch wyłazi jej nad paskiem, a cycki wylewają się z dekoltu, podczas gdy dwie koleżanki ciągną ją za blade, galaretowate ramię. Pozostałe kumpelki stoją na chodniku, wytykają ją palcem, zataczając się i wyjąc ze śmiechu. Jedna z nich – szorty, wielkie kolczyki w kształcie kółek i top w poziome paski, bez ramiączek – nagabuje o ogień facetów omijających wężykiem młócącą rękami pannę młodą.

Pasiasta trafia na żyłę złota. Banda facetów – miasto jest okupowane w każdy weekend przez takich młodych byczków, którzy nie mają paszportów, zezwoleń kuratorów albo nie stać ich na to, by zarzygiwać sangrią ciepły hiszpański beton – zatrzymują się, przypalają jej papierosa, nawiązują rozmowę. A raczej zaczynają się nawzajem przekrzykiwać. Pod oknem Martina ludzie porozumiewają się wyłącznie wrzaskiem, bo mają uszy zniszczone dudniącymi basami, słuch przytępiony przez alkohol, ecstasy i kokainę, która teraz kosztuje chyba mniej niż paczka fajek. I nie trzeba się ruszać z domu, by zażyć dragi.

Panna młoda wreszcie staje na nogi. Kuleje albo udaje i wspiera się na ramieniu jednego z byczków. Martin patrzy, jak ręka mężczyzny pełznie w dół obcisłej spódniczki, by pomalutku wślizgnąć się pod nią. Panna młoda głośno chichocze, bez przekonania odgania klapsem natrętną dłoń, zachęcająco trzepocząc rzęsami. Ręka powraca. Ruszają w stronę nocnych klubów.

Pasiasta pozostaje w tyle, opiera się o okno wystawowe i rozmawia z facetem od zapalniczki. Zatacza się z boku na bok, chyba nie widzi, jak jej koleżanki znikają za rogiem. Podciąga top, podnosząc opadający, spłaszczony biust, i odgarnia lakierowane włosy z oczu. Uśmiecha się kokieteryjnie do mężczyzny, lekko napiera na jego ramię. Tak przebiega współcześnie podryw. Nawet nie trzeba już kupować dziewczynie drinka. Wystarczy, że pożyczysz jej zapalniczkę, jest twoja.

Martin opuszcza zasłonę i powłócząc nogami, wycofuje się do pokoju. Czuje, jak dopada go depresja. Nie rozumie świata. Czasami czuje się tak, jakby ci ludzie specjalnie wybierali drogę koło jego mieszkania, by sobie z niego szydzić. Żeby przypomnieć mu o zabawie, która go omija, o tym, że te błyszczące od cekinów, roztańczone stworzenia przeszłyby na drugą stronę chodnika, gdyby próbował się do nich przyłączyć. Whitmouth go rozczarowało. Kiedy umarła matka, a on mógł już wybrać sobie miejsce pobytu, myślał, że świat się teraz przed nim otworzy, życie wreszcie potoczy się zgodnie z jego wolą, lecz okazało się, że tylko obserwuje innych bawiących się ludzi, jakby oglądał to w telewizji.

Uważałem, że to bajkowa kraina, myśli, włączając gołą żarówkę na suficie. Kiedy byłem dzieckiem. Gdy przyjeżdżaliśmy tu często z Bromwich. Jak wiele rodzin. Podwieczorki i zjeżdżalnia na molo, najwyższa budowla w okolicy. To dlatego tu wróciłem… te wszystkie miłe chwile, te wspomnienia, cała ta nadzieja. Teraz ledwie mam śmiałość spojrzeć na wejścia do mijanych sklepów, w obawie że zobaczę podciągnięte kolana Linzi-Dawn, a pomiędzy nimi spuszczone dżinsy Keifera, który ją posuwa, a ja znów wyłączony, nigdy niechciany, zawsze podglądający.

Jeszcze nie odpowiedziała. Martina przechodzą ciarki, kiedy gapi się na pusty wyświetlacz. Za kogo ona się ma?

Rzuca telefon na łóżko, włącza telewizor, patrzy na złe wiadomości przesuwające się na pasku BBC. Cholera, Jackie. Nie masz prawa mnie tak traktować. Skoro zamierzasz okazać się taka jak cała reszta, dlaczego udawałaś, że jesteś inna?

Kolejny wrzask na ulicy. Martin maksymalnie pogłaśnia telewizor. Wściekłość spowodowana przez odrzucenie wpełza mu pod skórę; niewidzialna, nieusuwalna. Przecież wystarczy tylko, by odpisała. Nie chce wychodzić, ale jeśli mu nie odpowie, będzie musiał. Matka zawsze go zapewniała, że w życiu najważniejsza jest wytrwałość. A on wie, że jest najwytrwalszy ze wszystkich.