Dziewczyna z mgły - Carla Montero - ebook + audiobook + książka

Dziewczyna z mgły ebook i audiobook

Carla Montero

4,5
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Pasja, rywalizacja i tajemnice w najnowszej powieści Carli Montero, autorki Szmaragdowej Tablicy.

Wyspa Man, rok 1938. W tym odległym zakątku Morza Irlandzkiego Mila Kovac, młoda Hiszpanka, która zdobyła już sławę i pozycję w kręgach sportu motorowego, ma wziąć udział w wyścigu samochodowym. Zostawiła za sobą śmierć męża oraz przeszłość pełną wciąż otwartych ran. Na wyspie zebrali się wielcy kierowcy owych czasów, mężczyźni i kobiety. Jednak to nie wyścig i ostra walka na trasie okażą się dla Mili największym wyzwaniem. Ona będzie musiała się zmierzyć z własną historią, niespodziewanym uczuciem i podejrzeniami co do śmierci męża. Podczas gdy nad światem unosi się widmo nowego konfliktu, Mila poszukuje swojego miejsca między mgłą, pamięcią i pożądaniem.

W tej wypełnionej emocjami powieści linię mety przecinają miłość, ambicja i ukryte prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 477

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 22 min

Lektor: Anna Grochowska

Oceny
4,5 (4 oceny)
2
2
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
ckzadipie

Nie oderwiesz się od lektury

rewelacyjna Clara Montero
00
Teresa1234567

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo mi sie podobala Polecam
00
bokus

Dobrze spędzony czas

Polecam!
00
Elusive_Soul

Dobrze spędzony czas

To książka dla cierpliwych, nie wciąga od pierwszych stron. Albo inaczej - początek z przytupem, a potem do połowy książki niewiele się dzieje... Trafiamy w lata trzydzieste ubiegłego wieku. Mila Kovac, kierowca rajdowy traci w wypadku na torze męża, którego pasją także były wyścigi samochodowe. Czuje stratę, ma też wyrzuty sumienia, ale po części czuje dużą ulgę. Jej mąż był potworem, któremu życzyła śmierci każdego dnia za lata upokorzeń, krzywd i nieludzkich zachowań. Tu tempo akcji wyraźnie zwalnia, toczy się niekończąca się dyskusja, czy powinna wrócić do wyścigów, czy nie, czy wybuchnie wojna, czy nie i... tak do połowy książki. Na szczęście w tej drugiej dzieje się wiele, jest ciekawie i z każdą stroną wychodzą na jaw tajemnice z przeszłości. Odtąd można się zachwycać kunsztem autorki, a książka robi się nieodkładalna. Polecam lekturę, choć nadal będę się upierać, że nie jest to najlepsza książka Carli Montero, którą uwielbiam.
00



Polecamy

TEJ AUTORKI POLE­CAMY RÓW­NIEŻ

Szma­rag­dowa Tablica

Wie­deń­ska gra

Złota skóra

Zimowy wiatr na two­jej twa­rzy

Ogród kobiet

Ogni­sty Meda­lion

Księ­ży­cowa win­nica

Dedykacja

Tym, któ­rzy mają odwagę skrę­cić kie­row­nicę, żeby zje­chać z wyty­czo­nych tras, i odkry­wać nowe drogi

Motto

Choćby nasz dym zasnuł nieba two­ich oczu, roz­wieje się i gwiazdy ponow­nie roz­bły­sną; mimo bowiem mocy, cię­żaru i wspa­nia­ło­ści, jeste­śmy tylko wytwo­rem two­jego umy­słu. Rudy­ard KiplingSekret maszyn

1937

Niedziela, 8 sierpnia

Hałas był ogłu­sza­jący. Pięt­na­ście samo­cho­dów wyści­go­wych wypeł­niało powie­trze gło­śnym jak rój milio­nów owa­dów rykiem sil­ni­ków. Pędziły z zawrotną pręd­ko­ścią po tra­sie pro­wa­dzą­cej uli­cami Monte Carlo, a gdy prze­jeż­dżały, zgro­ma­dzony tłum żywo pokrzy­ki­wał i wiwa­to­wał. Ostre popo­łu­dniowe świa­tło odbi­jało się w bia­łych budyn­kach, w morzu i asfal­cie lśnią­cym jak świeżo malo­wany. Pano­wał duszący upał.

Anton Behra, za kie­row­nicą swo­jego Verusa B1, rzu­cił okiem w lusterko wsteczne. Przód jed­nego z Mase­ra­tich poja­wiał mu się w polu widze­nia i zni­kał, wóz gnał za nim jak dra­pież­nik za ofiarą. Nie mógł pozwo­lić się dogo­nić. Jeśli nie utrzyma tej szó­stej pozy­cji przy­naj­mniej na kilku pierw­szych okrą­że­niach, straci szansę na podium. To ozna­cza­łoby jego koniec.

Rzut oka na szyb­ko­ścio­mierz: sto czter­dzie­ści kilo­me­trów na godzinę. Już roz­wi­jał mak­sy­malną pręd­kość na tym dziu­ra­wym jak sito zjeź­dzie. A jed­nak pod­jął ryzyko i wstrzy­my­wał się z hamo­wa­niem. Do końca pro­stej zostało mu zale­d­wie sto metrów, ale zde­cy­do­wa­nie doci­skał pedał gazu. Był wybit­nym raj­dow­cem, cią­gle naj­lep­szym. Samo­chód trząsł się jak opę­tany. On sam dygo­tał od stóp do głów, zlany potem; dyszał jak wście­kły byk, mimo to bra­ko­wało mu powie­trza. Serce pod­cho­dziło mu do gar­dła, czuł się bar­dzo źle, musiał jed­nak cisnąć do końca. Wście­kłość utrzy­my­wała go w ryzach. Zbli­żał się do zakrętu, a pędził sto sześć­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę; powi­nien przy­ha­mo­wać już teraz, w prze­ciw­nym razie roz­bije się o budy­nek na rogu. Chciał przy­trzy­mać gaz jesz­cze przez sekundę. Wtedy oczy zaszły mu mgłą.

W prze­bły­sku świa­do­mo­ści zoba­czył, że jezd­nia skręca, a on sunie pro­sto na ten narożny budy­nek. Potrzą­snął głową, zagryzł zęby i nadep­nął na hamu­lec. Wci­snął sprzę­gło i wrzu­cił jedynkę. Opony zapisz­czały. Skrę­cił kie­row­nicę i zdo­łał wyjść z zakrętu. Prze­mknął bar­dzo bli­sko ściany, była na wycią­gnię­cie ręki.

Nie mógł w to uwie­rzyć. Wła­śnie o włos unik­nął śmierci. W ostat­niej chwili doszedł do sie­bie i odzy­skał pano­wa­nie nad maszyną. Zebrało mu się na wymioty, ale żołą­dek miał już zupeł­nie pusty. Zapach ben­zyny i spa­lo­nej gumy wywra­cał mu flaki, ni­gdy wcze­śniej nic takiego mu się nie przy­tra­fiło. Mocno ści­snął kie­row­nicę i tar­gany mdło­ściami pruł jak sza­lony: zakręt Mira­beau, roz­jazd przy dworcu, zakręt Por­tier. Ostre słońce nad morzem raziło go w sze­roko otwarte oczy. Twarz ocie­kała mu potem. Przy każ­dym skrę­ce­niu kie­row­nicy, przy każ­dym pod­skoku na wybo­jach bolały go wszyst­kie mię­śnie. Wrzu­cił dwójkę, trójkę, czwórkę, za zakrę­tem Por­tier, znowu mocno doci­ska­jąc pedał gazu, roz­pę­dzał się na bul­wa­rze Ludwika II.

To cho­lerne Mase­rati dogo­niło go. Zoba­czył, że pró­buje prze­ci­snąć się bokiem, więc zaje­chał mu drogę. Do jasnej cho­lery… Bar­dzo bolał go żołą­dek, czuł w ustach gorzki posmak żółci. Cią­żyły mu powieki. Z tru­dem sku­piał wzrok na jezdni: wjazd do tunelu zda­wał się roz­wi­jać i tań­czyć mu przed oczami. Zamru­gał i prze­su­nął ręką po zapa­ro­wa­nych goglach. Co się, u dia­bła, z nim dzieje?

Poczuł w żołądku silne ukłu­cie; aż zaparło mu dech. Jedną ręką puścił kie­row­nicę i przy­ci­snął ją do brzu­cha. Zwol­nił pedał gazu. Mase­rati wymi­nęło go przed tune­lem.

Anton Behra zaklął szpet­nie, wrza­snął z bólu i zło­ści. Kiedy ponow­nie chwy­cił obu­rącz kie­row­nicę i dodał gazu, wyda­wało mu się, że toczy pianę z ust. Dogoni tego skur­wiela na następ­nej pro­stej, przy wylo­cie z tunelu Larvotto. Do dia­bła, dopadnę go, myślał, pory­suję mu ten cho­lerny lakier przy wyprze­dza­niu. Jeśli nie przed szy­ka­nami, to za nimi. Ból cią­gle palił go w żołądku, powie­trze nie docie­rało do płuc, Behra jed­nak nie pozwa­lał, aby te uczu­cia nad nim zapa­no­wały: wyko­rzy­sta złość i gniew, by dalej gnać, by jechać jak mistrz, któ­rym wciąż był.

Pur­pu­rowy Verus B1 z nume­rem bocz­nym 15 mknął ku szy­ka­nom przy por­cie z nie­by­wałą pręd­ko­ścią stu osiem­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę. Kie­rowca rap­tow­nie zaha­mo­wał z piskiem opon, które zosta­wiły na asfal­cie czarne, dymiące, ema­nu­jące kwa­śnym smro­dem ślady. A jed­nak nie skrę­cił.

Krzyk prze­ra­że­nia wstrzą­snął try­bu­nami, gdy samo­chód ude­rzył pro­sto w bandę, odbił się, prze­ciął jezd­nię, sypiąc iskrami, po czym wpadł na murek oka­la­jący port. Ude­rze­nie było tak silne, że wyle­ciał w powie­trze i poko­zioł­ko­wał wśród zgrzytu gię­tego metalu i brzęku tłu­czo­nego szkła, aż z suchym łomo­tem, od któ­rego włosy sta­wały dęba, zatrzy­mał się na asfal­cie; leżał na boku. Nagle potężna eks­plo­zja spo­wiła go wielką kulą ognia. Pło­mie­nie pochło­nęły ciało Antona Behry, który uwię­ziony w kabi­nie, spło­nął w kilka sekund i nikt nawet nie zdą­żył zbli­żyć się do tego pie­kła.

Wtorek, 10 sierpnia

Na nabrzeżu portu Her­cu­les pano­wał zdu­mie­wa­jący spo­kój po tłum­nym roz­gar­dia­szu week­endu. Wokoło roz­le­gały się jedy­nie szmer spo­koj­nego ude­rza­nia fal o kamie­nie i kadłuby zacu­mo­wa­nych jach­tów, ciche roz­mowy ryba­ków przy­go­to­wu­ją­cych sprzęt przed wyj­ściem w morze i dale­kie pokrzy­ki­wa­nia dzieci ska­czą­cych do wody.

Popo­łu­dniową godziną, nie­długo po obie­dzie, żar lał się z nieba i ludzie chro­nili się na tara­sach i w ogro­dach, w ustro­niach zapew­nia­ją­cych odro­binę cie­nia i nieco chłod­niej­sze powie­trze.

Mia­sto nie­ba­wem miało jed­nak odzy­skać ducha zabawy. O tej porze roku sto­lica Księ­stwa Monako tęt­niła ele­gan­cją i prze­py­chem, było to wszak jedno z naj­ulu­bień­szych miejsc wypo­czynku ludzi zamoż­nych i wpły­wo­wych. Gdy tylko słońce zacznie się chy­lić ku zacho­dowi, modelki haute couture wrócą na bul­wary, szy­kowne przy­ję­cia do willi i pię­cio­gwiazd­ko­wych hoteli, luk­su­sowe samo­chody do swo­ich wyści­gów, szam­pan zaś będzie lał się wszę­dzie. Bogaci mieli gdzieś tę tra­ge­dię. Z kie­sze­niami wypcha­nymi bank­no­tami łatwiej jest zapo­mnieć.

Tak myślał Jules Lafont, czło­wiek zupeł­nie nie­bo­gaty. Gdyby miał pie­nią­dze, nie sma­żyłby się w tej spie­ko­cie w porze sje­sty.

Wcią­gnął w płuca cięż­kie powie­trze prze­siąk­nięte wonią smoły i ryb. Zdjął kape­lusz i prze­tarł czoło chu­s­teczką. Wes­tchnął, cho­wa­jąc do kie­szeni spodni ten prze­mo­czony już kawa­łek mate­riału. Nie­na­wi­dził lata. Nie­na­wi­dził upału. Prze­szedł po nabrzeżu powłó­czy­stym kro­kiem; pod pachą niósł pognie­cioną mary­narkę. Zasta­no­wił się, czy nie wło­żyć jej na oko­licz­ność wizyty, jed­nak nie­mal natych­miast odrzu­cił ten pomysł. Nie nale­żał do ludzi przy­wią­zu­ją­cych wagę do ety­kiety, zwłasz­cza pod­czas wizyt urzę­do­wych, jak w tym przy­padku. Jeśli ci boga­cze poczują się ura­żeni jego wyglą­dem, tym gorzej dla nich. Nie przy­cho­dził tu dla ich przy­jem­no­ści.

Zatrzy­mał się na chwilę, gdy stwier­dził, że z miej­sca, w któ­rym się znaj­duje, nie­mal przy samym jach­cie będą­cym celem jego wizyty, można doj­rzeć odle­głe o kil­ka­dzie­siąt metrów miej­sce wypadku: po wyj­ściu z tunelu Larvotto, na końcu pro­stej rów­no­le­głej do morza, koń­czą­cej się ostrym zakrę­tem. Tym zakrę­tem… Cią­gle było widać wstrzą­sa­jący czarny osad sadzy i oleju pozo­stały po pło­ną­cym samo­cho­dzie.

Odchrząk­nął i przy­gnę­biony w końcu odwró­cił się w stronę jachtu cze­ka­ją­cego na niego w lek­kim roz­ko­ły­sa­niu przy nabrzeżu. Był piękny. Ponad dwa­dzie­ścia metrów dłu­go­ści, biały kadłub, pokład wyło­żony ciem­nym drew­nem. Ban­dera fran­cu­ska i nie­zbyt ory­gi­nalna nazwa Liberté. Tenta na rufie rzu­cała przy­jemny cień na wikli­nowy sto­lik i fotele z podusz­kami w biało-nie­bie­skie paski. Sie­dzący na jed­nym z nich, ple­cami do nabrzeża, młody męż­czy­zna słu­chał muzyki z gra­mo­fonu. Trzy­mał szkla­neczkę alko­holu w ręku, a na kola­nach miał roz­ło­żoną gazetę, któ­rej nie czy­tał, wzrok bowiem utkwił w dali, w mor­ski hory­zont. W popiel­niczce dymił nie­zga­szony nie­do­pa­łek papie­rosa.

– Bon après-midi, mon­sieur – pozdro­wił go Lafont, nie wcho­dząc na pokład.

Męż­czy­zna odwró­cił się zasko­czony, jakby wła­śnie się obu­dził, i gazeta spa­dła mu z kolan; się­gnął po nią, pośpiesz­nym ruchem odsta­wiw­szy szklankę na sto­lik. Z gazetą w ręku wstał, jed­no­cze­śnie pod­su­wa­jąc oku­lary na nosie. Był wysoki. Miał na sobie białe spodnie i koszulkę z krót­kimi ręka­wami i dwoma guzi­kami pod szyją, z tych, które noszą teni­si­ści i które chyba bar­dzo podo­bają się mło­dzieży. Cienki mate­riał opi­nał klatkę pier­siową o wyraź­nie zary­so­wa­nych mię­śniach. Lafont pomy­ślał, że mimo nie­for­mal­nego ubioru i bosych stóp ten chło­pak wydaje się znacz­nie bar­dziej ele­gancki niż on w swoim tanim wymię­tym gar­ni­tu­rze. To była kwe­stia postawy, ary­sto­kra­tycz­nej i dys­tyn­go­wa­nej, cien­kiego wąsika i oku­la­rów w rogo­wych opraw­kach, które nada­wały mu wygląd inte­lek­tu­ali­sty. I facet ani tro­chę się nie pocił.

Mło­dzian wyłą­czył gra­mo­fon i nowo­cze­sna ame­ry­kań­ska muzyka, któ­rej w opi­nii inspek­tora bra­ko­wało har­mo­nii, uci­chła.

– Dzień dobry… W czym mogę panu pomóc? – odpo­wie­dział mu dosko­nałą fran­cusz­czy­zną z bar­dzo lek­kim akcen­tem.

– Szu­kam madame Behry. Jak rozu­miem, mieszka na tym jach­cie.

– Tak… Yyy… Tak. Kto o nią pyta?

– Poli­cja kry­mi­nalna. Sûreté Publi­que.

Chło­pak znowu się zawa­hał, oka­zu­jąc, jak wszy­scy, nie­po­kój na widok jego odznaki.

– Muszę zadać madame kilka pytań – nale­gał Lafont. – Na temat śmierci mon­sieur Behry.

– Oczy­wi­ście… Odpo­czywa. Musi to być teraz?

Wystar­czyło, że Lafont lekko się skrzy­wił, by tam­ten zro­zu­miał.

– Tak… Jasne… Teraz. Pro­szę…? Pro­szę wejść na jacht, czy…?

Chło­pak jesz­cze nie dokoń­czył zda­nia, a pulchny poli­cjant już gra­mo­lił się po pro­wa­dzą­cym na rufę tra­pie, zasta­na­wia­jąc się, czy to kru­che drewno utrzyma jego cię­żar. Nie miał ochoty tego spraw­dzać, więc przy­spie­szył i wresz­cie zesko­czył – choć w sła­bym stylu – na pokład i zako­ły­sał się jak wańka-wstańka. Przy­trzy­mał się rusz­to­wa­nia tenty, żeby nie upaść i żeby sto­jący tam mło­kos, który już wycią­gał rękę w jego stronę, nie musiał go pod­trzy­my­wać, co byłoby naprawdę upo­ka­rza­jące.

– Zechce pan usiąść? Mon­sieur…

– Lafont. Inspek­tor Lafont. A pan to?

– Edu­ardo de Aran­zana. – Wycią­gał rękę do Lafonta, ale wyczuł, że zawi­śnie ona w powie­trzu, więc czym prę­dzej wsu­nął ją do kie­szeni.

– Też się pan ściga tymi gra­tami, prawda?

– Cza­sem, dla zabawy, ale nie jestem zawo­do­wym kie­rowcą.

– Jak dla mnie to wystar­czy. Sko­rzy­stam z sytu­acji i z panem też poga­dam.

Hisz­pan nie wyda­wał się zachwy­cony pomy­słem inspek­tora.

– No, ja… Jecha­łem w sobotę. Wzią­łem udział w wyścigu o Puchar Księ­cia Rainiera, ten tury­styczny. Anton… Mon­sieur Behra ści­gał się w nie­dzielę, w naj­wyż­szej kate­go­rii.

– Wiem. Wyco­fał się pan z wyścigu na pią­tym okrą­że­niu.

Jedną z rze­czy, które inspek­tor Lafont robił dobrze, było przy­go­to­wy­wa­nie się do prze­słu­chań. Dzień wcze­śniej dokład­nie prze­stu­dio­wał listy uczest­ni­ków wiel­kiego wyścigu i pozbie­rał infor­ma­cje na ich temat.

– Mia­łem kło­poty z pompą pali­wową.

– Jasne. Cho­dzi o to, że znał pan mon­sieur Behrę, prawda? Będę też potrze­bo­wał pana zezna­nia.

– Ale prze­cież jego śmierć… To był wypa­dek, czyż nie? To się zda­rza nie­stety.

– Tego pró­bu­jemy się dowie­dzieć, mon­sieur de Aran­zana, tego sta­ramy się dowie­dzieć. Pro­szę być tak miłym i pójść po madame.

– Tak, oczy­wi­ście.

Chło­pak niczym posłuszny uczeń udał się pod pokład. Zbyt wyra­fi­no­wany, oce­nił go Lafont. Czę­sto ci boga­cze prze­sa­dzają z dobrymi manie­rami i robią wra­że­nie kró­lew­skich dwó­rek. I cho­dzi boso jak wie­śniaczka… Tak się poru­sza… W opi­nii inspek­tora męż­czy­zna nie powi­nien odsła­niać stóp.

Kiedy został sam, poli­cjant sko­rzy­stał z oka­zji i ścią­gnął kape­lusz. Ponie­waż chu­s­teczkę miał już prze­mo­czoną, posta­no­wił otrzeć sobie czoło ręka­wem mary­narki. Następ­nie odło­żył na jedno z krze­seł prze­po­cony kape­lusz i mary­narkę wygnie­cioną jak ścierka. Oparł się o reling. Nie podo­bało mu się to koły­sa­nie: tylko tego bra­ko­wało, żeby zemdliło go na tym cho­ler­nym zacu­mo­wa­nym jach­cie. Ucie­szył go lekki wia­te­rek, wpa­da­jący pod tentę i chło­dzący mu kark, cho­ciaż to nie mogło uga­sić jego pra­gnie­nia. Łako­mie rzu­cił okiem na szklankę z alko­ho­lem, którą mło­dzie­niec zosta­wił na sto­liku.

Gdy zasta­na­wiał się, czy pota­jem­nie pocią­gnąć z niej łyk, tam­ten wró­cił.

– Mi… Madame zaraz przyj­dzie. Czy tym­cza­sem mogę zapro­po­no­wać panu coś do picia? Wodę…? Może lemo­niadę?

– Co pan pije?

– Koniak.

– Niech będzie koniak. Podwójny i z lodem. Bar­dzo dziś gorąco.

Szczę­śli­wie tuż pod ręką znaj­do­wał się barek. Lafont podzi­wiał boga­czy za to, że wie­dzą, jak uła­twiać sobie życie.

Edu­ardo de Aran­zana nie zdą­żył jesz­cze nalać koniaku, kiedy madame Behra wyszła na pokład.

– Inspek­to­rze – powie­działa, poda­jąc mu dłoń, którą szybko uści­snął.

– Dzień dobry, madame. Prze­pra­szam za to wtar­gnię­cie. Posta­ram się nie zabrać pani wiele czasu.

– Pro­szę zająć mi tyle, ile będzie pan potrze­bo­wał. Ale pro­szę usiąść.

Lafont wolałby roz­ma­wiać na sto­jąco, aby pod­kre­ślić krót­kość i wagę swo­jej wizyty. Postawa miała zna­cze­nie. Zro­bił jed­nak to, o co popro­siła madame, zasko­czony wła­sną reak­cją. Usie­dli naprze­ciwko sie­bie; wikli­nowy fotel zatrzesz­czał zbyt gło­śno pod cię­ża­rem poli­cjanta. Nie­mal w tej samej chwili poja­wił się koniak i dla madame coś, co wyglą­dało jak lemo­niada. Lafont zauwa­żył, że Hisz­pan z góry wie­dział, czego może chcieć dama, oraz to, że ona przy­jęła szklankę z lek­kim uśmie­chem i podzię­ko­wała mu deli­kat­nym muśnię­ciem przed­ra­mie­nia.

Co prawda nie prze­sta­wał obser­wo­wać tej kobiety, odkąd poja­wiła się na pokła­dzie, sko­rzy­stał jed­nak z oka­zji i lepiej się jej przyj­rzał, gdy zajęli się napo­jami. Oczy­wi­ście widział kilka zdjęć madame w pra­sie, była bowiem dość sławna w świe­cie kie­row­ców i reklamy, ale rzecz jasna nie odda­wały całego jej uroku.

Była młoda, znacz­nie młod­sza, niż się spo­dzie­wał, bio­rąc pod uwagę te foto­gra­fie, na któ­rych poja­wiała się mocno uma­lo­wana i z wyszu­kaną fry­zurą. Ponadto mając na wzglę­dzie, że jej nie­bosz­czyk mąż był po czter­dzie­stce, poli­cjant spo­dzie­wał się kobiety znacz­nie doj­rzal­szej. Ta skoń­czyła co naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pięć lat. Była ładna, o czym już wie­dział ze zdjęć; w natu­rze jed­nak oka­zało się, że nie jest to uroda osza­ła­mia­jąca; prze­ciw­nie, raczej dys­kretna – madame miała deli­katne rysy, poza wiel­kimi oczami w kar­me­lo­wym kolo­rze, które roz­świe­tlały jej obli­cze. W tej chwili były nieco zaczer­wie­nione i pod­krą­żone. Brak snu albo nad­miar pła­czu, pod­su­mo­wał poli­cjant. Może jedno i dru­gie. Tego popo­łu­dnia była ubrana pro­sto, skrom­niej niż wtedy, gdy pozo­wała na ele­ganc­kich przy­ję­ciach albo przy masce luk­su­so­wego samo­chodu, albo trzy­ma­jąc per­fumy, pre­zen­tu­jąc strój kąpie­lowy lub pole­ca­jąc pastylki na kaszel. Włosy, nieco ciem­niej­sze niż oczy, spły­wały jej lokami do wyso­ko­ści dobrze zary­so­wa­nej brody. Nie miała maki­jażu, tylko paznok­cie poma­lo­wane na czer­wono. Wło­żyła czarne spodnie i zwiewną bluzkę w tym samym kolo­rze, która zda­wała się falo­wać na jej wiot­kim ciele; wydatny biust ryso­wał się na końcu rzędu kilku, zbyt wielu, roz­pię­tych guzi­ków. Inspek­to­rowi ta żałoba wydała się nader dzi­waczna, aż za bar­dzo nowo­cze­sna. Madame nie przy­ozdo­biła się żad­nym klej­no­tem ani nawet obrączką.

Jed­nak uwagę poli­cjanta przy­kuł siniak na jej skroni, tuż przy pra­wym oku.

– Bar­dzo pani współ­czuję, madame Behra.

Dziew­czyna podzię­ko­wała za kon­do­len­cje ski­nie­niem głowy, ale popra­wiła go:

– Kovac. Mila Kovac. Ni­gdy nie uży­wam nazwi­ska męża. Aby unik­nąć zamie­sza­nia, kiedy star­tu­jemy w tym samym wyścigu. Star­to­wa­li­śmy…

– Tak. Widzia­łem, że pani rów­nież znaj­duje się na liście kie­row­ców. Nie­wiele kobiet pro­wa­dzi samo­chód.

– Jest nas sporo, naprawdę, to zależy od wyścigu. Są wyścigi wyłącz­nie dla kobiet, ale nie­które z nas wolą się ści­gać z męż­czy­znami.

– Two­rzyła pani dru­żynę z mężem…

– Cza­sem. Przede wszyst­kim w raj­dach i wyści­gach wytrzy­ma­ło­ścio­wych.

– Ach, jak ten dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzinny wyścig w Le Mans, tak?

– Tak, Le Mans to jedne z zawo­dów, na któ­rych wystą­pi­li­śmy jako dru­żyna. Przy wiel­kich wyści­gach zmie­nia­li­śmy się za kie­row­nicą, kiedy Anton był już zmę­czony. Jed­nak zwy­kle to on pro­wa­dził.

– Tak jak w tę nie­dzielę.

– Tak jest. Dzień wcze­śniej to ja poje­cha­łam w Pucha­rze Księ­cia Rainiera.

Zajęła trze­cie miej­sce, co zda­niem inspek­tora było zaska­ku­jąco wysoką pozy­cją jak na kobietę. Zwłasz­cza że zosta­wiła za ple­cami mnó­stwo męż­czyzn; mię­dzy innymi tego tu Edu­arda de Aran­zana, który teraz tak jej nad­ska­kuje, bar­dzo czuły i tro­skliwy. Poko­nała też swoją odwieczną rywalkę, Vivi Nîmes, obecną gwiazdę kobie­cych raj­dów. Inspek­tor Lafont, patrząc na madame, nie mógł uwie­rzyć, że taka słodka osóbka na torze wyści­go­wym może się zacho­wy­wać agre­syw­nie jak dzi­kie zwie­rzę. W każ­dym razie ta cała histo­ria z kobie­tami w wyści­gach wyda­wała mu się dość nie­przy­zwo­ita. Czego one szu­kają pomię­dzy mecha­ni­kami i awan­tur­ni­kami, z dala od domu, nie­po­trzeb­nie ryzy­ku­jąc życie? Nie, to nie jest oby­czajne. Nie powinni na to pozwa­lać.

– Kovac to nie jest fran­cu­skie nazwi­sko – zmie­nił temat.

– Prze­pra­szam, ale co to ma wspól­nego ze śmier­cią Antona? – Hisz­pan, który roz­siadł się obok dziew­czyny, rzu­cił się w jej obro­nie, przyj­mu­jąc rolę, jakiej wcale mu nie powie­rzyła.

– Nie, nie jest – szybko odpo­wie­działa poli­cjan­towi. – To węgier­skie nazwi­sko. Moi rodzice są emi­gran­tami, wyje­chali z Buda­pesztu po wpro­wa­dze­niu w kraju repu­bliki. Ja jed­nak mam pasz­port fran­cu­ski, mogę go panu oka­zać.

Inspek­to­rowi zaczy­nała się podo­bać ta kobieta. Jej spo­sób mówie­nia, jej postawa i spoj­rze­nie zdra­dzały cha­rak­ter zupeł­nie nie­przy­sta­jący do kru­chego wyglądu. Zale­d­wie przed dwoma dniami stra­ciła męża, a jed­nak ani głos się jej nie łamał, ani w oczach nie poja­wiały się łzy. Każda wdowa, która chcia­łaby się poka­zać jako zbo­lała, dałaby spek­ta­ku­larny popis wiel­kiej roz­pa­czy. Ona nie. Jej smu­tek był wyraźny, ale nie odgry­wała dra­matu.

– Nie musi mi go pani poka­zy­wać, madame. Jak słusz­nie zauwa­żył ten kawa­ler, moje pyta­nie nie ma nic wspól­nego ze śledz­twem, to zwy­kła cie­ka­wość.

Wspo­mniany kawa­ler, daleki od pano­wa­nia nad impul­sami, znowu przy­jął postawę obronną i wtrą­cił:

– A skoro mowa o śledz­twie… Dla­czego? Dla­czego poli­cja zaj­muje się czymś, co było nie­szczę­śli­wym wypad­kiem?

Lafont uznał, że ten młody don Kichot, który począt­kowo wyglą­dał mu na nie­śmia­łego, w obec­no­ści dziew­czyny poczuł się w obo­wiązku sta­nąć do walki.

– Może. A może wcale nie – przy­znał inspek­tor. – W każ­dym razie orga­ni­za­to­rzy Grand Prix nie wydają się tacy pewni jak pan, mon­sieur. We wstęp­nym śledz­twie w spra­wie wypadku odkryto pewne ano­ma­lie, które zgło­szono sędziemu, a ten ze swej strony posta­no­wił wsz­cząć śledz­two. Ale wie pan, może się oka­zać, że był to tylko… Jak pan mówił? Nie­szczę­śliwy wypa­dek? Oby… Byłoby znacz­nie lepiej dla wszyst­kich. Znacz­nie lepiej…

– Anton nie skrę­cił – prze­rwała mu madame ze wzro­kiem zagu­bio­nym, jakby myślała na głos. – Nie skrę­cił przy szy­ka­nie.

– Cho­dzi pani o zakręt?

– Musiałby skrę­cić, żeby w niego wejść, ale tego nie zro­bił.

– Widziała to pani?

– Nie, ale wielu ludzi tak, o niczym innym się nie mówi. I o śla­dach opon na asfal­cie: zdaje się, że wci­snął hamu­lec do deski, ale i tak ude­rzył pro­sto w bandę.

Na tej ban­dzie kie­rowca stra­cił pano­wa­nie nad samo­cho­dem, który ude­rzył w murek portu, dwa razy prze­ko­zioł­ko­wał i spadł­szy bokiem na jezd­nię, spło­nął. Tak było napi­sane w rapor­cie.

– Oczy­wi­ście nie mówią o tym przy mnie – cią­gnęła kobieta. – Nie chcą o tym mówić, żeby nie spra­wiać mi przy­kro­ści, ale… – Zawie­siła głos, kła­dąc czule rękę na kola­nie Aran­zany. – Pro­szę wyba­czyć, jeśli Edu­ardo jest tro­chę nie­grzeczny. On, tak jak inni, chce mnie tylko chro­nić – dodała, posy­ła­jąc mło­dzień­cowi smutny uśmiech, na który odpo­wie­dział podob­nym uśmie­chem i ści­snął jej dłoń.

– Chro­nić panią przed czym?

– Przed bole­sną prawdą: że ja… być może jestem temu winna.

Poli­cjant uniósł brew, co było szczy­tem jego mimiki pod­czas prze­słu­chań. Dziew­czyna pochy­liła się w stronę leżą­cej na sto­liku papie­ro­śnicy; otwo­rzyła ją i podała inspek­to­rowi papie­rosa. Ten podzię­ko­wał ruchem ręki, popił łyk koniaku i dalej pro­wa­dził prze­py­ty­wa­nie.

– Winna?

Hisz­pan podał kobie­cie ogień. Następ­nie sam też zapa­lił. Madame Kovac zacią­gnęła się, zanim odpo­wie­działa, i inspek­tor dostrzegł nie­znaczne drże­nie ręki, w któ­rej trzy­mała papie­rosa.

– Mówi­łam mu, żeby nie jechał, ale nie chciał mnie słu­chać. Powin­nam była nale­gać, powin­nam była go zatrzy­mać. Pokłó­ci­li­śmy się… – powie­działa, wypusz­cza­jąc kłąb dymu. Miała roz­bie­gane oczy i Lafont nie był w sta­nie nawią­zać z nią kon­taktu wzro­ko­wego. – To dla­tego nie byłam w bok­sach i nie widzia­łam wypadku, bo zosta­łam na jach­cie. Byłam tak zła na Antona po naszej kłótni, że nawet nie chcia­łam pójść na wyścig. A teraz on… – Zagry­zła usta.

– Dla­czego pani mąż nie miałby poje­chać?

– Nie czuł się dobrze. Zjadł coś, co mu zaszko­dziło, i tro­chę się pod­truł. Przez kilka godzin przed wyści­giem cią­gle wymio­to­wał, ale był tak zawzięty, tak bar­dzo mu zale­żało na udziale w tym wyścigu, że…

– A był jakiś spe­cjalny powód, dla któ­rego nie chciał odpu­ścić?

Kobieta zacią­gnęła się kilka razy, krótko, ner­wowo. Wciąż uni­kała wzroku Lafonta.

– Milo, nie musisz… – wtrą­cił się Aran­zana i zaraz posta­wił się inspek­to­rowi: – Niech pan posłu­cha, myślę, że już wystar­czy. Jeśli chce pan dalej pro­wa­dzić to prze­słu­cha­nie, pro­szę przy­nieść nakaz i niech ono się odbę­dzie w obec­no­ści adwo­kata.

– Pro­szę się tak nie dener­wo­wać, mon­sieur. – Lafont uśmiech­nął się pro­tek­cjo­nal­nie. – To nie prze­słu­cha­nie, tylko roz­mowa, a madame nie jest o nic oskar­żona. Nie musi odpo­wia­dać na pyta­nia, jeśli sobie tego nie życzy.

– Dobrze, dobrze! Sły­sza­łaś, Milo. Nie odpo­wia­daj.

Dziew­czyna zga­siła papie­rosa w popiel­niczce. Zatarła dło­nie i wpa­trzyła się w nie, jakby szu­kała odpry­sku lakieru na paznok­ciach.

– Anton był zruj­no­wany – zdra­dziła inspek­to­rowi, nie zwa­ża­jąc na słowa Hisz­pana. – Od kilku lat jego inte­resy nie szły dobrze i miał mnó­stwo dłu­gów, cho­ciaż nie znam szcze­gó­łów, nie mówił mi o nich. Wiem tylko, że liczył na odbi­cie się finan­sowe dzięki Veru­sowi. Sam go zapro­jek­to­wał i zbu­do­wał, i szcze­rze mówiąc, to był dobry samo­chód.

– Dość dobry, żeby wygrać wszyst­kie wyścigi?

– Nie. Bar­dzo trudno jest wygrać ze „srebr­nymi strza­łami”, ale wystar­czy zająć jedno z trzech pierw­szych miejsc, żeby zebrać wyso­kie nagrody na koniec sezonu. Można też zyskać spon­so­rów i kon­trakty rekla­mowe. Wystar­czy­łoby na pokry­cie czę­ści dłu­gów i dal­szą walkę. Tak mówił.

– Według pani, madame, do wypadku doszło dla­tego, że mąż nie czuł się dobrze tego dnia, czy tak?

– Nie mam oczy­wi­ście pew­no­ści, ale wiem, jak źle się czuł, i wiem z opo­wia­dań świad­ków, że samo­chód zacho­wy­wał się tak, jakby nikt nim nie kie­ro­wał, więc wydaje mi się to naj­bar­dziej praw­do­po­dobne.

– Nie mogła się zda­rzyć żadna usterka tech­niczna?

– Zawsze może się zda­rzyć usterka tech­niczna, ale Anton bar­dzo dro­bia­zgowo prze­glą­dał samo­chód przed wyści­giem, a Phi­lippe jest jesz­cze bar­dziej skru­pu­latny.

Inspek­tor wie­dział, że madame ma na myśli Phi­lippe’a Bouchera, mecha­nika grupy, który też figu­ro­wał na liście świad­ków do prze­słu­cha­nia, ale jesz­cze nie zdą­żył z nim poroz­ma­wiać.

– Nie znam się na samo­cho­dach, madame, ale wyobra­żam sobie, że bez względu na to, jak skru­pu­lat­nie się je prze­gląda, zawsze ist­nieje ryzyko, że zawiodą.

Kobieta unio­sła wzrok i utkwiła go gdzieś na mor­skim hory­zon­cie. Powoli ski­nęła głową.

– Oby dowie­dziono, że tak było. Jeśli się okaże, że to wina maszyny, spad­nie mi kamień z serca.

Poli­cjant ze zdzi­wie­niem przy­glą­dał się przez chwilę pro­fi­lowi zamy­ślo­nej madame Kovac. Powoli pokrę­cił głową i wró­cił do prze­py­ty­wa­nia.

– A pro­szę mi powie­dzieć, czy ktoś mógłby być zain­te­re­so­wany tym, żeby mon­sieur Behra nie ukoń­czył nie­dziel­nego wyścigu?

– Jego wie­rzy­ciele z całą pew­no­ścią nie. A jeśli myśli pan o mnie, pro­szę uwie­rzyć, że ruina Antona ozna­cza także moje ban­kruc­two. Nie miał żad­nego ubez­pie­cze­nia, na któ­rym bym sko­rzy­stała.

Lafont wychy­lił koniak. Jak­kol­wiek nie sądził, by kła­mała w spra­wie ubez­pie­cze­nia, i tak musiał to spraw­dzić.

– Czy pani mał­żo­nek miał wielu wro­gów?

– Oczy­wi­ście, że tak. Przy­naj­mniej kilku. Nie dociera się do miej­sca, w któ­rym był Anton, nie robiąc sobie wro­gów po dro­dze: w inte­re­sach, w wyści­gach… Oba te światy pełne są rywa­li­za­cji. A Anton jest… był bar­dzo ambitny i nie miał skru­pu­łów. Pro­szę pana, nie wiem, z iloma oso­bami już pan roz­ma­wiał, ale wcze­śniej czy póź­niej odkryje pan, że mój mąż nie był zbyt lubia­nym czło­wie­kiem. Jeśli jed­nak chce pan, żebym wska­zała kogoś, kto nie­na­wi­dził go aż tak bar­dzo, by go zabić… Nie wiem, trudno mi uwie­rzyć, żeby był ktoś taki.

– Chciał­bym zadać pani pyta­nie oso­bi­ste, madame. Pro­szę odpo­wie­dzieć, jeśli uzna to pani za sto­sowne, tak byśmy nie zde­ner­wo­wali pani przy­ja­ciela. Czy była pani szczę­śliwa w mał­żeń­stwie?

Jak prze­wi­dział inspek­tor, Edu­ardo de Aran­zana aż pod­sko­czył na fotelu, czemu towa­rzy­szyło osten­ta­cyjne skrzy­pie­nie wikliny.

– Na miłość boską! To jest nie­do­pusz­czalne! Milo, nie odpo­wia­daj na to pyta­nie.

Kobieta ponow­nie dowio­dła, że ma wolną wolę. Po raz pierw­szy spoj­rzała badaw­czo na Lafonta tymi oczami, w któ­rych zda­wał się kryć cały świat.

– Nie można by nas uznać za ide­alne mał­żeń­stwo. Nawet nie kon­wen­cjo­nalne. Na początku tak było, ale ta sie­lanka trwała tylko pół roku. Potem…

– Co się wyda­rzyło?

– Żadna kobieta nie lubi, kiedy nie jest naj­waż­niej­sza dla męża, a Anton wiele rze­czy przed­kła­dał nade mnie: swoje firmy, swoje samo­chody, swoje zami­ło­wa­nia… Wiem też o innych kobie­tach, cho­ciaż oczy­wi­ście one też nie były dla niego naj­waż­niej­sze, z pew­no­ścią nie waż­niej­sze ode mnie. Ale były. Zno­si­łam wiele przy­kro­ści, nie­ustan­nie się kłó­ci­li­śmy… Przy­naj­mniej na początku, potem przy­wy­kłam.

– Znam kobiety, które się roz­wio­dły, mimo że miały znacz­nie mniej powo­dów. Nie jest pani zwo­len­niczką roz­wo­dów, madame?

– Nie jestem prze­ciw. W sumie to wiele razy myśla­łam, żeby poroz­ma­wiać z nim o roz­wo­dzie… Jed­nak w końcu… Doszłam do wnio­sku, że opłaca mi się być jego żoną. Anton mimo wszystko dobrze mnie trak­to­wał, zga­dzał się na moje kaprysy, dawał mi wol­ność, robi­łam to, na co mia­łam ochotę. Nie kon­tro­lo­wał mnie, nie pod­po­rząd­ko­wy­wał mnie sobie. O nie­wielu męż­czy­znach można coś takiego powie­dzieć. Nie­któ­rym trzeba pła­cić znacz­nie wię­cej za ich miłość. Anto­nowi nie. Kochał mnie na swój spo­sób: nie dawał za wiele, ale też nie pro­sił o zbyt wiele. Osią­gnę­li­śmy dobry kom­pro­mis.

– A pani miała jakiś romans?

– Nie – odpo­wie­działa kate­go­rycz­nie – nie inte­re­sują mnie romanse. Zauwa­żył już pan, że nie jestem osobą zbyt roman­tyczną.

– Pro­szę posłu­chać, inspek­to­rze – znowu wtrą­cił się Hisz­pan – wydaje mi się, że madame już wyka­zała się wyjąt­kową cier­pli­wo­ścią. To oczy­wi­ste, że w naj­gor­szym razie mon­sieur Behra roz­ko­ja­rzył się za kie­row­nicą z powodu złego samo­po­czu­cia. Nie ma co szu­kać dziury w całym, a już na pewno nie za cenę repu­ta­cji jego mał­żonki.

Inspek­tor chciał coś powie­dzieć, ale osta­tecz­nie się poha­mo­wał. Ten hisz­pań­ski mądrala nie zasłu­gi­wał na żadną odpo­wiedź. Odsta­wił kie­li­szek na sto­lik i uznał wizytę za zakoń­czoną.

– Zna­ko­mi­cie, madame. – Z wysił­kiem wstał z fotela, jakby jego pokaźne ciało zakli­no­wało się mię­dzy opar­ciem i pod­ło­kiet­ni­kami. – Bar­dzo dzię­kuję za szcze­rość i za pani czas. Nie będę już pani nie­po­koił, przy­naj­mniej na razie.

Kovac i Aran­zana rów­nież wstali. Gdy poli­cjant się­gał po kape­lusz i mary­narkę, kobieta zapy­tała:

– Wie pan, kiedy będę mogła wypra­wić pogrzeb mężowi i wresz­cie zakoń­czyć… to wszystko?

Hisz­pan pogła­dził ją po ple­cach.

– Zaraz po autop­sji, madame. Oba­wiam się, że potrwa to jesz­cze kilka dni, ale posta­ram się przy­spie­szyć pro­ce­durę.

– Bar­dzo panu dzię­kuję, inspek­to­rze. Jest pan bar­dzo miły.

Jules Lafont wło­żył kape­lusz, ale zanim odszedł, przy­po­mniał sobie, że nie do końca wyczer­pał temat.

– Pro­szę pozwo­lić mi zadać jesz­cze jedno pyta­nie, madame: jak nabiła sobie pani tego siniaka?

– Pośli­znę­łam się, wycho­dząc z wanny.

– No tak, to się zda­rza… Cóż, jak mówi­łem: bar­dzo dzię­kuję i do widze­nia.

Jules Lafont ostroż­nie prze­szedł przez pokład i trap. Bar­dzo pra­gnął zna­leźć się już na sta­łym lądzie. Czuł, że kręci mu się w gło­wie, jakby wypił nie kie­li­szek koniaku, ale pół butelki. Gdyby ponow­nie musiał prze­słu­chać madame Kovac, czego nie wyklu­czał, zrobi to na komi­sa­ria­cie, na twar­dym grun­cie.

Ta kobieta go intry­go­wała. Poznał już wiele wdów, zarówno w ramach swo­jej pro­fe­sji, jak pry­wat­nie, i wie­dział, że jeśli cze­goś można od nich ocze­ki­wać, to głę­bo­kiej żałoby. Dla­tego te, które nie czują jej w sercu, udają: i tego się po madame spo­dzie­wał. Po tym spo­tka­niu nie był pewien, czy odczuwa ona żałobę, ale bez wąt­pie­nia nie zadała sobie trudu, aby ją uda­wać. Pró­bo­wała tylko wypaść szcze­rze. Szcze­rze nawet w takiej spra­wie. I poli­cjant zada­wał sobie pyta­nie dla­czego.

Z dru­giej jed­nak strony kobieta mu się podo­bała, polu­bił ją. „Ta cho­ler­nica jest uwo­dzi­ciel­ska do gra­nic, cho­ciaż wcale się nie stara – pomy­ślał Lafont. – A przy­naj­mniej na to nie wygląda”.

Zanim opu­ścił nabrzeże, obej­rzał się i po raz ostatni obrzu­cił spoj­rze­niem Liberté. Edu­ardo de Aran­zana i Mila Kovac trzy­mali się za ręce, sto­jąc do sie­bie przo­dem, bar­dzo bli­sko. I wtedy ona wsparła głowę na jego piersi, a on oto­czył ją ramio­nami.

Nie, dziew­czyna nie była cał­kiem szczera, bo ewi­dent­nie ta dwójka miała romans. Dla­czego jed­nak go nie ukry­wali? Dla­czego madame zaprze­czała wła­snym sło­wom tymi oczy­wi­stymi gestami? Tak, zde­cy­do­wa­nie go intry­go­wała. Bar­dzo go intry­go­wała.

Edu­ardo de Aran­zana cze­kał, aż poli­cjant oddali się od jachtu, aby dać upust emo­cjom:

– Na Boga! Bałem się, że on już ni­gdy stąd nie pój­dzie!

Roz­ma­wiali po hisz­pań­sku, jak zawsze kiedy byli sami. Mila mówiła, że nie chce zapo­mnieć języka. Odwró­cił się do niej i prze­stra­szył się, zoba­czyw­szy, że pobla­dła i spo­chmur­niała. Pod­szedł i czu­łym gestem zało­żył jej kosmyk wło­sów za ucho.

– Dobrze się czu­jesz?

Mila nie potra­fiła odpo­wie­dzieć. Poza tym, że od śmierci Antona cią­gle chciało jej się wymio­to­wać, czuła się pusta, jakby świat poru­szał się wokoło niej, a ona stała spa­ra­li­żo­wana, nie­zdolna do myśle­nia o tym, co ma zro­bić albo co powie­dzieć. Jak jed­nak wyja­śnić to Dudu?

– Tak. – Wysi­liła się na uśmiech.

Chło­pak podał jej szklankę lemo­niady.

– Nawet jej nie spró­bo­wa­łaś, a przy tym upale się odwod­nisz. No wypij tro­chę.

Posłu­chała go jak auto­mat, ale popiła tylko kilka łyków i odsta­wiła szklankę na sto­lik. Edu­ardo ujął jej dło­nie.

– Może połóż się i spró­buj zdrzem­nąć, co?

– Nie, teraz bym nie dała rady zasnąć. Myśla­ła­bym w kółko o roz­mo­wie z tym poli­cjan­tem.

– Tak… zacho­wał się bar­dzo gru­biań­sko, to prawda, a ty… Cóż… Nie uwa­żasz, że byłaś z nim zbyt szczera?

– Powie­dzia­łam mu tylko to, czego i tak wcze­śniej czy póź­niej się domy­śli. Gdy­bym skła­mała, kłam­stwo obró­ci­łoby się prze­ciwko mnie.

– Rozu­miem, ale… Trzeba uwa­żać, te typki tylko cze­kają, żeby zna­leźć kogoś, kogo będą mogły oskar­żyć. Nie wolno im uła­twiać sprawy.

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami.

– I co to zmieni? Anton nie żyje, a ja nie wiem, co mam zro­bić ze swoim życiem.

– Nie mów tak, ma chérie. Wła­śnie teraz możesz odzy­skać wła­sne życie. A ja stanę u two­jego boku za każ­dym razem, kiedy będziesz mnie potrze­bo­wać.

Mila spoj­rzała na niego z czu­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią. Wyczer­pana wsparła głowę na jego piersi i schro­niła się w jego obję­ciach.

– Szkoda, że wyszłaś za tego czło­wieka – szep­nął Dudu z brodą opartą na jej gło­wie.

– Szkoda, że musia­łam za niego wyjść. Szkoda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: La dama de la nie­bla

Copy­ri­ght © 2025, Carla Mon­tero

Trans­la­ted from the ori­gi­nal edi­tion of Edi­to­rial Pla­neta, S.A., 2025, Edi­cio­nes Destino

This edi­tion has been publi­shed thro­ugh the agre­ement with Han­ska Lite­rary&Film Agency, Bar­ce­lona, Spain.

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Kata­rzyna Raź­niew­ska

Pro­jekt okładki: Pla­neta Arte & Diseno

Opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki: Michał Paw­łow­ski

Ilu­stra­cje na okładce

© Joanna Czo­gala / Arcan­gel Ima­ges

© Key­stone-France/Gamma-Key­stone via Getty Ima­ges

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Dziew­czyna z mgły, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-685-0

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer