Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
Pasja, rywalizacja i tajemnice w najnowszej powieści Carli Montero, autorki Szmaragdowej Tablicy.
Wyspa Man, rok 1938. W tym odległym zakątku Morza Irlandzkiego Mila Kovac, młoda Hiszpanka, która zdobyła już sławę i pozycję w kręgach sportu motorowego, ma wziąć udział w wyścigu samochodowym. Zostawiła za sobą śmierć męża oraz przeszłość pełną wciąż otwartych ran. Na wyspie zebrali się wielcy kierowcy owych czasów, mężczyźni i kobiety. Jednak to nie wyścig i ostra walka na trasie okażą się dla Mili największym wyzwaniem. Ona będzie musiała się zmierzyć z własną historią, niespodziewanym uczuciem i podejrzeniami co do śmierci męża. Podczas gdy nad światem unosi się widmo nowego konfliktu, Mila poszukuje swojego miejsca między mgłą, pamięcią i pożądaniem.
W tej wypełnionej emocjami powieści linię mety przecinają miłość, ambicja i ukryte prawdy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 477
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Czas: 13 godz. 22 min
Lektor: Anna Grochowska
TEJ AUTORKI POLECAMY RÓWNIEŻ
Szmaragdowa Tablica
Wiedeńska gra
Złota skóra
Zimowy wiatr na twojej twarzy
Ogród kobiet
Ognisty Medalion
Księżycowa winnica
Tym, którzy mają odwagę skręcić kierownicę, żeby zjechać z wytyczonych tras, i odkrywać nowe drogi
Choćby nasz dym zasnuł nieba twoich oczu, rozwieje się i gwiazdy ponownie rozbłysną; mimo bowiem mocy, ciężaru i wspaniałości, jesteśmy tylko wytworem twojego umysłu. Rudyard KiplingSekret maszyn
Hałas był ogłuszający. Piętnaście samochodów wyścigowych wypełniało powietrze głośnym jak rój milionów owadów rykiem silników. Pędziły z zawrotną prędkością po trasie prowadzącej ulicami Monte Carlo, a gdy przejeżdżały, zgromadzony tłum żywo pokrzykiwał i wiwatował. Ostre popołudniowe światło odbijało się w białych budynkach, w morzu i asfalcie lśniącym jak świeżo malowany. Panował duszący upał.
Anton Behra, za kierownicą swojego Verusa B1, rzucił okiem w lusterko wsteczne. Przód jednego z Maseratich pojawiał mu się w polu widzenia i znikał, wóz gnał za nim jak drapieżnik za ofiarą. Nie mógł pozwolić się dogonić. Jeśli nie utrzyma tej szóstej pozycji przynajmniej na kilku pierwszych okrążeniach, straci szansę na podium. To oznaczałoby jego koniec.
Rzut oka na szybkościomierz: sto czterdzieści kilometrów na godzinę. Już rozwijał maksymalną prędkość na tym dziurawym jak sito zjeździe. A jednak podjął ryzyko i wstrzymywał się z hamowaniem. Do końca prostej zostało mu zaledwie sto metrów, ale zdecydowanie dociskał pedał gazu. Był wybitnym rajdowcem, ciągle najlepszym. Samochód trząsł się jak opętany. On sam dygotał od stóp do głów, zlany potem; dyszał jak wściekły byk, mimo to brakowało mu powietrza. Serce podchodziło mu do gardła, czuł się bardzo źle, musiał jednak cisnąć do końca. Wściekłość utrzymywała go w ryzach. Zbliżał się do zakrętu, a pędził sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę; powinien przyhamować już teraz, w przeciwnym razie rozbije się o budynek na rogu. Chciał przytrzymać gaz jeszcze przez sekundę. Wtedy oczy zaszły mu mgłą.
W przebłysku świadomości zobaczył, że jezdnia skręca, a on sunie prosto na ten narożny budynek. Potrząsnął głową, zagryzł zęby i nadepnął na hamulec. Wcisnął sprzęgło i wrzucił jedynkę. Opony zapiszczały. Skręcił kierownicę i zdołał wyjść z zakrętu. Przemknął bardzo blisko ściany, była na wyciągnięcie ręki.
Nie mógł w to uwierzyć. Właśnie o włos uniknął śmierci. W ostatniej chwili doszedł do siebie i odzyskał panowanie nad maszyną. Zebrało mu się na wymioty, ale żołądek miał już zupełnie pusty. Zapach benzyny i spalonej gumy wywracał mu flaki, nigdy wcześniej nic takiego mu się nie przytrafiło. Mocno ścisnął kierownicę i targany mdłościami pruł jak szalony: zakręt Mirabeau, rozjazd przy dworcu, zakręt Portier. Ostre słońce nad morzem raziło go w szeroko otwarte oczy. Twarz ociekała mu potem. Przy każdym skręceniu kierownicy, przy każdym podskoku na wybojach bolały go wszystkie mięśnie. Wrzucił dwójkę, trójkę, czwórkę, za zakrętem Portier, znowu mocno dociskając pedał gazu, rozpędzał się na bulwarze Ludwika II.
To cholerne Maserati dogoniło go. Zobaczył, że próbuje przecisnąć się bokiem, więc zajechał mu drogę. Do jasnej cholery… Bardzo bolał go żołądek, czuł w ustach gorzki posmak żółci. Ciążyły mu powieki. Z trudem skupiał wzrok na jezdni: wjazd do tunelu zdawał się rozwijać i tańczyć mu przed oczami. Zamrugał i przesunął ręką po zaparowanych goglach. Co się, u diabła, z nim dzieje?
Poczuł w żołądku silne ukłucie; aż zaparło mu dech. Jedną ręką puścił kierownicę i przycisnął ją do brzucha. Zwolnił pedał gazu. Maserati wyminęło go przed tunelem.
Anton Behra zaklął szpetnie, wrzasnął z bólu i złości. Kiedy ponownie chwycił oburącz kierownicę i dodał gazu, wydawało mu się, że toczy pianę z ust. Dogoni tego skurwiela na następnej prostej, przy wylocie z tunelu Larvotto. Do diabła, dopadnę go, myślał, porysuję mu ten cholerny lakier przy wyprzedzaniu. Jeśli nie przed szykanami, to za nimi. Ból ciągle palił go w żołądku, powietrze nie docierało do płuc, Behra jednak nie pozwalał, aby te uczucia nad nim zapanowały: wykorzysta złość i gniew, by dalej gnać, by jechać jak mistrz, którym wciąż był.
Purpurowy Verus B1 z numerem bocznym 15 mknął ku szykanom przy porcie z niebywałą prędkością stu osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Kierowca raptownie zahamował z piskiem opon, które zostawiły na asfalcie czarne, dymiące, emanujące kwaśnym smrodem ślady. A jednak nie skręcił.
Krzyk przerażenia wstrząsnął trybunami, gdy samochód uderzył prosto w bandę, odbił się, przeciął jezdnię, sypiąc iskrami, po czym wpadł na murek okalający port. Uderzenie było tak silne, że wyleciał w powietrze i pokoziołkował wśród zgrzytu giętego metalu i brzęku tłuczonego szkła, aż z suchym łomotem, od którego włosy stawały dęba, zatrzymał się na asfalcie; leżał na boku. Nagle potężna eksplozja spowiła go wielką kulą ognia. Płomienie pochłonęły ciało Antona Behry, który uwięziony w kabinie, spłonął w kilka sekund i nikt nawet nie zdążył zbliżyć się do tego piekła.
Na nabrzeżu portu Hercules panował zdumiewający spokój po tłumnym rozgardiaszu weekendu. Wokoło rozlegały się jedynie szmer spokojnego uderzania fal o kamienie i kadłuby zacumowanych jachtów, ciche rozmowy rybaków przygotowujących sprzęt przed wyjściem w morze i dalekie pokrzykiwania dzieci skaczących do wody.
Popołudniową godziną, niedługo po obiedzie, żar lał się z nieba i ludzie chronili się na tarasach i w ogrodach, w ustroniach zapewniających odrobinę cienia i nieco chłodniejsze powietrze.
Miasto niebawem miało jednak odzyskać ducha zabawy. O tej porze roku stolica Księstwa Monako tętniła elegancją i przepychem, było to wszak jedno z najulubieńszych miejsc wypoczynku ludzi zamożnych i wpływowych. Gdy tylko słońce zacznie się chylić ku zachodowi, modelki haute couture wrócą na bulwary, szykowne przyjęcia do willi i pięciogwiazdkowych hoteli, luksusowe samochody do swoich wyścigów, szampan zaś będzie lał się wszędzie. Bogaci mieli gdzieś tę tragedię. Z kieszeniami wypchanymi banknotami łatwiej jest zapomnieć.
Tak myślał Jules Lafont, człowiek zupełnie niebogaty. Gdyby miał pieniądze, nie smażyłby się w tej spiekocie w porze sjesty.
Wciągnął w płuca ciężkie powietrze przesiąknięte wonią smoły i ryb. Zdjął kapelusz i przetarł czoło chusteczką. Westchnął, chowając do kieszeni spodni ten przemoczony już kawałek materiału. Nienawidził lata. Nienawidził upału. Przeszedł po nabrzeżu powłóczystym krokiem; pod pachą niósł pogniecioną marynarkę. Zastanowił się, czy nie włożyć jej na okoliczność wizyty, jednak niemal natychmiast odrzucił ten pomysł. Nie należał do ludzi przywiązujących wagę do etykiety, zwłaszcza podczas wizyt urzędowych, jak w tym przypadku. Jeśli ci bogacze poczują się urażeni jego wyglądem, tym gorzej dla nich. Nie przychodził tu dla ich przyjemności.
Zatrzymał się na chwilę, gdy stwierdził, że z miejsca, w którym się znajduje, niemal przy samym jachcie będącym celem jego wizyty, można dojrzeć odległe o kilkadziesiąt metrów miejsce wypadku: po wyjściu z tunelu Larvotto, na końcu prostej równoległej do morza, kończącej się ostrym zakrętem. Tym zakrętem… Ciągle było widać wstrząsający czarny osad sadzy i oleju pozostały po płonącym samochodzie.
Odchrząknął i przygnębiony w końcu odwrócił się w stronę jachtu czekającego na niego w lekkim rozkołysaniu przy nabrzeżu. Był piękny. Ponad dwadzieścia metrów długości, biały kadłub, pokład wyłożony ciemnym drewnem. Bandera francuska i niezbyt oryginalna nazwa Liberté. Tenta na rufie rzucała przyjemny cień na wiklinowy stolik i fotele z poduszkami w biało-niebieskie paski. Siedzący na jednym z nich, plecami do nabrzeża, młody mężczyzna słuchał muzyki z gramofonu. Trzymał szklaneczkę alkoholu w ręku, a na kolanach miał rozłożoną gazetę, której nie czytał, wzrok bowiem utkwił w dali, w morski horyzont. W popielniczce dymił niezgaszony niedopałek papierosa.
– Bon après-midi, monsieur – pozdrowił go Lafont, nie wchodząc na pokład.
Mężczyzna odwrócił się zaskoczony, jakby właśnie się obudził, i gazeta spadła mu z kolan; sięgnął po nią, pośpiesznym ruchem odstawiwszy szklankę na stolik. Z gazetą w ręku wstał, jednocześnie podsuwając okulary na nosie. Był wysoki. Miał na sobie białe spodnie i koszulkę z krótkimi rękawami i dwoma guzikami pod szyją, z tych, które noszą tenisiści i które chyba bardzo podobają się młodzieży. Cienki materiał opinał klatkę piersiową o wyraźnie zarysowanych mięśniach. Lafont pomyślał, że mimo nieformalnego ubioru i bosych stóp ten chłopak wydaje się znacznie bardziej elegancki niż on w swoim tanim wymiętym garniturze. To była kwestia postawy, arystokratycznej i dystyngowanej, cienkiego wąsika i okularów w rogowych oprawkach, które nadawały mu wygląd intelektualisty. I facet ani trochę się nie pocił.
Młodzian wyłączył gramofon i nowoczesna amerykańska muzyka, której w opinii inspektora brakowało harmonii, ucichła.
– Dzień dobry… W czym mogę panu pomóc? – odpowiedział mu doskonałą francuszczyzną z bardzo lekkim akcentem.
– Szukam madame Behry. Jak rozumiem, mieszka na tym jachcie.
– Tak… Yyy… Tak. Kto o nią pyta?
– Policja kryminalna. Sûreté Publique.
Chłopak znowu się zawahał, okazując, jak wszyscy, niepokój na widok jego odznaki.
– Muszę zadać madame kilka pytań – nalegał Lafont. – Na temat śmierci monsieur Behry.
– Oczywiście… Odpoczywa. Musi to być teraz?
Wystarczyło, że Lafont lekko się skrzywił, by tamten zrozumiał.
– Tak… Jasne… Teraz. Proszę…? Proszę wejść na jacht, czy…?
Chłopak jeszcze nie dokończył zdania, a pulchny policjant już gramolił się po prowadzącym na rufę trapie, zastanawiając się, czy to kruche drewno utrzyma jego ciężar. Nie miał ochoty tego sprawdzać, więc przyspieszył i wreszcie zeskoczył – choć w słabym stylu – na pokład i zakołysał się jak wańka-wstańka. Przytrzymał się rusztowania tenty, żeby nie upaść i żeby stojący tam młokos, który już wyciągał rękę w jego stronę, nie musiał go podtrzymywać, co byłoby naprawdę upokarzające.
– Zechce pan usiąść? Monsieur…
– Lafont. Inspektor Lafont. A pan to?
– Eduardo de Aranzana. – Wyciągał rękę do Lafonta, ale wyczuł, że zawiśnie ona w powietrzu, więc czym prędzej wsunął ją do kieszeni.
– Też się pan ściga tymi gratami, prawda?
– Czasem, dla zabawy, ale nie jestem zawodowym kierowcą.
– Jak dla mnie to wystarczy. Skorzystam z sytuacji i z panem też pogadam.
Hiszpan nie wydawał się zachwycony pomysłem inspektora.
– No, ja… Jechałem w sobotę. Wziąłem udział w wyścigu o Puchar Księcia Rainiera, ten turystyczny. Anton… Monsieur Behra ścigał się w niedzielę, w najwyższej kategorii.
– Wiem. Wycofał się pan z wyścigu na piątym okrążeniu.
Jedną z rzeczy, które inspektor Lafont robił dobrze, było przygotowywanie się do przesłuchań. Dzień wcześniej dokładnie przestudiował listy uczestników wielkiego wyścigu i pozbierał informacje na ich temat.
– Miałem kłopoty z pompą paliwową.
– Jasne. Chodzi o to, że znał pan monsieur Behrę, prawda? Będę też potrzebował pana zeznania.
– Ale przecież jego śmierć… To był wypadek, czyż nie? To się zdarza niestety.
– Tego próbujemy się dowiedzieć, monsieur de Aranzana, tego staramy się dowiedzieć. Proszę być tak miłym i pójść po madame.
– Tak, oczywiście.
Chłopak niczym posłuszny uczeń udał się pod pokład. Zbyt wyrafinowany, ocenił go Lafont. Często ci bogacze przesadzają z dobrymi manierami i robią wrażenie królewskich dwórek. I chodzi boso jak wieśniaczka… Tak się porusza… W opinii inspektora mężczyzna nie powinien odsłaniać stóp.
Kiedy został sam, policjant skorzystał z okazji i ściągnął kapelusz. Ponieważ chusteczkę miał już przemoczoną, postanowił otrzeć sobie czoło rękawem marynarki. Następnie odłożył na jedno z krzeseł przepocony kapelusz i marynarkę wygniecioną jak ścierka. Oparł się o reling. Nie podobało mu się to kołysanie: tylko tego brakowało, żeby zemdliło go na tym cholernym zacumowanym jachcie. Ucieszył go lekki wiaterek, wpadający pod tentę i chłodzący mu kark, chociaż to nie mogło ugasić jego pragnienia. Łakomie rzucił okiem na szklankę z alkoholem, którą młodzieniec zostawił na stoliku.
Gdy zastanawiał się, czy potajemnie pociągnąć z niej łyk, tamten wrócił.
– Mi… Madame zaraz przyjdzie. Czy tymczasem mogę zaproponować panu coś do picia? Wodę…? Może lemoniadę?
– Co pan pije?
– Koniak.
– Niech będzie koniak. Podwójny i z lodem. Bardzo dziś gorąco.
Szczęśliwie tuż pod ręką znajdował się barek. Lafont podziwiał bogaczy za to, że wiedzą, jak ułatwiać sobie życie.
Eduardo de Aranzana nie zdążył jeszcze nalać koniaku, kiedy madame Behra wyszła na pokład.
– Inspektorze – powiedziała, podając mu dłoń, którą szybko uścisnął.
– Dzień dobry, madame. Przepraszam za to wtargnięcie. Postaram się nie zabrać pani wiele czasu.
– Proszę zająć mi tyle, ile będzie pan potrzebował. Ale proszę usiąść.
Lafont wolałby rozmawiać na stojąco, aby podkreślić krótkość i wagę swojej wizyty. Postawa miała znaczenie. Zrobił jednak to, o co poprosiła madame, zaskoczony własną reakcją. Usiedli naprzeciwko siebie; wiklinowy fotel zatrzeszczał zbyt głośno pod ciężarem policjanta. Niemal w tej samej chwili pojawił się koniak i dla madame coś, co wyglądało jak lemoniada. Lafont zauważył, że Hiszpan z góry wiedział, czego może chcieć dama, oraz to, że ona przyjęła szklankę z lekkim uśmiechem i podziękowała mu delikatnym muśnięciem przedramienia.
Co prawda nie przestawał obserwować tej kobiety, odkąd pojawiła się na pokładzie, skorzystał jednak z okazji i lepiej się jej przyjrzał, gdy zajęli się napojami. Oczywiście widział kilka zdjęć madame w prasie, była bowiem dość sławna w świecie kierowców i reklamy, ale rzecz jasna nie oddawały całego jej uroku.
Była młoda, znacznie młodsza, niż się spodziewał, biorąc pod uwagę te fotografie, na których pojawiała się mocno umalowana i z wyszukaną fryzurą. Ponadto mając na względzie, że jej nieboszczyk mąż był po czterdziestce, policjant spodziewał się kobiety znacznie dojrzalszej. Ta skończyła co najwyżej dwadzieścia pięć lat. Była ładna, o czym już wiedział ze zdjęć; w naturze jednak okazało się, że nie jest to uroda oszałamiająca; przeciwnie, raczej dyskretna – madame miała delikatne rysy, poza wielkimi oczami w karmelowym kolorze, które rozświetlały jej oblicze. W tej chwili były nieco zaczerwienione i podkrążone. Brak snu albo nadmiar płaczu, podsumował policjant. Może jedno i drugie. Tego popołudnia była ubrana prosto, skromniej niż wtedy, gdy pozowała na eleganckich przyjęciach albo przy masce luksusowego samochodu, albo trzymając perfumy, prezentując strój kąpielowy lub polecając pastylki na kaszel. Włosy, nieco ciemniejsze niż oczy, spływały jej lokami do wysokości dobrze zarysowanej brody. Nie miała makijażu, tylko paznokcie pomalowane na czerwono. Włożyła czarne spodnie i zwiewną bluzkę w tym samym kolorze, która zdawała się falować na jej wiotkim ciele; wydatny biust rysował się na końcu rzędu kilku, zbyt wielu, rozpiętych guzików. Inspektorowi ta żałoba wydała się nader dziwaczna, aż za bardzo nowoczesna. Madame nie przyozdobiła się żadnym klejnotem ani nawet obrączką.
Jednak uwagę policjanta przykuł siniak na jej skroni, tuż przy prawym oku.
– Bardzo pani współczuję, madame Behra.
Dziewczyna podziękowała za kondolencje skinieniem głowy, ale poprawiła go:
– Kovac. Mila Kovac. Nigdy nie używam nazwiska męża. Aby uniknąć zamieszania, kiedy startujemy w tym samym wyścigu. Startowaliśmy…
– Tak. Widziałem, że pani również znajduje się na liście kierowców. Niewiele kobiet prowadzi samochód.
– Jest nas sporo, naprawdę, to zależy od wyścigu. Są wyścigi wyłącznie dla kobiet, ale niektóre z nas wolą się ścigać z mężczyznami.
– Tworzyła pani drużynę z mężem…
– Czasem. Przede wszystkim w rajdach i wyścigach wytrzymałościowych.
– Ach, jak ten dwudziestoczterogodzinny wyścig w Le Mans, tak?
– Tak, Le Mans to jedne z zawodów, na których wystąpiliśmy jako drużyna. Przy wielkich wyścigach zmienialiśmy się za kierownicą, kiedy Anton był już zmęczony. Jednak zwykle to on prowadził.
– Tak jak w tę niedzielę.
– Tak jest. Dzień wcześniej to ja pojechałam w Pucharze Księcia Rainiera.
Zajęła trzecie miejsce, co zdaniem inspektora było zaskakująco wysoką pozycją jak na kobietę. Zwłaszcza że zostawiła za plecami mnóstwo mężczyzn; między innymi tego tu Eduarda de Aranzana, który teraz tak jej nadskakuje, bardzo czuły i troskliwy. Pokonała też swoją odwieczną rywalkę, Vivi Nîmes, obecną gwiazdę kobiecych rajdów. Inspektor Lafont, patrząc na madame, nie mógł uwierzyć, że taka słodka osóbka na torze wyścigowym może się zachowywać agresywnie jak dzikie zwierzę. W każdym razie ta cała historia z kobietami w wyścigach wydawała mu się dość nieprzyzwoita. Czego one szukają pomiędzy mechanikami i awanturnikami, z dala od domu, niepotrzebnie ryzykując życie? Nie, to nie jest obyczajne. Nie powinni na to pozwalać.
– Kovac to nie jest francuskie nazwisko – zmienił temat.
– Przepraszam, ale co to ma wspólnego ze śmiercią Antona? – Hiszpan, który rozsiadł się obok dziewczyny, rzucił się w jej obronie, przyjmując rolę, jakiej wcale mu nie powierzyła.
– Nie, nie jest – szybko odpowiedziała policjantowi. – To węgierskie nazwisko. Moi rodzice są emigrantami, wyjechali z Budapesztu po wprowadzeniu w kraju republiki. Ja jednak mam paszport francuski, mogę go panu okazać.
Inspektorowi zaczynała się podobać ta kobieta. Jej sposób mówienia, jej postawa i spojrzenie zdradzały charakter zupełnie nieprzystający do kruchego wyglądu. Zaledwie przed dwoma dniami straciła męża, a jednak ani głos się jej nie łamał, ani w oczach nie pojawiały się łzy. Każda wdowa, która chciałaby się pokazać jako zbolała, dałaby spektakularny popis wielkiej rozpaczy. Ona nie. Jej smutek był wyraźny, ale nie odgrywała dramatu.
– Nie musi mi go pani pokazywać, madame. Jak słusznie zauważył ten kawaler, moje pytanie nie ma nic wspólnego ze śledztwem, to zwykła ciekawość.
Wspomniany kawaler, daleki od panowania nad impulsami, znowu przyjął postawę obronną i wtrącił:
– A skoro mowa o śledztwie… Dlaczego? Dlaczego policja zajmuje się czymś, co było nieszczęśliwym wypadkiem?
Lafont uznał, że ten młody don Kichot, który początkowo wyglądał mu na nieśmiałego, w obecności dziewczyny poczuł się w obowiązku stanąć do walki.
– Może. A może wcale nie – przyznał inspektor. – W każdym razie organizatorzy Grand Prix nie wydają się tacy pewni jak pan, monsieur. We wstępnym śledztwie w sprawie wypadku odkryto pewne anomalie, które zgłoszono sędziemu, a ten ze swej strony postanowił wszcząć śledztwo. Ale wie pan, może się okazać, że był to tylko… Jak pan mówił? Nieszczęśliwy wypadek? Oby… Byłoby znacznie lepiej dla wszystkich. Znacznie lepiej…
– Anton nie skręcił – przerwała mu madame ze wzrokiem zagubionym, jakby myślała na głos. – Nie skręcił przy szykanie.
– Chodzi pani o zakręt?
– Musiałby skręcić, żeby w niego wejść, ale tego nie zrobił.
– Widziała to pani?
– Nie, ale wielu ludzi tak, o niczym innym się nie mówi. I o śladach opon na asfalcie: zdaje się, że wcisnął hamulec do deski, ale i tak uderzył prosto w bandę.
Na tej bandzie kierowca stracił panowanie nad samochodem, który uderzył w murek portu, dwa razy przekoziołkował i spadłszy bokiem na jezdnię, spłonął. Tak było napisane w raporcie.
– Oczywiście nie mówią o tym przy mnie – ciągnęła kobieta. – Nie chcą o tym mówić, żeby nie sprawiać mi przykrości, ale… – Zawiesiła głos, kładąc czule rękę na kolanie Aranzany. – Proszę wybaczyć, jeśli Eduardo jest trochę niegrzeczny. On, tak jak inni, chce mnie tylko chronić – dodała, posyłając młodzieńcowi smutny uśmiech, na który odpowiedział podobnym uśmiechem i ścisnął jej dłoń.
– Chronić panią przed czym?
– Przed bolesną prawdą: że ja… być może jestem temu winna.
Policjant uniósł brew, co było szczytem jego mimiki podczas przesłuchań. Dziewczyna pochyliła się w stronę leżącej na stoliku papierośnicy; otworzyła ją i podała inspektorowi papierosa. Ten podziękował ruchem ręki, popił łyk koniaku i dalej prowadził przepytywanie.
– Winna?
Hiszpan podał kobiecie ogień. Następnie sam też zapalił. Madame Kovac zaciągnęła się, zanim odpowiedziała, i inspektor dostrzegł nieznaczne drżenie ręki, w której trzymała papierosa.
– Mówiłam mu, żeby nie jechał, ale nie chciał mnie słuchać. Powinnam była nalegać, powinnam była go zatrzymać. Pokłóciliśmy się… – powiedziała, wypuszczając kłąb dymu. Miała rozbiegane oczy i Lafont nie był w stanie nawiązać z nią kontaktu wzrokowego. – To dlatego nie byłam w boksach i nie widziałam wypadku, bo zostałam na jachcie. Byłam tak zła na Antona po naszej kłótni, że nawet nie chciałam pójść na wyścig. A teraz on… – Zagryzła usta.
– Dlaczego pani mąż nie miałby pojechać?
– Nie czuł się dobrze. Zjadł coś, co mu zaszkodziło, i trochę się podtruł. Przez kilka godzin przed wyścigiem ciągle wymiotował, ale był tak zawzięty, tak bardzo mu zależało na udziale w tym wyścigu, że…
– A był jakiś specjalny powód, dla którego nie chciał odpuścić?
Kobieta zaciągnęła się kilka razy, krótko, nerwowo. Wciąż unikała wzroku Lafonta.
– Milo, nie musisz… – wtrącił się Aranzana i zaraz postawił się inspektorowi: – Niech pan posłucha, myślę, że już wystarczy. Jeśli chce pan dalej prowadzić to przesłuchanie, proszę przynieść nakaz i niech ono się odbędzie w obecności adwokata.
– Proszę się tak nie denerwować, monsieur. – Lafont uśmiechnął się protekcjonalnie. – To nie przesłuchanie, tylko rozmowa, a madame nie jest o nic oskarżona. Nie musi odpowiadać na pytania, jeśli sobie tego nie życzy.
– Dobrze, dobrze! Słyszałaś, Milo. Nie odpowiadaj.
Dziewczyna zgasiła papierosa w popielniczce. Zatarła dłonie i wpatrzyła się w nie, jakby szukała odprysku lakieru na paznokciach.
– Anton był zrujnowany – zdradziła inspektorowi, nie zważając na słowa Hiszpana. – Od kilku lat jego interesy nie szły dobrze i miał mnóstwo długów, chociaż nie znam szczegółów, nie mówił mi o nich. Wiem tylko, że liczył na odbicie się finansowe dzięki Verusowi. Sam go zaprojektował i zbudował, i szczerze mówiąc, to był dobry samochód.
– Dość dobry, żeby wygrać wszystkie wyścigi?
– Nie. Bardzo trudno jest wygrać ze „srebrnymi strzałami”, ale wystarczy zająć jedno z trzech pierwszych miejsc, żeby zebrać wysokie nagrody na koniec sezonu. Można też zyskać sponsorów i kontrakty reklamowe. Wystarczyłoby na pokrycie części długów i dalszą walkę. Tak mówił.
– Według pani, madame, do wypadku doszło dlatego, że mąż nie czuł się dobrze tego dnia, czy tak?
– Nie mam oczywiście pewności, ale wiem, jak źle się czuł, i wiem z opowiadań świadków, że samochód zachowywał się tak, jakby nikt nim nie kierował, więc wydaje mi się to najbardziej prawdopodobne.
– Nie mogła się zdarzyć żadna usterka techniczna?
– Zawsze może się zdarzyć usterka techniczna, ale Anton bardzo drobiazgowo przeglądał samochód przed wyścigiem, a Philippe jest jeszcze bardziej skrupulatny.
Inspektor wiedział, że madame ma na myśli Philippe’a Bouchera, mechanika grupy, który też figurował na liście świadków do przesłuchania, ale jeszcze nie zdążył z nim porozmawiać.
– Nie znam się na samochodach, madame, ale wyobrażam sobie, że bez względu na to, jak skrupulatnie się je przegląda, zawsze istnieje ryzyko, że zawiodą.
Kobieta uniosła wzrok i utkwiła go gdzieś na morskim horyzoncie. Powoli skinęła głową.
– Oby dowiedziono, że tak było. Jeśli się okaże, że to wina maszyny, spadnie mi kamień z serca.
Policjant ze zdziwieniem przyglądał się przez chwilę profilowi zamyślonej madame Kovac. Powoli pokręcił głową i wrócił do przepytywania.
– A proszę mi powiedzieć, czy ktoś mógłby być zainteresowany tym, żeby monsieur Behra nie ukończył niedzielnego wyścigu?
– Jego wierzyciele z całą pewnością nie. A jeśli myśli pan o mnie, proszę uwierzyć, że ruina Antona oznacza także moje bankructwo. Nie miał żadnego ubezpieczenia, na którym bym skorzystała.
Lafont wychylił koniak. Jakkolwiek nie sądził, by kłamała w sprawie ubezpieczenia, i tak musiał to sprawdzić.
– Czy pani małżonek miał wielu wrogów?
– Oczywiście, że tak. Przynajmniej kilku. Nie dociera się do miejsca, w którym był Anton, nie robiąc sobie wrogów po drodze: w interesach, w wyścigach… Oba te światy pełne są rywalizacji. A Anton jest… był bardzo ambitny i nie miał skrupułów. Proszę pana, nie wiem, z iloma osobami już pan rozmawiał, ale wcześniej czy później odkryje pan, że mój mąż nie był zbyt lubianym człowiekiem. Jeśli jednak chce pan, żebym wskazała kogoś, kto nienawidził go aż tak bardzo, by go zabić… Nie wiem, trudno mi uwierzyć, żeby był ktoś taki.
– Chciałbym zadać pani pytanie osobiste, madame. Proszę odpowiedzieć, jeśli uzna to pani za stosowne, tak byśmy nie zdenerwowali pani przyjaciela. Czy była pani szczęśliwa w małżeństwie?
Jak przewidział inspektor, Eduardo de Aranzana aż podskoczył na fotelu, czemu towarzyszyło ostentacyjne skrzypienie wikliny.
– Na miłość boską! To jest niedopuszczalne! Milo, nie odpowiadaj na to pytanie.
Kobieta ponownie dowiodła, że ma wolną wolę. Po raz pierwszy spojrzała badawczo na Lafonta tymi oczami, w których zdawał się kryć cały świat.
– Nie można by nas uznać za idealne małżeństwo. Nawet nie konwencjonalne. Na początku tak było, ale ta sielanka trwała tylko pół roku. Potem…
– Co się wydarzyło?
– Żadna kobieta nie lubi, kiedy nie jest najważniejsza dla męża, a Anton wiele rzeczy przedkładał nade mnie: swoje firmy, swoje samochody, swoje zamiłowania… Wiem też o innych kobietach, chociaż oczywiście one też nie były dla niego najważniejsze, z pewnością nie ważniejsze ode mnie. Ale były. Znosiłam wiele przykrości, nieustannie się kłóciliśmy… Przynajmniej na początku, potem przywykłam.
– Znam kobiety, które się rozwiodły, mimo że miały znacznie mniej powodów. Nie jest pani zwolenniczką rozwodów, madame?
– Nie jestem przeciw. W sumie to wiele razy myślałam, żeby porozmawiać z nim o rozwodzie… Jednak w końcu… Doszłam do wniosku, że opłaca mi się być jego żoną. Anton mimo wszystko dobrze mnie traktował, zgadzał się na moje kaprysy, dawał mi wolność, robiłam to, na co miałam ochotę. Nie kontrolował mnie, nie podporządkowywał mnie sobie. O niewielu mężczyznach można coś takiego powiedzieć. Niektórym trzeba płacić znacznie więcej za ich miłość. Antonowi nie. Kochał mnie na swój sposób: nie dawał za wiele, ale też nie prosił o zbyt wiele. Osiągnęliśmy dobry kompromis.
– A pani miała jakiś romans?
– Nie – odpowiedziała kategorycznie – nie interesują mnie romanse. Zauważył już pan, że nie jestem osobą zbyt romantyczną.
– Proszę posłuchać, inspektorze – znowu wtrącił się Hiszpan – wydaje mi się, że madame już wykazała się wyjątkową cierpliwością. To oczywiste, że w najgorszym razie monsieur Behra rozkojarzył się za kierownicą z powodu złego samopoczucia. Nie ma co szukać dziury w całym, a już na pewno nie za cenę reputacji jego małżonki.
Inspektor chciał coś powiedzieć, ale ostatecznie się pohamował. Ten hiszpański mądrala nie zasługiwał na żadną odpowiedź. Odstawił kieliszek na stolik i uznał wizytę za zakończoną.
– Znakomicie, madame. – Z wysiłkiem wstał z fotela, jakby jego pokaźne ciało zaklinowało się między oparciem i podłokietnikami. – Bardzo dziękuję za szczerość i za pani czas. Nie będę już pani niepokoił, przynajmniej na razie.
Kovac i Aranzana również wstali. Gdy policjant sięgał po kapelusz i marynarkę, kobieta zapytała:
– Wie pan, kiedy będę mogła wyprawić pogrzeb mężowi i wreszcie zakończyć… to wszystko?
Hiszpan pogładził ją po plecach.
– Zaraz po autopsji, madame. Obawiam się, że potrwa to jeszcze kilka dni, ale postaram się przyspieszyć procedurę.
– Bardzo panu dziękuję, inspektorze. Jest pan bardzo miły.
Jules Lafont włożył kapelusz, ale zanim odszedł, przypomniał sobie, że nie do końca wyczerpał temat.
– Proszę pozwolić mi zadać jeszcze jedno pytanie, madame: jak nabiła sobie pani tego siniaka?
– Pośliznęłam się, wychodząc z wanny.
– No tak, to się zdarza… Cóż, jak mówiłem: bardzo dziękuję i do widzenia.
Jules Lafont ostrożnie przeszedł przez pokład i trap. Bardzo pragnął znaleźć się już na stałym lądzie. Czuł, że kręci mu się w głowie, jakby wypił nie kieliszek koniaku, ale pół butelki. Gdyby ponownie musiał przesłuchać madame Kovac, czego nie wykluczał, zrobi to na komisariacie, na twardym gruncie.
Ta kobieta go intrygowała. Poznał już wiele wdów, zarówno w ramach swojej profesji, jak prywatnie, i wiedział, że jeśli czegoś można od nich oczekiwać, to głębokiej żałoby. Dlatego te, które nie czują jej w sercu, udają: i tego się po madame spodziewał. Po tym spotkaniu nie był pewien, czy odczuwa ona żałobę, ale bez wątpienia nie zadała sobie trudu, aby ją udawać. Próbowała tylko wypaść szczerze. Szczerze nawet w takiej sprawie. I policjant zadawał sobie pytanie dlaczego.
Z drugiej jednak strony kobieta mu się podobała, polubił ją. „Ta cholernica jest uwodzicielska do granic, chociaż wcale się nie stara – pomyślał Lafont. – A przynajmniej na to nie wygląda”.
Zanim opuścił nabrzeże, obejrzał się i po raz ostatni obrzucił spojrzeniem Liberté. Eduardo de Aranzana i Mila Kovac trzymali się za ręce, stojąc do siebie przodem, bardzo blisko. I wtedy ona wsparła głowę na jego piersi, a on otoczył ją ramionami.
Nie, dziewczyna nie była całkiem szczera, bo ewidentnie ta dwójka miała romans. Dlaczego jednak go nie ukrywali? Dlaczego madame zaprzeczała własnym słowom tymi oczywistymi gestami? Tak, zdecydowanie go intrygowała. Bardzo go intrygowała.
Eduardo de Aranzana czekał, aż policjant oddali się od jachtu, aby dać upust emocjom:
– Na Boga! Bałem się, że on już nigdy stąd nie pójdzie!
Rozmawiali po hiszpańsku, jak zawsze kiedy byli sami. Mila mówiła, że nie chce zapomnieć języka. Odwrócił się do niej i przestraszył się, zobaczywszy, że pobladła i spochmurniała. Podszedł i czułym gestem założył jej kosmyk włosów za ucho.
– Dobrze się czujesz?
Mila nie potrafiła odpowiedzieć. Poza tym, że od śmierci Antona ciągle chciało jej się wymiotować, czuła się pusta, jakby świat poruszał się wokoło niej, a ona stała sparaliżowana, niezdolna do myślenia o tym, co ma zrobić albo co powiedzieć. Jak jednak wyjaśnić to Dudu?
– Tak. – Wysiliła się na uśmiech.
Chłopak podał jej szklankę lemoniady.
– Nawet jej nie spróbowałaś, a przy tym upale się odwodnisz. No wypij trochę.
Posłuchała go jak automat, ale popiła tylko kilka łyków i odstawiła szklankę na stolik. Eduardo ujął jej dłonie.
– Może połóż się i spróbuj zdrzemnąć, co?
– Nie, teraz bym nie dała rady zasnąć. Myślałabym w kółko o rozmowie z tym policjantem.
– Tak… zachował się bardzo grubiańsko, to prawda, a ty… Cóż… Nie uważasz, że byłaś z nim zbyt szczera?
– Powiedziałam mu tylko to, czego i tak wcześniej czy później się domyśli. Gdybym skłamała, kłamstwo obróciłoby się przeciwko mnie.
– Rozumiem, ale… Trzeba uważać, te typki tylko czekają, żeby znaleźć kogoś, kogo będą mogły oskarżyć. Nie wolno im ułatwiać sprawy.
Dziewczyna wzruszyła ramionami.
– I co to zmieni? Anton nie żyje, a ja nie wiem, co mam zrobić ze swoim życiem.
– Nie mów tak, ma chérie. Właśnie teraz możesz odzyskać własne życie. A ja stanę u twojego boku za każdym razem, kiedy będziesz mnie potrzebować.
Mila spojrzała na niego z czułością i wdzięcznością. Wyczerpana wsparła głowę na jego piersi i schroniła się w jego objęciach.
– Szkoda, że wyszłaś za tego człowieka – szepnął Dudu z brodą opartą na jej głowie.
– Szkoda, że musiałam za niego wyjść. Szkoda.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
Tytuł oryginału: La dama de la niebla
Copyright © 2025, Carla Montero
Translated from the original edition of Editorial Planeta, S.A., 2025, Ediciones Destino
This edition has been published through the agreement with Hanska Literary&Film Agency, Barcelona, Spain.
All rights reserved
Copyright © for the Polish e‑book edition by REBIS Publishing House Ltd., Poznań 2025
Informacja o zabezpieczeniach
W celu ochrony autorskich praw majątkowych przed prawnie niedozwolonym utrwalaniem, zwielokrotnianiem i rozpowszechnianiem każdy egzemplarz książki został cyfrowo zabezpieczony. Usuwanie lub zmiana zabezpieczeń stanowi naruszenie prawa.
Redaktor: Katarzyna Raźniewska
Projekt okładki: Planeta Arte & Diseno
Opracowanie graficzne polskiej wersji okładki: Michał Pawłowski
Ilustracje na okładce
© Joanna Czogala / Arcangel Images
© Keystone-France/Gamma-Keystone via Getty Images
Wydanie I e‑book (opracowane na podstawie wydania książkowego: Dziewczyna z mgły, wyd. I, Poznań 2026)
ISBN 978-83-8338-685-0
WYDAWCA
Dom Wydawniczy REBIS Sp. z o.o.
ul. Żmigrodzka 41/49, 60-171 Poznań, Polska
tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40
e-mail: [email protected]
www.rebis.com.pl
Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w systemie Zecer
