Dziewczyna z mgły - Carla Montero - ebook + audiobook + książka

Dziewczyna z mgły ebook i audiobook

Carla Montero

0,0
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł

TYLKO U NAS!
Synchrobook® - 2 formaty w cenie 1

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym. Zamów dostęp do 2 formatów, by naprzemiennie czytać i słuchać.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Pasja, rywalizacja i tajemnice w najnowszej powieści Carli Montero, autorki Szmaragdowej Tablicy.

Wyspa Man, rok 1938. W tym odległym zakątku Morza Irlandzkiego Mila Kovac, młoda Hiszpanka, która zdobyła już sławę i pozycję w kręgach sportu motorowego, ma wziąć udział w wyścigu samochodowym. Zostawiła za sobą śmierć męża oraz przeszłość pełną wciąż otwartych ran. Na wyspie zebrali się wielcy kierowcy owych czasów, mężczyźni i kobiety. Jednak to nie wyścig i ostra walka na trasie okażą się dla Mili największym wyzwaniem. Ona będzie musiała się zmierzyć z własną historią, niespodziewanym uczuciem i podejrzeniami co do śmierci męża. Podczas gdy nad światem unosi się widmo nowego konfliktu, Mila poszukuje swojego miejsca między mgłą, pamięcią i pożądaniem.

W tej wypełnionej emocjami powieści linię mety przecinają miłość, ambicja i ukryte prawdy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 477

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 13 godz. 22 min

Lektor: Anna Grochowska

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Polecamy

TEJ AUTORKI POLE­CAMY RÓW­NIEŻ

Szma­rag­dowa Tablica

Wie­deń­ska gra

Złota skóra

Zimowy wiatr na two­jej twa­rzy

Ogród kobiet

Ogni­sty Meda­lion

Księ­ży­cowa win­nica

Dedykacja

Tym, któ­rzy mają odwagę skrę­cić kie­row­nicę, żeby zje­chać z wyty­czo­nych tras, i odkry­wać nowe drogi

Motto

Choćby nasz dym zasnuł nieba two­ich oczu, roz­wieje się i gwiazdy ponow­nie roz­bły­sną; mimo bowiem mocy, cię­żaru i wspa­nia­ło­ści, jeste­śmy tylko wytwo­rem two­jego umy­słu. Rudy­ard KiplingSekret maszyn

1937

Niedziela, 8 sierpnia

Hałas był ogłu­sza­jący. Pięt­na­ście samo­cho­dów wyści­go­wych wypeł­niało powie­trze gło­śnym jak rój milio­nów owa­dów rykiem sil­ni­ków. Pędziły z zawrotną pręd­ko­ścią po tra­sie pro­wa­dzą­cej uli­cami Monte Carlo, a gdy prze­jeż­dżały, zgro­ma­dzony tłum żywo pokrzy­ki­wał i wiwa­to­wał. Ostre popo­łu­dniowe świa­tło odbi­jało się w bia­łych budyn­kach, w morzu i asfal­cie lśnią­cym jak świeżo malo­wany. Pano­wał duszący upał.

Anton Behra, za kie­row­nicą swo­jego Verusa B1, rzu­cił okiem w lusterko wsteczne. Przód jed­nego z Mase­ra­tich poja­wiał mu się w polu widze­nia i zni­kał, wóz gnał za nim jak dra­pież­nik za ofiarą. Nie mógł pozwo­lić się dogo­nić. Jeśli nie utrzyma tej szó­stej pozy­cji przy­naj­mniej na kilku pierw­szych okrą­że­niach, straci szansę na podium. To ozna­cza­łoby jego koniec.

Rzut oka na szyb­ko­ścio­mierz: sto czter­dzie­ści kilo­me­trów na godzinę. Już roz­wi­jał mak­sy­malną pręd­kość na tym dziu­ra­wym jak sito zjeź­dzie. A jed­nak pod­jął ryzyko i wstrzy­my­wał się z hamo­wa­niem. Do końca pro­stej zostało mu zale­d­wie sto metrów, ale zde­cy­do­wa­nie doci­skał pedał gazu. Był wybit­nym raj­dow­cem, cią­gle naj­lep­szym. Samo­chód trząsł się jak opę­tany. On sam dygo­tał od stóp do głów, zlany potem; dyszał jak wście­kły byk, mimo to bra­ko­wało mu powie­trza. Serce pod­cho­dziło mu do gar­dła, czuł się bar­dzo źle, musiał jed­nak cisnąć do końca. Wście­kłość utrzy­my­wała go w ryzach. Zbli­żał się do zakrętu, a pędził sto sześć­dzie­siąt kilo­me­trów na godzinę; powi­nien przy­ha­mo­wać już teraz, w prze­ciw­nym razie roz­bije się o budy­nek na rogu. Chciał przy­trzy­mać gaz jesz­cze przez sekundę. Wtedy oczy zaszły mu mgłą.

W prze­bły­sku świa­do­mo­ści zoba­czył, że jezd­nia skręca, a on sunie pro­sto na ten narożny budy­nek. Potrzą­snął głową, zagryzł zęby i nadep­nął na hamu­lec. Wci­snął sprzę­gło i wrzu­cił jedynkę. Opony zapisz­czały. Skrę­cił kie­row­nicę i zdo­łał wyjść z zakrętu. Prze­mknął bar­dzo bli­sko ściany, była na wycią­gnię­cie ręki.

Nie mógł w to uwie­rzyć. Wła­śnie o włos unik­nął śmierci. W ostat­niej chwili doszedł do sie­bie i odzy­skał pano­wa­nie nad maszyną. Zebrało mu się na wymioty, ale żołą­dek miał już zupeł­nie pusty. Zapach ben­zyny i spa­lo­nej gumy wywra­cał mu flaki, ni­gdy wcze­śniej nic takiego mu się nie przy­tra­fiło. Mocno ści­snął kie­row­nicę i tar­gany mdło­ściami pruł jak sza­lony: zakręt Mira­beau, roz­jazd przy dworcu, zakręt Por­tier. Ostre słońce nad morzem raziło go w sze­roko otwarte oczy. Twarz ocie­kała mu potem. Przy każ­dym skrę­ce­niu kie­row­nicy, przy każ­dym pod­skoku na wybo­jach bolały go wszyst­kie mię­śnie. Wrzu­cił dwójkę, trójkę, czwórkę, za zakrę­tem Por­tier, znowu mocno doci­ska­jąc pedał gazu, roz­pę­dzał się na bul­wa­rze Ludwika II.

To cho­lerne Mase­rati dogo­niło go. Zoba­czył, że pró­buje prze­ci­snąć się bokiem, więc zaje­chał mu drogę. Do jasnej cho­lery… Bar­dzo bolał go żołą­dek, czuł w ustach gorzki posmak żółci. Cią­żyły mu powieki. Z tru­dem sku­piał wzrok na jezdni: wjazd do tunelu zda­wał się roz­wi­jać i tań­czyć mu przed oczami. Zamru­gał i prze­su­nął ręką po zapa­ro­wa­nych goglach. Co się, u dia­bła, z nim dzieje?

Poczuł w żołądku silne ukłu­cie; aż zaparło mu dech. Jedną ręką puścił kie­row­nicę i przy­ci­snął ją do brzu­cha. Zwol­nił pedał gazu. Mase­rati wymi­nęło go przed tune­lem.

Anton Behra zaklął szpet­nie, wrza­snął z bólu i zło­ści. Kiedy ponow­nie chwy­cił obu­rącz kie­row­nicę i dodał gazu, wyda­wało mu się, że toczy pianę z ust. Dogoni tego skur­wiela na następ­nej pro­stej, przy wylo­cie z tunelu Larvotto. Do dia­bła, dopadnę go, myślał, pory­suję mu ten cho­lerny lakier przy wyprze­dza­niu. Jeśli nie przed szy­ka­nami, to za nimi. Ból cią­gle palił go w żołądku, powie­trze nie docie­rało do płuc, Behra jed­nak nie pozwa­lał, aby te uczu­cia nad nim zapa­no­wały: wyko­rzy­sta złość i gniew, by dalej gnać, by jechać jak mistrz, któ­rym wciąż był.

Pur­pu­rowy Verus B1 z nume­rem bocz­nym 15 mknął ku szy­ka­nom przy por­cie z nie­by­wałą pręd­ko­ścią stu osiem­dzie­się­ciu kilo­me­trów na godzinę. Kie­rowca rap­tow­nie zaha­mo­wał z piskiem opon, które zosta­wiły na asfal­cie czarne, dymiące, ema­nu­jące kwa­śnym smro­dem ślady. A jed­nak nie skrę­cił.

Krzyk prze­ra­że­nia wstrzą­snął try­bu­nami, gdy samo­chód ude­rzył pro­sto w bandę, odbił się, prze­ciął jezd­nię, sypiąc iskrami, po czym wpadł na murek oka­la­jący port. Ude­rze­nie było tak silne, że wyle­ciał w powie­trze i poko­zioł­ko­wał wśród zgrzytu gię­tego metalu i brzęku tłu­czo­nego szkła, aż z suchym łomo­tem, od któ­rego włosy sta­wały dęba, zatrzy­mał się na asfal­cie; leżał na boku. Nagle potężna eks­plo­zja spo­wiła go wielką kulą ognia. Pło­mie­nie pochło­nęły ciało Antona Behry, który uwię­ziony w kabi­nie, spło­nął w kilka sekund i nikt nawet nie zdą­żył zbli­żyć się do tego pie­kła.

Wtorek, 10 sierpnia

Na nabrzeżu portu Her­cu­les pano­wał zdu­mie­wa­jący spo­kój po tłum­nym roz­gar­dia­szu week­endu. Wokoło roz­le­gały się jedy­nie szmer spo­koj­nego ude­rza­nia fal o kamie­nie i kadłuby zacu­mo­wa­nych jach­tów, ciche roz­mowy ryba­ków przy­go­to­wu­ją­cych sprzęt przed wyj­ściem w morze i dale­kie pokrzy­ki­wa­nia dzieci ska­czą­cych do wody.

Popo­łu­dniową godziną, nie­długo po obie­dzie, żar lał się z nieba i ludzie chro­nili się na tara­sach i w ogro­dach, w ustro­niach zapew­nia­ją­cych odro­binę cie­nia i nieco chłod­niej­sze powie­trze.

Mia­sto nie­ba­wem miało jed­nak odzy­skać ducha zabawy. O tej porze roku sto­lica Księ­stwa Monako tęt­niła ele­gan­cją i prze­py­chem, było to wszak jedno z naj­ulu­bień­szych miejsc wypo­czynku ludzi zamoż­nych i wpły­wo­wych. Gdy tylko słońce zacznie się chy­lić ku zacho­dowi, modelki haute couture wrócą na bul­wary, szy­kowne przy­ję­cia do willi i pię­cio­gwiazd­ko­wych hoteli, luk­su­sowe samo­chody do swo­ich wyści­gów, szam­pan zaś będzie lał się wszę­dzie. Bogaci mieli gdzieś tę tra­ge­dię. Z kie­sze­niami wypcha­nymi bank­no­tami łatwiej jest zapo­mnieć.

Tak myślał Jules Lafont, czło­wiek zupeł­nie nie­bo­gaty. Gdyby miał pie­nią­dze, nie sma­żyłby się w tej spie­ko­cie w porze sje­sty.

Wcią­gnął w płuca cięż­kie powie­trze prze­siąk­nięte wonią smoły i ryb. Zdjął kape­lusz i prze­tarł czoło chu­s­teczką. Wes­tchnął, cho­wa­jąc do kie­szeni spodni ten prze­mo­czony już kawa­łek mate­riału. Nie­na­wi­dził lata. Nie­na­wi­dził upału. Prze­szedł po nabrzeżu powłó­czy­stym kro­kiem; pod pachą niósł pognie­cioną mary­narkę. Zasta­no­wił się, czy nie wło­żyć jej na oko­licz­ność wizyty, jed­nak nie­mal natych­miast odrzu­cił ten pomysł. Nie nale­żał do ludzi przy­wią­zu­ją­cych wagę do ety­kiety, zwłasz­cza pod­czas wizyt urzę­do­wych, jak w tym przy­padku. Jeśli ci boga­cze poczują się ura­żeni jego wyglą­dem, tym gorzej dla nich. Nie przy­cho­dził tu dla ich przy­jem­no­ści.

Zatrzy­mał się na chwilę, gdy stwier­dził, że z miej­sca, w któ­rym się znaj­duje, nie­mal przy samym jach­cie będą­cym celem jego wizyty, można doj­rzeć odle­głe o kil­ka­dzie­siąt metrów miej­sce wypadku: po wyj­ściu z tunelu Larvotto, na końcu pro­stej rów­no­le­głej do morza, koń­czą­cej się ostrym zakrę­tem. Tym zakrę­tem… Cią­gle było widać wstrzą­sa­jący czarny osad sadzy i oleju pozo­stały po pło­ną­cym samo­cho­dzie.

Odchrząk­nął i przy­gnę­biony w końcu odwró­cił się w stronę jachtu cze­ka­ją­cego na niego w lek­kim roz­ko­ły­sa­niu przy nabrzeżu. Był piękny. Ponad dwa­dzie­ścia metrów dłu­go­ści, biały kadłub, pokład wyło­żony ciem­nym drew­nem. Ban­dera fran­cu­ska i nie­zbyt ory­gi­nalna nazwa Liberté. Tenta na rufie rzu­cała przy­jemny cień na wikli­nowy sto­lik i fotele z podusz­kami w biało-nie­bie­skie paski. Sie­dzący na jed­nym z nich, ple­cami do nabrzeża, młody męż­czy­zna słu­chał muzyki z gra­mo­fonu. Trzy­mał szkla­neczkę alko­holu w ręku, a na kola­nach miał roz­ło­żoną gazetę, któ­rej nie czy­tał, wzrok bowiem utkwił w dali, w mor­ski hory­zont. W popiel­niczce dymił nie­zga­szony nie­do­pa­łek papie­rosa.

– Bon après-midi, mon­sieur – pozdro­wił go Lafont, nie wcho­dząc na pokład.

Męż­czy­zna odwró­cił się zasko­czony, jakby wła­śnie się obu­dził, i gazeta spa­dła mu z kolan; się­gnął po nią, pośpiesz­nym ruchem odsta­wiw­szy szklankę na sto­lik. Z gazetą w ręku wstał, jed­no­cze­śnie pod­su­wa­jąc oku­lary na nosie. Był wysoki. Miał na sobie białe spodnie i koszulkę z krót­kimi ręka­wami i dwoma guzi­kami pod szyją, z tych, które noszą teni­si­ści i które chyba bar­dzo podo­bają się mło­dzieży. Cienki mate­riał opi­nał klatkę pier­siową o wyraź­nie zary­so­wa­nych mię­śniach. Lafont pomy­ślał, że mimo nie­for­mal­nego ubioru i bosych stóp ten chło­pak wydaje się znacz­nie bar­dziej ele­gancki niż on w swoim tanim wymię­tym gar­ni­tu­rze. To była kwe­stia postawy, ary­sto­kra­tycz­nej i dys­tyn­go­wa­nej, cien­kiego wąsika i oku­la­rów w rogo­wych opraw­kach, które nada­wały mu wygląd inte­lek­tu­ali­sty. I facet ani tro­chę się nie pocił.

Mło­dzian wyłą­czył gra­mo­fon i nowo­cze­sna ame­ry­kań­ska muzyka, któ­rej w opi­nii inspek­tora bra­ko­wało har­mo­nii, uci­chła.

– Dzień dobry… W czym mogę panu pomóc? – odpo­wie­dział mu dosko­nałą fran­cusz­czy­zną z bar­dzo lek­kim akcen­tem.

– Szu­kam madame Behry. Jak rozu­miem, mieszka na tym jach­cie.

– Tak… Yyy… Tak. Kto o nią pyta?

– Poli­cja kry­mi­nalna. Sûreté Publi­que.

Chło­pak znowu się zawa­hał, oka­zu­jąc, jak wszy­scy, nie­po­kój na widok jego odznaki.

– Muszę zadać madame kilka pytań – nale­gał Lafont. – Na temat śmierci mon­sieur Behry.

– Oczy­wi­ście… Odpo­czywa. Musi to być teraz?

Wystar­czyło, że Lafont lekko się skrzy­wił, by tam­ten zro­zu­miał.

– Tak… Jasne… Teraz. Pro­szę…? Pro­szę wejść na jacht, czy…?

Chło­pak jesz­cze nie dokoń­czył zda­nia, a pulchny poli­cjant już gra­mo­lił się po pro­wa­dzą­cym na rufę tra­pie, zasta­na­wia­jąc się, czy to kru­che drewno utrzyma jego cię­żar. Nie miał ochoty tego spraw­dzać, więc przy­spie­szył i wresz­cie zesko­czył – choć w sła­bym stylu – na pokład i zako­ły­sał się jak wańka-wstańka. Przy­trzy­mał się rusz­to­wa­nia tenty, żeby nie upaść i żeby sto­jący tam mło­kos, który już wycią­gał rękę w jego stronę, nie musiał go pod­trzy­my­wać, co byłoby naprawdę upo­ka­rza­jące.

– Zechce pan usiąść? Mon­sieur…

– Lafont. Inspek­tor Lafont. A pan to?

– Edu­ardo de Aran­zana. – Wycią­gał rękę do Lafonta, ale wyczuł, że zawi­śnie ona w powie­trzu, więc czym prę­dzej wsu­nął ją do kie­szeni.

– Też się pan ściga tymi gra­tami, prawda?

– Cza­sem, dla zabawy, ale nie jestem zawo­do­wym kie­rowcą.

– Jak dla mnie to wystar­czy. Sko­rzy­stam z sytu­acji i z panem też poga­dam.

Hisz­pan nie wyda­wał się zachwy­cony pomy­słem inspek­tora.

– No, ja… Jecha­łem w sobotę. Wzią­łem udział w wyścigu o Puchar Księ­cia Rainiera, ten tury­styczny. Anton… Mon­sieur Behra ści­gał się w nie­dzielę, w naj­wyż­szej kate­go­rii.

– Wiem. Wyco­fał się pan z wyścigu na pią­tym okrą­że­niu.

Jedną z rze­czy, które inspek­tor Lafont robił dobrze, było przy­go­to­wy­wa­nie się do prze­słu­chań. Dzień wcze­śniej dokład­nie prze­stu­dio­wał listy uczest­ni­ków wiel­kiego wyścigu i pozbie­rał infor­ma­cje na ich temat.

– Mia­łem kło­poty z pompą pali­wową.

– Jasne. Cho­dzi o to, że znał pan mon­sieur Behrę, prawda? Będę też potrze­bo­wał pana zezna­nia.

– Ale prze­cież jego śmierć… To był wypa­dek, czyż nie? To się zda­rza nie­stety.

– Tego pró­bu­jemy się dowie­dzieć, mon­sieur de Aran­zana, tego sta­ramy się dowie­dzieć. Pro­szę być tak miłym i pójść po madame.

– Tak, oczy­wi­ście.

Chło­pak niczym posłuszny uczeń udał się pod pokład. Zbyt wyra­fi­no­wany, oce­nił go Lafont. Czę­sto ci boga­cze prze­sa­dzają z dobrymi manie­rami i robią wra­że­nie kró­lew­skich dwó­rek. I cho­dzi boso jak wie­śniaczka… Tak się poru­sza… W opi­nii inspek­tora męż­czy­zna nie powi­nien odsła­niać stóp.

Kiedy został sam, poli­cjant sko­rzy­stał z oka­zji i ścią­gnął kape­lusz. Ponie­waż chu­s­teczkę miał już prze­mo­czoną, posta­no­wił otrzeć sobie czoło ręka­wem mary­narki. Następ­nie odło­żył na jedno z krze­seł prze­po­cony kape­lusz i mary­narkę wygnie­cioną jak ścierka. Oparł się o reling. Nie podo­bało mu się to koły­sa­nie: tylko tego bra­ko­wało, żeby zemdliło go na tym cho­ler­nym zacu­mo­wa­nym jach­cie. Ucie­szył go lekki wia­te­rek, wpa­da­jący pod tentę i chło­dzący mu kark, cho­ciaż to nie mogło uga­sić jego pra­gnie­nia. Łako­mie rzu­cił okiem na szklankę z alko­ho­lem, którą mło­dzie­niec zosta­wił na sto­liku.

Gdy zasta­na­wiał się, czy pota­jem­nie pocią­gnąć z niej łyk, tam­ten wró­cił.

– Mi… Madame zaraz przyj­dzie. Czy tym­cza­sem mogę zapro­po­no­wać panu coś do picia? Wodę…? Może lemo­niadę?

– Co pan pije?

– Koniak.

– Niech będzie koniak. Podwójny i z lodem. Bar­dzo dziś gorąco.

Szczę­śli­wie tuż pod ręką znaj­do­wał się barek. Lafont podzi­wiał boga­czy za to, że wie­dzą, jak uła­twiać sobie życie.

Edu­ardo de Aran­zana nie zdą­żył jesz­cze nalać koniaku, kiedy madame Behra wyszła na pokład.

– Inspek­to­rze – powie­działa, poda­jąc mu dłoń, którą szybko uści­snął.

– Dzień dobry, madame. Prze­pra­szam za to wtar­gnię­cie. Posta­ram się nie zabrać pani wiele czasu.

– Pro­szę zająć mi tyle, ile będzie pan potrze­bo­wał. Ale pro­szę usiąść.

Lafont wolałby roz­ma­wiać na sto­jąco, aby pod­kre­ślić krót­kość i wagę swo­jej wizyty. Postawa miała zna­cze­nie. Zro­bił jed­nak to, o co popro­siła madame, zasko­czony wła­sną reak­cją. Usie­dli naprze­ciwko sie­bie; wikli­nowy fotel zatrzesz­czał zbyt gło­śno pod cię­ża­rem poli­cjanta. Nie­mal w tej samej chwili poja­wił się koniak i dla madame coś, co wyglą­dało jak lemo­niada. Lafont zauwa­żył, że Hisz­pan z góry wie­dział, czego może chcieć dama, oraz to, że ona przy­jęła szklankę z lek­kim uśmie­chem i podzię­ko­wała mu deli­kat­nym muśnię­ciem przed­ra­mie­nia.

Co prawda nie prze­sta­wał obser­wo­wać tej kobiety, odkąd poja­wiła się na pokła­dzie, sko­rzy­stał jed­nak z oka­zji i lepiej się jej przyj­rzał, gdy zajęli się napo­jami. Oczy­wi­ście widział kilka zdjęć madame w pra­sie, była bowiem dość sławna w świe­cie kie­row­ców i reklamy, ale rzecz jasna nie odda­wały całego jej uroku.

Była młoda, znacz­nie młod­sza, niż się spo­dzie­wał, bio­rąc pod uwagę te foto­gra­fie, na któ­rych poja­wiała się mocno uma­lo­wana i z wyszu­kaną fry­zurą. Ponadto mając na wzglę­dzie, że jej nie­bosz­czyk mąż był po czter­dzie­stce, poli­cjant spo­dzie­wał się kobiety znacz­nie doj­rzal­szej. Ta skoń­czyła co naj­wy­żej dwa­dzie­ścia pięć lat. Była ładna, o czym już wie­dział ze zdjęć; w natu­rze jed­nak oka­zało się, że nie jest to uroda osza­ła­mia­jąca; prze­ciw­nie, raczej dys­kretna – madame miała deli­katne rysy, poza wiel­kimi oczami w kar­me­lo­wym kolo­rze, które roz­świe­tlały jej obli­cze. W tej chwili były nieco zaczer­wie­nione i pod­krą­żone. Brak snu albo nad­miar pła­czu, pod­su­mo­wał poli­cjant. Może jedno i dru­gie. Tego popo­łu­dnia była ubrana pro­sto, skrom­niej niż wtedy, gdy pozo­wała na ele­ganc­kich przy­ję­ciach albo przy masce luk­su­so­wego samo­chodu, albo trzy­ma­jąc per­fumy, pre­zen­tu­jąc strój kąpie­lowy lub pole­ca­jąc pastylki na kaszel. Włosy, nieco ciem­niej­sze niż oczy, spły­wały jej lokami do wyso­ko­ści dobrze zary­so­wa­nej brody. Nie miała maki­jażu, tylko paznok­cie poma­lo­wane na czer­wono. Wło­żyła czarne spodnie i zwiewną bluzkę w tym samym kolo­rze, która zda­wała się falo­wać na jej wiot­kim ciele; wydatny biust ryso­wał się na końcu rzędu kilku, zbyt wielu, roz­pię­tych guzi­ków. Inspek­to­rowi ta żałoba wydała się nader dzi­waczna, aż za bar­dzo nowo­cze­sna. Madame nie przy­ozdo­biła się żad­nym klej­no­tem ani nawet obrączką.

Jed­nak uwagę poli­cjanta przy­kuł siniak na jej skroni, tuż przy pra­wym oku.

– Bar­dzo pani współ­czuję, madame Behra.

Dziew­czyna podzię­ko­wała za kon­do­len­cje ski­nie­niem głowy, ale popra­wiła go:

– Kovac. Mila Kovac. Ni­gdy nie uży­wam nazwi­ska męża. Aby unik­nąć zamie­sza­nia, kiedy star­tu­jemy w tym samym wyścigu. Star­to­wa­li­śmy…

– Tak. Widzia­łem, że pani rów­nież znaj­duje się na liście kie­row­ców. Nie­wiele kobiet pro­wa­dzi samo­chód.

– Jest nas sporo, naprawdę, to zależy od wyścigu. Są wyścigi wyłącz­nie dla kobiet, ale nie­które z nas wolą się ści­gać z męż­czy­znami.

– Two­rzyła pani dru­żynę z mężem…

– Cza­sem. Przede wszyst­kim w raj­dach i wyści­gach wytrzy­ma­ło­ścio­wych.

– Ach, jak ten dwu­dzie­stocz­te­ro­go­dzinny wyścig w Le Mans, tak?

– Tak, Le Mans to jedne z zawo­dów, na któ­rych wystą­pi­li­śmy jako dru­żyna. Przy wiel­kich wyści­gach zmie­nia­li­śmy się za kie­row­nicą, kiedy Anton był już zmę­czony. Jed­nak zwy­kle to on pro­wa­dził.

– Tak jak w tę nie­dzielę.

– Tak jest. Dzień wcze­śniej to ja poje­cha­łam w Pucha­rze Księ­cia Rainiera.

Zajęła trze­cie miej­sce, co zda­niem inspek­tora było zaska­ku­jąco wysoką pozy­cją jak na kobietę. Zwłasz­cza że zosta­wiła za ple­cami mnó­stwo męż­czyzn; mię­dzy innymi tego tu Edu­arda de Aran­zana, który teraz tak jej nad­ska­kuje, bar­dzo czuły i tro­skliwy. Poko­nała też swoją odwieczną rywalkę, Vivi Nîmes, obecną gwiazdę kobie­cych raj­dów. Inspek­tor Lafont, patrząc na madame, nie mógł uwie­rzyć, że taka słodka osóbka na torze wyści­go­wym może się zacho­wy­wać agre­syw­nie jak dzi­kie zwie­rzę. W każ­dym razie ta cała histo­ria z kobie­tami w wyści­gach wyda­wała mu się dość nie­przy­zwo­ita. Czego one szu­kają pomię­dzy mecha­ni­kami i awan­tur­ni­kami, z dala od domu, nie­po­trzeb­nie ryzy­ku­jąc życie? Nie, to nie jest oby­czajne. Nie powinni na to pozwa­lać.

– Kovac to nie jest fran­cu­skie nazwi­sko – zmie­nił temat.

– Prze­pra­szam, ale co to ma wspól­nego ze śmier­cią Antona? – Hisz­pan, który roz­siadł się obok dziew­czyny, rzu­cił się w jej obro­nie, przyj­mu­jąc rolę, jakiej wcale mu nie powie­rzyła.

– Nie, nie jest – szybko odpo­wie­działa poli­cjan­towi. – To węgier­skie nazwi­sko. Moi rodzice są emi­gran­tami, wyje­chali z Buda­pesztu po wpro­wa­dze­niu w kraju repu­bliki. Ja jed­nak mam pasz­port fran­cu­ski, mogę go panu oka­zać.

Inspek­to­rowi zaczy­nała się podo­bać ta kobieta. Jej spo­sób mówie­nia, jej postawa i spoj­rze­nie zdra­dzały cha­rak­ter zupeł­nie nie­przy­sta­jący do kru­chego wyglądu. Zale­d­wie przed dwoma dniami stra­ciła męża, a jed­nak ani głos się jej nie łamał, ani w oczach nie poja­wiały się łzy. Każda wdowa, która chcia­łaby się poka­zać jako zbo­lała, dałaby spek­ta­ku­larny popis wiel­kiej roz­pa­czy. Ona nie. Jej smu­tek był wyraźny, ale nie odgry­wała dra­matu.

– Nie musi mi go pani poka­zy­wać, madame. Jak słusz­nie zauwa­żył ten kawa­ler, moje pyta­nie nie ma nic wspól­nego ze śledz­twem, to zwy­kła cie­ka­wość.

Wspo­mniany kawa­ler, daleki od pano­wa­nia nad impul­sami, znowu przy­jął postawę obronną i wtrą­cił:

– A skoro mowa o śledz­twie… Dla­czego? Dla­czego poli­cja zaj­muje się czymś, co było nie­szczę­śli­wym wypad­kiem?

Lafont uznał, że ten młody don Kichot, który począt­kowo wyglą­dał mu na nie­śmia­łego, w obec­no­ści dziew­czyny poczuł się w obo­wiązku sta­nąć do walki.

– Może. A może wcale nie – przy­znał inspek­tor. – W każ­dym razie orga­ni­za­to­rzy Grand Prix nie wydają się tacy pewni jak pan, mon­sieur. We wstęp­nym śledz­twie w spra­wie wypadku odkryto pewne ano­ma­lie, które zgło­szono sędziemu, a ten ze swej strony posta­no­wił wsz­cząć śledz­two. Ale wie pan, może się oka­zać, że był to tylko… Jak pan mówił? Nie­szczę­śliwy wypa­dek? Oby… Byłoby znacz­nie lepiej dla wszyst­kich. Znacz­nie lepiej…

– Anton nie skrę­cił – prze­rwała mu madame ze wzro­kiem zagu­bio­nym, jakby myślała na głos. – Nie skrę­cił przy szy­ka­nie.

– Cho­dzi pani o zakręt?

– Musiałby skrę­cić, żeby w niego wejść, ale tego nie zro­bił.

– Widziała to pani?

– Nie, ale wielu ludzi tak, o niczym innym się nie mówi. I o śla­dach opon na asfal­cie: zdaje się, że wci­snął hamu­lec do deski, ale i tak ude­rzył pro­sto w bandę.

Na tej ban­dzie kie­rowca stra­cił pano­wa­nie nad samo­cho­dem, który ude­rzył w murek portu, dwa razy prze­ko­zioł­ko­wał i spadł­szy bokiem na jezd­nię, spło­nął. Tak było napi­sane w rapor­cie.

– Oczy­wi­ście nie mówią o tym przy mnie – cią­gnęła kobieta. – Nie chcą o tym mówić, żeby nie spra­wiać mi przy­kro­ści, ale… – Zawie­siła głos, kła­dąc czule rękę na kola­nie Aran­zany. – Pro­szę wyba­czyć, jeśli Edu­ardo jest tro­chę nie­grzeczny. On, tak jak inni, chce mnie tylko chro­nić – dodała, posy­ła­jąc mło­dzień­cowi smutny uśmiech, na który odpo­wie­dział podob­nym uśmie­chem i ści­snął jej dłoń.

– Chro­nić panią przed czym?

– Przed bole­sną prawdą: że ja… być może jestem temu winna.

Poli­cjant uniósł brew, co było szczy­tem jego mimiki pod­czas prze­słu­chań. Dziew­czyna pochy­liła się w stronę leżą­cej na sto­liku papie­ro­śnicy; otwo­rzyła ją i podała inspek­to­rowi papie­rosa. Ten podzię­ko­wał ruchem ręki, popił łyk koniaku i dalej pro­wa­dził prze­py­ty­wa­nie.

– Winna?

Hisz­pan podał kobie­cie ogień. Następ­nie sam też zapa­lił. Madame Kovac zacią­gnęła się, zanim odpo­wie­działa, i inspek­tor dostrzegł nie­znaczne drże­nie ręki, w któ­rej trzy­mała papie­rosa.

– Mówi­łam mu, żeby nie jechał, ale nie chciał mnie słu­chać. Powin­nam była nale­gać, powin­nam była go zatrzy­mać. Pokłó­ci­li­śmy się… – powie­działa, wypusz­cza­jąc kłąb dymu. Miała roz­bie­gane oczy i Lafont nie był w sta­nie nawią­zać z nią kon­taktu wzro­ko­wego. – To dla­tego nie byłam w bok­sach i nie widzia­łam wypadku, bo zosta­łam na jach­cie. Byłam tak zła na Antona po naszej kłótni, że nawet nie chcia­łam pójść na wyścig. A teraz on… – Zagry­zła usta.

– Dla­czego pani mąż nie miałby poje­chać?

– Nie czuł się dobrze. Zjadł coś, co mu zaszko­dziło, i tro­chę się pod­truł. Przez kilka godzin przed wyści­giem cią­gle wymio­to­wał, ale był tak zawzięty, tak bar­dzo mu zale­żało na udziale w tym wyścigu, że…

– A był jakiś spe­cjalny powód, dla któ­rego nie chciał odpu­ścić?

Kobieta zacią­gnęła się kilka razy, krótko, ner­wowo. Wciąż uni­kała wzroku Lafonta.

– Milo, nie musisz… – wtrą­cił się Aran­zana i zaraz posta­wił się inspek­to­rowi: – Niech pan posłu­cha, myślę, że już wystar­czy. Jeśli chce pan dalej pro­wa­dzić to prze­słu­cha­nie, pro­szę przy­nieść nakaz i niech ono się odbę­dzie w obec­no­ści adwo­kata.

– Pro­szę się tak nie dener­wo­wać, mon­sieur. – Lafont uśmiech­nął się pro­tek­cjo­nal­nie. – To nie prze­słu­cha­nie, tylko roz­mowa, a madame nie jest o nic oskar­żona. Nie musi odpo­wia­dać na pyta­nia, jeśli sobie tego nie życzy.

– Dobrze, dobrze! Sły­sza­łaś, Milo. Nie odpo­wia­daj.

Dziew­czyna zga­siła papie­rosa w popiel­niczce. Zatarła dło­nie i wpa­trzyła się w nie, jakby szu­kała odpry­sku lakieru na paznok­ciach.

– Anton był zruj­no­wany – zdra­dziła inspek­to­rowi, nie zwa­ża­jąc na słowa Hisz­pana. – Od kilku lat jego inte­resy nie szły dobrze i miał mnó­stwo dłu­gów, cho­ciaż nie znam szcze­gó­łów, nie mówił mi o nich. Wiem tylko, że liczył na odbi­cie się finan­sowe dzięki Veru­sowi. Sam go zapro­jek­to­wał i zbu­do­wał, i szcze­rze mówiąc, to był dobry samo­chód.

– Dość dobry, żeby wygrać wszyst­kie wyścigi?

– Nie. Bar­dzo trudno jest wygrać ze „srebr­nymi strza­łami”, ale wystar­czy zająć jedno z trzech pierw­szych miejsc, żeby zebrać wyso­kie nagrody na koniec sezonu. Można też zyskać spon­so­rów i kon­trakty rekla­mowe. Wystar­czy­łoby na pokry­cie czę­ści dłu­gów i dal­szą walkę. Tak mówił.

– Według pani, madame, do wypadku doszło dla­tego, że mąż nie czuł się dobrze tego dnia, czy tak?

– Nie mam oczy­wi­ście pew­no­ści, ale wiem, jak źle się czuł, i wiem z opo­wia­dań świad­ków, że samo­chód zacho­wy­wał się tak, jakby nikt nim nie kie­ro­wał, więc wydaje mi się to naj­bar­dziej praw­do­po­dobne.

– Nie mogła się zda­rzyć żadna usterka tech­niczna?

– Zawsze może się zda­rzyć usterka tech­niczna, ale Anton bar­dzo dro­bia­zgowo prze­glą­dał samo­chód przed wyści­giem, a Phi­lippe jest jesz­cze bar­dziej skru­pu­latny.

Inspek­tor wie­dział, że madame ma na myśli Phi­lippe’a Bouchera, mecha­nika grupy, który też figu­ro­wał na liście świad­ków do prze­słu­cha­nia, ale jesz­cze nie zdą­żył z nim poroz­ma­wiać.

– Nie znam się na samo­cho­dach, madame, ale wyobra­żam sobie, że bez względu na to, jak skru­pu­lat­nie się je prze­gląda, zawsze ist­nieje ryzyko, że zawiodą.

Kobieta unio­sła wzrok i utkwiła go gdzieś na mor­skim hory­zon­cie. Powoli ski­nęła głową.

– Oby dowie­dziono, że tak było. Jeśli się okaże, że to wina maszyny, spad­nie mi kamień z serca.

Poli­cjant ze zdzi­wie­niem przy­glą­dał się przez chwilę pro­fi­lowi zamy­ślo­nej madame Kovac. Powoli pokrę­cił głową i wró­cił do prze­py­ty­wa­nia.

– A pro­szę mi powie­dzieć, czy ktoś mógłby być zain­te­re­so­wany tym, żeby mon­sieur Behra nie ukoń­czył nie­dziel­nego wyścigu?

– Jego wie­rzy­ciele z całą pew­no­ścią nie. A jeśli myśli pan o mnie, pro­szę uwie­rzyć, że ruina Antona ozna­cza także moje ban­kruc­two. Nie miał żad­nego ubez­pie­cze­nia, na któ­rym bym sko­rzy­stała.

Lafont wychy­lił koniak. Jak­kol­wiek nie sądził, by kła­mała w spra­wie ubez­pie­cze­nia, i tak musiał to spraw­dzić.

– Czy pani mał­żo­nek miał wielu wro­gów?

– Oczy­wi­ście, że tak. Przy­naj­mniej kilku. Nie dociera się do miej­sca, w któ­rym był Anton, nie robiąc sobie wro­gów po dro­dze: w inte­re­sach, w wyści­gach… Oba te światy pełne są rywa­li­za­cji. A Anton jest… był bar­dzo ambitny i nie miał skru­pu­łów. Pro­szę pana, nie wiem, z iloma oso­bami już pan roz­ma­wiał, ale wcze­śniej czy póź­niej odkryje pan, że mój mąż nie był zbyt lubia­nym czło­wie­kiem. Jeśli jed­nak chce pan, żebym wska­zała kogoś, kto nie­na­wi­dził go aż tak bar­dzo, by go zabić… Nie wiem, trudno mi uwie­rzyć, żeby był ktoś taki.

– Chciał­bym zadać pani pyta­nie oso­bi­ste, madame. Pro­szę odpo­wie­dzieć, jeśli uzna to pani za sto­sowne, tak byśmy nie zde­ner­wo­wali pani przy­ja­ciela. Czy była pani szczę­śliwa w mał­żeń­stwie?

Jak prze­wi­dział inspek­tor, Edu­ardo de Aran­zana aż pod­sko­czył na fotelu, czemu towa­rzy­szyło osten­ta­cyjne skrzy­pie­nie wikliny.

– Na miłość boską! To jest nie­do­pusz­czalne! Milo, nie odpo­wia­daj na to pyta­nie.

Kobieta ponow­nie dowio­dła, że ma wolną wolę. Po raz pierw­szy spoj­rzała badaw­czo na Lafonta tymi oczami, w któ­rych zda­wał się kryć cały świat.

– Nie można by nas uznać za ide­alne mał­żeń­stwo. Nawet nie kon­wen­cjo­nalne. Na początku tak było, ale ta sie­lanka trwała tylko pół roku. Potem…

– Co się wyda­rzyło?

– Żadna kobieta nie lubi, kiedy nie jest naj­waż­niej­sza dla męża, a Anton wiele rze­czy przed­kła­dał nade mnie: swoje firmy, swoje samo­chody, swoje zami­ło­wa­nia… Wiem też o innych kobie­tach, cho­ciaż oczy­wi­ście one też nie były dla niego naj­waż­niej­sze, z pew­no­ścią nie waż­niej­sze ode mnie. Ale były. Zno­si­łam wiele przy­kro­ści, nie­ustan­nie się kłó­ci­li­śmy… Przy­naj­mniej na początku, potem przy­wy­kłam.

– Znam kobiety, które się roz­wio­dły, mimo że miały znacz­nie mniej powo­dów. Nie jest pani zwo­len­niczką roz­wo­dów, madame?

– Nie jestem prze­ciw. W sumie to wiele razy myśla­łam, żeby poroz­ma­wiać z nim o roz­wo­dzie… Jed­nak w końcu… Doszłam do wnio­sku, że opłaca mi się być jego żoną. Anton mimo wszystko dobrze mnie trak­to­wał, zga­dzał się na moje kaprysy, dawał mi wol­ność, robi­łam to, na co mia­łam ochotę. Nie kon­tro­lo­wał mnie, nie pod­po­rząd­ko­wy­wał mnie sobie. O nie­wielu męż­czy­znach można coś takiego powie­dzieć. Nie­któ­rym trzeba pła­cić znacz­nie wię­cej za ich miłość. Anto­nowi nie. Kochał mnie na swój spo­sób: nie dawał za wiele, ale też nie pro­sił o zbyt wiele. Osią­gnę­li­śmy dobry kom­pro­mis.

– A pani miała jakiś romans?

– Nie – odpo­wie­działa kate­go­rycz­nie – nie inte­re­sują mnie romanse. Zauwa­żył już pan, że nie jestem osobą zbyt roman­tyczną.

– Pro­szę posłu­chać, inspek­to­rze – znowu wtrą­cił się Hisz­pan – wydaje mi się, że madame już wyka­zała się wyjąt­kową cier­pli­wo­ścią. To oczy­wi­ste, że w naj­gor­szym razie mon­sieur Behra roz­ko­ja­rzył się za kie­row­nicą z powodu złego samo­po­czu­cia. Nie ma co szu­kać dziury w całym, a już na pewno nie za cenę repu­ta­cji jego mał­żonki.

Inspek­tor chciał coś powie­dzieć, ale osta­tecz­nie się poha­mo­wał. Ten hisz­pań­ski mądrala nie zasłu­gi­wał na żadną odpo­wiedź. Odsta­wił kie­li­szek na sto­lik i uznał wizytę za zakoń­czoną.

– Zna­ko­mi­cie, madame. – Z wysił­kiem wstał z fotela, jakby jego pokaźne ciało zakli­no­wało się mię­dzy opar­ciem i pod­ło­kiet­ni­kami. – Bar­dzo dzię­kuję za szcze­rość i za pani czas. Nie będę już pani nie­po­koił, przy­naj­mniej na razie.

Kovac i Aran­zana rów­nież wstali. Gdy poli­cjant się­gał po kape­lusz i mary­narkę, kobieta zapy­tała:

– Wie pan, kiedy będę mogła wypra­wić pogrzeb mężowi i wresz­cie zakoń­czyć… to wszystko?

Hisz­pan pogła­dził ją po ple­cach.

– Zaraz po autop­sji, madame. Oba­wiam się, że potrwa to jesz­cze kilka dni, ale posta­ram się przy­spie­szyć pro­ce­durę.

– Bar­dzo panu dzię­kuję, inspek­to­rze. Jest pan bar­dzo miły.

Jules Lafont wło­żył kape­lusz, ale zanim odszedł, przy­po­mniał sobie, że nie do końca wyczer­pał temat.

– Pro­szę pozwo­lić mi zadać jesz­cze jedno pyta­nie, madame: jak nabiła sobie pani tego siniaka?

– Pośli­znę­łam się, wycho­dząc z wanny.

– No tak, to się zda­rza… Cóż, jak mówi­łem: bar­dzo dzię­kuję i do widze­nia.

Jules Lafont ostroż­nie prze­szedł przez pokład i trap. Bar­dzo pra­gnął zna­leźć się już na sta­łym lądzie. Czuł, że kręci mu się w gło­wie, jakby wypił nie kie­li­szek koniaku, ale pół butelki. Gdyby ponow­nie musiał prze­słu­chać madame Kovac, czego nie wyklu­czał, zrobi to na komi­sa­ria­cie, na twar­dym grun­cie.

Ta kobieta go intry­go­wała. Poznał już wiele wdów, zarówno w ramach swo­jej pro­fe­sji, jak pry­wat­nie, i wie­dział, że jeśli cze­goś można od nich ocze­ki­wać, to głę­bo­kiej żałoby. Dla­tego te, które nie czują jej w sercu, udają: i tego się po madame spo­dzie­wał. Po tym spo­tka­niu nie był pewien, czy odczuwa ona żałobę, ale bez wąt­pie­nia nie zadała sobie trudu, aby ją uda­wać. Pró­bo­wała tylko wypaść szcze­rze. Szcze­rze nawet w takiej spra­wie. I poli­cjant zada­wał sobie pyta­nie dla­czego.

Z dru­giej jed­nak strony kobieta mu się podo­bała, polu­bił ją. „Ta cho­ler­nica jest uwo­dzi­ciel­ska do gra­nic, cho­ciaż wcale się nie stara – pomy­ślał Lafont. – A przy­naj­mniej na to nie wygląda”.

Zanim opu­ścił nabrzeże, obej­rzał się i po raz ostatni obrzu­cił spoj­rze­niem Liberté. Edu­ardo de Aran­zana i Mila Kovac trzy­mali się za ręce, sto­jąc do sie­bie przo­dem, bar­dzo bli­sko. I wtedy ona wsparła głowę na jego piersi, a on oto­czył ją ramio­nami.

Nie, dziew­czyna nie była cał­kiem szczera, bo ewi­dent­nie ta dwójka miała romans. Dla­czego jed­nak go nie ukry­wali? Dla­czego madame zaprze­czała wła­snym sło­wom tymi oczy­wi­stymi gestami? Tak, zde­cy­do­wa­nie go intry­go­wała. Bar­dzo go intry­go­wała.

Edu­ardo de Aran­zana cze­kał, aż poli­cjant oddali się od jachtu, aby dać upust emo­cjom:

– Na Boga! Bałem się, że on już ni­gdy stąd nie pój­dzie!

Roz­ma­wiali po hisz­pań­sku, jak zawsze kiedy byli sami. Mila mówiła, że nie chce zapo­mnieć języka. Odwró­cił się do niej i prze­stra­szył się, zoba­czyw­szy, że pobla­dła i spo­chmur­niała. Pod­szedł i czu­łym gestem zało­żył jej kosmyk wło­sów za ucho.

– Dobrze się czu­jesz?

Mila nie potra­fiła odpo­wie­dzieć. Poza tym, że od śmierci Antona cią­gle chciało jej się wymio­to­wać, czuła się pusta, jakby świat poru­szał się wokoło niej, a ona stała spa­ra­li­żo­wana, nie­zdolna do myśle­nia o tym, co ma zro­bić albo co powie­dzieć. Jak jed­nak wyja­śnić to Dudu?

– Tak. – Wysi­liła się na uśmiech.

Chło­pak podał jej szklankę lemo­niady.

– Nawet jej nie spró­bo­wa­łaś, a przy tym upale się odwod­nisz. No wypij tro­chę.

Posłu­chała go jak auto­mat, ale popiła tylko kilka łyków i odsta­wiła szklankę na sto­lik. Edu­ardo ujął jej dło­nie.

– Może połóż się i spró­buj zdrzem­nąć, co?

– Nie, teraz bym nie dała rady zasnąć. Myśla­ła­bym w kółko o roz­mo­wie z tym poli­cjan­tem.

– Tak… zacho­wał się bar­dzo gru­biań­sko, to prawda, a ty… Cóż… Nie uwa­żasz, że byłaś z nim zbyt szczera?

– Powie­dzia­łam mu tylko to, czego i tak wcze­śniej czy póź­niej się domy­śli. Gdy­bym skła­mała, kłam­stwo obró­ci­łoby się prze­ciwko mnie.

– Rozu­miem, ale… Trzeba uwa­żać, te typki tylko cze­kają, żeby zna­leźć kogoś, kogo będą mogły oskar­żyć. Nie wolno im uła­twiać sprawy.

Dziew­czyna wzru­szyła ramio­nami.

– I co to zmieni? Anton nie żyje, a ja nie wiem, co mam zro­bić ze swoim życiem.

– Nie mów tak, ma chérie. Wła­śnie teraz możesz odzy­skać wła­sne życie. A ja stanę u two­jego boku za każ­dym razem, kiedy będziesz mnie potrze­bo­wać.

Mila spoj­rzała na niego z czu­ło­ścią i wdzięcz­no­ścią. Wyczer­pana wsparła głowę na jego piersi i schro­niła się w jego obję­ciach.

– Szkoda, że wyszłaś za tego czło­wieka – szep­nął Dudu z brodą opartą na jej gło­wie.

– Szkoda, że musia­łam za niego wyjść. Szkoda.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Tytuł ory­gi­nału: La dama de la nie­bla

Copy­ri­ght © 2025, Carla Mon­tero

Trans­la­ted from the ori­gi­nal edi­tion of Edi­to­rial Pla­neta, S.A., 2025, Edi­cio­nes Destino

This edi­tion has been publi­shed thro­ugh the agre­ement with Han­ska Lite­rary&Film Agency, Bar­ce­lona, Spain.

All rights rese­rved

Copy­ri­ght © for the Polish e‑book edi­tion by REBIS Publi­shing House Ltd., Poznań 2025

Infor­ma­cja o zabez­pie­cze­niach

W celu ochrony autor­skich praw mająt­ko­wych przed praw­nie nie­do­zwo­lo­nym utrwa­la­niem, zwie­lo­krot­nia­niem i roz­po­wszech­nia­niem każdy egzem­plarz książki został cyfrowo zabez­pie­czony. Usu­wa­nie lub zmiana zabez­pie­czeń sta­nowi naru­sze­nie prawa.

Redak­tor: Kata­rzyna Raź­niew­ska

Pro­jekt okładki: Pla­neta Arte & Diseno

Opra­co­wa­nie gra­ficzne pol­skiej wer­sji okładki: Michał Paw­łow­ski

Ilu­stra­cje na okładce

© Joanna Czo­gala / Arcan­gel Ima­ges

© Key­stone-France/Gamma-Key­stone via Getty Ima­ges

Wyda­nie I e‑book (opra­co­wane na pod­sta­wie wyda­nia książ­ko­wego: Dziew­czyna z mgły, wyd. I, Poznań 2026)

ISBN 978-83-8338-685-0

WYDAWCA

Dom Wydaw­ni­czy REBIS Sp. z o.o.

ul. Żmi­grodzka 41/49, 60-171 Poznań, Pol­ska

tel. +48 61 867 47 08, +48 61 867 81 40

e-mail: [email protected]

www.rebis.com.pl

Kon­wer­sję do wer­sji elek­tro­nicz­nej wyko­nano w sys­te­mie Zecer