Dziewczyna Caleba - Weronika Krzempek - ebook

Dziewczyna Caleba ebook

Weronika Krzempek

0,0
49,90 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

To powinieneś być ty, Coltonie!

Brooke Ward, studentka Uniwersytetu Columbia, podejmuje decyzję, by zmienić uczelnię. Odtąd będzie się uczyć w Bostonie, co bardzo nie podoba się jej ojcu Zachary'em u. Dziewczyna zwykle mu się nie sprzeciwia, jednak tym razem stawia na swoim - nie chce zostać w Nowym Jorku i patrzeć, jak jej matka powoli stacza się w otchłań alkoholizmu. Nie chce też wciąż wracać wspomnieniami do wydarzeń sprzed trzech lat, w wyniku których życie stracił Caleb Black - jej bratnia dusza.

Wbrew sobie Brooklyn zgadza się odwiedzić ojca i jego narzeczoną. Naprzeciw ich domu mieszkał Caleb. Jego matka, Valerie, założyła fundację, która finansuje stypendia sportowe dla zdolnych uczniów. Takie stypendium hokejowe otrzymał kiedyś zmarły syn Valerie. Lepszy z jej synów. Doprawdy to ironia losu, że jej i Brooke odebrano właśnie Caleba, podczas gdy jego starszy brat, Colton, pozostał wśród żywych...

On sam nie wie, dlaczego jeszcze żyje. Może po to, by wraz z Brooke wypełnić ostatnią wolę Caleba?

Książka dla czytelników powyżej szesnastego roku życia.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 405

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Weronika Krzempek

Dziewczyna Caleba

Wszelkie prawa zastrzeżone. Nieautoryzowane rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci jest zabronione. Wykonywanie kopii metodą kserograficzną, fotograficzną, a także kopiowanie książki na nośniku filmowym, magnetycznym lub innym powoduje naruszenie praw autorskich niniejszej publikacji.

Wszystkie znaki występujące w tekście są zastrzeżonymi znakami firmowymi bądź towarowymi ich właścicieli.

Niniejszy utwór jest fikcją literacką. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci — żyjących obecnie lub w przeszłości — oraz do rzeczywistych zdarzeń losowych, miejsc czy przedsięwzięć jest czysto przypadkowe.

Redaktor prowadzący: Adrian MatuszkiewiczRedakcja: Dominika Dziarmaga

Korekta: Jarosław LipskiZdjęcie na okładce wykorzystano za zgodą Shutterstock.

Helion S.A.

ul. Kościuszki 1c, 44-100 Gliwice

tel. 32 230 98 63

e-mail: [email protected]

WWW: beya.pl

Drogi Czytelniku!

Jeżeli chcesz ocenić tę książkę, zajrzyj pod adres

beya.pl/user/opinie/dzieca_ebook

Możesz tam wpisać swoje uwagi, spostrzeżenia, recenzję.

ISBN: 978-83-289-3631-7

Copyright © Helion S.A. 2026

Kup w wersji papierowejPoleć książkę na Facebook.comOceń książkę
Księgarnia internetowaLubię to! » Nasza społeczność

Dla tych, którzy potrafią wybaczać…

Zwłaszcza sobie.

Drogie Czytelniczki, drodzy Czytelnicy!

W trosce o Was informujemy, że w książce pojawiają się wątki takie jak: utrata bliskiej osoby, problemy rodzinne, problemy psychiczne, uzależnienia, autodestrukcja czy niecenzuralne słownictwo, które mogą być nieodpowiednie dla osób wrażliwych bądź tych, które przeżyły traumę. Zalecamy ostrożność przy lekturze.

Pamiętajcie – jeśli zmagacie się z problemami, trudnym czasem, smutkiem, porozmawiajcie o tym z kimś bliskim lub zgłoście się po pomoc do specjalistów.

Prolog

Colton

2015 r.

Światło było tak jasne, że raziło w oczy, pomimo że schowałem głowę między kolanami. Moja klatka piersiowa poruszała się gwałtownie w górę i w dół.

Musiało być głośno. Wszędzie kręcili się ludzie w białych kitlach, ciągle biegając i się śpiesząc. Ktoś zawodził głośno, wył jak zarzynane zwierzę. To był przerażający jęk pełen cierpienia i rozpaczy. Dźwięk piszczących maszynwdzierał się do moich uszu, rozrywając duszę na milion małych kawałków. Wszystko to jednak docierało do mnie jakby z daleka. Jakbym znajdował się za grubą szklaną taflą. Wszystko było dziwnie stłumione i jakaś rozsądna część mojego umysłu podpowiadała mi, że byłem w szoku.

Czułem, że całe moje ciało niekontrolowanie drżało. Moje dłonie umazane były czerwienią, a czarne dżinsy miałem sztywne od krwi. Panika zaczynała mnie dławić, ale nie byłem w stanie się poruszyć. Miałem wrażenie, że czas się zatrzymał. Że utknąłem w jakimś cholernie złym miejscu i miałem już nigdy się z niego nie wydostać. Nie miałem pojęcia, jak się tu znalazłem. Jeszcze przed chwilą klęczałem na mokrym, pogrążonym w ciemności parkingu, z wykrwawiającym mi się na rękach Calebem. Jeszcze sekundę wcześniej czułem na dłoni jego mocno zaciskające się palce…

Boże, skąd na mnie aż tyle krwi?

Mdliło mnie tak mocno, że z trudem utrzymywałem treść żołądka tam, gdzie powinna być.

– Nie! – krzyknął nagle kobiecy głos. Wydał mi się dziwnie znajomy. Zmusiłem się do tego, żeby podnieść głowę i spojrzeć przed siebie. Przez chwilę słyszałem jedynie szum krwi. Obraz był rozmazany i zniekształcony. Dopiero po sekundzie dotarło do mnie, że to przez łzy zbierające się pod powiekami. Kurwa, nie pamiętałem, kiedy ostatni raz płakałem. Chyba wtedy, gdy jako pięciolatek otarłem kolana, a ojciec na mnie nawrzeszczał, żebym się nie mazał.

Wziąłem głęboki oddech i poczułem, jak milion małych szpilek wbija się w moje płuca. Ojciec stał na środku szpitalnego korytarza, patrząc pustym wzrokiem w ścianę. Miał na sobie dopasowany czarny garnitur, tak jak zazwyczaj. I gdyby nie jego zaciśnięte pięści, nie poznałbym, że targały nim jakiekolwiek emocje.

Moja zawsze opanowana i elegancka matka klęczała na szpitalnej podłodze, zanosząc się łzami, a lekarz patrzył na nią z góry współczującym wzrokiem. To był tak dziwny, surrealistyczny obraz, że wydawał się niemal nierealny. Nic z tego nie było normalne. Nic z tego nie powinno być prawdziwe. Przez jedną rozkoszną sekundę wmawiałem sobie, że to tylko pieprzony sen, z którego lada moment się obudzę. Ale sekundy mijały i nic się nie działo. Matka nadal zawodziła, ojciec wciąż patrzył w ścianę, zaciskając pięści. A ja nadal widziałem wykrwawiającego się Caleba, ilekroć tylko zamykałem oczy. Kałuża krwi pod jego ciałem wydawała się ogromna, a posoka ciągle i ciągle wypływała z jego brzucha. Widziałem przerażenie w jego brązowych oczach. Widziałem strach i błaganie, żebym mu pomógł.

Przełknąłem ślinę, zbierając w sobie całą odwagę, jaka we mnie została, aby podnieść się na nogi. Drżały tak bardzo, że ledwo potrafiłem utrzymać równowagę. Gdyby nie ściana, znowu wylądowałbym na podłodze.

Oddychałem szybko, nie odrywając spojrzenia od oczu ojca, który w ułamku sekundy znalazł się przede mną. Tę dziwną obojętność zmieszaną z odrobiną wściekłości i rozczarowania, które wiecznie widziałem w jego oczach, zastąpiła teraz czysta furia. Pieprzony ogień skierowany prosto we mnie.

– Ty zasrany gnoju! – krzyknął, chwytając mnie za koszulkę. Moje plecy uderzyły z impetem w ścianę, co pozbawiło mnie powietrza. Nawet przez myśl mi nie przeszło, żeby się bronić. Zasługiwałem na ten gniew. Zasługiwałem na wszystko, co najgorsze. Nawet nie bolało. Odrętwienie i alkohol były skutecznym buforem.

Otworzyłem usta, chcąc coś powiedzieć, ale nie wyszły z nich żadne słowa. Nie było już nic do powiedzenia. Jak miałem postąpić? Miałem przeprosić? Żadne przeprosiny nigdy nie zmyją mojej winy. Żadne czyny nie naprawią tego, co zrobiłem.

– To powinieneś być ty! – krzyczał mój ojciec, potrząsając mną jak szmacianą lalką. Obraz rozmazywał mi się przed oczami i nie miałem pojęcia, czy to z powodu zbierających się pod powiekami łez, czy krążącego w moich żyłach alkoholu. – To wszystko twoja pierdolona wina! Słyszysz, gówniarzu?! To twoja pieprzona wina!

Słuchałem tego bez słowa sprzeciwu, bo… miał, kurwa, rację.

To wszystko była moja pieprzona wina.

Usłyszałem jakiś krzyk. Nagle poczułem mocne uderzenie w twarz i osunąłem się po ścianie. Ktoś odciągnął ode mnie ojca, a ja nie potrafiłem się nawet ruszyć. Obserwowałem go, jak szarpał się w ramionach dwóch rosłych lekarzy. Nikt nie zwracał na mnie uwagi, a ciepła strużka krwi spływająca mi po brodzie była jedynym dowodem na to, że dostałem w pysk. Ból nie nadchodził.

– To powinieneś być ty! – wrzeszczał mój ojciec. – To ty powinieneś być martwy!

Miał rację.

Rozdział 1.

Brooklyn

Wrzesień

Złoty zegarek na moim nadgarstku wskazywał godzinę piątą po południu, kiedy młoda kelnerka prowadziła mnie przez ciemną elegancką salę. Nie było tu nikogo ubranego inaczej niż w garnitur czy garsonkę lub szykowną sukienkę. Blade światło wpadało przez wysokie okna, przysłonięte ciemnymi welurowymi zasłonami w kolorze butelkowej zieleni.

Kelnerka zatrzymała się przy jednym z okrągłych stolików. Siedział przy nim mężczyzna dobiegający pięćdziesiątki. Jego ciemne włosy tuż przy uszach były przyprószone delikatną siwizną. Miał na sobie czarny garnitur i szary krawat podkreślający jego zimne spojrzenie. Sprawiał wrażenie nieprzystępnego, zupełnie jakby odgradzał się wielkim murem.

– Cześć, tato – powiedziałam, kiedy kelnerka życzyła mi miłego wieczoru. Miałam ochotę wywrócić oczami, jak totalna gówniara. Bo, cholera, ten wieczór nie mógł być dobry.

– Spóźniłaś się.

Westchnęłam ciężko, siadając naprzeciwko niego. Jasne, że się spóźniłam. Chciałam się spóźnić całe cztery godziny, żeby nie musieć przeprowadzać tej rozmowy. Żeby w ogóle się z nim nie spotykać. Całkiem dobrze nam szło, kiedy oddzielało nas minimum dwieście mil. W ciągu roku rozmawiałam z nim ze cztery razy i zawsze były to rozmowy telefoniczne. To zdecydowanie nam wystarczało.

– Przepraszam, cały dzień się rozpakowywałam i załatwiałam wszystkie formalności.

Wziął do ręki kieliszek i upił spory łyk, zanim się odezwał:

– Dobrze wiesz, co o tym myślę.

Schowałam się za menu, żeby nie widział mojego wymownego spojrzenia. Jasne, że wiedziałam. Powiedział mi to tylko kilka razy podczas jednej rozmowy. Wiedziałam, że zmiana uczelni na ostatnim roku nie była dobrym pomysłem, ale jeszcze gorszym wydawało mi się zostanie z matką. Miotałam się, nie potrafiąc podjąć żadnej racjonalnej decyzji. Powoli zabijająca się własna matka nie była czymś, co chciałam oglądać. Może więc moja decyzja miała wiele wspólnego z tchórzostwem, ale powoli godziłam się z faktem, że właśnie tym byłam – cholernym tchórzem.

Ojciec był wściekły, kiedy podzieliłam się z nim wieściami. Porzucenie Uniwersytetu Columbia na rzecz nauki w Bostonie wydawało mu się skrajną głupotą i w duchu musiałam przyznać mu rację. Po kilku ponadgodzinnych wykładach taty niemal się złamałam i chciałam zostać w Nowym Jorku, koniec końców byłam jednak tutaj. Ojciec nie był idiotą, wiedział, że nadszedł czas, kiedy musiał ostrożnie stawiać kroki, bo sznurki, za które pociągał, kurczyły się w zaskakującym tempie. A to dlatego, że zaledwie cztery miesiące dzieliły mnie od przejęcia kontroli nad moim funduszem powierniczym. Oboje jednak wiedzieliśmy, że tak naprawdę niczego to nie zmieniało. Niemal dwadzieścia jeden lat tresury odniosło zamierzone skutki i nie byłam skłonna do buntu. Czasami wyobrażałam sobie, co by się stało, gdybym zaczęła podejmować własne decyzje, ale to zostawało jedynie w bezpiecznej przestrzeni mojej głowy, coś jak marzenie o wyprawie w kosmos. Szczerze mówiąc, nie miałam pojęcia, czego chciałam, więc podążanie za planem mojego ojca wydawało się racjonalnym wyjściem.

– Tato, chcę mieszkać w akademiku – zaczęłam. – Myślałam, że już się z tym pogodziłeś. Poza tym będę tylko przeszkadzać tobie i Quinn.

– Nonsens, Quinn bardzo by chciała nawiązać z tobą przyjazne relacje.

– Jestem pewna, że mieszkanie razem tylko nam w tym przeszkodzi.

Albo to, że nowa narzeczona taty była ode mnie starsza o zaledwie sześć lat. Dobre sobie. Znałam zasady, jakie panowały w naszych relacjach. Wiedziałam, że najlepiej wybierać uniki. Konflikt nie wchodził w grę. Zawsze byłam na przegranej pozycji. Ojciec wszczepił we mnie obowiązek grania idealnej córki i chociaż bardzo chciałam, nie umiałam odpuścić. Nie chciałam go zawieść, chociaż on robił to ciągle.

Moja matka została w Nowym Jorku i leczyła winem wyimaginowane migreny, a imprezami ze swoimi bogatymi koleżankami rekompensowała sobie nieudane małżeństwo i poczucie braku spełnienia. Dobijało mnie patrzenie na ten cyrk trwający od ich rozwodu. Nigdy nie byli przykładnym małżeństwem, ojciec zdradzał matkę przy każdej nadarzającej się okazji, a ona udawała, że tego nie dostrzega. Tak było łatwiej. Poza tym może i nie kochała ojca, ale kochała jego pieniądze.

– Nie rozumiem, dlaczego wolisz zapyziały akademik zamiast naszego domu. – W jego głosie brzmiała słabo skrywana pogarda. Gardził każdą moją decyzją, która nie zgadzała się z jego zdaniem. Zresztą Zachary Ward gardził każdym, kto myślał i robił inaczej, niż on by sobie tego życzył. Po dwudziestu latach prawie przywykłam.

Przygryzłam mocno wewnętrzną część policzka, nadal patrząc uparcie w menu. Stłumiłam złość w zarodku. Wiedziałam, że nic dobrego z tego nie wyjdzie, jeśli się wścieknę. Miałam prawo do podejmowania własnych decyzji, ale rozczarowanie i pogarda w oczach ojca zawsze sprawiały, że kurczyłam się w sobie, czując się winna i malutka.

– Tato – odezwałam się, odkładając na stolik menu – chcę być pełnoprawną studentką. Chcę cieszyć się studiami i czerpać z nich, ile się da. Poza tym nie będę musiała marnować czasu na dojazdy – dodałam szybko, uświadamiając sobie, że prawda tu nic nie zdziała. – Pozwoli mi to skupić się na nauce. Znasz mój plan. Utrzymać średnią, zdobyć tytuł, zdać LSAT, skończyć prawo na Harvardzie, odbyć dobry staż, pracować w twojej firmie – wyrecytowałam jak na autopilocie. Powtarzałam ten plan w głowie od dobrych kilku lat. Już nawet mnie nie mdliło, kiedy o tym mówiłam. Prawie wierzyłam, że to było coś, czego chciałam. Prawie wierzyłam, że mogłam to osiągnąć bez minimum trzech załamań nerwowych w ciągu miesiąca.

– I myślisz, że współlokatorka nie będzie ci przeszkadzać? – zapytał, popijając wino. Patrzył na mnie szarymi oczami. Nienawidziłam tego mrożącego do szpiku kości spojrzenia. Pełnego dezaprobaty i rozczarowania. Bo cokolwiek bym zrobiła, to nie było wystarczające. Nieważne, jak bym się starała, nigdy nie spełniłabym jego oczekiwań. Mimo to nadal uparcie próbowałam. Może było we mnie coś z masochistki.

– Nie wiem, tato. Ale czy nie tego mnie uczyłeś? Dążyć do celu i radzić sobie jednocześnie z przeciwnościami? Jak miałabym zostać prawnikiem, gdybym nie potrafiła skupić się przy jednej współlokatorce?

Wzięłam głęboki wdech. Wytarłam szybko spocone dłonie o materiał eleganckich beżowych spodni. Za każdym razem, kiedy rozmawiałam z nim w cztery oczy, czułam się, jakbym stąpała po polu minowym. Nie mogłam wyczytać z jego twarzy żadnych emocji. Sama przybrałam tę wystudiowaną obojętną maskę. To ona ratowała mnie w wielu sytuacjach.

– Dobrze – powiedział w końcu. – Ale jeśli zobaczę, że coś odciąga cię od nauki i osiągnięcia pełni twoich możliwości, od razu wracasz do domu. Nie mam zamiaru płacić za twoje studia tylko po to, żebyś się na nich dobrze bawiła. Jesteś tam w konkretnym celu, Brooke.

Skinęłam pokornie głową. Zaraz podeszła do nas kelnerka, więc złożyłam zamówienie. Dziewczyna uśmiechnęła się uprzejmie, a ja przez chwilę pozazdrościłam jej tej gównianej roboty i tego, że nie musiała spełniać niczyich wygórowanych oczekiwań.

– Quinn chciałaby zjeść z wami kolację w przyszły weekend – zaczął mój ojciec jakiś czas później, kiedy stał już przed nim talerz z zamówionym jedzeniem. Przekroił krwisty stek, a szejk, który wypiłam na śniadanie, podszedł mi do gardła.

Nie śmiałam wtrącić, że nie podzielałam jej entuzjazmu. Zwłaszcza że Quinn nie zdążyła jeszcze oficjalnie poznać mojej siostry. Sierra była jak czarny kot – wraz z nią pojawiały się wszelakie problemy. W swoim dziewiętnastoletnim życiu zdążyła pokochać dwie rzeczy: imprezy i robienie na złość rodzicom. Ta kolacja zdecydowanie nie mogła skończyć się dobrze i podziwiałam ojca za tę naiwność.

– Oczywiście – odpowiedziałam automatycznie, wymuszając uśmiech. Wiedziałam, że po tym spotkaniu będą boleć mnie policzki.

Na samą myśl o tym, że miałam spojrzeć na budynek znajdujący się naprzeciw naszego domu, dostawałam mdłości. Nie byłam tam od prawie trzech lat. Trzech długich, bolesnych lat, w czasie których umierałam dzień po dniu.

Coś ścisnęło mnie boleśnie w żołądku. To miasto było przesycone wspomnieniami. Tamten dom, stojący naprzeciwko naszego, był jak pieprzona kapsuła czasu.

Ojciec, zupełnie jakby czytał mi w myślach, rzucił nagle:

– Valerie o ciebie pytała.

Omal się nie zakrztusiłam. Brokuł, który próbowałam połknąć, stanął mi na moment w gardle i musiałam popić go wodą. Pozwoliłam sobie na sekundę zwłoki, zanim się odezwałam:

– Och, naprawdę? – Głos lekko mi zadrżał, ale ojciec, jeśli to zauważył, nie skomentował tego. – Co u niej?

– W porządku – odpowiedział mechanicznie, bez emocji. – Zajęła się pracą charytatywną. Słyszałaś może, że założyła fundację stypendialną imienia Caleba Blacka? Podobno wspiera młodych sportowców, którzy nie mogą sobie pozwolić na studia. Chyba potrzebuje sobie zrekompensować to, co się przydarzyło Calebowi. Chciała się z tobą spotkać. – Gula wielkości pieprzonej Kanady stanęła mi w gardle i ledwo zdołałam ją przełknąć. – Prosiła, żebyś wpadła z wizytą, kiedy będziesz w domu.

Tak naprawdę nie chciałam wiedzieć. Nie chciałam jej widzieć i nie chciałam nawet o niej myśleć. Bo kiedy w mojej głowie pojawiała się Valerie Black, pojawiał się też Caleb. A wtedy miałam ochotę zwinąć się w kłębek i wpełznąć w jakieś ciemne miejsce. Minęły trzy lata, odkąd ostatni raz z nim rozmawiałam, odkąd po raz ostatni słyszałam jego głos. Nie licząc cholernych nagrań, które odtwarzałam miliard razy dziennie przez pierwszych kilka tygodni po jego śmierci. Katowałam się, słuchając jego głosu, a moje serce pękało raz za razem. Nie potrafiłam nie myśleć o tym, co by było, gdybym go wtedy zatrzymała w domu. Czy siedziałby teraz ze mną? Nawet teraz, po tak długim czasie, bywało, że kiedy w towarzystwie ktoś mówił coś głupiego lub zabawnego, rozglądałam się dookoła, szukając twarzy Caleba, żeby zobaczyć, czy też się śmieje, albo po to, żeby wymienić z nim pełne politowania spojrzenie.

Za każdym razem kurewsko bolało, kiedy go nie znajdowałam.

Caleb był moją bratnią duszą, moją całą skumulowaną miłością i moim najlepszym przyjacielem. Miałam wrażenie, że wraz z nim umarła jakaś część mnie.

Caleb Black był moim bólem fantomowym. I miał trwać do końca życia. Czasami chciałam o nim zapomnieć. Wymazać go z pamięci, bo wtedy nie bolałoby tak bardzo. A potem myślałam o tym, że nie miałam prawa tego zrobić. Kto, jeśli nie ja, miałby pamiętać o tym, że kiedy Caleb się uśmiechał, pod jego lewym okiem robiło się małe wgłębienie? Kto by pamiętał, że śmiertelnie bał się ślimaków bez skorupek? Że jego głos zawsze zmieniał barwę, kiedy kłamał, że fascynował się tymi cholernymi motylami i że marzył o tym, żeby kiedyś zagrać w barwach Boston Bruins i zdobyć cholerny Puchar Stanleya? Dałabym sobie uciąć obie ręce, że gdyby żył, spełniłby to marzenie.

Uśmiechnęłam się niemrawo w odpowiedzi, nie będąc w stanie się odezwać. Gdybym tylko otworzyła usta, wyrwałby się z nich jedynie żałosny szloch. A ktoś taki jak mój ojciec nigdy by tego nie pojął. Nigdy nie rozumiał mojej relacji z Calebem. Początkowo uważał, że byliśmy całkiem uroczy. Nie wierzył, kiedy mówiliśmy, że nie łączyły nas żadne romantyczne uczucia. Czy mówiliśmy prawdę? Tego nie byłam pewna. Ojciec chyba liczył na to, że koniec końców będziemy razem. Rodzice Caleba idealnie wpasowywali się w ramy jego ideału, a sam Caleb był obiecującym hokeistą i czekała go kariera sportowa. Zanim jednak zdążyliśmy zgłębić ten wątek, Caleb wykrwawił się na pieprzonym parkingu.

Zacisnęłam z całej siły pięści pod stołem, boleśnie wbijając ostre paznokcie we wnętrze dłoni. Ból fizyczny odgonił trochę ten ściskający mnie za serce.

– Chętnie ją odwiedzę – powiedziałam, wpatrując się w biały obrus.

Kłamstwa niezwykle łatwo przechodziły mi przez gardło.

Rozdział 2.

Brooklyn

Wrzesień

Zatrąbiłam po raz kolejny, stojąc na krawężniku przed budynkiem, wktórym prawdopodobnie znajdowała się moja młodsza siostra. Po usłyszeniu, że mam zamiar przenieść się na ostatni rok nauki na Uniwersytet Bostoński, Sierra stwierdziła, że też przeniesie się do Bostonu. Ani matka, ani ojciec nie byli zbyt zadowoleni z takiego obrotu spraw.

Potarłam mimowolnie srebrną bransoletkę na nadgarstku i zatrąbiłam raz jeszcze. Zdecydowanie kończyła mi się dzisiaj cierpliwość. Sierra wczorajszego wieczora napisała mi jedynie SMS-a z adresem, spod którego miałam ją odebrać, żeby podrzucić ją na nieszczęsną kolację z ojcem i Quinn. Na samą myśl zbierało mi się na wymioty. Dwie godziny udawania i posyłania sobie uprzejmych uśmiechów były ponad moje siły. Nerwowo zaczęłam skubać pomalowane na beżowo paznokcie.

W końcu ciężkie drzwi się otworzyły, a na chodnik niemal wypadła moja siostra. Pokręciłam głową z politowaniem, na co wyciągnęła w górę rękę i pokazała mi środkowy palec. Wyglądała jak tania dziwka. Miała opiętą skórzaną spódniczkę, która ledwo zakrywała jej tyłek, do tego brązowe kozaki do połowy ud i bluzkę z czarnej siateczki, spod której prześwitywał czerwony stanik. Kiedyś byłyśmy do siebie podobne niemal jak bliźniaczki. Obie odziedziczyłyśmy urodę po matce. Ludzie często nas mylili, a potem Sierra ufarbowała końcówki blond włosów na odblaskowy błękit i zaczęła nosić mocny makijaż. Od dwóch lat nie widziałam jej bez tej krwistoczerwonej szminki na ustach. Dzisiejszy strój był typową prowokacją w stylu Sierry Ward.

Wskoczyła do samochodu, odgarniając włosy za plecy. Posłała mi swój firmowy kpiący uśmiech i strzeliła balonem z gumy. Wywróciłam wymownie oczami, wiedząc, że starała się grać mi na nerwach. Taka właśnie była Sierra. Robiła wszystko, żeby doprowadzić człowieka do granicy. Wciskała wszystkie guziki i czekała na wybuch. A potem zakładała na nos okulary przeciwsłoneczne i cieszyła się pokazem.

– Ojciec nie będzie zachwycony – powiedziałam w końcu, kiedy zaczęła majstrować przy radiu. Z głośników poleciało ostre brzmienie gitary elektrycznej, do której zaraz potem dołączyła perkusja. Nienawidziłam dźwięku gitary.

– Cóż, ojciec musi się zadowolić jedną idealną córką – rzuciła z przekąsem Sierra, rozsiadając się wygodniej na siedzeniu pasażera. – Myślisz, że jak będę grzeczna, to też kupi mi takie autko? – zapytała, dotykając z czułością skórzanej tapicerki. Jej paznokcie miały neonowy zielony kolor.

– Nie. Po tygodniu pewnie byś je rozbiła. Dla zabawy.

Roześmiała się głośno, odchylając w tył głowę. Na prawym ramieniu miała wytatuowane kolorowe kwiatki, które prześwitywały przez siateczkę bluzki.

– Nie uważasz, że Quinn to dziwkarskie imię? – Nawinęła na palec kosmyk włosów w kolorze akwamaryny. Patrzyła na mnie wyzywająco, chcąc zobaczyć, czy podejmę rękawicę. Nie miałam zamiaru tego robić. To nigdy nie kończyło się dobrze, a ja naprawdę nie chciałam dokładać sobie problemów.

– Uważam, że powinnaś zagryźć wargi i pozwolić nam przeżyć te dwie godziny w spokoju.

Roześmiała się znowu.

– Daj spokój, Brooke. – Dotknęła mojego ramienia. – Wtedy byłoby nudno.

– Nie przeszkadzałoby mi to.

– Masz bardzo nudne życie, co? – Zrobiła balon z gumy, po czym zniszczyła go językiem. Srebrna kulka zalśniła w promieniach słońca.

Zagryzłam wewnętrzną część policzka, powstrzymując się od odpowiedzi. Miała cholerną rację, ale nuda była dobra. Sprawiała, że nie czekały mnie żadne niespodzianki, że nie miało prawa zdarzyć się nic złego. Ceniłam sobie moje spokojne życie. Potrzebowałam go.

– Odkąd zmarł Caleb, zachowujesz się, jakbyś miała kij w dupie.

Auć.

Ręce zadrżały mi na kierownicy i poczułam się, jakbym dostała w splot słoneczny. Omal nie zjechałam na sąsiedni pas. Sierra nigdy nie słynęła z subtelności.

– Co, za wcześnie? – zapytała, ale w jej głosie na próżno było szukać skruchy.

Przełknęłam ślinę, mając wrażenie, że coś utkwiło mi w gardle. W ostatnim czasie trzymałam się całkiem dobrze. Rok temu przestałam chodzić na terapię i nie potrzebowałam już tabletek. Było naprawdę nieźle. Caleb śnił mi się coraz rzadziej i potrafiłam wyjść na miasto bez przeświadczenia, że moje życie nie miało już sensu. Ale tutaj, w Bostonie, kryły się demony przeszłości. I wszystkie na mnie polowały.

– Za wcześnie – wyszeptałam, wpatrując się z uporem w drogę przede mną. Sierra pogłośniła radio i oparła brudne buty na masce rozdzielczej.

Chciałam już mieć ten wieczór za sobą. Rodzinne spotkania zdecydowanie nie były mocną stroną Wardów.

*

Wspomnienia uderzyły mnie w twarz jak hokejowy krążek. Zacisnęłam z całej siły zęby, zmuszając się, żeby nie zerknąć na drugą stronę ulicy. Skupiłam się na zaparkowaniu samochodu na żwirowym podjeździe i niepatrzeniu we wsteczne lusterko. Mimo tego serce biło mi w piersi tak szybko, iż byłam pewna, że zaraz je wyrzygam. Ledwo zauważyłam, kiedy Sierra wyszła z samochodu i trzasnęła głośno drzwiami.

Dom z naprzeciwka majaczył w ciemności, oświetlony jedynie pomarańczowym blaskiem ulicznej latarni.

Przełknęłam ślinę i policzyłam powoli do dziesięciu. Dziesięć sekund – tyle musiało mi wystarczyć na uspokojenie się. Wzięłam głęboki oddech i posłałam sobie pocieszający uśmiech w bocznym lusterku. Wyłączyłam silnik i niemal biegiem ruszyłam do domu ojca.

Zatrzasnęłam za sobą drzwi, wypuszczając powietrze z płuc. Bolała mnie głowa. Szykowała mi się nieprzespana noc, w czasie której będę wylewać morze łez. W myślach przeszukałam wnętrze torebki, zastanawiając się, ile tabletek nasennych mi zostało. Miałam je brać w wyjątkowych sytuacjach, a byłam pewna, że dzisiejszy wieczór będzie się do nich zaliczać.

Quinn uśmiechnęła się tak szeroko, iż byłam pewna, że lada moment pękną jej policzki. Tak łatwo było ją przejrzeć. Zdecydowanie nie przywykła do tego typu życia. Emocje pokazywały się na jej twarzy w sekundzie i można było czytać z niej jak z otwartej księgi. Jej uśmiech był wielki, ale w bladozielonych oczach widziałam zdenerwowanie. Była ładna i wydawała się sympatyczna. Ubrana w letnią sukienkę przed kolano sprawiała wrażenie nawet młodszej niż w rzeczywistości. Musiała szybko nauczyć się chować za maską obojętności, jeśli chciała przeżyć w tym świecie. Od matki dowiedziałam się, że była kelnerką w jednej z eleganckich restauracji, do których lubił chodzić ojciec. Zaczęli się spotykać krótko po rozwodzie moich rodziców.

– Brooklyn, Sierra, jak miło was widzieć! – rzuciła tym wyświechtanym frazesem, rozkładając szeroko ramiona, jakby chciała objąć nas obie. Sierra prychnęła głośno i wyminęła ją, ostentacyjnie unosząc przy tym głowę. Zapowiadało się niezwykle ciekawie.

Posłałam Quinn niemrawy uśmiech i uścisnęłam ją szybko, udając, że nie dostrzegłam przy tym jej czerwonych z zażenowania policzków. Było mi jej nawet trochę żal. Tak bardzo się starała, żeby wszystko wypaliło. Była jedynie sześć lat starsza ode mnie i zdecydowanie musiała być równie zagubiona jak ja. Zastanawiałam się, co skłoniło ją do tego, żeby związać się z moim zimnym, oceniającym ojcem. Nie miałam pojęcia. Ja musiałam go kochać, ale ona? Sierra była przekonana, że leciała na pieniądze. Podejrzewałam, że miała rację, ale to zdecydowanie nie była moja sprawa. Ojciec mógł robić ze swoim życiem, co chciał. Szczerze? Było mi obojętne, z kim się wiązał.

Ojciec wszedł do jadalni w tej samej sekundzie co ja. Miał na sobie szary garnitur, a jego twarz wyrażała obojętność. Sierra siedziała już przy stole, ignorując wszystkich i pisząc coś na swoim telefonie. Światło z kryształowego żyrandola odbijało się w brokatowej obudowie smartfona.

– Sierra, przestań zachowywać się jak rozwydrzona nastolatka – upomniał ją ojciec, zajmując miejsce naprzeciwko niej. Rozpiął guzik marynarki i posłał jej naglące spojrzenie. Wiedziałam, że to nie zadziała. Im bardziej karciło się Sierrę, tym ta zacieklej walczyła.

– Powinieneś być przyzwyczajony, skoro mieszkasz z Quinn – odparowała, uśmiechając się niewinnie.

Quinn spłonęła rumieńcem, zaczesując za uszy nerwowym ruchem rude włosy. Boże, ten wieczór mógł się zakończyć jedynie tragedią.

Wzięłam głęboki oddech, usiadłam obok siostry i wyrwałam jej telefon z rąk. Spojrzała na mnie, jakby chciała mnie zamordować, ale posłałam jej jedynie gniewne spojrzenie. Wywróciła oczami, wzięła ode mnie swój telefon i posłusznie schowała go do małej torebki, którą powiesiła na oparciu krzesła.

– Zadowolona? – syknęła do mnie, na co skinęłam głową. Ból się wzmógł.

Quinn uśmiechnęła się do mnie z wdzięcznością i wymamrotała pod nosem, że zaraz przyniesie kolację. W powietrzu unosił się przyjemny zapach pieczonego łososia. Nie miałam jednak pojęcia, jak miałoby mi się udać cokolwiek przełknąć.

Nie potrafiłam być w tym domu i nie myśleć o przeszłości. Nie mogłam wyrzucić z głowy brązowych tęczówek Caleba. Tym bardziej nie mogłam zapomnieć o granatowych jak noc oczach patrzących na mnie w ciemności w moim pokoju – niemal czułam na ciele szorstkie od gry na gitarze dłonie. Myślenie o Calebie było trudne, sprawiało, że traciłam oddech; ale myślenie o Coltonie sprawiało, że rozpadałam się na drobne kawałeczki.

Wciągnęłam ze świstem powietrze, czując, jak dreszcz wstrząsnął moim ciałem. Cisza dzwoniła w uszach, sprawiając, że dźwięk gitary w mojej głowie stawał się coraz głośniejszy. Musiałam go uciszyć. Musiałam coś zrobić, żeby wrócić z przeszłości. Ugryzłam się w język tak mocno, że krew zalała mi usta. Przełknęłam ją z trudem, ale ból fizyczny i tak był niczym w porównaniu z tym, co działo się z moim sercem.

– Jak idą przygotowania do ślubu, Quinn? – zapytałam, przerywając niezręczną ciszę.

– Dobrze – odpowiedziała, nerwowo pocierając policzek o ramię. Wydawało się, że zrobiła to całkiem bezwiednie. Ręce jej drżały, gdy próbowała nabić na widelec kawałek łososia. – Nie chcemy wielkiej ceremonii. Raczej małe przyjęcie w ogrodzie.

– Brzmi cudownie. – Posłałam jej uprzejmy uśmiech. Kosztowało mnie to cholernie dużo energii, ale przywykłam do udawania.

– Chciałabym, żebyście zostały moimi druhnami – wyznała nieśmiało. – Moja rodzina jest raczej dość mała. Byłybyście trzy. Wy i moja przyjaciółka Delia.

– Z przyjemnością. Chętnie pomogę również z przygotowaniami – skłamałam.

Sierra prychnęła głośno, ściągając na siebie uwagę. Przymknęłam na moment powieki, widząc posępną minę mojego ojca.

– Wymyśliłaś już, co będziesz robić, Sierro? – zapytał ojciec.

Żołądek zwinął mi się w kłębek i spojrzałam szybko na ojca. Quinn siedząca naprzeciwko mnie również zesztywniała. Położyła mu dyskretnie rękę na kolanie, więc szybko odwróciłam spojrzenie.

Sierra uniosła w górę brwi.

– Pytasz o moje plany na dzisiejszy wieczór? – zaczęła, nawijając na palec kosmyk włosów. – Zapewne wybiorę się do klubu i wyrwę jakiegoś przystojniaka, może pójdziemy razem do łazienki…

– Sierra – warknęłam, przerywając jej. Rzuciła mi mordercze spojrzenie.

– Co? – syknęła. – Przecież tatuś pytał o moje plany.

– Dobrze wiesz, jakie plany mam na myśli, Sierro – powiedział ojciec opanowanym tonem. Zacisnął jednak mocniej palce na widelcu. – Rzuciłaś studia. Nie masz pracy. Jak chcesz się utrzymywać? Gdzie mieszkasz? Z kim?

Sierra nie miała zamiaru wracać na studia po tym, jak wdała się w płomienny romans ze swoim wykładowcą. Doszła do wniosku, że poradzi sobie bez nich. Cóż, zapewne tak miało być, skoro nadal miała fundusz powierniczy. I tak byłam pełna podziwu, że spędziła na studiach niemal cały semestr.

– Super, czyli pieprzone przesłuchanie! – wykrzyknęła. – Nie dość, że zdradzałeś matkę, to jeszcze znalazłeś nam nową mamusię! Ona ma dwadzieścia siedem lat, do cholery jasnej!

Ojciec westchnął, najwyraźniej zmęczony. To nie była pierwsza rozmowa tego typu, którą przeprowadzał z Sierrą. Jakaś część mnie chciała przywołać jej romans ze starszym od niej profesorem, ale podejrzewałam, że rozumowanie mojej siostry działało tylko w jedną stronę. I wiedziałam, że może nawet nie do końca świadomie uwikłała się w to wszystko w wyrazie jakiegoś popieprzonego buntu. Sierra nie miała jednak prawa obwiniać ojca o rozpad naszej rodziny, bo, do cholery jasnej, nasza rodzina nigdy nie była idealna. Rodzice żyli jedynie obok siebie, przybierając uprzejme maski, kiedy wymagała tego sytuacja. Ojciec sypiał z różnymi kobietami, nawet się z tym nie kryjąc. Matka zaliczyła minimum jeden romans, o którym wiedziałam. Nie byli przykładem szczęśliwego małżeństwa. Łączyły ich za to wspólne cechy, takie jak chociażby zamiłowanie do utrzymywania nieskazitelnej reputacji. I przez długi czas szło im to świetnie. Byli genialni, jeśli chodziło o stawianie wygórowanych wymagań. Byli dorośli, mogli niszczyć sobie życie, jak tylko chcieli.

– Mam czterdzieści pięć lat, Sierro – zaczął tym opanowanym, płaskim tonem. – To, co robię, to moja sprawa.

– A to, co ja robię, to moja! – Sierra omal nie tupnęła nogą.

– Będzie twoja, jeśli przestaniesz brać ode mnie pieniądze. Dopóki to robisz, mam prawo pytać. Chcę znać twój plan.

Sierra prychnęła jak rozjuszona kotka.

– Mój plan to nie skończyć tak jak wy.

Ojciec westchnął.

– Czyli jak, Sierro? Z dobrą pracą, pieniędzmi na koncie i dobrą reputacją? – Przechylił głowę. – Masz zamiar skończyć edukację na liceum, i co dalej? Będziesz kelnerować do końca życia, ledwo wiążąc koniec z końcem?

Sierra mordowała go wzrokiem.

– Popatrz na swoją siostrę. – Zacisnęłam pod stołem dłonie w pięści i poczułam, jak paznokcie wbijają mi się boleśnie w ich wnętrze. – Ma określony plan na przyszłość. Ambitne plany, do których dąży.

Kolacja podeszła mi do gardła. Nienawidziłam tego, że ciągle to robił. Porównywał nas do siebie, sprawiając tym samym, że musiałam sprostać stawianym w ten sposób wymaganiom. A to za każdym kolejnym razem wydawało się coraz bardziej nieosiągalne. Zupełnie jakby ktoś przekładał oczekiwania na coraz wyższą półkę.

Sierra zazgrzytała zębami. W jej niebieskich oczach szalała istna burza. Mimowolnie wstrzymałam oddech, przygotowując się na zrzucenie przez nią bomby.

– Tak, pieprzona idealna Brooklyn! – krzyknęła, uderzając zaciśniętymi dłońmi w stół. – Nie była taka idealna, kiedy zaciążyła w wieku osiemnastu lat, ale o tym już zapomniałeś, prawda?

Zimny pot zrosił mi czoło. Miałam wrażenie, jakby uderzyła mnie ciężarówka. Patrzyłam na siostrę wielkimi, pełnymi przerażenia oczami, a przeszłość śmiała mi się prosto w twarz.

– Sierra… – wymamrotałam, a może powiedziałam to tylko w mojej głowie, bo nikt nie zwrócił na mnie uwagi. Utkwiłam tępe spojrzenie w swoim talerzu, a panika łapała mnie za gardło. Czułam łzy czające się gdzieś na granicy powiek, ale wiedziałam, że nie mogę się rozpłakać.

– Wiesz co? – syknęła Sierra, czerwieniejąc. – Wsadź sobie te pieniądze w dupę! Albo swojej nowej żonie! Najwyraźniej to lubi!

– Sierra! – krzyknął ojciec, ale ona już złapała za pasek od torebki i jak burza wypadła z domu. Zapanowała ciężka cisza, kiedy dźwięk trzaskania drzwiami rozpłynął się w powietrzu.

Zagryzłam mocno dolną wargę. Wiedziałam, że tak to się skończy. Quinn znieruchomiała na swoim krześle, uparcie wpatrując się w talerz. Jej policzki były czerwone; w przeciwieństwie do twarzy ojca, który aż pobladł z tłumionej furii.

– Wiesz coś więcej? – zapytał w końcu ojciec, przenosząc na mnie spojrzenie. Nikt nie skomentował tego, co powiedziała Sierra. Jakby ten temat nie istniał. Tak było od zawsze. Wszystko zostało wymazane.

Mimowolnie wyprostowałam się na swoim miejscu. Przygotowywałam się na kolejną rundę. Dłonie nadal zaciskałam w pięści.

– Nie – odpowiedziałam. – Sierra nigdy mi się nie zwierza. Znam tylko adres.

Ojciec skinął głową.

– Podasz mi go.

Tym razem to ja skinęłam głową, wytrzymując jego spojrzenie.

– A teraz jedzmy – rozkazał, spoglądając na swój talerz. – Wszystko wygląda przepysznie, Quinn.

Rozdział 3.

Brooklyn

Wrzesień

Serce biło mi dziko w piersi, kiedy w końcu wyszłam z domu. Skierowałam się od razu w stronę zaparkowanego na podjeździe samochodu, wbijając spojrzenie w brukową kostkę. W dłoni ściskałam kurczowo klucze od samochodu. Jeszcze tylko kilka kroków. Jeszcze tylko kawałek i będę daleko od tego miejsca.

– Brooke!

Miałam wrażenie, jakby ktoś wylał mi na głowę kubeł lodowatej wody. Zmroziło mnie od stóp do głów, a nieprzyjemny dreszcz przebiegł mi po plecach. Przez kilka ciągnących się w nieskończoność sekund nie mogłam oddychać. Moje płuca przestały działać. Cholera, miałam wrażenie, że całe moje ciało się popsuło. Nie potrafiłam zmusić się do ruchu. Chciałam udawać, że ten głos to tylko echo przeszłości rozbrzmiewające wyłącznie w mojej głowie.

– Brooke, to naprawdę ty?!

Nie – miałam ochotę odpowiedzieć i uciec do samochodu. Wiedziałam jednak, że nie mogłam tego zrobić. Nie tego mnie uczono.

Z głośno bijącym sercem podniosłam powoli głowę. Miałam głupie wrażenie, że wszystko działo się jak w spowolnionym tempie. Dom naprzeciwko wyglądał tak, jak go zapamiętałam. Wielki i biały z idealnie przystrzyżonymi krzewami i wielką werandą. Wiedziałam, że na tyłach znajdowała się skrzypiąca biała huśtawka, na której spędziłam tak wiele godzin. Po rynnie można było się wspiąć na daszek na półpiętrze, a stamtąd przechodziło się prosto do pokoju Caleba. Robiłam to wiele razy, przemycając skradziony ojcu alkohol. Leżałam na tym cholernym daszku, okryta szkolną bluzą z numerem siedem i nazwiskiem Black. To tam snuliśmy marzenia i dzieliliśmy się najbardziej zawstydzającymi myślami. To tam czułam się najswobodniej na świecie.

A w pokoju po drugiej stronie korytarza straciłam dziewictwo i spory kawałek serca.

Zmusiłam wargi do uśmiechu, choć w środku tonęłam we łzach. Czułam panikę czającą się za rogiem. Zacisnęłam pięści, nie chcąc się jej poddać. Paznokcie wbijały się boleśnie w skórę.

– Valerie – odezwałam się, będąc z siebie niezwykle dumna, bo nawet nie zadrżał mi głos. Nie widziałam matki Caleba od trzech lat. Ostatnim razem jej włosy były ciasno spięte w elegancki koczek. Tonęła w czerni i łzach, stojąc nad trumną swojego młodszego syna.

– Kochana, ale wyrosłaś – oznajmiła z uśmiechem, kiedy przeszłam przez ulicę i zatrzymałam się przed nią. Rozłożyła ramiona, a ja dałam jej się uścisnąć. Pachniała swoimi różanymi perfumami, co niemal zabrało mnie w przeszłość. Przez jedną rozkoszną sekundę pozwoliłam sobie udawać, że tak właśnie było; a Caleb siedział w swoim pokoju, zajadając pistacje i psiocząc na zadania domowe, których zawsze było za dużo.

– Nie zmieniłam się aż tak bardzo – wyjąkałam z trudem. Jedynie cienie pod moimi oczami się powiększyły, ale tego nie mogła widzieć, bo ukrywałam je pod grubą warstwą makijażu.

– Wejdziesz na chwilę? – zapytała, nadal trzymając mnie za przedramię. – Wieki się nie widziałyśmy. Kiedyś byłaś u nas codziennie.

Nie miałam pojęcia, jak ona to robiła. Jak mogła rozmawiać ze mną tak swobodnie, kiedy ja ledwo powstrzymywałam się przed tym, żeby nie położyć się na chodniku, zwinąć w kłębek i płakać, dopóki nie skończą mi się łzy. Nie chciałam wchodzić do tego domu. Miałam zamiar uciec jak najdalej. Ale rozum nakazywał mi się zgodzić. Uśmiechnąć się uprzejmie i spełnić kolejne oczekiwanie. Bo przecież tak trzeba. Tak wypada.

– Chętnie.

Valerie uścisnęła moje przedramię i uśmiechnęła się ciepło. Zaprowadziła mnie bez słowa do środka, a ja starałam się nie analizować tego, co czułam. Mogłam jedynie płynąć z prądem i liczyć na to, że nie wciągnie mnie pod powierzchnię.

Usiadłam na skórzanej kanapie w salonie, nie rozglądając się dookoła. Wszystko było takie samo jak trzy lata temu. Zupełnie jakby czas się zatrzymał. Jakby Caleb zaraz miał zbiec po tych drewnianych schodach i posłać mi ten chłopięcy, pełen uroku uśmiech. Złapałby mnie za nadgarstek i pociągnął w stronę wyjścia, krzycząc przez ramię, że późno wróci. Potem pojechalibyśmy nad jezioro i siedzieli na masce jego samochodu w otoczeniu popularnych dzieciaków, z którymi mieliśmy stracić kontakt wraz z ukończeniem liceum. Uwielbiałam takie imprezy, kiedy płomienie wznosiły się w nocne niebo, a plusk wody mieszał się z pijackimi krzykami. W powietrzu unosiły się wolność i wizja świetlanej przyszłości. W tamtej wizji Caleb był przy mnie.

Valerie postawiła przede mną filiżankę z parującą herbatą, a ja zamrugałam, wyrwana z zamyślenia. Caleb nie zbiegł ze schodów i coś zimnego złapało mnie za serce.

– Słyszałam, że przeniosłaś się na Uniwersytet Bostoński – zagaiła. – Twój tata bardzo cię chwali.

Uśmiechnęłam się uprzejmie, kiwając głową. Słowa nie chciały mi przejść przez gardło. Robiłam, co tylko byłam w stanie, żeby nie zawieść zaufania ojca. Na wszystko musiałam ciężko zapracować, nie mogłam sobie pozwolić na żadne potknięcie. Już raz się potknęłam i nie skończyło się to dobrze. Nigdy nie chciałam już widzieć tego rozczarowania w jego oczach.

– Tata mówił mi, że zajęłaś się działalnością charytatywną – zagadnęłam, kiedy cisza zaczęła się przedłużać. Wszystko w tym domu było przesiąknięte przeszłością. W tych zimnych ścianach mieszkały duchy. Spojrzałam szybko w stronę szerokich drewnianych schodów prowadzących na piętro. Sekundy mijały, a Caleb się nie pojawiał.

– Tak – odpowiedziała z entuzjazmem. Zdawał się jednak fałszywy. Mdły jak jej różane perfumy. – Po śmierci Caleba nie potrafiłam się na niczym skupić, a jednocześnie nie mogłam siedzieć w domu i patrzeć w ściany. Pomyślałam, że… – Zacisnęła na moment wargi i pokręciła głową, po czym zaczęła od nowa: – Cały czas miałam w głowie to, że jego życie zostało tak gwałtownie przerwane. Miał tyle planów i marzeń. Dostał stypendium sportowe, miał grać w Minnesocie, miał tyle przed sobą. I zostało mu to odebrane. Pomyślałam, że mogłabym pomóc komuś innemu spełnić te marzenia. Dzięki temu czuję się trochę bliżej Caleba.

Skinęłam głową. Ja tymczasem odcięłam się od wszystkiego, co przypominało mi o Calebie. Nie potrafiłam oglądać hokeja ani nawet o nim rozmawiać. Nie jadłam jego ulubionych lodów pistacjowych. Unikałam wszystkiego, co mogłoby spotęgować ten tępy ból w mojej piersi. Miałam wrażenie, że ktoś wyrwał mi brutalnie kawałek serca i od trzech lat ziała tam wielka czarna dziura. Byłam pusta w środku i gdyby ktoś mną potrząsnął, zagrzechotałabym jak pusta puszka po piwie, do której ktoś wrzucił centa.

Nie potrafiłam nawet patrzeć na jego matkę. Jakaś część mnie ją kochała, bo praktycznie była moją drugą mamą. Spędzałam w tym domu tak dużo czasu, że nie było innej możliwości, jak tylko obdarzyć ją miłością i traktować jak rodzinę.

Serce stanęło mi w gardle, kiedy spojrzałam na czarny fortepian stojący pod oknem. Światła z latarni odbijały się od lśniącej tafli, uwydatniając unoszące się w powietrzu drobinki kurzu. Szybko odwróciłam spojrzenie, żeby nie myśleć o starszym z braci. On również złamał mi serce. Złamał mnie całą.

Gdy jednak przeniosłam wzrok na ścianę obok mnie, od razu tego pożałowałam. Dziesiątki zdjęć w grubych czarnych ramkach śmiały mi się prosto w twarz. To było jak pieprzona kapsuła czasu. Jak jakieś dziwne narzędzie tortur. Moje serce nie wiedziało, jak poradzić sobie z tymi uczuciami. Coś ciepłego mieszało się z morzem ostrych żyletek.

Były tam portrety rodzinne. Mali bracia Black obejmujący się nawzajem ramionami. Sam Caleb po wygranym meczu. Na kolejnym zdjęciu znalazłam się nawet ja, całująca Caleba w policzek. Na następnym mieliśmy po sześć, siedem lat. Stałam między Calebem a Coltonem. Ten drugi zerknął na mnie w momencie, gdy ktoś nacisnął spust migawki. Zastygliśmy w czasie. Ja i Caleb w szerokim uśmiechu, bez górnych jedynek, po tym, jak dobiliśmy do siebie na rowerach. I ten cholerny Colton patrzący na mnie, jakby znowu chciał mnie pociągnąć za włosy albo rzucić na mnie garść pająków.

Zamarłam, przenosząc spojrzenie na kolejną fotografię. Tym razem był na niej sam Colton. Miał może piętnaście lat i trzeba przyznać, że już wtedy był przystojny. Już wtedy było w nim coś ostrego, ostrzegawczego. Czarne włosy miał półdługie, kręcące się lekko na końcach, a kości policzkowe ostre nawet jak na tych piętnaście lat. Było w nim coś, co sprawiało, że nie można było przejść obok niego obojętnie.

– Byłam pewna, że ty i Caleb w końcu zostaniecie parą. – Valerie odezwała się nagle, sprawiając, że podskoczyłam, wyrwana z zamyślenia. Nie chciałam myśleć o Coltonie. Nie chciałam mieć ich obu w głowie jednocześnie.

Położyła chudą dłoń na moim ramieniu, wpatrując się przy tym w fotografię Coltona. Obserwowałam jej profil, nie mogąc uspokoić rozszalałego serca.

– Ale pewnego razu zobaczyłam cię z nim – dodała ciszej, jakby zdradzała mi jakiś wstydliwy sekret. Tym właśnie był Colton Black, moim wstydliwym sekretem. – I już nie byłam taka pewna. A potem zdarzyło się to wszystko…

Poczułam, jak policzki zaczęły mnie palić żywym ogniem. Wstyd i wyrzuty sumienia uderzyły we mnie jak rozpędzona ciężarówka. Przed oczami stanęła mi scena, kiedy Wylon, ojciec Coltona, otworzył drzwi sypialni swojego syna tylko po to, żeby przyłapać nas półnagich. Wstyd był niemal namacalny. Nikt inny o tym nie wiedział. Kazał nam to zakończyć, a dwa tygodnie później Caleb umarł. Colton zapadł się pod ziemię. Po upływie dwóch miesięcy siedziałam z pozytywnym testem ciążowym w drżących rękach. I każdy założył, że to było dziecko Caleba. A ja nie potrafiłam zmusić się do wyznania prawdy.

– Co masz na myśli? – Słowa zdawały się stawać w moim gardle jak kołek. Nie chciałam zadać tego pytania. Nie chciałam znać odpowiedzi. Przymknęłam na moment oczy, nie potrafiąc dłużej patrzeć na zdjęcia wiszące na białej ścianie. Były jak cholerny policzek. Jak pieprzone przypomnienie o tym, co utraciłam.

Valerie potarła z roztargnieniem wargi.

– Nigdy na nikogo tak nie patrzył – powiedziała cicho. Tak cicho, że ledwo ją usłyszałam. – Czasami miałam wrażenie, że on po prostu nie potrafił… nie potrafił kochać, wiesz? Nigdy nikogo do siebie nie dopuszczał. A potem zobaczyłam was przy tym fortepianie.

To była tortura w najczystszej postaci. Po tysiąckroć wolałabym cięcie nożem i przypalanie papierosami niż jej słowa. Zacisnęłam z całej siły powieki, czując zbierające się pod nimi łzy. Niemal widziałam to hipnotyzujące spojrzenie. Niemal słyszałam jego głos. Nie mogłam sobie na to pozwolić. To było za dużo. Nie mogłam opłakiwać ich obu na raz.

Jedna żałoba na raz.

– I przez myśl mi przeszło, że to nie w nim był problem, tylko w nas. Bo skoro potrafił patrzeć tak na ciebie…

Dalsze słowa zawisły w powietrzu.

Gdyby potrafił kochać, nie zostawiłby mnie. Nie uciekłby.

– Kontaktował się z tobą? – zapytałam. Musiałam w końcu otworzyć oczy. Nie mogłam zostać w ciemności na zawsze; choć było to niezwykle kuszące.

Valerie uśmiechnęła się do mnie smutno, a jej ramiona drgnęły jak ukłute szpilką. Rzuciła szybkie spojrzenie na czarno-białe zdjęcie, na którym byli obaj jej synowie. A potem schowała się za tą wystudiowaną w wyrazie uprzejmego zainteresowania maską.

– Spotkałam go rok temu – zaczęła, wygładzając przód pastelowoniebieskiej tweedowej marynarki. Jej uśmiech stał się uprzejmy, nad wyraz ostrożny. – Nie miał mi zbyt wiele do powiedzenia. Znasz go. Nigdy nie był łatwy do kochania.

Zmarszczyła nagle brwi i uciekła spojrzeniem w bok. Przez chwilę wydawała mi się starsza. Jakby w ciągu tej sekundy przybyło jej kilka lat. Złote kolczyki zalśniły w blasku żyrandola.

– Zawsze było w nim tak wiele złości… – mówiła, nie patrząc mi w oczy. Całe szczęście, bo gdyby to zrobiła, zobaczyłaby, że moje własne zaszkliły się niebezpiecznie. Nie lubiłam myśleć o Coltonie. Był jak druga strona monety. Był ciemnością wobec światła Caleba. Smutkiem wobec radości. Był wszystkim tym, czym nie był Caleb. Nigdy nie znałam dwóch tak różnych ludzi. Nie sądziłam, że mogę kochać ich obu. – Już jako mały chłopiec był wściekły na cały świat.

Pokręciła głową, a kilka kosmyków czarnych włosów wymsknęło się z jej perfekcyjnego koczka.

– Zawsze chodził własnymi ścieżkami, zawsze był taki… samodzielny. Nigdy mnie nie potrzebował, nigdy nie… – Znowu pokręciła głową, po czym posłała mi kolejny uprzejmy uśmiech. Nie widziałam jeszcze, żeby ktoś uśmiechał się tak smutno. – Może za bardzo chciałam, żeby był jak…

– Jak Caleb – dopowiedziałam, a jego imię dziwnie zawinęło mi się na języku. Tak dawno go nie wypowiadałam, że teraz brzmiało wręcz obco. Mój język odwykł od tego dźwięku.

– Przepraszam cię na chwilę, kochanie – wykrztusiła przez zaciśnięte gardło. Skinęłam głową, bo doskonale ją rozumiałam.

Odgłos jej szpilek stukających o drewnianą podłogę nikł w oddali, a ja nie potrafiłam się ruszyć. Wszystko wokół zdawało się ze mnie kpić. Przypominać mi o rzeczach, o których nie chciałam myśleć. Spełniały się wszystkie moje koszmary, o jakich śniłam przez te trzy lata. Bycie w tym miejscu bez Caleba, bez Coltona – to był koszmar.

Znowu zerknęłam w stronę czarnego pianina stojącego pod przeszkloną ścianą. To tutaj zaczęła się moja przygoda z Coltonem Blackiem. To tutaj rozpoczęła się ta cała seria zdarzeń, która miała zakończyć się tragedią. Wiedziałam, że zadawanie się z Coltonem to jak zabawa z ogniem. Od zawsze wiedziałam, że mogłam się jedynie sparzyć. Colton nie był kimś, kto zostawał na dłużej. Nie był kimś, kto potrzebował drugiego człowieka. Był jak kot dający się głaskać, kiedy tylko sam miał na to ochotę. Był jak ulotny moment, jak płatek śniegu na rozgrzanej dłoni. Zawsze, ale to zawsze tylko na chwilę.

A mimo to, kiedy tamtej nocy zeszłam do salonu Blacków i zobaczyłam go tak bezczelnie uśmiechniętego, jakby znowu rzucał mi to swoje nieme wyzwanie, nie potrafiłam odpuścić. Gdybym tylko zamknęła oczy, zobaczyłabym go w tych potarganych czarnych dżinsach, z tym protekcjonalnym uśmiechem i fajką między ustami. Powietrze śmierdziało dymem papierosowym, który unosił się nad jego głową jak posępna aureola. Jak widmo nieszczęścia.

Odwróciłam spojrzenie i moje nogi same poniosły mnie na piętro. To było jak cholerna pamięć mięśniowa. Za każdym razem, kiedy nie radziłam sobie z samą sobą i swoimi emocjami, szukałam Caleba. Był moją bezpieczną przystanią.

Moje obcasy stukały o posadzkę, co niosło się echem w tej posępnej ciszy. Miliard razy pokonywałam tę drogę. Znałam ją na pamięć. Mogłam zamknąć oczy, a i tak dotarłabym bez problemu pod te skrzypiące drewniane drzwi.

Zawahałam się tylko przez sekundę. Pozwoliłam sobie jedynie na tę maleńką chwilę zwłoki, zanim przekręciłam gałkę. Miałam wrażenie, że była cholernie lodowata, a może po prostu cała krew odpłynęła z moich trzęsących się z emocji dłoni.

Pokój wyglądał tak, jak zapamiętałam. Zupełnie jakby zatrzymał się czas. Nic, kompletnie nic się nie zmieniło. Wszystko wyglądało, jakby Caleb miał zaraz wrócić do domu.

Na starannie pościelonym łóżku nadal leżała jego sportowa koszulka z numerem siedem i jego nazwiskiem. Moje serce drgnęło boleśnie; miałam ochotę porwać tę koszulkę w ramiona i rozpłakać się jak małe dziecko.

Mój oddech przyśpieszył, kiedy walczyłam ze łzami. To nie powinno tak wyglądać. Powinien być tu ze mną. Może najdalej w Minnesocie, trenując ostro, żeby wygrać Frozen Four. A ja siedziałabym na trybunach, obgryzając paznokcie, klnąc na sędziego i kibicując mu z całego serca. Powinien żyć. Powinien spełniać marzenia.

Podeszłam do biurka. Cały pokój Caleba zawsze był wręcz pedantycznie czysty, z wyjątkiem biurka. To było jedyne miejsce, w jakim panował bałagan. Uśmiech prawie wpełzł na moje wargi, ale spojrzałam na korkową tablicę powieszoną nad biurkiem i serce zamarło mi w piersi. Nasze zdjęcie wisiało niemal na samym środku. Caleb miał na sobie strój do hokeja. W uniesionej ręce trzymał swój kij, a drugą obejmował mnie w pasie, kiedy całowałam go w policzek. Doskonale pamiętałam ten moment. To był jego ostatni wygrany mecz. Ten, na którym byli rekruterzy z uczelni. Ten, na którym dostał tak wiele wizytówek. Boże, był taki szczęśliwy. Otworzyło się przed nim tak wiele drzwi, które zaraz potem zatrzaśnięto mu tuż przed twarzą.

Złapałam się za brzuch, walcząc jednocześnie z cisnącymi się do oczu łzami. Obraz powoli zaczynał mi się rozmazywać, ale powstrzymywałam płacz. Czytałam małe karteczki, na których zapisywał najważniejsze informacje. Były tam notatki o treningach, spotkaniach. Znalazł się nawet narysowany przez naszą przyjaciółkę Doritt motyl. Miał pomarańczowe skrzydełka. Znałam ten gatunek. Motyle monarchy. Z jakiegoś powodu fascynowały Caleba.

A potem mój wzrok padł na przysłoniętą podręcznikiem do chemii organicznej kartę i omal nie ugięły się pode mną kolana. Moje ręce drżały jak u staruszki, kiedy wyciągnęłam ją spod książki. Wielkimi czarnymi literami na górze strony napisane było: LISTA RZECZY DO ZROBIENIA PRZED ŚMIERCIĄ.

Zakryłam dłonią usta. Boże, naprawdę to napisał.

Podłoga na korytarzu zaskrzypiała i dopiero wtedy dotarło do mnie, że po domu od dłuższego czasu niósł się dźwięk stukających obcasów. Podskoczyłam gwałtownie, kiedy kroki ustały.

Odwróciłam się i zobaczyłam pobladłą Valerie. Odruchowo schowałam za siebie kartkę, momentalnie sztywniejąc. Nie wiedziałam, dlaczego poczułam potrzebę, aby ją schować. Ukryć przed wszystkimi.

Valerie rozglądała się z przerażeniem, przyciskając do serca dłoń. Skanowała wzrokiem pomieszczenie, aż w końcu jej spojrzenie zatrzymało się na mnie.

– Przepraszam – szepnęłam, bo nie było mnie stać na nic innego. – Tak bardzo cię przepraszam, Valerie. Ja po prostu… nogi same mnie tu poniosły. Nie powinnam…

Uniosła w górę drżącą rękę i posłała mi kolejny uprzejmy półuśmiech. Miałam ochotę nią potrząsnąć, żeby wymusić na niej jakiekolwiek prawdziwe emocje. Łzy zaczęły szczypać mnie jeszcze mocniej pod powiekami, kiedy kobieta podeszła nieśpiesznie do łóżka i wzięła do rąk koszulkę z numerem siedem.

– Nie potrafiłam tu wejść i posprzątać – powiedziała cicho, głaszcząc zakurzony materiał z czułością. Przełknęłam głośno ślinę. Nie marzyłam o niczym innym jak o ucieczce. Schowana za plecami kartka paliła moje dłonie.

– Powinnam to zrobić wcześniej – mówiła dalej. – Powinnam tu posprzątać. Może… – Podniosła głowę, żeby spojrzeć mi prosto w twarz. Ten ból kryjący się w jej oczach omal nie powalił mnie na kolana. – …może jest coś, co chciałabyś zabrać?

Otworzyłam usta i zamknęłam je jak wyłowiona z wody rybka. Nie potrafiłam nic powiedzieć. Nie byłam w stanie wykrztusić z siebie słowa. Czekałam, aż to uczucie minie. Ale im dłużej czekałam, tym stawało się ono silniejsze. Rozpacz, żal i pieprzone uczucie niesprawiedliwości szarpały za moje serce jak rozwścieczony pies.

– Nie wiem… – odpowiedziałam szczerze. Nie potrzebowałam stąd nic, żeby pamiętać. Miałam wrażenie, że Caleb płynął w moich żyłach.

Rozdział 4.

Brooklyn

2015 r.

Wyciągnęłam spod za dużej o kilka rozmiarów bluzy butelkę alkoholu. Zwędziłam ją, kiedy rodzice wybrali się na bal charytatywny w centrum Bostonu. Zazwyczaj nie robiłam takich rzeczy, ale dziś była wyjątkowa okazja. Zerwanie z dziewczyną to nie przelewki. Nie żeby Caleb się tym przejmował; jeśli chodziło o związki, zawsze traktował je dość lekko.