Dziennik Bridget Jones. Dziecko OPR.MK - Helen Fielding - ebook
lub
Opis

 BRIDGET JONES

UWIELBIANA SINGIELKA I ŚWIATOWY FENOMEN POWRACA... Z BRZUSZKIEM.

Seria niespodziewanych, lecz typowych dla Bridget zdarzeń doprowadza do upragnionej ciąży. Jak zwykle, nie wszystko idzie po myśli naszej bohaterki. Oczekiwanie na potomka stanie się dla Bridget pasmem niecodziennych wyborów żywieniowych, dziwacznych rad pijanych Singielek i Dętych Mamusiek, wygłupów i amorów, radości i smutków. A całe to szaleństwo zdominuje jedno, wyjątkowo niezręczne pytanie: Kto jest ojcem?

O KSIĄŻKACH Helen Fielding:

„Chyba żadnej książki nie mogę polecić z większą radością. Kosmicznie śmieszna, cudownie wnikliwa, nieskończenie wzruszająca”.

                                                           J I L L Y  C O O P E R

Helen Fielding jest jedną z najdowcipniejszych pisarek na świecie, a Bridget Jones to produkt geniusza komizmu”.

                                                           N I C K  H O R N B Y

„Dzieło autentycznego talentu komicznego. Nawet mężczyźni będą się śmiali”.

                                                     S A L M A N  R U S H D I E

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 158

Popularność


Helen Fielding Dziecko Bridget Jones. Dziennik Tytuł oryginałuBridget Jones’s Baby. The Diaries ISBN Copyright © 2016 by Helen FieldingAll rights reserved Copyright © 2016 for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań Redaktor Magdalena Wójcik Projekt graficzny okładki Agnieszka Herman Wydanie 1 Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.
Dla Kevina, Dasha i Romy

Wstęp

Mój Najukochańszy Billy!

Mam przeczucie, że dowiesz się o wszystkim, więc pomyślałam sobie, że będzie lepiej, jak usłyszysz z ust własnej mamy, jak to się zaczęło.

Daję Ci do przeczytania kawałki moich dzienników i jeszcze rozmaite to i owo z tamtego dość mocno pogmatwanego czasu.

Tylko żebyś się nie zgorszył, proszę. Mam nadzieję, że w trakcie czytania będziesz już duży i zrozumiesz, dlaczego nawet Twoi rodzice mogli coś takiego zmalować, a zresztą sam dobrze wiesz, że ja zawsze byłam troszeczkę niegrzeczna.

Bo na czym polega cała sprawa? Widzisz, ludzie myślą, że powinni się stawać jacyś tam, a tak naprawdę stają się zupełnie inni, i inaczej też wyobrażają sobie, jak im się życie potoczy, niż to się potem dzieje rzeczywiście.

Ale wystarczy tylko zachować zimną krew i nie tracić pogody ducha, wtedy wszystko się dobrze ­skończy — w każdym razie w moim przypadku wszystko się dobrze skończyło, bo się urodziłeś, a to najlepsza rzecz, jaka mi się przytrafiła w życiu.

Przepraszam za to i w ogóle za wszystko.

Buziaki, Mama

(Bridget)

JEDEN

Apokaliptyczny znak

24 CZERWCA, sobota

Południe. Londyn, w domu. O Boże, Boże! Przegrywam walkę z czasem, koszmarny kac i w ogóle masak… No świetnie! Telefon!

— Cześć, kochanie, nie zgadniesz, co ci powiem! — Moja matka. — Dopiero co byłyśmy u Mavis Enderbury na Śniadaniowym Karaoke… i w życiu nie zgadniesz! Julie Enderbury właśnie sobie…

Niemal można było usłyszeć przysłowiowy pisk hamulców. Jakby zamierzała palnąć „zrzuciła dwadzieścia kilo”, ale połapała się, że stoi obok osoby cierpiącej na chorobliwą otyłość.

— Właśnie sobie co? — wymamrotałam, szaleńczo pchając do ust resztki koziego sera i zagryzając batonem proteinowym w nadziei, że to pomoże na kaca, a jednocześnie próbując z pobojowiska na łóżku wydobyć strój w miarę odpowiedni na chrzciny.

— Ach, nic, nic takiego, kochanie! — wyszczebiotała.

— Co Julie Enderbury właśnie sobie? — Czknęło mi się. — Właśnie sobie kazała przyprawić cycki jeszcze bardziej gigantyczne od poprzednich? Właśnie sobie sprawiła wygimnastykowanego młodego Brazylijczyka?

— Ależ naprawdę nic takiego, kochanie. Właśnie sobie urodziła trzecie, ale nie o tym chciałam z tobą rozmawiać, zadzwoniłam, żeby…

Grrr! Dlaczego ona mi to wiecznie ROBI? Nie dość, że koniec wieku rozrodczego coraz bliżej, to jeszcze…

— Dlaczego unikasz rozmowy o trzecim dziecku Julie Enderbury? — wycharczałam, dusząc na oślep przyciski pilotów, żeby poszukać ratunku w telewizji; tyle tylko zdziałałam, że z ekranu wyskoczyła na mnie reklama z udziałem anorektycznej nastoletniej modelki i niemowlaka bawiącego się rolką papieru toaletowego.

— Ależ nie unikam — odparowała beztrosko matka. — Nieważne, popatrz na taką Angelinę. Zaadoptowała to chińskie maleństwo…

— Gdybyś sprawdziła, tobyś wiedziała, że Maddox jest z Kambodży, mamo — wycedziłam zimno. Słowo daję, matka o celebrytach wypowiada się tak autorytatywnie, jakby program Śniadaniowego Karaoke u Mavis Enderbury uwzględniał pogawędkę od serca z Angeliną Jolie.

— Nie to jest ważne, tylko to, że Angelina najpierw adoptowała tego dzieciaczka, a potem nie tylko złapała Brada, ale jeszcze dorobiła się tych innych dzieci.

— Nie wydaje mi się, że to akurat pomogło Angelinie w „złapaniu” Brada Pitta, mamo. Posiadanie dziecka to nie jest jakaś Korona Himalajów w życiu kobiety — powiedziałam, z wysiłkiem wbijając się w absurdalnie zwiewną kieckę koloru brzoskwiniowego, którą po raz ostatni miałam na sobie na ślubie Magdy.

— Tak trzymaj, kochanie. Tylu ludzi nie ma dzieci i żyją jak w bajce! Weź Wynn i Ashleya Greenów! Trzydzieści cztery razy spływali w dół Nilu! Zwróć uwagę, przez cały czas jako para, więc…

— Może tak przyjmiesz do wiadomości, mamo, że ten jeden jedyny raz w życiu jestem naprawdę szczęśliwa. Powodzi mi się w pracy, mam nowy samochód z nawigacją satelitarną i jestem wooolna… — wyplułam z siebie, zerkając przy tym za okno, gdzie czekał na mnie osobliwy widok: grupa ciężarnych kobiet przechodziła ulicą koło mojego domu, czule obejmując swoje brzuchy.

— Hmmm. Ale co to ja chciałam powiedzieć? W życiu byś nie zgadła.

— Że co?

Śladem pierwszej gromadki szły następne trzy ciężarne. Dziwnie, coraz dziwniej…

— Zgodziła się! Królowa! Dwudziestego trzeciego marca przyjeżdża z królewską wizytą świętować tysiąc pięćsetną rocznicę postawienia kamienia Ethelreda.

— Co? Kto? Jakiego znowu Ethelreda?

Pod moimi oknami maszerowała właśnie cała procesja ciężarnych kobiet.

— Nie wiesz? To jest to coś, co stoi w wiosce obok hydrantu pożarowego… Mavis założyli tam blokadę na koła. Zabytek z czasów anglosaskich — ględziła mama na autopilocie. — A tak w ogóle, czy ty nie powinnaś być dzisiaj na chrzcinach? Elaine mówiła mi, że Mar…

— Mamo. Tu się dzieją jakieś dziwne rzeczy — przerwałam jej zdławionym głosem. — Muszęiśćpa.

Grrr! Dlaczego wszyscy sprzysięgli się, żeby traktować bezdzietne kobiety jak idiotki? Chodzi mi o to, że przecież dla nikogo, matkę wliczając, sprawa nie jest wcale taka jasna i oczywista. Stale od niej słyszę: „Czasami wolałabym w ogóle nie mieć dzieci, kochanie”. A zresztą niełatwo sobie radzić w dzisiejszym świecie, gdzie mężczyźni to w coraz większym stopniu gatunek prymitywny i niewyewoluowany, i ostatnią rzeczą, jakiej się chce… Aaaa! Dzwonek do drzwi.

12.30. Shazzer przyszła — nareszcie! Otworzyłam jej domofonem i kompletnie zdziczała dopadłam do okna, gdy tymczasem Shazzer, wystrojona w mocno niepasującą do chrzcin małą czarną i pantofle Jimmy Choo, powędrowała prosto do lodówki, stukając obcasami.

— Ruchy, Bridge! Jesteśmy gorzej niż spóźnione! Ale co ty się tak czaisz pod tym oknem? I czemu się przebrałaś za wróżkę z bajki?

— To omen — wybełkotałam. — Bóg mnie karze, bo jestem egoistyczną karierowiczką, a życie na ziemi nie może przeze mnie rozkwitać, bo stosuję środki antykoncepcyjne.

— Mogę wiedzieć, czemu pieprzysz jak potłuczona? — rzuciła pogodnie Shazzer i otwarła lodówkę. — Masz wino?

— Nie zauważyłaś? Na ulicy jest pełno ciężarnych. To znak, apokaliptyczny znak. Jeszcze trochę i z nieba będą spadały krowy, zaczną się rodzić konie z ośmioma nogami i…

Shazzer podeszła do okna i wyjrzała na zewnątrz, wypinając swój jędrny tyłek, obleczony ciasno w małą czarną.

— Nikogo tam nie ma oprócz jednego teoretycznie seksownego chłopaka z brodą. Nie, cofam to, nie jest seksowny. Znaczy nie bardzo. Chociaż może bez tej brody…

Doskoczyłam do okna i błędnym wzrokiem omiotłam pustą ulicę.

— Zniknęły. Zniknęły. Tylko gdzie się podziały? No gdzie one są?!

— OK, spokój, spokój, cudowny spokój, spokój… — mówiła Shazzer, z miną amerykańskiej policjantki, która przemawia do ósmego uzbrojonego świra tego dnia.

Spojrzałam na nią głupawo, mrużąc oczy jak królik uwięziony w świetle reflektorów samochodowych, a potem wypadłam jak bomba z mieszkania i zbiegłam na dół, ścigana przez stukot butów od Jimmy Choo.

Ha! Zatriumfowałam wewnętrznie, gdy już znalazłam się na ulicy. Zobaczyłam JESZCZE DWIE ciężarne kobiety idące pospiesznie w tę samą stronę.

— Kim wy jesteście? — mężnie stawiłam im czoło. — Co zwiastujecie? Co was z sobą łączy?

Kobiety gestem dłoni wskazały zamkniętą wegańską knajpkę i ustawioną przed nią tablicę z napisem: NOWOŚĆ! BŁYSKAWICZNY KURS JOGI DLA CIĘŻARNYCH!

Stojąca za mną Shazzer parsknęła głośno.

— Ach, już rozumiem, to wspaniale, bosko — powiedziałam do kobiet. — Życzę miłego popołudnia. Najmilszego.

— Bridget — powiedziała Shaz. — Jesteś obłąkana.

I obie osunęłyśmy się na próg, chichocząc z lekka histerycznie.

13.04. Londyn. Mój samochód.

— Nie szalej, zdążymy — powiedziała Shazzer.

Cztery minuty temu miałyśmy być w Chislewood House, na przedchrzcinowym drinku, a tymczasem tkwiłyśmy w potężnym korku na Cromwell Road. Ale za to w moim nowym aucie, któremu można kazać, żeby cię zawiozło, gdzie tylko chcesz, żeby samo wybierało numer telefonu i w ogóle wszystko.

— Połącz z: Magda — zwróciłam się do samochodu, wyraźnie artykułując słowa.

— Cel podróży: Malta — odparł usłużnie samochód.

— Jaka znowu Malta, co za kretyn! — wydarła się Shazzer.

— Zmiana celu podróży: Kreta — powiedział samochód.

— No nie! Ja mu zaraz przywalę! — wrzasnęła znowu Shazzer.

— Zmiana celu podróży: Death Valley.

— Nie krzycz na mój samochód!

— Co, teraz bronisz samochodu?

— Włóżcie majtki! Natychmiast włóżcie majtki! — We wnętrzu samochodu znienacka zadudnił głos Magdy. — Macie nie pokazywać się na chrzcinach bez majtek.

— Mamy na sobie majtki — oburzyłam się.

— Mów za siebie — burknęła Shaz.

— Bridget! Gdzie cię wcięło? Jesteś matką chrzestną. Oj, mamusia da klapsa, da klapsa, da klapsa!

— Wszystko w porządku! Pędzimy przez wieś! Zaraz będziemy! — dodałam, półprzytomnie zerkając na Shazzer.

— No to dobrze, ale spieszcie się, bo najpierw trzeba wypić po drinasku na wzmocnienie. A właściwie to muszę ci coś powiedzieć.

— Co? — spytałam nieco uspokojona, że Magda najwyraźniej nie jest na mnie ostatecznie wściekła. Cała zabawa zaczynała się zanosić na przyjemny jednodniowy wypad.

— Hmm… chodzi o ojca chrzestnego.

— Taaak?

— Słuchaj, naprawdę mi głupio. Porodziło nam się tyle tych dzieci, że zabrakło już bodaj odlegle dorzecznych kandydatów. Jeremy go poprosił i nawet mnie nie spytał.

— No to kto został poproszony?

I tu zapadła cisza, w tle której słychać było wrzaski. A potem usłyszałam imię, które wbiło się w moje serce, jak nóż francuskiego kucharza wbija się w gomółkę koziego sera.

— Mark.

— Żartujesz sobie — wtrąciła się Shazzer.

Znowu cisza.

— No nie, bez jaj. Żartujesz sobie, Magda? — dopytywała się Shazzer. — Co ty, kurwa, odpierdalasz, ty maniakalna masochistko? Przecież nie każesz jej, kurwa, stanąć przy chrzcielnicy obok Marka Darcy’ego, na oczach obleśnej, nadętej żoneczki, nadętej w tej swojej skurwielowatej…

— Constance! Odnieś to z powrotem! DO ŁAZIENKI! Sorry, muszę lecieć!

I tu telefon umilkł na dobre.

— Zatrzymaj samochód — rozkazała Shaz. — Nie jedziemy. Zawracaj.

— Zawróć. W najbliższym. Dozwolonym. Miejscu — podpowiedział samochód.

— Tylko dlatego, że Magda rozpaczliwie uczepiła się Jeremy’ego, w związku z czym „przypadkiem” w podeszłym wieku urodziła mu dziecko i teraz musi urządzać polowanie na rodziców chrzestnych, to jeszcze nie powód, żeby wrabiać akurat ciebie w te rodzicielskie zabawy przed ołtarzem do spółki z twoim eks, którego na dodatek cechuje zrepresjonowany charakter analny.

— Kiedy ja muszę. To mój obowiązek. Jestem matką chrzestną. Ludzie z takich powodów jeżdżą nawet do Afganistanu.

— Bridget, to nie Afganistan, to jakieś głupkowate, złachane szambo towarzyskie. Zjedź na bok.

Próbowałam, ale wszystkich na jezdni znienacka ogarnęła histeria i zaczęli trąbić jak szaleni. W końcu znalazłam w Sainsbury stację benzynową dobudowaną do pawilonu sieci Homebase.

— Bridge. — Shazzer spojrzała na mnie i odgarnęła zabłąkany kosmyk włosów z mojej twarzy, a mnie wtedy przelotnie przemknęło przez głowę pytanie, czy ona przypadkiem nie jest lesbijką.

Bo moim zdaniem czasy teraz są takie, że młodzi ludzie najwyraźniej nie uważają siebie ani za gejów, ani za heteryków, tylko po prostu SĄ CZYM SĄ, a i z kobietami jest tak, że o wiele, wiele łatwiej się z nimi dogadać niż z mężczyznami. Ale z kolei ja lubię seks z facetami i nigdy nie…

— Bridget! — rzuciła surowym tonem Shazzer. — Znowu zapadłaś w trans. Na okrągło robisz to, czego chcą inni. Rób to, czego tobie trzeba. Na przykład seks. Skoro się tak uparłaś wziąć udział w tym popierdzielonym KOSZMARZE, to chociaż przeleć kogoś w trakcie. Ja w każdym razie dokładnie to mam zamiar dzisiaj robić, ale nie w tym pierdolniku, tylko u siebie w domu, skoro jednak się upierasz, aby postawić siebie w sytuacji, która jest ABSOLUTNIE NIE DO PRZYJĘCIA, po to tylko, aby wszystkich zadowolić, w takim razie wzywam taksówkę. Bo po południu ja i mój chłopczyk zorganizujemy sobie nasze własne chrzciny we dwoje.

A jednak Magda jest moją przyjaciółką i zawsze była dla mnie życzliwa. Dlatego więc pojechałam na te chrzciny, całą drogę użalając się nad sobą, że nie wyszło mi, jak miało, samiutka jak ten palec, jeśli nie ­liczyć mojego nowego samochodu, który na szczęście wyraźnie nabrał ochoty na pogaduchy.

Pięć lat wcześniej

Do dziś nie potrafię uwierzyć, że to się stało. Przecież nie chciałam zrobić nic złego. Próbowałam tylko być miła. Shazzer ma rację. Muszę koniecznie się zresetować i zacząć też więcej czytać, np. Dlaczego mężczyźni kochają zołzy.

Na imprezę zaręczynową wynajęliśmy salę balową w hotelu Claridge’s. Gdyby to zależało tylko ode mnie, wszystko by się odbyło w lokalu bardziej artystycznym, ze sznurami lampek choinkowych, z koszykami zamiast abażurów, z kanapami na dworze zamiast w środku itd. Ale Mark uznał, że Claridge’s to właściwe miejsce na zaręczyny, a przecież na tym właśnie polegają związki, że człowiek się dostosowuje i już. I Mark, który nie umie śpiewać, zaśpiewał. Przerobił słowa do My Funny Valentine.

My funny valentine, sweet funny valentine,

Ty pierwsza stopiłaś serca mego lód,

I choć głupstewka słodkie mówisz,

Wciąż te kalorie i cellulit,

Kocham cię, chociaż wad masz w bród.

Na punkcie wagi opętana. Spóźniasz się bez opamiętania.

I w krąg wiecznie siejesz zamęt.

Lecz nie zagłębiaj się w Prousta i Poego,

Bo lepsze jest wrogiem dobrego,

Chcę tylko szczerości i ciepła twojego

Nie zmieniaj się i wyjdź za mnie.

Z tym śpiewaniem naprawdę było u niego kiepsko, ale że normalnie jest strasznie sztywny, wszyscy się niesamowicie wtedy wzruszyli, a Mark to już zupełnie wyszedł z siebie i pocałował mnie w usta, tak publicznie. Z ręką na sercu, pomyślałam wtedy, że już nigdy w życiu nie będę bardziej szczęśliwa.

A potem wszystko, niestety, zdecydowanie się posypało.

Postanowienia

Jeżeli kiedykolwiek jeszcze coś znowu prawie mi się uda, to będę szerokim łukiem omijała rzeczy nas­tępujące:

a) Karaoke.

b) Daniela Cleavera (mój były chłopak, stary kumpel Marka z Cambridge i jego wróg numer jeden, ponieważ rozwalił mu pierwsze małżeństwo, uprawiając seks na stole kuchennym z jego pierwszą żoną w momencie, gdy Mark akurat wrócił z pracy).

Właśnie złaziłam niepewnie ze stołu, po wykonaniu mojej wersji I Will Always Love You, kiedy zauważyłam, że Daniel Cleaver gapi się na mnie z udręczoną, tragiczną miną.

Sprawa z Danielem polega na tym, że to pozbawiony zahamowań seksualny manipulant i zdrajca, który kłamie jak najęty i potrafi być wredny jak mało kto; Mark oczywiście go nienawidzi za to, co zaszło w przeszłości, ale ja wciąż mimo wszystko uważam, że ma w sobie coś uroczego.

— Jones — powiedział Daniel. — Pomożesz mi? Rozpacz sprawia, że przeżywam katusze. Jesteś tą jedyną z wszystkich istot na świecie, która potencjalnie mogła mnie uratować, a tymczasem ty wychodzisz za innego. Czuję, że ulegam dezintegracji, prawie jakbym rozpadał się na kawałki. Czy zechcesz mi poświęcić choć kilka życzliwych słów na osobności, Jones? Mogę cię prosić?

— Alefofyfisie, Daniel, jachnajbadziej — wybełkotałam mętnie. — Chce, zeby fszysy byli tach szęśliwi jak ja. — Z perspektywy czasu sądzę, że mogłam być wtedy odrobineczkę wstawiona.

Daniel już mnie trzymał pod rękę i ciągnął w jakimś bliżej nieokreślonym kierunku.

— To są katusze, Jones, co ja czuję. Istne tortury.

— Nie. Ssłuchaj. Ja napraawdę, napraawdę myszlę, sze… szęsie jes takie…

— Chodź tutaj, Jones, proszę. Naprawdę musimy pogadać, w cztery oczy… — mówił Daniel, prowadząc mnie z pewnymi trudnościami do jakiegoś ustronnego pomieszczenia. — Czy moje życie jest odtąd skazane na przegraną, już na wieczność, powiedz szczerze?

— Nie! — zaprotestowałam. — Fszyciu. Daniel! Jesze dziesz badzo sześliwy.

— Przytul mnie, Jones — odparł na to. — Boję się, że już nigdy…

— Szłuchaj. Szęsie jest sześliwe, bo… — dowodziłam, ale w tym momencie straciliśmy równowagę i przewróciliśmy się na podłogę.

— Jones — wycharczał głucho, wyraźnie napalony. — Pozwól mi po raz ostatni spojrzeć na te twoje wielkie mamusine majtasy, które tak ubóstwiam. Żeby uszczęśliwić tatusia? Zanim moje życie rozsypie się w proch?

Wtedy drzwi otworzyły się gwałtownie i kiedy zadarłam głowę, ku swemu przerażeniu zobaczyłam twarz Marka, dokładnie w tym samym momencie, w którym Daniel zadzierał mi spódniczkę. W piwnych oczach mojego narzeczonego na krótką chwilę pojawił się ból, a zaraz potem totalny chłód, zero emocji.

To była ta jedna, jedyna rzecz, której Mark za nic nie potrafiłby mi odpuścić. Z tamtej imprezy wyszliśmy razem, jak gdyby nigdy nic. I potem przez ileś tam tygodni brnęliśmy w to jeszcze, udając przed światem, że wszystko jest w porządku, i bez powodzenia próbowaliśmy też udawać to przed sobą.

Jak wiadomo, mam dyplom z filologii angielskiej z Uniwersytetu w Bangor i dzięki temu do głowy przyszedł mi cytat z jednego z cudownych dzieł D.H. Lawrence’a:

„W jej duszy, dumnej i prawej, coś zakrzepło i stwardniało jak głaz”1.

Jakieś miejsce w duszy Marka, dumnej i prawej, miejsce, które wcześniej zajmowałam ja, teraz zakrzepło i stwardniało jak głaz. „Co z nim, kurwa, jest nie tak? To był kompletnie nieistotny epizod w porównaniu z całym życiem. Przecież wie, jaki jest Daniel”, mówili znajomi. A jednak w przypadku Marka chodziło o coś znacznie więcej, ale ja nie potrafiłam tego zrozumieć, a on wyjaśnić. To była ta ostatnia kropla, która przepełnia czarę goryczy. I w końcu oznajmił, że nie jest w stanie ciągnąć tego dłużej. Że nadal mam swoje mieszkanie, że przeprasza za kłopot, za zawód miłosny itd. A potem jeszcze się postarał, żeby wieści o naszych zerwanych zaręczynach obiegły naszych przyjaciół i rodziny w należycie elegancki sposób, i krótko po tym wyjechał do pracy w północnej Kalifornii.

Moi wspaniali przyjaciele wołali potem: „To facet ze zrepresjonowanym charakterem analnym, który dostał na głowę, bo chodził do prywatnej szkoły i w życiu się z nikim nie zwiąże”. Tymczasem sześć miesięcy później Mark ożenił się z nabzdyczoną, patyczakowatą prawniczką, która z nim była tamtego pierwszego razu, kiedy zobaczyłam go w garniturze, na literackiej imprezie poświęconej Motocyklowi ­Kafki, podczas której ona zamęczała Salmana ­Rushdiego jakimiś „hierarchiami w kulturze”, a ja nie potrafiłam z siebie wykrzesać nic oprócz „Nie wiecie, gdzie tu są toalety?”.

Z Danielem nie miałam potem żadnego kontaktu. „OLEJ Daniela. To pozbawiony zahamowań seksoholik i emocjonalnie popaprany związkofob, który w życiu się z nikim nie zwiąże”, perorowała Shazzer. Siedem miesięcy później Daniel ożenił się ze wschodnioeuropejską modelką/księżniczką i co jakiś czas zaszczycał strony brukowca „Hello” swymi fotami, na których stał wsparty o balustradę zamku z górami w tle i miał minę cokolwiek zażenowaną.

*

I tak oto pięć lat później przeraźliwie spóźniona wlok­łam się swym samochodem po M4 na pierwsze spotkanie z Markiem od czasu, kiedy się wszystko skończyło.

1Synowie i kochankowie, tłum. Zofia Sroczyńska.

DWA

Chrzciny

24 czerwca, sobota

14.45.Parking przy kościele w Nether Stubble, Gloucestershire. OK. Wszystko w jak najlepszym porządku. Minęło dopiero piętnaście minut od planowanego początku chrzcin, ale przecież nic nigdy nie zaczyna się o czasie, prawda? Będę spokojna, opanowana i pełna godności. Jak przydarzy mi się jakiś niezręczny moment, zapytam samą siebie: „Co w takiej sytuacji zrobiłby Dalajlama?”. I po prostu to zrobię.

Z samochodu wygramoliłam się wprost w piękną, letnią scenę: stary kościół otoczony różami, zapach świeżo skoszonej trawy, bujne listowie. Nie licząc śpiewu ptaków i bzyczenia pszczół, wokół panowała cisza. Pięknie było, jak tylko Anglia potrafi być piękna — raz do roku, kiedy słońce świeci, a wszyscy wewnętrznie panikują, gdyż doskonale wiedzą, że na następny taki dzień czekać trzeba będzie dobry rok.

Chwiejnym krokiem ruszyłam w kierunku kościoła, nieco zbita z tropu tym, że wokoło ani żywej duszy. Z pewnością nie mogli zacząć chrzcin bez matki chrzestnej. I nagle w ciszę wdarł się terkot helikoptera. Zatrzymałam się z rozwianym włosem i sukienką, a helikopter wylądował. Zanim na dobre stanął na ziemi, z kabiny niczym James Bond wyskoczył Mark Darcy i ruszył szybkim krokiem w stronę kościoła. Helikopter tymczasem zawarczał i odleciał.

Spróbowałam się opanować, oczywiście na tyle, na ile można się opanować, gdy człowiek wędruje w szpilkach po trawie, i w jednej chwili byłam w kościele. Przez cały czas tłumaczyłam sobie, że wszystko będzie dobrze, bo przecież schudłam w końcu i osiąg­nęłam swoją idealną wagę, w związku z czym wszyscy zobaczą, jak to zmieniłam się zupełnie. Na widok wysokiej, wyprostowanej postaci Marka przy chrzcielnicy przeszył mnie znajomy dreszcz. Wędrując główną nawą, usłyszałam wyraźnie, jak Cosmo powiedział:

— Czy ona jest chora? Wygląda jak patyczak! Co się stało z jej… no, wiecie… cyckami?

Gdy dotarłam do chrzcielnicy, proboszcz zagaił:

— I otóż to. Może wreszcie będziemy mogli zacząć! — I potem mruknął pod nosem: — Mam dzisiaj jeszcze trzy takie koszmary.

— Bridget, gdzie ty się, kurwa, podziewałaś, gdzie jest Shazzer? — syknęła Magda, na co jej ostatnia kandydatka do ochrzczenia, Molly, rozdarła się na całe gardło. — Masz… bierz ją.

Magda podała mi dziewczynkę, która pachniała pysznie: dziecięcym pudrem i mleczkiem. Przytuliła się zachwycająco do moich piersi, które, tak na marginesie, WCIĄŻ BYŁY NA SWOIM MIEJSCU, i przestała płakać.

Mark nieznacznym błyskiem oka dał mi do zrozumienia, że zauważył moją obecność.

W sumie chrzest był całkiem fajny. Gdybym to robiła dostatecznie często, mogłabym zostać prawdziwą mistrzynią. Szkoda, że zaraz po uroczystości, zamiast dołączyć do tłumu zebranego pod kościołem, Mark poszedł sobie gdzieś i już go nie było.

Gdy dotarłam na imprezę, zaraz wpadłam na gromadkę Dętych Mamusiek.

— Wszystkie nianie z Australii zajmują się tylko wysyłaniem esemesów.

— Weź sobie dziewczynę z Europy Wschodniej! Audrona ma dyplom inżynierii lotniczej z Uniwersytetu Budapesztańskiego.

— O, patrzcie, nasza Bridget! — zaszczebiotała Mufti. — Ulubiona matka chrzestna nas wszystkich!

— Ile to już, Bridget? — zapytała Caroline, głaszcząc się po wydatnym ciążowym brzuchu.

— Czterysta trzydzieści siedem — odpowiedziałam radośnie. — Trzydzieści osiem, jeżeli liczyć ten raz! Och, muszę spadać…

— Wiesz, Bridget, że już pora, żebyś miała własne — powiedziała Woney. — Czas ucieka.

Na moment stanęła mi przed oczyma wizja, jak łapię Woney za uszy i wydzieram się jej prosto w twarz: „Wydaje ci się, że nie przyszło mi to do głowy?” — ale zrezygnowałam z tej kuszącej wizji, ponieważ, jakkolwiek ironicznie by to zabrzmiało, po raz nie wiadomo który w ostatnim dziesięcioleciu nie chciałam urazić jej uczuć.

— Chcesz je poczuć? — zapytała Caroline, nadal gładząc się po wydatnym brzuchu.

— Nie, nie, raczej nie.

— Ależ śmiało, dotknij.

— Nie, naprawdę nie chcę…

— Pogłaskaj. Po brzuchu — upierała się zaskakująco ostro. — O, kopie!

— I, szczerze mówiąc, trudno mu się dziwić — wtrąciła się znienacka Magda. — Zostawcie Bridget w spokoju, wstrętne wylęgarki. Zazdrościcie po prostu, że nie macie zawodu i że nie możecie bzykać młodych bogów seksu, jak ona. Chodź, Bridget, napijemy się.

Wyprowadziła mnie z sali tortur, ale za drzwiami w jednej chwili zamarła i pobladłszy, szepnęła:

— Jeremy znowu gada z tą kobietą.

— O mój Boże, Magda. Tak mi przykro. To się jeszcze nie skończyło? — odparłam.

— No, nie. Lepiej, jak się tym zajmę. Bar jest tam. Nara.

Przedarłam się przez ścisk przy barze i wpadłam prosto na grupkę pijanych tatusiów.

— Jeśli chcesz upchnąć gówniarza do Westminsteru w wieku sześciu lat, musisz mu zafundować korki od trzeciego roku życia.

— No. I jazda zaczyna się od nowa, jak skończy jedenaście.

— No właśnie.

— Chyba że mieli łacinę w programie.

— Bridget! A ty co, chora? Gdzie się podziały twoje słynne cycki?

— Masz już chłopaka?

Udało mi się jakoś wyminąć ich bez poważniejszego incydentu, uśmiechałam się tylko enigmatycznie i kiwałam głową. I kiedy już pomyślałam, że gorzej być nie może, znalazłam się przy barze tuż obok Marka Darcy’ego.

Nasza rozmowa potoczyła się następująco:

MARK DARCY: Cześć.

JA: Cześć.

MARK DARCY: Co u ciebie?

JA: (głosem cokolwiek zdławionym) Bardzo dobrze, dzięki. A co u ciebie?

MARK DARCY: Nieźle.

JA: U mnie też nieźle.

MARK DARCY: To dobrze.

JA: Tak.

MARK DARCY: Dobrze.

JA: Tak.

MARK DARCY: W takim razie do widzenia.

JA: Tak. No to do widzenia.

Każde z nas obsługiwał inny barman.

— Poproszę kieliszek białego wina — powiedziałam.

— Wódka z martini — usłyszałam głos Marka.

— Duży kieliszek, jak największy.

— Niech będzie potrójna.

— Duży, duży.

— I whisky na popitkę.

Staliśmy plecami do siebie, co czyniło sytuację ekstremalnie niezręczną. Po chwili jednak pijani tatusiowie obsiedli Marka.

— Darcyyyyyyyyyy! Do diabła, jak się masz, stary draniu? O co chodziło z tym spóźnieniem, z tym helikopterem?

— Cóż, prawdę powiedziawszy, hm, miałem stosunkowo ważne spotkanie w Ministerstwie Spraw Zagranicznych.

Barman podał mi kieliszek z winem, pociągnęłam solidny haust i zaczęłam się wymykać.

— Jak tam z powrotem w życiu singla, Darcy? — zapytał Cosmo.

Znieruchomiałam. Singla?

— Cicha woda z ciebie, co? Masz na oku jakieś nowe towary?

— Cóż, nie bardzo… — zaczął wyjaśniać Mark.

— Co jest z tobą, żałosny, stary kutafonie? Taki Johnny Forrester ledwie wyszedł z rozprawy rozwodowej, a już był zatowarowany. Dosłownie tarzał się w towarach. Każdej nocy.

Znów nerwowo pociągnęłam z kieliszka, a Mark tymczasem wymamrotał:

— Tak, należy przypuszczać, że nie macie pojęcia, jak naprawdę wygląda życie singla w moim wieku. Gdzie się tylko obrócisz, ktoś próbuje cię upchnąć jakiejś zbałamuconej kobiecie w określonym wieku, szukającej rycerza na białym koniu, który rozwiąże jej wszystkie problemy: finansowe, cielesne i inne. Tak czy owak muszę lecieć. No. Trzeba spadać.

Chwiejnym krokiem wyszłam i za drzwiami oparłam się o ścianę, bo w głowie mi się kręciło nie na żarty. Singiel? Rozwiódł się z Natashą? „Kobieta w określonym wieku”? Czy on mówił o MNIE??? Może doszedł do wniosku, że chrzest jest jakimś rodzajem makabrycznej ustawki? Naprawdę już MUSIAŁ IŚĆ? Konfuzja i uraza kłębiły mi się w głowie i zabierałam się właśnie do pisania esemesa do Shazzer, kiedy pojawiła się Magda, wyraźnie już nieźle pijana.

— Bridget! Mark się rozwiódł — oznajmiła. — Rozwiódł! Zostawił tego patyczaka.

— Właśnie się dowiedziałam.

— Idziemy na dwór, musimy natychmiast wszystko obgadać.

Kiedy z Magdą przeciskałyśmy się obok baru, pijani tatusiowie nadawali już na swym kreatywnym autopilocie.

— A co z Bridget? Nigdy nie rozumiałem, dlaczego ci dwoje nie zaskoczyli?

— Byli z sobą dostatecznie długo.

— Może ona była za stara, albo jemu brakło żołnierzyków?

W ogrodzie zastałyśmy liczną gromadkę dzieci, które ani nie wspinały się na drzewa, ani nie bawiły się w gonito, ani nie biegały w parach ze związanymi nogami itd., normalnie, jak to dzieci — tylko wszystkie były przyklejone do ekranów urządzeń elektronicznych. Magda ruszyła ostro w ich stronę.

— Zac! Dość! Natychmiast! Powiedziałam, czterdzieści pięć minut.

— Ale JESZCZE NIE SKOŃCZYŁEM TEGO LEVELA!

— Dość! Już! Wszyscy, koniec! — krzyczała Magda, niepewnymi od alkoholu ruchami próbując im odebrać urządzenia.

— To po prostu CHOLERNIE NIESPRAWIEDLIWE!

— Stracę wszystkie swoje KORONY!

— NIE OBCHODZĄ MNIE TWOJE PIEPRZONE KORONY. ODDAWAJ!

Rozpętało się piekło.

— CISZA! — ryknął ktoś donośnie. — Potter, Roe­buck, koniec z tym! Ustawić się w szeregu!

Osłupiałym chłopcom zapewne się ubzdurało, że z powrotem są w szkole, ponieważ bez dalszych protestów uformowali szereg i stanęli na baczność.

— Dobrze — pochwalił ich Mark i zaczął przechadzać się przed nimi, jakby występował w sądzie. — Skandaliczne postępowanie. Zachowujcie się jak mężczyźni. Wszyscy, dziesięć razy dookoła jeziora. Pierwszy, który przybiegnie z powrotem — tu wyciąg­nął swojego iPhone’a — dostaje w nagrodę dziesięć minut Angry Birds. Ruszajcie. Do biegu. Start.

Więksi chłopcy ruszyli jak konie wyścigowe. Mniejsze dzieci zaniosły się płaczem.

Mark przez moment wydawał się całkowicie niewzruszony tą sceną.

— OK. No i dobrze — powiedział na koniec i ruszył w kierunku hotelu.

Archie, jeden z moich chrześniaków, lat trzy, stał z boku z gołym brzuszkiem i wyglądał naprawdę żałośnie z tą drżącą dolną wargą. Podeszłam do niego. Zarzucił mi ręce na szyję i wtedy poczułam, że coś szarpie mnie za włosy.

— Mój obciąg — wyjaśnił Archie.

— Twój co?? — zdumiałam się, sięgając dłonią do głowy. O cholera! Do głowy przyczepiła mi się zabawka, lokomotywa parowa, której kółka wciąż się kręciły, wkręcając w siebie moje włosy.

— Przepraszam. Przepraszam. — Archie zanosił się już zupełnie niepohamowanym płaczem. — Mój Parowóz Tomek.

— W porządku, kochanie, już nie płacz — uspokajałam go, próbując równocześnie wyplątać pociąg z włosów.

— Audrona! — zawołała Magda. — Gdzie, w imię dupy, są nasze pierdolone nianie?

— Magda! Pociąg mi utknął we włosach!

Wokół nas zapanowało pandemonium, a tymczasem starsze dzieci wciąż pędziły jak szalone wokół jeziora. W końcu nianie się znalazły i zabrały młodsze dzieci na górę. Starsi wrócili wyczerpani z biegu, ale ewidentnie mieli dość sił na iPhone’a Marka, bo zaraz go oblegli. Niełatwy był to widok dla moich oczu — Mark Darcy wymuszający szacunek, mimo iż nawet nieszczególnie się stara.

Moje wspomnienia z pozostałej części tamtego wieczoru okazały się później — przez wzgląd na nieograniczoną podaż alkoholu — cokolwiek bezładne. Wydaje mi się, że tańczyłam. A później, w większej grupie, obejmującej też Marka, chyba staliśmy na tarasie, chwiejnie podpierając ściany.

— Zmulona elektronika — mamrotała Magda. — Zmulony Zac i jego zmuleni przyjaciele.

— To by się nigdy nie wydarzyło, gdybyśmy go posłali do prywatnej szkoły — powiedział Jeremy, rzucając spojrzenie w kierunku baru, skąd mrugnęła do niego „ta kobieta”.

— Do szkoły z internatem? On ma siedem lat, kutafonie — zareplikowała Magda.

— No. To jjjesst ochrutne. Zmulone barrrbaarzyństwo — zgodziłam się.

— W wieku siedmiu lat poszedłem do prywatnej szkoły — znienacka oznajmił Mark.

— No i zobacz, czym się to dla ciebie skończyło — podsumowała Magda.

Czując się jak ryba, którą może zaraz ­wyrzucić na brzeg — skojarzenie to zapewne było skutkiem pobliskiej aranżacji wodnej — chwiejnie zeszłam po schodkach do ogrodu, po drodze omalże nie skręciwszy sobie kostki, a potem usiadłam na ławce, z widokiem na jezioro zalane księżycową poświatą.

— I co? Okrutne, powiadasz? — z tyłu dobiegł mnie głos Marka.

— Tak, okrutne porzucenie — odparłam, a serce biło mi jak szalone.

— Nie sądzisz, że to dla nich lepiej, jak wyrobią w sobie odrobinę dyscypliny, kręgosłupa moralnego i zaznają rywalizacji?

— Bardzo dobrze, pod warunkiem że jest się wysokim samcem alfa, który jest dobry we wszystkim, ale co z tymi tłuściutkimi, zagubionymi i nienormalnymi? Kto na nie czeka wieczorami w domu, żeby powiedzieć, jakie są niezwykłe…?

Mark usiadł obok mnie.

— …i jak bardzo je kocha — powiedział z prostotą — takimi, jakie są?

Spuściłam wzrok, równocześnie próbując wziąć się w garść.

— Masz pociąg we włosach.

— Zdaję sobie sprawę.

Wyciągnął rękę i jednym zgrabnym ruchem zdjął mi z głowy lokomotywę.

— Masz tam jeszcze coś? Co to jest… ciastko?

Stary, słodki, kompetentny Mark. Miałam ochotę go pocałować.

— Minęło trochę czasu, co? — zapytał.

— Tak. Mówiłeś, że jak masz na imię?

— Nie wiem.

— Ja też nie — oznajmiłam.

— Znam cię od czterdziestu lat i zupełnie zapomniałem, jak masz na imię.

Zaśmialiśmy się — stary dowcip taty z czasów Grafton Underwood.

A kiedy Mark obdarzył mnie głębokim spojrzeniem tych swoich piwnych, smutnych oczu, zadałam sobie pytanie: „Co w takiej sytuacji zrobiłby Dalajlama?”.

Rzuciliśmy się na siebie niczym dwie bestie spuszczone ze smyczy i tak to trwało w moim pokoju hotelowym aż do rana.

25 CZERWCA, NIEDZIELA

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki