Dzieje kapitalizmu - Jakub Wozinski - ebook
Opis

Jak kapitalizm ukształtował cywilizację Zachodu w ciągu drugiego tysiąclecia po Chrystusie? Kto wypaczał go na przestrzeni dziejów, w jaki sposób i dlaczego? Jaką rolę odegrali w tym wszystkim bankierzy i światowa finansjera? Autor, w kontrze do tez słynnego historyka światowych finansów Nialla Fergusona, dokonuje własnej interpretacji historii ostatniego tysiąca lat z perspektywy zdeklarowanego zwolennika wolnorynkowego ładu. Na kartach Dziejów kapitalizmu stawia bardzo odważne, momentami wręcz kontrrewolucyjne tezy, ale podpiera je ogromnym materiałem dowodowym. Z jakim rezultatem? Niech każdy Czytelnik sięgnie po tę nieprzeciętną książkę i oceni to sam.

* * *


Jakub Wozinski napisał książkę będącą współczesnym ujęciem klasycznej historii. Jego encyklopedyczna erudycja została połączona z lekkością, a momentami również dowcipem, niełatwym przy takim temacie. Książka jest w dużym stopniu wyjątkowa – zawiera przenikliwe spojrzenie na detale, precyzyjne sformułowanie i dostrzeganie istoty problemu oraz wyostrzoną czułość na wnioski. Godna podziwu i zachwycająca lektura.
Dr hab. Robert Ciborowski, rektor Uniwersytetu w Białymstoku

 

Ta wartko napisana książka pełna jest faktów historycznych, z mnóstwem ciekawych dygresji, oryginalnych spostrzeżeń i zaskakujących interpretacji znanych wydarzeń historycznych. Jakub Wozinski przyznaje, że jego książka jest formą buntu wobec interpretacji historii finansów zaproponowanej przez jednego z najbardziej znanych historyków rozwoju gospodarczego Nialla Fergusona. Moim zdaniem udało mu się to, ale by móc w pełni to ocenić zachęcam do przeczytania Dziejów kapitalizmu.
Prof. dr hab. Witold Kwaśnicki, Uniwersytet Wrocławski

 

Polecam. Zwłaszcza w dzisiejszych czasach, gdy szaleństwo socjalizmu znowu zaczyna kiełkować w niektórych głowach i gabinetach. Książka tym bardziej warta uwagi, że niewiele jest prac traktujących historię od tej strony. Większość w całości koncentruje się na historii politycznej. Dzieje kapitalizmu pozwalają poszerzyć perspektywę.
Cezary Kaźmierczak, prezes Związku Przedsiębiorców i Pracodawców

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 821

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność

Kolekcje


Podobne


 

Co­py­ri­ght © by Ja­kub Wo­zin­ski

Co­py­ri­ght © for this edi­tion by Wy­daw­nic­two Pro­hi­bi­ta

Wy­da­nie I

 

ISBN:

978-83-65546-11-1

 

Pro­jekt okład­ki:

Szy­mon Pi­pień

Re­dak­cja, ko­rek­ta, in­deks oso­bo­wy:

Edy­ta Chrza­now­ska – be­cor­rect.pl

 

 

Wy­daw­ca:

Wy­daw­nic­two PRO­HI­BI­TA

Pa­weł To­bo­ła-Per­t­kie­wicz

www.pro­hi­bi­ta.pl

wy­daw­nic­[email protected]­hi­bi­ta.pl

Tel: 22 424 37 36

www.fb.com/Wy­daw­nic­two­Pro­hi­bi­ta

 

Wszyst­kie książ­ki na­sze­go Wy­daw­nic­twapo­le­ca­my na­by­wać w In­ter­ne­cie:

 

 

lub w na­szej księ­gar­ni sta­cjo­nar­nej:

Księ­gar­nia Mul­ti­bo­ok.pl

Dy­miń­ska 4, 01-519 War­sza­wa

fb.com/Mul­ti­bo­okpl

Wprowadzenie

Książ­ki do­ty­czą­ce fi­nan­so­wej i go­spo­dar­czej hi­sto­rii po­wszech­nej na­le­żą w Pol­sce do rzad­ko­ści – a przy­naj­mniej te, któ­rych au­to­ra­mi są Po­la­cy. Zde­cy­do­wa­na więk­szość po­zy­cji, ja­kie moż­na na ten te­mat prze­czy­tać, to tłu­ma­cze­nia z in­nych ję­zy­ków. Swe­go ro­dza­ju po­twier­dze­niem ta­kie­go sta­nu rze­czy jest bi­blio­gra­fia za­miesz­czo­na na koń­cu tej pra­cy, gdzie po­zy­cje pol­skich au­to­rów nie wy­stę­pu­ją zbyt czę­sto. Jaki jest tego po­wód?

Przede wszyst­kim Pol­ska nie może się po­szczy­cić ani słyn­ny­mi na cały świat fi­nan­si­sta­mi i ban­kie­ra­mi, ani też nad Wi­słą ni­g­dy nie były ulo­ko­wa­ne wio­dą­ce świa­to­we cen­tra fi­nan­so­we. Bo­ha­te­ra­mi zbio­ro­wej wy­obraź­ni hi­sto­rycz­nej Po­la­ków są kró­lo­wie, przy­wód­cy po­wstań, do­wód­cy ar­mii, po­li­ty­cy, lu­dzie kul­tu­ry, ale nie lu­dzie zwią­za­ni ze sfe­rą fi­nan­sów. W swo­jej książ­ce Hi­sto­ria pi­sa­na pie­nią­dzem, czy­li jak rzą­dzą­cy na prze­strze­ni wie­ków ma­ni­pu­lo­wa­li pol­ską wa­lu­tą sta­ra­łem się wy­ka­zać, że wpraw­dzie nie­gdyś w na­szym kra­ju ban­kie­rzy i kup­cy kształ­to­wa­li tę zbio­ro­wą wy­obraź­nię, lecz to się skoń­czy­ło, szcze­gól­nie w XX wie­ku.

Tym­cza­sem w wie­lu kra­jach Za­cho­du, ta­kich jak Wiel­ka Bry­ta­nia, Fran­cja czy też Sta­ny Zjed­no­czo­ne, pu­bli­ka­cje o naj­słyn­niej­szych ban­kie­rach, gra­czach gieł­do­wych bądź in­sty­tu­cjach fi­nan­so­wych za­li­cza­ją się do naj­bar­dziej po­czyt­nych. Przy­go­to­wu­jąc się do na­pi­sa­nia tej książ­ki, mu­sia­łem nie­kie­dy do­ko­ny­wać trud­nych wy­bo­rów i de­cy­do­wać się na jed­ną z kil­ku­na­stu, a na­wet kil­ku­dzie­się­ciu prac do­ty­czą­cych naj­waż­niej­szych ban­kie­rów w hi­sto­rii. Dla po­rów­na­nia, pierw­sza książ­ka o naj­bo­gat­szym pol­skim oby­wa­te­lu z XIX wie­ku – Le­opol­dzie Kro­nen­ber­gu – po­wsta­ła za­le­d­wie kil­ka lat temu i wciąż jest w za­sa­dzie je­dy­ną1. Bry­tyj­czy­cy, Fran­cu­zi i Ame­ry­ka­nie wie­dzą o fi­nan­so­wym tle naj­waż­niej­szych wy­da­rzeń hi­sto­rycz­nych oraz o gi­gan­tach hi­sto­rii fi­nan­sów zde­cy­do­wa­nie wię­cej niż Po­la­cy. Pol­skę w pew­nym sen­sie tłu­ma­czą smut­na epo­ka za­bo­rów, woj­ny świa­to­we i ko­mu­nizm, któ­re upo­śle­dzi­ły roz­wój go­spo­dar­czy kra­ju, nie­mniej pol­ski ry­nek czy­tel­ni­czy wy­ka­zu­je dość duży de­fi­cyt po­zy­cji, któ­re po­ka­zy­wa­ły­by, jak bar­dzo świat pie­nię­dzy wpły­wa na całą spo­łecz­ną rze­czy­wi­stość.

Chęć uzu­peł­nie­nia wspo­mnia­ne­go bra­ku nie była oczy­wi­ście je­dy­ną przy­czy­ną, dla któ­rej po­wsta­ła ta książ­ka. Wy­da­je się bo­wiem, że o ile w naj­bliż­szych la­tach moż­na się spo­dzie­wać co­raz więk­szej licz­by tłu­ma­czeń pu­bli­ka­cji do­ty­czą­cych hi­sto­rii fi­nan­so­wej, o tyle na­dal po­ja­wiać się bę­dzie pro­blem od­po­wied­niej in­ter­pre­ta­cji roz­ma­itych zja­wisk z nią zwią­za­nych. Te­ma­ty­ką hi­sto­rii fi­nan­so­wej i go­spo­dar­czej zaj­mu­ję się (lub zaj­mo­wa­łem) za­wo­do­wo jako au­tor tek­stów m.in. do mie­sięcz­ni­ków „Uwa­żam Rze Hi­sto­ria”, „Hi­sto­ria bez cen­zu­ry” oraz dwu­ty­go­dni­ka „Naj­wyż­szy Czas!”. Z książ­ka­mi po­świę­co­ny­mi tej dzie­dzi­nie wie­dzy sty­kam się na co dzień. Nie­ste­ty wie­lo­krot­nie znaj­du­ję w nich wie­le błęd­nych in­ter­pre­ta­cji hi­sto­rycz­nych wy­da­rzeń. Na­wet wy­daw­nic­twa opar­te na nie­zwy­kle bo­ga­tym i bu­dzą­cym po­dziw ma­te­ria­le fak­to­gra­ficz­nym po­tra­fią za­wie­rać tezy, któ­re przy­pra­wia­ją o in­te­lek­tu­al­ny za­wrót gło­wy. Moja książ­ka sta­no­wi więc pró­bę nada­nia dzie­jom fi­nan­so­wym i go­spo­dar­czym no­wej, spój­nej in­ter­pre­ta­cji, któ­rej do tej pory nie zna­la­złem w żad­nej in­nej pra­cy.

Hi­sto­ry­cy, któ­rzy są tyl­ko hi­sto­ry­ka­mi, nie po­tra­fią od­po­wied­nio zin­ter­pre­to­wać dzie­jów, po­nie­waż nie bio­rą pod uwa­gę licz­nych czyn­ni­ków na­tu­ry fi­lo­zo­ficz­nej, re­li­gij­nej czy też kul­tu­ro­wej. Nade wszyst­ko jed­nak hi­sto­ry­cy fi­nan­sów i go­spo­dar­ki bar­dzo czę­sto trak­tu­ją pew­ne pod­sta­wo­we po­ję­cia dość bez­re­flek­syj­nie, co skut­ku­je nie­zbyt po­głę­bio­ną in­ter­pre­ta­cją rze­czy­wi­sto­ści. Do­ty­czy to przede wszyst­kim tak klu­czo­we­go po­ję­cia, ja­kim jest „ka­pi­ta­lizm”.

Książ­ka ta zo­sta­ła za­ty­tu­ło­wa­na Dzie­je ka­pi­ta­li­zmu, a jej pod­sta­wo­wym za­da­niem jest nie tyl­ko przed­sta­wie­nie głów­nych wy­da­rzeń opi­su­ją­cych hi­sto­rię tego wła­śnie sys­te­mu spo­łecz­ne­go, lecz tak­że re­flek­sja na te­mat tego, czym w swej isto­cie jest ka­pi­ta­lizm. Rze­czą ab­so­lut­nie zdu­mie­wa­ją­cą jest bo­wiem fakt, że do tej pory nie uda­ło się w spo­sób roz­strzy­ga­ją­cy usta­lić ani po­cząt­ków cza­so­wych tego sys­te­mu, ani też ści­słe­go zna­cze­nia ka­pi­ta­li­zmu jako po­ję­cia. Tak na­praw­dę w li­te­ra­tu­rze funk­cjo­nu­je wie­le róż­nych in­ter­pre­ta­cji ka­pi­ta­li­zmu, któ­re nie­kie­dy są ze sobą skraj­nie sprzecz­ne. Ka­pi­ta­lizm bywa wy­chwa­la­ny jako naj­lep­szy i je­dy­ny uczci­wy sys­tem spo­łecz­ny, ale czę­sto uwa­ża się go też za spraw­cę wszel­kie­go zła – wszyst­kie te opi­nie są nie­ste­ty wy­po­wia­da­ne w kon­tek­ście bra­ku ja­sno wy­ra­żo­nych de­fi­ni­cji. Pra­gnę za­pew­nić Czy­tel­ni­ka, że tego błę­du nie po­peł­nię, i za­nim przej­dę do przed­sta­wie­nia dzie­jów ka­pi­ta­li­zmu naj­pierw wy­ja­śnię, co przez nie­go ro­zu­miem.

Czy­tel­nik, któ­ry za­po­znał się już z moją Hi­sto­rią pi­sa­ną pie­nią­dzem, może po­trak­to­wać ni­niej­szą książ­kę jako po­głę­bio­ne i roz­bu­do­wa­ne uzu­peł­nie­nie uję­cia, któ­re przed­sta­wi­łem w tam­tej pra­cy. O ile jed­nak do­ty­czy­ła ona Pol­ski, to w Dzie­jach ka­pi­ta­li­zmu po­dej­mu­ję się przed­sta­wie­nia hi­sto­rii ca­łe­go za­chod­nie­go świa­ta nie tyl­ko z per­spek­ty­wy pie­nią­dza, ale też sfe­ry fi­nan­sów. Za­da­nie, któ­re so­bie po­sta­wi­łem, jest więc am­bit­niej­sze, a jego re­ali­za­cję umoż­li­wi­ła mi pra­ca nad wie­lo­ma tek­sta­mi pu­bli­cy­stycz­ny­mi, któ­re na­pi­sa­łem w cią­gu ostat­nich lat. Na­pi­sa­nie tej książ­ki było moim ma­rze­niem już od dłuż­sze­go cza­su i ogrom­nie się cie­szę, że wresz­cie, po wie­lu mie­sią­cach cza­so­chłon­nych ba­dań, uda­ło się sfi­na­li­zo­wać pro­jekt kom­plek­so­we­go przed­sta­wie­nia dzie­jów ka­pi­ta­li­zmu w spo­sób – jak są­dzę – przy­stęp­ny i zro­zu­mia­ły na­wet dla Czy­tel­ni­ka nie­obe­zna­ne­go w te­ma­cie.

W tym miej­scu pra­gnę tak­że wy­ja­śnić, że pi­sa­nie książ­ki o cha­rak­te­rze hi­sto­rycz­nym, a w szcze­gól­no­ści ta­kiej, któ­ra obej­mu­je okres po­nad ty­sią­ca lat, wy­ma­ga od au­to­ra wie­lu trud­nych wy­bo­rów oraz ope­ro­wa­nia skró­ta­mi my­ślo­wy­mi. Spo­śród ty­się­cy wy­da­rzeń i osób, któ­re w tym cza­sie po­ja­wi­ły się na świe­cie, trze­ba wy­brać te zja­wi­ska, któ­re uwa­ża się za klu­czo­we. Do­ty­czy to szcze­gól­nie ta­kich ob­sza­rów jak go­spo­dar­ka i fi­nan­se, w któ­rych usta­le­nie związ­ków przy­czy­no­wo-skut­ko­wych bywa nie­kie­dy ogrom­nie za­wi­łe. Nie rosz­czę więc so­bie pre­ten­sji do po­da­nia peł­ne­go wy­ja­śnie­nia wszyst­kich wy­da­rzeń w hi­sto­rii ka­pi­ta­li­zmu, gdyż wy­ko­na­nie ta­kie­go za­da­nia uwa­żam za nie­moż­li­we. Wy­ko­nal­ne jest na­to­miast sku­pie­nie uwa­gi na istot­nych mo­men­tach dzie­jów w celu uka­za­nia dzia­ła­nia naj­waż­niej­szych me­cha­ni­zmów rzą­dzą­cych obec­nym sys­te­mem fi­nan­so­wym i spo­łecz­nym.

Nie był­bym tak­że szcze­ry z Czy­tel­ni­kiem, gdy­bym nie przy­znał się do jesz­cze jed­nej, bar­dzo waż­nej przy­czy­ny na­pi­sa­nia tej książ­ki. Otóż naj­słyn­niej­szym ży­ją­cym obec­nie hi­sto­ry­kiem świa­ta fi­nan­sów jest Szkot Niall Fer­gu­son. W 2004 roku ty­go­dnik „Time” za­li­czył go do gro­na stu naj­bar­dziej wpły­wo­wych osób na świe­cie. Jego twarz w Wiel­kiej Bry­ta­nii jest roz­po­zna­wa­na na­wet przez zwy­kłych lu­dzi, przede wszyst­kim za spra­wą na­krę­co­ne­go z jego udzia­łem se­ria­lu po­pu­lar­no­nau­ko­we­go no­szą­ce­go ty­tuł The Ascent of Mo­ney: The Fi­nan­cial Hi­sto­ry of the World Po­tę­ga pie­nią­dza. Fi­nan­so­wa hi­sto­ria świa­ta), któ­ry cie­szył się spo­rą po­pu­lar­no­ścią. Fer­gu­son jest ce­nio­ny nie tyl­ko przez te­le­wi­dzów i czy­tel­ni­ków, lecz tak­że przez po­li­ty­ków i fi­nan­si­stów, któ­rzy re­gu­lar­nie za­pra­sza­ją go na spo­tka­nia na naj­wyż­szym szcze­blu, m.in. gru­py państw G-8, fo­rum eko­no­micz­ne­go w Da­vos czy też gru­py Bil­der­berg. Jego sła­wa jako hi­sto­ry­ka go­spo­dar­ki i fi­nan­sów do­tar­ła tak­że do Pol­ski, gdzie od kil­ku lat sys­te­ma­tycz­nie, co roku po­ja­wia­ją się tłu­ma­cze­nia jego ko­lej­nych ksią­żek.

Choć oso­bi­ście bar­dzo wy­so­ko ce­nię bo­ga­ty ma­te­riał fak­to­gra­ficz­ny, któ­ry zgro­ma­dził Fer­gu­son, do­ko­ny­wa­na przez nie­go in­ter­pre­ta­cja dzie­jów po­zo­sta­wia wie­le do ży­cze­nia. Na­zwi­sko Fer­gu­so­na po­ja­wia się w bi­blio­gra­fii mo­jej książ­ki znacz­nie czę­ściej niż na­zwi­ska in­nych osób, ale tyl­ko i wy­łącz­nie jako źró­dło fak­tów i da­nych licz­bo­wych. Mój za­rzut do naj­bar­dziej pro­mi­nent­ne­go ba­da­cza dzie­jów fi­nan­so­wych świa­ta jest jed­nak taki, że nie po­tra­fi zi­den­ty­fi­ko­wać klu­czo­wych dla współ­cze­sne­go świa­ta pro­ble­mów oraz nie uda­je mu się uchwy­cić per­spek­ty­wy in­nej niż bry­tyj­ska. Po­nad­to jego twór­czość jest ska­żo­na na­wy­ka­mi my­ślo­wy­mi oso­by ob­ra­ca­ją­cej się w krę­gach wła­dzy i wiel­kich pie­nię­dzy. Pro­szę więc po­trak­to­wać moją ksią­żę jako for­mę bun­tu wo­bec tego, że świat tak bez­kry­tycz­nie i ca­ło­ścio­wo ak­cep­tu­je prze­my­śle­nia Nial­la Fer­gu­so­na, z któ­rych wy­ni­ka m.in., że John May­nard Key­nes był ge­niu­szem eko­no­mii, a ist­nie­nie im­pe­rium bry­tyj­skie­go było dla świa­ta nie­mal­że bło­go­sła­wień­stwem. Czy­tel­ni­cy za­słu­gu­ją na bar­dziej po­głę­bio­ną i wier­ną praw­dzie wi­zję po­wszech­nej hi­sto­rii fi­nan­so­wej.

Siłą rze­czy ni­niej­sza pu­bli­ka­cja nie opo­wia­da o dzie­jach ludz­ko­ści od sa­me­go po­cząt­ku ani też o fi­nan­so­wej hi­sto­rii cy­wi­li­za­cji sta­ro­żyt­nych. W krę­gu mego za­in­te­re­so­wa­nia zna­la­zło się dru­gie mil­len­nium w Eu­ro­pie oraz sze­ro­ko po­ję­tym świe­cie Za­cho­du. Są w niej licz­ne od­wo­ła­nia do in­nych kul­tur i cy­wi­li­za­cji, nie­mniej jed­nak ogrom­na więk­szość roz­wa­żań sta­no­wią­cych ma­te­rię książ­ki do­ty­czy wła­śnie Sta­re­go i No­we­go Kon­ty­nen­tu.

Aby uła­twić Czy­tel­ni­ko­wi od­na­le­zie­nie się w za­wi­łych i skom­pli­ko­wa­nych dzie­jach fi­nan­so­wych, przy­go­to­wa­łem ka­len­da­rium, któ­re za­wie­ra naj­waż­niej­sze wy­da­rze­nia z hi­sto­rii ka­pi­ta­li­zmu. Nie znaj­dzie­my w nim, rzecz ja­sna, opi­su róż­no­ra­kich pro­ce­sów, któ­re do­ko­ny­wa­ły się przez ostat­nie ty­siąc lat, gdyż trud­no by je było ująć w po­sta­ci kon­kret­nych dat. Jego za­da­niem jest wy­łącz­nie uka­za­nie pew­nej dy­na­mi­ki wy­da­rzeń rów­no­le­głych do tych, któ­re po­wszech­nie uwa­ża się za naj­istot­niej­sze. Nie znaj­dzie­my w nim daty 1 wrze­śnia 1939 roku czy też 14 lip­ca 1789 roku, lecz dzie­siąt­ki in­nych, mniej zna­nych, a jed­no­cze­śnie po­sia­da­ją­cych ogrom­ne zna­cze­nie dla dzie­jów świa­ta.

Nie za­mie­rzam, dro­gi Czy­tel­ni­ku, przy­czy­niać się do Two­je­go znu­że­nia kon­ty­nu­owa­niem dłu­gie­go wy­wo­du, ty­po­we­go dla wstę­pów, gdyż sam rzad­ko je czy­tam. Nie tra­cąc cza­su na dal­sze dy­wa­ga­cje, za­pra­szam do lek­tu­ry!

 

***

 

Chciał­bym po­dzię­ko­wać oso­bom, któ­rych po­moc oka­za­ła się klu­czo­wa w trak­cie pi­sa­nia pra­cy. Mam tu na my­śli przede wszyst­kim moją żonę Ka­ta­rzy­nę, któ­ra wspie­ra­ła mnie przez cały czas, a tak­że spra­wi­ła, że ję­zyk książ­ki na­brał lek­ko­ści i zy­skał do­dat­ko­we wa­lo­ry sty­li­stycz­ne. Wiel­ką po­moc oka­za­li mi tak­że pro­fe­sor Wi­told Kwa­śnic­ki z Uni­wer­sy­te­tu Wro­cław­skie­go oraz pre­zes In­sty­tu­tu Mi­se­sa Ma­te­usz Be­ne­dyk. Ich fa­cho­we uwa­gi po­zwo­li­ły mi do­pra­co­wać za­war­tość pod wzglę­dem me­ry­to­rycz­nym oraz spoj­rzeć na wie­le kwe­stii z zu­peł­nie in­nej per­spek­ty­wy.

Osob­ne po­dzię­ko­wa­nia na­le­żą się tak­że moim sy­nom, któ­rzy przez wie­le mie­się­cy mu­sie­li to­le­ro­wać za­czy­ta­ne­go tatę, któ­ry nie prze­ry­wał lek­tu­ry na­wet w trak­cie wi­zy­ty na pla­cu za­baw.

Roz­dział 1 Kluczowe pojęcia

Jak za­sy­gna­li­zo­wa­łem wcze­śniej, au­tor książ­ki do­ty­czą­cej ka­pi­ta­li­zmu wi­nien jest naj­pierw wy­ja­śnie­nie, co tak na­praw­dę ro­zu­mie przez po­wyż­sze po­ję­cie. Po­zor­nie za­da­nie to może się wy­da­wać dość pro­ste, gdyż więk­szość wy­kształ­co­nych osób in­stynk­tow­nie wy­czu­wa, któ­re kra­je są ka­pi­ta­li­stycz­ne, a któ­re nie. Naj­pow­szech­niej­szym sym­bo­lem ka­pi­ta­li­zmu są śród­miej­skie cen­tra me­tro­po­lii, peł­ne dra­pa­czy chmur oraz miesz­czą­ce wiel­kie fir­my i in­sty­tu­cje. Rów­nież w Pol­sce za sym­bol ka­pi­ta­li­zmu ucho­dzi ści­słe cen­trum War­sza­wy, na ho­ry­zon­cie któ­rej co roku przy­by­wa ko­lej­nych wie­żow­ców.

Z dru­giej stro­ny wy­so­kie bu­dyn­ki oraz ro­ją­ce się od lu­dzi cen­tra miast są tak­że cza­sa­mi spo­ty­ka­ne w kra­jach, któ­re okre­śla się mia­nem so­cja­li­stycz­nych. Mo­skwa w cza­sach ra­dziec­kich zdą­ży­ła się wszak­że do­ro­bić wie­lu ogrom­nych dra­pa­czy chmur, a jed­nak cały świat uwa­żał Zwią­zek Ra­dziec­ki za pań­stwo ko­mu­ni­stycz­ne. Co wię­cej, każ­dy, kto od­wie­dził kie­dyś Zu­rych lub Ge­ne­wę, mógł na wła­sne oczy prze­ko­nać się, że nie ma tam wie­żow­ców sta­no­wią­cych zwy­kły wi­dok w Hong­kon­gu czy też To­kio, a mimo to szwaj­car­skie mia­sta za­li­cza­ją się do świa­to­wych cen­trów fi­nan­so­wych. Kul­tu­ro­we sko­ja­rze­nia zwią­za­ne z ka­pi­ta­li­zmem są więc bar­dzo ułom­nym na­rzę­dziem de­fi­ni­cyj­nym.

Aby pre­cy­zyj­niej zro­zu­mieć ka­pi­ta­lizm, po­win­ni­śmy sku­pić uwa­gę na sa­mym sło­wie „ka­pi­tał”. W po­wszech­nym i zdro­wo­roz­sąd­ko­wym ro­zu­mie­niu od­no­si się ono do pew­ne­go bo­gac­twa, za­so­bów, któ­re ktoś ma do dys­po­zy­cji. Zgod­nie z tym ro­zu­mie­niem mówi się więc o ka­pi­ta­le po­li­tycz­nym, ka­pi­ta­le za­ufa­nia, ka­pi­ta­le fi­nan­so­wym itd.

We­dług eko­no­mi­stów tak opi­sa­ne po­ję­cie nie było do koń­ca ja­sne i dla­te­go od za­wsze pró­bo­wa­li je uści­ślić. Au­striac­ki eko­no­mi­sta z XX wie­ku Lu­dwig von Mi­ses okre­ślił więc ka­pi­tał mia­nem „sumy pie­nię­dzy rów­nej ekwi­wa­len­to­wi pie­nięż­ne­mu wszyst­kich ak­ty­wów po­mniej­szo­ne­mu o ekwi­wa­lent pie­nięż­ny wszyst­kich zo­bo­wią­zań, usta­lo­nej na okre­ślo­ny dzień dzia­łal­no­ści okre­ślo­ne­go przed­się­bior­stwa”2. Ta bar­dzo fa­cho­wa de­fi­ni­cja od­wo­łu­je się do zna­nej wszyst­kim księ­go­wym prak­ty­ki za­pi­sy­wa­nia ak­ty­wów i zo­bo­wią­zań w spo­rzą­dza­nym bi­lan­sie dzia­łal­no­ści przed­się­bior­stwa. In­ny­mi sło­wy, ka­pi­tał to ogół środ­ków pie­nięż­nych, któ­re zo­sta­ły­by do dys­po­zy­cji wła­ści­cie­la da­nej fir­my po sprze­da­ży ca­łe­go ma­jąt­ku i spła­ce­niu wszyst­kich zo­bo­wią­zań.

Dla­cze­go Mi­ses za­de­cy­do­wał, że de­fi­ni­cja ka­pi­ta­łu musi być tak wą­ska? Dla­cze­go nie uznał, że ka­pi­ta­łem są tak­że ana­lo­gicz­ne środ­ki bę­dą­ce do dys­po­zy­cji zwy­kłych lu­dzi? Przede wszyst­kim dla­te­go, że we­dług nie­go po­ję­cie ka­pi­ta­łu ma sens wy­łącz­nie w go­spo­dar­ce ryn­ko­wej, czy­li ta­kiej, w któ­rej do­ko­nu­je się ra­chun­ku opar­te­go na licz­bach. Ten zaś moż­li­wy jest je­dy­nie w sy­tu­acji, gdy po­szcze­gól­ne to­wa­ry i usłu­gi mają ceny wy­ra­żo­ne licz­ba­mi. Tam, gdzie nie ma cen, nie ma też i ra­cjo­nal­ne­go ra­chun­ku opar­te­go na ma­te­ma­tycz­nej kal­ku­la­cji. Jak po­ka­zy­wał Mi­ses w swo­im ese­ju pt. Kal­ku­la­cja eko­no­micz­na w so­cja­li­zmie3, ko­mu­nizm po­le­ga wła­śnie na tym, że li­kwi­du­jąc ry­nek na pod­sta­wo­we do­bra i usłu­gi unie­moż­li­wia się jed­no­cze­śnie wy­kształ­ce­nie cen, przez co nie­moż­li­we sta­je się pro­wa­dze­nie ra­cjo­nal­ne­go ra­chun­ku zy­sków i strat. Ko­mu­ni­stycz­ny pla­ni­sta nie wie, co przy­no­si zy­ski, a co stra­ty, gdyż zwy­czaj­nie nie jest w sta­nie po­li­czyć, czy dana dzie­dzi­na pro­duk­cji lub usług przy­no­si jed­ne lub dru­gie.

Do tej pory wie­my więc, że ka­pi­tał – we­dług Mi­se­sa – jest moż­li­wy je­dy­nie w kon­tek­ście go­spo­dar­ki ryn­ko­wej. Jego zda­niem w sy­tu­acji bra­ku cen i pry­wat­nej wła­sno­ści środ­ków pro­duk­cji moż­na mó­wić je­dy­nie o do­brach ka­pi­ta­ło­wych, lecz nie o ka­pi­ta­le.

Ro­zu­mie­jąc te­raz nie­co le­piej po­ję­cie ka­pi­ta­łu, mo­że­my za­dać upraw­nio­ne py­ta­nie: kie­dy więc za­czął się ka­pi­ta­lizm? Lu­dwig von Mi­ses bez wa­ha­nia udzie­lił­by nam od­po­wie­dzi, że w mo­men­cie, gdy przed­się­bior­cy za­czę­li świa­do­mie, w opar­ciu o za­sa­dę tzw. po­dwój­nej księ­go­wo­ści (czy­li wspo­mnia­nej po­wy­żej prak­ty­ki ze­sta­wia­nia ze sobą ak­ty­wów i zo­bo­wią­zań) pro­wa­dzić ra­chu­nek eko­no­micz­ny. Współ­cze­śnie wia­do­mo, że za­sa­dę tę po raz pierw­szy w hi­sto­rii no­wo­żyt­nej za­sto­so­wa­li wło­scy kup­cy w wie­kach śred­nich4. Mi­ses nie na­pi­sał tego ni­g­dzie wprost, lecz su­ge­ro­wał, że ka­pi­ta­lizm za­czął się do­pie­ro w mo­men­cie, gdy uda­ło się wy­eli­mi­no­wać „in­sty­tu­cje, któ­re sta­no­wi­ły prze­szko­dę w funk­cjo­no­wa­niu go­spo­dar­ki ryn­ko­wej”, a któ­re, jego zda­niem, ist­nia­ły w okre­sie śre­dnio­wie­cza5.

Choć może się to wy­da­wać dość dziw­ne, zna­ny ze swo­ich bez­kom­pro­mi­so­wo wol­no­ryn­ko­wych po­glą­dów Mi­ses w za­kre­sie usta­la­nia ram cza­so­wych dla ka­pi­ta­li­zmu był bar­dzo bli­ski oso­bie, któ­rą za­wzię­cie kry­ty­ko­wał, czy­li Ka­ro­lo­wi Mark­so­wi. Marks uwa­żał bo­wiem, że ka­pi­ta­lizm był epo­ką, któ­ra na­sta­ła po prze­zwy­cię­że­niu feu­da­li­zmu. Cho­ciaż ro­zu­mie­nie sa­me­go ka­pi­ta­li­zmu u obu teo­re­ty­ków skraj­nie się róż­ni­ło, ramy cza­so­we tego sys­te­mu były dla nich względ­nie toż­sa­me. We­dług Mi­se­sa szczy­to­wym okre­sem trium­fu za­sad wol­no­ryn­ko­we­go ka­pi­ta­li­zmu był XIX wiek – pod tym stwier­dze­niem pod­pi­sał­by się tak­że oj­ciec ko­mu­ni­zmu.

Kon­cep­cji Mi­se­sa moż­na jed­nak za­rzu­cić to, że, wska­zu­jąc na za­sa­dę po­dwój­nej księ­go­wo­ści jako pro­bierz ra­cjo­nal­ne­go ra­chun­ku eko­no­micz­ne­go, kie­ro­wał się dość ar­bi­tral­ny­mi kry­te­ria­mi. Współ­cze­śnie z wło­ski­mi kup­ca­mi żyli prze­cież kup­cy i ban­kie­rzy flan­dryj­scy, nie­miec­cy czy ży­dow­scy, któ­rzy ta­kich za­sad nie sto­so­wa­li. Za­cho­wa­ne księ­gi ra­chun­ko­we ban­kie­rów śre­dnio­wiecz­nych po­ka­zu­ją, że pro­wa­dzo­no pew­ne za­pi­sy, któ­re nie­ko­niecz­nie przy­po­mi­na­ły za­sa­dy po­dwój­nej księ­go­wo­ści, a mimo to ban­kie­rzy ci byli w sta­nie pro­wa­dzić bar­dzo zło­żo­ne ope­ra­cje fi­nan­so­we. Na­wet Ja­cob Fug­ger, słyn­ny fi­nan­si­sta ży­ją­cy na prze­ło­mie XV i XVI wie­ku, nie pro­wa­dził jesz­cze ra­chun­ków w spo­sób, któ­ry po­twier­dzał­by, że – zgod­nie z kry­te­ria­mi Mi­se­sa – ro­zu­miał on, czym jest jego ka­pi­tał, a mimo to zgod­nie uwa­ża się go dziś za wiel­kie­go ka­pi­ta­li­stę.

Pro­wa­dze­nie ksiąg ra­chun­ko­wych we­dle pew­ne­go sche­ma­tu nie może być za­tem uzna­wa­ne za kry­te­rium prze­są­dza­ją­ce o po­sia­da­niu ka­pi­ta­łu. O wie­le bliż­sze praw­dzie wy­da­je się stwier­dze­nie, że ka­pi­tał ro­zu­mia­ny jako suma pie­nię­dzy rów­na ekwi­wa­len­to­wi pie­nięż­ne­mu wszyst­kich ak­ty­wów po­mniej­szo­ne­mu o ekwi­wa­lent pie­nięż­ny wszyst­kich zo­bo­wią­zań sta­no­wił ele­ment ra­cjo­nal­nej kal­ku­la­cji przed­się­bior­ców jesz­cze za­nim za­czę­li pro­wa­dzić księ­gi, na któ­re zresz­tą nie wszyst­kich było stać.

De­cy­du­ją­ce dla pro­wa­dze­nia ra­cjo­nal­ne­go ra­chun­ku eko­no­micz­ne­go, nie­ko­niecz­nie wy­ra­żo­ne­go przy po­mo­cy ksiąg ra­chun­ko­wych, wy­da­je się być samo ist­nie­nie cen. Dzię­ki temu, że to­wa­ry i usłu­gi mają swo­je wy­ra­żo­ne licz­ba­mi ceny, każ­dy z nas może po­li­czyć w my­ślach, ja­kie za­so­by pie­nięż­ne są mu do­stęp­ne po uwzględ­nie­niu wszyst­kich zo­bo­wią­zań. Nie są do tego zresz­tą po­trzeb­ne ceny wy­ra­żo­ne przy po­mo­cy pie­nią­dza pa­pie­ro­we­go lub krusz­co­we­go. Swój wła­sny, my­ślo­wy bi­lans zy­sków i strat mo­gli­by­śmy prze­pro­wa­dzić na­wet w sy­tu­acji, gdy­by obo­wią­zu­ją­cą wa­lu­tą były mu­szel­ki lub skó­ry zwie­rząt. Ceny wy­ra­żo­ne licz­ba­mi mu­sze­lek mogą prze­cież sta­no­wić przed­miot ra­chun­ku ma­te­ma­tycz­ne­go, a za­tem i ra­cjo­nal­ne­go oraz ce­lo­we­go pla­no­wa­nia.

W tym miej­scu chciał­bym wy­ra­zić na­dzie­ję, że Lu­dwig von Mi­ses wy­ba­czył­by mi do­ko­na­ną wła­śnie de­kon­struk­cję stwo­rzo­ne­go przez nie­go po­ję­cia ka­pi­ta­li­zmu, nie­mniej jed­nak, chcąc zbli­żyć się do praw­dy, nie mo­że­my po­prze­sta­wać na nie­za­do­wa­la­ją­cych i nie­przy­no­szą­cych żad­nych roz­strzy­gnięć ter­mi­nach.

Pod­sta­wo­wy pro­blem ze sło­wem „ka­pi­ta­lizm” po­le­ga na tym, że wy­my­ślił je jego naj­więk­szy i naj­bar­dziej za­ja­dły wróg – Ka­rol Marks6. Zgod­nie z jego wi­zją dzie­jów ka­pi­ta­lizm sta­no­wił etap po­śred­ni mię­dzy feu­da­li­zmem a so­cja­li­zmem i był kul­mi­na­cją wy­zy­sku pro­le­ta­ria­tu przez kla­sę pa­nu­ją­cą. Choć prze­my­śle­nia Mark­sa były peł­ne luk my­ślo­wych, prze­ina­czeń, wy­ol­brzy­mień i pro­stych błę­dów, to jego teo­ria sta­ła się ogrom­nie wpły­wo­wa. Nie mu­szę zresz­tą o tym przy­po­mi­nać w kra­ju, któ­ry na wła­snej skó­rze prze­ko­nał się, jak wy­glą­da mark­sizm sto­so­wa­ny, czy­li ko­mu­nizm.

Naj­więk­szym suk­ce­sem Mark­sa było jed­nak prze­ko­na­nie wszyst­kich do uzna­nia XVIII i XIX wie­ku za okres trium­fu ka­pi­ta­li­zmu. Przed po­ja­wie­niem się Mark­sa i mark­si­stów mało kto ko­rzy­stał z ter­mi­nu „ka­pi­ta­lizm”, lecz współ­cze­śnie przy­ję­li­śmy nie­ste­ty po­strze­ga­nie hi­sto­rii świa­ta jako se­kwen­cji epok, w któ­rych zmia­ny w za­kre­sie środ­ków pro­duk­cji i sto­sun­ków pra­cy oraz go­spo­dar­ki pie­nięż­nej de­cy­du­ją o lo­sie i kształ­cie ca­łe­go ży­cia spo­łecz­ne­go. Twór­cy ko­mu­ni­zmu uda­ło się w ten spo­sób za­ra­zić nas wszyst­kich, nie wy­łą­cza­jąc na­wet Lu­dwi­ga von Mi­se­sa, lek­kim ma­te­ria­li­zmem hi­sto­rycz­nym.

W rze­czy­wi­sto­ści zaś ludz­kie dzie­je po­dzie­lo­ne są na epo­ki je­dy­nie w bar­dzo umow­ny spo­sób. Na­tu­ra ludz­ka nie ule­ga ni­g­dy żad­nym zmia­nom – zmie­nia­ją się tyl­ko oko­licz­no­ści ma­te­rial­ne i przy­rod­ni­cze. Czło­wiek żyje za­wsze w świe­cie, w któ­rym w wiel­kiej wal­ce ście­ra­ją się ze sobą wol­ność i przy­mus, do­bro i zło. Za­chę­cam więc Czy­tel­ni­ka do tego, aby wy­zbył się mark­si­stow­skie­go na­wy­ku po­strze­ga­nia hi­sto­rii ludz­ko­ści w ka­te­go­riach pew­nych ści­śle roz­gra­ni­czo­nych epok, ta­kich jak feu­da­lizm, ka­pi­ta­lizm wcze­sny, ka­pi­ta­lizm doj­rza­ły czy też post­ka­pi­ta­lizm, gdyż nie ma to żad­ne­go uza­sad­nie­nia.

Mój ar­gu­ment naj­le­piej zro­zu­mieć po­przez ana­lo­gię do pe­rio­dy­za­cji dzie­jów po­wszech­nych z punk­tu wi­dze­nia kul­tu­ry. Za kres śre­dnio­wie­cza uwa­ża się naj­czę­ściej wy­pra­wę Ko­lum­ba z 1492 roku, lecz by­li­by­śmy w błę­dzie, gdy­by­śmy chcie­li trak­to­wać tę datę w spo­sób sztyw­ny. Przed i po tej wy­pra­wie mia­ły prze­cież miej­sce wy­da­rze­nia, któ­re mo­gli­by­śmy uznać za wcze­sny prze­jaw od­ro­dze­nia lub schył­ko­wy śre­dnio­wie­cza. Pe­rio­dy­za­cja jest za­wsze umow­na, a je­dy­nym ce­lem jej sto­so­wa­nia jest uła­twie­nie so­bie ży­cia po­przez bar­dziej spraw­ne umiej­sco­wie­nie na osi cza­su pew­nych wy­da­rzeń.

Za­miast ja­ło­wych i ska­za­nych na po­raż­kę prób zna­le­zie­nia po­cząt­ków ka­pi­ta­li­zmu pro­po­nu­ję więc od­mien­ne po­dej­ście opar­te na od­nie­sie­niu do dwóch prze­ciw­nych so­bie sta­nów rze­czy, czy­li wol­no­ści i nie­wo­li.

Nim do­kład­nie wy­ja­śnię, na czym po­le­ga moja wła­sna pro­po­zy­cja, chciał­bym zwró­cić uwa­gę, że ka­pi­ta­lizm, w od­róż­nie­niu od ko­mu­ni­zmu, jest po­wszech­nie uwa­ża­ny za sys­tem spo­łecz­ny opar­ty na wol­no­ści w dys­po­no­wa­niu wła­sno­ścią pry­wat­ną. W kra­jach ko­mu­ni­stycz­nych jed­nost­ki po­sia­da­ją bar­dzo nie­wie­le – nie­kie­dy tyl­ko przed­mio­ty oso­bi­ste­go użyt­ku, resz­ta zaś na­le­ży ko­lek­tyw­nie do pań­stwa, co prze­kła­da się na jego to­ta­li­ta­ryzm. W kra­jach uwa­ża­nych za ka­pi­ta­li­stycz­ne wła­sność wspól­na jest bar­dziej ogra­ni­czo­na, lecz sta­no­wi dość istot­ny ele­ment rze­czy­wi­sto­ści. Z ko­lei w spo­łe­czeń­stwach bez­pań­stwo­wych, któ­re przed­sta­wi­łem w swo­jej książ­ce To nie musi być pań­stwo­we, ist­nie­je co naj­wy­żej wła­sność wspól­na ro­zu­mia­na jako za­sób, na któ­re­go ist­nie­nie go­dzą się wszy­scy człon­ko­wie da­nej, skrom­nej li­czeb­nie wspól­no­ty7.

W moim prze­ko­na­niu o wie­le bar­dziej sen­sow­ne jest uka­zy­wa­nie hi­sto­rii nie w per­spek­ty­wie stop­nio­we­go prze­cho­dze­nia od cza­sów bar­dziej pry­mi­tyw­nych do bar­dziej oświe­co­nych (tak wła­śnie po­strze­ga świat czło­wiek za­ra­żo­ny ide­ami oświe­ce­nia oraz mark­si­zmu), lecz z punk­tu wi­dze­nia od­wiecz­ne­go zma­ga­nia sił, tak dą­żą­cych do za­pew­nie­nia lu­dziom wol­no­ści, jak do znie­wo­le­nia in­nych.

Nie za­mie­rzam oczy­wi­ście kwe­stio­no­wać tego, że w cią­gu ostat­nich wie­ków ludz­kość osią­gnę­ła bez­pre­ce­den­so­wy po­ziom roz­wo­ju kul­tu­ry ma­te­rial­nej, a w szcze­gól­no­ści tech­no­lo­gicz­nej – zja­wi­sku temu w spo­rej mie­rze bę­dzie po­świę­co­na ni­niej­sza książ­ka. Uwa­żam jed­nak, że same ma­te­rial­ne efek­ty ist­nie­nia da­nej cy­wi­li­za­cji nie świad­czą wca­le o tym, jak wiel­ki­mi swo­bo­da­mi cie­szą się jej człon­ko­wie. Wszak naj­bar­dziej im­po­nu­ją­ce bu­dow­le sta­ro­żyt­no­ści po­wsta­wa­ły kosz­tem pra­cy ty­się­cy nie­wol­ni­ków.

Wiel­ki tech­no­lo­gicz­ny, prze­my­sło­wy i po­pu­la­cyj­ny skok, któ­ry do­ko­nał się od koń­ca XVIII wie­ku, skła­nia nas do my­śle­nia, że oto na­de­szła epo­ka przy­ćmie­wa­ją­ca swo­im roz­ma­chem wszyst­ko, co wy­da­rzy­ło się do tej pory. Opi­nię tę po­dzie­la­ją nie tyl­ko wro­go­wie wol­no­ści go­spo­dar­czej, lecz w du­żej mie­rze tak­że jej zwo­len­ni­cy. Prak­tycz­nie wszy­scy uwa­ża­ją, że nową epo­kę za­po­cząt­ko­wa­ło przy­ję­cie za­sad go­spo­dar­ki ka­pi­ta­li­stycz­nej opar­tej na wol­no­ryn­ko­wych za­sa­dach. W książ­ce tej będę po­ka­zy­wał, jak bar­dzo myl­ne jest to prze­ko­na­nie. Będę wal­czył z po­glą­dem, że dzie­je ludz­ko­ści to hi­sto­ria stop­nio­we­go wy­cho­dze­nia z od­mę­tów ciem­no­ści i za­co­fa­nia. Po­sta­ram się przed­sta­wić prze­ko­nu­ją­ce ar­gu­men­ty na po­par­cie tezy, że wbrew ma­te­rial­nym fe­no­me­nom dzie­je ludz­ko­ści bliż­sze są ra­czej nie­ustan­nym wa­ha­niom mię­dzy sta­nem wol­no­ści a nie­wo­lą.

Mam świa­do­mość, że po­sta­wio­na prze­ze mnie teza może się wy­da­wać kon­tro­wer­syj­na, lecz pro­wa­dząc swo­je ba­da­nia prze­ko­na­łem się, iż tak na­praw­dę ka­pi­ta­lizm – ro­zu­mia­ny jako sys­tem za­pew­nia­ją­cy wol­ność w de­cy­do­wa­niu o wła­sno­ści pry­wat­nej – ist­niał za­wsze. Róż­ni­ły się wy­łącz­nie jego prze­ja­wy w po­szcze­gól­nych epo­kach, a róż­ni­ce te po­le­ga­ły je­dy­nie na od­mien­nym za­kre­sie wol­no­ści, jaką cie­szy­ły się po­szcze­gól­ne spo­łecz­no­ści.

Ma­jąc na uwa­dze to, że hi­sto­ria ludz­ko­ści sta­no­wi w swej isto­cie dzie­je zma­gań o wol­ność, Mur­ray N. Ro­th­bard prze­ko­ny­wał, że ter­min „ka­pi­ta­lizm” wy­ma­ga dal­sze­go uści­śle­nia. We­dług nie­go na­le­ży więc od­róż­nić ka­pi­ta­lizm wol­no­ryn­ko­wy od ka­pi­ta­li­zmu pań­stwo­we­go. Dru­gi z nich róż­ni się od pierw­sze­go tym, że w jego ra­mach „jed­na lub wię­cej grup wy­ko­rzy­stu­je pań­stwo­wy apa­rat spra­wo­wa­nia przy­mu­su do aku­mu­la­cji ka­pi­ta­łu po­przez wy­własz­cza­nie efek­tów pra­cy in­nych osób przy po­mo­cy siły i prze­mo­cy”8.

Dzię­ki do­ko­na­ne­mu przez Ro­th­bar­da roz­róż­nie­niu zbli­ży­li­śmy się wresz­cie do ta­kie­go ro­zu­mie­nia ka­pi­ta­li­zmu, któ­re jest spój­ne z nie­mark­si­stow­skim i nie­pro­gre­sy­wi­stycz­nym poj­mo­wa­niem dzie­jów. Oto uzy­sku­je­my ob­raz dzie­jów, w ra­mach któ­re­go nie­ustan­nie prze­pla­ta­ją się ze sobą dwa ka­pi­ta­li­zmy: wol­no­ryn­ko­wy i pań­stwo­wy. A ści­ślej rzecz uj­mu­jąc, hi­sto­ria fi­nan­so­wa i go­spo­dar­cza to wiel­kie zma­ga­nia wol­ne­go ryn­ku i pań­stwa jako prze­ciw­staw­nych so­bie sił.

Bo­gac­two moż­na po­zy­ski­wać na dwa róż­ne spo­so­by: wła­sną pra­cą i wy­mia­na­mi z in­ny­mi ludź­mi albo za po­mo­cą agre­sji sto­so­wa­nej wo­bec in­nych osób. Prze­wa­ga jed­nej z tych dwóch krań­co­wo od­mien­nych me­tod zdo­by­wa­nia ma­jąt­ku w ska­li ca­łe­go spo­łe­czeń­stwa skut­ku­je nie­odmien­nie prze­chy­le­niem się sys­te­mu spo­łecz­ne­go w kie­run­ku bądź to ka­pi­ta­li­zmu wol­no­ryn­ko­we­go, bądź też ka­pi­ta­li­zmu pań­stwo­we­go. Do­ty­czy to za­rów­no Hong­kon­gu na po­cząt­ku XXI wie­ku, jak też XIII-wiecz­nej Ita­lii, ale rów­nież i cel­tyc­kiej Eu­ro­py. Pod każ­dą sze­ro­ko­ścią geo­gra­ficz­ną i w każ­dym mo­men­cie dzie­jów mamy do czy­nie­nia z sys­te­mem spo­łecz­nym, któ­ry bar­dziej przy­po­mi­na wol­ny ry­nek lub ka­pi­ta­lizm pań­stwo­wy. Ni­g­dy nie było ani ka­pi­ta­li­zmu, ani feu­da­li­zmu, tyl­ko sys­tem spo­łecz­ny umiej­sco­wio­ny w tym lub in­nym ob­sza­rze con­ti­nu­um mię­dzy czy­stym, wol­nym ryn­kiem a czy­stym ko­mu­ni­zmem (ro­zu­mia­nym jako szczy­to­wy etap roz­wo­ju pań­stwa).

Po­stu­lat za­pro­wa­dze­nia czy­ste­go wol­no­ryn­ko­we­go ka­pi­ta­li­zmu (czy­ste­go wol­ne­go ryn­ku) sta­no­wi klu­czo­wy ele­ment fi­lo­zo­fii li­ber­ta­riań­skiej. „Czy­stość” tego ro­dza­ju ka­pi­ta­li­zmu nie ozna­cza oczy­wi­ście po­stu­la­tu cał­ko­wi­tej eli­mi­na­cji in­te­rak­cji spo­łecz­nych opar­tych na nie­do­bro­wol­no­ści (agre­sji). Fi­lo­zo­fia li­ber­ta­riań­ska su­ge­ru­je je­dy­nie, aby przy­pad­ka­mi wy­kro­czeń prze­ciw­ko tzw. za­sa­dzie nie­ini­cjo­wa­nia agre­sji zaj­mo­wa­ły się or­ga­ny pry­wat­ne, a nie in­sty­tu­cja pań­stwa. Tak sfor­mu­ło­wa­na „czy­stość” ka­pi­ta­li­zmu wol­no­ryn­ko­we­go uni­ka po­spo­li­te­go za­rzu­tu, że li­ber­ta­ria­nie po­stu­lu­ją za­pro­wa­dze­nie sys­te­mu spo­łecz­ne­go po­zba­wio­ne­go agre­sji i przy­mu­su. Nie da się ich ni­g­dy zli­kwi­do­wać, gdyż wy­ni­ka­ją one wprost z ist­nie­nia wol­nej ludz­kiej woli. Li­ber­ta­ria­nizm po­stu­lu­je wy­łącz­nie, by przy­pad­ka­mi nie­słusz­ne­go za­sto­so­wa­nia agre­sji i przy­mu­su (tj. agre­sji wy­prze­dza­ją­cej, nie­bę­dą­cej od­po­wie­dzią na ża­den wcze­śniej­szy akt agre­sji) zaj­mo­wa­ły się siły pry­wat­ne, a nie pań­stwo, któ­re samo w so­bie sta­no­wi or­ga­ni­za­cję opar­tą na mo­no­po­lu sto­so­wa­nia przy­mu­su i agre­sji.

Go­rą­co za­chę­cam do tego, aby wy­zbyć się per­spek­ty­wy, zgod­nie z któ­rą ka­pi­ta­lizm i wol­ność go­spo­dar­czą iden­ty­fi­ku­je­my po wie­żow­cach, gieł­dach, wiel­kich ban­kach i fun­du­szach hed­gin­go­wych. Praw­dzi­wy ka­pi­ta­lizm wol­no­ryn­ko­wy – czy­li sys­tem opar­ty na wol­nym ryn­ku jako me­to­dzie dys­try­bu­cji wszyst­kich dóbr – funk­cjo­no­wał o wie­le czę­ściej w cza­sach, gdy ludz­kość do­pie­ro gro­ma­dzi­ła bo­gac­two i żyła we względ­nie skrom­nych wa­run­kach. Choć tego typu wnio­ski mogą się te­raz wy­da­wać wąt­pli­we, mam na­dzie­ję, że to się zmie­ni po prze­czy­ta­niu tej książ­ki.

Roz­dział 2 Początki europejskiej gospodarki (1000–1307)

Idea imperium

7mar­ca 1000 roku. Do Gnie­zna przy­by­wa ce­sarz Ot­ton III na spo­tka­nie z Bo­le­sła­wem Chro­brym. Ot­to­no­wi przy­świe­ca idea utwo­rze­nia wiel­kie­go im­pe­rium skła­da­ją­ce­go się z Ita­lii, Ger­ma­nii, Ga­lii i Scla­vi­nii (czy­li Sło­wiańsz­czy­zny), i dla­te­go naj­praw­do­po­dob­niej zde­cy­do­wał się nadać Chro­bre­mu ty­tuł kró­lew­ski. Dla­cze­go nie­miec­ki ce­sarz usank­cjo­no­wał wła­dzę pol­skie­go wład­cy, któ­ry w grun­cie rze­czy sta­no­wił dla nie­go zna­czą­cą kon­ku­ren­cję na wciąż nie­za­go­spo­da­ro­wa­nych po­li­tycz­nie te­re­nach Sło­wiańsz­czy­zny? Dla­cze­go wy­niósł go do god­no­ści, dzię­ki któ­rej Pol­ska uzy­ska­ła trwa­ły fun­da­ment i uzna­nie swo­je­go bytu w oczach ca­łej chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­py?

Ot­ton III żył ideą wiel­kie­go pań­stwa na wzór daw­ne­go Ce­sar­stwa Rzym­skie­go. 25 grud­nia 800 roku pa­pież Leon III na­ło­żył na gło­wę Ka­ro­la Wiel­kie­go ce­sar­ską ko­ro­nę, po­wo­łu­jąc tym sa­mym do ży­cia Świę­te Ce­sar­stwo Rzym­skie. Po trak­ta­cie w Ver­dun z 843 roku im­pe­rium to zo­sta­ło po­dzie­lo­ne, lecz Ot­ton ży­wił wiel­kie na­dzie­je, że to wła­śnie jemu uda się od­two­rzyć jed­ność po­li­tycz­ną w re­gio­nie. Le­gły one w gru­zach, gdy w 1002 roku w cza­sie po­by­tu we Wło­szech po­że­gnał się z ży­ciem. Z punk­tu wi­dze­nia wol­no­ści nie było to jed­nak wy­da­rze­nie o ne­ga­tyw­nych kon­se­kwen­cjach, gdyż o kil­ka wie­ków opóź­ni­ło pro­ces for­mo­wa­nia się im­pe­rium na zie­miach nie­miec­ko­ję­zycz­nych.

Sło­wa „ce­sarz” i „im­pe­rium” brzmią bar­dzo dum­nie. Nie­wie­le jed­nak osób zda­je so­bie spra­wę z tego, co nie­sie ze sobą ist­nie­nie im­pe­rium. Fa­scy­nu­ją­ce hi­sto­ry­ków oraz wie­lu zwy­kłych lu­dzi Ce­sar­stwo Rzym­skie mia­ło swo­ich po­etów, ar­chi­tek­tów, fi­lo­zo­fów i praw­ni­ków, ale jed­no­cze­śnie było opar­te na ol­brzy­mich roz­mia­rów han­dlu nie­wol­ni­ka­mi, ko­rup­cji w krę­gach wła­dzy oraz po­li­ty­ce krwa­wych pod­bo­jów. Pro­pa­gan­da pań­stwa Rzy­mian czy­ni­ła co mo­gła, aby po­ka­zać, że gra­ni­ce Ce­sar­stwa sta­no­wią jed­no­cze­śnie gra­ni­ce mię­dzy cy­wi­li­za­cją a dzi­czą, mię­dzy ludź­mi a bar­ba­rzyń­ca­mi.

Tym­cza­sem zaś poza gra­ni­ca­mi Ce­sar­stwa żyły ty­sią­ce ple­mion, z któ­rych spo­ra część pro­wa­dzi­ła względ­nie spo­koj­ne i po­myśl­ne ży­cie bez ja­kich­kol­wiek struk­tur pań­stwo­wych. Na na­szą wy­obraź­nię od­dzia­łu­ją dziś wciąż ta­kie ludy ży­ją­ce poza Ce­sar­stwem, jak Wan­da­lo­wie czy też Hu­no­wie – w przy­pad­ku tych pierw­szych ich na­zwa do dnia dzi­siej­sze­go słu­ży do okre­śle­nia agre­syw­nych i sko­rych do do­ko­ny­wa­nia znisz­czeń osob­ni­ków. Oprócz wo­jow­ni­czych lu­dów w ca­łej Eu­ro­pie żyli tak­że przed­sta­wi­cie­le bar­dziej po­ko­jo­wych ple­mion, któ­rych ży­cie na pew­no da­le­kie było od do­sko­na­ło­ści (choć­by dla­te­go, że rów­nież ko­rzy­sta­li z in­sty­tu­cji nie­wol­nic­twa), nie­mniej jed­nak sta­no­wi­ło re­al­ną al­ter­na­ty­wę dla ży­cia w wiel­kim im­pe­rium rosz­czą­cym so­bie mo­no­pol do sta­no­wie­nia, czym jest cy­wi­li­za­cja. Na ca­łym kon­ty­nen­cie miesz­ka­ły m.in. ludy cel­tyc­kie, któ­re nie stwo­rzy­ły ni­g­dy scen­tra­li­zo­wa­nych państw, a mimo to po­słu­gi­wa­ły się wła­snym pi­smem, zna­ły tech­no­lo­gię ob­rób­ki że­la­za, prak­ty­ko­wa­ły wy­so­ką kul­tu­rę rol­ni­czą, a na­wet biły wła­sne pie­nią­dze.

Po­wróć­my te­raz do szkol­ne­go ka­no­nu i zna­ne­go każ­de­mu Po­la­ko­wi zjaz­du w Gnieź­nie z 1000 roku i przyj­rzyj­my się Eu­ro­pie uchwy­co­nej ni­czym w ka­drze. Ten­że rok po­słu­ży nam za sym­bo­licz­ny po­czą­tek trwa­ją­cej do dziś opo­wie­ści o dzie­jach ka­pi­ta­li­zmu w Eu­ro­pie i na świe­cie. W sa­mym cen­trum znaj­do­wa­ło się Świę­te Ce­sar­stwo Rzym­skie. Oprócz nie­go ist­nia­ło zaś tyl­ko jed­no inne im­pe­rium – ze sto­li­cą w Kon­stan­ty­no­po­lu – któ­re co­raz bar­dziej chy­li­ło się ku upad­ko­wi, przede wszyst­kim pod na­po­rem mu­zuł­mań­skie­go ży­wio­łu.

Praw­da o Świę­tym Ce­sar­stwie Rzym­skim była jed­nak taka, że od cza­sów upad­ku dy­na­stii Ka­ro­lin­gów było ono wy­jąt­ko­wo sła­be. We­dług Wol­te­ra nie było ani świę­te, ani rzym­skie, ani na­wet ce­sar­stwem. Choć fran­cu­ski my­śli­ciel ni­g­dy nie był au­to­rem na­zbyt głę­bo­kich prze­my­śleń, w przy­pad­ku trwa­ją­ce­go po­nad ty­siąc lat po­li­tycz­ne­go two­ru miał ab­so­lut­ną ra­cję. Ce­sar­stwo nie było wszak świę­te, szcze­gól­nie po 1356 roku, gdy wy­bo­rem ce­sa­rza zaj­mo­wa­li się spe­cjal­nie wy­zna­cze­ni elek­to­rzy, któ­rych przy­szły wład­ca mu­siał naj­pierw prze­ku­pić ogrom­ną ilo­ścią pie­nię­dzy oraz przy­sług, co stwa­rza­ło oka­zję do ogrom­nych nad­użyć. Ce­sar­stwo nie było też rzym­skie, gdyż ce­sa­rze prak­tycz­nie ni­g­dy nie spra­wo­wa­li kon­tro­li nad Rzy­mem, gdzie bar­dzo szyb­ko za­zna­czy­ła się osob­na wła­dza pa­pie­ska. Nie było wresz­cie w ści­słym sen­sie ce­sar­stwem (im­pe­rium), po­nie­waż tak na­praw­dę skła­da­ły się na nie set­ki róż­nych, nie­za­leż­nych, ma­łych pań­ste­wek.

Je­śli się­gnie­my po do­wol­ny atlas hi­sto­rycz­ny i przyj­rzy­my się kształ­tom wy­zna­cza­ją­cym gra­ni­ce eu­ro­pej­skich państw na prze­strze­ni wie­ków, z ła­two­ścią do­strze­że­my, że współ­cze­sne Niem­cy były za­wsze skom­pli­ko­wa­ną i barw­ną mo­zai­ką. Pod­czas gdy Rzecz­po­spo­li­ta czy też Hisz­pa­nia sta­no­wi­ły na ogół je­den nie­po­dziel­ny twór, w do­rze­czu Renu i Łaby ist­niał skom­pli­ko­wa­ny układ pa­la­ty­na­tów, wol­nych miast, księstw, mar­grabstw, elek­to­ra­tów i nie­za­leż­nych bi­skupstw. Wy­bie­ra­ny przez elek­to­rów ce­sarz miał ogra­ni­czo­ne upraw­nie­nia (w więk­szo­ści ho­no­ro­we), a Sejm Rze­szy zbie­rał się spo­ra­dycz­nie, przez co wła­dza pań­stwa w Ce­sar­stwa była nie­zwy­kle sła­ba. Pierw­sze praw­dzi­we ce­sar­stwo w Eu­ro­pie mia­ło po­wstać do­pie­ro pięć wie­ków póź­niej. Tym­cza­sem u pro­gu no­we­go ty­siąc­le­cia ist­nia­ło ogrom­ne roz­drob­nie­nie po­li­tycz­ne, któ­re wkrót­ce przy­nio­sło da­le­ko­sięż­ne zmia­ny cy­wi­li­za­cyj­ne.

Naj­bar­dziej cha­rak­te­ry­stycz­nym czyn­ni­kiem wy­róż­nia­ją­cym sy­tu­ację pa­nu­ją­cą na kon­ty­nen­cie eu­ro­pej­skim ok. 1000 roku była skraj­na, jak na dzi­siej­sze wa­run­ki, frag­men­ta­ry­za­cja wła­dzy. Jak wy­li­czył Char­les Til­ly, li­czą­ca w 990 roku ok. 80 mln osób Eu­ro­pa była po­dzie­lo­na na ja­kieś pięć­set państw (po­cząw­szy od kró­lestw, a na bi­skup­stwach, mia­stach-pań­stwach i nie­za­leż­nych hrab­stwach skoń­czyw­szy)9. Naj­wię­cej or­ga­ni­zmów pań­stwo­wych znaj­do­wa­ło się na ob­sza­rze obej­mu­ją­cym współ­cze­sne te­ry­to­ria środ­ko­wych i pół­noc­nych Włoch, Szwaj­ca­rii, Nie­miec, Bel­gii, Ho­lan­dii i Fran­cji. Przez ko­lej­ne wie­ki to wła­śnie te te­re­ny sta­no­wi­ły rdzeń ży­cia go­spo­dar­cze­go ca­łe­go kon­ty­nen­tu. Zie­mie te le­ża­ły nie­gdyś w gra­ni­cach ce­sar­stwa, któ­rym wła­dał Ka­rol Wiel­ki, a któ­re ku wiel­kiej po­myśl­no­ści Sta­re­go Kon­ty­nen­tu roz­pa­dło się ni­czym lu­stro na ty­sią­ce ma­łych ele­men­tów. Za­cho­waw­szy jed­ność kul­tu­ro­wą i re­li­gij­ną, zie­mie daw­ne­go im­pe­rium mia­ły w swo­je fun­da­men­ty wpi­sa­ne coś, co sta­ło się mo­to­rem na­pę­do­wym ca­łej cy­wi­li­za­cji – kon­ku­ren­cję. Ta zaś prze­kła­da­ła się na to, że pań­stwo było tu wy­jąt­ko­wo sła­be i da­wa­ło ogrom­ne moż­li­wo­ści do roz­wo­ju cy­wi­li­za­cyj­ne­go.

Jak prze­ko­nu­je li­ber­ta­riań­ski fi­lo­zof Hans-Her­mann Hop­pe, „(…) przed­no­wo­cze­sna Eu­ro­pa od­zna­cza­ła się ist­nie­niem bar­dzo kon­ku­ren­cyj­ne­go, nie­mal­że anar­chi­stycz­ne­go sys­te­mu mię­dzy­na­ro­do­we­go, na któ­ry skła­da­ło się mnó­stwo ma­łych roz­mia­ra­mi państw oraz księstw feu­dal­nych. To wła­śnie w tym kon­tek­ście na­ro­dził się ka­pi­ta­lizm”10. Hop­pe miał oczy­wi­ście na my­śli ka­pi­ta­lizm wol­no­ryn­ko­wy.

Jed­ną z naj­waż­niej­szych tez ni­niej­szej książ­ki moż­na ująć w na­stę­pu­ją­cy spo­sób: wbrew po­wszech­ne­mu wy­obra­że­niu ostat­nie ty­siąc lat było stop­nio­wym od­cho­dze­niem od ka­pi­ta­li­zmu wol­no­ryn­ko­we­go do ka­pi­ta­li­zmu pań­stwo­we­go. Pro­ces ten nie prze­bie­gał wy­łącz­nie w jed­nym kie­run­ku, lecz jego ogól­na ten­den­cja wy­da­je się dość ła­two za­uwa­żal­na. Się­gnij­my jesz­cze raz do da­nych ze­bra­nych przez Til­ly’ego. Jak już wspo­mi­na­łem, w 990 roku w ok. pię­ciu­set eu­ro­pej­skich pań­stwach żyło ja­kieś 80 mln lu­dzi. Daje to prze­cięt­nie 160 tys. miesz­kań­ców sta­ty­stycz­ne­go pań­stwa.

W 1490 roku wciąż było pra­wie dwie­ście państw w Eu­ro­pie, co przy 90 mln osób da­wa­ło śred­nio 450 tys. miesz­kań­ców na jed­no pań­stwo. W ko­lej­nych wie­kach wła­dza ule­gła dal­szej kon­cen­tra­cji na tyle, że w 1890 roku na ca­łym kon­ty­nen­cie ist­nia­ło już tyl­ko dwa­dzie­ścia państw li­czą­cych śred­nio 7,7 mln miesz­kań­ców11. W cią­gu ty­sią­ca lat nasz kon­ty­nent prze­szedł więc dłu­gą dro­gę od ma­leń­kich i sła­bych pań­ste­wek do wiel­kich im­pe­riów. Mia­ło to ko­lo­sal­ny wpływ na losy wol­no­ści go­spo­dar­czej i wol­ne­go ryn­ku.

Wspo­mnia­ny już Hans-Her­mann Hop­pe jest au­to­rem teo­rii tzw. pa­ra­dok­su we­wnętrz­ne­go li­be­ra­li­zmu. Jego zda­niem to wiel­kie prze­obra­że­nie w po­li­tycz­nym po­dzia­le Eu­ro­py za­de­cy­do­wa­ło o tym, że w ko­lej­nych wie­kach za­miast ka­pi­ta­li­zmu wol­no­ryn­ko­we­go trium­fo­wał ka­pi­ta­lizm pań­stwo­wy. Od­daj­my mu głos: „Choć na po­zór może się to wy­da­wać pa­ra­dok­sal­ne, im bar­dziej li­be­ral­ne we­wnętrz­nie pań­stwo, tym bar­dziej praw­do­po­dob­ne jest to, iż za­an­ga­żu­je się w agre­sję poza swo­imi gra­ni­ca­mi. We­wnętrz­ny li­be­ra­lizm czy­ni spo­łe­czeń­stwo bo­gat­szym; z bo­gat­sze­go spo­łe­czeń­stwa ła­twiej uzy­skać środ­ki na bo­gat­sze pań­stwo; a bo­gat­sze pań­stwo ozna­cza co­raz bar­dziej sku­tecz­ne eks­pan­sjo­ni­stycz­ne woj­ny. (…) Czer­piąc z bo­gac­twa ka­pi­ta­li­stycz­nych spo­łe­czeństw, sła­be, li­be­ral­ne pań­stwa Eu­ro­py Za­chod­niej sta­ły się naj­bo­gat­sze na świe­cie. To zaś bo­gac­two przy­czy­ni­ło się do wy­bu­chu im­pe­ria­li­stycz­nych przed­się­wzięć, któ­re po raz pierw­szy w hi­sto­rii uczy­ni­ły eu­ro­pej­skie pań­stwa praw­dzi­wy­mi świa­to­wy­mi po­tę­ga­mi”12.

O ile więc na po­cząt­ku dru­gie­go mil­len­nium eu­ro­pej­skie spo­łe­czeń­stwa bu­do­wa­ły go­spo­dar­czy do­bro­byt w opar­ciu o kon­ku­ren­cję mię­dzy ma­ły­mi i sła­by­mi pań­stwa­mi, o tyle póź­niej co­raz sil­niej za­zna­cza­ła się ten­den­cja do two­rze­nia wiel­kich im­pe­riów. Po­chła­nia­ły one nie­wiel­kie or­ga­ni­zmy pań­stwo­we oraz two­rzy­ły wiel­ką ilu­zję wol­no­ści go­spo­dar­czej, tak na­praw­dę opar­tej na wspo­mnia­nym przez Hop­pe­go me­cha­ni­zmie we­wnętrz­ne­go li­be­ra­li­zmu, tj. udzie­la­niu lud­no­ści z wła­sne­go te­ry­to­rium da­le­ko idą­cych swo­bód go­spo­dar­czych przy jed­no­cze­snej bar­dzo agre­syw­nej po­li­ty­ce pod­bo­jów i kon­fron­ta­cji poza gra­ni­ca­mi kra­ju. Śre­dnio­wiecz­ne pań­stew­ka były li­be­ral­ne za­rów­no we­wnętrz­nie, jak i ze­wnętrz­nie; im­pe­ria wie­ków póź­niej­szych były zaś li­be­ral­ne tyl­ko we­wnętrz­nie. Poza swo­imi gra­ni­ca­mi pro­wa­dzi­ły wy­ścig o wła­dzę, któ­re­go kul­mi­na­cją była osta­tecz­nie II woj­na świa­to­wa i zwią­za­na z nią he­ka­tom­ba.

Mo­tyw im­pe­rium jest dla tej książ­ki szcze­gól­nie waż­ny, po­nie­waż dzie­je ka­pi­ta­li­zmu pań­stwo­we­go zwią­za­ne były z ko­lej­ny­mi im­pe­ria­mi, któ­re po­ja­wia­ły się na świa­to­wej sce­nie. Za­wsze tam, gdzie jest im­pe­rium, znaj­dzie­my tak­że nie­zwy­kle bo­ga­tych ban­kie­rów i fi­nan­si­stów, tęt­nią­ce ży­ciem gieł­dy, po­wszech­nie do­stęp­ne ob­li­ga­cje skar­bo­we oraz ogrom­nych roz­mia­rów ban­ki. W kon­tek­ście roz­drob­nie­nia po­li­tycz­ne­go zja­wi­ska te cich­ną lub nie­mal­że za­ni­ka­ją. W XI wie­ku ist­nia­ła już oży­wio­na wy­mia­na han­dlo­wa, na ca­łym kon­ty­nen­cie bito pie­nią­dze, spo­ty­ka­no tak­że kup­ców-ban­kie­rów, funk­cjo­no­wa­ły tar­gi przy­po­mi­na­ją­ce gieł­dy, a mimo to świat fi­nan­sów nie na­brał ta­kie­go roz­ma­chu, aby kto­kol­wiek z ba­da­czy dzie­jów ośmie­lił się po­wie­dzieć, że pa­no­wał wów­czas ka­pi­ta­lizm. Roz­mach i wiel­ką ska­lę dzia­łań, a tak­że złu­dze­nie ka­pi­ta­li­zmu (wol­no­ryn­ko­we­go) przy­nio­sły do­pie­ro im­pe­ria, choć tak na­praw­dę sche­mat ich funk­cjo­no­wa­nia sta­no­wił za­prze­cze­nie wol­ne­go ryn­ku.

W cieniu islamu

Upro­gu dru­gie­go ty­siąc­le­cia je­dy­nym praw­dzi­wym im­pe­rium, z któ­rym mia­ła stycz­ność Eu­ro­pa, było im­pe­rium (ka­li­fat) Fa­ty­mi­dów. Po­wsta­ło ono w wy­ni­ku upad­ku wcze­śniej­sze­go ka­li­fa­tu Ab­ba­sy­dów, sta­no­wiąc ko­lej­ną mu­ta­cję wiel­kie­go im­pe­rium is­lam­skie­go za­ło­żo­ne­go przez is­lam­skie­go pro­ro­ka Ma­ho­me­ta. Pier­wot­nie Fa­ty­mi­dzi pa­no­wa­li na te­re­nach współ­cze­snej Tu­ne­zji, ale w ko­lej­nych la­tach uda­ło im się zdo­być kon­tro­lę m.in. nad Sy­cy­lią oraz pół­noc­ną Afry­ką. W świe­cie is­la­mu ist­nia­ły tak­że ka­li­fat Kor­do­by na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim oraz pań­stwa Buj­ji­dów i Gha­zna­wi­dów, lecz w 1000 roku naj­po­tęż­niej­szą wła­dzę mie­li wła­śnie Fa­ty­mi­dzi.

Wiel­ki za­kres te­ry­to­rial­ny pań­stwa Fa­ty­mi­dów przy­czy­nił się do tego, że ich po­li­ty­ka go­spo­dar­cza jest dziś przez nie­któ­rych hi­sto­ry­ków uzna­wa­na wręcz za le­se­fe­ry­stycz­ną13. W pań­stwie tym wzno­szo­no bu­dyn­ki się­ga­ją­ce nie­kie­dy czter­na­stu pię­ter, co siłą rze­czy na­rzu­ca pew­ne sko­ja­rze­nia ze współ­cze­snym ka­pi­ta­li­zmem. Miesz­kań­cy im­pe­rium Fa­ty­mi­dów pła­ci­li względ­nie ni­skie po­dat­ki, cła były na ni­skim po­zio­mie, obo­wią­zy­wa­ły za­sa­dy wol­ne­go prze­pły­wu lu­dzi i to­wa­rów, a wszyst­ko to przy­czy­nia­ło się do pew­ne­go do­bro­by­tu go­spo­dar­cze­go. Wska­zu­jąc na te ce­chy, któ­re cha­rak­te­ry­zu­ją każ­de im­pe­rium, za­po­mi­na się jed­nak o tym, że nie­wy­so­kie po­dat­ki i cła są moż­li­we dzię­ki po­zy­ska­niu pie­nię­dzy w dro­dze pod­bo­jów no­wych ziem. Z ko­lei wol­ny prze­pływ ka­pi­ta­łu i lu­dzi dzia­ła za cenę ogrom­ne­go wzro­stu po­tę­gi i kon­cen­tra­cji wła­dzy pań­stwa, któ­re pro­wa­dzi swo­ją „li­be­ral­ną” po­li­ty­kę mi­gra­cyj­ną i ka­pi­ta­ło­wą wy­łącz­nie kosz­tem mniej­szych i słab­szych państw. Zgod­nie z przed­sta­wio­nym już pa­ra­dok­sem Hop­pe­go – im bar­dziej dane pań­stwo jest agre­syw­ne poza swo­imi gra­ni­ca­mi, tym bar­dziej po­ko­jo­we na wła­snym te­ry­to­rium. Im­pe­ria nie­zmien­nie kie­ru­ją się tą wła­śnie za­sa­dą: pod­bi­ja­jąc ko­lej­ne pań­stwa, two­rzą jed­no­cze­śnie mi­raż wol­no­ści go­spo­dar­czej, któ­ra tak na­praw­dę jest za­wsze sztucz­nie wzbu­dza­na na gru­zach daw­nej wol­no­ści za­pew­nia­nej przez plu­ra­lizm po­li­tycz­ny.

Z in­spi­ra­cji pro­gra­mem po­li­tycz­no-re­li­gij­nym pro­ro­ka Ma­ho­me­ta po­wsta­ło im­pe­rium Fa­ty­mi­dów oraz po­zo­sta­łe pań­stwa is­lam­skie – w Afry­ce Pół­noc­nej, na Bli­skim Wscho­dzie i w Hisz­pa­nii. To dzię­ki nim Eu­ro­pej­czy­cy aż do XIV wie­ku mo­gli się uczyć ko­rzy­sta­nia ze wszyst­kich fi­nan­so­wych in­sty­tu­cji. Z ję­zy­ka arab­skie­go po­cho­dzą ta­kie sło­wa jak ma­ga­zyn czy ry­zy­ko, a w świe­cie arab­skim do­sko­na­le wie­dzia­no, czym jest we­ksel, spół­ka oraz kim jest ma­kler na dłu­go za­nim za­in­te­re­so­wa­li się tym miesz­kań­cy Eu­ro­py14.

Na ob­sza­rze is­lam­skich ka­li­fa­tów wy­kształ­cił się tak­że mo­del spo­łecz­ny wcze­śniej funk­cjo­nu­ją­cy m.in. w Ce­sar­stwie Rzym­skim i in­nych im­pe­riach, a któ­ry miał tak bar­dzo za­wa­żyć na lo­sach ca­łe­go świa­ta. Otóż is­lam był re­li­gią, któ­ra na­pięt­no­wa­ła li­chwę, a oso­by trud­nią­ce się przy­zna­wa­niem kre­dy­tów trak­to­wa­ła jak wy­rzut­ków spo­łecz­nych. Tak jak w Rzy­mie, w świe­cie is­la­mu wła­dzę spra­wo­wa­ły ary­sto­kra­tycz­ne rody, któ­re pra­cę fi­zycz­ną oraz han­del uwa­ża­ły za hań­bią­ce. Tego typu ide­ały sta­ły się póź­niej mod­ne w ca­łej Eu­ro­pie, lecz naj­bar­dziej w Rze­czy­po­spo­li­tej i w Hisz­pa­nii, gdzie szlach­ta stwo­rzy­ła dla sie­bie prze­pi­sy, we­dług któ­rych zaj­mo­wa­nie się han­dlem i za­rob­ko­wą pra­cą fi­zycz­ną au­to­ma­tycz­nie ska­zy­wa­ło szlach­ci­ca na de­gra­da­cję lub ba­ni­cję. Rzecz­po­spo­li­ta i Hisz­pa­nia tak­że były kie­dyś im­pe­ria­mi, a ta­kie oby­cza­je w krę­gach wła­dzy uka­zy­wa­ły naj­do­bit­niej, że na cze­le im­pe­riów sto­ją gru­py spo­łecz­ne, któ­re nie zaj­mu­ją się żad­ny­mi pro­duk­tyw­ny­mi za­ję­cia­mi, lecz wy­łącz­nie po­li­ty­ką.

Tego typu ide­olo­gia da­wa­ła wiel­kie szan­se nie­któ­rym spo­śród pod­bi­tych na­ro­dów, szcze­gól­nie tym, któ­re w wy­ni­ku ob­cej agre­sji mu­sia­ły po­roz­jeż­dżać się po ca­łym świe­cie. Od cza­sów zdo­by­cia Je­ro­zo­li­my w 70 roku ta­kim wła­śnie na­ro­dem byli Ży­dzi, któ­rzy w IX wie­ku han­dlo­wa­li już na szla­ku wio­dą­cym od pań­stwa Fran­ków aż do Chin15. Wbrew czę­sto po­wta­rza­ne­mu po­glą­do­wi w ge­nach na­ro­du wy­bra­ne­go nie ma żad­nych cech pre­de­sty­nu­ją­cych go do han­dlu i fi­nan­sów – ich los prze­są­dzi­ło pod­bi­cie Izra­ela przez im­pe­rium. Zna­la­zł­szy się w roz­pro­sze­niu, Ży­dzi byli wręcz stwo­rze­ni do peł­nie­nia roli fi­nan­si­stów.

W świe­cie is­lam­skim sta­li się wy­rzut­ka­mi i grzesz­ni­ka­mi trud­nią­cy­mi się nie­czy­stą li­chwą oraz ob­ra­ca­ją­cy­mi ma­mo­ną. Tak jak póź­niej w chrze­ści­jań­skiej Eu­ro­pie, już wów­czas za­miesz­ki­wa­li osob­ne dziel­ni­ce miej­skie, przede wszyst­kim ze wzglę­du na swo­je uprze­dze­nia wo­bec go­jów. Po­nie­waż ich wła­sne prze­pi­sy re­li­gij­ne za­ka­zy­wa­ły im mał­żeństw z przed­sta­wi­cie­la­mi miej­sco­wych lu­dów, utrzy­my­wa­li żywe kon­tak­ty z licz­ną dia­spo­rą ży­ją­cą prak­tycz­nie w ca­łym ów­cze­śnie zna­nym świe­cie. Gdy w 1286 roku We­ne­cja­nin Mar­co Polo przy­był do Chin, miał na miej­scu spo­tkać m.in. Żyda z Po­zna­nia.

Ży­dzi na ob­sza­rze is­lam­skim zaj­mo­wa­li się nie tyl­ko han­dlem, ale wszel­ki­mi usłu­ga­mi fi­nan­so­wy­mi: wy­mia­ną pie­nię­dzy, bi­ciem mo­net, udzie­la­niem po­ży­czek czy też wy­sta­wia­niem we­ksli. Dla­cze­go jed­nak po­wie­rza­no im za­ję­cia, któ­re były prze­cież bar­dzo do­cho­do­we? Dla­cze­go Ara­bo­wie tak ła­two od­da­li Ży­dom klu­czo­we usłu­gi, za­do­wa­la­jąc się zy­ska­mi z in­nych źró­deł?

Od­po­wiedź na to py­ta­nie jest ab­so­lut­nie za­sad­ni­cza dla zro­zu­mie­nia fi­nan­so­wych dzie­jów świa­ta. Świat pie­nię­dzy i bo­ga­ce­nie się są obar­czo­ne szcze­gól­nym pięt­nem. Nie miej­sce tu na peł­ną pre­zen­ta­cję pro­ble­mu z per­spek­ty­wy psy­cho­lo­gicz­nej, so­cjo­lo­gicz­nej czy fi­lo­zo­ficz­nej. Na po­trze­by tej pra­cy wy­star­czy nam sam fakt, że w naj­waż­niej­szych w na­szym krę­gu cy­wi­li­za­cyj­nym re­li­giach, a więc chrze­ści­jań­stwie, is­la­mie i ju­da­izmie, za­wsze bar­dzo sil­nie były (i na­dal są) re­pre­zen­to­wa­ne nur­ty, któ­re za­pi­sy świę­tych ksiąg oraz tra­dy­cji wia­ry in­ter­pre­to­wa­ły w ten spo­sób, że całą sfe­rę za­jęć zwią­za­nych z pie­niędz­mi trak­to­wa­no bar­dzo nie­przy­chyl­nie. Styg­ma­ty­za­cja świa­ta fi­nan­sów nie­mal za­wsze znaj­do­wa­ła swo­je in­sty­tu­cjo­nal­ne prze­ło­że­nie na urzę­do­wy za­kaz li­chwy, czy­li udzie­la­nia po­ży­czek na pro­cent.

W przy­pad­ku chrze­ści­jań­stwa za­kaz ten ob­cho­dzo­no na wie­le róż­nych spo­so­bów lub zwy­czaj­nie go uchy­la­no (kwe­stia ta zo­sta­nie omó­wio­na do­kład­nie nie­co póź­niej), lecz w świe­cie is­la­mu za­kaz li­chwy obo­wią­zu­je od cza­sów Ma­ho­me­ta aż do dziś. Ma­ho­me­ta­nie nie mo­gli za­tem zaj­mo­wać się udzie­la­niem kre­dy­tów, gdyż uwa­ża­no to za grzech. Grzech li­chwy mo­gli za to po­peł­niać ci, któ­rzy byli nie­wier­ni, a więc grzesz­ni, jak np. Ży­dzi. Za cenę do­bre­go re­li­gij­ne­go sa­mo­po­czu­cia is­la­mi­ści po­wie­rzy­li więc Ży­dom funk­cję kup­ców i fi­nan­si­stów, któ­rą ci peł­ni­li rów­nież w świe­cie chrze­ści­jań­skim.

Co cie­ka­we, w tym okre­sie rolę ana­lo­gicz­ną do Ży­dów peł­ni­ły tak­że inne ludy. W świe­cie is­lam­skim kup­ca­mi i ban­kie­ra­mi byli tak­że Hin­du­si, Per­so­wie i Gre­cy16. Do­brze roz­wi­nię­tą dia­spo­rę we wcze­snym śre­dnio­wie­czu po­sia­da­li rów­nież Sy­ryj­czy­cy, któ­rzy przez pe­wien czas byli głów­ny­mi po­śred­ni­ka­mi w eu­ro­pej­skim i śród­ziem­no­mor­skim han­dlu. Mie­li swo­ich przed­sta­wi­cie­li m.in. w Bor­de­aux, Ne­apo­lu, Ostii i Ra­wen­nie17. Z ko­lei na pół­no­cy Eu­ro­py, w okre­sie mię­dzy ok. 500 a 900 ro­kiem, rolę kup­ców-li­chwia­rzy peł­ni­li Fry­zo­wie. Za­miesz­ku­jąc po­gra­ni­cze dzi­siej­szej Ho­lan­dii, Da­nii i Nie­miec, byli nie­ja­ko na­tu­ral­nym ma­te­ria­łem na „na­cję fi­nan­si­stów”, bo, po­dob­nie jak Ży­dzi, byli dla chrze­ści­jan po­ga­na­mi, a więc i grzesz­ni­ka­mi. Fry­zja we­szła w ob­ręb chrze­ści­jań­stwa do­pie­ro w mo­men­cie, gdy w 775 roku Ka­rol Wiel­ki wcie­lił ich zie­mie do swo­je­go pań­stwa, i dla­te­go w ko­lej­nych la­tach han­del i fi­nan­se w re­gio­nie zo­sta­ły prze­ję­te przez Ży­dów i Sy­ryj­czy­ków.

Przy­kład po­wyż­szych na­cji nie ozna­cza oczy­wi­ście, że fi­nan­so­wym rze­mio­słem zaj­mo­wa­li się wy­łącz­nie przed­sta­wi­cie­le ob­cych, „grzesz­nych” na­ro­do­wo­ści. W śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie, w któ­rej nie ist­nia­ło jesz­cze żad­ne im­pe­rium z praw­dzi­we­go zda­rze­nia, a sys­tem spo­łecz­ny nie zo­stał jesz­cze opar­ty na „re­pu­bli­kań­skich” cno­tach zna­nych ze sta­ro­żyt­ne­go Rzy­mu two­rzą­cych etos ary­sto­kra­tów stro­nią­cych od pra­cy i fi­nan­sów, han­dlem i fi­nan­sa­mi mo­gli się zaj­mo­wać przed­sta­wi­cie­le każ­de­go na­ro­du. Kup­ca­mi i ban­kie­ra­mi byli więc m.in. Wło­si, Fla­man­do­wie, Niem­cy i Ka­ta­loń­czy­cy. Grzesz­ność świa­ta pie­nię­dzy przy­wró­ci­ło do­pie­ro od­ro­dze­nie, w któ­rym Eu­ro­pa do­cze­ka­ła się osta­tecz­nie wła­snych im­pe­riów.

Po­wróć­my jed­nak do wspo­mnia­ne­go wcze­śniej im­pe­rium Fa­ty­mi­dów, któ­re za­wie­ra­ło więk­szość ele­men­tów kon­sty­tu­tyw­nych ka­pi­ta­li­zmu pań­stwo­we­go jaki zna­my obec­nie. Ko­lej­nym z nich było ist­nie­nie sto­li­cy im­pe­rium – cen­trum świa­to­wych fi­nan­sów. W 968 roku ka­lif na­ka­zał wznie­sie­nie no­wej sto­li­cy, któ­rą na­zwa­no Kair (co po arab­sku ozna­cza „zwy­cię­ski”). W mie­ście, do któ­re­go na­pły­nę­ły ty­sią­ce lu­dzi, otwar­to uni­wer­sy­tet i świet­nie wy­po­sa­żo­ną bi­blio­te­kę. Co praw­da wcze­śniej praw­dzi­wym cen­trum is­lam­skie­go świa­ta był Bag­dad, w któ­rym w po­ło­wie X wie­ku mo­gło miesz­kać na­wet do 2 mln lud­no­ści. W wy­ni­ku wo­jen, na­jaz­dów i po­dzia­łów is­lam­skie­go im­pe­rium co­raz bar­dziej na zna­cze­niu zy­ski­wał jed­nak Kair oraz le­żą­ca obec­nie w gra­ni­cach Hisz­pa­nii Kor­do­ba, w któ­rej żyło wów­czas 450 tys. miesz­kań­ców. Nie ist­nie­ją żad­ne do­kład­ne sza­cun­ki od­no­śnie do licz­by lud­no­ści Ka­iru w cza­sach Fa­ty­mi­dów, lecz roz­mach wzno­szo­nych w tym cza­sie me­cze­tów oraz roz­ma­itych bu­dyn­ków uży­tecz­no­ści pu­blicz­nej świad­czy, że było jej na­praw­dę dużo.

Świat arab­ski miał też swo­ich ogrom­nie wpły­wo­wych i za­moż­nych ban­kie­rów. W po­ło­wie X wie­ku we­zy­rem ka­li­fa Kor­do­by al-Ha­ka­ma II (915–976) zo­stał ży­dow­ski uczo­ny z ban­kier­skie­go śro­do­wi­ska Chas­daj ibn Sza­prut (915–970). W tym sa­mym okre­sie w Bag­da­dzie ro­sły for­tu­ny Ju­su­fa ibn Pin­cha­sa, Ha­ru­na ibn Im­ra­na oraz Za­ka­ri­ji ibn Ju­han­na18. Pin­chas i Im­ran mie­li udzie­lić dwo­ro­wi po­życz­ki w wy­so­ko­ści 10 tys. di­na­rów na po­czet dzier­ża­wio­nych po­dat­ków. Z ko­lei naj­więk­szym fi­nan­si­stą nowo po­wsta­łe­go w 968 roku Ka­iru był po­cho­dzą­cy z Bag­da­du ży­dow­ski ku­piec Ja­kub ibn Kil­lis, któ­ry za­rzą­dzał skar­bem ka­li­fa oraz pro­wa­dził wła­sną aka­de­mię. Wiel­kie for­tu­ny od po­cząt­ku po­wsta­wa­ły w ści­słej współ­pra­cy z pań­stwem.

W 1000 roku świat arab­ski stał na nie­wąt­pli­wie wyż­szym po­zio­mie roz­wo­ju niż chrze­ści­jań­ska Eu­ro­pa. W jego gra­ni­cach le­ża­ły ogrom­ne me­tro­po­lie, przy któ­rych eu­ro­pej­skie mia­sta były li­li­pu­cich roz­mia­rów. Ży­dow­scy fi­nan­si­ści ze świa­ta is­la­mu byli ba­jecz­nie bo­ga­ci, a o ich usłu­gi za­bie­ga­li wszy­scy eu­ro­pej­scy mo­nar­cho­wie (pierw­sze pol­skie mo­ne­ty wy­bi­li dla Miesz­ka I naj­praw­do­po­dob­niej wła­śnie Ży­dzi, któ­rzy przy­by­li z ka­li­fa­tu Kor­do­by). Is­lam­skie pań­stwa i im­pe­ria pro­du­ko­wa­ły i do­star­cza­ły do­bra, któ­re jesz­cze przez kil­ka ko­lej­nych wie­ków ucho­dzi­ły w Eu­ro­pie za luk­su­so­we, a eu­ro­pej­ski eks­port do świa­ta Ara­bów opie­rał się na dość pry­mi­tyw­nych i nie­prze­two­rzo­nych to­wa­rach. W krę­gu arab­skim do­ko­ny­wa­no skom­pli­ko­wa­nych ope­ra­cji fi­nan­so­wych i kre­dy­to­wych, w Eu­ro­pie zaś w wie­lu miej­scach za­miast krusz­ca jako pie­niądz wy­ko­rzy­sty­wa­no np. skó­ry zwie­rząt (chor­wac­ka wa­lu­ta do dziś nosi na­zwę „kuna”, co przy­po­mi­na daw­ne cza­sy, gdy środ­kiem wy­mia­ny były ku­nie skór­ki). Czy to wszyst­ko ozna­cza, że świat is­lam­ski był zwy­czaj­nie lep­szy od chrze­ści­jań­skie­go?

Od­po­wiedź musi być zde­cy­do­wa­nie ne­ga­tyw­na. Ka­li­fa­ty is­lam­skie z okre­su śre­dnio­wie­cza przy­czy­ni­ły się je­dy­nie do tego, że ze­psu­ta mo­ral­nie i w wie­lu aspek­tach to­ta­li­tar­na tra­dy­cja sta­ro­żyt­nych im­pe­riów, któ­ra po upad­ku Ce­sar­stwa Rzym­skie­go mo­gła ku po­myśl­no­ści ca­łej ludz­ko­ści cał­ko­wi­cie za­nik­nąć, zo­sta­ła nie­ste­ty za­cho­wa­na i prze­ka­za­na ko­lej­nym po­ko­le­niom. Świat is­la­mu, tak jak wcze­śniej Ce­sar­stwo Rzym­skie, był opar­ty na han­dlu nie­wol­ni­ka­mi. Za­moż­ność oraz roz­mach tego świa­ta były moż­li­we m.in. dla­te­go, że ży­dow­scy kup­cy prze­mie­rza­li całą Eu­ro­pę w po­szu­ki­wa­niu nie­wol­ni­ków na sprze­daż na wiel­kich tar­gach Kor­do­by, Ka­iru i Bag­da­du.

Współ­cze­śni apo­lo­ge­ci rze­ko­me­go „li­be­ra­li­zmu” śre­dnio­wiecz­ne­go is­la­mu, jak choć­by tu­rec­ki in­te­lek­tu­ali­sta Mu­sta­fa Aky­ol (ur. 1972), au­tor książ­ki Is­lam wi­tho­ut Extre­mes: A Mu­slim Case for Li­ber­ty19, zu­peł­nie nie ro­zu­mie­ją tego, że wiel­kie pań­stwa za­wsze ofe­ru­ją swo­im oby­wa­te­lom pe­wien za­kres wol­no­ści, któ­ry jed­nak jest moż­li­wy dzię­ki wol­no­ści ode­bra­nej in­nym lu­dom. Is­lam­skie śre­dnio­wie­cze było okre­sem trium­fu ka­pi­ta­li­zmu pań­stwo­we­go, czy­li sys­te­mu, w któ­rym pew­ne gru­py in­te­re­sów wy­ko­rzy­sta­ły pań­stwo do wła­snych ce­lów, gro­ma­dząc wiel­kie for­tu­ny in­we­sto­wa­ne w zy­skow­ne przed­się­wzię­cia go­spo­dar­cze, naj­czę­ściej na za­sa­dzie spe­cjal­nie przy­zna­ne­go mo­no­po­lu lub przy­wi­le­ju.

W od­róż­nie­niu od is­la­mu chrze­ści­jań­ska Eu­ro­pa nie była jesz­cze wów­czas zde­pra­wo­wa­na ka­pi­ta­li­zmem pań­stwo­wym, po­nie­waż jej wy­róż­ni­kiem była sła­ba wła­dza opar­ta na wiel­kim roz­pro­sze­niu po­li­tycz­nym. Pod­czas gdy świat is­la­mu od sa­me­go po­cząt­ku opie­rał się na ist­nie­niu wiel­kich im­pe­riów (do któ­rej to idei na­wią­zu­ją zresz­tą dziś bo­jow­ni­cy Pań­stwa Is­lam­skie­go), chrze­ści­jań­ska Eu­ro­pa wy­bra­ła w śre­dnio­wie­czu zu­peł­nie inną dro­gę, któ­ra jed­nak do­pro­wa­dzi­ła ją do więk­szych suk­ce­sów cy­wi­li­za­cyj­nych oraz osią­gnię­cia su­pre­ma­cji wzglę­dem in­nych krę­gów kul­tu­ro­wych.

Włoska kolebka

Regio­nem, w któ­rym kon­takt z is­lam­skim ka­pi­ta­li­zmem pań­stwo­wym był naj­sil­niej­szy, były Wło­chy. Co praw­da mu­zuł­ma­nie oku­po­wa­li po­szcze­gól­ne re­gio­ny Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go tyl­ko okre­so­wo, jed­nak­że to wła­śnie we Wło­szech na­ro­dzi­ły się pierw­sze pań­stwa, któ­re po­przez swo­je kon­tak­ty han­dlo­we spra­wi­ły, że Eu­ro­pa przy­swo­iła wie­le ele­men­tów im­pe­rial­ne­go świa­ta fi­nan­sów. Co istot­ne jed­nak, wło­skie mia­sta-pań­stwa stwo­rzy­ły fun­da­ment swo­je­go bo­gac­twa nie przy po­mo­cy wła­dzy pań­stwo­wej, lecz w wy­ni­ku wzmo­żo­nej kon­ku­ren­cji oraz bra­ku ja­kiej­kol­wiek wła­dzy cen­tral­nej. Choć póź­niej wy­bra­ły ścież­kę eks­pan­sji te­ry­to­rial­nej i pod­bo­jów, u sa­mych pod­staw wło­skie­go suk­ce­su cy­wi­li­za­cyj­ne­go z okre­su śre­dnio­wie­cza sta­ła wzmo­żo­na, dziś nie­mal nie­wy­obra­żal­na, kon­ku­ren­cja na każ­dym po­zio­mie.

Jesz­cze ok. 1000 roku to po­łu­dnie, a nie pół­noc Włoch tęt­ni­ło ży­ciem go­spo­dar­czym i kul­tu­ral­nym. Na szczę­ście w do­li­nie Padu roz­pa­dły się wszel­kie struk­tu­ry pań­stwo­we i w ten spo­sób Ita­lia znów sta­ła się cen­trum cy­wi­li­za­cji eu­ro­pej­skiej. W cza­sach sta­ro­żyt­nych Pół­wy­sep Ape­niń­ski był jed­nym z naj­waż­niej­szych re­gio­nów za­opa­tru­ją­cych Eu­ro­pę w psze­ni­cę. Choć Rzym upadł, na te­re­nie dzi­siej­szych Włoch nie­ustan­nie funk­cjo­no­wa­ły wiel­kie po­sia­dło­ści ziem­skie, w któ­rych upra­wia­no zbo­że. Pa­dły one łu­pem Lon­go­bar­dów, któ­rzy jed­nak nie po­tra­fi­li od­po­wied­nio nimi za­rzą­dzać, pre­fe­ru­jąc ho­dow­lę zwie­rząt. W ten spo­sób pół­noc­ne Wło­chy zmie­ni­ły się na trwa­łe – utra­ci­ły swój daw­ny la­ty­fun­dial­ny cha­rak­ter, a miej­sco­wa lud­ność sku­pi­ła się w licz­nych ośrod­kach miej­skich.

Ze wzglę­du na bli­skość Sto­li­cy Apo­stol­skiej w mia­stach Ita­lii tra­dy­cyj­nie duże wpły­wy za­cho­wy­wa­li lo­kal­ni bi­sku­pi, któ­rzy naj­czę­ściej spra­wo­wa­li nie tyl­ko du­cho­wą, lecz i fak­tycz­ną wła­dzę nad daną die­ce­zją. Gdy w 774 roku do­szło do upad­ku Kró­le­stwa Lon­go­bar­dów, to wła­śnie ko­ściel­ni hie­rar­cho­wie ode­gra­li wio­dą­cą rolę w ży­ciu spo­łecz­nym re­gio­nu. Wła­dza bi­sku­pów za­pew­ni­ła cią­głość ci­vi­ta­tes ma­ją­cych swo­je po­cząt­ki w cza­sach Im­pe­rium Ro­ma­num, lecz wkrót­ce wło­skie mia­sta mia­ły stwo­rzyć zu­peł­nie nową ja­kość – jak się oka­zu­je – w nie­co przy­pad­ko­wych oko­licz­no­ściach.

Zie­mie, któ­re do tej pory znaj­do­wa­ły się pod kon­tro­lą Lon­go­bar­dów, Fran­ko­wie prze­ka­za­li pa­pie­stwu, lecz było ono zbyt sła­be, aby je za­go­spo­da­ro­wać. Od tego mo­men­tu roz­po­czął się wie­lo­let­ni spór mię­dzy pa­pie­stwem a Ce­sar­stwem, któ­ry wzma­gał się i słabł, a jed­no­cze­śnie przy­czy­nił się do pew­nych istot­nych dla re­gio­nu zmian. Nę­ka­ne na­jaz­da­mi Ara­bów i Nor­ma­nów Pań­stwo Ko­ściel­ne nie było zdol­ne do za­ję­cia pół­noc­nej i środ­ko­wej Ita­lii, za­ję­te zaś po­li­ty­ką na pół­noc od Alp Ce­sar­stwo nie było w sta­nie na bie­żą­co kon­tro­lo­wać wy­da­rzeń ma­ją­cych miej­sce tuż za po­tęż­nym ma­sy­wem gór­skim. Jed­no­cze­śnie Bi­zan­cjum, po­mi­mo pew­nych suk­ce­sów, było nie­ustan­nie sku­pio­ne na obro­nie swo­ich wschod­nich gra­nic i nie mo­gło w peł­ni za­an­ga­żo­wać się w od­zy­ski­wa­nie Ita­lii. Żad­na ze stron kon­flik­tu nie po­tra­fi­ła na sta­łe za­zna­czyć swej obec­no­ści w re­gio­nie, co skło­ni­ło miej­sco­wych do wzię­cia spraw we wła­sne ręce.

W 1044 roku po­wsta­ła pierw­sza com­mu­ne w Me­dio­la­nie, a w la­tach 1080–1140 trzy­dzie­ści ko­lej­nych20. Me­dio­lań­ska ko­mu­na bę­dą­ca „po­ko­jo­wą kon­fe­de­ra­cją ry­ce­rzy i miesz­czan” nie po­le­ga­ła wca­le na po­łą­cze­niu ma­jąt­ków, lecz na dą­że­niu do za­pew­nie­nia spo­łecz­ne­go ładu wo­bec wspól­nych wro­gów, któ­ry­mi byli Ce­sar­stwo, Pań­stwo Ko­ściel­ne czy też póź­niej Fran­cja. Wszy­scy nie­przy­ja­cie­le nie usta­wa­li w wy­sił­kach na rzecz trwa­łe­go pod­po­rząd­ko­wa­nia so­bie wło­skich miast.

Co­raz więk­szą au­to­no­mię i sa­mo­rząd­ność miast Lom­bar­dii, To­ska­nii, Li­gu­rii, Pie­mon­tu i Emi­lii-Ro­ma­nii wzmógł na do­da­tek spór o in­we­sty­tu­rę. Ce­sarz nadał wów­czas wie­lu mia­stom licz­ne przy­wi­le­je, aby zjed­nać je so­bie prze­ciw­ko pa­pie­stwu. Sto lat póź­niej po­kój w Kon­stan­cji (1183 rok) po­twier­dził to, co przez cały okres za­tar­gów te­ry­to­rial­nych uda­ło się uzy­skać pół­noc­no­wło­skim ko­mu­nom. Po­sia­da­ły peł­ną ju­rys­dyk­cję praw­ną, mo­gły na­kła­dać po­dat­ki we­dle swe­go uzna­nia, wzno­sić for­te­ce oraz za­wie­rać wła­sne po­li­tycz­ne i woj­sko­we so­ju­sze.

Po­wo­ła­na do ży­cia w 1167 roku przez 22 mia­sta-pań­stwa Liga Lom­bardz­ka była naj­do­bit­niej­szym wy­ra­zem tego, że cały re­gion czuł już wła­sną toż­sa­mość oraz od­ręb­ność wo­bec są­sied­nich po­tęg. Liga Lom­bardz­ka, któ­rej ce­lem było wspól­ne sta­wie­nie opo­ru ce­sa­rzo­wi Fry­de­ry­ko­wi Bar­ba­ros­sie (1122–1190), nie była jed­nak pań­stwem, lecz kon­fe­de­ra­cją po­wsta­łą do obro­ny przed wspól­nym za­gro­że­niem. Jej człon­ko­wie, jak rów­nież oko­licz­ne mia­sta, byli po­dob­ni do grec­kich miast-państw z okre­su sta­ro­żyt­ne­go.

Po­cząt­ko­wo wło­skie mia­sta-pań­stwa skła­da­ły się z mia­sta oto­czo­ne­go mu­ra­mi miej­ski­mi oraz tzw. con­ta­do, czy­li pasa te­ry­to­rium po­ło­żo­ne­go do 7 km wo­kół mu­rów, któ­re sta­no­wi­ło bazę żyw­no­ścio­wą21. Po­szcze­gól­ne mia­sta-pań­stwa za­wie­ra­ły wła­ści­wy so­bie układ wła­dzy z lo­kal­ny­mi pa­na­mi oraz bi­sku­pa­mi, przez co two­rzy­ły się roz­ma­ite ustro­je. Nie­kie­dy lud oba­lał daw­no ist­nie­ją­ce ary­sto­kra­cje (np. w Bo­lo­nii i Pe­ru­gii), a w in­nych przy­pad­kach sta­re rody współ­rzą­dzi­ły z sze­re­go­wy­mi oby­wa­te­la­mi (np. w Luk­ce czy też w Pi­stoi).

Wło­skie ko­mu­ny po­wsta­wa­ły naj­czę­ściej na dro­dze spe­cjal­nie spi­sy­wa­nej umo­wy lub sta­tu­tu wią­żą­ce­go wszyst­kich miesz­kań­ców. Człon­ko­stwo w nich było do­bro­wol­ne i opar­te na wspól­nych dą­że­niach, któ­ry­mi nie­odmien­nie było za­pew­nie­nie bez­pie­czeń­stwa oraz do­bro­by­tu. Z tego wzglę­du wło­skie mia­sta-pań­stwa nie były do koń­ca pań­stwa­mi, gdyż wpi­sa­ny był w nie ele­ment do­bro­wol­ne­go związ­ku. O ta­kim wła­śnie cha­rak­te­rze wło­skich ko­mun świad­czy cho­ciaż­by in­sty­tu­cja po­de­sty, czy­li wy­naj­mo­wa­ne­go na sześć mie­się­cy za­rząd­cy mia­sta. Z ta­kich usług ko­rzy­sta­ły m.in. Sie­na, Ge­nua i Fer­ra­ra22. Fakt wy­naj­mo­wa­nia spe­cja­li­sty od za­rzą­dza­nia (w XIII wie­ku po­wsta­wa­ły na­wet pod­ręcz­ni­ki dla po­de­stów) świad­czy do­bit­nie o tym, że wło­skie mia­sta-pań­stwa mia­ły w so­bie wię­cej z pry­wat­ne­go przed­się­wzię­cia swo­ich człon­ków niż z pań­stwa, w któ­rym prze­cież nie wy­naj­mu­je się za­rząd­cy, lecz co naj­wy­żej wy­bie­ra się go w gło­so­wa­niu bądź też od­gór­nie mia­nu­je lub na­rzu­ca.

W XIII wie­ku nie­wiel­ki ob­szar Ni­zi­ny Pa­dań­skiej, al­pej­skich do­lin oraz pół­noc­nych Ape­ni­nów mie­ścił w so­bie aż pięć­dzie­siąt państw (czy­li wię­cej niż jest obec­nie w ca­łej Eu­ro­pie). Były to mia­sta nie­zwy­kle lud­ne, co świad­czy o wiel­kim roz­wo­ju jaki za­pew­nił li­ber­ta­riań­ski mo­del da­le­ko idą­ce­go roz­bi­cia wła­dzy po­li­tycz­nej. Obok li­czą­ce­go po­nad 170 tys. miesz­kań­ców Me­dio­la­nu aż 37 miast mia­ło wię­cej niż 10 tys. oby­wa­te­li, a w po­zo­sta­łych 48 żyło 5 tys. lu­dzi lub wię­cej. Tkan­kę pół­noc­nych Włoch sta­no­wi­ło wów­czas kil­ka­dzie­siąt miast-państw, któ­re kon­ku­ro­wa­ły ze sobą na polu mi­li­tar­nym, po­dat­ko­wym oraz kul­tu­ro­wym.

Kla­sycz­nym przy­kła­dem wło­skiej ko­mu­ny była cho­ciaż­by Ge­nua, któ­ra w XI wie­ku po­wsta­ła na nowo, jako do­bro­wol­ny zwią­zek kup­ców i miesz­czan słu­żą­cy do wspól­nej ochro­ny pod­czas woj­ny oraz współ­pra­cy w cza­sie po­ko­ju. Każ­dy oby­wa­tel Ge­nui, któ­ry chciał uczest­ni­czyć w wy­pra­wie han­dlo­wej, był zo­bo­wią­za­ny do pod­pi­sa­nia spe­cjal­nej przy­się­gi na­ka­zu­ją­cej ho­no­ro­wo dbać o wspól­ne do­bro mia­sta. Flo­ta ge­nu­eń­ska nie po­wsta­wa­ła zresz­tą z po­dat­ków, lecz fi­nan­so­wa­no ją przy po­mo­cy emi­sji spe­cjal­nych udzia­łów, któ­re na­by­wa­li wszy­scy miesz­kań­cy mia­sta. Za­sa­dy ży­cia w sto­li­cy Li­gu­rii po­cząt­ko­wo znacz­nie czę­ściej re­gu­lo­wa­no umo­wa­mi niż na­ka­za­mi.

Tak da­le­ko idą­ce roz­drob­nie­nie wła­dzy w śre­dnio­wiecz­nych Wło­szech mia­ło prze­ło­że­nie na wiel­kie osią­gnię­cia cy­wi­li­za­cyj­ne re­gio­nu. Sła­be pań­stwo nie było zdol­ne po­wstrzy­mać wiel­kiej ener­gii kul­tu­ro­twór­czej Ita­lii, w któ­rej po­wsta­ły uni­wer­sy­te­ty, wspa­nia­łe szko­ły ma­lar­stwa ścien­ne­go, rzeź­by, li­te­ra­tu­ry oraz fi­lo­zo­fii. Ar­chi­pe­lag wło­skich miast-państw wzbił się na wy­ży­ny cy­wi­li­za­cji nie dzię­ki sile państw, lecz wła­śnie w wy­ni­ku ich sła­bo­ści.

Nie­ste­ty, od po­cząt­ku XIV wie­ku kra­jo­braz po­li­tycz­ny Włoch za­czął ule­gać bar­dzo istot­nym i dy­na­micz­nym prze­mia­nom. Pro­ces stop­nio­we­go po­sze­rza­nia wła­dzy przez po­szcze­gól­ne mia­sta-pań­stwa po­prze­dzi­ły zmia­ny w ło­nie sa­mych ko­mun. O ile po­cząt­ko­wo naj­wię­cej do po­wie­dze­nia mie­li w nich wszy­scy człon­ko­wie gro­ma­dzą­cy się na cy­klicz­nych spo­tka­niach, o tyle już w XIII wie­ku lo­kal­ni feu­da­ło­wie do­ko­ny­wa­li wzmo­żo­nych wy­sił­ków na rzecz prze­ję­cia wła­dzy. Bo­ga­te mia­sta były wy­ma­rzo­nym łu­pem dla tych wszyst­kich, któ­rzy dą­ży­li do za­po­cząt­ko­wa­nia dzie­dzicz­nych rzą­dów. Nie­ma­ły udział w pro­ce­sie stop­nio­wej cen­tra­li­za­cji wła­dzy we Wło­szech mia­ły też eu­ro­pej­skie po­tę­gi, któ­re ce­lo­wo wspie­ra­ły po­szcze­gól­ne mia­sta w do­ko­ny­wa­nych pod­bo­jach.

W re­zul­ta­cie do koń­ca XIV wie­ku na pół­no­cy Włoch prak­tycz­nie li­czy­ły się już tyl­ko We­ne­cja, Me­dio­lan, Ge­nua oraz Flo­ren­cja (To­ska­nia). For­mal­nie dość licz­nie ist­nia­ły jesz­cze inne mia­sta-pań­stwa, lecz wpły­wy naj­waż­niej­szych pod­mio­tów ni­we­lo­wa­ły ich nie­za­leż­ność. Same zaś wło­skie po­tę­gi były już wów­czas moc­no uwi­kła­ne w za­leż­ność od eu­ro­pej­skich mo­carstw, któ­re przy ich po­mo­cy re­ali­zo­wa­ły wła­sne in­te­re­sy. Po­mi­mo to przez ko­lej­ne wie­ki, prak­tycz­nie aż do zjed­no­cze­nia Włoch, cały Pół­wy­sep Ape­niń­ski wciąż za­cho­wy­wał ad­mi­ni­stra­cyj­ny plu­ra­lizm.

Przez chwi­lę wy­bie­gli­śmy w przy­szłość, lecz po­wróć­my do po­cząt­ków dru­gie­go mil­len­nium, kie­dy to w Eu­ro­pie dzia­ło się na­praw­dę dużo. W wie­lu przy­pad­kach nie mo­że­my jed­nak po­dać żad­nych pre­cy­zyj­nych dat, lecz za­le­d­wie wska­zy­wać na pew­ne ramy cza­so­we roz­ma­itych pro­ce­sów. Na tej wła­śnie za­sa­dzie je­ste­śmy dziś w sta­nie po­wie­dzieć, że w X–XI wie­ku We­ne­cja oraz Amal­fi po­sta­no­wi­ły rzu­cić Bi­zan­cjum wy­zwa­nie w za­kre­sie han­dlu ze Wscho­dem. W tym celu miesz­kań­cy tych wło­skich miast-państw opły­wa­li od po­łu­dnia te­re­ny kon­tro­lo­wa­ne przez Gre­ków, aby do­ko­ny­wać wy­mia­ny bez­po­śred­nio ze świa­tem arab­skim. Wiel­ki kon­flikt mię­dzy wło­ski­mi pań­stew­ka­mi a Bi­zan­cjum sta­no­wił tak na­praw­dę oś, wo­kół któ­rej ob­ra­ca­ło się ży­cie go­spo­dar­cze du­żej czę­ści ów­cze­snej Eu­ro­py.

Hi­sto­ry­cy go­spo­dar­ki do dziś spie­ra­ją się co do praw­dzi­wo­ści tezy po­sta­wio­nej przez bel­gij­skie­go hi­sto­ry­ka Hen­rie­go Pi­ren­ne’a (1862–1935) gło­szą­cej, że bez Ma­ho­me­ta nie by­ło­by Ka­ro­la Wiel­kie­go. We­dług nie­go po­wsta­nie is­lam­skie­go im­pe­rium przy­czy­ni­ło się do na­głe­go upad­ku han­dlu mię­dzy Eu­ro­pą a Bi­zan­cjum, a przez to i ze Wscho­dem. Od­cię­ta od pa­pi­ru­su, przy­praw, luk­su­so­wych tka­nin i zło­ta Eu­ro­pa mia­ła w ten spo­sób prze­żyć spo­ry re­gres cy­wi­li­za­cyj­ny. Tezę tę po­twier­dza­ją tak­że sza­cun­ko­we dane, zgod­nie z któ­ry­mi mię­dzy VI a VII wie­kiem licz­ba stat­ków pły­wa­ją­cych po Mo­rzu Śród­ziem­nym spa­dła aż o dwie trze­cie23.

Bi­zan­cjum było dla Eu­ro­py na­tu­ral­nym bu­fo­rem wo­bec świa­ta is­la­mu, lecz po­cząw­szy od VII wie­ku Sta­ry Kon­ty­nent za­la­ła ko­lej­na fala lu­dów (m.in. Buł­ga­rów, póź­niej Wę­grów), któ­re osie­dli­ły się w Eu­ro­pie Wschod­niej i na Bał­ka­nach. W ten spo­sób za­blo­ko­wa­ły bez­po­śred­ni do­stęp Eu­ro­py do Bi­zan­cjum, a na­wet same sta­no­wi­ły dla nie­go za­gro­że­nie.

Wo­bec nie­spo­koj­nej i nie­usta­bi­li­zo­wa­nej sy­tu­acji na Bał­ka­nach i w Eu­ro­pie Wschod­niej oraz is­lam­skiej obec­no­ści na Pół­wy­spie Ibe­ryj­skim to wła­śnie kra­je Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go, jako pierw­sze w dru­gim mil­len­nium, przy­stą­pi­ły do od­two­rze­nia ży­wej nie­gdyś sie­ci han­dlo­wej spo­wi­ja­ją­cej Eu­ro­pę, Afry­kę Pół­noc­ną oraz Bli­ski Wschód. Naj­waż­niej­szy pro­blem, przed ja­kim sta­ły wło­skie pań­stew­ka, po­le­gał jed­nak na tym, że Bi­zan­cjum wciąż ro­ści­ło so­bie pra­wo do do­mi­na­cji w re­gio­nie, trak­tu­jąc sie­bie jako pra­wo­wi­te­go spad­ko­bier­cę Ce­sar­stwa Rzym­skie­go.

Re­al­na wła­dza Bi­zan­cjum w Ita­lii była jed­nak bar­dzo ogra­ni­czo­na i top­nia­ła z każ­dym wie­kiem. Dzię­ki temu wło­skie mia­sta-pań­stwa mia­ły w ogó­le szan­sę za­ist­nieć. Do­sko­na­łym przy­kła­dem była tu We­ne­cja, któ­rą w 810 roku no­mi­nal­nie pod­bi­li Fran­ko­wie i uczy­ni­li swo­im len­nem, lecz swo­je pre­ten­sje do mia­sta zgła­sza­ło tak­że Bi­zan­cjum. Po­nie­waż jed­nak oby­dwa ośrod­ki wła­dzy ce­sar­skiej były bar­dzo od­le­głe, w prak­ty­ce We­ne­cja za­cho­wa­ła peł­ną su­we­ren­ność. Pod ko­niec X wie­ku kon­tro­lo­wa­ła już Dal­ma­cję i Ad­ria­tyk, a wiek póź­niej jej stre­fa wpły­wów się­ga­ła aż do Mar­sy­lii i Tu­lu­zy. Wkrót­ce ma­leń­kie pań­stwo mia­ło rzu­cić Bi­zan­cjum po­waż­ne wy­zwa­nie.

Za­nim jed­nak na sce­nie dzie­jów za­zna­czy­ła się po­tę­ga We­ne­cji swój roz­kwit prze­ży­wa­ło wło­skie mia­sto Amal­fi, któ­re­go na­zwa wie­lu oso­bom wy­da­je się co naj­mniej obca. Prze­pięk­nie po­ło­żo­ne nad Mo­rzem Tyr­reń­skim, jest dziś do­mem dla za­le­d­wie ok. 5 tys. miesz­kań­ców – w XI wie­ku żyło ich tu aż 70 tys. Na­sza uwa­ga zwra­ca się ku Amal­fi, gdyż to wła­śnie ta ku­piec­ka re­pu­bli­ka była naj­waż­niej­szym łącz­ni­kiem mię­dzy świa­tem arab­skim a chrze­ści­jań­ską Eu­ro­pą na po­cząt­ku dru­gie­go ty­siąc­le­cia.

Amal­fi w cza­sach sta­ro­żyt­nych nie od­gry­wa­ło prak­tycz­nie żad­nej roli. Ka­rie­ra osa­dy roz­po­czę­ła się na­gle do­pie­ro w IX wie­ku. W 839 roku mia­sto ogło­si­ło nie­pod­le­głość i za­an­ga­żo­wa­ło się w han­del z Ara­ba­mi, któ­rzy w tym okre­sie na­pa­dli na­wet na Rzym (846 rok). Amal­fi prze­cho­dzi­ło z rąk do rąk, lecz miej­sco­wi kup­cy pro­wa­dzi­li lu­kra­tyw­ny han­del prak­tycz­nie z ca­łym mu­zuł­mań­skim świa­tem ba­se­nu Mo­rza Śród­ziem­ne­go. W 996 roku kup­cy amal­fi­tań­scy zna­leź­li się wśród ofiar ma­sa­kry do­ko­na­nej w Ka­irze, sto­li­cy ka­li­fa­tu Fa­ty­mi­dów24.

Wzrost zna­cze­nia Amal­fi zbiegł się w cza­sie z do­mi­na­cją po­li­tycz­ną Fa­ty­mi­dów. Jego miesz­kań­cy byli do­sko­na­ły­mi że­gla­rza­mi oraz speł­nia­li kry­te­rium „grzesz­no­ści”, któ­re da­wa­ło im pra­wo do zaj­mo­wa­nia się nie­czy­sty­mi fi­nan­sa­mi. Po­nad­to ich wpły­wy nie ogra­ni­cza­ły się je­dy­nie do świa­ta is­la­mu, gdyż no­mi­nal­nie cały czas byli pod­da­ny­mi ce­sa­rzy z Kon­stan­ty­no­po­la. La­wi­ru­jąc mię­dzy ka­li­fa­tem a Bi­zan­cjum oraz lo­kal­ny­mi wło­ski­mi pań­stwa­mi, sta­li się bar­dzo za­moż­ni i wpły­wo­wi.

Amal­fi wciąż nie jest bo­ha­te­rem zbyt wie­lu pu­bli­ka­cji na­uko­wych czy po­pu­lar­no­nau­ko­wych, choć jego hi­sto­ria jest zdu­mie­wa­ją­ca. Oto bo­wiem małe mia­sto, któ­re ota­cza­ły ta­kie lo­kal­ne po­tę­gi jak księ­stwo Sa­ler­no czy ka­li­fat Sy­cy­lii, wy­ro­sło na pierw­szo­rzęd­ną po­tę­gę ko­mer­cyj­ną, a tak­że mi­li­tar­ną. W Amal­fi już w IX wie­ku funk­cjo­no­wa­ły me­cha­ni­zmy spół­ek ce­lo­wych, przy po­mo­cy któ­rych fi­nan­so­wa­no wy­pra­wy han­dlo­we i wo­jen­ne, a któ­rych po­wo­ły­wa­nie do per­fek­cji opa­nu­ją póź­niej Ge­nua i Flo­ren­cja. To wła­śnie po­przez Amal­fi tra­fia­ły do Eu­ro­py m.in. pa­pier, kawa i dy­wa­ny.

Moż­li­wą, choć nie do koń­ca pew­ną przy­czy­ną, któ­ra wy­ja­śnia­ła­by tak duży suk­ces Amal­fi, była obec­ność Ży­dów w po­łu­dnio­wych Wło­szech. Na prze­ło­mie X i XI wie­ku Ży­dzi za­miesz­ki­wa­li z pew­no­ścią po­bli­skie Otran­to, Ta­ran­to, Orię i Bari25. Stam­tąd prze­no­si­li się stop­nio­wo na po­łu­dnie, do Ne­apo­lu i Sa­ler­no, oraz nie­wy­klu­czo­ne, że tak­że do Amal­fi. Tłu­ma­czy­ło­by to, dla­cze­go amal­fi­ta­nie po­tra­fi­li zor­ga­ni­zo­wać sieć swo­ich od­dzia­łów, któ­re roz­cią­ga­ły się od Tu­ne­zji i Fran­cji aż do Egip­tu. Dzię­ki Ży­dom mo­gła tak­że po­wstać po­tę­ga We­ne­cji, gdzie prak­tycz­nie aż do prze­ło­mu XIV i XV wie­ku cała ban­ko­wość na­le­ża­ła do kup­ców ży­dow­skich26.

Klasztorna sieć i „optymalna” ilość pieniądza

Epoka praw­dzi­wej po­tę­gi wło­skich re­pu­blik, któ­re w przy­pad­ku Ge­nui i We­ne­cji prze­kształ­ci­ły się w małe im­pe­ria, mia­ła do­pie­ro na­dejść. Tym­cza­sem na po­cząt­ku dru­gie­go ty­siąc­le­cia naj­więk­szą in­sty­tu­cją zaj­mu­ją­cą się usłu­ga­mi fi­nan­so­wy­mi i ban­ko­wy­mi był… Ko­ściół.

Po­cząt­ko­wo ży­cie mo­na­stycz­ne Eu­ro­py roz­wi­ja­ło się wo­kół klasz­to­rów be­ne­dyk­tyń­skich. W 910 roku po­wstał jed­nak klasz­tor w Clu­ny (na te­re­nie dzi­siej­szej Fran­cji), któ­ry dał po­czą­tek sie­ci ok. dwu­stu opactw opla­ta­ją­cych całą Eu­ro­pę. W 1012 roku Ro­mu­ald z Ra­wen­ny (951–1027) za­ło­żył tak­że za­kon ka­me­du­łów, a w ko­lej­nych de­ka­dach wciąż po­ja­wia­ły się nowe zgro­ma­dze­nia.

W śre­dnio­wie­czu klasz­tor­ne świą­ty­nie oraz opac­twa były nie tyl­ko miej­sca­mi sku­pie­nia i mo­dli­twy, lecz tak­że trud­ny­mi do zdo­by­cia twier­dza­mi. Czy­ni­ło to z nich na­tu­ral­ne miej­sce schro­nie­nia za­rów­no dla lud­no­ści w cza­sie wo­jen i kon­flik­tów, jak i dla cen­nych przed­mio­tów i pie­nię­dzy. Klasz­to­ry sta­no­wi­ły więc pierw­sze ban­ki de­po­zy­to­we.

Gdy­by­śmy chcie­li się od­nieść do współ­cze­snych ka­te­go­rii, to nie­mal kla­sycz­nym ban­kiem o mię­dzy­na­ro­do­wym cha­rak­te­rze była sieć klasz­to­rów klu­niac­kich, a po­tem rów­nież cy­ster­skich. Każ­dy klasz­tor, któ­ry po­wsta­wał w wy­ni­ku nada­nia pew­ne­go ob­sza­ru wspól­no­cie mni­chów, miał nie tyl­ko wła­sną ju­rys­dyk­cję, lecz naj­czę­ściej był tak­że zwol­nio­ny z cła. Za gru­by­mi klasz­tor­ny­mi mu­ra­mi oko­licz­ni feu­da­ło­wie de­po­no­wa­li swo­je środ­ki pie­nięż­ne, któ­re mni­si nie­rzad­ko in­we­sto­wa­li w roz­ma­ite przed­się­wzię­cia na­tu­ry go­spo­dar­czej: bu­do­wa­li mo­sty, mły­ny, dro­gi, kar­czo­wa­li lasy, wy­ta­pia­li stal, upra­wia­li rolę czy też ho­do­wa­li owce. Oprócz de­po­zy­tów moż­nych osób do naj­waż­niej­szych ak­ty­wów klasz­to­rów na­le­ża­ły tak­że za­pi­sy oraz róż­ne­go ro­dza­ju do­na­cje. Śre­dnio­wiecz­ne klasz­to­ry były bar­dzo zy­skow­ny­mi przed­się­wzię­cia­mi, któ­re jed­no­cze­śnie dźwi­ga­ły przy­le­głe zie­mie w roz­wo­ju cy­wi­li­za­cyj­nym. Ich głów­ny­mi klien­ta­mi byli chło­pi, któ­rym po­ży­cza­no pie­nią­dze pod za­staw grun­tów, bar­dzo czę­sto na­wet bez po­bie­ra­nia ja­kie­go­kol­wiek pro­cen­tu27.

O tym, jak bar­dzo przed­się­bior­cze były ów­cze­sne klasz­to­ry, świad­czy fakt, że w XI wie­ku za­po­ży­cza­li się w nich ce­sa­rze Hen­ryk III (1017–1056) i Hen­ryk IV (1050–1106). Co cie­ka­we, udzie­la­jąc po­ży­czek mo­nar­chom i chło­pom, klasz­to­ry cał­ko­wi­cie ob­cho­dzi­ły for­mal­ny za­kaz li­chwy. Czy­nio­no to albo na­zy­wa­jąc kre­dyt pew­ne­go ro­dza­ju „uży­cze­niem”, albo wy­ko­rzy­stu­jąc tzw. sprze­daż ren­ty. Za­bieg ten po­le­gał na tym, że w za­mian za sumę kre­dy­tu klasz­tor otrzy­my­wał okre­ślo­ne do­cho­dy z da­nej nie­ru­cho­mo­ści. Tak wła­śnie na­ro­dził się w Eu­ro­pie kre­dyt hi­po­tecz­ny. No­mi­nal­nie „li­chwiar­ską” dzia­łal­ność klasz­to­rów Ko­ściół jed­nak ak­cep­to­wał, przede wszyst­kim ze wzglę­du na ko­rzy­ści, ja­kie z niej czer­pał. Wiel­kich pro­ble­mów z ob­cho­dze­niem li­chwy nie czy­ni­ło tak­że pań­stwo, któ­re prze­cież samo za­po­ży­cza­ło się w klasz­to­rach.

Oma­wia­jąc śre­dnio­wiecz­ne klasz­to­ry, nie­uchron­nie po raz pierw­szy sty­ka­my się z kwe­stią de­po­zy­tów ban­ko­wych, któ­ra oka­że się póź­niej ab­so­lut­nie klu­czo­wa dla ca­łej fi­nan­so­wej hi­sto­rii Za­cho­du. Jak wi­dzi­my, za­kon­ni­cy przyj­mu­ją­cy roz­ma­ite de­po­zy­ty w po­sta­ci wa­lu­ty krusz­co­wej wy­ko­rzy­sty­wa­li po­wie­rzo­ne im środ­ki do róż­ne­go ro­dza­ju in­we­sty­cji. Rzecz ja­sna, nie je­ste­śmy dziś w sta­nie oce­nić praw­dzi­wej ska­li zja­wi­ska, nie­mniej jed­nak ist­nie­ją­ca sieć klasz­to­rów sta­no­wi­ła po­waż­ną siłę go­spo­dar­czą w ów­cze­snym świe­cie.

Fakt ko­rzy­sta­nia przez klasz­to­ry z de­po­zy­tów w celu pro­wa­dze­nia róż­no­ra­kich in­we­sty­cji zmu­sza nas jed­nak do za­da­nia so­bie py­ta­nia: czy pod­no­szo­ny m.in. przez eko­no­mi­stów ze szko­ły au­striac­kiej po­stu­lat za­cho­wy­wa­nia stu­pro­cen­to­wych re­zerw de­po­zy­to­wych28 nie sta­no­wi przy­pad­kiem pew­nej abs­trak­cji, któ­ra w prak­ty­ce ni­g­dy nie mia­ła miej­sca.

W od­po­wie­dzi na tę wąt­pli­wość na­le­ży przede wszyst­kim zwró­cić uwa­gę na to, że klasz­to­ry po­wsta­wa­ły wów­czas na mocy de­cy­zji wła­dzy pań­stwo­wej. Po­szcze­gól­ni wład­cy udzie­la­li im spe­cjal­nych upraw­nień i zwol­nień, a co naj­waż­niej­sze, sami byli klien­ta­mi tych­że pa­ra­ban­ków. Klasz­to­ry nie były więc pry­wat­ny­mi przed­się­wzię­cia­mi, lecz tak na­praw­dę sta­no­wi­ły pew­ną ema­na­cję wła­dzy pań­stwa. Po­nad­to nie mamy cał­ko­wi­tej pew­no­ści, że po­wie­rza­ne im de­po­zy­ty wy­ko­rzy­sty­wa­no do roz­ma­itych in­we­sty­cji. Rów­nie praw­do­po­dob­na jest teza, że klasz­to­ry uży­cza­ły po­ży­czek ze swe­go ma­jąt­ku wy­pra­co­wa­ne­go z wła­snej dzia­łal­no­ści oraz uzy­ska­ne­go po­przez za­pi­sy i do­na­cje. Choć w XI wie­ku w licz­nych klasz­to­rach pro­wa­dzo­no wy­staw­ne ży­cie, w wie­lu in­nych mni­si nie­śli oko­licz­nej lud­no­ści au­ten­tycz­ną po­moc, zaj­mu­jąc się bied­ny­mi, za­pew­nia­jąc opie­kę me­dycz­ną oraz udzie­la­jąc bez­płat­ne­go wspar­cia fi­nan­so­we­go.

Co jed­nak naj­bar­dziej istot­ne, klasz­to­ry w XI-wiecz­nej Eu­ro­pie nie dys­po­no­wa­ły zbyt wiel­ki­mi za­so­ba­mi zło­ta i sre­bra, gdyż było ich wów­czas zwy­czaj­nie bar­dzo mało. Zło­tem i sre­brem trze­ba było pła­cić za to­wa­ry ze Wscho­du, dla­te­go prak­tycz­nie aż do cza­sów pod­bo­ju Mek­sy­ku i Peru oraz uzy­ska­nia przez Habs­bur­gów do­stę­pu do tam­tej­sze­go zło­ta krusz­ce z Eu­ro­py nie­ustan­nie od­pły­wa­ły w kie­run­ku wschod­nim. Is­lam­skie im­pe­ria mia­ły do­stęp do ob­fi­tych złóż zło­ta w Afry­ce, w szcze­gól­no­ści w Su­da­nie Za­chod­nim oraz w dzi­siej­szej Gha­nie. To stam­tąd ka­ra­wa­ny li­czą­ce na­wet do 2 tys. osób oraz 1800 wiel­błą­dów ru­sza­ły na pół­noc w kie­run­ku Ka­iru i Alek­san­drii29. Z ko­lei pierw­sze więk­sze po­kła­dy zło­ta od­na­le­zio­no w Eu­ro­pie do­pie­ro ok. 1320 roku w Krem­ni­cy na Sło­wa­cji (k. Bań­skiej By­strzy­cy). Je­śli więc klasz­to­ry pro­wa­dzi­ły nie­uczci­wą ban­ko­wość opar­tą na re­zer­wach cząst­ko­wych, jej ska­la mu­sia­ła być nie­zwy­kle ogra­ni­czo­na ze wzglę­du na de­fi­cyt pie­nią­dza krusz­co­we­go, na jaki cier­pia­ła ów­cze­sna Eu­ro­pa.

W tym miej­scu war­to omó­wić, cho­ciaż po­krót­ce, wciąż bar­dzo żywy mit gło­szą­cy, że do roz­wo­ju go­spo­dar­cze­go ko­niecz­na jest od­po­wied­nia ilość pie­nią­dza. Mit ten po­wie­la i po­wie­la­ło bar­dzo wie­lu wy­bit­nych hi­sto­ry­ków fi­nan­sów i go­spo­dar­ki, jak choć­by Char­les Poor Kin­dle­ber­ger (1907–2003)30. W ten wła­śnie spo­sób pró­bu­je się tłu­ma­czyć za­póź­nie­nie go­spo­dar­cze i fi­nan­so­we Eu­ro­py wzglę­dem świa­ta is­la­mu. Nie­do­sta­tecz­na ilość zło­ta i sre­bra mia­ła rze­ko­mo unie­moż­li­wiać żywą wy­mia­nę han­dlo­wą.

Fran­cu­ski hi­sto­ryk wie­ków śred­nich Ja­cqu­es Le Goff (1924–2014) prze­ko­ny­wał, że chrze­ści­jań­stwo od­no­si­ło się wręcz wro­go do pie­nię­dzy, a do­pie­ro od­kry­cie zło­ta i sre­bra w Ame­ry­ce spo­wo­do­wa­ło, że na­pły­wa­ją­ce do Eu­ro­py krusz­ce zmie­ni­ły po­wszech­ne na­sta­wie­nie do go­spo­dar­ki. Zgod­nie z jego wi­zją ka­pi­ta­lizm mógł na­stać do­pie­ro w mo­men­cie, gdy Eu­ro­pa za­spo­ko­iła swój „głód pie­nią­dza”31. Po­dej­ście Le Gof­fa jest cha­rak­te­ry­stycz­ne dla do­mi­nu­ją­ce­go współ­cze­śnie pa­ra­dyg­ma­tu eko­no­micz­ne­go, zgod­nie z któ­rym zwięk­sza­nie ilo­ści pie­nią­dza w obie­gu przy­czy­nia się do lep­szej ko­niunk­tu­ry. Jed­nym z naj­bar­dziej pro­mi­nent­nych zwo­len­ni­ków tej teo­rii był John May­nard Key­nes (1883–1946), a jego póź­niej­szy na­śla­dow­ca John Ken­neth Gal­bra­ith (1908–2006) tłu­ma­czył ją po­przez zwró­ce­nie uwa­gi na za­leż­ność mię­dzy ilo­ścią pie­nią­dza a wzro­stem cen. Wszak więk­sza ilość pie­nią­dza w obie­gu skut­ku­je za­wsze wyż­szy­mi ce­na­mi, a jak twier­dzi Gal­bra­ith „wia­do­mo, iż ro­sną­ce ceny sty­mu­lu­ją po­pra­wę na­stro­jów u przed­się­bior­ców, a tak­że za­chę­ca­ją do ak­tyw­no­ści eko­no­micz­nej, pod­czas gdy spa­da­ją­ce ceny przy­no­szą prze­ciw­ne efek­ty”32.

Po­dej­ście to jest rów­nie myl­ne, co symp­to­ma­tycz­ne dla na­szych cza­sów, w któ­rych de­fla­cję uwa­ża­no za zło naj­gor­sze z moż­li­wych, in­fla­cję zaś za ofi­cjal­ny cel po­li­ty­ki pań­stwa. Zdra­dza ono rów­nież nie­zna­jo­mość pod­sta­wo­wych za­sad eko­no­mii oraz nie­co skry­wa­ną po­gar­dę wo­bec cza­sów śre­dnio­wie­cza jako rze­ko­mo upo­śle­dzo­nych pod wzglę­dem eko­no­micz­nym.

Pod­sta­wo­wy błąd my­śle­nia pre­zen­to­wa­ne­go przez Le Gof­fa i in­nych zwo­len­ni­ków tezy o nie­od­po­wied­niej ilo­ści pie­nią­dza w śre­dnio­wie­czu po­le­ga na za­kła­da­niu ist­nie­nia pew­ne­go opti­mum tej­że ilo­ści. Sko­ro bo­wiem ktoś stwier­dza, że zło­ta i sre­bra było za mało, bez­względ­nie musi się opie­rać na za­ło­że­niu, że jest ja­kaś wła­ści­wa ilość tych krusz­ców, któ­ra po­win­na znaj­do­wać się w obie­gu. Ame­ry­kań­ski fi­lo­zof i eko­no­mi­sta Mur­ray Ro­th­bard (1926–1995) pod­dał tego typu my­śle­nie zde­cy­do­wa­nej kry­ty­ce. Jego wy­wód jest na tyle przej­rzy­sty i do­bit­ny w wy­mo­wie, że war­to go tu przed­sta­wić:

„Je­śli jed­nak roz­wa­ży­my ten pro­blem uważ­nie, po­win­no nas ude­rzyć jak bar­dzo jest on dziw­ny. Dla­cze­go nikt nie sta­wia py­tań: jaka jest «opty­mal­na po­daż» brzo­skwiń w pusz­ce (…)? Albo gier Nin­ten­do? Albo dam­skich bu­tów? Samo to py­ta­nie jest ab­sur­dal­ne. (…) Im wię­cej dóbr, tym le­piej, (…) gdyż ozna­cza to pod­wyż­sze­nie po­zio­mu ży­cia w spo­łe­czeń­stwie. Dla­cze­go więc po­ja­wia się pro­blem opty­mal­nej ilo­ści pie­nią­dza?

(…) choć pie­nią­dze są nie­zbęd­ne do funk­cjo­no­wa­nia go­spo­dar­ki po­wy­żej pry­mi­tyw­ne­go po­zio­mu oraz ist­nie­nie pie­nię­dzy nie­sie ze sobą ogrom­ne spo­łecz­ne ko­rzy­ści, w ża­den spo­sób nie po­cią­ga to za sobą tezy, iż tak jak w przy­pad­ku wszyst­kich in­nych dóbr, ce­te­ris pa­ri­bus, im wię­cej [pie­nię­dzy – J.W.], tym le­piej. Je­śli bo­wiem po­daż in­nych dóbr wzra­sta, mamy albo wię­cej dóbr kon­sump­cyj­nych, albo wię­cej za­so­bów, któ­re mo­że­my zu­żyć do pro­duk­cji więk­sze­go za­so­bu dóbr kon­su­menc­kich. Jaka jest jed­nak ko­rzyść z więk­szej po­da­ży pie­nią­dza?

(…) zwięk­sze­nie po­da­ży pie­nią­dza nie jest w sta­nie zmie­nić fak­tu na­tu­ral­nej rzad­ko­ści dóbr kon­sump­cyj­nych i ka­pi­ta­ło­wych; przy­czy­nia się je­dy­nie do tego, że do­lar lub frank sta­je się tań­szy, tj. ob­ni­ża ich siłę na­byw­czą wzglę­dem wszyst­kich po­zo­sta­łych dóbr i usług. Gdy za­tem dane do­bro sta­je się pie­nią­dzem na ryn­ku, spra­wu­je peł­ną wła­dzę jako śro­dek wy­mia­ny oraz in­stru­ment umoż­li­wia­ją­cy kal­ku­la­cję. (…) Tak oto do­cho­dzi­my do wiel­kiej praw­dy teo­rii pie­nięż­nej: gdy tyl­ko dany to­war jest w do­sta­tecz­nej ilo­ści, aby stać się pie­nią­dzem, nie po­trze­ba do­dat­ko­wo zwięk­szać po­da­ży pie­nią­dza. Każ­da ilość pie­nią­dza jest «opty­mal­na»”33.

Śre­dnio­wie­cze nie było więc w ża­den spo­sób „upo­śle­dzo­ne” małą ilo­ścią zło­ta i sre­bra w obie­gu. Sko­ro za­rów­no srebr­ne, jak i zło­te mo­ne­ty były wów­czas ak­cep­to­wa­ne jako pie­niądz ozna­cza to, że było ich do­kład­nie tyle, ile trze­ba. Gdy­by krusz­ców tych było zbyt mało, ludz­kość sa­mo­czyn­nie po­rzu­ci­ła­by je i za­stą­pi­ła czymś in­nym. Więk­sza ilość do­stęp­ne­go krusz­cu była za­wsze na rękę je­dy­nie wład­com, któ­rzy dzię­ki niej mo­gli zna­czą­co zwięk­szyć swo­ją wła­dzę po­bie­ra­nia po­dat­ków, o czym bę­dzie mowa w dal­szych czę­ściach książ­ki.

Wy­da­je się, że wie­lu hi­sto­ry­ków i eko­no­mi­stów an­ga­żu­je się w błęd­ne roz­wa­ża­nia na te­mat opty­mal­nej ilo­ści pie­nią­dza w obie­gu, bio­rąc przede wszyst­kim pod uwa­gę wiel­kie zmia­ny w eu­ro­pej­skiej i świa­to­wej go­spo­dar­ce, któ­re za­szły po od­kry­ciu no­wych złóż zło­ta i sre­bra w XVI wie­ku. Po­peł­nia­ją jed­nak dość po­wszech­ny błąd post hoc ergo prop­ter hoc, wnio­sku­jąc, że wiel­ki po­stęp tech­no­lo­gicz­ny i ma­te­rial­ny wie­ków póź­niej­szych do­ko­nał się w wy­ni­ku od­kry­cia tych złóż, a póź­niej tak­że w wy­ni­ku zwięk­szo­nej po­da­ży pie­nią­dza kre­dy­to­we­go. To, co wie­my na pew­no, to fakt, że pe­wien po­stęp miał miej­sce; jego przy­czy­ny na­to­miast wca­le nie mu­sia­ły być tak oczy­wi­ste.

Tak na­praw­dę brak wiel­kich za­so­bów zło­ta i sre­bra był bo­wiem dla śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­py swe­go ro­dza­ju bło­go­sła­wień­stwem. Mniej­sza po­daż pie­nią­dza nie stwa­rza­ła po­py­tu na usłu­gi de­po­zy­to­we, któ­re od za­wsze w wa­run­kach in­ge­ren­cji pań­stwa w sfe­rę fi­nan­so­wą sta­no­wi­ły bo­dziec do two­rze­nia pu­ste­go pie­nią­dza. Nie daje się rów­nież obro­nić ar­gu­ment gło­szą­cy, że nie­do­sta­tecz­na ilość krusz­ców osła­bia­ła kon­tak­ty han­dlo­we. Śre­dnio­wiecz­ni kup­cy ra­dzi­li so­bie z tym przy po­mo­cy we­ksli, któ­re umoż­li­wia­ły do­ko­ny­wa­nie opłat na od­le­głość, bez po­no­sze­nia ry­zy­ka prze­wo­że­nia pie­nię­dzy przez nie­spo­koj­ne te­re­ny i mo­rza.

Je­że­li w śre­dnio­wiecz­nej Eu­ro­pie ist­niał ja­ki­kol­wiek „głód pie­nią­dza”, to je­dy­nie na za­sa­dzie wiel­kiej po­trze­by od­no­sze­nia zy­sków z eks­plo­ata­cji złóż cen­nych krusz­ców. Jest rze­czą oczy­wi­stą, że nowo wy­do­by­te zło­to czy sre­bro, za­mie­nio­ne na mo­ne­ty, da­wa­ło ich po­sia­da­czom do­dat­ko­wą pre­mię, gdyż, wcho­dząc do obie­gu, pie­nią­dze te zwięk­sza­ły ceny, któ­re były jesz­cze niż­sze, gdy pła­co­no nimi za pierw­sze za­ku­py. Jed­nak zło­to z Ame­ry­ki Po­łu­dnio­wej czy też sre­bro z Fi­li­pin nie przy­czy­ni­ły się za­nad­to do uroz­ma­ice­nia usług i to­wa­rów ofe­ro­wa­nych na eu­ro­pej­skim ryn­ku. Po­nad­to na nowo od­kry­tych zło­żach wzbo­ga­ca­ły się naj­czę­ściej pań­stwa, a nie oby­wa­te­le. Mo­nar­chom oraz dzier­żaw­com mo­no­po­li men­ni­czych przy­by­ło spo­ro go­tów­ki, lecz w ża­den zna­czą­cy spo­sób nie pchnę­ło to Eu­ro­py na szlak osza­ła­mia­ją­ce­go cy­wi­li­za­cyj­ne­go roz­wo­ju. Wręcz prze­ciw­nie, do­dat­ko­we za­so­by krusz­ców sta­ły się przed­mio­tem wiel­kich nad­użyć i słu­ży­ły do fi­nan­so­wa­nia okrut­nych wo­jen.

Pro­blem „opty­mal­nej po­da­ży pie­nią­dza” zo­stał po­ru­szo­ny już te­raz, aby zwró­cić Czy­tel­ni­ko­wi uwa­gę na fakt, że wbrew do­mi­nu­ją­ce­mu obec­nie fa­tal­ne­mu w skut­kach prze­ko­na­niu, że po­daż pie­nią­dza po­win­na być od­gór­nie usta­la­na przez pań­stwo, nasz kon­ty­nent ra­dził so­bie nie­gdyś do­sko­na­le, choć nikt nie po­ru­szał te­ma­tu od­po­wied­niej ilo­ści zło­ta czy też sre­bra.

Tym­cza­sem prze­ko­na­nie, że po­daż pie­nią­dza po­win­na nie­ustan­nie ro­snąć, zgod­nie z przy­ję­tą od­gór­nie przez pań­stwa tzw. po­li­ty­ką pie­nięż­ną, któ­ra sta­wia so­bie okre­ślo­ne „cele in­fla­cyj­ne”, przy­no­si nam wciąż fale wiel­kich kry­zy­sów oraz ab­so­lut­nie de­struk­cyj­ne dla spo­łe­czeń­stwa wiel­kie in­fla­cyj­ne sche­ma­ty re­dy­stry­bu­cyj­ne. Gdy w dal­szych czę­ściach książ­ki bę­dzie­my po­wra­cać do pro­ble­mu tzw. opty­mal­nej po­da­ży pie­nią­dza, wspo­mnij­my śre­dnio­wiecz­ną Eu­ro­pę, w któ­rej po­daż ta była kwe­stią mar­gi­nal­ną.

W śre­dnio­wie­czu in­fla­cja ist­nia­ła je­dy­nie wte­dy, gdy po­szcze­gól­ni wład­cy de­cy­do­wa­li się na per­fid­ną prak­ty­kę ob­ni­ża­nia za­war­to­ści sre­bra w mo­ne­tach34. Na kon­ty­nen­cie bito wów­czas tyl­ko srebr­ne mo­ne­ty, gdyż wy­bi­ja­nie zło­tych za­prze­sta­no w 781 roku, gdy Fran­ko­wie za­ję­li lon­go­bardz­ką Ita­lię35. Eu­ro­pa zo­sta­ła od­cię­ta od tra­dy­cyj­nych źró­deł do­staw tego krusz­cu i na ko­lej­ne wy­bi­cie se­rii zło­tych mo­net (we Flo­ren­cji) trze­ba było cze­kać aż do 1272 roku.

Psu­cie srebr­nej mo­ne­ty na po­cząt­ku dru­gie­go ty­siąc­le­cia było zja­wi­skiem po­wszech­nym, lecz nie przy­czy­ni­ło się do zja­wi­ska ma­so­wej in­fla­cji. Aby oby­wa­te­le da­ne­go pań­stwa ko­rzy­sta­li z po­psu­tej mo­ne­ty, trze­ba ich było do tego przy­mu­sić. Tym­cza­sem w okre­sie tym na ogół nie było jesz­cze dość szczel­nych gra­nic i dla­te­go lud­ność za­wsze mo­gła sko­rzy­stać z mo­net bi­tych przez in­nych wład­ców. Jesz­cze w XIV wie­ku we Fran­cji obok mo­net kró­lew­skich i se­nio­ral­nych w obie­gu znaj­do­wa­ły się tak­że pie­nią­dze arab­skie, sy­cy­lij­skie, bi­zan­tyń­skie, flo­renc­kie, me­dio­lań­skie, we­nec­kie, hisz­pań­skie, bur­gundz­kie i an­giel­skie36. Za­zwy­czaj po­szcze­gól­ne wa­lu­ty były po­trzeb­ne do za­pła­ty po­dat­ków we wła­snej oj­czyź­nie, lecz oby­wa­te­le mie­li swo­bo­dę ulo­ko­wa­nia oszczęd­no­ści w in­nych wa­lu­tach czy też w sa­mym sre­brze. In­fla­cja była więc w śre­dnio­wie­czu zja­wi­skiem o wie­le bar­dziej ogra­ni­czo­nym niż dzi­siaj, a mimo to cała cy­wi­li­za­cja roz­wi­ja­ła się po­myśl­nie.

W tym miej­scu war­to jesz­cze uści­ślić samo po­ję­cie in­fla­cji, tak klu­czo­we dla fi­nan­so­wych dzie­jów świa­ta. Ozna­cza ono bo­wiem ta­kie zwięk­sze­nie po­da­ży pie­nią­dza w go­spo­dar­ce, któ­re nie po­le­ga na zwięk­sze­niu ilo­ści krusz­cu pie­nięż­ne­go. Wzrost cen wy­wo­ła­ny wpro­wa­dze­niem do obie­gu mo­net wy­ko­na­nych z nowo od­kry­tych po­kła­dów zło­ta lub sre­bra po­cią­ga wpraw­dzie za sobą efek­ty re­dy­stry­bu­cyj­ne, któ­re jed­nak sta­no­wią na­tu­ral­ną na­gro­dę za wy­si­łek wło­żo­ny w zna­le­zie­nie no­wych za­so­bów me­ta­li. Z wła­ści­wą in­fla­cją mamy do czy­nie­nia wte­dy, gdy re­dy­stry­bu­cja do­cho­dów wy­ni­ka z ta­kie­go zwięk­sze­nia po­da­ży pie­nią­dza, któ­re jest re­zul­ta­tem pod­stę­pu do­ko­ny­wa­ne­go naj­czę­ściej przez in­sty­tu­cje pu­blicz­ne. Wów­czas pierw­si użyt­kow­ni­cy sztucz­nie stwo­rzo­nych pie­nię­dzy od­no­szą ko­rzy­ści fi­nan­so­we kosz­tem póź­niej­szych użyt­kow­ni­ków, a cały pro­ce­der od­by­wa się z za­sto­so­wa­niem wła­ści­wych pań­stwu środ­ków przy­mu­su.

W sy­tu­acji, gdy spo­łe­czeń­stwo po­słu­gu­je się pie­nią­dzem krusz­co­wym, wszy­scy użyt­kow­ni­cy, w mniej­szym lub więk­szym stop­niu, bio­rą pod uwa­gę fakt, że pro­wa­dzo­ne nie­ustan­nie na ca­łym glo­bie wy­do­by­wa­nie zło­ta czy sre­bra czę­ścio­wo przy­czy­nia się do wzro­stu cen. Na do­da­tek po­zy­ski­wa­nie tych cen­nych me­ta­li nie od­by­wa się ni­g­dy w ta­jem­ni­cy i dla­te­go użyt­kow­ni­cy pie­nią­dza po­tra­fią w pe­wien ogra­ni­czo­ny spo­sób prze­wi­dzieć ru­chy cen w opar­ciu o wie­dzę o tym, któ­re pod­mio­ty będą wpro­wa­dza­ły nowe pie­nią­dze na ry­nek. W przy­pad­ku zaś, gdy wład­ca sztucz­nie zwięk­sza ilość mo­net w obie­gu po­przez pod­stęp­ne ob­ni­że­nie sto­py men­ni­czej albo gdy bank lub rząd od­po­wie­dzial­ny za emi­sję ty­tu­łów wła­sno­ścio­wych do zde­po­no­wa­nych w nich za­pa­sów zło­ta lub sre­bra wpro­wa­dza do obie­gu więk­szą licz­bę pa­pie­ro­wych świa­dectw niż re­al­ne za­so­by me­ta­li, wów­czas mamy do czy­nie­nia z re­dy­stry­bu­cją do­cho­dów. Nie­wta­jem­ni­cze­ni w pro­ce­der sztucz­ne­go zwięk­sza­nia po­da­ży pie­nią­dza nie mają bo­wiem szans na ja­kie­kol­wiek za­bez­pie­cze­nie się przed do­ko­ny­wa­nym oszu­stwem. Nowe pie­nią­dze tra­fia­ją do obie­gu w spo­sób na­gły i nie­spo­dzie­wa­ny, a nie­świa­do­mi praw­dzi­wych przy­czyn zmian w struk­tu­rze cen po­no­szą re­al­ne stra­ty.

Zakon bankierów

Zfi­nan­so­we­go i go­spo­dar­cze­go punk­tu wi­dze­nia pierw­sze de­ka­dy XI wie­ku nie ob­fi­to­wa­ły w żad­ne spek­ta­ku­lar­ne wy­da­rze­nia. Bez wąt­pie­nia dzia­ło się wie­le, lecz ogrom­ne roz­pro­sze­nie po­li­tycz­ne Eu­ro­py siłą rze­czy wpły­wa­ło na ska­lę wszel­kich przed­się­wzięć. Na­wet dość sche­ma­tycz­ny opis wszyst­kich zmian i pro­ce­sów, ja­kie się wów­czas do­ko­na­ły w dzie­dzi­nie go­spo­dar­ki i eko­no­mii, wy­ma­gał­by bar­dzo szcze­gó­ło­we­go prze­śle­dze­nia lo­sów po­szcze­gól­nych kra­jów. Ni­niej­sza pra­ca nie sta­wia so­bie celu dro­bia­zgo­we­go przed­sta­wie­nia dzie­jów wszyst­kich eu­ro­pej­skich państw, lecz, co naj­wy­żej, wska­za­nia tych pro­ce­sów, któ­re były klu­czo­we dla ca­łe­go Za­cho­du.

Z tego wła­śnie wzglę­du na­sza uwa­ga sku­pia się przede wszyst­kim na Pół­wy­spie Ape­niń­skim, gdzie wło­skie mia­sta-pań­stwa żmud­nie bu­do­wa­ły swo­ją po­tę­gę. W dzie­dzi­nie han­dlu na pierw­szy plan, o czym była już mowa, bar­dzo szyb­ko wy­su­nę­ło się Amal­fi, a póź­niej tak­że We­ne­cja, Ge­nua i Piza.