Drugi pocałunek Gity Danon - Miljenko Jergovic - ebook + książka

Drugi pocałunek Gity Danon ebook

Jergovic Miljenko

0,0
17,07 zł

Opis

Drugi pocałunek Gity Danon Miljenka Jergovicia, laureata m.in. Literackiej Nagrody Europy Środkowej „Angelus”, łączy lekki, gawędziarski ton z dotkliwym doświadczeniem życia na Bałkanach w XX wieku oraz okresem ostatniej bałkańskiej wojny. Czytelnik spogląda tu na dalszą i bliższą przeszłość, powraca do czasów współczesnych a także wkracza w świat legend i historycznej fikcji. W opowiadaniach obecny jest melodramatyczny ton, mocno zakorzeniony w popkulturze, jak i w ustnej tradycji Słowian z południowej Europy.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 222




Miljenko Jergović

Drugi pocałunek Gity Danon

Przełożył Miłosz Waligórski

Biuro Literackie • Stronie Śląskie 2017

Proza 35

Miljenko Jergović Drugi pocałunek Gity Danon

Przekład: Miłosz Waligórski

Korekta: Anna Krzywania

Na okładce: Jakub Ratajczak „Labirynt”

Projekt typograficzny i skład wersji elektronicznej: Mateusz Martyn

Copyright © by Miljenko Jergović

Copyright © by Miłosz Waligórski, 2016

Copyright © by Biuro Literackie, 2017

Biuro Literackie

[email protected]

www.biuroliterackie.pl

ISBN 978-83-65358-51-6

Wszelkie powielanie lub wykorzystywanie niniejszego pliku elektronicznego inne niż jednorazowe pobranie w zakresie własnego użytku stanowi naruszenie praw autorskich i podlega odpowiedzialności cywilnej oraz karnej.

Spis treści

Drugi pocałunek Gity Danon

Dziwotwór

Spójrz na mnie, Anatolijko

Hanumica

Przybieżeli do Betlejem

Najpiękniejszy mój Johannesburg

Ho freddo, ho molto freddo

Hau

Komunista

Nadmorska baśń

Alkatmer

Diagnoza

Duch

Życie to Hongkong

Nora, jak ta z Ibsena

Grób

Naftali Josef Tannenbaum (legenda żydowska)

Tajemnica podwórkowych skrzatów

Muzli

Nadzieja umiera ostatnia

Męki pana Emanuela

Liczenie

Jerozolima

Smętek

Julius Rosenzweig (legenda żydowska)

Nota edytorska (Miłosz Waligórski)

Nota o autorze (Miłosz Waligórski)

Drugi pocałunek Gity Danon

Opowiem ci o Lotarze. Możesz o tym później zapomnieć, nie ma w tej opowieści żadnego przesłania i do niczego ci się ona nie przyda, nigdy nie spotkasz takiego człowieka, nie musisz więc wiedzieć, jak się z nim obchodzić. Opowiem ci o Lotarze z powodu kobiety, która go kochała – jest prawdziwa, może kiedyś gdzieś ją zobaczysz, ją albo jej podobną, może się zakochasz i spędzicie razem całe życie, a może tylko przejdziesz obok niej, miniecie się w sklepie samoobsługowym, powiesz: „Dzień dobry, Gito, jak się pani miewa?”, ale ona nie odpowie, bo Gita nie odpowiada, Gita pozdrowienia zbywa milczeniem.

W tamtym czasie Lotar był najmocniejszym człowiekiem w mieście. Przynajmniej tak mówiono, chociaż nikomu nigdy nie przyszło do głowy, by to sprawdzić. Mieszkał sam z matką, panią Edytą, która prowadziła zakład plisowania spódnic. O jego ojcu nikt nic nie wiedział, chociaż krążyły słuchy, że był jakimś niemieckim oficerem, miał na imię Otto i że chodziło o wielką miłość. Nocą podobno zakradał się potajemnie do pani Edyty i zostawał aż do świtu. Nikt go nigdy nie widział, bo miłość kwitła tylko w czasie godziny policyjnej. Opowiadano, że Otto w kwietniu 1945 roku nie chciał wycofać się razem z resztkami wojska, dlatego zdezerterował i ukrywał się po sarajewskich lasach przez kolejne dwa lata. W tym czasie pani Edyta w każdą sobotę i niedzielę wybierała się na grzyby, poziomki albo maliny, ale zawsze wracała z pustym koszykiem, „Przecież ja tam chodzę wyłącznie dla świeżego powietrza i piękna przyrody”, tłumaczyła się sąsiadkom, choć one i tak wiedziały, że spotyka się z Ottonem. Lotar urodził się jesienią 1946 roku: „Chciałam dziecka, nie męża”, powiedziała pani Edyta i nigdy więcej nikt jej o to nie pytał. Sąsiedzi, mimo słabości do plotek, strzegli jej tajemnicy i nigdy nie nazwali Lotara bękartem. Pewnie również dlatego, że był spokojnym i cichym dzieckiem, a chociaż przewyższał swoich rówieśników siłą i wzrostem, nigdy się nie bił, jakby cały zapał do walki w męskiej linii jego rodu wyczerpały poprzednie pokolenia.

Był początek lata 1947 roku, kiedy pewnej niedzieli pani Edyta zabrała dziecko w góry. „Niech uczy się od małego”, powiedziała babci Džemidžić; ta pocałowała i ją, i dziecko: „Idź, synu, i nie oddaj tego, co masz, póki to masz”. Wrócili pod wieczór. To był ostatni raz, kiedy pani Edyta poszła w góry. Później ludzie gadali, że tamtego dnia Otto pieszo wyruszył przez Austrię do Niemiec. Czekał, aż zobaczy syna, a potem zniknął na zawsze.

Lotar skończył I Gimnazjum i jako prymus zapisał się na medycynę. Kiedy już myślano, że w jego życiu wszystko ułoży się tak jak w opowieściach o dobrych i szczęśliwych dzieciach, na trzecim roku uniwersytetu spotkał Gitę Danon, dwa lata starszą od siebie córkę aptekarza, która też studiowała, przeważnie jednak czas spędzając na imprezach. Jak butelki ciskane na podłogę – póki nie nadszedł świt i nie rozjaśniło jej się w głowie – tak pękały przez nią serca męskiej połowy Sarajewa. Ale Gita nie uznawała poranków i nigdy nie miała dość tej osobliwej zabawy: przyciągała do siebie mężczyznę, igrała z nim do pierwszego pocałunku, potem zaś go odrzucała, żeby stoczył się w głąb swojego wstydu, również ku rozpaczy innych, którzy wprawdzie nie ulegli dotąd jej czarowi, lecz już wiedzieli, że i na nich przyjdzie kryska, a wtedy w żaden sposób nie zdołają mu się oprzeć. Ostatecznie wszystkim udawało się przeboleć Gitę, czas leczył rany – z ust, które niegdyś obdarowała pocałunkiem, można było nawet usłyszeć, że jest kurwą. Jedynym, który nie mógł jej odżałować i nigdy nie powiedział o niej złego słowa, był Lotar. Jak się okaże, obie te rzeczy zmienią zarówno jego, jak i jego życie.

„Będę na ciebie czekał, nieważne jak długo, ale będę; wróć do mnie, jak już się zmęczysz”, powiedział jej po pocałunku, a ona śmiała się, odchodząc w noc ulicą Tita; śmiała się tak, że aż drżały szyby w witrynach, a kobiety wyglądały z okien, żeby zobaczyć, komu tak wesoło w środku nocy, w tym miejscu na ziemi, gdzie nie ma powodu do radości ani nikogo, kto śmiałby się tak dźwięcznie jak Gita, dziewczyna nie z tego świata. Kobiety nie widziały w niej konkurentki, ponieważ wiodła hulaszcze życie z tysiącem wielbicieli i jednym pocałunkiem, i w każdej chwili mogła być martwa.

Lotar wierzył, że Gita do niego wróci, a on do tego czasu musi bronić jej honoru. Kiedy tylko w towarzystwie ktoś otwierał usta, żeby coś o niej powiedzieć, Lotar reagował: „Uważaj, ja tu jestem”. O dziwo, wszyscy milkli, chociaż nikomu nie przychodziło do głowy, że Lotar może użyć swojej potężnej siły. Tak to się ciągnęło, dopóki Gita nie znieważyła Dina Kreza, furiata i kryminalisty, który od lat grasował po Włoszech, a do miasta przyjeżdżał tylko po to, żeby się pokazać i wydać pieniądze. Krezo z wściekłości wychodził z siebie, na domiar złego ktoś mu powiedział o Lotarze, niby żartem ostrzegając go, że w jego obecności nie wolno mówić nic przeciwko Gicie. Wtedy Krezo krzyknął: „Pokażcie mi tego gościa!”, i natychmiast ruszył przed Wydział Medyczny. Czekał tam podobno ze dwie, trzy godziny, co tylko wzmogło jego gniew, a kiedy w końcu zobaczył Lotara, nie był już w stanie ocenić, z kim zadziera, podszedł do niego, złapał go za kołnierz kurtki, od dołu wbił w niego wzrok i głosem człowieka, który za pasem nosi pistolet, cicho syknął: „Lizała ci ta skurwiona Żydówa mać”.

To, co działo się potem, nie bardzo nadaje się do opowiadania; mówią, że Lotar chwycił Kreza za uszy, wyrwał je, a kiedy nieszczęśnik runął na ziemię, zaczął okładać go pięścią po głowie. Zanim przyjechała milicja, z twarzy Kreza nic już nie zostało. Lotara napadło czterech funkcjonariuszy, ale on zrzucił ich z siebie, ruszył w stronę ulicy, po chwili stanął, usiadł na murku i zapalił papierosa. Milicjanci w odległości trzech, czterech metrów od niego kurczowo ściskali pistolety automatyczne i nie mieli odwagi podejść bliżej. „Już po wszystkim – powiedział – zabiłem człowieka”, wtedy tamci rzucili się na niego i zaczęli z nienawiścią kopać go, okładać pięściami i kolbami. Skądś wiedzieli, że Lotar nigdy się nie broni. Może to kwestia doświadczenia, chociaż nie sądzę, żeby kiedykolwiek spotkali takiego człowieka jak on.

Został skazany na piętnaście lat pozbawienia wolności za „wyjątkowo okrutne zabójstwo”. W więzieniu w Zenicy spędził pełnych dwanaście lat; tyle wystarczyło, by miasto zapomniało o nim i na ulicach pojawili się nowi, młodsi, którzy ani o Lotarze, ani o losie Dina Kreza nie mieli pojęcia. A Gita? Gity nikt nie mógł wymazać z pamięci, jej uroda i śmiech przez te lata w ogóle nie straciły na sile, nadal uwodziła świat swoim jednym jedynym pocałunkiem. Wybrańców miewała młodszych nawet o piętnaście lat, ale poza tym nic się nie zmieniało – wciąż jeszcze nie pojawił się mężczyzna, który oparłby się blaskowi jej oczu, nie znalazł się też ani jeden na tyle mądry, aby wiedzieć, że ta stokrotnie powtarzająca się historia za każdym razem musi skończyć się tak samo.

Tamtego lata w dniu, kiedy Lotar wyszedł z więzienia, umarli pani Edyta Burić, właścicielka zakładu plisowania spódnic, i pan Moni Danon, najstarszy aptekarz w mieście. Oba pogrzeby odbyły się dwa dni później o tej samej porze na cmentarzu Bare. Jeden orszak ruszył z kaplicy katolickiej, a drugi z bożnicy. Za jedną trumną szedł Lotar, za drugą Gita. Kondukty sunęły ramię w ramię, aż do skrzyżowania, gdzie droga rozwidlała się na dwie ścieżki prowadzące do parceli katolickich i żydowskich. Gita nawet nie spojrzała na Lotara, lecz on, zamiast za trumną matki, poszedł za nią. Zrobił się z tego straszny skandal. Kobiety w czerni zaczęły się żegnać, ksiądz wypowiadał jakieś dodatkowe modlitwy, grupę katolików zdjęło przerażenie, a judaistów ogarnął strach. Ludzie bali się, że Lotar chce Gicie coś zrobić.

Tymczasem on powiedział jedynie: „Cześć, Gita”, ale ona nie zareagowała na pozdrowienie, dodał: „Gita, ja na ciebie czekam”, wtedy spojrzała na niego, jakby miała się roześmiać, „Gita, to jest na zawsze”, zakończył, ona zaś złapała go za rękę i oznajmiła: „Mój drogi, na zawsze jest tylko to, co przede mną”, i palcem wskazała trumnę.

Po powrocie z więzienia Lotar zaczął pić. Pił regularnie, zgodnie z kalendarzem – „Widać, że za ojca miał Szwaba”, mówiono w okolicy nie bez szacunku – pił siódmego każdego miesiąca. Wyglądało to tak: Lotar wchodzi do knajpy i zamawia litr rakii, na co goście zbierają się do wyjścia, ale zatrzymuje ich jego bezbarwne „nie” i nikt nie śmie się więcej ruszyć. Wszyscy czekają na dalszy obrót spraw, milczą tak, że słychać tylko bzyczenie muchy i cotrzyminutowe stuknięcia szyjki butelki o kieliszek. Wypicie litra rakii zajmowało Lotarowi dokładnie pięćdziesiąt minut, ani sekundy więcej, ani mniej. Potem zamawiał jeszcze litr, płacił kelnerowi, ile trzeba, i wrzeszczał: „Wszyscy won!”, na co wszyscy co do jednego wychodzili bez słowa, łącznie z właścicielem i kelnerami. Po piętnastu minutach do knajpy wpadała milicja, Lotar podnosił się na równe nogi, mówił: „Walcie, pierdolę waszego Tita i waszą partię”, wtedy milicjanci zaczynali go tłuc, a on się nie bronił, więc brali go na komisariat, noc spędzał w areszcie i znów czekał na siódmy dzień miesiąca. Przez pięć lat raz w miesiącu Lotar dostawał po gębie, aż w końcu ludzie zaczęli się zastanawiać, ile czasu mu jeszcze zostało i ile jeszcze siódmych dni miesiąca minie, zanim milicja skatuje go na śmierć.

A potem wybuchła wojna i pewnego wrześniowego poranka podczas oblężenia Lotar znalazł pod drzwiami karteczkę z napisem: „Wiem, że chcesz wiedzieć. Jestem w Madrycie. Gita”. Pewnie przestraszyła się wojny i wyjechała, zostawiając mu wiadomość, pełna obaw, czy znajdzie się w Madrycie ktoś, kto zapragnie jej jednego pocałunku. Miała już pięćdziesiąt lat, czego sarajewskie oczy nie zauważały, ale jak będzie z hiszpańskimi, tego Gita nie wiedziała, a w świecie bez pocałunku i bez zranionych mężczyzn po prostu przestawała być sobą.

Pozostanie zagadką, czy Lotar uwierzył, że jego cierpliwość została nagrodzona, Gita już się zmęczyła i teraz czeka na niego ze swoją miłością w Madrycie, czy też zwyczajnie nie umiał sobie wyobrazić, że zostanie w mieście, w którym nie ma Gity. Trudno powiedzieć, lecz jedno jest pewne – tamtego dnia Lotar zaczął obmyślać, jak uciec i przedostać się do Hiszpanii. Nie miał pieniędzy ani paszportu i nie wiedział, jak je zdobyć. Był duży i samotny we własnym mieście, zaczął opuszczać siódme dni w miesiącu, bolały go nerki i żebra, niedołężniał z każdym kolejnym dniem, od kiedy dostał wiadomość od Gity. Posiwiały mu włosy, mięśnie straciły gładkość i sprężystość, coraz mniej ludzi, mijając Lotara, dziwiło się jego tężyźnie. Tylko jedna jedyna rzecz pozostawała pewna i wielka jak Trebević[1], mianowicie to, że pojedzie do Madrytu po swoją Gitę i jej drugi pocałunek.

Po dwóch i pół roku wojny Lotar zniknął. Wcześniej jeszcze raz próbował pożyczyć pieniądze na drogę, ale bez powodzenia – wszyscy byli przekonani, że z takich podróży nie ma powrotu, znowu starał się o paszport, lecz nie mógł go dostać, bo wciąż był wystarczająco mocny, żeby brać udział w walce, a miłość nie ma administracyjnej siły przebicia. Jego wyjazd jednak nikogo nie zdziwił. Ludzie wiedzieli, że jedyna przeszkoda między nim a Gitą jest gdzieś tam, hen daleko w Madrycie, w jej zwariowanej głowie.

Nikt nigdy nie dowie się, jak Lotar przeszedł Bośnię i te wszystkie kraje, które stanęły mu na drodze, czym podróżował, ani jak uniknął spotkania z celnikami i policjantami; wiadomo tylko, że pewnego dnia, wychudły, bosy i cały w krostach, zjawił się niczym duch w jakimś komisariacie na przedmieściach Madrytu. Chwycił za rękę pierwszego z brzegu policjanta i powiedział: „Gita Danon per favore”. Ten wpadł w przerażenie, a Lotar powtórzył: „Gita Danon per favore”. Zbiegła się cała policja, nadciągnęły posiłki, przyjechała erka, a Lotar z uporem powtarzał: „Gita Danon per favore”. Hiszpanie potrzebowali pół dnia, zanim zrozumieli, że nie zna ani słowa po hiszpańsku, po czym próbowali mówić do niego w różnych językach: po niemiecku, włosku, angielsku i francusku, znalazł się nawet taki, który przemówił do niego po węgiersku. Lotar kręcił tylko głową, składał dłonie do modlitwy, łapał wszystkich za ręce i prosił: „Gita Danon per favore”.

Człowiek w białym szpitalnym kitlu wziął go pod ramię i wyprowadził na zewnątrz. „Gita Danon per favore”, Lotar patrzył przez okno karetki pogotowia, mężczyzna trzymał go za rękę, Madryt przepływał mu przed oczami jak film albo jakieś obce życie. Wyłapywał twarze przechodniów w nadziei, że ujrzy Gitę, ale zamiast niej zobaczył plakat reklamujący imprezę charytatywną, a na nim fotografię spalonego Ratusza. „Sarajewo”, powiedział. „Sarajewo?”, poderwał się człowiek w białym kitlu. „Sarajewo”, potwierdził Lotar, „Gita Danon per favore”, i złożył ręce.

Leżał na szpitalnym łóżku. Spomiędzy prętów wystawały mu stopy. Był chudy i zarośnięty, wyglądał jak okaz jakiegoś imponującego, dawno wymarłego gatunku drzewa. Do jego łóżka podszedł elegancki starszy pan, za nim stanęli policjant i lekarz, pan usiadł w nogach posłania i Lotar otworzył oczy, „Gita Danon per favore”. Mężczyzna położył rękę na jego ramieniu: „Jesteś z Sarajewa?”. „Tak”. „Kiedy tutaj trafiłeś?” „Wczoraj”. „Skąd?” „No, z Sarajewa”. Starszemu panu zaszkliły się oczy, jak to się zdarza Bośniakom od dwudziestu lat mieszkającym daleko poza domem, gdy ktoś będący na łożu śmierci mówi im, że właśnie przybył z Sarajewa. „Szukam Gity Danon – Lotar próbował się podnieść – ona jest z Sarajewa, ale teraz mieszka w Madrycie, muszę znaleźć Gitę Danon, czeka na mnie, a ja czekałem na nią przeszło dwadzieścia lat”. Mężczyzna kiwał głową: „Przewrócę Madryt do góry nogami, jeśli będzie trzeba”. Lotar nie wierzył mu, ale był tak bardzo zmęczony, że nie mógł zareagować.

Tamtej nocy w Madrycie umierał najmocniejszy człowiek naszego miasta. To musisz wiedzieć, bo takiego człowieka już nigdy nie spotkasz, nigdzie na całym świecie, ani tam, gdzie mieszkasz, ani w Sarajewie. Ech, umierał Lotar, ostatni i jedyny, Lotar, który Dinowi Krezie urwał oboje uszu i zakatrupił go na bruku przed Wydziałem Medycznym. I dobrze, w końcu chodziło o Gitę.

Poranka nie doczekał przy zmysłach. Nie obudził się, kiedy do pokoju wszedł ten sam elegancki starszy pan ani kiedy w ślad za nim pojawiła się Gita Danon i kucnęła przy łóżku, obie dłonie kładąc na jego potężnych ramionach. Nie obudziły go nawet jej słowa: „Jestem wyczerpana, mój Lotarze, nie będziesz już na mnie czekał, przyszłam do ciebie”, ani jej pocałunek, choć długo całowała jego sine usta. Ale, synu, posłuchaj uważnie, co ci powiem – jedynie Gita Danon wie, czy usta Lotara drgnęły, tylko ona wie, czy było za późno, czy miłość przetrwała na zawsze. Jeśli ją spotkasz, o nic nie pytaj, i tak się nie odezwie, nie zareaguje nawet na twoje pozdrowienie. Gita nie odpowiada, ponieważ dla pewnego Lotara poświęciła tysiące złamanych serc.

[1]   Trebević – masyw w Górach Dynarskich rozciągający się na południowy wschód od Sarajewa. [Jeśli nie zaznaczono inaczej, wszystkie przypisy pochodzą od tłumacza].

Dziwotwór

Na imię mi Mustafa. Jestem z tych, na których lepiej nie patrzeć. A jeśli między nimi dałoby się wskazać najgorszego, byłbym nim ja. Kiedy w Tešanju jakaś kobieta zachodzi w ciążę, nie wolno jej przechodzić obok mojego domu. Mówią, że jeśli mnie zobaczy, urodzi dziecko brzydkie jak nieszczęście. Wierzą w to zarówno muzułmanki, jak i chrześcijanki. Kiedy byłem dzieckiem i ledwie sięgałem mamie do kolan, głaskała mnie po głowie i powtarzała: „Kochany Mustafku, ciebie dobry Allah z zazdrości stworzył, żeby tylko on mógł cię oglądać i żeby nie było mu przykro”. I dodawała, że to szczęśliwy znak, bo Bóg zawsze chowa przed ludzkim wzrokiem to, co udało mu się najlepiej. A jak to możliwe, że dobre jest coś brzydkiego, tego matka już nie umiała powiedzieć. Istnieją rzeczy, o których wie cały świat i tylko matki nie mają o nich pojęcia, bo gdyby miały, ludzkość przestałaby się rozwijać. Nie mnie jednak o tym opowiadać. Lepiej, żebym dalej mówił o sobie, a nie o innych. Mam na imię Mustafa, ale na to imię nie reaguję. Jak chcę zwrócić się sam do siebie, szepczę: „Dziwotwór”.

Mój ojciec też miał na imię Mustafa. Kiedy się urodziłem, ludzie pytali go, jak będzie nazywał się mały. „Tak samo jak ten, kto go stworzył”, odpowiadał, a oni patrzyli po sobie, czy Mujo przypadkiem nie zwariował, a może za bardzo uwierzył w swoją wyższość, że dziecko imieniem Pana Boga nazywa. A ojciec ani myślał o Stwórcy, chodziło mu o siebie samego. „Dobry Allah cię pokarze”, powtarzali bracia, babcia dziwiła się, a dziadek siedział na piętrze, pykał z cybucha i zarówno dobro, jak i zło pozostawiał własnemu biegowi. To wszystko działo się, kiedy przyszedłem na świat. Nazwali mnie Mustafa. Wszyscy byli zadowoleni, że mojemu ojcu nie strzeliło do głowy nic gorszego, bo gdyby strzeliło, z pewnością by to zrealizował. Opowiadam o czasach, kiedy Bośnia obfitowała w sieroty, a na agów nawet po stu wezyrów nie miało siły.

Ludzie rodzą się bez twarzy. Jak mają sześć miesięcy wyglądają tak samo, nieważne chłopak czy dziewczyna, i nie wiadomo, czy będą podobni do ojca czy do matki. Po roku już coś widać i jak to coś zobaczył mój ojciec, złożył ręce niczym chrześcijanin przed kościołem, lecz nie odezwał się ani słowem. Od tej pory, idąc ulicą, coraz niżej opuszczał głowę, nie obserwował już ruchów nieba, tylko szczyty najwyższych budynków, nie czekał też, aż sunący przed nim tłum przetrze mu drogę, szedł sam. Czas mijał, wszyscy widzieli, jaki jestem, a spojrzenie ojca opadało, aż w końcu utknęło między kamieniami bruku. „Beju Mustafo – wołano do niego ze sklepu – jak rośnie następca?” A kiedy się odwracał, żeby zobaczyć, kto go zaczepia, nikogo nie widział, bo albo się przed nim chowano, albo to ojciec słyszał głosy, które tak naprawdę nie istniały.

Miałem siedem lat, gdy od nas odszedł. „Co ze mnie za bej, ani to mój majątek, ani moja żona, ani moje dziecko. Nie mam nikogo”. Nad potokiem, daleko od miasta, uwił sobie barłóg z wierzbowych witek. Chodził po wsiach, od domu do domu i prosił o jałmużnę. Matka co jakiś czas odwiedzała go i namawiała, żeby wrócił, błagała na wszelkie możliwe sposoby, ale on nie chciał. Kiedyś powiedziała mu: „Wróć, już nigdy więcej nie będziesz musiał na niego patrzeć”, na co on odparł, że nie ma syna i że każdy ojciec, który odrzuci swoje dziecko, skończy w piekle. Uciekła zapłakana, ale potem przychodziła znowu i wszystko zaczynało się od początku. Kochała go tak, jak kobieta kocha swojego męża, nie życząc mu nigdy źle i nawet w najtrudniejszych chwilach nie przeklinając jego, lecz własnego ojca za to, że wybrał dla niej takiego człowieka. Jak tylko jesień przechodziła w zimę i nastawały letnie upały, w czasie których schły wszystkie źródła i nie było skąd brać wody, moja matka Sena wyruszała, by sprowadzić ojca do domu. Perswadowała mu: „Przecież on w ogóle nie jest taki, jak myślisz. Dziecko jak każde inne”. A on tylko spoglądał na nią smutno niczym psiak złapany w sidła na lisy i nic nie mówił. Nawet tego, że nie ma syna i że każdy ojciec, który odwróci się od własnego dziecka, trafi do piekła.

Było to w Dniu Hazrat Alego[1]. Dwóch mężczyzn przyniosło mojego ojca do domu i położyło go na podłodze z twarzą skierowaną na wschód. Miałem wtedy dwanaście lat. Usiadłem obok, leżał spokojnie, lewą dłoń miał szponiasto rozpiętą niby krogulec polujący na zająca. Próbowałem ją wyprostować, ale prędzej złamałbym dębowy konar niż nieboszczykowi odgiął palce. Myślałem o tym, jak z taką ręką włożą go do trumny, jak opuszczą do grobu i jak w tym grożącym geście pokaże się przed Bogiem.

Później odepchnęli mnie na bok i zaczęli przygotowywać ciało do pogrzebu. Kiedy ściągali z niego łachmany, z długich brudnych włosów i brody wypełzały robaki. Czarne wszy, były ich dziesiątki, błąkały się po drewnianej posadzce. Nie wiedziały, dokąd pójść, muhadżirowie pośród obcego świata. Wszy urodzone w jego włosach i brodzie razem ze swoimi babkami i matkami, z których jaj się wylęgły, wszystkie one były jedynymi żywymi istotami, które w dniu śmierci mojego ojca coś utraciły. A ja go zabiłem, bo jestem, jaki jestem – gorszy od robaka.

Nazywam się Mustafa, ale od czasu, kiedy pochowaliśmy ojca, jestem Dziwotwór. Żeby nie rzucać uroku na dzieci, które mogłyby mnie zobaczyć, przestałem wychodzić z domu. Stoję tylko w oknie, a ludzie niech uważają, żeby nie puszczać pociech na moją ulicę.

Czasem mam ochotę oglądać świat, co nie przemija. Idę wtedy do ogrodu za domem i patrzę, czy nie kwitnie któraś z róż. Sadzę je własnoręcznie, po dwie, trzy w roku. Przyjmują mi się wszystkie, a innym nie. Moja mama Sena chwaliła się tym przed sąsiadkami, ale nie wierzyły, chociaż jak pierwszy raz przyszły do ogrodu, mało im oczy z orbit nie wylazły. Dwieście czerwonych róż, jakby ktoś wylał bruk ogniem, który gaśnie dopiero w chwili, gdy zrywa się wiatr i roznosi płatki po całej okolicy. Mawiają: „Jesień przyszła, Dziwotworowi rozwiało róże”. Wtedy matki zaczynają robić na drutach swetry dla dzieci na zimę. Tyle ze mnie korzyści.

Pośrodku ogrodu znajduje się źródło żywej wody, które nie wyschło nawet w czasie największych susz. Kiedy dziadek mojego dziadka Selim Bej Pašalić budował dom, mówiono mu, żeby nie zagarniał dla siebie źródła, że tak się nie godzi. Odpowiadał wówczas, że to jego woda i że zostanie w jego ogrodzie, a jeśli kiedyś nastanie taka posucha, że wszędzie poza jego źródłem zabraknie wody, to będzie znak, że nie miał racji i że woda należy do wszystkich i do Boga. Wtedy każdy będzie mógł ją pić, on zaś trafi do piekła, gdyż sięgnął po coś, co nie było jego. Takiej suszy nigdy nie było, a czy Selim skończył w piekle – nie mnie sądzić.

Od tej wody kraśnieją róże i na jesień rumienią cały Tešanj. Bóg obdarzył mnie twarzą, na którą inni nie mogą patrzeć, ale dał mi też wodę, jakiej oni nie mają. Dlatego zawsze powtarzam, że moja przegrana nie jest większa od mojego zwycięstwa. Kiedy mama to słyszy, mówi mi czasem coś takiego: „Wystarczy, że się wespniesz na palce, a już masz głowę w chmurach”. Nie wiem, co chce przez to powiedzieć i skąd to zna. Być może mówi się tak od lat, tylko ja tego nie słyszałem. Tak czy owak, mnie się podoba. Piekła mama nie wspomina nigdy.

Dziesięć dni temu umarł nasz sąsiad Mensur Abaza. Nie doczekał pięćdziesiątki. Odkąd pamiętam, całymi dniami siedział na swoim zydelku pochylony nad wetkniętym między nogi garnkiem. Był sierotą, a jeszcze większym sierotom drutował naczynia. Tyle pracował, że nie miał czasu spoglądać ludziom w twarz. Mówią, że dopiero kiedy zmarł, dało się zobaczyć, jakiego koloru były jego oczy. Lubiliśmy się. Przebiegałem ulicę i już byłem u niego w zakładzie. Zawsze serdecznie mnie witał. To, że na mnie nie patrzył, w ogóle mi nie przeszkadzało. Bo Mensur Abaza nikomu nie zaglądał w oczy.

Zostawił po sobie sparaliżowaną żonę. Poraziło ją przy porodzie i straciła władzę w nogach i rękach. Leżała już ponad dwadzieścia lat. Pielęgnował ją i przebierał, karmił i poił, wszystko po to, by wyręczyć Zumrę, Zumrę, której, aż do pewnego dnia, nie widziałem ani razu. Zresztą ona mnie też nie widziała. Taką miałem umowę z jej ojcem. Zapomniałem, kiedy to ustaliliśmy, ale pamiętam, że nie zamieniliśmy przy tym ani słowa. Było jasne, że Zumra nigdy nie zajrzy do zakładu, póki ja będę w środku, i nigdy nie przejdzie pod moim oknem, kiedy będę w nim stał. Codziennie o ósmej rano chodziła po wodę, a ja kwadrans później pojawiałem się przy szybie i zostawałem tam dokładnie piętnaście minut, bo po dwudziestu Zumra wracała do domu. Tak to wyglądało. Aż do pewnego dnia.

Po pogrzebie Mensura Abazy przyszła do mojej matki i powiedziała: „Ojciec odszedł, a my dwie nie wiemy, jak i z czego dalej żyć. O jałmużnę grzech prosić, i tak byśmy nie przyjęły. Ale istnieje coś, co nie jest datkiem, a co bardzo by nam pomogło. Daleko mi, ciociu Seno, do źródła, kiedy ojca nie ma…”, wyrzuciła z siebie i wybuchła płaczem. Mama pocieszała ją, mówiła, że przy nas nie umrą z głodu, żeby przyjęła jeden czy dwa dukaty i nie traktowała tego jako jałmużny, tylko przysługę, bo jeśli, sami żyjąc w dobrobycie, nie pomożemy głodującym sąsiadom, usmażymy się w piekle.

Słuchałem tego zza drzwi i wiedziałem, że nie jest dobrze – mama wspomniała piekło. Po raz pierwszy to słowo przeszło jej przez usta. A kto w tym domu je wypowiada, ten z niemocy czy pychy swojej przyzywa wielkie nieszczęście. Albo uwierzył za bardzo w swoją wyższość jak nieboszczyk ojciec mój Mustafa i niedługo upadnie tak nisko, że niżej się nie da. Nie to jednak skłoniło mamę do tego, by wspomnieć piekło. Po prostu była gotowa ofiarować wszystko poza tym, czego dać nie mogła – poza wodą z naszego źródła. „Jak ją synowi zabiorą, co mu z życia zostanie?”

Zumra odeszła, a że nie dostała tego, o co prosiła, nie wzięła również tego, co jej proponowano. Milczałem i udawałem, że nic nie wiem. Czekałem, aż mama sama się zdradzi, ale mógłbym tak czekać do końca świata – ona nic nie mówiła i nosiła swój grzech w sobie. W końcu powiedziałem, że dla mnie to żaden kłopot, pozwalam na to, na co ona pozwolić nie mogła: niech Zumra przychodzi po wodę do mojego źródła. Róże na tym nie ucierpią, a mnie korona z głowy nie spadnie, jeśli codziennie na pół godziny je zostawię.

W tym momencie historia szczęśliwie dobiegłaby końca, gdybym został tam, gdzie moje miejsce, i gdybym trzymał się tego, że obietnica złożona przez dwóch ludzi zachowuje ważność nawet po śmierci jednego z nich. A ja przyrzekłem Mensurowi, tak jak i on mi przyrzekł, że ani ja nigdy nie zobaczę Zumry, ani ona mnie. Mówią, że w Tešanju takiej piękności jak córka druciarza jeszcze nie było. Ale co jej po tym, skoro nosi znamię po matce, którą sparaliżowało, kiedy ją rodziła. To zniechęca kawalerów, mimo że w Koranie nic o tym nie ma; młodzieńców jednak Księga obchodzi mniej niż zeszłoroczny śnieg. Skoro matkę przykuło do łóżka, gdy wydawała na świat córkę, strach pomyśleć, co może stać się z tym, kto ją pocałuje. To wszystko i tak nie było ważne wobec obietnicy, którą z Mensurem Abazą wzajemnie sobie złożyliśmy. On wiedział, że nie chcę cierpieć z powodu piękna Zumry, a ja wiedziałem, że on woli, aby Zumra swojego nieszczęścia nie mierzyła z moim.

Dlatego nigdy się nie widzieliśmy. I tak by zostało, gdyby nie róże.

Pierwszy raz, gdy miała przyjść po wodę, nie dawało mi spokoju, co o nich powie i czy którąś powącha. Wyobrażałem sobie, jak chodzi od jednej do drugiej, kładzie na dłoni i zachwyca się zapachem każdej z dwustu róż po kolei. Do ogrodu jednak nie zajrzałem. Tamtej nocy przyśniła mi się Zumra wśród moich kwiatów. Widziałem ją wyraźnie. Była piękna, jak opowiadano, tańczyła między różami z dżugumem[2] na głowie tak długo, aż dżugum nie zmienił się w… Zresztą po co o tym mówić, przecież jeśli człowiek, choćby sam do siebie, zaczyna gadać o własnych snach, od razu naraża się na śmieszność. Kiedy śnimy, świat nie jest taki jak w rzeczywistości, i z tym można sobie jeszcze jakoś poradzić. Gorzej, gdy we śnie Mustafa przestaje być Dziwotworem.

Następnego ranka czekałem, aż Zumra przyjdzie do ogrodu. Widziałem ją, jak przed lustrem wiąże sobie chustę, jak zakłada drewniaki, zachodzi do pokoju matki i mówi, że niedługo wróci. Widziałem ją, choć nie widziałem niczego. I byłoby lepiej, gdyby tak zostało. Siedziałem na kanapie, nogi podwinąłem pod siebie, Księgę położyłem na kolana, umościłem się jak najwygodniej, żeby nie chciało mi się wstawać. Siedziałem i za każdym razem, kiedy poczułem pragnienie, wołałem mamę, żeby przyniosła mi wody. Ale kiedy, od prawej do lewej wodząc palcem po Jego słowach, zobaczyłem wchodzącą do ogrodu Zumrę, z trzaskiem zamknąłem Księgę grubą jak kowalski miech, zeskoczyłem z kanapy i podbiegłem do okna.

Jeśli oko jest morzem, uroniłem z niego tylko kropelkę, żeby zerknąć. Ale nawet tyle okazało się za dużo. Zumra sunęła między różami, ich główki chyliły się do niej, ale ona nie musnęła żadnej z nich. Uciekała im w tym samym tempie, co wiatr poruszał kwiatami. Najkrótszym ruchem, z największą zwinnością. Żeby tylko nie zranić płatków. Czy robiła tak ze względu na ich piękno, czy po to, żebym nie zabronił jej przychodzić do mojego źródła – tego nie dowiem się nigdy. Wolałbym to drugie. Mniej bym się teraz bał.

Mam