Dom z lodu - Marcel Moss - ebook + audiobook + książka
NOWOŚĆ

Dom z lodu ebook i audiobook

Marcel Moss

3,3

Ten tytuł dostępny jest jako synchrobook® (połączenie ebooka i audiobooka). Dzięki temu możesz naprzemiennie czytać i słuchać, kontynuując wciągającą lekturę niezależnie od okoliczności!

83 osoby interesują się tą książką

Opis

PRZY WIGILIJNYM STOLE WCIĄŻ CZEKA NA NIĄ PUSTE MIEJSCE.
Wigilia 1996 roku. W zasypanej śniegiem Chłopskiej Woli Tadeusz Boryna odwiedza sąsiadów, Rogańskich. W kuchni zastaje dwoje dzieci czekających na powrót matki. Anna wyszła kilka godzin wcześniej i obiecała, że niedługo wróci. Kiedy zaniepokojony Tadeusz zagląda do sypialni, znajduje zakrwawione ciało jej męża. Po Annie ślad ginie.
Rok 2026. W trzydziestą rocznicę tragedii Wojciech Rogański zaprasza na Boże Narodzenie siostrę z rodziną. Janka nie chce wracać do bolesnej przeszłości. On nigdy nie przestał wierzyć, że matka żyje. Świąteczne spotkanie przybiera nieoczekiwany obrót, gdy odwiedza ich Kazik Boryna. Jego ojciec zmarł przed tygodniem, ale tuż przed śmiercią wyznał mu coś, co rzuca nowe światło na zniknięcie Anny. Wojtek postanawia odkryć, co naprawdę wydarzyło się tamtej Wigilii. Z każdym kolejnym krokiem coraz trudniej mu zaufać ludziom, wśród których dorastał. Ktoś przez trzydzieści lat pilnował, by tajemnica jego matki pozostała pogrzebana. I zrobi wszystko, by Wojtek nigdy jej nie poznał. 

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
lub macOS

Liczba stron: 288

Rok wydania: 2026

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Czas: 7 godz. 14 min

Rok wydania: 2026

Lektor: Kosior FilipFilip Kosior

Oceny
3,3 (4 oceny)
2
0
0
1
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
Luta11

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo dobrze napisana powieść w której wątek sensacyjny jest połączony z wątkiem psychologicznym ciągle aktualnej ludzkiej znieczulicy na krzywdę innych.
10
margaret12

Nie oderwiesz się od lektury

Bardzo ciekawa ,wciągająca książka,choć temat trudny i smutny.Szybko sie czyta
00
Ida22

Nie polecam

Niestety nie dałam rady żeby nie śmiać się z tego,co to w ogóle jest👹🦍
00
KlaudiaRogowicz

Z braku laku…

Ciężko było mi przez nią przejść.
00


Kolekcje



Copyright © by Marcel Moss, 2026

Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy.

Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.

Wydanie I, Poznań 2026

Projekt okładki: Kuba Magierowski

Okładka zawiera elementy wygenerowane przy użyciu AI

Redakcja: Anna Jeziorska

Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski

Skład i łamanie: Dariusz Nowacki

PR & marketing: Anna Apanas

ISBN: 978-83-8441-874-1

Grupa Wydawnicza Filia Sp. z o.o.

ul. Kleeberga 2

61-615 Poznań

wydawnictwofilia.pl

[email protected]

Seria: FILIA Mroczna Strona

mrocznastrona.pl

Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.

PROLOG

WIGILIA, ROK 1996

Tadeusz Boryna od trzech lat zaczynał dzień w ten sam sposób: budził się przed pianiem koguta i dłuższą chwilę leżał z zamkniętymi oczami, wyobrażając sobie, że obok spała jego żona Lucyna. Niczego nie pragnął bardziej, niż usłyszeć jej cichy, spokojny oddech. On jednak nie wybrzmiewał.

Gdy wreszcie Tadeusz zmuszał się do wstania z łóżka, wkładał kapcie, podchodził do komody stojącej przy ścianie i brał do ręki oprawioną w ramkę fotografię. Przedstawiała ona roześmianą od ucha do ucha Lucynę, która miała na sobie białą sukienkę z kwiecistymi nadrukami. Tadeusz podarował ją jej wiele lat temu na urodziny. Nie znał się na modzie, ale gdy dostrzegł ją przypadkiem na bazarze w Stalowej Woli, nie mógł się oprzeć wrażeniu, że Lucyna będzie w niej pięknie wyglądać. I wyglądała – zresztą we wszystkim, co nosiła.

Za nią, w tle, było widać fragment ich podwórka i jabłoń, której gałęzie każdego lata uginały się od owoców. Od śmierci Lucyny nie było dnia, by Tadeusz nie myślał o ścięciu tego drzewa. Za bardzo kojarzyło mu się z ich romantycznymi piknikami w cieniu. Jego żona kochała tę jabłonkę i nazywała ją milczącym świadkiem rozwoju ich rodziny. Była tu, jeszcze zanim Tadek wybudował dla nich dom, i towarzyszyła im we wszystkich ważnych momentach.

Sam już nie wiedział, czy chciał się pozbyć tego drzewka z powodu bolesnych wspomnień, czy czuł wstyd, że musiało obserwować jego powolny upadek.

Przed wyjściem z sypialni całował fotografię w miejscu, gdzie znajdowała się twarz Lucyny. I za każdym razem kłuło go serce przez poczucie, że nie okazywał żonie wystarczająco dużo czułości, kiedy jeszcze żyła. Oddałby wszystko za możliwość pocałowania jej ten jeden ostatni raz. A jednak los uparcie odmawiał mu tej szansy.

Często stojąc już jedną nogą na korytarzu, zerkał przez ramię na łóżko, licząc, że może tym razem ujrzy w nim żonę, że może te ostatnie trzy lata były tylko złym snem, z którego zaraz się obudzi. Lucyna jednak odeszła. A wraz z nią miłość, która wypełniała ten pokój przez siedemnaście lat. Dawniej stanowił on ich centrum świata. Teraz był tylko czterema zimnymi ścianami i paroma starymi meblami pełnymi pamiątek, na które Tadeusz nie chciał patrzeć.

Przed śniadaniem zawsze szedł na obchód. Poranne powietrze stawiało go na nogi, zwłaszcza zimą. Zaciągał się nim jak inhalacją podczas przeziębienia. Mróz oczyszczał mu głowę i przypominał, że przed nim kolejny dzień, którego nie może spieprzyć. Musi wytrzymać – jeśli nie dla siebie, to dla synów i zwierząt, które trzeba było nakarmić. Zaczynał od kurnika, a potem udawał się do obory. Dolewał krowom wodę i dosypywał paszę. Zdarzało mu się też do nich mówić. Lucyna zażartowała kiedyś, że częściej gada ze zwierzętami niż z własną żoną czy sąsiadami.

– Zwierzęta przynajmniej nie patrzą na człowieka jak na wroga – mruknął. – I nie przerywają mu, gdy mówi. No, najwyżej Czereśnia zamuczy w połowie gadania. Ale to się nie liczy.

W drodze powrotnej obejmował wzrokiem dom, który sam postawił. Dzielił go z dwoma synami: młodszym Kazikiem oraz starszym Mariuszem. O ile Kazik był spokojnym chłopcem, który nigdy nie sprawiał problemów, o tyle Mariusz swoim zachowaniem przypominał rozjuszonego byka – nie potrafił usiedzieć w miejscu i wszystko go irytowało.

– Odpuść mu. Zaczyna dojrzewać i buzują w nim hormony – mówiła do męża Lucyna, która miała do synów zdecydowanie więcej cierpliwości.

– Nie ma takiej opcji. Jeśli teraz mu odpuszczę, to jutro wejdzie mi na głowę. Raz, drugi, trzeci… a potem już będzie myślał, że wszystko mu wolno. I wtedy dopiero będzie nieszczęście.

– Zbyt surowo go oceniasz – rzekła Lucyna, gładząc męża po spiętych ramionach. – Mariusz to wykapany ty. A skoro ty wyrosłeś na całkiem znośnego chłopa, on też się taki stanie.

– „Znośnego”? – prychnął. – To ja haruję od świtu do nocy, kręgosłup se nadwyrężam, żeby niczego wam nie brakowało, a ty mówisz, że ja tylko znośny?!

Dawniej zachowanie Mariusza potrafiło wyprowadzić go z równowagi. Teraz skrycie tęsknił za tamtym narwanym, ale w gruncie rzeczy miłym chłopcem. Śmierć matki zmieniła go bowiem nie do poznania – stał się zimny i wycofany, a do tego coraz częściej nieobecny w domu. Z każdym kolejnym miesiącem zamykał się w swoim świecie, jakby celowo budował wokół siebie niewidzialny mur. Tadeusz nie rozumiał, dlaczego syn odsuwał się też od niego i Kazika. Wszak byli jego najbliższą rodziną. Nie miał jednak ani siły, ani odwagi, by z nim o tym porozmawiać. Przybrał więc rolę milczącej jabłoni i patrzył biernie na rozpad rodzinnych więzi.

Lucyna nigdy by mu nie wybaczyła, że do tego dopuścił. Ale jej już nie było. Odeszła, zostawiając w domu trzy złamane serca.

Przez pierwszy rok po pogrzebie żony Tadeusz pilnował wspólnych posiłków, zwłaszcza śniadań. Nie tolerował żadnych wymówek – gdy wołał synów, ci mieli natychmiast zjawić się w kuchni. Robił to, bo nie cierpiał ciszy, która za życia Lucyny była czymś nie do pomyślenia. Jego żona wszystkiego doglądała i pilnowała, by rodzina spędzała ze sobą jak najwięcej czasu, szczególnie rano.

– Śniadanie to najważniejszy posiłek. A jedzenie go z bliskimi poprawia humor na resztę dnia – twierdziła.

Tadeusz wierzył, że podtrzymując ten zwyczaj, pomoże sobie i synom przetrwać żałobę. Z czasem jednak chłopcy przychodzili do kuchni coraz rzadziej, a on z mniejszym zapałem zabiegał o ich obecność. Kazik jeszcze czasem siadał z nim przy stole, ale nawet on nie kwapił się do rozmowy. Osiemnastoletni Mariusz już nawet nie próbował – trzymał się na uboczu, jakby nie chciał już być częścią tego domu, gospodarstwa… rodziny. Jakby wszystko tutaj miało dla niego zapach rozpaczy. Już nawet nie pomagał ojcu w codziennych obowiązkach. Najpierw przestał chodzić do obory, tłumacząc się nauką.

– A od kiedy tak ci zależy na ocenach? – wytknął mu któregoś razu ojciec, ale nie pociągnął tematu, widząc wymalowaną na twarzy syna irytację.

Czuł, że jeden zły krok mógłby rozsierdzić Mariusza do tego stopnia, że jeszcze ucieknie z domu. Odpuścił mu więc, co chłopak skrzętnie wykorzystał, odmawiając zeszłej zimy rąbania drewna na opał i odśnieżania podwórka.

Wiosną zaczął znikać na całe dnie. Wracał po zmroku i bez słowa wyjaśnienia zamykał się w swoim pokoju. Tadeusz zresztą nie pytał, gdzie był. Nie okazywał też złości, bo to tylko pogorszyłoby sytuację. Wiedział, że powinni odbyć szczerą rozmowę – nie tylko o tęsknocie za Lucyną, ale i przyszłości ich rodziny. Nie miał jednak siły się z tym zmierzyć. To go przytłaczało i niewiele już brakowało, by w końcu pękł i rozkleił się przy chłopcach. Pozwalał więc na to, by wszyscy się od siebie oddalali.

– Nawet przyjemnie tak samemu jeść, w ciszy i spokoju – mruknął jakiś czas temu pod nosem, wpatrując się w fotografię żony i czekając, aż wzburzona wtargnie do pokoju i rozkaże mu wziąć się w garść.

Drzwi jednak nawet nie zaskrzypiały.

*

Tego dnia wszystko było inaczej.

Wigilijny poranek 1996 roku przywitał go potwornym bólem całego ciała. Tadeusz obudził się z powiekami ciężkimi niczym wór cementu. Głowa pulsowała mu w rytmie, który przypominał młot uderzający o kowadło, w brzuchu zaś czuł ścisk, jakby połknął kamień, który napierał na ściany żołądka.

Leżał nieruchomo, próbując przypomnieć sobie ostatnie godziny. Wreszcie uniósł się na łokciach, krzywiąc się z bólu promieniującego od czoła na całą głowę. Dopiero gdy usiadł, zobaczył, że jego koszula i ręce były ubrudzone błotem i wymiocinami.

– Chryste – mruknął i zmusił się do wstania, co nie było łatwe, gdyż nogi miał jak z waty.

Normalnie podszedłby do komody i ucałowałby zdjęcie Lucyny. Tym razem jednak zatrzymał się w połowie drogi, bo poczuł, że robi mu się niedobrze. Ściana zawirowała przed oczami. Wycofał się więc i opadł na brzeg łóżka, starając się oddychać miarowo i powoli. A gdy zawroty głowy osłabły, wstał i zbliżył się do fotografii. Lucyna uśmiechała się spokojnie i ciepło, zupełnie nieświadoma tego, że on rozpadał się na maleńkie, niemożliwe do poskładania kawałki.

– Nie wiem już, co robić. Jak mam im pomóc? – wyszeptał łamiącym się głosem, próbując pohamować płacz.

Następnie pocałował zdjęcie, ale bez czułości. Raczej mechanicznie. W głowie kłębiło mu się zbyt wiele ponurych myśli. Musiał się od nich jak najszybciej uwolnić, zanim wciągną go w ponurą otchłań, z której już nigdy się nie wydostanie.

Z jednej strony wiedział, że musi żyć dla synów, ale z drugiej zastanawiał się, jakby to było, gdyby zniknął i przestał odczuwać ten nieustający, nieznośny ból. Zwłaszcza teraz, gdy nadchodziły trzecie święta bez Lucyny. Trzecie. W teorii powinien się już oswoić z jej odejściem. Ale nie potrafił. Z każdym kolejnym rokiem było gorzej, bo pamięć o niej zamiast blednąć, tylko się umacniała. A do tego dochodziły inne problemy. Wszystko było nie tak.

Zanim wyszedł z pokoju, powiódł wzrokiem ku dolnej szufladzie w komodzie i pomyślał o leżącej w niej butelce wódki. Ostatniej, której jeszcze nie opróżnił. Wspomagał się alkoholem od czasu do czasu, gdy smutek stawał się nie do zniesienia. Nie przesadzał jednak z piciem. Przynajmniej tak sobie wmawiał. Pamiętał, co jego świętej pamięci ojciec wyczyniał po alkoholu. Pamiętał krzyki i wyzwiska, a także rękę zaciśniętą w pięść i to obce, obłąkane spojrzenie. Gdy Tadeusz dorósł, przysiągł sobie, że nigdy nie będzie taki dla swoich dzieci. A teraz coraz częściej łapał się na tym, że zaczynał rozumieć, dlaczego ktoś pije. Wystarczyło kilka większych łyków i stawał się spokojniejszy. Lucyna na chwilę odchodziła, a wraz z nią wyżerający od środka ból.

Jednak minionej nocy nawet cała wlana w siebie butelka nie była w stanie go zagłuszyć. Boryna tracił resztki sił do walki i naprawdę niewiele brakowało, by się poddał.

Ale najpierw obchód.

Mimo bólu zmusił się do wyjścia na podwórko. Zupełnie jakby podświadomość nakazywała mu dać ponieść się rutynie. To ona trzymała go w ryzach. Bez niej wszystko runie.

– Zamknijcie się wreszcie! – warknął na gdakające kury, które ochoczo podbiegły do niego, gdy wysypał na ziemię ziarna.

Następnie udał się do krów, które patrzyły na niego spokojnie, jakby nie obchodziło ich, że jest Wigilia. No bo co to za Wigilia, gdy w domu nie ma nawet choinki, a w lodówce znajdują się jedynie słoik smalcu i resztki masła?

Kiedy wrócił, ukroił sobie dwie cienkie kromki czerstwego chleba i usiadł przy stole. Nie spodziewał się towarzystwa. Tym większe było jego zaskoczenie, gdy parę minut później dołączył do niego Kazik. Młodszy syn nie miał w sobie jeszcze tego chłodu Mariusza. W jego oczach wciąż było coś dziecięcego, choć też już podszytego dystansem. Jadł powoli i cicho, jakby się bał, że jeśli będzie mlaskał, ojciec na niego nakrzyczy.

– Mariusz wciąż śpi? – spytał Tadeusz, próbując brzmieć normalnie.

Kazik pokręcił głową.

– Nie ma go w łóżku.

– Hm… Pewnie gdzieś poszedł. Ciągle wymyka się bez słowa.

W kuchni zapadła cisza. Tadeusz przełknął kawałek chleba, ale w ustach czuł tylko suchość i kwaśny posmak.

Kazik zerknął na niego nieśmiało.

– Tato… wszystko w porządku?

Tadeusz uniósł wzrok.

– A dlaczego miałoby nie być?

– Bo… – Chłopiec spuścił wzrok. – Bo w nocy słyszałem krzyki. I… – zaciął się. – I strasznie śmierdzisz. A do tego masz… – Wskazał niepewnie na własny policzek. – Biłeś się z kimś?

Boryna poczuł, jak coś w nim drgnęło. Wstyd? Złość? Nie wiedział.

– Co ty wygadujesz? – mruknął, unikając wzroku syna.

Kazik przez chwilę milczał, aż w końcu zebrał się na odwagę i wypalił:

– Czy ty… znowu pijesz?

To pytanie zabrzmiało jak policzek. Tadeusz wyprostował się na krześle i posłał synowi spojrzenie tak surowe, że ten momentalnie się skulił.

– Jak to znowu?! – oburzył się. – Myślisz, że ja jestem…?

Nie dokończył, bo sam nie wiedział, kim według Kazika był. Ani kim się stawał. Wziął głęboki wdech. Poczuł przy tym, że tępe łupanie pod czaszką znów się nasila.

– Trochę przesadziłem – przyznał w końcu tonem, który miał rozładować napięcie. – Święta idą. A ty wiesz, jak ważne były dla twojej matki.

Kazik skinął głową, ale nie wyglądał na uspokojonego.

– Może… pójdziemy po choinkę? – spytał po chwili z jeszcze większą niepewnością w głosie.

Zwykle udawali się do lasu na tydzień przed świętami. Jednak w tym roku Tadeusz nie miał do tego głowy. Nawet nie przyniósł z piwnicy wiadra, w którym zawsze stała choinka.

Nie chciał kultywować tej cholernej tradycji, którą jego żona tak uwielbiała. Okazała choinka, własnoręcznie zrobione ozdoby, a do tego starannie uprasowany obrus i dwanaście przepysznych potraw na stole. Święta w domu Borynów zawsze były idealne. I co im z tego przyszło?

– Jak chcesz, to ubierz jakieś drzewko na podwórku – burknął. – W domu nie będzie choinki.

Kazik zastygł. W jego oczach na moment pojawiło się coś, co jego ojciec znał aż za dobrze: zawód, którego chłopiec nie mógł wyrazić słowami, więc zamienił go w cichą rezygnację.

Tadeusz odszedł od stołu i stanął przy oknie. Wpatrując się w ośnieżone pole, wspominał ostatnią Wigilię z Lucyną. Mimo iż była już ciężko chora i rzadko wstawała z łóżka, znalazła w sobie siły, by spędzić kilka godzin przy piecu i przyrządzić większość tradycyjnych potraw. Tadeusz proponował jej pomoc, ale ona się uparła, że wszystko zrobi sama. Zupełnie jakby czuła, że to jej ostatnie święta i musi dać z siebie więcej niż kiedykolwiek.

– Boże – jęknął cicho, rozglądając się po zaniedbanej kuchni.

Lucyna nawet u schyłku życia starała się uszczęśliwić bliskich. Tymczasem on nie potrafił przynieść z lasu głupiego drzewka.

Nagle poczuł, że tak być nie może. Że jeśli już wszystko inne w tym domu się sypie, to nie może zabrać Kazikowi tej jednej rzeczy, która jeszcze przypominała mu o tym, że kiedyś byli szczęśliwą, kochającą się rodziną.

– Dobra – powiedział szorstko. – Pójdziemy po choinkę. Tylko teraz porządnie się najedz. Zrobię ci jeszcze jedną kromkę.

Kazik podniósł na niego wzrok, jakby nie wierzył w to, co słyszał.

– Będziemy mieli choinkę? – spytał, delikatnie się uśmiechając.

– Tak – odparł Tadeusz, z trudem panując nad drżeniem głosu.

Chłopiec zawahał się, po czym dodał:

– Ale najpierw znajdźmy Mariusza.

– Mariusz jest duży. – Wzruszył ramionami, udając obojętność. – Zna drogę do domu. Wróci, kiedy zechce.

Kazik spojrzał na ojca, a potem odchrząknął, jakby miał jeszcze jedno pytanie, ale bał się je zadać.

– Tato… – przemówił w końcu. – Idź się umyć, dobra? Gdyby mama cię teraz powąchała… – Natychmiast urwał i zawstydzony spuścił wzrok.

Mimo upływu czasu wciąż zdarzało mu się mówić o matce tak, jakby wyszła tylko na godzinkę i wkrótce miała wrócić.

Tadeusz zacisnął szczękę. Chciał warknąć na chłopca, oburzyć się za wspomnienie o matce, ale uznał, że między nimi krąży już zbyt wiele negatywnych emocji, więc tylko westchnął ciężko i rzekł:

– Skoro tak mówisz…

W drodze po choinkę wstąpili do sklepu i kupili kilka najtańszych produktów na skromną kolację.

*

Tadeusz siedział przy stole jeszcze długo po wieczerzy. Głowa wciąż go pobolewała, a każdy ruch powodował nieprzyjemne ciągnięcie w karku. Zmęczony mężczyzna oparł łokcie o blat i przymknął oczy, licząc, że choć na chwilę uda mu się odpłynąć, jednak zaprzątało go zbyt wiele myśli, z których na prowadzenie wysuwała się jedna: „Niech ten dzień wreszcie się skończy”.

Przed nim stała krzywa, oszczędnie ubrana choinka. Wisiało na niej kilka starych bombek i papierowa gwiazda, którą Kazik wyciął po południu z kartki wyrwanej z zeszytu. Drzewko nie pachniało tak intensywnie jak te, które Lucyna zawsze wybierała w lesie. Tamte były gęste i równe. Potrafiła pół godziny chodzić między młodymi świerkami, zanim zdecydowała, który zabiorą do domu.

Wpatrywał się w choinkę i próbował sobie wyobrazić, co jego żona by powiedziała, gdyby teraz weszła do salonu. Pewnie spojrzałaby na niego tym swoim wymownym wzrokiem i zaczęłaby poprawiać dekoracje. Z pewnością dołożyłaby coś jeszcze. Nigdy nie szczędziła ozdób. Problem w tym, że po jej śmierci rozżalony Tadeusz wyrzucił pudło z bombkami i łańcuchami, które sama zrobiła. Pod wpływem alkoholu pozbył się części pamiątek po Lucynie, które potęgowały w nim rozpacz. Chłopcy długo nie mogli się po tym pozbierać. I pewnie do dziś mu nie wybaczyli.

Jednego mógł być pewien: Lucynie nie spodobałaby się taka Wigilia. Wiedział o tym. W domu było zbyt ponuro, a do tego brakowało tej krzątaniny, którą zawsze uważała za istotę świąt. Ale z drugiej strony… mogło być gorzej. Przynajmniej tym razem nie urżnął się w trupa. Pierwsze święta bez Lucyny pamiętał tylko we fragmentach, ale wstyd związany z tamtym wieczorem – aż za dobrze. Najgorsze było to, że pozwolił, by chłopcy widzieli go w takim stanie. Obiecał sobie wtedy, że więcej do tego nie dopuści.

Dzisiaj kolacja minęła szybko i bez większych napięć. Kazik, odkąd w domu pojawiła się choinka, wyraźnie się ożywił. Kilka razy się uśmiechnął, a przed pójściem do swojego pokoju zaproponował, by jutro wybrali się we trójkę na sanki. Mariusz przez cały czas milczał. Siedział zgarbiony i jadł powoli, bez apetytu. Ani razu nie spojrzał na ojca. Na koniec zapytał tylko, czy może już iść do siebie. Tadeusz skinął głową, nie próbując go zatrzymać.

Kazik posiedział jeszcze chwilę, po czym pomógł ojcu sprzątnąć naczynia ze stołu. Tadeusz uwinąłby się sam w trzy minuty, bo nie było specjalnie czego zbierać, ale uznał, że skoro syn chce z nim spędzić jeszcze trochę czasu, to nie będzie się sprzeciwiać.

Zanim Kazik zniknął za drzwiami, odwrócił się i spojrzał na choinkę, jakby chciał się upewnić, że drzewko wciąż tam jest.

Tadeusz przeszedł do kuchni i wyjął z szafki czystą szklankę. Najchętniej nalałby sobie po brzegi wódki, wypiłby duszkiem, a potem poszedłby prosto do łóżka. To były długie, wyczerpujące dwadzieścia cztery godziny. Wiedział jednak, że zeszłej nocy wyczerpał limit alkoholu do wypicia na kilka następnych miesięcy. Poza tym miał jeszcze w planie wizytę u sąsiadów – Anny i Szczepana Rogańskich.

– Idź w pieruny – rzucił surowym tonem do szklanki, nim odstawił ją na miejsce.

Podszedł do okna i obserwował szalejącą na zewnątrz zamieć. Wiatr świszczał coraz głośniej, uderzając w dom z taką siłą, jakby chciał go przewrócić. To nie był dobry moment na wychodzenie gdziekolwiek, ale Tadeusz co roku w święta odwiedzał Rogańskich i czuł, że musi podtrzymać tę tradycję. W jego życiu zaszło już zbyt wiele zmian, które tylko potęgowały chaos.

*

Zamieć była gorsza, niż się spodziewał. Śnieg sypał gęsto, a wiatr wciskał się mu pod kołnierz płaszcza, momentalnie wywołując dreszcze. Tadeusz naciągnął czapkę głębiej na czoło i ruszył przed siebie, stawiając ostrożnie kroki na oblodzonej drodze.

Zwykle udawał się do Rogańskich po Wigilii spędzonej u siebie. Anna i Szczepan zaczynali bowiem kolację później i spędzali więcej czasu przy stole. Tadeusz do pewnego momentu wznosił z nimi toast i wypijał kieliszek wódki ze Szczepanem. Z czasem jednak zauważył, że ten potrzebował coraz więcej alkoholu. A gdy parę lat wcześniej po pijaku stracił panowanie i omal nie pobił żony na jego oczach, Tadek przestał z nim pić. Nie chciał patrzeć, jak Rogański coraz bardziej się stacza, dlatego zabierał mu kieliszek sprzed nosa. Domyślał się jednak, że jeden wieczór trzeźwości nie rozwiąże problemu Szczepana. A zwłaszcza Anny i dzieci, którzy musieli znosić jego alkoholizm.

Ona nigdy nie przyznawała się publicznie do problemów męża. Pilnowała, by w oczach mieszkańców wsi ich małżeństwo uchodziło za zgodne i bezproblemowe. Nawet jeśli ludzie szeptali między sobą, Anna przybierała pewną siebie pozę i szeroki uśmiech. Tadeusz znał jednak prawdę. Widział zbyt wiele, by dać się zwieść pozorom.

Śnieg skrzypiał mu pod butami, a wiatr utrudniał oddychanie. W końcu dotarł do domu Rogańskich i zapukał do drzwi. Kiedy nikt mu nie otworzył, uderzył ponownie. Wiedział, że byli w środku, bo w oknach paliło się światło.

– Halo? To ja, Tadek! – zawołał i znowu zapukał. Następnie odczekał chwilę, a gdy nadal nikt nie zareagował, podszedł do okna kuchennego i zajrzał do środka.

Przy stole siedziały dzieci Rogańskich – szesnastoletnia Janka i dziewięcioletni Wojtek. Oboje wyprostowani, wręcz usztywnieni, z minami niezdradzającymi żadnych emocji.

– Dzieciaki! – krzyknął, pukając w okno. – Wpuścicie mnie czy pozwolicie mi zamarznąć?

Wreszcie Janka zwróciła ku niemu twarz i odeszła od stołu. Tadeusz podbiegł do drzwi i zaczekał, aż dziewczynka mu otworzy.

– No, nareszcie! – rzekł po przekroczeniu progu, w pośpiechu zdejmując płaszcz. – Gdzie rodzice? – spytał, ale dziewczynka mu nie odpowiedziała. Zamiast tego wróciła w milczeniu do kuchni.

Lekko zdezorientowany pomaszerował za nią i przywitał się z siedzącym przy stole Wojtkiem.

– Dzień dobry – powiedział cicho podejrzanie spokojny chłopiec.

Tadek rozejrzał się po pomieszczeniu. Na pierwszy rzut oka wszystko było na swoim miejscu. Zaniepokoiła go jednak pustka na stole. Żadnych talerzy czy miski makaronu z makiem, który zawsze tak bardzo mu smakował. Zupełnie jakby jeszcze nie zaczęli kolacji. A może w ogóle nie mieli jej w planach?

– Co tu tak pusto? Gdzie rodzice?

– Mama wyszła – odpowiedziała Janka.

– Wyszła? W taką zawieruchę?

– Wtedy jeszcze tak nie wiało – wyjaśniła.

Tadeusz pomyślał, że musiała wyjść sporo wcześniej, zanim zamieć na dobre się rozpętała.

– A dokąd poszła?

Janka wzruszyła ramionami.

– Powiedziała tylko, że niedługo wróci.

– Ładne mi to „niedługo” – mruknął mężczyzna. – A ojciec? – spytał po chwili.

Dzieci niemal podskoczyły na krzesłach, zupełnie jakby samo wspomnienie o Szczepanie wystarczyło, by obudzić w nich paniczny lęk.

– On… jest u siebie. Pewnie śpi – powiedziała lekko drżącym głosem Janka.

– Jak to: „pewnie”? Kiedy ostatnio do niego zaglądałaś?

– Nie wiem… parę godzin temu. Mama zabrania tam wchodzić, gdy on…

– Gdy on co? Jest nachlany?

Janka w odpowiedzi spuściła głowę.

– No pięknie… Żeby nawet w Wigilię… Już ja mu przemówię do tego zakutego łba.

Tadeusz wyszedł z kuchni i udał się prosto do sypialni Anny i Szczepana. Zanim wszedł do środka, przyłożył ucho do drzwi i przez pół minuty nasłuchiwał, lecz w pomieszczeniu panowała cisza. W końcu nacisnął klamkę i ostrożnie popchnął drewniane skrzydło. Niemal od razu uderzył go ciężki, duszący smród alkoholu.

– Do jasnej cholery, Szczepan – warknął, krocząc powoli ku skrytemu pod grubą kołdrą mężczyźnie. – Wstawaj, chłopie! Wigilia jest. Dzieciaki czekają w kuchni.

Szarpnął kołdrę i zamarł na widok splamionego krwią, nieruchomego mężczyzny, w którego otwartych oczach nie było życia.

– Szcze… Szczepan – zdołał wydusić, po czym gwałtownie się cofnął i wpadł na krzesło.

Zanim wyszedł z sypialni, zatopił wzrok w rozciętej w kilku miejscach koszuli. Nie ulegało wątpliwości, że Rogańskiemu zadano wiele śmiertelnych ciosów jakimś ostrym przedmiotem.

– Boże… – westchnął wstrząśnięty i pomyślał o dzieciach.

Nie mógł pozwolić na to, by zobaczyły ojca w takim stanie, wybiegł więc z pokoju, zatrzasnął za sobą drzwi i wrócił do kuchni.

– Idźcie do swoich pokoi – rozkazał rodzeństwu, z trudem maskując emocje. – No, idźcie!

Janka ruszyła ku schodom, lecz Wojtek nie posłuchał. Przemknął obok Tadeusza i pobiegł do sypialni. Zdążył spojrzeć na łóżko, zanim Boryna chwycił go za ramiona i wyprowadził na korytarz.

Janka zaczekała na brata i razem ruszyli na piętro. Dopiero gdy zniknęli mu z oczu, Tadeusz wrócił do sypialni Rogańskich i przerażony oparł się o ścianę.

– Do kurwy nędzy, Szczepan – syknął, po czym pochylił się mocno do przodu, czując bolesny ucisk w żołądku.

Od dawna się domyślał, że w tym domu prędzej czy później wydarzy się coś złego. I teraz, patrząc na martwego kolegę, nienawidził się za to, że nie zrobił więcej, by im pomóc.

TRZYDZIEŚCI LAT PÓŹNIEJ

ROZDZIAŁ 1

Wigilia, rok 2026

Warsztat jest dziś zamknięty. Mimo to od rana grzęznę w papierach, bo przynajmniej mogę zająć myśli czymś innym niż nadchodzącymi świętami. Wczoraj Mirek i Jurek skończyli ostatnie auto; wręczyłem im premie i wypuściłem do domów. Dziś jestem tu sam.

Gaszę światło w hali i sprawdzam, czy drzwi są zamknięte. Następnie wracam do gabinetu, siadam przed laptopem i po raz ostatni zaglądam do skrzynki mailowej. Porządkuję też dokumenty na biurku. Mama zawsze truła ojcu, że jeśli człowiek wyjeżdża gdzieś na dłużej, to powinien po sobie ogarnąć.

– Bo gdyby coś ci się stało i już byś nie wrócił, to wstyd na pół wsi. Ludzie by weszli i zobaczyliby ten bajzel.

– Jeśli przyszłoby mi wykitować na wyjeździe, to byłoby mi wszystko jedno – odburknął któregoś razu ojciec.

*

Jadę do baru mlecznego, gdzie parę dni temu zamówiłem kilka potraw. Regularnie korzystam z usług tego lokalu – nie tylko w święta, ale również na co dzień, w przerwach od pracy. Nie to, że nie umiem gotować, ale jaki jest sens robić to tylko dla siebie? Zwłaszcza w święta, które w ostatnich latach niemal zawsze spędzam samotnie.

W drzwiach mijam się z mieszkańcem mojej wsi, Michałem Karasińskim.

– O, proszę. Chyba obaj wpadliśmy na ten sam pomysł – mówię, przenosząc wzrok na dźwiganą przez niego siatę pełną produktów.

– Na to wygląda. Sorry, muszę wracać do domu. Żona się niepokoi.

– Jasne. Wesołych świąt, Michał.

– Wesołych! – Żegna się ze mną uniesioną ręką.

Wchodzę do środka i witam się ze stojącą za ladą właścicielką, panią Heleną. Włosy ma spięte w kok, a fartuch jak zawsze nieskazitelnie czysty.

– Dobry, panie Wojtku. Wszystko już zapakowane.

Schyla się po dwie duże torby, w których znajdują się tradycyjne potrawy wigilijne: barszcz, uszka, pierogi z kapustą i grzybami, a także karp. Zamówiłem nawet słoik kutii. Tylko jeden, bo Janka nigdy za nią nie przepadała, a Andrzej… szczerze mówiąc, nie obchodzi mnie, co mój szwagier lubi, a czego nie.

– Tu ma pan jeszcze kompot z suszu – mówi pani Helena, podając mi trzecią, mniejszą torbę. – Tylko proszę uważać, bo jak się przechyli, to może trochę wyciec. Nie jestem pewna, czy wystarczająco mocno dokręciłam wieko.

– Sprawdzę w samochodzie – zapewniam, po czym wręczam jej kilka banknotów. – Reszty nie trzeba.

– Ale panie Wojtku…

– Wesołych świąt, pani Helenko – wypowiadam te słowa w tak ponury sposób, że od razu wzbudzam jej podejrzenia.

Patrzy na mnie uważniej, jakby chciała zapytać, czy wszystko w porządku. Na szczęście tego nie robi. W przeciwnym razie musiałbym ją okłamać.

Torby ciążą mi, kiedy niosę je do auta. Układam wszystko ostrożnie na tylnym siedzeniu i sprawdzam słoik z kompotem. Nie wyleje się.

Odpalam silnik i ruszam w stronę Chłopskiej Woli. Droga jest niemal pusta, tylko od czasu do czasu mija mnie jakiś samochód, którego kierowca też pewnie spieszy się do bliskich. Światła choinek migają w oknach domów, które znam od dziecka. Te same płoty i podwórka, tylko ludzie inni. Albo tacy sami, tyle że bardziej zmęczeni.

Im dalej jestem od Stalowej Woli, tym dotkliwiej czuję ciężar w klatce piersiowej. Najpierw delikatny, jakby ktoś położył mi dłoń na mostku. Potem mocniejszy, aż serce zaczyna bić nierównym rytmem. Palce same zaciskają się na kierownicy, a z tyłu głowy wybrzmiewa cichy głos, zabraniający mi wracać do domu. Miejsca, które jest dla mnie całym światem, a zarazem źródłem największego cierpienia.

Miejsca, którego nigdy nie potrafiłem opuścić.

– Spokojnie – mówię na głos. – To tylko jeden dzień. Wkrótce będzie po wszystkim.

Zjeżdżam na pobocze i zatrzymuję się, nie wyłączając silnika. Siedzę nieruchomo, próbując oddychać miarowo i myśleć o przyjemnych rzeczach. Powtarzam sobie, że wszystko się uda, że to tylko jedna wspólna kolacja, po której nasze drogi znowu się rozejdą i na długie miesiące zapomnimy o swoim istnieniu. Zresztą dlaczego z góry zakładam, że atmosfera przy stole będzie nieprzyjemna? Janka jest w szóstej ciąży i pewnie ledwo zipie. Raczej nie będzie chciała się kłócić.

Oficjalnie właśnie dlatego ich zaprosiłem – żeby odciążyć moją siostrę od świątecznych przygotowań. Andrzej nigdy w niczym jej nie pomaga. Prawdziwy powód jest jednak inny. Dziś mija równo trzydzieści lat od wydarzeń, które wszystko zmieniły.

Wydarzeń, które nawet dziś rzucają cień na moje życie.

Między mną a Janką nie zawsze było źle. Kiedyś mogliśmy siedzieć godzinami przy stole i śmiać się z tych samych rzeczy. Mimo trudnych przeżyć umieliśmy kurczowo trzymać się pozytywów. Były one dla nas jak koło ratunkowe, które nie pozwalało nam zatonąć. Nasza relacja zaczęła się psuć, gdy moja siostra wyszła za mąż za Andrzeja. Potem pojawiły się dzieci, jedno po drugim, aż w końcu jej życie zaczęło się kręcić wokół rodziny. I w sumie nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie to, że w całym tym zabieganiu zapomniała o sobie. Całkowicie poświęciła się bliskim, odsuwając na bok własne potrzeby.

Jestem przekonany, że Andrzej ją izoluje. Od ludzi. Ode mnie – przede wszystkim. Nigdy nie powiedział mi tego wprost, ale nie musiał. Wystarczy sposób, w jaki na mnie patrzy, jakby za każdym razem oceniał, czy nie powiedziałem Jance czegoś, czego nie powinienem. Mam wrażenie, że najchętniej zupełnie by mnie od niej odciął.

Może to przez to, że kiedyś spróbowałem się wtrącić. Powiedziałem Jance wprost, co myślę o jej mężu. Że nie podoba mi się, jak ją traktuje. Że powinna o siebie zawalczyć. Nie odpowiedziała od razu. Kilka godzin później dostałem od niej długiego SMS-a, w którym zarzucała mi mieszanie się w nie swoje sprawy i brak pojęcia o tym, jak wygląda jej życie. Czytając kolejne zdania, nie mogłem się oprzeć wrażeniu, że ktoś podyktował jej treść wiadomości.

Zresztą to nie ma już większego znaczenia. Od tamtej pory między nami zapadła cisza, która trwa od wielu lat i pęka tylko przy okazji rodzinnych wydarzeń – tych, na które głupio byłoby mnie nie zaprosić.

Serce powoli mi się uspokaja. Oddycham głębiej, czując, jak napięcie w klatce piersiowej odpuszcza. W końcu ruszam w dalszą drogę. Do domu mam już niedaleko.

Wkrótce skręcam na podwórko i gaszę silnik. Przez chwilę siedzę jeszcze w samochodzie, wsłuchując się w ciszę, którą za parę godzin wyprze krzyk dzieci Janki. W końcu wysiadam, zabierając ze sobą torby.

W środku wita mnie przyjemne ciepło. Pachnie choinką, którą przedwczoraj kupiłem u znajomego i którą przez cały wieczór ozdabiałem. Zostawiam torby na blacie i udaję się do salonu, gdzie czeka już na mnie nakryty wcześniej stół. Jedno miejsce zostaje puste.

Od trzydziestu lat czeka na mamę, która wciąż nie wraca.

Zdejmuję kurtkę i przez chwilę stoję bez ruchu, opierając się dłońmi o blat. Wszystko jest gotowe. Teraz już nie ma odwrotu. Za kilka godzin Janka po raz pierwszy od dawna przekroczy próg tego domu. Spojrzy na to puste miejsce i pewnie przewróci oczami. Wiem, że nie lubi o niej rozmawiać. Zachowuje się tak, jakby matka nigdy nie istniała. Ale ja tak nie potrafię.

To była moja mama. Kobieta, która cierpiała na moich oczach. A ja nie umiałem jej obronić.

Wiem, co Janka myśli. Oskarża ją o to, że nas porzuciła. Ale prawda jest taka, że to my porzuciliśmy ją pierwsi. Zamykaliśmy się w pokoju na górze i ignorowaliśmy okropieństwa, których dopuszczał się na niej ten cuchnący, wiecznie nachlany potwór.

Żyję z tym ciężarem od trzydziestu lat. I wciąż nie zelżał.

ROZDZIAŁ 2

Zanim przyjadą, krążę po domu jak inspektor. Zaglądam do kolejnych pomieszczeń i dopieszczam drobiazgi, które Janka mogłaby mi wytknąć. Dokładnie sprawdzam łazienkę, kuchnię i salon. Przecieram ponownie czysty blat, tak na wszelki wypadek. Poprawiam też krzesła przy stole, a nawet ustawiam talerze w równej linii, co do milimetra.

Nie chcę żadnych potknięć. Janka zawsze je wyłapuje. Ma do tego talent. Jedno krzywo odłożone naczynie czy kurz na półce wystarczą, żeby uniosła brew i rzuciła to swoje złośliwe: „Cały ty…”. Idealna kura domowa.

Niewiarygodne, że wybrała takie życie. A może w pewnym momencie do niej dotarło, że wpadła w pułapkę, z której nie ma już wyjścia, i jedyne, co jej pozostało, to odgrywanie tej roli?

Tak czy siak, mój dom dawno nie był tak wysprzątany. I dawno na stole nie stało tyle jedzenia. Już słyszę to rzucone mimochodem pytanie: „Sam to wszystko zrobiłeś?”, z grymasem zdziwienia, który zawsze mnie irytował. Jakby nigdy nie wierzyła, że jestem do czegokolwiek zdolny. Cóż, tym razem dam jej tę dziką satysfakcję. Niech wie, że to kupne jedzenie. Nie zamierzam kłamać. Mam dość stwarzania pozorów. Wystarczy, że mama całe życie je stwarzała. Dbała o to, żeby wszystko wyglądało idealnie – dom, małżeństwo, rodzina. Żeby ludzie nie gadali i by nikt się nie domyślał, jakie rzeczy działy się za zamkniętymi drzwiami.

I na co jej się to zdało?

Wkrótce wołam swojego jedynego towarzysza – kasztanowego labradora Borysa. Pies zjawia się natychmiast, czekając na świeże jedzonko. Idę z nim do kuchni i nasypuję mu karmy do miski.

– Smacznego, przyjacielu.

Przechodzę do salonu i siadam sam przy stole, centralnie naprzeciwko krzesła, które zawsze stoi puste. W tym roku też nikt na nim nie usiądzie. Przestałem się łudzić, że mama w końcu wróci.

Trzydzieści lat. Tyle minęło, odkąd wszystko się rozpadło. Po śmierci ojca i zniknięciu mamy trafiliśmy z Janką do dziadków. Paradoksalnie to był dobry czas. Bez krzyków i strachu. Bez napięcia wiszącego w powietrzu od rana do nocy. Dziadek dbał o to, by niczego nam nie brakowało, a babcia nie szczędziła czułości. To były dobre lata.

I kompletnie puste, jeśli chodzi o rozmowy o Wigilii dziewięćdziesiątego szóstego.

O mamie nie mówiło się wcale. Jakby nigdy nie istniała. Jakby była kimś, kogo lepiej wymazać ze wspomnień, bo burzy spokój, który z takim trudem udało się wypracować. Dziadkowie nie zadawali pytań, a my też szybko przestaliśmy. Wszystko zostało zamiecione pod dywan, przykryte codzienną rutyną. Dorastałem w przekonaniu, że są tematy, których nie powinno się poruszać, bo tak będzie wygodniej.

Najgorsze jest to, że po latach Janka zaczęła robić dokładnie to samo. Upchnęła bolesne wspomnienia w ciasnej szufladzie, którą następnie zamknęła na klucz. Przez ostatnie dziesięciolecia może tylko kilka razy rozmawialiśmy o mamie. Jakbyśmy zawarli cichą umowę, że nie będziemy wracać do czegoś, co i tak już się wydarzyło i czego nie zmienimy.

Dziś pewnie też nie wspomni o niej ani słowem, choć to trzydziesta rocznica. Musi o tym wiedzieć. Niemożliwe, żeby zapomniała. Takich rzeczy się nie zapomina. Można je tylko wypierać. Udawać, że nie mają znaczenia.

Patrzę na puste krzesło i czuję znajomy ucisk w żołądku. Przez chwilę mam ochotę wynieść je i schować nakrycie, zamknąć temat raz na zawsze. Ale tego nie robię.

Jeszcze nie.

*

Barszcz powoli się podgrzewa. Stoję przy kuchence i mieszam go co jakiś czas, odganiając kręcącego się pod nogami Borysa. Robię to raczej po to, żeby mieć zajęte ręce i nie myśleć o tym, co dzieje się w salonie. A dzieje się sporo.

Krzyki dzieci niosą się po całym domu. Śmiech, tupot małych stóp, pisk, który raz po raz przechodzi w płacz, a potem znów w śmiech. Moja siostra ma piątkę dzieci, z których najstarszy Adaś ma już czternaście lat. Choć pod względem zachowania niezbyt różni się od trzyletniego Patryka.

Gdy wychodziłem do kuchni, Andrzej próbował uspokoić Adasia, który dorwał się do choinki i agresywnie ciągnął za jedną z gałązek. Nie interweniowałem, bo wszystko mi jedno, czy przewróci drzewko, czy nie. W sumie mógłby to zrobić – przynajmniej Janka nie miałaby podstaw, by oskarżyć mnie o zrujnowanie Wigilii.

Mieszam barszcz, starając się oddychać spokojnie. Odkąd przyjechali, stresuję się jeszcze bardziej. Wcześniej przynajmniej mogłem udawać, że wciąż mam kontrolę nad sytuacją. Teraz wszystko toczy się samo, a mnie pozostaje wypatrywanie końca, gdy wreszcie będę mógł się zamknąć w swoim pokoju i runąć na łóżko.

Najgorsze, że zostają do jutra. Przede mną jeszcze prawie doba znoszenia zimnych spojrzeń Janki. Kiedy stanęła w progu, nawet się nie uśmiechnęła. Rzuciła jedynie suche: „Cześć”, a potem minęła mnie i omiotła wzrokiem salon, jakby sprawdzała, czy aby na pewno taka dama jak ona będzie się tu czuć komfortowo. Do tego fałszywy uśmieszek Andrzeja… Chryste, po co mi to było? Mogłem spędzić te święta sam, jak zawsze.

W tej chwili żałuję, że zaprosiłem ich do siebie i postanowiłem odegrać tę rodzinną szopkę, choć od lat doskonale wiem, że nie mamy już nic wspólnego poza więzami krwi i przeszłością, o której nikt nie chce mówić. Zrobiłem to jednak ze względu na Jankę. Bo wciąż – może naiwnie – wierzę, że głęboko w duchu ona mimo wszystko kocha mamę. I pamięta o niej. Przecież widziała to samo co ja. Widziała, ile mama wycierpiała przez ojca. Jak wiele znosiła. Jak przyjmowała na siebie jego agresję, próbując nas chronić. Wojowała z nim w samotności, dzień po dniu, aż w końcu zabrakło jej sił.

Nigdy nie pogodziłem się z tym, że jej nie obroniłem. I nie potrafię zrozumieć niechęci Janki do mamy. Tego, jak łatwo przyszło jej uznać, że mama nas zostawiła. Jakby to była świadoma decyzja, a nie desperacki akt kogoś, kto znalazł się pod ścianą.

Słyszę kroki na korytarzu. Odwracam się w stronę drzwi dokładnie w chwili, gdy moja siostra wchodzi do kuchni.

Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej

Spis treści

Okładka

Karta tytułowa

Karta redakcyjna

PROLOG

ROZDZIAŁ 1

ROZDZIAŁ 2

Punkty orientacyjne

Okładka

Strona tytułowa

Prawa autorskie

Meritum publikacji