Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 28.04.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
GDY W CHMURACH SZALEJE CZARCIE WESELE, MOŻESZ BYĆ PEWIEN, ŻE KREW SIĘ POLEJE.
Nad Runowem szaleje potężna burza. Mieszkańcy wsi wierzą, że to efekt słowiańskiego „czarciego wesela”, gdy demony bawią się na niebie, zsyłając ludziom obłęd i śmierć.
Następnego dnia komisarz Sambor Malczewski wraz ze swoim psem, Terrorem, przeszukują las. W starym, powojennym schronie natrafiają na ludzkie szczątki. Szybko okazuje się, że należą one do Beaty i Juliana Wilczków oraz ich córki Klary - rodziny, która zaginęła bez śladu dwadzieścia lat wcześniej.
Malczewski przypuszcza, że za ich śmierć może odpowiadać Andrzej Robotnik - mężczyzna, który przed laty zamordował żonę, syna i teściową, po czym uciekł w głąb Puszczy Gorzowskiej. Wkrótce dochodzi do kolejnego makabrycznego morderstwa, a wśród mieszkańców Runowa wybucha panika.
Co tak naprawdę wydarzyło się w starym schronie?
Czy Wilczkowie padli ofiarą zbiegłego mordercy?
I kto dziś sieje grozę wśród mieszkańców, kiedy demony z nieba już ucichły, lecz te ludzkie dopiero się budzą?
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 327
Rok wydania: 2026
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Marcel Moss, 2025
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Projekt okładki: Michał Grosicki
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Agnieszka Luberadzka, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8441-011-0
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
MAJ 2005 ROKU
– Najstarsi mieszkańcy Runowa powiadali, że wchodząc do pobliskiego lasu, należy zawsze trzymać się znajomych drzew i pamiętać, by ruszyć w drogę powrotną przed zachodem słońca.
– Dlaczego? – spytał babcię sześcioletni Łukasz Robotnik. Chłopiec siedział po turecku na dywanie, wpatrując się z zaciekawieniem w krążącą po pokoju staruszkę.
– Dlatego że w leśnej gęstwinie czają się bestie, które tylko czekają, aż zboczysz z trasy i ogarnie cię panika. Te stworzenia żywią się nie tylko ludzką krwią, ale przede wszystkim strachem. Najpierw pozwolą ci zagłębiać się coraz dalej w mroczną otchłań. Będą chłonąć twoje nerwowe krzyki i napawać się desperackim wołaniem o pomoc. A gdy stracisz nadzieję, że ktokolwiek cię odnajdzie, i zrozpaczony skulisz się przy którymś z drzew, wypełzną z ukrycia, otoczą cię i jedna po drugiej wbiją w twoje ciało swoje ostre kły i pazury.
– Co to za potwory, babciu?
– Różnie bywa – odparła. – Jedni napotykają Strzygę, która bez cienia litości rozszarpuje ich ciała na strzępy. Podobno porusza się z tak zawrotną prędkością, że ofiara nie ma nawet czasu, by mrugnąć okiem. Zanim się zorientujesz, twoje wnętrzności wzbiją się w powietrze, a krew tryśnie ci z brzucha niczym gejzer.
– Fuj! – Łukasz się skrzywił.
– Kiedy w końcu sobie uświadomisz, że to dzieje się naprawdę, osuniesz się na ziemię, a przed twoimi oczami roztoczy się gęsta mgła – kontynuowała staruszka. – Przez kolejne sekundy życie będzie powoli uchodzić z twego ciała. W tym czasie Strzyga stanie nad tobą i będzie się ślinić na myśl o nadchodzącym posiłku. Najbardziej smakuje jej mięso istoty, która jeszcze oddycha. Zanim więc wyzioniesz ducha, zanurzy się w twoich wnętrznościach i wbije w nie swoje zębiska. Z każdym kolejnym kęsem jej głód będzie narastał. Do tego stopnia, że owładnięta nim zacznie pożerać w całości twoje kończyny. Większość z nich zje, a część rozrzuci po lesie, by zaznaczyć teren.
– To bez sensu – stwierdził sceptycznie Łukasz i wyjaśnił: – Gdyby w lesie znaleziono porozrzucane szczątki, to pewnie długo nikt by do niego nie wszedł. A wtedy Strzyga umarłaby z głodu. Chyba nie o to jej chodzi?
Słowa chłopca przyprawiły jego babcię o rozbawienie.
– Oj, wnusiu, wnusiu. – Spojrzała na niego pobłażliwie. – Musisz się jeszcze wiele nauczyć o tutejszych stworach. A chyba jeszcze więcej o ludziach. Chociaż pod wieloma względami jedno i drugie to to samo. Tak naprawdę jedyne, co nas odróżnia od zwierząt, to nasza skłonność do autodestrukcji. Ekscytuje nas to, co zakazane. Tak bardzo pragniemy zaznać ekstremalnych emocji, że narażamy życie. Wierz mi, że od stuleci znajdują się szaleńcy, którzy dobrowolnie wchodzą nocą do lasu. A później rano leśniczy lub spacerowicze natrafiają na to, co z nich pozostało.
– Po co właściwie mi to mówisz? Przecież wiesz, że nie lubię chodzić do lasu, nawet w ciągu dnia – zauważył Łukasz.
– Teraz tak twierdzisz, ale przyjdzie taki dzień, gdy pokusa stanie się na tyle silna, że wywabi cię z domu. Chcę, byś przypomniał sobie wtedy tę rozmowę i w porę się wycofał.
– Bo inaczej dopadnie mnie jakaś Strzyga i wyrwie mi flaki – dopowiedział z rozbawieniem chłopiec.
Wtedy babcia zbliżyła się do niego i obrzuciła surowym wzrokiem.
– Strzyga to nic przy innych potworach, z którymi rywalizuje o pożywienie. Słyszałeś kiedyś o biesach?
– Nie… – odparł. – A co to?
– Mój świętej pamięci ojciec twierdził, że spotkał kiedyś jednego – wyjawiła. – Wracał wieczorem z polowania, gdy nieopodal spomiędzy drzew wyłoniło się idące na dwóch nogach przygarbione monstrum z czarną skórą, świecącymi na czerwono oczami i dłońmi zakończonymi ostrymi szponami. Z głowy wystawały mu zakrzywione rogi, a z pyska długie kły, zżółknięte niczym stare kości. Nie przypominał żadnej znanej istoty i roztaczał wokół siebie zapach siarki i spalenizny. Zupełnie jakby dopiero co wypełzł z piekła.
– Może to był człowiek? Na przykład inny myśliwy niosący upolowaną sarnę czy coś? – spekulował Łukasz.
– Może… – Babcia pokiwała głową i po chwili dodała: – Ale takich opowieści było więcej. Ludzie regularnie widywali w lesie biesy, a także wilkołaki czy samego władcę lasu, Borowego. Niektórych dopadało też Licho, czyli demon nieszczęścia. Zwykle ukazywało się im pod postacią jednookiej, wychudzonej staruchy.
– Czyli coś jak ty, tyle że ty masz oboje oczu – rzucił chłopiec, przyprawiając babcię o głośny śmiech.
Gdy kobieta się uspokoiła, kontynuowała opowieść:
– Biada tym, którzy na swojej drodze napotkali Licho. Zsyłało cierpienie nie tylko na nich, ale i ich domostwa: rolnikom w krótkim czasie wymierała cała trzoda, a myśliwi bezradnie patrzyli, jak ich bliscy zapadali na niemożliwe do wyleczenia choroby. – Po tych słowach kucnęła przy wnuku i spojrzała mu głęboko w oczy. – Nie zbliżaj się do tego przeklętego lasu. A najlepiej, gdy już dorośniesz, wyprowadź się jak najdalej stąd i żyj w spokoju, by nie mieć do czynienia ze złem. Inaczej podzielisz los swoich pradziadków.
Wspominając tamtą rozmowę, dwudziestoletni Łukasz podążał wzdłuż rzeki Duszyny, aż dotarł do ruin tartaku, w którym przed wieloma laty pracował jego pradziadek. Oficjalnie budynek spłonął w wyniku uderzenia bomby, którą w trakcie drugiej wojny światowej zrzucił przelatujący nad lasem niemiecki samolot. Babcia Łukasza wierzyła jednak, że to jej ojciec wzniecił pożar.
– Doskonale pamiętam tygodnie poprzedzające tę tragedię – opowiadała. – Tato dziwnie się zachowywał. Z żywiołowego, zawsze uśmiechniętego człowieka stał się cichym, przygnębionym odludkiem. Którejś nocy, może tydzień przed pożarem, zastałam go stojącego przy oknie w kuchni i popłakującego. Na mój widok szybko otarł oczy i kazał mi wracać do łóżka. Spytałam go wtedy, dlaczego jest taki smutny.
– Co ci odpowiedział? – zainteresował się Łukasz.
– Z początku nic. Stał bez ruchu i wpatrywał się w ciemność za oknem. Gdy byłam już jedną nogą w przedpokoju, zawołał mnie. Podeszłam do niego niepewnie, a wtedy on ścisnął mi obie dłonie i łamiącym się głosem wyszeptał słowa, które do dziś dźwięczą mi w głowie: „Ten świat tonie w nieszczęściu. Nie ma już nadziei”.
– Może mówił o wojnie? – zasugerował wówczas Łukasz.
– Z początku właśnie tak myślałam. Ale potem wydarzyła się ta tragedia… – westchnęła ciężko. – Domyślałam się, że to nie był przypadek. Tata chciał się zabić. Nie rozumiałam jednak, dlaczego poświęcił też mamę, którą tamtego dnia zabrał ze sobą do tartaku. Dziś już wiem, że został opętany przez Licho. To wszystko jego wina.
– W takim razie dlaczego Licho oszczędziło ciebie?
– Nie mam pojęcia. Przez wiele lat bałam się, że pewnego dnia przyjdzie i po mnie. Ale nie przychodziło. Obiecałam więc sobie, że póki żyję, ochronię przed nim jak najwięcej osób. Przed nim i resztą bestii zamieszkujących las.
Łukasz jeszcze długo po śmierci babci przestrzegał jej wskazówek i nie zapuszczał się do lasu dalej niż do leśniczówki. Unikał też powojennego schronu, do którego zaprowadził go kiedyś ojciec i nastraszył, że jeśli będzie niegrzeczny, to zwiąże mu ręce i nogi, a potem zaklei usta i zostawi tu, gdzie nikt go nie znajdzie. Z czasem jednak jego strach osłabł. Gdy miał dziewięć lat, po raz pierwszy urządził sobie długą, samotną wycieczkę. Zabrał ze sobą nawet plecak, do którego spakował koc, butelkę wody, zapałki i nóż, na wypadek, gdyby musiał się bronić przed leśnym drapieżnikiem. Nie wierzył już w żadne biesy i inne dziwadła, o których opowiadała mu babcia. Przerażał go tylko człowiek. A konkretnie ojciec, który pod wpływem alkoholu zmieniał się w agresywną bestię. Zaczął pić po śmierci dziadków, którzy odeszli w odstępie dwóch tygodni. Utrata obojga rodziców zbiegła się z problemami w pracy, co mężczyzna odreagowywał, każdego wieczoru upijając się do nieprzytomności. Z czasem jedna butelka wódki przestała mu wystarczać, dlatego rozładowywał stres, znęcając się nad bliskimi. Łukasz dzielnie znosił jego ataki, czego nie mógł powiedzieć o swojej matce.
– Cześć, mamo – szepnął, przykładając dłoń do pnia starego, pochylonego ku rzece drzewa.
Rosło ono w odległości kilku metrów od ruin tartaku i dokładnie dziesięć lat temu uratowało mu życie. Łukasz nigdy nie otrząsnął się po tamtych wydarzeniach. Dzień w dzień odtwarzał je w myślach w najdrobniejszych szczegółach. Widział awanturujących się w salonie rodziców i mamę roztrzaskującą ojcu na głowie pustą butelkę po wódce. Nie pamiętał, o co się pokłócili, ale nigdy nie zapomniał wysyczanych chwilę wcześniej przez jego ojca słów: „Zabiję cię, suko”. Nadal słyszał je w głowie, tak samo jak krzyk matki, i czuł powyżej nadgarstka uścisk jej dłoni. Pamiętał też, jak wytargała go z domu, a potem spanikowana biegła z nim wzdłuż rzeki, aż dotarła tutaj.
Sunąc palcami po szorstkim pniu drzewa, Łukasz wspominał słowa, które wypowiedziała do niego krótko przed tym, jak dopadł ją rozwścieczony ojciec. Kazała synowi wcisnąć się w wąską dziuplę i pod żadnym pozorem z niej nie wychodzić. Płaczący ze strachu Łukasz protestował, nie chcąc zostawić matki samej. Ostatecznie jednak wykonał jej polecenie, a potem nasłuchiwał wrzasków pijanego ojca i desperackich próśb jego żony, by się uspokoił, jednak jej słowa działały na Andrzeja niczym płachta na byka. A gdy w pewnym momencie Łukasz usłyszał przeraźliwy pisk matki i odgłos roztrzaskującej się o kamień czaszki, wstrzymał oddech, zacisnął mocno powieki i wyobraził sobie, że to wszystko jest wyłącznie sennym koszmarem. Tłumaczył sobie, że Licho zesłało na niego tę okropną wizję, by go złamać. Wtedy stałby się dla niego łatwiejszym celem, musiał więc być silny i przeczekać ten trudny czas. Ignorował krzyki ojca, do którego dotarło, co zrobił. Czekał, aż wreszcie ucichną, by mógł w spokoju otworzyć oczy i powrócić do rzeczywistości, w której wciąż miał mamę, lecz potem stanął na brzegu rzeki i spojrzał z góry na jej częściowo leżące w wodzie ciało. Miała otwarte oczy i pozbawiony emocji wyraz twarzy. Zupełnie jakby zamyśliła się na nieistotny temat i lada chwila miała odzyskać kontakt ze światem, uśmiechnąć się do syna i poprosić o pomoc w wydostaniu się z nurtu. Mijały jednak kolejne sekundy, a ona się nie ruszała, leżący zaś metr dalej splamiony krwią kamień przyprawiał Łukasza o szybsze bicie serca. Jego matka nie żyła. A on ocalał dzięki jej poświęceniu.
Po okrążeniu drzewa dorosły Łukasz przykucnął przy dziupli, w którą teraz wcisnąłby się co najwyżej do pasa. Zamknął oczy i odtworzył w głowie pierwsze chwile po powrocie do domu. Oszołomiony przyglądał się chodzącemu od ściany do ściany i drapiącemu się po głowie ojcu. Znów słyszał rzucane przez niego przekleństwa i wyczuwał w powietrzu smród alkoholu pomieszanego z charakterystycznym zapachem jego spoconego ciała.
– Synu, twoja matka… – wydukał, kiedy zobaczył chłopca. – Ona… nas zostawiła.
Łukasz nigdy sobie nie wybaczył, że ze strachu pozwalał ojcu powielać kłamstwo o samobójstwie matki. Andrzej niczym mantrę powtarzał opowieści o pogłębiającej się depresji ukochanej i o tym, że nie dawała sobie pomóc. Robił z siebie ofiarę, a ludzie w to wierzyli. Łukasz nigdy nie wyprowadził ich z błędu. Bał się, że jeśli to zrobi, będzie następny. On najlepiej wiedział, do czego zdolny był jego ojciec. A że niczego nie bał się tak jak śmierci, zaciskał zęby i milczał, latami kryjąc mordercę i pozwalając, by frustracja wyżerała go od środka. Z jednej strony nienawidził go całym sobą, a z drugiej kochał czystą, synowską miłością. Andrzej był jego ostatnim żyjącym krewnym. Łukasz tłumaczył sobie, że gdyby go zabrakło, zostałby na świecie całkiem sam. Tylko czy aby na pewno…?
Czekał już przeszło dwadzieścia minut i zaczynał się niecierpliwić. A jeśli zmieniła zdanie? Może błędnie odczytał wysyłane przez nią sygnały i tylko zrobił z siebie głupca?
– Noż kurwa – syknął pod nosem, czując w sercu bolesne ukłucie żalu.
Niepotrzebnie uwierzył, że coś z tego będzie. Dał sobie nadzieję, a ta w jego przypadku zawsze okazywała się zgubna. Ilekroć roztaczał w wyobraźni wizję szczęśliwej przyszłości, okrutny los szybko pozbawiał go złudzeń. A może niepotrzebnie schronił się wtedy w tej przeklętej dziupli? Może powinien był zmierzyć się z ojcem i spróbować uratować mamę? Co z tego, że żył, skoro pozwolił, by ten szaleniec mu ją odebrał?
– To nie życie. To cholerna wegetacja – mruknął z ponurą miną, po czym zeskoczył z kamiennego murku i udał się w drogę powrotną do domu.
Pół minuty później zza pleców dobiegł go znajomy głos:
– Łukasz!
Gdy się odwrócił, spostrzegł wyłaniającą się spomiędzy drzew Anielę i natychmiast się rozpromienił.
– Jesteś! – krzyknął uradowany, po czym ruszył truchtem w jej stronę i przywitał się z nią czułym uściskiem. – Myślałem, że nie przyjdziesz.
– Trochę pobłądziłam w lesie.
– Przecież rozrysowałem ci dokładną instrukcję.
– Wiem, ale chyba w pewnym momencie źle skręciłam i kompletnie się zgubiłam. Przyznam, że nawet zaczęłam trochę panikować. – Zaśmiała się.
– Grunt, że dotarłaś na miejsce. Ze mną się nie zgubisz.
Łukasz zmierzył ją wzrokiem i wstrzymał oddech, kiedy jego spojrzenie zatrzymało się na pełnym biuście, a przez cienką niebieską koszulkę dostrzegł wyraźnie zarysowane sutki. Już w pierwszej chwili, gdy dwa lata temu ojciec przedstawił mu ją jako swoją nową partnerkę, Łukasz poczuł motylki w brzuchu. Nie umiał tego wytłumaczyć – wszak Aniela była od niego starsza o ponad dwadzieścia lat i wkrótce miała zostać jego macochą. Mimo to ilekroć z nią rozmawiał, nie mógł oprzeć się wrażeniu, że to do niego pasowała bardziej. Nie tylko mieli podobne poczucie humoru, ale i zgadzali się ze sobą w większości spraw. To jego Aniela pytała o to, co sądzi o postulatach głoszonych przez polityków, czy prosiła o ocenienie szkiców obrazów, nad którymi pracowała w każdej wolnej chwili. Konsultowała z nim nawet wybór filmu na wieczór, ponieważ Andrzej zwykle był już wtedy po trzech, czterech piwach i przysypiał na kanapie.
– Co taka kobieta jak ty widzi w moim ojcu? – spytał ją kilka tygodni wcześniej pod jego nieobecność.
Aniela w odpowiedzi wzruszyła ramionami i rzekła:
– Po prostu jako jedyny zaoferował mi coś więcej niż tylko przelotną znajomość.
– I tyle wystarczyło, by się z nim związać i po paru miesiącach przyjąć jego oświadczyny?
– Mam już swoje lata i nie mogę dłużej czekać. To dla mnie ostatni moment na założenie rodziny. A że nikt inny poza Andrzejem nie okazał mi zainteresowania…
To właśnie wtedy Łukasz zrozumiał, że jeśli chce ją zdobyć, musi działać jak najszybciej. Zwłaszcza że czuł, iż Aniela właśnie tego od niego oczekiwała. Wprawdzie nie komunikowała mu tego wprost, ale miał już jako takie doświadczenie z kobietami i wydawało mu się, że umie odczytywać ich sygnały: zalotne spojrzenia, trzepotanie rzęsami czy delikatne przygryzanie warg. Ewidentnie podobał się Anieli, lecz ona jednak nie miała odwagi zrobić pierwszego kroku. Łukasz początkowo też się z tym ociągał, ale dłużej nie mógł udawać obojętnego. Jego ojciec nie zasługiwał na tak idealną kobietę, poza tym istniało ryzyko, że znów mu odwali. Łukasz nawet nie chciał myśleć o tym, że Aniela mogłaby podzielić los jego matki. Wprawdzie Andrzej od dawna nie miał większych problemów i zachowywał się w miarę normalnie, to jednak wciąż był tym samym szaleńcem, który po pijaku popchnął żonę wprost na wystający z ziemi kamień i nie miał odwagi się do tego przyznać. Dla Łukasza stało się jasne, że jeśli pozwoli Anieli zostać z jego ojcem, narazi ją na śmiertelne niebezpieczeństwo.
– Przed laty nie umiałem ocalić mamy. Najwyższy czas, żebym się zrehabilitował i ocalił ciebie – powiedział, spacerując z macochą nieopodal ruin tartaku.
– Ocalił? O czym ty mówisz?
Łukasz do ostatniej chwili bił się z myślami, czy powinien wyjawić jej prawdę na temat swojego ojca. Bał się, że Aniela przeniesie swój gniew na niego i wyrzuci mu, że wszystko wiedział, a mimo to pozwolił, by wyszła za Andrzeja. Dłużej jednak nie mógł żyć w kłamstwie. Usiadł z nią więc na zboczu nad rzeką, a potem objął w talii i pocałował w głowę, nieco powyżej ucha.
– Aniela, musisz coś wiedzieć o moim ojcu… On nie jest tym, za kogo go uważasz…
Dziesięć minut później roztrzęsiona kobieta zataczała kolejny okrąg nieopodal starego drzewa.
– To niemożliwe… Że niby Andrzej…? Nie, na pewno coś ci się pomieszało… Byłeś wtedy dzieckiem, doznałeś traumy z powodu śmierci matki…
– Nie byłem dzieckiem. Miałem dziesięć lat.
– Nie mogłeś pogodzić się z jej utratą i znienawidziłeś cały świat – ciągnęła Aniela. – Wszystkie negatywne emocje skierowałeś na ojca, by nie oszaleć.
– Nieprawda – zaprzeczył natychmiast.
– Właśnie, że tak. To typowy mechanizm psychologiczny.
– Nie stosowałem żadnego mechanizmu. Takie były fakty: mój ojciec zamordował mamę, spychając ją do rzeki – powiedział stanowczo Łukasz.
– Widziałeś to?
– Nie. Siedziałem wtedy w dziupli. Ale słyszałem krzyk mamy i trzask uderzającej o kamień głowy.
– A jeśli się poślizgnęła i straciła równowagę?
– On ją popchnął – upierał się chłopak.
– A może nie? Może to był nieszczęśliwy wypadek?
– Skoro tak, to dlaczego nigdy nie wyjawił, że był z nią wtedy nad rzeką? – spytał Łukasz ze łzami w oczach.
– Może się bał, że ludzie zrobią to samo co ty? Tak łatwo osądzamy innych, nie znając pełnej wersji wydarzeń.
Łukasz nie miał pomysłu, jak przekonać Anielę do swoich racji. Wzruszony pociągnął nosem i przeniósł wzrok na miejsce, w którym – jak mu się wydawało – przed laty spoczywał feralny kamień.
– Widzisz te rosnące gęsto trzciny? – spytał macochę i nie czekając, aż potwierdzi, wyjawił: – Tam leżała mama. Miała otwarte oczy i taki spokojny wyraz twarzy… Aż trudno uwierzyć, że chwilę wcześniej awanturowała się z ojcem. – Zrobił krótką pauzę, po czym dodał: – Dziś mija dziesięć lat.
– Boże, Łukasz… – Aniela przysunęła się do pasierba i pogładziła go po karku. – To dlatego wybrałeś to miejsce na nasze spotkanie.
– Chciałem, żebyś tu ze mną była. I zrozumiała, jak groźnym człowiekiem jest twój mąż.
– Nie mówmy już o Andrzeju. Lepiej powiedz mi coś więcej o swojej matce – zaproponowała.
Łukasz nie czuł się na siłach, by powracać wspomnieniami do najszczęśliwszych chwil z matką. Wiedział, że bardzo szybko doprowadzą go do łez, Aniela jednak zasypywała go coraz bardziej wnikliwymi pytaniami. Wreszcie Łukasz skapitulował i podzielił się z nią swoim ulubionym wspomnieniem z Dnia Dziecka.
– Miałem wtedy pięć lat. Mama upiekła dla mnie przepyszny tort truskawkowy, a potem wręczyła mi w prezencie rower. Słabo wtedy jeździłem i bałem się na niego wsiąść, ale ona zapewniała, że będzie za mną biegła i jeśli zacznę tracić równowagę, ruszy mi z pomocą. To było wymarzone popołudnie. A pod wieczór… – Chłopak przerwał, gdy załamał mu się głos. – Pod wieczór poszliśmy na łąkę, by obserwować zachód słońca. Krótko potem z lasu nadciągnął chłodny wiatr i zapragnąłem wrócić do domu. Mama jednak prosiła, żebyśmy jeszcze chwilę zostali. A gdy niebo zaczęły rozświetlać pierwsze gwiazdy, wskazała mi jedną z nich, która podobno o tej porze roku szybko znikała, i powiedziała, że wybrała ją jako naszą własną. Poprosiła, bym już zawsze, patrząc na nią, myślał tylko o tym, jak bardzo mnie kocha.
– Pokażesz mi kiedyś tę gwiazdę?
– Tak. Może na następnej randce?
Słysząc to, Aniela uniosła brwi.
– Czyli to… randka?
– A nie?
Łukasz uśmiechnął się delikatnie, po czym przyłożył dłoń do ciepłego policzka macochy, spojrzał jej w głęboko w oczy i powoli się do niej zbliżył. A gdy ich usta złączyły się w namiętnym tańcu, westchnął z rozkoszy i wsunął język między jej gorące wargi.
Wiele razy fantazjował na temat ich pierwszego pocałunku. Jednak rzeczywistość okazała się o wiele bardziej bajkowa. Nareszcie byli razem.
*
Miesiąc później
„To się nie dzieje naprawdę” – pomyślał spocony i zdyszany Łukasz, który przez ostatnie dwie godziny namiętnie kochał się z Anielą w wynajętym przez niego mieszkaniu w Gorzowie. Spotykali się w nim co dwa, czasem trzy dni, wykorzystując napięty grafik Andrzeja. Mężczyzna jakiś czas wcześniej podjął pracę w fabryce mebli i codziennie wracał do Runowa późnym wieczorem. Po kolacji zwykle opadał z butelką piwa w dłoni na fotel i zasypiał, zanim zdążył je dopić. Łukasz i Aniela mieli więc idealne warunki do rozwijania romansu. Gdyby nie schorowana matka kobiety, która tymczasowo z nimi zamieszkała, pewnie spędzaliby popołudnia w sypialni na piętrze.
– To się nie dzieje naprawdę – powiedział Łukasz na głos.
– Ale co? – spytała wtulona w niego Aniela, która wciąż oddychała szybko i nierówno.
– My. Chwilami mam wrażenie, że tylko to sobie wyobraziłem. To się wydaje zbyt piękne, by było prawdziwe.
W odpowiedzi kobieta wsunęła dłoń pod kołdrę i położyła ją na kroczu kochanka. Delikatnie je ścisnęła, sprawiając, że Łukasz momentalnie się spiął i wstrzymał oddech.
– Teraz wierzysz, że jestem prawdziwa?
– Hm… Sam nie wiem… Musiałabyś ścisnąć mocniej.
– Jesteś pewien? – pytała rozbawiona Aniela.
– Bardziej niż czegokolwiek.
Po przedłużonej o godzinę schadzce zakochani wzięli szybki wspólny prysznic, po którym udali się do kuchni. Tam Łukasz niespodziewanie wziął Anielę na ręce i rzucił ją na stół.
– Uważaj! A jak się zarwie? – spytała zaskoczona kobieta, zanim chłopak przygniótł ją swoim ciałem.
– Jak się zarwie, to zerżnę cię na podłodze. Co za problem? – spytał lubieżnym tonem, po czym przygryzł zmysłowo dolną wargę i wszedł w macochę mocno i zdecydowanie.
Wkrótce uśmiechnięta od ucha do ucha Aniela zgarniała z podłogi swoje ubrania i w pośpiechu je na siebie zakładała.
– Muszę już jechać, jeśli mam zdążyć przed powrotem Andrzeja.
– Mhm – mruknął Łukasz, który zawsze starał się wracać do domu mniej więcej godzinę po macosze. – Aniela, słuchaj…
– Hm?
Nagi chłopak powoli zbliżył się do niej i położył dłonie na jej biodrach. Następnie pocałował ją czule w szyję, przyprawiając o cichy jęk rozkoszy.
– Ja… kocham cię. – Przełknął ślinę i dodał: – Od dawna chciałem ci to powiedzieć, ale jakoś nie miałem odwagi.
Ku jego zaskoczeniu Aniela odpowiedziała niewinnym chichotem.
– Wybacz. Po prostu mnie rozbawiłeś.
– Rozbawiłem?
– Ano. Masz odwagę pieprzyć mnie we wszystkich możliwych pozycjach, ale łapiesz stracha, gdy chcesz mi wyznać uczucia. Typowy facet…
– Aniela, ja mówię poważnie. Naprawdę cię kocham. Zresztą czuję to od pierwszego dnia, gdy cię poznałem. Od razu wiedziałem, że jesteś wyjątkowa. I zapewniam cię, że to wszystko… to nie jest dla mnie tylko zabawa.
– Wierzę ci – odpowiedziała, zanim cmoknęła chłopaka w usta. – Ale na razie musimy się z tym ukrywać. Gdyby twój ojciec się dowiedział…
– Taaa. Powinnaś od niego odejść – wypalił Łukasz. – Wymyśl jakiś powód. Może zrzuć winę na jego alkoholizm?
– Andrzej ostatnimi czasy ograniczył picie – zauważyła Aniela.
– No to zarzuć mu, że przez pracę zaczął ci poświęcać zbyt mało czasu.
– Hm… – Podrapała się po podbródku i rzekła: – Nie wiem, czy jestem gotowa na odejście. Opieka nad mamą kosztuje, a sama nie dam rady utrzymać i jej, i siebie.
– Pomogę wam.
– Niby jak? – Spojrzała na niego z powątpiewaniem.
– Przecież mam pracę.
– Pensja kuriera ledwo starcza ci na opłacanie tego mieszkania. Musimy ci znaleźć coś lepszego. Poza tym powinieneś rozważyć pójście na studia. Wbrew pozorom dyplom otwiera wiele drzwi.
– Studia nie są dla mnie – zarzekał się Łukasz.
– Może i nie, ale jeśli faktycznie traktujesz mnie poważnie, to proszę, zastanów się nad tym. Poszukaj też lepiej płatnej pracy. Dopiero gdy ci się to uda, wrócimy do tego tematu, dobrze?
– A jeśli nic się nie zmieni, to co? Nadal będziesz żyła z ojcem i spotykała się ze mną po kryjomu? – spytał ponuro chłopak.
Aniela przejechała językiem po jego lekko owłosionym torsie i zatrzymała się nieco powyżej pępka.
– Najważniejsze, że się kochamy. Prawdziwa miłość przetrwa wszystko.
– Obyś miała rację.
– Zawsze mam. Przekonasz się. A teraz muszę iść. Do zobaczenia wkrótce.
– Do zobaczenia, mamo – rzucił, gdy kobieta stała już przy drzwiach, i patrzył, jak obróciła się na pięcie i spiorunowała go wzrokiem.
– Wiesz, że nie lubię, gdy mnie tak nazywasz.
– Wiem, mamo.
– Grabisz sobie.
– W takim razie mnie ukarz – prowokował ją, uśmiechając się zalotnie.
*
Godzinę później szczęśliwy Łukasz wyjechał z parkingu, nie mogąc doczekać się powrotu do domu. Uwielbiał ukradkową wymianę uśmiechów z Anielą, ich namiętne pocałunki, podczas gdy jego niczego nieświadomy ojciec siedział w fotelu i czytał gazetę, a nawet dotyk stopy kobiety w trakcie wspólnego śniadania przy niedużym stole w kuchni. Ostatnio, siedząc naprzeciwko Łukasza, sunęła palcami wzdłuż jego nogi, niemal docierając do nabrzmiałego krocza. Oboje wiedzieli, że muszą się z tym powstrzymać, jeśli nie chcą zafundować sobie katastrofy. Andrzej nie grzeszył spostrzegawczością, ale nie był głupi. Co jednak Łukasz mógł poradzić na to, że coraz bardziej zakochiwał się w Anieli, a ona lubiła być przez niego adorowana?
Po dotarciu do Runowa chłopak zjechał na pobocze i dał sobie czas na uspokojenie. Głowę torpedowały mu najróżniejsze myśli, z których większość stanowiła wizja ich wspólnej przyszłości. Choć nie powiedział tego Anieli, to wcale nie podobał mu się jej plan dłuższego ukrywania się ze swoim uczuciem. Najchętniej już teraz wyjechałby z nią na drugi koniec Polski, wynajął po taniości kawalerkę i rozpoczął nowe życie z dala od znienawidzonego ojca. Wprawdzie rozumiał argumenty Anieli, ale wierzył, że kobieta go nie doceniała. Fakt, był od niej dużo młodszy, ale wiele już w życiu przeszedł i umiał walczyć o swoje. Jeśli zaistniałaby taka potrzeba, pracowałby choćby od rana do nocy. Aniela była sensem jego życia. Czuł, że zrobiłby dla niej absolutnie wszystko.
Wkrótce Łukasz zajechał przed rodzinny dom i zatrzymał auto tuż obok starego Nissana swojej macochy. Następnie wysiadł z pojazdu i wsłuchał się w otaczającą go ciszę. Korony drzew, które o tej porze dnia zwykle falowały na porywistym wietrze, tym razem stały nieruchomo. Z kolei ptaki, które potrafiły przez cały dzień demonstrować popis swoich umiejętności wokalnych, zgodnie milczały, jakby sparaliżowane ze strachu.
– Tato?! Aniela?! – krzyknął Łukasz po przekroczeniu progu, a gdy nikt nie odpowiedział, przeszedł do salonu i stanął przed włączonym telewizorem. – Dziwne – mruknął pod nosem, po czym zajrzał do kuchni i pokoju gościnnego, nieprzerwanie nawołując bliskich.
Zanim udał się na piętro, przeszło mu przez myśl, że powinien najpierw sprawdzić ogród za domem. Matka Anieli lubiła w nim przesiadywać na plastikowym krześle i czytać książkę. Było już jednak dawno po zachodzie słońca. O tej porze staruszka powinna już przebywać w swoim pokoju.
– Tato? – spytał niepewnie Łukasz, pokonując ostatnie schodki. Stanął przy pierwszych drzwiach i powoli je otworzył. – Pani Irenko? – wyszeptał, oczekując, że ujrzy śpiącą w łóżku kobietę.
Ku jego zaskoczeniu było ono starannie zaścielone, jakby od rana nikt go nie ruszał. Coraz bardziej niespokojny chłopak w pośpiechu się odwrócił i ruszył ku znajdującej się na końcu korytarza sypialni ojca i Anieli, po drodze mijając swój pokój.
– Tato? – rzucił, zanim nacisnął klamkę i popchnął drzwi, tym razem bardziej zdecydowanie.
Zamarł, widząc stojącą na środku pomieszczenia Anielę i ojca przykładającego nóż do jej szyi.
– Ł-Łukasz – jęknęła kobieta, a wtedy czerwony z furii Andrzej wolną ręką ścisnął jej ramię, drugą zaś przytknął jeszcze mocniej ostrze noża, sprawiając, że wypłynęła spod niego cienka strużka krwi.
– Jeszcze jedno słowo, suko, a przysięgam, że…
– Tato!
Wstrząśnięty Łukasz wbiegł do pokoju i zatrzymał się w połowie drogi. Dopiero wtedy dostrzegł siedzącą przy ścianie matkę Anieli. Miała zaklejone taśmą usta, kostki i nadgarstki. W jej wytrzeszczonych oczach dostrzegał przerażenie. To właśnie wtedy uświadomił sobie, że sprawy wymknęły się spod kontroli.
– Tato, co ty wyprawiasz?
– Co ja wyprawiam? – Mężczyzna zaśmiał się pogardliwie. – Ty mały, kłamliwy skurwysynu… Jesteś jeszcze gorszy niż twoja matka.
– T-tato, p-prosz-szę. – Łukasz nieśmiało zrobił krok do przodu i wyciągnął rękę ku ojcu z nadzieją, że ten odda mu nóż.
– Ona też mnie zdradzała – wysyczał. – Nas obu. Nigdy z tobą o tym nie rozmawiałem, bo widziałem, że skutecznie to wyparłeś. Uznałem, że skoro i tak jesteś już wystarczająco skrzywiony, nie będę ci dokładać zmartwień i rujnować jej idealnego, fałszywego obrazu.
– O czym ty… mówisz? – Łukasz patrzył na niego szeroko otwartymi ze zdumienia oczami.
– O tym, że twoja matka miała nas gdzieś. Krótko przed jej śmiercią odkryłem, że zamierzała nas porzucić.
– Kłamiesz.
– Doprawdy? Przypomnij sobie naszą kłótnię nad rzeką – powiedział Andrzej, uśmiechając się przy tym złowieszczo do syna. – A co to za zaskoczona mina? Naprawdę myślisz, że nie wiedziałem, że tam byłeś?
– N-nie w-wiem, o cz-czym…
– Nie kłam! Twój płacz było słychać na drugim końcu lasu. – Gdy to mówił, nieświadomie coraz mocniej przyciskał Anieli nóż do szyi, nasilając krwawienie. – Mogłem cię wtedy zabić, tak jak ją, i pozbyć się problemu. Chryste, nie masz pojęcia, jak bardzo żałowałem, że tego nie zrobiłem… Przypominałeś mi o niej na każdym kroku. Nie mogłem na ciebie patrzeć, bo ciągle widziałem jej oczy, usta, uśmiech…
Wstrząśnięty Łukasz pociągnął nosem i pozwolił, by po policzkach spłynęły mu łzy.
– Boże, t-tato…
– Wiem, że wszystko słyszałeś. Wtedy, nad rzeką, twoja matka do wszystkiego mi się przyznała.
– Nieprawda…
– Powiedziała, że od dawna mnie nie kocha i poznała mężczyznę, z którym chce zacząć wszystko od nowa – ciągnął wzburzony Andrzej. – Zagroziłem, że jeśli spróbuje mi cię odebrać, to… A wtedy ona powiedziała, że jeśli chcę, to mogę cię zatrzymać. Słyszałeś to, gnoju! I dlatego nie ruszyłeś jej na ratunek, gdy zaczęliśmy się szarpać.
Łukasz poczuł nagłe zawroty głowy i przyspieszone bicie serca. Z każdą sekundą waliło coraz mocniej, jakby próbowało mu się przebić przez klatkę piersiową.
– Nie… Kłamiesz… Mama nigdy by…
– Zamierzała cię porzucić – odparł z satysfakcją. – Nigdy cię nie kochała, dlatego pozwoliłeś jej umrzeć. Zresztą i tak nie zdołałbyś jej przede mną ochronić.
– Zabiłeś ją – wysyczał Łukasz, nie odrywając wzroku od krwawiącej szyi Anieli. Zszokowana kobieta trzęsła się jak galareta i wydawała z siebie ciche, rozpaczliwe jęki.
– Zrobiłem to dla nas obu. Nie mogłem pozwolić, by ta szmata potraktowała nas jak śmieci.
– Aha, czyli teraz będziesz mi wmawiał, że próbowałeś mnie chronić?!
– Robię to od dwudziestu lat. Zawsze byłem przy tobie, na dobre i na złe – przekonywał go Andrzej.
– Bzdura! – rzucił Łukasz i zbliżył się o kolejny krok. – Oddaj nóż.
– Nie ma mowy.
– Błagam, tato! – mówił łamiącym się głosem.
Nagle cofnął się wspomnieniami o dekadę i znów znalazł się w kryjówce w pobliżu tartaku. Dotychczas nie skupiał się na wykrzykiwanych przez rodziców słowach, a na tragicznej śmierci matki. Wkładał całą energię w ignorowanie udziału ojca, bo tylko tak był w stanie wytrzymywać z nim pod jednym dachem. Teraz jednak głos kobiety wybrzmiewał wyraźniej niż kiedykolwiek. Łukasz wytężył wszystkie zmysły i gwałtownie się zachwiał, gdy usłyszał matkę wypowiadającą te same słowa, które chwilę wcześniej zacytował mu ojciec. Ona naprawdę zamierzała go porzucić. Jego ukochana mama, z którą miał wspólną gwiazdę na niebie… Jego najlepsza przyjaciółka i powierniczka sekretów… Jedyna osoba na świecie, przy której czuł się bezpiecznie, była wstrętną oszustką. A najgorsze, że wiedział to od dziesięciu lat.
Ojciec miał rację: dokładnie słyszał ich rozmowę i wyparł zdradę matki, bo nie mógł sobie poradzić z ciężarem świadomości bycia niekochanym przez najważniejszą dla siebie kobietę.
– Łukasz, cofnij się! – krzyknęła do niego Aniela.
– Cicho! – wycedził Andrzej przez zaciśnięte zęby i powiedział do syna: – Nie byłem idealnym ojcem, ale w przeciwieństwie do twojej matki nigdy bym cię nie zostawił. A teraz ty… przeleciałeś moją żonę! Ja pierdolę!
Uniósł rękę, w której trzymał nóż, i rozwścieczony przyłożył ją sobie do głowy. Łukasz natychmiast wykorzystał okazję i wystrzelił w jego kierunku. Najpierw odepchnął od niego Anielę, która osunęła się na najbliższą ścianę, a potem ścisnął ojcu przedramię i spróbował wytrącić mu ostrze z dłoni. Andrzej jednak okazał się silniejszy i z łatwością wyrwał się chłopakowi, po czym kopnął go w łydkę, sprawiając, że Łukasz runął na podłogę i zawył z bólu.
– Jak śmiesz podnosić rękę na własnego ojca, szczylu?! – Splunął na niego z góry i kopnął go w brzuch, a następnie ruszył ku Anieli, skulonej pod ścianą i osłaniającej się ramionami.
– Nie! Kochanie, proszę!
– Jego też tak nazywałaś, głupia kurwo?! – Andrzej chwycił ją za włosy i przyciągnął do siebie.
– Auuu!
– Nieba bym ci przychylił, durna suko! – ryknął rozwścieczony. – Od miesięcy biorę nadgodziny, żeby zarobić na remont, który sobie wymyśliłaś. Wszystko robiłem z myślą o tobie! A ty w tym czasie dawałaś dupy mojemu własnemu synowi?!
– Puść ją! – krzyknął zwijający się z bólu Łukasz. – Powiedziałem coś!
Zanim zdążył podnieść się z podłogi, ojciec doskoczył do niego i z całej siły kopnął go w twarz. Rozległo się gruchnięcie, po którym z ust chłopaka trysnęła krew, a on sam uderzył głową o podłogę i zamroczony, przez dłuższą chwilę leżał nieruchomo, wyłapując niezrozumiałe krzyki i jęki maltretowanej przez ojca macochy. Gdy wreszcie otworzył oczy i wyostrzył wzrok, ujrzał klęczącą na podłodze i szlochającą kochankę. Miała złączone, zaklejone taśmą nadgarstki, wytrzeszczone oczy i przyłożony do zakrwawionej szyi czubek ostrego noża.
– Chcesz coś powiedzieć na pożegnanie swojemu kochasiowi? – spytał stojący za nią Andrzej. Mężczyzna miał wymalowane w oczach szaleństwo, a jego zaciśnięte mocno zęby i czerwona ze złości twarz nie zwiastowały niczego dobrego.
– T-tato – zdołał wydukać obolały Łukasz. Gdy oparł się łokciem o podłogę i uniósł nieco tułów, dopadły go tak silne zawroty głowy, że natychmiast znowu się przewrócił.
– Tak długo robiliście ze mnie idiotę i bezczelnie obmacywaliście się nawet w moim własnym domu! – wysyczał Andrzej. – Myśleliście, że niczego nie zauważyłem, ale ja widziałem wszystko. A potem pojechałem za wami do tego zawszonego hotelu i patrzyłem, jak całowaliście się przed wejściem. Nie ze mną takie numery, zdradzieckie śmiecie. Nie ze mną, kurwa!
– Andrzej, nie! – zapiszczała Aniela, zanim mężczyzna wbił nóż w jej szyję, po czym wyjął go zamaszystym ruchem.
Gdy z rany trysnął gejzer krwi, kobieta po raz ostatni spojrzała w oczy wstrząśniętemu Łukaszowi i pochyliła się mocno do przodu, uderzając twarzą o podłogę i wydając z siebie ostatnie tchnienie.
Łukasz poczuł, jak krew odpływa mu z głowy, a oczy zachodzą czarnym dymem. Wydawało mu się, że krzyczał ile sił w płucach, ale z jego ust nie wydobywało się nic poza cichym jękiem.
Tymczasem matka Anieli wierciła się przy ścianie i wydawała z siebie stłumione przez taśmę na ustach krzyki. Andrzej podszedł do niej i uderzył ją pięścią w twarz z taką siłą, że staruszka momentalnie straciła przytomność. Dopiero wtedy kucnął przy synu i spojrzał mu w oczy.
– Widzisz, co narobiłeś, samolubny kundlu? Właśnie tak kończą ci, którzy nie okazują mi szacunku.
Łukasz nie odpowiedział. Zamiast tego zawzięcie walczył z gęstym, oplatającym go dymem, a gdy wreszcie udało mu się od niego uwolnić, zatopił przerażone spojrzenie w martwej kochance, leżącej w powiększającej się plamie krwi.
– A-aniela – wydukał, przyprawiając owładniętego szałem ojca o pogardliwy rechot. – K-koch-cham cię.
– Słyszałaś, pizdo? Kocha cię. Tylko na co ci jego miłość, skoro nawet nie zdołał cię ochronić?
Łukasz spojrzał na zastygłą w grymasie twarz ukochanej i jej nieruchome oczy. A gdy do niego dotarło, że Aniela odeszła, poczuł rozchodzące się po całym ciele ciepło. Płonął z nienawiści i wiedział, że musi za wszelką cenę pomścić jej śmierć. Zacisnął więc mocno zęby i spiął wszystkie mięśnie, ignorując potworny ból. Poderwał się z podłogi i staranował zaskoczonego ojca, przyciskając go do ściany.
– Kurwaaa! – wrzasnął Andrzej, gdy Łukaszowi udało się wytrącić mu nóż z dłoni. Przedmiot poturlał się metr po podłodze i zatrzymał przy nieprzytomnej pani Irence.
– Zabiłeś ją! Zabiłeś, draniu!
Rozszalały Łukasz drapał ojca po przedramionach, którymi mężczyzna osłaniał twarz. Następnie odskoczył do tyłu i schylił się po nóż. To była jego jedyna szansa. Niestety Andrzej zareagował błyskawicznie i runął na syna, przygniatając go do podłogi. Łukasz usłyszał gruchot własnych żeber, po którym zapadły mu się płuca.
Wtedy ojciec ścisnął mu mocno szyję obiema dłońmi i wysyczał:
– Pierdolony, niewdzięczny, samolubny skurwielu!
Łukasz otworzył szeroko usta i spróbował nabrać powietrza. Andrzej wzmocnił jednak ucisk i uniósł jego głowę, po czym energicznie walnął nią o podłogę. Powtórzył tę czynność kilka razy, za każdym razem uderzając coraz mocniej i wykrzykując do syna słowa: „Giń, śmieciu!”.
Po chwili zszedł z niego, obrócił go na plecy i pochylił się nad jego zmasakrowaną, pokrytą krwią twarzą.
– Warto było posuwać mi żonę? – spytał pogardliwym tonem półżywego Łukasza i chwycił go dwoma palcami za złamany nos.
Chłopak jęknął z bólu, a z jego oczu wypłynęły łzy, które zmieszały się z krwią. Następnie splunął wybitymi zębami i wyszeptał coś do ojca. Andrzej nie zrozumiał jednak ani słowa.
– Jesteś taki sam jak twoja matka… I dlatego skończysz tak samo jak ona.
Zanim Łukasz ponownie poczuł na szyi ucisk dłoni ojca, zamknął oczy i pomyślał o mamie. Znów spacerował z nią po łące i przypatrywał się świecącemu na niebie punkcikowi.
– Ona już zawsze będzie naszą gwiazdą – powiedziała do niego matka troskliwie, a potem objęła go czule i dodała: – Dzięki niej nic i nikt nas nie rozdzieli.
Czując, że jego koniec jest bliski, pozwolił, by emitowane przez gwiazdę światło ogrzało mu całe ciało. Przyjemne uczucie szybko jednak zmieniło się w rozrywający ból, gdy promienie zaczęły mu wypalać skórę. Wtedy, jako dziecko, nie zastanawiał się nad tym, dlaczego matka wybrała dla nich właśnie tę gwiazdę. Po latach jednak poczytał na jej temat i odkrył, że nosiła nazwę Caput Algol, czyli Głowa Meduzy lub Diabła, i miała opinię złowróżbnej. Ponoć symbolizowała nieszczęście, zdradę i śmierć. Łukasz nie wiedział, czy jego matka zdawała sobie sprawę z jej znaczenia, ale nawet jeśli nie, to swoimi późniejszymi czynami dowiodła, że dokonała słusznego wyboru.
W ostatnich chwilach życia Łukasz wzbił się w nocne niebo, wprost na spotkanie ze śmiercionośną gwiazdą. Gdy znalazł się tak blisko niej, że przysłoniła mu wszystko dookoła, zamknął oczy, rozłożył ręce i pozwolił, by oplotła go ogniem i unicestwiła.
Nareszcie dołączył do matki w piekle.
*
Oszołomiony Andrzej od kilku minut krążył po pomieszczeniu, ściskając w dłoni zakrwawiony nóż i odwracając wzrok od leżących na podłodze zwłok żony i syna.
– Kurwa, kurwa, kurwa – powtarzał, uderzając się zaciśniętą dłonią w czoło i próbując zapanować nad wzbierającą w nim paniką.
Wciąż do niego w pełni nie docierało, że w jednej chwili miał przy sobie ukochaną kobietę, z którą zamierzał spędzić resztę życia, a w drugiej wbijał nóż w jej szyję i patrzył, jak wraz z wypływającą z rany krwią ulatywało z niej życie. Został sam – bez rodziny, miłości i celu w życiu. Nie miał już nic poza leżącą przy ścianie teściową. Kobieta odzyskała przytomność i zszokowana tym, co widzi, wierzgała kończynami, próbując doczołgać się do drzwi. Była jednak zbyt słaba, by ruszyć się z miejsca. Wreszcie odpuściła, godząc się z tym, że wkrótce podzieli los córki.
Gdy w końcu Andrzejowi udało się nieco ochłonąć, zbliżył się do zwłok żony i padł obok nich na kolana. Następnie przyłożył dłoń do jej bladego policzka i delikatnie musnął go kciukiem.
– Mogliśmy być tacy szczęśliwi – szepnął, patrząc w jej szeroko otwarte, pozbawione życia oczy. – Dlaczego prędzej czy później wszystkie kobiety okazują się skończonymi kurwami?
Powoli wstał i zbliżył się do teściowej. Przez dłuższą chwilę przyglądał się jej z góry, w milczeniu dumając nad tym, co powinien z nią zrobić. A gdy w pewnym momencie kobieta skuliła się do pozycji embrionalnej i wydała z siebie długi, przytłumiony dźwięk, Andrzej pochylił się nad nią i zerwał taśmę z jej warg.
– Auuu – zajęczała cicho pani Irena.
– Co się dzieje?
– Nie mogę oddychać… Boli mnie w klatce piersiowej… Boże!
– Jak to, kurwa, boli? – spytał Andrzej, patrząc, jak staruszka otwiera szeroko usta i haustami nabiera powietrza.
– Duszę się… Andrzejku, ja… Wezwij karetkę.
– Chyba oszalałaś.
– P-prosz-szę – wydukała kobieta, której twarz robiła się coraz bardziej czerwona.
W odpowiedzi mężczyzna zaniósł się donośnym śmiechem. Nie mógł uwierzyć, że problem sam się rozwiązał. Rozbawiony patrzył na umierającą teściową, zastanawiając się, czy powinien towarzyszyć jej do samego końca, czy może wyjść i pozwolić, by odeszła samotnie.
– Jestem przy tobie, mamo – rzekł fałszywie troskliwym tonem i usiadł po turecku obok niej.
– K-kar-ret-ka – dukała coraz ciszej staruszka, na której twarzy malowała się desperacja.
– Już jedzie – okłamał ją Andrzej i pogładził czule po ramieniu. – Wiesz, gdy teraz o tym myślę, to stwierdzam, że wcale nie byłaś złą teściową. Może zbyt surowo cię oceniałem…
Pani Irena wzięła kolejny haust powietrza i wydusiła z siebie jedno słowo:
– Błag-gam.
– Pamiętasz, jak stanęłaś w mojej obronie, gdy Aniela urządziła mi awanturę, bo wróciłem pijany z urodzin kumpla? Powiedziałaś wtedy, że chłop ma czasem prawo zaszaleć. Zabawne, że koniec końców to ona zaszalała dużo bardziej niż ja.
– S-syn-nu…
– Żegnaj, mamo. Jeśli to cię pocieszy: będę o tobie dobrze myślał.
Andrzej pocałował kobietę w spoconą głowę i ruszył w kierunku wyjścia, ignorując wydawane przez nią odgłosy. Następnie udał się do łazienki i dokładnie przemył twarz. To samo zrobił z nożem. Musiał go gdzieś schować, żeby nikt nigdy go nie odnalazł. Wiedział jednak, że to nie wystarczy – nie zdoła długo ukrywać popełnionej zbrodni. Policja prędzej czy później dowie się o śmierci jego bliskich, a wtedy on automatycznie stanie się głównym podejrzanym.
– Kurwa – syknął, gdy wreszcie zaczął racjonalnie myśleć.
Przerażony wbiegł z powrotem po schodach na piętro i wrócił do sypialni. A gdy ujrzał leżące na podłodze trzy nieruchome ciała, skonfrontował się z brutalną prawdą: już nic nigdy nie będzie takie jak dawniej. Mordując ich w szale, przekreślił swoją przyszłość. „Chryste, co teraz? Kurwa, co mam robić?!” – pytał samego siebie, w panice wbijając paznokcie w głowę. Nie miał wątpliwości, że pozbycie się ciał nie rozwiąże problemu. Co niby powie policji? Jakie poda im alibi?
Zszokowany popełnioną przez siebie masakrą pobiegł do garażu i odszukał kanister z benzyną.
– Kurwaaa! – warknął, gdy okazało się, że jest pusty. – Myśl, kurwa! Myśl!
Rozglądał się po wnętrzu, czując, jak znów wzbiera w nim panika. Wreszcie wsiadł do auta i przekręcił kluczyk w stacyjce. Skoro i tak nie uda mu się uniknąć odpowiedzialności, to nie widział sensu w dalszym życiu. Nie chciał do śmierci gnić za kratami i czuć się wyrzutkiem społeczeństwa. Wolał odejść na własnych warunkach.
Zamknął oczy i oparł się potylicą o zagłówek. Następnie wziął głęboki wdech, a potem kolejny, w napięciu czekając, aż poczuje charakterystyczny zapach spalin. Jednocześnie podsumowywał swoje życie i wspominał wszystkie szczęśliwe chwile. Było ich tak wiele – pierwsze randki, romantyczne spacery, ceremonie ślubne i dzień, gdy po raz pierwszy wziął maleńkiego synka na ręce. Znów słyszał histeryczny płacz Łukasza i szlochał ze szczęścia tak samo jak przed laty. Odtwarzając te wspomnienia, uświadomił sobie, jak piękne, a zarazem kruche potrafi być życie. Choćbyśmy nie wiadomo jak o nie dbali, wystarczy jedna niewłaściwa osoba, by wszystko legło w gruzach.
– Nie pozwolę wam… Nie zniszczycie mnie – wycedził, gdy z ciemności wyłoniły się obie jego żony.
Podłe, samolubne kurwy, które zdeptały jego uczucia i odarły go z godności. Były jak wampiry wysysające z niego krew. Nagle zrozumiał, że jeśli zostanie w aucie i zatruje się spalinami, dokona się ich wola.
– Nie zniszczycie mnie – powiedział stanowczo, po czym wyłączył silnik i wysiadł z auta, a potem opuścił garaż, upadł plecami na trawę i przez kilka minut z uśmiechem ulgi wdychał świeże, pachnące lasem powietrze.
Musiał przeżyć. Jego śmierć oznaczałaby triumf zła. Nie zamierzał do tego dopuścić.
*
Po przebiegnięciu młodego sosnowego lasku zdyszany Andrzej dotarł do drogi prowadzącej do posesji Wilczków. Nie utrzymywał z nimi bliskich kontaktów, ale raz na jakiś czas odwiedzał ich na zaproszenie Juliana. Mężczyzna uwielbiał rozprawiać na temat dziwacznych teorii spiskowych, co zawsze irytowało Andrzeja. Wciąż pamiętał, jak dwa lata temu Julian zaprowadził go do piwnicy i zaprezentował mu skonstruowany przez siebie schron mogący pomieścić całą rodzinę.
– Uważam, że każdy powinien mieć coś takiego w swoim domu – stwierdził wtedy. – Żałuję, że w dzieciństwie mój ojciec o tym nie pomyślał.
Wilczek wyjawił Andrzejowi, że przed laty do jego rodzinnego domu włamało się kilku pijanych mieszkańców wsi, którzy sterroryzowali jego bliskich i śmiertelnie pobili ojca. Okazało się, że mężczyzna w tajemnicy przed rodziną narobił sobie u nich długów i miesiącami zwlekał z ich spłatą.
– Wreszcie miarka się przebrała i ojciec dostał za swoje. Szkoda tylko, że przy okazji oberwało się też mamie.
– Jak to?
Przygaszony Julian opowiedział sąsiadowi o tym, jak jeden z napastników kopnął w brzuch jego matkę będącą w zaawansowanej ciąży. W efekcie kobieta urodziła martwe dziecko.
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
EPILOG
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Meritum publikacji
