Ebook i audiobook dostępne w abonamencie bez dopłat od 25.11.2025
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
29,98 zł
14,99 zł
Najniższa cena z 30 dni przed obniżką: 29,98 zł
30 osób interesuje się tą książką
Greta od lat żyje w cieniu despotycznego męża, który nie docenia jej starań i zarzuca ją kolejnymi obowiązkami. Po jednej z wielu awantur zrezygnowana kobieta decyduje się na wyprowadzkę. Nie przypuszcza, że upokorzony mężczyzna posunie się do wszystkiego, byle tylko wyrównać z nią rachunki.
Wkrótce opuszczona przez wszystkich i nękana przez męża Greta decyduje się odnaleźć porzuconą przed szesnastoma laty córkę. Ma nadzieję, że uda jej się naprawić błędy przeszłości i zbudować z dziewczyną więź. Nie wie jednak, że wkraczając do jej życia, ześle niebezpieczeństwo na nie obie.
Greta staje przed trudną decyzją: czy powinna zanurzać się w przeszłości, by zagłuszyć samotność? W pewnym momencie jest jednak za późno na wycofanie się. Decyzje kobiety zapoczątkowują bieg zdarzeń, które okazują się tragiczne w skutkach.
„Nie mam już siły się męczyć z tym chaosem. Czuję, że śmierć jest dla mnie jedynym wyjściem.”
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 281
Rok wydania: 2025
Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Copyright © by Marcel Moss, 2025
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2025
Wszelkie prawa zastrzeżone
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2025
Projekt okładki: Mariusz Banachowicz
Redakcja: Anna Jeziorska
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Anna Apanas
ISBN: 978-83-8402-601-4
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Seria: FILIA Mroczna Strona
mrocznastrona.pl
Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń jest przypadkowe.
W ciągu ostatnich 7 lat wskaźnik samookaleczeń wśród dzieci i nastolatków wzrósł o 130% – wynika z raportu „Dzieci się liczą 2022”, opublikowanego przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę.
Z tego samego raportu wynika, że w 2021 roku osoby poniżej dziewiętnastego roku życia podjęły 1496 prób samobójczych, z których 127 doprowadziło do śmierci.
Z kolei 7% dzieci w Polsce twierdzi, że nie ma w swoim otoczeniu żadnej zaufanej osoby. W przeliczeniu daje to około pół miliona osób.
GRETA
Nie ma nic gorszego niż bycie nierozumianym. Choćbyś czuła, że wszystko z tobą w porządku, to zderzając się z ciągłą krytyką i odrzuceniem, w końcu zaczniesz przekonywać siebie, że inni mają rację, że faktycznie jesteś wadliwa. A gdy w to uwierzysz, nie będzie już odwrotu.
Moja córka Maja była wspaniała. Wrażliwa, delikatna, a do tego pełna nadziei i marzeń. Ja jako jedyna dostrzegałam w niej piękno. Przykryte grubą warstwą smutku i rozpaczy było niczym maleńki listek przebijający się przez twardą, jałową ziemię. Maja była wojowniczką, miała w sobie chęć do walki, i to mimo iż cały świat próbował wgnieść ją w ziemię. Zresztą prawie mu się to udało.
Tak bardzo chciałam jej pomóc… Przysięgłam sobie, że już nigdy jej nie zawiodę, że odpokutuję grzechy przeszłości i rozciągnę nad nią parasol ochronny. Zamierzałam stać się idealną matką i przyjaciółką. To miał być nowy początek dla nas obu. Wszystko zmierzało ku dobremu.
Teraz Maja nie żyje. I wszyscy wokół próbują mi wmówić, że to moja wina.
A co, jeśli mają rację? Co, jeśli zabiłam swoją córkę?
GRETA
OBECNIE
Dziś rano do mnie dociera, że dłużej nie dam rady.
Po otwarciu oczu przez długie sekundy patrzę w sufit i obserwuję światło wpadające przez niedomknięte rolety. Rysuje długą, prostą linię. Wydaje się taka stabilna… Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego samego o sobie. Moje myśli kotłują się i przelatują mi przez głowę jak przewijany w ekspresowym tempie film. Albo kolejny odcinek serialu pod tytułem: Rzeczy, które Greta musi dziś zrobić.
Tego już za wiele.
Z jednej strony przytłacza mnie nadmiar informacji, a z drugiej – czuję się tak, jakbym od środka stanowiła nieznośną próżnię. Jestem tak wyczerpana, że nie czuję już nawet winy z powodu tego, że przestałam spełniać oczekiwania innych. W głębi duszy jednak wiem, że nigdy ich nie spełniałam. I to jeszcze bardziej mnie dobija.
Nie mam siły wstać z łóżka. Zdaję sobie sprawę, że gdy to zrobię, wpadnę prosto w huragan obowiązków, oskarżeń, wymagań – jakbym była tylko bezrefleksyjną maszyną do wykonywania poleceń. Funkcjonowałam tak przez ostatnie lata, podtrzymując iluzję ułożonego życia tylko po to, by nie rozpaść się na kawałki. Ale to koniec. Nic już we mnie nie zostało.
Mój mąż Darek leży obok mnie na brzuchu i cicho pochrapuje. Wydaje się taki niewinny, bezbronny… Pozory. Każdy jego wdech działa na mnie jak przypomnienie: musisz być idealną żoną, matką i panią domu. A przy okazji odnoszącą coraz większe sukcesy bizneswoman.
Ciągle robię coś dla innych, nie myśląc o sobie. Staram się zadowolić męża, teściów, dzieci, a nawet szefa. Z roku na rok czuję na barkach coraz większy ciężar oczekiwań. I nie mam siły dłużej go dźwigać.
Doszczętnie się wypaliłam. Nawet teraz, w tej chwili, kiedy powinnam wstać, wszystko mnie boli, włącznie z myślami. Kiedyś sądziłam, że to może po prostu stres, że mi przejdzie, jak tylko coś zrobię inaczej… Ale niby co miałabym zmienić? Przecież od lat tańczę tak, jak inni mi zagrają. I nawet to nie wystarcza.
Leżę i wpatruję się w sufit, dopóki nie zaczyna rozmywać się przed moimi oczami. Mijają kolejne minuty, a ja nadal leżę nieruchomo. W pewnym momencie zerkam na telefon. Dochodzi siódma. Zwykle o tej porze przygotowuję już śniadanie dla naszego syna Bartka i prasuję dla niego ubrania do szkoły. Dwadzieścia po siódmej wchodzę pod prysznic, a punktualnie o wpół do ósmej stawiam na stole kawę dla mojego męża i czekam, aż zaspany wygrzebie się z łóżka. Darek zawsze zaczyna dzień od mocnej, czarnej kawy z dodatkiem trzech łyżek cukru. Przynajmniej w tej kwestii pozostaje przewidywalny. Szkoda, że nie mogę tego powiedzieć o jego rosnących z roku na rok oczekiwaniach wobec mnie.
Wiem, że powinnam być już na nogach. A jednak przewracam się w łóżku na bok, krzywiąc się na samą myśl o zaczynającym się dniu. „Nie dam rady” – grzmi głos w mojej głowie. „Nie mam siły dłużej tego ciągnąć. To naprawdę koniec”. A gdy już wyrzucam z siebie całą frustrację, jak zwykle dociera do mnie ponura proza życia: „Wstaniesz z tego pierdolonego łóżka, zaciśniesz zęby i zmusisz się do uśmiechu. A potem pociągniesz tę farsę zwaną twoim beznadziejnym życiem. Zrobisz to, choćbyś miała na koniec dnia paść na twarz. Zbyt wiele osób na ciebie liczy”.
Po co ja siebie oszukuję? Przecież wiem, że nie odważę się niczego zmienić. Próbowałam wiele razy, ale wszelkie przejawy buntu były natychmiast tłumione. Pamiętam, jak w zeszłym roku wyznałam Darkowi, że czuję się wyssana z energii i nie zdołam pójść do pracy. Zasugerowałam, że może jeden dzień spędzony w samotności pomoże mi się odbudować.
– Tego chcesz uczyć naszego syna? Lenistwa? – spytał pogardliwym tonem mój mąż.
Jego słowa przewierciły się przez moją głowę i zostawiły ślad, którego nie da się wymazać. Lenistwo… Jakby nie rozumiał, że czuję się zduszona, że każdego dnia desperacko walczę o przetrwanie.
Od tamtej pory nie rozmawiam z nim na temat swojego samopoczucia. Nie żeby cokolwiek go to obchodziło. Jako kobieta i życiowa partnerka jestem dla niego niewidzialna. Mam jedynie wywiązywać się z roli, którą mi narzucił. I pod żadnym pozorem nie przynosić mu wstydu. Świadomość tego, że nic nie znaczę dla mojego męża, codziennie odziera mnie z resztek poczucia własnej wartości. Nawet w dni, kiedy Darek wyciąga do mnie ręce, czuję się tylko pionkiem w jego grze, kimś, kto ma spełniać jego zachcianki, nie oczekując niczego w zamian. Jako młoda dziewczyna marzyłam o wielkiej miłości i wspierającym partnerze. Nie przypuszczałam, że los ześle mi mężczyznę, który miłością obdarza przede wszystkim samego siebie.
„Wstań!” – krzyczy mój zdrowy rozsądek. „Zrób to i oszczędź sobie kolejnych uszczypliwości”.
W końcu się podnoszę i podchodzę do zawieszonego na ścianie lustra. Przeraża mnie widok bladej, zmęczonej twarzy, pozbawionych blasku oczu i przysłaniających zmarszczone czoło przyklapniętych tłustych włosów. Jeszcze nie wyszłam z pokoju, a już czuję się, jakby dzień mnie pokonał. A najgorsze, że za chwilę będę musiała się rozebrać i wejść pod prysznic. Łazienka to dziś najbardziej znienawidzone przeze mnie pomieszczenie w mieszkaniu. Ilekroć patrzę na swoje ciało, przypominam sobie, jak bardzo różnię się od siebie sprzed lat: szczupłej, zgrabnej, wysportowanej dziewczyny, za którą faceci oglądali się na ulicy. Choć mam dopiero trzydzieści cztery lata, czuję się jak zmęczona życiem emerytka. I nie wierzę w zapewnienia starszych koleżanek, że najlepsze dopiero przede mną.
Kiedyś naprawdę czułam się piękna. Teraz widzę tylko kobietę, która chce dociągnąć do następnego dnia. Zniszczoną przez życie i balansującą na granicy rozpadu. Czym sobie na to wszystko zasłużyłam?
*
W kuchni panuje cisza, przerywana jedynie miarowym szumem ekspresu. Chwilę później wpatruję się w dymiącą filiżankę mocnej czarnej kawy i próbuję sobie wmówić, że jakoś przetrwam ten dzień. Jeśli nie dla siebie, to dla Bartka.
Darek wchodzi do kuchni i zerka na mnie z wymowną niechęcią. Na dzień dobry dostaję tylko jego zniecierpliwione spojrzenie. Nietrudno zgadnąć, że jest niezadowolony. Znam go wystarczająco dobrze, by wyczuć jego nastrój, zanim jeszcze zdąży otworzyć usta. A on nigdy nie mówi nic od razu. Zawsze czeka na odpowiedni moment, żeby zasiać we mnie niepokój, zadać mi cios w plecy bez wysuwania noża z pokrowca.
– Chcę przed południem zadzwonić do mamy. Co mam jej powiedzieć?
Pyta o uroczystą kolację z okazji czterdziestej rocznicy ślubu moich teściów. Wpadł na pomysł, żebyśmy wyprawili ją dziś wieczorem w naszym mieszkaniu. Czuję, jak coś ściska mnie w żołądku. Jego głos, z tą wyraźną nutą pretensji, jakby przeczuwał, że znów go zawiodę i nie spełnię jego oczekiwań.
– Możemy o tym porozmawiać później? Bartek zaraz przyjdzie i nie chcę, by słuchał naszej kłótni.
– Aha, czyli już zdecydowałaś za mnie, że wszystko odwołujemy? – Gdy to mówi, głos drży mu z irytacji.
– Kochanie, to nie tak…
– A jak? – Piorunuje mnie wzrokiem. – Greta, czy ty w ogóle myślisz czasem o innych? Moi rodzice tak wiele dla nas zrobili, a tobie nawet nie chciało się poświęcić w ten jeden dzień…
– Mówiłam ci, że mam mnóstwo pracy. Konrad przechodzi ostatnio samego siebie i wciąż dokłada mi obowiązków.
– Mistrzyni wymówek – podsumowuje oschle Darek, przysuwając do siebie talerz z kanapkami i kabanosami pokrojonymi w równej długości kawałki.
Tymczasem do kuchni wchodzi nasz zaspany syn i wita się z nami cichym: „Cześć”. Liczę, że jego obecność zniechęci Darka do kontynuowania tej rozmowy. Mój mąż jednak nie odpuszcza.
– I co teraz zrobimy? Mam zostawić rodziców na lodzie? Wiesz, jak im będzie przykro? Cholera, Greta… Wiedziałaś o tym od dawna i nie kiwnęłaś palcem.
Cały Darek. Jego rodzice i ich potrzeby są dla niego zawsze na pierwszym miejscu, a ja… Cóż, ja mam im tylko usługiwać. Owszem, pamiętałam o zbliżającej się rocznicy, ale on też. Gdyby mu naprawdę zależało na rodzicach, przejąłby pałeczkę i pokierował przygotowaniami. On jednak poszedł na łatwiznę, przyzwyczajony do tego, że jak zwykle zrobię wszystko za niego, a finalnie i tak przypisze sobie zasługi za moją ciężką pracę. Cóż, nie tym razem. Zwyczajnie zabrakło mi paliwa, by i to ogarnąć. Poza tym nie mam siły znosić tej farsy i udawanej życzliwości. Teściowie wiele razy mnie oceniali i krytykowali. Matka Darka nigdy mnie nie zaakceptowała, choć nie przyzna tego wprost. Czuję to jednak w każdym jej spojrzeniu, wymuszonym uśmiechu i geście, który wyraża więcej niż słowa. Odnoszę wrażenie, że nigdy nie będę dla niej wystarczająco dobrą synową. Wielokrotnie miałam zresztą ochotę spojrzeć jej w oczy i spytać: „Co jeszcze musiałabym zrobić, by zasłużyć na twój szacunek?”. Za każdym razem gryzłam się jednak w język. Czułam bowiem, że równie dobrze mogłabym wypowiedzieć te słowa do ściany. Efekt byłby taki sam.
Nie odpowiadam od razu na zaczepki Darka, skupiając się na jedzącym śniadanie synu.
– Dolać ci jeszcze kakao?
– Mhm.
Tymczasem Darek bierze do ręki kanapkę i przygląda się jej z nietęgą miną.
– A gdzie salami? – Miałam nadzieję, że nie zauważy jego braku. Robiąc wczoraj zakupy w biedronce, rozkojarzona zapomniałam włożyć do koszyka jego ulubioną wędlinę.
– Nie mieli już wczoraj. Pójdę po pracy i sprawdzę, czy uzupełnili braki.
Darek marszczy wymownie brwi i wraca do tematu rocznicowej kolacji.
– Podzwoń dziś po restauracjach i zamów catering. Najwyżej powiemy rodzicom, że sama to przyrządziłaś.
– A nie byłoby lepiej, gdybyśmy zarezerwowali gdzieś stolik? Pamiętasz ten lokal z bałkańską kuchnią, do którego twój tata zabrał nas w swoje urodziny? Spędziliśmy wtedy miły wieczór. Może warto byłoby to powtórzyć?
Mąż mrozi mnie wzrokiem, wstrzymując się z odpowiedzią na kilka długich sekund.
– Mamy pójść na łatwiznę? Co z tobą, Greta?
W głowie kłębią mi się odpowiedzi, ale żadnej nie mówię na głos. Każde moje słowo byłoby jak benzyna, która wznieci ogromny pożar. Doskonale wiem, jak przebiegłaby ta rozmowa – próbowałabym mu wyjaśnić, że to nie było celowe, że moją intencją nie było kogokolwiek zawieść. W odpowiedzi Darek zarzuciłby mnie jeszcze większą ilością oskarżeń i zarzutów, które tylko pogłębiłyby moje poczucie winy.
– Jedz, a ja sprawdzę, czy na pewno spakowałeś wszystkie podręczniki – mówię do syna i w pośpiechu opuszczam kuchnię.
Opieram się plecami o ścianę w przedpokoju i biorę głęboki wdech. Wiem, że muszę zorganizować tę przeklętą kolację. Nie ucieknę od niej. Jeśli zawiodę, spotka mnie surowa zemsta ze strony mojego męża. Nie chcę znowu przez to przechodzić.
Przez kolejne sekundy oddycham miarowo, próbując się uspokoić, jednak ilekroć zamykam oczy, z ciemności wyłania się twarz Darka. Widzę jego lekceważący uśmiech, kąciki ust unoszące się w ten powolny, kontrolowany sposób… I pomyśleć, że ten sam uśmiech przed laty dawał mi ukojenie i poczucie bezpieczeństwa. Teraz stanowi znak, że wszystko, co robię, jest niewystarczające. Mam wrażenie, że mąż obserwuje każdy mój ruch i natychmiast rejestruje każde potknięcie. Jestem jego więźniem, choć ściskam w dłoni klucz do drzwi celi. Mogę je w każdej chwili otworzyć, a jednak nie potrafię zrobić pierwszego kroku. I on dobrze o tym wie.
Z ponurych rozważań wyrywa mnie krzyk Bartka:
– Mamo, gdzie jest sos czosnkowy?!
Zanim wracam do kuchni, biorę kolejny głęboki wdech, a następnie powoli wypuszczam ustami powietrze i przybieram neutralny wyraz twarzy.
– Żadnego sosu. Mam ci przypomnieć, co się ostatnio działo, gdy połączyłeś go z kakao?
– Ale mamo… – jęczy.
– Kończ śniadanie i szykuj się do szkoły – ucinam dyskusję.
Tymczasem Darek patrzy na mnie z miną wyrażającą irytację.
– To jak będzie? – naciska.
Wiem, że sprzeciw tylko go rozsierdzi. Wolę nie ryzykować, że zacznie mnie krytykować przy Bartku. Chcę, by syn darzył mnie szacunkiem, ale nie utrzymam go, jeśli będę się wystawiać na kąśliwe, nieprzemyślane komentarze mojego męża.
– Dobrze, coś wymyślę – odpowiadam ugodowo.
– Co? – drąży.
– Jeszcze nie wiem, ale urządzimy tę kolację. Popytam współpracowników, czy nie mają do polecenia jakichś dobrych restauracji. Najwyżej zadzwonię do nich wcześniej, zamówię potrawy i pojadę tam prosto po pracy.
– Mama od razu się domyśli, że to kupne żarcie – zauważa niepocieszony Darek. Oddycham z ulgą, gdy niespodziewanie mówi: – Niech będzie. Lepsze to niż nic. Już i tak za późno, byś stała przy garach. A nie chcę, żebyś zaserwowała mamie coś przygotowanego na odwal.
„Na odwal” – jego słowa są jak lodowaty podmuch, który niespodziewanie uderza we mnie, omal nie zwalając z nóg. I choć szybko przemija, pozostawia mnie z nieprzyjemnym uczuciem wewnętrznego chłodu. Czy ja kiedykolwiek zrobiłam coś na odwal?
Oddycham z ulgą, gdy Darek nie ciągnie tematu kolacji. Spokojnie pytam go, czy chce więcej kawy.
– Nie trzeba – rzuca, co traktuję jako przyzwolenie na zejście mu z oczu. Nareszcie.
*
Kwadrans później pakuję Bartkowi przygotowane wcześniej kanapki i wręczam dwa dziesięciozłotowe banknoty.
– Tylko kup za nie coś zdrowego.
– Przecież zawsze kupuję – odpowiada mój dwunastoletni syn.
– Doprawdy? Mam ci przypomnieć, co ostatnio znalazłam na dnie plecaka? – Nawiązuję do pustego opakowania solonych chipsów.
– Wrzuć wreszcie na luz, mamo. Dlaczego nie możesz być taka jak rodzice Antka?
Wspomina o swoim najlepszym koledze z klasy, z którym siedzi w ławce na każdym przedmiocie. Miałam okazję poznać jego rodziców na jednej ze szkolnych imprez. Odebrałam ich jako przebojowych, pewnych siebie, a co najważniejsze – wciąż zakochanych w sobie do szaleństwa ludzi. I to mimo wielu lat małżeństwa na karku. Obserwując ich, czułam narastającą we mnie gorycz. Dlaczego jednym dane jest mieć partnerów, którzy okazują im szacunek, a inni, tacy jak ja, celebrują wspólny posiłek, w trakcie którego musieli wysłuchiwać pretensji i kąśliwych uwag? Tak długo próbowałam przypasować Darkowi, ale się nie udało. Dziś jednak widzę, że od początku byłam skazana na porażkę. Mój mąż poszukuje bowiem ideału, a takowe nie istnieją.
Zanim żegnam się z synem, mówię mu, że postaram się „wrzucić na luz”. Wiem jednak, że to tylko kolejne obietnice bez pokrycia. Tacy ludzie jak ja nie wiedzą, czym jest luz. Bez przerwy szarpię się jak dzikie zwierzę w klatce, podczas gdy prawdziwy drapieżnik chodzi na wolności. A ilekroć próbuję się uspokoić, myślę o tym, co jeszcze jest do zrobienia i ile rzeczy zawaliłam. Nawet zasypiając, mam wrażenie, że wkrótce coś wybuchnie, że na pewno o czymś zapomniałam. Żyję w stanie ciągłego napięcia, które nie pozwala mi odetchnąć pełną piersią. I nikt tego nie rozumie.
– A jeśli jestem po prostu wadliwym egzemplarzem? – spytałam jakiś czas temu moją jedyną przyjaciółkę Magdę.
– Co ty wygadujesz? Jesteś najlepszą żoną i matką, jaką znam.
– Szkoda, że Darek tak nie uważa. – Westchnęłam z rezygnacją.
– To dureń i egoista – skwitowała. – Wybacz, nie powinnam tak mówić o twoim mężu, ale wiesz, że zawsze jestem szczera.
– I za to cię kocham.
Cenię Magdę za to, że czasem jedną wypowiedzią umie poprawić mi nastrój. Gdy jednak rozchodzimy się każda w swoją stronę, szybko dopada mnie proza życia. „Czy jestem wadliwa?” – to pytanie codziennie przemyka mi przez głowę. Odkąd pamiętam, czułam, jakby mój mózg funkcjonował inaczej, kręcił się w niekończącym wirze, którego nie byłam w stanie zatrzymać. Każdy dzień to dla mnie nieustanna walka z samą sobą, z własnymi myślami, które rozjeżdżają się we wszystkich kierunkach i nigdy nie wracają na właściwy tor. W efekcie nie potrafię usiąść i skupić się na jednej rzeczy. Proste zadania, takie jak opłacenie rachunków, są dla mnie jak wyścig z czasem – muszę czym prędzej je odhaczyć, bo jeśli choć na chwilę odłożę je na bok, utonę w chaosie. Tymczasem Darka nie obchodzi, przez co przechodzę. Jego interesuje tylko efekt końcowy. Mam być idealną żoną i już. Gdyby tylko rozumiał, ile energii zużyłam przez te wszystkie lata, starając się go zadowolić…
Czasem myślę, że ciężko jest być mną. Bywa, że patrzę na ludzi wokół i czuję się przy nich jak wadliwy egzemplarz, kompletna niedojda. Kiedy słyszę w domu czy w pracy, że znowu coś zawaliłam, kulę się niczym zagubione dziecko. Może mój mąż i szef mają rację? Może nie da się mnie naprawić?
– Kończę o czwartej. W razie czego dzwoń – mówi do mnie przed wyjściem do pracy Darek.
„W razie czego dzwoń” – czy on właśnie zaoferował mi pomoc w przygotowaniu kolacji?
– Dam radę – zapewniam go i szybko żałuję swoich słów. Znów próbuję mu udowodnić, że jestem supermenką. Tylko po co, skoro on nigdy nie będzie mnie za nią uważał? Dobrowolnie biorąc na swoje barki ciężar przygotowań, tylko przyznaję mu rację. Powinnam go poprosić, by czekał na mój telefon. Niestety, jest już za późno. Darek właśnie wyszedł i zamknął za sobą drzwi.
*
Pół godziny później zapinam ostatni guzik koszuli i narzucam na siebie cienki płaszcz. Następnie opuszczam mieszkanie i postanawiam zejść schodami. Szybko tego żałuję – moje kroki są ciężkie, powolne, zupełnie jakby ciało wysyłało mi sygnał: „Wracaj do domu i oszczędź sobie stresu”. Wiem, że przede mną kolejny gówniany dzień w pracy i bezskuteczne próby sprostania wymaganiom szefa. Gdy myślę o Konradzie, jego lodowatym spojrzeniu i surowym tonie głosu, żołądek natychmiast mi się zaciska. Niczego bardziej nie pragnę, niż wrócić do domu, wskoczyć do łóżka i przykryć się miękką kołdrą. A jednak idę naprzód, krok za krokiem. Bo co innego mi pozostało?
Siedzę w tramwaju, wpatrując się w mijane budynki i starając się nie myśleć o tym, co czeka mnie za pół godziny, gdy przekroczę próg biura. Na szczęście nie dostrzegam wokół żadnych zakochanych par i czułych gestów, które przypominają mi, jak bardzo moja codzienność różni się od idealnego życia wielu ludzi. Widok zakochanych w sobie i epatujących szczęściem nieznajomych zawsze mnie dusi i zmusza do powrócenia myślami do początków związku z Darkiem. Byliśmy do nich tacy podobni… A przynajmniej ja byłam. Pełna nadziei, że nasza miłość jest prawdziwa, że wreszcie się dowiem, jak to jest być kochaną. To był czas, kiedy każdy uśmiech Darka mnie uskrzydlał. Czułam pewność, że razem zdołamy wszystko. A teraz? Teraz jadę tramwajem z ulgą, że przynajmniej dzisiaj nie muszę patrzeć na cudze szczęście, którego nigdy nie udało mi się w pełni doświadczyć.
Żałuję, że przed laty poleciałam na tę przeklętą Kretę. Gdyby ktoś wtedy powiedział mi, że jedna decyzja rzuci cień na całe moje życie, nie uwierzyłabym. A jednak, wychodząc wtedy wieczorem z pokoju i udając się samotnie do hotelowego baru, nieświadomie zmieniłam bieg swojej historii.
Był dopiero trzeci dzień wyjazdu, a ja już czułam się jak piąte koło u wozu. Wyprawa z Magdą i jej ówczesnym chłopakiem Tomkiem miała być dla mnie okazją do odpoczynku, ale tylko przypominała mi o tym, jak bardzo byłam samotna. Choć dopingowałam ich z całego serca, to widok ich szczęścia sprawiał, że z każdym dniem w moim sercu rosła coraz większa pustka. Kiedy wieczorem, po całym dniu zwiedzania wyspy, Magda i Tomek wrócili do siebie, poczułam silną potrzebę podjęcia jeszcze jakiegoś działania. Powietrze w hotelowym pokoju wydawało mi się bowiem nieprzyjemnie ciężkie, a samotność tylko nasilała we mnie dyskomfort. Musiałam się stamtąd wyrwać, zeszłam więc do hotelowego baru, mając nadzieję, że jeden drink pozwoli mi zapomnieć o zmartwieniach. W środku panował półmrok i nieznośny gwar pijanych gości. Moją uwagę przykuł jednak siedzący na końcu kontuaru mężczyzna. Pochylał się nad opróżnioną do połowy szklanką piwa, a jego mina wyrażała irytację. Wyglądał na kogoś, kto przyszedł tu w nadziei, że będzie mógł w spokoju pozbierać myśli. Plany pokrzyżowali mu jednak inni urlopowicze.
Zajęłam miejsce kilka krzeseł dalej i poprosiłam o kieliszek białego wina. Siedziałam przez parę minut w ciszy, czując na sobie wzrok nieznajomego. Myślałam, by zainicjować rozmowę, ale coś mnie powstrzymywało. Na szczęście on postanowił mnie wyręczyć.
– Samotny wieczór? – zapytał z wyczuwalnym w głosie zmęczeniem.
Spojrzałam na niego, zastanawiając się, kim był. Miał starannie zaczesane kasztanowe włosy i oczy, z których bił niepokój – jakby wcale nie chciał tam być.
– U ciebie chyba też? – odpowiedziałam pytaniem na pytanie, nie chcąc zamęczać go swoimi rozterkami.
– Przyleciałem z dziewczyną, ale prawdę mówiąc, nie wiem, czy jeszcze mogę ją tak nazywać. Ostatnio niewiele nas łączy… No, może z wyjątkiem wiecznych kłótni. – Prychnął, a mnie zdziwiła jego szczerość. Żeby zwierzać się poznanej chwilę wcześniej kobiecie z problemów w związku? A może właśnie dlatego to robił? Czasem obce osoby są najlepszymi powiernikami. Nie oceniają i nie podchodzą do nas emocjonalnie. – A ty? – spytał, opierając się wygodnie na krześle.
Patrząc mu głęboko w piwne oczy, poczułam, że mogę to z siebie wyrzucić.
– Jestem tu z najlepszą, a zarazem jedyną przyjaciółką i jej nowym chłopakiem.
– Przyzwoitka?
– Raczej konsultantka. Mam być baczną obserwatorką i notować wszystkie dziwne zachowania jej chłopaka. – Zdobyłam się na wymuszony chichot.
– A gdzie w tym wszystkim ty i twoje potrzeby? – spytał nieznajomy, upijając mały łyk piwa.
– Właśnie tutaj – odpowiedziałam, po czym wezwałam barmana i zamówiłam u niego podwójną margaritę. – Tak w ogóle to jestem Greta.
– Darek. Miło mi, Greto.
Tamtej nocy rozmawialiśmy przez kilka godzin, powoli sącząc drinki i luzując hamulce. Każde z nas opowiadało o swoich rozczarowaniach, o tym, jak próby osiągnięcia życiowej stabilizacji często przynoszą jeszcze większe zamieszanie. Słowa Darka brzmiały, jakby czytał mi w myślach i wiedział, co chciałam usłyszeć. Jakby czuł, że stałam nad przepaścią…
W pewnym momencie przysunął się nieco bliżej i z lekko uniesionymi kącikami ust spytał:
– A może powinniśmy sobie nawzajem pomóc w wypełnieniu brakujących puzzli?
Wtedy nie potraktowałam tego poważnie. Oboje byliśmy pijani i nie rozumieliśmy ciężaru wypowiadanych słów. Wymieniliśmy się jednak numerami telefonów, choć byłam pewna, że na tym skończy się nasza znajomość. Byliśmy wszak tylko przypadkowymi turystami, którzy na chwilę znaleźli się w tym samym miejscu, w tym samym czasie. Nasza znajomość nie miała przyszłości. Tak wtedy myślałam. Nie wiedziałam jednak, że wkrótce Darek wyprowadzi mnie z błędu.
Napisał do mnie tydzień po powrocie do Polski. Wyjawił, że właśnie rozstał się z dziewczyną, i zaproponował mi spotkanie. To był początek. Początek czegoś, co wtedy wydawało mi się obiecujące, a z czasem okazało się moim największym błędem.
*
Wnętrze mieszczącego się na Mokotowie biura firmy Proxima Analytics jest tak nijakie, że gdyby zdjąć wiszące nad recepcją logo, w tym miejscu mogłaby działać dowolna korporacja. Choć pracuję tu od sześciu lat, wciąż się do niego nie przyzwyczaiłam.
W moim zespole zajmuję się bieżącą obsługą projektów klientów. Oficjalnie nazywam się specjalistką do spraw wsparcia operacyjnego, a nieoficjalnie: dziewczyną od wszystkiego. Każdy raport, każda tabelka, każda zapomniana przez kogoś analiza trafia na moje biurko. I tak mija mi dzień za dniem w tej nowoczesnej, zbudowanej ze szkła i stali klatce.
Po wejściu do środka uderza mnie zimne, jasne światło, które odbija się od sterylnie białych ścian i lśniącej podłogi. Poirytowana mrużę oczy, jakby dziś świeciło ze zdwojoną siłą, by mi przypomnieć, że nigdy nie osiągnę perfekcji, której firma wymaga od swoich pracowników. Przynajmniej tak sądzi Konrad, któremu ciągle coś we mnie nie pasuje. Każdy krok w stronę windy zbliża mnie do świata, w którym nieustannie muszę być kimś więcej, niż jestem. Zupełnie jak w domu. I właśnie to jest w tym najgorsze.
– Greta, zaczekaj! – Słyszę za plecami znajomy głos. To Anka, koleżanka z zespołu. Jej szybki krok i kamienny wyraz twarzy zwiastują jedno: kolejne rzeczy do zrobienia, i to obowiązkowo dzisiaj. Konrad nie toleruje zostawiania niedokończonych spraw na później. Jeśli jednak myśli, że będę tu siedzieć do wieczora, to grubo się myli.
– Co jest? Tylko nie mów, że Konrad znów nie poruchał? – W zespole żartujemy, że odkąd nasz szef rozstał się z narzeczoną, zrobił się nie do zniesienia. Padł nawet pomysł poszukania mu nowej dziewczyny.
– Tylko czy aby na pewno chcemy składać w ofierze niewinną owieczkę? – spytał kiedyś pół żartem, pół serio Łukasz, analityk do spraw operacji klienckich.
Czekając na odpowiedź Anki, badam wzrokiem jej napiętą twarz. Wiem, że nie ma dla mnie dobrych wieści.
– Zanosi się dziś na konkretny młyn. Konrad chce, żebyś zaktualizowała raporty dla Horizontal Bank i PoLeSix.
– Jakie raporty?
– Te o efektywności operacyjnej. Mają przejść audyt i wyniki muszą wyglądać idealnie. Do tego mamy sporo zgłoszeń błędów z ostatniego wdrożenia. Konrad kazał ci przekazać, że masz przygotować dokładną analizę i wysłać ją klientowi jeszcze przed południem.
– Jest u siebie? Muszę to z nim omówić i ustalić priorytety. Nie dam rady tego wszystkiego ogarnąć w tak krótkim czasie. Poza tym wiesz, jaki jest. Za godzinę może wymagać już czegoś innego.
– Ma jakieś spotkanie na mieście i wróci dopiero około południa. Ja tylko przekazuję ci, co mi kazał. Resztę mamy omówić po jego powrocie, ale na razie skup się na raportach.
– Aha, super. Czyli sam gdzieś wychodzi, a mnie zawala całą robotą – rzucam z irytacją.
Anka wzrusza bezradnie ramionami. Zapewne myślami jest już przy swoich kolejnych obowiązkach.
– Muszę iść. Widzimy się później. – Zostawia mnie na środku korytarza, z coraz większym poczuciem presji.
*
Dochodzi druga, a ja wciąż walczę z raportami, drżąc z narastającego we mnie niepokoju. W innych okolicznościach pewnie już dawno miałabym wszystko zrobione, jednak dzisiejszy poranek kompletnie wybił mnie z rytmu. Z jednej strony, pamiętam, co powiedziałam sobie po przebudzeniu: „Dłużej nie dam rady”, ale z drugiej – czuję, że muszę jakoś podołać.
Na szczęście Konrad jeszcze nie wrócił ze spotkania. W przeciwnym razie stałby nade mną i krytykował przed całym zespołem. Zestresowana wpatruję się w liczby, które coraz bardziej rozmazują mi się przed oczami. Rozkojarzona gubię się w niekończących się kolumnach danych, co rusz zerkając na wiszący na ścianie zegar.
– Idziemy na fajkę? – pyta Florian, mój najlepszy kolega w zespole. Trzymam się z nim blisko, odkąd dwa lata temu do nas dołączył. Jako jedyny mówi, co mu ślina na język przyniesie, i okazał mi więcej wsparcia niż pozostali współpracownicy razem wzięci.
– Nie mogę. Konrad mnie zabije, jeśli tego nie ogarnę.
– Jeden papieros cię nie zbawi.
To Florian wkręcił mnie w palenie. Poza pracą tego nie robię, ale w biurze nigdy nie umiałam mu odmówić. Z czasem zaczęłam kupować papierosy, które trzymam w górnej szufladzie swojego biurka. Darek nie wie, że palę, i nie może się dowiedzieć. Znając go, zacząłby mnie wyzywać od śmierdzieli i oskarżać o „trucie rodziny”. Nie wiem, w jaki sposób miałabym to robić, ale na pewno znalazłby jakieś wytłumaczenie. Może stwierdziłby, że przynoszę ze sobą do domu szkodliwe związki chemiczne, które osiadły na moim ubraniu? Jakby wdychanie warszawskiego powietrza samo w sobie nie było trujące…
– Florek, pójdę z tobą za godzinę, okej? Naprawdę muszę to skończyć.
– Niech będzie. Chciałem tylko, żebyś się zrelaksowała. Masz dziś minę, jakby cały świat walił ci się na głowę.
– Bo tak właśnie jest – odpowiadam i z ciężkim westchnięciem wracam do przerwanej pracy.
*
Mój szef wkracza do open space dokładnie siedemnaście minut później.
– Dzień dobry wszystkim – rzuca, kierując się do swojego gabinetu.
Wstrzymuję oddech i odruchowo chowam się za monitorem, jakby w nadziei, że nie zwróci na mnie uwagi. Wysłuchiwanie jego uszczypliwości to ostatnie, na co mam dziś ochotę. Wiem jednak, że tego nie uniknę. Dostałam od niego robotę do wykonania i nie wyrobiłam się na czas.
– Greta. – Konrad mierzy mnie przenikliwym spojrzeniem, opierając ręce na biodrach.
– Cześć – mruczę pod nosem. – Już kończę.
– Już kończysz? Dopiero? Właśnie miałem z tobą omówić kolejne sprawy.
– Przepraszam, ale było tego strasznie dużo. – Patrzę na niego, próbując nie spuścić wzroku, ale czuję, że zaraz się poddam. Dlaczego jest dla mnie taki surowy? Przecież staram się, jak mogę. Okej, innych też nie traktuje dobrze, ale ze mnie ewidentnie zrobił sobie worek do bicia.
– Czy ty kiedyś skończysz coś na czas? – pyta, obrzucając mnie litościwym spojrzeniem.
Próbuję zebrać myśli i znaleźć jakieś wytłumaczenie, które usatysfakcjonuje Konrada. Problem w tym, że nic nie przychodzi mi do głowy. Cokolwiek powiem, potraktuje to jak kolejną wymówkę.
– Daj mi dziesięć minut.
W zniecierpliwieniu czekam na jego decyzję. Widzę też zerkających na mnie ukradkiem współpracowników. Nikt jednak nie ma odwagi się odezwać. Wszyscy siedzą przy swoich biurkach i marzą tylko o tym, by Konrad zamknął się wreszcie w swoim gabinecie. Jedynie Florian posyła mi wspierający uśmiech. Wie, jak bardzo to wszystko przeżywam. I podobnie jak Magda powtarza, że muszę zacisnąć zęby i przeczekać nawałnicę.
– Dziesięć minut. I ani sekundy dłużej – podkreśla, unosząc palec wskazujący.
Żołądek zaciska mi się jeszcze mocniej, gdy patrzy na mnie z tym typowym dla siebie lekceważeniem. Zdaję sobie sprawę, że liczy na choćby najmniejszy błąd w raporcie – coś, co mógłby mi wytknąć, aby przypomnieć mi o moim miejscu w szeregu.
W głębi duszy wiem, że Konrad nie potrafi zaakceptować faktu, iż młodsze pokolenie zaczyna go coraz śmielej podgryzać. Wprawdzie wciąż jest liderem naszego zespołu, ale po tylu latach pracy pewnie marzy mu się dyrektorskie stanowisko. W pogoni za sukcesem oddał firmie wszystko i odsunął na bok życie osobiste. W efekcie jego zaangażowanie przerodziło się w chorobliwą ambicję. Teraz, gdy ja i kilku innych członków teamu dynamicznie wspinamy się po szczeblach kariery, coraz częściej dostrzegam w nim desperację. Jest jak wampir, który pilnuje swojego terenu i wysysa krew z tych, którzy mogą mu jakoś zagrozić.
Dalsza część ksiażki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
GŁOS W DIALOGU
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
PROLOG
CZĘŚĆ 1
CZĘŚĆ 2
CZĘŚĆ 3
POSŁOWIE
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Meritum publikacji