Uzyskaj dostęp do tej i ponad 250000 książek od 14,99 zł miesięcznie
W opowiadaniach ze zbioru „Dom na skraju niczego” Adriana Chrząszcza jest wiele krwi, ale jeszcze więcej cierpienia. Autor prowadzi nas ciemnymi ścieżkami ludzkiej psychiki – poprzez horrory i fantastykę aż po opowieści aż nazbyt realistyczne. Nie jest to lektura lekka, łatwa i przyjemna, lecz ciekawa, wartościowa i niezapomniana.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 302
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Adrian Chrząszcz
Dom na skraju niczego
Redakcja
Elżbieta Kuszmider
Korekta
Katarzyna Krzan
Okładka
Zofia Stybor
Skład
Katarzyna Krzan
Druk i oprawa
Bookpress.eu
Copyright © by Adrian Chrząszcz 2026
Copyright © for this edition by
Wydawnictwo Seqoja 2026
ISBN DRUK: 978-83-67935-46-3
ISBN e-book: 978-83-67935-47-0
Wydawnictwo Seqoja
ul. Żołnierska 11B/20, 10-558 Olsztyn
tel. 534 834 852
e-mail: [email protected]
www.seqojawydawnictwo.pl
Olsztyn 2026
wydanie I
Dla Piotra, za wsparcie
W domu na skraju niczego otwarte drzwi
Nigdy i nigdzie już nie będzie tak smutno.
(Fragment utworu „Dom na skraju niczego” Kartky’ego)
Dom na skraju niczego
Opowiadanie to w dość dużym stopniu zostało zainspirowane jedną z historii z antologii „Lśnienie w ciemności”. Wydaje mi się, że był to tekst „Koniec wszystkich rzeczy” Briana Keene’a. Nie posiadam fizycznego wydania wspomnianego zbioru, więc niestety nie mogę tego zweryfikować, ale w każdym razie tekst przepełniony był potężną dawką melancholii, tęsknoty za utraconym (co notabene przewija się w większości moich tekstów), iż w głowie natychmiast zrodziła mi się wizja przepełnionego smutkiem mężczyzny, który został skazany na niezbyt interesującą egzystencję na mikroskopijnym fragmencie terenu… Mężczyzny, który siłą rzeczy zamknięty został w swoistym więzieniu bez krat, aby w samotności rozpamiętywał stratę, odtwarzał ją nieustannie we wnętrzu własnego umysłu.
Jeśli chodzi o mnie, to z natury jestem człowiekiem bardzo melancholijnym, który lubi rozpamiętywać przeszłość, zastanawiać się dokąd zmierzałoby moje życie, gdybym w konkretnych momentach podjął zupełnie inne decyzje. Zazwyczaj obawiam się zmian (choć wiem, że są one konieczne), przeraża mnie wizja nieodwracalności niektórych decyzji.
I to właśnie strata, nieodwracalność jest jednym z czynników, które w opowiadaniach/powieściach grozy cieszą (przerażają) mnie najbardziej. Czynnikiem, na którym postawiłem fundamenty opowiadania „Dom na skraju niczego”.
Nadmienię jeszcze, że to jeden z tych tekstów, który musiał „poleżakować” zanim został ukończony. W pierwszej próbie napisałem około czterdzieści procent tekstu, dopiero po kilku miesiącach – kompletując opowiadania do tego zbioru – odkopałem starego znajomego, ukończyłem go i oto jest! Mam nadzieję, że dobrze się stało.
Szuflada
Opowiadanie „Szuflada” porusza pewne problemy rzeczywistości, w której żyjemy… Ale nie chciałbym się nad tym rozwodzić, bezimienna zabawka zrobiła to za mnie.
Moim celem w trakcie pisania tego opowiadania było, aby możliwie jak najdłużej utrzymać w tajemnicy, iż nie mamy do czynienia z ludzkim bohaterem/bohaterką. Przypuszczam, że w pewnym momencie można się tego domyślić, ale zachęcam do poinformowania mnie w wiadomości na Instagramie (adrianchrzaszcz_autor) lub poświęcić temu akapit w recenzjach (które czytam, gdy tylko jakąś wypatrzę) czy wypełniłem postawione sobie zadanie.
Historia w dużym stopniu została zainspirowana niezwykle klimatycznym utworem „Szuflady” w wykonaniu Grimmy’ego.
Strażnik
Opowiadanie „Strażnik” jest dla mnie historią w pewnym sensie wyjątkową. Po pierwsze, jest to pierwsza opowieść, której akcję osadziłem poza granicami naszego kraju, co było dla mnie przyjemnym pisarskim urozmaiceniem. Oczywiście dzieje się ona tylko we wnętrzu domu bohaterek, w tekście jedynie padają nazwy norweskich miejscowości, ale – jak się okazało – był to zabieg wystarczający. Po drugie, historia wykorzystuje mitologię nordycką, którą uważam za niezwykle ciekawą… Nie uważam się za jej znawcę, tamtejszy folklor potraktowałem jako fundamenty, na których zbudowałem fabułę.
Wszystkich znawców tejże mitologii przepraszam za nieścisłości, które są zabiegiem całkowicie zamierzonym, wynikającym z potrzeby ich dopasowania do treści opowiadania.
Kryjówka/Wyklęci/Teatr anatomiczny/Strata/Na uwięzi
Wszystkie wymienione wyżej teksty powstały jako swoiste ujście nadmiaru negatywnych emocji, które nagromadziły się u mnie w czasie tworzenia tego zbioru. Nie będę omawiał każdego z osobna, gdyż nota do każdego z nich byłaby dłuższa niż one same. Myślę, że stanowią one ponadto idealny moment, aby się zatrzymać, pomyśleć nad pewnymi kwestiami, ale to już pozostawiam Wam!
Odpowiedzialność zbiorowa
Odkąd zacząłem obcować z literaturą, nieustannie w moim wnętrzu trwa walka dwóch wersji mnie. Pierwsza z nich preferuje książki, z których mogę coś wyciągnąć, które wprowadzą mnie choćby w chwilowy stan zadumy, rozmyślań nad egzystencją. Z tego właśnie powodu uwielbiam książki Wojciecha Guni, czy chociażby Dawida Kaina. Druga z nich jest zakochana w przemocy, nieskrępowanym gore, hektolitrach krwi. Nieopisaną przyjemność sprawiają jej książki Edwarda Lee (pomimo iż są one osadzone w naszej rzeczywistości mocniej niż może się wydawać) oraz – posługując się filmowymi przykładami – posoka, która niemalże wypływa z ekranu kinowego/telewizora/laptopa. Owa druga jaźń z zachwytu niemalże wyszła z siebie podczas seansu „Martwego zła” z 2013 roku w czasie sceny z deszczem krwi. To samo, choć w nieco mniejszym stopniu, działo się w najnowszej części wspomnianej serii, gdy posoką wypełniała się winda, do której wsiadły bohaterki.
Gdy zasiadam do pisania, te dwie „jaźnie” łączą się w jedną, a z braku alternatywy idą na kompromis, chwilowy sojusz. Uważam, że właśnie to determinuje styl, który powoli sobie wyrabiam… Styl, który stara się łączyć dość krwiste sceny, wyeksponowaną seksualność z myślami skłaniającymi do pewnych refleksji.
Opowiadanie „Odpowiedzialność zbiorowa” zostało zainspirowane krótkim filmikiem, krążącym po serwisie TikTok. Jego przebieg spisałem w tejże historii. Osobiście nie korzystam ze wspomnianej aplikacji (jestem przekonany, że zeżarłaby mi ona większość wolnego czasu), do materiału otrzymałem jedynie link. Nagranie wywarło na mnie tak duże wrażenie, że postanowiłem wpleść je w koncept opowieści. W zaskakująco płynny sposób wpasowała się ona w historię o ludzkim okrucieństwie, o bestialstwie drzemiącym (czasem niewystarczająco) głęboko w nas.
Noc potomstwa
O Lovecrafcie ciężko powiedzieć coś nowego… I ja również nie odkryję Ameryki stwierdzeniem, iż jego twórczość jest tak charakterystyczna, nietuzinkowa, że nawet osoby nie mające z autorem żadnej wcześniejszej styczności będą w stanie – w mniejszym lub większym stopniu – wskazać o czym pisał.
Pierwszy raz z twórczością wspomnianego wyżej klasyka spotkałem się w wieku osiemnastu lat, gdy sięgnąłem po zbiór opowiadań „Zew Cthulhu” (wydawnictwo Vesper). Zaznaczę, że swoją przygodę z literaturą zacząłem dość późno i do tamtego momentu czytałem głównie Kinga, który – pomimo tworzenia bardzo szczegółowych światów przedstawionych – posługuje się językiem przystępnym… Tak, wydaje mi się, że to najlepsze określenie. Jakież było moje zdziwienie, gdy położyłem się wygodnie na łóżku, otworzyłem książkę, zacząłem czytać i po kilku stronach uświadomiłem sobie, że w opowiadaniach Lovecrafta nie znajdę przystępności, którą uważałem praktycznie za pewnik. Usiłowałem brnąć przez kolejne strony, ale archaiczny, trudny język działał na mnie lepiej niż melatonina, po prostu mnie usypiał. I nie mówię o stereotypowej „książce do poduszki” – był to efekt potężniejszy, oddziałujący niezależnie od pory dnia, mojego zmęczenia, etc.
W ciągu następnych tygodni i miesięcy podejmowałem kolejne próby, ale niestety efekt nie ulegał choćby najmniejszej zmianie. Po mniej więcej trzech latach przeczytałem około pięćdziesięciu stron, niezbyt porywający wynik. W międzyczasie zdążyłem zasiąść do pisania na poważnie (pierwsze opowiadania pisałem w wieku szesnastu lat, ale były to raczej próby nieśmiałe, kiepskie), chcąc wydawać własne książki. Zacząłem też otwierać się na coraz to większą liczbę autorów, z którymi wcześnie styczności nie miałem. Jednym z nich był Wojciech Gunia, w którego twórczość wsiąknąłem bez opamiętania, zachłannie pochłaniając kolejne porcje brudnych, ponurych światów. W szczególności spodobał mi się (i nadal podoba) język, którym autor operuje… Jeśli czytaliście jakąkolwiek jego pozycję, to jestem pewien, że wiecie o czym mówię, tutaj sprowadzę ten temat do minimum.
Po pewnym czasie zrozumiałem, że twórczość autora czerpie z Lovecrafta (i nie tylko, oczywiście) dużymi garściami, unikając przy tym jakiejkolwiek odtwórczości, a język z dużą liczbą archaizmów, trudnych słów, jeśli wolno mi tak powiedzieć, jest w gruncie rzeczy tym samym, co odrzucało mnie od twórczości Samotnika z Providence (który wcale samotnikiem nie był).
I wtedy ponownie sięgnąłem po nieco zakurzony „Zew Cthulhu”. I wiecie co? Przeczytałem go z zapartym tchem. Czasami potrzeba czasu, aby dojrzeć do pewnych spraw, zrozumieć je.
Opowiadanie „Noc potomstwa” jest niejako wypadkową twórczości obu wspomnianych wyżej panów, a przynajmniej ja tak je odbieram. I choć skutki oddziaływania na mnie prozy Wojciecha Guni przewijają się w całym zbiorze, który przeczytałeś/przeczytałaś, szczególnie w opowiadaniach pierwszoosobowych, to wydaje mi się, że w tej historii echo jego twórczości jest największe.
Fabularnie cieszę się, że udało mi się wpleść w historię motyw wykorzystywania płci pięknej w roli surogatek, których najważniejszym (i jedynym) zadaniem jest rodzenie i wychowywanie potomstwa, gdyż osobiście uważam owe uprzedmiotowianie kobiet za proces przerażający zarówno w fikcji, jak i w rzeczywistości.
A co stało się z dziećmi, które zniknęły w głębinach? Po co istoty ich potrzebowały? Te pytania pozostawiam wam…
Olchowa wola
Pierwsze pisarskie próby podjąłem w wieku szesnastu lat, gdy zacząłem wsiąkać w światy tworzone przez Kinga. Nie będę ukrywał, że choć pisarstwo już wtedy wydało mi się niezwykle interesującym zawodem, to głównym powodem, dla którego postanowiłem spróbować swoich sił tworząc swoje pierwsze teksty – niezwykle koślawe, z obrzydliwie małą liczbą przecinków, jeśli mam być szczery – była chęć zaimponowania mojej ówczesnej dziewczynie. To były jednak świadome próby, z których w późniejszych miesiącach, latach wykiełkowała moja chęć do opowiadania historii dla was, czytelników...
Wcześniej, najprawdopodobniej w szóstej klasie – choć nie mogę być tego pewien, wspomnienia z podstawówki zlewają mi się w jedno, jeśli nie posiadam jakiegoś odniesienia – na lekcji języka polskiego otrzymaliśmy polecenie napisania opowiadania na dowolny temat. Większość moich szkolnych znajomych podjęła raczej proste próby, opowiadali wymyślone historie o zakończonych niedawno wakacjach… Nie twierdzę, że to coś złego. Sam byłem jednym z tych uczniów, którzy pomimo posiadanej wiedzy woleli się nie wychylać. Ciężko mi powiedzieć, co podkusiło mnie do podjęcia się czegoś bardziej ambitnego. O czym mówię? W krótkim przebłysku olśnienia wymyśliłem fabułę, w której książę lub rycerz (nie jestem pewien) pędzi przez las wioząc na swoim koniu konającego syna, aby przekazać go znachorowi. W pewnym momencie ich wędrówki spomiędzy drzew zaczęły wyłaniać się kształty, które okazały się szkieletami z zaledwie resztkami tkanek na pożółkłych kościach. Nauczycielka ucząca mnie rodzimego języka była co najmniej zdziwiona, pogratulowała mi wyobraźni, ale wystawiła trójkę z minusem, na zachętę. Nie żebym żywił z tego powodu jakąkolwiek urazę… Byłem dość mądrym dzieckiem, ale mój sposób pisania (oraz obrzydliwy charakter pisma, którego nadal się nie wyzbyłem) był niesamowicie mierny.
Mam wrażenie, że wymyślona przeze mnie historia w pewnym sensie nawiązywała do wiersza „Król Olch” Johanna Wolfganga Goethego, na którym zresztą opiera się opowiadanie „Olchowa wola”. Jeśli tak właśnie było, to opowiadanie, które mogliście przeczytać jest niejako ponowną próbą parafrazy klasyka.
Ciekawe, czy tym razem otrzymałbym wyższą ocenę…
Oczyszczające zderzenie
Jednym z moich ulubionych filmów grozy są „Tropiciele mogił” z dwa tysiące jedenastego roku. Produkcja opowiada o grupie filmowców nagrywających epizodyczny program o nawiedzonych miejscach. Oczywiście – jak możecie się domyślić – wszelkie „paranormalne aktywności” są zaplanowane, wyreżyserowane… Sytuacja zmienia się, gdy na następny plan zdjęciowy wybierają opuszczony szpital w kanadyjskim Vancouver, bowiem tam czekają na nich prawdziwe widma, upiory, zjawy – co tylko dusza zapragnie.
Brzmi jak pomysł oklepany do bólu, prawda? Jeśli tak pomyśleliście, to nie pomyliliście się ani trochę. Produkcja nie wnosi nic nowego, operuje kliszami, schematami, które widzowi zaznajomionemu z kinem grozy są doskonale znane. Czarnoskóry umiera jako pierwszy, bohaterowie notorycznie rozdzielają się, pomimo świadomości czyhającego na nich zagrożenia, porzucone wózki inwalidzkie (lub dziecięce) samoczynnie poruszają się po opuszczonych korytarzach… Wydaje mi się, że tyle przykładów wystarczy.
Dlaczego film jest godny polecenia? Należy przyznać, że zbiera on wszystkie te utarte schematy, tworzy z nich jedną, działającą całość i operuje nimi niemalże perfekcyjnie, serwując świetne, trzymające w napięciu widowisko. Wydaje mi się, że należy docenić to zjawisko, gdyż jest dość nietypowe… Może ujmę to nieco inaczej, nietrudno jest stworzyć coś całkowicie nowego, innego, nietypowego i nieposiadającego znaczącej konkurencji, większą sztuką jest – jak w przypadku „tropicieli” – zebranie dobrze znanych odbiorcy „form fabularnych” i stworzenie z nich czegoś wyjątkowego.
Dlaczego wspominam o tej produkcji? W opowiadaniu „Oczyszczające zderzenie” – moim pierwszym tańcu z SF, swoją drogą – podjąłem się takiego samego zadania, stworzenia czegoś dobrego ze znanych i wyeksploatowanych schematów. Do fabularnego kotła wrzuciłem zawieszoną w kosmosie stację, epidemię nieznanego wirusa, bezpłodność wywołaną poprzez niezależny od ocalałych czynnik, ostateczną próbę zachowania gatunku, przyprawiłem odrobiną zatargów społecznych, zwierzęcą, bezcelową kopulacją i z powstałej mieszanki stworzyłem historię, którą mogliście przeczytać. Czy sprostałem postawionemu sobie zadaniu? Wydaje mi się, że tak, ale ostateczną ocenę pozostawiam wam, czytelnikom.
Wspomnę jeszcze o dwóch kwestiach:
Film „Tropiciele mogił” posiada kontynuację, ale – pomimo stosunkowo ciekawego zakończenia – nie posiada ona wiele do zaoferowania.
Opowiadanie „Oczyszczające zderzenie” powstało na potrzeby drugiej edycji konkursu Empik Go Short.
Wiejska speluna
Załóżmy, że gust muzyczny dzieci jest wypadkową upodobań rodziców… W moim przypadku zamiłowanie do cięższych brzmień ze strony taty wymieszało się z discopolowymi hiciorami preferowanymi przez moją mamę (gust muzyczny tej kobiety jest dla mnie zagadką, ale wydaje mi się, że przytoczone przeze mnie określenie jest najbardziej adekwatne), tworząc mnie, słuchającego głównie rapu (najpewniej wynika to również z faktu, że w czasach mojego dzieciństwa ten rodzaj muzyki stał się nie tyle czymś nowym, co zdecydowanie bardziej dostępnym, rozpowszechnionym. Do dziś pamiętam jak z kolegami poprzez bluetooth przesyłaliśmy popularne wówczas utwory, a następnie usiłowaliśmy puścić jednocześnie, aby słowa nie zlały się w niezrozumiałą kakofonię, a interferując ze sobą zwielokrotniły głośność…).
Jak my wszyscy – nawet jeśli się do tego nie przyznajemy – miałem (najprawdopodobniej gdzieś w okolicach jedenastego lub dwunastego roku życia) epizod, w czasie którego oddawałem się beztroskiemu eskapizmowi w świat melodycznych piosenek discopolowych, za którymi przepadała (i nadal przepada) moja mama… Ale jest to raczej mało ciekawy temat – szybko przyszło, szybko poszło, jak to się mówi. Sytuacja prezentuje się bardziej interesująco, jeśli spojrzeć na próby mojego ojca, który usiłował zarazić mnie miłością do cięższych brzmień. Mieliśmy nawet swoisty system, w którym puszczaliśmy sobie utwory na zmianę, co uważam za dość fajną interakcję, możliwość poznania nawzajem swoich gustów. Fajniejsze z perspektywy czasu były jednak nasze kłótnie, gdyż żaden z nas nie potrafił wsiąknąć w muzyczny świat drugiego. Takowe „muzyczne seanse” kończyły się zazwyczaj wymianą zdań, w której on mówił: „Boże, w tym twoim rapie, to oni tylko przeklinają”, na co ja odpowiadałem: „A ty nawet nie rozumiesz o czym śpiewają, tak się drą”.
I właśnie te wspomnienia ukształtowały początek opowiadania „Wiejska speluna”, w którym Jarosław i Dominik sprzeczają się o lecącą muzykę oraz jej głośność. W taki sposób mogłaby wyglądać współczesna wersja moich sprzeczek z rodzicem, gdybyśmy z jakiegoś powodu zostali zmuszeni słuchać muzyki tego drugiego.
W dalszych częściach opowiadania usiłowałem uwydatnić pewne różnice pokoleniowe między starszym i młodszym Pietrzyńskim, co – tak sądzę – wyszło mi całkiem znośnie.
Dodam jeszcze, że opisaną w historii negacją spożywania mięsa nie chciałbym włączyć się w popularną od dłuższego czasu wojnę pomiędzy mięsożercami i wegetarianami/weganami. Jedzmy to, na co mamy ochotę!
Niedaleko pada jabłko od jabłoni
Będąc dzieckiem niezmiernie cieszyłem się, gdy ktoś powiedział, że jestem podobny do któregoś z rodziców (do mamy z wyglądu lub do taty z charakteru, zachowania). Wydaje mi się, że to normalne – najmłodsi z reguły chłoną zachowania, przyzwyczajenia rodziców, bowiem dzięki nim się uczą. W późniejszym czasie dochodzą inne „czynniki” – znajomi w szkole oraz poza nią, codzienne sytuacje, które w mniejszym, bądź większym stopniu kształtują charakter… W pewnym momencie jednak człowiek dochodzi do momentu, gdy chce być własną wersją siebie, jeśli mogę tak to nazwać. Osobiście coraz częściej łapę się na tym, że duża część z wachlarza moich zachowań, gestów w zasadzie pochodzi od mojego taty, że on w określonych sytuacjach przyjmuje podobną mimikę lub gestykulację właśnie. Jeśli chodzi o charakter, to na szczęście w tym przypadku obrałem własną ścieżkę, bowiem pod tym względem jestem całkowicie inny niż moi rodzice.
Jaki ma to związek z opowiadaniem? W minimalnym stopniu wspomniane podobieństwa zaczynają mi przeszkadzać – niejako uderzają w moją indywidualność – ale wiem, że nie jestem w stanie zrobić wiele, aby cokolwiek w tej kwestii zmienić. Predyspozycje do pewnych zachowań zapisują się w nas dość mocno, trwale… Nauczonych w dzieciństwie rzeczy ciężko jest się pozbyć w dorosłym życiu (nie wszystkich, ale wyjątek jedynie potwierdza regułę), nawet jeśli są to kwestie złe, niejako patologiczne. Dziecko nie jest w stanie w stu procentach zrozumieć pojęcia patologii, bowiem, aby o niej mówić, należy mieć jakieś odniesienie, znać tak zwaną normalność i granicę pomiędzy nimi. Dziecko nie będzie w stanie odnaleźć tej cienkiej linii…
I z takiego założenia wyszedłem, pisząc opowiadanie „Niedaleko pada jabłko od jabłoni”. Jestem świadom, że może zostać ono odebrane jako przesada… Uważam jednak, że najbardziej radykalne przykłady zapadają najmocniej w pamięć.
A poza tym w tej historii nie ma nic, co nie mogłoby się zdarzyć naprawdę. To jeden z tych nielicznych przypadków, gdy w swoim tekście odwiedzam szarą rzeczywistość, zazwyczaj staram się jej unikać, wykreowane przeze mnie światy mogą ją przypominać, ale to jedynie gra pozorów, iluzja. Osobiście traktuję swoje teksty jako swoiste alternatywne uniwersa, w których nie ma rzeczy niemożliwych, w których może zdarzyć się dosłownie wszystko.
W przypadku tego opowiadania jest jednak inaczej. Jest ono osadzone w rzeczywistości oraz ludzkiej psychice w ich naturalnej formie – szarej, brudnej, dręczonej demonami zła.
Jedna noc
Pomysły są tematem niezwykle skomplikowanym, gdyż nawet fenomenalne elementy składowe nie stworzą fenomenalnej opowieści – niezależnie od jej długości – jeśli autor nie poczuje z nimi więzi (lub mistycznego natchnienia), która będzie determinowała jego chęć poznania dalszych części historii. Wydaje mi się, że to powód – jeden z naprawdę wielu – przez który pisarze nie przyjmują cudzych pomysłów; ciężko jest pracować nad czymś, co nie wyszło z twojej głowy, wyobraźni…
Ale jeśli pomysł wykwitnie w głowie autora, wówczas sytuacja wygląda zupełnie inaczej. I wnioskując z własnego – niezwykle krótkiego, nie ukrywajmy – doświadczenia mogę śmiało stwierdzić, że pomysł na opowiadanie (w przypadku dłuższej formy nie działa to aż tak dobrze) można znaleźć naprawdę wszędzie. Wystarczy jedynie odkryć interesujący sposób na ujęcie historii, gdyż – biorąc jeden z prostszych przykładów – nikt nie będzie miał ochoty czytać opowieści o nieszczęśliwym pracowniku ogromnej korporacji, napisaną przez tegoż nieszczęśliwego pracownika, dla którego historia będzie sposobem poradzenia sobie z własnym niezadowoleniem. Oczywiście nie twierdzę, że to coś złego… Ale rozumiecie, aspekt literacki – nawet jeśli wspomniana osoba będzie posiadała obiecujący warsztat – będzie znikomy.
Opowiadanie „Jedna noc” jest najwierniejszym możliwym odwzorowaniem koszmaru, który przyśnił mi się w marcu dwa tysiące dwudziestego drugiego roku. Wymyślony został jedynie ostatni fragment, gdyż historię należy jakoś zakończyć. Osoby, które widziałem w swoim śnie były mi całkowicie obce i wątpię, aby cokolwiek im się stało (jeśli w ogóle istnieją, zbieżność imion oraz nazwisk całkowicie przypadkowa), a przynajmniej nic mi o tym nie wiadomo. Jedyną znaną mi osobą osobistością była Marcelina, której imię – podobnie jak w poprzednich przypadkach – zostało zmienione.
Opowiadanie samo w sobie jest nieco chaotyczne, być może nawet nieskładne… Ale, biorąc pod uwagę jego genezę, czuję się usprawiedliwiony pozostawiając go w takim stanie.
Na koniec dodam jeszcze, że moje sny cechują się dużym natężeniem oraz wyrazistością, więc możecie się domyślić, że w życiu trafiło mi się wiele dziwnych, śmiesznych lub strasznych. Tych ostatnich – koszmarów, zazwyczaj się nie boję, usiłuję dopatrzeć się w nich jakiegoś sensu. W przypadku mary o „Marcelinie” odczuwałem strach i być może – jak domniemał bohater opowiadania – wynika to z faktu, że w żadnym innym śnie nie zbliżyłem się do cienkiej granicy, za którą czeka śmierć.
Ku niepamięci, ku zapomnieniu
Moim pierwszym projektem, nad którym pracowałem z myślą o wydaniu, podzieleniu się swoimi historiami z czytelnikami, był zbiór opowiadań nazwany roboczo „All Black”. Choć istnieje szansa, że słowo „roboczo” jest odrobinę nieodpowiednim określeniem, gdyż maszynopis o takim właśnie tytule najprawdopodobniej powędrowałby – gdyby ostatecznie został gdziekolwiek wysłany – na skrzynki e-mailowe wydawnictw. Obecnie uważam tenże anglojęzyczny tytuł za nieco dziwny, bez kontekstu, ale początki jakiejkolwiek twórczości (nie mówię tylko o wydawanych debiutach, a również – być może nawet w większym stopniu – o pozycjach pisanych do szuflady) są naszpikowane dziwnymi pomysłami, a przynajmniej tak uważam.
Jeśli dobrze pamiętam, ostatecznie – choć był to moment, w którym wiedziałem, że wspomniany zbiór nie zostanie nigdzie przesłany, nie ujrzy światła dziennego – zmieniłem nazwę na „Wszystko czarne”. Zbiór swoimi założeniami fabularnymi, tematyką miał oscylować wokół mroku płynącego z ludzkiej duszy (ten motyw w zasadzie przewija się w większości moich opowiadań) z dodatkiem kreatur rodem z serialu o braciach Winchester. W założeniach tematyka miała być dość ciężka, poważna. Wówczas jednak – ze względu na brak umiejętności pisarskich, gdyż opowiadania z tegoż projektu były jednymi z pierwszych, jakie napisałem „na poważnie” – nie bardzo potrafiłem udźwignąć ciężar, który sobie narzuciłem… Bohaterowie opowieści byli papierowi, historie były do bólu proste, nieangażujące.
Cóż, były to początki… W ostatecznym rozrachunku – gdy uświadomiłem sobie, że maszynopis trafi do kosza – ze wspomnianego zbioru ocalały jedynie dwa opowiadania. Pierwsze z nich „Pływak” możecie znaleźć w zbiorze „Taniec zła”, który wydałem pod pseudonimem Joseph Brown. Drugie z nich to właśnie „Ku niepamięci, ku zapomnieniu” (pierwotny tytuł to „Czarna autostrada to moja terapeutka”). Tak więc jest to najstarsze opowiadanie w książce, którą właśnie przeczytaliście – na dziewięćdziesiąt procent jestem pewien, że zostało napisane w dwa tysiące dziewiętnastym roku. W tekst ingerowałem na tyle, na ile musiałem, aby nadawał się do publikacji; chciałem zachować go w formie możliwie zbliżonej do oryginału.
Notę zakończę ciekawostką odnośnie do zbioru „Wszystko czarne”. Wśród napisanych na jego potrzeby opowiadań znajdowała się historia pt. „Łowca”, która była dłuższą, bardziej rozbudowaną wersją utworu „Ania”, rapera o pseudonimie „Słoń”. Gdyby maszynopis został gdziekolwiek wysłany, to tenże tekst zostałby z niego usunięty, bowiem znajdowałby się on na bardzo, bardzo cienkiej granicy między utworem własnym a plagiatem. Nie zmienia to jednak faktu, że przyjemnie było pracować nad czymś, co wyszło spod pióra jednego z moich ulubionych muzyków.
Z głębin
Gdyby ktoś chciał odwiedzić miejsce, w którym rozgrywa się opowiadanie, to muszę przyznać, że jest ono prawdziwe (co z pewnością wiedzą mieszkańcy Sosnowca). W internecie można znaleźć stronę, która precyzuje sposób dojazdu. Miejsce to – w czasie pochmurnych dni – naprawdę przypomina lokację, którą można by umieścić w grze z serii Stalker. Jednak najprawdopodobniej jest to jedyna wartość estetyczna, jaką Zalany może zaoferować. I w postrzeganiu tegoż faktu nie pomaga nawet nostalgia, wynikająca z faktu, iż jako nastolatek spędziłem tam naprawdę wiele czasu…
P.S. W tym opowiadaniu jest więcej prawdy niż mogłoby się wydawać na pierwszy rzut oka.
Martwy las, martwe serce
W moich opowiadaniach rzadko pojawiają się wątki miłosne. W pewnym sensie wynika to z faktu, iż – będę całkowicie szczery – nie czuję się w nich dobrze. W większości przypadków, gdy motyw miłości powstanie ze względu na konieczność fabularną, czuję się jakby był on wymuszony, dziecięcy, a może nawet ckliwy… Wówczas mam wrażenie, że opowiadane przeze mnie historie przesiąkają tanim romantyzmem z niezbyt interesujących powieści, tak zwanych „wyciskaczy łez”.
W związku z tym – jeśli można to tak nazwać – kompleksem literackim, w większości przypadków decyduję się na nieco bardziej „pierwotne” podejście, w którym to cielesność przejmuje wodzę nad pozostałymi uczuciami. W przypadku opowiadania „Martwy las, martwe serce” podjąłem się próby opisania miłości w taki sposób, aby była ona dla mnie zadowalająca. Mieliście okazję zapoznać się z tą historią, więc w jakimś stopniu się mi to udało.
Jako ciekawostkę dodam jeszcze, że pierwsze opowiadanie, jakie kiedykolwiek napisałem (to, którym chciałem popisać się przed dziewczyną) nosiło tytuł „Martwy las”, więc w pewnym sensie jest to dla mnie nostalgiczny powrót do początków twórczości.
Noty do opowiadań
Cover
