Opis

Denis Borel, narrator powieści, otrzymawszy spadek, wyniósł się z Paryża na prowincję. Wiedzie samotnicze z wyboru życie, oddając się grze na skrzypcach. Przypadkowo poznaje doktora Omegę, odkrywcę repulsitu, metalu, który wbrew prawu powszechnego ciążenia nie jest przyciągany przez inne ciała, ale przeciwnie – odpychany. Wykorzystując swe odkrycie, doktor planuje skonstruować pojazd kosmiczny i polecieć na Marsa. Zafascynowany odkryciem i osobowością starego uczonego, Denis przystaje na propozycję wzięcia udziału w wyprawie z Omegą i jego służącym Fredem. Pocisk kosmiczny, nazwany „Kosmosem”, został tak skonstruowany, że umożliwia poruszanie się na wodzie i pod nią oraz po lądzie. Po 17-dniowej podróży „Kosmos” woduje w marsjańskim morzu.

Seria wydawnicza Wydawnictwa JAMAKASZ „Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody” to seria, w której publikowane są tłumaczenia powieści należące do szeroko pojętej literatury przygodowej, głównie pisarzy francuskich z XIX i początków XX wieku, takich jak Louis-Henri Boussenard, Paul d’Ivoi, Gustave Aimard, Arnould Galopin, Aleksander Dumas ojciec czy Michel Zévaco, a także pisarzy angielskich z tego okresu, jak choćby Zane Grey czy Charles Seltzer lub niemieckich, jak Karol May. Celem serii jest popularyzacja nieznanej lub mało znanej w Polsce twórczości bardzo poczytnych w swoim czasie autorów, przeznaczonej głównie dla młodzieży. Seria ukazuje się od 2015 roku. Wszystkie egzemplarze są numerowane i opatrzone podpisem twórcy i redaktora serii.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 216

lub

Strona przedtytułowa

 

Biblioteka Andrzeja

– Szlakiem przygody

 

Arnould Galopin

 

DOKTOR OMEGA

Fantastyczne przygody trzech Francuzów na Marsie

Arnould Galopin

 

Arnould Galopin urodził się 9 lutego 1863 roku w Marbeuf, mieście położonym w Normandii, gdzie jego ojciec pracował jako nauczyciel. Naukę zaczął w Liceum Corneille’a w Rouen, a dokończył w Paryżu, gdzie później przeniosła się jego rodzina. Po odbyciu służby wojskowej został nauczycielem, a następnie przez dziesięć lat pracował jako dziennikarz, pisząc głównie dla dwóch gazet: „La Nation” i „Le Soir”.

Następnie zwrócił się w stronę literatury pięknej i w 1903 roku opublikowana została jego pierwsza powieść Zakorzenieni. Jednocześnie debiutował w „La Vie Populaire” pierwszym wydaniem w odcinkach powieści płaszcza i szpady noszącej tytuł Szpieg kardynała. Potem związał się z Henrym de la Vaulx, by napisać w odcinkach Sto tysięcy lig w przestworzach. W 1906 roku w magazynie „Mon Beau Livre” ukazała się powieść Doktor Omega, która odniosła wielki sukces, a Galopin zyskał przydomek „Współczesnego Jules’a Verne’a”.

Od tamtej pory wydaje książkę za książką, a przez trzydzieści lat będzie żył z „przygodą na co dzień”, ku wielkiemu zadowoleniu jego czytelników, zarówno dorosłych, jak i młodzieży. Dużo jego powieści ukazuje się w odcinkach w „Le Journal” i „Le Petit Journal”, czasopismach o wysokich nakładach.

Po okresie współpracy z wydawcami Fayardem i Tallandierem przenosi się do wydawnictwa Albina Michela, którego już nie opuści i z którym będzie utrzymywał ciepłe, przyjazne stosunki.

Arnould Galopin napisał około stu dzieł, próbując prawie wszystkich gatunków literackich. Tworzył utwory historyczne, marynistyczne, fantastycznonaukowe, przygodowe, detektywistyczne i romanse. Swoje powieści bardzo często adresował do dzieci i młodzieży, co wyraża się dwudziestoma ośmioma tysiącami stron obfitujących we wszelkiego rodzaju przygody.

Nagła śmierć, która nastąpiła 9 grudnia 1934 roku w Paryżu, zakończyła drogę twórczą autora literatury popularnej, który starał się przenosić do niej humor i rozrywkę w dobrym i żywym stylu.

Strona tytułowa

Arnould Galopin

 

Doktor Omega

Fantastyczne przygody

trzech Francuzów na Marsie

 

Przełożył i przypisami opatrzył Andrzej Zydorczak

Strona redakcyjna

Trzydziesta trzecia publikacja elektroniczna wydawnictwa JAMAKASZ

 

Ósmy tom serii:

„Biblioteka Andrzeja – Szlakiem Przygody”

 

Tytuły oryginału francuskiego: Le Docteur Oméga

Aventures fantastiques de trois Français dans la planète Mars

 

© Copyright for the Polish translation by Andrzej Zydorczak, 2017

 

33 ilustracje, w tym 4 kolorowe: E. Bouard

 

Redaktor serii: Andrzej Zydorczak

 

Redakcja i korekta: Marzena Kwietniewska-Talarczyk

Projekt okładki: Barbara Linda

Konwersja do formatów cyfrowych Mateusz Nizianty

 

 

Wydanie I 

© Wydawnictwo JAMAKASZ, Ruda Śląska 2017

 

ISSN 2449-9137

ISBN 978-83-64701-77-1

Rozdział I

Tajemniczy człowiek

 

 

Mojemu przyjacielowi, Henry’emu de la Vaulx

 

W jaki sposób poznałem doktora Omegę? To cała historia… historia dziwna… fantastyczna… niepojęta, i może lepiej byłoby sobie życzyć, bym nigdy nie spotkał tego człowieka…!

Moje życie nie zostałoby wywrócone do góry nogami przez owe nadzwyczajne wydarzenia, i czasami zadaję sobie pytanie, czy mi się nie śni ta przedziwna przygoda, która mi się przydarzyła i uczyniła ze mnie bohatera, pomimo że pewnie jestem najmniej odważnym ze śmiertelników.

Jednak porozcinane gazety, magazyny i przeglądy, które leżą porozrzucane na stole, przywołują mnie do rzeczywistości.

Nie! To nie było senne marzenie… Nie stałem się zabawką jakiejś chorobliwej halucynacji…

Faktycznie na blisko szesnaście miesięcy opuściłem ten znany nam świat.

Jaką dziwaczną istotą jest człowiek…!

Prawie zawsze w chwili, kiedy czuje się najspokojniejszy, kiedy wreszcie cieszy się tak gorąco wyczekiwanym szczęściem, zaczyna poszukiwać najgłupszych komplikacji i sprowadza, jakby dla przyjemności, serię zupełnie niepotrzebnych kłopotów.

Po długim ściganiu fortuny, kiedy to nie dawałem rady chwycić jej w przelocie, dostałem niespodziewaną szansę odziedziczenia miliona franków po starym stryju, którego zawsze uważałem za biednego jak Hiob1, gdyż żył w straszliwej nędzy i nosił brudne łachmany, zaledwie cudem się na nim trzymające.

Tymczasem po śmierci stryja znaleziono w jego sienniku tysiąc biletów bankowych po tysiąc franków.

Co prawda były już dobrze wymięte, ale proszę mi wierzyć, że nie robiłem żadnych trudności, by je skwapliwie przyjąć.

Kiedy tylko stałem się posiadaczem tej fortuny, natychmiast wycofałem się na prowincję. Nabyłem w Marbeuf2, moim rodzinnym mieście, ładny domek otoczony pięciohektarowym parkiem i bez najmniejszego żalu opuściłem ten paryski wir, w którym traci się energię i tak często toną nadzieje.

Ja, który byłem wołem roboczym… niestrudzonym fanatykiem pisania, gdy tylko stałem się bogaty, wyrzekłem się w jednej chwili wszelkiej pracy piórem, a nawet wszelkiej lektury.

Zamknięty w moim rodzinnym gnieździe, żyłem sobie spokojnie, nie nudząc się. Podobno są natury, które nie potrzebują ruchliwego świata, aby się zajmować lub bawić, i to, co dla jednych jest monotonne, dla drugich jest źródłem niewyczerpanych rozkoszy.

Każdy niesforny hałas raził moje uszy dysharmonią i sprawiał mi nawet wrażenie bolesnego bólu. Pragnąłem, żeby wokół mnie nie rozbrzmiewały żadne inne odgłosy, jak tylko głos moich skrzypiec, gdyż zapomniałem powiedzieć, że tylko jedna rzecz… jedyna… wiązała mnie jeszcze z cywilizowanym światem: namiętność do muzyki.

Kupiłem skrzypce Stradivariego po jednym zmarłym wirtuozie, który umarł nagle w czasie wykonywania koncertu Spohra3, a szczęśliwie udało mi się nabyć ten instrument prawie za darmo, czyli za czterdzieści pięć tysięcy franków.

Wiem o tym, że to, co zrobiłem, wywoła uśmiech wszystkich tych, dla których muzyka jest czymś strasznym. Wyłożyć czterdzieści pięć tysięcy franków na skrzypce, toż to czyste szaleństwo!

Możliwe, ale każdy ma swoje gusta.

Wolę wykonywać na stradivariusie dzieła naszych starych mistrzów, niż pędzić po drogach z prędkością stu kilometrów na godzinę.

Spędzałem więc czas, prowadząc na strunach mego instrumentu wspaniały smyczek wykonany z drzewa z Pernambuco, którego samo zakończenie było samo w sobie małym arcydziełem.

Jak tylko wstawałem, natychmiast ustawiałem się przed pulpitem i gorliwie pracowałem nad najtrudniejszymi koncertami Paganiniego4, Alarda5, Vieuxtempsa6 i innych.

Nie można jednak powiedzieć, że grałem w celu zdumiewania współczesnych mi ludzi.

Nie, byłem po prostu samotnym skrzypkiem, zatopionym w swej sztuce, zapalonym, niestrudzonym, lecz skromnym wykonawcą.

Od czasu do czasu odwiedzał mnie stary przyjaciel, członek Akademii Inskrypcji i Literatury Pięknej7, który niegdyś był moim współpracownikiem i z którym odniosłem kilka sukcesów księgarskich.

No cóż! Muszę się do tego przyznać, że kiedy ten przyjaciel dzwonił do bramy i kiedy widziałem w alejce jego wysoką sylwetkę czapli, nie mogłem się powstrzymać przed odruchem złego humoru.

Jednakże starałem się dobrze go przyjmować (z dnia na dzień nikt nie staje się dzikim człowiekiem), ale kiedy cały dzień musiałem znosić jego obecność, zaczynałem okazywać zniecierpliwienie… Na drugi dzień już go nie słuchałem i podczas gdy on zagłębiał się w długie dysertacje na temat niedawnego odkrycia jakiegoś średniowiecznego palimpsestu8, z roztargnieniem cicho grałem pewne adadżio9 Beethovena.

Ów przyjaciel niewątpliwie stwierdził, że ze swoimi skrzypcami byłem tak nudny jak monsieur10 Ingres11, ponieważ nigdy już się nie pojawił.

Jednakże, wysilając się nieustannym odczytywaniem podwójnych i potrójnych ósemek, oczy bardzo się męczyły, a palce traciły elastyczność wskutek zbyt długich ćwiczeń.

Wtedy starannie chowałem skrzypce do palisandrowego futerału, prawdziwego arcydzieła z końca siedemnastego wieku i szedłem usiąść na małym tarasie położonym na skraju mego parku, przy samej drodze.

Tam, cały czas rozmyślając o sonatach i kantylenach12, pozwalałem wzrokowi błąkać się po krajobrazie, który się przede mną rozciągał.

Jak okiem sięgnąć widziałem bujne lasy, między którymi tu i ówdzie przeświecały łupkowe dachy jednakowych dzwonnic. U moich stóp, to znaczy poniżej tarasu, wzdłuż zaledwie przejezdnej uliczki ciągnęło się w szeregu kilka domków, w większości o łamiącej serce architekturze. Zbudowane z czerwonych i czarnych cegieł ułożonych z taką symetrią, że były podobne do dość rozległych szachownic.

Na samym skraju wsi drzemała wielka i monotonna równina, w środku której wznosiły się dwa straszliwe hangary, które zawsze brałem za fabryki albo lotnicze remizy.

Te ponure zabudowania trochę mi psuły harmonię horyzontu, jednak nadmiernie się tym nie martwiłem…

Zresztą w kwestiach estetyki byłem nieporównanie obojętny.

Pewnego wieczora siedziałem na tarasie zatopiony myślami w jakichś melodyjnych marzeniach i nie spostrzegłem się, jak nadeszła noc.

Miałem właśnie wstać, aby wejść z powrotem do domku, kiedy nagle przede mną złowróżbny błysk rozświetlił niebo, rozwijając się jak ogromny ogniowy wąż… Na chwilę wielkie iskrzenie oświetliło nagle uśpione pola i straszny trzask, głośny huk jak odgłos tysięcy wodospadów napełnił powietrze i potoczył się echami… Ziemia zatrzęsła się potężnym dreszczem.

Uczułem, że zostałem zrzucony z mego rocking-chair13, a szkło z okien mego kiosku spadło mi deszczem na głowę… Głośno krzyknąłem…

Natychmiast przybiegli ogrodnik oraz kamerdyner i podnieśli mnie, mając zapłakane twarze. Może obawiali się, że zostałem niebezpiecznie ranny, może niespokojnie wypatrywali, czy nie zostałem zabity, co pozbawiłoby ich idealnego pana, mało wymagającego względem służby, żyjącego w spokojnym miejscu, co było dla nich prawdziwą synekurą14. Kiedy się przekonali, że wcale nie byłem ranny, ich twarze się rozjaśniły.

– Co to było…? Co się stało…?! – krzyknąłem.

Jakiś człowiek, który akurat przechodził wzdłuż parkowego muru, usłyszał moje pytanie i spiesznie rzucił mi te słowa:

– To jeden z hangarów doktora Omegi wyleciał w powietrze…

Potem pospiesznie skierował się na miejsce nieszczęśliwego wypadku.

– Doktor Omega…? Doktor Omega…? – szeptałem, spoglądając na służących. – Kim jest ten osobnik…? Wy go znacie…?

– To jakiś stary oryginał – odpowiedział mi ogrodnik – który z nikim nie rozmawia… To zadziwiające, że go pan jeszcze nie zauważył, ponieważ każdego poranka, około dziewiątej, przechodzi tą drogą. Doktor Omega jest malutkim człowieczkiem ubranym na czarno. Ma straszną twarz i mówi się w okolicy, że rzuca uroki… Wieśniacy uciekają od niego jak od dżumy… starają się nawet nie spotkać z jego wzrokiem, bo mówią, że jego oczy sprowadzają nieszczęście…

– Och! – rzuciłem z roztargnieniem.

Otrzepano mnie moją chustką do nosa i po chwili opuściłem taras.

Cały wieczór pozostawałem zamyślony… Nawet nie mogłem grać na skrzypcach. Ten nerwowy stan złożyłem na karb silnych emocji, jakich doznałem, i w końcu poszedłem spać.

Przebywając w moim pokoju, zobaczyłem, że lustro z mojej szafy było strzaskane, a pastelowy portret przedstawiający mnie jako dwudziestoletniego młodzieńca spadł koło mojego łóżka.

– Jak na eksplozję – zauważył mój kamerdyner – to można powiedzieć, że była jedyna i piękna! Pewnie musiała spowodować ofiary… Cóż za siła! Pewne jest, że ten doktor powinien zapłacić panu odszkodowanie… Trzeba będzie wymienić lustro i ramę portretu…

– Doskonale… – powiedziałem. – Zobaczymy… zasuń firany.

Służący posłuchał, a ponieważ nie potrzebowałem już jego pomocy, wyszedł.

Przez jakiś kwadrans chodziłem po pokoju, paląc papierosa, a następnie położyłem się i zgasiłem lampę.

Dziwna rzecz: ja, który zawsze zasypiałem jak człowiek szczęśliwy, tego wieczora nie potrafiłem zmrużyć oka… Bez przerwy rozmyślałem o hangarze, o eksplozji i o doktorze Omedze, i wbrew własnej woli starałem się wyobrazić sobie wyraz twarzy tego człowieka, napełniającego trwogą całą wieś.

„Kto wie – myślałem – czy nie leży połamany pod gruzami swojej budowli?”.

Nawet zacząłem go już żałować.

Powoli te myśli stawały się obsesyjne.

Wreszcie udało mi się zasnąć. Lecz wkrótce obudził mnie nagle lekki trzask… jakby ślizganie się czegoś… Słuchałem przez parę sekund, wstrzymując oddech, potem uniosłem się delikatnie na łóżku… Nic więcej nie usłyszałem.

„Przyśniło mi się” – pomyślałem.

Ponieważ głowa mi ciążyła, wstałem i otworzyłem okno.

Na zewnątrz przeleciał nietoperz i zanurzył się w zagajniku. W oddali drzewa, które przez chwilę oświetlił księżyc, otulała niebieskawa mgła.

Nad równiną unosił się słaby blask podobny do dogasającego ogniska… Były to resztki kończącego się tlić hangaru.

Obszedłem naokoło mój pokój, potrącając nogą przedmioty, które przy panującej ciemności wydawały mi się podejrzane. W końcu, zupełnie uspokojony, zamknąłem okno i powróciłem do łóżka.

Jak długo drzemałem…? Nie potrafię tego powiedzieć… Nagle poczułem się jakoś dziwnie słaby… Wydawało mi się, że się duszę, że na piersiach mam jakiś ogromny ciężar.

Podskoczyłem na łóżku i wtedy bardzo wyraźnie usłyszałem łoskot ciała padającego na parkiet…

Cały zdrętwiałem, a jakieś dziwne uczucie błyskawicznie przeniknęło całe moje jestestwo. Serce moje dzwoniło nierówno jak na alarm… drżały mi wszystkie kończyny… Czułem jakiś przejmujący wewnętrzny chłód i lekkie ukłucia niemal tuż pod skórą.

Teraz już absolutnie nie mogłem wątpić…

Ktoś był w moim pokoju…! Byłem tego pewny…

Długo leżałem nieruchomo, głęboko ukryty pod przykryciem… Wreszcie, stopniowo, odważyłem się wychylić głowę spod kołdry…

Wokół mnie było zupełnie cicho. Już zaczynałem nabierać otuchy i przedstawiałem sobie tysiące przyczyn, by tłumić uczucie trwogi, gdy straszny obraz zmroził mi krew w żyłach.

Przy moim łóżku… w ciemnościach… wpatrywało się we mnie dwoje oczu – dwoje fosforyzujących oczu, które wydawały mi się ogromne. Opanował mnie szalony strach… zęby mi szczękały. Straciłem zupełnie głowę… wyobraźnia się rozbujała i zobaczyłem straszliwe rzeczy…

Wydało mi się, że meble w pokoju ożywiły się i wkrótce rodzaj jakiegoś świecącego obłoku oświetlił przerażającą figurę.

Jakaś piekielna istota – potwór o drapieżnej twarzy – znajdowała się kilka kroków ode mnie. Stworzenie, wpatrując się we mnie, uśmiechało się szyderczo, a kosmyk białych włosów podobny do piór czapli białej sterczał i poruszał się na jego błyszczącej czaszce. Jego dziwne lśniące oczy kręciły się w orbitach, otwierały się powoli albo kryły pod czerwonymi, wielkimi powiekami, prawie regularnie podnoszącymi się i opadającymi. Jednocześnie usłyszałem groźny odgłos kłapiących szczęk, a na rozbitym lustrze przeczytałem napisane ognistymi literami to prorocze słowo: Omega!

 

Zupełnie nic nie pamiętam, co się działo dalej, bo zemdlałem. Gdy ponownie odzyskałem zmysły, mój kamerdyner opuszczał story, aby mnie zasłonić od promieni słońca, które padały wprost na łóżko. Przetarłem oczy, rozejrzałem się naokoło osłupiałym spojrzeniem, potem spojrzałem na sufit, ściany i meble. Oprócz pękniętego lustra, nie znalazłem niczego podejrzanego.

Jednak jeszcze się nie uspokoiłem, a kiedy mój służący miał wyjść, zatrzymałem go pod byle jakim pretekstem… Nie chciałem zostać sam.

W chwili, gdy miałem się zabierać do wstawania, zobaczyłem, że w nogach łóżka śpi duży czarny kot, którego nigdy w domu u siebie nie widziałem. Prawdopodobnie, wystraszony hukiem eksplozji, schronił się do mego pokoju… i ponieważ było mu tu dobrze, to w nim pozostał…

W jednej chwili mój umysł doznał olśnienia… Wszystko zrozumiałem. Ten dziwny ciężar, który poczułem na piersiach… ten łoskot ciała spadającego na parkiet… te błyszczące oczy… tak, teraz wszystko się wyjaśniło.

Zwierzę położyło się na mnie… Stąd wziął się ucisk, jakiego doznałem. Następnie usadowiło się na moim łóżku, a te dwie fosforyzujące kule, które tak mocno mnie nastraszyły… to były jego oczy.

Wszystko to działo się w półśnie i mój biedny mózg, silnie wzburzony wydarzeniami minionego dnia, na dobre się rozhulał…

Zasnąłem, rozmyślając o doktorze Omedze, i moja wyobraźnia wykuwała fantastyczne idee, jak to się często zdarza, kiedy pogrążycie się w niezwykle niespokojnym śnie.

Wreszcie wstałem z łóżka, wziąłem kąpiel i poczułem się prawie uspokojony. Tymczasem po godzinie lub dwóch znowu stałem się nerwowy i rozdrażniony. Ponownie zaczęły mnie nawiedzać wspomnienia o doktorze.

Spróbowałem zagrać na skrzypcach, ale zupełnie nie potrafiłem złapać harmonii, a smyczek, jakby całkiem niewyważony w mojej ręce, żałośnie skrzypiał po strunach.

Przyprowadziło mnie to do rozpaczy. Ze złością tupnąłem nogą i wyszedłem z domu.

Udałem się na taras i oparłem się łokciem o mur odgradzający ogród od ulicy. Byłem po prostu wściekły… wściekły, że źle spałem, że miałem takie przeklęte koszmary… wściekły także na to, że ciągle myślałem o doktorze Omedze, który powinien mi być całkowicie obojętny.

Jaka zatem fatalność popychała mnie do tego, bym ciągle zajmował się tym człowiekiem?

Nie brakowałoby ekspertów w nauce psychologii, którzy ten osobliwy stan mego umysłu wyjaśnialiby zjawiskiem telepatii, czyli transmisji myśli, ale między doktorem a mną nic nie mogło dawać powodu do takich przypuszczeń. Jak dwie istoty, które nigdy się nie widziały, które wzajemnie się nie znały, mogłyby mieć taką łączność duchową…?

Właśnie o tym rozmyślałem, gdy usłyszałem pode mną, na drodze, jakiś cichy, drżący, nosowy głos, przejmujący dreszczem zgrozy. Przechyliłem się przez ogrodzenie i nie mogłem powstrzymać okrzyku zdziwienia.

Ten głos…! Był to głos doktora Omegi… Tak… to był on, on sam, którego miałem przed oczami. To na pewno był człowiek, którego opisała mi moja służba. I to on śpiewał…! śpiewał…! On śpiewał…! Kilka godzin po straszliwej katastrofie, która z pewnością nie obeszła się bez ofiar. Ależ było to niesłychane… niezrozumiałe!

Chciałem go zaczepić, kiedy nagle skręcił i ruszył wąską ścieżką wijącą się między ogrodzeniami.

Przez chwilę miałem ochotę krzyknąć do niego, by się zatrzymał… Już nawet zamierzałem to zrobić, kiedy wstrzymało mnie poczucie konwenansów.

Nie byłoby przyzwoite wołać głośno do człowieka, którego się nie znało.

Nareszcie miałem sposobność przyjrzeć się dokładnie temu ekstrawaganckiemu osobnikowi, gdyż było go widać prawie całego, kiedy szedł ścieżką.

Był to bardzo malutki człowieczek, bardzo podobny do zmarłego pana Renana15. Miał dużą głowę, długie siwe włosy i trupio bladą, nalaną twarz. Pomimo ciepła – mieliśmy pełnię lata – na głowie nosił jedwabny kapelusz, a ubrany był w czarny surdut z długimi połami wyposażonymi w kieszenie, w których można było dojrzeć rulony białego papieru.

Szedł, lekko podskakując, a jego skrzypiące buciki wydawały delikatny dźwięk, dość podobny do śpiewu świerszcza.

W ręku trzymał laseczkę, którą od czasu do czasu kreślił na ziemi jakieś figury, absolutnie nie przerywając swej drażniącej śpiewnej deklamacji.

Stopniowo się oddalał i głos stawał się coraz cichszy… Wkrótce był to już tylko słaby szmer, zaledwie dosłyszalny… jakieś śmieszne gruchanie.

To jego nagłe pojawienie się absolutnie nie zaspokoiło mojej ciekawości, a wręcz przeciwnie, tylko ją pobudziło.

Ów poczciwiec, który w każdych innych okolicznościach nawet nie zwróciłby mojej uwagi, teraz rzeczywiście wydał mi się istotą dziwną… diaboliczną…

Jawił mi się jako jeden z tych potępieńców śpiewających pośród ognia, o których mówi Dante16… Jak jakiś zły duch, złośliwy gnom17 pełen piekielnej przewrotności.

Bo czyż można śpiewać, gdy wokół siebie sieje się śmierć…?

Cały dzień chodziłem zły jak pies, a moi służący, którzy nie byli przyzwyczajeni do wysłuchiwania wymówek, byli trochę zdziwieni tym, że przy każdej okazji im wymyślałem.

Nie myślałem już nawet o biednym stradivariusie. Przedmiotem wszystkich moich myśli był jedynie doktor Omega. Jego postać, którą teraz już znałem, po kolei przyjmowała w mojej głowie dziwaczne formy. Doszedłem nawet do tego, że zrobiłem następujące spostrzeżenie: potwór, którego widziałem w mojej zmorze, oraz doktor Omega dziwnie byli do siebie podobni.

Można było uwierzyć, że ta postać w moim śnie przybierała pozory prawdy i że moja przerażona wyobraźnia nie tak całkiem wymyśliła sobie nocne sceny.

Coraz bardziej pożerała mnie paląca ciekawość… Za jaką bądź cenę musiałem poznać tego zagadkowego starca… Chciałem z nim porozmawiać, bodaj tylko chwilę… zapytać go, w końcu się dowiedzieć, jaką to tajemniczą robotą się zajmował. Prędko podjąłem decyzję.

Nazajutrz w godzinie spaceru doktora znajdę się na jego drodze!

Ponieważ bałem się, aby znowu nie nawiedziły mnie podczas snu jakieś straszne wizje, tego wieczora nie położyłem się wcale spać.

Wyciągnąłem się w fotelu i pozostawiłem zapaloną lampę.

Jakże długa wydawała mi się ta noc!

Nareszcie bladawe światło prześlizgnęło się przez podwójne okienne zasłony.

Ubrałem się bez pomocy kamerdynera i wyszedłem z parku przez barierę, która wychodziła na pola.

Był to obłęd, żeby tak wcześnie wychodzić z domu, skoro ten, z którym chciałem się spotkać, zazwyczaj przechodził obok tarasu dopiero o dziewiątej. Ale zżerała mnie gorączkowa niecierpliwość. Nie mógłbym usiedzieć w domu. Potrzebowałem ruchu, aby w ten sposób oszukać oczekiwanie.

Zaledwie minąłem łąki, które otaczały mój domek, uczułem, że coś mnie przyciąga w stronę, w którą wcale nie chciałem iść.

Daremnie zatrzymywałem się, skręciłem w bok, szedłem całkiem nieznanymi mi ścieżkami – nieprzezwyciężona siła ciągle pchała mnie ku drodze wiodącej pod górę, na równinę zamieszkiwaną przez doktora Omegę. W końcu doszedłem do miejsca, gdzie kończyło się wzgórze.

Przede mną rozścielała się dolina. W promieniach wschodzącego słońca drogi wiodące gdzieś w dal, które perspektywa czyniła bardziej urwistymi, przybrały barwy stopionego złota. Rzuciłem wzrokiem po równinie i zobaczyłem zwartą masę dymiących szczątków, złożoną z mnóstwa grubych belek, desek i dziwnie pomieszanych żelaznych okuć.

Powyżej tych ruin unosiły się jakieś opary zielonkawego światła, niewątpliwie spowodowane rozkładem kwasów i substancji chemicznych. Wydało mi się nawet, że pośród tych gruzów dostrzegam zwęglone ciała, wyciągające ku niebu czarne, poskręcane ramiona.

Gdy podszedłem bliżej, przekonałem się, że to, co brałem za zwęglone ciała, były to po prostu walcowate zbiorniki, przy których trzymały się jeszcze opalone resztki drewnianych podpór. Pośród całego tego rumowiska ujrzałem nietknięty globus, trochę osmalony i pochylony, podobny do wielkiej głowy Murzyna, co miało w sobie coś groteskowego i przygnębiającego. Dalej leżały rozrzucone książki… stary wysoki kapelusz i czerwony szlafrok wiszący na złamanym wieszaku. Dokoła miejsca wybuchu ziemia była zryta, jakby zaorana… na niej zaś leżało kilka drzew ściętych przy samym gruncie.

Byłem zajęty wpatrywaniem się w ten smutny widok, kiedy z tyłu doszedł mnie nagle jakiś cienki, wesoły głos. Odwróciłem się błyskawicznie i w tejże chwili znalazłem się naprzeciwko doktora Omegi.

Pozdrowił mnie z uśmiechem, ale wydawało mi się, że w tej jego uprzejmości kryło się coś ironicznego i okrutnego.

– No i co…? – rzekł z ostrym, szyderczym uśmieszkiem. – Jak to się cudownie usmażyło!

– Tak… rzeczywiście – wyjąkałem – ale tak się szczęśliwie złożyło, że nie było żadnych ofiar…

Doktor zdawał się nie słyszeć tego ostatniego spostrzeżenia. Po trochu się ośmielałem:

– Pan jest zapewne wynalazcą? – zapytałem.

Kiwnął potakująco głową.

Chciałem go zapytać, na czym polegają jego wynalazki, ale nie miałem odwagi. Nie mogłem jednak pozwolić, aby tak odszedł. Koniecznie musiał się wytłumaczyć. Na szczęście błysnęła mi genialna myśl.

– Ja także… jestem… wynalazcą! – wykrzyknąłem.

Przez kilka chwil starzec patrzył na mnie uważnie i można było wierzyć, że był chyba zadowolony z egzaminu, bo lekki uśmiech przemknął po jego nalanej twarzy pozbawionej zarostu. Nagle położył mi rękę na ramieniu i nieoczekiwanie zadał mi dziwaczne pytanie:

– Czy pan jesteś odważnym człowiekiem?

– O co chodzi…? – zapytałem, dość zaniepokojony.

– Później się pan dowie… Pytam tylko, czy jest pan odważnym człowiekiem.

– Bez wątpienia! – odpowiedziałem, wypinając pierś i marszcząc brwi.

– Czy bał się pan kiedyś w swoim życiu…?

– Nigdy…! – skłamałem bezczelnie.

– To dobrze… – powiedział doktor. – Jest pan tym, którego szukam… Jak się pan nazywa?

– Denis Borel.

– Proszę przyjść do mnie wieczorem… o dziewiątej.

– Tam…? – zapytałem, wskazując palcem na ocalały z katastrofy hangar.

– Tam… tam… Zadzwoni pan do tych małych drzwiczek… ale uprzedzam pana: dzwoń głośno, bo jestem trochę głuchy… A zatem, do widzenia… do dzisiejszego wieczora, mój przyjacielu…!

I doktor uścisnął mi dłoń. Dotknięcie wywarło na mnie nieprzyjemne wrażenie. Miałem uczucie, jakbym dotknął skóry węża…

„Mój przyjacielu…! Nazwał mnie swoim przyjacielem…! – myślałem, wracając do domu. – Niech mnie diabli, jeśli przyjmę jego zaproszenie! Ten człowiek jest po prostu wariatem… Gdyby chciał ze mną mówić… to mógł to zrobić w tamtej chwili. Ach, jeśli on sobie wyobraża, że pójdę w nocy do jego baraku, to się myli…! Nie mam wcale ochoty spędzać wieczora z obłąkanym…”.

Wróciłem do domu, z wielkim apetytem zjadłem śniadanie, a po południu dwie godziny grałem na skrzypcach.

Wykonałem zachwycająco Taniec chochlików Bazziniego18… i wydawało mi się nawet, że moje pizzicata19 prawie mogły rywalizować z tymi wykonywanymi przez Jana Kubelíka20. Jednakże wraz z nadejściem wieczora ponownie ogarnęła mnie wcześniejsza obsesja.

Znowu zacząłem myśleć o porannej rozmowie i po wielu etapach dedukcji doszedłem do tego, że pytałem się, czy doktor Omega rzeczywiście jest chory psychicznie.

„W końcu – mówiłem do siebie – w jego oczach nie ma nic niepokojącego… Wzrok ma trochę twardy, to prawda, ale to niewątpliwie pochodzi stąd, że jego oczy mają jasnoniebieski kolor. Jego gesty nie przypominają gestów wariatów, którzy mają ruchy niekontrolowane, nagłe, nerwowe. A doktor Omega, dalibóg!, był raczej umiarkowany w gestach. Z pewnością jest to oryginał… ale kto nim nie jest? Ci, których istnienie schodzi na ciągłych poszukiwaniach, mimo wszystko mają prawo wyróżniać się osobliwym sposobem chodzenia… Nic bardziej nie odrywa człowieka od rzeczy zewnętrznych jak gorączka wynalazków”.

Summa summarum: myśliciele są innym gatunkiem ludzi o cudownym, potężnym, mocno skomplikowanym mózgu, by być zrozumianymi przez mało wyrazistych osobników, którzy traktują mrzonki jak wszystko to, co przekracza ich sposób myślenia.

Miałem więc prawo uważać doktora Omegę za wariata, nie obejrzawszy uprzednio jego dzieła? A jeśli ten człowiek był geniuszem…?

Nadeszła pora obiadu. Nie dotknąłem nawet podanych potraw. Zadowoliłem się jedynie bulionem, do którego wbiłem sobie dwa jajka i wypiłem pół szklaneczki wina. Gdy wstałem od stołu, byłem jeszcze bardziej niespokojny i bardziej podniecony, jak nigdy wcześniej.

Usadowiłem się w salonie i od nowa zacząłem rozmyślać. Jeśli nie pójdę na umówione spotkanie naznaczone przez doktora, wyjdę w jego oczach na tchórza, a kiedy spotka mnie w najbliższym czasie, roześmieje mi się prosto w nos.

Z drugiej strony zbyt mocno interesował mnie ten człowiek, abym miał nie skorzystać ze sprzyjających okoliczności, dających mi nareszcie możność poznania go.

Jednak niepokoiła mnie pewna rzecz. Dlaczego pytał, czy się bałem kiedy w swoim życiu…?

„Ba! – pomyślałem sobie – wkrótce zobaczymy!”.

Wybiło wpół do ósmej. Wstałem i szykowałem się do wyjścia, kiedy zatrzymała mnie nowa refleksja…

A jeśli doktor podda mnie jakiejś ciężkiej próbie…? Jeśli to naprawdę jest niebezpieczny wariat…? Ach, doprawdy! tym gorzej! Będę się bronił… Zresztą będę posiadał broń… zabiorę swego smitha & wessona21.

Przybywszy, od razu przecież zobaczę, jaka będzie jego postawa… Jeśli mi się wyda dwuznaczna, to szybko postaram się opuścić towarzystwo tego tajemniczego wynalazcy. W przypadku, gdyby mnie chciał zatrzymać siłą, to, do diabła, potrafię mu się wymknąć…! Jestem młody, silny… a on to starzec. Łatwo dam sobie z nim radę…

Już byłem w przedsionku. Kazałem sobie podać mój kauczukowy płaszcz, pogoda była bowiem burzowa, i wsunąłem mego smitha do bocznej kieszeni marynarki.

Służący, który zauważył ten ruch, nie mógł pohamować odruchu trwogi.

– Pan wychodzi? – zapytał mnie z osłupiałą miną.

– Tak… co w tym nadzwyczajnego?

– To, że od czasu, jak jestem tutaj na służbie, ani razu nie wychodził pan z domu.

– Mam umówione spotkanie – odparłem i dodałem przez czystą fanfaronadę, oczywiście z dużym naciskiem, następujące słowa: – mam umówione spotkanie z doktorem Omegą…

Lokaj wytrzeszczył przerażone oczy.

– Pan idzie do tego… starego czarownika…? Och, panie! niech pan się strzeże… Ten człowiek jest do wszystkiego zdolny… Jeszcze dzisiaj po południu opowiadano mi o nim straszliwe rzeczy… żeby pan wiedział…

Wzruszyłem ramionami i wyszedłem ze spokojnym wyrazem twarzy, chociaż wewnątrz byłem silnie wzburzony.

Jak tylko znalazłem się na drodze, zacząłem iść bardzo szybko, stukając obcasami…

Po niebie przewijały się czarne, skłębione chmury. Nie było nic widać na dziesięć kroków. Jednakże gdy mijałem pierwsze domy wsi, na małą chwilkę ukazał się księżyc. Wtedy na ziemi zarysował się mój cień… cień niewspółmiernie ogromny, który tworzył przede mną chyboczącą się plamę.

Przechodziłem właśnie koło farmy położonej przy wejściu na równinę, kiedy gdzieś zaczął wyć pies, i ogarnęło mnie nerwowe dygotanie.

Czyżby odwaga miała mnie opuścić? Zebrałem się w sobie, silniej nacisnąłem czapkę i stanowczym krokiem skierowałem się ku hangarowi, w którym świeciło się tylko w jednym oknie.

Przybywszy przed ciemny budynek, zawahałem się na kilka sekund; w końcu jednak schwyciłem za łańcuszek zwieszający się z prawej strony drzwi i nagle mocno go pociągnąłem.

Nie potrafię opisać wrażenia, jakie wywarł na mnie dźwięk małego dzwonka, który poruszyłem. Nieboszczyk, któremu Opatrzność pozwoliłaby usłyszeć dźwięk pogrzebowego dzwonu, nie byłby bardziej rozemocjonowany niż ja w tej chwili.

Wkrótce w zakratowanym okienku błysnęło światło, drzwi się otworzyły i znalazłem się naprzeciw doktora Omegi.

Głowę miał odkrytą, a na jego czaszce o barwie kości słoniowej z trwogą spostrzegłem mały pęk białych włosów, sterczący pionowo jak kitka.

Momentalnie przypomniałem sobie mój wczorajszy sen i uczułem, że nogi uginają się pode mną. Zrobiłem nawet ruch, jakbym chciał się cofnąć, lecz w tej chwili doktor, który zamknął już drzwi, odezwał się z dziwnym śmiechem przypominającym gdakanie kuraka:

– Tak… doskonale… teraz już się nie otworzą. Niech pan spojrzy na moje urządzenie zamykające… Jest dość przemyślne? A przecież jest nieskomplikowane.

Poczciwina pociągnął za małą zapadkę, a następnie dodał:

– To prawdziwy rygiel bezpieczeństwa… rygiel, jakiego nie ma na świecie… Ale proszę wchodzić.

I staruszek poszedł przodem, trzymając w ręku miedzianą lampę, która obrzucała ściany drżącym światłem.

Szybko się upewniłem, czy ciągle mam swój rewolwer w kieszeni… Uczułem pod palcami kolbę i znów odzyskałem pewność siebie.

Doktor tak szybko wchodził po schodach, że miałem kłopot, by za nim nadążyć. Ten człowiek miał stalowe łydki.

Dotarłszy na bardzo wąski podest, otworzył drzwi, odsunął się na bok i powiedział:

– Wejdź, mój przyjacielu…

Nie wiem dlaczego… ale kiedy ten człowiek nazywał mnie przyjacielem, doznawałem czegoś w rodzaju tortury… jakiegoś niedomagania.

Wydawało mi się, że słyszę w tym słowie okrutny żart… jakby ironiczną groźbę.

Wszedłem do pokoju o kształcie pięciokąta, dość dużych rozmiarów.

Na prawo od wejścia znajdowało się jedyne okno, wąskie i długie, podobne raczej do otworu strzelniczego.

Zupełnie w głębi sali, w pewnym rodzaju korytarzyka tworzącego wąskie przejście, opancerzonym jak bunkier22 pancernika, dostrzegłem rozżarzone do białości palenisko, nad którym zwieszał się cylindryczny żelazny garnek przykryty blaszaną pokrywą.

– Proszę usiąść, mój przyjacielu! – powiedział do mnie doktor, wskazując niezgrabny, ciężki stołek.

A ponieważ mimo zaproszenia nadal stałem, rzekł z naciskiem: