Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
BITWA DOBIEGŁA KOŃCA, ALE WOJNA DOPIERO SIĘ ZACZYNA…
Z pomocą przyjaciół i sojuszników Ren zdołała stłumić bunt generała, ale Imperium Volmaru wciąż zagraża Podniebnemu Światu i podległym mu terytoriom. Co gorsza, dziewczyna nie zdołała uchronić Sunho przed drzemiącą w jego krwi demoniczną mocą. Chłopak zmienił się w dziką, morderczą istotę i już nawet nie rozpoznaje Ren. Jej serce pękło z bólu, gdy straciła słodkiego chłopca, którego pokochała.
Zaostrzająca się wojna nie zwolni jednak tempa z powodu jej żalu.
Ren – postrzegana przez niektórych jako niebiańska zbawczyni, a przez innych jedynie jako marionetka – musi wykorzystać całą swoją odwagę, a także spryt, aby przetrwać na królewskim dworze wystarczająco długo, by odnaleźć Sunho i sprowadzić go do domu, zanim ten całkowicie podda się władzy Demona.
Książka zawiera treści nieodpowiednie dla osób poniżej szesnastego roku życia.
Opis pochodzi od Wydawcy.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 424
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Tytuł oryginału: The Demon and the Light
Copyright © Axie Oh 2025
Copyright © for Polish edition by Wydawnictwo Nowe Strony, Oświęcim 2026
All rights reserved • Wszystkie prawa zastrzeżone
Redaktorka prowadząca: Sandra Pętecka
Redakcja: Alicja Chybińska
Korekta: Katarzyna Chybińska, Martyna Góralewska, Monika Baran
Oprawa graficzna książki: Weronika Szulecka
Projekt okładki: Rich Deas, Beste Doğan
Ilustracja na okładce: Guweiz
ISBN 978-83-8418-951-1 • Wydawnictwo Nowe Strony • Oświęcim 2026
Grupa Wydawnicza Dariusz Marszałek
REN
Na wschód od Gór Haebaek
Dolina
Ren rzuciła papierowy wachlarz wysoko w powietrze, wykonała salto w tył i wylądowała w samą porę, aby złapać rączkę w locie. Zgromadzeni wokół niej mieszkańcy wsi zaczęli wiwatować, a ona wyobraziła sobie, jak radosne okrzyki niosą się echem po dolinie niczym chór dzwoneczków poruszanych wiatrem. Złożyła wachlarz i położyła go w poprzek na ramieniu, po czym mrugnęła do dzieci, machających lepkimi od słodkich ciastek ryżowych dłońmi. Maluchy objadały się nimi przez cały wieczór.
Wioska rozbłysła światełkami czerwonych i niebieskich festiwalowych lampionów, a gdy jej wzrok objął ten znajomy widok, poczuła ukłucie w sercu. Jutro miała wyjechać – poinformowała już o swojej decyzji dowódcę Su. Wejście na pokład imperialnego sterowca oznaczało koniec Ren z Doliny i początek losu, który ją przerastał i napawał lękiem.
Na samą myśl dziewczynę przeszedł dreszcz, ale szybko odsunęła od siebie tę wizję. Czas na zamartwianie zarezerwowała sobie na poranek. Dzisiejszy wieczór został poświęcony celebrowaniu ostatnich zbiorów i oddaniu czci duchom bliskich, którzy odeszli w ostatnim czasie.
Szybkim ruchem nadgarstka rozłożyła wachlarz, kołysząc nim na boki. Aby utrzymać równowagę, wyciągnęła jedną nogę i zaczęła się kręcić. Gdy się obracała, Światło rozpaliło się wewnątrz niej. Promieniowało z jej środka, otaczając ciepłem.
Wiatr wirował wokół. Kręciła się coraz szybciej. Jej magia wciąż pozostawała dla niej czymś nowym, niedoskonałym i niesfornym. Musiała się jeszcze wiele nauczyć – jak kontrolować swoją moc i jakie daje ona możliwości. Potrafiła pokierować wiatrem, leczyć drobne rany i wykorzystywać srebrzyste Światło, ale co jeszcze? Dopiero niedawno odkryła, że ma skrzydła. Pojawiły się rano w dniu Festiwalu Światła. Użyła ich, by ocalić swoje życie.
By uratować Sunho.
Przez moment wydawało się, jakby znajdował się obok. Widziała jego przystojną twarz, oczy błyszczące najjaśniej, gdy patrzył na nią. Czuła jego dłoń, ciepłą i silną, ściskającą jej własną.
Lecz gdy tylko te odczucia nadeszły, natychmiast się zmieniły, a umysł dziewczyny zalała fala wspomnień o kłach i pazurach. W uszach rozbrzmiał bolesny ryk duszy rozrywanej na pół.
Tracąc równowagę, potknęła się i upadła. Serce waliło jej w piersi. Słyszała dzieci wołające ją jakby z daleka. Ich krzyki łączyły się w jeden pełny strachu. Musiała je uspokoić, wstać i dokończyć występ. Podniosła głowę i w tłumie napotkała wzrok Małego Wujka. Tydzień temu z trudem siedział prosto, a teraz stał obok Hwi. Kręcone włosy miał związane w luźny kok na czubku głowy. Marszczył brwi, ale skinął na nią krótko i szybko głową. KONTYNUUJ, REN – zdawało się mówić jego spojrzenie. WSZYSTKO BĘDZIE DOBRZE – MUSISZ TYLKO DOKOŃCZYĆ TO, CO ZACZĘŁAŚ.
Podniosła się i wykonała skok, dwukrotnie obróciła się w powietrzu, po czym wylądowała, łapiąc oddech. Pochyliła się i ukłoniła publiczności. Natychmiast otoczyły ją dzieci niczym ławica drobnych rybek. Upadła na kolana, obejmując ramionami tyle z nich, ile tylko zdołała.
– Ren, wrócisz nas odwiedzić, prawda? – zapytał szczerbaty brat Hwi ze łzami w oczach.
Wnuczka sołtysa pociągnęła Ren za rękaw.
– Nie wyjeżdżasz NA ZAWSZE, prawda?
– Proszę, nie odchodź – płakała mała kuzynka Hwi, z policzkami czerwonymi od zimna. – Kto będzie się z nami bawił, kiedy pojedziesz?
– Przecież macie Hwi – pocieszała ich. – I oczywiście Małego Wujka.
Tak jak przez cały tydzień, na myśl o rozstaniu ściskało ją serce – zwłaszcza jeśli chodziło o mężczyznę. Nie mogła jednak zabrać go ze sobą. Wciąż dochodził do siebie po chorobie, która omal nie pozbawiła go życia. Ta sama choroba skłoniła Cioteńkę do wyruszenia w podróż w poszukiwaniu lekarstwa. Kobieta z niej jeszcze nie wróciła.
Niektórym dzieciom drżały wargi, ale dzielnie przytaknęły.
– Będziemy za tobą tęsknić!
– To ja będę za wami jeszcze bardziej tęsknić! – obiecała Ren.
– Głowa do góry, Ren – rzucił z powagą brat Hwi. Mimo młodego wieku miał bardzo poważną minę. – Wszystko dobrze się skończy.
Łzy napłynęły jej do oczu i mocno go przytuliła.
– DZIĘKUJĘ.
Dzieci podniosły się z ziemi jedno po drugim. Kiedy dołączyła do nich, sięgając po swój papierowy wachlarz, zobaczyła zbliżającego się dowódcę Su, rozmawiającego z sołtysem, prawdopodobnie omawiając jutrzejszy poranny wyjazd.
Dopiero niedawno poznała tego człowieka, tuż przed tym, jak zadeklarował, że ją wesprze, ale w ciągu ostatniego tygodnia nauczyła się polegać na tym doświadczonym żołnierzu, który mimo surowego wyglądu miał miękkie serce.
Kiedy dowódca podniósł się z ukłonu, Ren poczuła ogromną wdzięczność. Chociaż po aresztowaniu generała Iljina prawdopodobnie spadło na niego więcej obowiązków, towarzyszył jej podczas podróży do doliny i czekał cierpliwie i łaskawie, aż poczuje się gotowa do wyjazdu. W ciągu tej krótkiej wspólnej podróży dowiedziała się, że służył generałowi przez wiele lat i dał wiarę jego słowom, kiedy ten twierdził, iż królowa skoczyła z krawędzi Podniebnego Świata. Prawda wyglądała jednak inaczej – to generał zepchnął ją w przepaść.
Była również zaskoczona, gdy się dowiedziała, że pełnił on rolę mentora jedynego syna generała, Jaeila, który pozostał w królestwie pod czujnym okiem straży do czasu zakończenia procesu swojego ojca. Jak zapewnił ją dowódca Su, proces ten miał odbyć się wkrótce po jej powrocie.
Miała pewność co do tego, co czuła wobec generała Iljina – nienawidziła go, pozostawał zdrajcą i przestępcą. Ale Jaeil…
Wciąż nie potrafiła rozgryźć kapitana. W dzieciństwie się przyjaźnili. I choć może jego metody budziły wątpliwości, próbował jej pomóc, gdy się okazało, że ona prawdopodobnie żyje, działając w tajemnicy przed ojcem.
Dowódca Su spojrzał ku zachodowi, gdzie w oddali majaczyły góry Haebaek.
– Nad wierzchołkami zbiera się burza – zauważył. Chociaż nadszedł wieczór, szare chmury unosiły się wokół najwyższych szczytów. – Jeśli wyruszymy przed wschodem, powinniśmy zdołać ominąć najgorsze.
Ren uśmiechnęła się smutno. Miesiąc temu przerażała ją perspektywa wejścia na pokład sterowca, by ten zabrał ją w przestworza, a jej lęk wysokości wydawał się nie do pokonania. Teraz czuła tylko lekkie dreszcze w oczekiwaniu na to, co miało się wydarzyć.
– Cokolwiek czeka nas w Podniebnym Świecie – zaczął dowódca – możesz liczyć na moje pełne wsparcie.
– Dziękuję – odparła.
Nagły wybuch śmiechu w kręgu przyciągnął jego uwagę.
– Wybacz mi – przeprosił. – Powinnaś świętować z przyjaciółmi.
Pokręciła głową.
– Lepiej, żebym wymknęła się teraz – przyznała. – Nie sądzę, że zdołam znieść długie pożegnania.
Su ponownie się ukłonił, po czym odszedł. Ren rzuciła jeszcze ostatnie spojrzenie na krąg, a następnie zniknęła w jednej z uliczek. Znalazła się na ścieżce biegnącej wzdłuż rzeki płynącej obok wioski. W porównaniu z tętniącym życiem centrum tu panowała cisza.
Na drugim brzegu wysoka trawa kołysała się jak fale oceanu. Samotny drozd nawoływał partnerkę, a jego czysty, przypominający dźwięk fletu śpiew brzmiał melancholijnie o zmierzchu.
Po drodze jej uwagę przyciągnęło kilkanaście złotych lampionów dryfujących ku niej po wodzie. Przypłynęły z osad położonych w górnej części rzeki. Na ich papierowych ściankach starannie naniesiono pędzlem słowa pamięci o zmarłych.
Gdy patrzyła na nie, oczy wypełniły jej się łzami. Ona również miała bliskich, którzy niedawno odeszli – nianię z dzieciństwa Doonę i Wielkiego Wuja. Wiedziała, że nie powinna obwiniać się za ich śmierć; demon, który zaatakował wioskę Gorye i zabójcy wysłani do Świątyni Świetlistego Księżyca to złe decyzje innych osób. Nie zmniejszało to jednak jej bólu.
Nie wiedziała, jak długo stała nad brzegiem rzeki, wiedziała tylko, że po chwili lampiony zniknęły, a nad wodą pojawiły się świetliki. Zaskoczona, wstrzymała oddech. Nadeszła zima, zrobiło się zdecydowanie zbyt chłodno dla tych stworzeń, a jednak pokrywały one obszar wokół brzegu, a także pole za nim, mrugając niczym małe gwiazdki. Otarła łzy z oczu i w towarzystwie drobnych owadów ruszyła w długą drogę do domu.
Wietrzne dzwonki zawieszone pod dachem zadźwięczały, gdy otworzyła drzwi do domku. Przez chwilę stała w progu, rozglądając się po znanym sobie wnętrzu. Ujrzała tam kominek z popiołem starannie zamiecionym na bok oraz niski drewniany stół, przy którym jej rodzina jadła posiłki każdego ranka i wieczora.
Wcześniej tego dnia spakowała już kilka rzeczy, więc pozostało tylko zabrać plecak z pokoju dzielonego z Małym Wujkiem. Następnie przeszła przez izbę do drugiego pomieszczenia, tego należącego do Cioteńki i Wielkiego Wuja. Od momentu powrotu nie wchodziła do niego, chcąc uszanować prywatność opiekunki.
Przesunąwszy drzwi, najpierw zauważyła bałagan. Większość przedmiotów z wozu podróżnego została wniesiona do środka i przysunięta do ściany – duża skrzynia, w której przechowywali kostiumy, a także narzędzia stolarskie Małego Wujka i ogromny bęben Wielkiego Wuja. Na niskiej szafce dostrzegła to, czego szukała – niedużą skrzynię na ubrania.
Klucz tkwił w zamku w kształcie ryby; wystarczyło tylko nim poruszyć. Usłyszała kliknięcie i mechanizm się odblokował. Powoli otworzyła pokrywę.
Szata była taka, jak ją zapamiętała, w kolorze szkarłatu, tak jaskrawym, że aż bolesnym dla oczu. Kiedy wzięła materiał w ramiona, czekała na natłok obrazów, ale pozostała niezachwiana w teraźniejszości. Nie pojawiły się żadne straszne wspomnienia z nocy sprzed dziesięciu lat, mogące ją dręczyć.
Usłyszała, jak otwierają się drzwi do domku, a kilka sekund później pojawił się Mały Wujek.
– Wydawało mi się, że widziałem, jak się wymykasz – narzekał. – Mogłaś mnie ostrzec. – W jednej ręce trzymał wiązkę cebuli owiniętą sznurkiem, a przez ramię miał przewieszoną torbę. – Swatka przyparła mnie do muru z listą, LISTĄ… – Urwał. – Co to jest?
– Szata – odpowiedziała Ren, podnosząc ubranie, aby mógł się przyjrzeć. – Należała do mojej matki. Miała ją na sobie tej nocy, kiedy…
Rzadko mówiła o przeszłości – Cioteńka zabroniła tego dla jej bezpieczeństwa i bezpieczeństwa ich wszystkich – ale kiedy Mały Wujek wyzdrowiał, opowiedziała mu o wszystkim. Nie tylko o wydarzeniach z czasu, gdy leżał nieprzytomny, lecz także o tym, czego Ren stała się świadkiem tamtej nocy.
Wujek przykucnął przed nią i zmrużył oczy, przyglądając się szacie.
– To skąd moja siostra ją wzięła?
– Nie wiem…
Jej matka MIAŁA JĄ NA SOBIE, kiedy zginęła. Później tej samej nocy Cioteńka znalazła dziewczynę ukrywającą się w dziupli jednego z drzew. Uciekły razem z Podniebnego Świata. Czy wróciła po szatę? Jeśli tak, to kiedy i DLACZEGO?
– Gdybym tylko mogła ją o to zapytać. – Spochmurniała, ściskając mocno materiał w palcach. Liczyła, że opiekunka wróci w ciągu tygodnia, ale nie miała już więcej czasu. Westchnęła głośno, rozluźniła dłonie, włożyła szatę z powrotem do skrzyni, zamknęła pokrywę i ponownie założyła kłódkę.
– Jeśli chcesz zostawić wiadomość dla mojej siostry, mogę ci w tym pomóc – zaproponował Mały Wujek, zdejmując z ramienia torbę i kładąc ją na jej kolanach.
Podniosła klapkę i znalazła w środku kałamarz, zwój pergaminu i pędzelek.
– Jeśli chcesz wiedzieć, swatka zapędziła mnie w kozi róg przy straganie sprzedawcy atramentu – mruknął.
Ren upuściła torbę, aby go uściskać.
– Dziękuję! Czy swatka okazała się bardzo natarczywa? Nie zostawię cię byle komu.
– To nieprawda – zaprzeczył głośno. – Zamierzasz zostawić mnie jutro. – Od dwóch dni, czyli odkąd powiedziała mu, że zamierza wyruszyć sama, humor mu nie dopisywał.
Przyjrzała się jego smutnej twarzy, zapamiętując rysy, zwężone oczy i rumiane policzki. Zamierzała zachować to wspomnienie na czas, kiedy będzie go najbardziej potrzebować.
Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech. Gdy uniosła powieki, na jej twarzy pojawił się uśmiech.
– W takim razie nie powinnam wracać? – zapytała, obejmując go mocniej niż przedtem. – Możemy podróżować razem jako nasza własna trupa, tylko we dwoje. Co o tym sądzisz?
– Nie mówisz poważnie – odparł, delikatnie ją odsunął i wstał. – Napisz list. Rano cię odprowadzę.
Poczekała, aż opuści pokój, zanim pozwoliła, by uśmiech zniknął z jej twarzy. Przez ostatni tydzień trudno przychodziło udawać, że wszystko jest w porządku. Nie chciała, żeby wiedział, jak bardzo się boi.
Sięgnęła po torbę, wyjęła przybory do pisania, rozwinęła pergamin i położyła go obok kałamarza. Podniosła pędzelek i zanurzyła końcówkę w inkauście. Tak bardzo zaprzątała sobie głowę sprawą szaty, chcąc zapytać o nią Cioteńkę, lecz gdy tylko przyłożyła pędzelek do papieru, okazało się, że nie jest to już kwestia, którą chciałaby z nią poruszyć.
Wybrałam się w długą podróż i wróciłam do domu. Ale to jeszcze nie koniec.
Napisała, starając się, by litery wyszły czytelnie, pomimo że jej ręka drżała.
Dziesięć lat temu mnie uratowałaś. Czułam się tu bezpieczna i szczęśliwa. Ale w ciągu tych lat Sareniyanie prowadzili wojnę, która przyniosła niewyobrażalne cierpienie.
Wojnę w jej imieniu, nawet jeśli to nie to imię sama sobie nadała.
Nie mogę już dłużej uciekać i się ukrywać. Świat pogrąża się w ciemności.
Pomyślała o demonie, który zaatakował wioskę Gorye, poważnie raniąc Małego Wujka. Kiedy ten zachorował, a jego krew stała się niebieska, udała się do Podniebnego Świata, aby znaleźć dla niego lekarstwo. Podróż ta zaprowadziła ją w głąb kopalni mithrilu.
Gdy zamknęła oczy, mogła sobie wyobrazić to dziwne laboratorium, miejsce strasznych eksperymentów, winnych temu, że ludzie zamieniali się w potwory, oraz spotkanego tam naukowca. Pobrał próbkę jej krwi w zamian za rzekome antidotum – nie wiedziała, w jakim celu.
A potem pojawiła się kolejna mroczna odsłona rzeczywistości… okrucieństwo i zepsucie samego Podniebnego Świata.
Wzrok Ren powędrował do skrzyni ustawionej w kącie. W wyobraźni widziała matkę stojącą na skraju klifu, ale to nie szkarłatna szata przykuwała uwagę. Chodziło o wyraz twarzy kobiety. Wyglądała, jakby z jej oczu zniknęło całe światło.
Obawiam się, że powrót może mnie zmienić.
W dolinie pozostawała tylko Ren. Członkini trupy teatralnej. Siostrzenica Cioteńki, Wielkiego Wuja i Małego Wujka. W Podniebnym Świecie stanie się kimś zupełnie innym.
Księżniczką. Królową. Niebiańską Dziewicą.
Takie role pełniła jej matka, podobnie jak kobiety przed nią, począwszy od samej pierwszej Niebiańskiej Dziewicy.
Jak takie dziedzictwo, taka SPUŚCIZNA wpływają na człowieka?
Wracała do Podniebnego Świata i tak wiele rzeczy ją przerażało. Najbardziej jednak bała się utraty siebie samej.
Na kartce pozostało wystarczająco dużo miejsca, by napisać kilka ostatnich zdań. Gdyby układała list do Małego Wujka, dodałaby słowa pełne uczucia, ale pisała do Cioteńki.
Przepraszam, że opuściłam dom bez słowa, i przepraszam, że odchodzę teraz, nie czekając na Twój powrót. Postaram się zachować w pamięci wszystko, czego mnie nauczyłaś.
Zawahała się z pędzelkiem zawieszonym nad pergaminem. W sercu nosiła coś, czym nigdy nie podzieliła się z Cioteńką, ale nawet teraz nie miała odwagi, by przelać te uczucia na papier.
Zamiast tego napisała:
Dziękuję. Za wszystko. Twoja siostrzenica Ren.
Ren obudziła się następnego ranka przed wschodem słońca. Na macie obok niej spał Mały Wujek, wyciągnięty na całej długości, z jedną nogą zarzuconą na poduszkę. Przykryła go kocem aż po brodę, a potem przycisnęła usta do jego policzka. Następnie chwyciła torbę i wybiegła z chatki.
Złościłby się, iż odeszła bez pożegnania, ale się bała, że jeśli to zrobi, nigdy nie zdobędzie się na odwagę, by wyruszyć.
Sareniyańskie sterowce zostały zakotwiczone na zachodnim pastwisku, każdy z nich przymocowany dziesiątkami lin. Gdy szła przez pagórek, uniosła wzrok w kierunku ogromnych maszyn, unoszących się kilka metrów nad ziemią. Swoją zdolność lewitacji zawdzięczały mithrilowi osadzonemu w komorach ich rdzeni, a każdy z nich został wyposażony w wysuwane wirniki i żagle wykorzystujące siłę wiatru. Mrużąc oczy, dostrzegła mglistą niebieską poświatę otaczającą wszystkie trzy maszyny. Chłodna bryza rozwiewała luźne kosmyki jej włosów, a ona objęła się ramionami.
Zauważyła Yurhee przy rampie załadunkowej najbliższego sterowca, skąd żołnierze kierowali wozy z towarami po długiej, płaskiej platformie do ładowni. Pomachała do starszej dziewczyny, na co ta do niej podbiegła.
Miała na sobie obcisłe bryczesy i luźną koszulę, a na czole gogle. Gdy się zbliżała, Ren przypomniała sobie swoje pierwsze spotkanie z trzy lata starszą rebeliantką. Pomyślała wtedy, że Yurhee jest piękna; teraz mogła przyznać, iż wówczas czuła się o nią dość zazdrosna.
– Gdzie Tag? – zapytała dziewczyna, mając nadzieję, że rześkie powietrze usprawiedliwi jej zarumienione policzki.
Yurhee wykonała niejasny gest, wskazując za siebie.
– Żegna się.
– Och, nie wiedziałam, że zaprzyjaźnił się z kimś w wiosce. – Rozejrzała się po polu w poszukiwaniu srebrnowłosego towarzysza dziewczyny i dostrzegła go stojącego przy dwóch owcach.
– Umieściliśmy Wróbla w ładowni, mam nadzieję, że nie ma nic przeciwko – oznajmiła Yurhee, wskazując głową na Niebieskiego Żółwia, ogromny sterowiec dowódcy Su.
Po odkryciu, iż Sareniyanie nadają imiona okrętom wojennym, postanowiła, że ICH samolot – jej i Taga – również powinien takowe dostać.
– Polecimy z wami aż do Podniebnego Świata, a potem każde z nas pójdzie swoją drogą. Chcielibyśmy udać się z wami, ja na pewno chciałabym zobaczyć pałac, ale już wystarczająco długo przebywamy z dala od Wolryudang.
Ren przełknęła gorycz rozczarowania. Po uważnym przemyśleniu sprawy postanowiła najpierw wrócić do Podniebnego Świata, a dopiero potem poszukać Sunho. Nie wiedziała, gdzie on jest, ani nawet od czego zacząć poszukiwania. Yurhee i Tag zgodzili się towarzyszyć, ale nie mogła dłużej odwlekać ich powrotu do domu i do Babci Jin, właścicielki Wolryudang. Nie sądziła jednak, że przyjdzie jej rozstać się z nimi tak szybko.
– Cieszę się – przyznała – że chociaż przez pierwszą część podróży nie zostanę sama.
– A kto powiedział, że w ogóle zostaniesz sama?
Odwróciła się i zobaczyła Małego Wujka stojącego za nią. Na głowie miał nieco przekrzywiony słomkowy kapelusz, a przez ramię przewieszoną torbę.
Otworzyła szeroko oczy.
– Co ty…?
Uniósł rondo kapelusza i uśmiechnął się do niej.
– Nie sądziłaś chyba, że pozwolę ci znowu wyjechać beze mnie, prawda?
– Ale ty… jesteś chory!
– Dzięki tobie czuję się już znacznie lepiej! – Jakby na dowód swoich słów wykonał na trawie gwiazdę na jednej ręce, drugą trzymając kapelusz.
Yurhee zapiszczała, a Ren zaśmiała się drżącym głosem. Wiedziała, że powinna mu odmówić, nalegać, żeby zawrócił, ale przyniosło to tak ogromną ulgę, aż niemal zakręciło jej się w głowie.
– To nie będzie bułka z masłem – ostrzegła.
– Wiem – odparł pewnie.
– Czekają na nas demony.
– Wiem – powtórzył poważniej. Wziął głęboki wdech, a potem uniósł brodę. – Jesteś moją siostrzenicą. Mam obowiązek cię pilnować.
– Jesteś tylko rok starszy ode mnie!
– Właśnie. To cały rok zbierania wartościowych doświadczeń życiowych więcej.
Z pewnością znalazłoby się co najmniej kilkanaście powodów, dla których Mały Wujek nie powinien wyruszać z nią w podróż do Podniebnego Świata, niemniej w tej chwili to nie miało znaczenia – po prostu CHCIAŁA, aby towarzyszył jej w tej wyprawie.
Musiała jednak nadal wyglądać na niepewną, ponieważ jego uśmiech złagodniał.
– Co powie Cioteńka, gdy wróci i odkryje, że pozwoliłem ci wyruszyć samej? Wzdrygnął się. – Szczerze mówiąc, nie wiem, co mnie bardziej przeraża: demony czy moja siostra!
Pół godziny później wszystkie trzy sterowce eskortujące Ren do doliny były gotowe do odlotu. Zanim wsiadła na pokład flagowego statku, Niebieskiego Żółwia, ona i Mały Wujek pożegnali się z Hwi. Trudno przyszło im to zrobić – przyjaciółka miała dwóch małych kuzynów wiszących na jej nogach i małą owcę przytuloną do stóp.
– Będę mieć oko na Cioteńkę i przekażę, dokąd wyruszyliście – obiecała Hwi.
– Dziękuję – szepnęła Ren, ściskając dłoń dziewczyny. – Już za tobą tęsknię!
Kiedy Ren i Mały Wujek wchodzili po rampie na pokład, pasterka machała energicznie ręką, krzycząc:
– Dbajcie o siebie nawzajem!
Ren złapała się poręczy, gdy przecięto liny mocujące latające jednostki do ziemi, i upadła, kiedy maszyna zaczęła unosić się w powietrze.
Jasne promienie skierowały jej wzrok na wschód, gdzie pojawiało się słońce, zalewając dolinę złotym blaskiem. Gdy patrzyła na miejsce pozostające domem przez ostatnie dziesięć lat, wzruszyła się. To najcenniejsze dla niej obrazy: owce pasące się na polach niczym puszyste, białe chmurki; lśniąca rzeka wijąca się przez dolinę niczym grzbiet srebrnego smoka; oraz mieszkańcy wsi w dole, tak odlegli, że wyglądali teraz jak małe plamki, nie do odróżnienia od kwiatów i drzew.
Nagle rozległ się świst, gdy żagle nad jej głową złapały wiatr, a sterowiec wzbił się w powietrze, kierując się w stronę Podniebnego Świata.
REN
Na wschód od Gór Haebaek
Niebieski Żółw, Imperialny Sterowiec Sareniyi
Dowódca Su poprosił Ren o stawienie się na mostku wkrótce po wyruszeniu z doliny, więc ona i Mały Wujek opuścili pokład główny, gdzie znajdowała się kabina dziewczyny, i ruszyli wąskimi korytarzami. Poczuła ulgę, widząc, że Mały Wujek najwyraźniej lubi latać, bez trudu utrzymuje równowagę, gdy sterowiec unosił się i opadał, a żagle i wirniki wspólnie pozwalały mu błyskawicznie przemierzać przestworza. Przyciskając twarz do okrągłego okienka, wskazał stado ptaków lecących pod nimi.
Gdy szli, członkowie załogi zatrzymywali się, aby skłonić się Ren, zwracając się do niej „księżniczko” lub „wasza wysokość”. Po trzecim takim zdarzeniu Mały Wujek uśmiechnął się szeroko.
– Trzeba się do tego przyzwyczaić.
Westchnęła, po czym się ożywiła.
– Właściwie to pomyślałam, że nie powinnam już zwracać się do ciebie „Mały Wujku”, przynajmniej w obecności innych. – Ten przydomek przylgnął do niego w kręgu rodzinnym, podobnie jak wśród mieszkańców doliny. Było to określenie pełne czułości, lecz w Podniebnym Świecie miał pełnić bardziej oficjalną rolę jej doradcy. – Chcę, żeby Sareniyanie zwracali się do ciebie po imieniu – wyjaśniła – i z szacunkiem, więc pomyślałam, że powinnam dać dobry przykład.
Mały Wujek założył ręce za głowę i się rozluźnił.
– Cóż, spróbujmy.
Ren wydęła usta.
– Wook – rzuciła, a potem zmarszczyła nos.
– Chyba OBOJE musimy przyzwyczaić się do pewnych rzeczy.
Złapała go za ramię i przytuliła się do niego.
– Cieszę się, że lecisz tam ze mną.
– Nie myśl, że wybieram się tam tylko dla ciebie – drażnił się, mrugając do niej. – Lista swatki okazała się zdecydowanie za krótka. Chciałem poszerzyć grono kandydatów.
– Rozumiem… – Oparła głowę na jego ramieniu. – Ktoś szczególnie wpadł ci w oko?
Pokręcił głową i westchnął dramatycznie.
– Zbyt wielu żołnierzy. Wiesz, że nie chcę kogoś o agresywnym charakterze; zdecydowanie wolę mężczyzn o łagodnym usposobieniu, takich jak ja.
– Po prostu wolisz samego siebie.
Roześmiał się, a radosny dźwięk towarzyszył im aż na mostek, gdzie dowódca Su skłonił się na wejściu, a ciepły uśmiech złagodził jego surowe rysy.
– Ach, co za przyjemny dźwięk. Nieczęsto słyszy się śmiech na okręcie wojennym.
Ren puściła Małego Wujka, a ten wystąpił naprzód, aby się skłonić.
– Mam nadzieję, że to nie problem, iż wprosiłem się na pokład.
Dowódca zaczął już kręcić głową.
– Twoja obecność tutaj jest bardziej niż mile widziana.
Skierował uwagę na Ren, a jego oblicze stało się surowe.
– Właśnie otrzymałem pilną wiadomość. – Wtedy dziewczyna zauważyła kurierkę stojącą przy ścianie; miała wilgotne włosy, a na jej szyi wisiały gogle lotnicze. – W pobliżu Gór Cheongdeok zauważono pancerniki Volmaru – zaraportował dowódca Su, odnosząc się do naturalnej bariery oddzielającej Volmar od Okupowanych Terytoriów pod panowaniem Sareniyi. – Gdy dotrzemy do stolicy, muszę koniecznie uzupełnić zapasy sterowców i natychmiast wyruszyć, aby stawić im czoła.
Ren nie wiedziała zbyt wiele o wojnie, tylko tyle, że rozpoczęła się po śmierci jej matki. Generał Iljin, wspierany przez Radę Wywyższonych – organ złożony z arystokratów, sprawujący władzę w Sareniyi – zaczął siłą anektować królestwa otaczające Podniebny Świat. Królestwa te, znane niegdyś jako Sto Królestw, stały się teraz Okupowanymi Terytoriami Sareniyi. Lecz dopiero gdy generał zainteresował się wielkim imperium Volmaru na północy, agresja przerodziła się w prawdziwą wojnę.
– Przyjmij moje przeprosiny, księżniczko – odezwał się dowódca. – Obiecałem ci wsparcie, gdy wrócimy do Podniebnego Świata, zwłaszcza w sprawach dotyczących rady.
Ren się skrzywiła. Miała przeczucie, że arystokraci Sareniyi nie okażą się przychylnie nastawieni względem poglądów niedoświadczonej młodej kobiety z prowincji, nawet jeśli była ich prawowitą władczynią.
– Jednakże – kontynuował – pociesza mnie fakt, że towarzyszy ci ktoś, na kim możesz polegać i kto udzieli ci rozsądnych rad. – Skinął głową Małemu Wujkowi, na co ten wypiął pierś.
Dziewczyna ukryła rozczarowanie za lekkością uśmiechu.
– Rozumiem, dowódco – potaknęła. – Proszę, uważaj na siebie i wróć jak najszybciej. Mam przeczucie, że będę potrzebowała wszelkiej pomocy, jaką tylko uda się zdobyć.
Później tej samej nocy Ren i Mały Wujek zjedli kolację z dowódcą w jego kwaterze. Potem, gdy Wook rozgościł się w kajucie sąsiadującej z jej, Ren wyszła na pokład. Powietrze było wilgotne, chłodne i rześkie. Biorąc głęboki wdech, wyczuła intensywny zapach zapowiadający zbliżającą się burzę.
Kilku członków załogi pracowało na pokładzie, regulując olinowanie żagli. Kiedy się zbliżyła, skłonili się, choć na ogół trzymali się od niej z daleka. Być może uważali, że potrzebuje prywatności, jednak bardziej prawdopodobne się wydawało, że stronili od dziewczyny z innego powodu. Dla załogi pozostawała księżniczką Sareniyan – nie równą im, ale stojącą PONAD nimi. Zastanawiała się, czy takie traktowanie stanowiło zapowiedź tego, jak będzie wyglądało jej życie w Podniebnym Świecie – czy zostanie odseparowana od reszty jak gwiazda zbyt odległa, by ją dosięgnąć.
Ta myśl przywołała wspomnienia o matce – nie takiej, jaką zobaczyła ostatniej nocy na skraju klifu, ale w innych chwilach. W każdym ze wspomnień matka była sama.
Z westchnieniem podeszła do barierki i wychyliła się, aby spojrzeć na dwa pozostałe sterowce lecące za nimi, jeden nieco niżej po lewej stronie, drugi po prawej.
W oddali Góry Haebaek wydawały się wyższe niż wcześniej. Nad najwyższym szczytem zebrała się burza, która całkowicie spowijała go ogromną, czarną chmurą. Dowódca zapewnił, że jeśli utrzymają kurs, powinni ominąć nawałnicę. Chłodne krople deszczu spadły na twarz Ren, sprawiając, że zadrżała.
Odwróciła się od barierki i dostrzegała stojącą nieco dalej na pokładzie znajomą postać, o włosach kontrastujących z ciemnością nocy. Nigdy nie zamieniła więcej niż kilku słów z Tagiem, utalentowanym mechanikiem, mimo że oboje mieli po siedemnaście lat. Lecz wbrew temu podeszła do niego.
Spojrzał na nią, skinął głową, po czym ponownie skierował wzrok ku niebu. Przez kilka minut żadne z nich się nie odezwało. Zwykle czuła potrzebę wypełnienia ciszy rozmową, ale w przypadku tego chłopaka tak się nie stało.
Być może dlatego, że przypominał jej Sunho. Nie wydawali się do siebie podobni fizycznie – Sunho był wyższy i ciemnowłosy, Tag zaś miał pasma koloru światła gwiazd – ale w naturze obu leżało milczenie i emanowali spokojem.
Lecz w przypadku najemnika NIE ZAWSZE odczuwała spokój.
Ogarnęło ją tak silne uczucie tęsknoty, że skrzywiła się z bólu. Oplotła palcami barierkę, pozwalając, by zimno wniknęło w jej skórę.
Wiedziała, że to nie tylko wspomnienie Sunho przyciągało ją do Taga. Chodziło o to, że mechanik go ZNAŁ. Pozostawał prawdopodobnie jego jedynym przyjacielem, poza nią i Yurhee.
Należał do grona niewielu osób, zdolnych zrozumieć, jak się teraz czuła.
– Myślisz, że on tam jest? – zapytała. Instynktownie zrozumiała, iż nie musi wyjaśniać, o kim mówiła. – Kiedy myślę o tym, jak bardzo musi cierpieć... – Oddech utknął jej w piersi; dopadł ją ból gardła. – Nie tylko fizyczny ból, ale też świadomość winy, które musi odczuwać, wiedząc, co stało się z jego bratem, wiedząc, że on…
Urwała. Opowiedziała już obojgu znajomym o tym, co wydarzyło się na łące, gdzie po raz ostatni widziała najemnika. Jej magia odblokowała wspomnienie, skrywane przez niego głęboko w sobie – prawdę o bracie. Ten nie zaginął; Sunho go zabił.
– Boję się – wyrzuciła z siebie – tego, jak poczucie winy musi na niego wpływać. Na jego serce, na JEGO DUSZĘ.
Nie potrafiła zrozumieć, co stało się potem, wiedziała tylko, że gdy poznał prawdę, przeszedł przemianę. Ktoś, z kim podróżowała do Podniebnego Świata, kto na początku wyprawy pozostawał dla niej obcym, a pod koniec stał się kimś, na kim bardzo jej zależało, zmienił się w potwora ze szponami, kłami i skrzydłami.
Zacisnęła mocno powieki. To nie miało znaczenia. To nadal Sunho. Nadal JEJ PRZYJACIEL.
– A co, jeśli nie uda mi się go znaleźć? – wyszeptała. – A co, jeśli już nigdy go nie zobaczę? – Poczuła ucisk w piersi, a łzy napłynęły jej do oczu. Pośpiesznie je otarła. – Przepraszam. Nie chcę cię tym obciążać.
Tag przysunął się bliżej. Wyjął z płaszcza białą chusteczkę wyszywaną małymi kwiatami barwinka i podał Ren.
– Dziękuję – szepnęła, przyjęła ją i otarła oczy, a następnie wydmuchała nos w skrawek materiału. Kiedy chciała go oddać, Tag pokręcił głową.
– Zatrzymaj ją. – Jego głos brzmiał łagodnie, został lekko stłumiony przez kołnierz płaszcza.
Ścisnęła chusteczkę w dłoni.
– Sunho wspiął się na szczyt świata, aby do ciebie dotrzeć – przypomniał, a ona podniosła wzrok i zobaczyła, że on uniósł głowę. Ich spojrzenia się spotkały. – Nie sądzę, aby cokolwiek zdołało powstrzymać go przed tym, by do ciebie wrócić.
Poczuła, jak rumieniec wkrada się na jej szyję. Chłopak odwrócił wzrok, a ona zauważyła z rozbawieniem, że jego uszy zrobiły się czerwone.
Po krótkiej ciszy odchrząknęła.
– Yurhee powiedziała mi o waszych planach, o tym, że wrócicie do Wolryudang.
Tag pokiwał głową.
– Oboje musimy zająć się swoimi sprawami.
– I.… chcę sprawdzić, co u Haru. – To mały sąsiad Sunho, którego on i Tag uratowali z ringu. Babcia Jin opiekowała się chłopcem, dopóki Yurhee nie będzie mogła wrócić i odszukać jego matki.
– Sunho odetchnąłby z ulgą, wiedząc, że się nim opiekujesz – przyznała Ren, uśmiechając się ciepło do Taga, na co on skrył twarz w kołnierzu.
Stali jeszcze przez chwilę przy barierce. Odkąd wyszła na zewnątrz, ciemność gęstniała coraz bardziej. Zadrżała. Noc wydawała się nieskończona, przypominając otchłań. Na pokładzie załoga rozpaliła pochodnie. Płomienie migotały niespokojnie na wietrze.
Wzdrygnęła się, gdy silny podmuch omiótł ją, rozwiewając włosy.
– SARENIYA…
– Słyszałeś to? – rzuciła.
Przypominało to głos kobiety. Ren odwróciła się w stronę dziobu maszyny, skąd dochodził dźwięk.
Tag zmarszczył brwi.
– Nic nie słyszałem.
Żagle łopotały dziko. To z pewnością wiatr. Zbliżali się teraz ku burzy. W ciągu kilku minut miną czarną chmurę. Przez ciało Ren przebiegł dreszcz.
– Wszystko w porządku? – zaniepokoił się mechanik, marszcząc brwi z troską.
– Tak, w porządku – zapewniła, a gdy spojrzał na nią sceptycznie, uśmiechnęła się, aby go uspokoić. – Po prostu mi zimno.
– Powinnaś wrócić do środka.
– Tak zrobię – odpowiedziała. – Ale najpierw muszę przemyśleć kilka spraw. Nie czekaj na mnie.
Zastanawiała się, czy nie powinna była poprosić jego i Yurhee o pomoc w poszukiwaniach Sunho, tak jak poprzednio. Wróbel czekał w ładowni; mogli wyruszyć jeszcze tej nocy.
– SARENIYA…
Odwróciła się gwałtownie. Głos nie wydawał się obcy.
Pobiegła w kierunku dziobu. Wiatr się wzmógł, smagając ją ze wszystkich stron z taką siłą, że zaczęła się chwiać. Słyszała ostrzegawcze okrzyki członków załogi, ale zignorowała je i ruszyła przed siebie, podnosząc rękę, by osłonić twarz.
Deszcz padał coraz intensywniej, uderzając o pokład. Włosy wymknęły jej się z upięcia i zaczęły uderzać o policzki. Znajdowała się już prawie u celu, jeszcze kilka kroków. Opuściła rękę.
Na dziobie maszyny stała kobieta, odwrócona plecami do Ren, ubrana w prześwitującą czarną szatę, opadającą z ramion i rozlewającą się po pokładzie jak atrament.
Włosy kobiety nie drgnęły. Jej szata pozostawała nieruchoma, nawet rękaw się nie poruszył.
Krople uderzały o skórę Ren jak odłamki lodu.
– SARENIYA.
Zamarła. Minęło dziesięć lat, ale nie zapomniała głosu matki.
Potknęła się, podchodząc do postaci odzianej w szatę i wyciągając rękę.
Grzmot przedarł się przez noc. Zachwiała się i upadła, gdy sterowiec przechylił się na bok.
Kiedy podniosła wzrok, nie widziała już nikogo na dziobie.
Podskoczyła na równe nogi i pobiegła do barierki, uderzając kolanem o jej bok. Nie czuła bólu, szukała wzrokiem zarysu sylwetki na niebie.
Zamiast tego dostrzegła światło w ciemności. Zmarszczyła brwi, gdy ujrzała kolejne, a potem jeszcze inne, setki z nich, migoczące jak płomienie świec.
Sterowiec znów szarpnął. Odskoczyła od barierki i upadła na pokład, gdy z prawej burty dobiegł głośny trzask. Dźwięk nie pozostawiał wątpliwości: coś w nich uderzyło.
Spojrzała wyżej i zobaczyła czarną chmurę. Górowała nad nią, rozświetlona od wewnątrz tymi samymi światłami, co u dołu.
Serce jej zamarło, gdy zorientowała się, co to takiego – pochodnie rozpalone na pokładzie okrętu wojennego Volmaran.
Zostali zaatakowani.
REN
Góry Haebaek
Niebieski Żółw, Imperialny Sterowiec Sareniyi
Ren zerwała się na równe nogi, próbując dostrzec coś przez ścianę deszczu. Podskoczyła, gdy strzała wbiła się w drewniany pokład z głośnym trzaskiem. Ogłuszający szum sprawił, że spojrzała w górę, gdzie w kierunku sterowca spadała kaskada pocisków.
Nie zastanawiając się, uniosła rękę i sięgnęła po magię. Z jej dłoni buchnęło Światło, spalając najbliższe strzały i bez szkody rozrzucając pozostałe po pokładzie.
Światło rozbłysło na kilka sekund. Kiedy zniknęło, z wrogiej jednostki powietrznej dobiegły okrzyki.
Jeśli Volmaranie wcześniej nie znali jej położenia, to teraz już o nim wiedzieli.
Wstała, ale się potknęła i złapała barierki, gdy Niebieski Żółw został trafiony w burtę. Głośny huk rozbrzmiał w jej kościach. Sterowiec z jękiem zaczął przechylać się na bok. Wrogowie spychali ich w stronę burzy.
W ciągu kilku sekund niebo pociemniało, a deszcz spadał grubymi, ciężkimi kroplami.
W ciemnościach dostrzegła jeden ze sterowców Sareniyan, ogarnięty płomieniami.
Wielki cień osiadł na maszynie, a dziewczyna podniosła głowę. Nad Niebieskim Żółwiem pojawił się okręt wojenny Volmaran, potężna jednostka z czarnymi żaglami, lecąca tak blisko, że dało się usłyszeć upiorne skrzypienie wielkiego kadłuba.
Z boku opuszczono drabinki linowe. Ich najniższe szczeble uderzyły z hukiem o pokład.
Pierwszy wróg, który wszedł na pokład imperialnego sterowca, został trafiony strzałą w ramię. Złamał drzewiec i ryknął, rzucając się do przodu, aby zmierzyć się z Sareniyaninem. Ren szybko straciła orientację w walce, gdy na ich statek wtargnęło więcej Volmaran ubranych w czarne zbroje, z nosami i ustami ukrytymi pod maskami. Na całym pokładzie dochodziło do starć z żołnierzami dowódcy. Rozlegały się krzyki, gdy zarówno Sareniyanie, jak i Volmaranie byli wyrzucani za burtę, a ich ciała znikały w ciemnościach nocy.
Cofała się chwiejnym krokiem, aż się odwróciła i pobiegła w kierunku najbliższej klatki schodowej. Drewno pokrywała warstwa szarej wody. W butach słyszała chlupotanie, gdy stąpała po śladach szkarłatnej krwi.
Znajdowała się już prawie przy wejściu, gdy się potknęła, upadła ciężko na pokład i krzyknęła z bólu. Podciągnąwszy kolano do klatki piersiowej, zobaczyła, że jej stopa zaczepiła się o nogę rannego żołnierza.
Dyszał, opierając się plecami o fokmaszt. Strzała przebiła mu klatkę piersiową, omijając o włos serce. Miał na sobie czarną zbroję z filigranowym srebrnym tygrysem na lewym ramieniu. Symbolem cesarzowej Volmaran.
Zdjął maskę zakrywającą nos i usta. Oczy mężczyzny okazały się młode i przerażone, gdy spotkał się z nią wzrokiem.
– Proszę – wychrypiał. Był niewiele starszy od Wooka.
Spojrzała w stronę klatki schodowej. Znajdowała się tak blisko, kilka kroków od celu.
Odwróciła się i przeszła na czworakach do żołnierza. Kiedy uklękła obok niego, zakaszlał, dławiąc się krwią wypływającą mu z ust.
Strzała przebiła mu płuca, więc zadała śmiertelną ranę, a jednak…
– Wybacz mi – wykrztusiła, po czym wyrwała brzechwę z jego klatki piersiowej.
Krzyknął, gdy na jej palce spłynęła gorąca, lepka krew. Tylko raz wcześniej próbowała leczyć tak poważne obrażenia, kiedy po raz pierwszy spotkała Sunho. Tak jak wtedy kierowała się instynktem, czerpiąc ze Światła i pozwalając mu przeniknąć ciało mężczyzny. Kiedy opadł nieprzytomny, przyłożyła palce do jego gardła i z ulgą stwierdziła, że wyczuwa słaby puls.
Dygocząc, wstała. Więcej nie mogła dla niego zrobić. Teraz o jego przeżyciu decydował los.
Przesuwając się chwiejnie w kierunku klatki schodowej, zderzyła się z czyimś ciałem. Kolejny Volmaranin. Wyciągnął rękę i chwycił ją za nadgarstek.
– Więc te plotki są prawdziwe – mruknął, mrużąc oczy. – Cesarzowa hojnie mnie wynagrodzi za taką zdobycz jak ty.
Pociągnął ją w stronę drabiny. Próbowała się wyrwać, ale on tylko zwiększył uścisk.
Nagle szarpnął ją i puścił. Upadł do przodu, a w jego plecach tkwił bełt kuszy.
– Nic ci nie jest?! – zawołał Tag, zachowując spokój nawet w ferworze walki.
Odwróciła się i zobaczyła, że opuszcza broń.
– Nie, wszystko w porządku – zapewniła, pocierając nadgarstek.
Zmarszczył brwi w odpowiedzi i skinął głową w kierunku klatki schodowej.
– Tędy.
Ruszyła za nim.
– Znajdźmy pozostałych, a potem zastanówmy się, co dalej – powiedział pospiesznie. – Nie wiem, ile jeszcze wytrzyma Żółw. Jeśli zrobi się jeszcze gorzej, może zostaniemy zmuszeni, by opuścić sterowiec. – Dotarłszy do końca korytarza, przycisnął plecy do ściany i zerknął za róg, zanim ruszył dalej.
Sufit wydał z siebie niepokojący jęk. Chłopak przyspieszył kroku, udając się na południe, w stronę kabin sypialnych.
Kiedy skręcili w kolejny korytarz, usłyszała odgłosy walki, stłumione kopnięcia i krzyki. Z pokoju wyszedł Volmaranin, niosąc na ramieniu młodą kobietę z goglami lotniczymi zawieszonymi na szyi. Ren rozpoznała widzianą wcześniej kurierkę, kopiącą zaciekle swojego porywacza.
Tag opuścił kuszę. Spojrzał Ren w oczy i dał jej znak, lekko kręcąc głową. Nie mógł strzelić do żołnierza, nie ryzykując tym samym trafienia dziewczyny.
Ren zaczęła intensywnie szukać rozwiązania. Gdy rozglądała się po korytarzu, po przeciwnej stronie pomieszczenia dostrzegła lampion. Sięgnęła po magię i wysłała w jego kierunku podmuch wiatru. Płomień się wzniósł, przepalił papier i dosięgnął żołnierza. Ten wrzeszcząc, wypuścił nieznajomą, aby osłonić twarz. Z krzykiem na ustach, pobiegła korytarzem, a Tag podążył za nią. Razem powalili Volmaranina, wpychając go do kajuty. Ona zatrzasnęła drzwi, a on chwycił deskę i zablokował nią klamkę.
Szybko rozwiązała ręce kurierce.
– Bardzo mi przykro – przyznała Ren.
Volmaranin prawdopodobnie pomylił młodą kobietę z księżniczką, ponieważ były tego samego wzrostu i budowy ciała. Zrobiło jej się niedobrze na samą myśl, że kurierka została zaatakowana przez nią.
Dziewczyna zerwała się na równe nogi i kopnęła drzwi.
– Ty draniu! Powinnaś była poczekać. Sama bym go załatwiła.
Ren stała i gapiła się na nią, a potem stłumiła śmiech.
– Mamy towarzystwo – oświadczył Tag.
Podłoga zadrżała, gdy żołnierze wtargnęli na korytarz z wyciągniętymi mieczami.
– Księżniczko! – krzyknęła kurierka, a w jej głosie dało się wyczuć panikę.
Ren odwróciła się i zobaczyła ogień liżący ściany.
Z każdą sekundą płomienie stawały się coraz większe. Znaleźli się w pułapce – między ogniem a żołnierzami. Ren sięgnęła po Światło, ale poczuła tylko jego słabe migotanie. Najwyraźniej się nadwyrężyła – nigdy wcześniej nie używała magii w tak różnym stopniu i w tak krótkim czasie. Zapragnęła wykrzyczeć swoją frustrację wynikającą z tego, jak mało wie o własnych mocach.
Volmaranie zaczęli wykorzystywać przewagę, przesuwając się coraz dalej w głąb korytarza. Kurierka stanęła przed Ren, wymachując krótkim sztyletem. Tag dźwignął kuszę, kładąc palec na spuście.
Z góry dobiegł ich potężny huk.
Wrogowie zatrzymali się i podnieśli wzrok. Głośny pomruk przebiegł wzdłuż całego sufitu, a kawałki drewna i pył opadły na podłogę. Potem, z głośnym trzaskiem, sufit pękł i coś dużego wpadło do środka.
Kiedy kurierka odskoczyła na bok, Tag rzucił się na księżniczkę, chroniąc ją przed deszczem odłamków. Duży kawałek drewna spadł mu na plecy, a on upadł na dziewczynę.
– Tag! – krzyknęła Ren.
Wygramoliła się spod niego i z pomocą kurierki wyciągnęła mechanika spod drewnianych szczątków.
– Oddycha – stwierdziła dziewczyna.
Ren odetchnęła z ulgą, ale zatrzymała wzrok na czymś unoszącym się w powietrzu.
Pióro, czarne jak noc.
Sufit całkowicie się zawalił. Deszcz wpadał pod kątem do korytarza, gasząc płomienie. Już kilka razy widziała takie pióra – na samym środku mostu w Seorawon, w tajnym laboratorium głęboko w kopalniach mithrilu oraz na skąpanej w słońcu łące w Podniebnym Świecie.
Uniosła wzrok. Po drugiej stronie korytarza Volmaranie jęczeli z bólu, ale nie zwracała na nich uwagi, w pełni skoncentrowała się na Demonie miotającym się pośrodku.
Sunho.
Pióra przypominały noże tnące ściany i deski podłogowe.
Ren zrobiła krok w jego kierunku. Usłyszała wołanie kurierki, ale się nie odwróciła.
– Sunho – wyszeptała.
Jakikolwiek strach, który mogła odczuwać, zniknął pod wpływem tak silnej tęsknoty, że zaparło jej dech w piersi. Zdała sobie sprawę, iż brak tego chłopaka powodował odczucia podobne do tych towarzyszących źle opatrzonej ranie. A teraz, gdy stał przed nią, rana ta ponownie się otworzyła i krwawiła bez końca.
Ren zbliżyła się do niego powoli. On ją rozpozna. Nawet jeśli nie poprzez umysł lub ciało, to dzięki swojej DUSZY. Wiedziała to NAPEWNO.
Odwrócił się, wymachując szponami. Odskoczyła w ostatniej chwili, ale to niewiele pomogło – krew trysnęła z rany na jej ramieniu.
Sunho ryknął, uderzając skrzydłami o ściany. Wyprostował się, górując nad nią. Przycisnęła dłoń do skaleczenia, próbując dostrzec twarz przyjaciela przez pióra pokrywające całe jego ciało. Kilka z nich przeleciało obok niej, a ona się skrzywiła, gdy przecięły jej skórę.
– Sunho, proszę – błagała. – To ja, Ren. Jestem… – Zawahała się.
Kim WŁAŚCIWIE dla niego była? Podróżowali razem. Podczas tej wyprawy żadne z nich nie przetrwałoby bez drugiego. Ona go opatrywała, a on ją chronił. Walczyli ramię w ramię, przekomarzali się. Pocieszali się, kiedy najbardziej tego potrzebowali. Ciało dziewczyny zadrżało na wspomnienie tego, jak dotknął jej tego ostatniego poranka na łące, gdy położył delikatnie dłonie na talii, po czym zacisnął mocniej palce, a jego usta były słodkie jak miód.
– Jestem twoją przyjaciółką – szepnęła. – Nie pamiętasz mnie?
Otaczał ją jego cień. W każdej chwili mógł ją zmiażdżyć, ale musiała spróbować przypomnieć mu o sobie, przywrócić go do życia. Wyciągnęła rękę, nie zważając na to, że ramię płonęło jej z bólu, że jeśli szybko się nie wyleczy, prawdopodobnie zemdleje w wyniku utraty krwi. Gdyby tylko mogła spojrzeć mu w oczy…
Bełt wbił się w ramię Sunho, na co ten odskoczył z wrzaskiem.
– Nie! – krzyknęła Ren.
Tag stał za nią, a z rany na jego głowie sączyła się krew.
– Nie strzelajcie! – krzyknęła. – To Sunho!
Warknąwszy, potwór rzucił się do przodu. Tag wystrzelił ostatni bełt i trafił demona w skrzydło. Wyjąc, stwór przebił się przez dziurę w pokładzie i zniknął wśród burzy.
Nie zastanawiała się ani chwili, minęła Volmaran i pobiegła w kierunku schodów.
Na pokładzie żołnierze wroga zostali zepchnięci z powrotem na drabinki linowe. Dowódca Su stał przy głównym maszcie, dyrygując pościgiem.
– Ren!
Odwróciła się i zobaczyła Małego Wujka biegnącego do niej. Chwycił ją i objął mocno.
– Dzięki bogom, nic ci nie jest – odetchnął z ulgą, a jego serce biło równie dziko jak jej.
Ścisnęła go z całej siły, a potem cofnęła się.
– Sunho tu był. Widziałeś, dokąd uciekł?
W oddali rozległo się metaliczne bicie dzwonu. Jej serce podskoczyło, gdy podbiegła do barierki. W dole, na statku Volmaran, wylądował przyjaciel. Drapał pazurami drewniany pokład, ignorując strzały wbite w jego skrzydła i plecy. Potem zniknął pod pokładem, by po kilku sekundach pojawić się ponownie z niebieskim przedmiotem w łapach. MITHRIL. Kamień lśnił w jego szponach. Stwór otworzył paszczę, odsłaniając błyszczące kły, i połknął kruszec w całości.
Statek natychmiast zaczął opadać, pozbawiony mocy mithril utrzymującej go w powietrzu. Gdy opadał, Sunho wzbił się w powietrze.
– A to co? – zapytał Tag, który podążył za nią na pokład. Wskazał na inny statek, mniejszy od pozostałych.
Nie zauważyła go wcześniej, ponieważ nie został oświetlony. W przeciwieństwie do reszty, na jego pokładzie znajdowała się tylko jedna duża katapulta, obsługiwana przez trzy osoby w obszernych, czarnych szatach.
Ren zmrużyła oczy, starając się dostrzec coś przez strugi deszczu.
– Co oni robią? – Manewrowali katapultą tak, aby wycelować ją w Sunho.
– Myślę, że próbują go zestrzelić – odparł ponuro Wook.
– Sunho! – krzyknęła Ren, gdy wystrzelono pocisk.
Rozpadł się w powietrzu, a z niego wyskoczyła sieć i opadła na Sunho. Ten ryknął i zaczął rozcinać liny, lecz te tylko jeszcze bardziej się zacisnęły. Następnie maszyna szybko wleciała w burzę, ciągnąc za sobą demona.
ZŁAPALI go. Ale dlaczego? Dokąd go zabierają?
– Księżniczko – odezwał się dowódca Su, podchodząc do niej w towarzystwie dwóch żołnierzy. – Zabezpieczyliśmy sterowiec, ale Volmaranie mogą wznowić atak. Dla własnego bezpieczeństwa proszę schronić się na mostku.
Ren skinęła głową bez entuzjazmu, wciąż czując się zamroczona. Lecz gdy zbliżali się do mostka, oddzieliła się od grupy i pobiegła pod pokład.
W kajutach przeznaczonych dla załogi znalazła Yurhee zabezpieczającą ściany kawałkami połamanych mebli i bez zbędnych słów przedstawiła jej sytuację.
– Sunho został pojmany. Musimy go odnaleźć. Proszę.
Dziewczyna zmarszczyła brwi, patrząc na Wooka i Taga, którzy podążyli za księżniczką.
– Wróbel nie pomieści nas wszystkich.
Mały Wujek delikatnie popchnął Ren do przodu.
– No dalej.
Poczuła ucisk w sercu. ZNOWU miała go zostawić.
– Poczekam na was w Podniebnym Świecie – zapewnił ją Wook. – Na ciebie iSunho.
Pospieszyli do hangaru, w którym rebelianci schowali samolot. Był mniejszy, niż zapamiętała, przystosowany do przewozu tylko jednego pasażera, nie mówiąc już o dwóch dodatkowych. Tag usiadł z tyłu i przywiązał się liną, a Ren przykucnęła za Yurhee.
Starsza dziewczyna opuściła gogle.
– Czeka nas trudna przeprawa. – Dała znak Wookowi, a ten za pomocą wciągarki opuścił klapę. – Trzymajcie się mocno! – krzyknęła Yurhee, gdy wiatr wypełnił ładownię, po czym wrzucił ich prosto w sam środek burzy.
1Final Fantasy – popularna seria japońskich gier fabularnych (JRPG), filmów i mangi z gatunku fantasy (przyp. tłum.).
