Czyż nie dobija się koni? - Horace McCoy - ebook
Opis

Opowieść o czasach wielkiego kryzysu przepełniona tańcem i rozpaczą.

Hollywood, lata 30. XX wieku, rekordowo wysokie bezrobocie. Gigantyczny maraton taneczny przyciąga rzesze znęcone obietnicą darmowego wiktu i tysiąca dolarów dla zwycięzcy: bezrobotnych aktorów, łowców nagród i ludzi bez perspektyw. Rozpoczyna się dziwna pogoń spoconych par za kołem fortuny. Dla niektórych stawką jest życie…

Powieść Czyż nie dobija się koni?? jest uznawana za pierwszą amerykańską powieść egzystencjalną; jej autora stawiano na równi z Hemingwayem i Faulknerem, a w 1969 roku Sydney Pollack dokonał słynnej ekranizacji tej powieści, w której główną rolę zagrała Jane Fonda.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 112

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Horace McCoy Czyż nie dobija się koni? Tytuł oryginału They Shoot Horses, Don’t They? ISBN Copyright © 1935 Horace McCoy Copyright © for the Polish translation by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., 2019 Copyright © for this edition by Zysk i S-ka Wydawnictwo s.j., Poznań 2019All rights reserved Redakcja Magdalena Wójcik Opracowanie graficzne i techniczne Barbara i Przemysław Kida Wydanie I w tej edycji Zysk i S-ka Wydawnictwo ul. Wielka 10, 61-774 Poznań tel. 61 853 27 51, 61 853 27 67 faks 61 852 63 26 dział handlowy, tel./faks 61 855 06 [email protected] Wszelkie prawa zastrzeżone. Niniejszy plik jest objęty ochroną prawa autorskiego i zabezpieczony znakiem wodnym (watermark). Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku. Rozpowszechnianie całości lub fragmentu niniejszej publikacji w jakiejkolwiek postaci bez zgody właściciela praw jest zabronione. Konwersję do wersji elektronicznej wykonano w Zysk i S-ka Wydawnictwo.

Oskarżony, proszę wstać…

ROZDZIAŁ 1

Wstałem. Przez chwilę znowu widziałem Glorię, jak siedzi na tamtej ławce na molo. Kula właśnie trafiła w jej skroń, krew jeszcze nie wypłynęła. Błysk wystrzału nadal oświetlał twarz. Wszystko było wyraźne jak w pogodny dzień. Gloria wyglądała na zupełnie odprężoną, całkowicie zrelaksowaną. Uderzenie kuli nieco przekręciło jej głowę i odwróciło twarz ode mnie. Nie widziałem już całego profilu, tylko tyle z jej twarzy, z jej ust, by dostrzec, że się uśmiecha. Prokurator mylił się, mówiąc przysięgłym, że zmarła w potwornym bólu, z dala od przyjaciół, sam na sam z brutalnym mordercą, wśród ciemnej nocy nad brzegiem Pacyfiku. Bardziej mylić się nie można. Nie umierała w potwornym bólu. Była zrelaksowana i odprężona. I uśmiechnięta. Po raz pierwszy widziałem wtedy jej uśmiech. Jak można tu mówić o bólu? I nie znajdowała się z dala od przyjaciół.

Wszak właśnie ja byłem jej najbliższym przyjacielem. Jej jedynym przyjacielem. Nie mogła być zatem z dala od przyjaciół, prawda?

…czy istnieją przeszkody prawne uniemożliwiające ogłoszenie wyroku?

ROZDZIAŁ 2

Co ja mogłem powiedzieć…? Wszyscy ci ludzie wiedzieli, że ją zabiłem. Jedyna osoba, która mogła mi pomóc, również nie żyła. Stałem więc tylko i patrząc na sędziego, kręciłem głową. Nie mogłem przedstawić żadnych dowodów.

— Poproś sąd o łaskę — odezwał się Epstein, mój adwokat z urzędu.

— Co takiego? — zapytał sędzia.

— Wysoki sądzie — powiedział Epstein. — Zdajemy się na łaskę wysokiego sądu. Ten młodzieniec przyznaje się do zabicia dziewczyny, ale w ten sposób wyświadczył jej przysługę…

Sędzia zastukał młotkiem w stół i spojrzał na mnie.

Jako że nie istnieją przeszkody prawne uniemożliwiające ogłoszenie wyroku…

ROZDZIAŁ 3

Glorię poznałem w zabawny sposób. Ona również starała się dostać do świata filmu, lecz o tym dowiedziałem się później. Kiedy pewnego dnia wracałem aleją Melrose ze studia Paramount, usłyszałem, jak ktoś za mną woła: „Hej! Hej!”. Odwróciłem się. Biegła ku mnie, machając ręką. Stanąłem i też zamachałem. Zatrzymała się obok, zadyszana i podekscytowana, a wtedy ja zorientowałem się, że jej nie znam.

— Cholera by wzięła ten autobus — powiedziała.

Obejrzałem się. Rzeczywiście, pół przecznicy dalej jechał autobus w stronę alei Western.

— Myślałem, że machasz do mnie… — powiedziałem.

— A po co miałabym do ciebie machać?

Roześmiałem się.

— Nie mam pojęcia. Zatem idziemy w tym samym kierunku?

— W sumie na Western mogę też pieszo — odparła. I ruszyliśmy w kierunku Western.

Tak to wszystko się zaczęło, teraz myślę, że dość osobliwie. Zupełnie nic nie rozumiem. Dużo na ten temat rozmyślałem, ale nadal nie rozumiem. To nie było morderstwo. Próbuję wyświadczyć komuś przysługę i w końcu sam tracę życie. Bo przecież mnie zabiją. Świetnie wiem, co powie sędzia. To po nim widać. Na dodatek powie to z satysfakcją. A ludzie siedzący za mną z satysfakcją przyjmą jego słowa, czuję to po prostu.

A tego poranka, gdy poznałem Glorię, nie czułem się najlepiej. Wciąż byłem trochę chory, ale polazłem do Paramountu, bo von Sternberg kręcił film o Rosji, więc pomyślałem, że może uda mi się podłapać jakąś robotę. Mówiłem sobie, że nie ma nic wspanialszego niż praca z von Sternbergiem, Mamoulianem czy Bolesławskim. Nie dość, że człowiek dostaje pieniądze, to jeszcze może obserwować reżysera na planie i nauczyć się tego i owego o kompozycji, tempie, kątach ustawienia kamery… No więc polazłem do Paramountu.

Nie wpuszczono mnie do środka, toteż tkwiłem przed bramą aż do południa, kiedy to jeden z asystentów reżysera wyszedł na lunch. Podbiegłem do niego i spytałem, czy jest szansa na statystowanie.

— Nie ma — odparł. I dodał, że von Sternberg starannie dobiera statystów.

Nie spodobało mi się to, ale wiedziałem, co sobie właśnie pomyślał. A pomyślał, że nie jestem najlepiej ubrany.

— A to nie jest film kostiumowy? — spytałem.

— Statystów dostajemy z centrali — rzucił na odchodnym.

Nie zmierzałem w żadnym określonym kierunku. Jechałem sobie swoim rolls-royce’em, a przechodnie wskazywali na mnie jako najsławniejszego reżysera na świecie. I wtedy usłyszałem wołanie Glorii. Tak to się czasem zaczyna…

Szliśmy zatem aleją Melrose w stronę alei Western, poznając się po drodze. Gdyśmy dotarli do Western, wiedziałem, że towarzyszy mi Gloria Beatty, która również jest statystką i której również nie powodzi się zbyt dobrze. Ona też dowiedziała się czegoś o mnie. Bardzo mi się spodobała.

Wynajmowała niewielki pokoik w mieszkaniu z paroma innymi lokatorami. Było to niedaleko Beverly, a ja mieszkałem kilka przecznic dalej, więc już tego wieczoru zobaczyliśmy się ponownie. Właśnie ten wieczór zadecydował o wszystkim, lecz nawet teraz nie mógłbym z ręką na sercu powiedzieć, że żałuję tego spotkania. Miałem chyba siedem dolarów, zarobionych na rozlewaniu napojów gazowanych w drugstorze (zastępowałem tam kumpla, który wpakował w kłopoty jedną pannę i musiał ją zawieźć na zabieg do Santa Barbara). Spytałem Glorię, czy woli wybrać się do kina, czy raczej posiedzieć w parku.

— W którym parku?

— Niedaleko stąd — odrzekłem.

— Niech będzie — powiedziała. — Filmy mi się przejadły. Dam głowę, że jestem lepszą aktorką niż większość tych kwok. Możemy sobie posiedzieć i napawać się nienawiścią do ludzi…

Ucieszyłem się, że woli park. Tam zawsze jest sympatycznie. Przyjemnie się siedzi. To mały kwadrat między czterema ulicami, dość ciemny i cichy, pełen gęstych zarośli. Na krawędziach tego parku rosną palmy o postrzępionych koronach, wysokie na piętnaście do osiemnastu metrów. Wszystko to daje iluzoryczne poczucie bezpieczeństwa. Będąc tam, często wyobrażałem sobie, że owe palmy to strażnicy w groteskowych hełmach, moi osobiści ochroniarze, którzy pilnują mojej prywatnej wyspy.

W parku siedziało się wspaniale. Między palmami widziało się budynki — masywne prostokątne sylwetki kamienic z neonami na dachach, które zabarwiały na czerwono niebo nad nimi tudzież wszystko i wszystkich pod nimi. Jeżeli jednak nie chciało się ich dostrzegać, wystarczyło tylko siedzieć i wpatrywać się w nie uporczywie… Wówczas jakby zaczynały się cofać. Można je było odepchnąć od siebie tak daleko, jak człowiek zapragnął.

— Wcześniej nie zwracałam na ten park zbyt wielkiej uwagi — powiedziała Gloria.

— A ja go lubię. — Zdjąłem marynarkę i rozłożyłem ją na trawie zachęcająco. — Przychodzę tu trzy, cztery razy w tygodniu.

— No to naprawdę go lubisz. — Gloria usiadła.

— Od dawna jesteś w Hollywood? — spytałem.

— Jakiś rok — odparła. — Wystąpiłam już w czterech filmach. Byłoby ich więcej, ale nie chcą mnie zarejestrować w centrali.

— Mnie też nie chcą.

Ludzie, których nie zarejestrowano w Centralnym Biurze Castingu, nie mieli większych szans na pracę. Duże wytwórnie filmowe zgłaszają się do centrali z zapotrzebowaniem na czterech Szwedów, sześciu Greków, parę czeskich chłopów lub sześć księżnych, a centrala ich dostarcza. Domyślałem się, dlaczego Glorii nie chcieli tam zarejestrować. Miała zbyt jasne włosy, była zbyt drobna i wyglądała za staro. Gdyby ją porządniej ubrać, może i wyglądałaby atrakcyjnie, lecz nawet wtedy nie nazwałbym jej ładną.

— Nie poznałaś nikogo, kto mógłby ci pomóc? — spytałem.

— A jak w tej branży rozpoznać kogoś takiego? Jednego dnia jesteś elektrykiem, a następnego producentem. Grubą rybę można by poznać tylko w jeden sposób: wskoczyć na stopień samochodu, którym akurat przejeżdża. Zresztą nie jestem wcale pewna, czy gwiazdy płci męskiej mogą być bardziej pomocne od kobiet. Ostatnio zorientowałam się, że dopuszczam do siebie osoby niewłaściwej płci.

— Jak trafiłaś do Hollywood?

— Sama nie wiem — odrzekła po chwili. — Ale wszystko jest lepsze od życia, jakie wiodłam w domu. — Spytałem, gdzie był ten dom. — W Teksasie — odpowiedziała. — W zachodnim Teksasie. Byłeś tam kiedyś?

— Nie. Pochodzę z Arkansas.

— Zachodni Teksas to piekło na ziemi. Mieszkałam tam z ciocią i wujkiem. Wuj był hamulcowym na kolei. Widywałam go tylko raz, może dwa razy w tygodniu. Na szczęście…

Urwała. Utkwiła wzrok w mglistej czerwonej poświacie nad kamienicami.

— Ale przynajmniej miałaś dom…

— Tak to się niby nazywa. Ale ja wolę inną nazwę. Gdy wuj był w domu, dobierał się do mnie, a gdy pracował, bez przerwy kłóciłam się z ciocią. Bała się, że wypaplam jej sekrety…

— Mili ludzie, nie ma co — mruknąłem do siebie.

— No i w końcu uciekłam. Do Dallas. Byłeś tam kiedyś?

— Nigdy nie byłem w Teksasie.

— Nic nie straciłeś — orzekła. — Nie mogłam znaleźć żadnej roboty, więc postanowiłam ukraść coś w sklepie i oddać się w ręce policji.

— Niezły pomysł.

— Wręcz znakomity — powiedziała. — Tyle że się nie sprawdził. Co prawda zostałam aresztowana, ale panowie policjanci tak mi współczuli, że wypuścili mnie na wolność. Żeby nie umrzeć z głodu, zamieszkałam z Syryjczykiem, który sprzedawał hot dogi niedaleko ratusza. Ciągle żuł tytoń… Byłeś kiedyś w łóżku z facetem żującym tytoń?

— Nie sądzę — odparłem.

— To bym jeszcze wytrzymała. Ale gdy chciał mnie wziąć na stole w kuchni, między jednym klientem a drugim, wtedy dałam za wygraną. Kilka dni później łyknęłam truciznę.

— Jezu… — mruknąłem do siebie.

— Wzięłam za mało i tylko się rozchorowałam. Nadal czuję ten smak, tfu… Przez tydzień leżałam w szpitalu. Właśnie tam wpadłam na pomysł, żeby pojechać do Hollywood.

— Serio?

— To przez magazyny filmowe — wyjaśniła. — Gdy mnie wypisano, pojechałam autostopem. Zabawne, nie?

— Bardzo — przyznałem i spróbowałem się roześmiać. — Nie masz rodziców?

— Już nie mam. Mój stary zginął na wojnie we Francji. Też bym chciała zginąć na wojnie.

— Dlaczego trzymasz się filmów? — spytałem.

— A czemu miałabym się nie trzymać? Może nagle zostanę gwiazdą. Popatrz tylko na Hepburn, Margaret Sullavan czy Josephine Hutchinson… A wiesz, co bym zrobiła, gdyby starczyło mi charakteru? Wyskoczyłabym przez okno albo rzuciła się pod tramwaj, coś w ten deseń.

— Wiem, co czujesz — powiedziałem. — Świetnie wiem, jak się czujesz.

— Dziwi mnie, że wszyscy tak bardzo przejmują się życiem, a tak mało umieraniem. Dlaczego ci wszyscy łebscy uczeni kombinują bez przerwy, jak by tu przedłużyć życie, zamiast poszukać przyjemnych sposobów na położenie mu kresu? Na świecie z pewnością jest wielu ludzi podobnych do mnie… Takich, co to pragną śmierci, lecz nie mają dość odwagi…

— Wiem, o czym mówisz — powiedziałem. — Świetnie wiem, o czym mówisz.

Przez kilka sekund oboje milczeliśmy.

— Jedna moja kumpela namawia mnie do udziału w maratonie tanecznym, który odbywa się na plaży — odezwała się w końcu. — Darmowe żarcie i spanie tak długo, aż się wypadnie z gry. A jeśli się wygra, to jeszcze tysiąc dolarów.

— Darmowe żarcie… To do mnie przemawia.

— Wcale nie to jest tam najlepsze. Na tych maratonach pojawia się wielu producentów i reżyserów. Zawsze jest szansa, że cię zauważą i dadzą rolę w filmie… Co ty na to?

— Ja? — mruknąłem. — Nie umiem tańczyć zbyt dobrze.

— Nie musisz. Wystarczy, że będziesz się ruszać.

— Wolę nawet nie próbować. Dużo ostatnio chorowałem. Właśnie wyszedłem z grypy żołądkowej. Prawie mnie to zabiło. Byłem tak osłabiony, że do kibla łaziłem na czworakach. Nie, lepiej nawet nie próbować. — Pokręciłem głową.

— Kiedy to było? — spytała.

— Tydzień temu.

— Więc jesteś już zdrowy.

— Nie sądzę. Lepiej nie sprawdzać, bo to choróbsko może wrócić.

— Już ja się o ciebie zatroszczę — powiedziała.

— Może za tydzień…

— Wtedy będzie za późno. Jesteś już wystarczająco silny.

 Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki