Czerwona skrzynia - Walery Przyborowski - ebook + książka

Czerwona skrzynia ebook

Walery Przyborowski

3,3
7,99 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Do hotelu w Warszawie przybywają goście. Od samego początku pobytu wzbudzają podejrzenia. Meldują się w pokoju, następnie zostawiają tam swoje bagaże. Wśród bagaży jest ogromna czerwona skrzynia. Goście wychodzą i nigdy już nie wracają do hotelowego pokoju. Po trzech dniach zostaje wezwana policja. Okazuje się, że tajemniczy goście zostawili w pokoju wszystkie swoje rzeczy. W czerwonej skrzyni znajdują się zwłoki młodej kobiety. Poszukiwania właścicieli kufra nie przynoszą efektów. Sprawę podejmuje detektyw-amator Ludwik Cordier, który zdaje się wiedzieć więcej niż inni. Szybko łapie trop i rozpoczyna rozpaczliwy pościg za zbrodniarzami. Nikt nie wie, że Cordier nie zajmuje się sprawą bezinteresownie, a tajemnica nie dotyczy jedynie śmierci młodej kobiety.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 97

Oceny
3,3 (6 ocen)
1
1
3
1
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Walery Przyborowski

Czerwona skrzynia

SAGA Egmont

Czerwona skrzynia

Copyright © 2018 SAGA

Wszystkie prawa zastrzeżone

ISBN: 9788711676868

1. Wydanie w formie e-booka, 2018

Format: EPUB 2.0

Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.

SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont

Czerwona Skrzynia

Powieść Walerego Przyborowskiego

All is true…

Prolog

I

Dnia 28 października 1825 roku, przed zajazd zwany „na Dziekance” w Warszawie, zajazd pod owe czasy do pierwszorzędnych zaliczany zajechał powóz pocztowy, z którego wysiadło dwóch mężczyzn, starannie otulonych w obszerne futrzane płaszcze, bo zimno było przenikliwe. Jak zwykle u nas w jesieni wiatr dął szkaradny i drobny deszczyk, kapuśniaczek, siekł nielitościwie. Starszy z tych mężczyzn i zarazem zdający się być panem, a przynajmniej zwierzchnikiem, drugiego, zażądał od właściciela hotelu, który poczciwym dawnym obyczajem wybiegł przed dom na przywitanie gości, osobnego i dużego numeru. Gospodarz sam zaprowadził go na pierwsze piętro pod numer oznaczony liczbą 16, mówiąc, że to jest pokój obszerny, cichy, wygodny i ciepły. Mężczyzna wszedłszy do numeru, objął jednym rzutem oka cały pokój. Dwa jego okna wychodziły na ową ciasną i ciemną uliczkę, która dziś już nie egzystuje, bo miejsce domów zasłaniających widok Krakowskiego Przedmieścia, zastąpił obecnie pyszny skwer z wodotryskiem – otóż dwa okna tego pokoju wychodziły na ową uliczkę, jak i dziś wreszcie jeszcze wychodzą, gdyż pokój ten od czasu, w którym odegrał się w nim tajemniczy dramat, będący przedmiotem naszego opowiadania, w niczym swej zewnętrznej powierzchowności dotychczas nie zmienił. Jak wówczas tak i dziś stoi tam wielki kaflowy piec w kącie, lustro między oknami i parę łóżek przy dwóch przeciwległych ścianach.

– Zdaje mi się – rzekł mężczyzna – że pokój ten będzie dobry. A gdzie te drzwi prowadzą? – i wskazał na drzwi umieszczone w jednej ze ścian.

– Do sąsiedniego numeru – odrzekł gospodarz – ale są zastawione z tamtej strony szafą.

– Nie lubię tego – rzekł z pewną niecierpliwością gość – nie masz waszeć innego pokoju?

– Nie mam, to jest najlepszy, nigdzie wielmożny pan nie znajdzie numerów, które by nie komunikowały z sąsiednimi.

– No mniejsza z tym, proszę zejść i powiedzieć, by poznoszono tu rzeczy.

Gospodarz zabierał się do wyjścia.

– Ale, ale – rzekł przybyły – proszę, ostrożnie wnosić moje rzeczy. Jest tam duża skrzynia, w której mieszczą się różne narzędzia astronomiczne i fizyczne ze szkła, mogą się potłuc, ostrożnie więc znosić.

Gospodarz przyrzekł ostrożność i wyszedł. Jakeśmy rzekli dzień był jesienny, deszczowy, pochmurny, a przy tym była już godzina piąta wieczorem. W pokoju i na dworze było prawie ciemno. Wychodząc, gospodarz zapalił świecę i postawił ją na komodzie pod lustrem.

Zszedłszy na dół zastał towarzysza owego gościa, zajętego wypakowywaniem powozu. Służba hotelowa dopomagała mu przy tym. Zaleciwszy tę ostrożność, wrócił na górę. Tu zastał już gościa rozebranego z futra. Przy migotliwym blasku świeczki, przypatrzył się nowemu mieszkańcowi swego hotelu.

Był to mężczyzna wysoki, doskonale zbudowany, okazałej postaci, ubrany w granatowy frak, według ówczesnego obyczaju, ze świecącymi guzikami, w białe łosiowe spodnie i wielkie palone buty. W dziurce od fraka czerwieniła się wstążeczka, co znamionowało, że pan ów służył niegdyś wojskowo, czego wreszcie cała jego postać i zachowanie się dowodziły.

Był to silny brunet, z włosem krótko przystrzyżonym i wielką czarną brodą. Mógł liczyć czterdzieści do czterdziestu pięciu lat wieku. Głos miał silny i wyrażał się z pewnym akcentem cudzoziemskim. Całość robiła wrażenie więcej groźne, imponujące, niż przyjemne.

– Czy mam zapalić w piecu? – spytał gospodarz.

– Nie trzeba. Lubię jak jest chłodno w pokoju – odrzekł gość, przechadzając się wielkimi krokami.

– Czy mam wielmożnemu panu czym służyć? – wtrącił znów gospodarz.

– Nic nie potrzebuję – zaraz wychodzę na miasto.

Gospodarz skłonił się i opuścił pokój. Na korytarzu spotkał ludzi dźwigających rzeczy pod przewodnictwem i nadzorem drugiego podróżnego. Najpierw niesiono wielki kufer, obity psią skórą i gęsto opatrzony żelaznymi sztabami. Dźwigało go dwóch ludzi z widocznym wysileniem, narzekając na niezwykły ciężar. Dalej jeden człowiek niósł tłumok, a dalej jeszcze, przy pomocy samego podróżnego, czterech ludzi ciężko pracowało nad wywindowaniem na piętro ogromnej skrzyni. Ta skrzynia uderzyła gospodarza. Była zupełnie podobna do trumny, z tą tylko różnicą, że bardziej prostokątna. Pomalowana na czerwono, w dwóch miejscach objęta sztabą żelazną i zamknięta na dwie kłódki, była czymś tak niezwyczajnym, że uderzyć każdego musiała.

– Ostrożnie, ostrożnie – mówił podróżny – tu jest – pełno delikatnych narzędzi i szkieł, możecie potłuc, a to kosztuje tysiące.

– Kto też to słyszał taką trumnę ze sobą wozić! – mruknął gospodarz i zeszedł na ulicę, gdzie pocztylion z karetą pocztową zabierał się do odjazdu.

Nasz gospodarz, zwyczajnie człowiek ciekawy, co wreszcie nie jest rzeczą dziwną, bo ludzie jego fachu powinni być ciekawi, przystąpił do pocztyliona i zapytał:

– A skąd to kochanku jedziecie?

Pocztylion spojrzał na pytającego spode łba i rzekł:

– Ciekawość pierwszy gradus do piekła. A co panu do tego skąd jedziemy?

– Ano nic mi do tego, to prawda – odrzekł gospodarz – ot pytam się tylko tak, dla zwyczaju.

– Hm! A to zły zwyczaj panie gospodarzu.

– Być może, być może. Ha! Ale dziś szkaradny czas! Może się napijecie wódki?

– Nie piję wódki – rzekł tenże i siadł nakozioł, trzasnął z bicza i odjechał.

Gospodarz pozostał na miejscu z szeroko otwartymi ustami, patrząc za odjeżdżającym powozem.

– Pocztylion i nie pije wódki, to mi się strasznie dziwne wydaje – i zamyślił się. – Zresztą, co mi tam do tego – mruknął do siebie wchodząc do sieni, a wydawszy służbie zwykłe rozporządzenia, powracał do siebie, gdy na schodach niespodzianie zetknął się z wychodzącymi tajemniczymi panami. Obydwaj oni okryci byli w lekkie, piaskowego koloru, płaszcze.

– Wychodzimy na miasto – rzekł starszy – wrócimy około dziesiątej wieczorem. Proszę nam przygotować kolację. Co można dostać tutaj?

– Wszystko, co wielmożny pan każe. Pieczeń wołowa z rożna, polędwica, baranina, pularda, ryby… wszystko jest.

– To dobrze, niech będzie pularda, do tego dasz pan dwie butelki burgunda.

A skłoniwszy się lekko, wyszedł ze swym towarzyszem. Gospodarz wyjrzał za nimi jak skręcili około kościoła Karmelitów i znikli w ciemnościach nocy jesiennej.

Z wybiciem godziny jedenastej gospodarz zabierał się już do spoczynku, kiedy wszedł do jego pokoju kucharz i rzekł:

– Proszę pana, co ja mam robić z kolacją obstalowaną dla gości spod 16 numeru?

– Ano cóż, zanieść ją do numeru. Czy już przyszli?

– Nie i w tym jest bieda, bo pularda z kretesem mi wyschnie na ogniu, a zimnej przecie dać nie można.

– Która godzina?

– Jedenasta.

– Hm! Cóż robić, trzeba czekać, widocznie się zabałamucili na mieście, to jacyś wiejscy panowie, trzeba czekać.

Ale jakież było jego zdziwienie, kiedy nazajutrz rano dowiedział się od służby, że panowie ci wcale w hotelu nie nocowali, że od chwili, kiedy wyszli, nikt ich więcej w zajeździe nie widział. Wiadomość ta skombinowana z tajemniczą czerwoną skrzynią, mającą pozór trumny, z pocztylionem, który mówić nie chciał, a nade wszystko, który wódki nie pijał, zrobiła dość przykre wrażenie na właścicielu Dziekanki. Mimo to jednak, jako człowiek spotykający w świecie wielu najrozmaitszych ludzi, nie dał brać nad sobą góry złowrogim przeczuciom.

– Co w tym dziwnego – szeptał do siebie – ot, zwyczajnie przyjechało to ze wsi, wyrwało się od żon, w Warszawie tyle pięknych kobiet, ot i zahulali się. Czekajmy. Czy mi to pierwszyzną, czy co? Czy to nie każdy szlachcic ze wsi tak robi? Tak tylko, że nie przepędza nocy za hotelem, ale w hotelu, boć tu ma przecie wygodniej i wszystko ma, czego zapragnie… Ha! Rozmaite są gusta, czekajmy.

Jakoż czekał. Ale minął dzień, minęła druga noc, a goście nie powracali. To już zaczęło gospodarza na serio niepokoić.

– Nie zapłacili mi za numer, wprawdzie są tam rzeczy, dwa futra piękne, zdaje mi się niedźwiedzie, to wystarczy, jest kufer ciężki, jest owa skrzynia czerwona, w której mają być te narzędzia… diabli wiedzą, jakie tam narzędzia, bo to wygląda jak trumna…

I niespokojny chodził pod drzwi numeru szesnastego, nadsłuchiwał, patrzał przez dziurkę od klucza, lecz oprócz komody pod lustrem i na niej leżącego jakiegoś papierka nic więcej dostrzec nie mógł. Mimo wzrastającej z każdą chwilą niespokojności, gospodarz czekał jednak do trzeciego dnia, ale gdy i w tym czasie nic nie było słychać o tajemniczych gościach, udał się do komisarza policji z oznajmieniem słusznych swoich obaw. Komisarz podejrzewając w tym zniknięciu coś niezwykłego, niezwłocznie, w towarzystwie urzędnika i dwóch sąsiednich obywateli, udał się do hotelu i wezwawszy ślusarza, kazał otworzyć drzwi numeru szesnastego.

II

Przede wszystkim w pokoju uderzyła przybyłych przykra woń zgnilizny, wprawdzie, niezbyt jeszcze silna, ale na tyle, że komisarz począł jakoś kiwać głową, co właścicielowi hotelu na wstępie dużo dawało do myślenia.

Obejrzano najpierw pokój i rzeczy w nim pozostawione. Meble gospodarskie, składające się, jakeśmy rzekli, z dwóch drewnianych łóżek, stojących przy przeciwnych sobie ścianach, komody między oknami, trzech krzeseł, fotela i stolika; na komodzie znalezioną niedopaloną świecę i jakiś przedmiot zawinięty w papierek, komisarz roztworzył papier i znalazł w nim sześć dukatów w złocie, bo wówczas jeszcze kursowało złoto. Na papierku były napisane słowa:

Dla gospodarza za numer.

Zresztą papier był czysty, biały, widocznie wydarty z książeczki służącej do notatek.

– No nie lękaj się pan, panie Kozikiewicz (tak się zwał gospodarz) za numer ci zapłacili i dobrze.

– Ba! Panie komisarzu, a dlaczego uciekli, jak złodzieje? – wtrącił Kozikiewicz.

– Tego nie wiem, wkrótce się jednak dowiemy.

– Otóż, oto właśnie idzie. Zapowietrzyli mi z przeproszeniem panów numer, robili tu coś widocznie, diabli tam wiedzą, co, rozejdą się różne bajki po mieście i któż mi teraz wynajmie ten numer. Cóż to jest sześć dukatów, czy mnie to wynagrodzi? – narzekał Kozikiewicz. – Bodaj z piekła nie wyjrzeli, a wyglądali na przyzwoitych panów.

Tymczasem komisarz oglądał pozostawione przez podróżnych rzeczy. Było tam futro niedźwiedzie, granatowym suknem kryte, prawie nowe jeszcze, choć mocno obryzgane błotem, dalej drugie futro, szopy, mniejszej wartości i także błotem zanieczyszczone, był na końcu otwarty tłumok, w którym oprócz dwóch skórzanych poduszek, nic więcej nie znaleziono.

Oprócz tego, jak wiemy, podróżni zostawili jeszcze wielki kufer i ową tajemniczą skrzynię, czerwono pomalowaną. Kufer stał pod piecem, skrzynia zaś do połowy wsunięta była pod jedno z łóżek.

To niestety koniec bezpłatnego fragmentu. Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.

Przepraszamy, ten rozdział nie jest dostępny w bezpłatnym fragmencie.