7,99 zł
Barwny opis wydarzeń poprzedzających bitwę pod Grunwaldem., która zapoczątkowała upadek potęgi krzyżackiej. Wielkie łowy, pielgrzymka królewska do klasztoru na Świętym Krzyżu, przeprawa wojsk polskich przez Wisłę i połączenie się ich z oddziałami księcia Witolda, a wreszcie wspólny marsz ku nieuchronnej konfrontaji z potężną armią krzyżacką wzmocnioną kwiatem rycerstwa całego ówczesnego enia te przeżywamy wraz z młodym bohaterem powieści, Sławkiem, przystawem królewskim czyli osobistym ochroniarzem króla Władysława Jagiełł to przede wszystkim opowieść o rodzącej się swiadomości narodowej Polaków, o ich niezłomnej woli walki z teutońskim prześladowcą oraz o wielkim wysiłku całego społeczeństwa.
"Zapanowało chwilowe milczenie, jak gdyby wiadomość o krzyżackich ostrzegaczach dała wszystkim dużo do myślenia, gdy nagle ze środka gromady ozwał się piskliwy głos Mikuły Rojka ze wsi Mąkosy, którego też zwano Przekorą, bo choćby kto gadał najsprawiedliwiej, on zawsze musiał przeczyć nawet najoczywistszej prawdzie ...
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 250
Walery Przyborowski
SAGA Egmont
Grunwald
Copyright © 1910, 2018 Walery Przyborowski i SAGA
Wszystkie prawa zastrzeżone
ISBN: 9788711662755
1. Wydanie w formie e-booka, 2018
Format: EPUB 2.0
Ta książka jest chroniona prawem autorskim. Kopiowanie do celów innych niż do użytku własnego jest dozwolone wyłącznie za zgodą SAGA oraz autora.
SAGA Books, spółka wydawnictwa Egmont
W którym kum Rojek, Przekorą zwany,wszystkiemu się sprzeciwia
Mróz był trzaskający; śnieg od niego błyszczał pod słońce jak iskry ogniste, na gałęziach jodeł odwiecznej Puszczy Jedlniańskiej zwieszały się kiście szronu, a po borze włóczyła się jakaś biaława, iskrząca się szeżoga. Gdyby nie to, że wiatru nie było i wielka cisza drzemała w powietrzu, trudno byłoby człeku zdzierżyć takie zimno, bo mróz był, jak to mówią, siarczysty. Zwierz w lesie porykiwał, a całe kierdele saren i jeleni włóczyły się, szukając żeru, ogryzały korę i głodem zmuszone podkradały się nawet pod chatę leśnika królewskiego, Piotra Warchoła, która w głębi puszczy nad zamarzłym teraz strumieniem, na karczowisku stała samotnie otoczona dokoła parkanem z mocnych bali modrzewiowych wzniesionym. Chata była duża, wygodna; miała nawet komin sterczący wysoko nad strzechą, z którego teraz dym cienkim pasmem niby pióropusz nad hełmem rycerskim się unosił.
Na obszernym dziedzińcu psy ujadały, a w chacie, w dużej, półciemnej świetlicy, bo przez maleńkie okienko błoną zalepione niewiele światła się dostawało, mieściło się na ławach kilku chłopów w kożuchy ubranych, we wściekłych czapach1 na głowie, z oszczepami w ręku, z lukami i sajdakami2 przewieszonymi przez plecy. Byli oni wszyscy wzrostu ogromnego, barczyści, o surowym wejrzeniu, starannie wygoleni, jeno spod czap wydostawały im się bujne, rozczochrane włosy. Koło drzwi na podmurowaniu z kamieni polnych gorzał wielki ogień ze smolnych skarp i korzeni naniecony; migotliwe jego blaski padały na ponure postacie leśników króla jegomości Jagiełłowych, ślizgały się, nikły tworząc i dziwaczny obraz, pół jasny, pół ciemny. Tuż koło ogniska, na ławie, starannie otulony w kożuch, w czapie z łbem wilczym na niej, siedział sam gospodarz chaty, starszy nad leśnikami królewskimi, Piotr Warchoł. Był on już bardzo stary, chudy, wynędzniały, o zapadłych oczach, z brodą, która, dawno niegolona, porosła niby szczecina i siwa była zupełnie. Trząsł się przy tym co chwila i zębami dzwonił.
– He, he! – mówił Piotr Warchoł – choróbsko mnie wielmi3 zmogło, a tu przykaz królewski jest, żeby polowanie było gotowe. Już mię nie na polowanie, nie, jeno na śmierć okrutną.
I staruszek zgiął się jakoś w sobie i głosem dygocącym począł nucić żałościwie:
Gdzie ma siła, ma robota,
Głupim robił po ty lata,
Pięć miar płótna, ośm stóp w grobie
Tylkom sam urobił sobie.
I ten głos dygocący rozchodził się po izbie niby jęk jakiś, a po zżółkłym licu staruszka ślizgały się czerwone blaski ogniska i czarne plamy cieni.
– Ej – ozwie się na to jeden z leśników – nie gadalibyście, Piotrze; jeszcze wam nie na śmierć, jeno na życie…
– Wiem ja, wiem lepiej od ciebie, Jaśku, jako mi jest – odrzekł Warchoł – ale nie na to zeszliśta się w mojej chałupie, żeby o mnie, chudziaku, gadać, jeno o przykazie pana starościnym. Byłli tkóry4 z was, gospodarze, pod ten czas w Kozienicach? Pedali mi tu ludzie idący z targu od Kozienic, co tam wielgi most budują. Widział go kto z was?
– Ja widziałem, panie starszy! – zawołał jeden z leśników.
Warchoł podniósł załzawione i czerwone oczy na mówiącego, ale zapewne z powodu ciemności nie mógł go dobrze rozróżnić, bo spytał:
– Tko5 gada?
– Ja.
– Tko, pytam! Jak się zowiesz?
– Żelko z Siczek.
– Aa! Żelko… Słucham… słucham… Byłeś w Kozienicach?
– Byłem, panie starszy.
– Widziałeś on most?
– Przecie, że widziałem.
– Jakże to jest? Naprawdę most budują?
– A naprawdę. Wielka to tam robota. Okrutne sosny, jodły i modrzewie ścinają i czynią z nich łodzie duże z rozkazania pana Dobrogosta, starosty z Radomia.
– Łodzie, pedasz?
– A łodzie.
– Ja się pytam o most, a ty mi o łodziach gadasz.
– A kiedy to tak… Z tych łodzi będzie most.
– Jakże to może być?!
– Wiem ja to, jak? Gadał mi jeden cieśla, Dalech ma przezwisko, co kupił ode mnie na targu miodu przaśnego6, że przełożeństwo nad owym budowaniem ma mistrz…
– Jak?
– Mistrz, tak go nazywają, co go aż z Krakowa pono sprowadzili.
– Dziw! Dziw! I kajże ten most stanie?
– Ana Wiśle.
– Podle Kozienic?
– Gdzie by zaś podle Kozienic!
– A kajże?
– Wiem ja to, kaj? Gadali mi Dalech, co one łodzie, jak będą gotowe, spławią Wisłą, kajś tam daleko… Zabaczyłem7, jak się to miasto nazywa.
– I to wszyćko z przykazania jegomości królewskiego?
– A juści, że chyba tak.
W tejże chwili na środek izby z cienia wysunął się jeden z leśników, Mateusz Sekuła z Ostrownicy i rzekł:
– Bo to widzita, kumie Pietrze, będzie wojna i koli tego ów most budują w Kozienicach.
– Hm! Słyszałem ja tu, że pono będzie wojna. Ale z kim?
– Z Miemcami.
– Z Miemcami, pedasz?
– Z Miemcami i koli tego to król jegomość nakazał wielkie polowanie w naszej puszczy, coby wojsko i rycerze mieli co jeść. Mam też jeszcze wam coś rzec, kumie Pietrze i wam gospodarze z przykazu pana starościnego. Zbliżta się, chłopy, bo to wielka tajemnica, a kto parę z gęby puści, srogiego karania napyta.
Wszyscy przysunęli się do gorejącego ogniska, a leśnik głosem stłumionym mówił:
– Pan starosta Dobrogost Czarny dowiedział się, że po naszej puszczy i tyż koło Kozienic włóczą się różne dziady, baby, niby po proszonym, a wszyćcy oni są to jeno ostrzegacze8 miemieccy, którzy chcą się wywiedzieć o wszyćkim, co się u nas dzieje, coby onym Krzyżakom donieść.
– O niecnoty! – zawołał ktoś w tłumie.
– Pewnie, że niecnoty. Tedy z rozkazania pana Dobrogostowego, starosty naszego, mamy bacznie strzec i pilnować po puszczy, żeby owi ostrzegacze miemieccy nie włóczyli się i nie przepatrywali kątów, a jeśli tko takiego niecnotę chyci, ma go zarasieńko odprowadzić do pana starosty Dobrogosta do grodu radomskiego. Zrozumieliśta, gospodarze?
– Zrozumieliśwa, cośwa nie mieli zrozumieć!
Zapanowało chwilowe milczenie, jak gdyby wiadomość o krzyżackich ostrzegaczach dała wszystkim dużo do myślenia, gdy nagle ze środka gromady ozwał się piskliwy głos Mikuły Rojka ze wsi Mąkosy, którego też zwano Przekorą, bo choćby kto gadał najsprawiedliwiej, on zawsze musiał przeczyć nawet najoczywistszej prawdzie. Chłop był już niemłody i ponury, ogromnego wzrostu jak wszyscy w tej odwiecznej puszczy, czarny i przez dziwną sprzeczność ze swoim wzrostem miał głos cienki i piskliwy jak u niewiasty. Kiedy więc wszyscy umilkli, zastanawiając się nad przykazem pana starosty radomskiego Dobrogosta Czarnego z Odrzywoła, Mikuła ozwie się:
– Dziwno mi to barzo9 o tych tam miemieckich ostrzegaczach, bo mogą to oni chodzić po puszczy i kąty przeglądać, kiej całe gromady wilczysków się włóczą. Nie pożarliby to ich już w borze?
– Hm! – ozwie się na to Warchoł. – I to prawda. Wczoraj na odwieczerz to ich cała kupa przyleciała tutaj pod moją chałupę i wyły niecnoty, aż Sławek z parobkami ledwo ich kamieniami i też smolnymi łuczywami odegnał.
– A widzita! – zapiszczał Mikuła Rojek.
Ale na to Mateusz Sekuła z Ostrownicy ozwie się:
– Wy ta, Rojku, zawżdy sprzeczny być musita. Czy ta wilki jedzą ostrzegaczy, czy nie, ja nie wiem, ale przykaz pana starosty jest i spełnić go należy.
– I to prawda – rzeknie Warchoł. – I po próżnicy nie ma co gadać. Przykaz jest i koniec. Pilnujta się więc, gospodarze, a jak tkórego ostrzegacza chycita, zara z nim do grodu radomskiego, to wam srodze przykazuję, jako że mam nad wami przełożeństwo. A tera gadajmy o onym polowaniu królewskim.
Zatrząsł się cały od zimna, otulił się kożuchem, czapkę z łbem wilczym nacisnął na czoło i mówił swym dygocącym głosem:
– Po sprawiedliwości, jakom to wasz starszy, powinienem ja sam wszyćko jak należy zarządzić do onego polowania, jak mnie na to ustanowił tutaj miłościwy król jegomość. Mogęli to ja robić, kiej mię choróbsko zmogło i zimnica mię trzęsie nikiej osiką wiatr?
– Po sprawiedliwości nie, bo nie możecie, kumie Pietrze – ozwie się na to Mateusz Sekuła z Ostrownicy. – Jeszcze byśta się większej niemocy nabawili, włócząc się po borze na mrozie i śniegu.
– Ano… widzita… Tedy ja tak sobie myślę, że potrza coś na to poradzić i oto, co wymyśliłem. Wam, kumie Mateuszu, zdaję moje przełożeństwo nad leśnikami i przykazuję im srodze, coby was jako mnie samego słuchali i wy już zaradzicie, kaj tkóry ma stać i tkóry ma się wywiedzieć, kaj są legowiska niedźwiedzi, kaj rysie chadzają, kaj kozy i też inny zwierz przesiaduje. Dobrze?
– Kiej taki jest przykaz, kumie Pietrze, to dobrze – odrzekł Mateusz.
– A wy, gospodarze – mówił dalej Warchoł – macie słuchać Mateusza jako mnie samego. Przykazuję wam! Sławek! Hej Sławek!
Wołał i oglądał się na wszystkie strony, i mówił:
– Kaj ten wartogłów się zapodział? Sławek! Sławek!
Gdy Sławek się nie pokazywał, zaczęli też i inni wołać, aż od sieni drzwi się rozwarły i ukazała się w nich młoda dziewczyna, może z piętnaście lat licząca, w zapaskę10 ubrana, ale czystą i świeżą, i cała zarumieniona rzekła:
– Tatulu, Sławko poszedł z parobkami do boru, bo od strony Kosieńca jakieś krzyki słychać.
Mówiła to, stojąc we drzwiach, a na jej złote włosy ognisko rzucało blaski złociste; zawstydzona widokiem tylu gospodarzy, rumieniła się jak wiśnia.
– Co za krzyki? – spytał Warchoł.
– Wiem ja to? Pewno wilki się źrą…
– Przynieś no mi kulę11, Jewka.
Jewka skoczyła do sieni, a stary, dygoczący Warchoł wiódł za nią spojrzeniem z wielką miłością, bo dziewucha była jedynaczką i oczkiem w głowie u niego.
Tymczasem Mikuła Rojek z Mąkos, Przekorą zwan, znowu się ozwie swym piskliwym głosem:
– Dziwno mi barzo, kumie Warchole, że wy swoje przełożeństwo oddajecie Mateuszowi, jakby innych gospodarzy sprawiedliwych w puszczy naszej nie było.
Wtedy Warchoł wyprostował się na ławie i groźnie krzyknął:
– A laczego ja nie mam oddać przełożeństwa Mateuszowi?!
– Latego, kumie Warchole, co Mateusz jest z Ostrownicy, a wiadomo, że Ostrownica leży nie w boru i tamtejsi kmiecie, i gospodarze wcale wszelakich skrytości puszczy nie znają!
– Ej, nie pletlibyście, Mikuło – rozległy się na to głosy. – Mateusz nie znają skrytości puszczy?! Prawdziwa z was przekora, Mikuło!
Warchoł już gniewnie wołał:
– Ja mam od samego króla jegomości moc czynienia. Laczego ja nie mam zdać mego przełożeństwa Mateuszowi, kiej mnie się tak podoba? Hę, laczego? Ja za to odpowiadam przed królem jegomościem i panem starostą, a nie ty, Mateuszu Rojku. Jest przykaż, to masz mnie słuchać, a nie, to sąd!
– Sprawiedliwie mówią Warchoł! – ozwały się głosy.
W tej chwili wbiegła żwawo do izby Jewka, niosąc kulę, którą wręczyła ojcu, a on, oddając ją Mateuszowi Sekule, rzekł:
– Naści, Mateuszu, zdaję wam moje przełożeństwo, a tko by ośmielił się was nie posłuchać, tego macie sądzić, jako jest zakon i prawo. Tedy pilnujcie się, żeby zarządzić jako należy wszyćko, żeby król jegomość, pan nasz miłościwy, nie mierził sobie, jeno żeby zwierza wszelakiego było pod dostatkiem. Jak będzie potrza zwołać wszyćkich gospodarzy i komorników z całej puszczy, ze wszyćkich wsiów, to zwołajcie. Macie na to kulę…
– Nie bójta się, kumie Pietrze – odrzekł Mateusz – wszyćko będzie jak należy i wstydu nijakiego nie będzie.
Jewka wsunęła się tymczasem w ciemny kąt izby i przysłuchiwała się pilnie rozmowie gospodarzy, a Warchoł stary stękał i gadał:
– Miałem cosik jeszcze rzec… Zabaczyłem.
– Kogóż, kumie Piętrze, chcecie przystawić do króla jegomości? – spytał Mateusz.
– A właśnie… Dobrze, żeście mi przypomnieli, Mateuszu. Moją to jest powinnością stać przy królu jegomości, ale mogę ja to z moim choróbskiem? Wy też, Mateuszu, będziecie mieli niemało turbacji, to gdzie wam tam być przy królu! Prawda?
– Prawda, sprawiedliwie mówicie, kumie Pietrze. Gdzie mnie tam stawać przy takiej jasności pana królewskiej! Mało to ja będę miał roboty?
– Widzita… Tedy ja postanowiłem, co przy królu jegomości, jako przystaw nasz puszczański, będzie mój synaczek Sławek, tkóry też jest chłopak rozgarnięty i nauczny, ile że i na piśmie się zna, bo był bez cały rok w szkole u fary w Radomiu, a w puszczy obraca się jak we własnej chałupie.
– Dziwno mi barzo – zapiszczał nagle Mikuła Rojek – dziwno mi barzo, że na przystawa pana królewskiego kum Pietrz przeznacza takiego pędziwiatra i młokosa, jakim jest synaczek jego Sławek. Nie mali to w naszej puszczy gospodarzy statecznych, kmieci sprawiedliwych, żeby aż przy królewskiej jasności przystawiać gołowąsów?
Piotr Warchoł zatrząsł się, nie wiadomo, czy z gniewu, czy też z gorącości swojej choroby i chciał coś rzec, gdy mu przerwał Mateusz.
– Może byśta chcieli, kumie Mikuło, ażeby was wyznaczył Pietrz na przystawa pana królewskiego? Dopiero byłoby śmiechu!
Mikuła na to zapiszczał gniewliwie:
– Śmiechu? A laczego śmiechu?
– Boście gruby niby pień, a nożyska macie popuchnięte.
– Sprawiedliwie mówią kum Mateusz! – rozległy się glosy.
A kum Mateusz, nie zważając na gniewliwe pomruki Mikuły, prawił dalej:
– Wiadomo, co przy królu jegomości potrza być jak fryga, biegać kaj każą, strzec poświęconej jego osoby jak źrenicy w głowie, na zwierza iść z oszczepem, wszelakiego bezpieczeństwa pilnować. Moglibyście to zrobić, kumie Mikuło, kiej jesteście starzy i nożyska was bolą?
– Sprawiedliwie mówią Mateusz! – ten i ów zawołał.
– Ja też o sobie wcale nie gadam – tłumaczył się Mikuła.
– A o kimże gadacie?
– Ano… czy to kromie12 Sławka nie ma innych śwarnych chłopów, gospodarzy i kmieci, co by godnie mogli być przystawami przy osobie pana królewskiej. Nie szukajcie daleko, czy to przystawem nie może być Wojciech Zaciek z Pacyny, tkóry jest gospodem, a zwinny nikiej wiewiórka, albo Jadam Kania, albo Szymon Piskorz i inni? Nie! Wy musita zawdy swego jeno wyznaczyć na przystawa pana królewskiego, bo wiadomo, że taki przystaw przez13 nagrody od króla jegomości nie ostanie. Chytry z was naród i tyło!
– Przy Pietrze jest rząd i on ze swego starszeństwa wyznacza przystawa. Takie jest prawo i gadać po próżnicy nie ma co! – odrzekł na to Mateusz. – Sławek jest chłopak śwarny i nauczny, a nie taki chłop i gamajda jak Wojciech Zaciek, jak Jadam Kania albo Szymon Piskorz, tkóry trzech zliczyć nie umie, a gdy się do niego gada, to jeno gębę rozdziawia i huka: hm… niby tak… i tyło. Można to takich niezdarów przy królu jegomości przystawami robić? Pytam się was, kmiecie i gospodarze, coście się tu na naradę zebrali.
– Pewnikiem, że nie można! – rozległy się głosy kmieci i gospodarzy.
– Więc zgoda na Sławka?
– Zgoda! Zgoda!
– No, to nie mawa14 już tu co robić, wszyćko po należytości ułożone i czas wracać do chałupy, bo noc za pasem, a wilczyska po puszczy się włóczą. Ostańta z Bogiem, kumie Pietrze, a niech was kowalka wysmaruje niedźwiedzim sadłem, a pewnikiem choróbsko pójdzie na bory, na lasy. Ostańta z Bogiem. Niech będzie Jezus Chrystus pochwalony!
– Na wieki wieków, kumie Mateuszu. A pamiętajcie, chłopy, o przykazaniu pana starosty Dobrogosta i chytajcie onych miemieckich ostrzegaczy! – mówił Piotr Warchoł.
– Będziewa pamiętali, bądźcie spokojni, Pietrze. Ostańta z Bogiem!
Powoli wszyscy wyszli z izby, a niebawem słychać było jeno skrzypienie sanek, którymi ten i ów z dalszej wsi przyjechał, i głośne rozmowy tych, którzy piechotą przyszli. Świetlica opustoszała i cisza w niej była teraz wielka, jeno smolne karpy15 na ogniu pryskały głośno, a Mateusz, otulając się kożuchem, rozmyślał nad czymś, gdy z ciemnego kąta wysunęła się Jewka i lękliwie zawołała:
– Tatulu!
– A ty co tu robisz? Skądeś się tu wzięła?
– Stałam sobie w kącie i wszyćko słyszałam. To Sławek będzie przy królu przystawem?
Piotr popatrzał na kraśną dziewuchę i rzekł:
– Ano, tak!
– O laboga, tatulu i z samym królem będzie gadał?
– A juści, jakżeby było; jak go się król jegomość o coś spyta, to gadać musi.
Dziewczyna się zamyśliła, brodę na ręce wsparła i po chwili spytała znowu:
– Tatulu?
– Co?
– Widzieliście wy kiedy króla?
– Albo to raz!
– I gadaliście z nim?
– A jakże.
– O laboga! Laboga! To musi być straśny człek ten król?
– Co ma być straśny? Dobry pan i tyło.
– I w złocie chadza?
– Kajby ta po puszczy w złocie chadzał? Ma jeno na sobie piękny kożuch kuni i kołpak takiż na głowie.
– A korony nie ma?
– Gdzie by zaś w koronie chadzał?! Korona jest w Krakowie schowana na zamku.
– O laboga! Laboga! Tatulu, a jak król tu do nas do puszczy przyjedzie, obaczę ja go?
– Laczego nie? Obaczysz.
– A nie będzie on srogi na mnie?
– Za cóż by miał być srogi. Ale idź do izby czeladnej, niech wieczerzę dają: ja se też legnę, bo mię słabość nęka.
– Ju lecę!
Jewka wyskoczyła, a Piotr Warchoł otulił się kożuchem i patrzył, jak iskry pryskają ze smolnych drew i słuchał, jak puszcza szumiała.
W którym parobek, Gamajdą zwany,nic nie mówi, jeno bobem się karmi
Sławek Warchoł jest chłopcem liczącym około osiemnastu lat, żwawym, czynnym, energicznym, a nade wszystko na swój wiek niezwykle uczonym, bo umiał czytać i pisać, a nawet liznął trochę łaciny. Pochodziło to stąd, że ojciec przeznaczał go pierwotnie na księdza, ale potem zmienił co do tego zdanie, zwłaszcza że Sławek chętniej parał się rzemiosłem rycerskim i myśliwskim niż księgami. Z łukiem i oszczepem nieraz całe dni, a nawet tygodnie przepędzał w puszczy. Był wtedy najweselszy i najszczęśliwszy. Stąd też znał puszczę, począwszy od Jedlni i Kozienic, aż po Gniewoszów i Zwoleń z jednej strony, a po Głowaczów, Ryczywół i Jedlińsk – z drugiej strony. Nie było ostępu, nie było najbardziej zarosłej lub ukrytej miejscowości w puszczy, gdzie by nie chadzał i własnymi nogami nie zbrodził. Ciekaw był przy tym bardzo, wszędzie zajrzał, wszystko musiał widzieć, wszystko znał w okolicy, w rzadko śród puszczy rozrzuconych siedzibach ludzkich lub w takich dworach pańskich jak pana Żelisława herbu Gryf z Brzózy bywał. Słusznie go też stary Piotr Warchoł wybrał na przystawa do króla jegomości, bo nikt lepiej i żwawiej nie mógłby tego obowiązku wykonać.
Toteż kiedy Sławek dowiedział się o swym przeznaczeniu i o tym, że należy pilno strzec, aby niemieccy ostrzegacze nie włóczyli się po puszczy i kątów nie przeglądali, a czego Boże broń, jakiej niecnej zasadzki zasię na króla jegomościa nie uczynili, już ani chwili nie usiedział w domu, jeno dobrawszy sobie jeszcze trzech parobków, takich zuchów jak sam, przezwiskiem Stańko, Jacek i Dobek, ciągle przesiadywał w puszczy. Żywności niewiele wziął, jeno parę bochenków chleba i króbkę lubianą soli, bo czy to w puszczy mało zwierza, żeby zasię ze sobą karmę nosić?
Kiedy się wyprawiał do boru i wysłuchał pokornie a bacznie przykazania ojcowskiego, to Jewka w sieni przyskoczyła do niego i mówiła:
– Sławku, weź mnie z sobą!
– Kaj cię mam wziąć?
– A w puszczę.
– Po co?
– Ano, bo to (tu się zmieszała) ja bym chciała króla obaczyć. Jeszczem też nigdy króla nie widziała.
– Zali król jest w puszczy?
– Mówili wczora gospodarze, co przyjadzie.
– Jak przyjadzie, to go obaczysz, a tera siedź doma i pilnuj ojca, bo jest stary i choróbsko go nawiedziło. Ciee! Co jej się zachciewa, do puszczy… Chodzą to dziewki do puszczy?
– Czemu by nie miały chodzić? – mówiła Jewka. – Nie byłam to ja w puszczy?
– A zwierz dziki?
– Boję to ja się zwierza? Z łuku nie ustrzelę go, czy co?
– Siedź doma i ojca pilnuj! – zakończył Sławek rozmowę i poszedł do parobków Stańka, Jacka i Dobka, którzy już nań czekali.
Byli to chłopcy jak dęby wyrosłe a krzepkie, aż miło patrzeć. Ubrani w kożuchy i czapy wilcze, z ŀukami na plecach zawieszonymi i oszczepami w rękach, a każdy inaczej patrzał.
Stańko z czupryną jak len białą śmiał się jeno ciągle i krotochwile różne wyprawiał, i podskakiwał, bo był wesół, i we wszystkim radość i wesele widział. Rześki był i zwinny, a przemyślny. Wdrapać się, choćby na najwyższą jodłę, wnyki na zwierza nastawić, podejść znienacka a cichaczem niedźwiedzia i oszczepem go zdzielić było dla niego tak łatwo, jakby chleb z miodem jeść. Jacek znowu, z czupryną zawżdy rozczochraną, jakby mu jakieś wichry po głowie chadzały, był powolny i zdawało się, że trzech zliczyć nie potrafi; zwano go też Gamajdą, ile że się jąkał szpetnie. Ale niesłuszne to było przezwisko, bo był on nie mniej od Stańka przemyślny. Już kto jak kto, ale Jacek Gamajda najpierwszy zwąchał, gdzie jest barć z pszczołami, a miód wybierać umiał tak zręcznie, że go żadna pszczoła nie ucięła i nikt tak nie potrafił wytropić śladów zwierza czy człowieka w puszczy jak Jacek. Lada gałąź złamana, lada trawka zgięta, lada znak dla innych niewidzialny był dla Jacka dostatecznym i szedł na pewno, a zawżdy znalazł to, czego szukał.
Całkiem inny był Dobek. Chudy, wysoki, czarny, miał siłę okrutną. Jak się oparł plecami, to drzewa łamał i rękami wyrywał dziesięcioletnie sosny, dzika na miejscu osadzał. Mówił mało i niechętnie. Mrukiem go też zwano, a był strasznie zawzięty. Jak sobie co postanowił, to musiał wykonać choćby nie wiem jakie były przeszkody. Zżymał się zawżdy na śmiechy i wesołość Stańka i zwał go Pędziwiatrem, choć w skrytości lubił go bardzo, ile że to był jakiś krewniak jego.
Taka była ta trójka parobków, którą wziął sobie do pomocy przystaw królewski, Sławek Warchoł. Stary ojciec, dając przykazanie i rady synowi, zalecał mu najpilniej, aby strzegł, iżby żadne baby ani też dziady po puszczy się nie włóczyły, żeby miał pilne oko na most, który w Kozienicach z rozkazu królewskiego budują.
– Bo to – gadał, stękając i dygocząc z zimna – bo to pewnikiem one Miemcy, na tkóre król jegomość z wojną się wybiera, wiedzą ju o tym moście i gotowe są wysłać jakiego łotra i zbója, żeby przeszkodność uczynić w onym budowaniu. Pilnujże mi, chłopcze, tego i miej oko należyte, żeby się tak kole Kozienic żadne dziady i inne obce ludzie nie włóczyły…
– Bądźcie spokojni, tatulu, już my tam dopilnujemy.
– No! No! Jak się dobrze sprawita, to będzie nagroda królewska dla was, a dla mnie pociecha na starość. Bierzesz ze sobą jakich parobków?
– A jakże! Idą ze mną Stańko Pędziwiatr, Jacek Gamajda i Dobek Mruk.
– Hm! Chłopcy jak się patrzy, nie ma co rzec, ino słyszałem, że ten Jacek, co go Gamajdą zowią, straśnie dużo lubi jeść. Starczy to wam czasu na to, żeby jego żywot16 napełnić? Zamiast pilnować puszczy, będzieta musieli uganiać się za zwierzem, żeby Jacek miał co jeść.
– Nie bójta się, tatulu – zaśmiał się Sławek – będzie on musiał pasa ścisnąć, bo my o jego żywocie myśleć nie będziewa…
– No, to idźta z Bogiem!
– Ostańta tu z Bogiem!
Ruszyli wszyscy czterej do boru, który czerniał i szumiał, jakby drzewa ze sobą jaką rozmowę tajemniczą wiodły. Ranek był jasny, słoneczny, choć mróz ostry trzymał. Śnieg jeno skrzypiał pod lipowymi postołami17 chłopaków, a świecił się pod słońce ognistymi iskrami. Na gałęziach jodeł i sosen, i świerków leżały całe warstwy białego śniegu i szedł po borze jakiś wesoły, świeży, zdrowy oddech życia. Stańko Pędziwiatr podskakiwał i hukał głośno, aż echo się po puszczy rozlegało i przyśpiewywał sobie, a Dobek jeno spoglądał na niego spod oka i mruczał coś niechętnie pod nosem. Na końcu wlókł się leniwie Jacek Gamajda i wzdychał czegoś żałośliwie, a co chwila sięgał do kobiałki łubianej i dobywał z niej garść bobu gotowanego, i chciwie go połykał.
Sławek, gdy się już w puszczę zagłębili, przystanął i rzekł:
– Słuchajta, chłopoki!
– Bo co? – zapytał Stańko i przytupując po śniegu, zaśpiewał:
W Krakowie na rynku
Grają na bynbynku
Czarna kura gdacze.
Krakowianka skacze. Hu! Ha!
Mruk zżymnął ramionami i syknął:
– Głupi!
A Stańko śpiewał:
Na kamieniu kamień,
A na tym kamieniu
Jeszcze jeden kamień. Hu! Ha!
Gamajda tymczasem jadł bób i wzdychał żałośliwie. Naraz Sławek rzekł do Stańka:
– Cichaj i słuchajta, chłopoki!
– Słuchawa! – krzyknął Stańko. – A ty, Dobku, nie patrz na mnie, jakbyś mnie chciał zjeść. Laczego nie mam być wesoły, kiedym se jest rad? Albo mi to bieda jaka? Słonko świeci, mróz szczypie, a bór się jeno śmieje. Źle mi to, czy co?
– Cichaj, mówię! – zawołał Sławek. – Bo mam wam coś rzec.
– Słuchawa.
– Przykaz jest taki, cobyśwa poszli ku Kozienicom…
– Kiej ku Kozienicom, to ku Kozienicom! – zawołał Stańko.
– Cichaj mówię, bo nijak nie skończę.
– Ano… już pary z gęby nie puszczę.
To mówiąc, zakręcił się jak fryga, strzepnął rękami niby kogut, kiej skoczy na płot i chce zapiać, i tupiąc postołami po śniegu, krzyczał:
– Hu! Ha!
Sławek zaś mówił:
– W Kozienicach, żebyśta wiedzieli, z rozkazania królewskiego pan starosta Dobrogost Czarny z Odrzywołu buduje most.
– Most? Nie słyszałem! – zawołał Stańko.
– Głupi! – mruknął Dobek. – Niby to ty masz wszyćko słychać?
– Ale Miemcy, na tkóre król z wojną chce iść, pewnikiem będą chcieli ów most zepsować, jako to jest chytry naród.
– To będzie wojna? – spytał Dobek.
– Tak gadają gospodarze i tatulo też mówili, co będzie wojna z Miemcami.
– O laboga! – zawołał Stańko. – Będę też prał Miemeów. Jezu! Jezusieńku!
Jacek Gamajda nie odzywał się, bo miał usta zapakowane bobem gotowanym i co przełknął garść, zaraz wzdychał żałośliwie nie wiadomo dlaczego.
– Tedy – ciągnął dalej Sławek – pój dziewa ku Kozienicom i będziewa pilnowali, coby żaden psubrat miemiecki nie włóczył się po puszczy i onego budowania na popsował. Rozumieta, chłopaki?
– O laboga, rozumiewa, co nie mawa rozumieć. Niech no chycę jakiego Miemca, to go, hycla, rozdzienę do naga i w mrowisko wsadzę! – wołał Stańko.
Jacek Gamajda, przełknąwszy bób, znów westchnął i jąkając się, zapiszczał:
Miły Boże, daj pokój, mir,
A k‘temu pokrętkę18 chleba i czeski syr!
Stańko zaśmiał się w głos.
– Gamajda to jeno o pokrętce chleba i czeskim serku myśli! Chciałoby ci się serka, co? A może gomółkę z kminkiem? Przednia rzecz gomółka z kminkiem! A to ci rzekę, Gamajdo, że mi Jewka do kobiałki wsunęła taką gomółkę z kminkiem, a jak się będziesz dobrze sprawował, to ci połowicę dam.
– Cichajta, żarłoki! – krzyknął gniewnie Sławek. – Bez to gadanie to nic nie można rzec i nijakiej rady wziąć. Słuchać i gęby stulić!
Na ten groźny okrzyk tak Stańko, jak i Jacek, którzy przywykli słuchać Sławka, uważając go za swego zwierzchnika, umilkli i Stańko, choć mu się oczy śmiały, a dusza rwała do jakiego figla, już ani słowa nie rzekł. Sławek zaś mówił:
– Potrza więc pilnie baczyć na wsze strony, żebyśwa jakiego, czego Boże broń, zdradźcę miemieckiego nie prześlepili. Wytrzeszczać więc dobrze oczy. Zaraz będzie gościniec ku Kozienicom i trza nam się cicho zachowywać. Jak przejdziewa gościniec, pójdziewa bokami przez bór; Jacek, jako najlepszy przepatrywacz, pójdzie przodem i baczyć będzie na wszyćkie ślady, a my za nim gęsiego. Nadziewam się19, że każdy z was swą powinność należycie spełni. Rozumieta?
– Rozumiewa.
– A więc w drogę. Mię Otca i Syna, i Ducha Świętego, amen.
– Amen.
Gamajda wyruszył przodem, powłócząc leniwie nogami, zajadając bób i niby na nic nie zważał, a jednak nikt by się nie domyślił, że ten niemrawy z pozoru chłopak na wszystko patrzy. Weszli teraz w czarny bór z samych sosen i świerków złożony, miejscami gęsto podszyty, ale przeważnie nagi, bo olbrzymie odwieczne drzewa strzelające w górę niby jakieś kolumny ogromne nie pozwalały rozwinąć się innym roślinom. Śniegu nawet niewiele tu było na ziemi, bo rozłożyste gałęzie świerków i sosen okrywały ziemię niby dachem, dźwigając tylko na sobie niby pióropusze rycerskie całe warstwy białego i suchego śniegu, który za najmniejszym wiatrem sypał się z nich drobny i zmarznięty. Nieba przez te gałęzie ogromne nie było widać ani też słońca, choć ono świeciło jasno tam w górze, tu zaś panował mrok posępny i całości nadawał ponury widok. Jacek wlókł się powoli, otrząsał się z pyłu śnieżnego, a za nim postępowali inni, w milczeniu nadsłuchując pilnie.
Szli tak może już ze trzy pacierze głuchym borem, gdy nagle Jacek zatrzymał się i wskazując na ziemię, syknął, jąkając się:
– Wilczyska tu szły. Cała ich łaja20 kajś pognała.
Wszyscy zwrócili oczy na ziemię i rzeczywiście dostrzegli na śniegu liczne ślady nóg wilczych.
– Żebyśwa jeno ich nie napotkali – szepnął Stańko.
– Boisz się ich w dzień?
– Co mam się bojać? Pierwszyzna mi to, czy co, wilki?
Już nic inni nie mówili i szli dalej za Jackiem, który znów zajadał bób i coraz to wzdychał a stękał, mając wlepione oczy w ziemię, bo taki był zawżdy jego obyczaj, że jeno badał ślady rozmaite w borze. A bór mimo ciszy szumiał nieustannie, chociaż wiatru nie było. Od czasu do czasu gdzieś tam w głębi puszczy dał się słyszeć łomot, jakby ktoś czy coś łamało gałęzie.
– To łosie! – szepnął Jacek.
I znowu była cisza, tylko bór gwarzył po dawnemu. Czasem znowu tuż nad głową idących parobków zerwała się z wysokiej jodły cała gromada kruków czy gawronów i ze złowieszczym krakaniem, którego echo rozlegało się po borze, poleciała dalej. Zresztą była cisza, jeno puszcza szumiała tęskliwie.
Zasłuchani w ten jej rozgwar szli parobcy śladem Jacka, nic nie mówiąc, gdy nagle ten ostatni zatrzymał się, zwrócił bokiem do swych towarzyszów i kładąc palec na ustach, zdawał się bacznie czegoś słuchać. Wszyscy trzej stanęli jak wryci, rozglądając się dokoła i natężając słuch, ale nic nie dostrzegli i żaden podejrzany odgłos nie doszedł ich uszu. Jacek jednak ciągle stał i zdawał się chwytać jakieś szmery w borze.
– Co takiego? – spytał szeptem Sławek.
Jacek od razu nic nie odpowiedział, potem zbliżył się na palcach do pytającego i głosem stłumionym, jąkając się i wybałuszając swe wypukłe, szare oczy, rzekł:
– Ju niedaleczko jesteśwa gościńca.
– Więc cóż?
– A gościńcem ktoś jedzie.
– Wielga mi rzecz! Niech se jedzie…
– Wozem czy na koniu ten ktoś jedzie? – spytał Sławek.
– Kajby to kto jechał wozem po takich korzeniach? – mruknął Dobek.
A Jacek, krzywiąc się i ciągle nadsłuchując, wyjąkał:
– Samowtór21 jadą, na koniach… Dwa jeno konie słyszę… Kute są, bo dzwonią po grudzie…
– Kute, mówisz?
– Tak.
– Boga mi, tko by tu kutymi końmi jechał?
– Pewnikiem jakiś obcy – zauważył Stańko.
– Hm… nie ma co – ozwał się Sławek. – Potrza się podsunąć za gościniec, ukryć się za krzakami i obaczyć, tko to taki po puszczy kutymi końmi jadzie.
– A nuż to miemieckie ostrzegacze? – szepnął Stańko.
– Może być, może być! – mówił Sławek. – Nasi gospodarze kutymi końmi po borze nie jeżdżą. Ani chybi, to tkoś obcy. No, chłopaki! Miejta łuki w gotowości wszelakiej i tyż oszczepy, bo nuż to miemieckie prześpiegi!
Dobek mruknął coś pod nosem, ogromny łuk, który on jeden tylko potrafił naciągać, zdjął z pleców i stał tak, patrząc groźnie w głąb puszczy.
– Jacku – rozkazywał Sławek – wiedź nas ku gościńcowi w takie miejsce, kaj są krzaki, żeby nas nijak nikto obaczyć nie mógł.
Jacek zamyślił się, nosem pociągnął jakby wąchał, garść bobu wsunął w szerokie usta, podrapał się po skołtunionej czuprynie i milcząc, ruszył naprzód, przy czym podniósł palec do góry i po chwili szepnął:
– Jeno cicho! Nic nie gadać i patrzeć pod nogi, żeby jaka gałąź nie trzasła.
W głębokim milczeniu, skradając się bardzo ostrożnie, nadsłuchując pilnie, ruszyli wszyscy trzej za Jackiem Gamajdą i niebawem znaleźli się przy gościńcu. Nie był szeroki, raczej wyglądał na ścieżkę pełną korzeni i wybojów, i wił się zygzakowato po borze. Śnieg iskrzący się w słońcu pokrywał go całkowicie, śnieg nienaruszony, bo nikt nim dawno już nie szedł, tylko tu i ówdzie widać było ślady zwierza: wilków, lisów i rapci jelenich, a także łap ptasich. Z dala nawet widać było kilkanaście wron i kruków jak, podskakując niezgrabnie, łaziły po gościńcu, szukając żeru, co chwila podnosząc czarne łby i pilnie bacząc, czy nie grozi im jakieś niebezpieczeństwo.
