Opis

Szkielet na Lesznie jest powieścią kryminalną, której akcja rozgrywa się w Warszawie w roku 1860. Pewnego dnia miasto obiega wstrząsająca wiadomość. W jednym z dworków przy ulicy Leszno (w dzielnicy Wola), przeznaczonym do rozbiórki, znaleziono ukryty przed laty pod posadzką ludzki szkielet. Rozpoczyna się śledztwo, a informacje o jego przebiegu przekazywane są na bieżąco w dziennikach i stanowią główny temat towarzyskich rozmów. Sprawą niezmiernie zainteresowany jest niejaki Heliglas, emerytowany artysta, który przebywa akurat w Warszawie. Wraz z reporterem Goldsingiem i młodym lekarzem, Władysławem Żubrem, wyrusza do dworku, by obejrzeć znalezisko. Żubr zauważa, że widok szkieletu wywołuje ogromne emocje u śpiewaka. Dlaczego Heliglasowi tak bardzo zależało na odwiedzeniu dworku? Wiele wskazuje na to, że mogło coś go łączyć z ofiarą. Żubr postanawia przeprowadzić własne śledztwo. Czy można jednak po wielu latach od popełnionej zbrodni odnaleźć przestępcę? Jak zmieni się los zmagającego się z nędzą lekarza? Żubr nawet nie podejrzewa, jak bliska okaże się mu sprawa szkieletu na Lesznie…

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 149

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Wa­le­ry Przy­bo­row­ski

Szkie­let na Lesz­nie

Re­dak­cja

Be­ata Goł­kow­ska

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Skład

Ma­ria Ba­ra­now­ska

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie wy­da­nia:

„Dzien­nik dla Wszyst­kich i Anon­so­wy” 1891, nr 1–19

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-479-0

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: [email protected]

I

Za­pew­ne wszy­scy star­si miesz­kań­cy War­sza­wy pa­mię­ta­ją fakt, któ­ry miał miej­sce przed trzy­dzie­stu laty, a roz­gło­szo­ny przez ów­cze­sne ga­ze­ty po­wszech­ną na sie­bie zwró­cił uwa­gę i stał się przed­mio­tem dłu­gich roz­praw i dys­ku­sji.

Rzecz tak się mia­ła:

W czerw­cu 1860 roku bu­rzo­no je­den ze sta­rych dwor­ków na Lesz­nie, wsu­nię­ty w głąb po­dwó­rza i oto­czo­ny do­ko­ła ogro­dem. Dwor­ki ta­kie ist­nia­ły jesz­cze wów­czas w tej dziel­ni­cy mia­sta, dziś – nie­ste­ty! – są co­raz więk­szą rzad­ko­ścią; na ich miej­scu wzno­szą się ka­mie­ni­ce, w któ­rych nie ma po­wie­trza i świa­tła, ale któ­re za to ogrom­ne przy­no­szą do­cho­dy. Otóż i ten dwo­rek ustą­pić miał miej­sca wiel­kiej ka­mie­ni­cy i roz­po­czę­to w czerw­cu, wspo­mnia­ne­go po­wy­żej roku, jego roz­biór­kę. Dwo­rek był par­te­ro­wy, z pię­ter­kiem, a ra­czej fa­cjat­ką1, dość duży, gdyż mie­ścił w so­bie dzie­sięć wy­god­nych, wy­so­kich i do­brze oświe­tlo­nych po­koi. Od fron­tu miał ga­ne­czek, na dwóch mu­ro­wa­nych słu­pach wspar­ty, od ogro­du zaś ro­dzaj ta­ra­su ka­mien­ne­go o kil­ku scho­dach. Ogród był duży, wy­sa­dzo­ny sta­ry­mi li­pa­mi i klo­na­mi, w chwi­li wszak­że, gdy ska­za­no go na za­gła­dę, moc­no za­pusz­czo­ny i za­nie­dba­ny.

Zda­rzy­ło się za­tem, że dnia dzie­sią­te­go czerw­ca wzmian­ko­wa­ne­go roku ro­bot­ni­cy, wyj­mu­jąc po­sadz­kę dę­bo­wą w jed­nym z mniej­szych po­koi od stro­ny ogro­du, zna­leź­li pod nią znacz­ne za­głę­bie­nie, a w nim szkie­let ludz­ki.

Zro­bi­ło to oczy­wi­ście na wszyst­kich bar­dzo sil­ne wra­że­nie, gdyż nie ule­ga­ło naj­mniej­szej na­wet wąt­pli­wo­ści, że była tu kie­dyś po­peł­nio­na strasz­na, ta­jem­ni­cza zbrod­nia, o któ­rej wszel­ki ślad za­gi­nął. Dzien­ni­ki tego sa­me­go dnia, ko­rzy­sta­jąc z sen­sa­cyj­nej wia­do­mo­ści, do­nio­sły o tym swo­im czy­tel­ni­kom.

Po wszyst­kich cu­kier­niach i ka­wiar­niach czy­ta­no je chci­wie i naj­roz­ma­it­sze snu­to wnio­ski. W tej chwi­li wię­cej się in­te­re­so­wa­no spra­wą szkie­le­tu na Lesz­nie niż kwe­stią wło­ską i Ga­ri­bal­dim2.

Wła­śnie w jed­nym z ta­kich sło­dy­cza­mi han­dlu­ją­cych za­kła­dów, na tym­że sa­mym Lesz­nie, wśród ze­bra­nych co­dzien­nych go­ści i za­pa­lo­nych czy­tel­ni­ków ga­zet, to­czy­ły się o tym wy­da­rze­niu żywe i go­rą­ce roz­pra­wy, gdy do po­ko­ju wszedł mło­dy czło­wiek i po­kło­niw­szy się obec­nym, siadł skrom­nie w ką­cie i wziął do ręki pierw­szą lep­szą, na jaką na­tra­fił, ga­ze­tę.

Był to mło­dzie­niec mo­gą­cy li­czyć za­le­d­wie dwa­dzie­ścia pięć do dwu­dzie­stu sze­ściu lat, sil­ny bru­net, z dłu­gi­mi wło­sa­mi, bla­dy, o lek­kim za­ro­ście i du­żych, pa­lą­cych, prze­ni­kli­wych czar­nych oczach. Ubra­ny był skrom­nie, a na­wet ubo­go. Miał na so­bie czar­ny, moc­no wy­tar­ty, choć sta­ran­nie utrzy­ma­ny sur­dut i wy­so­ki ka­pe­lusz, zwa­ny cy­lin­drem, któ­ry zdjął ostroż­nie i usta­wił na sto­le, zdmuch­nąw­szy z nie­go wpierw wszel­kie pa­pro­chy, jak gdy­by się lę­kał, by nie uszko­dzi­ły w czym­kol­wiek świe­cą­ce­go w wie­lu miej­scach, od tar­cia szczot­ką, wło­sa. Twarz, cała po­sta­wa mło­dzień­ca wy­ra­ża­ła nie­sły­cha­ne znu­że­nie i znie­chę­ce­nie. Padł ra­czej, niż usiadł na krze­śle, wes­tchnął, ob­rzu­cił okiem obec­nych i wziąw­szy ga­ze­tę do ręki, za­głę­bił się w dłu­giej roz­pra­wie dzien­ni­kar­skiej o wy­bu­chłym wła­śnie po­wsta­niu w Chi­nach3.

Tym­cza­sem wśród ze­bra­nych roz­pra­wy go­rą­ce da­lej trwa­ły, gdy na­gle roz­legł się głos do­no­śny i krzy­kli­wy:

– Ale co to o tym ga­dać. Dok­tor nas naj­le­piej ob­ja­śni.

Mó­wiąc to spo­śród ze­bra­nych pod­niósł się oty­ły, do­stat­nio ubra­ny męż­czy­zna, wy­go­lo­ny sta­ran­nie, prócz du­żych, ja­snych wą­sów, i gło­sem do­no­śnym po­czął mó­wić, zwra­ca­jąc się do nowo przy­by­łe­go mło­dzień­ca:

– Dok­tor­ku, czci­god­ny ka­pła­nie Esku­la­pa, nie­zrów­na­ny na­stęp­co Hi­po­kra­te­sa, racz otwo­rzyć skarb­ni­cę twej wie­dzy i nas pro­fa­nów pro­pha­nus vul­gus, jak mówi Ho­ra­cy4, ob­ja­śnić.

Mó­wił to wszyst­ko gło­sem krzy­kli­wym, z in­to­na­cją prze­sad­ną, wśród ge­sty­ku­la­cji tak gwał­tow­nej, a za­ra­zem tak ko­micz­nej, że mło­dy czło­wiek, na­zwa­ny dok­to­rem, mi­mo­wol­nie się uśmiech­nął. Odło­żył ga­ze­tę na bok i spy­tał ła­god­nie, to­nem me­lan­cho­lii głę­bo­kiej:

– O cóż idzie?

– Wi­dzisz, sza­now­na szka­tu­ło wie­dzy, spie­ra­my się o owe­go ko­ścio­tru­pa.

– O ja­kie­go ko­ścio­tru­pa?

– Bo­go­wie! – za­wo­łał pa­te­tycz­nie tłu­ścioch, zwra­ca­jąc się do obec­nych i ła­miąc ręce – Me Her­cu­le!5 On nic nie wie, on nic nie wie, pa­no­wie!

Wy­gło­siw­szy ten pa­te­tycz­ny wy­krzyk­nik, zbli­żył się do mło­dzień­ca i za­wo­łał:

– Jak to, nie wiesz o strasz­nej zbrod­ni? Co mó­wię! Strasz­nej, ta­jem­ni­czej, nie­sły­cha­nej w na­szym kra­ju zbrod­ni…

– O ja­kiej zbrod­ni? – prze­rwał mło­dy czło­wiek.

– O, le­niw­cze! O, do ni­cze­go! Masz, masz, czy­taj!

To mó­wiąc, po­dał mu trzy­ma­ną w ręku ga­ze­tę i wska­zu­jąc gru­bym, tłu­stym pal­cem na od­po­wied­nie miej­sce, po­wta­rzał cią­gle:

– Czy­taj! Czy­taj! I zdu­mie­waj się, łam gło­wę nad od­gad­nię­ciem tej za­gad­ki.

Mło­dy czło­wiek prze­czy­tał, zło­żył ga­ze­tę na sto­le i z wy­ra­zem wła­ści­we­go so­bie znu­że­nia rzekł:

– No i co?

– To – za­wo­łał tłu­ścioch, że tu mię­dzy nami po­wsta­ła kwe­stia, jak dłu­go ten szkie­let tam pod pod­ło­gą leży!

– A skąd­że ja mogę o tym wie­dzieć? – spy­tał z lek­kim, me­lan­cho­lij­nym uśmie­chem mło­dzie­niec.

Na to słusz­ne py­ta­nie ze­rwał się z krze­sła ja­kiś chu­dy, ner­wo­wy, szczu­pły czło­wiek i za­wo­łał, zwra­ca­jąc się do tłu­ścio­cha:

– Źle pan sta­wiasz spra­wę, pa­nie Win­cen­ty. Któż może wie­dzieć, jak dłu­go ten szkie­let tam le­żał? Tu nie o to idzie.

– A o cóż? – spy­tał tłu­ścioch na­zwa­ny Win­cen­tym.

– O to – rzekł, zwra­ca­jąc się do mło­dzień­ca nowy in­ter­lo­ku­tor – jak dłu­go w ogól­no­ści może szkie­let ludz­ki le­żeć w zie­mi, nie ule­gł­szy ze­psu­ciu?

– Tak! tak! O to szło! – za­wo­ła­li inni.

– Niech­że więc bę­dzie tak – ode­zwał się tłu­ścioch – ga­daj dok­tor­ku, czci­god­na skarb­ni­co wie­dzy, od­po­wia­daj na py­ta­nie i roz­strzy­gnij spór mię­dzy nami.

– To jest bar­dzo względ­ne – rzekł mło­dzie­niec – i za­le­ży od wie­lu oko­licz­no­ści, a przede wszyst­kiem od na­tu­ry grun­tu, w któ­rym cia­ło po­cho­wa­no. Są miej­sca, w któ­rych szkie­let psu­je się i nisz­cze­je w cią­gu kil­ku lat, są i ta­kie, w któ­rych może ist­nieć całe wie­ki. W sta­rych, przed­hi­sto­rycz­nych gro­bow­cach wy­ko­pu­ją szkie­le­ty, któ­re tam set­ki, a może ty­sią­ce lat temu zło­żo­no.

– To wszyst­ko bar­dzo pięk­ne, ale nas wca­le nie ob­ja­śnia. O, god­ny sza­cun­ku uczniu Hi­po­kra­te­sa, jak dłu­go ten szkie­let, o któ­rym mó­wi­my, le­żał, a za­tem kie­dy zo­sta­ła po­peł­nio­na zbrod­nia?

– Nie mogę pa­nów ob­ja­śnić – od­rzekł skrom­nie mło­dy czło­wiek – bom tego szkie­le­tu nie wi­dział.

– A gdy­byś go pan zo­ba­czył, czy mógł­byś z pew­no­ścią twier­dzić, jak dłu­go w zie­mi leży? – spy­tał ów chu­dy, ner­wo­wy je­go­mość.

– Praw­do­pob­nie, że mógł­bym… są pew­ne dane.

– Do­brze – prze­rwał tłu­ścioch Win­cen­ty – nie cie­ka­wi je­ste­śmy pań­skich da­nych… Zo­bacz szkie­let i po­wiedz nam ju­tro swe zda­nie. Oto kon­klu­zja naj­waż­niej­sza na­sze­go spo­ru. A te­raz do wi­dze­nia, pa­no­wie, bo żona na mnie cze­ka.

Wło­żył ni­ski, ban­dyc­ki ka­pe­lusz na gło­wę i sa­piąc, i stę­ka­jąc6 na go­rą­co, wy­szedł z po­ko­ju.

Wśród ze­bra­nych za­pa­no­wa­ła te­raz ci­sza; każ­dy wziął się do czy­ta­nia ga­ze­ty i sły­chać było tyl­ko sze­lest prze­wra­ca­nych kart. Mło­dy czło­wiek czy­tał tak­że, choć w wy­ra­zie jego twa­rzy, w błą­dzą­cych nie­pew­nie po li­niach oczach, moż­na było po­znać, że cał­kiem o czym in­nym my­śli. Na ko­niec po­ło­żył ga­ze­tę, wstał, wziął ka­pe­lusz, skło­nił się obec­nym i ci­cho wy­mknął się z po­ko­ju. Cho­du jego pra­wie sły­chać nie było, gdyż miał szka­rad­nie ścię­te od dłu­gie­go uży­wa­nia ob­ca­sy u bu­tów i same buty w wie­lu miej­scach wi­docz­nie wy­po­wia­da­ły mu po­słu­szeń­stwo.Wy­szedł­szy na uli­cę, sta­nął i po­czął się oglą­dać, jak­by wa­hał się, gdzie ma iść i co ze sobą zro­bić. Twarz jego cią­gle mia­ła wy­raz smut­ku, znie­chę­ce­nia zu­peł­ne­go i nie­wy­sło­wio­ne­go znu­że­nia.

Stał z gło­wą spusz­czo­ną, a zło­te, czerw­co­we słoń­ce, ob­le­wa­jąc go ob­fi­cie bla­skiem swych pro­mie­ni, wy­raź­nie da­wa­ło wi­dzieć ubó­stwo jego ubra­nia. Po­mi­mo jed­nak tego ubó­stwa, po­mi­mo znie­chę­ce­nia ma­lu­ją­ce­go się na twa­rzy, ob­li­cze jego było nie­zwy­kle pięk­ne, ogni­ste oczy pa­trza­ły przed sie­bie z ta­kim uro­kiem, po­sta­wa była tak zręcz­ną, że prze­cho­dzą­ce ko­bie­ty ob­rzu­ca­ły za­lot­nym wzro­kiem tego bied­ne­go, a tak pięk­ne­go mło­dzień­ca.

Po chwi­li wa­ha­nia miał on już pu­ścić się ku środ­ko­wi mia­sta, gdy wła­śnie za­cze­pił go ja­kiś dziw­ny je­go­mość, zstę­pu­ją­cy po­wo­li i ostroż­nie po schod­kach, wio­dą­cych do cu­kier­ni. Był to męż­czy­zna, któ­re­go wiek trud­no było ozna­czyć, w każ­dym ra­zie li­czył prze­szło pięć­dzie­siąt lat. Ni­ski, pulch­ny, okrą­gły, oty­ły na­wet tro­chę, miał na sze­ro­kich bar­kach i krót­kim kar­ku osa­dzo­ną wiel­ką i prze­pysz­nie za­ry­so­wa­ną gło­wę o rzym­skim pro­fi­lu. Twarz jak naj­sta­ran­niej wy­go­lo­na, ró­żo­wa, po­mi­mo oka­zu­ją­cych się tu i ów­dzie zmarsz­czek, była pra­wie mło­dą i za­cho­wa­ła w so­bie wy­raz nie­wzru­szo­ne­go ni­czym spo­ko­ju oraz pew­nej sie­bie siły. Wiel­kie, czar­ne, ogni­ste oczy były jesz­cze bar­dzo pięk­ne, choć przy bliż­szym po­zna­niu zdra­dza­ły pew­ną dzi­kość i su­ro­wość. Usta mię­si­ste, duże mó­wi­ły o wiel­kiej zmy­sło­wo­ści na­tu­ry. Męż­czy­zna ten ubra­ny był do­stat­nio, wy­kwint­nie na­wet, choć nie­gu­stow­nie i śmiesz­nie. Na gło­wie miał wy­so­ki bia­ły cy­lin­der, gru­bą szy­ję owią­zy­wał ja­sno­żół­ty w czar­ne krop­ki kra­wat, spię­ty błysz­czą­cą z dala spin­ką, w któ­rej był umiesz­czo­ny prze­ślicz­ny duży ko­ral, moc­no czer­wo­nej bar­wy. Na so­bie miał kurt­kę, zwa­ną ma­ry­nar­ką, ja­sno­po­pie­la­tej bar­wy, ta­kie też spodnie i nie­bie­ską ka­mi­zel­kę, z któ­rej zwie­szał się gru­by, zło­ty łań­cuch, pe­łen bre­lo­ków, pie­czą­tek i świe­ci­de­łek wszel­kie­go ro­dza­ju. W ręce, ma­łej, ner­wo­wej, o dłu­gich pal­cach, nad­zwy­czaj bia­łej i pulch­nej, trzy­mał trzci­no­wą la­skę ze zło­ci­stą gał­ką.

Zbli­żyw­szy się do mło­de­go czło­wie­ka, wy­pro­sto­wał swą małą fi­gu­rę i rzekł gło­sem dźwięcz­nym i pew­nym sie­bie:

– Do­kąd, sza­now­ny dok­to­rze, za­mie­rzasz się udać?

W wy­ma­wia­niu tych wy­ra­zów czuć było pe­wien ak­cent cu­dzo­ziem­ski.

Mło­dy czło­wiek, na­gle zbu­dzo­ny ze swych ma­rzeń, spoj­rzał na za­cze­pia­ją­cą go błysz­czą­cą fi­gu­rę i rzekł swym smut­nym gło­sem:

– Ach, to pan, pa­nie He­li­glas.

– Tak, to ja, Ry­szard Lwie Ser­ce He­li­glas. Śmie­jesz się, mło­dzień­cze, że so­bie uzur­pu­ję przy­do­mek naj­bar­dziej ry­cer­skie­go ze wszyst­kich kró­lów na świe­cie. Śmiej się, ale wierz mi, że w ca­łej wa­szej War­sza­wie nie ma tak wiel­kie­go, tak bo­ha­ter­skie­go ser­ca jak moje.

Z ust jego pły­nął ten po­tok słów, wy­ma­wia­nych wy­raź­nie, z pre­cy­zją i z ni­czym nie­zmą­co­ną swo­bo­dą, choć po­wta­rza­my – wpraw­ne ucho do­strze­ga­ło w wy­mo­wie He­li­gla­sa obcy, nie­po­lski ak­cent

– No… i do­ką­dże idziesz? – spy­tał w koń­cu.

– Wła­ści­wie to ni­g­dzie… nie mam żad­ne­go celu – od­parł nie­śmia­ło mło­dzie­niec.

He­li­glas tym­cza­sem wy­do­był z kie­sze­ni swej kurt­ki me­ta­lo­we pu­deł­ko z cu­kier­ka­mi owo­co­wy­mi i otwo­rzyw­szy je, po­dał mło­dzień­co­wi. Gdy ten po­dzię­ko­wał i wziąć nic nie chciał, He­li­glas rzekł:

– Źle ro­bisz, mło­dzień­cze. Sło­dy­cze są roz­ko­szą bo­gów i roz­ko­szą ziem­ską.

Wsy­paw­szy w usta garść cu­kier­ków, rzekł:

– To do­brze, że nie wiesz, gdzie masz iść, pójdź pan ze mną. Oba­czy­my ten szkie­let, o któ­rym dzi­siej­sze ga­ze­ty tak się roz­pi­sa­ły.

– Iii…? – mruk­nął mło­dzie­niec. – Cóż to cie­ka­we­go?

– Aa! – za­wo­łał tłu­ścioch – prze­pra­szam. Jest to coś bar­dzo cie­ka­we­go. Bo zważ pan, że daw­no temu, przed laty, po­peł­nio­na zo­sta­ła zbrod­nia, zbrod­nia ta­jem­ni­cza. Bóg wie, jaki dra­mat w so­bie kry­ją­ca, i mor­der­ca nie zo­stał uka­ra­ny, nie zo­stał do­się­gnię­ty przez tak zwa­ną spra­wie­dli­wość ludz­ką. Czy to w panu nie bu­dzi żad­nych wnio­sków, żad­nych my­śli?

– Nie…

– To się dzi­wię bar­dzo, bar­dzo się dzi­wię. Pan je­steś czło­wiek in­te­li­gent­ny i my­ślą­cy. Bo za­sta­nów się pan, jaki pły­nie z tego wnio­sek, że ta zbrod­nia ta­jem­ni­cza nie zo­sta­ła wy­kry­ta? Oto taki, że ak­sjo­mat tak roz­po­wszech­nio­ny, któ­ry po­wta­rza­ją głup­cy, a któ­rym po­cie­sza się nie­do­łęż­na spra­wie­dli­wość ludz­ka, że każ­da zbrod­nia musi od­nieść za­słu­żo­ną karę, jest fał­szem. Tak, mło­dzień­cze… jest fał­szem!

Szli już przez uli­cę w głąb Lesz­na, ku ro­gat­kom, a He­li­glas gryzł cu­kier­ki, spo­glą­dał na ko­bie­ty, za­trzy­my­wał się na­wet nie­kie­dy i przy­pa­try­wał się im bacz­nie. Na­gle wes­tchnął:

– Ślicz­ne to stwo­rze­nie, ko­bie­ta, ale nie­bez­piecz­ne, bar­dzo nie­bez­piecz­ne. Strzeż się, mło­dzień­cze, ko­biet, strzeż się ko­biet!

Pod­niósł wska­zu­ją­cy pa­lec u le­wej ręki do góry, jak­by na znak ostrze­że­nia, z tak za­baw­nym ge­stem i z tak nie­wzru­szo­ną po­wa­gą, że mło­dy czło­wiek ro­ze­śmiał się gło­śno.

– Tak! śmiej się pan! – mó­wił He­li­glas. – Śmiej się, śmiej! Ćmy za­wsze lecą do ognia, że­la­zo do ma­gne­su, męż­czy­zna do ko­biet. Ta­kie jest pra­wo na­tu­ry i wszel­kie ostrze­że­nia psu na budę się nie zda­dzą, jak po­wia­da do­sad­ne przy­sło­wie tego kra­ju.

W ten spo­sób mó­wił przez całą dro­gę, zmie­nia­jąc z nad­zwy­czaj­ną ru­chli­wo­ścią roz­mo­wę, prze­ska­ku­jąc od naj­wznio­ślej­szych do naj­try­wial­niej­szych przed­mio­tów, aż w koń­cu sta­nę­li przed dwor­kiem, w któ­rym szkie­let był zna­le­zio­ny. Po­znać go moż­na było z da­le­ka po mnó­stwie cie­kaw­skich, zbie­ra­ją­cych się na uli­cy i tło­czą­cych się do środ­ka dzie­dziń­ca.

Przypisy

1fa­cjat­ka (daw­niej fa­cy­at­ka) – miesz­ka­nie lub po­kój na pod­da­szu [wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od re­dak­cji ni­niej­sze­go wy­da­nia]

2 Giu­sep­pe Ga­ri­bal­di (1807–1882) – wło­ski re­wo­lu­cjo­ni­sta, żoł­nierz i po­li­tyk, ode­grał zna­czą­cą rolę w pro­ce­sie jed­no­cze­nia państw Pół­wy­spu Ape­niń­skie­go, za­po­cząt­ko­wa­nym w 1859 roku.

3 W tym cza­sie w Chi­nach mia­ły miej­sce: po­wsta­nie taj­pin­gów (1851–1864), po­wsta­nia mu­zuł­mań­skie w po­łu­dnio­wo-za­chod­nich (1855–1873) i pół­noc­no-za­chod­nich Chi­nach (1862–1877).

4pro­pha­nus vul­gus, z łac. „nie­oświe­co­ny tłum” (odi pro­fa­num vul­gus et arce, z łac., Ho­ra­cy, Car­mi­na III, I,1 – „nie­na­wi­dzę nie­oświe­co­ne­go tłu­mu i uni­kam go”)

5me Her­cu­le, z łac. „mój Her­ku­le­sie”

6stę­kać – na­rze­kać

II

Całe ob­szer­ne po­dwó­rze, od­dzie­lo­ne od uli­cy szta­che­ta­mi że­la­zny­mi, za­peł­nio­ne było tłu­mem cie­kaw­skich. Wszyst­kie ku­mosz­ki z oko­li­cy, wszy­scy próż­nia­cy miej­scy zbie­gli się tu­taj, żeby przy­pa­trzyć się ta­jem­ni­cze­mu szkie­le­to­wi, za­się­gnąć wia­do­mo­ści, po­ga­dać wresz­cie o nie­sły­cha­nym wy­pad­ku. Naj­roz­ma­it­sze zda­nia i wie­ści się krzy­żo­wa­ły. Wśród ze­bra­nych krę­cił się ni­ski, kręp­ki, brzyd­ki jak nie­szczę­ście re­por­ter dzien­ni­kar­ski, z cy­ga­rem w ustach, w ka­pe­lu­szu wiel­kim na gło­wie, z teką pod pa­chą i ołów­kiem w ręku, nad­słu­chi­wał pil­nie, co mó­wio­no i skrzęt­nie no­to­wał coś na ka­wał­ku pa­pie­ru.

Do środ­ka dwor­ku, na wpół już zbu­rzo­ne­go, po­li­cja nie wpusz­cza­ła ni­ko­go, w sku­tek cze­go zbie­go­wi­sko obie­ga­ły naj­dzi­wacz­niej­sze, a za­wsze kłam­li­we i prze­sa­dzo­ne wie­ści.

Mó­wio­no, że nie je­den, ale kil­ka szkie­le­tów zna­le­zio­no, że tu kie­dyś ktoś praw­dzi­wą rzeź ludz­ką urzą­dził. Wło­sy na gło­wie po­wsta­wa­ły, ja­kie okrop­no­ści so­bie opo­wia­da­no. Ja­kaś tęga, tłu­sta, spo­co­na jak mysz jej­mość, ubra­na w chust­kę i brud­ny tro­chę cze­piec, na­ło­żo­ny na ba­kier, sta­ła na środ­ku, z rę­ka­mi pulch­ny­mi wspar­ty­mi na wy­dat­nym brzusz­ku i gło­śno roz­pra­wia­ła:

– O, la­bo­ga, wiel­kie rze­czy! Ko­ścio­trup! Abo to w War­sza­wie je­den je ko­ścio­trup. Na bez­rok1 mój po­szedł so­bie na Sza­ską Kię­pę2 uko­pać ko­rze­nia, wie kuma ja­kie­go… tego… tego…

– Wiem, wiem! – od­po­wia­da­ła dru­ga, chu­da, zwię­dła, za­pra­co­wa­na i utra­pio­na ja­kaś, wspie­ra­jąc bro­dę na ręku.

– Po­szedł tedy i co ko­pie, a ko­pie, a tu buch! Coś mu trza­sło…

– W ple­cach! – za­wo­łał ja­kiś dow­cip­niś z tłu­mu.

Roz­legł się po­wszech­ny śmiech, a tłu­sta jej­mość od­wró­ci­ła się i pa­ła­ją­cym wzro­kiem po­czę­ła szu­kać dow­cip­ni­sia.

– Nie w ple­cach – mó­wię… wi­dzi­cie go! Trza­sło mu jeno coś pod szpa­dlem, a to był ko­ścio­trup…

– Kota zde­chłe­go! – ktoś inny za­wo­łał.

– Owa! Wi­dzi­cie ich! Jacy mi mą­dra­le. A nie po­szedł­byś le­piej, ło­bu­zie, do ro­bo­ty, nie tu bę­dziesz prze­drzeź­niać po­rząd­ne ko­bie­ty! On my­śli, co każ­dy ma jeno gię­be od pa­ra­dy. A wara! A za­sie! Że­bym się jeno Boga nie bała, to bym cię tak zwy­my­śla­ła, urwi­sie ja­kiś, żeby ci aż w pię­ty po­szło.

Re­por­ter przy­słu­chi­wał się ja­kiś czas tej roz­mo­wie, po czym po­cią­gnął gło­śno cy­ga­ro i kro­kiem wol­nym ru­szył ku dwor­ko­wi do gru­py po­li­cjan­tów sto­ją­cych przed do­mem.

Wła­śnie w tej chwi­li uka­za­li się na dzie­dziń­cu dok­tor i Ry­szard Lwie Ser­ce He­li­glas.

– Na próż­no­śmy tu przy­szli – rzekł swym znie­chę­co­nym to­nem mło­dzie­niec. – Szkie­le­tu już nie oba­czy­my. Po­li­cja stoi i ni­ko­go nie wpusz­cza do środ­ka…

– Za­raz! Za­raz! – ozwie się na to He­li­glas, wspi­na­jąc się na pal­cach, i oglą­da­jąc się do­ko­ła. – Fe­sti­na len­te!3, mó­wi­li sta­ro­żyt­ni, i do­brze mó­wi­li. Chodź tyl­ko za mną, mło­dzień­cze, a uj­rzysz to, cze­go pra­gniesz.

– Wła­ści­wie mó­wiąc, to ja wca­le tego nie pra­gnę.

Na te sło­wa, wy­gło­szo­ne tym to­nem me­lan­cho­lii i znu­że­nia, któ­ry był cha­rak­te­ry­stycz­ną ce­chą bla­de­go mło­dzień­ca, He­li­glas się za­trzy­mał, od­stą­pił parę kro­ków w tył i mie­rząc to­wa­rzy­sza od stóp do głów swym pa­lą­cym wzro­kiem, za­wo­łał pa­te­tycz­nym gło­sem:

– I to mi mówi mło­dy czło­wiek dwa­dzie­ścia kil­ka wio­sen za­le­d­wie li­czą­cy, przed któ­rym cały świat, ten wiel­ki, ol­brzy­mi świat ludz­ki stoi otwo­rem. Więc cóż to za mło­dzież jest te­raz, bo­go­wie! Czyż nie ma w was ani jed­ne­go ner­wu, ani jed­nej kro­pel­ki tego, co lu­dzie na­zy­wa­ją cie­ka­wo­ścią? Nie, mło­dzień­cze, ka­pła­nie Esku­la­pa, uczniu Hi­po­kra­te­sa, jak cię ten głu­piec Win­cen­ty na­zy­wa, nie! Cie­ka­wość jest pierw­szym stop­niem do do­sko­na­ło­ści, mat­ką wszyst­kich wiel­kich dzieł, od­kryć i wy­na­laz­ków ludz­kich. Ale chodź­my, bo wi­dzę, że ten ga­ze­ciarz Gold­sing pra­gnie tak­że do­stać się do środ­ka i per­trak­ta­cje pro­wa­dzi z po­li­cją.

To rze­kł­szy, ru­szył swym drob­nym, zdu­mie­wa­ją­co lek­kim przy ta­kiej becz­ce sa­dła, kro­kiem, ku gru­pie po­li­cjan­tów, przed któ­ry­mi stał re­por­ter z cy­ga­rem w ustach i mó­wił:

– En­fin4, sło­wo ho­no­ru daję… że… praw­dę po­wie­dziaw­szy… bo to pa­no­wie wi­dzi­cie… wca­le nie ro­zu­miem…

– Dzień do­bry, pa­nie Gold­sing! – za­wo­łał He­li­glas.

– Dzień do­bry! – mruk­nął re­por­ter i wy­cią­gnął swą dużą, brzyd­ką łapę, któ­rą wprzód ob­tarł o sur­dut, do przy­by­wa­ją­ce­go He­li­gla­sa.

– O cóż to panu idzie? – spy­tał ten ostat­ni.

– Ma foi…5 wy­staw pan so­bie… że praw­dę po­wie­dziaw­szy… ci pa­no­wie… Sło­wo ho­no­ru daję… wca­le nie ro­zu­miem…

He­li­glas wy­do­był pu­deł­ko z cu­kier­ka­mi, otwo­rzył i po­da­jąc je re­por­te­ro­wi, rzekł:

– Może pan spró­bu­jesz?

– Ow­szem.

I się­gnął pał­ko­wa­ty­mi pal­ca­mi, i wziął kil­ka cu­kier­ków, po czym He­li­glas zwró­cił się do po­li­cjan­tów i skło­niw­szy się im grzecz­nie, rzekł:

– Mogę pa­nów po­czę­sto­wać tymi sło­dy­cza­mi? Za­pew­niam pa­nów, że to wy­bor­nie robi na nudy, na wszel­kie hu­mo­ry i na ko­niec na żo­łą­de­czek.

Po­li­cjan­ci z uśmie­chem spo­glą­da­li na dzi­wacz­ną fi­gu­rę, sto­ją­cą przed nimi, wzię­li jed­nak po parę cu­kier­ków. Usku­tecz­niw­szy to, He­li­glas sta­ran­nie za­mknął pu­deł­ko, scho­wał je do kie­sze­ni i zwra­ca­jąc się do re­por­te­ra, rzekł:

– Te­raz, sza­now­ny nasz re­dak­to­rze, racz po­wie­dzieć, o co ci idzie? Tyl­ko (tu wy­do­był ślicz­ny zło­ty ze­ga­rek, i pa­trząc na nie­go, mó­wił) ostrze­gam pana z jed­ną rze­czą. Te­raz mamy go­dzi­nę pią­tą, a ja punk­tu­al­nie od lat dwu­dzie­stu o go­dzi­nie ósmej idę do re­stau­ra­cji i tam jem ko­la­cję. Je­że­li więc sza­now­ny re­dak­tor nie przy­śpie­szy rwą­ce­go po­to­ku swej wy­mo­wy, ja mogę się spóź­nić, choć co praw­da te­raz jest jesz­cze dzień o ósmej… O cóż więc idzie?

– O to, że… en­fin… ci pa­no­wie nie chcą mię… ma foi… pu­ścić do środ­ka.

– A! To jest tyl­ko nie­po­ro­zu­mie­nie, pro­ste nie­po­ro­zu­mie­nie. Sza­now­ni pa­no­wie! (Tu zdjął z gło­wy swój bia­ły ka­pe­lusz i kła­niał się po­li­cjan­tom) – ja je­stem Ry­szard Lwie Ser­ce He­li­glas, nie­gdyś, nie­ste­ty, sic trans­it glo­ria mun­di6, sław­ny mu­zyk, wir­tu­oz, dziś eme­ryt, do usług czci­god­nych pa­nów. To… (tu wska­zał na re­por­te­ra), jest pan Alek­san­der Gold­sing, zna­ny i po­wszech­nie ce­nio­ny nasz re­dak­tor, to zaś (ob­ró­cił się ku sto­ją­ce­mu opo­dal mło­dzień­co­wi) – pan Wła­dy­sław Żubr, le­karz fa­kul­te­tu war­szaw­skie­go, słoń­ce wscho­dzą­ce na­uki, ju­trzen­ka bu­dzą­ca wiel­kie na­dzie­je.

Jesz­cze raz z po­wa­gą skło­nił się po­li­cjan­tom i wło­żył swój bia­ły ka­pe­lusz na gło­wę.

– En­fin – mruk­nął re­por­ter, nie wyj­mu­jąc cy­ga­ra z ust – pra­gnął­bym wie­dzieć…

– No, to i do­brze – ozwie się je­den z po­li­cjan­tów. – Cóż pa­no­wie chcą?

– Cze­go my chce­my? O, czci­god­ny re­pre­zen­tan­cie wła­dzy! Chce­my po pro­stu, ze wzglę­dów wyż­szych, mó­wię, ze wzglę­dów wyż­szych, do­stać się do tego domu i oba­czyć wy­ko­pa­ny z zie­mi szkie­let.

– Nie moż­na! – od­parł spo­koj­nie po­li­cjant.

He­li­glas jesz­cze raz do­był pu­deł­ka z cu­kier­ka­mi, znów ob­dzie­lił nimi obec­nych, przy­czym re­por­ter Bóg wie z cze­go śmiać się za­czął i mó­wił:

– To dziw­ne, ma foi… ja je­stem za­wsze… wi­dzi­cie pa­no­wie… do­brze z wła­dzą… więc sło­wo ho­no­ru…

He­li­glas roz­po­czął dal­sze per­trak­ta­cje z po­li­cjan­ta­mi i po dość dłu­gim spo­rze w re­zul­ta­cie po­sta­wił na swo­im i na cze­le dwóch to­wa­rzy­szy wkro­czył try­um­fal­nie do środ­ka. Gdy się już zna­leź­li w pierw­szym po­ko­ju, na lewo od wej­ścia, re­por­ter rzekł, wyj­mu­jąc cy­ga­ro z ust i splu­wa­jąc: