Opis

Liść akacji jest powieścią kryminalną, której akcja rozgrywa się w gminie Zalesie w upalne lato 1834 roku. Do podsędka sądu pokoju przychodzi list z wezwaniem do zajęcia się sprawą nagłej śmierci młodej panny, Felicji Łapszyńskiej. Zabiera on ze sobą protokolistę Wierzgalskiego i udają się do dworku, w którym Felicja mieszkała razem z ojczymem i macochą. Na miejscu okazuje się, że sprawa jest bardziej zawiła, niż się na początku wydawało. Właściciele dworku chcą szybko pozbyć się przedstawicieli prawa, a doktor zajmujący się Felicją usilnie przekonuje przybyłych, że zmarła ona na tyfus. Tymczasem jej przyjaciółka twierdzi, że było to morderstwo! Mówi, że opiekunowie Felicji chcieli coś na niej wymusić oraz że biedna dziewczyna żyła w ciągłym strachu, a obie panny były śledzone. Czyżby ktoś przyczynił się bezpośrednio do jej śmierci? Czyje widmo widział jeden z parobków? Być może kluczem do rozwiązania zagadki będzie tytułowy liść akacji...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 179

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Wa­le­ry Przy­bo­row­ski

Liść aka­cji

Re­dak­cja

Be­ata Goł­kow­ska

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Skład

Ma­ria Ba­ra­now­ska

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie wy­da­nia:

„Ga­ze­ta Kie­lec­ka” 1822, nr 25–32, 34, 36, 38–39, 42; 1876, nr 1–15

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-483-7

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: [email protected]

Część pierwsza

Po nitce do kłębka

I

Ostat­nie dni lip­ca 1834 roku od­zna­cza­ły się nie­zwy­kły­mi desz­cza­mi i tro­pi­kal­ny­mi pra­wie mgła­mi, tak że roz­po­czy­na­ją­ce się w tym cza­sie żni­wa za­po­wia­da­ły rol­ni­kom fa­tal­ną przy­szłość. Do­pie­ro 30 dnia tego mie­sią­ca na­sta­ła naj­pięk­niej­sza po­go­da, jak gdy­by wy­na­gro­dzić chcia­ła do­tych­cza­so­we chło­dy, słoń­ce tak sil­nym pa­li­ło ża­rem przez cały dzień, że na­wet w cie­niu było nie­zno­śnie go­rą­co.

Wie­czo­rem tego sa­me­go dnia pod­sę­dek1 sądu po­ko­ju2 mia­stecz­ka P**, zmę­czo­ny pre­zy­do­wa­niem3 na trzech aż ra­dach fa­mi­lij­nych4, któ­re w dniu tym mia­ły miej­sce, ubraw­szy się w le­ciut­ki ja­kiś ku­bra­czek5, ka­zał wy­nieść stół do ogro­du przy swo­im domu i za­siadł­szy tam ocze­ki­wał, aż żona przy­rzą­dzi ko­la­cję. Roz­kosz­ny chłód pa­no­wał w ogro­dzie, sta­ra, prze­pysz­na6 lipa, pod któ­rą umiesz­czo­no stół, szem­ra­ła słod­ko, łą­cząc swój po­waż­ny głos z mi­lut­kim szcze­bio­tem mło­dziut­kiej żony pod­sęd­ka. Ci­sza wo­ko­ło pa­no­wa­ła głę­bo­ka, z dala do­bie­gał tyl­ko śpiew lu­dzi wra­ca­ją­cych od żni­wa, szmer ja­kiś sen­ny, nic wię­cej…

Pod­sę­dek, któ­re­go zwać bę­dzie­my da­lej w uprosz­cze­niu sę­dzią, wsłu­chał się w te szme­ry na­tu­ry i cie­szył się już, że na ło­nie ro­dzi­ny prze­pę­dzi ten wspa­nia­ły let­ni wie­czór, kie­dy we­szła słu­żą­ca i od­da­ła mu list za­pie­czę­to­wa­ny urzę­do­wą pie­czę­cią wój­ta gmi­ny Za­le­sie.

Zo­ba­czyw­szy to, sę­dzia mruk­nął gniew­nie i spy­tał:

– Kto to przy­niósł?

– Kon­ny po­sła­niec ja­kiś przy­wiózł i cze­ka.

– Za­wo­łaj go tu.

Dziew­czy­na wy­szła, a sę­dzia z gnie­wem ro­ze­rwał pie­częć i czy­tał. Wójt gmi­ny do­no­sił mu z urzę­du, że we wsi Za­le­sie dzi­siej­szej nocy zmar­ła na­gle cór­ka dzie­dzicz­ki, pan­na Fe­li­cja Łap­szyń­ska, że są sil­ne po­dej­rze­nia, iż nie umar­ła śmier­cią na­tu­ral­ną, że za­tem ma za­szczyt upra­szać pod­sęd­ka o przy­jazd na miej­sce i prze­pro­wa­dze­nie śledz­twa, i to w jak naj­krót­szym cza­sie, gdyż zwło­ki z po­wo­du go­rą­ca po­czy­na­ją się już psuć.

– Że też to czło­wiek ni­g­dy spo­koj­ny być nie może – mruk­nął sę­dzia, prze­czy­taw­szy ten ra­port – nie ma rady, trze­ba je­chać!

W tej­że chwi­li wszedł po­sła­niec. Sę­dzia zo­ba­czyw­szy go, spy­tał jesz­cze z gnie­wem:

– Jak da­le­ko stąd do Za­le­sia?

– Bę­dzie ze czte­ry mile – od­rzekł chłop, zdej­mu­jąc czap­kę i dra­piąc się po gło­wie.

– Kie­dy cię wójt wy­słał?

– Dziś rano.

– To ty, dur­niu, do­pie­ro te­raz przy­jeż­dżasz?

– Dro­ga strasz­nie kiep­ska – i koń mi się ochwa­cił7.

– Bo­daj cię kat spa­lił, trut­niu – hej, Ma­ry­sia, wo­łaj mi Bła­że­ja.

Bła­żej był woź­nym są­do­wym.

Dziew­czy­na znów po­bie­gła, a sę­dzia mó­wił do żony, żeby pręd­ko po­da­wa­no ko­la­cję i wy­szedł ubrać się szyb­ko.

Nie­dłu­go nad­szedł Bła­żej, czło­wiek siwy, ale z no­sem fio­le­towm, co do­wo­dzi­ło, że nie gar­dził moc­ny­mi trun­ka­mi.

– Je­stem na roz­ka­zy pana sę­dzie­go.

– Tyś zno­wu pi­ja­ny.

– Jako żywo, nie, pa­nie sę­dzio.

– No, ru­szaj mi po pana Wierz­gal­skie­go, żeby za­raz przy­cho­dził, bo po­je­dzie­my na śledz­two.

Wierz­gal­ski peł­nił funk­cję pro­to­ko­li­sty8 przy są­dzie po­ko­ju w P**.

– Po­tem po­je­dziesz do dok­to­ra K** i po­pro­sisz go, żeby tak­że przy­szedł, a po­tem za­przę­gaj do na­je­ty­czan­ki…9, tyl­ko już nic nie pij, bo bę­dziesz po­wo­ził – pro­szę cię, Bła­że­ju.

– Ale niech pan sę­dzia bę­dzie spo­koj­ny.

W pół go­dzi­ny zja­wił się pan Wierz­gal­ski, pro­to­ko­li­sta, ubra­ny w ja­kieś płó­cien­ne okry­cie, za­spa­ny już i zie­wa­ją­cy. Był to czło­wiek nie­mło­dy, szczu­pły i su­chy10, o oczach du­żych, czar­nych i by­strych. Skło­nił się nie­dba­le sę­dzie­mu, mó­wiąc przy tym:

– My­śla­łem, że przy­naj­mniej tej nocy się wy­śpię.

– Ba…! Pan ni­g­dy wy­spać się nie mo­żesz.

– O tak – od­rzekł, zie­wa­jąc – w isto­cie, mnie za­wsze spać się chce.

To mó­wiąc, usiadł w fo­te­lu i za­czął drze­mać. Ale nie­dłu­go od­da­wał się kul­to­wi Mor­fe­usza11, bo dok­tor nad­szedł, a za nim Bła­żej dał znać, że ko­nie już za­przę­żo­ne. Ru­szo­no więc w dro­gę.

Noc była pięk­na, cie­pła, ci­cha, księ­ży­co­wa. Nie­bo bez chmur­ki, czy­ste i po­god­ne świe­ci­ło mi­liar­da­mi gwiazd i la­zu­rem ciem­nym. Wo­ko­ło pa­no­wa­ło sen­ne mil­cze­nie, od cza­su do cza­su tyl­ko do­bie­gał do uszów ja­dą­cych świer­got prze­piór­ki lub szmer ja­kiś nie­uchwyt­ny. Na brycz­ce, gdzie było dość cia­sno, drze­mał spo­koj­nie pro­to­ko­li­sta, dok­tor przy­pa­try­wał się księ­ży­co­wi, a sę­dzia co chwi­la bu­dził Bła­że­ja, któ­ry za­sy­piał, ki­wa­jąc się na koź­le12. Dro­ga była fa­tal­na – roz­mo­kła dłu­gi­mi desz­cza­mi, peł­na ka­łuż, tłu­ste­go bło­ta i gru­dy13, nie po­zwa­la­ła po­spie­szać, tak że do­pie­ro nad ra­nem, zmę­cze­ni, w fa­tal­nym hu­mo­rze do­je­cha­li do Za­le­sia.

Ra­nek był mgli­sty, sza­ry i po­spo­li­ty jak zwy­kle wszyst­kie let­nie ran­ki, oświe­tlał przed­mio­ty nie­pew­nym brza­skiem i nada­wał im wy­raz nie­okre­ślo­ne­go smut­ku. Zmę­cze­ni po­dró­żą, owia­ni tym sa­mym smut­kiem na­tu­ry, sę­dzia i jego to­wa­rzy­sze cie­ka­wie spoj­rze­li po oko­li­cy, któ­ra mia­ła się wkrót­ce stać te­atrem po­nu­re­go dra­ma­tu.

Przede wszyst­kim ude­rzy­ła ich nie­zwy­kła dzi­kość kra­jo­bra­zu. Wje­cha­li bo­wiem w nie­wiel­ką do­li­nę, oto­czo­ną ze wszyst­kich pra­wie stron czar­nym bo­rem so­sno­wym, pła­ską, po­ro­śnię­tą kar­ło­wa­ty­mi świer­ka­mi, nie­oży­wio­ną ni­czym. Dro­ga wi­jąc się przez tę do­li­nę, pro­wa­dzi­ła do dwo­ru, któ­ry wznie­sio­ny na wzgó­rzu przy­czy­niał się swo­ją bu­do­wą do spo­tę­go­wa­nia tego cha­rak­te­ru oko­li­cy, dzi­kie­go i po­nu­re­go. Dom to był wiel­ki i pię­tro­wy, czar­ny i odra­pa­ny, zbu­do­wa­ny w sty­lu XVIII wie­ku, z dwo­ma skrzy­dła­mi po bo­kach, z gan­kiem wspar­tym na czte­rech fi­la­rach – ca­łość była cięż­ka, ciem­na i po­sęp­na. Od skrzy­deł roz­cią­gał się wiel­ki ogród, któ­ry praw­do­po­dob­nie ota­czał tyły domu. Zresz­tą wsi, któ­ra le­ża­ła za la­sem, jak ob­ja­śniał prze­wod­nik, wca­le nie było wi­dać. Dwór więc stał pra­wie jak na pust­ko­wiu, nad wy­raz dzi­kim. Szcze­gól­ne ja­kieś mu­siał mieć po­wo­dy lub uspo­so­bie­nie ten, co wy­brał so­bie tu­taj miej­sce na miesz­ka­nie.

Dwór zresz­tą od fron­tu oto­czo­ny był ni­skim mu­rem z wy­so­ką bra­mą wjaz­do­wą wa­lą­cą się w gru­zy, ob­ro­słą ziel­skiem o sze­ro­kich, wa­chla­rzo­wa­tych li­ściach. Spo­za muru ster­cza­ło smut­nie kil­ka ciem­nych świer­ków i aka­cji. Ci­sza wo­ko­ło roz­cią­ga­ła się głu­cha, po­sęp­na, peł­na ja­kie­goś nie­okre­ślo­ne­go smut­ku. Nie­bo nad tym wszyst­kim było sza­re, brud­ne, tej nie­pew­nej bar­wy, jaka zwy­kle oznaj­mia bu­dzą­cy się dzień. Zza lasu krwa­wi­ła się tyl­ko szkar­ła­tem wscho­dzą­ce­go słoń­ca smu­ga błę­ki­tu…

Sę­dzia, któ­ry z na­tu­ry był we­so­łe­go uspo­so­bie­nia i nie lu­bił smut­ku, stra­cił do resz­ty hu­mor i był w jak naj­gor­szym na­stro­ju na wi­dok tej oko­li­cy, tych la­sów, tego domu i tego nie­ba… Pro­to­ko­li­sta mru­czał coś pod no­sem, dok­tor pa­trzył cie­ka­wie, a Bła­żej że­gnał się i mó­wił pa­cierz.

Wje­cha­li przez wa­lą­cą się bra­mę wjaz­do­wą na duży dzie­dzi­niec, za­ro­sły tra­wą, by­li­cą, ło­pu­chem, sło­wem wszel­kim pa­so­żyt­ni­czym ziel­skiem14. Kie­li­chy sza­le­ju15 le­ni­wie roz­wie­ra­ły się do wscho­dzą­ce­go słoń­ca. Przez te za­ro­śla krzy­żo­wa­ło się kil­ka ście­żek wy­dep­ta­nych w róż­nych kie­run­kach.

Na dzie­dziń­cu były pust­ki – tyl­ko sta­re ja­kieś, ochry­płe psi­sko wy­wle­kło się spod ziel­ska, za­szcze­ka­ło i uty­ka­jąc na jed­ną nogę, znik­nę­ło wkrót­ce. Okna w ca­łym domu za­mknię­te były na dole okien­ni­ca­mi, na pię­trze po­za­sła­nia­ne zie­lo­ny­mi szto­ra­mi16. Wszę­dzie była ci­sza, pust­ka gro­bo­wa, ru­ina pra­wie… Z tego po­sęp­ne­go domu do­cho­dził ja­kiś tru­pi za­pach śmier­ci – smut­no, dzi­ko, strasz­no tu było nad wy­raz…

Sta­nę­li przed gan­kiem, wy­sie­dli. Bła­żej strze­lał z bi­cza, a żywa du­sza się nie po­ka­za­ła. Do­pie­ro po nie­ja­kiej chwi­li zza wę­gła17 domu wy­szedł za­spa­ny wie­śniak w sier­mię­dze18, z za­pał­ką w ręku i się po­kło­nił:

Zo­ba­czyw­szy go sę­dzia, zły, krzyk­nął:

– Czy je­steś tu­tej­szy?

– Nie, pro­szę wiel­moż­ne­go pana.

– Więc co tu ro­bisz?

– Je­stem na stra­ży – wójt mnie pod oknem nie­boszcz­ki pa­nien­ki po­sta­wi­li.

– Aha! Czy tu nikt w tym domu nie miesz­ka?

– Miesz­ka dzie­dzic, dzie­dzicz­ka i… wszy­scy.

– A nie otwie­ra­ją?

– Bo śpią – trze­ba się do­bi­jać.

Po­czę­to się więc do­bi­jać. Upły­nę­ło tro­chę cza­su, za­nim z roz­czo­chra­nym łbem, za­spa­ny, zie­wa­ją­cy, boso i w li­be­ryj­nym19 fra­ku słu­ga otwo­rzył drzwi. Sę­dzia zły okrut­nie, huk­nął na nie­go.

– Cze­mu, dur­niu, nie otwie­rasz, kie­dy wiesz, że sąd ma zje­chać!

Lo­kaj się tłu­ma­czył, jak mógł – i za­pro­wa­dził go­ści do ob­szer­ne­go po­ko­ju, któ­re­go okna wy­cho­dzi­ły na tyły domu, na ogród.

Sę­dzia ka­zał mu na­sta­wić sa­mo­war20, przy­nieść wód­ki, prze­ką­sek, a Bła­że­ja z po­słań­cem wy­pchnął do wój­ta z we­zwa­niem, aby na­tych­miast się sta­wił. Lo­ka­jo­wi za­ka­zał bu­dzić ko­go­kol­wiek w domu.

To uczy­niw­szy, usiadł w wiel­kim fo­te­lu i spoj­rzał na ogród, któ­ry dzi­ko­ścią swo­ją i za­nie­dba­niem zu­peł­nie od­po­wia­dał ca­ło­ści. Drzew w nim było mnó­stwo, ogrom­nych, sta­rych, two­rzą­cych prze­pysz­ne szpa­le­ry, choć buj­nie za­ro­śnię­te tra­wą i ziel­skiem. Nie­da­le­ko okien ro­sło kil­ka aka­cji, tak bli­sko, że otwo­rzyw­szy okno, ga­łę­zie ich do­sta­wa­ły się do po­ko­ju.

Sam po­kój wresz­cie był duży, o trzech oknach, skrom­nie, ale ele­ganc­ko ume­blo­wa­ny. Na ścia­nie na wprost drzwi wi­siał w zło­co­nych ra­mach por­tret ja­kie­goś blon­dy­na z wy­ra­zem smut­ku i re­zy­gna­cji na twa­rzy. Na ma­leń­kim sto­licz­ku przy oknie le­żał pęk zwię­dłych i star­tych gwał­tow­nie li­ści aka­cji, ja­kaś za­czę­ta ro­bót­ka ko­bie­ca, nic wię­cej…

Przy­nie­sio­no sa­mo­war i lo­kaj za­wia­do­mił sę­dzie­go, że pan dzie­dzic usły­szaw­szy, że ktoś za­je­chał, ubie­ra się i za­raz przyj­dzie, jak rów­nież pani. Sę­dzia, na­law­szy so­bie her­ba­ty, kiw­nął na to gło­wą i nic nie od­rzekł, ale pro­to­ko­li­sta mru­gnąw­szy okiem na sę­dzie­go, zbli­żył się nie­dba­le do sto­łu i na­le­wa­jąc so­bie kie­li­szek wód­ki, spy­tał lo­ka­ja:

– Czy to do­bra wód­ka?

Lo­kaj miał minę skoń­czo­ne­go ga­pia – mó­wił wol­no, mimo to po­ły­kał wy­ra­zy i se­ple­nił.

– Do­sko­na­ła – od­rzekł – na­lew­ka wi­śnio­wa, sam pan ją przy­rzą­dził.

Pro­to­ko­li­sta na­lał, wy­pił, ode­tchnął i rzekł:

– W isto­cie do­bra – to twój pan, wi­dzę, zna się na wód­kach.

– A tak, pro­szę pana.

– Hm! A jak się twój pan na­zy­wa?

– Paul Ro­bert, pro­szę pana.

– Czy Po­lak?

– Nie, lu­te­ra­nin, pro­szę pana.

– Głu­piś! – mruk­nął pro­to­ko­li­sta.

Lo­kaj się uśmiech­nął na­iw­nie i rzekł:

– Mnie to wszy­scy mó­wią, że ja głu­pi, pro­szę pana, ale mnie się to nie wi­dzi.

– Czy to por­tret two­je­go pana? – py­tał da­lej pro­to­ko­li­sta.

– Nie! To nie­bosz­czy­ka, pana Łap­szyń­skie­go.

– Aha! Więc pan Paul jest oj­czy­mem nie­boszcz­ki, pan­ny Łap­szyń­skiej?

– Tak, pro­szę pana. A pani jest ma­co­chą.

– Jak to? Więc obo­je pań­stwo Łap­szyń­scy nie żyją?

– E! To nie tak jest, pro­szę pana. Pierw­sza żona pana Łap­szyń­skie­go, a mat­ka pan­ny Fe­li­cji, umar­ła i pan się oże­nił z dru­gą, te­raź­niej­szą na­szą pa­nią. A jak pan Łap­szyń­ski umarł, pani po­szła za pana Pau­la.

– Aaa! – mru­czał pro­to­ko­li­sta. – To strasz­nie za­wi­ła hi­sto­ria. Czy daw­no tu je­steś, ko­chan­ku?

– Bę­dzie trzy lata na św. Mi­cha­ła.

W tej chwi­li wszedł wójt gmi­ny Za­le­sie i prze­rwał roz­mo­wę. Pro­to­ko­li­sta ski­nął na lo­ka­ja, aby wy­szedł, a po­tem zbli­żył się do sę­dzie­go i rzekł:

– Pa­nie sę­dzio, trze­ba na­pi­sać we­zwa­nie do na­czel­ni­ka żan­dar­me­rii21, żeby nam przy­słał siłę zbroj­ną.

– Czy to po­trzeb­ne, pa­nie Wierz­gal­ski? – spy­tał nie­chęt­nie sę­dzia.

– Ko­niecz­ne, pa­nie sę­dzio.

– Ha, to na­pisz pan.

Pro­to­ko­li­sta usiadł i na­pi­sał, a wójt na­tych­miast wy­słał z eks­pe­dy­cją kon­ne­go po­słań­ca.

Przypisy

1pod­sę­dek – urzęd­nik są­do­wy, za­stęp­ca sę­dzie­go w spra­wach cy­wil­nych i czyn­no­ściach no­ta­rial­nych

2 Sąd po­ko­ju – in­sty­tu­cja orze­ka­ją­ca w drob­nych spra­wach cy­wil­nych, ist­nie­ją­ca na zie­miach pol­skich w XIX i w po­cząt­kach XX wie­ku.

3pre­zy­do­wa­nie – prze­wod­ni­cze­nie

4 Rada fa­mi­lij­na – rada star­szych, któ­ra roz­strzy­ga­ła w waż­nych wy­pad­kach, gdy cho­dzi­ło o sprze­daż dóbr, któ­re na­le­ża­ły do nie­let­nich, o spo­sób wy­cho­wy­wa­nia, wy­da­nie cór­ki za mąż, od­su­nię­cie od opie­ki opie­ku­na.

5ku­bra­czek – tu­taj w zna­cze­niu lek­kiej kurt­ki

6prze­pysz­na – do­rod­na

7ochwa­cić – o ko­niu: do­stał ochwa­tu, czy­li gość­co­we­go za­pa­le­nia mięk­kich czę­ści ko­py­ta

8pro­to­ko­li­sta (pro­to­ko­lant) – oso­ba za­pi­su­ją­ca prze­bieg roz­pra­wy, po­sie­dze­nia

9na­je­ty­czan­ka (naj­ty­czan­ka, nej­ty­czan­ka) – czte­ro­ko­ło­wy po­jazd kon­ny z wy­pla­ta­nym pod­wo­ziem

10su­chy – po­tocz­nie: szczu­pły lub w in­nym zna­cze­niu: oschły

11 Mor­fe­usz – w mi­to­lo­gii grec­kiej bóg snu, uoso­bie­nie ma­rzeń sen­nych.

12ko­zioł – w brycz­ce: przed­nie sie­dze­nie dla woź­ni­cy

13gru­da – bry­ła (zie­mi)

14by­li­ca, ło­puch (ło­pian) – chwa­sty

15sza­lej – tru­ją­ca ro­śli­na wie­lo­let­nia z kwia­ta­mi drob­ny­mi, bia­ły­mi, z wy­kształ­co­nym kie­li­chem, ze­bra­ne w bal­da­chy

16szto­ra (sto­ra) – za­sło­na

17wę­gieł – na­ro­że (domu)

18sier­mię­ga – wierzch­nie ubra­nie, w daw­nej Pol­sce no­szo­ne przez chło­pów

19li­be­ryj­ny – od li­be­ria: ubiór no­szo­ny przez służ­bę, cza­sem w ko­lo­rze cha­rak­te­ry­stycz­nym dla dwor­skie­go her­bu

20sa­mo­war – urzą­dze­nie do przy­go­to­wy­wa­nia her­ba­ty

21 Żan­dar­me­ria – w XIX i na po­cząt­ku XX wie­ku od­dzia­ły po­li­cji pań­stwo­wej peł­nią­ce funk­cję służ­by po­rząd­ko­wej i po­li­cji po­li­tycz­nej.

II

W tym cza­sie sę­dzia sie­dział ze znu­dzo­ną miną i po­pi­jał her­ba­tę, mil­cząc. Dok­tor cho­dził po po­ko­ju i tak­że mil­czał, tyl­ko pro­to­ko­li­sta był nie­zwy­kle oży­wio­ny, a wiel­kie jego oczy bły­ska­ły ogniem i siłą. Sko­ro wy­sła­no we­zwa­nie do żan­dar­me­rii, zbli­żył się do wój­ta i usiadł na krze­śle tuż przy nim. Rzekł:

– Mamy chwil­kę wol­ne­go cza­su – niech pan opo­wie, co wie o śmier­ci pan­ny Fe­li­cji Łap­szyń­skiej.

Wójt był czło­wie­kiem mą­drym, o twa­rzy du­żej, in­te­li­gent­nej – był on wła­ści­cie­lem są­sied­niej do Za­le­sia wio­ski.

– Nie­wie­le ja wiem, ale je­śli mam ja­kieś po­dej­rze­nia, to zda­je mi się, że są uza­sad­nio­ne.

– Słu­cha­my.

– Wczo­raj rano przez lo­ka­ja An­to­nie­go, któ­re­go pa­no­wie już zna­cie, pan Paul za­wia­do­mił mnie, że po­przed­niej nocy zmar­ła na­gle pan­na Fe­li­cja Łap­szyń­ska. Nie­boszcz­ka cho­ra już była od kil­ku ty­go­dni, ale w przed­dzień śmier­ci mia­ła się o wie­le le­piej, dla­te­go za­pra­gnę­ła wy­je­chać do War­sza­wy i w tym celu na­wet wsta­ła z łóż­ka, chcąc spa­ko­wać swo­je rze­czy. Fakt jej na­głej śmier­ci bar­dzo mnie zdzi­wił.

– Czy nie wie pan, dla­cze­go chcia­ła je­chać do War­sza­wy? – spy­tał pro­to­ko­li­sta.

– Nie wiem, zda­je mi się, że do ro­dzi­ny swo­je­go na­rze­czo­ne­go.

– A więc mia­ła na­rze­czo­ne­go?

– Mia­ła, ale praw­do­po­dob­nie prze­by­wa on te­raz w Ru­mu­nii jako in­ży­nier.

– Mów pan da­lej.

– Otrzy­maw­szy we­zwa­nie Pau­la, na­tych­miast zje­cha­łem na miej­sce i opie­czę­to­wa­łem drzwi i okna w po­ko­ju zmar­łej oraz za­wia­do­mi­łem sąd.

– Czy wi­dział pan tru­pa?

– Wi­dzia­łem, ale tyl­ko z da­le­ka i nie­zbyt do­brze, bo leży od­wró­co­ny twa­rzą do ścia­ny.

– Wy­mień mi pan wszyst­kie oso­by za­miesz­ka­łe w tym domu.

– Naj­pierw miesz­ka tu mąż dzie­dzicz­ki, pan Ro­bert Paul.

– Wszak to jest dru­gi mąż dzie­dzicz­ki?

– Tak.

– Kim­że on był wpierw, za­nim się z nią oże­nił?

– Peł­nił u pana Łap­szyń­skie­go obo­wiąz­ki rząd­cy.

– Aha. Co to za czło­wiek?

– Hm. Ma w oko­li­cy jak naj­gor­szą opi­nię.

– Skąd on jest?

– Po­dob­no Nie­miec, trud­no zresz­tą wie­dzieć, ja­kiej jest na­ro­do­wo­ści, bo mówi wy­bor­nie w kil­ku ję­zy­kach.

– Czy miał i z Łap­szyń­ską dzie­ci?

– Wła­ści­wie nie!

– A nie­wła­ści­wie?

– A nie­wła­ści­wie… – od­rzekł wójt, uśmie­cha­jąc się. – Po­wszech­nie mó­wią, że dwo­je ma­ło­let­nich dzie­ci uro­dzo­nych jesz­cze za ży­cia nie­bosz­czy­ka Łap­szyń­skie­go było dzieć­mi Pau­la.

– To pani Paul za­pew­ne nie uży­wa lep­szej od swe­go męża opi­nii w oko­li­cy?

– O pa­nie, jak naj­gor­szej. Jest to ko­bie­ta bar­dzo pięk­na, ale nad­zwy­czaj zu­chwa­ła, za ży­cia pierw­sze­go męża pu­blicz­nie afi­szo­wa­ła się z Pau­lem. Nikt też tu nie bywa i oni u ni­ko­go nie by­wa­ją.

– Nie wie pan cza­sem, czy­je wła­ści­wie jest Za­le­sie?

– Trud­no to wie­dzieć. Ale hi­po­te­ka po śmier­ci Łap­szyń­skie­go zo­sta­ła ure­gu­lo­wa­na na imię pani Pau­lo­wej.

– Aha! Czy do­brze żyła obec­na pani Pau­lo­wa z pierw­szym swo­im mę­żem?

– Jak naj­go­rzej, i nie­szczę­śli­wy to był czło­wiek.

– Mąż prze­cież nie mógł za­pi­sać jej ma­jąt­ku, jako że miał cór­kę z pierw­szej żony.

– Coś tam tej cór­ce za­hi­po­te­ko­wał1, ale jak wie­le, to nie wiem.

Chwi­lę trwa­ło mil­cze­nie.

– Któż jesz­cze miesz­ka w tym miesz­ka­niu? – spy­tał pro­to­ko­li­sta.

– Miesz­ka tu jesz­cze pan­na Zo­fia Ostrow­ska, ro­dzo­na sio­stra na­rze­czo­ne­go śp. Fe­li­cji, przy­je­cha­ła z War­sza­wy ja­koś na wio­snę, ale od mie­sią­ca cięż­ko za­cho­ro­wa­ła na ty­fus, choć po­dob­no te­raz ma się le­piej.

– Co ona tu ro­bi­ła?

– Nie wiem, za­mel­do­wa­no mi jej na­zwi­sko, jak tyl­ko przy­je­cha­ła do Za­le­sia i nic wię­cej, stąd tyl­ko o niej wiem, nie wi­dzia­łem jej na­wet wca­le.

– Kto wię­cej tu miesz­ka?

– Miesz­ka tu jesz­cze jed­na szcze­gól­na oso­ba, ja­kiś Włoch lub Hisz­pan, któ­ry we­dług pasz­por­tu zło­żo­ne­go u mnie na­zy­wa się Gu­ido Pe­squ­ie­ra, dok­tor me­dy­cy­ny i chi­rur­gii.

– Skąd on się tu wziął?

– Przy­je­chał z War­sza­wy, tak­że na wio­snę tego roku, i cią­gle się tu bawi. Szcze­gól­na to fi­gu­ra, dzi­wy o nim opo­wia­da­ją, ma przy so­bie ogrom­ne­go psa…

W tej chwi­li otwo­rzy­ły się ci­chut­ko drzwi, wy­chy­li­ła się gło­wa łysa i gło­śny, dźwięcz­ny, sil­ny głos spy­tał:

– Czy wol­no wejść?

I nie cze­ka­jąc na po­zwo­le­nie, wszedł męż­czy­zna ni­skie­go wzro­stu, krę­py i bar­czy­sty, ubra­ny z wy­szu­ka­ną ele­gan­cją. Za­no­si­ło się na dzień sło­necz­ny i słoń­ce już zło­ty­mi pro­mie­nia­mi przez li­ście drzew za­glą­da­ło do po­ko­ju. Ubra­ny był w nan­ki­no­wy2 sur­dut i bia­łą ka­mi­zel­kę, od któ­rej od­bi­ja­ła się śnież­ną bie­lą ko­szu­la. W ręku trzy­mał an­giel­ski sło­mia­ny ka­pe­lusz i szpi­cru­tę3. Sam był, jak już zo­sta­ło po­wie­dzia­ne, ni­ski, ale do­brze i na­der pro­por­cjo­nal­nie zbu­do­wa­ny. Czo­ło wy­so­kie, łyse ota­cza­ły już nie­co si­wie­ją­ce wło­sy krót­ko przy­strzy­żo­ne, twarz była prze­ślicz­na, pięk­na pra­wie. Oczy wiel­kie, by­stre i czar­ne jak noc dziw­nie od­bi­ja­ły się od ma­to­wej twa­rzy. Z ob­li­cza i po­sta­wy wy­ka­zy­wał ude­rza­ją­ce po­do­bień­stwo do Na­po­le­ona I4. Wszedł, kła­nia­jąc się wszyst­kim grzecz­nie, i mó­wił:

– Prze­pra­szam pa­nów, je­stem Gu­ido Ro­lan­do Pe­squ­ie­ra, dok­tor me­dy­cy­ny Uni­wer­sy­te­tu Pa­dew­skie­go5. Spo­dzie­wa­łem się tu za­stać mię­dzy pa­na­mi ko­le­gę mego w Esku­la­pie6, przy­sze­dłem zwró­cić świa­tłą jego uwa­gę na szcze­gól­ny i rzad­ki ro­dzaj apo­plek­sji7, ja­kiej ule­gła uko­cha­na przez nas wszyst­kich don­na8 Fe­li­cja.

Mó­wił to gło­sem dźwięcz­nym i śpiew­nym jak głos brą­zu, wy­ra­żał się po­praw­nie, choć z cu­dzo­ziem­skim ak­cen­tem. Cały był nad wy­raz ru­chli­wy i ani przez chwi­lę nie po­tra­fił ustać w jed­nym miej­scu.

Pro­to­ko­li­sta przy­sło­nił oczy dło­nią i nie ru­sza­jąc się z miej­sca, wpa­try­wał się w nie­go. Sę­dzia wy­słu­chaw­szy go, wska­zał na dok­to­ra, któ­re­go ze sobą przy­wiózł i któ­ry stał na środ­ku po­ko­ju z rę­ka­mi za­ło­żo­ny­mi do tyłu i pa­trzył na no­we­go przy­by­sza jak w świę­ty ob­ra­zek.

Ten skło­nił mu się grzecz­nie i rzekł:

– Apo­plek­sja to z tego wzglę­du dziw­na…

W tej chwi­li sę­dzia po­rwał się i krzyk­nął:

– Wy­pędź pan tego psa, wy­pędź na­tych­miast – i co­fał się ku ścia­nie prze­ra­żo­ny.

Praw­dzi­wie było się cze­go oba­wiać. Pies, któ­ry wszedł za Pe­squ­ie­rą, był ol­brzy­mie­go wzro­stu, śnia­dej bar­wy i ja­koś nie­chęt­nie krę­cił się koło sę­dzie­go.

Pe­squ­ie­ra sko­czył i su­ro­wym gło­sem za­wo­łał:

– Nero, wyjdź stąd!

Pod­szedł do psa, po­kle­pał go bia­łą, de­li­kat­ną ręką po gło­wie i rzekł z nad­zwy­czaj­ną sło­dy­czą:

– Wyjdź stąd, mio caro9, wyjdź.

Pies spoj­rzał po­jęt­nym swym wzro­kiem w oczy Pe­squ­ie­ry, mruk­nął le­ni­wie i po­słusz­nie wy­szedł z po­ko­ju. Pe­squ­ie­ra stał i pa­trzył za nim, a gdy ten znik­nął, od­wró­cił się do sę­dzie­go i rzekł:

– Praw­da, że ład­ne stwo­rze­nie, a ła­god­ne, po­wia­dam panu, jak ba­ra­nek, a co za in­te­li­gen­cja!

Po­tem, ob­ra­ca­jąc się do dok­to­ra K**, rzekł:

– Wpraw­dzie, Pa­ra­cel­sus10, któ­re­go pan za­pew­ne czy­ta­łeś, bo któż­by tego bo­skie­go mi­strza nie czy­tał, przy­ta­cza, że był świad­kiem po­dob­ne­go ata­ku apo­plek­sji jak ten, któ­re­mu ta aniel­ska du­sza ule­gła.

W tym mo­men­cie pro­to­ko­li­sta, któ­ry do tej pory sie­dział nie­ru­cho­my i pa­trzył z cie­ka­wo­ścią na Pe­squ­ie­rę, wstał i zbli­żyw­szy się do nie­go, rzekł:

– Pan da­ru­je, że prze­rwę pa­nów dys­ku­sję, ale te­raz mó­wić o tym, pa­no­wie, nie mo­że­cie. Po sek­cji i po śledz­twie to co in­ne­go, ale nie te­raz.

Pe­squ­ie­ra spoj­rzał na nie­go i rzekł z ukło­nem:

– Nie znam do­kład­nie tu­tej­szych praw, je­stem cu­dzo­ziem­cem, mo­głem zbłą­dzić, pro­szę mi da­ro­wać – i skło­niw­szy się wy­szedł, a dłu­go jesz­cze sły­chać było jego dźwięcz­ny głos, jak wo­łał:

– Nero! Nero!Mio caro, ca­ris­si­mo ami­co, mio!11

Po­tem wi­dzia­no go, jak cho­dził po ogro­dzie wśród roz­bu­ja­łych szpa­le­rów zie­le­ni, ba­wiąc się z psem i od cza­su do cza­su nu­cąc ja­kąś śpiew­kę na nutę bar­ka­ro­li we­nec­kich12.

Dziw­na ta fi­gu­ra, peł­na ory­gi­nal­no­ści, wy­war­ła sil­ne wra­że­nie na wszyst­kich. Sę­dzia mru­czał:

– Ist­ny dia­beł.

A dok­tor szep­tał:

– Szar­la­tan, nic wię­cej – o Pa­ra­cel­sie gada…

Pro­to­ko­li­sta prze­szedł­szy się po po­ko­ju, rzekł:

– Bądź co bądź, nie po­do­ba mi się ta fi­gu­ra, co on tu robi, z ja­kie­go po­wo­du sie­dzi w Za­le­siu?

– Jako przy­ja­ciel Pau­la – od­rzekł wójt.

W tej chwi­li pro­to­ko­li­sta, cho­dząc po po­ko­ju, do­strzegł na sto­licz­ku tuż przy oknie pęk li­ści aka­cji na wpół zwię­dłych i star­tych na pro­szek. Obej­rzał je sta­ran­nie i nic nie mó­wiąc, po­ło­żył je na daw­ne miej­sce.

Dano znać, że żan­dar­me­ria przy­by­ła. Pro­to­ko­li­sta na­ka­zał wach­mi­strzo­wi13 ob­sta­wić sta­ran­nie cały dwór, ni­ko­go nie wpusz­czać i nie wy­pusz­czać aż do dal­szych roz­ka­zów. Co uczy­niw­szy, rzekł:

– No, te­raz je­stem spo­koj­niej­szy. Mo­że­my iść obej­rzeć tru­pa.

Ru­szo­no więc pod prze­wod­nic­twem wój­ta.

Przypisy

1za­hi­po­te­ko­wać – za­bez­pie­czyć wpi­sem do hi­po­te­ki

2nan­ki­no­wy – wy­ko­na­ny z nan­ki­nu, gę­ste­go ba­weł­nia­ne­go płót­na

3szpi­cru­ta – ela­stycz­ny pręt po­kry­ty skó­rą lub rze­mien­ną ple­cion­ką, sto­so­wa­ny zwy­kle przy jeź­dzie kon­nej do po­ga­nia­nia ko­nia

4 Na­po­le­on I – Na­po­le­on Bo­na­par­te (1769–1821), fran­cu­ski woj­sko­wy, pierw­szy kon­sul Re­pu­bli­ki Fran­cu­skiej, ce­sarz Fran­cu­zów, pre­zy­dent, a na­stęp­nie król Włoch i su­we­ren Wy­spy Elba.

5 Uni­wer­sy­tet Pa­dew­ski – uni­wer­sy­tet w Pa­dwie (Uni­ver­si­tà de­gli stu­di di Pa­do­va), za­ło­żo­ny w 1222 roku przez gru­pę pro­fe­so­rów i stu­den­tów z Uni­wer­sy­te­tu Bo­loń­skie­go.

6 Esku­lap – w mi­to­lo­gii grec­ko-rzym­skiej bóg sztu­ki le­kar­skiej.

7 Apo­plek­sja – uszko­dze­nie tkan­ki mó­zgo­wej spo­wo­do­wa­ne nie­do­krwie­niem pew­ne­go ob­sza­ru mó­zgu lub pęk­nię­ciem na­czy­nia krwio­no­śne­go (wy­lew); udar mó­zgu.

8don­na, z jęz. wł. – pani

9mio caro, z jęz. wł. – „mój ko­cha­ny”

10 Pa­ra­cel­sus, właśc. Phil­lip­pus Au­re­olus The­oph­ra­stus Bom­ba­stus von Ho­hen­he­im (1493–1494), z po­cho­dze­nia Szwaj­car, le­karz i przy­rod­nik, zwa­ny oj­cem me­dy­cy­ny no­wo­żyt­nej.

11Nero! Nero! Mio caro, ca­ris­si­mo ami­co, mio!, z jęz. wł. – „Nero! Nero! Mój ko­cha­ny, mój dro­gi przy­ja­cie­lu!”.

12 Bar­ka­ro­la we­nec­ka – pieśń gon­do­lie­rów z We­ne­cji.

13wach­mistrz – ko­men­dant po­ste­run­ku żan­dar­me­rii

III

Wy­szedł­szy z po­ko­ju, do­sta­li się w dłu­gi, mrocz­ny i wil­got­ny ko­ry­tarz, wy­ło­żo­ny ka­mien­ną po­sadz­ką. Czuć w nim było stę­chli­znę i pust­kę. Idąc, pro­to­ko­li­sta mó­wił do sę­dzie­go:

– Pa­nie sę­dzio, tu trze­ba na­der ostroż­nie po­stę­po­wać, mam we­wnętrz­ne prze­ko­na­nie, któ­re mi mówi, że do­ko­na­no tu szka­rad­ne­go mor­der­stwa. A o ile wi­dzę, gra­cze są nie lada i będą chcie­li spra­wie­dli­wość wpro­wa­dzić w błąd, trze­ba się więc bar­dzo pil­no­wać.

Sę­dzia się prze­stra­szył. Była to po­czci­wa du­sza, ma­szyn­ka wy­bor­na do tra­wie­nia i spa­nia, nic wię­cej. Prze­ra­zi­ła go za­tem obec­na sy­tu­acja.

– Tak pan mówi, pa­nie Wierz­gal­ski?

– Tak, pa­nie sę­dzio.