Opis

Powieść kryminalna z 1875 r., wydana pierwotnie w odcinkach. W taką noc jak ta, kiedy szaleje śnieżyca i dmie zimny, grudniowy wicher, tylko nieliczni mieszkańcy nadgranicznego X*** przemierzają ulice swej mieściny. Wśród nich tajemniczy morderca i jego ofiara. Rano sędzia Kobylański rozpoczyna śledztwo. Kim jest zamordowany mężczyzna, a kim jego oprawca? Czyje buty pozostawiły swe odciski w świeżym śniegu na miejscu zbrodni i do czyjego szala pasuje znaleziony strzępek? Wszystko zdaje się wskazywać na to, że słowa: „Tak, to były moje ślady... nie szukano dobrze, mam nawet na nogach te same buciki, jego krwią zbryzgane”, mogą okazać się prawdziwe...

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 136

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Wa­le­ry Przy­bo­row­ski

Noc z 3 na 4 grud­nia

Re­dak­cja

Mał­go­rza­ta Pi­lec­ka

Pro­jekt okład­ki

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Skład

Ma­ria Ba­ra­now­ska

Kon­wer­sja do wer­sji elek­tro­nicz­nej

Mi­ko­łaj Ja­strzęb­ski

Edy­cję opra­co­wa­no na pod­sta­wie:

„Ga­ze­ta To­ruń­ska” 1875, nr 105–128

© Co­py­ri­ght for this edi­tion by Wy­daw­nic­two LTW

ISBN 978-83-7565-456-1

Wy­daw­nic­two LTW

ul. Sa­wic­kiej 9, Dzie­ka­nów Le­śny

05-092 Ło­mian­ki

tel. 22 751-25-18

www.ltw.com.pl

e-mail: [email protected]

Hor­ror! Hor­ror! Hor­ror!

Mak­bet

I

Trzy kwa­dran­se na dwu­na­stą w nocy wy­bił ze­gar na wie­ży miej­skiej i spi­żo­wy od­głos ze­ga­ru przy­niósł wi­cher do sa­lo­nu pana Z***, w któ­rym koń­czo­no wła­śnie pul­kę pre­fe­ran­sa. Pod­sę­dek1 miej­sco­we­go sądu po­ko­ju, zwa­ny przez grzecz­ność sę­dzią, jak to wresz­cie wszę­dzie u nas jest we zwy­cza­ju, a za­tem i w po­wie­ści taki sam ty­tuł no­sić musi – otóż pan sę­dzia Ko­by­lań­ski po­wstał z krze­sła z kwa­śną nie­co miną i rzekł:

– No, prze­gra­łem, ja­koś kar­ta mi dzi­siaj wca­le nie szła.

– Ale bo też, sę­dzio ko­cha­ny, li­cy­to­wa­łeś do ośmiu, ma­jąc za­le­d­wie pro­ste – wtrą­cił je­den z gra­ją­cych.

– Li­cy­to­wa­łem, li­cy­to­wa­łem, to praw­da, aleć prze­cie coś i lo­so­wi zo­sta­wić na­le­ży.

– Płać­my, pa­no­wie – prze­rwał inny – pół­noc już bli­ska.

– O, praw­da – za­wo­łał sę­dzia, spo­glą­da­jąc na ze­gar – czas już spać. Po­że­gnaj­my się z pa­nia­mi i marsz do domu.

To mó­wiąc, zbli­żył się do okna i spoj­rzał na uli­cę.

– Pięk­ny czas mamy do po­wro­tu, psa by nie wy­gnał na świat.

– A, sę­dzio, masz taki ka­wał do domu.

– A ka­wał – cóż ro­bić?

– Bo cze­mu się nie prze­nie­siesz tu bli­żej do środ­ka mia­sta – ode­zwał się go­spo­darz domu.

– Dzię­ku­ję! – od­po­wie­dział sę­dzia – nie chcę na­ra­żać so­bie zdro­wia, od­dy­cha­jąc wa­szym miej­skim po­wie­trzem. Tam mam przy­naj­mniej ogró­dek, wi­dok na las bli­ski, na­tu­rę jed­nym sło­wem, a tu… zgni­li­zna.

– Za­wsze się sę­dzia ko­cha w na­tu­rze? – spy­ta­ła, wcho­dząc do sa­lo­ni­ku, mło­da ko­bie­ta, zło­to­wło­sa, we­so­lut­ka ja­kaś z wej­rze­nia, i wpi­ła w sę­dzie­go la­zu­ro­wych ocząt dwo­je.

– Za­wsze, pan­no Ma­rio, za­wsze! Ja bez lasu, drzew, łąki i kwiat­ków żyć bym nie mógł i nie ro­zu­miem wresz­cie ta­kie­go ży­cia.

– Ot, po­eta! – za­śmiał się je­den z obe­cnych.

Dziw­ne dość były te sło­wa sie­lan­ko­we w ustach czło­wie­ka już nie­mło­de­go, szczu­płe­go, ze­schłe­go jak per­ga­min, ja­kim był nasz sę­dzia Ko­by­lań­ski. Twarz miał szczel­nie wy­go­lo­ną, usta ścię­te2, czo­ło na wpół łyse, a resz­tę wło­sów si­wi­zna już pró­szy­ła. Trzy­mał się pro­sto i chód miał ja­kiś drew­nia­ny; ca­łość była dziw­nie apa­tycz­na, obo­jęt­na w so­bie. Był to, pod pew­nym wzglę­dem i są­dząc z po­zo­ru, typ są­dow­ni­ka za­schłe­go w biu­rze, za­ko­pa­ne­go w pa­pie­rach i ak­tach, jed­ne tyl­ko oczy ciem­ne, głę­bo­ko za­pa­dłe, ogni­ste i prze­ni­kli­we, rzu­ca­ły pro­mie­nie spod krza­cza­stych czar­nych jesz­cze brwi. Gdy to­wa­rzysz pre­fe­ran­so­wy za­śmiał się i rzekł:

– O, po­eta!… – spoj­rzał na nie­go sę­dzia i od­po­wie­dział:

– Po­eta! Wam się zda­je, że ten, któ­ry ko­cha nie­co zie­le­ni, któ­re­mu po­trzeb­ne świe­że po­wie­trze, za­raz musi być po­etą. Po­etą! Mój Boże! Jak gdy­by to po­eci ro­dzi­li się na za­wo­ła­nie – do­dał i wpa­trzył się w pan­nę Ma­rię, któ­ra sta­ła na środ­ku sa­lo­ni­ku jak w świę­ty ob­ra­zek.

– Już nie broń się, mój Ja­siu – ode­zwał się go­spo­darz – ale przy­znaj, iż trze­ba być tro­chę dzi­wa­kiem, by obie­rać so­bie miesz­ka­nie nie tyl­ko da­le­ko od biu­ra, na koń­cu mia­sta, ale jesz­cze pra­wie pod sa­mym cmen­ta­rzem.

– Jak­że to pod sa­mym cmen­ta­rzem? Do cmen­ta­rza ode mnie jest prze­cie ka­wał dro­gi, a wresz­cie inna uli­ca tam pro­wa­dzi, a że go z okien wi­dać, co to zna­czy, ow­szem, na­da­je pej­za­żo­wi pe­wien tę­sk­ny urok.

– Już ty so­bie mów, co chcesz, a ja bym tam za żad­ne nie miesz­kał pie­nią­dze.

– Czas do domu, pa­no­wie, czas! Dwu­na­sta za pa­sem – za­wo­łał je­den z go­ści.

Prze­rwa­no więc dys­ku­sję i za­bra­no się do wyj­ścia.

Trzej go­ście za­raz ro­ze­szli się od drzwi domu w trzy róż­ne stro­ny, nam wy­pa­da iść za pa­nem sę­dzią, któ­ry otu­liw­szy się w fu­tro, szedł wol­nym, mia­ro­wym pra­wie kro­kiem. Zim­no było do­kucz­li­we i czas okrop­ny. Wi­cher wście­kły wył po uli­cach mia­stecz­ka, mroź­ny i prze­ni­kli­wy, po­ry­wał kłę­by śnie­gu i ci­skał nimi w górę jak bia­ły­mi ko­lum­na­mi. Zry­wał całe płach­ty śnie­gu z da­chów, roz­rzu­cał go i za­ciem­niał dro­gę. Świa­ta na trzy kro­ki nie było wi­dać. Na pło­wym, oło­wia­nym nie­bie prze­su­wa­ły się gna­ne gwał­tow­nie czar­ne chmu­ry. W krót­kich prze­stan­kach, gdy wi­cher uci­chał, było dość wid­no od śnie­gu, któ­ry zi­mo­wym no­com na­da­je tę po­sęp­ną, śmier­tel­ną bla­dość tru­pów, bez wy­ra­zu i siły, a jed­nak peł­ną gro­zy ja­kiejś we­wnętrz­nej. Rzad­kie ole­jo­we la­tar­nie na uli­cach ci­ska­ły sno­py żół­te­go świa­tła, któ­re drża­ło na śnie­gu, jak­by co chwi­la zga­snąć mia­ło. Wo­ko­ło było pu­sto i ci­cho, tyl­ko wi­cher ry­czał i gwiz­dał, jak sta­do dan­tej­skich po­tę­pień­ców i pies gdzieś sa­mot­nie wył, a od­głos jego wy­cia wi­cher przy­no­sił, ury­wa­jąc co chwi­la. Noc to była smut­na i po­sęp­na nad wy­raz, jed­na z tych nocy zi­mo­wych, o któ­rych Szek­spir mówi, że są w nich pew­ne ta­jem­ni­cze szep­ty, gło­sy, któ­re drże­niem śmier­tel­nym du­szę ludz­ką przej­mu­ją. Taka też była noc z 3 na 4 gru­dnia 1848 roku w jed­nym z mia­ste­czek o parę mil od kor­do­nu au­striac­kie­go3 le­żą­cym.

Pan sę­dzia szedł spo­koj­nie przez całe mia­sto, otu­la­jąc się szczel­nie fu­trem i szep­cząc od cza­su do cza­su.

– Niech dia­bli we­zmą ta­kie po­wie­trze.

Na pla­cu zwa­nym ryn­kiem spo­tkał stró­ża noc­ne­go, któ­ry tu­lił się do muru i tu­pał no­gami o bruk, chcąc je roz­grzać.

– Do­bry wie­czór – rzekł mu sę­dzia – nie­we­so­ło ci tu, Mar­ci­nie?

– A! To pan sę­dzia do­bro­dziej, oj, że nie­we­so­ło to nie­we­so­ło, cóż ro­bić, trze­ba na chleb za­ra­biać.

Mruk­nął coś nie­zro­zu­mia­le sę­dzia i wszedł w uli­cę, na koń­cu któ­rej miesz­kał. Tu za­trzy­mał się, po­pra­wił na so­bie fu­tro i szep­nął:

– Ba! Dla­cze­goż bym się z nią nie miał oże­nić? Czym to taki już sta­ry albo nie­do­łęż­ny? Z*** da mi ją prze­cie.

I ru­szył znów da­lej. Gdy do­szedł do prze­czni­cy, któ­ra pod ką­tem pro­stym prze­ci­nała jego uli­cę i pro­wa­dzi­ła na cmen­tarz, ze­gar miej­ski wy­gła­szał dwu­na­stą. Czy ze­ga­rzy­sko było sta­re, czy też wi­cher i noc na­da­wa­ły jego gło­so­wi dziw­nie zgrzy­tli­wy od­dźwięk, dość, że sę­dzia się za­trzy­mał i szep­nął:

– A też be­stia pisz­czy jak pusz­czyk, po­wiem ju­tro bur­mi­strzo­wi, żeby raz prze­cie ka­zał ten ze­gar wy­re­pe­ro­wać. A! Co za noc, co za noc!

I stał tak i słu­chał bi­cia ze­ga­ru, któ­re­go głos wi­chrem nie­sio­ny to wzma­gał się i rósł w po­tę­gę, to cichł i ko­nał, ja­kiś da­le­ki, przy­tłu­mio­ny. Za­le­d­wie uci­chły ostat­nie dźwię­ki i w po­wie­trzu drżał jesz­cze spi­żo­wy szmer dzwo­nu, gdy na­gle od stro­ny cmen­ta­rza wiatr przy­niósł strasz­li­wy, okrop­ny i bo­le­sny okrzyk:

– Ra­tun­ku! Ra­tun­ku! Kto w Boga wie­rzy!…

Krzyk to był pe­łen nie­zgłę­bio­nej gro­zy i roz­pa­czy, krzyk śmier­tel­ny roz­le­gał się w po­wie­trzu i pa­no­wał nad wi­chrem i bu­rzą. Wpadł na ulicz­kę jak or­kan, na­peł­nił ją sobą… i ucichł. Wi­dać, że nie było tam już ży­cia w tej pier­si, któ­ra go wy­da­ła – z nim pę­kła stru­na ży­wo­ta, star­ga­na gwał­tow­nie.

Sę­dzia sta­nął jak wry­ty, wstrzą­snął się cały, tyle było nie­kła­ma­nej gro­zy w tym krzy­ku, obej­rzał się wo­ko­ło, po­stą­pił kil­ka kro­ków ku ulicz­ce wio­dą­cej na cmen­tarz, za­trzy­mał się zno­wu i po­czął nad­słu­chi­wać. Ale tyl­ko wi­cher był jak daw­niej i mio­tał kłę­ba­mi su­che­go śnie­gu, tłu­kąc ode­rwa­ną gdzieś z za­wias okien­ni­cą.

– Ej! – mruk­nął. – Wi­docz­nie się be­stie po­piły i biją się na dro­dze – i po­szedł da­lej.

Ale krzyk ten brzmiał mu cią­gle w uszach, prze­dzie­rał się do du­szy, bu­dził dziw­ny, nie­po­ję­ty prze­strach, jak gdy­by trą­ba ar­cha­nio­ła grzmia­ła tam gdzieś w głę­biach, wśród czar­nych chmur, po­świ­stu i wia­tru i grud­nio­wej bu­rzy. Gdy się już zna­lazł w domu, roz­grzał u cie­płe­go pie­ca, ro­ze­brał, wdział wy­god­ny szla­frok pod­bi­ty fu­trem i siadł na fo­telu mięk­kim, cią­gle mu się zda­wa­ło, że wi­cher nie­sie owe roz­pacz­li­we sło­wa: „Ra­tun­ku! Ra­tun­ku!”, i roz­bi­ja o szy­by jego okien.

– Coś jed­nak stać się mu­sia­ło – szep­tał – taki krzyk tyl­ko w ob­li­czu śmier­ci pierś ludz­ka wy­rzu­cić może.

Po­ło­żył się do łóż­ka, ale za­snąć nie mógł, a je­śli za­snął, to roz­bu­ja­ła fan­ta­zja przy­no­siła mu okrop­ne sce­ny mor­derstw i rze­zi, w któ­rych on był tyl­ko ak­to­rem; cią­gle we śnie sły­szał: „Ra­tun­ku! Ra­tun­ku!”, i zry­wał się, prze­cie­rał oczy zim­nym zla­ny po­tem, by zoba­czyw­szy, że jest u sie­bie, znów za­snąć i znów się w śmier­tel­nym zbu­dzić prze­stra­chu.

Zmor­do­wa­ny taką nocą, za­snął do­pie­ro sil­nie nad ra­nem i spał tak smacz­nie, że nie sły­szał, jak ktoś wszedł do jego po­ko­ju i bu­dząc go, wo­łał:

– Pa­nie sę­dzio, pro­szę wstać!

Ze­rwał się nasz sę­dzia na rów­ne nogi, prze­tarł oczy i uj­rzał przed łóż­kiem sto­ją­ce­go ka­pi­ta­na miej­sco­wej żan­dar­me­rii.

– Co się sta­ło? Co pan chcesz, pa­nie ka­pi­ta­nie?

– Jak to, to pan nic nie wiesz?

– A nie wiem.

– Mor­der­stwo dziś w nocy po­peł­nio­no u nas.

– A więc nie omy­li­łem się! – za­wo­łał sę­dzia na pół do sie­bie.

– Jak to pan nie omy­li­łeś się? Co to zna­czy?

– Za­raz! Za­raz! Opo­wiem panu, ale niech­że się wprzód ubio­rę, wszak mu­si­my iść na miej­sce zbrod­ni.

– A na­tu­ral­nie, po to tu­taj przy­sze­dłem, po­sła­łem trzech lu­dzi, by pil­no­wa­li tru­pa i strze­gli wszel­kich śla­dów; już o czwar­tej rano dano mi znać o tym. Szka­rad­na rzecz, i to jesz­cze o nas, u nas, co od tylu lat naj­mniej­sze­go wy­pad­ku tego ro­dza­ju nie było.

Sę­dzia się ubie­rał go­rącz­ko­wo, dziw­nie za­my­ślo­ny.

– Po­słu­chaj­że mię4 pan, pa­nie ka­pi­ta­nie, bo i ja mam coś panu po­wie­dzieć. Ale wprzód po­ślę po pi­sa­rza.

Wy­biegł i za­raz wró­cił i opo­wie­dział ka­pi­ta­no­wi wczo­raj­szy swój po­wrót do domu.

Ka­pi­tan, wy­słu­chaw­szy, za­my­ślił się i rzekł:

– Nie ule­ga więc kwe­stii, że zbrod­nię po­peł­nio­no o pół­no­cy, szko­da, żeś mi pan za­raz nie dał znać o tym.

– Ale ba! My­śla­łem, że się pi­ja­cy biją i ba­sta. Je­że­liś pan tyl­ko za­bez­pie­czył śla­dy zbrod­ni, to za­raz się cze­goś do­wie­my; mamy już bar­dzo waż­ną wska­zów­kę dzię­ki wy­pad­ko­wi, że wie­my o cza­sie po­peł­nie­nia zbrod­ni.

Sę­dzia mó­wił to dziw­nie szyb­ko, ru­chli­wy był cały, oży­wio­ny, uśmiech­nię­ty pra­wie. Oczy mu świe­ci­ły nie­zwy­kłym bla­skiem.

– No, ubra­łeś się pan, to chodź­my.

– Za­raz, mu­si­my po­cze­kać na pi­sa­rza, pro­to­kół prze­cież trze­ba spi­sać.

Po­tem na­gle ob­ra­ca­jąc się do ka­pi­ta­na, spy­tał:

– O ja­kim cza­sie panu dano znać o zbrod­ni?

– O czwar­tej rano.

– Kto panu do­niósł?

– Żan­darm wra­ca­ją­cy od gra­ni­cy.

– Czy jest ten żan­darm?

– Jest.

– To do­brze, każ mu pan, żeby był obec­ny przy spi­sa­niu pro­to­kó­łu na miej­scu zbrod­ni. Le­ka­rza pan za­wia­do­mi­łeś?

– Za­wia­do­mi­łem, cze­ka na nas.

W tej chwi­li wszedł pi­sarz, fi­gur­ka ma­lań­ska5, zgar­bio­na, po­kor­na, o du­żej nie­pro­por­cjo­nal­nie gło­wie, wło­sach krót­ko strzy­żo­nych. Niósł pod pa­chą pli­kę pa­pie­rów, a z kie­sze­ni wy­glą­da­ła mu pacz­ka piór gę­sich, bo wów­czas jesz­cze gę­si­mi pi­sa­no pió­ra­mi. Ukło­nił się ni­sko sę­dzie­mu, jesz­cze ni­żej żan­dar­mo­wi i cze­kał, rzu­ca­jąc ma­leń­ki­mi ocz­kami nie­spo­koj­nie i krzy­wiąc się nie­mi­ło­sier­nie.

– Więc chodź­my…

Ru­szy­li z domu i za­braw­szy po dro­dze le­ka­rza, sta­nę­li wkrót­ce na miej­scu zbrod­ni. Ob­raz, jaki im się przed­sta­wił, miał coś okrop­ne­go w so­bie.

Przypisy

1pod­sę­dek – po­moc­nik lub za­stęp­ca sę­dzie­go [wszyst­kie przy­pi­sy po­cho­dzą od re­dak­cji ni­niej­sze­go wy­da­nia]

2ścię­ty – za­ci­śnię­ty

3kor­don au­striac­ki – gra­ni­ca z Au­stro-Wę­gra­mi (w 1848 r. nie ist­nia­ło su­we­ren­ne pań­stwo pol­skie, jego zie­mie wcho­dzi­ły w skład te­ry­to­riów trzech wiel­kich mo­carstw eu­ro­pej­skich, są­sia­du­ją­cych daw­niej z I Rzecz­po­spo­li­tą)

4mię – daw­na skró­co­na for­ma bier­ni­ka za­im­ka ja, two­rzo­na i uży­wa­na ana­lo­gicz­nie do cie­bie – cię, sie­bie – się

5ma­lań­ski – praw­do­po­dob­nie: ma­laj­ski, po­cho­dzą­cy z Ma­la­jów; eg­zo­tycz­ny

II

Było pół do dzie­wią­tej rano, kie­dy sta­nęli na miej­scu: sę­dzia, ka­pi­tan żan­dar­me­rii, le­karz miej­ski i pi­sarz są­do­wy. Po burz­li­wej nocy na­stą­pił po­ra­nek ci­chy i sto­sun­ko­wo dość cie­pły. Za­no­si­ło się na zu­peł­ną od­wilż. Śnieg był mięk­ki, a na­gro­ma­dzo­ny przez wi­cher w wiel­kie za­spy top­niał już gdzie­nie­gdzie. Gwał­tow­na nad ra­nem za­szła zmia­na w po­wie­trzu.

Kie­dy się zbli­ża­li ku cmen­ta­rzo­wi, uj­rze­li z dala gro­mad­kę lu­dzi cie­ka­wie koło jed­ne­go miej­sca krą­żą­cych. Po­ło­że­nie zaś było ta­kie. Uli­ca pro­wa­dzą­ca do cmen­ta­rza koń­czy­ła się od nie­go o ja­kie dwie­ście kro­ków, da­lej szedł bity trakt; od trak­tu zaś na pra­wo cią­gnę­ła się zwy­czaj­na dro­ga, dłu­ga na pięć­dzie­siąt kro­ków, wprost do bra­my cmen­tar­nej. Cmen­tarz był oto­czo­ny mu­rem w ten spo­sób zbu­do­wa­nym, że mur, dro­ga i trakt two­rzy­ły do­sko­na­ły trój­kąt, któ­re­go pod­sta­wą był mur, a wierz­choł­kiem punkt ze­tknię­cia się trak­tu z dro­gą.

Otóż w tym trój­ką­cie, o kil­ka kro­ków od muru cmen­tar­ne­go, le­żał trup męż­czy­zny do­brze zbu­do­wa­ne­go i, zda­je się, peł­ne­go siły. Le­żał on na wznak z jed­ną nogą zgię­tą w ko­la­nie i pod tu­łów pod­su­nię­tą, dru­ga była wy­cią­gnię­ta. Ręce miał dziw­nie uło­żo­ne, lewa opar­ta na śnie­gu, pal­ca­mi jak szpo­na­mi wpi­ła się w zie­mię, pra­wa, zgię­ta w łok­ciu, kry­ła się za ple­ca­mi. Gło­wa, na któ­rej znać było czar­ny włos, była strasz­li­wie ze­szpe­co­na, tak da­le­ce, że nie­po­dob­na było roz­po­znać ry­sów twa­rzy. Śnieg wo­ko­ło gło­wy li­te­ral­nie krwią był zla­ny, wło­sy zle­pio­ne zgęst­nia­łą krwią ca­ły­mi pro­mie­nia­mi ukła­da­ły się na śnie­gu. Ubra­ny był w do­stat­nią cza­ma­rę1, si­wy­mi ba­ra­na­mi pod­bi­tą, w ło­sio­we spodnie2 i buty pa­lo­ne3, la­kie­ro­wa­ne. Cza­ma­ra była gwał­tow­nie roz­dar­ta na pier­siach, tak że gu­zik urwa­ny wi­siał w pę­tli­cy sza­me­ro­wa­nia4. Na pier­siach po­przez ka­mi­zel­kę i ko­szu­lę krwa­wi­ło się kil­ka ran, wi­docz­nie ostrym na­rzę­dziem za­da­nych.

Na­oko­ło tru­pa śnieg był zdep­ta­ny, choć za­wie­ja noc­na za­sy­pa­ła nie­co śla­dy. Z ogól­ne­go jed­nak wi­do­ku wnio­sko­wać moż­na było, że wal­ka była strasz­na, upar­ta, nieu­bła­ga­na. Noga lewa, zgię­ta, mia­ła na ko­la­nie śla­dy śnie­gu moc­no przy­le­pio­ne. Wi­docz­nie za­mor­do­wa­ny, przy­klęk­nąw­szy, bro­nił się roz­pacz­li­wie ze strasz­nym wy­si­le­niem czło­wie­ka peł­ne­go ży­cia i chcą­ce­go żyć jesz­cze.

Sę­dzia, sta­nąw­szy nad tru­pem, zwró­cił się do ka­pi­ta­na i rzekł:

– Każ pan pod­wład­nym od­da­lić lud, niech nam nikt nie prze­szka­dza, i za­ra­zem przy­wo­łać żoł­nie­rza, któ­ry pierw­szy zbrod­nię spo­strzegł. Sami zaś pa­no­wie pro­szę chodź­cie ostróż­nie i o ile moż­no­ści nie ru­szaj­cie się, żeby śla­dów nie zdep­tać. O, śnieg to zdra­dli­wa rzecz dla zbrod­nia­rzy i zło­dziei.

To mó­wiąc, na­chy­lił się nad tru­pem i wpa­trzył się w nie­go cie­ka­wie – po chwi­li po­wstał i z ocza­mi peł­ny­mi pio­ru­nów sze­pnął, ści­ska­jąc pię­ście:

– Ha! Zbrod­nia­rze, jak­że się pa­stwi­li.

A zwra­ca­jąc się do le­ka­rza, do­dał:

– Pa­nie kon­sy­lia­rzu5, pro­szę pana bli­żej.

Dok­tor się zbli­żył.

– Co pan są­dzisz o tym mor­der­stwie? Czy nie moż­na by gło­wy ja­kim spo­so­bem z krwi ob­myć, żeby twarz ro­ze­znać?

– A dla­cze­góż nie? Ho! Ho! – do­dał, na­chy­la­jąc się nad tru­pem. – Co tu ran! Jed­na, dwie, trzy, czte­ry… a, niech­że ich! Pięć ude­rzeń w sa­mej pier­si, szyi i brzu­chu, wi­docz­nie szty­le­tem za­da­nych.

– A uwa­ża­cie pa­no­wie – wtrą­cił ka­pi­tan – jak się ofia­ra mu­sia­ła bro­nić, ja­kie ubra­nie ma na so­bie po­szar­pa­ne, po­mię­te…

Ja­koż tak było w isto­cie. Sza­me­ro­wa­nie u cza­ma­ry po­odry­wa­ne, rę­ka­wy roz­dar­te, koł­nierz u ko­szu­li wi­siał na wpół urwa­ny, ka­wał­ki ba­ra­nów si­wych roz­rzu­co­ne do­ko­ła – wszyst­ko to do­wo­dzi­ło wal­ki upar­tej, acz bez­sil­nej, nie­ste­ty!

Te­raz sę­dzia po­czął oglą­dać grunt. Koło zwłok ofia­ry, ja­ke­śmy rze­kli, śnieg był gwał­tow­nie zdep­ta­ny, gdzie­nie­gdzie na­wet wi­dać było zie­mię i sza­rą tra­wę zgni­łą, sil­nie w mo­krą zie­mię wdep­ta­ną. Nie­szczę­ściem no­cna za­wie­ja za­sy­pa­ła wszyst­ko śnie­giem, nie na tyle jed­nak, żeby nie­któ­rych śla­dów nie moż­na było roz­po­znać.

Śla­dy te po­czął sę­dzia skwa­pli­wie oglą­dać. Twarz mu się wy­cią­gnę­ła, oczy iskrzy­ły, noz­drza roz­dy­ma­ły. Ukląkł na śnie­gu i pa­trzał.

Naj­przód roz­róż­nić moż­na było sto­py ofia­ry; buty były nowe, na wy­so­kich kor­kach6, ele­ganc­kie i zgrab­ne, ła­two się w śnieg wrzy­nały, ile że nogi sta­wia­no sil­nie i szyb­ko. Kro­ki były zyg­za­ko­wa­te, nie­re­gu­lar­ne; znać było, że ofia­ra szła ty­łem, co­fa­jąc się przed zbrod­nia­rza­mi, któ­rzy ją w koń­cu do­się­gli.

Inne śla­dy wska­zy­wa­ły męż­czy­znę w bu­tach du­żych, pod­bi­tych pod po­de­szwą gwo­ździa­mi; nogi były wiel­kie i sta­wia­ły kro­ki duże, nie­re­gu­lar­ne. Śla­dy te znać było gę­sto koło ofia­ry, po czym kie­ro­wa­ły się ku mu­ro­wi cmen­tar­ne­mu.

Sę­dzia po­szedł za nimi w to­wa­rzy­stwie swych po­moc­ni­ków. Śla­dy, do­się­gł­szy muru cmen­tar­ne­go, cią­gnę­ły się jesz­cze kil­ka kro­ków wzdłuż nie­go, po czym na­gle gi­nę­ły. Po­mimo naj­tro­skliw­szych po­szu­ki­wań od­na­leźć ich nie było moż­na.

– Praw­do­po­dob­nie śnieg je za­sy­pał – szep­nął ka­pi­tan.

– Czy­by nie wy­pa­da­ło – wtrą­cił nie­śmia­ło do­tąd mil­czą­cy pi­sarz – obej­rzeć mur cmen­tar­ny? Być może, że zbrod­niarz wdra­pał się na nie­go i po­szedł da­lej cmen­ta­rzem.

Sę­dzia z pew­nym zdzi­wie­niem spoj­rzał na swe­go pi­sa­rza i rzekł:

– Może pan masz ra­cję, pa­nie Ło­pat­kie­wicz.

Tak bo­wiem nie­for­tun­nie na­zy­wał się pi­sarz.

Obej­rza­no tro­skli­wie mur – nic, naj­mniej­sze­go na nim zna­ku, naj­mniej­sze­go odra­pa­nia, któ­re prze­cież mu­sia­ło­by mieć miej­sce przy gwał­tow­nym wdzie­ra­niu się na nie­go.

Ka­za­no jed­ne­mu z żan­dar­mów wejść na mur. Mur był gru­by na ło­kieć, moż­na było po nim wy­god­nie iść. Na wierz­chu tak­że naj­mniej­sze­go zna­ku. Bu­rza noc­na zmio­tła naj­drob­niej­szy py­łek śnie­gu. Z dru­giej stro­ny muru od cmen­ta­rza śnie­gu było do­syć, ile że miej­sce było za­cisz­ne i do­brze osło­nię­te, lecz śnieg zna­le­zio­no nie­tknię­ty, bia­ły i czy­sty.

– Stra­ci­li­śmy trop – rzekł ka­pi­tan – gdzie ta szel­ma po­dziać się mógł, prze­cież w zie­mię się nie za­padł?

Sę­dzia mil­czał i du­mał. Po chwi­li pod­niósł gło­wę i rzekł:

– Każ pan, pa­nie ka­pi­ta­nie, spro­wa­dzić tu gra­ba­rza.

– Praw­da! – za­wo­łał ka­pi­tan, ude­rza­jąc się w czo­ło. – Wszak tu jest gra­barz, prze­cież mu­siał coś sły­szeć przy­naj­mniej. Hej! Spro­wa­dzić mi go tu za­raz!

Dwóch żan­dar­mów po­bie­gło na cmen­tarz.