Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 4 - Aleksander Iljicz Szumilin - ebook

Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 4 ebook

Aleksander Iljicz Szumilin

0,0
42,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Jeden z żołnierzy, który wyleciał w powietrze na minie, ale przeżył, tyle że bez nóg, poprosił kolegów o spirytus, bo było mu zimno w... nogi. Podano mu kubek. Wypił. Podano następny, chciałoby się rzec „na drugą nóżkę”, wypił. I tak zasnął na wieki z uśmiechem na ustach. W żadnej armii świata alkohol nie odgrywał takiej roli jak w Armii Czerwonej. Codzienny przydział żołnierza wynosił 100 gram wódki. Ale to było o wiele za mało na potrzeby rosyjskiego sołdata. Dlatego wódka stała się w Armii Czerwonej walutą wymienialną na wszystko.

„Za nią można było otrzymać wszystko, nawet zegarki” – pisze Szumlin.

Tragiczna „pijana wojna”, w której życie prostego żołnierza było najtańszym towarem. Wstrząsający obraz wojny autora, któremu udało się przeżyć na pierwszej linii frontu ponad trzy lata...

Ze wstępu Andrzeja Ryby

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 311

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od wydawcy

Od wydawcy

To już ostatni tom „Wańki-trepa”. Każdy z tomów zawiera szo­ku­jącą rela­cję Szum­lina ze służby w Armii Czer­wo­nej. W tym tomie można odnieść wra­że­nie ze cała ta wojna toczy się wokół wódki. Wódka bowiem była naj­bar­dziej cho­dli­wym towa­rem na fron­cie. Zwia­dowcy, któ­rych dowódcą był Szum­lin, wszystko co zdo­byli na Niem­cach, przede wszyst­kim zegarki, zamie­niali na wódkę lub spi­ry­tus. Żoł­nie­rzowi nale­żało się dzien­nie przy­dzia­łowe 100 gram wódki. Ale jak cho­dzono na patrol, żeby zdo­być jeńca, nie pito cza­sem i dwa tygo­dnie. Za to potem „wypła­cano” zale­głe „setki” a Szum­lin po wymia­nie zegar­ków u zaopa­trze­niow­ców ser­wo­wał też czę­sto dodat­kową pre­mię, spi­ry­tusową. Dbano też o jeń­ców wzię­tych do nie­woli. Nawet im nie szczę­dzono spi­ry­tusu i nawet dawano im do niego zaką­skę. Gdy ktoś został ranny, znie­czu­le­niem był oczy­wi­ście spi­ry­tus. Jeden z żoł­nie­rzy, który wyle­ciał w powie­trze na minie, ale prze­żył, tyle że bez nóg, popro­sił kole­gów o spi­ry­tus, bo było mu zimno w…nogi. Podano mu kubek. Wypił. Podano następny, chcia­łoby się rzec „na drugą nóżkę”, wypił. I tak zasnął na wieki z uśmie­chem na ustach. Drugi z żoł­nie­rzy miał dyn­da­jące na reszt­kach skóry 3 palce u nogi. Popro­sił o spi­ry­tus aby zde­zyn­fe­ko­wać rany, sam wypił go też sporo w ramach samo­znie­czu­le­nia, po czym wziął nóż i odciął sobie te trzy dyn­da­jące mu palce.

Inną cha­rak­te­ry­styczną rze­czą w woj­nie Szum­lina był zupeł­nie różny spo­sób postrze­ga­nia wojny przez żoł­nie­rzy z pierw­szej linii, niż ich bliż­szego czy też dal­szego dowódz­twa. Dla żoł­nie­rza linio­wego prze­ciw­nik był realny. Dla dowódz­twa prze­ciw­nik był jedy­nie kre­ską na mapie, którą trzeba było zli­kwi­do­wać, aby pójść do przodu. Wyda­wano więc sto­sowne roz­kazy. Nic to, że żoł­nierz liniowy miał ata­ko­wać po odkry­tym polu prze­ciwko kara­bi­nom maszy­no­wym i nie­rzadko po polu mino­wym. Roz­kaz to roz­kaz, cof­nąć się nie było gdzie, bo za ple­cami był poli­truk gotowy roz­strze­li­wać tych, któ­rzy by się cof­nęli. Więc pili te swoje przy­dzia­łowe 100 gram, zwy­kle ostat­nie w swoim życiu i szli naprzód ku swemu prze­zna­cze­niu. Dowódcy nie żało­wali żoł­nie­rzy. Taki to był ich los po pro­stu, uzna­wali. Po nich przyjdą prze­cież następni. Dziś Rosja­nie przy oka­zji rocz­nicy zwy­cię­stwa nad Hitle­rem mówią, że to im należy się naj­więk­sza cześć i chwała, bo ich tak wielu zgi­nęło. To prawda, tyle że ginęli oni zwy­kle na życze­nie swo­ich dowód­ców, tych bliż­szych i tych dal­szych, ze Sta­li­nem włącz­nie. Tym, któ­rzy dzi­siaj wycho­dzą z podo­bi­znami swo­ich przod­ków na Plac Czer­wony w ramach obcho­dów kolej­nej rocz­nicy zwy­cię­stwa (tak zwany „nie­śmier­telny pułk”, roz­pro­pa­go­wany przez Putina) nawet przez myśl nie przej­dzie, że rękę do śmierci ich przod­ków przy­ło­żyli też ich wła­śni dowódcy. Posta­wiono im nie­zli­czoną ilość pomni­ków w każ­dym zakątku Rosji. A zaraz przy nich zwy­kle znaj­dują się cmen­ta­rze tych, któ­rych posłali oni na pewną śmierć w imię swo­jej chwały. Po pro­stu Rosja…

Andrzej Ryba

1944

Rozdział 39 – Powrót do zwiadu (styczeń 1944 roku)

Roz­dział 39 – Powrót do zwiadu (sty­czeń 1944 roku)

Łącz­nik dopro­wa­dził mnie na samo miej­sce.

– Oto, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii, nasz puł­kowy punkt obser­wa­cyjny. Co noc dyżu­ruje tu trzech ludzi. Dwóch tele­fo­ni­stów i jeden zwia­dowca.

– Ten kur­nik nazy­wasz puł­ko­wym PO?

– Tak, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii. Tak kazano nazy­wać.

– Inte­re­su­jące!

Obsze­dłem ze wszyst­kich stron nie­wy­soki zaśnie­żony pagó­rek, ster­czący nad powierzch­nią ziemi. Był zbu­do­wany z wygię­tych żer­dzi i słomy. Coś jak koszyk, oblany na mro­zie wodą. Wiej­scy chłopcy kle­cili coś podob­nego ze sta­rych łubia­nek. Na tego typu rze­czach, obma­za­nych nawo­zem i obla­nych wodą, zjeż­dżali zimą z górek.

Miej­scami ze ścian punktu obser­wa­cyj­nego wysta­wały witki i strzępy słomy. Od góry śnieżny pagó­rek pokrył się sko­rupą lodu i był przy­sy­pany war­stwą puszy­stego śniegu. Gdyby sta­nąć wypro­sto­wa­nym przy tej budzie, to sufit zna­la­złby się na wyso­ko­ści pasa. Nie było tam ani okopu, ani wietrz­nika, ani żela­znego komina od pie­cyka czy otwo­rów obser­wa­cyj­nych, jak na nor­mal­nych puł­ko­wych PO.

Z bocz­nej strony przy samej ziemi wid­niała nie­wielka dziura. To otwór wej­ściowy z zawie­szo­nym kawał­kiem obszar­pa­nego mate­riału. Można się tam­tędy dostać do środka.

Sądząc po rysun­kach ze sta­rych ksią­żek i cza­so­pism, śnieżne domy Eski­mo­sów wyglą­dały o wiele solid­niej i były więk­sze.

I tę psią budę nazy­wają puł­ko­wym punk­tem obser­wa­cyj­nym! Do jakiego stop­nia zawszył się i otłu­ścił 52 pułk gwar­dii!

Wewnątrz tej budki z tru­dem mogło się pomie­ścić trzech ludzi. Jak tu wetknąć czwar­tego? Owe zada­nie jest niczym rebus z obraz­kami.

Jeśli wepchnie się tu jesz­cze jed­nego, to dwóch z czte­rech będzie musiało sie­dzieć w kucki. Nie będzie gdzie się poło­żyć i wycią­gnąć nóg.

Dowódca pułku nie sądzi chyba, że przez całą noc na zewnątrz będzie ster­czeć war­tow­nik, wle­pia­jący oczy w śnieżny prze­stwór. Choć zapewne tak wła­śnie to było obmy­ślone.

Komu była potrzebna taka pułapka na myszy z witek i słomy? Obok niej nie było ani okopu, ani dołka, w któ­rym mógłby przy­siąść obser­wa­tor na wypa­dek ostrzału. Ze środka w ogóle nic nie widać. I stoi ów sza­łas na odkry­tym polu, na wie­trze i w samym przej­ściu. Kilka metrów od niego prze­biega udep­tana ścieżka na pierw­szą linię. Rów­no­le­gle do niej w śniegu leży drut, zapew­nia­jący kom­pa­niom łącz­ność tele­fo­niczną ze szta­bem pułku. Innej łącz­no­ści na fron­cie nie mie­li­śmy.

Kiedy pod­czas ostrzału zrywa łącz­ność tele­fo­niczną, wzdłuż linii bie­gnie kablowy. Nocami bie­gają, a w ciągu dnia czoł­gają się na brzu­chu. To ze względu na fakt, iż Niemcy bez prze­rwy meto­dycz­nie ostrze­li­wują ścieżkę. Tele­fo­ni­stom wydaje się, że w ciągu dnia Niemcy ich widzą, bowiem zbyt czę­sto poja­wie­nie się czło­wieka na ścieżce zbiega się z ostrza­łem. Rów­nież i teraz parę poci­sków try­snęło śnie­giem w różne strony. Każdy odnosi wra­że­nie, że to wła­śnie jego Niemcy zło­wili pod­czas biegu. Nie­któ­rzy zaczy­nają wręcz wie­rzyć w Boga. Że to niby Bóg wska­zał im go pal­cem. Być może ta dziura została ule­piona, aby kie­dyś tam słu­żyć jako punkt prze­ła­dun­kowy dla linio­wych patroli łącz­no­ści. Każdy z łącz­no­ściowców odpo­wia­dał za swój okre­ślony odci­nek linii. A ta buda rato­wała ich przed nie­po­godą, śnie­giem i wia­trem. Sie­dzieli w tym bar­łogu i cze­kali na zrywkę na linii. Był poło­żony przy ścieżce w pół drogi na pierw­szą linię. Obec­nie przedni skraj leżał dwa kilo­me­try od sztabu pułku. Kiedy powy­bi­jało żoł­nie­rzy w kom­pa­niach, tych z bata­lionu wypchnięto do oko­pów, a sztab pułku zajął ich miej­sca. Wszystko jakby prze­su­nęło się do przodu, choć nazwy pozo­stały stare. Wraz z przy­by­ciem do pułku nowego dowódcy ową noc­le­gow­nię łącz­no­ściowców prze­mia­no­wano na punkt obser­wa­cyjny i posa­dzono tam jed­nego zwia­dowcę.

– Zacho­dził tu dowódca pułku? – zapy­ta­łem odpro­wa­dza­ją­cego mnie żoł­nie­rza.

– Nie, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii. Dwa razy przy­sy­łali tu dowódcę plu­tonu roz­po­zna­nia.

– Taaak… Dowódca pułku nie widział nory na wła­sne oczy. A powiedz no, pro­wa­dza­łeś go do oko­pów na pierw­szą linię?

– Nie! Ani ja, ani nikt inny go tam nie odpro­wa­dzał.

Niemcy dość czę­sto i dokład­nie ostrze­li­wali linię, bie­gnąca wzdłuż ścieżki. Salwy kilku bate­rii spa­dały po kolei i nie cichły ani dniem, ani nocą. Sło­wia­nie przy­zwy­cza­jali się do ostrza­łów i nie zwra­cali na nie spe­cjal­nej uwagi. Tu bie­giem, tam truch­tem poko­ny­wali dwu­ki­lo­me­trową zaśnie­żoną rów­ninę. Mogło się im przy­tra­fić bez­po­śred­nie tra­fie­nie, ale gdzie się przed takim scho­wasz? Na tyłach też może cię tra­fić. Pocisk może rów­nież wle­cieć do okopu.

Przy­po­mniał mi się czter­dzie­sty pierw­szy. Wtedy Niemcy byli silni. Nie strze­lali tak wście­kle i ner­wowo. Dla­czego tak naprawdę Niemcy pro­wa­dzą teraz tak gwał­towny i bez­ładny ostrzał? Nie ma żad­nych oznak, świad­czą­cych o tym, że zor­ga­ni­zu­jemy atak lub przej­dziemy do natar­cia. Co tam u nich osła­bło? Czego boją się dziś ryże Fryce?

Raz jesz­cze spoj­rza­łem na tę norę ze śniegu. Pod­łogę miała na pozio­mie ziemi. Żad­nego zagłę­bie­nia, choćby na sztych łopaty ani na wer­szek poni­żej śnież­nej sko­rupy. Obok ude­rzy jeden, drugi pocisk i odłamki prze­biją ją na wylot przez wypchane słomą ścianki. Lecz inte­re­su­jące jest to, że na zewnętrz­nej ścia­nie owej nory śmierci nie zna­la­złem żad­nego dra­śnię­cia ani dziurki.

Dowódca pułku ani razu nie cho­dził po tej ścieżce. Pod­czas pobytu w pułku ani razu nie był w kom­pa­niach strze­lec­kich na pierw­szej linii. Przy­je­chał na front i nie wie, co się dzieje na pierw­szej linii. Jaki dureń pój­dzie dobro­wol­nie pod ogień? Sie­dzi pod zie­mią w schro­nie z czte­rech warstw belek. Nie­kiedy dzwoni na punkt obser­wa­cyjny i spraw­dza peł­nie­nie służby. Dyżurny tele­fo­ni­sta, nie wychy­la­jąc się na zewnątrz, mel­duje mu, że prze­ciw­nik znaj­duje się na swo­ich pozy­cjach i meto­dycz­nie ostrze­li­wuje nasze miej­sce dys­lo­ka­cji oraz przedni skraj

Dla­czego dowódca pułku nie wezwał sape­rów, aby urzą­dzili peł­no­war­to­ściowy punkt obser­wa­cyjny? Nie sądzę, by usta­wiczny huk i ostrzały ode­brały mu rozum. Nie­wy­klu­czone, że jest zajęty waż­nymi spra­wami i szy­kuje się do prze­pro­wa­dze­nia nie­ocze­ki­wa­nego miaż­dżą­cego ude­rze­nia na Niem­ców, kiedy w kom­pa­niach strze­lec­kich zosta­nie prak­tycz­nie po pięt­na­stu ludzi na kilo­metr frontu. A tutaj, w pół drogi od pierw­szej linii, trzyma osłonę z trzech żoł­nie­rzy, aby Niemcy nie prze­są­czyli się nie­zau­wa­żeni. Boi się, że Niemcy mogą nocą podejść do jego schronu.

A w jakim celu posłał tu mnie? Posta­no­wił spraw­dzić, jak się go będę słu­chać? Czy nie będę się bał sie­dzieć nocą w tej dziu­rze ze słomy i śniegu? Zapewne przez całą noc będę wyglą­dać i trząść się na myśl, że może mnie zabić.

Nam, zwia­dow­com przy­zwy­cza­jo­nym do wszyst­kiego, wybu­chy nie prze­szka­dzają nawet we śnie. Mogę się powa­lić i chra­pać do rana, nawet jeśli poci­ski lądują dwa­dzie­ścia metrów ode mnie. Doświad­cze­nie, prze­ćwi­czone na wła­snej skó­rze, daje mi pew­ność, że przy­pad­kowe tra­fie­nie jest wyklu­czone. Wpraw­nym okiem od razu widzę, kiedy nad­cho­dzi nie­bez­pie­czeń­stwo, a kiedy można się poło­żyć i spać. Oczy­wi­ście nowi­cju­szowi wydaje się, że niebo ciem­nieje i wokoło wszystko huczy i pło­nie.

Jak zauwa­ży­łem na mapie, nasz przedni skraj bie­gnie skra­jem urwi­ska. Z przodu, gdzie koń­czy się zaśnie­żone pole, cią­gnie się wąski pas dużych świer­ków i sosen. Mię­dzy nimi i nami sie­dzą żoł­nie­rze-strzelcy. Niżej, za urwi­skiem w odkry­tym polu są okopy i schrony nie­miec­kiej pie­choty. Ciut dalej – wieś Bon­dary. Zostały z niej dwie prze­krzy­wione i zruj­no­wane sto­doły oraz coś w rodzaju bani. Dalej w lewo, w miej­scu, w któ­rym koń­czą się pozy­cje naszej pie­choty, w lesie znaj­duje się nie­wiel­kie wzgó­rze i szosa. Tam, pośród drzew i poza lasem, na podłuż­nym wznie­sie­niu umoc­nili się Niemcy.

Nasze kom­pa­nie strzel­ców sie­dzą twa­rzą do urwi­ska, mając na flance nie­miec­kie sta­no­wi­ska. W każ­dej chwili Niemcy mogą nas obejść. Rozej­rza­łem się i uści­śli­łem u łącz­nika:

– Pokaż mi na miej­scu, gdzie znaj­dują się nasi, a gdzie za krza­kami i świer­kami sie­dzą Niemcy.

Poka­zuje mi to i owo, po czym zwal­niam go i włażę do punktu obser­wa­cyj­nego. Wewnątrz śnie­go­wej klitki sie­dzi dwóch tele­fo­ni­stów. Pali się kop­ciłka. Pomiesz­cze­nie jest nie­duże. Jeden z tele­fo­ni­stów leży na pod­ło­dze, drugi sie­dzi w kącie ze słu­chawką pod­wią­zaną do głowy.

– Urządź­cie się, towa­rzy­szu kapi­ta­nie – mówi sie­dzący w kącie ze słu­chawką przy szyi. – Zaraz przyj­dzie zwia­dowca. Pobiegł po odbiór jedze­nia. Dyżu­ruje tu trze­cią dobę. A my sie­dzimy kolejno przy tele­fo­nie.

Na czwo­ra­kach prze­peł­zam dalej ku ścia­nie i sia­dam na pod­ściółce z igla­stych gałęzi. Ściany wewnątrz są oblo­dzone, sufit wisi nisko. Sia­dasz na pod­ło­dze i zawa­dzasz o niego. Maleńka dziu­pla. Nachu­chali w środku, więc wcho­dząc z zim­nicy ma się wra­że­nie, że w środku jest cie­pło.

Wkrótce obok klitki zaskrzy­piał śnieg i ktoś, odsu­nąw­szy strzęp zasłonki, wci­snął się w mil­cze­niu do środka, opie­ra­jąc się na auto­ma­cie.

– Towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii, przy­szedł dyżurny zwia­dowca!

Żoł­nierz z auto­ma­tem, nie odwra­ca­jąc się, nogą zasu­nął za sobą wiszący mate­riał, posta­wił w rogu swój auto­mat, pochu­chał na palce i zatarł dło­nie. Spoj­rzał na mnie i usiadł bez słowa.

– Nie wysta­wia­cie war­tow­nika na zewnątrz? – zapy­ta­łem.

– A do czego on nam potrzebny? – odpo­wie­dział żoł­nierz, wycią­ga­jąc kap­ciuch z machorką. – I tak sły­szymy, jeśli ktoś tu podej­dzie. Śnieg skrzypi pod nogami. Teraz jest mróz i na wior­stę sły­chać, jeśli ktoś się zbliży. Od razu zauwa­żymy.

No i dobrze. Czort z wami. Nie będę was nama­wiać do porząd­ków. Niech będzie, jak jest. Udam, że mało wiem. Po co mam się zdra­dzać, kim jestem? W ten spo­sób będą roz­mow­niejsi.

– A ty kto? Pew­nie z puł­ko­wego zwiadu?

– Kto? Niby ja? A nie widać? Patrz­cie, kapi­ta­nie! Przed wami jest żywy i praw­dziwy zwia­dowca. Mówi wam to coś? A wy pew­nie ze sztabu? Z nowych na fron­cie? Dopiero żeście przy­je­chali? Rozu­mie­cie, kto to taki zwia­dowca? Zapy­taj­cie tele­fo­ni­stów! Dopóki ja tu jestem, leż­cie tutaj i niczego się nie bój­cie. Ostrzału też się nie bój­cie. Nie­miec bije po ścieżce, a tu nie dola­tuje.

W naszej cia­snej i nędz­nej cha­łupce migo­cze świa­tło. Pod sufi­tem jest nie­wielka deseczka i pali się na niej zwy­kła fron­towa kop­ciłka na ben­zynę. Drugi tele­fo­ni­sta pod­nosi się z pod­łogi i wszy­scy trzej zapa­lają skręty. W zie­miance nie da się ode­tchnąć. A im dym i smród nie prze­szka­dza. Nie odzy­wam się. Trzeba pocier­pieć. Prze­cież posta­no­wi­łem nic o sobie nie mówić i dla­tego na razie jestem wśród nich obcy. Pod­cią­gam nogi i kładę głowę na pod­ściółce. Nad pod­łogą idzie świeży powiew spod mate­riału, wiszą­cego w przej­ściu.

– Teraz jest dobrze! – mówi zwia­dowca. – Widzę, że świet­nie się tu usa­do­wi­li­ście. Powiedz­cie, kapi­ta­nie, wy ze szta­bo­wych czy do kom­pa­nii strze­lec­kich?

– Z tych, co obra­biają papierki.

– Od razu się zorien­to­wa­łem, kim jeste­ście. Pomoc­nik szefa sztabu. Będzie­cie się zaj­mo­wać roz­li­cze­niem stanu oso­bo­wego. Pisać zawia­do­mie­nia o śmierci, wnio­ski do odzna­czeń? Powiedz­cie, a na pierw­szej linii nie zda­żyło się wam bywać?

– Ty lepiej o sobie coś powiedz. Widzisz, że czło­wiek z drogi i musi odpo­cząć. Pierw­szy dzień w pułku, a ty robisz prze­słu­cha­nie. – wtrą­cił się tele­fo­ni­sta, sie­dzący w kącie ze słu­chawką na gło­wie.

– Co tu opo­wia­dać? My, zwia­dowcy, pędzimy spe­cy­ficzny żywot. Cał­kiem nie­pro­sty.

I żoł­nierz zaczął opo­wia­dać, co się dzieje w plu­to­nie, co mówi star­szyna, o czym gadają chło­paki i jaki jest Ria­zan­cew.

– A po jeńca czę­sto zda­rzało się wam cho­dzić? – pytam.

– Nie, teraz nie cho­dzimy. Jakiego tam jeńca! Chyba, że zła­piemy i wycią­gniemy naszego dowódcę pułku! Sto­imy w ochro­nie sztabu. Całymi dobami nie wyła­zimy ze śniegu. Nie dają zła­pać odde­chu. Dzi­siaj przy roz­da­niu żar­cia w plu­to­nie star­szyna powie­dział, że wró­cił ze szpi­tala stary dowódca zwiadu. Też kapi­tan z czte­rema gwiazd­kami, jak wy. Pew­nie teraz piją z majo­rem za Nowy Rok. A wy sie­dzi­cie z żoł­nie­rzami w tej dziu­rze. Kapi­tan od dawna wojuje na fron­cie. Mówią, że nie scho­dzi z pierw­szej linii od czter­dzie­stego pierw­szego. Jeden mówił, że jest zły i wyma­ga­jący, a inni gadają, że spra­wie­dliwy i tro­skliwy. A bo to dogo­dzisz naszym? Mówią, że nie da zro­bić krzywdy swoim ludziom. Chło­paki gadają, że się nasie­dzieli w śniegu i teraz będzie koniec z war­to­wa­niem. Naszych od razu wepchnęli na ochronę, gdy tylko kapi­tana posłali do szpi­tala. Cały mie­siąc sie­dzimy, ster­czymy jak bez­domne psy. Nie ma gdzie się umyć, ogrzać i wyspać. A przed­tem, jak mówią, zwia­dowcy mieli przy­zwo­ite życie

Popa­trzy­łem na niego. Z wyglądu brudny i obdarty. Twarz młoda, ale z brudu, wia­tru i wycień­cze­nia psy­chicz­nego pomarsz­czona niczym u sta­rej kobiety.

– A ty od dawna w zwia­dzie? – zapy­ta­łem go.

– Cały mie­siąc. Moi kole­dzy, z któ­rymi przy­sze­dłem do pie­choty albo pogi­nęli, albo ich ode­słali do szpi­tala z ranami. A ja posze­dłem na ochot­nika do zwiadu, no i żyję. Czy to wia­domo, co los zgo­tuje?

– A skąd jesteś?

– Z Sybe­rii, z Keme­rowa. Jest takie mia­sto na Sybe­rii. A wy, kapi­ta­nie, będzie­cie słu­żyć przy szta­bie pułku? Kie­dyś się spo­tkamy, ot tak, niby jak zna­jomi.

– Nie wiem, dokąd poślą. Do jutra doży­jemy. Dowódca pułku podej­mie decy­zję, gdzie będzie moje miej­sce. A Nie­miec zawsze tak po polu tłu­cze?

– Młóci dzień i noc, nijak się scho­wać. A co ma nie młó­cić? Dzien­nie ma po parę setek poci­sków na każde działo. Cała Europa na niego robi. A wy coś nie pali­cie, towa­rzy­szu kapi­ta­nie? Widocz­nie w pułku z machorką kiep­sko. Krę­pu­je­cie się popro­sić u żoł­nie­rzy na skręta? Bierz­cie, nie krę­puj­cie się!

Żoł­nierz podał mi kap­ciuch. Zaczerp­ną­łem szczyptę tyto­niu, zawi­ną­łem w skra­wek gazety i zapa­li­łem. Wycią­gną­łem paczkę „Bie­ło­mo­rów” i poczę­sto­wa­łem wszyst­kich papie­ro­sami.

Roz­mowa koń­czy się sama z sie­bie. Wyj­muję z map­nika kartkę, biorę ołó­wek i zaczy­nam pisać list do domu. „Dzień dobry droga Augu­sto. Szczę­śli­wie dotar­łem do swo­jej jed­nostki…”. Oby­czaje to zapewne ludz­kie przy­zwy­cza­je­nia. Jakby masze­ro­wa­nie drogą na głę­bo­kich tyłach było ryzy­kowne, a tutaj na fron­cie, w pobliżu pierw­szej linii, było bez­piecz­nie jak u Pana Boga za pie­cem.

O dru­giej w nocy wszy­scy uci­chli, uło­żyli się w cia­sno­cie i poszli spać. Jeden dyżurny tele­fo­ni­sta został w kącie, sie­dząc w kucki. Nie miał miej­sca, aby się poło­żyć i wypro­sto­wać nogi. Sie­dzi i głowa opada mu na kolana. Tkwi w kącie z zamknię­tymi oczami, a nasza trójka leży rząd­kiem na boku.

Ran­kiem, obró­ciw­szy się na plecy, otwie­ram na moment oczy. Zwia­dowcy już nie ma. W norze sie­dzi dwóch nowych tele­fo­ni­stów. Gdy wsta­łem, przy­wi­tali się ze mną.

– A gdzie moi nocni zna­jomi? – zapy­ta­łem.

– Poszli do plu­tonu, towa­rzy­szu kapi­ta­nie.

Sia­dam na pod­ściółce z gałęzi, wycią­gam z kie­szeni moskiew­skie papie­rosy, czę­stuję łącz­no­ściow­ców i zapa­lam. Tak to już u nas jest na fron­cie. Sie­dzę, palę i wyobra­żam sobie, jak pójdę do szefa sztabu. Ten z kolei pogada z dowódcą pułku.

Wyłażę z zaśnie­żo­nej cha­tynki i idę ścieżką na tyły do schronu sztabu. Szef sztabu dzwoni do dowódcy pułku i po chwili mil­cze­nia wspo­mina coś o mnie. Patrząc na majora, domy­ślam się, że powie­dziano mu, aby sam ze mną poroz­ma­wiał. Nie rozu­miem tylko idei dowódcy pułku. Po jaką cho­lerę posłał mnie na punkt obser­wa­cyjny? Pew­nie sądził, że całą noc nie będę spać, cze­ka­jąc na jego tele­fon. A tu nie­wy­pał!

* * *

Majo­rowi powie­dzia­łem, że potrze­buje dwóch tygo­dni, by dopro­wa­dzić swo­ich żoł­nie­rzy do należ­nego wyglądu: trzy dni na banię, tydzień na naukę i parę dni na szko­le­nie. Trzeba ich wytre­so­wać, wcią­gnąć w reżim, bo bez tego nie można ich wypusz­czać na nocną robotę. A ze służby war­tow­ni­czej – zwol­nić. Major się zgo­dził.

Opu­ści­łem sztab i posze­dłem do zwia­dow­ców. Droga ze sztabu pułku do plu­tonu zwiadu była krótka – trzy­sta metrów w bok i do wąwozu.

Przy­jem­nie jest iść po twar­dej i udep­ta­nej nogami dróżce. Ścieżka jest popro­wa­dzona głę­boko w śniegu. Świeży śnieg lekko przy­pró­szył ślady i skrzypi pod nogami. Skraje wąwozu są strome, wyso­kie na dwa metry, a gdzie­nie­gdzie i wyż­sze. W zbo­czach wąwozu pod zamar­z­niętą war­stwą ziemi wyryte są przej­ścia. Oto i jest miej­sce dys­lo­ka­cji plu­tonu zwiadu. Nory są wyko­pane bez­po­śred­nio w ziemi. Dla osłony przez wia­trem i zawieją przy­kryto je kawał­kami mate­riału. Jeśli chcesz wczoł­gać się do takiej nory, trzeba przed nią uklęk­nąć, oprzeć się rękoma o zie­mię, przy­jąć pozy­cję poziomą i poru­szać się głową do przodu, tra­fia­jąc w jamę. Łącz­no­ściowcy na punk­cie obser­wa­cyj­nym mają cia­sne lego­wi­sko, ale można w nim przy­naj­mniej spo­koj­nie usiąść. A tutaj, aby wydo­stać się na zewnątrz, trzeba się poło­żyć. Wle­ziesz do nory, poło­żysz się na boku, zapie­rasz się łok­ciem w sufit, a pod bokiem masz miej­sce na pod­ściółkę z gałęzi cho­iny. Przed oczami masz małe pale­ni­sko, wyko­pane w ziemi. Kła­dzie się tam drwa i pali bez komina. Sufit to zamar­z­nięta war­stwa ziemi – jak beto­nowy strop porząd­nego schronu bojo­wego. Czy nie­miecki żoł­nierz był w sta­nie choć na chwilę wyobra­zić sobie coś podob­nego? Czy mógłby choć jeden dzień wytrzy­mać w takiej norze? Niem­cowi trzeba zaser­wo­wać budowlę z bier­wion, pry­cze wyło­żone świeżą słomą, żela­zny pie­cyk z regu­la­cją prze­wiewu, pod­łogę z gru­bych heblo­wa­nych desek i rację żyw­no­ściową naszych puł­kow­ni­ków i gene­ra­łów. I jeśli ta budowla będzie wpusz­czona głę­boko w zie­mię i nakryta z wierz­chu czte­rema war­stwami gru­bych belek, to Nie­miec będzie się czuć jak w dobrym schro­nie. A co tu gadać o wil­got­nej dziu­rze w zamar­z­nię­tej ziemi? Jeśli wepchnąć tam Niemca głową do przodu, żeby wpełzł tam na brzu­chu, to potem o poranku będziesz stam­tąd wycią­gać za nogi jego trupa.

– Gdzie Ria­zan­cew? – zapy­ta­łem nie­zna­nego zwia­dowcę, sto­ją­cego na poste­runku.

– O! – i poka­zał mi jedną taką dziurę.

Kiedy tam wpeł­złem, ujrza­łem Ria­zan­cewa. Leżał na ple­cach, zało­żyw­szy ręce za głowę i patrzył w sufit. Jakby go stu­dio­wał, widząc pierw­szy raz. W środku pło­nie nie­wielka kop­ciłka. Wsu­wam się na łok­ciach dalej. Tam, przy ścia­nie, pali się ogie­niek. Sztur­cham swo­jego pod­wład­nego w bok, zakła­da­jąc, że śpi. Star­szyna uprze­dził go, że wró­ci­łem do pułku i że z rana pokażę się u niego na godzinkę. Mógł­bym go nie szu­kać i nie wła­zić do nory. Mogłem kazać star­szy­nie, aby wezwał go na roz­mowę do mnie. Jed­nak wie­dzia­łem, że będzie się przede mną cho­wać i posta­no­wi­łem poja­wić się u niego oso­bi­ście. Do czło­wieka trzeba podejść ostroż­nie i z wyczu­ciem. Kto wie, co mu tam teraz na sercu leży. Z jed­nej strony ma świa­do­mość, że przy­je­cha­łem i że odpad­nie mu część obo­wiąz­ków. A przy oka­zji skrzywi się, że skoń­czył się jego zimowy sen niedź­wie­dzia. Teraz nie będzie snu, tylko myśle­nie, gdzie by tu pochwy­cić języka.

Ja zaś mia­łem takie uczu­cie, że po mie­siącu bume­lanc­twa i wypo­czynku trzeba się brać za robotę. On zaś naj­wi­docz­niej nie miał ochoty na powrót do zajęć zwia­dow­ców. Zwia­dowcy to skom­pli­ko­wana nacja. Bywa, że za pierw­szym razem ich nie zro­zu­miesz, a nie­kiedy nie pomogą nawet sprytne wybiegi, aby ich podejść.

– Sie­manko, zwia­dowco!

– Czo­łem, kapi­ta­nie!

– Więc jak? Będziemy gadać na sucho czy poślemy po star­szynę, żeby roz­mo­czyć roz­mowę?

Wie­dzia­łem, że Fie­dia nie odmówi wypitki.

– Co będziemy jutro robić? Widzia­łem, że masz nowych ludzi w plu­to­nie.

– Tak, jest dzie­się­ciu świe­ża­ków, wzię­tych z pie­choty.

– To jak? Posłać po star­szynę czy będziemy cze­kać, aż się sam pojawi?

– Nie, lepiej posłać. Po co odwle­kać? Skoro już przy­je­cha­łeś, trzeba wszystko zaczy­nać od początku. Ty leż, a ja sam po niego poślę.

Ode­pchnął nogą zasłonkę i krzyk­nął:

– Ej, jest tam któ­ryś? Podejdź no tutaj!

W dziu­rze uka­zała się głowa war­tow­nika.

– Obudź któ­re­goś z chło­pa­ków i poślij go po star­szynę. Niech powie, że kapi­tan go tu potrze­buje. A życie ogól­nie jak?

– Jakie tam życie? Posa­dzili na wartę. Mówili, że tym­cza­sowo, a już mie­siąc sie­dzimy.

– Dzi­siaj pole­guj i dosy­piaj. A jutro rano zwia­dowcy do ochrony nie pójdą. Umó­wi­łem się tak z sze­fem sztabu. A ty co będziesz robić?

Ria­zan­cew zamilkł i zamy­ślił się.

– Na jutro rano kaza­łem star­szy­nie urzą­dzić gim­na­stykę. Roze­brać wszyst­kich do gołego i natrzeć śnie­giem. Po jedze­niu ogólna zbiórka. Ty wystą­pisz przed szy­kiem. Powiesz im, że nie będą już wię­cej pasać owiec. Zaczyna się przy­go­to­wa­nie do naszych głów­nych zajęć. Star­szyna wypa­trzył na tyłach porzu­coną banię zbitą z bali. W nocy trzeba posłać tam chło­pa­ków, roze­brać ją, prze­wieźć i do rana posta­wić tutaj, w wąwo­zie. Star­szyna mel­duje, że w bani jest meta­lowa beczka, komin i kamie­nie. Kolej­nego dnia rano, po zbiórce, bania dla wszyst­kich, wymiana bie­li­zny i porwa­nego umun­du­ro­wa­nia. I wła­śnie od tego, drogi Fie­dia, zaczniemy. Bania może jest i cudza, ale mam nadzieję, że do głowy im nie przyj­dzie, żeby tu przy­ła­zić. Tyłow­nicy nie będą jej szu­kać na pierw­szej linii. Tu czę­sto strze­lają. Wydaj star­szy­nie pole­ce­nie, żeby usta­wił tu dwa namioty dla chło­pa­ków. Na całą tę robotę daję wam trzy dni. Patrzę na naszych chło­pa­ków i dzi­wię się. Gęby u wszyst­kich brudne, jakie­goś sinego koloru. Tak was pie­chota zadzio­bała? Wstyd spoj­rzeć! Zwia­dowcy, gwar­dzi­ści!

Do roz­biórki i prze­no­sze­nia bani star­szyna zabrał wszyst­kich. Dach wzięli we czte­rech i poło­żyli na saniach. Kłody ze ścian brali we dwóch i szli do wąwozu. Pod­czas gdy pierw­sza ekipa szła przez las i pole do wąwozu, druga wywo­ziła na saniach pod­stawę i pod­łogę bani. W wąwo­zie kipiała praca. Postu­ku­jąc topo­rami, zwia­dowcy wymie­niali mię­dzy sobą uwagi:

– Nasz stary kapi­tan wró­cił ze szpi­tala. Gdy tylko się poja­wił, od razu zaczęło się krę­cić. Czuje się twardą rękę. Jutro tyłow­nicy przy­lezą z mio­teł­kami, żeby się wypa­rzyć. Dopiero się będą dra­pać po tył­kach! Gacie wiszą na dru­cie, a bani nie ma! Nasz star­szyna ma wprawne oko jak sowa. I tylko twar­dego kie­row­nic­twa bra­ko­wało. Przy­je­chał kapi­tan i wszystko się zakrę­ciło.

– Słu­chaj, a on tak naprawdę jest stary?

– Sam żeś stary! Młody jest! Ma dwa­dzie­ścia trzy lata. A nazy­wamy go sta­rym, bo jest długo na fron­cie. O, jak Sieńko – stary zwia­dowca, a sam cał­kiem młody. U tyłow­ni­ków obija się cała kom­pa­nia sape­rów. Niech im zbu­dują nową banię.

Jeden z tych, któ­rzy byli od dawna w plu­to­nie zwiadu, wykła­dał mło­dym:

– Wyobra­żam sobie, co się będzie jutro działo, kiedy pojawi się kapi­tan ze star­szyną. Z rana, dzieci moje, star­szyna ogłosi poranną pobudkę i ogólną zbiórkę. Jestem tego pewien. Ria­zan­cew coś mu tam ostat­nio kla­ro­wał. Tak więc szy­kuj­cie się, chłopcy, żeby szybko zająć miej­sce w szyku. I zagęsz­czaj­cie ruchy, bo kapi­tan pojawi się na gim­na­styce.

– Na jakiej gim­na­styce? Na zewnątrz jest minus trzy­dzie­ści. Co ty gadasz?

– Tak, tak! Wspo­mni­cie moje słowa! Ja też mia­łem kie­dyś wąt­pli­wo­ści. Od jutrzej­szego ranka zacznie się nowe życie, któ­rego żeście jesz­cze nie posma­ko­wali, soko­liki i pta­szęta moje. Zapo­mnij­cie o poste­run­kach i ochro­nie. Posie­dzie­li­ście w śniegu jak pomio­tła, namno­ży­li­ście pcheł i wszy, a teraz pobudka! Teraz będziemy cho­dzić po języka! Będziemy patrzeć w samą pasz­czę kostu­chy. Na począ­tek dla porządku kapi­tan wyci­śnie z was siódme poty. To nie będzie minus trzy­dzie­ści a plus czter­dzie­ści afry­kań­skiego upału. Poczu­je­cie to, kochani, na wła­snej skó­rze. Z rana pobudka, zaprawa do siód­mych potów, nacie­ra­nie śnież­kiem, potem wzmoc­nione śnia­da­nie. Kasza z tłusz­czem i mię­sem. Potem bania i po bani każ­demu sto pięć­dzie­siąt. Star­szyna oso­bi­ście przy­nie­sie. Kapi­tan kazał star­szy­nie ugo­to­wać na obiad kapu­śniak z wie­przo­winą, ale tak, żeby zupa była tłu­sta jak należy, ze skwar­kami. Palce lizać! Star­szyna, choćby miał wyzio­nąć ducha, powy­mie­nia zegarki u inten­den­tów na sło­ninę i kiszoną kapu­stę. Na takie oka­zje zawsze ma ich zapas. Zapa­mię­taj­cie, gołą­beczki! Teraz jeste­ście w zwia­dzie, a nie w plu­to­nie ochrony. Puł­kowy zwiad ma swoje zwy­czaje i porządki. Mówią, że star­szyna przy­wlókł z tyłów nawet Jośkę-fry­zjera. Sie­dzi u niego w namio­cie i czeka swej godziny. Będzie strzyc, golić i każ­demu trzy razy spry­ska dziób wodą koloń­ską! Star­szyna za wszystko zapła­cił. Ma walutę – zegarki ręczne i inne bran­so­lety, które zostały po zabi­tych chło­pa­kach. Pusz­cza je w ruch, kiedy trzeba cze­goś dla wszyst­kich i kiedy jest sta­now­czy roz­kaz kapi­tana. Sły­sza­łem, że postawi nam dwa namioty w wąwo­zie. I będziemy tam kopać zie­mianki z pry­czami. Za dwa tygo­dnie zaczniemy szu­kać języka. Nie mar­tw­cie się, chło­paki! Przy­zwy­cza­ili­ście się do brud­nego świń­skiego żywota! A teraz nad­cho­dzi piękne życie. Będzie­cie cho­dzić jak kawa­le­ro­wie do wzię­cia. Wasz kapi­tan ustawi wam wszyst­kie szare komórki. Boście się cał­kiem zawszyli i zatłu­ścili. Aż żal spoj­rzeć!

Star­szyna zapewne sam roz­pu­ścił słu­chy, żeby żoł­nie­rze zawczasu prze­stro­ili myśle­nie na pracę. W zwia­dzie trzeba było od razu wszystko zbu­rzyć i poże­gnać się z prze­szło­ścią. U nas nie można żyć dniem wczo­raj­szym. Bojowa rola zwia­dowcy jest ciężka i nie­bez­pieczna. Grę z Niem­cami pro­wa­dzi się na gra­nicy życia i śmierci i bez ryzyka i odro­biny szczę­ścia zwia­dowca nie pocią­gnie. Każ­dego z nas musi cecho­wać nie­złomna wola, przy­tom­ność umy­słu i umie­jęt­ność odpo­wied­niego nastro­je­nia się w naj­bar­dziej bez­na­dziej­nych sytu­acjach.

Naj­mniej­sza nie­wiara w sercu lub zwąt­pie­nie w swo­jego dowódcę może dopro­wa­dzić do porażki i wtedy życie skoń­czy się z powodu bła­hostki. Tu w grę wcho­dzi i rozum, i spryt i pomy­sło­wość, a wszystko to trzyma się na woli czło­wieka i to też na słowo honoru. Bywały takie sprawy i przy­padki, że nawet nie zauwa­żało się wła­snego błędu.

* * *

Ran­kiem o wyzna­czo­nej porze star­szy sier­żant wydał komendę do pobudki i ogól­nej zbiórki. Dla nowi­cju­szy było to nowo­ścią i pro­ble­mem. Oto są na fron­cie, a tu masz – pobudka, zaprawa fizyczna i zbiórka w szyku. Ale do sze­regu bie­gli wszy­scy: i sta­rzy, i mło­dzi. Doświad­czeni pod­ofi­ce­ro­wie, nie­raz wycho­dzący po jeńca, bie­gli na prze­dzie. Mło­dzi od razu zro­zu­mieli, że w zwia­dzie coś się wyda­rzyło. Star­szyna, ścią­gnąw­szy brwi, ryczał teraz jak byk. Kazał zrów­nać czubki butów i dono­śnym basem podał komendę „bacz­ność!”. Pod­szedł do porucz­nika Ria­zan­cewa i salu­tu­jąc, zamel­do­wał. Ria­zan­cew wystą­pił do przodu i podał komendę „spo­cznij!”. Wszyst­kim sto­ją­cym w szyku kazał zdjąć szy­nele, pikówki i bluzy i roze­brać się do pasa. Zwia­dow­com oczy wyszły z orbit. Star­szy sier­żant wysu­nął dolną szczękę, wyba­łu­szył oczy i w mgnie­niu okaz stał bez koszuli. Jego wło­chata pierś uno­siła się mia­rowo. Pośród mło­dych i cher­la­wych chło­pacz­ków, sto­ją­cych w sze­regu, poja­wiło się zwąt­pie­nie. Jed­nakże widząc, że star­szyna ryje zie­mię bucio­rem niczym kopy­tem i że plu­to­nowi i dziad­ko­wie bez zbęd­nych roz­my­ślań roze­brali się do pasa, także zaczęli zrzu­cać na śnieg, pod nogi, swoje szy­nele i bie­li­znę. Star­szy sier­żant wypiął pierś i głę­boko dysząc, zaczął pusz­czać noz­drzami obłoki bia­łej pary. Dziad­ko­wie wie­dzieli, czego chce ich kapi­tan. Rozu­mieli, że trzeba się otrzą­snąć gwał­tow­nie i za jed­nym zama­chem.

– Oj, oj! Oj, oj, oj! – w szyku dały się sły­szeć okrzyki nowi­cju­szy.

Star­szyna niczym byk-prze­wod­nik zary­czał na całą oko­licę:

– Zwiad, za mną! Nikt nie zostaje z tyłu!

I roz­bry­zgu­jąc śnieg ogrom­nymi bucio­rami, nabie­ra­jąc szyb­ko­ści, rzu­cił się przed sie­bie.

Plu­ton zerwał się z miej­sca i przy ogól­nych gwiz­dach, krzy­kach i pohu­ki­wa­niach pognał za star­szyną. Łącz­no­ściowcy, któ­rzy cią­gnęli prze­wód, zatrzy­mali się z roz­dzia­wio­nymi ustami. Teraz po puł­ko­wych łączach pobie­gnie aneg­dota, jak to któ­re­goś ranka przy dwu­dzie­sto­stop­nio­wym mro­zie zwia­dowcy pułku robili na golasa zaprawę.

Z powro­tem star­szyna przy­biegł do sosno­wego lasku jako pierw­szy. Nikt nie śmiał go wyprze­dzić po dro­dze. Któ­ryś z nowych pró­bo­wał, ale odcią­gnęli go w biegu. To star­szyna powi­nien być pierw­szy. To rodzony ojciec. Star­szy sier­żant przy­biegł, potu­pał w miej­scu, pochy­lił się, pochrzą­ku­jąc, zaczerp­nął dłońmi puszy­stego śniegu i zaczął nacie­rać sobie pierś. Natarł śnie­giem szyję i ręce, a Walie­jew podał mu ręcz­nik.

Walie­jew trzy­mał na ręku sto­sik czy­stych onuc i zer­kał na star­szynę z weso­łym uśmiesz­kiem. Żoł­nie­rze rów­nież pod­bie­gali i nacie­rali się bia­łym puchem, ciska­jąc w sie­bie śnież­kami. Potem pod­bie­gali do Walie­jewa i chwy­tali w locie czy­ste onuce.

– Od razu widać, że sprawy ruszyły z miej­sca – powie­dzia­łem, pod­cho­dząc do star­szyny i Ria­zan­cewa. – Teraz musi­cie tylko pod­trzy­my­wać porzą­dek i dziar­skie nastroje wśród ludzi.

Ria­zan­cew uśmiech­nął się, a star­szyna popa­trzył na mnie, jakby w mil­cze­niu pyta­jąc, czy może by tak nalać wszyst­kim po sto gram?

Kiw­ną­łem głową na znak zgody.

– Bra­cia chrze­ści­ja­nie! Bło­go­sła­wieni Pań­scy! Soko­liki pra­wo­sławne! Pod­cho­dzić po kolei! Chrzest Rusi! Będziemy przyj­mo­wać komu­nię świętą! Kapi­tan dał zgodę na sto pięć­dzie­siąt gram!

W wąwo­zie zostały dwa obozy. Puste dziury i nory w ziemi pod urwi­skiem, a obok namioty i bania z okrą­gla­ków, w któ­rej można palić i pomiesz­ki­wać. Potem było śnia­da­nie, łaź­nia, wyda­nie bie­li­zny i wymiana umun­du­ro­wa­nia. Dla nie­któ­rych chło­pa­ków star­szyna zdo­był nawet nowe walonki.

Chło­paki, zmę­czeni i zado­wo­leni, sie­dzieli na kło­dach, roz­ma­wiali ści­szo­nymi gło­sami i palili tytoń.

– Towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii! Potrzebny wam ordy­nans! – zaczął basem roz­mowę star­szyna.

– Pew­nie masz takiego chło­paczka na widoku?

– Oczy­wi­ście, że mam. Nie­wiel­kiego wzro­stu, nie­tęgi z budowy, ale ma siłę w rękach. Sprytny i roz­gar­nięty. Chło­paki nie zabie­rają go do grupy prze­chwy­tu­ją­cej. Mówią, że jest ciut za malutki. A szkoda go odsy­łać z powro­tem do pie­choty. Zgi­nie za tydzień. Wiem, że kaza­li­ście kom­ple­to­wać grupy bojowe. Na robo­cie nie był i tam go nie znają. Ale może zostać i nie na robo­cie. Sam bym go wziął, ale mam już woź­nicę i Sie­me­now sie­dzi u mnie po wyle­cze­niu. Sami wie­cie, że trzech na jedną furę nie przy­słu­guje.

– Dobra, przy­pro­wadź go. Zer­knę na two­jego sio­strzeńca.

– Co wy, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii? To dla mnie żadna rodzina! Po pro­stu szkoda chło­paczka. On nawet w plu­to­nie jest od nie­dawna. Przy­szedł z uzu­peł­nie­niem, kiedy was nie było.

– Ale go swa­tasz, więc mówię, że sio­strze­niec. Czyli jest z tych nowych?

– No tak! Ale wyście go widzieli.

– Gdzie?

– Dyżu­ro­wa­li­ście z nim na punk­cie obser­wa­cyj­nym. Co prawda, on nie koja­rzy, że jeste­ście wła­śnie tym kapi­ta­nem.

– Cały star­szyna! Wszytko wie!

– Takie sta­no­wi­sko, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii.

– Dobra, dawaj tu swo­jego pod­opiecz­nego.

Sie­dzie­li­śmy w namio­cie usta­wio­nym przy samym urwi­sku. Ria­zan­cew był zado­wo­lony. Wyja­śnił mi, że w przy­padku ostrzału odłamki polecą dalej i w razie czego można się skryć pod zamar­z­nię­tym grun­tem. Ogło­sił wręcz zwia­dow­com, że w przy­padku sil­nego ostrzału wszy­scy mają się cho­wać, jak to okre­ślił, pod zie­mią.

– Dobrze żeś to wymy­ślił! – powie­dzia­łem i pokle­pa­łem go po ramie­niu. – Wszystko, jak trzeba, Fie­dia! Ludzi trzeba chro­nić!

Ktoś prze­ci­snął się przez zasłonę w wej­ściu do namiotu i uka­zał się star­szyna. Za nim poja­wił się mój nocny zna­jomy.

– Zachodź! – powie­dzia­łem, gdy dostrzegł mnie od progu.

– No, coś się zaciął? – zamu­czał star­szyna. – Towa­rzysz kapi­tan gwar­dii niczym rodzony ojciec chce cię ustrzec przed śmier­cią. Jeśli pój­dziesz do pie­choty, to poży­jesz jakiś tydzień. Kapi­tan zga­dza się wziąć cię na ordy­nansa. No, czego nic nie gadasz? – zatrą­bił.

– Jak się nazy­wasz? – zapy­ta­łem.

– Sier­giej.

– Nazwi­sko?

– Kudriu­mow.

– Cóż, Sier­giej. Sia­daj, zapal sobie i czuj się, jak w domu.

Zer­k­ną­łem na Ria­zan­cewa, który pole­gi­wał na boku, mru­gną­łem do niego i doda­łem:

– Jeste­śmy sta­rzy zna­jomi. Sam mi powie­dział na punk­cie obser­wa­cyj­nym, że może się jesz­cze spo­tkamy. No i spo­tka­li­śmy się. Oka­zuje się, że nie jestem szta­bow­cem, a wła­śnie takim zwia­dowcą, o któ­rym mi wtedy opo­wia­da­łeś. Star­szyna kla­ruje, żebym cię wziął na ordy­nansa. Nie mogę cię posłać do ekipy Sieńki. Chło­paki sami kom­ple­tują grupy. Takie są u nas porządki. Ja zaś potrze­buję ordy­nansa. Jeśli się zga­dzasz – zosta­wię cię przy mnie.

– No, czego nic nie mówisz? – popchnął go pię­ścią star­szyna.

– Ja też nie mam nic prze­ciwko temu. Chyba się doga­da­li­śmy.

– Star­szyna oświeci cię w kwe­stii obo­wiąz­ków. Zna się na wszel­kich szcze­gó­łach tej roboty. A całą resztę będziesz łapać w locie. Jutro przej­miesz nowe obo­wiązki. Sier­żant dopro­wa­dzi do porządku twój wygląd.

Od tej chwili Sier­giej Kudriu­mow stał się moim sta­łym towa­rzy­szem. Ordy­nans w zwia­dzie to nie foryś u dowódcy pułku. Ordy­nans to taki sam zwia­dowca – zde­cy­do­wany i bystry, prawa ręka ofi­cera, istotna osoba w plu­to­nie. Tyle, że w stop­niu sze­re­gowca. Nie musi czy­ścić butów swo­jego prze­ło­żo­nego, w zwia­dzie się tego nie prak­ty­kuje. Cho­dzi­li­śmy w nie­wy­czysz­czo­nych butach. Ja nie zaj­muję się jego wycho­wa­niem, ale star­szyna cza­sem robi mu wymówki. Jest niczym kościelny – skarci, pogła­dzi po wło­sach chro­po­watą dło­nią. Sio­strze­niec przy­szedł! Ojciec chrzestny roz­grzewa dzi­siaj banię. Kazał po cie­bie przyjść! Dzi­siaj ofi­ce­ro­wie i nasza kom­pa­nia będą zaży­wać kąpieli w gorą­cej parze.

I tak mija jesz­cze jeden dzień zimy.

Rozdział 40 – Szykujemy nocny wypad (styczeń 1944 roku)

Roz­dział 40 – Szy­ku­jemy nocny wypad (sty­czeń 1944 roku)

Następ­nego dnia, 3 stycz­nia 1944 roku, wraz z Ria­zan­ce­wem ruszy­li­śmy na pierw­szą linię. Prze­szedł­szy obok puł­ko­wego punktu obser­wa­cyj­nego, w któ­rym spę­dzi­łem pierw­szą noc, skrę­ci­li­śmy w prawo i poszli­śmy wąską ścieżką ku nie­zbyt sze­ro­kiemu pasowi lasu, leżą­cemu na skraju wąwozu. Tam, w odle­gło­ści kil­ku­dzie­się­ciu metrów, prze­bie­gała wysu­nięta linia obrony kom­pa­nii strze­lec­kiej.

Nie zdą­ży­li­śmy zro­bić nawet dzie­się­ciu kro­ków, kiedy z nara­sta­ją­cym świ­stem po ścieżce łup­nęły nie­miec­kie poci­ski. Poło­żyć się w śniegu i cze­kać, aż skoń­czy się ostrzał, nie było sensu. W ten spo­sób w odsło­nię­tym miej­scu można prze­le­żeć cały dzień i docze­kać się poci­sku. A gdzie się podziać? Skrę­cić w bok i gnać po głę­bo­kim śniegu? Daleko nie odbie­gniesz.

Ni­gdy nie wiesz z wyprze­dze­niem, gdzie trafi pocisk. Tra­fie­nie może nastą­pić w dowol­nym miej­scu. Jedyny ratu­nek to przy­śpie­szyć kroku, nie scho­dzić ze ścieżki i sko­kiem dotrzeć do kom­pa­nij­nej tran­szei. Poto­czysz okiem w prawo i w lewo, oce­nisz, gdzie roz­kła­dają się eks­plo­zje i decy­zja pod­jęta.

Chwy­ta­jąc ustami powie­trze, dobie­gli­śmy na pozy­cje kom­pa­nii i sto­czy­li­śmy się na dno okopu. Sądzi­li­śmy, że w ukry­ciu, na dnie tran­szei, będzie ciszej. A tam jesz­cze gorzej. Nie­miec bil wzdłuż oko­pów. Wszę­dzie fru­wały grudy zamar­z­nię­tej ziemi. Śnieg i odłamki bry­zgały na wszyst­kie strony. W tran­szei nie było strzel­ców. Żoł­nie­rze to zmyślny naro­dek – wyryli sobie jamy w przed­niej ścia­nie okopu i każdy wła­ził do swo­jej dziury. Można to nazwać jak się chce – ot, nora pod przed­pier­siem, którą każdy wyko­pał dla sie­bie. Gdzie nie pole­ziesz, wszyst­kie nory zajęte. Z dziur ster­czą tylko plecy i nogi. Tran­szeja zro­biła się sze­roka. Można minąć się we dwóch, nie przy­ci­ska­jąc się do ścian. W wielu miej­scach ściany okopu się osu­nęły. Gdzie się podziać, kiedy Nie­miec bez prze­rwy tłu­cze? Eks­plo­zje nastę­pują to z przodu, to z tyłu. Wzdłuż okopu leci zamar­z­nięta zie­mia. Nie­które poci­ski prze­no­szą, nie­które to nie­do­loty, ale co dzie­siąty tra­fia w tran­szeję. Oto jeden wyrzuca zie­mię w górę. I teraz spró­buj zgad­nąć, gdzie trafi następny.

– Aleś mnie zapro­wa­dził, Fie­dia! Może w innym miej­scu będzie ciszej?

– Tu wszę­dzie jest tak samo.

– No to dawaj wzdłuż okopu gdzieś na skraj.

– Chodźmy na lewy koniec, tam okop dociąga bli­żej do urwi­ska.

Bie­gniemy w lewo do samego końca tran­szei. Fak­tycz­nie tutaj jest ciszej. Dalej za drze­wami jest prze­świt, a za nim na skraju lasu sie­dzą Niemcy.

– Co oni tam mają? Tran­szeję, sta­no­wi­ska strze­lec­kie czy schrony z ziemi i belek?

– Nie mam poję­cia. Cią­gle tłuką z broni maszy­no­wej.

– Pew­nie się cze­goś boją.

– A czego się mają bać? W kom­pa­niach mamy po pięt­na­stu ludzi.

– Wiesz, jak to jest! Oni mogę tego nie wie­dzieć i myślą sobie, że jest ina­czej. Może sądzą, że szy­ku­jemy nie­ocze­ki­wany atak.

Sie­dzimy w samym końcu tran­szei. Niemcy i tutaj pusz­czają z rzadka jeden, dwa poci­ski. Przy każ­dym bli­skim wybu­chu zasła­niam łok­ciem twarz i oczy.

Potem, kiedy Niemcy prze­no­szą ogień gdzieś w bok, kładę się tor­sem na przed­pier­siu, unio­szę lor­netkę i lustruję nie­miec­kie pozy­cje. Przed przed­pier­siem tran­szei roz­ciąga się nie­zbyt sze­roki pas zaśnie­żo­nego pola. Wczoł­gu­jemy się na nie. Musimy spoj­rzeć z góry z urwi­ska i zoba­czyć, jak wygląda zbo­cze. Czy da się tutaj zejść nocą na odsło­nięte pole, leżące w dole? To tam są roz­lo­ko­wane nie­miec­kie schrony i sta­no­wi­ska strze­lec­kie pierw­szej linii. Zaśnie­żone pole to obni­że­nie terenu, gdzie spod ziemi sączy się woda. Nie­miec­kie zie­mianki są wyko­pane tylko do połowy. Ich ściany i stropy ster­czą metr ponad powierzch­nią ziemi. Białe pole cią­gnie się dalej i pod koniec wznosi się nieco w górę. Na tle ciem­nej linii lasu widać znisz­czoną sto­dołę i dwa-trzy opa­lone kominy – to wieś Bon­dary. Po lewej stro­nie wsi prze­biega główna droga, ukryta pod śnie­giem. Nie widać jej z urwi­ska, ale jest na mapie. Wycią­gnąw­szy szyję, raz jesz­cze spo­glą­dam w dół pod uskok. Tu i ówdzie spod śniegu ster­czą powy­gi­nane korze­nie drzew.

W tym momen­cie w skraj urwi­ska ude­rzają nie­miec­kie poci­ski. Wybu­chy roz­kła­dają się bli­sko nas. Wty­kamy głowy w śnieg. Przy każ­dym kolej­nym wybu­chu trzę­siemy się i przy­wie­ramy do ziemi.

Gdy tak tra­fiasz pod ogień, to za każ­dym razem mówisz sobie:

– No i koniec! Jesz­cze jeden pocisk i zosta­nie z cie­bie mokra plama! Teraz to już kry­ska!

Lecz wycie nad­la­tu­ją­cych poci­sków nie­ocze­ki­wa­nie cich­nie, ciało się odpręża i jakby dało się już ode­tchnąć.

– Chyba żyję? – pytam sam sie­bie.

Docho­dzę do wnio­sku, że tym razem prze­nio­sło i pró­buję wykom­bi­no­wać, co robić dalej.

– Wystar­czy tego leże­nia! Chodźmy, kapi­ta­nie! – poga­nia mnie Ria­zan­cew.

– Nie zdą­żymy! Znowu nas nakryje!

– Co nie zdą­żymy? Wpaść pod ogień? Mogą nas nakryć i tu, i w oko­pie, i po dro­dze do wąwozu. Dopóki jest prze­rwa w ostrzale, zdą­żymy prze­sko­czyć! – nalega.

Pole­że­li­śmy jesz­cze przez jakiś czas, a potem wsta­li­śmy i nie­śpiesz­nie poszli­śmy z powro­tem

Pierw­sze wyj­ście na przedni skraj odby­li­śmy we trzech. Był z nami ordy­nans Sier­giej Kudriu­mow. Odda­łem mu lor­netkę. Ria­zan­cew pomógł mu roz­wią­zać worek na ple­cach, wsu­nął ją do środka i zacią­gnął sznu­rek. Ja i Ria­zan­cew mamy na sobie pół­ko­żuszki. Na wierzch zało­ży­li­śmy mask­cha­łaty. Sier­giej pod mask­cha­ła­tem ma żoł­nier­ski szy­nel i waciak. Mask­cha­łat wygląda jak biała kre­to­nowa ruba­cha ze sznur­kiem w dol­nej czę­ści i takie same białe sza­ra­wary do pięt, też ze sznur­kiem. Sier­giej ma na ramie­niu auto­mat okrę­cony czy­stymi ban­da­żami, a worek-ple­cak zało­żył pod mask­cha­łat. Wygląda, jakby miał garb. Ja i Ria­zan­cew nie bra­li­śmy ze sobą auto­matów. Pod mask­cha­łatami mamy przy pasie pisto­lety.

Kiedy wpa­dasz pod silny ostrzał, poje­dyn­cze poci­ski wzdłuż ścieżki nie są straszne. Dzia­łają na nerwy, ale nie pod­ska­ku­jesz nawet przy bli­skim i gło­śnym wybu­chu. Nie­mniej nie było bożego dnia, żeby na ścieżce nie zabiło albo nie raniło któ­re­goś z żoł­nie­rzy, krę­cą­cych się tam i z powro­tem.

Idziemy po ścieżce, pod­wią­zaw­szy klapy usza­nek do góry. Przez cały czas należy się wsłu­chi­wać oraz śle­dzić szum poci­sków i wybu­chy, aby nie wpaść pod cią­gły ostrzał. Poje­dyn­cze eks­plo­zje zwy­kle pod­ry­wają się daleko od sie­bie. Po odgło­sie lecą­cych poci­sków z mar­szu okre­śla się, jaki to kali­ber. Biją działa dale­ko­siężne lub cza­sem bate­rie sto­jące bli­sko pierw­szej linii. Te o dale­kim zasięgu roz­rzu­cają poci­ski sze­rzej na boki.

Wra­camy do sie­bie do wąwozu. Stoi tu nasz namiot. Tutaj też cza­sami roz­ry­wają się poci­ski, ale tra­fie­nia roz­kła­dają się cha­otycz­nie. Werż­nie się taki w skraj wąwozu, namiot pod­sko­czy od ude­rze­nia, zerwie się pod napo­rem fali ude­rze­nio­wej, świ­sną odłamki, a nam nic się nie sta­nie. Pod­czas ostrzału leżymy głę­biej, na boku. Pod­łogę namiotu opu­ści­li­śmy na metr w zie­mię. Jeśli pocisk roze­rwie się obok, odłamki porwą namiot i polecą górą nad nami, nie dra­snąw­szy nikogo. Spraw­dzono to już wie­lo­krot­nie. Nie mamy stropu nad głową. Lecz pocisk może spaść w zagłę­bie­nie, w któ­rym leżymy na pod­ściółce z cho­iny i wtedy roze­rwie nas na kawałki. Namiot stoi w wąwo­zie trzeci dzień. Nie­miec tłu­cze codzien­nie, ale namiot nie ma ani jed­nej dziury.

– No i co powiesz, Fie­dia? Gdzie będziemy brać języka?

– Obrona pułku wisi nad urwi­skiem. Innego miej­sca na akcję nie ma.

W tym cza­sie ze sztabu pułku przy­biega goniec. Wzy­wają mnie tam w pil­nej spra­wie.

Szef sztabu, widząc mnie, powie­dział bez przy­wi­ta­nia:

– Dowódcę pułku cie­kawi, kiedy wraz ze zwia­dow­cami pój­dziesz do kom­pa­nii na pierw­szą linię?

– Kiedy?

– Dokład­nie tak. Kiedy?

– Wła­śnie stam­tąd wra­cam! A czego on tak naprawdę ode mnie ocze­kuje? Po co mam tam łazić razem ze zwia­dow­cami? Co oni mają do roboty w kom­pa­nii strze­lec­kiej?

– Jak to, co?

– No tak, dokład­nie co? Sie­dzieć pod ogniem i pil­no­wać żoł­nie­rzy? Razem z Ria­zan­ce­wem byłem dzi­siaj w oko­pie. Bije, że łba nie pod­nie­siesz. Nijak nie poj­muję, czego ode mnie chce dowódca pułku?

– Powie­dział, że ofi­ce­ro­wie ze sztabu powinni bywać w kom­pa­niach strze­lec­kich.

– I co miał­bym tam robić? Dyżu­ro­wać?

– Nie dyżu­ro­wać, a bywać codzien­nie.

– Z ofi­ce­rów sztabu w kom­pa­niach bywam tylko ja. Jeśli chce, żebym tam sie­dział, napisz­cie roz­kaz. Tyle, że w tym cza­sie nie będę się zaj­mo­wać spra­wami roz­po­zna­nia. Taki punkt powi­nien być odzwier­cie­dlony w puł­ko­wym roz­kazie.

– Dobra! Idź do sie­bie, a ja sam poroz­ma­wiam z dowódcą pułku.

Patrzę na mapę i wspo­mi­nam swój pierw­szy wypad. Na przed­nim skraju przed naszą tran­szeją roz­ciąga się nie­zbyt sze­roki pas sta­rych drzew igla­stych. Ludzie oszczę­dzili przed wyrę­bem zie­lony zagon sta­rych drzew i zosta­wili go na samym skraju urwi­ska. W dole za usko­kiem leży zaśnie­żone pole, na któ­rym znaj­dują się nie­miec­kie zie­mianki, gniazda broni maszy­no­wej i schrony z belek. Pas drzew zasła­nia nam widok na pozy­cje prze­ciw­nika. Rosną tam wyso­kie i potężne świerki. Swymi korze­niami powstrzy­mują skraj urwi­ska przed osu­nię­ciem. Gdyby wyrą­bać drzewa, to korze­nie zgni­łyby, a stromy uskok ześli­zgnąłby się na zaorane pole. Pod urwi­skiem prze­pływa rzeczka. Zimą jej nie widać, bowiem jest zasy­pana śnie­giem. Zapewne leży tam łęgowa łąka.

Gene­ral­nie na Bia­ło­rusi nie ma wielu roz­le­głych pół i upraw­nych ziem. Teren jest wszę­dzie sil­nie pofał­do­wany. Tu samotny zagaj­nik, tam krzewy i wzgó­rze, dalej wąwóz, znowu pagó­rek, stru­myk i bagno. Nasi wypchną Niemca z jed­nego wznie­sie­nia, to przej­dzie przez moczary i umocni się na kolej­nym wzgó­rzu. I tak woju­jemy z pagórka na pagó­rek. Niemcy są zawsze na wzgór­kach, a my po raz kolejny ster­czymy w dole.

Nasi żoł­nie­rze zdą­żyli powa­lić część drzew na skraju urwi­ska. Nie­które drzewa ucier­piały od poci­sków burzą­cych i rów­nież się powa­liły. Jed­nakże nasi nie zdą­żyli obrą­bać gałęzi. Gdy tylko drzewa zaczęły się prze­wra­cać, Niemcy otwo­rzyli wście­kły ogień. Wykopy pod zie­mianki zostały wyryte, ale nie zbu­do­wano stro­pów. Tak więc żoł­nie­rze wygrze­bali sobie nory i jamy. Trudno jest wyko­pać tran­szeję wśród korzeni i zawa­łów. Sie­dze­nie pod­czas ostrzału w odkry­tych oko­pach w sąsiedz­twie pni drzew też jest nie­bez­pieczne. Jeśli pocisk ude­rzy w gałę­zie lub pień drzewa, wszyst­kie odłamki pofruną wachla­rzem w dół. To dla­tego nasz czo­łowy okop został wyryty w odsło­nię­tym miej­scu i cią­gnie się w pew­nej odle­gło­ści od linii drzew. Pod­czas podej­ścia do rubieży Sło­wia­nie nie zdą­żyli zako­pać się w ziemi, gdy Nie­mic zwa­lił na nich całą potęgę swych bate­rii. Bił, nie żału­jąc amu­ni­cji i nie licząc się z poci­skami. Kra­wę­dzie pio­no­wych ścia­nek tran­szei szybko się osu­nęły. Okop przy­po­mi­nał teraz sze­roki rów.

Każda kom­pa­nia w sile dwu­dzie­stu ludzi miała przy­go­to­wane zie­mianki. Czy to z leni­stwa, czy też z powodu ostrzału i braku lasu, zada­sze­nia zbu­do­wano z żer­dzi. Przy bez­po­śred­nim tra­fie­niu nie uchro­ni­łyby nikogo. Cała filo­zo­fia bazo­wała na nadziei, że rosyj­ski żoł­nierz wykaże się zmyśl­no­ścią. Żoł­nie­rze szybko wykom­bi­no­wali, jak i gdzie należy się kryć pod­czas ostrzału i wygrze­bali sobie nory pod zamar­z­niętą powierzch­nią ziemi. Metr skost­nia­łego gruntu, dzwo­nią­cego nad głową niczym cement, wytrzy­my­wał tra­fie­nie dowol­nej siły. Wcho­dziło się do takiej tran­szei, a w ziemi w przed­niej ścia­nie ciem­niały roz­ma­ite przej­ścia i nory, przy­po­mi­na­jące gniazda jaskó­łek w skar­pie nad rzeką. Bywały przy­padki, że ktoś zatrzy­my­wał się w tran­szei, patrzył przed sie­bie, do tyłu, i odno­sił wra­że­nie, że w oko­pie nikogo nie ma. Roz­sta­wiał nogi, roz­pi­nał roz­po­rek, a spod ziemi od razu sypały się prze­kleń­stwa.

– A ty co? Cał­kiem zgłu­pia­łeś? Gdzie lejesz, łachu­dro? Nie widzisz, że czło­wie­kowi bry­zgi na twarz lecą?

I w dziu­rze szczę­kał zamek, a sprawca odska­ki­wał w bok.

Gdy Nie­miec szcze­gól­nie zacie­kle zabie­rze się do obróbki naszej pierw­szej linii, dyżurny tele­fo­ni­sta ma nadzieję, że jak Bóg da, to prze­nie­sie. Pod­czas ostrzału tele­fo­ni­sta oraz młody dowódca kom­pa­nii strze­lec­kiej prze­by­wali w zie­miance o skrom­nym zada­sze­niu z jed­nej war­stwy żer­dzi i ziemi. Powa­lone drzewa można było oczy­ścić z gałęzi, roz­pi­ło­wać na kloce i przy­kryć nimi zie­mianki. Jed­nak nikt nie chce łazić w zawały, bo każdy ma wyrytą dziurę. Cią­gnąć na saniach z tyłów surowe kłody też nikt nie chce. Tak więc tele­fo­ni­sta i porucz­nik dalej sie­dzieli w zie­miance pod war­stwą cie­niut­kich paty­ków.

Na pierw­szej linii poci­ski latały z róż­nych powo­dów, o róż­nych porach i miały zróż­ni­co­wany kali­ber. Widocz­nie Niem­com pusz­czały nerwy i bali się, że lada moment przej­dziemy do natar­cia. Z prze­stra­chu otwie­rali wście­kły ogień po naszych pozy­cjach i z nie­miec­kich tyłów zaczy­nała strze­lać arty­le­ria dale­kiego zasięgu. Prze­ciw­nik bił zaja­dle po kilka godzin z rzędu. Strasz­nie się cze­goś oba­wiali. A nasi? Co tam mówić o dzia­łach, gdy nasi z kara­bi­nów ni­gdy nie strze­lali. Niemcy koń­czyli ostrzał i wokoło zapa­dała mar­twa cisza. Jakby wszyst­kich zabiło. A chodź­cie no tu do nas! Niemcy wie­dzieli, że będziemy sie­dzieć i mil­czeć. I wła­śnie tego mil­cze­nia się bali.

Pamię­tam jesień czter­dzie­stego pierw­szego. Niemcy byli wtedy zupeł­nie inni. Zacho­wy­wali się poważ­nie, można powie­dzieć, że z god­no­ścią. Nie to, co ci wsza­rze. I ze stra­chu nie upra­wiali na próżno żad­nej takiej palby ani puka­niny. W sobotę w porze obia­do­wej cał­kiem prze­sta­wali wojo­wać. Grali w piłkę i pusz­czali na pełen regu­la­tor tanga i foks­troty, żeby i u nas było sły­chać. W nie­dzielę przez cały dzień odpo­czy­wali, myli się, golili, cze­sali i pisali listy nach Hause. A w ponie­dzia­łek rano, podłu­baw­szy w zębach po syt­nym jedze­niu, pusz­czali na nas lot­nic­two i bili po naszych pozy­cjach z arty­le­rii. Nie­miecka pie­chota cze­kała na swą godzinę, aż w naszej obro­nie zosta­nie wybita wyrwa. I wtedy ich infan­te­ria wła­ziła na samo­chody i podą­żała drogą za czoł­gami.

A dzi­siaj co się wyra­bia? Kogo przy­po­mi­nają mężni żoł­nie­rze führera w czter­dzie­stym czwar­tym? Żad­nego tanga ani przy­jem­nej lek­kiej muzyczki. Ani sobót, ani nie­dziel, tylko bez­u­stanna strze­la­nina od świtu do nocy. Jedno wiel­kie dud­nie­nie i drże­nie o wła­sną skórę. Naj­mniej­szy ruch u nas i z ich strony na wszelki wypa­dek natych­miast leci kilka salw.

Trzy dni zeszły na dopro­wa­dze­niu gospo­dar­stwa do porządku i na przy­wró­ce­niu zwia­dow­com woj­sko­wego wyglądu. W tym momen­cie raz jesz­cze musie­li­śmy pod­kraść się do urwi­ska i zaj­rzeć za jego skraj. Musie­li­śmy wie­dzieć, co dzieje się na dole. Zapewne przyj­dzie nam zejść ze skarpy i doko­nać reko­ne­sansu w celu wzię­cia jeńca.

* * *

Punkt obser­wa­cyjny dowódcy pułku, gdzie dyżu­ro­wa­łem pierw­szej nocy, leżał w pół drogi do pierw­szej linii. Niem­ców stam­tąd nie było widać. Można było tylko z niego prze­ka­zać, o ile nie była zerwana łącz­ność, że Niemcy krza­kami obcho­dzą nas z boku i że nasza pie­chota lada moment da dra­paka z wysu­nię­tej tran­szei. Na fron­cie nie­rzadko zda­rzały się takie przy­padku. Jed­nak nam do pro­wa­dze­nia roz­po­zna­nia potrzebny był dobry widok. Zwia­dowcy się nie boją, że Niemcy zajdą ich krza­kami od tyłu. Indy­wi­du­alne wyszko­le­nie zwia­dowcy było lep­sze niż każ­dego pie­cho­cińca, nie mówiąc o Niem­cach. Jeśli Niemcy zajdą nas od tyłu po gołym polu, to żywi się stam­tąd nie wydo­staną. Nie dadzą rady szybko się oko­pać w zamar­z­nię­tej ziemi. Poleżą na śniegu, postrze­lają, odmrożą kolana, ręce i uszy i zabiorą się z powro­tem do sie­bie. Nasi sie­dzą w oko­pach w ziemi, a Niemcy będą leżeć na wierz­chu na śniegu. Na tym polega nasza prze­waga. Żoł­nie­rza nie da się szybko wyku­rzyć z wąskiej szcze­liny. A oko­pów, nawet przy uży­ciu mate­riału wybu­cho­wego, nie da się wyryć w jedną dobę. Nawet mate­riał wybu­chowy nie weź­mie od razu metra zamar­z­nię­tej ziemi. Tak więc Niemcy mogą tylko fru­wać po powierzchni. I co naj­wy­żej pole­żeć w śniegu ze dwie godziny.

Mnie i Ria­zan­cewa czeka dzi­siaj kolejne wyj­ście na pierw­szą linię. Musimy wybrać odpo­wied­nie miej­sce do obser­wa­cji, skąd można wszystko widzieć. Wodze­nie pal­cem po mapie to jedno, zaś prak­tyczna ocena terenu wła­snym okiem to co innego.

– No to co, Sier­giej? Zbie­raj się! Musimy wędro­wać na przedni skraj!

– Ja już dawno jestem gotowy, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii. Star­szyna mnie z góry poin­stru­ował i zaopa­trzył we wszystko, co nie­zbędne. Cze­kam tylko na wasze pole­ce­nie. Gra­naty są, dyski zała­do­wane nabo­jami, po cztery pakiety opa­trun­kowe na głowę, tro­chę spi­ry­tusu do dezyn­fek­cji i przy­pa­la­nia ran, chleb, sło­nina, machorka na trzy dni.

– Widzę, Sier­giej, że para­du­jesz w nowych walon­kach. Star­szyna cię tak odział?

– Star­szyna wydał nowe!

Przed wyj­ściem przy­sie­dli­śmy i zapa­li­li­śmy. Za każ­dym razem przed wymar­szem do strefy ostrzału wszy­scy na swój spo­sób tra­wimy w mil­cze­niu wła­sne nadzieje i wąt­pli­wo­ści.

– No dobra, chodźmy! – mówię i wyła­zimy z namiotu, kie­ru­jąc się w dół wąwozu.

Bez pośpie­chu wspi­namy się na górę, skrę­camy na ścieżkę i idziemy po odkry­tym polu. Tu na górze zimny prze­ciwny wiatr ude­rza w twa­rze drob­nym śnie­giem. Po twar­dej ścieżce gna sypiący się pył, a pod nogami skrzypi nalot kłu­ją­cej bieli. Po wyj­ściu z mroku namiotu niebo i śnieg ośle­piają i rażą nie­przy­zwy­cza­jone oczy. Mamy na sobie białe mask­cha­łaty, od któ­rych, niczym od śniegu, bije ośle­piająca biel. Nacią­gamy na głowy białe kap­tury i z wolna masze­ru­jemy po wąskiej ścieżce. Zrów­nu­jąc się z puł­ko­wym punk­tem obser­wa­cyj­nym, zwal­niam kroku i wska­zuję ręka­wicą w stronę zasy­pa­nej kibitki. Odwra­cam się i zer­kam na Sier­gieja. Uśmie­cha się i kiwa głową, że niby pamięta, jak wszyst­kim mydlił oczy w kwe­stii puł­ko­wego zwiadu.

Wąska i wydep­tana żoł­nier­skimi nogami ścieżka prze­cina zaśnie­żone pole. Gdzieś z przodu zakręci przy samot­nym krze­wie i omi­ja­jąc pagó­rek, zanur­kuje do tran­szei. Jeśli na owe pole spoj­rzy się ze wzgórka, to będzie widać, skąd i dokąd pro­wa­dzą żoł­nier­skie ście­żyny. Tu na śniegu wszystko jest wypi­sane jak na dłoni. Prze­ci­namy odsło­nięte pole i przy­śpie­szamy kroku. Do tran­szei jest jesz­cze daleko, a w powie­trzu już sły­chać szum poci­sków. Po jakimś cza­sie dola­tuje do nas przy­głu­szony grzmot wystrza­łów armat­nich. Po sekun­dzie już kom­bi­nu­jesz, gdzie polecą poci­ski i gdzie się można ukryć lub zale­gnąć. Te sekundy przed eks­plo­zjami zostały prze­ćwi­czone przez lata. W gar­dle piguła, na ple­cach ciarki, sły­chać bicie wła­snego serca. Bie­gniemy dalej truch­tem, a dzie­sięć metrów od nas już pod­rywa się zie­mia, unosi się śnieżny pył i sły­chać dźwięk prze­la­tu­ją­cych odłam­ków. Patrzysz na roz­bry­zgi śniegu i ziemi i mimo­wol­nie zwal­niasz kroku w ocze­ki­wa­niu, że kolejny pocisk roze­rwie ci się pod nogami albo gdzieś bli­sko z boku.

Lecz oto na moment wybu­chy przy ścieżce ustają, a my zry­wamy się od razu z miej­sca i bie­giem rzu­camy się do przodu. W takiej chwili nie zauwa­żasz już niczego wokół sie­bie. Posta­wią ci na dro­dze wagon drutu kol­cza­stego i wpad­niesz w niego z roz­biegu. Wie­lo­krot­nie łapa­łem się na takiej myśli. Trzeba czym prę­dzej dobiec do żoł­nier­skiego okopu. Gdzie tam te wszyst­kie zimowe widoki! Gdy przed oczami dookoła fruwa zmar­z­nięta zie­mia i roz­ry­wają się poci­ski, trzeba tylko nadą­żyć prze­bie­rać nogami. Gdyby zapy­tać kogo­kol­wiek, kto pod ostrza­łem biegł na pierw­szą linię, czy widział zakręt ścieżki za krza­kiem, będzie szcze­rze zdzi­wiony tym pyta­niem. Pierw­szą myślą czło­wieka jest, aby jak naj­szyb­ciej dopaść kry­jówki. Tran­szeja to nie gołe pole! Zesko­czysz do niej i można zła­pać oddech.

Masz nadzieję, że w oko­pie będziesz w bez­piecz­nym miej­scu. Ale to nie tak. Tu też grzmią i rwą się poci­ski i gra­naty moź­dzie­rzowe. Napię­cie i poczu­cie zagro­że­nia nie mija. Poci­ski roz­ry­wają się pośrodku okopu. Pierw­szy pod­rywa się wybu­chem, a za nim już dola­tuje kolejny. A za nim następne dzie­sięć. Tylko tak się wydaje, że w tran­szei roz­rywa się ich mniej. I nie ma się gdzie podziać. Tutaj też nie uchro­nisz się przed bez­po­śred­nim tra­fie­niem.

Gdzie­nie­gdzie nie­malże bie­giem, gdzie indziej przy­śpie­szo­nym kro­kiem, prze­cho­dzimy tran­szeję do samego końca. Tutaj poci­ski spa­dają rza­dziej. Za zakrę­tem okopu sie­dzi kilku żoł­nie­rzy. Kopcą machorką i spo­zie­rają w naszą stronę.

– Czo­łem bra­cia Sło­wia­nie! Jak się wam tu żyje? – wita się Sier­giej, umyśl­nie znie­kształ­ca­jąc słowo „żyje”.

– Czo­łem, czo­łem! A wy coście za jedni?

– My stam­tąd! Hände hoch, rozu­miesz? Fersz­te­jen? – i Sier­giej wska­zał w stronę Niem­ców.

Nikt tu nie podaje żad­nych haseł i odze­wów.

– Dobra, dobra, nie wygłu­piaj się! Od razu widać, że swoi!

Przy­sia­damy w oko­pie, a ja pytam żoł­nie­rzy:

– Niemcy tu strze­lają?

– A gdzie tam! Da się tu żyć! Niby drugi tydzień tu sie­dzimy. Na razie nikogo nie tra­fiło! Jak nas tu przy­słali we czte­rech, tak sie­dzimy. Dzięki Bogu nikogo nie raniło ani nie zabiło!

Pół dnia spę­dzi­li­śmy na pra­wym skrzy­dle pułku, zro­bi­li­śmy prze­rwę na papie­rosa przy kom­pa­nij­nej zie­miance, poroz­ma­wia­li­śmy z dowódcą kom­pa­nii i poszli­śmy oko­pem w lewo. O ile na pra­wej flance żoł­nie­rze sie­dzieli na końcu tran­szei cał­kiem swo­bod­nie, to tutaj na lewym skrzy­dle nie­miec­kie sta­no­wi­ska były dużo bli­żej. Żoł­nie­rze prze­cho­dzili tu z miej­sca na miej­sce pochy­leni i posępni, czę­sto się oglą­da­jąc za sie­bie i nur­ku­jąc pod zamar­z­nięty grunt.

– Cze­go­ście się tak sku­lili, boicie się cze­goś? – zapy­ta­łem jed­nego z nich.

– Teraz tu jeste­ście, a zaraz was nie będzie. Dla was to nic, przy­szli i poszli. A my musimy sie­dzieć i zno­sić ostrzały. Tylko ruch zauważy Nie­miec, to od razu otwiera ogień. Garba nie daje wypro­sto­wać. Ruszysz się tro­chę i z dzie­sięć poci­sków pusz­cza.

– A co? Z kara­bi­nów też strze­lają?

– Strze­lają z broni maszy­no­wej, a z kara­bi­nów nie biją. Sto sążni1 stąd mają zie­miankę w dole. Cza­sami się koło niej poka­zują. Nocami strze­lają z auto­ma­tów. Przed świ­tem pójdą i cały dzień jest cicho. A potem znowu strze­la­nina z auto­ma­tów. Zna­czy się, że przy­szli.

– A gdzie się znaj­duje ta zie­mianka?

– Tam, na skraju tych krza­ków. Przej­dzie­cie rów i od razu będzie widać.

Wycią­gam z kie­szeni pudełko zapa­łek, wyj­muję dwie i mówię do żoł­nie­rza:

– Masz i wetknij je w śnieg łeb­kami do góry. Głów­kami napro­wadź na zie­miankę! Tylko sam się nie wychy­laj!

Żoł­nierz usta­wia zapałki, bie­rze namiar jed­nym okiem, odsuwa się na bok i mówi:

– No, patrz­cie!

Patrzę wzdłuż zapa­łek i mówię:

– Sier­giej! Szo­ruj do kom­pa­nij­nej zie­mianki! Połącz się z Sieńką. Niech przy­cho­dzi tu ze swoją grupą. Powiedz mu, że po zapad­nię­ciu zmroku grupa wyj­dzie za przedni skraj. Trzeba zająć pustą nie­miecką zie­miankę. Niech przy­go­tuje broń i chło­pa­ków. My zacze­kamy na nich tutaj. Ruszaj bie­giem! Prze­ka­żesz przez tele­fon i od razu zasu­waj tu z powro­tem.

Sier­giej bie­gnie. Ria­zan­cew wygląda za przed­pier­sie. Ja przy­sia­dłem w oko­pie w kucki i kon­ty­nu­uję roz­mowę z żoł­nie­rzem.

– Mówią, że Niemcy was obe­szli krza­kami?

– Zacho­dzili jeden raz – żoł­nierz uniósł się i wska­zał ręka­wica w stronę krze­wów. – O, doszli do tego zaśnie­żo­nego pagórka. Postrze­lali w nas od tyłu, a nasi zaczęli się mio­tać po oko­pie, bo myśleli, że Nie­miec wszyst­kich okrą­żył.

– A wy co? Też dali­ście dra­paka?

– Tak wyszło. Nie od razu zro­zu­mie­li­śmy, że są na naszych tyłach.

– No, a potem?

– Potem sami wró­ci­li­śmy.

– A Niemcy co?

– Nie­miec postrze­lał, postrze­lał i ucichł. W kom­pa­nii była panika. Ktoś krzyk­nął, że idą czołgi. No i stchó­rzy­li­śmy.

– I co? Teraz zawsze tak będzie? Niemcy na górkę, a zoł­nie­rze bie­giem z tran­szei?

– To z ner­wów tak było. A teraz to nie wiem, jak wszy­scy będą sie­dzieć.

– A jeśli pójdą czołgi?

– A kto będzie stał prze­ciwko czoł­gom z kara­bi­nami?

– Czyli co? Znowu dra­paka?

– A jakże! O czym tu gadać? Spró­buj­cie ich powstrzy­mać! Niech arty­le­ria usa­dza czołgi. A arty­le­rzy­ści chcą, żeby­śmy kara­bi­nami je odpie­rali.

Po dwóch godzi­nach w tran­szei poja­wił się sier­żant Sieńko ze swoją grupą zwia­dow­ców. Poka­za­łem mu obiekt do zdo­by­cia i posta­wi­łem zada­nie.

– Fie­dor Fie­doricz zosta­nie z wami i prze­pro­wa­dzi ope­ra­cję zaję­cia nie­miec­kiego schronu. Wszystko trzeba zro­bić po cichu. Jak twier­dzi żoł­nierz, w środku nie ma teraz Niem­ców. Zaj­mie­cie schron i zor­ga­ni­zu­je­cie obronę. Za dnia nie poka­zy­wać się z nie­miec­kiej zie­mianki. Niech myślą, że jest pusta. Może nad ranem wrócą. I macie jeńca. Mam nadzieję, że nie zawa­li­cie. Nocą pode­ślę jesz­cze pię­ciu czy sze­ściu ludzi dla osłony, a po paru dniach wszy­scy się tam prze­nie­siemy. Ja i Sier­giej wró­cimy do wąwozu. Przed świ­tem trzeba się wyspać. Jeśli będą kom­pli­ka­cje, zamel­duj­cie mi tele­fo­nicz­nie.

Uda­łem, że sprawa z zie­mianką, jako drob­nostka, jest zała­twiona, że muszę się wyspać i że z zada­niem spra­wią się beze mnie. Nocą Ria­zan­cew zamel­do­wał, że nie­miecką zie­miankę wzięto bez wystrzału.

– To nie była zie­mianka, a praw­dziwy schron z okrą­gla­ków z czte­ro­war­stwo­wym stro­pem. Schron z pry­czami, ze słomą, z żela­znym pie­cy­kiem i zapa­sem drew, z drew­nianą pod­łogą, z gru­bymi drzwiami z desek na żela­znych zawia­sach, ze sta­no­wi­skami strze­lec­kimi wokół niego i z miej­scem na wycho­dek. Wszystko zro­bione jak trzeba, zgod­nie z zasa­dami nie­miec­kiej sztuki saper­skiej. Wysta­wi­łem ubez­pie­cze­nie, a pozo­sta­łym kaza­łem kłaść się spać.

Rano Niemcy nie poja­wili się w schro­nie. Będziemy cze­kać do następ­nego ranka. Przed świ­tem wraz z Sier­gie­jem prze­pro­wa­dzi­li­śmy się do nie­miec­kiej zie­mianki. Minęła doba. Niemcy naj­wy­raź­niej wyczuli, że ktoś sie­dzi w ich schro­nie. Nasi ludzie nie pró­bo­wali jesz­cze cho­dzić za dnia, ale dosze­dłem do wnio­sku, że zwia­dowcy, jako naro­dek ruchliwy, nie wytrzy­mają i nie docze­kają ciem­no­ści. Machną ręką i pójdą przez gołe pole. Przej­dzie jeden, to przejdą kolejni. Gdy Niemcy zauważą, że łazimy jaw­nie, do schronu będzie już pro­wa­dzić wydep­tana ścieżka.

Ich okopy są obok w krza­kach. Boją się strze­lać z kara­bi­nów i z broni maszy­no­wej. To nie­bez­pieczne dla nich samych. Żoł­nie­rze po obu stro­nach nie są zbyt chętni do wsz­czy­na­nia strze­la­niny, by w odpo­wie­dzi nie dostać ogniem z broni maszy­no­wej. Roz­sądny Nie­miec rozu­mie, że jak już Iwan sie­dzi i mil­czy, to lepiej go nie ruszać. Tak więc od pierw­szego dnia pomię­dzy nami i nie­miecką pie­chotą nastą­piło pełne zrozu­mienie. My wie­dzie­li­śmy, że Niemcy są obok w krza­kach. Sły­sze­li­śmy ich przy­tłu­mione roz­mowy. Mogli­śmy strze­lać na dźwięk. Roz­ka­za­łem jed­nak, by Niem­ców nie stra­szyć. Oni doce­niali nasze mil­cze­nie, stop­niowo przy­zwy­cza­jali się do naszego sąsiedz­twa i sie­dzieli cicho. A nam tylko tego było trzeba. My musie­li­śmy wszystko widzieć i sły­szeć, w miarę moż­li­wo­ści wszystko dostrze­gać i reje­stro­wać. Prze­cież tylko się przy­cza­ili­śmy, uda­jąc pro­stacz­ków, a sami tylko cze­ka­li­śmy spo­sob­no­ści, by zro­bić im świń­stwo i pochwy­cić któ­re­goś z nich. Potrzebny nam jeniec, zatem niech się przy­zwy­cza­jają!

* * *

Mijał czas. W plu­to­nie byli nowi­cju­sze z uzu­peł­nień i trzeba się nimi było zaj­mo­wać, a my powin­ni­śmy przejść od ogól­nej nauki na tyłach do dzia­ła­nia za przed­nim skra­jem naszej obrony. Co tu dużo gadać – pra­wie wszyst­kiego trzeba ich było nauczyć. Poza tym, przed pusz­cze­niem świe­żych zwia­dow­ców na nocny wypad, trzeba ich było przy­go­to­wać i opra­co­wać dokładny plan dzia­ła­nia. Plan powi­nien być prze­ro­biony ze wszyst­kimi szcze­gó­łami gdzieś na tyłach na śniegu. Czło­wiek powi­nien wie­dzieć, jak będzie dzia­łać w real­nych warun­kach. Każdy drobny szcze­gół, każdy moment, zwia­dowca powi­nien zapla­no­wać minuta po minu­cie i reali­zo­wać to dokład­nie.

Nie można było dłu­żej cze­kać. Dowódz­two naci­skało. Trzeba było przy­go­to­wać nocny wypad. W mojej gło­wie zro­dził się plan ope­ra­cji. Pomysł wypadu był nastę­pu­jący: star­szyna zała­twia dwie pary lej­ców, grupa zwia­dow­ców spusz­cza się nocą w dół ze skarpy. Grupa prze­cho­dzi następ­nie odsło­nięte zaśnie­żone pole, gdzie znaj­dują się poje­dyn­cze nie­miec­kie dołki strze­lec­kie i schrony. Cią­głej tran­szei Niemcy tu nie mają. Sie­dzą nie­wiel­kimi gru­pami w oddziel­nych punk­tach oporu. Grupa wypa­dowa skry­cie poko­nuje zaśnie­żone pole i zagłę­bia się w las. Ze skraju lasu można pro­wa­dzić obser­wa­cję. Potem tak samo cicho wra­cają i mel­dują o sytu­acji. Jed­nakże owa mar­szruta jest dość nie­bez­pieczna i nie­stety nie chroni przed ryzy­kiem. Jeśli Niemcy wykryją grupę w zagłę­bie­niu terenu za urwi­skiem, to ani jeden z chło­pa­ków nie wróci. Nie­moż­liwe jest wspię­cie się na skarpę pod ogniem prze­ciw­nika. Grupa powinna poko­nać odkryte pole, gdzie nie ma ani krza­ków, ani jarów, ani osło­nię­tych paro­wów. Na gołym śniegu można zale­gnąć i odpo­wia­dać ogniem. Ale długo się utrzy­masz? Grupę pię­ciu-sze­ściu ludzi roz­strze­lają w godzinę.

Sytu­acja jest dość skom­pli­ko­wana. A dowódz­two domaga się swego, robi wymówki przez tele­fon i śle roz­kazy.

Oto jeden z nich:

Roz­kaz nr 02 sztabu 17 Duchowsz­czyń­skiej Dywi­zji Strzel­ców Gwar­dii, odzna­czo­nej orde­rem Czer­wo­nego Sztan­daru dla służb roz­po­zna­nia.

Miej­sce: PO 0,5 km na połu­dnie od m. Bojary-Klewny, 10:00 04.01.44, mapa 1:50000

Prze­ciw­nik siłami 413 Pułku Pie­choty i 301 Pułku Pie­choty 206 Dywi­zji Pie­choty broni się na rubieży: Foł­ko­wi­cze, urwi­sko na połu­dnie od wsi Bon­dary, Łoso­sina, wąwóz 5 km na połu­dnie od Zabo­ło­tinki.

W celu uści­śle­nia ugru­po­wa­nia prze­ciw­nika, jego sys­temu ognia i zamia­rów,

DOWÓDCA DYWI­ZJI ROZ­KA­ZAŁ:

1. Dowód­com jed­no­stek i samo­dziel­nych pod­od­dzia­łów – pro­wa­dzić wzmo­żone roz­po­zna­nie siłami plu­to­nów pie­szego zwiadu oraz zdo­być kon­tro­l­nych jeń­ców i doku­menty: 52 Pułk Strzel­ców Gwar­dii w nocy z 6 na 7 stycz­nia 1944 roku w rejo­nie urwi­ska na połu­dniowy wschód od wsi Bon­dary.

2. Dowód­com puł­ków 52 i 48 – natych­miast przy­stą­pić do budowy punk­tów obser­wa­cyj­nych do dowódcy kom­pa­nii włącz­nie. Wypo­sa­ża­nie PO zakoń­czyć do pół­nocy 6.1.44 r. Na punk­tach obser­wa­cyj­nych dys­po­no­wać schro­nami z co naj­mniej czte­ro­war­stwo­wymi stro­pami. Do 12:00 6.1.44 r. przed­sta­wić pełen sche­mat punk­tów obser­wa­cyj­nych i zamel­do­wać o kro­kach pod­ję­tych w kwe­stii orga­ni­za­cji noc­nych wypa­dów.

3. W dni o ogra­ni­czo­nej widocz­no­ści oraz nocami wysy­łać grupy zwia­dow­ców celem wykry­cia poczy­nań prze­ciw­nika w naj­bliż­szym pasie jego obrony.

4. Na punk­tach obser­wa­cyj­nych usta­no­wić cało­do­bowe dyżury ofi­ce­rów sztabu. Usta­no­wić ści­słą kon­trolę pracy PO.

5. Sze­fowi 2 wydziału sztabu dywi­zji – zor­ga­ni­zo­wać cało­do­bową obser­wa­cję na PO dowódcy dywi­zji.

6. Codzien­nie do godziny 12:00 przed­sta­wiać raporty wywia­dow­cze. O rezul­ta­tach pracy grup zwia­dow­czych mel­do­wać do godziny 7:00 w naka­za­nych ter­mi­nach.

O pod­ję­tych kro­kach i wyko­na­niu roz­kazu zamel­do­wać do 20:000 6.1.44 r.

Szef sztabu 17 Duchowsz­czyń­skiej Dywi­zji Strzel­ców Gwar­dii, odzna­czo­nej orde­rem Czer­wo­nego Sztan­daru

(pod­pis) puł­kow­nik gwar­dii Karaka

Szef 2 wydziału sztabu 17 Duchowsz­czyń­skiej Dywi­zji Strzel­ców Gwar­dii, odzna­czo­nej orde­rem Czer­wo­nego Sztan­daru

(pod­pis) major gwar­dii Wasi­liew

Druk: 5 egz.

Egz. nr 1 – sztab

Egz. Nr 2 – 5 – pod­od­działy

I tak przez cały ten czas nasze życie bie­gło pod ostrza­łem kul i poci­sków. Przy­szedł roz­kaz, aby w nocy z 6-go na 7-go wziąć jeńca. Kom­bi­nuj albo giń!

Z urwi­ska chło­paki zejdą cicho i nie­po­strze­że­nie. Przejdą po polu i zosta­wią ślady. A potem co? Trzeba iść i spraw­dzać, jakie ślady zostają w odkry­tym tere­nie.

– Sier­giej! Zakła­daj mask­cha­łat! Przej­dziemy się po polu!

Wycho­dzimy z namiotu na świeże powie­trze. Pach­nie lasem igla­stym. Pod nogami leży drobny skrzy­piący śnieg. Z nieba sypie się led­wie dostrze­galny biały pro­szek. Czuje się go na twa­rzy. Chło­dzi nas i nasze wargi i spełza po policz­kach. Takie to nasze życie. Dzi­siaj żyjesz i nama­cal­nie czu­jesz podmu­chy przy­rody. A jutro zrzucą cię z urwi­ska i raz na zawsze skoń­czy się twoja filo­zo­fia.

Posy­łam Sier­gieja przo­dem w poprzek pokry­tego śnie­giem pola. Sam zaś odpro­wa­dzam go wzro­kiem. Gdy tak znika w śnież­nej mgiełce, stu­diuję jego ślady i idę jego tro­pem. Zatrzy­muję się i patrzę na chmury. Fir­ma­ment jest szary, zamglony, z ciem­nymi prze­świ­tami nieba. Muszę zapo­mnieć o zary­sach postaci Sier­gieja. Zaraz pój­dzie w innym kie­runku. Cie­kawe, w jakiej odle­gło­ści znik­nie mi z pola widze­nia. Robimy na śniegu różne pętle. Zamy­kam oczy, potem je otwie­ram i po paru sekun­dach sta­ram się odszu­kać go na tle noc­nego śniegu. Prze­ga­niam go po polu. On zaś idzie, to wolno, to znowu poru­sza się leni­wym truch­tem. Po jakimś cza­sie wra­camy do sie­bie do namiotu.

– A więc tak, Sier­giej! Daję ci ważne zada­nie. Pój­dziesz ścieżką do kom­pa­nii strzel­ców i po dro­dze skrę­cisz i naro­bisz rów­no­le­głych śla­dów. W paru miej­scach prze­tniesz ścieżkę w poprzek. No, powiedzmy, dwa, trzy razy, nie wię­cej. W jed­nym miej­scu wró­cisz po wła­snych śla­dach. A w pozo­sta­łych przy­pad­kach zosta­wisz poje­dyn­czy trop. Gene­ral­nie musimy pozo­sta­wić takie ślady, jakby w poprzek ścieżki z przed­niego skraju po zaśnie­żo­nym polu prze­szli ludzie i zagłę­bili się na nasze tyły. Zoba­czymy, co powie­dzą zwia­dowcy, kiedy zoba­czą świeże ślady, które prze­ci­nają ścieżkę. Wró­cisz tutaj. Ja zadzwo­nię do Ria­zan­cewa, a on przy­śle paru chło­pa­ków do wąwozu. Kolejno wypy­tam każ­dego z osobna. Cie­kawe, co powie­dzą, gdy do nas dotrą. Potrzebny nam tego typu eks­pe­ry­ment. Sami się upew­nią, że na ślady nikt nie zwraca uwagi.

Sier­giej wszystko zro­bił tak, jak kaza­łem. Po powro­cie do namiotu nakre­ślił mi na oko tropy swo­ich śla­dów w poprzek ścieżki.

A rezul­tat? Żaden ze zwia­dow­ców nie zwró­cił uwagi na świeże tropy. Nikt ni­gdy nie stu­diuje tego, jakie ślady prze­ci­nają drogi i ście­żyny, po któ­rych cha­dzają żoł­nie­rze.

Przed nadej­ściem zwia­dow­ców star­szyna roz­grzał banię. Przed robotą trzeba się wypa­rzyć. Na cho­lerę mają patrzeć na jakieś ślady? Każdy łazęga myśli tylko o łaźni.

Zasta­no­wi­łem się. Ileż to roz­ma­itych poje­dyn­czych śla­dów prze­cina nasze szlaki, drogi i ścieżki? I nikt ni­gdy nie zwraca na nie uwagi. Każdy jest zajęty wła­snymi myślami, gdy drep­cze na pierw­szą linię lub na tyły. Może jakiś żoł­nierz posta­no­wił upro­ścić sobie drogę? Może tele­fo­ni­ści szu­kali zrywki na linii? Po co żoł­nierz ma nagle wła­zić po kolana w śnieg? Może zwy­czaj­nie skrę­cił za potrzebą? Teraz tra­fiają się nam i kul­tu­ralni wojacy. Nie będą pasku­dzić na środku drogi.

Roz­my­śla­jąc nad śla­dami w poprzek ścieżki, wychwy­ci­łem jesz­cze jeden szcze­gół. Niemcy nauczyli naszych ludzi prze­miesz­cza­nia się sko­kami po odsło­nię­tych miej­scach. Gra­naty moź­dzie­rzowe i poci­ski popę­dzają żoł­nie­rza. I żoł­nie­rzy­ko­wie ganiali kłu­sem po ścieżce jak nakrę­ceni.

A dla­czego my nie mie­li­by­śmy popę­dzić Niem­ców? Nie dadzą nam do tego poci­sków i gra­na­tów moź­dzie­rzo­wych. Ale ciężki kara­bin maszy­nowy możemy zor­ga­ni­zo­wać i usta­wić. Niech Niemcy też roz­dzia­wiają gęby. Świst i świer­go­ta­nie kul działa na nerwy nie gorzej od poci­sków. Jestem spe­cem od broni maszy­no­wej. Znam się na tym dobrze.

No i w zasa­dzie to cały plan noc­nego wypadu.

Zwia­dowcy powinni skry­cie poko­nać zaśnie­żone obni­że­nie terenu, dotrzeć do lasu i roz­po­cząć obser­wa­cję. W lesie będzie można usta­wić namiot obszyty bia­łymi prze­ście­ra­dłami. W namio­cie można odpo­cząć i wycho­dzić z niego na nocne wypady i łowie­nie nie­miec­kich fajt­łap.

Wszyst­kie wydep­tane ścieżki w lesie należy zami­no­wać. Niemcy przy­pad­kowo mogą się na nie natknąć. Miej­sca, gdzie będą poło­żone miny, trzeba ozna­czyć gałę­ziami. Przy powro­cie do namiotu ludzie powinni je prze­stę­po­wać lub obcho­dzić.

Jed­nakże tutaj poja­wia się jesz­cze jedno pyta­nie. Przed wysła­niem ludzi za urwi­sko trzeba było może nie­któ­rych z nich nauczyć obcho­dze­nia się z minami. Róż­nie to bywa. Być może ktoś z nich nie umie się nimi posłu­gi­wać.

Myślę jesz­cze o czymś innym. A nie lepiej posłać na dół ze skarpy tylko dwóch ludzi zamiast grupy zło­żo­nej od razu z sze­ściu? Po co od razu ryzy­ko­wać sze­ścioma? Jeśli zgi­nie cała szóstka, to wysła­nie nowej grupy będzie pra­wie nie­moż­liwe. Na wypady cho­dzą ochot­nicy. A kto pój­dzie po śmierci wszyst­kich sze­ściu?

A jeśli na dół zej­dzie tylko dwóch, to przejść do lasu będzie im łatwo. Trzeba im też posta­wić zada­nie, by prze­szli tam i z powro­tem.

Ja, na przy­kład, nie mogę roz­ka­zać czło­wie­kowi – idź i za dzie­sięć minut umie­raj. Tam, gdzie prze­szedł jeden, przejdą i inni. Tu rolę gra psy­cho­lo­gia. Potem można zebrać nawet dzie­się­ciu ludzi i spo­koj­nie zejść na dół. To dowódca pułku może po sto­icku posłać pod kule setkę żoł­nie­rzy. A zwiad to sprawa deli­katna i dobro­wolna. Na roz­po­zna­nie cho­dzą ochot­nicy, bez żad­nego zmu­sza­nia. W pla­nie noc­nego wypadu powinny być prze­wi­dziane wszyst­kie szcze­góły i nie­spo­dzianki. Ryzyko jest moż­liwe tylko przy wła­snej nie­chluj­no­ści.

I tak posta­no­wi­łem. Na dół pój­dzie tylko dwóch. Ale i tym dwóm potrzebna jest gwa­ran­cja, że wrócą żywi. Kto będzie tymi dwoma? W myślach z grub­sza prze­śli­zgną­łem się po twa­rzach chło­pa­ków.

Dowódca pułku powie­działby tak:

– Niech ostat­nią kulę zosta­wią dla sie­bie!

Cie­kawe, kto po takich sło­wach pój­dzie na ochot­nika? Sam dowódca pułku by się nie zastrze­lił. Gdyby przy­szło co do czego, pod­niósłby łapy do góry. Dla niego jest ważne, by w odpo­wied­niej chwili pode­przeć się gład­kim słów­kiem. A co będzie potem, ma gdzieś.

Wie­dzie­li­śmy o tym, że tych, któ­rzy prze­by­wali w nie­miec­kiej nie­woli, postrze­gano jako dezer­te­rów, ode­sła­nych do nas z taj­nym zada­niem. Wojna to nie tylko piękne słówka, śmiałe epi­zody, odważne czyny. To zwy­kłe żoł­nier­skie życie, ludz­kie cier­pie­nia, obcią­że­nia i wyrze­cze­nia, krzyki i gorz­kie krzywdy, śmierć na każ­dym kroku i żad­nych hono­rów, rado­ści ani nagród. Lub, jeśli woli­cie, krótki żoł­nier­ski żywot to krwawa rzeź, na którą poszedł pro­sty rosyj­ski lud.

Po zej­ściu ze skarpy zwia­dowcy zła­pią azy­mut według kom­pasu i obiorą sobie punkt orien­ta­cyjny. Spo­glą­da­jąc na ów punkt i na leżący przed nimi teren, aby przy­pad­kowo nie nadziać się na Niem­ców, przejdą zaśnie­żone pole i zagłę­bią się w las. Popa­trzą, co jest za lasem i kolej­nej nocy wrócą do sie­bie. Żad­nych aktyw­nych dzia­łań, żad­nych wypa­dów i strze­la­nia w stronę prze­ciw­nika. Tylko obser­wa­cja i skryte prze­miesz­cza­nie się. Drogę powrotną poko­nają szyb­ciej. Wtedy nie trzeba już trzy­mać w gło­wie azy­mutów i punk­tów orien­ta­cyjnych. Wraca się spo­koj­nie po swo­ich śla­dach.

Czu­jąc bli­skość prze­ciw­nika, żoł­nierz zwy­kle idzie stra­chli­wie, czę­sto się ogląda i przy przy­pad­ko­wym wystrzale trzę­sie się i przy­siada, posuwa się do przodu, stąpa ostroż­nie i jak to zwy­kle bywa, potyka się. Taką zalęk­nioną postać od razu widać z daleka. Tam w dole zwia­dowca powi­nien poru­szać się pew­nie i spo­koj­nie jak we wła­snym domu.

I to tak naprawdę cały plan i wszystko, co roi mi się po gło­wie. Teraz zoba­czymy, jak można to zre­ali­zo­wać pod­czas noc­nego wypadu. W celu dogłęb­nego roz­po­zna­nia obrony nie­przy­ja­ciela należy posłać pod uskok kilka nie­wiel­kich pasyw­nych grup zwia­dow­czych. Można je pokie­ro­wać róż­nymi mar­szru­tami. Im grupy będą mniej­sze, tym łatwiej im będzie podejść do Niem­ców. Wszy­scy od dawna wie­dzą, że łatwiej jest prze­są­czyć się na tyły prze­ciw­nika niż brać jeńca z pierw­szej linii spod drutu kol­cza­stego i pod nosem celow­ni­czych kara­bi­nów maszy­no­wych. W tym pierw­szym przy­padku zwiad musi tylko prze­kro­czyć przedni skraj nie­przy­ja­ciela i zagłę­bić się na ich tyły. Zwy­kle z dzie­się­ciu idą­cych na tyły prze­ciw­nika wraca cała dzie­siątka. Uprzed­nio przy­go­to­wuje się kilka przejść. Kiedy się tam idzie, wybiera się jedno z nich. Pod­czas powrotu korzy­stamy z innego. To ostroż­ność na wypa­dek zasadzki.

W tym dru­gim przy­padku, gdy trzeba wyjąć Niemca z ich wysu­nię­tej tran­szei, z dzie­się­ciu ludzi nie zawsze zostaje przy życiu nawet dwóch czy trzech. Chło­paki chęt­nie cha­dzają na tyły wroga, ale cza­sami z róż­nych przy­czyn odma­wiają pój­ścia po jeńca do czo­ło­wego okopu. Nocne wypady cechuje pro­sta aryt­me­tyka. Przy wyj­ściu na akcję wielu chło­pa­ków doznaje nagłych cho­rób. U jed­nego to kurza śle­pota. Inny na dwie godziny przed wyj­ściem rap­tem dostaje roz­stroju żołądka, zaczyna czę­sto bie­gać i wszystko wygląda cał­kiem natu­ral­nie. U trze­ciego zaczyna się ner­wowe drże­nie twa­rzy. Czwarty ma skur­cze nóg. Tam­ten ma ciężki kaszel i oblewa się potem. Ale wystar­czy komu­kol­wiek z nich powie­dzieć, że dzi­siaj zostaje i nie pój­dzie, i żeby sobie odpo­czął, i że pój­dzie z tą grupą innym razem, a wszyst­kie nie­do­ma­ga­nia od razu prze­cho­dzą. Wszystko natu­ral­nie! Rzecz w tym, że oni nie udają. To wszystko ma pod­łoże ner­wowe. Taki porucz­nik Ria­zan­cew stoi przed szy­kiem i plą­cze mu się język, jakby ssał cukie­rek.

– Masz coś w ustach? – pytam go.

– Nic nie mam! Wyda­wało ci się!