42,00 zł
Jeden z żołnierzy, który wyleciał w powietrze na minie, ale przeżył, tyle że bez nóg, poprosił kolegów o spirytus, bo było mu zimno w... nogi. Podano mu kubek. Wypił. Podano następny, chciałoby się rzec „na drugą nóżkę”, wypił. I tak zasnął na wieki z uśmiechem na ustach. W żadnej armii świata alkohol nie odgrywał takiej roli jak w Armii Czerwonej. Codzienny przydział żołnierza wynosił 100 gram wódki. Ale to było o wiele za mało na potrzeby rosyjskiego sołdata. Dlatego wódka stała się w Armii Czerwonej walutą wymienialną na wszystko.
„Za nią można było otrzymać wszystko, nawet zegarki” – pisze Szumlin.
Tragiczna „pijana wojna”, w której życie prostego żołnierza było najtańszym towarem. Wstrząsający obraz wojny autora, któremu udało się przeżyć na pierwszej linii frontu ponad trzy lata...
Ze wstępu Andrzeja Ryby
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 311
Od wydawcy
To już ostatni tom „Wańki-trepa”. Każdy z tomów zawiera szokującą relację Szumlina ze służby w Armii Czerwonej. W tym tomie można odnieść wrażenie ze cała ta wojna toczy się wokół wódki. Wódka bowiem była najbardziej chodliwym towarem na froncie. Zwiadowcy, których dowódcą był Szumlin, wszystko co zdobyli na Niemcach, przede wszystkim zegarki, zamieniali na wódkę lub spirytus. Żołnierzowi należało się dziennie przydziałowe 100 gram wódki. Ale jak chodzono na patrol, żeby zdobyć jeńca, nie pito czasem i dwa tygodnie. Za to potem „wypłacano” zaległe „setki” a Szumlin po wymianie zegarków u zaopatrzeniowców serwował też często dodatkową premię, spirytusową. Dbano też o jeńców wziętych do niewoli. Nawet im nie szczędzono spirytusu i nawet dawano im do niego zakąskę. Gdy ktoś został ranny, znieczuleniem był oczywiście spirytus. Jeden z żołnierzy, który wyleciał w powietrze na minie, ale przeżył, tyle że bez nóg, poprosił kolegów o spirytus, bo było mu zimno w…nogi. Podano mu kubek. Wypił. Podano następny, chciałoby się rzec „na drugą nóżkę”, wypił. I tak zasnął na wieki z uśmiechem na ustach. Drugi z żołnierzy miał dyndające na resztkach skóry 3 palce u nogi. Poprosił o spirytus aby zdezynfekować rany, sam wypił go też sporo w ramach samoznieczulenia, po czym wziął nóż i odciął sobie te trzy dyndające mu palce.
Inną charakterystyczną rzeczą w wojnie Szumlina był zupełnie różny sposób postrzegania wojny przez żołnierzy z pierwszej linii, niż ich bliższego czy też dalszego dowództwa. Dla żołnierza liniowego przeciwnik był realny. Dla dowództwa przeciwnik był jedynie kreską na mapie, którą trzeba było zlikwidować, aby pójść do przodu. Wydawano więc stosowne rozkazy. Nic to, że żołnierz liniowy miał atakować po odkrytym polu przeciwko karabinom maszynowym i nierzadko po polu minowym. Rozkaz to rozkaz, cofnąć się nie było gdzie, bo za plecami był politruk gotowy rozstrzeliwać tych, którzy by się cofnęli. Więc pili te swoje przydziałowe 100 gram, zwykle ostatnie w swoim życiu i szli naprzód ku swemu przeznaczeniu. Dowódcy nie żałowali żołnierzy. Taki to był ich los po prostu, uznawali. Po nich przyjdą przecież następni. Dziś Rosjanie przy okazji rocznicy zwycięstwa nad Hitlerem mówią, że to im należy się największa cześć i chwała, bo ich tak wielu zginęło. To prawda, tyle że ginęli oni zwykle na życzenie swoich dowódców, tych bliższych i tych dalszych, ze Stalinem włącznie. Tym, którzy dzisiaj wychodzą z podobiznami swoich przodków na Plac Czerwony w ramach obchodów kolejnej rocznicy zwycięstwa (tak zwany „nieśmiertelny pułk”, rozpropagowany przez Putina) nawet przez myśl nie przejdzie, że rękę do śmierci ich przodków przyłożyli też ich właśni dowódcy. Postawiono im niezliczoną ilość pomników w każdym zakątku Rosji. A zaraz przy nich zwykle znajdują się cmentarze tych, których posłali oni na pewną śmierć w imię swojej chwały. Po prostu Rosja…
Andrzej Ryba
1944
Rozdział 39 – Powrót do zwiadu (styczeń 1944 roku)
Łącznik doprowadził mnie na samo miejsce.
– Oto, towarzyszu kapitanie gwardii, nasz pułkowy punkt obserwacyjny. Co noc dyżuruje tu trzech ludzi. Dwóch telefonistów i jeden zwiadowca.
– Ten kurnik nazywasz pułkowym PO?
– Tak, towarzyszu kapitanie gwardii. Tak kazano nazywać.
– Interesujące!
Obszedłem ze wszystkich stron niewysoki zaśnieżony pagórek, sterczący nad powierzchnią ziemi. Był zbudowany z wygiętych żerdzi i słomy. Coś jak koszyk, oblany na mrozie wodą. Wiejscy chłopcy klecili coś podobnego ze starych łubianek. Na tego typu rzeczach, obmazanych nawozem i oblanych wodą, zjeżdżali zimą z górek.
Miejscami ze ścian punktu obserwacyjnego wystawały witki i strzępy słomy. Od góry śnieżny pagórek pokrył się skorupą lodu i był przysypany warstwą puszystego śniegu. Gdyby stanąć wyprostowanym przy tej budzie, to sufit znalazłby się na wysokości pasa. Nie było tam ani okopu, ani wietrznika, ani żelaznego komina od piecyka czy otworów obserwacyjnych, jak na normalnych pułkowych PO.
Z bocznej strony przy samej ziemi widniała niewielka dziura. To otwór wejściowy z zawieszonym kawałkiem obszarpanego materiału. Można się tamtędy dostać do środka.
Sądząc po rysunkach ze starych książek i czasopism, śnieżne domy Eskimosów wyglądały o wiele solidniej i były większe.
I tę psią budę nazywają pułkowym punktem obserwacyjnym! Do jakiego stopnia zawszył się i otłuścił 52 pułk gwardii!
Wewnątrz tej budki z trudem mogło się pomieścić trzech ludzi. Jak tu wetknąć czwartego? Owe zadanie jest niczym rebus z obrazkami.
Jeśli wepchnie się tu jeszcze jednego, to dwóch z czterech będzie musiało siedzieć w kucki. Nie będzie gdzie się położyć i wyciągnąć nóg.
Dowódca pułku nie sądzi chyba, że przez całą noc na zewnątrz będzie sterczeć wartownik, wlepiający oczy w śnieżny przestwór. Choć zapewne tak właśnie to było obmyślone.
Komu była potrzebna taka pułapka na myszy z witek i słomy? Obok niej nie było ani okopu, ani dołka, w którym mógłby przysiąść obserwator na wypadek ostrzału. Ze środka w ogóle nic nie widać. I stoi ów szałas na odkrytym polu, na wietrze i w samym przejściu. Kilka metrów od niego przebiega udeptana ścieżka na pierwszą linię. Równolegle do niej w śniegu leży drut, zapewniający kompaniom łączność telefoniczną ze sztabem pułku. Innej łączności na froncie nie mieliśmy.
Kiedy podczas ostrzału zrywa łączność telefoniczną, wzdłuż linii biegnie kablowy. Nocami biegają, a w ciągu dnia czołgają się na brzuchu. To ze względu na fakt, iż Niemcy bez przerwy metodycznie ostrzeliwują ścieżkę. Telefonistom wydaje się, że w ciągu dnia Niemcy ich widzą, bowiem zbyt często pojawienie się człowieka na ścieżce zbiega się z ostrzałem. Również i teraz parę pocisków trysnęło śniegiem w różne strony. Każdy odnosi wrażenie, że to właśnie jego Niemcy złowili podczas biegu. Niektórzy zaczynają wręcz wierzyć w Boga. Że to niby Bóg wskazał im go palcem. Być może ta dziura została ulepiona, aby kiedyś tam służyć jako punkt przeładunkowy dla liniowych patroli łączności. Każdy z łącznościowców odpowiadał za swój określony odcinek linii. A ta buda ratowała ich przed niepogodą, śniegiem i wiatrem. Siedzieli w tym barłogu i czekali na zrywkę na linii. Był położony przy ścieżce w pół drogi na pierwszą linię. Obecnie przedni skraj leżał dwa kilometry od sztabu pułku. Kiedy powybijało żołnierzy w kompaniach, tych z batalionu wypchnięto do okopów, a sztab pułku zajął ich miejsca. Wszystko jakby przesunęło się do przodu, choć nazwy pozostały stare. Wraz z przybyciem do pułku nowego dowódcy ową noclegownię łącznościowców przemianowano na punkt obserwacyjny i posadzono tam jednego zwiadowcę.
– Zachodził tu dowódca pułku? – zapytałem odprowadzającego mnie żołnierza.
– Nie, towarzyszu kapitanie gwardii. Dwa razy przysyłali tu dowódcę plutonu rozpoznania.
– Taaak… Dowódca pułku nie widział nory na własne oczy. A powiedz no, prowadzałeś go do okopów na pierwszą linię?
– Nie! Ani ja, ani nikt inny go tam nie odprowadzał.
Niemcy dość często i dokładnie ostrzeliwali linię, biegnąca wzdłuż ścieżki. Salwy kilku baterii spadały po kolei i nie cichły ani dniem, ani nocą. Słowianie przyzwyczajali się do ostrzałów i nie zwracali na nie specjalnej uwagi. Tu biegiem, tam truchtem pokonywali dwukilometrową zaśnieżoną równinę. Mogło się im przytrafić bezpośrednie trafienie, ale gdzie się przed takim schowasz? Na tyłach też może cię trafić. Pocisk może również wlecieć do okopu.
Przypomniał mi się czterdziesty pierwszy. Wtedy Niemcy byli silni. Nie strzelali tak wściekle i nerwowo. Dlaczego tak naprawdę Niemcy prowadzą teraz tak gwałtowny i bezładny ostrzał? Nie ma żadnych oznak, świadczących o tym, że zorganizujemy atak lub przejdziemy do natarcia. Co tam u nich osłabło? Czego boją się dziś ryże Fryce?
Raz jeszcze spojrzałem na tę norę ze śniegu. Podłogę miała na poziomie ziemi. Żadnego zagłębienia, choćby na sztych łopaty ani na werszek poniżej śnieżnej skorupy. Obok uderzy jeden, drugi pocisk i odłamki przebiją ją na wylot przez wypchane słomą ścianki. Lecz interesujące jest to, że na zewnętrznej ścianie owej nory śmierci nie znalazłem żadnego draśnięcia ani dziurki.
Dowódca pułku ani razu nie chodził po tej ścieżce. Podczas pobytu w pułku ani razu nie był w kompaniach strzeleckich na pierwszej linii. Przyjechał na front i nie wie, co się dzieje na pierwszej linii. Jaki dureń pójdzie dobrowolnie pod ogień? Siedzi pod ziemią w schronie z czterech warstw belek. Niekiedy dzwoni na punkt obserwacyjny i sprawdza pełnienie służby. Dyżurny telefonista, nie wychylając się na zewnątrz, melduje mu, że przeciwnik znajduje się na swoich pozycjach i metodycznie ostrzeliwuje nasze miejsce dyslokacji oraz przedni skraj
Dlaczego dowódca pułku nie wezwał saperów, aby urządzili pełnowartościowy punkt obserwacyjny? Nie sądzę, by ustawiczny huk i ostrzały odebrały mu rozum. Niewykluczone, że jest zajęty ważnymi sprawami i szykuje się do przeprowadzenia nieoczekiwanego miażdżącego uderzenia na Niemców, kiedy w kompaniach strzeleckich zostanie praktycznie po piętnastu ludzi na kilometr frontu. A tutaj, w pół drogi od pierwszej linii, trzyma osłonę z trzech żołnierzy, aby Niemcy nie przesączyli się niezauważeni. Boi się, że Niemcy mogą nocą podejść do jego schronu.
A w jakim celu posłał tu mnie? Postanowił sprawdzić, jak się go będę słuchać? Czy nie będę się bał siedzieć nocą w tej dziurze ze słomy i śniegu? Zapewne przez całą noc będę wyglądać i trząść się na myśl, że może mnie zabić.
Nam, zwiadowcom przyzwyczajonym do wszystkiego, wybuchy nie przeszkadzają nawet we śnie. Mogę się powalić i chrapać do rana, nawet jeśli pociski lądują dwadzieścia metrów ode mnie. Doświadczenie, przećwiczone na własnej skórze, daje mi pewność, że przypadkowe trafienie jest wykluczone. Wprawnym okiem od razu widzę, kiedy nadchodzi niebezpieczeństwo, a kiedy można się położyć i spać. Oczywiście nowicjuszowi wydaje się, że niebo ciemnieje i wokoło wszystko huczy i płonie.
Jak zauważyłem na mapie, nasz przedni skraj biegnie skrajem urwiska. Z przodu, gdzie kończy się zaśnieżone pole, ciągnie się wąski pas dużych świerków i sosen. Między nimi i nami siedzą żołnierze-strzelcy. Niżej, za urwiskiem w odkrytym polu są okopy i schrony niemieckiej piechoty. Ciut dalej – wieś Bondary. Zostały z niej dwie przekrzywione i zrujnowane stodoły oraz coś w rodzaju bani. Dalej w lewo, w miejscu, w którym kończą się pozycje naszej piechoty, w lesie znajduje się niewielkie wzgórze i szosa. Tam, pośród drzew i poza lasem, na podłużnym wzniesieniu umocnili się Niemcy.
Nasze kompanie strzelców siedzą twarzą do urwiska, mając na flance niemieckie stanowiska. W każdej chwili Niemcy mogą nas obejść. Rozejrzałem się i uściśliłem u łącznika:
– Pokaż mi na miejscu, gdzie znajdują się nasi, a gdzie za krzakami i świerkami siedzą Niemcy.
Pokazuje mi to i owo, po czym zwalniam go i włażę do punktu obserwacyjnego. Wewnątrz śniegowej klitki siedzi dwóch telefonistów. Pali się kopciłka. Pomieszczenie jest nieduże. Jeden z telefonistów leży na podłodze, drugi siedzi w kącie ze słuchawką podwiązaną do głowy.
– Urządźcie się, towarzyszu kapitanie – mówi siedzący w kącie ze słuchawką przy szyi. – Zaraz przyjdzie zwiadowca. Pobiegł po odbiór jedzenia. Dyżuruje tu trzecią dobę. A my siedzimy kolejno przy telefonie.
Na czworakach przepełzam dalej ku ścianie i siadam na podściółce z iglastych gałęzi. Ściany wewnątrz są oblodzone, sufit wisi nisko. Siadasz na podłodze i zawadzasz o niego. Maleńka dziupla. Nachuchali w środku, więc wchodząc z zimnicy ma się wrażenie, że w środku jest ciepło.
Wkrótce obok klitki zaskrzypiał śnieg i ktoś, odsunąwszy strzęp zasłonki, wcisnął się w milczeniu do środka, opierając się na automacie.
– Towarzyszu kapitanie gwardii, przyszedł dyżurny zwiadowca!
Żołnierz z automatem, nie odwracając się, nogą zasunął za sobą wiszący materiał, postawił w rogu swój automat, pochuchał na palce i zatarł dłonie. Spojrzał na mnie i usiadł bez słowa.
– Nie wystawiacie wartownika na zewnątrz? – zapytałem.
– A do czego on nam potrzebny? – odpowiedział żołnierz, wyciągając kapciuch z machorką. – I tak słyszymy, jeśli ktoś tu podejdzie. Śnieg skrzypi pod nogami. Teraz jest mróz i na wiorstę słychać, jeśli ktoś się zbliży. Od razu zauważymy.
No i dobrze. Czort z wami. Nie będę was namawiać do porządków. Niech będzie, jak jest. Udam, że mało wiem. Po co mam się zdradzać, kim jestem? W ten sposób będą rozmowniejsi.
– A ty kto? Pewnie z pułkowego zwiadu?
– Kto? Niby ja? A nie widać? Patrzcie, kapitanie! Przed wami jest żywy i prawdziwy zwiadowca. Mówi wam to coś? A wy pewnie ze sztabu? Z nowych na froncie? Dopiero żeście przyjechali? Rozumiecie, kto to taki zwiadowca? Zapytajcie telefonistów! Dopóki ja tu jestem, leżcie tutaj i niczego się nie bójcie. Ostrzału też się nie bójcie. Niemiec bije po ścieżce, a tu nie dolatuje.
W naszej ciasnej i nędznej chałupce migocze światło. Pod sufitem jest niewielka deseczka i pali się na niej zwykła frontowa kopciłka na benzynę. Drugi telefonista podnosi się z podłogi i wszyscy trzej zapalają skręty. W ziemiance nie da się odetchnąć. A im dym i smród nie przeszkadza. Nie odzywam się. Trzeba pocierpieć. Przecież postanowiłem nic o sobie nie mówić i dlatego na razie jestem wśród nich obcy. Podciągam nogi i kładę głowę na podściółce. Nad podłogą idzie świeży powiew spod materiału, wiszącego w przejściu.
– Teraz jest dobrze! – mówi zwiadowca. – Widzę, że świetnie się tu usadowiliście. Powiedzcie, kapitanie, wy ze sztabowych czy do kompanii strzeleckich?
– Z tych, co obrabiają papierki.
– Od razu się zorientowałem, kim jesteście. Pomocnik szefa sztabu. Będziecie się zajmować rozliczeniem stanu osobowego. Pisać zawiadomienia o śmierci, wnioski do odznaczeń? Powiedzcie, a na pierwszej linii nie zdażyło się wam bywać?
– Ty lepiej o sobie coś powiedz. Widzisz, że człowiek z drogi i musi odpocząć. Pierwszy dzień w pułku, a ty robisz przesłuchanie. – wtrącił się telefonista, siedzący w kącie ze słuchawką na głowie.
– Co tu opowiadać? My, zwiadowcy, pędzimy specyficzny żywot. Całkiem nieprosty.
I żołnierz zaczął opowiadać, co się dzieje w plutonie, co mówi starszyna, o czym gadają chłopaki i jaki jest Riazancew.
– A po jeńca często zdarzało się wam chodzić? – pytam.
– Nie, teraz nie chodzimy. Jakiego tam jeńca! Chyba, że złapiemy i wyciągniemy naszego dowódcę pułku! Stoimy w ochronie sztabu. Całymi dobami nie wyłazimy ze śniegu. Nie dają złapać oddechu. Dzisiaj przy rozdaniu żarcia w plutonie starszyna powiedział, że wrócił ze szpitala stary dowódca zwiadu. Też kapitan z czterema gwiazdkami, jak wy. Pewnie teraz piją z majorem za Nowy Rok. A wy siedzicie z żołnierzami w tej dziurze. Kapitan od dawna wojuje na froncie. Mówią, że nie schodzi z pierwszej linii od czterdziestego pierwszego. Jeden mówił, że jest zły i wymagający, a inni gadają, że sprawiedliwy i troskliwy. A bo to dogodzisz naszym? Mówią, że nie da zrobić krzywdy swoim ludziom. Chłopaki gadają, że się nasiedzieli w śniegu i teraz będzie koniec z wartowaniem. Naszych od razu wepchnęli na ochronę, gdy tylko kapitana posłali do szpitala. Cały miesiąc siedzimy, sterczymy jak bezdomne psy. Nie ma gdzie się umyć, ogrzać i wyspać. A przedtem, jak mówią, zwiadowcy mieli przyzwoite życie
Popatrzyłem na niego. Z wyglądu brudny i obdarty. Twarz młoda, ale z brudu, wiatru i wycieńczenia psychicznego pomarszczona niczym u starej kobiety.
– A ty od dawna w zwiadzie? – zapytałem go.
– Cały miesiąc. Moi koledzy, z którymi przyszedłem do piechoty albo poginęli, albo ich odesłali do szpitala z ranami. A ja poszedłem na ochotnika do zwiadu, no i żyję. Czy to wiadomo, co los zgotuje?
– A skąd jesteś?
– Z Syberii, z Kemerowa. Jest takie miasto na Syberii. A wy, kapitanie, będziecie służyć przy sztabie pułku? Kiedyś się spotkamy, ot tak, niby jak znajomi.
– Nie wiem, dokąd poślą. Do jutra dożyjemy. Dowódca pułku podejmie decyzję, gdzie będzie moje miejsce. A Niemiec zawsze tak po polu tłucze?
– Młóci dzień i noc, nijak się schować. A co ma nie młócić? Dziennie ma po parę setek pocisków na każde działo. Cała Europa na niego robi. A wy coś nie palicie, towarzyszu kapitanie? Widocznie w pułku z machorką kiepsko. Krępujecie się poprosić u żołnierzy na skręta? Bierzcie, nie krępujcie się!
Żołnierz podał mi kapciuch. Zaczerpnąłem szczyptę tytoniu, zawinąłem w skrawek gazety i zapaliłem. Wyciągnąłem paczkę „Biełomorów” i poczęstowałem wszystkich papierosami.
Rozmowa kończy się sama z siebie. Wyjmuję z mapnika kartkę, biorę ołówek i zaczynam pisać list do domu. „Dzień dobry droga Augusto. Szczęśliwie dotarłem do swojej jednostki…”. Obyczaje to zapewne ludzkie przyzwyczajenia. Jakby maszerowanie drogą na głębokich tyłach było ryzykowne, a tutaj na froncie, w pobliżu pierwszej linii, było bezpiecznie jak u Pana Boga za piecem.
O drugiej w nocy wszyscy ucichli, ułożyli się w ciasnocie i poszli spać. Jeden dyżurny telefonista został w kącie, siedząc w kucki. Nie miał miejsca, aby się położyć i wyprostować nogi. Siedzi i głowa opada mu na kolana. Tkwi w kącie z zamkniętymi oczami, a nasza trójka leży rządkiem na boku.
Rankiem, obróciwszy się na plecy, otwieram na moment oczy. Zwiadowcy już nie ma. W norze siedzi dwóch nowych telefonistów. Gdy wstałem, przywitali się ze mną.
– A gdzie moi nocni znajomi? – zapytałem.
– Poszli do plutonu, towarzyszu kapitanie.
Siadam na podściółce z gałęzi, wyciągam z kieszeni moskiewskie papierosy, częstuję łącznościowców i zapalam. Tak to już u nas jest na froncie. Siedzę, palę i wyobrażam sobie, jak pójdę do szefa sztabu. Ten z kolei pogada z dowódcą pułku.
Wyłażę z zaśnieżonej chatynki i idę ścieżką na tyły do schronu sztabu. Szef sztabu dzwoni do dowódcy pułku i po chwili milczenia wspomina coś o mnie. Patrząc na majora, domyślam się, że powiedziano mu, aby sam ze mną porozmawiał. Nie rozumiem tylko idei dowódcy pułku. Po jaką cholerę posłał mnie na punkt obserwacyjny? Pewnie sądził, że całą noc nie będę spać, czekając na jego telefon. A tu niewypał!
* * *
Majorowi powiedziałem, że potrzebuje dwóch tygodni, by doprowadzić swoich żołnierzy do należnego wyglądu: trzy dni na banię, tydzień na naukę i parę dni na szkolenie. Trzeba ich wytresować, wciągnąć w reżim, bo bez tego nie można ich wypuszczać na nocną robotę. A ze służby wartowniczej – zwolnić. Major się zgodził.
Opuściłem sztab i poszedłem do zwiadowców. Droga ze sztabu pułku do plutonu zwiadu była krótka – trzysta metrów w bok i do wąwozu.
Przyjemnie jest iść po twardej i udeptanej nogami dróżce. Ścieżka jest poprowadzona głęboko w śniegu. Świeży śnieg lekko przyprószył ślady i skrzypi pod nogami. Skraje wąwozu są strome, wysokie na dwa metry, a gdzieniegdzie i wyższe. W zboczach wąwozu pod zamarzniętą warstwą ziemi wyryte są przejścia. Oto i jest miejsce dyslokacji plutonu zwiadu. Nory są wykopane bezpośrednio w ziemi. Dla osłony przez wiatrem i zawieją przykryto je kawałkami materiału. Jeśli chcesz wczołgać się do takiej nory, trzeba przed nią uklęknąć, oprzeć się rękoma o ziemię, przyjąć pozycję poziomą i poruszać się głową do przodu, trafiając w jamę. Łącznościowcy na punkcie obserwacyjnym mają ciasne legowisko, ale można w nim przynajmniej spokojnie usiąść. A tutaj, aby wydostać się na zewnątrz, trzeba się położyć. Wleziesz do nory, położysz się na boku, zapierasz się łokciem w sufit, a pod bokiem masz miejsce na podściółkę z gałęzi choiny. Przed oczami masz małe palenisko, wykopane w ziemi. Kładzie się tam drwa i pali bez komina. Sufit to zamarznięta warstwa ziemi – jak betonowy strop porządnego schronu bojowego. Czy niemiecki żołnierz był w stanie choć na chwilę wyobrazić sobie coś podobnego? Czy mógłby choć jeden dzień wytrzymać w takiej norze? Niemcowi trzeba zaserwować budowlę z bierwion, prycze wyłożone świeżą słomą, żelazny piecyk z regulacją przewiewu, podłogę z grubych heblowanych desek i rację żywnościową naszych pułkowników i generałów. I jeśli ta budowla będzie wpuszczona głęboko w ziemię i nakryta z wierzchu czterema warstwami grubych belek, to Niemiec będzie się czuć jak w dobrym schronie. A co tu gadać o wilgotnej dziurze w zamarzniętej ziemi? Jeśli wepchnąć tam Niemca głową do przodu, żeby wpełzł tam na brzuchu, to potem o poranku będziesz stamtąd wyciągać za nogi jego trupa.
– Gdzie Riazancew? – zapytałem nieznanego zwiadowcę, stojącego na posterunku.
– O! – i pokazał mi jedną taką dziurę.
Kiedy tam wpełzłem, ujrzałem Riazancewa. Leżał na plecach, założywszy ręce za głowę i patrzył w sufit. Jakby go studiował, widząc pierwszy raz. W środku płonie niewielka kopciłka. Wsuwam się na łokciach dalej. Tam, przy ścianie, pali się ogieniek. Szturcham swojego podwładnego w bok, zakładając, że śpi. Starszyna uprzedził go, że wróciłem do pułku i że z rana pokażę się u niego na godzinkę. Mógłbym go nie szukać i nie włazić do nory. Mogłem kazać starszynie, aby wezwał go na rozmowę do mnie. Jednak wiedziałem, że będzie się przede mną chować i postanowiłem pojawić się u niego osobiście. Do człowieka trzeba podejść ostrożnie i z wyczuciem. Kto wie, co mu tam teraz na sercu leży. Z jednej strony ma świadomość, że przyjechałem i że odpadnie mu część obowiązków. A przy okazji skrzywi się, że skończył się jego zimowy sen niedźwiedzia. Teraz nie będzie snu, tylko myślenie, gdzie by tu pochwycić języka.
Ja zaś miałem takie uczucie, że po miesiącu bumelanctwa i wypoczynku trzeba się brać za robotę. On zaś najwidoczniej nie miał ochoty na powrót do zajęć zwiadowców. Zwiadowcy to skomplikowana nacja. Bywa, że za pierwszym razem ich nie zrozumiesz, a niekiedy nie pomogą nawet sprytne wybiegi, aby ich podejść.
– Siemanko, zwiadowco!
– Czołem, kapitanie!
– Więc jak? Będziemy gadać na sucho czy poślemy po starszynę, żeby rozmoczyć rozmowę?
Wiedziałem, że Fiedia nie odmówi wypitki.
– Co będziemy jutro robić? Widziałem, że masz nowych ludzi w plutonie.
– Tak, jest dziesięciu świeżaków, wziętych z piechoty.
– To jak? Posłać po starszynę czy będziemy czekać, aż się sam pojawi?
– Nie, lepiej posłać. Po co odwlekać? Skoro już przyjechałeś, trzeba wszystko zaczynać od początku. Ty leż, a ja sam po niego poślę.
Odepchnął nogą zasłonkę i krzyknął:
– Ej, jest tam któryś? Podejdź no tutaj!
W dziurze ukazała się głowa wartownika.
– Obudź któregoś z chłopaków i poślij go po starszynę. Niech powie, że kapitan go tu potrzebuje. A życie ogólnie jak?
– Jakie tam życie? Posadzili na wartę. Mówili, że tymczasowo, a już miesiąc siedzimy.
– Dzisiaj poleguj i dosypiaj. A jutro rano zwiadowcy do ochrony nie pójdą. Umówiłem się tak z szefem sztabu. A ty co będziesz robić?
Riazancew zamilkł i zamyślił się.
– Na jutro rano kazałem starszynie urządzić gimnastykę. Rozebrać wszystkich do gołego i natrzeć śniegiem. Po jedzeniu ogólna zbiórka. Ty wystąpisz przed szykiem. Powiesz im, że nie będą już więcej pasać owiec. Zaczyna się przygotowanie do naszych głównych zajęć. Starszyna wypatrzył na tyłach porzuconą banię zbitą z bali. W nocy trzeba posłać tam chłopaków, rozebrać ją, przewieźć i do rana postawić tutaj, w wąwozie. Starszyna melduje, że w bani jest metalowa beczka, komin i kamienie. Kolejnego dnia rano, po zbiórce, bania dla wszystkich, wymiana bielizny i porwanego umundurowania. I właśnie od tego, drogi Fiedia, zaczniemy. Bania może jest i cudza, ale mam nadzieję, że do głowy im nie przyjdzie, żeby tu przyłazić. Tyłownicy nie będą jej szukać na pierwszej linii. Tu często strzelają. Wydaj starszynie polecenie, żeby ustawił tu dwa namioty dla chłopaków. Na całą tę robotę daję wam trzy dni. Patrzę na naszych chłopaków i dziwię się. Gęby u wszystkich brudne, jakiegoś sinego koloru. Tak was piechota zadziobała? Wstyd spojrzeć! Zwiadowcy, gwardziści!
Do rozbiórki i przenoszenia bani starszyna zabrał wszystkich. Dach wzięli we czterech i położyli na saniach. Kłody ze ścian brali we dwóch i szli do wąwozu. Podczas gdy pierwsza ekipa szła przez las i pole do wąwozu, druga wywoziła na saniach podstawę i podłogę bani. W wąwozie kipiała praca. Postukując toporami, zwiadowcy wymieniali między sobą uwagi:
– Nasz stary kapitan wrócił ze szpitala. Gdy tylko się pojawił, od razu zaczęło się kręcić. Czuje się twardą rękę. Jutro tyłownicy przylezą z miotełkami, żeby się wyparzyć. Dopiero się będą drapać po tyłkach! Gacie wiszą na drucie, a bani nie ma! Nasz starszyna ma wprawne oko jak sowa. I tylko twardego kierownictwa brakowało. Przyjechał kapitan i wszystko się zakręciło.
– Słuchaj, a on tak naprawdę jest stary?
– Sam żeś stary! Młody jest! Ma dwadzieścia trzy lata. A nazywamy go starym, bo jest długo na froncie. O, jak Sieńko – stary zwiadowca, a sam całkiem młody. U tyłowników obija się cała kompania saperów. Niech im zbudują nową banię.
Jeden z tych, którzy byli od dawna w plutonie zwiadu, wykładał młodym:
– Wyobrażam sobie, co się będzie jutro działo, kiedy pojawi się kapitan ze starszyną. Z rana, dzieci moje, starszyna ogłosi poranną pobudkę i ogólną zbiórkę. Jestem tego pewien. Riazancew coś mu tam ostatnio klarował. Tak więc szykujcie się, chłopcy, żeby szybko zająć miejsce w szyku. I zagęszczajcie ruchy, bo kapitan pojawi się na gimnastyce.
– Na jakiej gimnastyce? Na zewnątrz jest minus trzydzieści. Co ty gadasz?
– Tak, tak! Wspomnicie moje słowa! Ja też miałem kiedyś wątpliwości. Od jutrzejszego ranka zacznie się nowe życie, którego żeście jeszcze nie posmakowali, sokoliki i ptaszęta moje. Zapomnijcie o posterunkach i ochronie. Posiedzieliście w śniegu jak pomiotła, namnożyliście pcheł i wszy, a teraz pobudka! Teraz będziemy chodzić po języka! Będziemy patrzeć w samą paszczę kostuchy. Na początek dla porządku kapitan wyciśnie z was siódme poty. To nie będzie minus trzydzieści a plus czterdzieści afrykańskiego upału. Poczujecie to, kochani, na własnej skórze. Z rana pobudka, zaprawa do siódmych potów, nacieranie śnieżkiem, potem wzmocnione śniadanie. Kasza z tłuszczem i mięsem. Potem bania i po bani każdemu sto pięćdziesiąt. Starszyna osobiście przyniesie. Kapitan kazał starszynie ugotować na obiad kapuśniak z wieprzowiną, ale tak, żeby zupa była tłusta jak należy, ze skwarkami. Palce lizać! Starszyna, choćby miał wyzionąć ducha, powymienia zegarki u intendentów na słoninę i kiszoną kapustę. Na takie okazje zawsze ma ich zapas. Zapamiętajcie, gołąbeczki! Teraz jesteście w zwiadzie, a nie w plutonie ochrony. Pułkowy zwiad ma swoje zwyczaje i porządki. Mówią, że starszyna przywlókł z tyłów nawet Jośkę-fryzjera. Siedzi u niego w namiocie i czeka swej godziny. Będzie strzyc, golić i każdemu trzy razy spryska dziób wodą kolońską! Starszyna za wszystko zapłacił. Ma walutę – zegarki ręczne i inne bransolety, które zostały po zabitych chłopakach. Puszcza je w ruch, kiedy trzeba czegoś dla wszystkich i kiedy jest stanowczy rozkaz kapitana. Słyszałem, że postawi nam dwa namioty w wąwozie. I będziemy tam kopać ziemianki z pryczami. Za dwa tygodnie zaczniemy szukać języka. Nie martwcie się, chłopaki! Przyzwyczailiście się do brudnego świńskiego żywota! A teraz nadchodzi piękne życie. Będziecie chodzić jak kawalerowie do wzięcia. Wasz kapitan ustawi wam wszystkie szare komórki. Boście się całkiem zawszyli i zatłuścili. Aż żal spojrzeć!
Starszyna zapewne sam rozpuścił słuchy, żeby żołnierze zawczasu przestroili myślenie na pracę. W zwiadzie trzeba było od razu wszystko zburzyć i pożegnać się z przeszłością. U nas nie można żyć dniem wczorajszym. Bojowa rola zwiadowcy jest ciężka i niebezpieczna. Grę z Niemcami prowadzi się na granicy życia i śmierci i bez ryzyka i odrobiny szczęścia zwiadowca nie pociągnie. Każdego z nas musi cechować niezłomna wola, przytomność umysłu i umiejętność odpowiedniego nastrojenia się w najbardziej beznadziejnych sytuacjach.
Najmniejsza niewiara w sercu lub zwątpienie w swojego dowódcę może doprowadzić do porażki i wtedy życie skończy się z powodu błahostki. Tu w grę wchodzi i rozum, i spryt i pomysłowość, a wszystko to trzyma się na woli człowieka i to też na słowo honoru. Bywały takie sprawy i przypadki, że nawet nie zauważało się własnego błędu.
* * *
Rankiem o wyznaczonej porze starszy sierżant wydał komendę do pobudki i ogólnej zbiórki. Dla nowicjuszy było to nowością i problemem. Oto są na froncie, a tu masz – pobudka, zaprawa fizyczna i zbiórka w szyku. Ale do szeregu biegli wszyscy: i starzy, i młodzi. Doświadczeni podoficerowie, nieraz wychodzący po jeńca, biegli na przedzie. Młodzi od razu zrozumieli, że w zwiadzie coś się wydarzyło. Starszyna, ściągnąwszy brwi, ryczał teraz jak byk. Kazał zrównać czubki butów i donośnym basem podał komendę „baczność!”. Podszedł do porucznika Riazancewa i salutując, zameldował. Riazancew wystąpił do przodu i podał komendę „spocznij!”. Wszystkim stojącym w szyku kazał zdjąć szynele, pikówki i bluzy i rozebrać się do pasa. Zwiadowcom oczy wyszły z orbit. Starszy sierżant wysunął dolną szczękę, wybałuszył oczy i w mgnieniu okaz stał bez koszuli. Jego włochata pierś unosiła się miarowo. Pośród młodych i cherlawych chłopaczków, stojących w szeregu, pojawiło się zwątpienie. Jednakże widząc, że starszyna ryje ziemię buciorem niczym kopytem i że plutonowi i dziadkowie bez zbędnych rozmyślań rozebrali się do pasa, także zaczęli zrzucać na śnieg, pod nogi, swoje szynele i bieliznę. Starszy sierżant wypiął pierś i głęboko dysząc, zaczął puszczać nozdrzami obłoki białej pary. Dziadkowie wiedzieli, czego chce ich kapitan. Rozumieli, że trzeba się otrząsnąć gwałtownie i za jednym zamachem.
– Oj, oj! Oj, oj, oj! – w szyku dały się słyszeć okrzyki nowicjuszy.
Starszyna niczym byk-przewodnik zaryczał na całą okolicę:
– Zwiad, za mną! Nikt nie zostaje z tyłu!
I rozbryzgując śnieg ogromnymi buciorami, nabierając szybkości, rzucił się przed siebie.
Pluton zerwał się z miejsca i przy ogólnych gwizdach, krzykach i pohukiwaniach pognał za starszyną. Łącznościowcy, którzy ciągnęli przewód, zatrzymali się z rozdziawionymi ustami. Teraz po pułkowych łączach pobiegnie anegdota, jak to któregoś ranka przy dwudziestostopniowym mrozie zwiadowcy pułku robili na golasa zaprawę.
Z powrotem starszyna przybiegł do sosnowego lasku jako pierwszy. Nikt nie śmiał go wyprzedzić po drodze. Któryś z nowych próbował, ale odciągnęli go w biegu. To starszyna powinien być pierwszy. To rodzony ojciec. Starszy sierżant przybiegł, potupał w miejscu, pochylił się, pochrząkując, zaczerpnął dłońmi puszystego śniegu i zaczął nacierać sobie pierś. Natarł śniegiem szyję i ręce, a Waliejew podał mu ręcznik.
Waliejew trzymał na ręku stosik czystych onuc i zerkał na starszynę z wesołym uśmieszkiem. Żołnierze również podbiegali i nacierali się białym puchem, ciskając w siebie śnieżkami. Potem podbiegali do Waliejewa i chwytali w locie czyste onuce.
– Od razu widać, że sprawy ruszyły z miejsca – powiedziałem, podchodząc do starszyny i Riazancewa. – Teraz musicie tylko podtrzymywać porządek i dziarskie nastroje wśród ludzi.
Riazancew uśmiechnął się, a starszyna popatrzył na mnie, jakby w milczeniu pytając, czy może by tak nalać wszystkim po sto gram?
Kiwnąłem głową na znak zgody.
– Bracia chrześcijanie! Błogosławieni Pańscy! Sokoliki prawosławne! Podchodzić po kolei! Chrzest Rusi! Będziemy przyjmować komunię świętą! Kapitan dał zgodę na sto pięćdziesiąt gram!
W wąwozie zostały dwa obozy. Puste dziury i nory w ziemi pod urwiskiem, a obok namioty i bania z okrąglaków, w której można palić i pomieszkiwać. Potem było śniadanie, łaźnia, wydanie bielizny i wymiana umundurowania. Dla niektórych chłopaków starszyna zdobył nawet nowe walonki.
Chłopaki, zmęczeni i zadowoleni, siedzieli na kłodach, rozmawiali ściszonymi głosami i palili tytoń.
– Towarzyszu kapitanie gwardii! Potrzebny wam ordynans! – zaczął basem rozmowę starszyna.
– Pewnie masz takiego chłopaczka na widoku?
– Oczywiście, że mam. Niewielkiego wzrostu, nietęgi z budowy, ale ma siłę w rękach. Sprytny i rozgarnięty. Chłopaki nie zabierają go do grupy przechwytującej. Mówią, że jest ciut za malutki. A szkoda go odsyłać z powrotem do piechoty. Zginie za tydzień. Wiem, że kazaliście kompletować grupy bojowe. Na robocie nie był i tam go nie znają. Ale może zostać i nie na robocie. Sam bym go wziął, ale mam już woźnicę i Siemenow siedzi u mnie po wyleczeniu. Sami wiecie, że trzech na jedną furę nie przysługuje.
– Dobra, przyprowadź go. Zerknę na twojego siostrzeńca.
– Co wy, towarzyszu kapitanie gwardii? To dla mnie żadna rodzina! Po prostu szkoda chłopaczka. On nawet w plutonie jest od niedawna. Przyszedł z uzupełnieniem, kiedy was nie było.
– Ale go swatasz, więc mówię, że siostrzeniec. Czyli jest z tych nowych?
– No tak! Ale wyście go widzieli.
– Gdzie?
– Dyżurowaliście z nim na punkcie obserwacyjnym. Co prawda, on nie kojarzy, że jesteście właśnie tym kapitanem.
– Cały starszyna! Wszytko wie!
– Takie stanowisko, towarzyszu kapitanie gwardii.
– Dobra, dawaj tu swojego podopiecznego.
Siedzieliśmy w namiocie ustawionym przy samym urwisku. Riazancew był zadowolony. Wyjaśnił mi, że w przypadku ostrzału odłamki polecą dalej i w razie czego można się skryć pod zamarzniętym gruntem. Ogłosił wręcz zwiadowcom, że w przypadku silnego ostrzału wszyscy mają się chować, jak to określił, pod ziemią.
– Dobrze żeś to wymyślił! – powiedziałem i poklepałem go po ramieniu. – Wszystko, jak trzeba, Fiedia! Ludzi trzeba chronić!
Ktoś przecisnął się przez zasłonę w wejściu do namiotu i ukazał się starszyna. Za nim pojawił się mój nocny znajomy.
– Zachodź! – powiedziałem, gdy dostrzegł mnie od progu.
– No, coś się zaciął? – zamuczał starszyna. – Towarzysz kapitan gwardii niczym rodzony ojciec chce cię ustrzec przed śmiercią. Jeśli pójdziesz do piechoty, to pożyjesz jakiś tydzień. Kapitan zgadza się wziąć cię na ordynansa. No, czego nic nie gadasz? – zatrąbił.
– Jak się nazywasz? – zapytałem.
– Siergiej.
– Nazwisko?
– Kudriumow.
– Cóż, Siergiej. Siadaj, zapal sobie i czuj się, jak w domu.
Zerknąłem na Riazancewa, który polegiwał na boku, mrugnąłem do niego i dodałem:
– Jesteśmy starzy znajomi. Sam mi powiedział na punkcie obserwacyjnym, że może się jeszcze spotkamy. No i spotkaliśmy się. Okazuje się, że nie jestem sztabowcem, a właśnie takim zwiadowcą, o którym mi wtedy opowiadałeś. Starszyna klaruje, żebym cię wziął na ordynansa. Nie mogę cię posłać do ekipy Sieńki. Chłopaki sami kompletują grupy. Takie są u nas porządki. Ja zaś potrzebuję ordynansa. Jeśli się zgadzasz – zostawię cię przy mnie.
– No, czego nic nie mówisz? – popchnął go pięścią starszyna.
– Ja też nie mam nic przeciwko temu. Chyba się dogadaliśmy.
– Starszyna oświeci cię w kwestii obowiązków. Zna się na wszelkich szczegółach tej roboty. A całą resztę będziesz łapać w locie. Jutro przejmiesz nowe obowiązki. Sierżant doprowadzi do porządku twój wygląd.
Od tej chwili Siergiej Kudriumow stał się moim stałym towarzyszem. Ordynans w zwiadzie to nie foryś u dowódcy pułku. Ordynans to taki sam zwiadowca – zdecydowany i bystry, prawa ręka oficera, istotna osoba w plutonie. Tyle, że w stopniu szeregowca. Nie musi czyścić butów swojego przełożonego, w zwiadzie się tego nie praktykuje. Chodziliśmy w niewyczyszczonych butach. Ja nie zajmuję się jego wychowaniem, ale starszyna czasem robi mu wymówki. Jest niczym kościelny – skarci, pogładzi po włosach chropowatą dłonią. Siostrzeniec przyszedł! Ojciec chrzestny rozgrzewa dzisiaj banię. Kazał po ciebie przyjść! Dzisiaj oficerowie i nasza kompania będą zażywać kąpieli w gorącej parze.
I tak mija jeszcze jeden dzień zimy.
Rozdział 40 – Szykujemy nocny wypad (styczeń 1944 roku)
Następnego dnia, 3 stycznia 1944 roku, wraz z Riazancewem ruszyliśmy na pierwszą linię. Przeszedłszy obok pułkowego punktu obserwacyjnego, w którym spędziłem pierwszą noc, skręciliśmy w prawo i poszliśmy wąską ścieżką ku niezbyt szerokiemu pasowi lasu, leżącemu na skraju wąwozu. Tam, w odległości kilkudziesięciu metrów, przebiegała wysunięta linia obrony kompanii strzeleckiej.
Nie zdążyliśmy zrobić nawet dziesięciu kroków, kiedy z narastającym świstem po ścieżce łupnęły niemieckie pociski. Położyć się w śniegu i czekać, aż skończy się ostrzał, nie było sensu. W ten sposób w odsłoniętym miejscu można przeleżeć cały dzień i doczekać się pocisku. A gdzie się podziać? Skręcić w bok i gnać po głębokim śniegu? Daleko nie odbiegniesz.
Nigdy nie wiesz z wyprzedzeniem, gdzie trafi pocisk. Trafienie może nastąpić w dowolnym miejscu. Jedyny ratunek to przyśpieszyć kroku, nie schodzić ze ścieżki i skokiem dotrzeć do kompanijnej transzei. Potoczysz okiem w prawo i w lewo, ocenisz, gdzie rozkładają się eksplozje i decyzja podjęta.
Chwytając ustami powietrze, dobiegliśmy na pozycje kompanii i stoczyliśmy się na dno okopu. Sądziliśmy, że w ukryciu, na dnie transzei, będzie ciszej. A tam jeszcze gorzej. Niemiec bil wzdłuż okopów. Wszędzie fruwały grudy zamarzniętej ziemi. Śnieg i odłamki bryzgały na wszystkie strony. W transzei nie było strzelców. Żołnierze to zmyślny narodek – wyryli sobie jamy w przedniej ścianie okopu i każdy właził do swojej dziury. Można to nazwać jak się chce – ot, nora pod przedpiersiem, którą każdy wykopał dla siebie. Gdzie nie poleziesz, wszystkie nory zajęte. Z dziur sterczą tylko plecy i nogi. Transzeja zrobiła się szeroka. Można minąć się we dwóch, nie przyciskając się do ścian. W wielu miejscach ściany okopu się osunęły. Gdzie się podziać, kiedy Niemiec bez przerwy tłucze? Eksplozje następują to z przodu, to z tyłu. Wzdłuż okopu leci zamarznięta ziemia. Niektóre pociski przenoszą, niektóre to niedoloty, ale co dziesiąty trafia w transzeję. Oto jeden wyrzuca ziemię w górę. I teraz spróbuj zgadnąć, gdzie trafi następny.
– Aleś mnie zaprowadził, Fiedia! Może w innym miejscu będzie ciszej?
– Tu wszędzie jest tak samo.
– No to dawaj wzdłuż okopu gdzieś na skraj.
– Chodźmy na lewy koniec, tam okop dociąga bliżej do urwiska.
Biegniemy w lewo do samego końca transzei. Faktycznie tutaj jest ciszej. Dalej za drzewami jest prześwit, a za nim na skraju lasu siedzą Niemcy.
– Co oni tam mają? Transzeję, stanowiska strzeleckie czy schrony z ziemi i belek?
– Nie mam pojęcia. Ciągle tłuką z broni maszynowej.
– Pewnie się czegoś boją.
– A czego się mają bać? W kompaniach mamy po piętnastu ludzi.
– Wiesz, jak to jest! Oni mogę tego nie wiedzieć i myślą sobie, że jest inaczej. Może sądzą, że szykujemy nieoczekiwany atak.
Siedzimy w samym końcu transzei. Niemcy i tutaj puszczają z rzadka jeden, dwa pociski. Przy każdym bliskim wybuchu zasłaniam łokciem twarz i oczy.
Potem, kiedy Niemcy przenoszą ogień gdzieś w bok, kładę się torsem na przedpiersiu, unioszę lornetkę i lustruję niemieckie pozycje. Przed przedpiersiem transzei rozciąga się niezbyt szeroki pas zaśnieżonego pola. Wczołgujemy się na nie. Musimy spojrzeć z góry z urwiska i zobaczyć, jak wygląda zbocze. Czy da się tutaj zejść nocą na odsłonięte pole, leżące w dole? To tam są rozlokowane niemieckie schrony i stanowiska strzeleckie pierwszej linii. Zaśnieżone pole to obniżenie terenu, gdzie spod ziemi sączy się woda. Niemieckie ziemianki są wykopane tylko do połowy. Ich ściany i stropy sterczą metr ponad powierzchnią ziemi. Białe pole ciągnie się dalej i pod koniec wznosi się nieco w górę. Na tle ciemnej linii lasu widać zniszczoną stodołę i dwa-trzy opalone kominy – to wieś Bondary. Po lewej stronie wsi przebiega główna droga, ukryta pod śniegiem. Nie widać jej z urwiska, ale jest na mapie. Wyciągnąwszy szyję, raz jeszcze spoglądam w dół pod uskok. Tu i ówdzie spod śniegu sterczą powyginane korzenie drzew.
W tym momencie w skraj urwiska uderzają niemieckie pociski. Wybuchy rozkładają się blisko nas. Wtykamy głowy w śnieg. Przy każdym kolejnym wybuchu trzęsiemy się i przywieramy do ziemi.
Gdy tak trafiasz pod ogień, to za każdym razem mówisz sobie:
– No i koniec! Jeszcze jeden pocisk i zostanie z ciebie mokra plama! Teraz to już kryska!
Lecz wycie nadlatujących pocisków nieoczekiwanie cichnie, ciało się odpręża i jakby dało się już odetchnąć.
– Chyba żyję? – pytam sam siebie.
Dochodzę do wniosku, że tym razem przeniosło i próbuję wykombinować, co robić dalej.
– Wystarczy tego leżenia! Chodźmy, kapitanie! – pogania mnie Riazancew.
– Nie zdążymy! Znowu nas nakryje!
– Co nie zdążymy? Wpaść pod ogień? Mogą nas nakryć i tu, i w okopie, i po drodze do wąwozu. Dopóki jest przerwa w ostrzale, zdążymy przeskoczyć! – nalega.
Poleżeliśmy jeszcze przez jakiś czas, a potem wstaliśmy i nieśpiesznie poszliśmy z powrotem
Pierwsze wyjście na przedni skraj odbyliśmy we trzech. Był z nami ordynans Siergiej Kudriumow. Oddałem mu lornetkę. Riazancew pomógł mu rozwiązać worek na plecach, wsunął ją do środka i zaciągnął sznurek. Ja i Riazancew mamy na sobie półkożuszki. Na wierzch założyliśmy maskchałaty. Siergiej pod maskchałatem ma żołnierski szynel i waciak. Maskchałat wygląda jak biała kretonowa rubacha ze sznurkiem w dolnej części i takie same białe szarawary do pięt, też ze sznurkiem. Siergiej ma na ramieniu automat okręcony czystymi bandażami, a worek-plecak założył pod maskchałat. Wygląda, jakby miał garb. Ja i Riazancew nie braliśmy ze sobą automatów. Pod maskchałatami mamy przy pasie pistolety.
Kiedy wpadasz pod silny ostrzał, pojedyncze pociski wzdłuż ścieżki nie są straszne. Działają na nerwy, ale nie podskakujesz nawet przy bliskim i głośnym wybuchu. Niemniej nie było bożego dnia, żeby na ścieżce nie zabiło albo nie raniło któregoś z żołnierzy, kręcących się tam i z powrotem.
Idziemy po ścieżce, podwiązawszy klapy uszanek do góry. Przez cały czas należy się wsłuchiwać oraz śledzić szum pocisków i wybuchy, aby nie wpaść pod ciągły ostrzał. Pojedyncze eksplozje zwykle podrywają się daleko od siebie. Po odgłosie lecących pocisków z marszu określa się, jaki to kaliber. Biją działa dalekosiężne lub czasem baterie stojące blisko pierwszej linii. Te o dalekim zasięgu rozrzucają pociski szerzej na boki.
Wracamy do siebie do wąwozu. Stoi tu nasz namiot. Tutaj też czasami rozrywają się pociski, ale trafienia rozkładają się chaotycznie. Werżnie się taki w skraj wąwozu, namiot podskoczy od uderzenia, zerwie się pod naporem fali uderzeniowej, świsną odłamki, a nam nic się nie stanie. Podczas ostrzału leżymy głębiej, na boku. Podłogę namiotu opuściliśmy na metr w ziemię. Jeśli pocisk rozerwie się obok, odłamki porwą namiot i polecą górą nad nami, nie drasnąwszy nikogo. Sprawdzono to już wielokrotnie. Nie mamy stropu nad głową. Lecz pocisk może spaść w zagłębienie, w którym leżymy na podściółce z choiny i wtedy rozerwie nas na kawałki. Namiot stoi w wąwozie trzeci dzień. Niemiec tłucze codziennie, ale namiot nie ma ani jednej dziury.
– No i co powiesz, Fiedia? Gdzie będziemy brać języka?
– Obrona pułku wisi nad urwiskiem. Innego miejsca na akcję nie ma.
W tym czasie ze sztabu pułku przybiega goniec. Wzywają mnie tam w pilnej sprawie.
Szef sztabu, widząc mnie, powiedział bez przywitania:
– Dowódcę pułku ciekawi, kiedy wraz ze zwiadowcami pójdziesz do kompanii na pierwszą linię?
– Kiedy?
– Dokładnie tak. Kiedy?
– Właśnie stamtąd wracam! A czego on tak naprawdę ode mnie oczekuje? Po co mam tam łazić razem ze zwiadowcami? Co oni mają do roboty w kompanii strzeleckiej?
– Jak to, co?
– No tak, dokładnie co? Siedzieć pod ogniem i pilnować żołnierzy? Razem z Riazancewem byłem dzisiaj w okopie. Bije, że łba nie podniesiesz. Nijak nie pojmuję, czego ode mnie chce dowódca pułku?
– Powiedział, że oficerowie ze sztabu powinni bywać w kompaniach strzeleckich.
– I co miałbym tam robić? Dyżurować?
– Nie dyżurować, a bywać codziennie.
– Z oficerów sztabu w kompaniach bywam tylko ja. Jeśli chce, żebym tam siedział, napiszcie rozkaz. Tyle, że w tym czasie nie będę się zajmować sprawami rozpoznania. Taki punkt powinien być odzwierciedlony w pułkowym rozkazie.
– Dobra! Idź do siebie, a ja sam porozmawiam z dowódcą pułku.
Patrzę na mapę i wspominam swój pierwszy wypad. Na przednim skraju przed naszą transzeją rozciąga się niezbyt szeroki pas starych drzew iglastych. Ludzie oszczędzili przed wyrębem zielony zagon starych drzew i zostawili go na samym skraju urwiska. W dole za uskokiem leży zaśnieżone pole, na którym znajdują się niemieckie ziemianki, gniazda broni maszynowej i schrony z belek. Pas drzew zasłania nam widok na pozycje przeciwnika. Rosną tam wysokie i potężne świerki. Swymi korzeniami powstrzymują skraj urwiska przed osunięciem. Gdyby wyrąbać drzewa, to korzenie zgniłyby, a stromy uskok ześlizgnąłby się na zaorane pole. Pod urwiskiem przepływa rzeczka. Zimą jej nie widać, bowiem jest zasypana śniegiem. Zapewne leży tam łęgowa łąka.
Generalnie na Białorusi nie ma wielu rozległych pół i uprawnych ziem. Teren jest wszędzie silnie pofałdowany. Tu samotny zagajnik, tam krzewy i wzgórze, dalej wąwóz, znowu pagórek, strumyk i bagno. Nasi wypchną Niemca z jednego wzniesienia, to przejdzie przez moczary i umocni się na kolejnym wzgórzu. I tak wojujemy z pagórka na pagórek. Niemcy są zawsze na wzgórkach, a my po raz kolejny sterczymy w dole.
Nasi żołnierze zdążyli powalić część drzew na skraju urwiska. Niektóre drzewa ucierpiały od pocisków burzących i również się powaliły. Jednakże nasi nie zdążyli obrąbać gałęzi. Gdy tylko drzewa zaczęły się przewracać, Niemcy otworzyli wściekły ogień. Wykopy pod ziemianki zostały wyryte, ale nie zbudowano stropów. Tak więc żołnierze wygrzebali sobie nory i jamy. Trudno jest wykopać transzeję wśród korzeni i zawałów. Siedzenie podczas ostrzału w odkrytych okopach w sąsiedztwie pni drzew też jest niebezpieczne. Jeśli pocisk uderzy w gałęzie lub pień drzewa, wszystkie odłamki pofruną wachlarzem w dół. To dlatego nasz czołowy okop został wyryty w odsłoniętym miejscu i ciągnie się w pewnej odległości od linii drzew. Podczas podejścia do rubieży Słowianie nie zdążyli zakopać się w ziemi, gdy Niemic zwalił na nich całą potęgę swych baterii. Bił, nie żałując amunicji i nie licząc się z pociskami. Krawędzie pionowych ścianek transzei szybko się osunęły. Okop przypominał teraz szeroki rów.
Każda kompania w sile dwudziestu ludzi miała przygotowane ziemianki. Czy to z lenistwa, czy też z powodu ostrzału i braku lasu, zadaszenia zbudowano z żerdzi. Przy bezpośrednim trafieniu nie uchroniłyby nikogo. Cała filozofia bazowała na nadziei, że rosyjski żołnierz wykaże się zmyślnością. Żołnierze szybko wykombinowali, jak i gdzie należy się kryć podczas ostrzału i wygrzebali sobie nory pod zamarzniętą powierzchnią ziemi. Metr skostniałego gruntu, dzwoniącego nad głową niczym cement, wytrzymywał trafienie dowolnej siły. Wchodziło się do takiej transzei, a w ziemi w przedniej ścianie ciemniały rozmaite przejścia i nory, przypominające gniazda jaskółek w skarpie nad rzeką. Bywały przypadki, że ktoś zatrzymywał się w transzei, patrzył przed siebie, do tyłu, i odnosił wrażenie, że w okopie nikogo nie ma. Rozstawiał nogi, rozpinał rozporek, a spod ziemi od razu sypały się przekleństwa.
– A ty co? Całkiem zgłupiałeś? Gdzie lejesz, łachudro? Nie widzisz, że człowiekowi bryzgi na twarz lecą?
I w dziurze szczękał zamek, a sprawca odskakiwał w bok.
Gdy Niemiec szczególnie zaciekle zabierze się do obróbki naszej pierwszej linii, dyżurny telefonista ma nadzieję, że jak Bóg da, to przeniesie. Podczas ostrzału telefonista oraz młody dowódca kompanii strzeleckiej przebywali w ziemiance o skromnym zadaszeniu z jednej warstwy żerdzi i ziemi. Powalone drzewa można było oczyścić z gałęzi, rozpiłować na kloce i przykryć nimi ziemianki. Jednak nikt nie chce łazić w zawały, bo każdy ma wyrytą dziurę. Ciągnąć na saniach z tyłów surowe kłody też nikt nie chce. Tak więc telefonista i porucznik dalej siedzieli w ziemiance pod warstwą cieniutkich patyków.
Na pierwszej linii pociski latały z różnych powodów, o różnych porach i miały zróżnicowany kaliber. Widocznie Niemcom puszczały nerwy i bali się, że lada moment przejdziemy do natarcia. Z przestrachu otwierali wściekły ogień po naszych pozycjach i z niemieckich tyłów zaczynała strzelać artyleria dalekiego zasięgu. Przeciwnik bił zajadle po kilka godzin z rzędu. Strasznie się czegoś obawiali. A nasi? Co tam mówić o działach, gdy nasi z karabinów nigdy nie strzelali. Niemcy kończyli ostrzał i wokoło zapadała martwa cisza. Jakby wszystkich zabiło. A chodźcie no tu do nas! Niemcy wiedzieli, że będziemy siedzieć i milczeć. I właśnie tego milczenia się bali.
Pamiętam jesień czterdziestego pierwszego. Niemcy byli wtedy zupełnie inni. Zachowywali się poważnie, można powiedzieć, że z godnością. Nie to, co ci wszarze. I ze strachu nie uprawiali na próżno żadnej takiej palby ani pukaniny. W sobotę w porze obiadowej całkiem przestawali wojować. Grali w piłkę i puszczali na pełen regulator tanga i fokstroty, żeby i u nas było słychać. W niedzielę przez cały dzień odpoczywali, myli się, golili, czesali i pisali listy nach Hause. A w poniedziałek rano, podłubawszy w zębach po sytnym jedzeniu, puszczali na nas lotnictwo i bili po naszych pozycjach z artylerii. Niemiecka piechota czekała na swą godzinę, aż w naszej obronie zostanie wybita wyrwa. I wtedy ich infanteria właziła na samochody i podążała drogą za czołgami.
A dzisiaj co się wyrabia? Kogo przypominają mężni żołnierze führera w czterdziestym czwartym? Żadnego tanga ani przyjemnej lekkiej muzyczki. Ani sobót, ani niedziel, tylko bezustanna strzelanina od świtu do nocy. Jedno wielkie dudnienie i drżenie o własną skórę. Najmniejszy ruch u nas i z ich strony na wszelki wypadek natychmiast leci kilka salw.
Trzy dni zeszły na doprowadzeniu gospodarstwa do porządku i na przywróceniu zwiadowcom wojskowego wyglądu. W tym momencie raz jeszcze musieliśmy podkraść się do urwiska i zajrzeć za jego skraj. Musieliśmy wiedzieć, co dzieje się na dole. Zapewne przyjdzie nam zejść ze skarpy i dokonać rekonesansu w celu wzięcia jeńca.
* * *
Punkt obserwacyjny dowódcy pułku, gdzie dyżurowałem pierwszej nocy, leżał w pół drogi do pierwszej linii. Niemców stamtąd nie było widać. Można było tylko z niego przekazać, o ile nie była zerwana łączność, że Niemcy krzakami obchodzą nas z boku i że nasza piechota lada moment da drapaka z wysuniętej transzei. Na froncie nierzadko zdarzały się takie przypadku. Jednak nam do prowadzenia rozpoznania potrzebny był dobry widok. Zwiadowcy się nie boją, że Niemcy zajdą ich krzakami od tyłu. Indywidualne wyszkolenie zwiadowcy było lepsze niż każdego piechocińca, nie mówiąc o Niemcach. Jeśli Niemcy zajdą nas od tyłu po gołym polu, to żywi się stamtąd nie wydostaną. Nie dadzą rady szybko się okopać w zamarzniętej ziemi. Poleżą na śniegu, postrzelają, odmrożą kolana, ręce i uszy i zabiorą się z powrotem do siebie. Nasi siedzą w okopach w ziemi, a Niemcy będą leżeć na wierzchu na śniegu. Na tym polega nasza przewaga. Żołnierza nie da się szybko wykurzyć z wąskiej szczeliny. A okopów, nawet przy użyciu materiału wybuchowego, nie da się wyryć w jedną dobę. Nawet materiał wybuchowy nie weźmie od razu metra zamarzniętej ziemi. Tak więc Niemcy mogą tylko fruwać po powierzchni. I co najwyżej poleżeć w śniegu ze dwie godziny.
Mnie i Riazancewa czeka dzisiaj kolejne wyjście na pierwszą linię. Musimy wybrać odpowiednie miejsce do obserwacji, skąd można wszystko widzieć. Wodzenie palcem po mapie to jedno, zaś praktyczna ocena terenu własnym okiem to co innego.
– No to co, Siergiej? Zbieraj się! Musimy wędrować na przedni skraj!
– Ja już dawno jestem gotowy, towarzyszu kapitanie gwardii. Starszyna mnie z góry poinstruował i zaopatrzył we wszystko, co niezbędne. Czekam tylko na wasze polecenie. Granaty są, dyski załadowane nabojami, po cztery pakiety opatrunkowe na głowę, trochę spirytusu do dezynfekcji i przypalania ran, chleb, słonina, machorka na trzy dni.
– Widzę, Siergiej, że paradujesz w nowych walonkach. Starszyna cię tak odział?
– Starszyna wydał nowe!
Przed wyjściem przysiedliśmy i zapaliliśmy. Za każdym razem przed wymarszem do strefy ostrzału wszyscy na swój sposób trawimy w milczeniu własne nadzieje i wątpliwości.
– No dobra, chodźmy! – mówię i wyłazimy z namiotu, kierując się w dół wąwozu.
Bez pośpiechu wspinamy się na górę, skręcamy na ścieżkę i idziemy po odkrytym polu. Tu na górze zimny przeciwny wiatr uderza w twarze drobnym śniegiem. Po twardej ścieżce gna sypiący się pył, a pod nogami skrzypi nalot kłującej bieli. Po wyjściu z mroku namiotu niebo i śnieg oślepiają i rażą nieprzyzwyczajone oczy. Mamy na sobie białe maskchałaty, od których, niczym od śniegu, bije oślepiająca biel. Naciągamy na głowy białe kaptury i z wolna maszerujemy po wąskiej ścieżce. Zrównując się z pułkowym punktem obserwacyjnym, zwalniam kroku i wskazuję rękawicą w stronę zasypanej kibitki. Odwracam się i zerkam na Siergieja. Uśmiecha się i kiwa głową, że niby pamięta, jak wszystkim mydlił oczy w kwestii pułkowego zwiadu.
Wąska i wydeptana żołnierskimi nogami ścieżka przecina zaśnieżone pole. Gdzieś z przodu zakręci przy samotnym krzewie i omijając pagórek, zanurkuje do transzei. Jeśli na owe pole spojrzy się ze wzgórka, to będzie widać, skąd i dokąd prowadzą żołnierskie ścieżyny. Tu na śniegu wszystko jest wypisane jak na dłoni. Przecinamy odsłonięte pole i przyśpieszamy kroku. Do transzei jest jeszcze daleko, a w powietrzu już słychać szum pocisków. Po jakimś czasie dolatuje do nas przygłuszony grzmot wystrzałów armatnich. Po sekundzie już kombinujesz, gdzie polecą pociski i gdzie się można ukryć lub zalegnąć. Te sekundy przed eksplozjami zostały przećwiczone przez lata. W gardle piguła, na plecach ciarki, słychać bicie własnego serca. Biegniemy dalej truchtem, a dziesięć metrów od nas już podrywa się ziemia, unosi się śnieżny pył i słychać dźwięk przelatujących odłamków. Patrzysz na rozbryzgi śniegu i ziemi i mimowolnie zwalniasz kroku w oczekiwaniu, że kolejny pocisk rozerwie ci się pod nogami albo gdzieś blisko z boku.
Lecz oto na moment wybuchy przy ścieżce ustają, a my zrywamy się od razu z miejsca i biegiem rzucamy się do przodu. W takiej chwili nie zauważasz już niczego wokół siebie. Postawią ci na drodze wagon drutu kolczastego i wpadniesz w niego z rozbiegu. Wielokrotnie łapałem się na takiej myśli. Trzeba czym prędzej dobiec do żołnierskiego okopu. Gdzie tam te wszystkie zimowe widoki! Gdy przed oczami dookoła fruwa zmarznięta ziemia i rozrywają się pociski, trzeba tylko nadążyć przebierać nogami. Gdyby zapytać kogokolwiek, kto pod ostrzałem biegł na pierwszą linię, czy widział zakręt ścieżki za krzakiem, będzie szczerze zdziwiony tym pytaniem. Pierwszą myślą człowieka jest, aby jak najszybciej dopaść kryjówki. Transzeja to nie gołe pole! Zeskoczysz do niej i można złapać oddech.
Masz nadzieję, że w okopie będziesz w bezpiecznym miejscu. Ale to nie tak. Tu też grzmią i rwą się pociski i granaty moździerzowe. Napięcie i poczucie zagrożenia nie mija. Pociski rozrywają się pośrodku okopu. Pierwszy podrywa się wybuchem, a za nim już dolatuje kolejny. A za nim następne dziesięć. Tylko tak się wydaje, że w transzei rozrywa się ich mniej. I nie ma się gdzie podziać. Tutaj też nie uchronisz się przed bezpośrednim trafieniem.
Gdzieniegdzie niemalże biegiem, gdzie indziej przyśpieszonym krokiem, przechodzimy transzeję do samego końca. Tutaj pociski spadają rzadziej. Za zakrętem okopu siedzi kilku żołnierzy. Kopcą machorką i spozierają w naszą stronę.
– Czołem bracia Słowianie! Jak się wam tu żyje? – wita się Siergiej, umyślnie zniekształcając słowo „żyje”.
– Czołem, czołem! A wy coście za jedni?
– My stamtąd! Hände hoch, rozumiesz? Fersztejen? – i Siergiej wskazał w stronę Niemców.
Nikt tu nie podaje żadnych haseł i odzewów.
– Dobra, dobra, nie wygłupiaj się! Od razu widać, że swoi!
Przysiadamy w okopie, a ja pytam żołnierzy:
– Niemcy tu strzelają?
– A gdzie tam! Da się tu żyć! Niby drugi tydzień tu siedzimy. Na razie nikogo nie trafiło! Jak nas tu przysłali we czterech, tak siedzimy. Dzięki Bogu nikogo nie raniło ani nie zabiło!
Pół dnia spędziliśmy na prawym skrzydle pułku, zrobiliśmy przerwę na papierosa przy kompanijnej ziemiance, porozmawialiśmy z dowódcą kompanii i poszliśmy okopem w lewo. O ile na prawej flance żołnierze siedzieli na końcu transzei całkiem swobodnie, to tutaj na lewym skrzydle niemieckie stanowiska były dużo bliżej. Żołnierze przechodzili tu z miejsca na miejsce pochyleni i posępni, często się oglądając za siebie i nurkując pod zamarznięty grunt.
– Czegoście się tak skulili, boicie się czegoś? – zapytałem jednego z nich.
– Teraz tu jesteście, a zaraz was nie będzie. Dla was to nic, przyszli i poszli. A my musimy siedzieć i znosić ostrzały. Tylko ruch zauważy Niemiec, to od razu otwiera ogień. Garba nie daje wyprostować. Ruszysz się trochę i z dziesięć pocisków puszcza.
– A co? Z karabinów też strzelają?
– Strzelają z broni maszynowej, a z karabinów nie biją. Sto sążni1 stąd mają ziemiankę w dole. Czasami się koło niej pokazują. Nocami strzelają z automatów. Przed świtem pójdą i cały dzień jest cicho. A potem znowu strzelanina z automatów. Znaczy się, że przyszli.
– A gdzie się znajduje ta ziemianka?
– Tam, na skraju tych krzaków. Przejdziecie rów i od razu będzie widać.
Wyciągam z kieszeni pudełko zapałek, wyjmuję dwie i mówię do żołnierza:
– Masz i wetknij je w śnieg łebkami do góry. Główkami naprowadź na ziemiankę! Tylko sam się nie wychylaj!
Żołnierz ustawia zapałki, bierze namiar jednym okiem, odsuwa się na bok i mówi:
– No, patrzcie!
Patrzę wzdłuż zapałek i mówię:
– Siergiej! Szoruj do kompanijnej ziemianki! Połącz się z Sieńką. Niech przychodzi tu ze swoją grupą. Powiedz mu, że po zapadnięciu zmroku grupa wyjdzie za przedni skraj. Trzeba zająć pustą niemiecką ziemiankę. Niech przygotuje broń i chłopaków. My zaczekamy na nich tutaj. Ruszaj biegiem! Przekażesz przez telefon i od razu zasuwaj tu z powrotem.
Siergiej biegnie. Riazancew wygląda za przedpiersie. Ja przysiadłem w okopie w kucki i kontynuuję rozmowę z żołnierzem.
– Mówią, że Niemcy was obeszli krzakami?
– Zachodzili jeden raz – żołnierz uniósł się i wskazał rękawica w stronę krzewów. – O, doszli do tego zaśnieżonego pagórka. Postrzelali w nas od tyłu, a nasi zaczęli się miotać po okopie, bo myśleli, że Niemiec wszystkich okrążył.
– A wy co? Też daliście drapaka?
– Tak wyszło. Nie od razu zrozumieliśmy, że są na naszych tyłach.
– No, a potem?
– Potem sami wróciliśmy.
– A Niemcy co?
– Niemiec postrzelał, postrzelał i ucichł. W kompanii była panika. Ktoś krzyknął, że idą czołgi. No i stchórzyliśmy.
– I co? Teraz zawsze tak będzie? Niemcy na górkę, a zołnierze biegiem z transzei?
– To z nerwów tak było. A teraz to nie wiem, jak wszyscy będą siedzieć.
– A jeśli pójdą czołgi?
– A kto będzie stał przeciwko czołgom z karabinami?
– Czyli co? Znowu drapaka?
– A jakże! O czym tu gadać? Spróbujcie ich powstrzymać! Niech artyleria usadza czołgi. A artylerzyści chcą, żebyśmy karabinami je odpierali.
Po dwóch godzinach w transzei pojawił się sierżant Sieńko ze swoją grupą zwiadowców. Pokazałem mu obiekt do zdobycia i postawiłem zadanie.
– Fiedor Fiedoricz zostanie z wami i przeprowadzi operację zajęcia niemieckiego schronu. Wszystko trzeba zrobić po cichu. Jak twierdzi żołnierz, w środku nie ma teraz Niemców. Zajmiecie schron i zorganizujecie obronę. Za dnia nie pokazywać się z niemieckiej ziemianki. Niech myślą, że jest pusta. Może nad ranem wrócą. I macie jeńca. Mam nadzieję, że nie zawalicie. Nocą podeślę jeszcze pięciu czy sześciu ludzi dla osłony, a po paru dniach wszyscy się tam przeniesiemy. Ja i Siergiej wrócimy do wąwozu. Przed świtem trzeba się wyspać. Jeśli będą komplikacje, zameldujcie mi telefonicznie.
Udałem, że sprawa z ziemianką, jako drobnostka, jest załatwiona, że muszę się wyspać i że z zadaniem sprawią się beze mnie. Nocą Riazancew zameldował, że niemiecką ziemiankę wzięto bez wystrzału.
– To nie była ziemianka, a prawdziwy schron z okrąglaków z czterowarstwowym stropem. Schron z pryczami, ze słomą, z żelaznym piecykiem i zapasem drew, z drewnianą podłogą, z grubymi drzwiami z desek na żelaznych zawiasach, ze stanowiskami strzeleckimi wokół niego i z miejscem na wychodek. Wszystko zrobione jak trzeba, zgodnie z zasadami niemieckiej sztuki saperskiej. Wystawiłem ubezpieczenie, a pozostałym kazałem kłaść się spać.
Rano Niemcy nie pojawili się w schronie. Będziemy czekać do następnego ranka. Przed świtem wraz z Siergiejem przeprowadziliśmy się do niemieckiej ziemianki. Minęła doba. Niemcy najwyraźniej wyczuli, że ktoś siedzi w ich schronie. Nasi ludzie nie próbowali jeszcze chodzić za dnia, ale doszedłem do wniosku, że zwiadowcy, jako narodek ruchliwy, nie wytrzymają i nie doczekają ciemności. Machną ręką i pójdą przez gołe pole. Przejdzie jeden, to przejdą kolejni. Gdy Niemcy zauważą, że łazimy jawnie, do schronu będzie już prowadzić wydeptana ścieżka.
Ich okopy są obok w krzakach. Boją się strzelać z karabinów i z broni maszynowej. To niebezpieczne dla nich samych. Żołnierze po obu stronach nie są zbyt chętni do wszczynania strzelaniny, by w odpowiedzi nie dostać ogniem z broni maszynowej. Rozsądny Niemiec rozumie, że jak już Iwan siedzi i milczy, to lepiej go nie ruszać. Tak więc od pierwszego dnia pomiędzy nami i niemiecką piechotą nastąpiło pełne zrozumienie. My wiedzieliśmy, że Niemcy są obok w krzakach. Słyszeliśmy ich przytłumione rozmowy. Mogliśmy strzelać na dźwięk. Rozkazałem jednak, by Niemców nie straszyć. Oni doceniali nasze milczenie, stopniowo przyzwyczajali się do naszego sąsiedztwa i siedzieli cicho. A nam tylko tego było trzeba. My musieliśmy wszystko widzieć i słyszeć, w miarę możliwości wszystko dostrzegać i rejestrować. Przecież tylko się przyczailiśmy, udając prostaczków, a sami tylko czekaliśmy sposobności, by zrobić im świństwo i pochwycić któregoś z nich. Potrzebny nam jeniec, zatem niech się przyzwyczajają!
* * *
Mijał czas. W plutonie byli nowicjusze z uzupełnień i trzeba się nimi było zajmować, a my powinniśmy przejść od ogólnej nauki na tyłach do działania za przednim skrajem naszej obrony. Co tu dużo gadać – prawie wszystkiego trzeba ich było nauczyć. Poza tym, przed puszczeniem świeżych zwiadowców na nocny wypad, trzeba ich było przygotować i opracować dokładny plan działania. Plan powinien być przerobiony ze wszystkimi szczegółami gdzieś na tyłach na śniegu. Człowiek powinien wiedzieć, jak będzie działać w realnych warunkach. Każdy drobny szczegół, każdy moment, zwiadowca powinien zaplanować minuta po minucie i realizować to dokładnie.
Nie można było dłużej czekać. Dowództwo naciskało. Trzeba było przygotować nocny wypad. W mojej głowie zrodził się plan operacji. Pomysł wypadu był następujący: starszyna załatwia dwie pary lejców, grupa zwiadowców spuszcza się nocą w dół ze skarpy. Grupa przechodzi następnie odsłonięte zaśnieżone pole, gdzie znajdują się pojedyncze niemieckie dołki strzeleckie i schrony. Ciągłej transzei Niemcy tu nie mają. Siedzą niewielkimi grupami w oddzielnych punktach oporu. Grupa wypadowa skrycie pokonuje zaśnieżone pole i zagłębia się w las. Ze skraju lasu można prowadzić obserwację. Potem tak samo cicho wracają i meldują o sytuacji. Jednakże owa marszruta jest dość niebezpieczna i niestety nie chroni przed ryzykiem. Jeśli Niemcy wykryją grupę w zagłębieniu terenu za urwiskiem, to ani jeden z chłopaków nie wróci. Niemożliwe jest wspięcie się na skarpę pod ogniem przeciwnika. Grupa powinna pokonać odkryte pole, gdzie nie ma ani krzaków, ani jarów, ani osłoniętych parowów. Na gołym śniegu można zalegnąć i odpowiadać ogniem. Ale długo się utrzymasz? Grupę pięciu-sześciu ludzi rozstrzelają w godzinę.
Sytuacja jest dość skomplikowana. A dowództwo domaga się swego, robi wymówki przez telefon i śle rozkazy.
Oto jeden z nich:
Rozkaz nr 02 sztabu 17 Duchowszczyńskiej Dywizji Strzelców Gwardii, odznaczonej orderem Czerwonego Sztandaru dla służb rozpoznania.
Miejsce: PO 0,5 km na południe od m. Bojary-Klewny, 10:00 04.01.44, mapa 1:50000
Przeciwnik siłami 413 Pułku Piechoty i 301 Pułku Piechoty 206 Dywizji Piechoty broni się na rubieży: Fołkowicze, urwisko na południe od wsi Bondary, Łososina, wąwóz 5 km na południe od Zabołotinki.
W celu uściślenia ugrupowania przeciwnika, jego systemu ognia i zamiarów,
DOWÓDCA DYWIZJI ROZKAZAŁ:
1. Dowódcom jednostek i samodzielnych pododdziałów – prowadzić wzmożone rozpoznanie siłami plutonów pieszego zwiadu oraz zdobyć kontrolnych jeńców i dokumenty: 52 Pułk Strzelców Gwardii w nocy z 6 na 7 stycznia 1944 roku w rejonie urwiska na południowy wschód od wsi Bondary.
2. Dowódcom pułków 52 i 48 – natychmiast przystąpić do budowy punktów obserwacyjnych do dowódcy kompanii włącznie. Wyposażanie PO zakończyć do północy 6.1.44 r. Na punktach obserwacyjnych dysponować schronami z co najmniej czterowarstwowymi stropami. Do 12:00 6.1.44 r. przedstawić pełen schemat punktów obserwacyjnych i zameldować o krokach podjętych w kwestii organizacji nocnych wypadów.
3. W dni o ograniczonej widoczności oraz nocami wysyłać grupy zwiadowców celem wykrycia poczynań przeciwnika w najbliższym pasie jego obrony.
4. Na punktach obserwacyjnych ustanowić całodobowe dyżury oficerów sztabu. Ustanowić ścisłą kontrolę pracy PO.
5. Szefowi 2 wydziału sztabu dywizji – zorganizować całodobową obserwację na PO dowódcy dywizji.
6. Codziennie do godziny 12:00 przedstawiać raporty wywiadowcze. O rezultatach pracy grup zwiadowczych meldować do godziny 7:00 w nakazanych terminach.
O podjętych krokach i wykonaniu rozkazu zameldować do 20:000 6.1.44 r.
Szef sztabu 17 Duchowszczyńskiej Dywizji Strzelców Gwardii, odznaczonej orderem Czerwonego Sztandaru
(podpis) pułkownik gwardii Karaka
Szef 2 wydziału sztabu 17 Duchowszczyńskiej Dywizji Strzelców Gwardii, odznaczonej orderem Czerwonego Sztandaru
(podpis) major gwardii Wasiliew
Druk: 5 egz.
Egz. nr 1 – sztab
Egz. Nr 2 – 5 – pododdziały
I tak przez cały ten czas nasze życie biegło pod ostrzałem kul i pocisków. Przyszedł rozkaz, aby w nocy z 6-go na 7-go wziąć jeńca. Kombinuj albo giń!
Z urwiska chłopaki zejdą cicho i niepostrzeżenie. Przejdą po polu i zostawią ślady. A potem co? Trzeba iść i sprawdzać, jakie ślady zostają w odkrytym terenie.
– Siergiej! Zakładaj maskchałat! Przejdziemy się po polu!
Wychodzimy z namiotu na świeże powietrze. Pachnie lasem iglastym. Pod nogami leży drobny skrzypiący śnieg. Z nieba sypie się ledwie dostrzegalny biały proszek. Czuje się go na twarzy. Chłodzi nas i nasze wargi i spełza po policzkach. Takie to nasze życie. Dzisiaj żyjesz i namacalnie czujesz podmuchy przyrody. A jutro zrzucą cię z urwiska i raz na zawsze skończy się twoja filozofia.
Posyłam Siergieja przodem w poprzek pokrytego śniegiem pola. Sam zaś odprowadzam go wzrokiem. Gdy tak znika w śnieżnej mgiełce, studiuję jego ślady i idę jego tropem. Zatrzymuję się i patrzę na chmury. Firmament jest szary, zamglony, z ciemnymi prześwitami nieba. Muszę zapomnieć o zarysach postaci Siergieja. Zaraz pójdzie w innym kierunku. Ciekawe, w jakiej odległości zniknie mi z pola widzenia. Robimy na śniegu różne pętle. Zamykam oczy, potem je otwieram i po paru sekundach staram się odszukać go na tle nocnego śniegu. Przeganiam go po polu. On zaś idzie, to wolno, to znowu porusza się leniwym truchtem. Po jakimś czasie wracamy do siebie do namiotu.
– A więc tak, Siergiej! Daję ci ważne zadanie. Pójdziesz ścieżką do kompanii strzelców i po drodze skręcisz i narobisz równoległych śladów. W paru miejscach przetniesz ścieżkę w poprzek. No, powiedzmy, dwa, trzy razy, nie więcej. W jednym miejscu wrócisz po własnych śladach. A w pozostałych przypadkach zostawisz pojedynczy trop. Generalnie musimy pozostawić takie ślady, jakby w poprzek ścieżki z przedniego skraju po zaśnieżonym polu przeszli ludzie i zagłębili się na nasze tyły. Zobaczymy, co powiedzą zwiadowcy, kiedy zobaczą świeże ślady, które przecinają ścieżkę. Wrócisz tutaj. Ja zadzwonię do Riazancewa, a on przyśle paru chłopaków do wąwozu. Kolejno wypytam każdego z osobna. Ciekawe, co powiedzą, gdy do nas dotrą. Potrzebny nam tego typu eksperyment. Sami się upewnią, że na ślady nikt nie zwraca uwagi.
Siergiej wszystko zrobił tak, jak kazałem. Po powrocie do namiotu nakreślił mi na oko tropy swoich śladów w poprzek ścieżki.
A rezultat? Żaden ze zwiadowców nie zwrócił uwagi na świeże tropy. Nikt nigdy nie studiuje tego, jakie ślady przecinają drogi i ścieżyny, po których chadzają żołnierze.
Przed nadejściem zwiadowców starszyna rozgrzał banię. Przed robotą trzeba się wyparzyć. Na cholerę mają patrzeć na jakieś ślady? Każdy łazęga myśli tylko o łaźni.
Zastanowiłem się. Ileż to rozmaitych pojedynczych śladów przecina nasze szlaki, drogi i ścieżki? I nikt nigdy nie zwraca na nie uwagi. Każdy jest zajęty własnymi myślami, gdy drepcze na pierwszą linię lub na tyły. Może jakiś żołnierz postanowił uprościć sobie drogę? Może telefoniści szukali zrywki na linii? Po co żołnierz ma nagle włazić po kolana w śnieg? Może zwyczajnie skręcił za potrzebą? Teraz trafiają się nam i kulturalni wojacy. Nie będą paskudzić na środku drogi.
Rozmyślając nad śladami w poprzek ścieżki, wychwyciłem jeszcze jeden szczegół. Niemcy nauczyli naszych ludzi przemieszczania się skokami po odsłoniętych miejscach. Granaty moździerzowe i pociski popędzają żołnierza. I żołnierzykowie ganiali kłusem po ścieżce jak nakręceni.
A dlaczego my nie mielibyśmy popędzić Niemców? Nie dadzą nam do tego pocisków i granatów moździerzowych. Ale ciężki karabin maszynowy możemy zorganizować i ustawić. Niech Niemcy też rozdziawiają gęby. Świst i świergotanie kul działa na nerwy nie gorzej od pocisków. Jestem specem od broni maszynowej. Znam się na tym dobrze.
No i w zasadzie to cały plan nocnego wypadu.
Zwiadowcy powinni skrycie pokonać zaśnieżone obniżenie terenu, dotrzeć do lasu i rozpocząć obserwację. W lesie będzie można ustawić namiot obszyty białymi prześcieradłami. W namiocie można odpocząć i wychodzić z niego na nocne wypady i łowienie niemieckich fajtłap.
Wszystkie wydeptane ścieżki w lesie należy zaminować. Niemcy przypadkowo mogą się na nie natknąć. Miejsca, gdzie będą położone miny, trzeba oznaczyć gałęziami. Przy powrocie do namiotu ludzie powinni je przestępować lub obchodzić.
Jednakże tutaj pojawia się jeszcze jedno pytanie. Przed wysłaniem ludzi za urwisko trzeba było może niektórych z nich nauczyć obchodzenia się z minami. Różnie to bywa. Być może ktoś z nich nie umie się nimi posługiwać.
Myślę jeszcze o czymś innym. A nie lepiej posłać na dół ze skarpy tylko dwóch ludzi zamiast grupy złożonej od razu z sześciu? Po co od razu ryzykować sześcioma? Jeśli zginie cała szóstka, to wysłanie nowej grupy będzie prawie niemożliwe. Na wypady chodzą ochotnicy. A kto pójdzie po śmierci wszystkich sześciu?
A jeśli na dół zejdzie tylko dwóch, to przejść do lasu będzie im łatwo. Trzeba im też postawić zadanie, by przeszli tam i z powrotem.
Ja, na przykład, nie mogę rozkazać człowiekowi – idź i za dziesięć minut umieraj. Tam, gdzie przeszedł jeden, przejdą i inni. Tu rolę gra psychologia. Potem można zebrać nawet dziesięciu ludzi i spokojnie zejść na dół. To dowódca pułku może po stoicku posłać pod kule setkę żołnierzy. A zwiad to sprawa delikatna i dobrowolna. Na rozpoznanie chodzą ochotnicy, bez żadnego zmuszania. W planie nocnego wypadu powinny być przewidziane wszystkie szczegóły i niespodzianki. Ryzyko jest możliwe tylko przy własnej niechlujności.
I tak postanowiłem. Na dół pójdzie tylko dwóch. Ale i tym dwóm potrzebna jest gwarancja, że wrócą żywi. Kto będzie tymi dwoma? W myślach z grubsza prześlizgnąłem się po twarzach chłopaków.
Dowódca pułku powiedziałby tak:
– Niech ostatnią kulę zostawią dla siebie!
Ciekawe, kto po takich słowach pójdzie na ochotnika? Sam dowódca pułku by się nie zastrzelił. Gdyby przyszło co do czego, podniósłby łapy do góry. Dla niego jest ważne, by w odpowiedniej chwili podeprzeć się gładkim słówkiem. A co będzie potem, ma gdzieś.
Wiedzieliśmy o tym, że tych, którzy przebywali w niemieckiej niewoli, postrzegano jako dezerterów, odesłanych do nas z tajnym zadaniem. Wojna to nie tylko piękne słówka, śmiałe epizody, odważne czyny. To zwykłe żołnierskie życie, ludzkie cierpienia, obciążenia i wyrzeczenia, krzyki i gorzkie krzywdy, śmierć na każdym kroku i żadnych honorów, radości ani nagród. Lub, jeśli wolicie, krótki żołnierski żywot to krwawa rzeź, na którą poszedł prosty rosyjski lud.
Po zejściu ze skarpy zwiadowcy złapią azymut według kompasu i obiorą sobie punkt orientacyjny. Spoglądając na ów punkt i na leżący przed nimi teren, aby przypadkowo nie nadziać się na Niemców, przejdą zaśnieżone pole i zagłębią się w las. Popatrzą, co jest za lasem i kolejnej nocy wrócą do siebie. Żadnych aktywnych działań, żadnych wypadów i strzelania w stronę przeciwnika. Tylko obserwacja i skryte przemieszczanie się. Drogę powrotną pokonają szybciej. Wtedy nie trzeba już trzymać w głowie azymutów i punktów orientacyjnych. Wraca się spokojnie po swoich śladach.
Czując bliskość przeciwnika, żołnierz zwykle idzie strachliwie, często się ogląda i przy przypadkowym wystrzale trzęsie się i przysiada, posuwa się do przodu, stąpa ostrożnie i jak to zwykle bywa, potyka się. Taką zalęknioną postać od razu widać z daleka. Tam w dole zwiadowca powinien poruszać się pewnie i spokojnie jak we własnym domu.
I to tak naprawdę cały plan i wszystko, co roi mi się po głowie. Teraz zobaczymy, jak można to zrealizować podczas nocnego wypadu. W celu dogłębnego rozpoznania obrony nieprzyjaciela należy posłać pod uskok kilka niewielkich pasywnych grup zwiadowczych. Można je pokierować różnymi marszrutami. Im grupy będą mniejsze, tym łatwiej im będzie podejść do Niemców. Wszyscy od dawna wiedzą, że łatwiej jest przesączyć się na tyły przeciwnika niż brać jeńca z pierwszej linii spod drutu kolczastego i pod nosem celowniczych karabinów maszynowych. W tym pierwszym przypadku zwiad musi tylko przekroczyć przedni skraj nieprzyjaciela i zagłębić się na ich tyły. Zwykle z dziesięciu idących na tyły przeciwnika wraca cała dziesiątka. Uprzednio przygotowuje się kilka przejść. Kiedy się tam idzie, wybiera się jedno z nich. Podczas powrotu korzystamy z innego. To ostrożność na wypadek zasadzki.
W tym drugim przypadku, gdy trzeba wyjąć Niemca z ich wysuniętej transzei, z dziesięciu ludzi nie zawsze zostaje przy życiu nawet dwóch czy trzech. Chłopaki chętnie chadzają na tyły wroga, ale czasami z różnych przyczyn odmawiają pójścia po jeńca do czołowego okopu. Nocne wypady cechuje prosta arytmetyka. Przy wyjściu na akcję wielu chłopaków doznaje nagłych chorób. U jednego to kurza ślepota. Inny na dwie godziny przed wyjściem raptem dostaje rozstroju żołądka, zaczyna często biegać i wszystko wygląda całkiem naturalnie. U trzeciego zaczyna się nerwowe drżenie twarzy. Czwarty ma skurcze nóg. Tamten ma ciężki kaszel i oblewa się potem. Ale wystarczy komukolwiek z nich powiedzieć, że dzisiaj zostaje i nie pójdzie, i żeby sobie odpoczął, i że pójdzie z tą grupą innym razem, a wszystkie niedomagania od razu przechodzą. Wszystko naturalnie! Rzecz w tym, że oni nie udają. To wszystko ma podłoże nerwowe. Taki porucznik Riazancew stoi przed szykiem i plącze mu się język, jakby ssał cukierek.
– Masz coś w ustach? – pytam go.
– Nic nie mam! Wydawało ci się!
