42,00 zł
Nie dać się zabić – to naczelne hasło żołnierza frontowego Armii Czerwonej w II wojnie światowej. Nie ma tam mowy o jakimś heroizmie i ginięciu z imieniem Stalina na ustach! To są wszystko wymysły tzw. „tyłowników” – twierdzi autor. Wymysły tych, którzy nigdy nie byli na linii frontu. Żołnierz–frontowiec żył mniej więcej dwa tygodnie, wypełniając wciąż ten sam zbrodniczy rozkaz: „WPIERIOD” – bez względu na straty. Niezwykła książka Szumilina, „psa wojny”, któremu udało się przeżyć cały rok 1943 na linii frontu jako dowódca zwiadu pułkowego.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 705
Od wydawcy
Na Wschodzie bez zmian – tak można by określić w największym skrócie tom trzeci „Wańki-trepa” dla tych, którzy są po lekturze dwóch pierwszych tomów. Bez zmian w podejściu do ludzkiego życia. Ci na pierwszej linii muszą bowiem ginąć – po to przecież są. Ta filozofia wojny jest w Armii Czerwonej niezmienna. Na ich miejsce przyjdą przecież nowi. A ordery dla tyłowych dowódców spływają tylko w jednym wypadku: kiedy ich wojsko idzie „WPIERIOD”! A więc gonią tych okopowych do przodu wciąż i wciąż, nie zważając na straty czy na bezdenną głupotę rozkazów, gdy po odkrytym polu pod górę każą iść piechocie zdobywać wzgórze bez wsparcia artylerii czy broni maszynowej. Ordery do pierwszej linii – dla frontowców – oczywiście nie docierają. A po co im ordery, gdy zaraz i tak zginą? Zanim wniosek o ich przyznanie zostanie rozpatrzony. Ginących w okopie wyrzuca się na zewnątrz, za okop, aby ciała tam spokojnie sobie zamarzły. Za chwilę przykryje je śnieg i nie będą rzucać się w oczy. Szkoda sił na kopanie grobów! Taka to filozofia panuje na pierwszej linii frontu…
Nasz główny bohater, Szumilin, w tym tomie znalazł się w elitarnej grupie zwiadowców. Zostaje dowódcą pułkowego zwiadu. Buduje wokół siebie zespół prawdziwych „psów wojny”. Nawet ochotnicy do zwiadu z wojsk powietrzno-desantowych, a więc też elitarnej w sumie jednostki, w zwiadzie muszą się wiele rzeczy nauczyć. Pogardzają oni zwyczajną piechotą, która ginie na ich oczach w okopach w sposób masowy. Jednego dnia Szumilin zostaje wysłany w misji specjalnej do okopu, aby wyjaśnić sprawę zabicia w okopie w nocy prawie 20 ludzi. Wszyscy oni zostali zabici we śnie w nocy, nożem. Jak się okazało, zabił ich jeden człowiek – fiński zwiadowca, który samotnie wszedł do okopu i zabijał wszystkich jakich spotkał na swojej drodze śpiących Rosjan nożem, po czym bezpiecznie powrócił na niemiecka stronę!
Książka, jak już czytelnik pierwszych dwóch tomów wie, będzie obfitować w niezwykłe epizody. Ale będzie też potwierdzać zbrodnicze w sumie działania dowództwa rosyjskiego, posyłającego prostych żołnierzy na pewną śmierć. Dlatego długość życia żołnierza na pierwszej linii wynosiła średnio dwa tygodnie! Szczęściem jest zostać rannym. Ranny będzie przecież żyć, choć przez chwilę, dopóki go nie wyleczą i nie poślą z powrotem do tej fabryki śmierci na pierwszą linię.
Szumilin nigdy się nie znudzi. Jego sposób narracji i ilość niezwykłych epizodów wojennych, a także obraz Armii Czerwonej idącej jak walec do przodu bez względu na własne straty, na długo pewnie zostanie w pamięci czytelników.
Andrzej Ryba
1943
Rozdział 19 – Na tyłach pułku (styczeń 1943 roku)
Teraz, po porannym mrozie i ostrym słońcu w ciągu dnia, w lesie zrobiło się całkiem ciemno i mokro. Gdzieś z boku zawiał wilgotny wiatr, zakołysał gałęziami świerków i zahuczał w żelaznym kominie. Zwilgotniały śnieg spadał z gałęzi na ziemię. W twarz dmuchnęło mokrą mgłą, ale zaraz poryw wiatru ucichł. W lesie zrobiło się cicho, niczym przed burzą.
Po jakimś czasie w powietrzu zakręciły się lekkie śnieżynki. W ślad za nimi najpierw rzadkie, a potem ogromne i mokre płaty śniegu poniosły się gęstą ścianą. Ciężkie, lepkie, sypnęły tak szczelnie i gęsto, że zlały się w jeden potok i przesłoniły sobą cały przestwór.
Gdzie nie spojrzysz, wszędzie leci biała i mokra masa. Oślepia oczy, topi się na twarzy, cieknie po czole i brwiach, łaskocze nozdrza i mrozi podbródek. Zimna ciecz wpada za kołnierz, topi się na karku i zimnym strumykiem spływa po gołym ciele wzdłuż kręgosłupa. Spoza gęstej śnieżnej ściany nic nie widać.
Z tego morza śniegu wypływa nagle głowa konia, oprze się o ciebie, pchnie cię hołoblą, a woźnicy i sań z tyłu nie widać. Wartownicy koło cieplaków wciskają się pod dachy. Wszystko co żyje, chowa się przed lecącym z góry ciężkim śniegiem. Nawet konie, przywiązane do palików pod daszkami, podkuliły ogony.
– To dopiero pogódka! Szlag by ją trafił! Wybacz mi, Boże! – mówi starszyna, wciskając się w przejście w cieplaku. – Za diabła nic nie widać, choć oko wykol! Mało do Niemców nie trafiłem!
Starszyna ściągnął z siebie spęczniały od wody półkożuszek, usiadł na ławie, oparł się ręką o krawędź stołu i zaczął zdejmować ciężkie od wilgoci walonki. Zaczął mu pomagać żołnierz, który siedział w kucki koło piecyka.
– Weź no, bracie, podsusz moje łaszki! A ja się przytulę po tej jeździe. Całą noc plątałem się po wilgotnym śniegu, jestem mokry do pasa!
Odmotawszy mokre onuce, starszyna trzepnął nimi o podłogę, ściągnął z głowy czapkę i pokasłując wlazł na nary. Naciągnął na siebie suchy szynel, zapalił, ułożył się i w tej pozycji kontynuował monolog.
– Ledwie dotarłem do batalionu! Wiele razy złaziłem z sań, tupałem przed sobą, wymacywałem nogami drogę. Przemokłem do suchej nitki!
Powiedział jeszcze parę mocnych słów pod adresem pogody, przekręcił się na bok, podrapał się za sprawą wszy i wkrótce usnął. W schronie zapadło milczenie.
Leżałem na pryczy z otwartymi oczami, założywszy ręce pod głowę i patrzyłem w sufit. Przed oczami miałem zakopcone belki i sterczącą pod kątem pordzewiałą żelazną rurę komina od piecyka, która poprzez wycięcie wychodziła przez strop.
Na dworze był dzień. Biel śniegu smutno przebijała się przez szkło niewielkiego okna. Na zewnątrz nadal unosiła się śnieżna zasłona. Pod sufitem stał szaroniebieski dym. Po szorstkiej korze bali w tę i z powrotem pełzały grube krople wody. W cieplaku było duszno i wilgotno. Wilgoć właziła wszędzie, we wszystkie szpary pomiędzy drewniane okrąglaki. O ile w mroźne dni w szczelinach między balami przylepiała się gruba warstwa śniegu, lodu i szronu, tak teraz wszystko się stopiło i po ścianach spływały strumyczki wody.
W drewnianym otworze wisi kawałek mokrej szmaty. W samym przejściu woda chlupie pod nogami. W cieplaku czasami jest to chłodno, to gorąco. Siedzący przy stole dyżurny żołnierz uniesie głowę, niechętnie wstanie i podrzuci naręcze drew do żelaznego piecyka, oprze się piersią o krawędź stołu, zamknie oczy i zaśnie. Przez jakiś czas żelazna beczka będzie płonąć rozpalonymi bokami. Drwa się spalą, beczka ostygnie i znowu zrobi się zimno. Kiedy jest gorąco, na narach nie odetchniesz – za dużo tu ciężkiego smrodu, szaroniebieskiego dymu i cuchnącej pary, bijącej od rozwieszonej wszędzie odzieży.
Nad lasem ciągle wisi biała mgła. Wartownicy narzucili na siebie peleryny przeciwdeszczowe. Każdemu nawaliły na głowę i ramiona ogromne zaspy lepkiego śniegu. Żołnierze stoją bez ruchu. Popatrzysz na nich i widzisz cudaczne posągi.
Wieczorem starszyna wyłazi spod ciepłego szynela, krzywi się z niezadowoleniem, naciąga na siebie pomarszczony suchy półkożuszek, wsuwa nogi w walonki, wzdycha, kaszle, wciska na głowę czapkę, zakłada rękawice i szarpnąwszy na bok mokrą szmatę przy wejściu, z przekleństwem na ustach odchodzi w śnieżną zasłonę. Ja też muszę wstawać.
Woźnica z koniem i saniami już czeka przy wyjściu. Wstał wcześniej. Założył konikowi chomąto, oczyścił sanie ze śniegu, którego nawaliło w ciągu dnia, podrzucił naręcze suchego siana i ponownie nakrył sanie suchym grubym brezentem. Starszyna pakuje się do sań i wchodzi pod brezent. Woźnica podsuwa się do krawędzi sań i szarpie wodzami konia. Razem ruszają do kuchni.
Konik, parskając, trzęsie głową i okłada się ogonem po mokrych bokach. Drogi nie widać. Z góry leci biała zasłona. Lecz zwierzę czuje zapach kuchennego kotła i rzadkiej żołnierskiej lury. Z daleka wychwytuje nozdrzami znajomą woń. Koń jest z wyglądu marny, z zapadniętymi bokami, niski w kłębie. Ani tu rasy, ani urody! Taki sobie! Ale główkuje nieźle! Pewnie obiera odpowiedni kierunek i śmiało kroczy. Otrzymawszy na kuchni chleb i napełniwszy termosy, starszyna znowu chowa się pod brezentem. Woźnica szarpie wodze. Konik obraca sanie w przeciwną stronę i tupie po drodze. Marszrutę zna na pamięć.
Stoję przy drodze i czekam na starszynę. Dzisiaj muszę zajechać na pierwszą linię. Chcę popatrzeć, jak tam pełnią służbę nasi żołnierze.
– No i pogoda paskudna! – mówi starszyna, gdy przysiadam się do niego, włażąc pod brezent.
Faktycznie! Komu przyjdzie do głowy taki pomysł, aby w taką pogodę i roztopy wlec się po błocie rozmytych dróg. Na saniach pod parcianką jest sucho i pachnie sianem. Spod jej krawędzi widać, jak ciężki śnieg niesie się ku ziemi nieprzeniknioną zasłoną.
– No i co? Czegoś gębę rozdziawił? – rozlega się spod brezentu bas starszyny, skierowany do woźnicy. – Idź i szukaj! Zjechałeś z drogi!
W lesie stropy schronów i ziemianek zrównały się z ziemią. Zbudowane z bierwion cieplaki, stojące na powierzchni, jakoś tak nagle zapadły się po same dachy. Dookoła w śniegu ani ścieżek, ani dróg. Na wszystkim zalega nowy śnieg i nieprzebyte błoto. Gałęzie świerków przygięły się i obwisły pod ciężarem bieli. Śnieżny ciężar zwalił się na nie i przydusił do ziemi. Tu i ówdzie wiją się tylko bruzdy po saniach, a głębokie ślady końskich kopyt robią pętle wokół świerków. Co będzie dalej, jeśli śnieg nie przestanie padać? Kto ma chęć leźć po kolana w takiej brei?
Hansy i Fryce, posmakowawszy śnieżnego śluzu, również przycichli. Na pierwszej linii trwała niezwykła cisza. Naszym Słowianom było dużo lżej – swojska pogódka! Ani wojny, ani strzelaniny. Jakby czas pokoju. Wierzyć się nawet nie chce – będzie tak kiedyś? Nasi żołnierze mają teraz tylko jedno zmartwienie – żeby jak najszybciej dostać rację chleba, chochlę zupiny i uciec, nie zamoczywszy portek.
Nikt się nie umawiał. Strzelanina ucichła i ustała sama z siebie. Żołnierze czym prędzej wybiegną na wezwanie starszyny. Zagrzechoczą menażkami i zręcznie połapią mokre bochenki chleba. Starszyna chlapnie im czerpak pochlipki, a oni zadowoleni już śpieszą z powrotem do swoich nor. I siedzą gdzieś tam pod ziemią, skuleni nad menażkami, cedzą przez zęby bałandę i drapią się w tyłki. A z wierzchu leci i sypie mokry śnieg. Cisza, aż w uszach dzwoni!
Rozejrzałem się wokoło. Patrzę na zbocze przedniego skraju obrony, na dziury, do których żołnierze zdążyli zwinnie zanurkować. Pod zalegającym śniegiem nie widać ich nor. Wszędzie, gdzie nie spojrzeć, leży biały śnieg i wręcz nie chce się wierzyć, że pod ziemią żyją i funkcjonują żywi ludzie.
Dwa dni wcześniej trwała tu wojna, świstały kule, rozrywały się pociski i ryczały granaty moździerzowe. A teraz cisza! To nie wojna, a jakaś bzdura! Tak mówi starszyna, kiedy wraca do cieplaka z pierwszej linii. Zasypało drogi. Ukróciło Niemcom podwóz zaopatrzenia. Oszczędzają pociski! A nasi nie mają czego wozić. U nas, nawet gdy drogi zimą twardnieją pod nogami, wydają po dziesięć pocisków na działo jako nienaruszalny zapas.
Żołnierze są teraz zadowoleni, że wokoło zrobiło się cicho. Zresztą, do kogo strzelać? Wystarczy spojrzeć! Dookoła wszystko białe i nic nie widać. Czasami stoisz i zastanawiasz się, z której strony są Niemcy, a z której siedzą nasi Słowianie. W która stronę strzelać? Może tam siedzą nasi?
Leniwe zobojętnienie, gnuśność i senna apatia z pierwszej linii dotarły na tyły. I tam, w sztabach i drugich eszelonach, pojawiła się senność. Śnieg zatrzymał i ugasił płomień wojny.
Nasi wsłuchiwali się, czy aby Niemcy nie zaczną postrzeliwać. A Niemcy siedzieli i bali się, żeby w ten śnieg i szarugę nie zwalili się na nich Rosjanie. Jedni i drudzy pragnęli tego samego – ciszy i spokoju.
Śnieg załatwił sprawę. Dał początek lenistwu i senności, bez perspektyw na jakąś zmianę. W taką pogodę nie było szans, aby rozruszać Słowian. Nawet dowódcy kompanii, przywykli do nękania żołnierzy, zaczęli się odgryzać przez telefon:
– Wszystkie okopy zalało wodą! Ludzie są mokrzy po tyłki! Jakie znowu strzelanie? Czujek nie ma gdzie wystawić!
Teraz wszyscy siedzieli i czekali, kiedy znikną zaspy i zejdzie woda. Innych trosk na pierwszej linii i na tyłach nie było. Każdy zabijał czas, jak mógł.
I oto stopniowo, pomalutku, z tej bezczynności i ospałości w tyłowych ziemiankach, zaczęto grać w karty. Od niewinnego „durnia”, po grę na rozmaite rzeczy i pieniądze.
Nasz kombat Malecznik także nie wytrzymał. Już dawno swędziały go ręce, aby zasiąść i nas ograć. I major, ufny w swe umiejętności i pełen wiary w sukces, pojawił się któregoś razu w sztabowym cieplaku i zaproponował, by uciąć partyjkę na pieniądze. Gra, pełna harmidru, tarzania się po pryczach i trzymania się za brzuchy ze śmiechu, przeciągnęła się na całą noc. Często rozlegały się okrzyki „Ura!”, jakbyśmy co najmniej ruszali do ataku1. Do ranka major starannie uskładał pokaźny plik dziesięciorublówek, po czym, zadowolony ze zwycięstwa, ruszył do swojego schronu aby się wyspać.
Następnego dnia z pustymi kieszeniami, mając jedynie resztki jakichś drobnych, na pocieszenie udaliśmy się do pułkowego chemika na małą partyjkę. Przez kilka dni nie spotykaliśmy się z Maleczkinem przy kartach.
U chemika pułku zebrała się wszawa kompania graczy. Siedzieli, ślinili karty, obstawiali tyle co nic, skromnie, bez ryzyka, a i to ze zmiennym szczęściem. Trzeciego dnia z gry były nici. Nie poszło i już! I nasza kompania się rozpadła.
Minęła noc i dzień, a my wałkoniliśmy się na narach. Do cieplaka zajrzał Maleczkin i zaprosiliśmy go, aby przyciął w karcioszki.
– Dobra, przyjdę później – powiedział i wyszedł na zewnątrz. – Pójdę i powiem Jegorce, żeby wyczyścił konia – usłyszałem jego głos za progiem.
Do naszego cieplaka major zawsze przychodził wesoły. Także i tym razem, pokazawszy się w przejściu i odsłoniwszy mokrą zasłonę, uśmiechnął się i puścił do nas oko. Od razu usadowił się na pryczy, spode łba obrzucił nas zdecydowanym spojrzeniem i zaczął z zadowoleniem zacierać ręce.
– Siadajcie, sokoły! Dosiadajcie się, bracia cekaemiści! Coś tak czuję, gwardziści, że znowu pojawiły się u was pieniążki! Pełzają na piersi jak robale pod koszuliną! Nie dają spokoju! – i podrapał się paznokciami pod koszulą. Ograliście chemika pułku? Zaczęliście stosować moją metodę? Proszę, proszę! Zobaczymy, jak sobie przyswoiliście moje nauki!
Major zrzucał z nóg walonki, wyciągał z kieszeni talię kart i zarażał nas swoim radosnym duchem walki. Ani jedna karta nie wychodziła z talii bez jego wesołego żarciku, anegdotki czy dowcipu. Być może cała taktyka i strategia jego gry była zbudowana wokół wesołych powiedzonek, co miało nas podpuścić i skłonić do pójścia na ryzyko. I poddawaliśmy się temu, ryzykowaliśmy, graliśmy w ciemno i zgarnialiśmy nadwyżki.
Major tak od razu nas nie ogrywał i grał z rezerwą – dawał nam czas, byśmy się pobawili i rozweselili. A nam było wesoło i czas szybko leciał. Kiedy ma się dwadzieścia lat to dzień wlecze się długo, a zimowa noc to już jak cała wieczność. Przy kartach czas mija szybko.
Major nie kombinował, grał prosto i uczciwie. Przy akompaniamencie jego żarcików sami szukaliśmy guza.
– No, dobra, gwardziści! Wystarczy na dzisiaj! Już ranek! – mówił, odchylając się na prycz. – Spać mi się chce! Zresztą na pewno nie macie już pieniędzy? Wystarczy! Bo całkiem stracicie ochotę do gry! Znowu pewnie polecicie do pułkowego chemika, żeby go ogrywać. Znam ja was!
U pułkowego chemika gra w karty się nie kleiła. Po prostu – ani rusz! Grało się jakoś ospale, obojętnie. Wszystko ma swój koniec. Gra w karty się nam przejadła.
Lecz chemik pułku to światła głowa! Wałkoń i próżniak, za to potrafił myśleć, jak mało kto. Widocznie nie trafił na pierwszą linię właśnie dzięki swemu intelektowi. Nie to, co my, którzy leźliśmy pod kule jak barany. Chemik również podczas walki przez cały czas wycierał kąty na tyłach ze swymi maskami przeciwgazowymi. Nie miał wysokiej szarży. Był raptem w stopniu starszego technika–porucznika, ale w kociołku gotował nie biedniej generała. Gdyby nie nikczemna szarża i nie maski przeciwgazowe, które pozostawały w jego gestii, to właśnie on, a nie jakiś tam Dobrowolski objąłby 17 Dywizję Gwardii.
Dzwoni do nas kiedyś i proponuje, żebyśmy do niego zaszli. Zaprasza usilnie.
– Jest pół manierki spirytusu z zakąską – mówi.
Widocznie zaczął tęsknić i rozbolało go serce. Wzdycha do naszej kompanii. Skoro prosi – trzeba iść! Obiecał, że na zakąskę podsmaży słoniny. Skąd chemik ma słoninę? Podwędził, nie inaczej! Nie wymienił się aby z magazynierem na maski przeciwgazowe? Zebrał w lesie porzucone maski i przehandlował za słoninę! Ha, ha! Bo skąd by ją wziął?
Narodek na froncie jest sprytny. Coś źle położysz – zaraz podciągną. Potem możesz nie szukać. Słonina to nie drwa – nie poniewiera się na drodze w lesie. Pewnie mu się spodobaliśmy i chemik zatęsknił za naszym towarzystwem. Bo kim my dla niego jesteśmy? Po prostu kumplami i przyjaciółmi.
Powitał nas serdecznie, z ciepłym uśmiechem. Zgodnie z obietnicą nalał, by paroma łyczkami przemyć gardło – po pół kubka. Po drugim podał na stół skwierczącą słoninę na patelni. Jakby chciał nam zapchać usta smażoną słoniną, żebyśmy ich nie otwierali i nie odbierali mu głosu w przerwach pomiędzy dyskusjami. Wszystko dlatego, iż miał zamiar uraczyć nas czymś w rodzaju referatu.
– Dzisiaj opowiem wam o pewnej prastarej grze – zaczął.
Rzecz jasna nie wiedzieliśmy, jaki będzie sens jego wypowiedzi. Wzruszyliśmy ramionami, zupełnie jakby nam zaproponowano, aby stawką w grze były wszy.
Nic nie pojmowaliśmy, a on buchał entuzjazmem. Niczego się nie domyślaliśmy, a on się uśmiechał od ucha do ucha.
– Teraz jest najlepsza pora – powiedział – aby opowiedzieć o istocie tej oficerskiej gry. Ale pamiętajcie – dodał przymilnym tonem – że to zajęcie nie tyle zabawne, co namiętne i trzymające w napięciu, to hazard. Jesteśmy gwardzistami! Gra jest idealna dla nas! Najpierw opowiem nie o samej grze, a że tak to określę, o przedmiocie badań. Powinniście zwrócić nań szczególną uwagę, bowiem to ów przedmiot właśnie będziecie obstawiać swoimi pieniędzmi. Jeśli komuś moja opowieść nie przypadnie do gustu i wyzwoli nieprzyjemne emocje, a myślę, że wśród ludzi o subtelnej naturze takowi się znajdą, ten zawsze może powiedzieć z pogardą: „Ech, ty tam! Ale to wstrętne!”. Radzę wam więc puścić mimo uszu lichą część mojej narracji.
Chemik zwinął dłoń w trąbkę, wsunął tam usta i wydał głośny dźwięk tak, że nie zrozumieliśmy, skąd tak naprawdę się wyrwał. Zaryczał niczym stara zardzewiała trąba. Następnie wytwornym i pretensjonalnym ruchem wyjął chusteczkę do nosa i otarł wargi. Inteligentny człowiek zawsze powinien mieć w kieszeni chustkę. Nie to, co my. Przyłożył do warg chustkę do nosa, choć mógł to zrobić po prostu papierem.
W ziemiance u chemika było gorąco i duszno. A jeszcze doszedł do nas zapach zepsutej kiszonej kapusty.
Zakaszlawszy kilkakroć, aby skupić naszą uwagę na sobie i żeby odciągnąć nasze myśli od żucia twardej skóry ze słoniny oraz zapachu, który wisiał teraz pod sufitem, chemik kontynuował swój wykład:
– Z punktu widzenia nauki i historii wesz to nieodłączny towarzysz każdej wojny. Opowieść o wszach należy zaczynać od dawnych czasów. Innymi słowy, trzeba ją rozwinąć historycznie. Wesz, jako żywą istotę stworzoną przez Boga, należy poznać myślowo, czyli intelektem, a nie wydrapywać ją sobie spod sznurka w gaciach, jak to czynią nasi żołnierze. Powodowani brakiem wiedzy, rozgniatają oni wesz na łopacie paznokciem. Po łacinie nazwa wszy brzmi pediculus – kontynuował chemik.
– To jakby damska torebka2, którą damulki noszą pod pachą! – powiedział ktoś, by wykazać się znajomością zagranicznego słownictwa.
– Tu torebka, a tu pediculus! Jest różnica? Czujesz? – poprawił go chemik. – Pediculus Potapienko! W języku lekarzy oznacza to, że jesteś wszawy Potapienko.
– Jasne! – bąknął Potapienko. – Nie wiedziałem!
I zamyśliwszy się, podrapał się w tył głowy.
Weźmy na przykład dane z tysiącleci! – mówił dalej chemik. – Człowiek pojawił się na ziemi sześćset tysięcy lat temu. A wesz już istniała i czekała na niego. Trzydzieści tysięcy lat temu ludzie wynaleźli kamienne topory, a wszy gryzły im włochate karki. Dziesięć tysięcy lat przed naszą erą pojawiły się szlifowane krzemienne topory. Jednakże na ich polerowanej powierzchni nauce nie udało się odkryć śladów rozgniecionych wszy. Lecz oto cztery tysiące lat przed naszą erą w Egipcie, którym wówczas władali faraonowie – a to już naukowcy dokładnie ustalili – znalazły się rozetki i amulety z trupami zasuszonych wszy. Tak, tak! W amuletach odkryto zasuszone trupy wszy faraonów. Damy z wyższych sfer również zbierały na sobie robactwo. Kawał czasu! Cztery tysiące lat! Oto, kiedy ludzkość po raz pierwszy przyznała, że dopiekają jej i żrą ją wszy i pchły.
Chemik umilkł i podrapał się za uchem. Potem poskrobał się po piersi i pod paskiem spodni i nad czymś się zamyślił.
– Był sobie kiedyś król, pchła po nim łaziła… – zaśpiewał aksamitnym głosem.
Chemik był mądrym człowiekiem. Nalał nam jeszcze. Takich niebiańskich teorii nie należy wykładać w jednym rzucie, jeśli słuchaczom z nadmiaru uwagi zaschło w gardłach. Konieczne jest, by audytorium odsapnęło, poczuło, przemyślało i przetrawiło usłyszane, wczuwając się w istotę idei. I żeby poczochrało się po karkach.
Dzisiaj nawet nie śmiesz pomyśleć o czymś takim, ale wtedy na wojnie wszy były rzeczą naturalną i powszednią. Choć dzisiaj nie mamy na sobie owych stworzeń, to jednak od czasu do czasu zdarzy się nam, że się drapiemy.
Chemik ma rację. Drogi wojny były usłane nie tylko naszymi trupami, ale na zachód szły po nich wraz z wojskami także i wszy. Wszy były dumą narodową nie tylko Rosji, ale i Wielkich Niemiec.
Zima to najsurowszy i najbardziej wszawy okres w roku. Wszy pojawiają się wraz z pierwszym śniegiem i znikają wraz z pierwszym oddechem wiosny. O zawszeniu armii niemieckiej można snuć odrębną opowieść. Wziętych do niewoli przesłuchiwaliśmy na okoliczność spraw wojskowych i rozmaitych tajemnic oraz grzecznie zadawaliśmy im pytania o wszy. Odpowiadali dość szczegółowo i drapali się przy tym. Do Niemców wrócimy potem. Przypomniał mi się jednak pewien epizod, który chcę wam przytoczyć, zanim zapomnę.
Wszy to wszy! Sługi narodu! Sługi zimna, głodu, ludzkich cierpień i okropności wojny. Pamiętam pewną rozmowę żołnierzy na pierwszej linii. Siedziałem obok w okopie i wypatrywałem Niemców.
– Braciszkowie, jakoś zupełnie nie ma na mnie wszy! Niedawno uciekły!
– Ech, kiepsko z tobą!
– Niby dlaczego?
– Kiedy tonie statek, pierwsze uciekają szczury! A szczury są jak wszy! No i uciekły od ciebie!
– No i co?
– Jak to, co? Jutro cię utłuką!
– Akurat!
– Będziesz miał akurat! Wesz bez przyczyny nigdy żywego nie porzuci! To, braciszku, nie baba, która nie poleci do drugiego, pókiś żyw!
– To dlaczego ode mnie uciekły?
– Powiedziałem ci! Jesteś już nieboszczykiem!
– To co mam robić?
– Żołnierz nie może istnieć bez wszy!
Gdyby nie wykład chemika, nie wspomniałbym tej rozmowy. Lekcja zawsze naprowadzi coś na myśl i przypomni o czymś, co przeżyłeś, o jakichś faktach. Pamiętam, jak przed wojną na uczelni sprawdzano nas na okoliczność wszawicy. Na porannym apelu wszystkim ustawionym w szyku starszyna kazał wywracać kołnierzyki na lewą stronę, po czym chodził i uważnie przeglądał każdy szew.
My, ludzie radzieccy, przywykliśmy do wszystkiego. Od małego przyzwyczailiśmy się do brudu, zimna i głodu. Zaś na niemieckich żołnierzy strach było patrzeć. Już pierwszej zimy utracili wstyd i ludzką godność. Drapią się w chałupie przy damach (znaczy się przy babach), rozgniatają wszy przy jedzeniu.
Co tam dalej chemik opowiadał o wszach i o wojnie – nie słyszałem, ponieważ wpadłem w zadumę. Przypomniał mi się wtedy jeszcze jeden ekstrawagancki przypadek. Kiedy siedzi się na lekcji, to zawsze myśli się o czymś innym. I właśnie dlatego w pamięci odżyło mi owe niezwykłe zdarzenie.
Pamiętam szpital i pewnego młodego porucznika. Leżał w gipsie z przestrzelonym biodrem. Nie wolno mu było się ruszać. A on miotał się i jęczał nie z bólu, a z powodu wszy, które się u niego zalęgły i gryzły go pod gipsem. Odchodził od zmysłów z powodu tego, iż nie można było rozciąć gipsu i wygnać stamtąd wszy. Prosił i błagał lekarzy, aby coś zrobili i przerwali jego straszliwe męczarnie.
Chłopaki, poruszający się na kulach, przynosili mu z ulicy fragmenty przewodów i kawałki drutu. Wyginał je w pętlę, wsuwał pod zagipsowaną szynę i drapał się, przeganiając wszy z zagrzanego miejsca. Usiłował je podważyć i wyciągnąć na zewnątrz, ale one wpełzały głębiej i gryzły jeszcze mocniej.
– Włażą dalej! – krzyczał i patrzył nam w oczy.
Nie dawał nam spokoju ani w dzień, ani w nocy. Leży porucznik – młody chłopak, kręci głową, patrzy otępiały, jęczy, zgrzyta zębami, a lekarze go uspokajają:
– Pocierp, kochanieńki! Pocierp jeszcze troszeczkę! Teraz nie wolno ruszać gipsu na nodze!
Któregoś razu na obchodzie pojawił się lekarz, taki żwawy staruszek. Pod białym fartuchem nie było widać stopnia. Porucznik poskarżył mu się na swój los i straszną mękę. Dziadek obejrzał gips, zrugał stojących za plecami lekarzy i kazał wieść porucznika na salę operacyjną.
Gdybyście go zobaczyli, kiedy wrócił na salę ze szczęśliwym licem i radosnym promiennym uśmiechem! Uwolnił się od swoich męczarni. Zapomniał o bólu i o swojej ciężkiej ranie.
Przesądni twierdzą, że wszy lęgną się ze zgryzot i nieszczęść. Przyszło mi wiele przemielić w pamięci, zanim ustaliłem, gdzie i kiedy po przybyciu na front nasza kompania po raz pierwszy złapała wszy. Po zestawieniu pewnej liczby faktów doszedłem do wniosku, że kompania zaczęła się drapać, kiedy weszliśmy w skład 119 Dywizji Strzelców. W 297 Samodzielnym Batalionie Broni Maszynowej i Artylerii Frontu Zachodniego karmili nas do syta. Jak widać, wtedy nasi zaopatrzeniowcy nie umieli jeszcze kraść. W batalionie wszyscy byli nowy, z Moskwy. W owym okresie nie mieliśmy wszy. Gdy tylko jednak trafiliśmy do jednego okopu z żołnierzami z dywizji syberyjskiej, to od razu siorbnęliśmy cienkiej bałandy i kompania zaczęła się drapać.
Mówią, że wszy biorą się także z głodu. A co my tu mamy? Wojna! Okopy! Śmiertelny strach! Intendenci złodzieje! Głód i wszy!
Nie chcę tu opowiadać o czymś szczególnym. Nic nie ubarwiam i nie upiększam. Opowiadam o tym, co się wydarzyło, ponieważ należy założyć, że nasze życie nie potrwa wiecznie. Może się skończyć w każdej chwili. Nie ma najmniejszego sensu, abym ukrywał cokolwiek z przeszłości i zabierał ze sobą do grobu tajemnice życia piechoty.
Mogę to uściślić. W okopie nie tylko złapaliśmy wszy, ale ich szczególną i okrutną syberyjską odmianę, odporną na mrozy. Tym samym wszy zadomowiły się szybko na naszych moskiewskich kołnierzykach, rozpleniły się i rozszalały niczym nasze ówczesne nowe pułkowe naczalstwo. Drapieżnością i krwiożerczością wszy przechodziły same siebie. My ginęliśmy pod kulami i pociskami, a one żarły nas za to, że nie szliśmy zdecydowanie do przodu i dreptaliśmy w miejscu.
Zachodnioeuropejskich i tym bardziej zamorskich gatunków z owymi syberyjskimi wszami porównać się nie da.
Syberyjskie wszy są złe i drapieżne niczym syberyjskie mrozy, wściekłe niczym psy z tajgi, dzikie jak rodowici Sybiracy. Niczym przed wąglikiem, nie uciekniesz przed nimi nigdzie. Nie mogły się z nimi równać żadne bawarskie, pruskie i wszelkie inne niemieckie i zagraniczne gatunki.
Na przykład niemieckie Lausbube z czarną plamką i pasemkami w przedziałek, które od dziecka nosili z dumą niemieccy żołnierze, od razu zgubiły czystość rasy i krwi i zatraciły, że tak powiem, rodowód, ponieważ już w pierwszą zimę czterdziestego pierwszego skrzyżowały się z leniwym i karłowatym gatunkiem twerskim. Niemcy nie zachowali rasowej czystości swoich wszy. I wszystko dlatego, że nie byli w stanie siedzieć i spać w śniegu. Trzeba im było nagrzanych chałup. Włazili pod nabite pierzyny i na miękkie puchowe poduszki, pod kołdry, uszyte w owych czasach z pstrokatych kawałków i różnokolorowych klinów. Czyli czegoś w stylu naszego pułkowego dowództwa.
Niemcy, rzecz jasna, mogą oponować, iż wszy złapali na wojnie, a wcześniej ich nie mieli i że owej rozkoszy nabawili się podczas zwycięskich pochodów. Lecz my ze starych ksiąg wiemy, że Lausbube istniały od zawsze. Czy aby nie zamieszkały u nich od czasów Fryderyka Wielkiego?
Niemcy przeszli przez całą Europę. Nagrabili się od serca, ile wlezie. Tu i ówdzie wynieśli ostatnią wesz. A kiedy maszerowali po przestworach Rosji, owych żyjątek mieli ze sobą w nadmiarze.
I teraz, kiedy nastąpiło zacisze, gdy cały front zawaliło mokrym śniegiem, dumali o pochodzie na Rosję i na pewno się drapali.
Nasi żołnierze siedzą teraz na pierwszej linii i bez pamięci ganiają wszy. My, młodsi oficerowie, wysłuchujemy wykładu o teorii żyjątek. Zajmujemy się łączeniem idei i praktyki, czyli ludzkim doświadczeniem. A nasi dowódcy, ci o wyższych stopniach, otrzymawszy czystą bieliznę, chłoszczą się w baniach brzozowymi miotełkami. Każdemu swoje!
Chemik pułku po lekcji proponuje nam urządzenie seminarium – grę na pieniądze za pomocą własnych wszy.
Chcecie poznać szczerą prawdę o wojnie? Bez żadnych tam upiększeń i „ura!”? Mogę wam co nieco opowiedzieć.
Wspominam pogodną osobę pułkowego chemika. Człowiek był z niego tchórzliwy, lecz powiem wam, że o szlachetnej duszy, choć prawdą jest, że przez cały czas siedział na tyłach i trząsł się o własną skórę.
My zaś, młodzi, nie mieliśmy wtedy przeszłości, a teraźniejszość była pozbawiona nadziei i smutna. A świetlanej przyszłości nie było w ogóle.
Przed nami czekała krwawa droga, którą musieliśmy przejść i na której w każdej chwili czaiła się śmierć. Gnano nas i popędzano. I chyba właśnie w tym tkwił wyższy zamysł całej tej wojny.
Początkowo było dla nas niepojęte, dlaczego mamy zniknąć z oblicza ziemi. Lecz potem stopniowo przyzwyczailiśmy się do tej myśli i co nieco zaczęliśmy postrzegać i rozumieć inaczej. Szliśmy i trzęśliśmy swoimi wszami. Wszy były dla nas nagrodą – czymś w rodzaju medalu czy orderu. I żeby zapomnieć o niesprawiedliwości, zaczęliśmy skrobać się po karkach, rozglądając się na boki. Z czasem, w obliczu ciągłego zagrożenia śmiercią, przebudziła się w nas świadomość poczucia godności i zdolność do posłania wszystkiego w diabły.
Teraz zaś, gdy nie było co robić, kiedy mokry śnieg zalepił wszystkim oczy, siedzieliśmy u chemika i zabijaliśmy czas.
Nie uczestniczyłem w grach hazardowych. Na froncie zgubiłem duchowe źródła hazardu. Krwawe lata wojny i rozpaczliwa tęsknota za normalnym życiem zdominowały mnie. Rozumny człowiek nie będzie zabijać czasu. Zresztą, co to za przyjemność gnieść łapami wytarte karty z wypacykowanymi damulkami i utytłanymi królami?
Podczas wojny byliśmy odcięci od życia i zewnętrznego świata. Jedną nogą staliśmy w grobie, a w drugą drapaliśmy się pod kolanem przez wszy. Na co mógł liczyć kompanijny oficer?
Była wśród nas jedna świetlana osobowość – chemik pułku. Gdzie on się teraz podziewa? Oto, kto miał szybkie i zwinne wszy. Po pułku chodziły wręcz słuchy, że za dziesiątaka sprzedawał innym po parze swoich wszy do rozmnożenia.
– Masz, bierz! – mawiał. – Nie pożałujesz!
I znacząco unosił palec wskazujący.
– Sadzaj ostrożnie! Gdzie pchasz? Sadzaj pod pachę! Nie uszkodź jej nogi! Za parę dni możesz nimi grać!
Niektórzy obżarci intendenci mieli leniwe wszy, brzuchate, na krótkich nóżkach, z tłustymi obwisłymi zadami. A u chemika odwrotnie – szczupłe, chude wręcz, z długimi i silnymi nogami niczym u długodystansowych biegaczy.
Namacasz taką leciutko pod pachą – bierz delikatnie, żeby nie zgnieść nóżki! Nie trzymaj na zimnym stole! Może się przeziębić! Puść ją lepiej dla próby, żeby pobiegała po ciepłej dłoni. Od razu wszystko można dowiedzieć się o niej po tym, jak szybko biegnie i jak porusza nóżkami na świetle. Nada się? Można na nią postawić pięćdziesiątaka? Czy może lepiej zaczekać? I wyjąć drugą? Nie zawsze przewidzisz, kiedy wygarniesz odpowiednią!
Statystyka gry jest nieubłagana. Jeśli twój rywal jest łysy i posunięty w latach, jeśli zaokrąglił mu się kałdun i jeśli fizjonomię goli mu pułkowy fryzjer Jośka Katz, to o jakiej przyzwoitej prędkości i chyżości możemy tu mówić? Po ciele pełzają mu ociężałe stworzenia. Oczywiście łapy go swędzą. Ma chętkę na wygranie cennego zdobycznego cacka. Obrączki albo papierośnicy. O zegarku na siedemnastu kamieniach nawet nie wspominam. Podczas gry nie może liczyć na sukces swych wolnobieżnych wszy. On również chce walczyć szybkimi i zwinnymi wyżłami. No i płaci chemikowi po czerwońcu za każdą parę.
– A teraz o samej grze! – usłyszałem głos chemika, odrywając się od własnych przemyśleń.
– Jeśli na pryczy rozłożymy czystą pałatkę i wygładzimy ją ręką, a tutaj z brzegu narysujemy ołówkiem prostą linię, to ta linia będzie dla wszy startem.
Chemik wygładził dłonią pałatkę i na samym krańcu narysował kreskę.
– A tam – powiedział – na drugim końcu, oznaczymy ołówkiem linię mety. I wszystko gotowe do gry! Jeśli ktoś chce zagrać, proszę wrzucać do banku po dwadzieścia pięć rubli. Każdy wyciąga spod koszuli wesz i na moją komendę stawia ją na linii startu. Po komendzie „marsz!” wszyscy wypuszczają swoje wszy. Podnoszę zapaloną łuskę do skraju pałatki i wszy uciekną przed ogniem w ciemność. Nie skręcą ani w lewo, ani w prawo. Będą gnać tylko przed siebie. Zostało to niejednokrotnie udowodnione i dokładnie sprawdzone. Czyja wesz szybciej dobiegnie do linii mety, ten zgarnia z banku trzykrotność stawki. Ale pamiętajcie! Z każdym nowym biegiem rośnie ogólna suma w banku. Zaczynajcie od małych sum, a potem możecie obstawiać setkami.
Byliśmy zachwyceni! Porażeni! Jakaż logika! Jaka znajomość historii! Takiego człowieka należy do końca wojny chronić i oszczędzać! Jakież on potem wszy i gnidy rozmnoży!
Wszy, które nas do tej pory żarły i gryzły, teraz nabrały dla nas wyjątkowo cennego znaczenia i zyskały, że tak powiem, wartość grywalną i pieniężną. Dobra wesz była teraz w cenie. Mogła wzbogacić każdego zawszonego oficera. Tak, tak! Ozłocić, jeśli wolicie! A to dlatego, że poza pieniędzmi, zdobycznymi zegarkami i rozmaitymi cackami i przedmiotami, do banku wrzucano złote pierścionki, bransolety i łańcuszki. Stawiano także niemieckie papierosy, kolorowe latarki, scyzoryki, brzytwy „Solingen”, pędzle z naturalnego włosia, grzebienie, paczki rosyjskiej machorki, słoninę i konserwy. Tak więc, posiadając szybką i zwinną wesz, można było wypić i zakąsić.
Każdy miał nadzieję, że to właśnie jego wesz jako pierwsza dobiegnie do linii mety i pół manierki spirytusu, postawione przez intendenta, dostanie się jemu.
Nie liczyliśmy na to, że dożyjemy końca wojny. Świecidełka i złote pierścionki nie były nam do niczego potrzebne.
Bywało jednak i tak: wesz biegnie, biegnie, no i nagle weźmie i stanie. Zatrzyma się na środku drogi i stoi. Właściciel wychodzi z siebie. Potrząsa kułakami. Klnie na czym świat stoi. A ona, ścierwo jedne, zamiera w pół drogi i odpoczywa. Ten z wściekłości rozgniata ją paznokciem. Wesz głucho chrupnie i pęknie, a na pałatce zostaje plama z czarnej rozmazanej krwi.
Świetnie się bawiliśmy. Oto jednak któregoś razu do dywizji przywieźli czystą bieliznę. Żołnierzom i kompanijnym oficerom rozgrzano banie. Przywieźli i ustawili odwszalnie. To coś na kształt skrzyni na sankach z bali, równe rozmiarem wzrostowi człowieka. Ładuje się tam żołnierskie mundury i gotuje w wysokiej temperaturze. Pod skrzyniami są w tym celu zrobione specjalne paleniska. Po bani wszystkich żołnierzom i nam urządzono dezynsekcję. Tam, gdzie rosły u nas włosy, długim pomiotłem wymazano nas cuchnącą mazią z wiadra. Potruli wszystkie wszy. Chemik pułku wzdychał:
– Jaka szkoda! Zepsuli taką zabawę!
Przez jakiś czas faktycznie nie mieliśmy wszy.
Rozdział 20 – Przegrupowanie (luty 1943 roku)
Życie w lesie, gdzie stały pułkowe sztaby i tabory, szło swoim rytmem. Krzątanina zaczynała się z rana, kiedy budziło się dowództwo. Przez długą zimową noc ogłupiałe od sadzy, spalenizny, gorąca i zaduchu, pułkowe naczalstwo wyłaziło na zewnątrz z cieplaków, aby zaczerpnąć świeżego powietrza, strząsnąć odrętwienie i senność, opłukać się zimną wodą. Nowy dzień zaczynał się od ziewania, przeciągania i drapania się. W lesie słychać było głębokie westchnienia, charczący kaszel, wymyślania i chrapliwe głosy. Jeden drapał się za uchem, patrzył w górę przez czubki drzew na szare przebłyski nieba, bezdźwięcznie poruszał wargami i usiłował dociec:
– Jaka dziś będzie pogoda? Niemcy będą bombardować?
Drugi przeciągał dłonią po nieogolonym podbródku, krzywił kąciki ust, marszczył czerwony nos i w zadumie ogłaszał:
– Będą!
Z żołnierskiego cieplaka wypadał na zewnątrz zaspany i na wpół senny żołnierz, drapał się pod koszulą, za pazuchą, ganiając dokuczliwe wszy, po czym komunikował zachrypniętym głosem:
– Dzisiaj Fryce nie będą latać! Koło obiadu powinien sypnąć śnieg! O, jak niebo zaciągnęło! Będziecie się myć, towarzyszu kapitanie gwardii?
Kapitan wyciągał ręce. Żołnierz czerpał menażką lodowatą wodę z beczki, lał i mówił przy tym:
– Niech się myją! Drapać im się nie chce!
Polewał szefostwu ręce, nie żałując wody. Pułkowi chlapali i prychali, stękali jak baby i spozierali na żołnierza. Dopiero teraz docierał do nich zamysł jego słów. Z czego ten uprzejmiak jest niezadowolony? Zaczął kręcić nosem. I jakoś tak chlusta gdzie popadnie. Nie zabawia się aby?
Ale żołnierz ani myślał żartować. Tak mu się tylko wyrwało, jako że był na wpół śpiący. Czerpał i polewał, starając się wszystkim dogodzić. Człowiek nie będzie żartować z własnego życia. Któż ma ochotę, by iść na śmierć? A stąd szybciutko odprawią na pierwszą linię. A tam to już nie kino. Żołnierzy wysyła się tam, aby umierali.
Starsi stopniem oficerowie mieli swoich osobistych, jak to można określić, ordynansów. Już od progu dźwięcznie dawali głos. Ordynansi, usłyszawszy mowę, podskakiwali i biegli na dźwięk słów „samego”. Spróbuj tylko nie zdążyć, potknąć się, popełnić błąd – pod wieczór zwiniesz manatki i podrepczesz na pierwszą linię. Tu na tyłach pułku trzeba pilnie nadstawiać ucha, tu są potrzebni obrotni i roztropni ludzie. Popatrzysz na takiego wojaka z pierwszej linii, a on dla pułkowych oficerów ma zero uwagi. Nie odwróci głowy, gdy zawoła go własny oficer.
Pułkowe naczalstwo rozprostuje zastygłe mięśnie, odświeży się zimną woda, podje, popije z rana dla własnej uciechy, rozejdzie się po ziemiankach i cieplakach i ucichnie na cały dzień. W lesie zapanuje cisza i spokój. Słychać tylko pobrzękiwanie stalowych wędzideł przy uzdach u pułkowych koni, żujących siano i dobiega odgłos uderzeń toporów – to pułkowe żołnierzyki wzięły się za piłowanie i rąbanie drew.
Minie nieco czasu i obrazek w lesie ulegnie zmianie. Dla żołnierzy również nastąpi długo wyczekiwana chwila. Kucharz zdejmie pokrywkę z kuchennego kotła, postuka chochlą po jej bokach, zamiesza żołnierską lurę i ockną się szare szynelki. Tuż obok, na okrągłym pieńku, jak na szafocie, rąbią nie głowy, a zamarznięte bochenki chleba – i lecą wokół lodowate odpryski.
Żołnierze, rzuciwszy robotę, biegną, łomocząc menażkami śpieszą się do kotła. Przy saganie zebrał się tłum, wszyscy lezą do przodu, popychają się nawzajem – żadnego porządku! Po zmrożonym chlebie i gorącej pochlipce można przysiąść i zapalić. Tak mija dzień za dniem u pułkowych, sztabowych, tyłowych i taborowych żołnierzy i oficerów.
Kompanijny sierżanci wracają nad ranem polegując w saniach. Nie chodzą przy samych saniach, nie pociągają za lejce, jak to robią pułkowi taboryci. W lesie, na oczach dowództwa tyłowi wozacy bali się jeździć w saniach, więc kroczyli obok, popędzając konie. Trzeba przestrzegać ustalonych porządków. Lecz wystarczy, że tylko wyjadą na leśną drogę, już rozsiadają się na podwodach. Dbają o etykietę!
Życie pułkowego tyłownika toczy się własnym rytmem. Nie przypomina życia żołnierza z pierwszej linii. Jedni i drudzy inaczej wyglądają i inaczej chodzą. Mają różne spojrzenia i inny wyraz twarzy. Jeden żyje na ziemi ze śmiercią za pan brat, drugi gnie kark, starając się dogodzić, aby nie wylecieć z hukiem do okopu. U jednego życie jest jak dzień, u drugiego niczym minuta.
Pogoda w lutym jest kapryśna, zmienia się każdego dnia. Raz chłodno i mroźnie, śnieg skrzypi pod nogami, wyje wiatr, a jutro nagle zrobi się cieplej, zadzwonią krople topniejącego śniegu. I wszystkimi kolorami tęczy zapłonie w nich zimowe słońce.
Gdy przyjrzeć się życiu w lesie, odnosi się wrażenie, że wszystko niby idzie własnym trybem. Ale przyjrzysz się jeszcze raz i rzuca ci się w oczy jakiś skryty ruch. Nie ma jawnych oznak, nie widać niepokoju, ale zauważasz coś niezwykłego w życiu pułku.
Na pierwszą linię przestali przywozić amunicję. Kompanie otrzymały rozkaz pogłębienia okopów i doprowadzenia ich do porządku. Żołnierze leniwie i z niechęcią dłubali w ziemi łopatami.
Któregoś razu z lasu odjechał niewielki tabor wyładowany dobytkiem. Kolejnym kazano naprawiać uprząż i zbierać sprzęt. Nigdy się tak jeszcze nie zdarzało, aby przy przewlekłej obronie zaczynali przetrząsać wszelkie graty i rupiecie. Przegrupowanie dywizji trzymano w ścisłej tajemnicy. Na wszelki wypadek! Sztabowcom nic nie mówiono. Jednakże pomału zaczęliśmy dostrzegać, że tyły pułków szykują się do odjazdu.
Dywizyjny weterynarz, nasz główny konował, obwieszony odznaczeniami i orderami, dostał ochrzan za to, że pułkowe konie nie zostały przekute. Chemik pułku o mały włos nie poleciał ze stołka, ponieważ nie zebrał rozrzuconych po lesie masek przeciwgazowych. Ranni, przychodzący z pierwszej linii, rzucali je byle gdzie – a to pod świerk, a to wieszali na gałęzi albo po prostu ciskali byle dalej w śnieg. I tak oto zaczęli sprawdzać jedne służby za drugimi, stawiając je do pionu. Nie ruszali tylko ludzi z pierwszej linii.
A gdy majora Maleczkina zapytano o liczbę ludzi3 i wyposażenia technicznego, stało się jasne, że dywizja szykuje się do przemarszu.
Niemieckie lotnictwo nie latało. A dni były jasne i słoneczne. Niemcy mogliby zauważyć, jak po tyłowych drogach pociągnęły tabory, jak na pierwszej linii zakrzątnęli się żołnierze. Niemcy jednak nie przypuszczali, że w takie roztopy przejdziemy do natarcia.
I oto któregoś razu w miejsce, gdzie rozlokowane były nasze tyły, przyszli żołnierze jakiejś innej dywizji. Nasi taboryci nagle zerwali się z miejsca, zaczęli biegać i odjechali gdzieś za las.
Następnego dnia na pierwszej linii przeprowadzono luzowanie. Zostawiwszy po sobie sterty śmieci, porwanych szmat i odpadków, dywizja wyszła z lasu i zaczęła obchodzić bokiem linię frontu. Dokąd szliśmy, nie mieliśmy pojęcia.
Posuwając się nocami, w ciągu dnia za każdym razem zatrzymywaliśmy się na postój. Podczas całego naszego marszu nocne niebo rozświetlały rozbłyski ognia artylerii. Gdzieś w oddali słychać było huk i uderzenia ciężkich pocisków. A to narastały, przybliżały się, to znowu oddalały się.
Ostatnia noc była jasna i mroźna. Powoli i ze zmęczeniem posuwaliśmy się po leśnej drodze. Na prawo od nas pojawiła się jeszcze jedna droga. Po niej równoległym marszem pełzły pułkowe tabory i zaprzęgi artyleryjskie. Również tamtędy szła pułkowa brać rozmaitej maści. Kompanie strzeleckie i kompanie karabinów maszynowych maszerowały oddzielnie z boku.
Skraj lasu, po którym wędrowaliśmy, skończył się i droga skręciła w krzaki. Minąwszy je, nieoczekiwanie znaleźliśmy się na skrzyżowaniu dróg.
Dostrzegłem, iż na poboczu drogi stoi nieduża grupa ludzi. Nieopodal – wyściełane sanie, a nieco dalej ruiny wsi. Te same wyścielane sanie, które przemknęły, wyprzedzając tabory.
Podeszliśmy bliżej i ujrzeliśmy dwóch dowódców w otoczeniu ochrony. Rozmawiali o czymś, wskazując w naszą stronę.
Maleczkin jechał za nami konno. Zauważywszy dowództwo, od razu się ożywił i kłusem podjechał do przodu. Major zwinnie zeskoczył na ziemię, poprawił pas, uniósł się na czubkach butów, zasalutował i stuknął dźwięcznie ostrogami. W biegu zdążył ściągnąć rękawiczki, musnął palcami skroń i zrobił krok w bok. A ja, jak szedłem, tak i szedłem. Pomyślałem, że może to jego znajomy. Podeszliśmy bliżej i zatrzymaliśmy się. Dopiero teraz zrozumiałem, że przed nami stoi wyższe dowództwo. Po raz pierwszy zobaczyłem naszego nowego dowódcę dywizji, pułkownika Kwasznina. Zmiana na stanowisku dowódcy dywizji nastąpiła w grudniu czterdziestego drugiego. I oto po dwóch miesiącach ujrzeliśmy go na własne oczy. Stał w otoczeniu swojej osobistej ochrony. Dosłyszałem jego głuchy głos.
– Ty znowu palisz? – zapytał, zwróciwszy się do żołnierza ochrony. – Dopiero co rzuciłeś i znowu dymisz! Popatrz no na siebie, cały żeś zielony, a papieros znowu w gębie!
Zerknąłem na żołnierza w nowym półkożuszku, który stał, palił i z jakiegoś powodu się uśmiechał. Nam, oficerom batalionu, do palenia wydawano machorkę. A ten stał i pykał papieroska.
Spojrzałem na majora Maleczkina, który stał bez ruchu. Czekał, co powie mu pułkownik. Obok Kwasznina stał młody kapitan. Jak mówiono w pułku, był to Kawierin, ulubieniec, którego Kwasznin przywiózł ze sobą do dywizji. Poszły nawet słuchy, że był to jego nieślubny syn.
Kapitan uniósł brew i popatrzył na żołnierzy kompanii karabinów maszynowych. Nie spodobało mu się coś w wyglądzie zewnętrznym naszych wojaków. Odwrócił się w stronę Maleczkina, wydął dolną wargę i lekceważąco, a wręcz z pogardą, właściwą dla młodych, wygłosił:
– Co to za gwardziści? Ani jednej choć trochę godnej jednostki! Ani postawy, ani wojskowego wyglądu. Rozlazłe u ciebie wojsko, majorze!
Stojąc obok, mimowolnie wyprostowałem plecy i wydałem naszym żołnierzom komendę „baczność”. Obudziła się moja postawa defiladowa, którą zaszczepiono mi musztrą w szkole oficerskiej. Żołnierze kompanii broni maszynowej zakołysali się ciężko i zamarli w miejscu.
Chciałem pomóc majorowi w wyplątaniu się z niezręcznej sytuacji. Dla mnie jasne było jedno – że zewnętrzny wygląd naszych żołnierzy o niczym nie stanowi i nie ma żadnego znaczenia. To frontowi żołnierze, sprawdzeni przez czas i ogień. Na nich trzyma się front, jeśli chcecie. Lecz niezadowolenie kapitana mogło odbić się na służbowej pozycji naszego majora.
A ja? Porucznik! W dywizji z twarzy mało kto mnie zna. Inna sprawa major Maleczkin! Moja rola to orka na pierwszej linii. Przesiadywanie z żołnierzami w okopach. Na moje miejsce amatora nie znajdziesz. Kapitan nie może zepsuć mi kariery. Ale kombatowi Maleczkinowi może już poważnie zaszkodzić.
Wypadnie z szeregu jeden z dowódców pułków, a Maleczkin to pierwsza osoba, aby przejąć pułk w miejsce nieobecnego. Kapitan Kawierin był oddelegowany do sztabu dywizji, ale przez cały czas był przy Kwaszninie i ukrywał fakt, że sam mierzy w pułk. Młody, no i z tych pierwszych! Kwasznin i on sam liczyli przy tym, że jest wyjątkowo uzdolniony i błyskotliwy. Oto, dlaczego postanowił przy pierwszym spotkaniu usadzić naszego majora i ustawić go na miejscu. Niech no się tylko Maleczkin potknie na jakimś głupstwie, wtedy żadną prawdą nie udowodnisz, żeś nie wielbłąd. Wystarczy, że jeden czy drugi szepnie coś o majorze i masz jak w banku, że droga do objęcia pułku jest zamknięta. Jeśli odwróci się od niego sztabowa brać, jeśli straci przyjaciół i ludzi życzliwych, można przyjąć, że w tej dywizji już po majorze pozamiatane. Szepną, komu trzeba, że jest niepewny i chwiejny moralnie i zostanie z piętnem nieudacznika.
Kwasznin najwyraźniej zauważył, że kapitan gada nie tak, jak należy. Dostrzegł, że Kawierin próbuje podkopać majora. Rzucił na niego szybko okiem i Kawierin, niezadowolony z tego spojrzenia, zrobił głupią minę i nadął wargi.
Zewnętrznie cekaemiści zawsze różnili się od strzelców. To byli rośli, silni i wytrzymali żołnierze. Byli wśród nich i chuderlacy, ale w większości to były silne chłopy. Tak więc kapitan na próżno uczepił się Maleczkina. To wszystko było dęte. Zapewne nigdy wcześniej nie widział prawdziwych wojaków „z przodka”.
Kwasznin obrzucił wzrokiem stojących na drodze żołnierzy – w przechodzonych szynelach, brudnych, nieogolonych i ponurych. Zakaszlał, dając znać kapitanowi, aby ten nie pchał się ze swymi uwagami tam, gdzie nie trzeba – tak sądziłem. W tym konkretnym przypadku to nie wygląd zewnętrzny interesował dowódcę dywizji. Nie w nogę i nie na paradę szli nasi żołnierze. Z przodu czekała na nich śmierć i dowódca dywizji chciał poznać duch żołnierzy.
Stałem i na tle białych krzaków i szarego pobłyskującego nieba widziałem przed sobą pułkownika, kapitana, ochronę w nowych półkożuszkach, wyściełane saneczki i nakrapianego ogiera. Patrzyłem na nich i myślałem: „Co oni wiedzą o żołnierzach, o nas, o wojnie”.
Przed nimi na wietrze kołysały się szare wytarte szynele, które nie mają tak zadbanego wyglądu, jak u żołnierzy ochrony, stojących za plecami pułkownika Kwasznina. Oni nie od razu pojęli, że stoją przed nimi prawdziwi wojacy z pierwszej linii, którzy utrzymują front na własnym grzbiecie, którzy prowadzą wojnę. W ich pojęciu żołnierz – to jeden z ochroniarzy o wielkiej mordzie i w nowym półkożuszku. Przyglądali się nam. A my uparcie, spod oka, patrzyliśmy na nich. I czekaliśmy na rozkaz, aby czym prędzej stąd odejść.
Kwasznin chciał popatrzeć na tych, którzy przesiąkli spalenizną trotylu, na tych, którzy nabawiali się kalectwa i umierali na pierwszej linii. Tych, którzy swoją krwią zdobywali sławę dla niego i całej jego sztabowej i tyłowej ferajny. Tyłownicy i wozacy także byli gwardzistami. Istotne było również to, że ci ludzie nigdy o nic nie prosili. Nie mieli odznaczeń i nie narzekali na swój los. Teraz też ruszą w milczeniu, zakołyszą się do przodu, odejdą w szarą nocną mgłę i on, Kwasznin, nigdy więcej ich nie zobaczy. Patrzył na nich, żyjących, a w myślach widział ich w bratniej mogile. Ale nawet tutaj się mylił. Zabici żołnierze zwykle poniewierają się na śniegu. Dywizja pójdzie, a trupy zostaną, leżąc na powierzchni ziemi. Im więcej ich zginie, tym bardziej znaczące będą jego zasługi. Czy udało mu się i zmusił ich, aby bez strachu poszli na śmierć? Zapewne myślał również i o tym, dlaczego dobrowolnie i potulnie idą umierać za wspólną sprawę. Bo jeśli głębiej się nad tym zastanowić, to żołnierze wojowali za naród. A przy życiu zostaną oni – tyłownicy. Przyfrontowi „frontowcy” i „weterani”. I potem chwałę wspólnej sprawy chętnie przypiszą samym sobie.
Nieczęsto dane mu jest widzieć frontowych żołnierzy gwardzistów. Takie spotkania zdarzają się rzadko. Codziennie przed jego oczami przemykają sztabowcy, tyłownicy i służalczy ordynansi. Zobaczyć pierwszoliniową kompanię – to wyjątkowa sprawa. Czekaj, aż ci się poszczęści, by tak po prostu na drodze na tyłach spotkać i popatrzeć na żołnierzy z pierwszej linii. Oto on, rosyjski żołnierz, stoi przed tobą, zmęczony, głodny i ponury. Stoi, milczy i czeka, kiedy poślą mu wiązankę przekleństw. Teraz pułkownik zobaczył, co przedstawia sobą ów rosyjski żołnierz, przesiąknięty prochem, pocięty gorącymi odłamkami, przeszyty ołowianymi kulami. Czym on żyje? Co ma w głowie? Za co się bije?
Na wojnie wszystko jest proste. Dostał pułkownik rozkaz z góry, przekazał go do pułku, a tam przez batalion rozesłali go po kompaniach. Dowódca kompanii krzyknie swoim żołnierzykom:
– Kurwa wasza mać! Dawać, Słowianie, naprzód! Ojczyzna o was nie zapomni!
I pójdą gonić Niemca, przygarbiwszy się i zgiąwszy pod kulami i wybuchami pocisków. Popatrzysz na nich – marne to, powłóczące nogami, w szarych szynelach, a idą i śmierci się nie boją. Po oczach widać, że żreć się chce łajdakom, to i napierają do przodu – może zdobycz się trafi.
A obok, szeroko rozstawiwszy nogi, stoją za plecami pułkownika syte podchalimy. Mają nie tylko okrągłe pyski, ale i bezczelny, pewny siebie wygląd. Klamerki na pasach wyczyszczone, w zębach papieroski, wygląd gwardyjski, jak trzeba, medale na piersiach, wszyscy przez kontrwywiad prześwietleni na „zawszenie”. A wsadź go teraz do okopu na pierwszej linii, to okaże się pierwszym tchórzem. To nie tajemnica, że są odważni, dopóki pasą się na tyłach, za plecami dowództwa.
Tak! Pod Biełym wielu takich się wykazało, porzuciwszy broń i dokumenty. A przecież byli sprawdzeni, wybrani… Zdarzały się przypadki, że takich podchalimów wysyłali żołnierzom na pierwszą linię, kiedy coś zawinili, komuś nie dogodzili albo wpadli na kradzieży gdzieś na tyłach. Ściągali z takiego, kochaniutkiego, nowy półkożuszek, futrzaną czapę i rękawiczki z bibretów. „Bohaterowi” wydawano wytartą szynelinę z zabitego, dawano karabin i dwa magazynki nabojów. I truchtaj, braciszku, do strzelców na pierwszą linię, idź do żołnierzyków do okopu chlipać przezroczystą bałandę i karmić wszy. Truchtaj! Truchtaj, kochanieńki. Pozdrów wszystkich od nas! Takiemu iść do kompanii strzeleckiej, to jak żywemu głowę w pętlę wsunąć. Doszedł taki do transzei, a nocą szukaj wiatru w polu, wyparował. Albo go utłukło tak, że mokrej plamy nie zostało, albo ślady w stronę Niemca prowadzą. Oto macie sprawdzonego, macie oddanego wspólnej sprawie.
* * *
Na wietrze stoją dwie kompanie karabinów maszynowych. Wydać im tylko rozkaz, a zakołyszą się i ruszą do przodu.
Nie wiedzieliśmy dokładnie, dokąd idziemy. Za każdym razem podawano nam marszrutę na jeden nocny przemarsz. Obawiano się, że tajemnica rejonu ześrodkowania może się wydać. Przed świtem podchodziliśmy do miejsca postoju, rozkładaliśmy się w lesie, otrzymywaliśmy jedzenie i nasz felczer za każdym razem żartował:
– Przemyli kiszki? Znowu przy kuchni kolejka do lewatywy!
Szliśmy tak przez parę dni, ale nie odchodziliśmy daleko od linii frontu. W końcu stało się dla nas jasne, że obchodzimy bokiem miasto Biełyj.
Wkrótce nieopodal drogi ujrzeliśmy okopy, nasypy i kopczyki ziemianek. Podszedłszy do lasu, poczuliśmy zapach żołnierskich siedzib, spalenizny i końskiego nawozu. Nocny wiatr doniósł do nas woń miejsc pobytu ludzi i bliskości frontu. Pod niskimi rozłożystymi sosnami widać było ziemianki, okopy i jakieś zadaszenia, na pierwszy rzut oka dziwnie wyglądające. Na palach wkopanych w ziemię były zbudowane okapy chroniące przed pociskami, grube na dwie-trzy warstwy bali. Dla nas była to nowość. Wcześniej nigdzie nie widzieliśmy takich konstrukcji. Nawet u Niemców nie spotykaliśmy niczego podobnego. Stali tutaj nieznani nam rzemieślnicy. Potem we wszystkim się połapaliśmy. Jeśli w takie zadaszenie trafił ciężki pocisk, burzący lub z opóźnionym zapalnikiem, to rozrywał się na osłaniającym okapie. A schron, znajdujący się niżej, nie doznawał uszkodzeń przy wybuchu. Najwidoczniej Niemcy często wypuszczali tu pociski dużego kalibru. Jednak nie wszystkie ziemianki i schrony były wyposażone w owe ochronne daszki. Tutaj, jak nam powiedziano, na wzgórzach przed nami broniła się brygada ałtajska.
Zwykle żołnierze różnych jednostek budowali schrony i ziemianki po swojemu. Ałtajcy ryli głębokie wykopy, wpuszczali w ziemię wilgotne bierwiona i na górze budowali stropy. Żołnierze naszej dywizji nad jamą w ziemi stawiali powałę, przesypując ją warstwami ziemi. Wyjątek stanowiło nasze dowództwo. Saperzy budowali dla nich wyjątkowo porządne schrony. A prości żołnierze i oficerowie mieszkali, jak kto mógł – w ziemnych schronach z dwu-trzywarstwowymi stropami. Do dywizji jako uzupełnienie dla kompanii przysłano nam nowych żołnierzy: Uzbeków, Tadżyków i członków innych narodowości z republik środkowoazjatyckich. Ryli sobie nory niczym świstaki w wąwozach. A nasi Słowianie ze środkowej części kraju mieszkali w szałasach i w okopach, które nakrywali od góry świerczyną i żerdziami. Wszyscy budowali schrony na swój sposób. Ałtajcy mieli przestronne ziemianki, położone bardzo blisko siebie. Uzbecy i Tadżykowie ryli swoje nory w ziemi, jedną przy drugiej. Sybiracy budowali je w sposób rozproszony. Sadyby Słowian także były porozrzucane.
Weszliśmy do lasu, gdzie pod niedużymi sosnami wyznaczono nam puste ziemianki ałtajców, położone z dala od nich. Bierwiona ziemianek, osadzonych w ziemi, niemalże się dotykały. Kiedyś stał tu drugi rzut brygady ałtajskiej. Ale brygada poniosła duże straty, żołnierzy na tyłach porządnie odsiano i wysłano na pierwszą linię. Można przyjąć, że połowa schronów świeciła teraz pustkami.
Widzieliśmy z daleka ich żołnierzy, którzy stali na posterunkach. Można rzec, że teraz byliśmy ich sąsiadami. Żołnierze byli niewielkiego wzrostu, jacyś tacy krępi i szerocy w biodrach. Nie to, co nasze tyczki – chuderlaki.
Ich żołnierze dreptali w półmroku, inni przebiegali, przestawiając nogi małymi kroczkami. Przetaczali się po ścieżkach niczym kulki.
Nawet ich konie, stojące przy palikach pod niewysokimi zadaszeniami i pasujące do nich, były karłowate, krótkonogie i włochate. Ogólnie rzecz biorąc, nocną porą ałtajscy żołnierze wydali nam się malutcy i niemalże karzełkowaci. Albo tak się zmęczyliśmy przemarszami, albo niewysokie sosny przygięły tych ludzi do ziemi. Ale przecież nasi się nie przygarbili i nie pochylili!
Najwidoczniej Ałtajców cechował ponury charakter, gdyż trzymali się od nas z daleka. I kiedy nasi żołnierze do nich wołali, to tamci od razu odwracali się plecami.
– Jak tu u was, bracia, sprawy się mają? Ścierwa Niemcy pewnie zdrowo tłuką? – krzyczeli w ich stronę nasi strzelcy.
Lecz zamiast odpowiedzi widzieli tylko ich plecy.
– To chyba poważny narodek!
Po marszu nasi strzelcy nie mieli sił, aby wstawać z ziemi i iść tam do nich tylko po to, aby cokolwiek wyjaśniać. Gdzie tam! Nogi im odjęło! Kolana nie chciały się zginać! Język się plątał! Zawsze tak jest, gdy po marszu dojdzie się na miejsce. Nie da się unieść nóg, ważą chyba po piętnaście kilo. A powiedz im, że jeszcze nie doszli do celu, że zostały jeszcze dwa, trzy przemarsze – skąd wtedy biorą siły? Z rękawa wytrzepią. Tutaj, kiedy żołnierz już przyszedł, układa się na boku, leży na śniegu i czeka, żeby tylko dowlec się do pryczy. Nie ruszysz go z ziemi. Chyba pogadamy jutro! Rano sami się rozejrzymy!
Z daleka widać wartowników. To nasze drągale leżą tam rozwałkowani.
Chłopy, jak to chłopy! Postaw go teraz na posterunku – czy aby będzie stać w miejscu? Przysiądzie przy ziemiance, spuści głowę i siedzi, niby śpi, niby czuwa. Możesz na niego krzyczeć albo i nie, a on i tak wie, co ma robić. A ci Ałtajcy na posterunku nie ustoją spokojnie ani minuty. Bez przerwy się wiercą, kręcą, ciągle gdzieś patrzą. Zobaczywszy, że nasi ludzie rozeszli się po ziemiankach, Ałtajcy zaczęli podchodzić bliżej. Ale kto ma ochotę im się przyglądać nocą, po takiej drodze? Toż to żołnierze jak wszyscy inni, tylko karabiny za plecami sterczą im trochę wysoko.
I dopiero kiedy wszyscy się wyspali, kiedy nadszedł świt, kiedy wszyscy wyleźli z ziemianek na zewnątrz, w świetle poranka od razu przejrzeliśmy na oczy. Przed nami na posterunkach majaczyli nie żołnierze, a ałtajskie kobiety. Ubrane były tak jak my, w wojskowe mundury.
– No, bracie, ale historia! Baby nas tu pilnowały! A my jak drwa, jak świerkowe polana, taką noc żeśmy przespali!
Ałtajska brygada składała się z ochotników i w swym składzie miała dużą liczbę kobiet. Drugi rzut brygady składał się z nich w całości. Kobiety pełniły tam role snajperów, strzelców karabinów maszynowych, saperów, telefonistów, amunicyjnych i sanitariuszy. Wiele z nich walczyło na pierwszej linii.
– Ale robota! Niech to licho! Malinki dla naszej braci!
– Idź, podejdź tylko! Ze snajperką stoi! No? Przecież sam widzę!
Major Maleczkin kręcił głową i zacierał ręce.
– Słuchajcie no, szefie sztabu. Dla mnie zostawcie ziemiankę na jedną osobę. Telefon postawisz u siebie. Telefonistów też posadzisz u siebie. Mi są niepotrzebni. A ja pojadę do dywizji. Wrócę pod wieczór. Przykaż, żeby wszystko było gotowe!
Wróciwszy z dywizji, oznajmił:
– Batalion broni maszynowej na razie zostaje w rezerwie. W dywizji wydali ścisły rozkaz. Wydać polecenie, aby nasi tu się po próżnicy nie szwendali! Dookoła wszędzie baby! Żołnierze zaraz się za amory wezmą.
Wokół zajętych przez nas ziemianek rozciągnęliśmy sznurek i każdej kompanii przykazaliśmy, że wychodzenie zań jest surowo zabronione. Tylko Maleczkin miał prawo robić krok w tamtą stronę.
Drugiego dnia naszego postoju w sztabowej ziemiance, w której mieszkałem, pojawił się Maleczkin i od progu oznajmił:
– Ty, szef sztabu, zostajesz w moim zastępstwie! Przyjmij, że zachorowałem! W dywizji o tym wiedzą. A ty siedź na telefonach, mogą zadzwonić. Komisarz wyjechał do wydziału politycznego i pobędzie tam przez czas nieokreślony. Ty zostajesz tu jako szef. Jegor pojedzie po żarcie i zajdzie do ciebie. Jakby co, przekażesz przez niego meldunek. No, to na razie! Życzę powodzenia!
Major odwrócił się i zniknął. My zaś staliśmy na dotychczasowym miejscu. Telefonów z dywizji nie było.
Po dwóch dniach major wrócił. Zobaczyłem go przelotnie. Był zadowolony, zmęczony i zmizerniały. Nie zachodząc do mnie, poszedł do siebie i uwalił się do snu. Następnego dnia przyszedł do mnie do ziemianki.
– No, jak tam sprawy u szefa sztabu? Jak wam idzie beze mnie? Z dywizji ktoś dzwonił?
Pokręciłem głową.
– Przejdź się po kompaniach! Szykuj żołnierzy. Sprawdź broń! Na dniach ruszamy. Przechodzimy do natarcia. Ale na razie o tym nikomu ani mru mru! Wieczorem zajdę do ciebie, pogramy w karcioszki.
To oznaczało, że o wszystkim pomówimy. Chciałem mu zameldować o gotowości kompanii. Telefonistów i pisarzy odesłałem ze schronu do ziemianki żołnierzy. Nie musieli słuchać naszych rozmów.
– Wieczorem mi o wszystkim opowiesz!
Pod wieczór major pojawił się u mnie, przysiadł do stołu, westchnął głęboko i uśmiechnął się.
– No i mamy tu baby! – powiedział jakoś tak z zadumą. – W batalionie zostało nam mało ludzi. Nie czekaj na uzupełnienia, nie będzie żadnych. Do natarcia pójdziemy w obecnym składzie. Będziemy się posuwać w pasie 48 Pułku.
Zameldowałem mu o gotowości kompanii i poprosiłem, aby każdą z nich wyposażyć w podwodę.
– Podczas marszu musimy mieć pełen zapas amunicji. Żołnierze nie dadzą rady nieść cekaemów i amunicji na grzbiecie.
– Dobrze! Odbierzemy podwody naszym zaopatrzeniowcom. Co prawda, to prawda, nasi Słowianie faktycznie wychudli.
Major wyciągnął satynowane karty. Rzeczowa rozmowa toczyła się dalej. Graliśmy, major zadawał pytania i opowiadał. Słuchałem go, odpowiadałem na pytania, a sam myślałem o czymś innym.
W pułkach i w dywizji nie miałem bliskich przyjaciół ani dobrych znajomych. Byłem sam jak palec. Uwolnili mnie z pierwszej linii, ale do kompanii sztabowej nie przyjęli. Dla nich dalej byłem „Wańką – trepem”. Sztabowcy nie zawierali znajomości z ludźmi z okopów. No, ale kim ja byłem? Porucznikiem, dowódcą kompanii cekaemów, z braku znających się na rzeczy wyznaczonym na szefa sztabu batalionu. Inna sprawa – major Malecznik. On był gościem. Miał dużo przyjaciół. Dzierżył w ręku mienie i zaopatrzenie w żywność. Przyjaźń trzeba podtrzymywać, podkarmiać, niczym ognisko domowe. Za co mu się niekiedy dostawało.
Major wiedział, że w dywizji nie mam bliskich przyjaciół i dlatego powierzał mi swoje najskrytsze tajemnice. Opowiadał mi o swoich przygodach. Musiał się z kimś podzielić, porozmawiać o tym i owym. Przed komisarzem batalionu starał się nie wyzewnętrzać. Żyli zgodnie, ale o osobistych sprawach między sobą nie rozmawiali. Komisarz często wyjeżdżał do wydziału politycznego dywizji. Maleczkin się temu nie sprzeciwiał. Również teraz komisarz był gdzieś tam.
– Jesteś jeszcze za młody, żeby się włóczyć za babami! Tak naprawdę niczego w babach nie pojmujesz. I z racji wieku, i stanowiska, jest na to dla ciebie za wcześnie. Ty lepiej słuchaj i zapamiętuj. Tobie są potrzebne panny. A baby to dla ciebie nieodpowiedni materiał. Strasznie stare. Twoja niewinność będzie cię peszyć. Im trzeba prawdziwego chłopa. U bab byłem. Rozgoniłem smutki i tęsknoty. Ja, poruczniku, jestem w takim wieku, że bab bokiem obchodzić nie mogę. Czego siedzisz? Twoja kolej! Uszy zwiesił!
Przez jakiś czas graliśmy w milczeniu. Lecz oto major wstał, podszedł do wyjścia i zagwizdał jak gołębiarz, wsuwając dwa palce do ust. W ten sposób wzywał swojego ordynansa Jegorkę. Potem wrócił do stołu, zmrużył przewrotnie jedno oko, splunął przez zęby, zatarł ręce i powiedział:
– Dzisiaj się wyspałem. Można jechać i smalić cholewki.
Usłyszawszy kroki Jegorki, major przybrał poważny i srogi wygląd. Jegorka wpadł do ziemianki, major podniósł na niego baczny wzrok, chrząknął dla porządku i powiedział jakby w zadumie:
– Odbierz od naszego złodzieja intendenta produkty i wódkę jako suchy prowiant! Niech wyda od razu na tydzień!
– Mówi, że ostatnim razem dostaliśmy na tydzień, a wróciliśmy po trzech dniach.
– Przekaż mu, żeby ten tyłowy szczur nie żydził! I niech nie miele za dużo jęzorem. Dzisiaj żywiłem się żołnierską bałandą. O, tu siorbałem z menażki, u szefa sztabu. Szef sztabu może potwierdzić. Powiedz mu tam, że major kazał całą kaszę przeliczyć po kaloriach na wódkę i konserwy. Cukier i omastę niech zostawi sobie. Lubi słodkie. Jęzor u niego nie łopata. Jak odbierzesz produkty, to siodłaj konie. Pojedziemy do dywizji.
Jegorka zrobił krok w przejście i zniknął za zasłonką, wiszącą nad drzwiami. Przez jakiś czas siedzieliśmy w milczeniu.
Kiedy na zewnątrz rozległ się stukot końskich kopyt po zamarzniętej ziemi, major ożywił się, zgarnął ze stołu rozrzucone karty, włożył półkożuszek, ściągnął się pasem, poprawił czapkę na głowie i założył rękawice. Klasnąwszy nimi głośno, pochylił się nad progiem, dziarskim ruchem odgarnął zasłonę i, odwróciwszy się, powiedział:
– Pilnuj porządku! Zostajesz w moim zastępstwie!
Mrugnąwszy do mnie jakby na pożegnanie, odwrócił się do wyjścia i zniknął z oczu. Poszedł, a ja siedziałem dalej, pogrążony w zadumie. Zadziwiła mnie łatwość, z jaką bez namysłu potrafił rozstrzygać wszelkie kwestie. Zapewne i w sprawach kobiet był bystry i stanowczy. A ja faktycznie byłem wstydliwy i miałem skryty charakter. Nie miałem animuszu, by z marszu podejmować decyzje. Sądziłem, że wszystko samo się jakoś ułoży. W życiu trzeba tylko zdobyć doświadczenie. Ja myślałem o życiu, a major wykładał mi o babach.
– Czort z życiem! – mówił i uśmiechał się. – Ten dzień jest mój! O czym tu gadać? Popatrz na Ałtajki! Mordują się na wietrze jak ostrzyżone owce. Sterczenie z karabinem to nie zajęcie dla baby. Chłopom kolana nie chcą się zginać. A kobiecie na mrozie dusza może zamarznąć. Czym ją będziesz rozgrzewać po wojnie?
Choć staliśmy w drugim rzucie, Niemcy nas bezustannie ostrzeliwali. Przyleci niemieckie ustrojstwo zapalające, nakryje schron i koniec wszelakich dyskusji. Wypruje na zewnątrz wszystkie cztery warstwy stropu razem z ziemią – flaków nie znajdziesz.
W szybko przemijającym życiu majora była jedna szczególna osobliwość. Napędzał go nie tylko nieposkromiony i zdecydowany charakter, lecz zawsze towarzyszyła mu myśl o rychłej i nieuniknionej śmierci. Człowiek czuje, gdy ziemia ucieka mu spod nóg. Niesprecyzowany strach zmuszał go do pośpiechu. Ani minuty nie mógł spokojnie usiedzieć na miejscu. Przez cały czas dokądś się śpieszył. Wielu sztabowców, znajdując się w drugim rzucie, trzęsło się, bladło i żegnało się z życiem podczas ostrzałów. To tylko my z pierwszej linii, przywykli do tarzania się po ziemi w rytm ryku pocisków, jakoś nie bardzo mieliśmy się czego bać. Przecież Niemiec nie tłukł salwami całych baterii, a raptem okresowo wypuszczał pociski z dwóch czy trzech dział. Z pół setki pocisków wystrzelonych na las, jeden mógł faktycznie trafić w dowolny schron. Pociski były ciężkie, burzące, z opóźnionym zapalnikiem. Wszystko pod sobą mieliły. Jednakże trafienie w schron, kiedy pociski rozrywają się na powierzchni setek metrów, to sprawa skomplikowana i praktycznie nie do zrobienia. Lecz i takie przypadki, rzecz jasna, się zdarzają!
Od jakiegoś czasu w oczach naszego majora zacząłem zauważać śmiertelny strach i smutek. Jakby anioły mu szeptały, że trzeba się szykować, że sprawa ma się ku końcowi. Gdy nadlatujące niemieckie pociski zaczynały huczeć gdzieś w pobliżu i wywalać ogromne leje, w lesie wszyscy podskakiwali, ściskali się w sprężynę, rzucali na ziemię i dłońmi nakrywali głowy, jeśli akurat nie mieli na nich hełmów. W spojrzeniu majora, jak zauważyłem, pojawiało się tępe szaleństwo. Źrenice mu się rozszerzały, spojrzenie martwiało, twarz przybierała ziemisty kolor.
Ostrzał się kończył – klęliśmy, strzepywaliśmy z siebie ziemię i siedząc w miejscu, na podłodze ziemianki, zapalaliśmy papierosa. A major skamieniały, stał jak kołek i patrzył przed siebie, niczego nie widząc. W środku coś w nim pękło.
Nad naszymi głowami chodziły i podskakiwały bale stropu, latała ziemia, trzeszczały belki podłogowe, łamały się podpory. Leżeliśmy plackiem na podłodze, przyciskając do niej brzuchy. Obok turlały się puszki, brzęczały puste menażki, przewracały się karabiny oparte o ściany. Kawałek płótna namiotowego, wiszący nad drzwiami, szarpał się i łopotał, z pieca sypał się węgiel i leciały iskry, a mosiężna łuska kopciółki dzwoniła niczym elektryczny dzwonek. Wszyscy pospołu kołysaliśmy się razem z ziemią i naszą budowlą z bierwion. Aparaty telefoniczne spadały na podłogę i łączność się urywała. Podniesiesz na moment głowę, przez ułamek sekundy rozejrzysz się wokoło, a w schronie kłęby dymu, pyłu, nic nie widać. Nawet nie wiesz, gdzie jesteś – na podłodze, czy w powietrzu? Może już fruniesz razem z belkami? A to, że żyjesz, to tylko ci się tak wydaje. I szarpiesz się, trzęsiesz w rytm ciosów fali uderzeniowej. Przychodzisz do siebie, podnosisz głowę, siadasz na podłodze, a w ustach jakby ci kot narobił.
Ostrzał się kończył, cichł w końcu ryk pocisków. Na haczyku wbitym w ścianę bujała się maska przeciwgazowa. Po jej wahadłowych ruchach można było ocenić, jak rzucało schronem podczas ostrzału.
Po kanonadzie wyjdziesz na zewnątrz, zaczerpniesz świeżego powietrza, otrząśniesz się niczym sparszywiały pies, strzepniesz pył z głowy i ramion, przetrzesz kułakiem oczy, spojrzysz na świat boży i wyjdzie na to, że oto jakbyś przeżył.
Gdzieś całkiem obok uderzył ciężki pocisk. Rąbnął tak, że nasz schron podskoczył na pół metra. Niedaleko słychać krzyki żołnierzy. Niesie stamtąd zapachem niemieckiego trotylu.
W tym czasie major wrócił z dywizji. Podjeżdżając, słyszał po drodze uderzenia ciężkich pocisków. Postanowił odpocząć, ale przedtem zaszedł do mnie, aby się dowiedzieć, czy w kompaniach nie ma strat. Tylko zeskoczył w przejście w mojej ziemiance, gdy w powietrzu ponownie zaszeleściły niemieckie pociski. W pobliżu wybuchy następowały jeden po drugim. Dym zasnuł wszystko wokół. Dopóki rwały się pociski, staliśmy przygięci w przejściu. Ale oto wszystko ucichło. Podnieśliśmy głowy.
Masz no swój schron i majora! Bierwiona i stropy stanęły dęba. W miejscu leżanki kombata powstała wielka jama. Zabiło dwa konie. Poległ żołnierz, stojący na posterunku przy wejściu. W powietrze wyleciała waliza majora, w której trzymał bryczesy i oficerki z chromowej skóry z ostrogami. Nie zwracając się do nikogo konkretnego, Maleczkin podrapał się po potylicy i jakby sam do siebie, wygłosił zagadkowe zdanie:
– Niemiec, kanalia, dawno we mnie celuje! Trzeci raz uciekam spod ogniska wybuchu.
Major odwrócił się do mnie i dodał:
– Czym to się skończy? Cały czas na mnie poluje!
Wzrok miał roztargniony, jakiś taki zatrwożony, pełen smutku i goryczy.
– Ty żeś się codziennie włóczył po pierwszej linii. Siedziałeś pod kulami i pociskami. Ilu to ludzi poginęło na szosie bielskiej? A ty żyjesz i jesteś cały. Ja siedzę w drugim rzucie i nie ruszam się stąd ani na krok do przodu. A on na mnie poluje każdego dnia. Gdzie mu tam, żeby trafić w schron naszego intendenta! Jednego złodzieja i kombinatora byłoby mniej. A on, ścierwo, poluje na mnie, tropi oficera – frontowca.
Kombat Maleczkin nie był tchórzem. Na początku wojny wojował na pierwszej linii, chodził do szturmu, był dwa razy ranny. Ale potem, osiadłszy na pułkowych tyłach, zaczął unikać pierwszej linii, wojna zaczęła działać mu na nerwy. W jego duszy zalęgł się strach. A ten, jeśli cię już dopadnie, to nigdzie się przed nim nie schowasz.
Pokręciliśmy się dookoła jego zniszczonego schronu. Major zakrzyknął na swojego masztalerza Jegorkę, obecnie pozostającego bez konia i kazał mu iść do Potapienki.
– Przekaż, żeby odcedził manierkę!
Zeszliśmy do mojej ziemianki sztabowej, usiedliśmy na pryczach i tkwiliśmy tak w milczeniu, bo rozmowa się nie kleiła. Po jakimś czasie pojawił się Jegorka z manierką w ręku. Podszedł do majora i zaczął szeptać mu na ucho:
– Potapienko mówił, żeby nikomu nie gadać o manierce!
– Czort z tym twoim Potapienko! I z jego konspiracją! Polewaj! Uczcimy takie oto wydarzenie: moje zmartwychwstanie! Dotarło do ciebie, Jegor? Twój major zmartwychwstał!
Jegor podniósł walające się po podłodze metalowe kubki. Postukał dnem i brzegami o krawędź stołu i przygotował się, aby nalewać.
– Przepłukał byś je chociaż, kołku! Nalejesz nam razem z ziemią! A potem pluj, krztuś się! Piasek będzie chrzęścić między zębami! Nic nie możesz skumać?
Jegorka pobiegł po wodę, obmył kubki i wytarł je szmatką. Kiedy kubki zostały napełnione, major przyłożył do nich dłoń, pokręcił głową, zrobił wdech i skrzywił się. W oczach miał zadowolenie. Wiedział, że alkohol lekko wejdzie w duszę. Wypuściwszy powietrze dla czystego pozoru, opróżnił kubek w szeroko otwarte usta.
– To jest to! Dusza pognała do raju! – powiedział łapiąc oddech, po czym zaśpiewał:
– Daj Bóg, bracia, się nie zgapić, by przed śmiercią się nie napić, bo potem uschniesz jak mumia! – A potem zwrócił się do Jegorki: – Jegor, nalej jeszcze! Polej po kropelce, tylko pilnuj, żeby było równo z brzegiem! Ja cię, złodziejaszku, na wylot znam! Chcesz przyoszczędzić na mnie, na własnym majorze! Nie mam ja farta, panie poruczniku! Przyleci do mnie taki jeden szajs i po wszystkim. Ciebie to ani kule, ani pociski nie ruszają. A mi nie dane będzie dożyć końca wojny. Miałem proroczy sen. W twój schron nigdy nie trafią. Będę z tobą mieszkać pod jednym dachem.
I major polazł na nary, umościł się wygodniej i wkrótce zasnął.
Ranek przyszedł jasny i słoneczny. Odwilż zastukała kroplami topniejącego śniegu i pojawiły się kałuże. Ocieplenie spadło także na Niemców. Rozmyło drogi. Ustał dowóz amunicji i Niemcy przestali strzelać. Nie mieli siły, by tłuc się po rozmokłych szlakach.
Major nieco pochrapywał, ale wkrótce się obudził. Nie lubił się wylegiwać po obudzeniu i przeciągać się na leżąco. Otworzywszy oczy, zrywał się na nogi i od razu zabierał się za różne sprawy.
– Towarzyszu majorze! Może podać wody do mycia? – pytał Jegorka.
– Naszykuj gorącej. Będę się golić.
Maleczkin golił się codziennie. Po goleniu spryskiwał się wodą kolońską.
– Żeby ładne panny wąchały ładne zapachy! – wyjaśniał.
Teraz wody kolońskiej nie było. Rozleciała się razem z ostrogami i walizą.
Nam, młodym, nie rosły jeszcze brody. Niektórzy z chłopaków dla powagi zapuszczali wąsy. Maleczkin spozierał na nich z niezadowoleniem.
– Co ty tam masz za puszek na wargach? Jak u niedonoszonego kurczaka! Zapewne nie masz brzytwy? Idź do starszyny, niech cię ogoli. Potem zameldujesz się u mnie osobiście!
Major był porządny i zawsze dbał o swój wygląd zewnętrzny. Ogromnie się zamartwiał ostrogami i wodą kolońską. Skąd on teraz weźmie ostrogi?
– Ty, szefie sztabu, przejdź się do cekaemistów, bo na pewno całkiem się rozespali! – powiedział, oglądając się w lusterku. – Sprawdź jeszcze raz cekaemy i broń osobistą! Wieczorem jadę do dywizji odebrać rozkaz bojowy. Zabrania się o tym mówić! Na dniach przechodzimy do natarcia.
