Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 3. Dziennik Żołnierza - Aleksander Iljicz Szumilin - ebook

Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 3. Dziennik Żołnierza ebook

Aleksander Iljicz Szumilin

0,0
42,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Nie dać się zabić – to naczelne hasło żołnierza frontowego Armii Czerwonej w II wojnie światowej. Nie ma tam mowy o jakimś heroizmie i ginięciu z imieniem Stalina na ustach! To są wszystko wymysły tzw. „tyłowników” – twierdzi autor. Wymysły tych, którzy nigdy nie byli na linii frontu. Żołnierz–frontowiec żył mniej więcej dwa tygodnie, wypełniając wciąż ten sam zbrodniczy rozkaz: „WPIERIOD” – bez względu na straty. Niezwykła książka Szumilina, „psa wojny”, któremu udało się przeżyć cały rok 1943 na linii frontu jako dowódca zwiadu pułkowego.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 705

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Od wydawcy

Od wydawcy

Na Wscho­dzie bez zmian – tak można by okre­ślić w naj­więk­szym skró­cie tom trzeci „Wańki-trepa” dla tych, któ­rzy są po lek­tu­rze dwóch pierw­szych tomów. Bez zmian w podej­ściu do ludz­kiego życia. Ci na pierw­szej linii muszą bowiem ginąć – po to prze­cież są. Ta filo­zo­fia wojny jest w Armii Czer­wo­nej nie­zmienna. Na ich miej­sce przyjdą prze­cież nowi. A ordery dla tyło­wych dowód­ców spły­wają tylko w jed­nym wypadku: kiedy ich woj­sko idzie „WPIE­RIOD”! A więc gonią tych oko­po­wych do przodu wciąż i wciąż, nie zwa­ża­jąc na straty czy na bez­denną głu­potę roz­ka­zów, gdy po odkry­tym polu pod górę każą iść pie­cho­cie zdo­by­wać wzgó­rze bez wspar­cia arty­le­rii czy broni maszy­no­wej. Ordery do pierw­szej linii – dla fron­tow­ców – oczy­wi­ście nie docie­rają. A po co im ordery, gdy zaraz i tak zginą? Zanim wnio­sek o ich przy­zna­nie zosta­nie roz­pa­trzony. Giną­cych w oko­pie wyrzuca się na zewnątrz, za okop, aby ciała tam spo­koj­nie sobie zamar­zły. Za chwilę przy­kryje je śnieg i nie będą rzu­cać się w oczy. Szkoda sił na kopa­nie gro­bów! Taka to filo­zo­fia panuje na pierw­szej linii frontu…

Nasz główny boha­ter, Szu­mi­lin, w tym tomie zna­lazł się w eli­tar­nej gru­pie zwia­dow­ców. Zostaje dowódcą puł­ko­wego zwiadu. Buduje wokół sie­bie zespół praw­dzi­wych „psów wojny”. Nawet ochot­nicy do zwiadu z wojsk powietrzno-desan­to­wych, a więc też eli­tar­nej w sumie jed­nostki, w zwia­dzie muszą się wiele rze­czy nauczyć. Pogar­dzają oni zwy­czajną pie­chotą, która ginie na ich oczach w oko­pach w spo­sób masowy. Jed­nego dnia Szu­mi­lin zostaje wysłany w misji spe­cjal­nej do okopu, aby wyja­śnić sprawę zabi­cia w oko­pie w nocy pra­wie 20 ludzi. Wszy­scy oni zostali zabici we śnie w nocy, nożem. Jak się oka­zało, zabił ich jeden czło­wiek – fiń­ski zwia­dowca, który samot­nie wszedł do okopu i zabi­jał wszyst­kich jakich spo­tkał na swo­jej dro­dze śpią­cych Rosjan nożem, po czym bez­piecz­nie powró­cił na nie­miecka stronę!

Książka, jak już czy­tel­nik pierw­szych dwóch tomów wie, będzie obfi­to­wać w nie­zwy­kłe epi­zody. Ale będzie też potwier­dzać zbrod­ni­cze w sumie dzia­ła­nia dowódz­twa rosyj­skiego, posy­ła­ją­cego pro­stych żoł­nie­rzy na pewną śmierć. Dla­tego dłu­gość życia żoł­nie­rza na pierw­szej linii wyno­siła śred­nio dwa tygo­dnie! Szczę­ściem jest zostać ran­nym. Ranny będzie prze­cież żyć, choć przez chwilę, dopóki go nie wyle­czą i nie poślą z powro­tem do tej fabryki śmierci na pierw­szą linię.

Szu­mi­lin ni­gdy się nie znu­dzi. Jego spo­sób nar­ra­cji i ilość nie­zwy­kłych epi­zo­dów wojen­nych, a także obraz Armii Czer­wo­nej idą­cej jak walec do przodu bez względu na wła­sne straty, na długo pew­nie zosta­nie w pamięci czy­tel­ni­ków.

Andrzej Ryba

1943

Rozdział 19 – Na tyłach pułku (styczeń 1943 roku)

Roz­dział 19 – Na tyłach pułku (sty­czeń 1943 roku)

Teraz, po poran­nym mro­zie i ostrym słońcu w ciągu dnia, w lesie zro­biło się cał­kiem ciemno i mokro. Gdzieś z boku zawiał wil­gotny wiatr, zako­ły­sał gałę­ziami świer­ków i zahu­czał w żela­znym komi­nie. Zwil­got­niały śnieg spa­dał z gałęzi na zie­mię. W twarz dmuch­nęło mokrą mgłą, ale zaraz poryw wia­tru ucichł. W lesie zro­biło się cicho, niczym przed burzą.

Po jakimś cza­sie w powie­trzu zakrę­ciły się lek­kie śnie­żynki. W ślad za nimi naj­pierw rzad­kie, a potem ogromne i mokre płaty śniegu ponio­sły się gęstą ścianą. Cięż­kie, lep­kie, syp­nęły tak szczel­nie i gęsto, że zlały się w jeden potok i prze­sło­niły sobą cały prze­stwór.

Gdzie nie spoj­rzysz, wszę­dzie leci biała i mokra masa. Ośle­pia oczy, topi się na twa­rzy, ciek­nie po czole i brwiach, łasko­cze noz­drza i mrozi pod­bró­dek. Zimna ciecz wpada za koł­nierz, topi się na karku i zim­nym stru­my­kiem spływa po gołym ciele wzdłuż krę­go­słupa. Spoza gęstej śnież­nej ściany nic nie widać.

Z tego morza śniegu wypływa nagle głowa konia, oprze się o cie­bie, pchnie cię hoło­blą, a woź­nicy i sań z tyłu nie widać. War­tow­nicy koło cie­pla­ków wci­skają się pod dachy. Wszystko co żyje, chowa się przed lecą­cym z góry cięż­kim śnie­giem. Nawet konie, przy­wią­zane do pali­ków pod dasz­kami, pod­ku­liły ogony.

– To dopiero pogódka! Szlag by ją tra­fił! Wybacz mi, Boże! – mówi star­szyna, wci­ska­jąc się w przej­ście w cie­plaku. – Za dia­bła nic nie widać, choć oko wykol! Mało do Niem­ców nie tra­fiłem!

Star­szyna ścią­gnął z sie­bie spęcz­niały od wody pół­ko­żu­szek, usiadł na ławie, oparł się ręką o kra­wędź stołu i zaczął zdej­mo­wać cięż­kie od wil­goci walonki. Zaczął mu poma­gać żoł­nierz, który sie­dział w kucki koło pie­cyka.

– Weź no, bra­cie, pod­susz moje łaszki! A ja się przy­tulę po tej jeź­dzie. Całą noc plą­ta­łem się po wil­got­nym śniegu, jestem mokry do pasa!

Odmo­taw­szy mokre onuce, star­szyna trzep­nął nimi o pod­łogę, ścią­gnął z głowy czapkę i poka­słu­jąc wlazł na nary. Nacią­gnął na sie­bie suchy szy­nel, zapa­lił, uło­żył się i w tej pozy­cji kon­ty­nu­ował mono­log.

– Led­wie dotar­łem do bata­lionu! Wiele razy zła­zi­łem z sań, tupa­łem przed sobą, wyma­cy­wa­łem nogami drogę. Prze­mo­kłem do suchej nitki!

Powie­dział jesz­cze parę moc­nych słów pod adre­sem pogody, prze­krę­cił się na bok, podra­pał się za sprawą wszy i wkrótce usnął. W schro­nie zapa­dło mil­cze­nie.

Leża­łem na pry­czy z otwar­tymi oczami, zało­żyw­szy ręce pod głowę i patrzy­łem w sufit. Przed oczami mia­łem zakop­cone belki i ster­czącą pod kątem pordze­wiałą żela­zną rurę komina od pie­cyka, która poprzez wycię­cie wycho­dziła przez strop.

Na dwo­rze był dzień. Biel śniegu smutno prze­bi­jała się przez szkło nie­wiel­kiego okna. Na zewnątrz na­dal uno­siła się śnieżna zasłona. Pod sufi­tem stał sza­ro­nie­bie­ski dym. Po szorst­kiej korze bali w tę i z powro­tem peł­zały grube kro­ple wody. W cie­plaku było duszno i wil­gotno. Wil­goć wła­ziła wszę­dzie, we wszyst­kie szpary pomię­dzy drew­niane okrą­glaki. O ile w mroźne dni w szcze­li­nach mię­dzy balami przy­le­piała się gruba war­stwa śniegu, lodu i szronu, tak teraz wszystko się sto­piło i po ścia­nach spły­wały stru­myczki wody.

W drew­nia­nym otwo­rze wisi kawa­łek mokrej szmaty. W samym przej­ściu woda chlu­pie pod nogami. W cie­plaku cza­sami jest to chłodno, to gorąco. Sie­dzący przy stole dyżurny żoł­nierz unie­sie głowę, nie­chęt­nie wsta­nie i pod­rzuci narę­cze drew do żela­znego pie­cyka, oprze się pier­sią o kra­wędź stołu, zamknie oczy i zaśnie. Przez jakiś czas żela­zna beczka będzie pło­nąć roz­pa­lo­nymi bokami. Drwa się spalą, beczka osty­gnie i znowu zrobi się zimno. Kiedy jest gorąco, na narach nie ode­tchniesz – za dużo tu cięż­kiego smrodu, sza­ro­nie­bie­skiego dymu i cuch­ną­cej pary, biją­cej od roz­wie­szo­nej wszę­dzie odzieży.

Nad lasem cią­gle wisi biała mgła. War­tow­nicy narzu­cili na sie­bie pele­ryny prze­ciw­desz­czowe. Każ­demu nawa­liły na głowę i ramiona ogromne zaspy lep­kiego śniegu. Żoł­nie­rze stoją bez ruchu. Popa­trzysz na nich i widzisz cudaczne posągi.

Wie­czo­rem star­szyna wyłazi spod cie­płego szy­nela, krzywi się z nie­za­do­wo­le­niem, naciąga na sie­bie pomarsz­czony suchy pół­ko­żu­szek, wsuwa nogi w walonki, wzdy­cha, kaszle, wci­ska na głowę czapkę, zakłada ręka­wice i szarp­nąw­szy na bok mokrą szmatę przy wej­ściu, z prze­kleń­stwem na ustach odcho­dzi w śnieżną zasłonę. Ja też muszę wsta­wać.

Woź­nica z koniem i saniami już czeka przy wyj­ściu. Wstał wcze­śniej. Zało­żył koni­kowi cho­mąto, oczy­ścił sanie ze śniegu, któ­rego nawa­liło w ciągu dnia, pod­rzu­cił narę­cze suchego siana i ponow­nie nakrył sanie suchym gru­bym bre­zen­tem. Star­szyna pakuje się do sań i wcho­dzi pod bre­zent. Woź­nica pod­suwa się do kra­wę­dzi sań i szar­pie wodzami konia. Razem ruszają do kuchni.

Konik, par­ska­jąc, trzę­sie głową i okłada się ogo­nem po mokrych bokach. Drogi nie widać. Z góry leci biała zasłona. Lecz zwie­rzę czuje zapach kuchen­nego kotła i rzad­kiej żoł­nier­skiej lury. Z daleka wychwy­tuje noz­drzami zna­jomą woń. Koń jest z wyglądu marny, z zapad­nię­tymi bokami, niski w kłę­bie. Ani tu rasy, ani urody! Taki sobie! Ale głów­kuje nie­źle! Pew­nie obiera odpo­wiedni kie­ru­nek i śmiało kro­czy. Otrzy­maw­szy na kuchni chleb i napeł­niw­szy ter­mosy, star­szyna znowu chowa się pod bre­zen­tem. Woź­nica szar­pie wodze. Konik obraca sanie w prze­ciwną stronę i tupie po dro­dze. Mar­szrutę zna na pamięć.

Stoję przy dro­dze i cze­kam na star­szynę. Dzi­siaj muszę zaje­chać na pierw­szą linię. Chcę popa­trzeć, jak tam peł­nią służbę nasi żoł­nie­rze.

– No i pogoda paskudna! – mówi star­szyna, gdy przy­sia­dam się do niego, wła­żąc pod bre­zent.

Fak­tycz­nie! Komu przyj­dzie do głowy taki pomysł, aby w taką pogodę i roz­topy wlec się po bło­cie roz­my­tych dróg. Na saniach pod par­cianką jest sucho i pach­nie sia­nem. Spod jej kra­wę­dzi widać, jak ciężki śnieg nie­sie się ku ziemi nie­prze­nik­nioną zasłoną.

– No i co? Cze­goś gębę roz­dzia­wił? – roz­lega się spod bre­zentu bas star­szyny, skie­ro­wany do woź­nicy. – Idź i szu­kaj! Zje­cha­łeś z drogi!

W lesie stropy schro­nów i zie­mia­nek zrów­nały się z zie­mią. Zbu­do­wane z bier­wion cie­plaki, sto­jące na powierzchni, jakoś tak nagle zapa­dły się po same dachy. Dookoła w śniegu ani ście­żek, ani dróg. Na wszyst­kim zalega nowy śnieg i nie­prze­byte błoto. Gałę­zie świer­ków przy­gięły się i obwi­sły pod cię­ża­rem bieli. Śnieżny cię­żar zwa­lił się na nie i przy­du­sił do ziemi. Tu i ówdzie wiją się tylko bruzdy po saniach, a głę­bo­kie ślady koń­skich kopyt robią pętle wokół świer­ków. Co będzie dalej, jeśli śnieg nie prze­sta­nie padać? Kto ma chęć leźć po kolana w takiej brei?

Hansy i Fryce, posma­ko­waw­szy śnież­nego śluzu, rów­nież przy­ci­chli. Na pierw­szej linii trwała nie­zwy­kła cisza. Naszym Sło­wia­nom było dużo lżej – swoj­ska pogódka! Ani wojny, ani strze­la­niny. Jakby czas pokoju. Wie­rzyć się nawet nie chce – będzie tak kie­dyś? Nasi żoł­nie­rze mają teraz tylko jedno zmar­twie­nie – żeby jak naj­szyb­ciej dostać rację chleba, cho­chlę zupiny i uciec, nie zamo­czyw­szy por­tek.

Nikt się nie uma­wiał. Strze­la­nina uci­chła i ustała sama z sie­bie. Żoł­nie­rze czym prę­dzej wybie­gną na wezwa­nie star­szyny. Zagrze­cho­czą menaż­kami i zręcz­nie poła­pią mokre bochenki chleba. Star­szyna chlap­nie im czer­pak pochlipki, a oni zado­wo­leni już śpie­szą z powro­tem do swo­ich nor. I sie­dzą gdzieś tam pod zie­mią, sku­leni nad menaż­kami, cedzą przez zęby bałandę i dra­pią się w tyłki. A z wierz­chu leci i sypie mokry śnieg. Cisza, aż w uszach dzwoni!

Rozej­rza­łem się wokoło. Patrzę na zbo­cze przed­niego skraju obrony, na dziury, do któ­rych żoł­nie­rze zdą­żyli zwin­nie zanur­ko­wać. Pod zale­ga­ją­cym śnie­giem nie widać ich nor. Wszę­dzie, gdzie nie spoj­rzeć, leży biały śnieg i wręcz nie chce się wie­rzyć, że pod zie­mią żyją i funk­cjo­nują żywi ludzie.

Dwa dni wcze­śniej trwała tu wojna, świ­stały kule, roz­ry­wały się poci­ski i ryczały gra­naty moź­dzie­rzowe. A teraz cisza! To nie wojna, a jakaś bzdura! Tak mówi star­szyna, kiedy wraca do cie­plaka z pierw­szej linii. Zasy­pało drogi. Ukró­ciło Niem­com pod­wóz zaopa­trze­nia. Oszczę­dzają poci­ski! A nasi nie mają czego wozić. U nas, nawet gdy drogi zimą tward­nieją pod nogami, wydają po dzie­sięć poci­sków na działo jako nie­na­ru­szalny zapas.

Żoł­nie­rze są teraz zado­wo­leni, że wokoło zro­biło się cicho. Zresztą, do kogo strze­lać? Wystar­czy spoj­rzeć! Dookoła wszystko białe i nic nie widać. Cza­sami sto­isz i zasta­na­wiasz się, z któ­rej strony są Niemcy, a z któ­rej sie­dzą nasi Sło­wia­nie. W która stronę strze­lać? Może tam sie­dzą nasi?

Leniwe zobo­jęt­nie­nie, gnu­śność i senna apa­tia z pierw­szej linii dotarły na tyły. I tam, w szta­bach i dru­gich esze­lo­nach, poja­wiła się sen­ność. Śnieg zatrzy­mał i uga­sił pło­mień wojny.

Nasi wsłu­chi­wali się, czy aby Niemcy nie zaczną postrze­li­wać. A Niemcy sie­dzieli i bali się, żeby w ten śnieg i sza­rugę nie zwa­lili się na nich Rosja­nie. Jedni i dru­dzy pra­gnęli tego samego – ciszy i spo­koju.

Śnieg zała­twił sprawę. Dał począ­tek leni­stwu i sen­no­ści, bez per­spek­tyw na jakąś zmianę. W taką pogodę nie było szans, aby roz­ru­szać Sło­wian. Nawet dowódcy kom­pa­nii, przy­wy­kli do nęka­nia żoł­nie­rzy, zaczęli się odgry­zać przez tele­fon:

– Wszyst­kie okopy zalało wodą! Ludzie są mokrzy po tyłki! Jakie znowu strze­la­nie? Czu­jek nie ma gdzie wysta­wić!

Teraz wszy­scy sie­dzieli i cze­kali, kiedy znikną zaspy i zej­dzie woda. Innych trosk na pierw­szej linii i na tyłach nie było. Każdy zabi­jał czas, jak mógł.

I oto stop­niowo, poma­lutku, z tej bez­czyn­no­ści i ospa­ło­ści w tyło­wych zie­mian­kach, zaczęto grać w karty. Od nie­win­nego „dur­nia”, po grę na roz­ma­ite rze­czy i pie­nią­dze.

Nasz kom­bat Malecz­nik także nie wytrzy­mał. Już dawno swę­działy go ręce, aby zasiąść i nas ograć. I major, ufny w swe umie­jęt­no­ści i pełen wiary w suk­ces, poja­wił się któ­re­goś razu w szta­bo­wym cie­plaku i zapro­po­no­wał, by uciąć par­tyjkę na pie­nią­dze. Gra, pełna har­mi­dru, tar­za­nia się po pry­czach i trzy­ma­nia się za brzu­chy ze śmie­chu, prze­cią­gnęła się na całą noc. Czę­sto roz­le­gały się okrzyki „Ura!”, jak­by­śmy co naj­mniej ruszali do ataku1. Do ranka major sta­ran­nie uskła­dał pokaźny plik dzie­się­cio­ru­bló­wek, po czym, zado­wo­lony ze zwy­cię­stwa, ruszył do swo­jego schronu aby się wyspać.

Następ­nego dnia z pustymi kie­sze­niami, mając jedy­nie resztki jakichś drob­nych, na pocie­sze­nie uda­li­śmy się do puł­ko­wego che­mika na małą par­tyjkę. Przez kilka dni nie spo­ty­ka­li­śmy się z Malecz­ki­nem przy kar­tach.

U che­mika pułku zebrała się wszawa kom­pa­nia gra­czy. Sie­dzieli, śli­nili karty, obsta­wiali tyle co nic, skrom­nie, bez ryzyka, a i to ze zmien­nym szczę­ściem. Trze­ciego dnia z gry były nici. Nie poszło i już! I nasza kom­pa­nia się roz­pa­dła.

Minęła noc i dzień, a my wał­ko­ni­li­śmy się na narach. Do cie­plaka zaj­rzał Malecz­kin i zapro­si­li­śmy go, aby przy­ciął w kar­cioszki.

– Dobra, przyjdę póź­niej – powie­dział i wyszedł na zewnątrz. – Pójdę i powiem Jegorce, żeby wyczy­ścił konia – usły­sza­łem jego głos za pro­giem.

Do naszego cie­plaka major zawsze przy­cho­dził wesoły. Także i tym razem, poka­zaw­szy się w przej­ściu i odsło­niw­szy mokrą zasłonę, uśmiech­nął się i puścił do nas oko. Od razu usa­do­wił się na pry­czy, spode łba obrzu­cił nas zde­cy­do­wa­nym spoj­rze­niem i zaczął z zado­wo­le­niem zacie­rać ręce.

– Sia­daj­cie, sokoły! Dosia­daj­cie się, bra­cia ceka­emi­ści! Coś tak czuję, gwar­dzi­ści, że znowu poja­wiły się u was pie­niążki! Peł­zają na piersi jak robale pod koszu­liną! Nie dają spo­koju! – i podra­pał się paznok­ciami pod koszulą. Ogra­li­ście che­mika pułku? Zaczę­li­ście sto­so­wać moją metodę? Pro­szę, pro­szę! Zoba­czymy, jak sobie przy­swo­ili­ście moje nauki!

Major zrzu­cał z nóg walonki, wycią­gał z kie­szeni talię kart i zara­żał nas swoim rado­snym duchem walki. Ani jedna karta nie wycho­dziła z talii bez jego weso­łego żar­ciku, aneg­dotki czy dow­cipu. Być może cała tak­tyka i stra­te­gia jego gry była zbu­do­wana wokół weso­łych powie­dzo­nek, co miało nas pod­pu­ścić i skło­nić do pój­ścia na ryzyko. I pod­da­wa­li­śmy się temu, ryzy­ko­wa­li­śmy, gra­li­śmy w ciemno i zgar­nia­li­śmy nad­wyżki.

Major tak od razu nas nie ogry­wał i grał z rezerwą – dawał nam czas, byśmy się poba­wili i roz­we­se­lili. A nam było wesoło i czas szybko leciał. Kiedy ma się dwa­dzie­ścia lat to dzień wle­cze się długo, a zimowa noc to już jak cała wiecz­ność. Przy kar­tach czas mija szybko.

Major nie kom­bi­no­wał, grał pro­sto i uczci­wie. Przy akom­pa­nia­men­cie jego żar­ci­ków sami szu­ka­li­śmy guza.

– No, dobra, gwar­dzi­ści! Wystar­czy na dzi­siaj! Już ranek! – mówił, odchy­la­jąc się na prycz. – Spać mi się chce! Zresztą na pewno nie macie już pie­nię­dzy? Wystar­czy! Bo cał­kiem stra­ci­cie ochotę do gry! Znowu pew­nie pole­ci­cie do puł­ko­wego che­mika, żeby go ogry­wać. Znam ja was!

U puł­ko­wego che­mika gra w karty się nie kle­iła. Po pro­stu – ani rusz! Grało się jakoś ospale, obo­jęt­nie. Wszystko ma swój koniec. Gra w karty się nam prze­ja­dła.

Lecz che­mik pułku to świa­tła głowa! Wał­koń i próż­niak, za to potra­fił myśleć, jak mało kto. Widocz­nie nie tra­fił na pierw­szą linię wła­śnie dzięki swemu inte­lek­towi. Nie to, co my, któ­rzy leź­li­śmy pod kule jak barany. Che­mik rów­nież pod­czas walki przez cały czas wycie­rał kąty na tyłach ze swymi maskami prze­ciw­ga­zo­wymi. Nie miał wyso­kiej szarży. Był rap­tem w stop­niu star­szego tech­nika–porucz­nika, ale w kociołku goto­wał nie bied­niej gene­rała. Gdyby nie nik­czemna szarża i nie maski prze­ciw­ga­zowe, które pozo­sta­wały w jego gestii, to wła­śnie on, a nie jakiś tam Dobro­wol­ski objąłby 17 Dywi­zję Gwar­dii.

Dzwoni do nas kie­dyś i pro­po­nuje, żeby­śmy do niego zaszli. Zapra­sza usil­nie.

– Jest pół manierki spi­ry­tusu z zaką­ską – mówi.

Widocz­nie zaczął tęsk­nić i roz­bo­lało go serce. Wzdy­cha do naszej kom­pa­nii. Skoro prosi – trzeba iść! Obie­cał, że na zaką­skę pod­smaży sło­niny. Skąd che­mik ma sło­ninę? Pod­wę­dził, nie ina­czej! Nie wymie­nił się aby z maga­zy­nie­rem na maski prze­ciw­ga­zowe? Zebrał w lesie porzu­cone maski i prze­han­dlo­wał za sło­ninę! Ha, ha! Bo skąd by ją wziął?

Naro­dek na fron­cie jest sprytny. Coś źle poło­żysz – zaraz pod­cią­gną. Potem możesz nie szu­kać. Sło­nina to nie drwa – nie ponie­wiera się na dro­dze w lesie. Pew­nie mu się spodo­ba­li­śmy i che­mik zatę­sk­nił za naszym towa­rzy­stwem. Bo kim my dla niego jeste­śmy? Po pro­stu kum­plami i przy­ja­ciółmi.

Powi­tał nas ser­decz­nie, z cie­płym uśmie­chem. Zgod­nie z obiet­nicą nalał, by paroma łycz­kami prze­myć gar­dło – po pół kubka. Po dru­gim podał na stół skwier­czącą sło­ninę na patelni. Jakby chciał nam zapchać usta sma­żoną sło­niną, żeby­śmy ich nie otwie­rali i nie odbie­rali mu głosu w prze­rwach pomię­dzy dys­ku­sjami. Wszystko dla­tego, iż miał zamiar ura­czyć nas czymś w rodzaju refe­ratu.

– Dzi­siaj opo­wiem wam o pew­nej pra­sta­rej grze – zaczął.

Rzecz jasna nie wie­dzie­li­śmy, jaki będzie sens jego wypo­wie­dzi. Wzru­szy­li­śmy ramio­nami, zupeł­nie jakby nam zapro­po­no­wano, aby stawką w grze były wszy.

Nic nie poj­mo­wa­li­śmy, a on buchał entu­zja­zmem. Niczego się nie domy­śla­li­śmy, a on się uśmie­chał od ucha do ucha.

– Teraz jest naj­lep­sza pora – powie­dział – aby opo­wie­dzieć o isto­cie tej ofi­cer­skiej gry. Ale pamię­taj­cie – dodał przy­mil­nym tonem – że to zaję­cie nie tyle zabawne, co namiętne i trzy­ma­jące w napię­ciu, to hazard. Jeste­śmy gwar­dzi­stami! Gra jest ide­alna dla nas! Naj­pierw opo­wiem nie o samej grze, a że tak to okre­ślę, o przed­mio­cie badań. Powin­ni­ście zwró­cić nań szcze­gólną uwagę, bowiem to ów przed­miot wła­śnie będzie­cie obsta­wiać swo­imi pie­niędzmi. Jeśli komuś moja opo­wieść nie przy­pad­nie do gustu i wyzwoli nie­przy­jemne emo­cje, a myślę, że wśród ludzi o sub­tel­nej natu­rze takowi się znajdą, ten zawsze może powie­dzieć z pogardą: „Ech, ty tam! Ale to wstrętne!”. Radzę wam więc puścić mimo uszu lichą część mojej nar­ra­cji.

Che­mik zwi­nął dłoń w trąbkę, wsu­nął tam usta i wydał gło­śny dźwięk tak, że nie zro­zu­mie­li­śmy, skąd tak naprawdę się wyrwał. Zary­czał niczym stara zardze­wiała trąba. Następ­nie wytwor­nym i pre­ten­sjo­nal­nym ruchem wyjął chu­s­teczkę do nosa i otarł wargi. Inte­li­gentny czło­wiek zawsze powi­nien mieć w kie­szeni chustkę. Nie to, co my. Przy­ło­żył do warg chustkę do nosa, choć mógł to zro­bić po pro­stu papie­rem.

W zie­miance u che­mika było gorąco i duszno. A jesz­cze doszedł do nas zapach zepsu­tej kiszo­nej kapu­sty.

Zakasz­law­szy kil­ka­kroć, aby sku­pić naszą uwagę na sobie i żeby odcią­gnąć nasze myśli od żucia twar­dej skóry ze sło­niny oraz zapa­chu, który wisiał teraz pod sufi­tem, che­mik kon­ty­nu­ował swój wykład:

– Z punktu widze­nia nauki i histo­rii wesz to nie­od­łączny towa­rzysz każ­dej wojny. Opo­wieść o wszach należy zaczy­nać od daw­nych cza­sów. Innymi słowy, trzeba ją roz­wi­nąć histo­rycz­nie. Wesz, jako żywą istotę stwo­rzoną przez Boga, należy poznać myślowo, czyli inte­lek­tem, a nie wydra­py­wać ją sobie spod sznurka w gaciach, jak to czy­nią nasi żoł­nie­rze. Powo­do­wani bra­kiem wie­dzy, roz­gnia­tają oni wesz na łopa­cie paznok­ciem. Po łaci­nie nazwa wszy brzmi pedi­cu­lus – kon­ty­nu­ował che­mik.

– To jakby dam­ska torebka2, którą damulki noszą pod pachą! – powie­dział ktoś, by wyka­zać się zna­jo­mo­ścią zagra­nicz­nego słow­nic­twa.

– Tu torebka, a tu pedi­cu­lus! Jest róż­nica? Czu­jesz? – popra­wił go che­mik. – Pedi­cu­lus Pota­pienko! W języku leka­rzy ozna­cza to, że jesteś wszawy Pota­pienko.

– Jasne! – bąk­nął Pota­pienko. – Nie wie­dzia­łem!

I zamy­śliw­szy się, podra­pał się w tył głowy.

Weźmy na przy­kład dane z tysiąc­leci! – mówił dalej che­mik. – Czło­wiek poja­wił się na ziemi sześć­set tysięcy lat temu. A wesz już ist­niała i cze­kała na niego. Trzy­dzie­ści tysięcy lat temu ludzie wyna­leźli kamienne topory, a wszy gry­zły im wło­chate karki. Dzie­sięć tysięcy lat przed naszą erą poja­wiły się szli­fo­wane krze­mienne topory. Jed­nakże na ich pole­ro­wa­nej powierzchni nauce nie udało się odkryć śla­dów roz­gnie­cio­nych wszy. Lecz oto cztery tysiące lat przed naszą erą w Egip­cie, któ­rym wów­czas wła­dali fara­ono­wie – a to już naukowcy dokład­nie usta­lili – zna­la­zły się roze­tki i amu­lety z tru­pami zasu­szo­nych wszy. Tak, tak! W amu­le­tach odkryto zasu­szone trupy wszy fara­onów. Damy z wyż­szych sfer rów­nież zbie­rały na sobie robac­two. Kawał czasu! Cztery tysiące lat! Oto, kiedy ludz­kość po raz pierw­szy przy­znała, że dopie­kają jej i żrą ją wszy i pchły.

Che­mik umilkł i podra­pał się za uchem. Potem poskro­bał się po piersi i pod paskiem spodni i nad czymś się zamy­ślił.

– Był sobie kie­dyś król, pchła po nim łaziła… – zaśpie­wał aksa­mit­nym gło­sem.

Che­mik był mądrym czło­wie­kiem. Nalał nam jesz­cze. Takich nie­biań­skich teo­rii nie należy wykła­dać w jed­nym rzu­cie, jeśli słu­cha­czom z nad­miaru uwagi zaschło w gar­dłach. Konieczne jest, by audy­to­rium odsap­nęło, poczuło, prze­my­ślało i prze­tra­wiło usły­szane, wczu­wa­jąc się w istotę idei. I żeby poczo­chrało się po kar­kach.

Dzi­siaj nawet nie śmiesz pomy­śleć o czymś takim, ale wtedy na woj­nie wszy były rze­czą natu­ralną i powsze­dnią. Choć dzi­siaj nie mamy na sobie owych stwo­rzeń, to jed­nak od czasu do czasu zda­rzy się nam, że się dra­piemy.

Che­mik ma rację. Drogi wojny były usłane nie tylko naszymi tru­pami, ale na zachód szły po nich wraz z woj­skami także i wszy. Wszy były dumą naro­dową nie tylko Rosji, ale i Wiel­kich Nie­miec.

Zima to naj­su­row­szy i naj­bar­dziej wszawy okres w roku. Wszy poja­wiają się wraz z pierw­szym śnie­giem i zni­kają wraz z pierw­szym odde­chem wio­sny. O zawsze­niu armii nie­miec­kiej można snuć odrębną opo­wieść. Wzię­tych do nie­woli prze­słu­chi­wa­li­śmy na oko­licz­ność spraw woj­sko­wych i roz­ma­itych tajem­nic oraz grzecz­nie zada­wa­li­śmy im pyta­nia o wszy. Odpo­wia­dali dość szcze­gó­łowo i dra­pali się przy tym. Do Niem­ców wró­cimy potem. Przy­po­mniał mi się jed­nak pewien epi­zod, który chcę wam przy­to­czyć, zanim zapo­mnę.

Wszy to wszy! Sługi narodu! Sługi zimna, głodu, ludz­kich cier­pień i okrop­no­ści wojny. Pamię­tam pewną roz­mowę żoł­nie­rzy na pierw­szej linii. Sie­dzia­łem obok w oko­pie i wypa­try­wa­łem Niem­ców.

– Bra­cisz­ko­wie, jakoś zupeł­nie nie ma na mnie wszy! Nie­dawno ucie­kły!

– Ech, kiep­sko z tobą!

– Niby dla­czego?

– Kiedy tonie sta­tek, pierw­sze ucie­kają szczury! A szczury są jak wszy! No i ucie­kły od cie­bie!

– No i co?

– Jak to, co? Jutro cię utłuką!

– Aku­rat!

– Będziesz miał aku­rat! Wesz bez przy­czyny ni­gdy żywego nie porzuci! To, bra­ciszku, nie baba, która nie poleci do dru­giego, pókiś żyw!

– To dla­czego ode mnie ucie­kły?

– Powie­dzia­łem ci! Jesteś już nie­bosz­czy­kiem!

– To co mam robić?

– Żoł­nierz nie może ist­nieć bez wszy!

Gdyby nie wykład che­mika, nie wspo­mniał­bym tej roz­mowy. Lek­cja zawsze napro­wa­dzi coś na myśl i przy­po­mni o czymś, co prze­ży­łeś, o jakichś fak­tach. Pamię­tam, jak przed wojną na uczelni spraw­dzano nas na oko­licz­ność wsza­wicy. Na poran­nym apelu wszyst­kim usta­wio­nym w szyku star­szyna kazał wywra­cać koł­nie­rzyki na lewą stronę, po czym cho­dził i uważ­nie prze­glą­dał każdy szew.

My, ludzie radzieccy, przy­wy­kli­śmy do wszyst­kiego. Od małego przy­zwy­cza­ili­śmy się do brudu, zimna i głodu. Zaś na nie­miec­kich żoł­nie­rzy strach było patrzeć. Już pierw­szej zimy utra­cili wstyd i ludzką god­ność. Dra­pią się w cha­łu­pie przy damach (zna­czy się przy babach), roz­gnia­tają wszy przy jedze­niu.

Co tam dalej che­mik opo­wia­dał o wszach i o woj­nie – nie sły­sza­łem, ponie­waż wpa­dłem w zadumę. Przy­po­mniał mi się wtedy jesz­cze jeden eks­tra­wa­gancki przy­pa­dek. Kiedy sie­dzi się na lek­cji, to zawsze myśli się o czymś innym. I wła­śnie dla­tego w pamięci odżyło mi owe nie­zwy­kłe zda­rze­nie.

Pamię­tam szpi­tal i pew­nego mło­dego porucz­nika. Leżał w gip­sie z prze­strze­lo­nym bio­drem. Nie wolno mu było się ruszać. A on mio­tał się i jęczał nie z bólu, a z powodu wszy, które się u niego zalę­gły i gry­zły go pod gip­sem. Odcho­dził od zmy­słów z powodu tego, iż nie można było roz­ciąć gipsu i wygnać stam­tąd wszy. Pro­sił i bła­gał leka­rzy, aby coś zro­bili i prze­rwali jego strasz­liwe męczar­nie.

Chło­paki, poru­sza­jący się na kulach, przy­no­sili mu z ulicy frag­menty prze­wo­dów i kawałki drutu. Wygi­nał je w pętlę, wsu­wał pod zagip­so­waną szynę i dra­pał się, prze­ga­nia­jąc wszy z zagrza­nego miej­sca. Usi­ło­wał je pod­wa­żyć i wycią­gnąć na zewnątrz, ale one wpeł­zały głę­biej i gry­zły jesz­cze moc­niej.

– Włażą dalej! – krzy­czał i patrzył nam w oczy.

Nie dawał nam spo­koju ani w dzień, ani w nocy. Leży porucz­nik – młody chło­pak, kręci głową, patrzy otę­piały, jęczy, zgrzyta zębami, a leka­rze go uspo­ka­jają:

– Pocierp, kocha­nieńki! Pocierp jesz­cze tro­szeczkę! Teraz nie wolno ruszać gipsu na nodze!

Któ­re­goś razu na obcho­dzie poja­wił się lekarz, taki żwawy sta­ru­szek. Pod bia­łym far­tu­chem nie było widać stop­nia. Porucz­nik poskar­żył mu się na swój los i straszną mękę. Dzia­dek obej­rzał gips, zru­gał sto­ją­cych za ple­cami leka­rzy i kazał wieść porucz­nika na salę ope­ra­cyjną.

Gdy­by­ście go zoba­czyli, kiedy wró­cił na salę ze szczę­śli­wym licem i rado­snym pro­mien­nym uśmie­chem! Uwol­nił się od swo­ich męczarni. Zapo­mniał o bólu i o swo­jej cięż­kiej ranie.

Prze­sądni twier­dzą, że wszy lęgną się ze zgry­zot i nie­szczęść. Przy­szło mi wiele prze­mie­lić w pamięci, zanim usta­li­łem, gdzie i kiedy po przy­by­ciu na front nasza kom­pa­nia po raz pierw­szy zła­pała wszy. Po zesta­wie­niu pew­nej liczby fak­tów dosze­dłem do wnio­sku, że kom­pa­nia zaczęła się dra­pać, kiedy weszli­śmy w skład 119 Dywi­zji Strzel­ców. W 297 Samo­dziel­nym Bata­lio­nie Broni Maszy­no­wej i Arty­le­rii Frontu Zachod­niego kar­mili nas do syta. Jak widać, wtedy nasi zaopa­trze­niowcy nie umieli jesz­cze kraść. W bata­lio­nie wszy­scy byli nowy, z Moskwy. W owym okre­sie nie mie­li­śmy wszy. Gdy tylko jed­nak tra­fi­li­śmy do jed­nego okopu z żoł­nie­rzami z dywi­zji sybe­ryj­skiej, to od razu siorb­nę­li­śmy cien­kiej bałandy i kom­pa­nia zaczęła się dra­pać.

Mówią, że wszy biorą się także z głodu. A co my tu mamy? Wojna! Okopy! Śmier­telny strach! Inten­denci zło­dzieje! Głód i wszy!

Nie chcę tu opo­wia­dać o czymś szcze­gól­nym. Nic nie ubar­wiam i nie upięk­szam. Opo­wia­dam o tym, co się wyda­rzyło, ponie­waż należy zało­żyć, że nasze życie nie potrwa wiecz­nie. Może się skoń­czyć w każ­dej chwili. Nie ma naj­mniej­szego sensu, abym ukry­wał cokol­wiek z prze­szło­ści i zabie­rał ze sobą do grobu tajem­nice życia pie­choty.

Mogę to uści­ślić. W oko­pie nie tylko zła­pa­li­śmy wszy, ale ich szcze­gólną i okrutną sybe­ryj­ską odmianę, odporną na mrozy. Tym samym wszy zado­mo­wiły się szybko na naszych moskiew­skich koł­nie­rzy­kach, roz­ple­niły się i roz­sza­lały niczym nasze ówcze­sne nowe puł­kowe naczal­stwo. Dra­pież­no­ścią i krwio­żer­czo­ścią wszy prze­cho­dziły same sie­bie. My ginę­li­śmy pod kulami i poci­skami, a one żarły nas za to, że nie szli­śmy zde­cy­do­wa­nie do przodu i drep­ta­li­śmy w miej­scu.

Zachod­nio­eu­ro­pej­skich i tym bar­dziej zamor­skich gatun­ków z owymi sybe­ryj­skimi wszami porów­nać się nie da.

Sybe­ryj­skie wszy są złe i dra­pieżne niczym sybe­ryj­skie mrozy, wście­kłe niczym psy z tajgi, dzi­kie jak rodo­wici Sybi­racy. Niczym przed wągli­kiem, nie uciek­niesz przed nimi ni­gdzie. Nie mogły się z nimi rów­nać żadne bawar­skie, pru­skie i wszel­kie inne nie­miec­kie i zagra­niczne gatunki.

Na przy­kład nie­miec­kie Laus­bube z czarną plamką i pasem­kami w prze­dzia­łek, które od dziecka nosili z dumą nie­mieccy żoł­nie­rze, od razu zgu­biły czy­stość rasy i krwi i zatra­ciły, że tak powiem, rodo­wód, ponie­waż już w pierw­szą zimę czter­dzie­stego pierw­szego skrzy­żo­wały się z leni­wym i kar­ło­wa­tym gatun­kiem twer­skim. Niemcy nie zacho­wali raso­wej czy­sto­ści swo­ich wszy. I wszystko dla­tego, że nie byli w sta­nie sie­dzieć i spać w śniegu. Trzeba im było nagrza­nych cha­łup. Wła­zili pod nabite pie­rzyny i na mięk­kie puchowe poduszki, pod koł­dry, uszyte w owych cza­sach z pstro­ka­tych kawał­ków i róż­no­ko­lo­ro­wych kli­nów. Czyli cze­goś w stylu naszego puł­ko­wego dowódz­twa.

Niemcy, rzecz jasna, mogą opo­no­wać, iż wszy zła­pali na woj­nie, a wcze­śniej ich nie mieli i że owej roz­ko­szy naba­wili się pod­czas zwy­cię­skich pocho­dów. Lecz my ze sta­rych ksiąg wiemy, że Laus­bube ist­niały od zawsze. Czy aby nie zamiesz­kały u nich od cza­sów Fry­de­ryka Wiel­kiego?

Niemcy prze­szli przez całą Europę. Nagra­bili się od serca, ile wle­zie. Tu i ówdzie wynie­śli ostat­nią wesz. A kiedy masze­ro­wali po prze­stwo­rach Rosji, owych żyją­tek mieli ze sobą w nad­mia­rze.

I teraz, kiedy nastą­piło zaci­sze, gdy cały front zawa­liło mokrym śnie­giem, dumali o pocho­dzie na Rosję i na pewno się dra­pali.

Nasi żoł­nie­rze sie­dzą teraz na pierw­szej linii i bez pamięci ganiają wszy. My, młodsi ofi­ce­ro­wie, wysłu­chu­jemy wykładu o teo­rii żyją­tek. Zaj­mu­jemy się łącze­niem idei i prak­tyki, czyli ludz­kim doświad­cze­niem. A nasi dowódcy, ci o wyż­szych stop­niach, otrzy­maw­szy czy­stą bie­li­znę, chłosz­czą się w baniach brzo­zo­wymi mio­teł­kami. Każ­demu swoje!

Che­mik pułku po lek­cji pro­po­nuje nam urzą­dze­nie semi­na­rium – grę na pie­nią­dze za pomocą wła­snych wszy.

Chce­cie poznać szczerą prawdę o woj­nie? Bez żad­nych tam upięk­szeń i „ura!”? Mogę wam co nieco opo­wie­dzieć.

Wspo­mi­nam pogodną osobę puł­ko­wego che­mika. Czło­wiek był z niego tchórz­liwy, lecz powiem wam, że o szla­chet­nej duszy, choć prawdą jest, że przez cały czas sie­dział na tyłach i trząsł się o wła­sną skórę.

My zaś, mło­dzi, nie mie­li­śmy wtedy prze­szło­ści, a teraź­niej­szość była pozba­wiona nadziei i smutna. A świe­tla­nej przy­szło­ści nie było w ogóle.

Przed nami cze­kała krwawa droga, którą musie­li­śmy przejść i na któ­rej w każ­dej chwili cza­iła się śmierć. Gnano nas i popę­dzano. I chyba wła­śnie w tym tkwił wyż­szy zamysł całej tej wojny.

Począt­kowo było dla nas nie­po­jęte, dla­czego mamy znik­nąć z obli­cza ziemi. Lecz potem stop­niowo przy­zwy­cza­ili­śmy się do tej myśli i co nieco zaczę­li­śmy postrze­gać i rozu­mieć ina­czej. Szli­śmy i trzę­śli­śmy swo­imi wszami. Wszy były dla nas nagrodą – czymś w rodzaju medalu czy orderu. I żeby zapo­mnieć o nie­spra­wie­dli­wo­ści, zaczę­li­śmy skro­bać się po kar­kach, roz­glą­da­jąc się na boki. Z cza­sem, w obli­czu cią­głego zagro­że­nia śmier­cią, prze­bu­dziła się w nas świa­do­mość poczu­cia god­no­ści i zdol­ność do posła­nia wszyst­kiego w dia­bły.

Teraz zaś, gdy nie było co robić, kiedy mokry śnieg zale­pił wszyst­kim oczy, sie­dzie­li­śmy u che­mika i zabi­ja­li­śmy czas.

Nie uczest­ni­czy­łem w grach hazar­do­wych. Na fron­cie zgu­bi­łem duchowe źró­dła hazardu. Krwawe lata wojny i roz­pacz­liwa tęsk­nota za nor­mal­nym życiem zdo­mi­no­wały mnie. Rozumny czło­wiek nie będzie zabi­jać czasu. Zresztą, co to za przy­jem­ność gnieść łapami wytarte karty z wypa­cy­ko­wa­nymi damul­kami i uty­tła­nymi kró­lami?

Pod­czas wojny byli­śmy odcięci od życia i zewnętrz­nego świata. Jedną nogą sta­li­śmy w gro­bie, a w drugą dra­pa­li­śmy się pod kola­nem przez wszy. Na co mógł liczyć kom­pa­nijny ofi­cer?

Była wśród nas jedna świe­tlana oso­bo­wość – che­mik pułku. Gdzie on się teraz podziewa? Oto, kto miał szyb­kie i zwinne wszy. Po pułku cho­dziły wręcz słu­chy, że za dzie­sią­taka sprze­da­wał innym po parze swo­ich wszy do roz­mno­że­nia.

– Masz, bierz! – mawiał. – Nie poża­łu­jesz!

I zna­cząco uno­sił palec wska­zu­jący.

– Sadzaj ostroż­nie! Gdzie pchasz? Sadzaj pod pachę! Nie uszkodź jej nogi! Za parę dni możesz nimi grać!

Nie­któ­rzy obżarci inten­denci mieli leniwe wszy, brzu­chate, na krót­kich nóż­kach, z tłu­stymi obwi­słymi zadami. A u che­mika odwrot­nie – szczu­płe, chude wręcz, z dłu­gimi i sil­nymi nogami niczym u dłu­go­dy­stan­so­wych bie­ga­czy.

Nama­casz taką leciutko pod pachą – bierz deli­kat­nie, żeby nie zgnieść nóżki! Nie trzy­maj na zim­nym stole! Może się prze­zię­bić! Puść ją lepiej dla próby, żeby pobie­gała po cie­płej dłoni. Od razu wszystko można dowie­dzieć się o niej po tym, jak szybko bie­gnie i jak poru­sza nóż­kami na świe­tle. Nada się? Można na nią posta­wić pięć­dzie­sią­taka? Czy może lepiej zacze­kać? I wyjąć drugą? Nie zawsze prze­wi­dzisz, kiedy wygar­niesz odpo­wied­nią!

Sta­ty­styka gry jest nie­ubła­gana. Jeśli twój rywal jest łysy i posu­nięty w latach, jeśli zaokrą­glił mu się kał­dun i jeśli fizjo­no­mię goli mu puł­kowy fry­zjer Jośka Katz, to o jakiej przy­zwo­itej pręd­ko­ści i chy­żo­ści możemy tu mówić? Po ciele peł­zają mu ocię­żałe stwo­rze­nia. Oczy­wi­ście łapy go swę­dzą. Ma chętkę na wygra­nie cen­nego zdo­bycz­nego cacka. Obrączki albo papie­ro­śnicy. O zegarku na sie­dem­na­stu kamie­niach nawet nie wspo­mi­nam. Pod­czas gry nie może liczyć na suk­ces swych wol­no­bież­nych wszy. On rów­nież chce wal­czyć szyb­kimi i zwin­nymi wyżłami. No i płaci che­mi­kowi po czer­wońcu za każdą parę.

– A teraz o samej grze! – usły­sza­łem głos che­mika, odry­wa­jąc się od wła­snych prze­my­śleń.

– Jeśli na pry­czy roz­ło­żymy czy­stą pałatkę i wygła­dzimy ją ręką, a tutaj z brzegu nary­su­jemy ołów­kiem pro­stą linię, to ta linia będzie dla wszy star­tem.

Che­mik wygła­dził dło­nią pałatkę i na samym krańcu nary­so­wał kre­skę.

– A tam – powie­dział – na dru­gim końcu, ozna­czymy ołów­kiem linię mety. I wszystko gotowe do gry! Jeśli ktoś chce zagrać, pro­szę wrzu­cać do banku po dwa­dzie­ścia pięć rubli. Każdy wyciąga spod koszuli wesz i na moją komendę sta­wia ją na linii startu. Po komen­dzie „marsz!” wszy­scy wypusz­czają swoje wszy. Pod­no­szę zapa­loną łuskę do skraju pałatki i wszy uciekną przed ogniem w ciem­ność. Nie skręcą ani w lewo, ani w prawo. Będą gnać tylko przed sie­bie. Zostało to nie­jed­no­krot­nie udo­wod­nione i dokład­nie spraw­dzone. Czyja wesz szyb­ciej dobie­gnie do linii mety, ten zgar­nia z banku trzy­krot­ność stawki. Ale pamię­taj­cie! Z każ­dym nowym bie­giem rośnie ogólna suma w banku. Zaczy­naj­cie od małych sum, a potem może­cie obsta­wiać set­kami.

Byli­śmy zachwy­ceni! Pora­żeni! Jakaż logika! Jaka zna­jo­mość histo­rii! Takiego czło­wieka należy do końca wojny chro­nić i oszczę­dzać! Jakież on potem wszy i gnidy roz­mnoży!

Wszy, które nas do tej pory żarły i gry­zły, teraz nabrały dla nas wyjąt­kowo cen­nego zna­cze­nia i zyskały, że tak powiem, war­tość gry­walną i pie­niężną. Dobra wesz była teraz w cenie. Mogła wzbo­ga­cić każ­dego zawszo­nego ofi­cera. Tak, tak! Ozło­cić, jeśli woli­cie! A to dla­tego, że poza pie­niędzmi, zdo­bycz­nymi zegar­kami i roz­ma­itymi cac­kami i przed­mio­tami, do banku wrzu­cano złote pier­ścionki, bran­so­lety i łań­cuszki. Sta­wiano także nie­miec­kie papie­rosy, kolo­rowe latarki, scy­zo­ryki, brzy­twy „Solin­gen”, pędzle z natu­ral­nego wło­sia, grze­bie­nie, paczki rosyj­skiej machorki, sło­ninę i kon­serwy. Tak więc, posia­da­jąc szybką i zwinną wesz, można było wypić i zaką­sić.

Każdy miał nadzieję, że to wła­śnie jego wesz jako pierw­sza dobie­gnie do linii mety i pół manierki spi­ry­tusu, posta­wione przez inten­denta, dosta­nie się jemu.

Nie liczy­li­śmy na to, że doży­jemy końca wojny. Świe­ci­dełka i złote pier­ścionki nie były nam do niczego potrzebne.

Bywało jed­nak i tak: wesz bie­gnie, bie­gnie, no i nagle weź­mie i sta­nie. Zatrzyma się na środku drogi i stoi. Wła­ści­ciel wycho­dzi z sie­bie. Potrząsa kuła­kami. Klnie na czym świat stoi. A ona, ścierwo jedne, zamiera w pół drogi i odpo­czywa. Ten z wście­kło­ści roz­gniata ją paznok­ciem. Wesz głu­cho chrup­nie i pęk­nie, a na pałatce zostaje plama z czar­nej roz­ma­za­nej krwi.

Świet­nie się bawi­li­śmy. Oto jed­nak któ­re­goś razu do dywi­zji przy­wieźli czy­stą bie­li­znę. Żoł­nie­rzom i kom­pa­nij­nym ofi­ce­rom roz­grzano banie. Przy­wieźli i usta­wili odwszal­nie. To coś na kształt skrzyni na san­kach z bali, równe roz­mia­rem wzro­stowi czło­wieka. Ładuje się tam żoł­nier­skie mun­dury i gotuje w wyso­kiej tem­pe­ra­tu­rze. Pod skrzy­niami są w tym celu zro­bione spe­cjalne pale­ni­ska. Po bani wszyst­kich żoł­nie­rzom i nam urzą­dzono dezyn­sek­cję. Tam, gdzie rosły u nas włosy, dłu­gim pomio­tłem wyma­zano nas cuch­nącą mazią z wia­dra. Potruli wszyst­kie wszy. Che­mik pułku wzdy­chał:

– Jaka szkoda! Zepsuli taką zabawę!

Przez jakiś czas fak­tycz­nie nie mie­li­śmy wszy.

Rozdział 20 – Przegrupowanie (luty 1943 roku)

Roz­dział 20 – Prze­gru­po­wa­nie (luty 1943 roku)

Życie w lesie, gdzie stały puł­kowe sztaby i tabory, szło swoim ryt­mem. Krzą­ta­nina zaczy­nała się z rana, kiedy budziło się dowódz­two. Przez długą zimową noc ogłu­piałe od sadzy, spa­le­ni­zny, gorąca i zadu­chu, puł­kowe naczal­stwo wyła­ziło na zewnątrz z cie­pla­ków, aby zaczerp­nąć świe­żego powie­trza, strzą­snąć odrę­twie­nie i sen­ność, opłu­kać się zimną wodą. Nowy dzień zaczy­nał się od zie­wa­nia, prze­cią­ga­nia i dra­pa­nia się. W lesie sły­chać było głę­bo­kie wes­tchnie­nia, char­czący kaszel, wymy­śla­nia i chra­pliwe głosy. Jeden dra­pał się za uchem, patrzył w górę przez czubki drzew na szare prze­bły­ski nieba, bez­dź­więcz­nie poru­szał war­gami i usi­ło­wał dociec:

– Jaka dziś będzie pogoda? Niemcy będą bom­bar­do­wać?

Drugi prze­cią­gał dło­nią po nie­ogo­lo­nym pod­bródku, krzy­wił kąciki ust, marsz­czył czer­wony nos i w zadu­mie ogła­szał:

– Będą!

Z żoł­nier­skiego cie­plaka wypa­dał na zewnątrz zaspany i na wpół senny żoł­nierz, dra­pał się pod koszulą, za pazu­chą, gania­jąc dokucz­liwe wszy, po czym komu­ni­ko­wał zachryp­nię­tym gło­sem:

– Dzi­siaj Fryce nie będą latać! Koło obiadu powi­nien syp­nąć śnieg! O, jak niebo zacią­gnęło! Będzie­cie się myć, towa­rzy­szu kapi­ta­nie gwar­dii?

Kapi­tan wycią­gał ręce. Żoł­nierz czer­pał menażką lodo­watą wodę z beczki, lał i mówił przy tym:

– Niech się myją! Dra­pać im się nie chce!

Pole­wał sze­fo­stwu ręce, nie żału­jąc wody. Puł­kowi chla­pali i pry­chali, stę­kali jak baby i spo­zie­rali na żoł­nie­rza. Dopiero teraz docie­rał do nich zamysł jego słów. Z czego ten uprzej­miak jest nie­za­do­wo­lony? Zaczął krę­cić nosem. I jakoś tak chlu­sta gdzie popad­nie. Nie zaba­wia się aby?

Ale żoł­nierz ani myślał żar­to­wać. Tak mu się tylko wyrwało, jako że był na wpół śpiący. Czer­pał i pole­wał, sta­ra­jąc się wszyst­kim dogo­dzić. Czło­wiek nie będzie żar­to­wać z wła­snego życia. Któż ma ochotę, by iść na śmierć? A stąd szyb­ciutko odpra­wią na pierw­szą linię. A tam to już nie kino. Żoł­nie­rzy wysyła się tam, aby umie­rali.

Starsi stop­niem ofi­ce­ro­wie mieli swo­ich oso­bi­stych, jak to można okre­ślić, ordy­nan­sów. Już od progu dźwięcz­nie dawali głos. Ordy­nansi, usły­szaw­szy mowę, pod­ska­ki­wali i bie­gli na dźwięk słów „samego”. Spró­buj tylko nie zdą­żyć, potknąć się, popeł­nić błąd – pod wie­czór zwi­niesz manatki i podrep­czesz na pierw­szą linię. Tu na tyłach pułku trzeba pil­nie nad­sta­wiać ucha, tu są potrzebni obrotni i roz­tropni ludzie. Popa­trzysz na takiego wojaka z pierw­szej linii, a on dla puł­ko­wych ofi­ce­rów ma zero uwagi. Nie odwróci głowy, gdy zawoła go wła­sny ofi­cer.

Puł­kowe naczal­stwo roz­pro­stuje zasty­głe mię­śnie, odświeży się zimną woda, podje, popije z rana dla wła­snej ucie­chy, rozej­dzie się po zie­mian­kach i cie­pla­kach i ucich­nie na cały dzień. W lesie zapa­nuje cisza i spo­kój. Sły­chać tylko pobrzę­ki­wa­nie sta­lo­wych wędzi­deł przy uzdach u puł­ko­wych koni, żują­cych siano i dobiega odgłos ude­rzeń topo­rów – to puł­kowe żoł­nie­rzyki wzięły się za piło­wa­nie i rąba­nie drew.

Minie nieco czasu i obra­zek w lesie ule­gnie zmia­nie. Dla żoł­nie­rzy rów­nież nastąpi długo wycze­ki­wana chwila. Kucharz zdej­mie pokrywkę z kuchen­nego kotła, postuka cho­chlą po jej bokach, zamie­sza żoł­nier­ską lurę i ockną się szare szy­nelki. Tuż obok, na okrą­głym pieńku, jak na sza­fo­cie, rąbią nie głowy, a zamar­z­nięte bochenki chleba – i lecą wokół lodo­wate odpry­ski.

Żoł­nie­rze, rzu­ciw­szy robotę, bie­gną, łomo­cząc menaż­kami śpie­szą się do kotła. Przy saga­nie zebrał się tłum, wszy­scy lezą do przodu, popy­chają się nawza­jem – żad­nego porządku! Po zmro­żo­nym chle­bie i gorą­cej pochlipce można przy­siąść i zapa­lić. Tak mija dzień za dniem u puł­ko­wych, szta­bo­wych, tyło­wych i tabo­ro­wych żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów.

Kom­pa­nijny sier­żanci wra­cają nad ranem pole­gu­jąc w saniach. Nie cho­dzą przy samych saniach, nie pocią­gają za lejce, jak to robią puł­kowi tabo­ryci. W lesie, na oczach dowódz­twa tyłowi wozacy bali się jeź­dzić w saniach, więc kro­czyli obok, popę­dza­jąc konie. Trzeba prze­strze­gać usta­lo­nych porząd­ków. Lecz wystar­czy, że tylko wyjadą na leśną drogę, już roz­sia­dają się na pod­wo­dach. Dbają o ety­kietę!

Życie puł­ko­wego tyłow­nika toczy się wła­snym ryt­mem. Nie przy­po­mina życia żoł­nie­rza z pierw­szej linii. Jedni i dru­dzy ina­czej wyglą­dają i ina­czej cho­dzą. Mają różne spoj­rze­nia i inny wyraz twa­rzy. Jeden żyje na ziemi ze śmier­cią za pan brat, drugi gnie kark, sta­ra­jąc się dogo­dzić, aby nie wyle­cieć z hukiem do okopu. U jed­nego życie jest jak dzień, u dru­giego niczym minuta.

Pogoda w lutym jest kapry­śna, zmie­nia się każ­dego dnia. Raz chłodno i mroź­nie, śnieg skrzypi pod nogami, wyje wiatr, a jutro nagle zrobi się cie­plej, zadzwo­nią kro­ple top­nie­ją­cego śniegu. I wszyst­kimi kolo­rami tęczy zapło­nie w nich zimowe słońce.

Gdy przyj­rzeć się życiu w lesie, odnosi się wra­że­nie, że wszystko niby idzie wła­snym try­bem. Ale przyj­rzysz się jesz­cze raz i rzuca ci się w oczy jakiś skryty ruch. Nie ma jaw­nych oznak, nie widać nie­po­koju, ale zauwa­żasz coś nie­zwy­kłego w życiu pułku.

Na pierw­szą linię prze­stali przy­wo­zić amu­ni­cję. Kom­pa­nie otrzy­mały roz­kaz pogłę­bie­nia oko­pów i dopro­wa­dze­nia ich do porządku. Żoł­nie­rze leni­wie i z nie­chę­cią dłu­bali w ziemi łopa­tami.

Któ­re­goś razu z lasu odje­chał nie­wielki tabor wyła­do­wany dobyt­kiem. Kolej­nym kazano napra­wiać uprząż i zbie­rać sprzęt. Ni­gdy się tak jesz­cze nie zda­rzało, aby przy prze­wle­kłej obro­nie zaczy­nali prze­trzą­sać wszel­kie graty i rupie­cie. Prze­gru­po­wa­nie dywi­zji trzy­mano w ści­słej tajem­nicy. Na wszelki wypa­dek! Szta­bow­com nic nie mówiono. Jed­nakże pomału zaczę­li­śmy dostrze­gać, że tyły puł­ków szy­kują się do odjazdu.

Dywi­zyjny wete­ry­narz, nasz główny kono­wał, obwie­szony odzna­cze­niami i orde­rami, dostał ochrzan za to, że puł­kowe konie nie zostały prze­kute. Che­mik pułku o mały włos nie pole­ciał ze stołka, ponie­waż nie zebrał roz­rzu­co­nych po lesie masek prze­ciw­ga­zo­wych. Ranni, przy­cho­dzący z pierw­szej linii, rzu­cali je byle gdzie – a to pod świerk, a to wie­szali na gałęzi albo po pro­stu ciskali byle dalej w śnieg. I tak oto zaczęli spraw­dzać jedne służby za dru­gimi, sta­wia­jąc je do pionu. Nie ruszali tylko ludzi z pierw­szej linii.

A gdy majora Malecz­kina zapy­tano o liczbę ludzi3 i wypo­sa­że­nia tech­nicz­nego, stało się jasne, że dywi­zja szy­kuje się do prze­mar­szu.

Nie­miec­kie lot­nic­two nie latało. A dni były jasne i sło­neczne. Niemcy mogliby zauwa­żyć, jak po tyło­wych dro­gach pocią­gnęły tabory, jak na pierw­szej linii zakrząt­nęli się żoł­nie­rze. Niemcy jed­nak nie przy­pusz­czali, że w takie roz­topy przej­dziemy do natar­cia.

I oto któ­re­goś razu w miej­sce, gdzie roz­lo­ko­wane były nasze tyły, przy­szli żoł­nie­rze jakiejś innej dywi­zji. Nasi tabo­ryci nagle zerwali się z miej­sca, zaczęli bie­gać i odje­chali gdzieś za las.

Następ­nego dnia na pierw­szej linii prze­pro­wa­dzono luzo­wa­nie. Zosta­wiw­szy po sobie sterty śmieci, porwa­nych szmat i odpad­ków, dywi­zja wyszła z lasu i zaczęła obcho­dzić bokiem linię frontu. Dokąd szli­śmy, nie mie­li­śmy poję­cia.

Posu­wa­jąc się nocami, w ciągu dnia za każ­dym razem zatrzy­my­wa­li­śmy się na postój. Pod­czas całego naszego mar­szu nocne niebo roz­świe­tlały roz­bły­ski ognia arty­le­rii. Gdzieś w oddali sły­chać było huk i ude­rze­nia cięż­kich poci­sków. A to nara­stały, przy­bli­żały się, to znowu odda­lały się.

Ostat­nia noc była jasna i mroźna. Powoli i ze zmę­cze­niem posu­wa­li­śmy się po leśnej dro­dze. Na prawo od nas poja­wiła się jesz­cze jedna droga. Po niej rów­no­le­głym mar­szem peł­zły puł­kowe tabory i zaprzęgi arty­le­ryj­skie. Rów­nież tam­tędy szła puł­kowa brać roz­ma­itej maści. Kom­pa­nie strze­lec­kie i kom­pa­nie kara­bi­nów maszy­no­wych masze­ro­wały oddziel­nie z boku.

Skraj lasu, po któ­rym wędro­wa­li­śmy, skoń­czył się i droga skrę­ciła w krzaki. Minąw­szy je, nie­ocze­ki­wa­nie zna­leź­li­śmy się na skrzy­żo­wa­niu dróg.

Dostrze­głem, iż na pobo­czu drogi stoi nie­duża grupa ludzi. Nie­opo­dal – wyście­łane sanie, a nieco dalej ruiny wsi. Te same wyście­lane sanie, które prze­mknęły, wyprze­dza­jąc tabory.

Pode­szli­śmy bli­żej i ujrze­li­śmy dwóch dowód­ców w oto­cze­niu ochrony. Roz­ma­wiali o czymś, wska­zu­jąc w naszą stronę.

Malecz­kin jechał za nami konno. Zauwa­żyw­szy dowódz­two, od razu się oży­wił i kłu­sem pod­je­chał do przodu. Major zwin­nie zesko­czył na zie­mię, popra­wił pas, uniósł się na czub­kach butów, zasa­lu­to­wał i stuk­nął dźwięcz­nie ostro­gami. W biegu zdą­żył ścią­gnąć ręka­wiczki, musnął pal­cami skroń i zro­bił krok w bok. A ja, jak sze­dłem, tak i sze­dłem. Pomy­śla­łem, że może to jego zna­jomy. Pode­szli­śmy bli­żej i zatrzy­ma­li­śmy się. Dopiero teraz zro­zu­mia­łem, że przed nami stoi wyż­sze dowódz­two. Po raz pierw­szy zoba­czy­łem naszego nowego dowódcę dywi­zji, puł­kow­nika Kwasz­nina. Zmiana na sta­no­wi­sku dowódcy dywi­zji nastą­piła w grud­niu czter­dzie­stego dru­giego. I oto po dwóch mie­sią­cach ujrze­li­śmy go na wła­sne oczy. Stał w oto­cze­niu swo­jej oso­bi­stej ochrony. Dosły­sza­łem jego głu­chy głos.

– Ty znowu palisz? – zapy­tał, zwró­ciw­szy się do żoł­nie­rza ochrony. – Dopiero co rzu­ci­łeś i znowu dymisz! Popatrz no na sie­bie, cały żeś zie­lony, a papie­ros znowu w gębie!

Zer­k­ną­łem na żoł­nie­rza w nowym pół­ko­żuszku, który stał, palił i z jakie­goś powodu się uśmie­chał. Nam, ofi­ce­rom bata­lionu, do pale­nia wyda­wano machorkę. A ten stał i pykał papie­ro­ska.

Spoj­rza­łem na majora Malecz­kina, który stał bez ruchu. Cze­kał, co powie mu puł­kow­nik. Obok Kwasz­nina stał młody kapi­tan. Jak mówiono w pułku, był to Kawie­rin, ulu­bie­niec, któ­rego Kwasz­nin przy­wiózł ze sobą do dywi­zji. Poszły nawet słu­chy, że był to jego nie­ślubny syn.

Kapi­tan uniósł brew i popa­trzył na żoł­nie­rzy kom­pa­nii kara­bi­nów maszy­no­wych. Nie spodo­bało mu się coś w wyglą­dzie zewnętrz­nym naszych woja­ków. Odwró­cił się w stronę Malecz­kina, wydął dolną wargę i lek­ce­wa­żąco, a wręcz z pogardą, wła­ściwą dla mło­dych, wygło­sił:

– Co to za gwar­dzi­ści? Ani jed­nej choć tro­chę god­nej jed­nostki! Ani postawy, ani woj­sko­wego wyglądu. Roz­la­złe u cie­bie woj­sko, majo­rze!

Sto­jąc obok, mimo­wol­nie wypro­sto­wa­łem plecy i wyda­łem naszym żoł­nie­rzom komendę „bacz­ność”. Obu­dziła się moja postawa defi­la­dowa, którą zaszcze­piono mi musz­trą w szkole ofi­cer­skiej. Żoł­nie­rze kom­pa­nii broni maszy­no­wej zako­ły­sali się ciężko i zamarli w miej­scu.

Chcia­łem pomóc majo­rowi w wyplą­ta­niu się z nie­zręcz­nej sytu­acji. Dla mnie jasne było jedno – że zewnętrzny wygląd naszych żoł­nie­rzy o niczym nie sta­nowi i nie ma żad­nego zna­cze­nia. To fron­towi żoł­nie­rze, spraw­dzeni przez czas i ogień. Na nich trzyma się front, jeśli chce­cie. Lecz nie­za­do­wo­le­nie kapi­tana mogło odbić się na służ­bo­wej pozy­cji naszego majora.

A ja? Porucz­nik! W dywi­zji z twa­rzy mało kto mnie zna. Inna sprawa major Malecz­kin! Moja rola to orka na pierw­szej linii. Prze­sia­dy­wa­nie z żoł­nie­rzami w oko­pach. Na moje miej­sce ama­tora nie znaj­dziesz. Kapi­tan nie może zepsuć mi kariery. Ale kom­ba­towi Malecz­kinowi może już poważ­nie zaszko­dzić.

Wypad­nie z sze­regu jeden z dowód­ców puł­ków, a Malecz­kin to pierw­sza osoba, aby prze­jąć pułk w miej­sce nie­obec­nego. Kapi­tan Kawie­rin był odde­le­go­wany do sztabu dywi­zji, ale przez cały czas był przy Kwasz­ni­nie i ukry­wał fakt, że sam mie­rzy w pułk. Młody, no i z tych pierw­szych! Kwasz­nin i on sam liczyli przy tym, że jest wyjąt­kowo uzdol­niony i bły­sko­tliwy. Oto, dla­czego posta­no­wił przy pierw­szym spo­tka­niu usa­dzić naszego majora i usta­wić go na miej­scu. Niech no się tylko Malecz­kin potknie na jakimś głup­stwie, wtedy żadną prawdą nie udo­wod­nisz, żeś nie wiel­błąd. Wystar­czy, że jeden czy drugi szep­nie coś o majo­rze i masz jak w banku, że droga do obję­cia pułku jest zamknięta. Jeśli odwróci się od niego szta­bowa brać, jeśli straci przy­ja­ciół i ludzi życz­li­wych, można przy­jąć, że w tej dywi­zji już po majo­rze poza­mia­tane. Szepną, komu trzeba, że jest nie­pewny i chwiejny moral­nie i zosta­nie z pięt­nem nie­udacz­nika.

Kwasz­nin naj­wy­raź­niej zauwa­żył, że kapi­tan gada nie tak, jak należy. Dostrzegł, że Kawie­rin pró­buje pod­ko­pać majora. Rzu­cił na niego szybko okiem i Kawie­rin, nie­za­do­wo­lony z tego spoj­rze­nia, zro­bił głu­pią minę i nadął wargi.

Zewnętrz­nie ceka­emi­ści zawsze róż­nili się od strzel­ców. To byli rośli, silni i wytrzy­mali żoł­nie­rze. Byli wśród nich i chu­der­lacy, ale w więk­szo­ści to były silne chłopy. Tak więc kapi­tan na próżno ucze­pił się Malecz­kina. To wszystko było dęte. Zapewne ni­gdy wcze­śniej nie widział praw­dzi­wych woja­ków „z przodka”.

Kwasz­nin obrzu­cił wzro­kiem sto­ją­cych na dro­dze żoł­nie­rzy – w prze­cho­dzo­nych szy­ne­lach, brud­nych, nie­ogo­lo­nych i ponu­rych. Zakasz­lał, dając znać kapi­ta­nowi, aby ten nie pchał się ze swymi uwa­gami tam, gdzie nie trzeba – tak sądzi­łem. W tym kon­kret­nym przy­padku to nie wygląd zewnętrzny inte­re­so­wał dowódcę dywi­zji. Nie w nogę i nie na paradę szli nasi żoł­nie­rze. Z przodu cze­kała na nich śmierć i dowódca dywi­zji chciał poznać duch żoł­nie­rzy.

Sta­łem i na tle bia­łych krza­ków i sza­rego pobły­sku­ją­cego nieba widzia­łem przed sobą puł­kow­nika, kapi­tana, ochronę w nowych pół­ko­żusz­kach, wyście­łane saneczki i nakra­pia­nego ogiera. Patrzy­łem na nich i myśla­łem: „Co oni wie­dzą o żoł­nier­zach, o nas, o woj­nie”.

Przed nimi na wie­trze koły­sały się szare wytarte szy­nele, które nie mają tak zadba­nego wyglądu, jak u żoł­nie­rzy ochrony, sto­ją­cych za ple­cami puł­kow­nika Kwasz­nina. Oni nie od razu pojęli, że stoją przed nimi praw­dziwi wojacy z pierw­szej linii, któ­rzy utrzy­mują front na wła­snym grzbie­cie, któ­rzy pro­wa­dzą wojnę. W ich poję­ciu żoł­nierz – to jeden z ochro­nia­rzy o wiel­kiej mor­dzie i w nowym pół­ko­żuszku. Przy­glą­dali się nam. A my upar­cie, spod oka, patrzy­li­śmy na nich. I cze­ka­li­śmy na roz­kaz, aby czym prę­dzej stąd odejść.

Kwasz­nin chciał popa­trzeć na tych, któ­rzy prze­sią­kli spa­le­ni­zną tro­tylu, na tych, któ­rzy naba­wiali się kalec­twa i umie­rali na pierw­szej linii. Tych, któ­rzy swoją krwią zdo­by­wali sławę dla niego i całej jego szta­bo­wej i tyło­wej ferajny. Tyłow­nicy i wozacy także byli gwar­dzi­stami. Istotne było rów­nież to, że ci ludzie ni­gdy o nic nie pro­sili. Nie mieli odzna­czeń i nie narze­kali na swój los. Teraz też ruszą w mil­cze­niu, zako­ły­szą się do przodu, odejdą w szarą nocną mgłę i on, Kwasz­nin, ni­gdy wię­cej ich nie zoba­czy. Patrzył na nich, żyją­cych, a w myślach widział ich w brat­niej mogile. Ale nawet tutaj się mylił. Zabici żoł­nie­rze zwy­kle ponie­wie­rają się na śniegu. Dywi­zja pój­dzie, a trupy zostaną, leżąc na powierzchni ziemi. Im wię­cej ich zgi­nie, tym bar­dziej zna­czące będą jego zasługi. Czy udało mu się i zmu­sił ich, aby bez stra­chu poszli na śmierć? Zapewne myślał rów­nież i o tym, dla­czego dobro­wol­nie i potul­nie idą umie­rać za wspólną sprawę. Bo jeśli głę­biej się nad tym zasta­no­wić, to żoł­nie­rze wojo­wali za naród. A przy życiu zostaną oni – tyłow­nicy. Przy­fron­towi „fron­towcy” i „wete­rani”. I potem chwałę wspól­nej sprawy chęt­nie przy­pi­szą samym sobie.

Nie­czę­sto dane mu jest widzieć fron­to­wych żoł­nie­rzy gwar­dzi­stów. Takie spo­tka­nia zda­rzają się rzadko. Codzien­nie przed jego oczami prze­my­kają szta­bowcy, tyłow­nicy i słu­żal­czy ordy­nansi. Zoba­czyć pierw­szo­li­niową kom­pa­nię – to wyjąt­kowa sprawa. Cze­kaj, aż ci się poszczę­ści, by tak po pro­stu na dro­dze na tyłach spo­tkać i popa­trzeć na żoł­nie­rzy z pierw­szej linii. Oto on, rosyj­ski żoł­nierz, stoi przed tobą, zmę­czony, głodny i ponury. Stoi, mil­czy i czeka, kiedy poślą mu wią­zankę prze­kleństw. Teraz puł­kow­nik zoba­czył, co przed­sta­wia sobą ów rosyj­ski żoł­nierz, prze­siąk­nięty pro­chem, pocięty gorą­cymi odłam­kami, prze­szyty oło­wia­nymi kulami. Czym on żyje? Co ma w gło­wie? Za co się bije?

Na woj­nie wszystko jest pro­ste. Dostał puł­kow­nik roz­kaz z góry, prze­ka­zał go do pułku, a tam przez bata­lion roze­słali go po kom­pa­niach. Dowódca kom­pa­nii krzyk­nie swoim żoł­nie­rzy­kom:

– Kurwa wasza mać! Dawać, Sło­wia­nie, naprzód! Ojczy­zna o was nie zapo­mni!

I pójdą gonić Niemca, przy­gar­biw­szy się i zgiąw­szy pod kulami i wybu­chami poci­sków. Popa­trzysz na nich – marne to, powłó­czące nogami, w sza­rych szy­ne­lach, a idą i śmierci się nie boją. Po oczach widać, że żreć się chce łaj­da­kom, to i napie­rają do przodu – może zdo­bycz się trafi.

A obok, sze­roko roz­sta­wiw­szy nogi, stoją za ple­cami puł­kow­nika syte pod­cha­limy. Mają nie tylko okrą­głe pyski, ale i bez­czelny, pewny sie­bie wygląd. Kla­merki na pasach wyczysz­czone, w zębach papie­ro­ski, wygląd gwar­dyj­ski, jak trzeba, medale na pier­siach, wszy­scy przez kontr­wy­wiad prze­świe­tleni na „zawsze­nie”. A wsadź go teraz do okopu na pierw­szej linii, to okaże się pierw­szym tchó­rzem. To nie tajem­nica, że są odważni, dopóki pasą się na tyłach, za ple­cami dowódz­twa.

Tak! Pod Bie­łym wielu takich się wyka­zało, porzu­ciw­szy broń i doku­menty. A prze­cież byli spraw­dzeni, wybrani… Zda­rzały się przy­padki, że takich pod­cha­li­mów wysy­łali żoł­nie­rzom na pierw­szą linię, kiedy coś zawi­nili, komuś nie dogo­dzili albo wpa­dli na kra­dzieży gdzieś na tyłach. Ścią­gali z takiego, kocha­niut­kiego, nowy pół­ko­żu­szek, futrzaną czapę i ręka­wiczki z bibre­tów. „Boha­te­rowi” wyda­wano wytartą szy­ne­linę z zabi­tego, dawano kara­bin i dwa maga­zynki nabo­jów. I truch­taj, bra­ciszku, do strzel­ców na pierw­szą linię, idź do żoł­nie­rzy­ków do okopu chli­pać prze­zro­czy­stą bałandę i kar­mić wszy. Truch­taj! Truch­taj, kocha­nieńki. Pozdrów wszyst­kich od nas! Takiemu iść do kom­pa­nii strze­lec­kiej, to jak żywemu głowę w pętlę wsu­nąć. Doszedł taki do tran­szei, a nocą szu­kaj wia­tru w polu, wypa­ro­wał. Albo go utłu­kło tak, że mokrej plamy nie zostało, albo ślady w stronę Niemca pro­wa­dzą. Oto macie spraw­dzo­nego, macie odda­nego wspól­nej spra­wie.

* * *

Na wie­trze stoją dwie kom­pa­nie kara­bi­nów maszy­no­wych. Wydać im tylko roz­kaz, a zako­ły­szą się i ruszą do przodu.

Nie wie­dzie­li­śmy dokład­nie, dokąd idziemy. Za każ­dym razem poda­wano nam mar­szrutę na jeden nocny prze­marsz. Oba­wiano się, że tajem­nica rejonu ześrod­ko­wa­nia może się wydać. Przed świ­tem pod­cho­dzi­li­śmy do miej­sca postoju, roz­kła­da­li­śmy się w lesie, otrzy­my­wa­li­śmy jedze­nie i nasz fel­czer za każ­dym razem żar­to­wał:

– Prze­myli kiszki? Znowu przy kuchni kolejka do lewa­tywy!

Szli­śmy tak przez parę dni, ale nie odcho­dzi­li­śmy daleko od linii frontu. W końcu stało się dla nas jasne, że obcho­dzimy bokiem mia­sto Bie­łyj.

Wkrótce nie­opo­dal drogi ujrze­li­śmy okopy, nasypy i kop­czyki zie­mia­nek. Pod­szedł­szy do lasu, poczu­li­śmy zapach żoł­nier­skich sie­dzib, spa­le­ni­zny i koń­skiego nawozu. Nocny wiatr doniósł do nas woń miejsc pobytu ludzi i bli­sko­ści frontu. Pod niskimi roz­ło­ży­stymi sosnami widać było zie­mianki, okopy i jakieś zada­sze­nia, na pierw­szy rzut oka dziw­nie wyglą­da­jące. Na palach wko­pa­nych w zie­mię były zbu­do­wane okapy chro­niące przed poci­skami, grube na dwie-trzy war­stwy bali. Dla nas była to nowość. Wcze­śniej ni­gdzie nie widzie­li­śmy takich kon­struk­cji. Nawet u Niem­ców nie spo­ty­ka­li­śmy niczego podob­nego. Stali tutaj nie­znani nam rze­mieśl­nicy. Potem we wszyst­kim się poła­pa­li­śmy. Jeśli w takie zada­sze­nie tra­fił ciężki pocisk, burzący lub z opóź­nio­nym zapal­ni­kiem, to roz­ry­wał się na osła­nia­ją­cym oka­pie. A schron, znaj­du­jący się niżej, nie dozna­wał uszko­dzeń przy wybu­chu. Naj­wi­docz­niej Niemcy czę­sto wypusz­czali tu poci­ski dużego kali­bru. Jed­nak nie wszyst­kie zie­mianki i schrony były wypo­sa­żone w owe ochronne daszki. Tutaj, jak nam powie­dziano, na wzgó­rzach przed nami bro­niła się bry­gada ałtaj­ska.

Zwy­kle żoł­nie­rze róż­nych jed­no­stek budo­wali schrony i zie­mianki po swo­jemu. Ałtajcy ryli głę­bo­kie wykopy, wpusz­czali w zie­mię wil­gotne bier­wiona i na górze budo­wali stropy. Żoł­nie­rze naszej dywi­zji nad jamą w ziemi sta­wiali powałę, prze­sy­pu­jąc ją war­stwami ziemi. Wyją­tek sta­no­wiło nasze dowódz­two. Sape­rzy budo­wali dla nich wyjąt­kowo porządne schrony. A pro­ści żoł­nie­rze i ofi­ce­ro­wie miesz­kali, jak kto mógł – w ziem­nych schro­nach z dwu-trzy­war­stwo­wymi stro­pami. Do dywi­zji jako uzu­peł­nie­nie dla kom­pa­nii przy­słano nam nowych żoł­nie­rzy: Uzbe­ków, Tadży­ków i człon­ków innych naro­do­wo­ści z repu­blik środ­ko­wo­azja­tyc­kich. Ryli sobie nory niczym świ­staki w wąwo­zach. A nasi Sło­wia­nie ze środ­ko­wej czę­ści kraju miesz­kali w sza­ła­sach i w oko­pach, które nakry­wali od góry świer­czyną i żer­dziami. Wszy­scy budo­wali schrony na swój spo­sób. Ałtajcy mieli prze­stronne zie­mianki, poło­żone bar­dzo bli­sko sie­bie. Uzbecy i Tadży­ko­wie ryli swoje nory w ziemi, jedną przy dru­giej. Sybi­racy budo­wali je w spo­sób roz­pro­szony. Sadyby Sło­wian także były poroz­rzu­cane.

Weszli­śmy do lasu, gdzie pod nie­du­żymi sosnami wyzna­czono nam puste zie­mianki ałtaj­ców, poło­żone z dala od nich. Bier­wiona zie­mia­nek, osa­dzo­nych w ziemi, nie­malże się doty­kały. Kie­dyś stał tu drugi rzut bry­gady ałtaj­skiej. Ale bry­gada ponio­sła duże straty, żoł­nie­rzy na tyłach porząd­nie odsiano i wysłano na pierw­szą linię. Można przy­jąć, że połowa schro­nów świe­ciła teraz pust­kami.

Widzie­li­śmy z daleka ich żoł­nie­rzy, któ­rzy stali na poste­run­kach. Można rzec, że teraz byli­śmy ich sąsia­dami. Żoł­nie­rze byli nie­wiel­kiego wzro­stu, jacyś tacy krępi i sze­rocy w bio­drach. Nie to, co nasze tyczki – chu­der­laki.

Ich żoł­nie­rze drep­tali w pół­mroku, inni prze­bie­gali, prze­sta­wia­jąc nogi małymi krocz­kami. Prze­ta­czali się po ścież­kach niczym kulki.

Nawet ich konie, sto­jące przy pali­kach pod nie­wy­so­kimi zada­sze­niami i pasu­jące do nich, były kar­ło­wate, krót­ko­no­gie i wło­chate. Ogól­nie rzecz bio­rąc, nocną porą ałtaj­scy żoł­nie­rze wydali nam się malutcy i nie­malże karzeł­ko­waci. Albo tak się zmę­czy­li­śmy prze­mar­szami, albo nie­wy­so­kie sosny przy­gięły tych ludzi do ziemi. Ale prze­cież nasi się nie przy­gar­bili i nie pochy­lili!

Naj­wi­docz­niej Ałtaj­ców cecho­wał ponury cha­rak­ter, gdyż trzy­mali się od nas z daleka. I kiedy nasi żoł­nie­rze do nich wołali, to tamci od razu odwra­cali się ple­cami.

– Jak tu u was, bra­cia, sprawy się mają? Ścierwa Niemcy pew­nie zdrowo tłuką? – krzy­czeli w ich stronę nasi strzelcy.

Lecz zamiast odpo­wie­dzi widzieli tylko ich plecy.

– To chyba poważny naro­dek!

Po mar­szu nasi strzelcy nie mieli sił, aby wsta­wać z ziemi i iść tam do nich tylko po to, aby cokol­wiek wyja­śniać. Gdzie tam! Nogi im odjęło! Kolana nie chciały się zgi­nać! Język się plą­tał! Zawsze tak jest, gdy po mar­szu doj­dzie się na miej­sce. Nie da się unieść nóg, ważą chyba po pięt­na­ście kilo. A powiedz im, że jesz­cze nie doszli do celu, że zostały jesz­cze dwa, trzy prze­mar­sze – skąd wtedy biorą siły? Z rękawa wytrze­pią. Tutaj, kiedy żoł­nierz już przy­szedł, układa się na boku, leży na śniegu i czeka, żeby tylko dowlec się do pry­czy. Nie ruszysz go z ziemi. Chyba poga­damy jutro! Rano sami się rozej­rzymy!

Z daleka widać war­tow­ni­ków. To nasze drą­gale leżą tam roz­wał­ko­wani.

Chłopy, jak to chłopy! Postaw go teraz na poste­runku – czy aby będzie stać w miej­scu? Przy­sią­dzie przy zie­miance, spu­ści głowę i sie­dzi, niby śpi, niby czuwa. Możesz na niego krzy­czeć albo i nie, a on i tak wie, co ma robić. A ci Ałtajcy na poste­runku nie ustoją spo­koj­nie ani minuty. Bez prze­rwy się wiercą, kręcą, cią­gle gdzieś patrzą. Zoba­czyw­szy, że nasi ludzie roze­szli się po zie­mian­kach, Ałtajcy zaczęli pod­cho­dzić bli­żej. Ale kto ma ochotę im się przy­glą­dać nocą, po takiej dro­dze? Toż to żoł­nie­rze jak wszy­scy inni, tylko kara­biny za ple­cami ster­czą im tro­chę wysoko.

I dopiero kiedy wszy­scy się wyspali, kiedy nad­szedł świt, kiedy wszy­scy wyleźli z zie­mia­nek na zewnątrz, w świe­tle poranka od razu przej­rze­li­śmy na oczy. Przed nami na poste­run­kach maja­czyli nie żoł­nie­rze, a ałtaj­skie kobiety. Ubrane były tak jak my, w woj­skowe mun­dury.

– No, bra­cie, ale histo­ria! Baby nas tu pil­no­wały! A my jak drwa, jak świer­kowe polana, taką noc żeśmy prze­spali!

Ałtaj­ska bry­gada skła­dała się z ochot­ni­ków i w swym skła­dzie miała dużą liczbę kobiet. Drugi rzut bry­gady skła­dał się z nich w cało­ści. Kobiety peł­niły tam role snaj­pe­rów, strzel­ców kara­bi­nów maszy­no­wych, sape­rów, tele­fo­ni­stów, amu­ni­cyj­nych i sani­ta­riu­szy. Wiele z nich wal­czyło na pierw­szej linii.

– Ale robota! Niech to licho! Malinki dla naszej braci!

– Idź, podejdź tylko! Ze snaj­perką stoi! No? Prze­cież sam widzę!

Major Malecz­kin krę­cił głową i zacie­rał ręce.

– Słu­chaj­cie no, sze­fie sztabu. Dla mnie zostaw­cie zie­miankę na jedną osobę. Tele­fon posta­wisz u sie­bie. Tele­fonistów też posa­dzisz u sie­bie. Mi są nie­po­trzebni. A ja pojadę do dywi­zji. Wrócę pod wie­czór. Przy­każ, żeby wszystko było gotowe!

Wró­ciw­szy z dywi­zji, oznaj­mił:

– Bata­lion broni maszy­no­wej na razie zostaje w rezer­wie. W dywi­zji wydali ści­sły roz­kaz. Wydać pole­ce­nie, aby nasi tu się po próż­nicy nie szwen­dali! Dookoła wszę­dzie baby! Żoł­nie­rze zaraz się za amory wezmą.

Wokół zaję­tych przez nas zie­mia­nek roz­cią­gnę­li­śmy sznu­rek i każ­dej kom­pa­nii przy­ka­za­li­śmy, że wycho­dze­nie zań jest surowo zabro­nione. Tylko Malecz­kin miał prawo robić krok w tamtą stronę.

Dru­giego dnia naszego postoju w szta­bo­wej zie­miance, w któ­rej miesz­ka­łem, poja­wił się Malecz­kin i od progu oznaj­mił:

– Ty, szef sztabu, zosta­jesz w moim zastęp­stwie! Przyj­mij, że zacho­ro­wa­łem! W dywi­zji o tym wie­dzą. A ty siedź na tele­fo­nach, mogą zadzwo­nić. Komi­sarz wyje­chał do wydziału poli­tycz­nego i pobę­dzie tam przez czas nie­okre­ślony. Ty zosta­jesz tu jako szef. Jegor poje­dzie po żar­cie i zaj­dzie do cie­bie. Jakby co, prze­ka­żesz przez niego mel­du­nek. No, to na razie! Życzę powo­dze­nia!

Major odwró­cił się i znik­nął. My zaś sta­li­śmy na dotych­cza­so­wym miej­scu. Tele­fo­nów z dywi­zji nie było.

Po dwóch dniach major wró­cił. Zoba­czy­łem go prze­lot­nie. Był zado­wo­lony, zmę­czony i zmi­zer­niały. Nie zacho­dząc do mnie, poszedł do sie­bie i uwa­lił się do snu. Następ­nego dnia przy­szedł do mnie do zie­mianki.

– No, jak tam sprawy u szefa sztabu? Jak wam idzie beze mnie? Z dywi­zji ktoś dzwo­nił?

Pokrę­ci­łem głową.

– Przejdź się po kom­pa­niach! Szy­kuj żoł­nie­rzy. Sprawdź broń! Na dniach ruszamy. Prze­cho­dzimy do natar­cia. Ale na razie o tym nikomu ani mru mru! Wie­czo­rem zajdę do cie­bie, pogramy w kar­cioszki.

To ozna­czało, że o wszyst­kim pomó­wimy. Chcia­łem mu zamel­do­wać o goto­wo­ści kom­pa­nii. Tele­fo­ni­stów i pisa­rzy ode­sła­łem ze schronu do zie­mianki żoł­nie­rzy. Nie musieli słu­chać naszych roz­mów.

– Wie­czo­rem mi o wszyst­kim opo­wiesz!

Pod wie­czór major poja­wił się u mnie, przy­siadł do stołu, wes­tchnął głę­boko i uśmiech­nął się.

– No i mamy tu baby! – powie­dział jakoś tak z zadumą. – W bata­lio­nie zostało nam mało ludzi. Nie cze­kaj na uzu­peł­nie­nia, nie będzie żad­nych. Do natar­cia pój­dziemy w obec­nym skła­dzie. Będziemy się posu­wać w pasie 48 Pułku.

Zamel­do­wa­łem mu o goto­wo­ści kom­pa­nii i popro­si­łem, aby każdą z nich wypo­sa­żyć w pod­wodę.

– Pod­czas mar­szu musimy mieć pełen zapas amu­ni­cji. Żoł­nie­rze nie dadzą rady nieść ceka­emów i amu­ni­cji na grzbie­cie.

– Dobrze! Odbie­rzemy pod­wody naszym zaopa­trze­niow­com. Co prawda, to prawda, nasi Sło­wia­nie fak­tycz­nie wychu­dli.

Major wycią­gnął saty­no­wane karty. Rze­czowa roz­mowa toczyła się dalej. Gra­li­śmy, major zada­wał pyta­nia i opo­wia­dał. Słu­cha­łem go, odpo­wia­da­łem na pyta­nia, a sam myśla­łem o czymś innym.

W puł­kach i w dywi­zji nie mia­łem bli­skich przy­ja­ciół ani dobrych zna­jo­mych. Byłem sam jak palec. Uwol­nili mnie z pierw­szej linii, ale do kom­pa­nii szta­bo­wej nie przy­jęli. Dla nich dalej byłem „Wańką – tre­pem”. Szta­bowcy nie zawie­rali zna­jo­mo­ści z ludźmi z oko­pów. No, ale kim ja byłem? Porucz­ni­kiem, dowódcą kom­pa­nii ceka­emów, z braku zna­ją­cych się na rze­czy wyzna­czo­nym na szefa sztabu bata­lionu. Inna sprawa – major Malecz­nik. On był gościem. Miał dużo przy­ja­ciół. Dzier­żył w ręku mie­nie i zaopa­trze­nie w żyw­ność. Przy­jaźń trzeba pod­trzy­my­wać, pod­kar­miać, niczym ogni­sko domowe. Za co mu się nie­kiedy dosta­wało.

Major wie­dział, że w dywi­zji nie mam bli­skich przy­ja­ciół i dla­tego powie­rzał mi swoje naj­skryt­sze tajem­nice. Opo­wia­dał mi o swo­ich przy­go­dach. Musiał się z kimś podzie­lić, poroz­ma­wiać o tym i owym. Przed komi­sa­rzem bata­lionu sta­rał się nie wyzew­nę­trzać. Żyli zgod­nie, ale o oso­bi­stych spra­wach mię­dzy sobą nie roz­ma­wiali. Komi­sarz czę­sto wyjeż­dżał do wydziału poli­tycz­nego dywi­zji. Malecz­kin się temu nie sprze­ci­wiał. Rów­nież teraz komi­sarz był gdzieś tam.

– Jesteś jesz­cze za młody, żeby się włó­czyć za babami! Tak naprawdę niczego w babach nie poj­mu­jesz. I z racji wieku, i sta­no­wi­ska, jest na to dla cie­bie za wcze­śnie. Ty lepiej słu­chaj i zapa­mię­tuj. Tobie są potrzebne panny. A baby to dla cie­bie nie­od­po­wiedni mate­riał. Strasz­nie stare. Twoja nie­win­ność będzie cię peszyć. Im trzeba praw­dzi­wego chłopa. U bab byłem. Roz­go­ni­łem smutki i tęsk­noty. Ja, porucz­niku, jestem w takim wieku, że bab bokiem obcho­dzić nie mogę. Czego sie­dzisz? Twoja kolej! Uszy zwie­sił!

Przez jakiś czas gra­li­śmy w mil­cze­niu. Lecz oto major wstał, pod­szedł do wyj­ścia i zagwiz­dał jak gołę­biarz, wsu­wa­jąc dwa palce do ust. W ten spo­sób wzy­wał swo­jego ordy­nansa Jegorkę. Potem wró­cił do stołu, zmru­żył prze­wrot­nie jedno oko, splu­nął przez zęby, zatarł ręce i powie­dział:

– Dzi­siaj się wyspa­łem. Można jechać i sma­lić cho­lewki.

Usły­szaw­szy kroki Jegorki, major przy­brał poważny i srogi wygląd. Jegorka wpadł do zie­mianki, major pod­niósł na niego baczny wzrok, chrząk­nął dla porządku i powie­dział jakby w zadu­mie:

– Odbierz od naszego zło­dzieja inten­denta pro­dukty i wódkę jako suchy pro­wiant! Niech wyda od razu na tydzień!

– Mówi, że ostat­nim razem dosta­li­śmy na tydzień, a wró­ci­li­śmy po trzech dniach.

– Prze­każ mu, żeby ten tyłowy szczur nie żydził! I niech nie miele za dużo jęzo­rem. Dzi­siaj żywi­łem się żoł­nier­ską bałandą. O, tu sior­ba­łem z menażki, u szefa sztabu. Szef sztabu może potwier­dzić. Powiedz mu tam, że major kazał całą kaszę prze­li­czyć po kalo­riach na wódkę i kon­serwy. Cukier i oma­stę niech zostawi sobie. Lubi słod­kie. Jęzor u niego nie łopata. Jak odbie­rzesz pro­dukty, to sio­dłaj konie. Poje­dziemy do dywi­zji.

Jegorka zro­bił krok w przej­ście i znik­nął za zasłonką, wiszącą nad drzwiami. Przez jakiś czas sie­dzie­li­śmy w mil­cze­niu.

Kiedy na zewnątrz roz­legł się stu­kot koń­skich kopyt po zamar­z­nię­tej ziemi, major oży­wił się, zgar­nął ze stołu roz­rzu­cone karty, wło­żył pół­ko­żu­szek, ścią­gnął się pasem, popra­wił czapkę na gło­wie i zało­żył ręka­wice. Kla­snąw­szy nimi gło­śno, pochy­lił się nad pro­giem, dziar­skim ruchem odgar­nął zasłonę i, odwró­ciw­szy się, powie­dział:

– Pil­nuj porządku! Zosta­jesz w moim zastęp­stwie!

Mru­gnąw­szy do mnie jakby na poże­gna­nie, odwró­cił się do wyj­ścia i znik­nął z oczu. Poszedł, a ja sie­dzia­łem dalej, pogrą­żony w zadu­mie. Zadzi­wiła mnie łatwość, z jaką bez namy­słu potra­fił roz­strzy­gać wszel­kie kwe­stie. Zapewne i w spra­wach kobiet był bystry i sta­now­czy. A ja fak­tycz­nie byłem wsty­dliwy i mia­łem skryty cha­rak­ter. Nie mia­łem ani­mu­szu, by z mar­szu podej­mo­wać decy­zje. Sądzi­łem, że wszystko samo się jakoś ułoży. W życiu trzeba tylko zdo­być doświad­cze­nie. Ja myśla­łem o życiu, a major wykła­dał mi o babach.

– Czort z życiem! – mówił i uśmie­chał się. – Ten dzień jest mój! O czym tu gadać? Popatrz na Ałtajki! Mor­dują się na wie­trze jak ostrzy­żone owce. Ster­cze­nie z kara­bi­nem to nie zaję­cie dla baby. Chło­pom kolana nie chcą się zgi­nać. A kobie­cie na mro­zie dusza może zamar­z­nąć. Czym ją będziesz roz­grze­wać po woj­nie?

Choć sta­li­śmy w dru­gim rzu­cie, Niemcy nas bez­u­stan­nie ostrze­li­wali. Przy­leci nie­miec­kie ustroj­stwo zapa­la­jące, nakryje schron i koniec wsze­la­kich dys­ku­sji. Wypruje na zewnątrz wszyst­kie cztery war­stwy stropu razem z zie­mią – fla­ków nie znaj­dziesz.

W szybko prze­mi­ja­ją­cym życiu majora była jedna szcze­gólna oso­bli­wość. Napę­dzał go nie tylko nie­po­skro­miony i zde­cy­do­wany cha­rak­ter, lecz zawsze towa­rzy­szyła mu myśl o rychłej i nie­unik­nio­nej śmierci. Czło­wiek czuje, gdy zie­mia ucieka mu spod nóg. Nie­spre­cy­zo­wany strach zmu­szał go do pośpie­chu. Ani minuty nie mógł spo­koj­nie usie­dzieć na miej­scu. Przez cały czas dokądś się śpie­szył. Wielu szta­bow­ców, znaj­du­jąc się w dru­gim rzu­cie, trzę­sło się, bla­dło i żegnało się z życiem pod­czas ostrza­łów. To tylko my z pierw­szej linii, przy­wy­kli do tar­za­nia się po ziemi w rytm ryku poci­sków, jakoś nie bar­dzo mie­li­śmy się czego bać. Prze­cież Nie­miec nie tłukł sal­wami całych bate­rii, a rap­tem okre­sowo wypusz­czał poci­ski z dwóch czy trzech dział. Z pół setki poci­sków wystrze­lo­nych na las, jeden mógł fak­tycz­nie tra­fić w dowolny schron. Poci­ski były cięż­kie, burzące, z opóź­nio­nym zapal­ni­kiem. Wszystko pod sobą mie­liły. Jed­nakże tra­fie­nie w schron, kiedy poci­ski roz­ry­wają się na powierzchni setek metrów, to sprawa skom­pli­ko­wana i prak­tycz­nie nie do zro­bie­nia. Lecz i takie przy­padki, rzecz jasna, się zda­rzają!

Od jakie­goś czasu w oczach naszego majora zaczą­łem zauwa­żać śmier­telny strach i smu­tek. Jakby anioły mu szep­tały, że trzeba się szy­ko­wać, że sprawa ma się ku koń­cowi. Gdy nad­la­tu­jące nie­miec­kie poci­ski zaczy­nały huczeć gdzieś w pobliżu i wywa­lać ogromne leje, w lesie wszy­scy pod­ska­ki­wali, ści­skali się w sprę­żynę, rzu­cali na zie­mię i dłońmi nakry­wali głowy, jeśli aku­rat nie mieli na nich heł­mów. W spoj­rze­niu majora, jak zauwa­ży­łem, poja­wiało się tępe sza­leń­stwo. Źre­nice mu się roz­sze­rzały, spoj­rze­nie mar­twiało, twarz przy­bie­rała zie­mi­sty kolor.

Ostrzał się koń­czył – klę­li­śmy, strze­py­wa­li­śmy z sie­bie zie­mię i sie­dząc w miej­scu, na pod­ło­dze zie­mianki, zapa­la­li­śmy papie­rosa. A major ska­mie­niały, stał jak kołek i patrzył przed sie­bie, niczego nie widząc. W środku coś w nim pękło.

Nad naszymi gło­wami cho­dziły i pod­ska­ki­wały bale stropu, latała zie­mia, trzesz­czały belki pod­ło­gowe, łamały się pod­pory. Leże­li­śmy plac­kiem na pod­ło­dze, przy­ci­ska­jąc do niej brzu­chy. Obok tur­lały się puszki, brzę­czały puste menażki, prze­wra­cały się kara­biny oparte o ściany. Kawa­łek płótna namio­to­wego, wiszący nad drzwiami, szar­pał się i łopo­tał, z pieca sypał się węgiel i leciały iskry, a mosiężna łuska kop­ciółki dzwo­niła niczym elek­tryczny dzwo­nek. Wszy­scy pospołu koły­sa­li­śmy się razem z zie­mią i naszą budowlą z bier­wion. Apa­raty tele­fo­niczne spa­dały na pod­łogę i łącz­ność się ury­wała. Pod­nie­siesz na moment głowę, przez uła­mek sekundy rozej­rzysz się wokoło, a w schro­nie kłęby dymu, pyłu, nic nie widać. Nawet nie wiesz, gdzie jesteś – na pod­ło­dze, czy w powie­trzu? Może już fru­niesz razem z bel­kami? A to, że żyjesz, to tylko ci się tak wydaje. I szar­piesz się, trzę­siesz w rytm cio­sów fali ude­rze­nio­wej. Przy­cho­dzisz do sie­bie, pod­no­sisz głowę, sia­dasz na pod­ło­dze, a w ustach jakby ci kot naro­bił.

Ostrzał się koń­czył, cichł w końcu ryk poci­sków. Na haczyku wbi­tym w ścianę bujała się maska prze­ciw­ga­zowa. Po jej waha­dło­wych ruchach można było oce­nić, jak rzu­cało schro­nem pod­czas ostrzału.

Po kano­na­dzie wyj­dziesz na zewnątrz, zaczerp­niesz świe­żego powie­trza, otrzą­śniesz się niczym spar­szy­wiały pies, strzep­niesz pył z głowy i ramion, prze­trzesz kuła­kiem oczy, spoj­rzysz na świat boży i wyj­dzie na to, że oto jak­byś prze­żył.

Gdzieś cał­kiem obok ude­rzył ciężki pocisk. Rąb­nął tak, że nasz schron pod­sko­czył na pół metra. Nie­da­leko sły­chać krzyki żoł­nie­rzy. Nie­sie stam­tąd zapa­chem nie­miec­kiego tro­tylu.

W tym cza­sie major wró­cił z dywi­zji. Pod­jeż­dża­jąc, sły­szał po dro­dze ude­rze­nia cięż­kich poci­sków. Posta­no­wił odpo­cząć, ale przed­tem zaszedł do mnie, aby się dowie­dzieć, czy w kom­pa­niach nie ma strat. Tylko zesko­czył w przej­ście w mojej zie­miance, gdy w powie­trzu ponow­nie zasze­le­ściły nie­miec­kie poci­ski. W pobliżu wybu­chy nastę­po­wały jeden po dru­gim. Dym zasnuł wszystko wokół. Dopóki rwały się poci­ski, sta­li­śmy przy­gięci w przej­ściu. Ale oto wszystko uci­chło. Pod­nie­śli­śmy głowy.

Masz no swój schron i majora! Bier­wiona i stropy sta­nęły dęba. W miej­scu leżanki kom­bata powstała wielka jama. Zabiło dwa konie. Poległ żoł­nierz, sto­jący na poste­runku przy wej­ściu. W powie­trze wyle­ciała waliza majora, w któ­rej trzy­mał bry­czesy i ofi­cerki z chro­mo­wej skóry z ostro­gami. Nie zwra­ca­jąc się do nikogo kon­kret­nego, Malecz­kin podra­pał się po poty­licy i jakby sam do sie­bie, wygło­sił zagad­kowe zda­nie:

– Nie­miec, kana­lia, dawno we mnie celuje! Trzeci raz ucie­kam spod ogni­ska wybu­chu.

Major odwró­cił się do mnie i dodał:

– Czym to się skoń­czy? Cały czas na mnie poluje!

Wzrok miał roz­tar­gniony, jakiś taki zatrwo­żony, pełen smutku i gory­czy.

– Ty żeś się codzien­nie włó­czył po pierw­szej linii. Sie­dzia­łeś pod kulami i poci­skami. Ilu to ludzi pogi­nęło na szo­sie biel­skiej? A ty żyjesz i jesteś cały. Ja sie­dzę w dru­gim rzu­cie i nie ruszam się stąd ani na krok do przodu. A on na mnie poluje każ­dego dnia. Gdzie mu tam, żeby tra­fić w schron naszego inten­denta! Jed­nego zło­dzieja i kom­bi­na­tora byłoby mniej. A on, ścierwo, poluje na mnie, tropi ofi­cera – fron­towca.

Kom­bat Malecz­kin nie był tchó­rzem. Na początku wojny wojo­wał na pierw­szej linii, cho­dził do szturmu, był dwa razy ranny. Ale potem, osiadł­szy na puł­ko­wych tyłach, zaczął uni­kać pierw­szej linii, wojna zaczęła dzia­łać mu na nerwy. W jego duszy zalęgł się strach. A ten, jeśli cię już dopad­nie, to ni­gdzie się przed nim nie scho­wasz.

Pokrę­ci­li­śmy się dookoła jego znisz­czo­nego schronu. Major zakrzyk­nął na swo­jego masz­ta­le­rza Jegorkę, obec­nie pozo­sta­ją­cego bez konia i kazał mu iść do Pota­pienki.

– Prze­każ, żeby odce­dził manierkę!

Zeszli­śmy do mojej zie­mianki szta­bo­wej, usie­dli­śmy na pry­czach i tkwi­li­śmy tak w mil­cze­niu, bo roz­mowa się nie kle­iła. Po jakimś cza­sie poja­wił się Jegorka z manierką w ręku. Pod­szedł do majora i zaczął szep­tać mu na ucho:

– Pota­pienko mówił, żeby nikomu nie gadać o manierce!

– Czort z tym twoim Pota­pienko! I z jego kon­spi­ra­cją! Pole­waj! Uczcimy takie oto wyda­rze­nie: moje zmar­twych­wsta­nie! Dotarło do cie­bie, Jegor? Twój major zmar­twych­wstał!

Jegor pod­niósł wala­jące się po pod­ło­dze meta­lowe kubki. Postu­kał dnem i brze­gami o kra­wędź stołu i przy­go­to­wał się, aby nale­wać.

– Prze­płu­kał byś je cho­ciaż, kołku! Nale­jesz nam razem z zie­mią! A potem pluj, krztuś się! Pia­sek będzie chrzę­ścić mię­dzy zębami! Nic nie możesz sku­mać?

Jegorka pobiegł po wodę, obmył kubki i wytarł je szmatką. Kiedy kubki zostały napeł­nione, major przy­ło­żył do nich dłoń, pokrę­cił głową, zro­bił wdech i skrzy­wił się. W oczach miał zado­wo­le­nie. Wie­dział, że alko­hol lekko wej­dzie w duszę. Wypu­ściw­szy powie­trze dla czy­stego pozoru, opróż­nił kubek w sze­roko otwarte usta.

– To jest to! Dusza pognała do raju! – powie­dział łapiąc oddech, po czym zaśpie­wał:

– Daj Bóg, bra­cia, się nie zga­pić, by przed śmier­cią się nie napić, bo potem uschniesz jak mumia! – A potem zwró­cił się do Jegorki: – Jegor, nalej jesz­cze! Polej po kro­pelce, tylko pil­nuj, żeby było równo z brze­giem! Ja cię, zło­dzie­jaszku, na wylot znam! Chcesz przy­osz­czę­dzić na mnie, na wła­snym majo­rze! Nie mam ja farta, panie porucz­niku! Przy­leci do mnie taki jeden szajs i po wszyst­kim. Cie­bie to ani kule, ani poci­ski nie ruszają. A mi nie dane będzie dożyć końca wojny. Mia­łem pro­ro­czy sen. W twój schron ni­gdy nie tra­fią. Będę z tobą miesz­kać pod jed­nym dachem.

I major polazł na nary, umo­ścił się wygod­niej i wkrótce zasnął.

Ranek przy­szedł jasny i sło­neczny. Odwilż zastu­kała kro­plami top­nie­ją­cego śniegu i poja­wiły się kałuże. Ocie­ple­nie spa­dło także na Niem­ców. Roz­myło drogi. Ustał dowóz amu­ni­cji i Niemcy prze­stali strze­lać. Nie mieli siły, by tłuc się po roz­mo­kłych szla­kach.

Major nieco pochra­py­wał, ale wkrótce się obu­dził. Nie lubił się wyle­gi­wać po obu­dze­niu i prze­cią­gać się na leżąco. Otwo­rzyw­szy oczy, zry­wał się na nogi i od razu zabie­rał się za różne sprawy.

– Towa­rzy­szu majo­rze! Może podać wody do mycia? – pytał Jegorka.

– Naszy­kuj gorą­cej. Będę się golić.

Malecz­kin golił się codzien­nie. Po gole­niu spry­ski­wał się wodą koloń­ską.

– Żeby ładne panny wąchały ładne zapa­chy! – wyja­śniał.

Teraz wody koloń­skiej nie było. Roz­le­ciała się razem z ostro­gami i walizą.

Nam, mło­dym, nie rosły jesz­cze brody. Nie­któ­rzy z chło­pa­ków dla powagi zapusz­czali wąsy. Malecz­kin spo­zie­rał na nich z nie­za­do­wo­le­niem.

– Co ty tam masz za puszek na war­gach? Jak u nie­do­no­szo­nego kur­czaka! Zapewne nie masz brzy­twy? Idź do star­szyny, niech cię ogoli. Potem zamel­du­jesz się u mnie oso­bi­ście!

Major był porządny i zawsze dbał o swój wygląd zewnętrzny. Ogrom­nie się zamar­twiał ostro­gami i wodą koloń­ską. Skąd on teraz weź­mie ostrogi?

– Ty, sze­fie sztabu, przejdź się do ceka­emi­stów, bo na pewno cał­kiem się roze­spali! – powie­dział, oglą­da­jąc się w lusterku. – Sprawdź jesz­cze raz ceka­emy i broń oso­bi­stą! Wie­czo­rem jadę do dywi­zji ode­brać roz­kaz bojowy. Zabra­nia się o tym mówić! Na dniach prze­cho­dzimy do natar­cia.