42,00 zł
„Jeśli by mnie uśpiono na sto lat i po tych stu latach obudzono i zapytano jaka jest doktryna wojenna Rosji, odpowiedziałbym, że taka sama jak w drugiej wojnie światowej. Nic się nie zmieniło od tych czasów do dzisiaj i nie zmieni się w przyszłości” – Oleksiej Arestovicz, doradca prezydenta Zeleńskiego i najpopularniejszy komentator wojny rosyjsko-ukraińskiej.
„Gdy dają mi sto ludzi pod komendę, to wiem że po dwóch tygodniach walk z tej setki nie zostanie przy życiu prawie nikt. Ale przecież dostanę po nich następną setkę, która znowu starczy na dwa tygodnie... Wszak ludzi u nas dużo, więc dowództwo ich nie żałuje” – dowódca kompanii Szumlin, tytułowy „Wańka-trep”
Wstrząsające wspomnienia dowódcy kompanii piechoty, Szumlina.
Książka inna niż wszystkie napisane z perspektywy rosyjskiej o drugiej wojnie światowej. Obalająca wiele mitów o Armii Czerwonej.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 570
Rozdział 12 – Wokół Rżewa (grudzień 1941 – styczeń 1942 roku)
Tym razem postawili nam zadanie podejścia do wsi nocą z wykorzystaniem ciemności. Pójście do ataku z żołnierzami w nocy to niełatwa sprawa. W ciemności nie widać, kto gdzie idzie, a kto wtulił się w śnieg i leży. Idź ich poszukać w ciemnicy! Spróbuj ich znaleźć i podnieść.
Mogę się ostać przed wsią z garstką żołnierzy. Co za naród? Wolą leżeć pod huraganowym ogniem niż skokiem pobiec w kierunku wioski. Oto żołnierska psychologia. A może po prostu strach? Sukces nocnego ataku polega na szybkości. Skok całej kompanii na wieś. Najważniejsze, to dobiec do pierwszych domów. A tam już pójdzie. Ale czy żołnierza przekonasz słówami?
W przededniu do kompanii trafiło nowe uzupełnienie. Wszyscy niemłodzi. Wiedzą, czym żołnierze zajmują się na wojnie. Różni ludziska. Co mają w głowach? Mam setki pytań i ani jednej odpowiedzi. Powinienem z nimi przećwiczyć nocny atak, rozstawić ich na miejsca i poganiać ich parę razy gdzieś na tyłach. Ale czy pozwolą mi ściągnąć kompanię z obrony, w której leżymy w polu na śniegu?
Poprzedniego dnia były silne opady śniegu. Ale od dwóch dni z pogodą jest spokój. Podczas opadów Niemcy zachowywali się niespokojnie, wzmocnili swoje posterunki, bezustannie strzelali i bez przerwy oświetlali przedni skraj rakietami. Teraz, kiedy z nieba przestał padać śnieg i gdy przy wzlocie flary można było zobaczyć dużą przestrzeń wokoło, Niemcy nieco się uspokoili i przestali strzelać.
Przed nocnym wyjściem ze skraju lasu, postanowiłem rozdać żołnierzom czyste maskchałaty. Niemcy przyzwyczaili się, że naszych na linii lasu widzą w szarych szynelach. Do ostatniej chwili trzymałem maskchałaty na kompanijnej podwodzie i nie pozwalałem starszynie ich wydawać. Dziwił się, dlaczego je tam trzymam i nikomu nie daję.
Niech Niemcy przywykną do szarawego koloru naszych szyneli. Białe maskchałaty to dla nich coś nieoczekiwanego. Zaskoczy ich pojawienie się żołnierzy w ubraniach maskujących. W pamięci będą mieć szynele, a pojawia się przed nimi Rosjanie, wyglądający zupełnie inaczej. Niemcy mogą pomyśleć, że podeszły do nas świeże rezerwy.
Gdy ucichał strzelanina, ze wsi doleciał nas przytłumiony gwar głosów niemieckich wartowników. Z dużej odległości nie można było poznać, o czym mówili. Uwielbiali sobie pogadać. Zdaje się, że wartownicy dzień i noc gadali ciągle to samo. Niemcy zamykali usta tylko podczas jedzenia i snu.
W środku nocy żołnierze nałożyli maskchałaty i kompania zaczęła się przemieszczać do przodu. Postanowiłem, że niewielkimi grupami skoncentrujemy się w parowie. Żołnierzy doprowadzano tam po kolei. Z jaru można było rzucić się skokiem, dobiec do warzywników i wedrzeć się do wsi.
Początkowo wszystko szło dobrze. Do parowu dotarliśmy bez hałasu. Wieś była już na wyciągnięcie ręki. Półgłosem wydaję komendę:
– Kompania naprzód!
A moi żołnierzykowie leżą jak głusi, uwalili się głębiej w śniegu i popatrują na mnie. Nie mogę podnosić głosu. Niemcy są blisko. Żołnierze czekają, żeby ktoś dźwignął się pierwszy. Wstaję, wychodzę z jaru i oglądam się do tyłu. Żołnierze zaczynają się poruszać. Paru ludzi podnosi się i idzie za mną. Do warzywników zostało niewiele. Idę i czekam. Za chwilę Niemiec nas wypatrzy i wygarnie z karabinu maszynowego. Ciarki idą po plecach. Zapiera dech. Idę dalej. I każdy swój krok uważam za ostatni. Jeszcze krok i śmierć.
Nie chce się umierać. Dlaczego muszę iść przed wszystkimi swoimi ludźmi i dawać im przykład, sprawdzając na własnym ciele, czy Niemiec będzie strzelać, czy nie? Dlaczego mam się wystawiać pod kule jako pierwszy? Dlaczego oni, moi żołnierze, mają się chować za moimi plecami? A potem powiedzą, że w składzie kompanii strzeleckiej chodzili do ataku.
Do wsi zostało dziesięć kroków. W skroniach tępymi uderzeniami puls wybija ostatnie sekundy. Zaraz gruchną wystrzały i wszystko może się skończyć. I oto znikam w ciemnej dziurze wierzei. Za moimi plecami ktoś ciężko dyszy. Tak jak przewidywałem, to niewielka grupa moich żołnierzy.
W stodole jest pusto. Wewnątrz śnieżne zaspy. U góry, z dziury w dachu zwisają spod śniegu pasma zbutwiałej słomy. Żołnierze strumyczkiem wlewają się przez otwarte wrota stodoły. Nieco się ożywili, stoją czujnie, przełykają strach i ślinę, ale śmiałości nie odzyskali. Są zadowoleni, że bez strzału dotarli do stodoły i dostali się do środka. Stoją zbici w kupę i patrzą na mnie. I znowu wszystko od początku! Dopóki nie wyjdę ze stodoły, nie zrobią kroku do przodu i żaden nie ruszy się z miejsca. Zupełnie, jakby tylko mnie jednemu była potrzebna ta zawszona wiocha i cała wojna.
Plutonowi kulą się z tyłu za żołnierzami. Na froncie są tacy cisi i lękliwi, nie to, co na tyłach. Tam są krzykliwi, wydzierają gardła na żołnierzy, pokrzykują, gną im karki. Gdzie się podziała ich żwawość?
Co mogę zrobić sam jeden z pięćdziesięcioma ludźmi? Poczekajcie, weźmiemy wieś, to ja już was pogonię. Będziecie sterczeć u mnie na śniegu. Moi dziadkowie wiedzą, ile jest warte żołnierskie życie. Ja jestem w kompanii najmłodszy. Nie można krzyczeć i wykopywać ich ze stodoły. Chałupy, w których znajdują się Niemcy, są blisko. Ręką wskazuję, kto ma gdzie biec, a oni stoją bez ruchu i patrzą na mnie tępo, przyciskając się do siebie.
Lecz wśród nich są i tacy, którzy mają więcej śmiałości. Jest ich nie więcej niż pięciu. Wyglądają przez wierzeje stodoły, ale boją się zrobić krok na spotkanie śmierci. Co robić? Nie wyciągnę każdego po kolei za rękaw, nie wypchnę ich, nie podgonię kolanem w zad, nie wyrzucę na zewnątrz za kołnierz. Stoją i boją się wyjść ze stodoły.
Oczywiście potem będą się zachłystywać opowieściami, jak to skokiem wdarli się do wioski. Robię dwa kroki w kierunku stojącego tłumu, a oni cofają się dwa kroki do tyłu w głąb stodoły.
– Co za wojsko! Kurwa wasza mać! – wypaliłem na głos.
Ruchem ręki przywołuję pięciu najbardziej rozgarniętych i wskazuję im na dwie najbliższe chałupy.
– Ja i wy weźmiemy te dwa domy. Pozostali niech biegną dalej w wieś. Żołnierze na znak zgody kiwają głowami.
Oglądam się na pozostałych, kręcę głową i klnę półgłosem, grożąc w ich stronę kułakiem, po czym sam z tymi pięcioma wychodzę ze stodoły.
Do najbliższej chaty jest jeden skok. Pochyliwszy się, biegniemy po głębokim śniegu, wyrzucając w górę kolana. A moi żołnierzykowie, którzy zostali w stodole, niezbyt się śpieszą, za to popatrują, co będzie z nami dalej.
Obchodzimy chatę wzdłuż bocznej ściany i Niemcy od razu nas wykrywają. Zaczynają wrzeszczeć i otwierają ogień, pod który wpadają ci, którzy jako ostatni wyszli ze stodoły.
Nas Niemcy już nie widzą, bo przesunęliśmy się do przodu i stoimy pod ścianą. Teraz, gdy przeciwnik otworzył ogień, krzyczeć i wydawać rozkazy na cały głos mogę również i ja.
– Do przodu! – krzyczę. – Pod ściany! Pod chałupy! W warzywnikach wszystkich was wybiją! Skokami do przodu! Przykryjemy was z erkaemu!
– Daj no ogieńka! Wal wzdłuż ulicy krótkimi seriami! – mówię do żołnierza.
Wysuwa się zza węgła, patrzy w dół ulicy, kładzie się na śniegu, ustawia erkaem i prowadzi ogień krótkimi seriami.
Dzień przed natarciem do kompanii przysłali ręczny karabin maszynowy z dwoma dyskami amunicji. Pułkowo powiedzieli przy tym:
– Wzmacniamy cię środkami ogniowymi i dajemy erkaem! Dlatego wieś ma być zdobyta za wszelką cenę!
Automat PPSz miał tylko mój ordynans. Oto właściwie całe środki ogniowe. Chrząknąłem pod nosem i powiedziałem:
– Erkaem i pepesza na całą kompanię to według mnie jakby mało i wy to określacie, jako środki ogniowe? Tu bateria dział będzie za mało! A wy chcecie, żebym ja to zrobił z jednym erkaemem? Dwie kompanie już padły pod Czuchino. A efektów nie ma. Na śniegu przed wsią leżą setki trupów. I wy chcecie, żebym z jednym erkaemem brał wieś?
– Nie jednym erkaemem! Masz pół setki ludzi!
– Pół setki ludzi to jak pół setki nabojów. Jeden strzał i nic nie zostanie.
Jak zawsze, na początku ataku pojawiły się nieoczekiwane trudności, bo żołnierze drepczą w jednym miejscu. Ani my, ani Niemcy nie możemy się zorientować, po czyjej stronie jest przewaga. Muszę wraz z żołnierzami gnać do przodu, bowiem tylko takim manewrem możemy napędzić Niemcom strachu lub wywołać panikę.
Zadaję sobie pytanie. Dlaczego wcześniej kompanie strzeleckie nie atakowały nocą? Dlaczego posyłano ich na wioski w świetle dnia, z rana? Nocą można było niezauważenie wykonać skok i wedrzeć się do wsi z mniejszymi stratami. Zapewne wcześniej z punktu obserwacyjnego batalionu i pułku chcieli popatrzeć, jak żołnierze idą tyralierą do ataku.
Żołnierz-strzelec to nie zwiadowca! Indywidualne wyszkolenie żołnierza jest słabe. Idzie do przodu, gdy widzi, że wszyscy idą. Strach jest wielki. Nocą może się taki położyć i przeleżeć gdzieś z boku albo z tyłu, nic nie robiąc. Idzie i rozgląda się na boki, ogląda się do tyłu. Jest tam ktoś z przodu? Nie nadział się jeszcze na kule?
Spojrzałem wzdłuż wsi. Sądząc po wszystkim, Niemców ruszyło i uciekli z wioski. Spróbuj nie dać drapaka, kiedy rzucają się na ciebie ruskie Iwany.
Białe maskchałaty podkradły się jeszcze do dwóch chałup. Wydaję rozkaz i żołnierze wysypują się na ulicę. Rozbiegają się po wsi, a Niemcy dostrzegli nas i podnieśli krzyk.
To właśnie ten moment, gdy rozpaczliwy wrzask sieje panikę. Dawno na to czekaliśmy.
Niemieckie karabiny maszynowe umilkły. Słychać tylko trzask karabinów. Kompania rozlała się i pociekła między domami.
Jeden chyży Niemiec ze strachu wpadł na naszego żołnierza, głową zbił go z nóg i jak oszalały zakręcił się w miejscu. Gdy Niemiec ocknął się po uderzeniu, znalazł się pod lufą karabinu drugiego. Wytrzeszczywszy oczy, nawet nie podniósł w górę rąk. Żołnierz chwycił go za rękaw i pociągnął na bok. Niemiec był bez hełmu, z potarganymi włosami.
Pomimo wymiany ognia karabinowego, we wsi nie znaleźliśmy zabitych Niemców. Żołnierz stojący koło Niemca obejrzał się, a Niemiec gdzieś czmychnął i zniknął. Potem żołnierz opowiadał:
– Myślałem, że nie było żadnego Niemca! Ze strachu tak mi się wydawało! Jestem pierwszy raz na froncie!
A kiedy podszedł do niego ten drugi, którego zbiło z nóg, to stało się jasne, że mimo wszystko pozwolili Niemcowi uciec.
Szara mgiełka na niebie zaczęła się rozjaśniać. Nie liczyłem na to, że wszystko zakończy się tak lekko i szybko. Obawiałem się, że straty będą duże. Sądziłem, że Niemcy tak łatwo nie oddadzą nam wsi. W kompanii było jakichś dziesięciu zabitych i rannych. Strzelanina ucichła. Ostatni uciekający Niemcy skryli się w krzakach.
Drogą z lasu, saniami zaprzęgniętymi w taborową klacz, nadjechał kompanijny starszyna. Żołnierze rozleźli się po domach w poszukiwaniu jedzenia. Po jakimś czasie pojawili się na ulicy. U każdego sterczało zza pazuchy jakieś niemieckie barachło.
We wsi, na stołach w chałupach, na podłodze i na ławach Niemcy zostawili chleb, konserwy i parę butelek sznapsa. Z boku na skórce bochenki chleba miały czterocyfrowe liczby – 8, 9, 0… Żołnierze doszli do wniosku, że chleb pochodzi z wypieku trzyletniego.
– Ty, popatrz! Trzyletni zapas chleba!
Chleb dawał się łatwo kroić. Na ząb nie był czerstwy. Puszki konserw pochodziły z całej Europy. Obok paczki papierosów i porzucone niemieckie koce.
W jednej z chałup, sztabowej, na stole stała maszyna do pisania, a na podłodze walały się jakieś papiery. Na szerokiej ławie pod ścianą stały dwa aparaty telefoniczne z tworzywa sztucznego. Z okopów ciągnął się do nich cały pęk przewodów. Znaleźliśmy tutaj stertę stearynowych świec w kształcie okrągłych pudełeczek ze sterczącymi pośrodku kartonowymi knotami. Czego ci Niemcy nie mieli ze sobą na wojnie! Taszczyli wszelkie graty i drobiazgi.
Na podłodze koło stołu poniewierał się żołnierski plecak. Klapa plecaka z twardej jeleniej skóry. W tym samym miejscu pod ławą stały wyczyszczone na błysk buty. Podbicie w tych butach było trochę za małe na naszą ruską łapę. Wielu żołnierzy łypało na nie okiem, ale nie odważyli się przymierzać. Na wbitym w ścianę gwoździu wisiał automat z zapasowymi magazynkami pełnymi nabojów. I wreszcie to, co najbardziej intersujące, a co wszyscy rozdrapali: na oknie leżała cała sterta niemieckich czasopism z kolorowymi obrazkami.
Podczas gdy chodziłem po wsi, wyznaczałem posterunki i określałem odcinki obrony dla każdego plutonu, w tejże chacie w akompaniamencie złośliwych uwag i zgodnego śmiechu żołnierzy odbywało się lustrowanie nagich niemieckich dam z kolorowych zdjęć. Na okładce jednego z czasopism na pierwszym planie widniał portret człowieka z wąsikiem i kosmykiem włosów na czole.
Kiedy wszedłem do chaty, popatrzyłem na fotografie i przeczytałem podpis, powiedziałem żołnierzom:
– To jest właśnie ich Hitler.
Wszyscy stłoczyli się, by jeszcze raz na niego popatrzeć.
– No, to teraz wiemy, jaki jest ten ichni Hitler.
Żołnierze cisnęli się, by z ciekawością przyjrzeć się niemieckiemu wodzowi w wojskowym mundurze.
– Patrzcie, bracia! – zakrzyknął któryś. – On też trzyma rękę za guzikiem, pod marynarką!
Dobrze, że kompanijny politruk przepadł gdzieś na tyłach pułku i już cały miesiąc nie pokazuje się w kompanii – pomyślałem. – Gdyby tak teraz wyszarpnął z rąk żołnierzy jedno z czasopism, to miałby wszelkie dowody i bezpośrednie poszlaki na rozkład moralny dowódcy kompanii. Nie wymigałbym się od kontrrewolucji.
Któremuś z żołnierzy na stronach magazynu trafiły się nagie dziewczęta. Żołnierze porzucili oglądanie führera i od razu zarechotali. Niemki w grubym makijażu, naciągające pończochy na szczupłe i wdzięczne nóżki, przyciągnęły ogólną uwagę wojaków.
Od niektórych żołnierzy już zalatywało alkoholem. To oni krzyczeli i rechotali najgłośniej ze wszystkich.
– To nie to! – powiedział starszyna, zajrzawszy do czasopisma.
– Towarzyszu starszy sierżancie, taką to ani z przodu, ani z tyłu!
– Widzieliście, bracia? U Niemców baby długie i chude!
– Rzeczywiście, jak lafiryndy!
– Żeby tak tu była moja Dusia! Wszystkie by swoim tyłkiem zakryła! U niej najlepsze jest z tyłu!
Siedziałem i słuchałem, jak żołnierze naśmiewali się z niemieckich dam. Młodzi żołnierze stali nieco z tyłu i przysłuchiwali się. Nie mieli nic do powiedzenia. Te sprawy, podobnie jak wojnę, trzeba pojąć i poczuć w praktyce. Dziadkowie o tym i owym wykładają otwarcie. To nie żarty! Nic, tylko strzyc uszami! Zaliczysz szkołę! Poznasz teorię życia!
Rozumiałem, że po kolosalnym napięciu i strachu, żołnierze się rozluźnili. Teraz z każdego serca i każdego spojrzenia biła świadomość, że zdobyli wieś i zostali przy życiu. Teraz każdy z nich mógł odetchnąć swobodnie, pośmiać się do łez, popisywać i nawet przeklinać.
Żołnierze, przerywając sobie nawzajem, zaczęli sypać różnymi powiedzonkami na temat kobiet. I gdyby nie łącznik, który przybiegł z plutonu, rozmowom nie byłoby końca.
Wydałem rozkaz, by zmieniono ludzi na posterunkach, wydałem instrukcje starszynie odnoście jedzenia i w towarzystwie łącznika poszedłem do plutonu, który mnie pilnie wzywał. Gdy podszedłem do chałupy, gdzie rozlokował się pododdział, sierżant zameldował mi, że Niemiec, któremu pozwolili uciec, odnalazł się w cielętniku. Czmychnął w na wpół otwarte drzwi, wbiegł do chlewu i zatknął za sobą skobel. Postanowił przeczekać, a potem wydostać się niezauważenie i uciec. Żołnierze usłyszeli ciche szmery w chlewie i doszli do wniosku, że Niemcy w panice zostawili tam wieprzka. Weszli do środka, a tam na kupie nawozu faktycznie siedział cenny okaz.
Popatrzyłem na Niemca, który był bez nakrycia głowy. Zgubił gdzieś hełm i furażerkę. Kazałem sierżantowi, by dał mu niemiecki koc. Niech się Fryc nakryje z głową, bo inaczej odmrozi uszy. Uprzedziłem również sierżanta, by nasi Słowianie nie wałęsali się bez celu po wsi.
– Wartownicy na posterunkach! Wolna zmiana po domach!
Kazawszy łącznikowi konwojować jeńca, skierowałem się do chałupy sztabowej. Podciągnięto tam już łączność z batalionu i telefoniści grzebali się już z aparatem.
Potem telefon z batalionu. Oczywiście robiono mi wymówki, że nie zameldowałem wcześniej przez łącznika o zdobyciu wioski. Nie po chamsku, jak zawsze, a nieco delikatniej, choć z wyrzutem. Zrobiło mi się lżej na sercu. Nie oczekiwałem po nich tak grzecznego traktowania. W czterdziestym pierwszym nie było to w modzie. Byłem zadowolony z czegoś innego – że zająłem wieś przy niewielkich stratach.
Pod wsią poległo w śniegu kilka setek żołnierzy. Nacierali przed nami i ponieśli duże straty. Na prawo od nas atakowały kompanie pułku. Przy ciężkich stratach zdołały wedrzeć się do wsi Gostiniewo1. Front obrony Niemców pod Staricą został przerwany przez sąsiednią dywizję. Zapewne dlatego Niemcy nie stawili nam tutaj zaciętego oporu.
* * *
Niemiec był niewysoki, z ciemnymi, potarganymi włosami. Zapewne nie Aryjczyk. Nie znalazł czasu, aby rozczesać włosy z przedziałkiem, jak robili to inni. Nie zdążył się umyć i naciągnąć furażerki na uszy, a tu we wsi wybuchła bezładna strzelanina. Nocą wyskoczył na burzę śnieżną i umykał, ze strachu odchodząc od zmysłów. A przecież rankiem miał zamiar doprowadzić się do porządku. No pewnie! Miał ruszać w drogę.
Teraz siedział na ławie i wiercił się niespokojnie. Na pytania odpowiadał z pośpiechem, nie zastanawiając się nad swoimi odpowiedziami. Czuło się, że dostawszy się do niewoli, w żaden sposób nie mógł dojść do siebie i oswoić się ze swą obecną sytuacją. Nazwisko, imię, rok i miejsce urodzenia wyrzucił z siebie jednym tchem. Miał około dwudziestu lat.
Wszystko szło dobrze i gładko. Lecz gdy zapytałem go o rodzinę, Niemiec nagle zamrugał oczami, załkał żałośnie i nie mógł usiedzieć w miejscu. Ryczał prawdziwie i całkiem naturalnie. Płakał z całego serca. Po policzkach spływały mu wielkie łzy. Zanosił się od płaczu, pomagając sobie piskliwym głosem.
Chciał coś powiedzieć, wymamrotał kilka niezrozumiałych słów, załkał parę razy i rozbeczał się z nową siłą.
Moi żołnierze patrzyli i wzruszali ramionami. Byli zdziwieni, a nawet zmieszani. Teraz spozierali na niego wyrozumiale i wręcz się uśmiechali. Dorosły chłop, a beczy jak baba. Patrzyli na niego, chrząkali i nie mogli uwierzyć.
– Towarzyszu poruczniku! Po co on ryczy?
Odczekałem, aż Niemiec nieco się uspokoi i zdoła wydusić choć parę składnych słów. Wtedy będzie można go zapytać, dlaczego właściwie płacze.
Prowadząc go tutaj, nasi go nie kopali, nie szturchali pod żebro kolbą, nie bili. U nas w ogóle nie było przyjęte, by znęcać się nad jeńcami. Można rzec, iż nasi żołnierze traktowali jeńców z szacunkiem, jak ludzi. Bywały przypadki, że podczas konwojowania wziętego do niewoli, gdzieś tam na tyłach wybiegali zza furmanek woźnice i inni tyłownicy i w uniesieniu zamachiwali się na Niemca, chwaląc się koleżkom swoją zręcznością i patriotycznymi uczuciami.
– Cofnąć się, ale już! – konwojent odganiał ich lufą karabinu. – Rusz się na pierwszą linię i złap sobie jeńca, a potem się pchaj! Ten nie twój! Patrzcie no, jaki szybki! Szczur tyłowy!
Nie znaliśmy przyczyny, dla której Niemiec rozpaczał. Ale oto nieco się uspokoił, patrzy mi żałośnie w oczy i prosi mnie, żeby go wypuścić.
– Dokąd wypuścić? Do toalety? – pytam.
– Nein, nein… Tam, do Niemców! Nach Hause! Mam urlop!
I czym prędzej wyciąga z kieszeni na piersi munduru swoje Urlaubsschein2.
– O, tu! – pokazuje palcem na papierek. Od sześciu miesięcy jestem na froncie wschodnim. Należy mi się urlop. Wczoraj dostałem dokumenty. Muszę jechać do domu! Jestem zmęczony. Verstehen Sie?
– Rozumiem! Rozumiem! – odpowiadałem. – Müde! Verstehen!
– Co on gada, towarzyszu poruczniku? – pytali żołnierze.
– Prosi, żebyśmy go wypuścili. Musi jechać do domu! Ma urlop. Powinien jechać do Niemiec.
Żołnierze, usłyszawszy powód lamentu, chwycili się za brzuchy i jak jeden mąż zatoczyli się ze śmiechu. Śmiali się szczerze, do łez. Niemiec płacze ze zdenerwowania, a oni ze śmiechu.
– Ale numer! – wielu zarykiwało się tak, że chwytała ich kolka.
Niemiec najwidoczniej pojął, że przetłumaczyłem jego prośbę żołnierzom. Popatrzył na nich i znowu się rozpłakał. Żołnierzom łzy ściekały po policzkach. Wszyscy płakali. I rżeli, jak konie.
– Ale jaja! No, to nas ubawił! Gad jeden, wszystkich do łez doprowadził!
Niemiec obrzucił wszystkich uważnym spojrzeniem i ponownie się rozryczał.
– Towarzyszu poruczniku! Zabierzcie go stąd! Wszystkich nas trupem położy na podłodze!
– Patrz, żebyś w gacie nie narobił! – dorzucił drugi.
– Jak to się mogło stać?
– Mamusiu… już nie mogę!
– Zapytajcie go… – i żołnierz walił się na wznak i turlał się po podłodze – dokąd on to ma jechać?
I znowu przy wtórze ryku żołnierskich gardeł i płaczu Niemca, wszyscy, którzy siedzieli na ławie, pospadali na podłogę.
– Ależ dzionek! Gorszego nie wymyślisz! Po czymś takim i śmierć niestraszna!
– Dzięki ci za to! Ale mnie rozbawił! Dajcie mi go pocałować!
Namiętności powoli opadły. Ofuknąłem Niemca, by w końcu przestał wyć i zadałem mu pytanie:
– Powiedzcie, proszę, kiedy to mieliście jechać na urlop?
– Co wy tam mu mówicie, towarzyszu poruczniku?
– Pytałem, kiedy chce pojechać na urlop do domu.
– A on co na to?
– Mówi, że pojedzie dzisiaj. I że powinniśmy go natychmiast wypuścić.
Żołnierze, usłyszawszy tłumaczenie, zgodnie ryknęli śmiechem.
– Źle zapytałem – powiedziałem. – Chciałem zapytać, dokąd powinien jechać.
Po moim ostatnim zdaniu Niemiec wyraźnie poweselał. A żołnierze, to jeden, to drugi, nieoczekiwanie zaczęli parskać. Któryś nie wytrzymał i znowu zanieśli się śmiechem.
Na koniec, po uściśleniu za pomocą szeregu pytań, sprawę wyjaśniono. Niemiec zdał swoją broń, pożegnał się z przyjaciółmi i wypił z nimi na drogę.
– Na pewno chce się wyrobić do swojej długiej i chudej Frau! – powiedział któryś z żołnierzy.
– Frau! Frau! – Niemiec pokiwał radośnie głową.
– Teraz, Frycu, masz inny urlop! Do samego końca wojny!
– Oto człek szczęśliwy – dodał ktoś. – Po wojnie wróci do domu. A my?
Niemiec opowiedział ochoczo, że ich 252 Dywizja Piechoty3 cofnęła się tu spod Kalinina. Tu, na rubieży Staricy ich batalion saperów miał wykopać transzeje na pełen profil. W batalionie znajdował się przedstawiciel z dywizji, który miał odebrać od nich wykonaną pracę. Jeśli Herr Offizier też jest w niewoli u Rosjan, to może potwierdzić, iż Niemcowi należy się urlop4.
* * *
Wkrótce wypchnęli nas ze wsi i kazali ścigać Niemców. Zdaliśmy jeńca i ruszyliśmy do przodu. Zawczasu trudno było określić, po której z dróg cofała się niemiecka piechota. Niemcy regularnie odśnieżali przyfrontowe szlaki i obstawiali je tyczkami z wiązkami słomy.
Dzień i noc szliśmy za wycofującymi się Niemcami i przy podejściu do Rżewa zmieniła nas inna kompania. Poszła do przodu, skręcając ostro na prawo, ja zaś wraz z moją miałem iść w ślad za nimi.
Nie byliśmy już w składzie 31 Armii. Dywizję włączono do 39 Armii, która nacierała na prawo od Rżewa. Od jednej wioski do drugiej szliśmy za saniami i podwodami. Przechodziliśmy przez wsie zupełnie nie tknięte wojną.
W jednej z nich któregoś razu kompania wraz z taborami stanęła na nocleg. Wezwał mnie szef sztabu pułku i mogłem rzucić okiem na mapę rejonu. Pułkowi dogonili nas drogą właśnie w owej wsi. Przyglądając się mapie, zauważyłem, że drugą dobę obchodzimy od północy miasto Rżew.
Nie posiadałem mapy z trasą przemarszu. Powiedziano mi, żebym zapamiętał marszrutę w głowie. Punktem wyjściowym dla dalszego ruchu był prawy brzeg Wołgi. Niestety na brzegu rzeki nie było charakterystycznych punktów terenowych i pośród zaśnieżonych równin i zasp trudno było określić, w którym miejscu się znajdowaliśmy.
W tych zaśnieżonych przestworach, w nie do końca jasnej sytuacji, kiedy to nie wiesz, gdzie są Niemcy, a gdzie ty, nie mając mapy okolicy i nie wiedząc, w którą stronę w danej chwilki powinieneś się kierować, utrzymanie zadanego kierunku jest trudne. Idąca przed nami kompania zastąpiła nas jako osłona taborów, a ja z moimi ludźmi wysunąłem się do przodu. Szedłem na czuja, kierując się pamięcią i kompasem i starałem się utrzymać poczucie czasu.
Na każdym rozstaju dróg, na każdym ostrym zakręcie musiałem się zatrzymywać i analizować przebytą drogę. Nie myślałem wtedy, że logiczna nitka drogi może przypadkowo lub nagle się zerwać.
Wyszliśmy z lasu i skręciliśmy na drogę. Po tamtej stronie duktu – zaśnieżone pole i rzadkie, pokryte szronem krzewy. Z przodu – rozwidlenie dróg. Zatrzymałem się, żołnierze położyli się na śniegu. Posłałem do tyłu dwóch łączników, aby uściślić, po której drodze mam się poruszać. Wrócili po jakimś czasie. Rozkazano mi kierować się bardziej na prawo i przemieszczać się w kierunku stacji Czertolino.
Gdy kompania obeszła kilka wsi po zaśnieżonym korycie rzeki Siszki i wspięła się na pagórek, przy podejściu do jakiejś wsi ostrzelali nas Niemcy. Zalegliśmy po obu stronach drogi i po krótkim rozpoznaniu posłałem w tył dwóch żołnierzy z meldunkiem. Prosiłem, aby do kompanii dostarczono zaprzęg konny z działkiem kalibru 45 mm.
Zaprzęg dotarł. Działko wytoczono na wzgórek. Zaszczekało trzy razy po wsi. Okazało się, że to wystarczy. Niemcy rozbiegli się w różne strony. Przemaszerowaliśmy po wiejskiej uliczce, wyszliśmy za płot i, skręciwszy ostro na południe, poszliśmy w kierunku stacji Czertolino.
Odniosłem wrażenie, iż w owej chwili przerwaliśmy niemiecki front i zachodzimy im na tyły. Poza nietkniętym białym śniegiem, przed nami nie było nic widać. Przeszliśmy wieś i znaleźliśmy się w strefie niemieckich szlaków zimowych. Wokół panowała absolutna cisza.
W ślad za naszą kompanią, drogą pociągnęły również inne pododdziały. Na podejściach do wsi, gdzie strzelaliśmy z działa, tabory utknęły gdzieś podczas przejazdu przez głęboki parów.
Nad ranem, ze względu na fakt, iż nie spaliśmy trzy doby, zmieniła nas druga kompania strzelecka. Przenocowaliśmy w jakiejś wiosce i rankiem ruszyliśmy dalej w ślad za kompaniami naszego pułku. 119 dywizja wchodziła na głębokie tyły Niemców.
Szliśmy przez strefę zupełnie nietkniętą przez wojnę. Na drogę na spotkanie wybiegały nam dzieciaki. W drzwiach domostw stały baby i młode żonki, przytulone do futryn. Obrzucały spojrzeniem żołnierzyków i poprawiały śpiesznie narzucone chustki.
W niektórych wsiach wiedzieli o wojnie, lecz ani razu nie widzieli Niemców. A tu znowu przyszli nasi! Życie wokół było spokojne, ciche, pozbawione trosk. Cały szlak do Szizdierowa pokonaliśmy bez jednego strzału. Naszym zadaniem było zajęcie obrony w tym rejonie, podczas gdy inne bataliony poszły dalej w kierunku miasta Biełyj5.
Cały szlak do miasta Biełyj nasza dywizja przeszła nie napotykając na niemiecki opór. Na drogach nierzadko spotykało się chłopów. Jeden jechał z lasu z drewnem, innego wiózł chłopski konik ciągnący siano, pozostawione od jesieni w stogach gdzieś na polu. Wszędzie od wczesnego rana dymiły kominy pieców. Pachniało świeżo upieczonym chlebem, kiszoną kapustą i samogonem. Zapomniani przez wszystkich i odcięci od wojny i świata, ludzie żyli tutaj swymi sprawami i beztroskim bytem. Tutaj, w śniegi nie do przebycia, Niemcy nie zaglądali. Kobiety nosiły na koromysłach drewniane cebrzyki z lodowatą woda ze studni. Bydło muczało, kury gdakały, chrząkały prosiaki, piały koguty i szczekały psy.
Nie można powiedzieć, by na twarzach rumianych i młodych kobietek malowała się rozpaczliwa tęsknota. U wielu z nich mężowie siedzieli w domu, na gospodarstwie. A te, do których mężowie nie wrócili jesienią, urządzały się z młodymi, jak to tutaj mówią, „nieślubnymi”. Wielu zawodowych oficerów i żołnierzy, którzy dostali się w okrążenie, początkowo tułało się po lasach. Potem, stopniowo przemieszczając się za Niemcami na wschód, osiadali w odległych i leżących w lasach wioskach. Niektórzy przedostawali się w pobliże rodzinnych stron, wielu docierało do swoich domów.
Wdówki i młode żonki wybierały robotników i kumów, przyjmowały ich do domów. Ci mieszkali, pracowali, krzątali się, ale gospodarzami w domu nie byli. Gospodyni w każdej chwili mogła odmówić robotnikowi jedzenia, pościeli i noclegu. Zasada prywatnej własności rządziła tu na całego. Ja jestem gospodarzem! A ty jesteś moim najemnym robotnikiem! Znaj swoje miejsce! I żyj wedle moich zasad. Za twoje żarcie wezmę dwóch. I będą jeszcze wdzięczni i zadowoleni. A ty maszeruj i poszukaj sobie miejsca.
Kwitł tutaj bezlitosny rynek siły roboczej. Na pracowników najemnych nie patrzono jak na ludzi, a jak na niewolników i bydło. Niektórzy z gospodarzy mieli po pięciu, sześciu parobków. Przygotowywali zapasy drewna w lesie, budowali młyny, rozprowadzali tabuny koni i stada owiec i krów.
Jak powiadał Marks, trzymało się to na wartości dodanej. Gospodarze wykorzystywali nieszczęście i biedę bezdomnych włóczęgów i żołnierzy bez zajęcia. Pracowali za skórkę chleba i skromną miskę cienkiej polewki i można ich było zmusić do zginania karku od świtu do nocy. Przypomnieli mi się żołnierze Łukonina, których zostawił w okrążeniu. Przecież oni też gdzieś robią za parobków u gospodarzy. Wspomniałem też chłopa stojącego na ganku, kiedy się cofaliśmy. W swym cwanym łebku już wtedy z grubsza obliczał, ilu sobie wziąć parobków, jeśli żołnierze zostaną we wsi. Chciwy był tu narodek.
Z nadejściem zimy zbiegli żołnierze i okrużeńcy postarali się o to, by pozbyć się swoich mundurów wojskowych. Teraz paradowali w wiejskich kapotach przewiązanych sznurkiem. Na nogach mieli onuce i łapcie. Jedni zapracowali na ochędóstwo i obuwie, inni wymienili za całe kirzowe buty. Gospodarza od razu można było poznać. Nosił tułup i nową watowaną kapotę. Na nogach mocne walonki, odzież niewytarta i bez łat. Kołysząc się, przechadzał się leniwie po wsi, trzymał się dostojnie i był pewien, że Niemcy go nie tkną. Nie śpieszył się, nie krzątał, nie przebierał gorączkowo nogami i nikomu się nie kłaniał, gdy schodził z ganku na drogę. A „nieślubni” i parobkowie kręcili się po wsi niepewnie i w pośpiechu, często z obawą.
Popatrzyłem na tych zdrowych młodzianów i chłopów, a w myślach wyobrażałem sobie, że można by nimi w pełni ukompletować nasze kompanie. W tych, którzy zdążyli zapuścić długie włosy i brody, wciąż dało się rozpoznać młodych i silnych ludzi.
W kompaniach mieliśmy mało żołnierzy. Twarz jest zwierciadłem ludzkiej duszy. Spojrzysz w nią i od razu widzisz, czy człowiek jest posunięty w latach, czy też to młodzieniec z brodą i długimi włosami. Nasi, choć starawi, to przeszli wojnę, śmierć i ogień na pierwszej linii i każdy z nich był wart więcej niż nieostrzelany zdrowy chłopek czy młokos. Tacy byli, ci nasi kompanijni dziadkowie, pomarszczeni i na oko słabowici. Zarośnięci i nieogoleni, być może byli słabsi fizycznie, lecz za to byli twardzi i silni duchem. A ci młodzi i zdrowi, silni z wyglądu, byli tchórzami.
Życie sprawia, że człowiek staje się taki czy inny. Dostań się w okrążenie, poganiaj z wioski do wioski na prawach parobka, gdy za tobą, jak za zającem, węszy psiarnia niemieckich policajów. Od takiego życia stracisz nie tylko ducha, ale i rozum.
– Wojować za ojczyznę, to dane od Boga! – mówili mi moi dziadkowie. – Raz stchórzymy. A gdzie indziej dwa razy weźmiemy, co nasze. Bez lęku i strachu się nie da – nie będzie odwagi. Potem czujesz, żeś winien, że niepotrzebnie stchórzyłeś i leziesz przebojem. Wtedy i śmierć niestraszna. Kiedy żeś świadom swej winy, to napierasz na całego!
Prosty niepiśmienny żołnierz nie zawsze potrafił wyrazić słówami swoją filozofię. Ale każdy miał ją w sobie. Idą wszyscy, idzie i on. Ważne, żeby znalazł się taki, który pójdzie pierwszy. Na wojnie to złożone pojęcia. Niepojęte są postępki rosyjskiego żołnierza!
* * *
Dziś mamy 3 stycznia6. W kompanii nieoczekiwanie pojawia się Sawienkow. Wsiąkł na cały miesiąc, a teraz się pokazał, jakby nigdy nic. Teraz idzie z przodu. Wykombinował, że kompanię mogą zostawić we wsi i wtedy zdąży nawiązać fachowe stosunki z miejscowymi. Za parą szklanek samogonu na stole może się pojawić miska solonych ogórków, żeliwny gar gotowanych ziemniaków, kiszona kapusta i, zanim się obejrzysz, słonina.
Dzień miał się ku końcowi. Na noc kompania stanie gdzieś we wsi. Trzeba tylko wybrać bogatszy dom, myślał Sawienkow. Z gościnną gospodynią. Żołnierzy umieścimy osobno, w innej chałupie. Wykalkulował, że musi wziąć gospodarstwo w swoje ręce, a porucznik niech kieruje służbą wartowniczą.
Tyły dywizji zostały odcięte. Gdy czołowe pododdziały przeszły przez głęboki parów przed tą samą wsią, gdzie trzykrotnie wystrzeliła czterdziestkapiątka, tyłownicy z taborami ugrzęźli do nocy. I kiedy taboryci ze swoimi klaczami wydostali się na górę, Niemcy uderzyli z dwóch stron i zamknęli wyłom tuż przed ich nosem.
Jednocześnie zostało przerwane zaopatrzenie pododdziałów bojowych naszej jednostki. Nie było czym karmić ludzi, pułkowe kuchnie gotowały wodę i żołnierze mogli pędzić wyłącznie herbatę.
Po jakimś czasie miejscową ludność obciążono naturalnym podatkiem. W menażkach pojawiły się ziemniaki i kapusta, zaprawiona żytnią mąką. Mięso i słonina rozchodziły się wyższymi kanałami.
Idziemy drogą, a horyzont stopniowo zaczyna ciemnieć. Droga ostro skręca, wchodzimy na pagórek i w dole przed nami ukazuje się wioska. Na razie jednak nie ma rozkazu, by kompania zatrzymała się tam na nocleg. Mijamy ostatnią chatę, odprowadzając ja zamyślonym spojrzeniem.
Idę w milczeniu. Nie mam chęci na rozmowy z Sawienkowem. Już dawno się od niego odzwyczaiłem. Gdy dogonił kompanię i przywitał się ze mną, zamiast odpowiedzieć na powitanie, zapytałem go:
– Byłeś na kursach dla awansowanych? Myślałem, że pojawisz się w kompanii co najmniej jako kapitan.
– Ty znowu swoje? Nie zapominaj, że polecono mi, abym ci się przyglądał. Nie twoja sprawa, gdzie i ile czasu byłem.
– Wypełniałeś misję specjalną? Dowódca plutonu łączności mówił mi, że przez cały czas przesiadywałeś u nich. Sądziłem, że przenieśli cię do łączności.
– Chodzenie do ataku to twoja robota. Po to jesteś porucznikiem. A moje zajęcie to patrzeć, czy czegoś niepotrzebnie nie wykręcisz. I umówmy się na przyszłość, że to, gdzie siedziałem i ile czasu tam byłem, to nie twoja sprawa. Zamelduję na czas, jeśli zbierasz się do przejścia do Niemców.
Kompania idzie dalej drogą, a my uparcie milczymy. Za zagajnikiem spoza pagórka ponownie wyjrzały dachy.
Wyobraziłem sobie, jak po lekkiej popijawie i sytnym żarciu, położy się na wiejskim skrzypiącym łóżku i miło się zdrzemnie. Dla Sawienkowa najważniejsze jest jego własne życie. Cała reszta dla niego nie istnieje. Ataki, ostrzały, zabici i ranni to moja sprawa. A on, Sawienkow, nie może zginąć. Nie był w stanie znieść ostrzałów z dział. Przy świście kul i wyciu pocisków coś mu pękało w środku.
Sawienkow postanowił, że napisze raport o dowódcy kompanii, aby mu nie ufano. Jeśli ten zacznie obwiniać jego, Sawienkowa, to mu nie uwierzą.
Przez miesiąc w kompanii czterokrotnie całkowicie odnowiono skład osobowy. Można przyjąć, że to trzy – cztery setki ludzi. Z tych, których Sawienkow wyprawiał zza Wołgi do Poddubia, nie został przy życiu ani jeden. Wychodzi na to, że ci, którzy są tu teraz, polegną w ciągu dwóch tygodni. Świadków w ogóle nie będzie. Żołnierzy Sawienkow się nie wstydzi. Oni go nie znają. A jeśli porucznik coś gada, to wyłącznie z zemsty i zawiści.
Tymczasem z tyłu dał się słyszeć donośny głos:
– Ej, uważaj!
Odwróciłem się i dostrzegłem, że pędzi na nas koń z lekkimi saniami. Drogą z pełną prędkością toczył się woźnica z dwoma pasażerami, ubranymi w nowe półkożuszki z wyłogami futrem na zewnątrz.
Żołnierze zeszli z drogi i stanęli na poboczu. W saniach siedziało dowództwo naszego pułku. Malowane sanie na wąskich stalowych płozach, poskrzypując przemknęły obok. Obsypały żołnierzy wzbitym śnieżnym pyłem i zniknęły za zakrętem. Tu, na tych zaśnieżonych przestworach, nie słychać ani wystrzałów, ani świstu kul. Wszyscy wyfrunęli ze swoich kryjówek i potoczyli się, przeganiając swoich żołnierzy. Patrzcie no, żołnierzyki, sam wasz dowódca pułku z przodu!
Lecz gdy wyszliśmy na prostą, lekkie saneczki nagle przyhamowały i jeden z jadących zamachał do mnie ręką. Podbiegłem, by zobaczyć, co się stało.
Sawienkow nie słyszał, o czym mówiło mi pułkowe naczalstwo. Kiwnąłem głową, a sanie ruszyły z miejsca i kłusem pomknęły gdzieś przed siebie.
Sawienkow nie pytał, o czym rozmawialiśmy. Chciał sprawić wrażenie, że wie, iż nie mogli mi powiedzieć niczego specjalnego.
Jednak kiedy kompania podeszła do rozwidlenia dróg i jedna z nich skręciła w stronę wioski, a druga zaparła się w zaśnieżony pagórek, Sawienkow zrozumiał, że żołnierzy nie poślą na postój we wsi. Na wzgórku stał pusty budynek szkolny. Wszystkie jego myśli o porządnej gospodyni, sytnym jedzeniu i ciepłej chałupie od razu legły w gruzach. Zrozumiał, że w pustej wiejskiej szkole nie nacieszy się jedzeniem. Zdenerwował się i rozzłościł.
Pozostanie pod jednym dachem z żołnierzami oznacza, że poza chochlą mętnej bałandy, jemu osobiście nic nie przypadnie. Na oczach żołnierzy nie nalejesz sobie podwójnej porcji, nawet jeśli starszyna na to pójdzie. A ten idiota, porucznik, może przywołać cię do porządku. W głowie ma tylko sprawiedliwość.
Porucznik zaraz pośle starszynę do batalionu po prowiant. Sawienkow zaklął ze złością i popatrzył na drewnianą podłogę, gdzie w rogu zostawiono mu miejsce do spania na gołych deskach.
Dowódca kompanii wystawił warty, wyznaczył rozprowadzającego, poinstruował żołnierzy na wypadek alarmu i nie czekając na powrót starszyny, położył się pod ścianą na deskach podłogi i zapadł w sen.
Nikt z miejscowych nie mieszkał na terenie szkoły. Okna i drzwi były pozabijane. Sawienkow pokręcił się w miejscu, podrapał w tył głowy, raz jeszcze popatrzył na podłogę i niechętnie zaczął układać się do snu.
W sali lekcyjnej było zimno, wilgotno i leżał kurz. Ławek w całej szkole nie było. Kiedyś wyniesiono je i złożono w stodole.
Uprzedziłem żołnierzy, aby do rozpalania pieców nie ważyli się używać książek i szkolnych ławek. Obok szkoły nie było zapasu drew, więc w pierwszą noc nie było praktycznie niczego, czym można by napalić.
Wiele żeśmy przeszli po drogach wojny. Żołnierze byli zmęczeni, stłoczyli się w gromadkę i zasnęli na podłodze. W pomieszczeniu pachniało wszystkim – i pleśnią, i wilgocią, i zatęchłymi żołnierskimi onucami i mokrymi znoszonymi walonkami.
Rankiem, gdy już zaczęło świtać, wyszedłem na ganek, aby pooddychać świeżym mroźnym powietrzem. Nie przywykliśmy do ciężkiego zaduchu. Maszerowaliśmy, walczyliśmy, umieraliśmy i spaliśmy na śniegu. Na ganek wyciągnęło mnie przyzwyczajenie, by przez cały czas być na świeżym powietrzu.
Starszy sierżant i dwóch żołnierzy ruszyło do stodoły, gdzie znaleźli kilka żelaznych łóżek. Zamiast materaców, ułożyli na nich deski.
– Zdobędziemy słomę, to będziemy leżeć miękko i wygodnie! – powiedział starszyna, ciągnąc łóżka do oddzielnego pomieszczenia.
Ja stałem i zastanawiałem się, czy aby jutro znowu nie przyjdzie nam maszerować dalej. Po co wozić się z metalowymi łóżkami? Jakby nie można się obejść i bez nich.
Starszyna i żołnierze upierali się przy swoim:
– Choć na jedną noc! Co się będziecie z nami walać po podłodze w jednej sali?
– Niech będzie! Stawiajcie łózka! Przynoście słomy!
Starszyna odwiedził pułkowe tyły, wziął konia i wraz z żołnierzami nawiózł drew i wóz słomy. Zasłali nam łóżka, a w żołnierskiej sali wymościli podłogę. Kompania pozostała w szkole również na następny dzień. Postawiono nam zadanie patrolowania drogi na Wierchowie.
Nasi sztabowcy stanęli gdzieś w Szajtrowszczinie. Batalion znajdował się w Żizdierowie. Kompanie drugiego batalionu stały w Żurach, Demidkach, Strujewie i w zakładzie lniarskim oraz na skraju miasta w rejonie szpitala.
Miasto Biełyj leżało na nizinie. Niemcy trzymali tam obronę7 i przy pierwszej próbie naszym nie udało się wedrzeć do miasta. Pułkowe kompanie strzeleckie wyszły spod Czuchino8 porządnie przetrzepane.
Nasze kompanie strzeleckie liczyły nie więcej niż dwudziestu ludzi. Rozlokowano je po wsiach w dużych odległościach od siebie.
Z Sawienkowem nie rozmawiałem. Przez cały czas patrzył na mnie krzywym okiem. W jego spojrzeniu wyczuwałem złość i irytację. Był niezadowolony ze swojego łózka. Dlaczego położono mu mało słomy?
Tam, po wsiach, żył w inny sposób. Nie miał po co siedzieć z żołnierzami. Następnego dnia zebrał się i ruszył do wioski, w której stał sztab batalionu. Jednak nie zszedł się tam ze swoimi poprzednimi koleżkami.
Po trzech dniach wrócił do kompanii jeszcze bardziej rozdrażniony i zły. I kiedy dotarł do swojego żelaznego łózka, od razu się na nie powalił i usnął. Od tego dnia zaczął gadać bez zarozumiałości i zaczepek. Widząc, że się nieco zmienił, zacząłem mu odpowiadać.
Po paru dniach nadszedł rozkaz, by zostawić w szkole sześciu ludzi, a pozostałych przekazać do batalionu. Na odcinku obrony pułku były duże przestrzenie nieosłonięte kompaniami strzeleckimi.
Szkoła opustoszała. Sześciu ludzi zostało, by pełnić służbę wartowniczą koło szkoły. Sawienkow uprosił dowódcę batalionu, by przenieść go do wsi, w której kwaterowały pułkowe tabory. Miejsce na łóżku zajął chorąży, przysłany z dywizji. To nie był nasz człowiek, ale mieszkał razem z nami. Rozpoczynał pogawędki na rozmaite tematy. Żadna rozmowa nie mogła się bez niego odbyć.
– Jestem łącznościowcem! – powiedział mi.
Postanowiłem sprawdzić jego wiedzę z zakresu telefonicznej łączności przewodowej. Na uczelni mieliśmy zajęcia z tego tematu, gdzie rzetelnie przygotowywano nas do użycia telefonii.
– No to teraz sprawdzę cię z tematu łączności telefonicznej! – powiedziałem.
Chorąży stracił głowę i wręcz się zmieszał. Zapewne sądził, że nie wiem nic o telefonii. Miał żałosny wyraz twarzy, jakby wpadł na gorącym uczynku podczas kradzieży kieszonkowej. Popatrzyłem mu uważnie w oczy, machnąłem ręką i powiedziałem tak, by wszyscy słyszeli:
– Nic nie wiesz o łączności! Ciekawe, na czym się dobrze znasz?
Wieczorem chorąży zebrał się i odszedł ze szkoły.
W każdej kompanii kontrwywiad pragnął mieć swoich informatorów. Widocznie chorąży otrzymał zadanie, by nakłonić do tej roboty któregoś z żołnierzy. Żołnierz nie musi się odłączać i biegać z donosami. Napisze niby list do domu i nikomu do głowy nie przyjdzie, że w liście nie pisze do swoich rodziców.
A tam, w dywizji, taki liścik otworzą. Ale przecież tak za darmo nikt donosić nie będzie. Takiemu za sprawną służbę gwarantują po trzech miesiącach przeniesienie na stanowisko na tyłach. W tym czasie powinien zwerbować swojego zmiennika. I taki nowy pismak przez cały czas stara się, o ile w tym czasie nie wywieje go w boju. Człowiek zginął, a na czole nie ma napisane, kim był u nas w kompanii.
Na tyłach pułku starszyna usłyszał, że wkrótce kompania dostanie uzupełnienia. Po wsiach zbierają okrużeńców. Kiedy włączą ich w skład kompanii strzeleckich, będą o sobie opowiadać.
Po dwóch dniach na dziedziniec szkoły zajechały sanie. Siedziało w nich dwóch ludzi. Jeden na wpół rozebrany ze związanymi z tyłu rękami, drugi w półkożuszku i z automatem. Na zakręcie drogi ukazała się jeszcze jedna para sań. Wśród przybyłych był sztabowiec z naszego pułku i ten sam chorąży, który przez jakiś czas mieszkał razem z nami.
Rozkazano mi zebrać wszystkich moich żołnierzy i ustawić przed budynkiem szkoły. Nie powiedziano mi, jaki cel miała ich wizyta. Domyśliłem się sam po stanowczym wyrazie twarzy przybyłych. Wszystko wskazywało na to, że przywieziono osądzonego na rozwałkę. Obok niego, trzymając pionowo automaty, stali szeregowcy z pułkowego plutonu dowodzenia.
Gdy moi żołnierze się ustawili i wszystko było gotowe, przybyły z dywizji nieznajomy kapitan rozpiął mapnik, wyciągnął dokument i przygotował się do czytania. Był to wyrok trybunału wojskowego.
Związanego wywlekli z sań, podciągnęli do skraju parowu i kazali uklęknąć. Był bez czapki, bez szynela i bez walonek. Stopy miał okręcone onucami. Jego duża i okrągła głowa z burzą potarganych i sztywnych włosów była pochylona nieco do przodu. Nie było widać jego twarzy. Podczas gdy czytali wyrok, zachowywał milczenie i lekko odwróciwszy głowę, patrzył z ukosa w tył.
Papier stanowił, że przebywał u Niemców. Potem od nich uciekł i znowu wrócił do swoich. Wówczas mu uwierzono i wybaczono. Podczas ataku pod wsią gdzieś zniknął, wylazł z leja i skręcił w stronę Niemców. Był ranny, jednak rana była niewielka i zagoiła się po tygodniu. Nie przyznał się, gdzie był przez cały ten czas. Teraz go pojmano i postawiono przed sądem. Następnego dnia znowu uciekł i ukrywał się w lesie. Potem wyszedł na drogę i tam został schwytany.
Przeczytawszy dokument, kapitan zapytał go:
– Przyznajesz się do winy?
Odpowiedział coś niewyraźnie. Widocznie nie umiał mówić po rosyjsku. Kim był – Kozakiem, Uzbekiem czy Tatarem?
Kiedy go zapytano, dlaczego uciekł, odpowiedział, że ogarnął go strach i że się czegoś bał. To go zgubiło.
Na końcu wyroku był powiedziane, że za zdradę ojczyzny i przejście na stronę wroga zostaje skazany na najwyższy wymiar kary – rozstrzelanie!
To był sąd pokazowy. Nie pojmowałem, po co go tu urządzili. Część oficjalna został zakończona i zapanowała grobowa cisza. Zaraz zacznie się koncert. Zaraz żywa ludzka dusza wyruszy w niebiosa ku Najwyższemu. Dokąd trafi? Chrystusowi za pazuchę czy do świątyni Allacha?
Ze wszystkiego, co zostało powiedziane, nie byłem w stanie zrozumieć, gdzie to wszystko się wydarzyło. Nazwy wsi nie odczytano. Nie były wskazane daty i miesiące.
Moi żołnierze jakoś się przygarbili, oklapli i stali zmieszani, spuściwszy oczy. Tkwili tak bez ruchu, wstrzymując oddech i wlepiając oczy w ziemię przed sobą.
I tylko ci, którzy przyjechali, palili, spoglądali na siebie i rozmawiali. Ten sam kapitan, który odczytał dokument, podszedł do mnie, przechylił głowę na bok i powiedział ściszonym głosem:
– Zapamiętajcie, poruczniku! Dla tego, kto przejdzie do Niemców, litości nie będzie.
– Po co mi to mówicie?
– Przyda się wam, poruczniku, jeśli na to popatrzycie.
Serce mi się ścisnęło. Przez sekundę poczułem chłód w rękach i nogach. Zrozumiałem, że po donosie Sawienkowa zapragnęli dać mi lekcję moralności.
– Specjalnie go tu przywieźliśmy – jak przez sen usłyszałem słówa kapitana.
A co tak naprawdę Sawienkow mógł o mnie napisać? Od dawna w ogóle z nim nie rozmawiam. Mógł wyłożyć wyłącznie własne osądy. Im bardziej są złośliwe i przewrotne, tym bardziej nieprawdopodobnie muszą brzmieć. Przez cały ten czas walczyłem, prowadziłem żołnierzy na wsie. Świadków ani żadnych potwierdzonych faktów nie ma. Ale jego donos może mi wyrobić złą opinię. Moje myśli przerwały wystrzały. Żołnierze z eskorty strzelali związanemu w tył głowy. Tamten klęczał i rzęził. W śniadej szyi czerniał otwór po kuli.
– Nawet strzelać nie potrafią! – pomyślałem.
Wokół otworu nie było wiele krwi. Strzelali pojedynczymi. Od pierwszych trzech wystrzałów żołnierz nie upadł. Zachrapał, potrząsnął głową. Ale nie upadał i klęcząc, dalej charczał. Kapitan z dywizji krzyknął:
– Kończcie szybciej!
Jeden z konwojentów podszedł blisko do związanego, puścił długą serię z automatu i pchnął go w plecy nogą. Tamten pochylił się głową do przodu i nieoczekiwanie ponownie się wyprostował. Wtedy konwojent powalił go uderzeniem kolby w bok. Ktoś niezauważenie podszedł do mnie z tyłu i cicho powiedział:
– Jeśli któryś z żołnierzy przejdzie do Niemców, nie uniknie kary!
Momentalnie się odwróciłem i ujrzałem oczy chorążego.
– A, to ty? Od razu wiedziałem!
Cóż jeszcze mogłem mu powiedzieć?
Oficerowie z dywizji zakrzątnęli się, wskoczyli do sań i ruszając z miejsca, krzyknęli w stronę żołnierzy z obstawy:
– Zrzucić go do jaru!
Dzwoneczek, podwieszony pod jarzmem ogiera, zadźwięczał delikatnie, sanie ruszyły gwałtownie, siedzący w nich oficerowie szarpnęli się i potoczyli się z dziedzińca szkoły. Konwojenci pośpiesznie zrzucili nieostygłe ciało ze skarpy, powskakiwali szybko do sań i umknęli.
Tak minął jeszcze jeden dzień wojny.
Jednakże z jakiejś przyczyny w pamięci pozostały mi dwa główne momenty, związane z dziedzińcem szkoły w Wierchowie.
Pierwszy, gdy z tyłu na ramię opadła mi fizjonomia chorążego, mówiącego o zemście. Nigdy więcej nie ujrzałem jego twarzy i stopniowo zatarła mi się w pamięci, za to wstrętny zapach z żołądka i ust zapamiętałem na długo. Zapamiętałem przy tym, jak przed odjazdem ciągnęli ciało zabitego na skraj parowu. Na śniegu pozostały krwawe smugi, oświetlone zimowym słońcem. Zapaćkali krwią cały śnieg! I pojechali!
I drugi moment, który zapamiętałem. Na dziedzińcu tej samej szkoły dowódca dywizji generał Bierezin przyjmował gwardyjski sztandar. Bierezin i Szerszin złożyli przysięgę, przyklęknęli w tym samym miejscu koło parowu i jako pierwsi całowali kraniec czerwonego sztandaru. Czerwony odblask sztandaru był widoczny na śniegu ponieważ, tak jak poprzednim razem, świeciło zimowe słońce. Wróćmy jednak do tamtego dnia.
Po wszystkim, co się wydarzyło, żołnierze przycichli, przygarbieni wrócili do sali i powalili się na słomę, by dosypiać. Ja również położyłem się na swoim łóżku. Długo leżałem z otwartymi oczami, patrząc na odżyłe karaluchy, które pełzały wokół ciepłego pieca. Po co ci tyłownicy dawali krwawą lekcję nam, doświadczonym żołnierzom?
* * *
Po kilku dniach wezwali mnie do sztabu pułku i rozkazali ruszać do Szajtrowszcziny w celu przyjęcia uzupełnień. Wyprowadzili mi ze stodoły niepozornego kudłatego konika i dali mi wojskowe siodło.
Położywszy na grzbiecie konia siodło i podciągnąwszy popręgi pod brzuchem, skoczyłem w strzemię, przełożyłem nogę przez kulbakę i z miejsca pognałem kłusem po drodze.
Konik biegł posłusznie gościńcem. Zmęczywszy się, sam przechodził na krok, i poruszał się bez popędzania, kręcąc głową i machając ogonem. Wystarczyło jednak, abym bez dotykania wodzy pochylił ciało do przodu i koń, nie czekając na kopnięcie w bok, sam przechodził na drobny kłus. To było mądre i inteligentne zwierzę. Co dwa, trzy dni jeździłem do dywizji i przyprowadzałem stamtąd po dwudziestu, trzydziestu rekrutów. Oto, komu trzeba było pokazywać solowy występ!
Ludzie byli ubrani w pstrokatą odzież. Każdy w czym innym. Niektórzy mieli na nogach stare połatane walonki, inni buty z owijaczami, a większość onuce i łapcie. Przybyłych od razu rozdzielali po kompaniach.
Mobilizacja w armii odbywała się w następujący sposób:
Kompania licząca trzydziestu ostrzelanych żołnierzy okrążała nocą wieś. Wokół wioski rozstawiano posterunki, aby nawet jedna żywa dusza nie zdołała uciec z wioski drogą czy polem. O świcie do wsi przyjeżdżali upoważnieni do przeprowadzenia mobilizacji. Wybierali chałupę. Na środku izby stawiali ławę i dwaj Żydzi-fryzjerzy usadzali tam po kolei świeżo powołanych rekrutów. Kiedy już ostrzyżono takiego do gołej skóry, upoważniony mobilizator rejestrował go w książce i uprzedzał:
– Złapiemy gdzieś ogolonego na łyso – rozstrzelamy na miejscu bez sądu! Wszystko jasne? Uciekniesz, to od razu cię złapią! Słuchaj i zapamiętaj! Jesteś przydzielony do pułku dywizji strzeleckiej. Zapamiętaj te dwa numery!
– A dokumenty?
– Jakie dokumenty? Nie potrzebujesz dokumentów! W kompanii i tak cię będą znać! Będziesz ujęty w kompanijnym spisie. Nawet dowódca kompanii nie ma swoich dokumentów, a ty jesteś tylko szeregowym! W kompanii strzeleckiej żarcie wydaje się bez przedstawiania dokumentów. Patrzcie go! Nie zdążył jeszcze dostać karabinu, a dokumentów mu się zachciewa! – nie mógł się uspokoić pełnomocnik. – Co dla ciebie ważniejsze? Karabin czy dokument? Następny! Podchodzić!
– Tu jestem.
– Jakie „tu”? Nazwisko podawaj!
Z każdej wsi brali do dziesięciu młokosów i dorosłych mężczyzn. Brali też gospodarzy. Pod wieczór albo następnego dnia kierowali ich do dywizji na sprawdzenie. Kiedy nadeszła moja kolej, otrzymałem posortowaną i sprawdzoną dziesiątkę ludzi.
Nie wzięto w kamasze wszystkich parobków po wsiach. Byli również tacy, którzy wałęsali się bez zajęcia. Ten i ów, aby zdobyć żywność, był zmuszony do plątania się po wioskach i obchodzenia całej okolicy. A jaką robotę znajdziesz zimą?
Kiedy nasi podeszli pod Biełyj, niektórzy od razu zaczęli prosić o wzięcie do wojska. Byli to głównie bezdomni włóczykije. Chętnie garnęli się do wojaczki. Wielu domyśliło się, że będzie mobilizacja, ale czekali na nią w rozmaity sposób.
Jedni, posmakowawszy wiatru swobody, porzucali zagrzane miejsca i nocami rozpływali się w śnieżnych przestworach, uciekali w inne okolice, gdzie nie stały nasze kompanie i gdzie mieszkali ich dalecy krewni. Inni zakładali, że przyszły ich ostatnie dni, zawadiacko przekrzywiali czapki i zaczynali upijać się samogonem. I tylko wygłodniali i bezdomni, którzy przemarzli na drogach, rzucali swoje zajęcie parobka i na ochotnika zaciągali się do nas. Ochotników instruowano, by na własną rękę szli do Szajtrowszcziny.
Taki bezdomny włóczęga zwykle ruszał do najbliższej wsi, w której stała kompania. Strachliwie i niezdecydowanie spozierał na wartownika i ostrożnie, aby go nie spłoszyć, pytał, gdzie i jak można zapisać się na wojaczkę. Ochotnik stał, przestępując z nogi na nogę i cierpliwie czekał, az wartownik pójdzie do chałupy zameldować dowództwu. Nie wszyscy okrużeńcy byli syci i ciepło ubrani. W każdej wsi były zbędne ręce. Wraz z nadejściem zimy zrobiło się ich więcej. W niektórych domach żyły niezadowolone i złe staruchy, u których za kawałek chleba i cienką polewkę nie raz przychodziło im nadwyrężać karku. A żołnierz stoi sobie na warcie. Dobrze być żołnierzem. Stoisz i o niczym nie myślisz. A te wieśniaki przy Niemcach od razu poczuli się tutaj panami.
Wygląd zewnętrzy takiego bezdomnego okrużeńca był porażający. Wyliniała kapota w strzępach, cała w łatach, podwiązana sznurkiem. Wokół szyi kawałek szmaty z samodziału. Na głowie zniszczona i wytarta czapka. Zamiast spodni kalesony barwione suszoną jagodą i dębową korą i wyplecione z łyka łapcie z onucami, okręcone na krzyż sznurkiem. Iloma to szmatami był objuczony taki człowiek! Niósł na sobie wszystko to, co posiadał. Nic zbędnego, tylko to, co było mu potrzebne w drodze. Wszystko trzymało się u niego na sznurkach i supełkach. Zarośnięci i nieogoleni, przypominający starców ze zgiętymi rękami wetkniętymi w rękawy, obcy na rosyjskiej ziemi, śpieszyli po zimowych duktach, przeganiając się i usiłując przechwycić kawałek zbędnego chleba spod nosa drugiego.
U każdego z nich dyndał na szyi cynowy krzyżyk na skręcanej lnianej nitce. Niechrześcijan i bluźnierców za próg nie wpuszczano. Dla takich, jak dla złodziei, nie było wiary. Nie bali się Boga, a więc nie bali się nikogo. A jeśli w człowieku nie ma bojaźni bożej, to jest gorszy od złodzieja i nikczemnika, gorszy od złoczyńcy i zabójcy. Wszystkie młode i stare gospodynie zrobiły się chciwe i ponad miarę pobożne. W owym czasie krzyżyk na szyi i umiejętność przeżegnania się były niczym przepustka, niczym porządny znak. Pokorny człek zawsze wzbudzał współczucie, zmiłowanie i litość. Za skórkę od chleba można go było zmusić do pracy przez cały dzień. Praca, rzecz jasna, była ciężka, ale człowiek pobożny nie będzie śmiał narzekać. Będzie zginać kark, a gospodarz będzie na niego ryczeć.
U każdego wisiał na plecach płócienny woreczek, gdzie znajdowały się nędzne szpargały, zapas szmat i wszelakich sznurków. Kawałek czerstwego chleba, garść gotowanych ziemniaków i kubek, aby napić się gdzieś wody. Matuszka Rosja powróciła do czasów cara Fiedora.
Przestępując z nogi na nogę, ze wszystkich sił tupiąc na chrzęszczącym śniegu, były żołnierzyk już śmielej popatrywał na ganek, na którym lada minuta powinien pojawić się wartownik, który poszedł do chałupy zameldować o nim dowództwu.
Wartownik wychodził, przepuszczał go, każąc wejść na rozmowę do domu. Teraz włóczęga już nie żegnał się krzyżem w progu. Oczywiście denerwował się, miął czapkę w dłoni, pozdrawiał wychodzących z chałupy żołnierzy, pod wpływem starych przyzwyczajeń giął szyję w pokłonie, bo do wszystkiego się człek przyzwyczaja, wałęsając się niczym bezdomny pies. Ale oto już popychano go do izby.
Odkaszlnąwszy zimno i mróz, pytał, czy aby można się zapisać do żołnierzyków.
Stopniowo skrępowanie mijało. Słyszał swój naturalny głos i zaczynał opowiadać starszynie, gdzie i jak dostał się w okrążenie. Starszy sierżant dla pozoru uściślał to i owo i oznajmiał mu swoją decyzję.
– Przenocujesz tutaj, we wsi. Rozprowadzający wskaże ci chałupę. Kiedy będą wydawać posiłek, razem z żołnierzami pójdziesz do kuchni. Nocą nie wychodzić mi ze wsi! Przenocujesz, a jutro sam pójdziesz do wsi Szajtrowszczina! Znasz taką? Możesz odejść! Syczew! Odprowadź go na nocleg!
To byli silni i żylaści faceci, muskularni, głodni, przyzwyczajeni do ciężkiej pracy. Na gładkiej drodze rozjeżdżały im się łapcie i przebierali nimi w pospiechu, utrzymując równowagę ciałem. I tak docierali do pierwszej wsi, w której stali nasi żołnierze i rozpoczynali nowe życie.
Stopniowo włączano ich do kompanii strzeleckich, lecz pozostawali przy swym uprzednim zaszlajanym wyglądzie. Nie można ich było tak od razu ubrać w szynele. Lecz z czasem zdejmowali z siebie szmaty i łapcie i palili to razem z wszami, rozniecając ogniska na śniegu. Wydawano im szynele, waciaki, walonki, czapki, rękawice i żołnierską bieliznę.
Jednakże po wsiach wciąż jeszcze siedziało na przeczekaniu niemało narodu w wieku poborowym. Przejście od niewolniczego żywota „nieślubnego” i wiecznych babskich krzyków do służby wojskowej nie u wszystkich odbywało się jednakowo, tak samo szybko i chętnie. Rekruta nie tylko należało ubrać i ustawić w szeregu, bowiem niektórych trzeba było od samego początku przyuczać do wszelkich żołnierskich mądrości. Szczególnie w kwestii strachu i paniki. „Bagnetem kłuj!” nie wchodziło w skład naszego programu nauczania. Od razu uczyliśmy wojny. Wielu z nich służyło w szeregach wojska. Z takimi było nieco łatwiej, lecz w ich świadomości należało przełamać przerażenie pierwszych dni wojny. Byli też i tacy, którzy nie powąchali żołnierskiego życia. Nic to – przyzwyczają się, trafią pod kule i zostaną żołnierzami.
W krótkim czasie kompanie uzupełniły skład osobowy. Brakowało tylko młodszych dowódców i kompanijnych oficerów. Wszyscy okrużeńcy szli w kamasze jako szeregowi, bez względu na ich dawne stopnie.
Obecnie rzadko nocowałem w miejscu kwaterowania kompanii. Bez przerwy posyłano nie to tu, to tam. Majtałem się wierzchem, w siodle. Konik był niepozorny, ale rozumny i przywiązał się do mnie jak pies.
Przyjeżdżałem do wioski do jakiegoś sztabu, zarzucałem wodze na łęk siodła i puszczałem konia, by myszkował po saniach i po stodołach w poszukiwaniu siana do poszczypania. Tu wyciągnie strzęp, tu naręcze, a cały czas patrzy i pilnuje mnie. Zejdę z ganku, a konik jest już obok. Ogólnie rzecz biorąc, chodził za mną po wsi jak piesek. Cierpliwie czekał, aż poklepię go po kłębie, wsadzę rękę do kieszeni i wyjmę stamtąd kawałek cukru albo suchara. Po czym ruszaliśmy razem w drogę powrotną, do domu. Kompanię przeniesiono ze szkoły do wioski.
Swoją kompanię zostawiłem pod okiem starszyny i Sawienkowa. Sawienkow był zadowolony, że sam beze mnie gospodaruje w kompanii. Starszyna jeździł po okolicy, zdobywał po wsiach jakieś tam produkty i samogon. Tu wziął za zgodą, tu wyhandlował, a gdzie indziej rozkopywał kryjówki i jamy i wyciągał stamtąd coś do jedzenia. Pomagali mu w tym byli parobkowie, a obecnie żołnierze.
Na linii rozgraniczającej nas od Niemców wojny prawie nie było. Niemcy nie wychodzili poza skraj zajmowanego przez siebie rejonu i pilnie nas obserwowali, zaś nasi również ich nie ruszali. Żadna ze stron w ogóle nie strzelała. Po wsiach palono w piecach bez skrępowania. Pogoda przez długi czas była dobra, ale niemieckie lotnictwo nie latało. Potem nadchodził wieczór, niebo chmurzyło się i przez równy tydzień szalała burza śnieżna. Przez wszystkie te dni z powodu niepogody siedziałem w kompanii. A może odpadła konieczność posyłania mnie do sztabów?
* * *
W jeden z takich dni, gdy na dwa metry nic nie było widać, do naszej wsi wszedł zabłąkany Niemiec. Był cały obsypany białym pyłem. Ręce miał wetknięte głęboko w kieszenie. Automat i pokrowiec na zapasowe magazynki dyndał mu na plecach. Niemiec podszedł do skrajnego domostwa i rozejrzał się po ulicy, która była pusta. Postanowiwszy wejść do najbliższej chałupy, chwycił za klamkę, ale drzwi były zamknięte od wewnątrz. Wiatr i śnieg chłostały okna i ściany chat. Niemiec potrzebował ciepła. Długo błądził i mocno przemarzł, opadł z sił i pragnął tylko jednego – położyć się, odpocząć i rozgrzać się. Jutro zapyta o nazwę wsi i dotrze do swoich. A teraz czym prędzej musi znaleźć żywego człowieka, wleźć na ciepłą leżankę, zamknąć oczy i odespać. Minął kilka domów, dostrzegł słabe światło w oknie, postał prze progiem, rozejrzał się na boki i zrobił krok na ganek. Drzwi były uchylone.
Niemiec nie przypuszczał, że we wsi stoją Rosjanie. Na ulicy nie było ani jednego wartownika.
Posterunki we wsi jednak były. Wartownicy co jakiś czas przechadzali się ulicą na końcu wsi i pilnowali drogi.
Gdy oczy zalepia śnieżny pył, kto pójdzie w taką zawieję sprawdzać posterunki? Wartowników było dwóch. Postanowili wejść do sieni, by sobie zapalić. Robiąc to, zerkali na ulicę przez na wpół otwarte drzwi. Potem zaś, gdy zawodzenie śnieżnej burzy zawyło i zgrzytnęło jeszcze silniej, ruszyli do izby, by ogrzać zziębnięte ręce i nogi.
Niemiec wszedł na zaśnieżony ganek, na którym nigdzie nie było widać śladów ludzkich stóp. Doszedł do wniosku, że z tego domu dawno nikt nie wychodził na ulicę, zaszedł zatem do ciemnej sieni i przymknął za sobą drzwi, które lekko skrzypnęły. Kiedy wszedł do izby, owiało go białą parą, więc nie dostrzegł, iż przy stole siedzi dwóch Rosjan w mundurach. Rzucił więc pytanie w nieprzeniknioną przestrzeń:
– Matka zu Hause?
Za oknem po staremu gnała zawieja i chrobotała w szyby. Wartownicy, siedzący w kucki na podłodze, natychmiast poderwali się na nogi. Sądzili, że oto wołają ich ci dwaj, którzy siedzieli przy stole i grali w karty. Na środku izby plecami do nich stał Niemiec z automatem. A żołnierze grający w karty podnieśli ręce do góry i zaczęli wstawać zza stołu. Wtedy Niemiec poczuł pod żebrami twardą lufę rosyjskiego karabinu. Chcąc nie chcąc, zrzucił z ramienia pas nośny, opuścił swój automat i położył go na ławie. Nie miał sił, aby walczyć i stawiać opór. Odetchnął ciepłym powietrzem i stał z podniesionymi rękami.
Teraz ci dwaj za stołem, widząc zmianę sytuacji, opuścili ręce i odetchnęli z ulgą. Odnieśli wrażenie, iż Niemca przyprowadzili wartownicy. A ręce unieśli omyłkowo, ze strachu. Uśmiali się, że tak ich zaskoczono. Że niby to tak ich pochłonęły karty, że nie zauważyli. Ale nie było się z czego śmiać. Minutę temu Niemiec mógł ich rozstrzelać z automatu. A teraz, gdy ponad wszelką wątpliwość znaleźli się w głupiej sytuacji, zgodnie rechotali.
Wartownicy stali i mrugali oczami, a ci za stołem radośnie zanosili się śmiechem, pokazując na Niemca palcami. Byli święcie przekonani, że Niemiec przyszedł tu z wartownikami. Tylko Niemiec wiedział, co tak naprawdę zaszło w izbie i kto kogo wziął do niewoli. Jasne było również to, że on, niemiecki podoficer, z głupoty wpadł w ręce Rosjanom.
Poprzedniego dnia wróciłem do wsi. Ze szkoły przeniesiono nas do wsi o nazwie Bolszaja Kobylszczina. To właśnie tam doszło do tej sytuacji. Gdy mnie obudzono i zameldowano o tym, co się stało, rozkazałem sierżantowi, aby Niemca natychmiast odprowadzono do batalionu, którego sztab stał wtedy w tej samej wsi, tyle że w innej jej części. Po jakimś czasie sam Bierezin zażyczył sobie, aby zobaczyć jeńca. O czy rozmawiał z nim sam na sam, kto był tłumaczem owej rozmowy i gdzie podziały się protokoły z przesłuchania – tego nikt w dywizji nie wiedział.
Sztabowcy kilkakrotnie wzywali mnie do telefonu, chcąc dowiedzieć się szczegółów o owym zagadkowym Niemcu, lecz ja go nie przesłuchiwałem, więc nie mogłem im niczego powiedzieć. Nie znałem nawet jego nazwiska. Automat i pokrowiec z magazynkami zdałem do batalionu.
I oto następnego dnia rankiem do wsi zajechały lekkie saneczki. W towarzystwie adiutanta generała do naszej wsi przybył ten sam feldfebel, którego pochwyciliśmy nocą. Dlaczego się tu nagle pojawił?
W mojej obecności Niemcowi zwrócono automat, dokumenty i różne drobiazgi, takie jak zegarek, zapalniczkę na benzynę i latarkę. Może żołnierze zostawili sobie zdjęcia? – zastanawiałem się.
Osobisty adiutant generała oddał mi magazynki z nabojami i ustnie przekazał krótkie polecenie – Niemca należy doprowadzić lasem do niemieckich pozycji i tam wypuścić.
Do wsi Bolszaja Kobylszczina nie dopuszczono żadnego sztabowca z pułku czy z batalionu. Byłem tam kimś w rodzaju komendanta posterunku granicznego.
– Bez zbędnych świadków! – obwieścił mi przybyły adiutant. – Nie traćcie czasu, poruczniku! Niemiec musi zdążyć wrócić na czas! Zrozumiałeś rozkaz? I nikomu o tym ani słówa! Ani w batalionie, ani w pułku nikt nie może o tym wiedzieć! Tą operacją kieruje osobiście generał, a ty odpowiadasz za nią głową!
Wziąłem ze sobą czterech żołnierzy i wyszliśmy na drogę. Do końca drogi pokrowiec z ładownicami był u mnie. Przekazałem je Niemcowi przy podejściu do linii ich pozycji.
Odprowadziwszy Niemca za las, wróciłem do siebie do wsi. Adiutant generał czekał tam, aż wrócę.
Nikt z naszych nie wiedział, z jakim to osobistym przesłaniem generała Niemiec ruszył do swoich. Chodziła ustna wersja, że Niemiec wróci po tygodniu i przyprowadzi ze sobą całą kompanię żołnierzy. Ale minął tydzień, potem dwa, a ani Niemca, ani kompanii nie było.
Jednakże sam fakt odesłania wziętego do niewoli Niemca przez linię frontu na polecenie generała odegrał później swą złowieszczą rolę. Doszło do tego później, gdy dywizja została okrążona. A tymczasem mieliśmy styczeń, czas okrutnych mrozów.
Po trzech dniach ponownie wezwano mnie do Szajtrowszcziny w związku z nadejściem uzupełnień. Niemieckie lotnictwo nie latało. Żyliśmy jak w czasach pokoju. Prowadziłem zajęcia ze strzelectwa. Za każdym razem brałem niewielką grupę żołnierzy i wyprowadzałem ich za wioskę na nizinę. Żołnierze ustawiali deski pionowo w śniegu i, celując w pozycji leżącej, strzelali do nich. Kule, rzecz jasna, przelatywały obok celu. Brak celności zwalali na złe przestrzelenie karabinów. Wtedy brałem karabin od któregokolwiek z żołnierzy, prosiłem, aby obrócili do mnie deskę przekrojem poprzecznym, kładłem się na śniegu, celowałem i paroma wystrzałami pod rząd przestrzeliwałem ją od wąskiej krawędzi. Karabiny biły doskonale.
Cała bieda polegała na tym, iż przy strzelaniu w warunkach bojowych żołnierze nie będą celować tak, jak robiłem to ja. Zwykle strzelali z biodra. Oto dlaczego muszki i szczerbinki były na wojnie bezużyteczne.
Żeby zaś trafić w wąską krawędź deski, muszkę i szczerbinkę należy naprowadzać na cel całym ciałem, poruszając tylną częścią korpusu i nogami. Przy strzelaniu z pozycji leżącej karabinu nie należy naprowadzać na cel rękami.
Trzeba leżeć spokojnie. Karabin należy trzymać, nie wytężając się. Trzeba podciągnąć pas nośny i napiąć go łokciem. Potem przykładamy kolbę do ramienia i policzka. Oddychamy dwa razy i sprawdzamy, gdzie patrzy muszka i szczerbinka. Jeśli w tym miejscu znajdzie się cel, można strzelać kilkakrotnie i wszystkie kule ułożą się w dziesiątce.
Teraz, nie poruszając ciała, dłońmi przesuń nieco lufę karabinu w bok i oddaj strzał. Twoja kula znowu trafi w cel, choć linia celownika została nieco odsunięta w bok.
Teraz można podjąć kolejną próbę. Przesuń karabin nieco w bok od środka celu i zamknij oczy. Ściśnij łoże karabinu dłońmi, odlicz do dziesięciu i otwórz oczy. Zobaczysz, że twój karabin wrócił na swoje poprzednie miejsce – dokładnie na linię celowania. Chcesz się nauczyć celnie strzelać? Poruszaj całym korpusem w lewo, w prawo, do przodu i do tyłu. Poruszaj nogami, przemieszczaj tylną część korpusu, przesuwając kolana. Kiedy muszka i szczerbinka znajda się dokładnie pod celem, dla sprawdzenia zamknij oczy, policz do dziesięciu i sprawdź, czy prawidłowo się przymierzyłeś.
Jeśli wszystko zostało na miejscu, spokojnie oddaj strzał. Spust ściągaj powoli, bez pośpiechu. Wszystkie dziesiątki twoje!
Ale pamiętaj! Nie ma czegoś takiego, jak szybko i dobrze. Do strzelania trzeba mieć cierpliwość, całkowity spokój i opanowanie. Jeśli chcesz dobrze strzelać i przejdziesz prawdziwą szkołę strzelania, będziesz trafiać Niemców tylko w lewe oko, nie inaczej. Będą gadać, że Moskwa przysłała zawodowego snajpera.
Żołnierze słuchali i uśmiechali się.
– Potem, w okopach, będziecie celować inaczej. Może opowiem wam jeden taki przypadek? Idę sobie kiedyś transzeją. Dopiero co ją zajęliśmy i wyrzuciliśmy stamtąd Niemców. Daję komendę – „ognia!”. Tak było, Antipow?
– Tak, towarzyszu poruczniku! Pamiętam, jak dziś!
– Patrzę, stoi sobie żołnierz. Karabin położył na przedpiersiu lufą do góry. Repetuje i wali w niebo. Gdzie walisz? – pytam go. A on, że „tam”. I pokazuje mi w stronę Niemców. Pytam, w którą stronę sterczy lufa karabinu. No i dalej jest taka rozmowa:
– Jak to, w którą?
– Ano tak! W niebo walisz!
– Kula Niemca znajdzie, towarzyszu poruczniku! Ma krzywą trajektorię!
– Na trajektoriach się znasz! A od czego jest celownik w karabinie? Używałeś go kiedyś?
– Ze dwa razy się zdarzyło. Na punkcie zbornym prowadzali nas na strzelnicę.
– To dlaczego strzelasz w Niemców bez celowania?
– Niemcy, towarzyszu poruczniku, to inna sprawa! Spróbuj się tylko wysunąć! Tylko się pokaż! Poceluj sobie, jak na strzelnicy! Niemiec z maszynki pociągnie, to mózgu potem nie zbierzesz, cały hełm będzie dziurawy!
– A ty chociaż wiesz, jak ustawiać suwak na szczerbince? Jak oceniać na oko odległość?
– Nie, towarzyszu poruczniku, nie używamy tych suwaków. Po co nam to na wojnie? Do niczego się nie przydają! Kiedy trzeba, walimy z biodra smugaczami!
Owa rozmowa z żołnierzem przypominała mi się również później, gdy zdarzało się widzieć, jak żołnierze strzelają w boju. A i ja sam w potyczkach strzelałem z automatu bez celowania. Walisz serię smugaczami i patrzysz, gdzie poszły kule. A wydaj żołnierzom rozkaz „ognia!”. Uniosą karabiny i otworzą bezładny ogień bez celowania. A jeśli zapytasz, dlaczego walą i nie mierzą, to będą udawać, że celują. Za to przy strzelaniu do kur po wsiach czy zajęcy w lesie, to inna sprawa.
Niemieckie karabiny maszynowe mają stalowe taśmy, naboje bez kryzy i wspaniałą szybkostrzelność. Podczas gdy ty będziesz celować, skoszą cię i bądź zdrów. Kula może przedziurawić hełm, przeszyć na wylot łopatkę, którą osłaniałeś dolną część twarzy, może poharatać usta i gardło. Na podstawie doświadczenia żołnierz sam określa, co ma dla niego sens, a co jest bezużyteczne.
Podczas wojny celownik w karabinie był zupełnie niepotrzebny. Kiedy żołnierz strzela na strzelnicy i widzi dziurki w celu, to jedno. A strzelanina w boju odbywa się w pośpiechu i na celowanie nie ma czasu.
W walce trzeba widzieć nie muszkę i szczerbinkę, a to, gdzie trafiła kula. Jeśli strzelasz z broni maszynowej, to po wywaleniu taśmy smugaczy powinieneś od razu widzieć efekty.
Generalnie, z celownikami w broni maszynowej tośmy podczas wojny dali plamę. Ilu to niepotrzebnie zginęło dobrych i dzielnych żołnierzy. Ciężki karabin maszynowy nie potrzebuje osłony, tarcza potrzebna jest jak przysłówiowe sanki w maju, to zbędny detal i tyle. Przy strzelaniu z bezpośrednich i osłoniętych stanowisk „Maksimowi” brakowało możliwości zdalnego kierowania ogniem. Gdybyśmy podczas wojny mieli możliwość zdalnego prowadzenia ognia z „Maksimów”, nie dalibyśmy Niemcom podnieść głowy.
* * *
Jakoś nad ranem, któregoś ze styczniowych dni, wezwano mnie do batalionu celem otrzymania zadania. W batalionie oznajmili mi, że należy przeprowadzić rozpoznanie, idąc leśną drogą, która odchodzi w rejon rzeki Łuczesy i Chołmskich Bagien.
– Po drodze sprawdzisz, czy Niemcy zachodzą do leśnych wioseczek, czy są tam mieszkańcy i czy nie stoi tam czasem oddział partyzancki.
W lasach na bagnach Niemcy zwykle nie stali. Zajeżdżali tam tylko od czasu do czasu.
W pułku było kilka par wojskowych nart. Na wszelki wypadek wożono je w sztabowej podwodzie. Narty leżały w saniach pod brezentem razem z rzeczami oficerów. W walizach i workach-plecakach były oficerki z chromowej skóry, letnie czapki z daszkiem i szynele szyte na miarę. Pułkowi krawcy trudzili się w pocie czoła, by nie trafić na pierwszą linię. Pruli nowe żołnierskie szynele, nie prostując karku cięli i szyli, dymili żelazkami.
Początkowo krawiectwo w pułku stało na mizernym poziomie. Szwy zarzucali ręcznie, praca szła powoli. Ale oto w jednej odbitej u Niemców wsi tyłownicy przechwycili ręczną maszynę do szycia i robota poszła weselej. Maszynka stukała do późnej nocy.
Krawcy potrzebowali ciepłego pomieszczenia do pracy. Krzywdy nie mieli. Byli potrzebni w pułku. Wszyscy sztabowcy byli starannie obszyci. Wygląd wedle wojennej mody, głos wojowniczy, przepity i dźwięczny. Czapki ostentacyjnie zsunięte na brwi. Gęby bezczelne i nażarte. W rozmowie cieli słówami, jak szaszkami. A my, oficerowie kompanii strzeleckich, mieliśmy proste żołnierskie szynele albo półkożuszki.
Pokazano mi marszrutę na mapie i kazano zajść do stodoły w celu otrzymania nart. Poszedłem za pisarzem do stodoły, w której stała sztabowa podwoda. Pisarz długo guzdrał się pod brezentem, zanim wyciągnął spod niego sześć part nart z kijkami.
– Jest! – powiedział i cisnął je na śnieg koło stodoły.
Wychodząc na zewnątrz, zamknął drzwi na kłódkę i bez słówa oddalił się do chałupy sztabowców. Sprawiał takie wrażenie, jakby go właśnie oderwano od strategicznej mapy w chwili, gdy decydują się losy całej wojny lub przynajmniej ważniejszej operacji.
Obejrzałem każdą parę, dobrałem do nich kijki i byłem zadowolony. Wiązania w nartach były w idealnym porządku. Sześciu ludzi wyposażę w narty. To będzie moja pierwsza grupa. Pozostali, także około sześciu, pójdą pieszo po drodze w ślad za nami. Jeśli w lesie natkniemy się na Niemców, na nartach będzie ich można obejść bokiem po głębokim śniegu.
Każdą parę nart z kijkami oparłem o ścianę i powiedziałem wartownikowi, że przyślę starszynę, który je później zabierze.
Dawno nie biegałem na nartach. Od czasu, gdy nas na nich ganiali na uczelni, minął równo rok. Jutro o świcie mieliśmy ruszać do lasu.
Na tego typu zwiad szliśmy pierwszy raz. Zwykle po natarciu na jakąś wioskę ruszaliśmy przed siebie duktami, doganiając Niemców. Na drogach napotykaliśmy zasadzki, ponosiliśmy straty, a niekiedy sami łapaliśmy Niemca. Na wojnie różnie bywa. Kiedy kompania strzelecka ściga Niemców, wszystko robi się bardzo prosto: z przodu idzie ubezpieczenie, a za nim, w zasięgu wzroku drepczą pozostali. Żadnych tam bocznych ubezpieczeń. Na wojnie wszystko upraszczaliśmy. Rosyjski żołnierz instynktownie wyczuwał, co ma robić i jak. Szedł po drodze, dopóki go nie ostrzelali. Dopiero wtedy się martwił, czy lepiej pchać się do przodu, czy może po prostu poleżeć i przeczekać.
Również i tym razem nie wymądrzałem się i nie opracowywałem naukowego planu rozpoznania. Czterech ludzi założyło narty i poszło przodem. Na jednych ja, na drugich ordynans. Piesza grupa złożona z sześciu ludzi poruszała się za nami.
Leśna droga, którą szliśmy, była zasypana śniegiem. Na nartach idzie się taką drogą łatwo. I tylko piesi odstawali, dlatego często się zatrzymywaliśmy i czekaliśmy na tylną grupę.
Szlak cały czas prowadził w dół. Zarośla lasu wymieniały się z prześwitami. Kiedyś tu, za lasem i bagnami, przebiegał przedni skraj naszego rejonu umocnionego. Teraz te umocnienia zajmowali Niemcy.
Drzewa, pokryte puszystym szronem, nieco się rozstąpiły, pokazał się skraj lasu i wiejskie ogrodzenie. We wsi mieszkało kilka rodzin, ale głównie starcy, kobiety i dzieci. Za wsią, jak nam powiedzieli, dwie wiorsty za bagnem przebiegała droga, po której jeździli Niemcy. Starzec powiedział nam, że Niemcy kilka razy zajeżdżali do wsi. Potem spadł głęboki śnieg i od tamtej pory się nie pojawiali.
Porozmawiałem z dziadkiem o tym i owym i dałem żołnierzom odpocząć. Starzec poczęstował nas swoja samosiejką. Tytoń mocny, pociągniesz dwa razy i dech zapiera.
Po powrocie do Szizdierowa zameldowałem dowódcy batalionu o danych wywiadowczych.
* * *
Gdy kompanie strzeleckie uzupełniono żołnierzami, rejon obrony mojej kompanii rozszerzono. Plutony stały teraz na linii wsi Zabołocie, Szizdierowo, Bolszaja Kobylszczina i Wasiliewo.
Do miejscowych wiosek przez cały czas jeździ się z górki. Siedzisz w saniach, a konik truchta po drodze drobnym kłusem.
Któregoś razu, wieczorem, kiedy kładłem się spać, Sawienkow zaczął rozmowę, że należałoby skontrolować żołnierzy w okolicznych wsiach. Nigdy tam nie jeździł, a tu raptem zapłonął żądzą i usiedzieć nie może. Przyszedł starszy sierżant i zgodził się z nim.
– Pojedziemy, pojedziemy! Trzeba popatrzeć, jak tam się mieszka naszym żołnierzykom. Wczoraj był łącznik z naszego plutonu i gadał, że opływają w żarcie z miejscowych zapasów.
– Jedźmy, poruczniku! Zatrzymamy się gdzieś na trasie w małej wioseczce. Nie będziemy się uganiać po drogach. I w batalionie będą zadowoleni, że nie czekasz na ich rozkazy, a sam przejawiasz inicjatywę – wywodził Sawienkow.
Zgodziłem się. Kazałem starszynie przygotować na jutro sanie i konie. Rankiem zaszedłem do sztabu batalionu i powiedziałem, że pojadę na kontrolę do oddalonych plutonów.
Starszyna zajechał saniami pod ganek – w środku siedział już Sawienkow. Czekali tylko na mnie. W batalionie nie mieli nic przeciwko temu, abym sprawdził dalekie rubieże.
– Siadajcie, towarzyszu poruczniku. Podścielę wam sianka, będzie się miękko jechało.
– Coś mi tu złote góry obiecujesz! – odpowiedziałem, jakbym co nieco przeczuwał.
– Pojedziemy z górki kłusem i ani się obejrzymy, jak za dwie godzinki będziemy na miejscu.
Gdzieś tam za leśnymi polanami leżały niewielkie wioseczki. Były na uboczu głównych szlaków. Naszych żołnierzy jest tam niewielu, ale urządzili się tam lepiej, niż my. Żyją spokojnie po chałupach. W brzuchach pełniej i weselej.
Koń jechał z górki, a ja siedziałem i rozglądałem się na boki. Przejeżdżaliśmy przez bezludne miejsca, zaniesione śniegiem. Nie wiedzieć czemu nie myślałem o tym, że możemy wpaść w niemiecką zasadzkę. Przez trzy godziny sunęliśmy drogą z górki. I oto pomiędzy dwoma zagajnikami dostrzegłem pokryte śniegiem dachy. Wszędzie z kominów walił szaroniebieski dym. Wartownicy, dwóch na całą wieś, powitali nas z przyjaznymi uśmiechami.
– Tutaj, tutaj! – pokrzykiwali.
Ale starszyna skręcił w drugą stronę i podjechał do chałupy.
– To tutaj? – zapytał Sawienkow.
Skoro rozumieją się w pół słówa, to było jasne, że umówili się między sobą w jakiejś sprawie. We wsi, w której Sawienkow nigdy nie był, miał wspólne interesy ze starszyną.
– A gdzie dowódca plutonu? – zapytałem starszynę.
– Najpierw przekąsimy, tutaj, u gospodyni. Już czeka. A potem zajdziemy do dowódcy plutonu.
– Przekąsić nie zaszkodzi – wzruszyłem ramionami.
W ślad za starszyną weszliśmy do posprzątanego domostwa. Trzydziestoletnia gospodyni krzątała się przy piecu za przegródką. Weszliśmy do sieni, starszyna polał nam wodę, co było czymś niezwykłym, umyliśmy ręce, a on podał nam ręcznik. Potem, pokasłując, zaprosił nas do stołu.
– To nasz porucznik, dowódca kompanii – przedstawił mnie gospodyni. – A tu mam przyjemność przedstawić naszego komisarza, o którym wam mówiłem.
Na stole stała kiszona kapusta zaprawiona cebulą i pachnącym olejem lnianym, miękki razowy chleb, gorące ziemniaki i parę kawałków słoniny. Starszyna zatarł ręce i spojrzał na gospodynię, ta zaś najwidoczniej zrozumiała go bez zbędnych słów. Na stole pojawił się gąsior samogonu. Napełniliśmy szklanki, gospodyni dosiadła się do stołu, stuknęliśmy się i wypiliśmy pierwszą kolejkę.
Kiedy nalano drugą, a znowu była to szklanka po brzegi, wymówiłem się od picia drugiej kolejki.
– Muszę jechać! – powiedziałem, zerkając na starszynę, który szybko się ze mną zgodził.
