Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 2 - Aleksander Iljicz Szumilin - ebook

Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 2 ebook

Aleksander Iljicz Szumilin

0,0
42,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Jeśli by mnie uśpiono na sto lat i po tych stu latach obudzono i zapytano jaka jest doktryna wojenna Rosji, odpowiedziałbym, że taka sama jak w drugiej wojnie światowej. Nic się nie zmieniło od tych czasów do dzisiaj i nie zmieni się w przyszłości” – Oleksiej Arestovicz, doradca prezydenta Zeleńskiego i najpopularniejszy komentator wojny rosyjsko-ukraińskiej.

„Gdy dają mi sto ludzi pod komendę, to wiem że po dwóch tygodniach walk z tej setki nie zostanie przy życiu prawie nikt. Ale przecież dostanę po nich następną setkę, która znowu starczy na dwa tygodnie... Wszak ludzi u nas dużo, więc dowództwo ich nie żałuje” – dowódca kompanii Szumlin, tytułowy „Wańka-trep”

Wstrząsające wspomnienia dowódcy kompanii piechoty, Szumlina.

Książka inna niż wszystkie napisane z perspektywy rosyjskiej o drugiej wojnie światowej. Obalająca wiele mitów o Armii Czerwonej.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 570

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.


Podobne


Rozdział 12 – Wokół Rżewa (grudzień 1941 – styczeń 1942 roku)

Roz­dział 12 – Wokół Rżewa (gru­dzień 1941 – sty­czeń 1942 roku)

Tym razem posta­wili nam zada­nie podej­ścia do wsi nocą z wyko­rzy­sta­niem ciem­no­ści. Pój­ście do ataku z żoł­nie­rzami w nocy to nie­ła­twa sprawa. W ciem­no­ści nie widać, kto gdzie idzie, a kto wtu­lił się w śnieg i leży. Idź ich poszu­kać w ciem­nicy! Spró­buj ich zna­leźć i pod­nieść.

Mogę się ostać przed wsią z garstką żoł­nie­rzy. Co za naród? Wolą leżeć pod hura­ga­no­wym ogniem niż sko­kiem pobiec w kie­runku wio­ski. Oto żoł­nier­ska psy­cho­lo­gia. A może po pro­stu strach? Suk­ces noc­nego ataku polega na szyb­ko­ści. Skok całej kom­pa­nii na wieś. Naj­waż­niej­sze, to dobiec do pierw­szych domów. A tam już pój­dzie. Ale czy żoł­nie­rza prze­ko­nasz słó­wami?

W przeded­niu do kom­pa­nii tra­fiło nowe uzu­peł­nie­nie. Wszy­scy nie­mło­dzi. Wie­dzą, czym żoł­nie­rze zaj­mują się na woj­nie. Różni ludzi­ska. Co mają w gło­wach? Mam setki pytań i ani jed­nej odpo­wie­dzi. Powi­nie­nem z nimi prze­ćwi­czyć nocny atak, roz­sta­wić ich na miej­sca i poga­niać ich parę razy gdzieś na tyłach. Ale czy pozwolą mi ścią­gnąć kom­pa­nię z obrony, w któ­rej leżymy w polu na śniegu?

Poprzed­niego dnia były silne opady śniegu. Ale od dwóch dni z pogodą jest spo­kój. Pod­czas opa­dów Niemcy zacho­wy­wali się nie­spo­koj­nie, wzmoc­nili swoje poste­runki, bez­u­stan­nie strze­lali i bez prze­rwy oświe­tlali przedni skraj rakie­tami. Teraz, kiedy z nieba prze­stał padać śnieg i gdy przy wzlo­cie flary można było zoba­czyć dużą prze­strzeń wokoło, Niemcy nieco się uspo­ko­ili i prze­stali strze­lać.

Przed noc­nym wyj­ściem ze skraju lasu, posta­no­wi­łem roz­dać żoł­nie­rzom czy­ste mask­cha­łaty. Niemcy przy­zwy­cza­ili się, że naszych na linii lasu widzą w sza­rych szy­ne­lach. Do ostat­niej chwili trzy­ma­łem mask­cha­łaty na kom­pa­nij­nej pod­wo­dzie i nie pozwa­la­łem star­szy­nie ich wyda­wać. Dzi­wił się, dla­czego je tam trzy­mam i nikomu nie daję.

Niech Niemcy przy­wykną do sza­ra­wego koloru naszych szy­neli. Białe mask­cha­łaty to dla nich coś nie­ocze­ki­wa­nego. Zasko­czy ich poja­wie­nie się żoł­nie­rzy w ubra­niach masku­ją­cych. W pamięci będą mieć szy­nele, a poja­wia się przed nimi Rosja­nie, wyglą­da­jący zupeł­nie ina­czej. Niemcy mogą pomy­śleć, że pode­szły do nas świeże rezerwy.

Gdy uci­chał strze­la­nina, ze wsi dole­ciał nas przy­tłu­miony gwar gło­sów nie­miec­kich war­tow­ni­ków. Z dużej odle­gło­ści nie można było poznać, o czym mówili. Uwiel­biali sobie poga­dać. Zdaje się, że war­tow­nicy dzień i noc gadali cią­gle to samo. Niemcy zamy­kali usta tylko pod­czas jedze­nia i snu.

W środku nocy żoł­nie­rze nało­żyli mask­cha­łaty i kom­pa­nia zaczęła się prze­miesz­czać do przodu. Posta­no­wi­łem, że nie­wiel­kimi gru­pami skon­cen­tru­jemy się w paro­wie. Żoł­nie­rzy dopro­wa­dzano tam po kolei. Z jaru można było rzu­cić się sko­kiem, dobiec do warzyw­ni­ków i wedrzeć się do wsi.

Począt­kowo wszystko szło dobrze. Do parowu dotar­li­śmy bez hałasu. Wieś była już na wycią­gnię­cie ręki. Pół­gło­sem wydaję komendę:

– Kom­pa­nia naprzód!

A moi żoł­nie­rzy­ko­wie leżą jak głusi, uwa­lili się głę­biej w śniegu i popa­trują na mnie. Nie mogę pod­no­sić głosu. Niemcy są bli­sko. Żoł­nie­rze cze­kają, żeby ktoś dźwi­gnął się pierw­szy. Wstaję, wycho­dzę z jaru i oglą­dam się do tyłu. Żoł­nie­rze zaczy­nają się poru­szać. Paru ludzi pod­nosi się i idzie za mną. Do warzyw­ni­ków zostało nie­wiele. Idę i cze­kam. Za chwilę Nie­miec nas wypa­trzy i wygar­nie z kara­binu maszy­no­wego. Ciarki idą po ple­cach. Zapiera dech. Idę dalej. I każdy swój krok uwa­żam za ostatni. Jesz­cze krok i śmierć.

Nie chce się umie­rać. Dla­czego muszę iść przed wszyst­kimi swo­imi ludźmi i dawać im przy­kład, spraw­dza­jąc na wła­snym ciele, czy Nie­miec będzie strze­lać, czy nie? Dla­czego mam się wysta­wiać pod kule jako pierw­szy? Dla­czego oni, moi żoł­nie­rze, mają się cho­wać za moimi ple­cami? A potem powie­dzą, że w skła­dzie kom­pa­nii strze­lec­kiej cho­dzili do ataku.

Do wsi zostało dzie­sięć kro­ków. W skro­niach tępymi ude­rze­niami puls wybija ostat­nie sekundy. Zaraz gruchną wystrzały i wszystko może się skoń­czyć. I oto zni­kam w ciem­nej dziu­rze wie­rzei. Za moimi ple­cami ktoś ciężko dyszy. Tak jak prze­wi­dy­wa­łem, to nie­wielka grupa moich żoł­nie­rzy.

W sto­dole jest pusto. Wewnątrz śnieżne zaspy. U góry, z dziury w dachu zwi­sają spod śniegu pasma zbu­twia­łej słomy. Żoł­nie­rze stru­mycz­kiem wle­wają się przez otwarte wrota sto­doły. Nieco się oży­wili, stoją czuj­nie, prze­ły­kają strach i ślinę, ale śmia­ło­ści nie odzy­skali. Są zado­wo­leni, że bez strzału dotarli do sto­doły i dostali się do środka. Stoją zbici w kupę i patrzą na mnie. I znowu wszystko od początku! Dopóki nie wyjdę ze sto­doły, nie zro­bią kroku do przodu i żaden nie ruszy się z miej­sca. Zupeł­nie, jakby tylko mnie jed­nemu była potrzebna ta zawszona wio­cha i cała wojna.

Plu­to­nowi kulą się z tyłu za żoł­nie­rzami. Na fron­cie są tacy cisi i lękliwi, nie to, co na tyłach. Tam są krzy­kliwi, wydzie­rają gar­dła na żoł­nie­rzy, pokrzy­kują, gną im karki. Gdzie się podziała ich żwa­wość?

Co mogę zro­bić sam jeden z pięć­dzie­się­cioma ludźmi? Pocze­kaj­cie, weź­miemy wieś, to ja już was pogo­nię. Będzie­cie ster­czeć u mnie na śniegu. Moi dziad­ko­wie wie­dzą, ile jest warte żoł­nier­skie życie. Ja jestem w kom­pa­nii naj­młod­szy. Nie można krzy­czeć i wyko­py­wać ich ze sto­doły. Cha­łupy, w któ­rych znaj­dują się Niemcy, są bli­sko. Ręką wska­zuję, kto ma gdzie biec, a oni stoją bez ruchu i patrzą na mnie tępo, przy­ci­ska­jąc się do sie­bie.

Lecz wśród nich są i tacy, któ­rzy mają wię­cej śmia­ło­ści. Jest ich nie wię­cej niż pię­ciu. Wyglą­dają przez wie­rzeje sto­doły, ale boją się zro­bić krok na spo­tka­nie śmierci. Co robić? Nie wycią­gnę każ­dego po kolei za rękaw, nie wypchnę ich, nie pod­go­nię kola­nem w zad, nie wyrzucę na zewnątrz za koł­nierz. Stoją i boją się wyjść ze sto­doły.

Oczy­wi­ście potem będą się zachły­sty­wać opo­wie­ściami, jak to sko­kiem wdarli się do wio­ski. Robię dwa kroki w kie­runku sto­ją­cego tłumu, a oni cofają się dwa kroki do tyłu w głąb sto­doły.

– Co za woj­sko! Kurwa wasza mać! – wypa­li­łem na głos.

Ruchem ręki przy­wo­łuję pię­ciu naj­bar­dziej roz­gar­nię­tych i wska­zuję im na dwie naj­bliż­sze cha­łupy.

– Ja i wy weź­miemy te dwa domy. Pozo­stali niech bie­gną dalej w wieś. Żoł­nie­rze na znak zgody kiwają gło­wami.

Oglą­dam się na pozo­sta­łych, kręcę głową i klnę pół­gło­sem, gro­żąc w ich stronę kuła­kiem, po czym sam z tymi pię­cioma wycho­dzę ze sto­doły.

Do naj­bliż­szej chaty jest jeden skok. Pochy­liw­szy się, bie­gniemy po głę­bo­kim śniegu, wyrzu­ca­jąc w górę kolana. A moi żoł­nie­rzy­ko­wie, któ­rzy zostali w sto­dole, nie­zbyt się śpie­szą, za to popa­trują, co będzie z nami dalej.

Obcho­dzimy chatę wzdłuż bocz­nej ściany i Niemcy od razu nas wykry­wają. Zaczy­nają wrzesz­czeć i otwie­rają ogień, pod który wpa­dają ci, któ­rzy jako ostatni wyszli ze sto­doły.

Nas Niemcy już nie widzą, bo prze­su­nę­li­śmy się do przodu i sto­imy pod ścianą. Teraz, gdy prze­ciw­nik otwo­rzył ogień, krzy­czeć i wyda­wać roz­kazy na cały głos mogę rów­nież i ja.

– Do przodu! – krzy­czę. – Pod ściany! Pod cha­łupy! W warzyw­ni­kach wszyst­kich was wybiją! Sko­kami do przodu! Przy­kry­jemy was z erka­emu!

– Daj no ogieńka! Wal wzdłuż ulicy krót­kimi seriami! – mówię do żoł­nie­rza.

Wysuwa się zza węgła, patrzy w dół ulicy, kła­dzie się na śniegu, usta­wia erkaem i pro­wa­dzi ogień krót­kimi seriami.

Dzień przed natar­ciem do kom­pa­nii przy­słali ręczny kara­bin maszy­nowy z dwoma dys­kami amu­ni­cji. Puł­kowo powie­dzieli przy tym:

– Wzmac­niamy cię środ­kami ognio­wymi i dajemy erkaem! Dla­tego wieś ma być zdo­byta za wszelką cenę!

Auto­mat PPSz miał tylko mój ordy­nans. Oto wła­ści­wie całe środki ogniowe. Chrząk­ną­łem pod nosem i powie­dzia­łem:

– Erkaem i pepe­sza na całą kom­pa­nię to według mnie jakby mało i wy to okre­śla­cie, jako środki ogniowe? Tu bate­ria dział będzie za mało! A wy chce­cie, żebym ja to zro­bił z jed­nym erka­emem? Dwie kom­pa­nie już padły pod Czu­chino. A efek­tów nie ma. Na śniegu przed wsią leżą setki tru­pów. I wy chce­cie, żebym z jed­nym erka­emem brał wieś?

– Nie jed­nym erka­emem! Masz pół setki ludzi!

– Pół setki ludzi to jak pół setki nabo­jów. Jeden strzał i nic nie zosta­nie.

Jak zawsze, na początku ataku poja­wiły się nie­ocze­ki­wane trud­no­ści, bo żoł­nie­rze drep­czą w jed­nym miej­scu. Ani my, ani Niemcy nie możemy się zorien­to­wać, po czy­jej stro­nie jest prze­waga. Muszę wraz z żoł­nie­rzami gnać do przodu, bowiem tylko takim manew­rem możemy napę­dzić Niem­com stra­chu lub wywo­łać panikę.

Zadaję sobie pyta­nie. Dla­czego wcze­śniej kom­pa­nie strze­lec­kie nie ata­ko­wały nocą? Dla­czego posy­łano ich na wio­ski w świe­tle dnia, z rana? Nocą można było nie­zau­wa­że­nie wyko­nać skok i wedrzeć się do wsi z mniej­szymi stra­tami. Zapewne wcze­śniej z punktu obser­wa­cyj­nego bata­lionu i pułku chcieli popa­trzeć, jak żoł­nie­rze idą tyra­lierą do ataku.

Żoł­nierz-strze­lec to nie zwia­dowca! Indy­wi­du­alne wyszko­le­nie żoł­nie­rza jest słabe. Idzie do przodu, gdy widzi, że wszy­scy idą. Strach jest wielki. Nocą może się taki poło­żyć i prze­le­żeć gdzieś z boku albo z tyłu, nic nie robiąc. Idzie i roz­gląda się na boki, ogląda się do tyłu. Jest tam ktoś z przodu? Nie nadział się jesz­cze na kule?

Spoj­rza­łem wzdłuż wsi. Sądząc po wszyst­kim, Niem­ców ruszyło i ucie­kli z wio­ski. Spró­buj nie dać dra­paka, kiedy rzu­cają się na cie­bie ruskie Iwany.

Białe mask­cha­łaty pod­kra­dły się jesz­cze do dwóch cha­łup. Wydaję roz­kaz i żoł­nie­rze wysy­pują się na ulicę. Roz­bie­gają się po wsi, a Niemcy dostrze­gli nas i pod­nie­śli krzyk.

To wła­śnie ten moment, gdy roz­pacz­liwy wrzask sieje panikę. Dawno na to cze­ka­li­śmy.

Nie­miec­kie kara­biny maszy­nowe umil­kły. Sły­chać tylko trzask kara­bi­nów. Kom­pa­nia roz­lała się i pocie­kła mię­dzy domami.

Jeden chyży Nie­miec ze stra­chu wpadł na naszego żoł­nie­rza, głową zbił go z nóg i jak osza­lały zakrę­cił się w miej­scu. Gdy Nie­miec ock­nął się po ude­rze­niu, zna­lazł się pod lufą kara­binu dru­giego. Wytrzesz­czyw­szy oczy, nawet nie pod­niósł w górę rąk. Żoł­nierz chwy­cił go za rękaw i pocią­gnął na bok. Nie­miec był bez hełmu, z potar­ga­nymi wło­sami.

Pomimo wymiany ognia kara­bi­no­wego, we wsi nie zna­leź­li­śmy zabi­tych Niem­ców. Żoł­nierz sto­jący koło Niemca obej­rzał się, a Nie­miec gdzieś czmych­nął i znik­nął. Potem żoł­nierz opo­wia­dał:

– Myśla­łem, że nie było żad­nego Niemca! Ze stra­chu tak mi się wyda­wało! Jestem pierw­szy raz na fron­cie!

A kiedy pod­szedł do niego ten drugi, któ­rego zbiło z nóg, to stało się jasne, że mimo wszystko pozwo­lili Niem­cowi uciec.

Szara mgiełka na nie­bie zaczęła się roz­ja­śniać. Nie liczy­łem na to, że wszystko zakoń­czy się tak lekko i szybko. Oba­wia­łem się, że straty będą duże. Sądzi­łem, że Niemcy tak łatwo nie odda­dzą nam wsi. W kom­pa­nii było jakichś dzie­się­ciu zabi­tych i ran­nych. Strze­la­nina uci­chła. Ostatni ucie­ka­jący Niemcy skryli się w krza­kach.

Drogą z lasu, saniami zaprzę­gnię­tymi w tabo­rową klacz, nad­je­chał kom­pa­nijny star­szyna. Żoł­nie­rze roz­leźli się po domach w poszu­ki­wa­niu jedze­nia. Po jakimś cza­sie poja­wili się na ulicy. U każ­dego ster­czało zza pazu­chy jakieś nie­miec­kie bara­chło.

We wsi, na sto­łach w cha­łu­pach, na pod­ło­dze i na ławach Niemcy zosta­wili chleb, kon­serwy i parę bute­lek sznapsa. Z boku na skórce bochenki chleba miały czte­ro­cy­frowe liczby – 8, 9, 0… Żoł­nie­rze doszli do wnio­sku, że chleb pocho­dzi z wypieku trzy­let­niego.

– Ty, popatrz! Trzy­letni zapas chleba!

Chleb dawał się łatwo kroić. Na ząb nie był czer­stwy. Puszki kon­serw pocho­dziły z całej Europy. Obok paczki papie­ro­sów i porzu­cone nie­miec­kie koce.

W jed­nej z cha­łup, szta­bo­wej, na stole stała maszyna do pisa­nia, a na pod­ło­dze walały się jakieś papiery. Na sze­ro­kiej ławie pod ścianą stały dwa apa­raty tele­fo­niczne z two­rzywa sztucz­nego. Z oko­pów cią­gnął się do nich cały pęk prze­wo­dów. Zna­leź­li­śmy tutaj stertę ste­ary­no­wych świec w kształ­cie okrą­głych pude­łe­czek ze ster­czą­cymi pośrodku kar­to­no­wymi kno­tami. Czego ci Niemcy nie mieli ze sobą na woj­nie! Tasz­czyli wszel­kie graty i dro­bia­zgi.

Na pod­ło­dze koło stołu ponie­wie­rał się żoł­nier­ski ple­cak. Klapa ple­caka z twar­dej jele­niej skóry. W tym samym miej­scu pod ławą stały wyczysz­czone na błysk buty. Pod­bi­cie w tych butach było tro­chę za małe na naszą ruską łapę. Wielu żoł­nie­rzy łypało na nie okiem, ale nie odwa­żyli się przy­mie­rzać. Na wbi­tym w ścianę gwoź­dziu wisiał auto­mat z zapa­so­wymi maga­zyn­kami peł­nymi nabo­jów. I wresz­cie to, co naj­bar­dziej inter­su­jące, a co wszy­scy roz­dra­pali: na oknie leżała cała sterta nie­miec­kich cza­so­pism z kolo­ro­wymi obraz­kami.

Pod­czas gdy cho­dzi­łem po wsi, wyzna­cza­łem poste­runki i okre­śla­łem odcinki obrony dla każ­dego plu­tonu, w tejże cha­cie w akom­pa­nia­men­cie zło­śli­wych uwag i zgod­nego śmie­chu żoł­nie­rzy odby­wało się lustro­wa­nie nagich nie­miec­kich dam z kolo­ro­wych zdjęć. Na okładce jed­nego z cza­so­pism na pierw­szym pla­nie wid­niał por­tret czło­wieka z wąsi­kiem i kosmy­kiem wło­sów na czole.

Kiedy wsze­dłem do chaty, popa­trzy­łem na foto­gra­fie i prze­czy­ta­łem pod­pis, powie­dzia­łem żoł­nie­rzom:

– To jest wła­śnie ich Hitler.

Wszy­scy stło­czyli się, by jesz­cze raz na niego popa­trzeć.

– No, to teraz wiemy, jaki jest ten ichni Hitler.

Żoł­nie­rze cisnęli się, by z cie­ka­wo­ścią przyj­rzeć się nie­miec­kiemu wodzowi w woj­sko­wym mun­du­rze.

– Patrz­cie, bra­cia! – zakrzyk­nął któ­ryś. – On też trzyma rękę za guzi­kiem, pod mary­narką!

Dobrze, że kom­pa­nijny poli­truk prze­padł gdzieś na tyłach pułku i już cały mie­siąc nie poka­zuje się w kom­pa­nii – pomy­śla­łem. – Gdyby tak teraz wyszarp­nął z rąk żoł­nie­rzy jedno z cza­so­pism, to miałby wszel­kie dowody i bez­po­śred­nie poszlaki na roz­kład moralny dowódcy kom­pa­nii. Nie wymi­gał­bym się od kontr­re­wo­lu­cji.

Któ­re­muś z żoł­nie­rzy na stro­nach maga­zynu tra­fiły się nagie dziew­częta. Żoł­nie­rze porzu­cili oglą­da­nie führera i od razu zare­cho­tali. Niemki w gru­bym maki­jażu, nacią­ga­jące poń­czo­chy na szczu­płe i wdzięczne nóżki, przy­cią­gnęły ogólną uwagę woja­ków.

Od nie­któ­rych żoł­nie­rzy już zala­ty­wało alko­ho­lem. To oni krzy­czeli i recho­tali naj­gło­śniej ze wszyst­kich.

– To nie to! – powie­dział star­szyna, zaj­rzaw­szy do cza­so­pi­sma.

– Towa­rzy­szu star­szy sier­żan­cie, taką to ani z przodu, ani z tyłu!

– Widzie­li­ście, bra­cia? U Niem­ców baby dłu­gie i chude!

– Rze­czy­wi­ście, jak lafi­ryndy!

– Żeby tak tu była moja Dusia! Wszyst­kie by swoim tył­kiem zakryła! U niej naj­lep­sze jest z tyłu!

Sie­dzia­łem i słu­cha­łem, jak żoł­nie­rze naśmie­wali się z nie­miec­kich dam. Mło­dzi żoł­nie­rze stali nieco z tyłu i przy­słu­chi­wali się. Nie mieli nic do powie­dze­nia. Te sprawy, podob­nie jak wojnę, trzeba pojąć i poczuć w prak­tyce. Dziad­ko­wie o tym i owym wykła­dają otwar­cie. To nie żarty! Nic, tylko strzyc uszami! Zali­czysz szkołę! Poznasz teo­rię życia!

Rozu­mia­łem, że po kolo­sal­nym napię­ciu i stra­chu, żoł­nie­rze się roz­luź­nili. Teraz z każ­dego serca i każ­dego spoj­rze­nia biła świa­do­mość, że zdo­byli wieś i zostali przy życiu. Teraz każdy z nich mógł ode­tchnąć swo­bod­nie, pośmiać się do łez, popi­sy­wać i nawet prze­kli­nać.

Żoł­nie­rze, prze­ry­wa­jąc sobie nawza­jem, zaczęli sypać róż­nymi powie­dzon­kami na temat kobiet. I gdyby nie łącz­nik, który przy­biegł z plu­tonu, roz­mo­wom nie byłoby końca.

Wyda­łem roz­kaz, by zmie­niono ludzi na poste­run­kach, wyda­łem instruk­cje star­szy­nie odno­ście jedze­nia i w towa­rzy­stwie łącz­nika posze­dłem do plu­tonu, który mnie pil­nie wzy­wał. Gdy pod­sze­dłem do cha­łupy, gdzie roz­lo­ko­wał się pod­od­dział, sier­żant zamel­do­wał mi, że Nie­miec, któ­remu pozwo­lili uciec, odna­lazł się w cie­lęt­niku. Czmych­nął w na wpół otwarte drzwi, wbiegł do chlewu i zatknął za sobą sko­bel. Posta­no­wił prze­cze­kać, a potem wydo­stać się nie­zau­wa­że­nie i uciec. Żoł­nie­rze usły­szeli ciche szmery w chle­wie i doszli do wnio­sku, że Niemcy w panice zosta­wili tam wie­przka. Weszli do środka, a tam na kupie nawozu fak­tycz­nie sie­dział cenny okaz.

Popa­trzy­łem na Niemca, który był bez nakry­cia głowy. Zgu­bił gdzieś hełm i fura­żerkę. Kaza­łem sier­żan­towi, by dał mu nie­miecki koc. Niech się Fryc nakryje z głową, bo ina­czej odmrozi uszy. Uprze­dzi­łem rów­nież sier­żanta, by nasi Sło­wia­nie nie wałę­sali się bez celu po wsi.

– War­tow­nicy na poste­run­kach! Wolna zmiana po domach!

Kazaw­szy łącz­ni­kowi kon­wo­jo­wać jeńca, skie­ro­wa­łem się do cha­łupy szta­bo­wej. Pod­cią­gnięto tam już łącz­ność z bata­lionu i tele­fo­ni­ści grze­bali się już z apa­ra­tem.

Potem tele­fon z bata­lionu. Oczy­wi­ście robiono mi wymówki, że nie zamel­do­wa­łem wcze­śniej przez łącz­nika o zdo­by­ciu wio­ski. Nie po cham­sku, jak zawsze, a nieco deli­kat­niej, choć z wyrzu­tem. Zro­biło mi się lżej na sercu. Nie ocze­ki­wa­łem po nich tak grzecz­nego trak­to­wa­nia. W czter­dzie­stym pierw­szym nie było to w modzie. Byłem zado­wo­lony z cze­goś innego – że zają­łem wieś przy nie­wiel­kich stra­tach.

Pod wsią pole­gło w śniegu kilka setek żoł­nie­rzy. Nacie­rali przed nami i ponie­śli duże straty. Na prawo od nas ata­ko­wały kom­pa­nie pułku. Przy cięż­kich stra­tach zdo­łały wedrzeć się do wsi Gosti­niewo1. Front obrony Niem­ców pod Sta­ricą został prze­rwany przez sąsied­nią dywi­zję. Zapewne dla­tego Niemcy nie sta­wili nam tutaj zacię­tego oporu.

* * *

Nie­miec był nie­wy­soki, z ciem­nymi, potar­ga­nymi wło­sami. Zapewne nie Aryj­czyk. Nie zna­lazł czasu, aby roz­cze­sać włosy z prze­dział­kiem, jak robili to inni. Nie zdą­żył się umyć i nacią­gnąć fura­żerki na uszy, a tu we wsi wybu­chła bez­ładna strze­la­nina. Nocą wysko­czył na burzę śnieżną i umy­kał, ze stra­chu odcho­dząc od zmy­słów. A prze­cież ran­kiem miał zamiar dopro­wa­dzić się do porządku. No pew­nie! Miał ruszać w drogę.

Teraz sie­dział na ławie i wier­cił się nie­spo­koj­nie. Na pyta­nia odpo­wia­dał z pośpie­chem, nie zasta­na­wia­jąc się nad swo­imi odpo­wie­dziami. Czuło się, że dostaw­szy się do nie­woli, w żaden spo­sób nie mógł dojść do sie­bie i oswoić się ze swą obecną sytu­acją. Nazwi­sko, imię, rok i miej­sce uro­dze­nia wyrzu­cił z sie­bie jed­nym tchem. Miał około dwu­dzie­stu lat.

Wszystko szło dobrze i gładko. Lecz gdy zapy­ta­łem go o rodzinę, Nie­miec nagle zamru­gał oczami, załkał żało­śnie i nie mógł usie­dzieć w miej­scu. Ryczał praw­dzi­wie i cał­kiem natu­ral­nie. Pła­kał z całego serca. Po policz­kach spły­wały mu wiel­kie łzy. Zano­sił się od pła­czu, poma­ga­jąc sobie piskli­wym gło­sem.

Chciał coś powie­dzieć, wymam­ro­tał kilka nie­zro­zu­mia­łych słów, załkał parę razy i roz­be­czał się z nową siłą.

Moi żoł­nie­rze patrzyli i wzru­szali ramio­nami. Byli zdzi­wieni, a nawet zmie­szani. Teraz spo­zie­rali na niego wyro­zu­miale i wręcz się uśmie­chali. Doro­sły chłop, a beczy jak baba. Patrzyli na niego, chrzą­kali i nie mogli uwie­rzyć.

– Towa­rzy­szu porucz­niku! Po co on ryczy?

Odcze­ka­łem, aż Nie­miec nieco się uspo­koi i zdoła wydu­sić choć parę skład­nych słów. Wtedy będzie można go zapy­tać, dla­czego wła­ści­wie pła­cze.

Pro­wa­dząc go tutaj, nasi go nie kopali, nie sztur­chali pod żebro kolbą, nie bili. U nas w ogóle nie było przy­jęte, by znę­cać się nad jeń­cami. Można rzec, iż nasi żoł­nie­rze trak­to­wali jeń­ców z sza­cun­kiem, jak ludzi. Bywały przy­padki, że pod­czas kon­wo­jo­wa­nia wzię­tego do nie­woli, gdzieś tam na tyłach wybie­gali zza fur­ma­nek woź­nice i inni tyłow­nicy i w unie­sie­niu zama­chi­wali się na Niemca, chwa­ląc się koleż­kom swoją zręcz­no­ścią i patrio­tycz­nymi uczu­ciami.

– Cof­nąć się, ale już! – kon­wo­jent odga­niał ich lufą kara­binu. – Rusz się na pierw­szą linię i złap sobie jeńca, a potem się pchaj! Ten nie twój! Patrz­cie no, jaki szybki! Szczur tyłowy!

Nie zna­li­śmy przy­czyny, dla któ­rej Nie­miec roz­pa­czał. Ale oto nieco się uspo­koił, patrzy mi żało­śnie w oczy i prosi mnie, żeby go wypu­ścić.

– Dokąd wypu­ścić? Do toa­lety? – pytam.

– Nein, nein… Tam, do Niem­ców! Nach Hause! Mam urlop!

I czym prę­dzej wyciąga z kie­szeni na piersi mun­duru swoje Urlaubs­schein2.

– O, tu! – poka­zuje pal­cem na papie­rek. Od sze­ściu mie­sięcy jestem na fron­cie wschod­nim. Należy mi się urlop. Wczo­raj dosta­łem doku­menty. Muszę jechać do domu! Jestem zmę­czony. Ver­ste­hen Sie?

– Rozu­miem! Rozu­miem! – odpo­wia­da­łem. – Müde! Ver­ste­hen!

– Co on gada, towa­rzy­szu porucz­niku? – pytali żoł­nie­rze.

– Prosi, żeby­śmy go wypu­ścili. Musi jechać do domu! Ma urlop. Powi­nien jechać do Nie­miec.

Żoł­nie­rze, usły­szaw­szy powód lamentu, chwy­cili się za brzu­chy i jak jeden mąż zato­czyli się ze śmie­chu. Śmiali się szcze­rze, do łez. Nie­miec pła­cze ze zde­ner­wo­wa­nia, a oni ze śmie­chu.

– Ale numer! – wielu zary­ki­wało się tak, że chwy­tała ich kolka.

Nie­miec naj­wi­docz­niej pojął, że prze­tłu­ma­czy­łem jego prośbę żoł­nie­rzom. Popa­trzył na nich i znowu się roz­pła­kał. Żoł­nie­rzom łzy ście­kały po policz­kach. Wszy­scy pła­kali. I rżeli, jak konie.

– Ale jaja! No, to nas uba­wił! Gad jeden, wszyst­kich do łez dopro­wa­dził!

Nie­miec obrzu­cił wszyst­kich uważ­nym spoj­rze­niem i ponow­nie się roz­ry­czał.

– Towa­rzy­szu porucz­niku! Zabierz­cie go stąd! Wszyst­kich nas tru­pem położy na pod­ło­dze!

– Patrz, żebyś w gacie nie naro­bił! – dorzu­cił drugi.

– Jak to się mogło stać?

– Mamu­siu… już nie mogę!

– Zapy­taj­cie go… – i żoł­nierz walił się na wznak i tur­lał się po pod­ło­dze – dokąd on to ma jechać?

I znowu przy wtó­rze ryku żoł­nier­skich gar­deł i pła­czu Niemca, wszy­scy, któ­rzy sie­dzieli na ławie, pospa­dali na pod­łogę.

– Ależ dzio­nek! Gor­szego nie wymy­ślisz! Po czymś takim i śmierć nie­straszna!

– Dzięki ci za to! Ale mnie roz­ba­wił! Daj­cie mi go poca­ło­wać!

Namięt­no­ści powoli opa­dły. Ofuk­ną­łem Niemca, by w końcu prze­stał wyć i zada­łem mu pyta­nie:

– Powiedz­cie, pro­szę, kiedy to mie­li­ście jechać na urlop?

– Co wy tam mu mówi­cie, towa­rzy­szu porucz­niku?

– Pyta­łem, kiedy chce poje­chać na urlop do domu.

– A on co na to?

– Mówi, że poje­dzie dzi­siaj. I że powin­ni­śmy go natych­miast wypu­ścić.

Żoł­nie­rze, usły­szaw­szy tłu­ma­cze­nie, zgod­nie ryk­nęli śmie­chem.

– Źle zapy­ta­łem – powie­dzia­łem. – Chcia­łem zapy­tać, dokąd powi­nien jechać.

Po moim ostat­nim zda­niu Nie­miec wyraź­nie powe­se­lał. A żoł­nie­rze, to jeden, to drugi, nie­ocze­ki­wa­nie zaczęli par­skać. Któ­ryś nie wytrzy­mał i znowu zanie­śli się śmie­chem.

Na koniec, po uści­śle­niu za pomocą sze­regu pytań, sprawę wyja­śniono. Nie­miec zdał swoją broń, poże­gnał się z przy­ja­ciółmi i wypił z nimi na drogę.

– Na pewno chce się wyro­bić do swo­jej dłu­giej i chu­dej Frau! – powie­dział któ­ryś z żoł­nie­rzy.

– Frau! Frau! – Nie­miec poki­wał rado­śnie głową.

– Teraz, Frycu, masz inny urlop! Do samego końca wojny!

– Oto człek szczę­śliwy – dodał ktoś. – Po woj­nie wróci do domu. A my?

Nie­miec opo­wie­dział ocho­czo, że ich 252 Dywi­zja Pie­choty3 cof­nęła się tu spod Kali­nina. Tu, na rubieży Sta­ricy ich bata­lion sape­rów miał wyko­pać tran­szeje na pełen pro­fil. W bata­lionie znaj­do­wał się przed­sta­wi­ciel z dywi­zji, który miał ode­brać od nich wyko­naną pracę. Jeśli Herr Offi­zier też jest w nie­woli u Rosjan, to może potwier­dzić, iż Niem­cowi należy się urlop4.

* * *

Wkrótce wypchnęli nas ze wsi i kazali ści­gać Niem­ców. Zda­li­śmy jeńca i ruszy­li­śmy do przodu. Zawczasu trudno było okre­ślić, po któ­rej z dróg cofała się nie­miecka pie­chota. Niemcy regu­lar­nie odśnie­żali przy­fron­towe szlaki i obsta­wiali je tycz­kami z wiąz­kami słomy.

Dzień i noc szli­śmy za wyco­fu­ją­cymi się Niem­cami i przy podej­ściu do Rżewa zmie­niła nas inna kom­pa­nia. Poszła do przodu, skrę­ca­jąc ostro na prawo, ja zaś wraz z moją mia­łem iść w ślad za nimi.

Nie byli­śmy już w skła­dzie 31 Armii. Dywi­zję włą­czono do 39 Armii, która nacie­rała na prawo od Rżewa. Od jed­nej wio­ski do dru­giej szli­śmy za saniami i pod­wo­dami. Prze­cho­dzi­li­śmy przez wsie zupeł­nie nie tknięte wojną.

W jed­nej z nich któ­re­goś razu kom­pa­nia wraz z tabo­rami sta­nęła na noc­leg. Wezwał mnie szef sztabu pułku i mogłem rzu­cić okiem na mapę rejonu. Puł­kowi dogo­nili nas drogą wła­śnie w owej wsi. Przy­glą­da­jąc się mapie, zauwa­ży­łem, że drugą dobę obcho­dzimy od pół­nocy mia­sto Rżew.

Nie posia­da­łem mapy z trasą prze­mar­szu. Powie­dziano mi, żebym zapa­mię­tał mar­szrutę w gło­wie. Punk­tem wyj­ścio­wym dla dal­szego ruchu był prawy brzeg Wołgi. Nie­stety na brzegu rzeki nie było cha­rak­te­ry­stycz­nych punk­tów tere­no­wych i pośród zaśnie­żo­nych rów­nin i zasp trudno było okre­ślić, w któ­rym miej­scu się znaj­do­wa­li­śmy.

W tych zaśnie­żo­nych prze­stwo­rach, w nie do końca jasnej sytu­acji, kiedy to nie wiesz, gdzie są Niemcy, a gdzie ty, nie mając mapy oko­licy i nie wie­dząc, w którą stronę w danej chwilki powi­nie­neś się kie­ro­wać, utrzy­ma­nie zada­nego kie­runku jest trudne. Idąca przed nami kom­pa­nia zastą­piła nas jako osłona tabo­rów, a ja z moimi ludźmi wysu­ną­łem się do przodu. Sze­dłem na czuja, kie­ru­jąc się pamię­cią i kom­pa­sem i sta­ra­łem się utrzy­mać poczu­cie czasu.

Na każ­dym roz­staju dróg, na każ­dym ostrym zakrę­cie musia­łem się zatrzy­my­wać i ana­li­zo­wać prze­bytą drogę. Nie myśla­łem wtedy, że logiczna nitka drogi może przy­pad­kowo lub nagle się zerwać.

Wyszli­śmy z lasu i skrę­ci­li­śmy na drogę. Po tam­tej stro­nie duktu – zaśnie­żone pole i rzad­kie, pokryte szro­nem krzewy. Z przodu – roz­wi­dle­nie dróg. Zatrzy­ma­łem się, żoł­nie­rze poło­żyli się na śniegu. Posła­łem do tyłu dwóch łącz­ni­ków, aby uści­ślić, po któ­rej dro­dze mam się poru­szać. Wró­cili po jakimś cza­sie. Roz­ka­zano mi kie­ro­wać się bar­dziej na prawo i prze­miesz­czać się w kie­runku sta­cji Czer­to­lino.

Gdy kom­pa­nia obe­szła kilka wsi po zaśnie­żo­nym kory­cie rzeki Siszki i wspięła się na pagó­rek, przy podej­ściu do jakiejś wsi ostrze­lali nas Niemcy. Zale­gli­śmy po obu stro­nach drogi i po krót­kim roz­po­zna­niu posła­łem w tył dwóch żoł­nie­rzy z mel­dun­kiem. Pro­si­łem, aby do kom­pa­nii dostar­czono zaprzęg konny z dział­kiem kali­bru 45 mm.

Zaprzęg dotarł. Działko wyto­czono na wzgó­rek. Zaszcze­kało trzy razy po wsi. Oka­zało się, że to wystar­czy. Niemcy roz­bie­gli się w różne strony. Prze­ma­sze­ro­wa­li­śmy po wiej­skiej uliczce, wyszli­śmy za płot i, skrę­ciw­szy ostro na połu­dnie, poszli­śmy w kie­runku sta­cji Czer­to­lino.

Odnio­słem wra­że­nie, iż w owej chwili prze­rwa­li­śmy nie­miecki front i zacho­dzimy im na tyły. Poza nie­tknię­tym bia­łym śnie­giem, przed nami nie było nic widać. Prze­szli­śmy wieś i zna­leź­li­śmy się w stre­fie nie­mieckich szla­ków zimo­wych. Wokół pano­wała abso­lutna cisza.

W ślad za naszą kom­pa­nią, drogą pocią­gnęły rów­nież inne pod­od­działy. Na podej­ściach do wsi, gdzie strze­la­li­śmy z działa, tabory utknęły gdzieś pod­czas prze­jazdu przez głę­boki parów.

Nad ranem, ze względu na fakt, iż nie spa­li­śmy trzy doby, zmie­niła nas druga kom­pa­nia strze­lecka. Prze­no­co­wa­li­śmy w jakiejś wio­sce i ran­kiem ruszy­li­śmy dalej w ślad za kom­pa­niami naszego pułku. 119 dywi­zja wcho­dziła na głę­bo­kie tyły Niem­ców.

Szli­śmy przez strefę zupeł­nie nie­tkniętą przez wojnę. Na drogę na spo­tka­nie wybie­gały nam dzie­ciaki. W drzwiach domostw stały baby i młode żonki, przy­tu­lone do futryn. Obrzu­cały spoj­rze­niem żoł­nie­rzy­ków i popra­wiały śpiesz­nie narzu­cone chustki.

W nie­któ­rych wsiach wie­dzieli o woj­nie, lecz ani razu nie widzieli Niem­ców. A tu znowu przy­szli nasi! Życie wokół było spo­kojne, ciche, pozba­wione trosk. Cały szlak do Sziz­die­rowa poko­na­li­śmy bez jed­nego strzału. Naszym zada­niem było zaję­cie obrony w tym rejo­nie, pod­czas gdy inne bata­liony poszły dalej w kie­runku mia­sta Bie­łyj5.

Cały szlak do mia­sta Bie­łyj nasza dywi­zja prze­szła nie napo­ty­ka­jąc na nie­miecki opór. Na dro­gach nie­rzadko spo­ty­kało się chło­pów. Jeden jechał z lasu z drew­nem, innego wiózł chłop­ski konik cią­gnący siano, pozo­sta­wione od jesieni w sto­gach gdzieś na polu. Wszę­dzie od wcze­snego rana dymiły kominy pie­ców. Pach­niało świeżo upie­czo­nym chle­bem, kiszoną kapu­stą i samo­go­nem. Zapo­mniani przez wszyst­kich i odcięci od wojny i świata, ludzie żyli tutaj swymi spra­wami i bez­tro­skim bytem. Tutaj, w śniegi nie do prze­by­cia, Niemcy nie zaglą­dali. Kobiety nosiły na koro­my­słach drew­niane cebrzyki z lodo­watą woda ze studni. Bydło muczało, kury gda­kały, chrzą­kały pro­siaki, piały koguty i szcze­kały psy.

Nie można powie­dzieć, by na twa­rzach rumia­nych i mło­dych kobie­tek malo­wała się roz­pacz­liwa tęsk­nota. U wielu z nich mężo­wie sie­dzieli w domu, na gospo­dar­stwie. A te, do któ­rych mężo­wie nie wró­cili jesie­nią, urzą­dzały się z mło­dymi, jak to tutaj mówią, „nie­ślub­nymi”. Wielu zawo­do­wych ofi­ce­rów i żoł­nie­rzy, któ­rzy dostali się w okrą­że­nie, począt­kowo tułało się po lasach. Potem, stop­niowo prze­miesz­cza­jąc się za Niem­cami na wschód, osia­dali w odle­głych i leżą­cych w lasach wio­skach. Niektó­rzy prze­do­sta­wali się w pobliże rodzin­nych stron, wielu docie­rało do swo­ich domów.

Wdówki i młode żonki wybie­rały robot­ni­ków i kumów, przyj­mo­wały ich do domów. Ci miesz­kali, pra­co­wali, krzą­tali się, ale gospo­da­rzami w domu nie byli. Gospo­dyni w każ­dej chwili mogła odmó­wić robot­ni­kowi jedze­nia, pościeli i noc­legu. Zasada pry­wat­nej wła­sno­ści rzą­dziła tu na całego. Ja jestem gospo­da­rzem! A ty jesteś moim najem­nym robot­ni­kiem! Znaj swoje miej­sce! I żyj wedle moich zasad. Za twoje żar­cie wezmę dwóch. I będą jesz­cze wdzięczni i zado­wo­leni. A ty masze­ruj i poszu­kaj sobie miej­sca.

Kwitł tutaj bez­li­to­sny rynek siły robo­czej. Na pra­cow­ni­ków najem­nych nie patrzono jak na ludzi, a jak na nie­wol­ni­ków i bydło. Nie­któ­rzy z gospo­da­rzy mieli po pię­ciu, sze­ściu parob­ków. Przy­go­to­wy­wali zapasy drewna w lesie, budo­wali młyny, roz­pro­wa­dzali tabuny koni i stada owiec i krów.

Jak powia­dał Marks, trzy­mało się to na war­to­ści doda­nej. Gospo­da­rze wyko­rzy­sty­wali nie­szczę­ście i biedę bez­dom­nych włó­czę­gów i żoł­nie­rzy bez zaję­cia. Pra­co­wali za skórkę chleba i skromną miskę cien­kiej polewki i można ich było zmu­sić do zgi­na­nia karku od świtu do nocy. Przy­po­mnieli mi się żoł­nie­rze Łuko­nina, któ­rych zosta­wił w okrą­że­niu. Prze­cież oni też gdzieś robią za parob­ków u gospo­da­rzy. Wspo­mnia­łem też chłopa sto­ją­cego na ganku, kiedy się cofa­li­śmy. W swym cwa­nym łebku już wtedy z grub­sza obli­czał, ilu sobie wziąć parob­ków, jeśli żoł­nie­rze zostaną we wsi. Chciwy był tu naro­dek.

Z nadej­ściem zimy zbie­gli żoł­nie­rze i okru­żeńcy posta­rali się o to, by pozbyć się swo­ich mun­du­rów woj­sko­wych. Teraz para­do­wali w wiej­skich kapo­tach prze­wią­za­nych sznur­kiem. Na nogach mieli onuce i łap­cie. Jedni zapra­co­wali na ochę­dó­stwo i obu­wie, inni wymie­nili za całe kirzowe buty. Gospo­da­rza od razu można było poznać. Nosił tułup i nową wato­waną kapotę. Na nogach mocne walonki, odzież nie­wy­tarta i bez łat. Koły­sząc się, prze­cha­dzał się leni­wie po wsi, trzy­mał się dostoj­nie i był pewien, że Niemcy go nie tkną. Nie śpie­szył się, nie krzą­tał, nie prze­bie­rał gorącz­kowo nogami i nikomu się nie kła­niał, gdy scho­dził z ganku na drogę. A „nie­ślubni” i parob­ko­wie krę­cili się po wsi nie­pew­nie i w pośpie­chu, czę­sto z obawą.

Popa­trzy­łem na tych zdro­wych mło­dzia­nów i chło­pów, a w myślach wyobra­ża­łem sobie, że można by nimi w pełni ukom­ple­to­wać nasze kom­pa­nie. W tych, któ­rzy zdą­żyli zapu­ścić dłu­gie włosy i brody, wciąż dało się roz­po­znać mło­dych i sil­nych ludzi.

W kom­pa­niach mie­li­śmy mało żoł­nie­rzy. Twarz jest zwier­cia­dłem ludz­kiej duszy. Spoj­rzysz w nią i od razu widzisz, czy czło­wiek jest posu­nięty w latach, czy też to mło­dzie­niec z brodą i dłu­gimi wło­sami. Nasi, choć sta­rawi, to prze­szli wojnę, śmierć i ogień na pierw­szej linii i każdy z nich był wart wię­cej niż nie­ostrze­lany zdrowy chło­pek czy mło­kos. Tacy byli, ci nasi kom­pa­nijni dziad­ko­wie, pomarsz­czeni i na oko sła­bo­wici. Zaro­śnięci i nie­ogo­leni, być może byli słabsi fizycz­nie, lecz za to byli twar­dzi i silni duchem. A ci mło­dzi i zdrowi, silni z wyglądu, byli tchó­rzami.

Życie spra­wia, że czło­wiek staje się taki czy inny. Dostań się w okrą­że­nie, poga­niaj z wio­ski do wio­ski na pra­wach parobka, gdy za tobą, jak za zają­cem, węszy psiar­nia nie­miec­kich poli­ca­jów. Od takiego życia stra­cisz nie tylko ducha, ale i rozum.

– Wojo­wać za ojczy­znę, to dane od Boga! – mówili mi moi dziad­ko­wie. – Raz stchó­rzymy. A gdzie indziej dwa razy weź­miemy, co nasze. Bez lęku i stra­chu się nie da – nie będzie odwagi. Potem czu­jesz, żeś winien, że nie­po­trzeb­nie stchó­rzy­łeś i leziesz prze­bo­jem. Wtedy i śmierć nie­straszna. Kiedy żeś świa­dom swej winy, to napie­rasz na całego!

Pro­sty nie­pi­śmienny żoł­nierz nie zawsze potra­fił wyra­zić słó­wami swoją filo­zo­fię. Ale każdy miał ją w sobie. Idą wszy­scy, idzie i on. Ważne, żeby zna­lazł się taki, który pój­dzie pierw­szy. Na woj­nie to zło­żone poję­cia. Nie­po­jęte są postępki rosyj­skiego żoł­nierza!

* * *

Dziś mamy 3 stycz­nia6. W kom­pa­nii nie­ocze­ki­wa­nie poja­wia się Sawien­kow. Wsiąkł na cały mie­siąc, a teraz się poka­zał, jakby ni­gdy nic. Teraz idzie z przodu. Wykom­bi­no­wał, że kom­pa­nię mogą zosta­wić we wsi i wtedy zdąży nawią­zać fachowe sto­sunki z miej­sco­wymi. Za parą szkla­nek samo­gonu na stole może się poja­wić miska solo­nych ogór­ków, żeliwny gar goto­wa­nych ziem­nia­ków, kiszona kapu­sta i, zanim się obej­rzysz, sło­nina.

Dzień miał się ku koń­cowi. Na noc kom­pa­nia sta­nie gdzieś we wsi. Trzeba tylko wybrać bogat­szy dom, myślał Sawien­kow. Z gościnną gospo­dy­nią. Żoł­nie­rzy umie­ścimy osobno, w innej cha­łu­pie. Wykal­ku­lo­wał, że musi wziąć gospo­dar­stwo w swoje ręce, a porucz­nik niech kie­ruje służbą war­tow­ni­czą.

Tyły dywi­zji zostały odcięte. Gdy czo­łowe pod­od­działy prze­szły przez głę­boki parów przed tą samą wsią, gdzie trzy­krot­nie wystrze­liła czter­dziest­ka­piątka, tyłow­nicy z tabo­rami ugrzęźli do nocy. I kiedy tabo­ryci ze swo­imi kla­czami wydo­stali się na górę, Niemcy ude­rzyli z dwóch stron i zamknęli wyłom tuż przed ich nosem.

Jed­no­cze­śnie zostało prze­rwane zaopa­trze­nie pod­od­dzia­łów bojo­wych naszej jed­nostki. Nie było czym kar­mić ludzi, puł­kowe kuch­nie goto­wały wodę i żoł­nie­rze mogli pędzić wyłącz­nie her­batę.

Po jakimś cza­sie miej­scową lud­ność obcią­żono natu­ral­nym podat­kiem. W menaż­kach poja­wiły się ziem­niaki i kapu­sta, zapra­wiona żyt­nią mąką. Mięso i sło­nina roz­cho­dziły się wyż­szymi kana­łami.

Idziemy drogą, a hory­zont stop­niowo zaczyna ciem­nieć. Droga ostro skręca, wcho­dzimy na pagó­rek i w dole przed nami uka­zuje się wio­ska. Na razie jed­nak nie ma roz­kazu, by kom­pa­nia zatrzy­mała się tam na noc­leg. Mijamy ostat­nią chatę, odpro­wa­dza­jąc ja zamy­ślo­nym spoj­rze­niem.

Idę w mil­cze­niu. Nie mam chęci na roz­mowy z Sawien­ko­wem. Już dawno się od niego odzwy­cza­iłem. Gdy dogo­nił kom­pa­nię i przy­wi­tał się ze mną, zamiast odpo­wie­dzieć na powi­ta­nie, zapy­ta­łem go:

– Byłeś na kur­sach dla awan­so­wa­nych? Myśla­łem, że poja­wisz się w kom­pa­nii co naj­mniej jako kapi­tan.

– Ty znowu swoje? Nie zapo­mi­naj, że pole­cono mi, abym ci się przy­glą­dał. Nie twoja sprawa, gdzie i ile czasu byłem.

– Wypeł­nia­łeś misję spe­cjalną? Dowódca plu­tonu łącz­no­ści mówił mi, że przez cały czas prze­sia­dy­wa­łeś u nich. Sądzi­łem, że prze­nie­śli cię do łącz­no­ści.

– Cho­dze­nie do ataku to twoja robota. Po to jesteś porucz­ni­kiem. A moje zaję­cie to patrzeć, czy cze­goś nie­po­trzeb­nie nie wykrę­cisz. I umówmy się na przy­szłość, że to, gdzie sie­dzia­łem i ile czasu tam byłem, to nie twoja sprawa. Zamel­duję na czas, jeśli zbie­rasz się do przej­ścia do Niem­ców.

Kom­pa­nia idzie dalej drogą, a my upar­cie mil­czymy. Za zagaj­ni­kiem spoza pagórka ponow­nie wyj­rzały dachy.

Wyobra­zi­łem sobie, jak po lek­kiej popi­ja­wie i syt­nym żar­ciu, położy się na wiej­skim skrzy­pią­cym łóżku i miło się zdrzem­nie. Dla Sawien­kowa naj­waż­niej­sze jest jego wła­sne życie. Cała reszta dla niego nie ist­nieje. Ataki, ostrzały, zabici i ranni to moja sprawa. A on, Sawien­kow, nie może zgi­nąć. Nie był w sta­nie znieść ostrza­łów z dział. Przy świ­ście kul i wyciu poci­sków coś mu pękało w środku.

Sawien­kow posta­no­wił, że napi­sze raport o dowódcy kom­pa­nii, aby mu nie ufano. Jeśli ten zacznie obwi­niać jego, Sawien­kowa, to mu nie uwie­rzą.

Przez mie­siąc w kom­pa­nii czte­ro­krot­nie cał­ko­wi­cie odno­wiono skład oso­bowy. Można przy­jąć, że to trzy – cztery setki ludzi. Z tych, któ­rych Sawien­kow wypra­wiał zza Wołgi do Pod­du­bia, nie został przy życiu ani jeden. Wycho­dzi na to, że ci, któ­rzy są tu teraz, pole­gną w ciągu dwóch tygo­dni. Świad­ków w ogóle nie będzie. Żoł­nie­rzy Sawien­kow się nie wsty­dzi. Oni go nie znają. A jeśli porucz­nik coś gada, to wyłącz­nie z zemsty i zawi­ści.

Tym­cza­sem z tyłu dał się sły­szeć dono­śny głos:

– Ej, uwa­żaj!

Odwró­ci­łem się i dostrze­głem, że pędzi na nas koń z lek­kimi saniami. Drogą z pełną pręd­ko­ścią toczył się woź­nica z dwoma pasa­że­rami, ubra­nymi w nowe pół­ko­żuszki z wyło­gami futrem na zewnątrz.

Żoł­nie­rze zeszli z drogi i sta­nęli na pobo­czu. W saniach sie­działo dowódz­two naszego pułku. Malo­wane sanie na wąskich sta­lo­wych pło­zach, poskrzy­pu­jąc prze­mknęły obok. Obsy­pały żoł­nie­rzy wzbi­tym śnież­nym pyłem i znik­nęły za zakrę­tem. Tu, na tych zaśnie­żo­nych prze­stwo­rach, nie sły­chać ani wystrza­łów, ani świ­stu kul. Wszy­scy wyfru­nęli ze swo­ich kry­jó­wek i poto­czyli się, prze­ga­nia­jąc swo­ich żoł­nie­rzy. Patrz­cie no, żoł­nie­rzyki, sam wasz dowódca pułku z przodu!

Lecz gdy wyszli­śmy na pro­stą, lek­kie saneczki nagle przy­ha­mo­wały i jeden z jadą­cych zama­chał do mnie ręką. Pod­bie­głem, by zoba­czyć, co się stało.

Sawien­kow nie sły­szał, o czym mówiło mi puł­kowe naczal­stwo. Kiw­ną­łem głową, a sanie ruszyły z miej­sca i kłu­sem pomknęły gdzieś przed sie­bie.

Sawien­kow nie pytał, o czym roz­ma­wia­li­śmy. Chciał spra­wić wra­że­nie, że wie, iż nie mogli mi powie­dzieć niczego spe­cjal­nego.

Jed­nak kiedy kom­pa­nia pode­szła do roz­wi­dle­nia dróg i jedna z nich skrę­ciła w stronę wio­ski, a druga zaparła się w zaśnie­żony pagó­rek, Sawien­kow zro­zu­miał, że żoł­nie­rzy nie poślą na postój we wsi. Na wzgórku stał pusty budy­nek szkolny. Wszyst­kie jego myśli o porząd­nej gospo­dyni, syt­nym jedze­niu i cie­płej cha­łu­pie od razu legły w gru­zach. Zro­zu­miał, że w pustej wiej­skiej szkole nie nacie­szy się jedze­niem. Zde­ner­wo­wał się i roz­zło­ścił.

Pozo­sta­nie pod jed­nym dachem z żoł­nie­rzami ozna­cza, że poza cho­chlą męt­nej bałandy, jemu oso­bi­ście nic nie przy­pad­nie. Na oczach żoł­nie­rzy nie nale­jesz sobie podwój­nej por­cji, nawet jeśli star­szyna na to pój­dzie. A ten idiota, porucz­nik, może przy­wo­łać cię do porządku. W gło­wie ma tylko spra­wie­dli­wość.

Porucz­nik zaraz pośle star­szynę do bata­lionu po pro­wiant. Sawien­kow zaklął ze zło­ścią i popa­trzył na drew­nianą pod­łogę, gdzie w rogu zosta­wiono mu miej­sce do spa­nia na gołych deskach.

Dowódca kom­pa­nii wysta­wił warty, wyzna­czył roz­pro­wa­dza­ją­cego, poin­stru­ował żoł­nie­rzy na wypa­dek alarmu i nie cze­ka­jąc na powrót star­szyny, poło­żył się pod ścianą na deskach pod­łogi i zapadł w sen.

Nikt z miej­sco­wych nie miesz­kał na tere­nie szkoły. Okna i drzwi były poza­bi­jane. Sawien­kow pokrę­cił się w miej­scu, podra­pał w tył głowy, raz jesz­cze popa­trzył na pod­łogę i nie­chęt­nie zaczął ukła­dać się do snu.

W sali lek­cyj­nej było zimno, wil­gotno i leżał kurz. Ławek w całej szkole nie było. Kie­dyś wynie­siono je i zło­żono w sto­dole.

Uprze­dzi­łem żoł­nie­rzy, aby do roz­pa­la­nia pie­ców nie ważyli się uży­wać ksią­żek i szkol­nych ławek. Obok szkoły nie było zapasu drew, więc w pierw­szą noc nie było prak­tycz­nie niczego, czym można by napa­lić.

Wiele żeśmy prze­szli po dro­gach wojny. Żoł­nie­rze byli zmę­czeni, stło­czyli się w gro­madkę i zasnęli na pod­ło­dze. W pomiesz­cze­niu pach­niało wszyst­kim – i ple­śnią, i wil­go­cią, i zatę­chłymi żoł­nier­skimi onu­cami i mokrymi zno­szo­nymi walon­kami.

Ran­kiem, gdy już zaczęło świ­tać, wysze­dłem na ganek, aby pood­dy­chać świe­żym mroź­nym powie­trzem. Nie przy­wy­kli­śmy do cięż­kiego zadu­chu. Masze­ro­wa­li­śmy, wal­czy­li­śmy, umie­ra­li­śmy i spa­li­śmy na śniegu. Na ganek wycią­gnęło mnie przy­zwy­cza­je­nie, by przez cały czas być na świe­żym powie­trzu.

Star­szy sier­żant i dwóch żoł­nie­rzy ruszyło do sto­doły, gdzie zna­leźli kilka żela­znych łóżek. Zamiast mate­ra­ców, uło­żyli na nich deski.

– Zdo­bę­dziemy słomę, to będziemy leżeć miękko i wygod­nie! – powie­dział star­szyna, cią­gnąc łóżka do oddziel­nego pomiesz­cze­nia.

Ja sta­łem i zasta­na­wia­łem się, czy aby jutro znowu nie przyj­dzie nam masze­ro­wać dalej. Po co wozić się z meta­lo­wymi łóż­kami? Jakby nie można się obejść i bez nich.

Star­szyna i żoł­nie­rze upie­rali się przy swoim:

– Choć na jedną noc! Co się będzie­cie z nami walać po pod­ło­dze w jed­nej sali?

– Niech będzie! Sta­wiaj­cie łózka! Przy­no­ście słomy!

Star­szyna odwie­dził puł­kowe tyły, wziął konia i wraz z żoł­nie­rzami nawiózł drew i wóz słomy. Zasłali nam łóżka, a w żoł­nier­skiej sali wymo­ścili pod­łogę. Kom­pa­nia pozo­stała w szkole rów­nież na następny dzień. Posta­wiono nam zada­nie patro­lo­wa­nia drogi na Wier­cho­wie.

Nasi szta­bowcy sta­nęli gdzieś w Szajt­rowsz­czi­nie. Bata­lion znaj­do­wał się w Żiz­die­ro­wie. Kom­pa­nie dru­giego bata­lionu stały w Żurach, Demid­kach, Stru­je­wie i w zakła­dzie lniar­skim oraz na skraju mia­sta w rejo­nie szpi­tala.

Mia­sto Bie­łyj leżało na nizi­nie. Niemcy trzy­mali tam obronę7 i przy pierw­szej pró­bie naszym nie udało się wedrzeć do mia­sta. Puł­kowe kom­pa­nie strze­lec­kie wyszły spod Czu­chino8 porząd­nie prze­trze­pane.

Nasze kom­pa­nie strze­lec­kie liczyły nie wię­cej niż dwu­dzie­stu ludzi. Roz­lo­ko­wano je po wsiach w dużych odle­gło­ściach od sie­bie.

Z Sawien­ko­wem nie roz­ma­wia­łem. Przez cały czas patrzył na mnie krzy­wym okiem. W jego spoj­rze­niu wyczu­wa­łem złość i iry­ta­cję. Był nie­za­do­wo­lony ze swo­jego łózka. Dla­czego poło­żono mu mało słomy?

Tam, po wsiach, żył w inny spo­sób. Nie miał po co sie­dzieć z żoł­nie­rzami. Następ­nego dnia zebrał się i ruszył do wio­ski, w któ­rej stał sztab bata­lionu. Jed­nak nie zszedł się tam ze swo­imi poprzed­nimi koleż­kami.

Po trzech dniach wró­cił do kom­pa­nii jesz­cze bar­dziej roz­draż­niony i zły. I kiedy dotarł do swo­jego żela­znego łózka, od razu się na nie powa­lił i usnął. Od tego dnia zaczął gadać bez zaro­zu­mia­ło­ści i zacze­pek. Widząc, że się nieco zmie­nił, zaczą­łem mu odpo­wia­dać.

Po paru dniach nad­szedł roz­kaz, by zosta­wić w szkole sze­ściu ludzi, a pozo­sta­łych prze­ka­zać do bata­lionu. Na odcinku obrony pułku były duże prze­strze­nie nie­osło­nięte kom­pa­niami strze­lec­kimi.

Szkoła opu­sto­szała. Sze­ściu ludzi zostało, by peł­nić służbę war­tow­ni­czą koło szkoły. Sawien­kow upro­sił dowódcę bata­lionu, by prze­nieść go do wsi, w któ­rej kwa­te­ro­wały puł­kowe tabory. Miej­sce na łóżku zajął cho­rąży, przy­słany z dywi­zji. To nie był nasz czło­wiek, ale miesz­kał razem z nami. Roz­po­czy­nał poga­wędki na roz­ma­ite tematy. Żadna roz­mowa nie mogła się bez niego odbyć.

– Jestem łącz­no­ściow­cem! – powie­dział mi.

Posta­no­wi­łem spraw­dzić jego wie­dzę z zakresu tele­fo­nicz­nej łącz­no­ści prze­wo­do­wej. Na uczelni mie­li­śmy zaję­cia z tego tematu, gdzie rze­tel­nie przy­go­to­wy­wano nas do uży­cia tele­fo­nii.

– No to teraz spraw­dzę cię z tematu łącz­no­ści tele­fo­nicz­nej! – powie­dzia­łem.

Cho­rąży stra­cił głowę i wręcz się zmie­szał. Zapewne sądził, że nie wiem nic o tele­fo­nii. Miał żało­sny wyraz twa­rzy, jakby wpadł na gorą­cym uczynku pod­czas kra­dzieży kie­szon­ko­wej. Popa­trzy­łem mu uważ­nie w oczy, mach­ną­łem ręką i powie­dzia­łem tak, by wszy­scy sły­szeli:

– Nic nie wiesz o łącz­no­ści! Cie­kawe, na czym się dobrze znasz?

Wie­czo­rem cho­rąży zebrał się i odszedł ze szkoły.

W każ­dej kom­pa­nii kontr­wy­wiad pra­gnął mieć swo­ich infor­ma­to­rów. Widocz­nie cho­rąży otrzy­mał zada­nie, by nakło­nić do tej roboty któ­re­goś z żoł­nie­rzy. Żoł­nierz nie musi się odłą­czać i bie­gać z dono­sami. Napi­sze niby list do domu i nikomu do głowy nie przyj­dzie, że w liście nie pisze do swo­ich rodzi­ców.

A tam, w dywi­zji, taki liścik otwo­rzą. Ale prze­cież tak za darmo nikt dono­sić nie będzie. Takiemu za sprawną służbę gwa­ran­tują po trzech mie­sią­cach prze­nie­sie­nie na sta­no­wi­sko na tyłach. W tym cza­sie powi­nien zwer­bo­wać swo­jego zmien­nika. I taki nowy pismak przez cały czas stara się, o ile w tym cza­sie nie wywieje go w boju. Czło­wiek zgi­nął, a na czole nie ma napi­sane, kim był u nas w kom­pa­nii.

Na tyłach pułku star­szyna usły­szał, że wkrótce kom­pa­nia dosta­nie uzu­peł­nie­nia. Po wsiach zbie­rają okru­żeń­ców. Kiedy włą­czą ich w skład kom­pa­nii strze­lec­kich, będą o sobie opo­wia­dać.

Po dwóch dniach na dzie­dzi­niec szkoły zaje­chały sanie. Sie­działo w nich dwóch ludzi. Jeden na wpół roze­brany ze zwią­za­nymi z tyłu rękami, drugi w pół­ko­żuszku i z auto­ma­tem. Na zakrę­cie drogi uka­zała się jesz­cze jedna para sań. Wśród przy­by­łych był szta­bo­wiec z naszego pułku i ten sam cho­rąży, który przez jakiś czas miesz­kał razem z nami.

Roz­ka­zano mi zebrać wszyst­kich moich żoł­nie­rzy i usta­wić przed budyn­kiem szkoły. Nie powie­dziano mi, jaki cel miała ich wizyta. Domy­śli­łem się sam po sta­now­czym wyra­zie twa­rzy przy­by­łych. Wszystko wska­zy­wało na to, że przy­wie­ziono osą­dzo­nego na roz­wałkę. Obok niego, trzy­ma­jąc pio­nowo auto­maty, stali sze­re­gowcy z puł­ko­wego plu­tonu dowo­dze­nia.

Gdy moi żoł­nie­rze się usta­wili i wszystko było gotowe, przy­były z dywi­zji nie­zna­jomy kapi­tan roz­piął map­nik, wycią­gnął doku­ment i przy­go­to­wał się do czy­ta­nia. Był to wyrok try­bu­nału woj­sko­wego.

Zwią­za­nego wywle­kli z sań, pod­cią­gnęli do skraju parowu i kazali uklęk­nąć. Był bez czapki, bez szy­nela i bez walo­nek. Stopy miał okrę­cone onu­cami. Jego duża i okrą­gła głowa z burzą potar­ga­nych i sztyw­nych wło­sów była pochy­lona nieco do przodu. Nie było widać jego twa­rzy. Pod­czas gdy czy­tali wyrok, zacho­wy­wał mil­cze­nie i lekko odwró­ciw­szy głowę, patrzył z ukosa w tył.

Papier sta­no­wił, że prze­by­wał u Niem­ców. Potem od nich uciekł i znowu wró­cił do swo­ich. Wów­czas mu uwie­rzono i wyba­czono. Pod­czas ataku pod wsią gdzieś znik­nął, wylazł z leja i skrę­cił w stronę Niem­ców. Był ranny, jed­nak rana była nie­wielka i zago­iła się po tygo­dniu. Nie przy­znał się, gdzie był przez cały ten czas. Teraz go poj­mano i posta­wiono przed sądem. Następ­nego dnia znowu uciekł i ukry­wał się w lesie. Potem wyszedł na drogę i tam został schwy­tany.

Prze­czy­taw­szy doku­ment, kapi­tan zapy­tał go:

– Przy­zna­jesz się do winy?

Odpo­wie­dział coś nie­wy­raź­nie. Widocz­nie nie umiał mówić po rosyj­sku. Kim był – Koza­kiem, Uzbe­kiem czy Tata­rem?

Kiedy go zapy­tano, dla­czego uciekł, odpo­wie­dział, że ogar­nął go strach i że się cze­goś bał. To go zgu­biło.

Na końcu wyroku był powie­dziane, że za zdradę ojczy­zny i przej­ście na stronę wroga zostaje ska­zany na naj­wyż­szy wymiar kary – roz­strze­la­nie!

To był sąd poka­zowy. Nie poj­mo­wa­łem, po co go tu urzą­dzili. Część ofi­cjalna został zakoń­czona i zapa­no­wała gro­bowa cisza. Zaraz zacznie się kon­cert. Zaraz żywa ludzka dusza wyru­szy w nie­biosa ku Naj­wyż­szemu. Dokąd trafi? Chry­stu­sowi za pazu­chę czy do świą­tyni Alla­cha?

Ze wszyst­kiego, co zostało powie­dziane, nie byłem w sta­nie zro­zu­mieć, gdzie to wszystko się wyda­rzyło. Nazwy wsi nie odczy­tano. Nie były wska­zane daty i mie­siące.

Moi żoł­nie­rze jakoś się przy­gar­bili, okla­pli i stali zmie­szani, spu­ściw­szy oczy. Tkwili tak bez ruchu, wstrzy­mu­jąc oddech i wle­pia­jąc oczy w zie­mię przed sobą.

I tylko ci, któ­rzy przy­je­chali, palili, spo­glą­dali na sie­bie i roz­ma­wiali. Ten sam kapi­tan, który odczy­tał doku­ment, pod­szedł do mnie, prze­chy­lił głowę na bok i powie­dział ści­szo­nym gło­sem:

– Zapa­mię­taj­cie, porucz­niku! Dla tego, kto przej­dzie do Niem­ców, lito­ści nie będzie.

– Po co mi to mówi­cie?

– Przyda się wam, porucz­niku, jeśli na to popa­trzy­cie.

Serce mi się ści­snęło. Przez sekundę poczu­łem chłód w rękach i nogach. Zro­zu­mia­łem, że po dono­sie Sawien­kowa zapra­gnęli dać mi lek­cję moral­no­ści.

– Spe­cjal­nie go tu przy­wieź­li­śmy – jak przez sen usły­sza­łem słówa kapi­tana.

A co tak naprawdę Sawien­kow mógł o mnie napi­sać? Od dawna w ogóle z nim nie roz­ma­wiam. Mógł wyło­żyć wyłącz­nie wła­sne osądy. Im bar­dziej są zło­śliwe i prze­wrotne, tym bar­dziej nie­praw­do­po­dob­nie muszą brzmieć. Przez cały ten czas wal­czy­łem, pro­wa­dzi­łem żoł­nie­rzy na wsie. Świad­ków ani żad­nych potwier­dzo­nych fak­tów nie ma. Ale jego donos może mi wyro­bić złą opi­nię. Moje myśli prze­rwały wystrzały. Żoł­nie­rze z eskorty strze­lali zwią­za­nemu w tył głowy. Tam­ten klę­czał i rzę­ził. W śnia­dej szyi czer­niał otwór po kuli.

– Nawet strze­lać nie potra­fią! – pomy­śla­łem.

Wokół otworu nie było wiele krwi. Strze­lali poje­dyn­czymi. Od pierw­szych trzech wystrza­łów żoł­nierz nie upadł. Zachra­pał, potrzą­snął głową. Ale nie upa­dał i klę­cząc, dalej char­czał. Kapi­tan z dywi­zji krzyk­nął:

– Kończ­cie szyb­ciej!

Jeden z kon­wo­jen­tów pod­szedł bli­sko do zwią­za­nego, puścił długą serię z auto­matu i pchnął go w plecy nogą. Tam­ten pochy­lił się głową do przodu i nie­ocze­ki­wa­nie ponow­nie się wypro­sto­wał. Wtedy kon­wo­jent powa­lił go ude­rze­niem kolby w bok. Ktoś nie­zau­wa­że­nie pod­szedł do mnie z tyłu i cicho powie­dział:

– Jeśli któ­ryś z żoł­nie­rzy przej­dzie do Niem­ców, nie unik­nie kary!

Momen­tal­nie się odwró­ci­łem i ujrza­łem oczy cho­rą­żego.

– A, to ty? Od razu wie­dzia­łem!

Cóż jesz­cze mogłem mu powie­dzieć?

Ofi­ce­ro­wie z dywi­zji zakrząt­nęli się, wsko­czyli do sań i rusza­jąc z miej­sca, krzyk­nęli w stronę żoł­nie­rzy z obstawy:

– Zrzu­cić go do jaru!

Dzwo­ne­czek, pod­wie­szony pod jarz­mem ogiera, zadźwię­czał deli­kat­nie, sanie ruszyły gwał­tow­nie, sie­dzący w nich ofi­ce­ro­wie szarp­nęli się i poto­czyli się z dzie­dzińca szkoły. Kon­wo­jenci pośpiesz­nie zrzu­cili nie­osty­głe ciało ze skarpy, powska­ki­wali szybko do sań i umknęli.

Tak minął jesz­cze jeden dzień wojny.

Jed­nakże z jakiejś przy­czyny w pamięci pozo­stały mi dwa główne momenty, zwią­zane z dzie­dziń­cem szkoły w Wier­cho­wie.

Pierw­szy, gdy z tyłu na ramię opa­dła mi fizjo­no­mia cho­rą­żego, mówią­cego o zemście. Ni­gdy wię­cej nie ujrza­łem jego twa­rzy i stop­niowo zatarła mi się w pamięci, za to wstrętny zapach z żołądka i ust zapa­mię­ta­łem na długo. Zapa­mię­ta­łem przy tym, jak przed odjaz­dem cią­gnęli ciało zabi­tego na skraj parowu. Na śniegu pozo­stały krwawe smugi, oświe­tlone zimo­wym słoń­cem. Zapać­kali krwią cały śnieg! I poje­chali!

Generał A.D. Bierezin przyjmuje gwardyjski sztandar

I drugi moment, który zapa­mię­ta­łem. Na dzie­dzińcu tej samej szkoły dowódca dywi­zji gene­rał Bie­re­zin przyj­mo­wał gwar­dyj­ski sztan­dar. Bie­re­zin i Szer­szin zło­żyli przy­sięgę, przy­klęk­nęli w tym samym miej­scu koło parowu i jako pierwsi cało­wali kra­niec czer­wo­nego sztan­daru. Czer­wony odblask sztan­daru był widoczny na śniegu ponie­waż, tak jak poprzed­nim razem, świe­ciło zimowe słońce. Wróćmy jed­nak do tam­tego dnia.

Po wszyst­kim, co się wyda­rzyło, żoł­nie­rze przy­ci­chli, przy­gar­bieni wró­cili do sali i powa­lili się na słomę, by dosy­piać. Ja rów­nież poło­ży­łem się na swoim łóżku. Długo leża­łem z otwar­tymi oczami, patrząc na odżyłe kara­lu­chy, które peł­zały wokół cie­płego pieca. Po co ci tyłow­nicy dawali krwawą lek­cję nam, doświad­czo­nym żoł­nie­rzom?

* * *

Po kilku dniach wezwali mnie do sztabu pułku i roz­ka­zali ruszać do Szajt­rowsz­cziny w celu przy­ję­cia uzu­peł­nień. Wypro­wa­dzili mi ze sto­doły nie­po­zor­nego kudła­tego konika i dali mi woj­skowe sio­dło.

Poło­żyw­szy na grzbie­cie konia sio­dło i pod­cią­gnąw­szy popręgi pod brzu­chem, sko­czy­łem w strze­mię, prze­ło­ży­łem nogę przez kul­bakę i z miej­sca pogna­łem kłu­sem po dro­dze.

Konik biegł posłusz­nie gościń­cem. Zmę­czyw­szy się, sam prze­cho­dził na krok, i poru­szał się bez popę­dza­nia, krę­cąc głową i macha­jąc ogo­nem. Wystar­czyło jed­nak, abym bez doty­ka­nia wodzy pochy­lił ciało do przodu i koń, nie cze­ka­jąc na kop­nię­cie w bok, sam prze­cho­dził na drobny kłus. To było mądre i inte­li­gentne zwie­rzę. Co dwa, trzy dni jeź­dzi­łem do dywi­zji i przy­pro­wa­dza­łem stam­tąd po dwu­dzie­stu, trzy­dzie­stu rekru­tów. Oto, komu trzeba było poka­zy­wać solowy występ!

Ludzie byli ubrani w pstro­katą odzież. Każdy w czym innym. Nie­któ­rzy mieli na nogach stare poła­tane walonki, inni buty z owi­ja­czami, a więk­szość onuce i łap­cie. Przy­by­łych od razu roz­dzie­lali po kom­pa­niach.

Mobi­li­za­cja w armii odby­wała się w nastę­pu­jący spo­sób:

Kom­pa­nia licząca trzy­dzie­stu ostrze­la­nych żoł­nie­rzy okrą­żała nocą wieś. Wokół wio­ski roz­sta­wiano poste­runki, aby nawet jedna żywa dusza nie zdo­łała uciec z wio­ski drogą czy polem. O świ­cie do wsi przy­jeż­dżali upo­waż­nieni do prze­pro­wa­dze­nia mobi­li­za­cji. Wybie­rali cha­łupę. Na środku izby sta­wiali ławę i dwaj Żydzi-fry­zje­rzy usa­dzali tam po kolei świeżo powo­ła­nych rekru­tów. Kiedy już ostrzy­żono takiego do gołej skóry, upo­waż­niony mobi­li­za­tor reje­stro­wał go w książce i uprze­dzał:

– Zła­piemy gdzieś ogo­lo­nego na łyso – roz­strze­lamy na miej­scu bez sądu! Wszystko jasne? Uciek­niesz, to od razu cię zła­pią! Słu­chaj i zapa­mię­taj! Jesteś przy­dzie­lony do pułku dywi­zji strze­lec­kiej. Zapa­mię­taj te dwa numery!

– A doku­menty?

– Jakie doku­menty? Nie potrze­bu­jesz doku­men­tów! W kom­pa­nii i tak cię będą znać! Będziesz ujęty w kom­pa­nij­nym spi­sie. Nawet dowódca kom­pa­nii nie ma swo­ich doku­men­tów, a ty jesteś tylko sze­re­go­wym! W kom­pa­nii strze­lec­kiej żar­cie wydaje się bez przed­sta­wia­nia doku­men­tów. Patrz­cie go! Nie zdą­żył jesz­cze dostać kara­binu, a doku­men­tów mu się zachciewa! – nie mógł się uspo­koić peł­no­moc­nik. – Co dla cie­bie waż­niej­sze? Kara­bin czy doku­ment? Następny! Pod­cho­dzić!

– Tu jestem.

– Jakie „tu”? Nazwi­sko poda­waj!

Z każ­dej wsi brali do dzie­się­ciu mło­ko­sów i doro­słych męż­czyzn. Brali też gospo­da­rzy. Pod wie­czór albo następ­nego dnia kie­ro­wali ich do dywi­zji na spraw­dze­nie. Kiedy nade­szła moja kolej, otrzy­ma­łem posor­to­waną i spraw­dzoną dzie­siątkę ludzi.

Nie wzięto w kama­sze wszyst­kich parob­ków po wsiach. Byli rów­nież tacy, któ­rzy wałę­sali się bez zaję­cia. Ten i ów, aby zdo­być żyw­ność, był zmu­szony do plą­ta­nia się po wio­skach i obcho­dze­nia całej oko­licy. A jaką robotę znaj­dziesz zimą?

Kiedy nasi pode­szli pod Bie­łyj, nie­któ­rzy od razu zaczęli pro­sić o wzię­cie do woj­ska. Byli to głów­nie bez­domni włó­czy­kije. Chęt­nie gar­nęli się do wojaczki. Wielu domy­śliło się, że będzie mobi­li­za­cja, ale cze­kali na nią w roz­ma­ity spo­sób.

Jedni, posma­ko­waw­szy wia­tru swo­body, porzu­cali zagrzane miej­sca i nocami roz­pły­wali się w śnież­nych prze­stwo­rach, ucie­kali w inne oko­lice, gdzie nie stały nasze kom­pa­nie i gdzie miesz­kali ich dalecy krewni. Inni zakła­dali, że przy­szły ich ostat­nie dni, zawa­diacko prze­krzy­wiali czapki i zaczy­nali upi­jać się samo­go­nem. I tylko wygłod­niali i bez­domni, któ­rzy prze­mar­zli na dro­gach, rzu­cali swoje zaję­cie parobka i na ochot­nika zacią­gali się do nas. Ochot­ni­ków instru­owano, by na wła­sną rękę szli do Szajt­rowsz­cziny.

Taki bez­domny włó­częga zwy­kle ruszał do naj­bliż­szej wsi, w któ­rej stała kom­pa­nia. Stra­chli­wie i nie­zde­cy­do­wa­nie spo­zie­rał na war­tow­nika i ostroż­nie, aby go nie spło­szyć, pytał, gdzie i jak można zapi­sać się na wojaczkę. Ochot­nik stał, prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę i cier­pli­wie cze­kał, az war­tow­nik pój­dzie do cha­łupy zamel­do­wać dowódz­twu. Nie wszy­scy okru­żeńcy byli syci i cie­pło ubrani. W każ­dej wsi były zbędne ręce. Wraz z nadej­ściem zimy zro­biło się ich wię­cej. W nie­któ­rych domach żyły nie­za­do­wo­lone i złe sta­ru­chy, u któ­rych za kawa­łek chleba i cienką polewkę nie raz przy­cho­dziło im nad­wy­rę­żać karku. A żoł­nierz stoi sobie na war­cie. Dobrze być żoł­nierzem. Sto­isz i o niczym nie myślisz. A te wie­śniaki przy Niem­cach od razu poczuli się tutaj panami.

Wygląd zewnę­trzy takiego bez­dom­nego okru­żeńca był pora­ża­jący. Wyli­niała kapota w strzę­pach, cała w łatach, pod­wią­zana sznur­kiem. Wokół szyi kawa­łek szmaty z samo­działu. Na gło­wie znisz­czona i wytarta czapka. Zamiast spodni kale­sony bar­wione suszoną jagodą i dębową korą i wyple­cione z łyka łap­cie z onu­cami, okrę­cone na krzyż sznur­kiem. Iloma to szma­tami był obju­czony taki czło­wiek! Niósł na sobie wszystko to, co posia­dał. Nic zbęd­nego, tylko to, co było mu potrzebne w dro­dze. Wszystko trzy­mało się u niego na sznur­kach i supeł­kach. Zaro­śnięci i nie­ogo­leni, przy­po­mi­na­jący star­ców ze zgię­tymi rękami wetknię­tymi w rękawy, obcy na rosyj­skiej ziemi, śpie­szyli po zimo­wych duk­tach, prze­ga­nia­jąc się i usi­łu­jąc prze­chwy­cić kawa­łek zbęd­nego chleba spod nosa dru­giego.

U każ­dego z nich dyn­dał na szyi cynowy krzy­żyk na skrę­ca­nej lnia­nej nitce. Nie­chrze­ści­jan i bluź­nier­ców za próg nie wpusz­czano. Dla takich, jak dla zło­dziei, nie było wiary. Nie bali się Boga, a więc nie bali się nikogo. A jeśli w czło­wieku nie ma bojaźni bożej, to jest gor­szy od zło­dzieja i nik­czem­nika, gor­szy od zło­czyńcy i zabójcy. Wszyst­kie młode i stare gospo­dy­nie zro­biły się chciwe i ponad miarę pobożne. W owym cza­sie krzy­żyk na szyi i umie­jęt­ność prze­że­gna­nia się były niczym prze­pustka, niczym porządny znak. Pokorny człek zawsze wzbu­dzał współ­czu­cie, zmi­ło­wa­nie i litość. Za skórkę od chleba można go było zmu­sić do pracy przez cały dzień. Praca, rzecz jasna, była ciężka, ale czło­wiek pobożny nie będzie śmiał narze­kać. Będzie zgi­nać kark, a gospo­darz będzie na niego ryczeć.

U każ­dego wisiał na ple­cach płó­cienny wore­czek, gdzie znaj­do­wały się nędzne szpar­gały, zapas szmat i wsze­la­kich sznur­ków. Kawa­łek czer­stwego chleba, garść goto­wa­nych ziem­nia­ków i kubek, aby napić się gdzieś wody. Matuszka Rosja powró­ciła do cza­sów cara Fie­dora.

Prze­stę­pu­jąc z nogi na nogę, ze wszyst­kich sił tupiąc na chrzęsz­czą­cym śniegu, były żoł­nie­rzyk już śmie­lej popa­try­wał na ganek, na któ­rym lada minuta powi­nien poja­wić się war­tow­nik, który poszedł do cha­łupy zamel­do­wać o nim dowódz­twu.

War­tow­nik wycho­dził, prze­pusz­czał go, każąc wejść na roz­mowę do domu. Teraz włó­częga już nie żegnał się krzy­żem w progu. Oczy­wi­ście dener­wo­wał się, miął czapkę w dłoni, pozdra­wiał wycho­dzą­cych z cha­łupy żoł­nie­rzy, pod wpły­wem sta­rych przy­zwy­cza­jeń giął szyję w pokło­nie, bo do wszyst­kiego się człek przy­zwy­czaja, wałę­sa­jąc się niczym bez­domny pies. Ale oto już popy­chano go do izby.

Odkaszl­nąw­szy zimno i mróz, pytał, czy aby można się zapi­sać do żoł­nie­rzy­ków.

Stop­niowo skrę­po­wa­nie mijało. Sły­szał swój natu­ralny głos i zaczy­nał opo­wia­dać star­szy­nie, gdzie i jak dostał się w okrą­że­nie. Star­szy sier­żant dla pozoru uści­ślał to i owo i oznaj­miał mu swoją decy­zję.

– Prze­no­cu­jesz tutaj, we wsi. Roz­pro­wa­dza­jący wskaże ci cha­łupę. Kiedy będą wyda­wać posi­łek, razem z żoł­nie­rzami pój­dziesz do kuchni. Nocą nie wycho­dzić mi ze wsi! Prze­no­cu­jesz, a jutro sam pój­dziesz do wsi Szajt­rowsz­czina! Znasz taką? Możesz odejść! Syczew! Odpro­wadź go na noc­leg!

To byli silni i żyla­ści faceci, musku­larni, głodni, przy­zwy­cza­jeni do cięż­kiej pracy. Na gład­kiej dro­dze roz­jeż­dżały im się łap­cie i prze­bie­rali nimi w pospie­chu, utrzy­mu­jąc rów­no­wagę cia­łem. I tak docie­rali do pierw­szej wsi, w któ­rej stali nasi żoł­nie­rze i roz­po­czy­nali nowe życie.

Stop­niowo włą­czano ich do kom­pa­nii strze­lec­kich, lecz pozo­sta­wali przy swym uprzed­nim zaszla­ja­nym wyglą­dzie. Nie można ich było tak od razu ubrać w szy­nele. Lecz z cza­sem zdej­mo­wali z sie­bie szmaty i łap­cie i palili to razem z wszami, roz­nie­ca­jąc ogni­ska na śniegu. Wyda­wano im szy­nele, waciaki, walonki, czapki, ręka­wice i żoł­nier­ską bie­li­znę.

Jed­nakże po wsiach wciąż jesz­cze sie­działo na prze­cze­ka­niu nie­mało narodu w wieku pobo­ro­wym. Przej­ście od nie­wol­ni­czego żywota „nie­ślub­nego” i wiecz­nych bab­skich krzy­ków do służby woj­sko­wej nie u wszyst­kich odby­wało się jed­na­kowo, tak samo szybko i chęt­nie. Rekruta nie tylko nale­żało ubrać i usta­wić w sze­regu, bowiem nie­któ­rych trzeba było od samego początku przy­uczać do wszel­kich żoł­nier­skich mądro­ści. Szcze­gól­nie w kwe­stii stra­chu i paniki. „Bagne­tem kłuj!” nie wcho­dziło w skład naszego pro­gramu naucza­nia. Od razu uczy­li­śmy wojny. Wielu z nich słu­żyło w sze­re­gach woj­ska. Z takimi było nieco łatwiej, lecz w ich świa­do­mo­ści nale­żało prze­ła­mać prze­ra­że­nie pierw­szych dni wojny. Byli też i tacy, któ­rzy nie pową­chali żoł­nier­skiego życia. Nic to – przy­zwy­czają się, tra­fią pod kule i zostaną żoł­nie­rzami.

W krót­kim cza­sie kom­pa­nie uzu­peł­niły skład oso­bowy. Bra­ko­wało tylko młod­szych dowód­ców i kom­pa­nij­nych ofi­ce­rów. Wszy­scy okru­żeńcy szli w kama­sze jako sze­re­gowi, bez względu na ich dawne stop­nie.

Obec­nie rzadko noco­wa­łem w miej­scu kwa­te­ro­wa­nia kom­pa­nii. Bez prze­rwy posy­łano nie to tu, to tam. Maj­ta­łem się wierz­chem, w sio­dle. Konik był nie­po­zorny, ale rozumny i przy­wią­zał się do mnie jak pies.

Przy­jeż­dża­łem do wio­ski do jakie­goś sztabu, zarzu­ca­łem wodze na łęk sio­dła i pusz­cza­łem konia, by mysz­ko­wał po saniach i po sto­do­łach w poszu­ki­wa­niu siana do poszczy­pa­nia. Tu wycią­gnie strzęp, tu narę­cze, a cały czas patrzy i pil­nuje mnie. Zejdę z ganku, a konik jest już obok. Ogól­nie rzecz bio­rąc, cho­dził za mną po wsi jak pie­sek. Cier­pli­wie cze­kał, aż pokle­pię go po kłę­bie, wsa­dzę rękę do kie­szeni i wyjmę stam­tąd kawa­łek cukru albo suchara. Po czym rusza­li­śmy razem w drogę powrotną, do domu. Kom­pa­nię prze­nie­siono ze szkoły do wio­ski.

Swoją kom­pa­nię zosta­wi­łem pod okiem star­szyny i Sawien­kowa. Sawien­kow był zado­wo­lony, że sam beze mnie gospo­da­ruje w kom­pa­nii. Star­szyna jeź­dził po oko­licy, zdo­by­wał po wsiach jakieś tam pro­dukty i samo­gon. Tu wziął za zgodą, tu wyhan­dlo­wał, a gdzie indziej roz­ko­py­wał kry­jówki i jamy i wycią­gał stam­tąd coś do jedze­nia. Poma­gali mu w tym byli parob­ko­wie, a obec­nie żoł­nie­rze.

Na linii roz­gra­ni­cza­ją­cej nas od Niem­ców wojny pra­wie nie było. Niemcy nie wycho­dzili poza skraj zaj­mo­wa­nego przez sie­bie rejonu i pil­nie nas obser­wo­wali, zaś nasi rów­nież ich nie ruszali. Żadna ze stron w ogóle nie strze­lała. Po wsiach palono w pie­cach bez skrę­po­wa­nia. Pogoda przez długi czas była dobra, ale nie­miec­kie lot­nic­two nie latało. Potem nad­cho­dził wie­czór, niebo chmu­rzyło się i przez równy tydzień sza­lała burza śnieżna. Przez wszyst­kie te dni z powodu nie­po­gody sie­dzia­łem w kom­pa­nii. A może odpa­dła koniecz­ność posy­ła­nia mnie do szta­bów?

* * *

W jeden z takich dni, gdy na dwa metry nic nie było widać, do naszej wsi wszedł zabłą­kany Nie­miec. Był cały obsy­pany bia­łym pyłem. Ręce miał wetknięte głę­boko w kie­sze­nie. Auto­mat i pokro­wiec na zapa­sowe maga­zynki dyn­dał mu na ple­cach. Nie­miec pod­szedł do skraj­nego domo­stwa i rozej­rzał się po ulicy, która była pusta. Posta­no­wiw­szy wejść do naj­bliż­szej cha­łupy, chwy­cił za klamkę, ale drzwi były zamknięte od wewnątrz. Wiatr i śnieg chło­stały okna i ściany chat. Nie­miec potrze­bo­wał cie­pła. Długo błą­dził i mocno prze­marzł, opadł z sił i pra­gnął tylko jed­nego – poło­żyć się, odpo­cząć i roz­grzać się. Jutro zapyta o nazwę wsi i dotrze do swo­ich. A teraz czym prę­dzej musi zna­leźć żywego czło­wieka, wleźć na cie­płą leżankę, zamknąć oczy i ode­spać. Minął kilka domów, dostrzegł słabe świa­tło w oknie, postał prze pro­giem, rozej­rzał się na boki i zro­bił krok na ganek. Drzwi były uchy­lone.

Nie­miec nie przy­pusz­czał, że we wsi stoją Rosja­nie. Na ulicy nie było ani jed­nego war­tow­nika.

Poste­runki we wsi jed­nak były. War­tow­nicy co jakiś czas prze­cha­dzali się ulicą na końcu wsi i pil­no­wali drogi.

Gdy oczy zale­pia śnieżny pył, kto pój­dzie w taką zawieję spraw­dzać poste­runki? War­tow­ni­ków było dwóch. Posta­no­wili wejść do sieni, by sobie zapa­lić. Robiąc to, zer­kali na ulicę przez na wpół otwarte drzwi. Potem zaś, gdy zawo­dze­nie śnież­nej burzy zawyło i zgrzyt­nęło jesz­cze sil­niej, ruszyli do izby, by ogrzać zzięb­nięte ręce i nogi.

Nie­miec wszedł na zaśnie­żony ganek, na któ­rym ni­gdzie nie było widać śla­dów ludz­kich stóp. Doszedł do wnio­sku, że z tego domu dawno nikt nie wycho­dził na ulicę, zaszedł zatem do ciem­nej sieni i przy­mknął za sobą drzwi, które lekko skrzyp­nęły. Kiedy wszedł do izby, owiało go białą parą, więc nie dostrzegł, iż przy stole sie­dzi dwóch Rosjan w mun­du­rach. Rzu­cił więc pyta­nie w nie­prze­nik­nioną prze­strzeń:

– Matka zu Hause?

Za oknem po sta­remu gnała zawieja i chro­bo­tała w szyby. War­tow­nicy, sie­dzący w kucki na pod­ło­dze, natych­miast pode­rwali się na nogi. Sądzili, że oto wołają ich ci dwaj, któ­rzy sie­dzieli przy stole i grali w karty. Na środku izby ple­cami do nich stał Nie­miec z auto­ma­tem. A żoł­nie­rze gra­jący w karty pod­nie­śli ręce do góry i zaczęli wsta­wać zza stołu. Wtedy Nie­miec poczuł pod żebrami twardą lufę rosyj­skiego kara­binu. Chcąc nie chcąc, zrzu­cił z ramie­nia pas nośny, opu­ścił swój auto­mat i poło­żył go na ławie. Nie miał sił, aby wal­czyć i sta­wiać opór. Ode­tchnął cie­płym powie­trzem i stał z pod­nie­sio­nymi rękami.

Teraz ci dwaj za sto­łem, widząc zmianę sytu­acji, opu­ścili ręce i ode­tchnęli z ulgą. Odnie­śli wra­że­nie, iż Niemca przy­pro­wa­dzili war­tow­nicy. A ręce unie­śli omył­kowo, ze stra­chu. Uśmiali się, że tak ich zasko­czono. Że niby to tak ich pochło­nęły karty, że nie zauwa­żyli. Ale nie było się z czego śmiać. Minutę temu Nie­miec mógł ich roz­strze­lać z auto­matu. A teraz, gdy ponad wszelką wąt­pli­wość zna­leźli się w głu­piej sytu­acji, zgod­nie recho­tali.

War­tow­nicy stali i mru­gali oczami, a ci za sto­łem rado­śnie zano­sili się śmie­chem, poka­zu­jąc na Niemca pal­cami. Byli świę­cie prze­ko­nani, że Nie­miec przy­szedł tu z war­tow­ni­kami. Tylko Nie­miec wie­dział, co tak naprawdę zaszło w izbie i kto kogo wziął do nie­woli. Jasne było rów­nież to, że on, nie­miecki pod­ofi­cer, z głu­poty wpadł w ręce Rosja­nom.

Poprzed­niego dnia wró­ci­łem do wsi. Ze szkoły prze­nie­siono nas do wsi o nazwie Bol­szaja Kobylsz­czina. To wła­śnie tam doszło do tej sytu­acji. Gdy mnie obu­dzono i zamel­do­wano o tym, co się stało, roz­ka­za­łem sier­żan­towi, aby Niemca natych­miast odpro­wa­dzono do bata­lionu, któ­rego sztab stał wtedy w tej samej wsi, tyle że w innej jej czę­ści. Po jakimś cza­sie sam Bie­re­zin zaży­czył sobie, aby zoba­czyć jeńca. O czy roz­ma­wiał z nim sam na sam, kto był tłu­ma­czem owej roz­mowy i gdzie podziały się pro­to­koły z prze­słu­cha­nia – tego nikt w dywi­zji nie wie­dział.

Szta­bowcy kil­ka­krot­nie wzy­wali mnie do tele­fonu, chcąc dowie­dzieć się szcze­gó­łów o owym zagad­ko­wym Niemcu, lecz ja go nie prze­słu­chi­wa­łem, więc nie mogłem im niczego powie­dzieć. Nie zna­łem nawet jego nazwi­ska. Auto­mat i pokro­wiec z maga­zyn­kami zda­łem do bata­lionu.

I oto następ­nego dnia ran­kiem do wsi zaje­chały lek­kie saneczki. W towa­rzy­stwie adiu­tanta gene­rała do naszej wsi przy­był ten sam feld­fe­bel, któ­rego pochwy­ci­li­śmy nocą. Dla­czego się tu nagle poja­wił?

W mojej obec­no­ści Niem­cowi zwró­cono auto­mat, doku­menty i różne dro­bia­zgi, takie jak zega­rek, zapal­niczkę na ben­zynę i latarkę. Może żoł­nie­rze zosta­wili sobie zdję­cia? – zasta­na­wia­łem się.

Oso­bi­sty adiu­tant gene­rała oddał mi maga­zynki z nabo­jami i ust­nie prze­ka­zał krót­kie pole­ce­nie – Niemca należy dopro­wa­dzić lasem do nie­miec­kich pozy­cji i tam wypu­ścić.

Do wsi Bol­szaja Kobylsz­czina nie dopusz­czono żad­nego szta­bowca z pułku czy z bata­lionu. Byłem tam kimś w rodzaju komen­danta poste­runku gra­nicz­nego.

– Bez zbęd­nych świad­ków! – obwie­ścił mi przy­były adiu­tant. – Nie trać­cie czasu, porucz­niku! Nie­miec musi zdą­żyć wró­cić na czas! Zro­zu­mia­łeś roz­kaz? I nikomu o tym ani słówa! Ani w bata­lio­nie, ani w pułku nikt nie może o tym wie­dzieć! Tą ope­ra­cją kie­ruje oso­bi­ście gene­rał, a ty odpo­wia­dasz za nią głową!

Wzią­łem ze sobą czte­rech żoł­nie­rzy i wyszli­śmy na drogę. Do końca drogi pokro­wiec z ładow­ni­cami był u mnie. Prze­ka­za­łem je Niem­cowi przy podej­ściu do linii ich pozy­cji.

Odpro­wa­dziw­szy Niemca za las, wró­ci­łem do sie­bie do wsi. Adiu­tant gene­rał cze­kał tam, aż wrócę.

Nikt z naszych nie wie­dział, z jakim to oso­bi­stym prze­sła­niem gene­rała Nie­miec ruszył do swo­ich. Cho­dziła ustna wer­sja, że Nie­miec wróci po tygo­dniu i przy­pro­wa­dzi ze sobą całą kom­pa­nię żoł­nie­rzy. Ale minął tydzień, potem dwa, a ani Niemca, ani kom­pa­nii nie było.

Jed­nakże sam fakt ode­sła­nia wzię­tego do nie­woli Niemca przez linię frontu na pole­ce­nie gene­rała ode­grał póź­niej swą zło­wiesz­czą rolę. Doszło do tego póź­niej, gdy dywi­zja została okrą­żona. A tym­cza­sem mie­li­śmy sty­czeń, czas okrut­nych mro­zów.

Po trzech dniach ponow­nie wezwano mnie do Szajt­rowsz­cziny w związku z nadej­ściem uzu­peł­nień. Nie­miec­kie lot­nic­two nie latało. Żyli­śmy jak w cza­sach pokoju. Pro­wa­dzi­łem zaję­cia ze strze­lec­twa. Za każ­dym razem bra­łem nie­wielką grupę żoł­nie­rzy i wypro­wa­dza­łem ich za wio­skę na nizinę. Żoł­nie­rze usta­wiali deski pio­nowo w śniegu i, celu­jąc w pozy­cji leżą­cej, strze­lali do nich. Kule, rzecz jasna, prze­la­ty­wały obok celu. Brak cel­no­ści zwa­lali na złe prze­strze­le­nie kara­bi­nów. Wtedy bra­łem kara­bin od któ­re­go­kol­wiek z żoł­nie­rzy, pro­si­łem, aby obró­cili do mnie deskę prze­kro­jem poprzecz­nym, kła­dłem się na śniegu, celo­wa­łem i paroma wystrza­łami pod rząd prze­strze­li­wa­łem ją od wąskiej kra­wę­dzi. Kara­biny biły dosko­nale.

Cała bieda pole­gała na tym, iż przy strze­la­niu w warun­kach bojo­wych żoł­nie­rze nie będą celo­wać tak, jak robi­łem to ja. Zwy­kle strze­lali z bio­dra. Oto dla­czego muszki i szczer­binki były na woj­nie bez­u­ży­teczne.

Żeby zaś tra­fić w wąską kra­wędź deski, muszkę i szczer­binkę należy napro­wa­dzać na cel całym cia­łem, poru­sza­jąc tylną czę­ścią kor­pusu i nogami. Przy strze­la­niu z pozy­cji leżą­cej kara­binu nie należy napro­wa­dzać na cel rękami.

Trzeba leżeć spo­koj­nie. Kara­bin należy trzy­mać, nie wytę­ża­jąc się. Trzeba pod­cią­gnąć pas nośny i napiąć go łok­ciem. Potem przy­kła­damy kolbę do ramie­nia i policzka. Oddy­chamy dwa razy i spraw­dzamy, gdzie patrzy muszka i szczer­binka. Jeśli w tym miej­scu znaj­dzie się cel, można strze­lać kil­ka­krot­nie i wszyst­kie kule ułożą się w dzie­siątce.

Teraz, nie poru­sza­jąc ciała, dłońmi prze­suń nieco lufę kara­binu w bok i oddaj strzał. Twoja kula znowu trafi w cel, choć linia celow­nika została nieco odsu­nięta w bok.

Teraz można pod­jąć kolejną próbę. Prze­suń kara­bin nieco w bok od środka celu i zamknij oczy. Ści­śnij łoże kara­binu dłońmi, odlicz do dzie­się­ciu i otwórz oczy. Zoba­czysz, że twój kara­bin wró­cił na swoje poprzed­nie miej­sce – dokład­nie na linię celo­wa­nia. Chcesz się nauczyć cel­nie strze­lać? Poru­szaj całym kor­pu­sem w lewo, w prawo, do przodu i do tyłu. Poru­szaj nogami, prze­miesz­czaj tylną część kor­pusu, prze­su­wa­jąc kolana. Kiedy muszka i szczer­binka znajda się dokład­nie pod celem, dla spraw­dze­nia zamknij oczy, policz do dzie­się­ciu i sprawdź, czy pra­wi­dłowo się przy­mie­rzy­łeś.

Jeśli wszystko zostało na miej­scu, spo­koj­nie oddaj strzał. Spust ścią­gaj powoli, bez pośpie­chu. Wszyst­kie dzie­siątki twoje!

Ale pamię­taj! Nie ma cze­goś takiego, jak szybko i dobrze. Do strze­la­nia trzeba mieć cier­pli­wość, cał­ko­wity spo­kój i opa­no­wa­nie. Jeśli chcesz dobrze strze­lać i przej­dziesz praw­dziwą szkołę strze­la­nia, będziesz tra­fiać Niem­ców tylko w lewe oko, nie ina­czej. Będą gadać, że Moskwa przy­słała zawo­do­wego snaj­pera.

Żoł­nie­rze słu­chali i uśmie­chali się.

– Potem, w oko­pach, będzie­cie celo­wać ina­czej. Może opo­wiem wam jeden taki przy­pa­dek? Idę sobie kie­dyś tran­szeją. Dopiero co ją zaję­li­śmy i wyrzu­ci­li­śmy stam­tąd Niem­ców. Daję komendę – „ognia!”. Tak było, Anti­pow?

– Tak, towa­rzy­szu porucz­niku! Pamię­tam, jak dziś!

– Patrzę, stoi sobie żoł­nierz. Kara­bin poło­żył na przed­pier­siu lufą do góry. Repe­tuje i wali w niebo. Gdzie walisz? – pytam go. A on, że „tam”. I poka­zuje mi w stronę Niem­ców. Pytam, w którą stronę ster­czy lufa kara­binu. No i dalej jest taka roz­mowa:

– Jak to, w którą?

– Ano tak! W niebo walisz!

– Kula Niemca znaj­dzie, towa­rzy­szu porucz­niku! Ma krzywą tra­jek­to­rię!

– Na tra­jek­to­riach się znasz! A od czego jest celow­nik w kara­bi­nie? Uży­wa­łeś go kie­dyś?

– Ze dwa razy się zda­rzyło. Na punk­cie zbor­nym pro­wa­dzali nas na strzel­nicę.

– To dla­czego strze­lasz w Niem­ców bez celo­wa­nia?

– Niemcy, towa­rzy­szu porucz­niku, to inna sprawa! Spró­buj się tylko wysu­nąć! Tylko się pokaż! Poce­luj sobie, jak na strzel­nicy! Nie­miec z maszynki pocią­gnie, to mózgu potem nie zbie­rzesz, cały hełm będzie dziu­rawy!

– A ty cho­ciaż wiesz, jak usta­wiać suwak na szczer­bince? Jak oce­niać na oko odle­głość?

– Nie, towa­rzy­szu porucz­niku, nie uży­wamy tych suwa­ków. Po co nam to na woj­nie? Do niczego się nie przy­dają! Kiedy trzeba, walimy z bio­dra smu­ga­czami!

Owa roz­mowa z żoł­nie­rzem przy­po­mi­nała mi się rów­nież póź­niej, gdy zda­rzało się widzieć, jak żoł­nie­rze strze­lają w boju. A i ja sam w potycz­kach strze­la­łem z auto­matu bez celo­wa­nia. Walisz serię smu­ga­czami i patrzysz, gdzie poszły kule. A wydaj żoł­nie­rzom roz­kaz „ognia!”. Uniosą kara­biny i otwo­rzą bez­ładny ogień bez celo­wa­nia. A jeśli zapy­tasz, dla­czego walą i nie mie­rzą, to będą uda­wać, że celują. Za to przy strze­la­niu do kur po wsiach czy zajęcy w lesie, to inna sprawa.

Nie­miec­kie kara­biny maszy­nowe mają sta­lowe taśmy, naboje bez kryzy i wspa­niałą szyb­ko­strzel­ność. Pod­czas gdy ty będziesz celo­wać, sko­szą cię i bądź zdrów. Kula może prze­dziu­ra­wić hełm, prze­szyć na wylot łopatkę, którą osła­nia­łeś dolną część twa­rzy, może poha­ra­tać usta i gar­dło. Na pod­sta­wie doświad­cze­nia żoł­nierz sam okre­śla, co ma dla niego sens, a co jest bez­u­ży­teczne.

Pod­czas wojny celow­nik w kara­bi­nie był zupeł­nie nie­po­trzebny. Kiedy żoł­nierz strzela na strzel­nicy i widzi dziurki w celu, to jedno. A strze­la­nina w boju odbywa się w pośpie­chu i na celo­wa­nie nie ma czasu.

W walce trzeba widzieć nie muszkę i szczer­binkę, a to, gdzie tra­fiła kula. Jeśli strze­lasz z broni maszy­no­wej, to po wywa­le­niu taśmy smu­ga­czy powi­nie­neś od razu widzieć efekty.

Gene­ral­nie, z celow­ni­kami w broni maszy­no­wej tośmy pod­czas wojny dali plamę. Ilu to nie­po­trzeb­nie zgi­nęło dobrych i dziel­nych żoł­nie­rzy. Ciężki kara­bin maszy­nowy nie potrze­buje osłony, tar­cza potrzebna jest jak przy­słó­wiowe sanki w maju, to zbędny detal i tyle. Przy strze­la­niu z bez­po­śred­nich i osło­nię­tych sta­no­wisk „Mak­si­mowi” bra­ko­wało moż­li­wo­ści zdal­nego kie­ro­wa­nia ogniem. Gdy­by­śmy pod­czas wojny mieli moż­li­wość zdal­nego pro­wa­dze­nia ognia z „Mak­si­mów”, nie dali­by­śmy Niem­com pod­nieść głowy.

* * *

Jakoś nad ranem, któ­re­goś ze stycz­nio­wych dni, wezwano mnie do bata­lionu celem otrzy­ma­nia zada­nia. W bata­lio­nie oznaj­mili mi, że należy prze­pro­wa­dzić roz­po­zna­nie, idąc leśną drogą, która odcho­dzi w rejon rzeki Łuczesy i Chołm­skich Bagien.

– Po dro­dze spraw­dzisz, czy Niemcy zacho­dzą do leśnych wio­se­czek, czy są tam miesz­kańcy i czy nie stoi tam cza­sem oddział par­ty­zancki.

W lasach na bagnach Niemcy zwy­kle nie stali. Zajeż­dżali tam tylko od czasu do czasu.

W pułku było kilka par woj­sko­wych nart. Na wszelki wypa­dek wożono je w szta­bo­wej pod­wo­dzie. Narty leżały w saniach pod bre­zen­tem razem z rze­czami ofi­ce­rów. W wali­zach i wor­kach-ple­ca­kach były ofi­cerki z chro­mo­wej skóry, let­nie czapki z dasz­kiem i szy­nele szyte na miarę. Puł­kowi krawcy tru­dzili się w pocie czoła, by nie tra­fić na pierw­szą linię. Pruli nowe żoł­nier­skie szy­nele, nie pro­stu­jąc karku cięli i szyli, dymili żelaz­kami.

Począt­kowo kra­wiec­two w pułku stało na mizer­nym pozio­mie. Szwy zarzu­cali ręcz­nie, praca szła powoli. Ale oto w jed­nej odbi­tej u Niem­ców wsi tyłow­nicy prze­chwy­cili ręczną maszynę do szy­cia i robota poszła wese­lej. Maszynka stu­kała do póź­nej nocy.

Krawcy potrze­bo­wali cie­płego pomiesz­cze­nia do pracy. Krzywdy nie mieli. Byli potrzebni w pułku. Wszy­scy szta­bowcy byli sta­ran­nie obszyci. Wygląd wedle wojen­nej mody, głos wojow­ni­czy, prze­pity i dźwięczny. Czapki osten­ta­cyj­nie zsu­nięte na brwi. Gęby bez­czelne i nażarte. W roz­mo­wie cieli słó­wami, jak szasz­kami. A my, ofi­ce­ro­wie kom­pa­nii strze­lec­kich, mie­li­śmy pro­ste żoł­nier­skie szy­nele albo pół­ko­żuszki.

Poka­zano mi mar­szrutę na mapie i kazano zajść do sto­doły w celu otrzy­ma­nia nart. Posze­dłem za pisa­rzem do sto­doły, w któ­rej stała szta­bowa pod­woda. Pisarz długo guz­drał się pod bre­zen­tem, zanim wycią­gnął spod niego sześć part nart z kij­kami.

– Jest! – powie­dział i cisnął je na śnieg koło sto­doły.

Wycho­dząc na zewnątrz, zamknął drzwi na kłódkę i bez słówa odda­lił się do cha­łupy szta­bow­ców. Spra­wiał takie wra­że­nie, jakby go wła­śnie ode­rwano od stra­te­gicz­nej mapy w chwili, gdy decy­dują się losy całej wojny lub przy­naj­mniej waż­niej­szej ope­ra­cji.

Obej­rza­łem każdą parę, dobra­łem do nich kijki i byłem zado­wo­lony. Wią­za­nia w nar­tach były w ide­al­nym porządku. Sze­ściu ludzi wypo­sażę w narty. To będzie moja pierw­sza grupa. Pozo­stali, także około sze­ściu, pójdą pie­szo po dro­dze w ślad za nami. Jeśli w lesie natkniemy się na Niem­ców, na nar­tach będzie ich można obejść bokiem po głę­bo­kim śniegu.

Każdą parę nart z kij­kami opar­łem o ścianę i powie­dzia­łem war­tow­ni­kowi, że przy­ślę star­szynę, który je póź­niej zabie­rze.

Dawno nie bie­ga­łem na nar­tach. Od czasu, gdy nas na nich ganiali na uczelni, minął równo rok. Jutro o świ­cie mie­li­śmy ruszać do lasu.

Na tego typu zwiad szli­śmy pierw­szy raz. Zwy­kle po natar­ciu na jakąś wio­skę rusza­li­śmy przed sie­bie duk­tami, doga­nia­jąc Niem­ców. Na dro­gach napo­ty­ka­li­śmy zasadzki, pono­si­li­śmy straty, a nie­kiedy sami łapa­li­śmy Niemca. Na woj­nie róż­nie bywa. Kiedy kom­pa­nia strze­lecka ściga Niem­ców, wszystko robi się bar­dzo pro­sto: z przodu idzie ubez­pie­cze­nie, a za nim, w zasięgu wzroku drep­czą pozo­stali. Żad­nych tam bocz­nych ubez­pie­czeń. Na woj­nie wszystko uprasz­cza­li­śmy. Rosyj­ski żoł­nierz instynk­tow­nie wyczu­wał, co ma robić i jak. Szedł po dro­dze, dopóki go nie ostrze­lali. Dopiero wtedy się mar­twił, czy lepiej pchać się do przodu, czy może po pro­stu pole­żeć i prze­cze­kać.

Rów­nież i tym razem nie wymą­drza­łem się i nie opra­co­wy­wa­łem nauko­wego planu roz­po­zna­nia. Czte­rech ludzi zało­żyło narty i poszło przo­dem. Na jed­nych ja, na dru­gich ordy­nans. Pie­sza grupa zło­żona z sze­ściu ludzi poru­szała się za nami.

Leśna droga, którą szli­śmy, była zasy­pana śnie­giem. Na nar­tach idzie się taką drogą łatwo. I tylko piesi odsta­wali, dla­tego czę­sto się zatrzy­my­wa­li­śmy i cze­ka­li­śmy na tylną grupę.

Szlak cały czas pro­wa­dził w dół. Zaro­śla lasu wymie­niały się z prze­świ­tami. Kie­dyś tu, za lasem i bagnami, prze­bie­gał przedni skraj naszego rejonu umoc­nio­nego. Teraz te umoc­nie­nia zaj­mo­wali Niemcy.

Drzewa, pokryte puszy­stym szro­nem, nieco się roz­stą­piły, poka­zał się skraj lasu i wiej­skie ogro­dze­nie. We wsi miesz­kało kilka rodzin, ale głów­nie starcy, kobiety i dzieci. Za wsią, jak nam powie­dzieli, dwie wior­sty za bagnem prze­bie­gała droga, po któ­rej jeź­dzili Niemcy. Sta­rzec powie­dział nam, że Niemcy kilka razy zajeż­dżali do wsi. Potem spadł głę­boki śnieg i od tam­tej pory się nie poja­wiali.

Poroz­ma­wia­łem z dziad­kiem o tym i owym i dałem żoł­nie­rzom odpo­cząć. Sta­rzec poczę­sto­wał nas swoja samo­siejką. Tytoń mocny, pocią­gniesz dwa razy i dech zapiera.

Po powro­cie do Sziz­die­rowa zamel­do­wa­łem dowódcy bata­lionu o danych wywia­dow­czych.

* * *

Gdy kom­pa­nie strze­lec­kie uzu­peł­niono żoł­nie­rzami, rejon obrony mojej kom­pa­nii roz­sze­rzono. Plu­tony stały teraz na linii wsi Zabo­ło­cie, Sziz­die­rowo, Bol­szaja Kobylsz­czina i Wasi­liewo.

Do miej­sco­wych wio­sek przez cały czas jeź­dzi się z górki. Sie­dzisz w saniach, a konik truchta po dro­dze drob­nym kłu­sem.

Któ­re­goś razu, wie­czo­rem, kiedy kła­dłem się spać, Sawien­kow zaczął roz­mowę, że nale­ża­łoby skon­tro­lo­wać żoł­nie­rzy w oko­licz­nych wsiach. Ni­gdy tam nie jeź­dził, a tu rap­tem zapło­nął żądzą i usie­dzieć nie może. Przy­szedł star­szy sier­żant i zgo­dził się z nim.

– Poje­dziemy, poje­dziemy! Trzeba popa­trzeć, jak tam się mieszka naszym żoł­nie­rzy­kom. Wczo­raj był łącz­nik z naszego plu­tonu i gadał, że opły­wają w żar­cie z miej­sco­wych zapa­sów.

– Jedźmy, porucz­niku! Zatrzy­mamy się gdzieś na tra­sie w małej wio­seczce. Nie będziemy się uga­niać po dro­gach. I w bata­lio­nie będą zado­wo­leni, że nie cze­kasz na ich roz­kazy, a sam prze­ja­wiasz ini­cja­tywę – wywo­dził Sawien­kow.

Zgo­dzi­łem się. Kaza­łem star­szy­nie przy­go­to­wać na jutro sanie i konie. Ran­kiem zasze­dłem do sztabu bata­lionu i powie­dzia­łem, że pojadę na kon­trolę do odda­lo­nych plu­to­nów.

Star­szyna zaje­chał saniami pod ganek – w środku sie­dział już Sawien­kow. Cze­kali tylko na mnie. W bata­lio­nie nie mieli nic prze­ciwko temu, abym spraw­dził dale­kie rubieże.

– Sia­daj­cie, towa­rzy­szu porucz­niku. Pod­ścielę wam sianka, będzie się miękko jechało.

– Coś mi tu złote góry obie­cu­jesz! – odpo­wie­dzia­łem, jak­bym co nieco prze­czu­wał.

– Poje­dziemy z górki kłu­sem i ani się obej­rzymy, jak za dwie godzinki będziemy na miej­scu.

Gdzieś tam za leśnymi pola­nami leżały nie­wiel­kie wio­seczki. Były na ubo­czu głów­nych szla­ków. Naszych żoł­nie­rzy jest tam nie­wielu, ale urzą­dzili się tam lepiej, niż my. Żyją spo­koj­nie po cha­łu­pach. W brzu­chach peł­niej i wese­lej.

Koń jechał z górki, a ja sie­dzia­łem i roz­glą­da­łem się na boki. Prze­jeż­dża­li­śmy przez bez­ludne miej­sca, zanie­sione śnie­giem. Nie wie­dzieć czemu nie myśla­łem o tym, że możemy wpaść w nie­miecką zasadzkę. Przez trzy godziny sunę­li­śmy drogą z górki. I oto pomię­dzy dwoma zagaj­ni­kami dostrze­głem pokryte śnie­giem dachy. Wszę­dzie z komi­nów walił sza­ro­nie­bie­ski dym. War­tow­nicy, dwóch na całą wieś, powi­tali nas z przy­ja­znymi uśmie­chami.

– Tutaj, tutaj! – pokrzy­ki­wali.

Ale star­szyna skrę­cił w drugą stronę i pod­je­chał do cha­łupy.

– To tutaj? – zapy­tał Sawien­kow.

Skoro rozu­mieją się w pół słówa, to było jasne, że umó­wili się mię­dzy sobą w jakiejś spra­wie. We wsi, w któ­rej Sawien­kow ni­gdy nie był, miał wspólne inte­resy ze star­szyną.

– A gdzie dowódca plu­tonu? – zapy­ta­łem star­szynę.

– Naj­pierw prze­ką­simy, tutaj, u gospo­dyni. Już czeka. A potem zaj­dziemy do dowódcy plu­tonu.

– Prze­ką­sić nie zaszko­dzi – wzru­szy­łem ramio­nami.

W ślad za star­szyną weszli­śmy do posprzą­ta­nego domo­stwa. Trzy­dzie­sto­let­nia gospo­dyni krzą­tała się przy piecu za prze­gródką. Weszli­śmy do sieni, star­szyna polał nam wodę, co było czymś nie­zwy­kłym, umy­li­śmy ręce, a on podał nam ręcz­nik. Potem, poka­słu­jąc, zapro­sił nas do stołu.

– To nasz porucz­nik, dowódca kom­pa­nii – przed­sta­wił mnie gospo­dyni. – A tu mam przy­jem­ność przed­sta­wić naszego komi­sa­rza, o któ­rym wam mówi­łem.

Na stole stała kiszona kapu­sta zapra­wiona cebulą i pach­ną­cym ole­jem lnia­nym, miękki razowy chleb, gorące ziem­niaki i parę kawał­ków sło­niny. Star­szyna zatarł ręce i spoj­rzał na gospo­dy­nię, ta zaś naj­wi­docz­niej zro­zu­miała go bez zbęd­nych słów. Na stole poja­wił się gąsior samo­gonu. Napeł­ni­li­śmy szklanki, gospo­dyni dosia­dła się do stołu, stuk­nę­li­śmy się i wypi­li­śmy pierw­szą kolejkę.

Kiedy nalano drugą, a znowu była to szklanka po brzegi, wymó­wi­łem się od picia dru­giej kolejki.

– Muszę jechać! – powie­dzia­łem, zer­ka­jąc na star­szynę, który szybko się ze mną zgo­dził.