Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 1 - Aleksander Iljicz Szumilin - ebook

Czerwona Seria. Wańka Trep Tom 1 ebook

Aleksander Iljicz Szumilin

0,0
49,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

„Wańka-trep” to kultowa w Rosji książka (cztery tomy!) o wojnie. Całą rosyjską wielką literaturę wojenną, jak twierdzi autor – należy wyrzucić do kosza. Tworzyli ją bowiem tzw. „tyłownicy”, którzy nie mieli pojęcia o tym co tak naprawdę działo się na pierwszej linii frontu. On wiedział – był na niej bowiem cztery lata! Epokowe, niezwykle emocjonujące dzieło, styl literacki godny Sołżenicyna czy Kuzniecova!

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI
PDF

Liczba stron: 613

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przedmowa tłumacza

Przed­mowa tłu­ma­cza

Wśród lite­ra­tury wspo­mnie­nio­wej frontu wschod­niego zapi­ski Alek­san­dra Ilji­cza Szu­mi­lina sta­no­wią nie­by­wały ewe­ne­ment. Spo­śród wete­ra­nów Armii Czer­wo­nej, w któ­rej, by posłu­żyć się sło­wami autora, „kom­pa­nii wystar­czało na tydzień”, po woj­nie za pióro chwy­tali naj­czę­ściej ci, któ­rzy „sie­dzieli pod czte­rema war­stwami belek pięć kilo­me­trów od pierw­szej linii”. To natu­ralne – oni prze­żyli. Szu­mi­lin nazywa ich „przy­fron­to­wymi uczest­ni­kami” wojny i wie­lo­krot­nie daje jasno do zro­zu­mie­nia, co o nich myśli.

Pod­czas wojny autor znaj­do­wał się bez­u­stan­nie na linii frontu – od 1941 do 1944 roku, kiedy to po kolej­nym, pią­tym zra­nie­niu i dłu­gim lecze­niu nie wró­cił do służby linio­wej i peł­nił inne funk­cje woj­skowe. W począt­ko­wym okre­sie wojny pro­wa­dził nie­le­galny pamięt­nik, który instynk­tow­nie znisz­czył. Sądząc po tre­ści odtwo­rzo­nych po latach wspo­mnień, postą­pił słusz­nie. Gdyby je odkryto, dla fron­to­wego ofi­cera wyrok try­bu­nału woj­skowego mógł ozna­czać tylko jedno…

Alek­san­der Iljicz pra­co­wał nad swo­imi wspo­mnie­niami do ostat­nich dni życia. Dokładną chro­no­lo­gię zda­rzeń zre­kon­stru­ował głów­nie na pod­sta­wie listów, które pisał do domu. Szczę­śli­wie, miał feno­me­nalną pamięć. W 2012 roku inter­nauci rosyj­scy ruszyli w podróż śla­dami Szu­mi­lina i oka­zało się, że jego opisy terenu i miejsc, w któ­rych wal­czył są tak dokładne, że po latach można je było bez pro­blemu odszu­kać. W swo­jej książce autor wie­lo­krot­nie pod­kre­śla, iż opi­suje wyłącz­nie zda­rze­nia, któ­rych był bez­po­śred­nim świad­kiem oraz że wszyst­kie osoby i nazwi­ska ujęte w tek­ście są praw­dziwe.

A. I. Szu­mi­lin nie zdą­żył dopro­wa­dzić swo­jej pracy do końca. Pla­no­wał roz­wi­nię­cie nie­któ­rych wąt­ków i doda­nie swo­ich ręcz­nie ryso­wa­nych ilu­stra­cji, z któ­rych zdo­łał przy­go­to­wać tylko kilka. Nie­ubła­gany upływ czasu spra­wił, iż upo­rząd­ko­wa­nie ręko­pisu legło na bar­kach jego syna Niko­łaja, który wraz z grupą pomoc­ni­ków ska­no­wał i segre­go­wał zapi­ski ojca, zamiesz­cza­jąc je w inter­ne­cie.

Wspo­mnie­nia zostały dwu­krot­nie wydane w Rosji, jed­nak z jakie­goś powodu były to wer­sje nie­pełne. Chcia­łoby się powie­dzieć – skró­cone, choć ciśnie się na usta słowo ocen­zu­ro­wane. Jak ina­czej oce­nić fakt, iż z wydań znik­nęło pra­wie dwie trze­cie ręko­pisu? Zapewne to, o czym pisze autor, zupeł­nie nie wpi­suje się w mar­ty­ro­lo­gię Wojny Ojczyź­nia­nej, jaką ser­wuje nie­śmier­telna pro­pa­ganda. W wyda­niach tych znik­nęły nie tylko poszcze­gólne słowa, zda­nia i aka­pity, ale i całe roz­działy. Nie znaj­dziemy tam opi­sów branki na wyzwo­lo­nych tere­nach, nie dowiemy się, za co autor sta­nął przed try­bu­na­łem i nie znaj­dziemy opi­sów wio­sek, które nie widząc wojny żyły w prze­past­nej głu­szy Rosji na modłę jak naj­bar­dziej kapi­ta­li­styczną, korzy­sta­jąc masowo z najem­nej pracy licz­nych dezer­te­rów z Armii Czer­wo­nej. Nie doszu­kamy się opi­sów głodu w oko­pach, rabun­ków doko­ny­wa­nych przez jadą­cych na front i wielu innych obra­zów, nie­pa­su­ją­cych do ofi­cjal­nej histo­rii.

Szu­mi­lin zapa­mię­tał dużo wię­cej, opi­su­jąc przede wszyst­kim, co czuje czło­wiek w mun­du­rze, gdy jak ska­za­niec idzie po skrzy­pią­cym śniegu na wieś, zajętą przez prze­ciw­nika. A może nie zajętą? Czy strach jest wtedy inny? Jak sam zauwa­żył, to nie sama śmierć jest straszna, lecz cze­ka­nie na nią. Alek­san­der Iljicz cze­kał na nią codzien­nie.

Ogrom mate­riału i szcze­gó­łów zawar­tych w zapi­skach może się nie­kiedy wydać nie­malże przy­tła­cza­jący, ale może dla­tego jest tak wyjąt­kowy. Ni­gdzie indziej nie znaj­dziemy takich opi­sów nocy w opu­sto­sza­łym mie­ście, ogar­nię­tym pło­mie­niami, z któ­rego ucie­kło woj­sko i miesz­kańcy i nie zaj­rzymy na samo dno stra­chu, gdy żoł­nie­rzowi przy­cho­dzi czoł­gać się pod dru­tem kol­cza­stym.

Wspo­mnie­nia A.I. Szu­mi­lina są praw­dzi­wym rary­ta­sem także z innego powodu. To jedyny znany mi tak dokładny zapis dzia­łań zwia­dow­ców na pierw­szej linii, nakre­ślony ręką ich bez­po­śred­niego uczest­nika.

Alek­san­der Iljicz Szu­mi­lin zmarł w 1983 roku i wraz z żoną Augu­stą i synem Niko­ła­jem jest pocho­wany na cmen­ta­rzu św. Archa­nioła w mie­ście Bała­szy­cha, na wschód od Moskwy.

Piotr Tymiń­ski

Wstęp – co to takiego wojna?

Wstęp – co to takiego wojna?1

W paź­dzier­niku 1975 roku otrzy­ma­łem list od kom­so­mol­ców z wojenno-patrio­tycz­nego oddziału „Marie­sje­wiec” szkoły nr 42 w Kali­ni­nie2 z prośbą, aby podać nazwi­ska tych, któ­rzy pocho­wani są w brat­niej mogile obok peronu sta­cji Czu­pria­nowka3. W liście napi­sa­łem o bojach o sta­cję Czu­pria­nowka i o tym, jak pole­gli żoł­nie­rze stali się nie­znani. Oko­licz­no­ści zło­żyły się tak, że od tam­tego czasu posta­no­wi­łem dopro­wa­dzić do porządku swoje wspo­mnie­nia. Tak naprawdę, ów list posłu­żył za począ­tek pracy nad książką – dokład­nym odtwo­rze­niem w pamięci wszyst­kich daw­nych prze­żyć. Teraz, gdy mój „finisz” jest już nie­da­leko, chcia­łoby się zdą­żyć z jak naj­więk­szą ilo­ścią pracy. Wol­nego czasu jest mało, a to cho­ruję, to znowu pra­cuję, a czas prze­mija szyb­ciej niż myśl.

W tamte surowe dni wojny cały cię­żar walki o oswo­bo­dze­nie naszej ziemi legł na pie­chotę, na barki pro­stych żoł­nie­rzy. Otrzy­mu­jąc uzu­peł­nie­nia w ludziach, toczy­li­śmy bez­u­stanne boje, nie zazna­jąc ani snu, ani odpo­czynku. Zachły­stu­jąc się krwią i zaście­ła­jąc tru­pami żoł­nie­rzy tę piękną zie­mię, cze­pia­li­śmy się każ­dego pagórka, każ­dego krzaczka, skraju lasu, każ­dej wio­ski, każ­dej spa­lo­nej cha­łupy i roz­wa­lo­nej sto­doły. Wiele tysięcy i tysięcy naszych żoł­nie­rzy na wieki zostało na tych bez­i­mien­nych rubie­żach.

W grud­niu 1941 roku byli­śmy kiep­sko uzbro­jeni i bra­ko­wało amu­ni­cji. Arty­le­rii i poci­sków prak­tycz­nie nie było. U nas, w kom­pa­niach strze­lec­kich, były tylko kara­biny i dzie­siątka patro­nów4 na czło­wieka. Czas był ciężki, wróg stał pod Moskwą. Trudno wam będzie sobie wyobra­zić, jakie to były boje. Nie­miec był uzbro­jony po zęby, jego arty­le­ria roz­no­siła nasze pozy­cje, nie żału­jąc poci­sków…

Bar­dzo wielu z nas, mając powierz­chowne wyobra­że­nie o tym, co to takiego wojna, uważa, iż jest w dosta­tecz­nym stop­niu uświa­do­miona. O woj­nie czy­tali w książ­kach i oglą­dali ją w kinie. Mnie na przy­kład, obu­rzają bro­szury „o woj­nie”, napi­sane przez przy­fron­to­wych „fron­tow­ców” i „oko­pow­ców” ze szta­bów i służb tyło­wych, lite­racko opra­co­wane przez dzien­ni­ka­rzy.

A co piszą ci, któ­rych wynie­siono do miana gło­si­cieli prawdy?! Weźmy bodaj takiego Kon­stan­tina Simo­nowa z jego powie­ściami o woj­nie. Sam Simo­now5 wojny nie widział, śmierci w oczy nie patrzył. Jeź­dził po przy­fron­to­wych dro­gach, wycie­rał mięk­kie sie­dze­nia w samo­cho­dzie oso­bo­wym. O woj­nie snuł domy­sły i przed­sta­wiał ją z opo­wia­dań innych, a wojny, aby o niej napi­sać, trzeba doświad­czyć na wła­snej skó­rze! Nie wolno pisać o tym, czego się nie zna. O czym może opo­wie­dzieć czło­wiek, jeśli od wojny dzie­liło go kil­ka­dzie­siąt kilo­me­trów?!

Wielu o woj­nie uczy się z kina. Na przy­kład, pewien mój zna­jomy twier­dził, że gdy walka toczy się w lesie, to płoną drzewa.

– A to dla­czego? – zapy­ta­łem go.

– Czyż­byś w kinie nie widział?

– …

Wie­dzę o woj­nie wyno­szą z kina tylko dzieci. Nie poj­mują bólu żoł­nier­skiej duszy, bo w kinie ser­wują im strze­la­ninę, walkę wręcz z fikoł­kami i bucha­jące ogniem drzewa, oblane przed zdję­ciami ben­zyną.

Wytwór arty­styczny, przed­sta­wiony w kinie, lub też tak zwana „kro­nika wyda­rzeń”6, daje zbior­czy obraz bojów i epi­zo­dów, mgli­ście przy­po­mi­na­jący wojnę. Muszę was roz­cza­ro­wać: od kina do real­nej rze­czy­wi­sto­ści wojny jest bar­dzo daleko. To, co wyczy­niało się na pierw­szej linii pod­czas ataku kom­pa­nii strze­lec­kich, do kina nie dotarło. Te straszne dni pie­chota zabrała ze sobą do grobu.

Wojny nie należy wyobra­żać sobie na pod­sta­wie komu­ni­ka­tów Biura Infor­ma­cyj­nego. Wojna to nie łzawe kino o miło­ści na „fron­cie”. To nie pano­ra­miczne opo­wie­ści z ich roman­ty­za­cją i pod­ma­lo­wy­wa­niem rze­czy­wi­sto­ści. To nie utwory owych pro­za­ików-„fron­tow­ców”, u któ­rych wojna jest tylko dru­gim pla­nem, tłem, pod­czas gdy na pierw­szym pla­nie, zasła­nia­jąc całą prze­strzeń koron­kami lite­rac­kich zwro­tów i frę­dzel­ków, wid­nieje arty­styczny wymysł. To nie krzywa strzałka, nary­so­wana czer­wo­nym ołów­kiem, ozna­cza­jąca na mapie kie­ru­nek głów­nego ude­rze­nia dywi­zji. To nie wio­ska, zazna­czona kół­kiem na mapie…

Wojna – to żywy, ludzki krok żoł­nie­rza: na spo­tka­nie wroga, na spo­tka­nie śmierci, na spo­tka­nie wiecz­no­ści. To ludzka krew na śniegu, dopóki jesz­cze jest jasna i dopóki jesz­cze wycieka. To trupy żoł­nie­rzy porzu­cone do wio­sny. To wypro­sto­wany chód z otwar­tymi oczami – na schadzkę ze śmier­cią. To strzępy szorst­kiego szy­nela z gru­dami krwi i wnętrz­no­ści, wiszące na sęcz­kach i gałąz­kach drzew. To różowa piana w dziu­rze koło oboj­czyka – żoł­nie­rzowi urwało dolną szczękę i krtań. To bucior, wypeł­niony różową breją. To bry­zgi krwi w twarz – krwi roze­rwa­nego poci­skiem żoł­nie­rza. To setki i tysiące innych krwa­wych wido­ków na dro­dze, którą prze­szli za nami przy­fron­towi „fron­towcy” i „oko­powcy” bata­lio­no­wych, puł­ko­wych i dywi­zyj­nych służb.

Ale wojna to nie tylko krwawa breja. To cią­gły głód, kiedy do żoł­nie­rza do kom­pa­nii dociera tylko pod­so­lona wodzianka, zamie­szana na gar­ści mąki, wyglą­da­jąca niczym bez­barwna bałanda. To zimno na mro­zie i śniegu, w kamien­nych piw­ni­cach, gdy od lodu i sza­dzi zastyga szpik w krę­gach. To nie­ludz­kie warunki cze­pia­nia się życia na pierw­szej linii, pod gra­dem odłam­ków i kul. To prze­kleń­stwa bez ogró­dek, oskar­że­nia i groźby ze strony szta­bo­wych „fron­tow­ców” i „oko­pow­ców”7.

Wojna to aku­rat to, o czym nie mówią – bo nie wie­dzą. Z kom­pa­nii strze­lec­kich, z pierw­szej linii, wró­cili poje­dyn­czy ludzie. Nikt ich nie zna i do pro­gra­mów tele­wi­zyj­nych ich nie zapra­szają, a jeśli któ­ryś z nich nawet decy­duje się na powie­dze­nie prawdy o woj­nie, to grzecz­nie zamy­kają mu usta…

Nasuwa się pyta­nie: kto z oca­la­łych świad­ków może opo­wie­dzieć o ludziach, któ­rzy wojo­wali w kom­pa­niach? Sie­dzieć pod stro­pem jak naj­da­lej od pierw­szej linii, to jedno, a cho­dzić do ataku ze wzro­kiem utkwio­nym w Niem­ców, to dru­gie. Wojnę trzeba poczuć w kościach, zaznać wszyst­kimi włók­nami duszy. Wojna to zupeł­nie nie to, co napi­sali ludzie, któ­rzy nie wal­czyli w kom­pa­niach!

Tych, któ­rzy pod­czas wojny byli przy­dzie­leni do czyn­nej Armii Czer­wo­nej8, dzielę na dwie grupy: na fron­tow­ców i „uczest­ni­ków”, na tych żoł­nie­rzy i ofi­ce­rów, któ­rzy byli w kom­pa­niach na pierw­szej linii pod­czas walki i na tych, któ­rzy sie­dzieli u nich za ple­cami, na tyłach. Dla nich i dla tych dru­gich wojna wyglą­dała ina­czej, dla­tego jedni i dru­dzy mówią o niej i wspo­mi­nają ją w inny spo­sób.

To były nie­ludz­kie doświad­cze­nia. Krwawe, zaśnie­żone pola były zasłane cia­łami zabi­tych, kawał­kami roz­rzu­co­nego ludz­kiego mięsa, jasno­czer­wo­nymi strzę­pami szy­neli, ze wszyst­kich stron nio­sły się roz­pacz­liwe krzyki i jęki żoł­nie­rzy… Wszystko to trzeba samemu prze­żyć, usły­szeć i zoba­czyć, aby ze wszyst­kimi szcze­gó­łami uzmy­sło­wić sobie te kosz­marne widoki wojny.

Teraz oto sie­dzę, piszę i widzę9 – stoją przede mną, jak żywi…

Widzę wycień­czone, blade twa­rze żoł­nie­rzy, a każdy z nich, umie­ra­jąc, chciał coś powie­dzieć… Chciał powie­dzieć coś tym, któ­rym po nich przyj­dzie żyć na tej ziemi, nasiąk­nię­tej ich krwią. I te myśli nie dają mi spo­koju.

Z jaką bez­na­dziejną tęsk­notą za życiem, w jak nie­ludz­kim cier­pie­niu i z bła­gal­nym spoj­rze­niem umie­rali ci ludzie! Nie ginęli nie­dbale i nie w ciszy głę­bo­kich tyłów, jak ci syci i przy­fron­towi „fron­towcy i „oko­powcy”, ogrzani cie­płem wiej­skich cha­łup i ich miesz­kań­ców10.

Oni – fron­towcy i oko­powcy kom­pa­nii strze­lec­kich – przed śmier­cią okrut­nie mar­zli, lodo­wa­cieli i na wie­trze zasty­gali na śmierć w śnież­nych polach. Szli na śmierć z otwar­tymi oczami, wie­dząc o tym, ocze­ku­jąc końca w każ­dej sekun­dzie, w każ­dym mgnie­niu oka, a te maleń­kie okru­chy czasu cią­gnęły się niczym dłu­gie godziny.

Ska­zany na śmierć w dro­dze na sza­fot, podob­nie jak żoł­nierz z kara­bi­nem w ręku, idący na Niemca, wszyst­kimi cząst­kami swo­jej duszy czuje nie­oce­nioną war­tość ucho­dzą­cego życia. Chce mu się po pro­stu oddy­chać, widzieć świa­tło, ludzi i zie­mię. W takiej chwili czło­wiek oczysz­cza się z wyra­cho­wa­nia i zawi­ści, obłudy i fał­szu. Pro­ści, uczciwi, wolni od ludz­kich przy­war, żoł­nierze za każ­dym razem zbli­żali się do swo­jej ostat­niej tra­gicz­nej gra­nicy.

Bez „Wańki-trepa” zoł­nie­rze naprzód nie ruszą. Ja byłem „Wańką-tre­pem” i sze­dłem razem z nimi. Śmierć nie oszczę­dzała nikogo. Jedni umie­rali w oka mgnie­niu, inni w męczar­niach ocie­kali krwią. Tylko nie­licz­nym z setek i tysięcy żoł­nie­rzy przy­pa­dek pozwo­lił żyć dalej. Przy życiu zostały nie­liczne jed­nostki – mam tu na myśli pie­cho­ciń­ców z oko­pów. Los poda­ro­wał im życie niczym naj­więk­sze tro­feum.

Wielu przy­szło z frontu, za naszymi ple­cami była masa wsze­la­kiego luda, ale z pie­choty, z owych kom­pa­nii strze­lec­kich, nie wró­cił pra­wie nikt.

Na fron­cie prze­by­wa­łem od wrze­śnia 1941 roku, byłem wie­lo­krot­nie ranny. W bojach przy­szło mi przejść długi i ciężki szlak po dro­gach wojny. Obok mnie ginęły setki i tysiące żoł­nie­rzy i młod­szych ofi­ce­rów. Wiele nazwisk zatarło się w pamięci. Nie­kiedy nawet nie zna­łem nazwisk swo­ich żoł­nie­rzy, ponie­waż kom­pa­nii w boju wystar­czało na tydzień. Spisy żoł­nie­rzy znaj­do­wały się w szta­bie pułku. Oni pro­wa­dzili rachunki i roz­li­czali się ze strat. Oni wysy­łali rodzi­nom zawia­do­mie­nia.

Na kom­pa­nij­nym porucz­niku spo­czy­wały cięż­kie obo­wiązki. Wła­sną głową odpo­wia­dał za wynik boju. A takie coś, powiem wam, to nie pro­sta sprawa! Jak w kinie – sia­daj i patrz. Nie­miec strzela – głowy się pod­nieść nie da, a „Wańka-trep”, choćby sczezł, musi pode­rwać kom­pa­nię i wziąć wieś. I ani kroku w tył – tak brzmi roz­kaz bojowy.

I znowu w tej samej chwili przed oczami wyraź­nie poja­wiły mi się tamte kosz­marne dni wojny. Wszystko nagle napły­nęło. Bły­snęły żoł­nier­skie twa­rze, cofa­jący się i ucie­ka­jący Niemcy, wyzwo­lone wsie, zaśnie­żone pola i drogi. Jak­bym znowu poczuł zapach śniegu, mrocz­nego lasu i spa­lo­nych cha­łup. Raz jesz­cze usły­sza­łem dud­nie­nie i nara­sta­jący grzmot nie­miec­kiej arty­le­rii, przy­ci­szone roz­mowy swo­ich żoł­nie­rzy i nie­da­le­kie beł­ko­ta­nie przy­cza­jo­nych Niem­ców.

Na pewno wielu z was sądzi, iż wojna to cie­kawe przed­sta­wie­nie, roman­tyka, hero­izm i epi­zody walk. Ale to nie tak. Nikt wtedy – ani mło­dzi, ani sta­rzy – nie chciał umie­rać. Czło­wiek rodzi się, aby żyć. I żaden z żoł­nie­rzy, pole­głych w boju, nie zamie­rzał tak szybko ginąć. Każdy liczył tylko na lep­sze. Lecz życie pie­chura w boju wisi na cie­niut­kiej niteczce, którą z łatwo­ścią może zerwać nie­miecka kula albo malutki odła­mek. Żoł­nierz nie zdąży doko­nać niczego boha­ter­skiego, a już dopada go śmierć.

W każ­dym czło­wieku drze­mią siły do urze­czy­wist­nie­nia cze­goś wiel­kiego i zna­czą­cego. Ale ku temu potrzebne są warunki. Muszą zajść oko­licz­no­ści, aby zryw czło­wieka został zauwa­żony. A na woj­nie, w boju pie­choty, gdzie pozo­sta­wiano nas samych sobie, naj­czę­ściej zda­rzało się, iż taki zryw koń­czył się śmier­cią.

Pod­czas wojny nasza zie­mia utra­ciła miliony swych naj­lep­szych synów. Czyż ci, któ­rzy w czter­dzie­stym pierw­szym z kara­bi­nem w rękach i gar­ścią nabo­jów szli na pewną śmierć, nie byli boha­te­rami?! Sądzę, że to wła­śnie oni są tymi jedy­nymi i praw­dzi­wymi boha­te­rami. Oni oca­lili naszą zie­mię przed najaz­dem i ich kości zostały w ziemi. Ale i do dziś leżą bez­i­mien­nie – ani mogił, ani nazwisk.

I tylko za to, co prze­cier­piał rosyj­ski żoł­nierz, zasłu­guje on na świętą pamięć swo­jego narodu! Bez snu i odpo­czynku, głodne i w strasz­li­wym napię­ciu, na mro­zie i bez­u­stan­nie w śniegu, pod hura­ga­no­wym ogniem Niem­ców, czo­łowe kom­pa­nie szły do przodu. Nie­zno­śne męczar­nie ciężko ran­nych, któ­rych cza­sami nie było komu wyno­sić – wszystko to stało się udzia­łem idą­cego na wroga pie­chura.

Czło­wie­kowi życie dane jest tylko jedno i jest tym, co dla każ­dego jest naj­cen­niej­sze i naj­droż­sze. Na woj­nie bywało wielu, ale jesz­cze wię­cej, dzie­siątki milio­nów11, na zawsze legło w mar­twej ciszy. Nie wszy­scy żyjący, któ­rzy wró­cili z wojny, wie­dzą, co to zna­czy iść na pewną śmierć w skła­dzie kom­pa­nii strze­lec­kiej.

W mojej książce „Wańka-trep” jest wię­cej ludz­kiego smutku i cier­pie­nia niż rado­snych i weso­łych wojen­nych epi­zo­dów.

Nie­wy­klu­czone, iż nie udało mi się w peł­nej mie­rze i w spo­sób bez­stronny prze­ka­zać wszyst­kich daw­nych prze­żyć. Ale tak było – w moim życiu, na woj­nie, w rze­czy­wi­sto­ści i naprawdę. Powin­ni­ście poznać tę surową prawdę!

Żoł­nierz z oko­pów zro­zu­miałby mnie od razu i bez domy­słów. I nie tylko zro­zu­miał, a i dodałby od sie­bie, że zbyt deli­kat­nie nakre­śli­łem nie­które obrazy wojny i że nie nazwa­łem jej od serca moc­nym sło­wem.

Prze­czy­taj­cie książkę „Wańka-trep” i zasta­nów­cie się, czym różni się fron­towy żoł­nierz od dru­giego „fron­towca” i co to takiego wojna!

Alek­san­der Iljicz Szu­mi­lin3 maja 1983

1941

Rozdział 1 – Wyjazd na front (sierpień 1941 roku)

Roz­dział 1 – Wyjazd na front (sier­pień 1941 roku)

Jed­nostka woj­skowa, do któ­rej zosta­łem przy­dzie­lony po ukoń­cze­niu uczelni12, for­mo­wała się w let­nich obo­zach na brzegu jeziora Sie­nież13. Przez pierw­sze dni nie zna­li­śmy prze­zna­cze­nia bojo­wego ani numeru nowej jed­nostki. Jed­nego byli­śmy pewni – od razu będziemy wysłani na front. Na punkt zborny żoł­nie­rze przy­by­wali do nas dru­ży­nami z Moskwy – przy­jeż­dża­jąc pocią­gami, a potem pie­szo masze­ru­jąc wokół jeziora do obo­zów. Tam ich przyj­mo­wano, sor­to­wano i roz­dzie­lano po kom­pa­niach. W owym cza­sie miesz­ka­li­śmy w namio­tach, oddziel­nie od let­nich obo­zów uczelni.

Pobo­rowi otrzy­my­wali umun­du­ro­wa­nie na punk­tach zbor­nych w Moskwie, do któ­rych przy­by­wali zgod­nie z wezwa­niem, sta­wia­jąc się w towa­rzy­stwie matek, żon i dzieci. Prze­cho­dząc przez żela­zną bramę przed­sta­wiali wezwa­nia, żegnali się z bli­skimi i zni­kali w drzwiach koszar. Potem przez jakiś czas poka­zy­wali się gdzieś w wąskim oknie, machali rękami i spo­glą­dali w tłum sto­jący za żela­znym ogro­dze­niem. Skom­ple­to­wane dru­żyny wyjeż­dżały samo­cho­dami z dru­giej strony. A matki, dzieci i żony stały dalej w nadziei, że zoba­czą ich w wąskim oknie jesz­cze raz.

Na dro­dze do sta­cji wkrótce zatur­ko­tały dwu­kółki, kuch­nie polowe i woj­skowe pod­wody. Potem zaku­rzyły dwie kryte pół­to­ra­to­nówki i jedna oso­bowa Emka. Fur­manki, samo­chody i ludzie nie dołą­czali od razu do woj­skowego szyku. Naj­pierw była prze­py­chanka, bie­ga­nina i zwy­cza­jowy bała­gan. Decy­do­wano, kogo gdzie skie­ro­wać. Potem stop­niowo wszystko tra­fiało na swoje miej­sce. Do kom­pa­nii tra­fiały fur­manki, konie i woź­nice. Moskiew­scy woź­nice koni pocią­go­wych, wyse­lek­cjo­no­wani w obo­zie, popa­try­wali z boku na żoł­nie­rzy dru­żyn ognio­wych i byli zado­wo­leni, że przy­dzie­lono ich do koni, a nie wepchnięto do kara­bi­nów maszy­no­wych i dział.

Należy powie­dzieć, że w naszych plu­to­nach strze­lec­kich pro­stych żoł­nie­rzy-strzel­ców nie było. Kom­ple­to­wano nas spe­cja­li­stami z obsad dział i cięż­kich kara­bi­nów maszy­no­wych. Wśród naszych żoł­nie­rzy byli dowódcy dzia­ło­nów, celow­ni­czo­wie, ładow­ni­czo­wie, rusz­ni­ka­rze, tele­fo­ni­ści. Wie­kiem żoł­nie­rze byli nie­mło­dzi. Śred­nio mieli po czter­dzie­ści lat14. W plu­to­nie było dwóch, trzech mło­dych chło­pa­ków, któ­rzy peł­nili rolę dorę­czy­cieli poci­sków i nabo­jów.

Naszej jed­no­stce przy­dzie­lono numer i zaczęła nazy­wać się 297 Samo­dziel­nym Bata­lio­nem Broni Maszy­no­wej i Arty­le­rii RU15 Frontu Zachod­niego. Mie­li­śmy obsa­dzić DOT-y16 rejonu umoc­nio­nego, cią­gnące się od Jar­cewa do Ostasz­kowa17. Tego nam nie mówiono i nie powin­ni­śmy o tym wie­dzieć.

Minęło kilka dni; do kom­pa­nii przy­byli ofi­ce­ro­wie rezerwy. Poja­wił się i nasz dowódca kom­pa­nii, porucz­nik Archi­pow. Miał wtedy około trzy­dziestki. Archi­pow był ciem­nym blon­dy­nem śred­niego wzro­stu, o pro­stej, szcze­rej twa­rzy. Miał cie­pły uśmiech. Uśmie­chał się jed­nak nie­czę­sto, czę­ściej bywał sku­piony i zajęty spra­wami kom­pa­nii. Był kadro­wym ofi­ce­rem i przy­był do naszego bata­lionu z innej jed­nostki woj­sko­wej. Ruchy i spo­sób wysła­wia­nia miał spo­kojne, roz­kazy i pole­ce­nia wyda­wał nie­gło­śno, bez krzyku. Tak jakby nie roz­kazywał, a nie­jako pro­sił. Począt­kowo było to dziwne. Wcze­śniej wrzesz­czano na nas i wyma­gano, aby­śmy roz­kazy wyda­wali grom­kim gło­sem, a tutaj oto miała miej­sce pro­sta, rze­czowa roz­mowa. Wkrótce prze­sta­li­śmy się uwi­jać, wier­cić na obca­sach i salu­to­wać na bacz­ność. Jego wyjąt­kowy spo­kój, a przede wszyst­kim roz­waga, udzie­liły się nam i nie­zręcz­nie było pod­cho­dzić do niego mia­ro­wym kro­kiem, szu­rać nogami i stu­kać obca­sami, jak wyma­gano tego od nas na uczelni.

Cała postura Archi­powa i jego uważny wzrok świad­czyły o tym, że na woj­nie potrzebna jest głowa, a nie postawa defi­la­dowa. Dys­cy­plina nie bie­rze się z bra­wury i dziar­sko­ści, a z pro­stych rosyj­skich słów. Oto, co teraz powinno zado­mo­wić się w naszym życiu. Na woj­nie nie trzeba będzie salu­to­wać i strze­lać obca­sami. Na woj­nie potrzebna jest wytrwa­łość i opa­no­wa­nie, cier­pli­wość i spo­kój, dokładne wyko­ny­wa­nie roz­kazu i komendy. Na woj­nie żoł­nierz powi­nien rozu­mieć cię w pół słowa.

Pew­nego pięk­nego dnia przy­wie­ziono i wydano nam hełmy. Dowódca kom­pa­nii wezwał nas do sie­bie i powie­dział:

– Naucz­cie żoł­nie­rzy nosić hełmy! I nie na tyłku przy pasie, a na gło­wie, jak powi­nien robić to żoł­nierz według prze­pi­sów. Widzę, że łażą i roz­rzu­cają je gdzie popad­nie.

Żoł­nie­rze byli per­so­nami wybit­nie cywil­nymi. Pod­czas obiadu i przy pale­niu ręce same się u nich wycią­gały ku kości policz­ko­wej – cały czas mieli odruch, aby polu­zo­wać pasek.

– Jak się będą mogli uwi­nąć z menażką bez zdej­mo­wa­nia hełmu, może­cie przy­jąć, że już ich żeście nauczyli!

Z dnia na dzień ocze­ki­wa­li­śmy odjazdu na front. Na szkol­nych pla­cach uczelni uczy­li­śmy żoł­nie­rzy walki na bagnety – kłu­cia i posłu­gi­wa­nia się kolbą.

– Towa­rzy­szu porucz­niku, nam to nie­po­trzebne! Będziemy jak Fino­wie w schro­nach sie­dzieć.

Nie zaprze­cza­łem, ale powie­dzia­łem im tak:

– Bez ćwi­czeń fizycz­nych nie­moż­liwe jest indy­wi­du­alne wyszko­le­nie żoł­nie­rza. Żoł­nierz bez wykształ­co­nych cech fizycz­nych – nie żoł­nierz!

– No, jeśli w ramach ćwi­czeń, niech będzie. Komen­de­ruj nami, porucz­niku!

Już przy pierw­szych kro­kach posta­no­wili mnie wyba­dać i pod­dać pró­bie. Chcieli wie­dzieć, na ile jestem uparty i cze­pial­ski, a na ile zgodny i ustę­pliwy. Żoł­nierz zawsze rwie się, aby wszystko wie­dzieć z wyprze­dze­niem. Nie zamę­cza­łem ich krzy­kami i spo­koj­nie wyma­ga­łem wypeł­nia­nia pole­ceń. Nie­chęt­nie się pod­po­rząd­ko­wali, ale za każ­dym razem pró­bo­wali się wymi­gi­wać, trwała próba sił. Koniec koń­ców powie­dzia­łem im:

– Zosta­li­ście powo­łani do służby czyn­nej i macie obo­wią­zek wyko­ny­wa­nia tego, czego od was wyma­gają. Na tego, kto będzie sta­wać oko­niem, będę musiał zło­żyć raport celem prze­nie­sie­nia go do pie­choty!

Ostat­nie moje słowa wywarły na nich wyjąt­kowo głę­bo­kie wra­że­nie.

* * *

I oto przy­szedł dzień wymar­szu na sta­cję i zała­dunku do wago­nów. Kom­pa­nie usta­wiły się w kolumnę mar­szową i zna­joma, wyło­żona kocimi łbami droga, przy wtó­rze łomotu żoł­nier­skich bucio­rów popeł­zła do tyłu. Pod­wody, zała­do­wane fura­żem, żyw­no­ścią, ekwi­pun­kiem i amu­ni­cją, postu­ku­jąc i pod­no­sząc tumany kurzu, pocią­gnęły na sta­cję w ślad za kom­pa­niami. Za nimi, plu­to­nami, poma­sze­ro­wali żoł­nie­rze. Plu­ton za plu­to­nem, kom­pa­nia za kom­pa­nią, odcho­dzili na wojnę. I teraz ów wąski bru­ko­wany trakt wokół Sie­nieża18 stał się dla nas począt­kiem nie­zna­nej drogi.

Patrzeć na żoł­nie­rzy było i smutno i wesoło. Dzia­łały tu jakieś pstro­kate prawa żywego tłumu. Jedni masze­ro­wali lekko, żywo i wręcz wesoło, inni – wręcz prze­ciw­nie, szli ponuro, ze zmę­cze­niem i nie­chęt­nie. Jedni się śpie­szyli, wyry­wali z szyku gdzieś do przodu, inni ledwo wle­kli nogi po ziemi.

Droga wyło­żona bru­kow­cami była tylko jedna – w bok nie skrę­cisz. Dzień był upalny i duszny. Nie­któ­rym żoł­nie­rzom z braku wprawy zro­lo­wane koce ocie­rały i parzyły szyje, więc prze­kła­dali je bez końca na ramio­nach i krę­cili gło­wami. Spod heł­mów po skro­niach i policz­kach ście­kały strużki potu. Bluzy na ple­cach szybko namo­kły od potu i pociem­niały. Jedni zoł­nie­rze pod brze­mie­niem cię­żaru szli w mil­cze­niu, o niczym nie myśląc. Inni wręcz prze­ciw­nie, roz­ma­wiali, żar­to­wali, cie­sząc się, że skoń­czyli ze sta­rym życiem. U trze­cich na spo­co­nej twa­rzy gościła tęsk­nota i w myślach grze­bali sie­bie, żegna­jąc się z bli­skimi i z życiem. Jak widać, w kolum­nie mar­szo­wej byli różni ludzie, odziani w żoł­nier­skie mun­dury. Byli tu silni, trzy­ma­jący się pro­sto, byli i zgar­bieni, niczym na pogrze­bie. Nad drogą koły­sał się żywy potok żoł­nie­rzy. To roz­pły­wał się na całą sze­ro­kość do pobo­cza, to stło­czyw­szy się obok wybi­tej dziury, drep­tał w miej­scu.

Było gorąco, bez­chmur­nie i bez­wietrz­nie. Kurz z drogi wła­ził do oczu. Pach­niało cie­lęcą skórą, nową kie­rzą, uprzężą, dzieg­ciem zaprzę­gów i koń­skim łaj­nem.

W ruchu, w upale i w kurzu masze­ro­wali żoł­nie­rze i pocili się ze zde­ner­wo­wa­nia. U jed­nego hełm zsu­nięty na tył głowy, u innego – na nos. Spod heł­mów spo­zie­rały zaczer­wie­nione i spo­cone twa­rze. Kolumna poru­szała się to zwal­nia­jąc, to przy­śpie­sza­jąc kroku.

Potem, na fron­cie, na przy­fron­to­wych dro­gach, przy­swoją sobie swój nie­spieszny rytm i krok, pójdą bez szar­pa­niny, oszczę­dza­jąc siły. Pójdą powoli i jakby od nie­chce­nia, nie zacho­wu­jąc szyku i nie myląc kroku. Z cza­sem zapo­mną, jak żoł­nie­rze cho­dzą w nogę. „Raz, dwa, lewa!” – to nie na woj­nie. Potra­fić przejść pół setki kilo­me­trów bez odpo­czynku i posto­jów, w peł­nym opo­rzą­dze­niu – to, powiem wam, wyż­sza szkoła jazdy dla żoł­nie­rza.

Tym­cza­sem esze­lon stał na bocz­nicy towa­ro­wej19. Kom­pa­nia wyszła na zakręt drogi i wtedy zoba­czy­li­śmy sto­jący na torach skład. Ze dwa­dzie­ścia wago­nów towa­ro­wych, odkryte plat­formy i jeden zie­lony wagon pasa­żer­ski.

Dla żoł­nie­rzy i koni – dwu­osiowe wagony towa­rowe, na pod­wody, ładu­nek i kuch­nie – odkryte dwu­osiowe plat­formy. Zie­lony pasa­żer­ski – dla per­so­nelu medycz­nego i naszego sztabu. Wagony towa­rowe dla żoł­nie­rzy były wypo­sa­żone w dwu­po­zio­mowe drew­niane pry­cze z gru­bych nie­he­blo­wa­nych desek.

Żoł­nie­rzy usta­wiono wzdłuż pociągu i pozo­sta­wało tylko dowie­dzieć się, do jakiego wagonu trzeba ich pro­wa­dzić. Lecz skład nie był w pełni skom­ple­to­wany i trzeba było zmie­nić plan zała­dunku. Kiedy już wszystko było roz­dy­spo­no­wane i roz­pi­sane, żoł­nie­rze, prze­py­cha­jąc się, pobie­gli do wago­nów. Nie mogli się docze­kać, by wyrwać do przodu. Wła­żąc do wago­nów robili har­mi­der, roz­py­chali się i sprze­czali. Każdy sta­rał się zająć jak naj­lep­sze miej­sce. Niczym uczniaki na wycieczce, nie­do­rzecz­nie cze­piali się jeden dru­giego, pra­co­wali łok­ciami i toro­wali sobie drogę. Jakby to było ważne, gdzie im się na narach dosta­nie miej­sce. Wła­zili po nasy­pie, roz­po­ście­rali ręce, krzy­czeli, że tu zajęte i machali do swo­ich koleż­ków. Wszy­scy wrzesz­czeli i usi­ło­wali prze­krzy­czeć się nawza­jem.

Oto ludzi­ska! Jadą na front i nawet wten­czas nie chcą być stratni. Sta­ra­łem się utrzy­mać swo­ich żoł­nie­rzy i w szyku popro­wa­dzić do wagonu, w zor­ga­ni­zo­wany spo­sób wpu­ścić ich do środka dru­ży­nami. Ale gdzie tam! Utrzy­masz ich, skoro sąsied­nie plu­tony tłum­nie rzu­ciły się do schod­ków?

Kiedy wspią­łem się do wagonu, żoł­nie­rze zdą­żyli się roz­lo­ko­wać. Opa­dły namięt­no­ści i uspo­ko­ili się. Teraz, gdy wywal­czyli miej­sca leżące i każdy miał przy wez­gło­wiu worek i zro­lo­wany koc, zwy­czajne leże­nie na pry­czy zro­biło się mało cie­kawe. Teraz wszy­scy znowu zleźli na dół, poze­ska­ki­wali na zie­mię i grup­kami stali koło wagonu.

Kaza­łem star­szy­nie zago­nić wszyst­kich z powro­tem. Tym razem stało się dla nich istotne, by zająć miej­sce przy otwar­tych drzwiach wzdłuż schodka. Chcieli mieć dobry widok i wie­dzieć, co się dzieje na zewnątrz, kto cho­dzi wzdłuż składu i o czym dys­ku­tuje. Ster­czeli w drzwiach do czasu, aż wró­ci­łem od dowódcy kom­pa­nii i kaza­łem im zająć miej­sca na pry­czach. Dowódz­two zapra­gnęło spraw­dzić, czy w żoł­nier­skich wago­nach nie ma wol­nych miejsc.

– Na dole przy wago­nie może stać tylko star­szy sier­żant i ja, przy porę­czy w drzwiach – dyżurni plu­tonu!

Żoł­nie­rze nie­chęt­nie poleźli na pry­cze.

Wszy­scy żoł­nie­rze byli jed­na­kowo ubrani, choć odzież leżała na nich roz­ma­icie, a i cha­rak­te­rami też się róż­nili. Zdą­żyli dobrać się po dwóch, trzech i razem mościli się na pry­czach. A tak ogól­nie rzecz bio­rąc, to nie znali nawet swo­ich nazwisk. Byli wśród nich milcz­ko­wie i ponu­racy, byli, jak to bywa, gaduły i wier­ci­pięty. Ci wszę­dzie wty­kali swoje nosy. Bali się, że coś prze­ga­pią, wszę­dzie węszyli za korzy­ściami i nowin­kami, pchali się ze swo­imi radami. Choćby roz­mowa ich nie doty­czyła i nikt ich o radę nie pro­sił.

Patrzy­łem na wszyst­kich i zasta­na­wia­łem się: kto z nich stchó­rzy na fron­cie, kto roz­sieje panikę, porzuci ran­nego towa­rzy­sza, gdy zwie­rzęcy strach odej­mie mu rozum. Kto? Może tam­ten mil­czek albo ten spry­ciarz, a może – ten rudzie­lec z pie­gami na nosie? Teraz, kiedy do wojny nie tak daleko, po wyglą­dzie nie okre­ślisz, kto okaże się czło­wie­kiem, a kto będzie rato­wać skórę. Mia­łem mało czasu, by ich prze­stu­dio­wać i okre­ślić, kto jest do czego zdolny. Jak to leci w pio­sence? „Ten w pło­nący dom wej­dzie…”.

Na dole wzdłuż wago­nów bie­gali ofi­ce­ro­wie i łącz­nicy, przede­fi­lo­wali kole­ja­rze, pobrzę­ku­jąc maź­ni­cami i postu­ku­jąc w koła malut­kimi młot­kami na dłu­gich trzon­kach. Tu i ówdzie przy wago­nach drep­tały jesz­cze spóź­nione grupki żoł­nie­rzy. Na odkryte plat­formy doła­do­wy­wano jesz­cze skrzynki i tłu­moki. Sły­chać było krzyki, komendy i prze­kleń­stwa żoł­nie­rzy-tabo­ry­tów. Z jed­nej strony świ­sta­nie i krót­kie gwizdy paro­wozu, z dru­giej – głosy ludzi, rże­nie koni. Ludzi­ska, niczym mrówki, krzą­tali się koło esze­lonu, popę­dza­jąc i przy­na­gla­jąc się wza­jem­nie. Lecz oto, jak pierw­sza kro­pla desz­czu, prze­cią­gły gwizd paro­wozu pogo­nił wszyst­kich, któ­rzy teraz roz­bie­gli się do wago­nów. Wagony szarp­nęły, brzęk­nęły dźwięcz­nie sprzęgi i dzwo­nie­nie, jak echo, jak nara­sta­jący zardze­wiały zgiełk, prze­to­czyło się wzdłuż składu. Szarp­nię­cie za szarp­nię­ciem, skrzy­piąc i zgrzy­ta­jąc, wagony powoli ruszyły z miej­sca i poto­czyły się po szy­nach.

Wszy­scy ocze­ki­wali, że esze­lon poje­dzie w kie­runku Klina20, a ten, skrzy­piąc i postu­ku­jąc, wyto­czył się ku wyjaz­do­wemu sema­fo­rowi głów­nej linii. Paro­wóz prze­cze­pili z dru­giej strony i od razu zro­zu­mie­li­śmy, że skład skie­ruje się na Moskwę. Nikt nie wie­dział dokład­nie, jakiej trasy będzie się trzy­mać pociąg. Cho­dziły naj­roz­ma­it­sze słu­chy.

Pociąg nabrał pręd­ko­ści i obok wago­nów mignęły pola i lasy. Potem po dro­dze zaczęły tra­fiać się pery­fe­ryjne sta­cyjki i perony z ludźmi, cze­ka­ją­cymi na pod­miej­ską kolejkę. Nie dojeż­dża­jąc do Moskwy, esze­lon prze­je­chał na obwod­nicę21 i kołu­jąc po nie­koń­czą­cych się skrzy­pią­cych toro­wi­skach, wyje­chał na Licho­bory. Na obwod­nicy skład czę­sto sta­wał, cze­ka­jąc na swo­bodny prze­jazd22.

W Licho­bo­rach posta­li­śmy około godziny. Ktoś posta­no­wił wypu­ścić żoł­nie­rzy na peron, aby wydali pie­nią­dze, które mieli ze sobą. W bud­kach brali wszystko: jedni cia­steczka i cukierki, a nie­któ­rzy, oczy­wi­ście, flaszki z wódką i winem. Ten, kto na to pozwo­lił, popeł­nił gruby błąd. Po jakiejś pół godzi­nie w wago­nach huczała już pijacka zabawa.

Byłem młody i w kwe­stiach życio­wych spe­cjal­nie się nie orien­to­wa­łem. Nie dopil­no­wa­łem i nie byłem w sta­nie dostrzec, jak w Licho­bo­rach moi zoł­nie­rze prze­my­cili do wagonu z dzie­sięć bute­lek wódki i wina. Nie widzia­łem, jak spryt­nie wci­skali babom pie­nią­dze, a one, obró­ciw­szy w minutę, sprze­da­wały im z toreb butelki ze „świętą wodą”. Nie od razu zauwa­ży­łem zaczer­wie­nione gęby swo­ich ludzi. Sie­dzieli cicho i pocią­gali z bute­lek, wci­snąw­szy się głę­biej na pry­cze. Potem zna­lazł się jeden spry­ciarz, przy­wo­łał mnie i zapro­po­no­wał, abym dla kurażu wypił nieco czer­wo­niut­kiego winka.

– Wypij­cie, towa­rzy­szu porucz­niku! Skom­bi­no­wa­li­śmy dla was tro­chę czer­wo­nego cer­kiew­nego kagora! Wszyst­kie nasze chło­paki was pro­szą! O, popa­trz­cie, nawet i star­szyna!

Popa­trzy­łem w stronę star­szego sier­żanta, któ­remu ze szczę­ścia roz­pły­wała się gęba. Raz jesz­cze zer­k­ną­łem na swo­jego pomoc­nika dowódcy plu­tonu, obrzu­ci­łem uważ­nym spoj­rze­niem żoł­nie­rzy sie­dzą­cych na pry­czach i odwró­ci­łem się, nic nie mówiąc. Dla star­szyny moje mil­cze­nie było niczym poli­czek.

Wszy­scy od razu zro­zu­mieli, że nie pochwa­lam popi­jawy. Że wszystko to należy natych­miast zakoń­czyć, zanim dowie się o tym dowódca kom­pa­nii. Nie robi­łem wymó­wek star­szemu sier­żan­towi i żoł­nie­rzom, ale na jed­nym z posto­jów, zesko­czyw­szy z wagonu na zie­mię, dostrze­głem, jak w sąsied­nim plu­to­nie porucz­nik Łuko­nin stu­kał się kub­kami ze swo­imi żoł­nie­rzami. A potem, pod­czas jazdy, gdy sta­łem w otwar­tych drzwiach wagonu, opie­ra­jąc się na poprzecz­nej desce, zało­żo­nej w cha­rak­te­rze poprzeczki w otwo­rze drzwio­wym, ujrza­łem, jak w jadą­cym z tyłu wago­nie przez taką samą deskę prze­wie­szają się żoł­nie­rze – i rzy­gają.

„Sprawa jest poważna – pomy­śla­łem. – Jadą na front. Po dro­dze wszystko może się zda­rzyć, nie­wy­klu­czone jest bom­bar­do­wa­nie, w każ­dej chwili może nad­le­cieć nie­miec­kie lot­nic­two”. Nie rozu­mia­łem szcze­gól­nej rado­ści tych, któ­rzy urżnęli się bez żad­nego powodu. Nie znaj­do­wa­łem na to racjo­nal­nego wytłu­ma­cze­nia. Oczy­wi­ście nie mogłem kate­go­rycz­nie zabro­nić swoim żoł­nie­rzom nie brać do ust wina, kiedy cały esze­lon huczał, prze­krzy­ku­jąc się pijac­kimi gło­sami.

Mówiono, że jedną dywi­zje MWD23 wyła­do­wali z esze­lonu i zapro­wa­dzili do lasu, a żoł­nie­rze poło­żyli się na trawce i nie pomy­śleli, aby się oko­pać. Byli trzeźwi, nie tak jak ci. Przy­le­ciało nie­miec­kie lot­nic­two, roz­nio­sło cały las i wszyst­kich powy­bi­jało odłam­kami i drza­zgami z drzew.

Na jed­nym z posto­jów wezwano mnie do dowódcy kom­pa­nii, który był miły, choć na wskroś zasko­czony, iż z czte­rech dowód­ców plu­to­nów to ja byłem cał­ko­wi­cie trzeźwy. Porucz­nik sam nie przy­mie­rzał się w esze­lo­nie do wina, ale i mi nic na ten temat nie powie­dział. Po pro­stu zapa­mię­tał ów fakt na przy­szłość.

– Esze­lon pod­je­dzie do sta­cji Sie­li­ża­rowo, będziemy się wyła­do­wy­wać o świ­cie. Wyła­du­nek powi­nien się odbyć w spo­sób zor­ga­ni­zo­wany. Bez żad­nego zamętu i bie­ga­niny. Plu­tonu nie roz­pusz­czać, trzy­mać wszyst­kich w szyku! Z wagonu w szyku i od razu bie­giem na sta­cję! Twój plu­ton pój­dzie jako ostatni. Jeśli się odłą­czę, zastą­pisz mnie. Wszystko jasne?

– Pozwól­cie odma­sze­ro­wać.

– Wszyst­kie butelki wywa­lić po dro­dze! Przy wyła­dunku żadne flaszki nie mogą pozo­stać w wago­nach!

– Wszystko będzie zro­bione, towa­rzy­szu porucz­niku!

– Liczę na cie­bie. Marsz do swo­jego wagonu!

Nastrój mi się popra­wił i, stą­pa­jąc sze­roko, posze­dłem w kie­runku swo­jego wagonu. Oto mia­łem waż­kie potwier­dze­nie swo­jego sto­sunku do wódki i pijań­stwa moich żoł­nie­rzy.

Pod­nió­sł­szy nogę na dra­binkę, wsko­czy­łem lekko w otwarte drzwi, prze­sko­czy­łem nad deską-poprzeczką24 i zawo­ła­łem do sie­bie star­szego sier­żanta.

– Wezwał mnie do sie­bie dowódca kom­pa­nii i naka­zał skoń­czyć z winem. Jeśli za godzinę znajdę w wago­nie choć jedną butelkę alko­holu, miej pre­ten­sje do sie­bie. Daję ci dwa­dzie­ścia minut na wyko­na­nie roz­kazu dowódcy kom­pa­nii! I żad­nych dobi­tek i dopi­ja­nia! Zro­zu­mia­łeś? Dopil­nuj, żeby ani w wor­kach, ani w tor­bach na maski prze­ciw­ga­zowe, ani za pazu­chą nic u nikogo nie zostało!

– Wszystko będzie zro­bione, towa­rzy­szu porucz­niku!

Żoł­nie­rze, widząc ostry zwrot i nie cze­ka­jąc, aż star­szyna zacznie prze­trzą­sać ich worki, zaczęli wyrzu­cać butelki przez otwarte drzwi. Ciskali puste, nie­do­pite, rzu­cali i całe. Wzdy­chali, stę­kali, żar­to­wali i nawet jęczeli.

– To dopiero człeka szczę­ście spo­tka! Przej­dzie się skra­jem lasu wzdłuż nasypu, patrzeć, a pod nogami, jak boży dar, leży butelka z białą szyjką!

– Sły­szysz, Spi­ri­do­nicz?

– Dobra, prze­stań szcze­rzyć żeby, i bez cie­bie ciężko się na sercu robi!

– Nie, Spi­ri­do­nicz, ty tu nie kom­bi­nuj! Rzu­caj leciutko, mądrze, żeby się nie roz­biła, żeby czło­wiek mógł ją calutką zna­leźć! Ależ by dusza śpie­wała, gdyby takie coś mi się przy­tra­fiło po dro­dze!

– Wszyst­kie flaszki wywa­lić, zro­bię kon­trolę! – powie­dział star­szyna i dodał: – Jeśli u kogoś coś znajdę, roz­mowa będzie krótka! Zro­zu­mieli? Ruszać się szyb­ciej!

– Nie, ty sam posłu­chaj! Od takiego cze­goś można jąkałą zostać. Idziesz, idziesz, a tu calutka butelka wódki przed tobą leży!

Nad­cią­gnęła noc i spa­dła nie­po­strze­że­nie wraz z roz­mo­wami i rwe­te­sem. Żoł­nie­rze pozbyli się bute­lek, zale­gli na pry­czach i przy­ci­chli. Leżeli na narach nie roz­bie­ra­jąc się, pode­tknąw­szy pod głowy swoje worki i zro­lo­wane szy­nele.

Koła mia­rowo stu­kały na złą­czach szyn. Wyj­rzysz przez na wpół otwarte drzwi – a tu długi skład peł­znie po jed­no­to­ro­wym szlaku. Wagony koły­szą się, deski skrzy­pią, a esze­lon pędzi po szy­nach, to zwal­nia­jąc, to przy­spie­sza­jąc biegu.

Gdzieś pod Sie­li­ża­ro­wem powin­ni­śmy zająć obronę. Nie­miec pod­szedł do tej rubieży czy nie? Nocą pociąg kilka razy się zatrzy­mał. Paro­wóz gwał­tow­nie pry­chał, wyda­jąc krót­kie, piskliwe sygnały. Potem, naj­wy­raź­niej nabraw­szy sił, wyda­wał prze­cią­gły dźwięk, z wście­kło­ścią tar­gał wagony i wzdłuż składu nio­sło się gra­nie łań­cu­chów. Wagony szarp­nię­ciami ruszały z miej­sca i pociąg, ponow­nie nabie­ra­jąc pręd­ko­ści, jechał śpiesz­nie przed sie­bie.

Budzi­łem się kil­ka­krot­nie i za każ­dym razem sły­sza­łem to ude­rze­nia tale­rzy bufo­rów, to mia­rowy stu­kot jadą­cych kół, to abso­lutną ciszę i zgodne chra­pa­nie żoł­nie­rzy. Uno­si­łem głowę i patrzy­łem w otwór drzwi, gdzie na czar­nym tle prze­my­ka­ją­cej ziemi maja­czył szary kon­tur war­tow­nika, sie­dzą­cego przy wej­ściu. Albo spał na sie­dząco, albo po pro­stu się zamy­ślił, opu­ściw­szy głowę.

W wago­nie nie było świa­tła, nie pozwa­lano go palić. Postać war­tow­nika było widać wtedy, gdy palił. Po ogniku papie­rosa, zaci­śnię­tego w gar­ści, można było okre­ślić, w którą stronę się patrzy, czy sie­dzi, czy stoi. Dyżurni sie­dzieli w drzwiach bez słowa i albo palili, albo na wpół sen­nie kiwali gło­wami w takt jazdy. Sie­dzieli cicho i bez pośpie­chu dymili tyto­niem i wsłu­chi­wali się w dźwięki prze­my­ka­ją­cej nocy. Ale przez hałas stu­kotu kół i skrzy­pie­nia wagonu pew­nie nie da się usły­szeć ryku samo­lotu. Nocą prze­je­cha­li­śmy Zub­cow, zro­bi­li­śmy postój w Rże­wie i skrę­ciw­szy w bok na inny tor, poto­czy­li­śmy się na Tor­żok i Kuw­szy­nowo.

Gdzieś w Kuw­szy­no­wie do składu pod­cze­piono jesz­cze jeden paro­wóz. Poszło spraw­niej. A to dla­tego, że przez cały czas pełź­li­śmy pod górę. Nad ranem paro­wozy, dymiąc i wyrzu­ca­jąc iskry, nagle przy­śpie­szyły i pogwiz­du­jąc do sie­bie, zaczęły nabie­rać pręd­ko­ści. Po pra­wej i lewej stro­nie wesoło prze­my­kała linia lasu. Ciemne kształty pagór­ków i zagaj­ni­ków zakrę­ciły się to w jedną, to w drugą stronę. A wagony koły­sząc się pędziły po sta­lo­wym szlaku, poskrzy­pu­jąc i wzdy­cha­jąc, jak żywe.

Żoł­nie­rze pochra­py­wali na pry­czach. Nie wie­dzieli, że po raz ostatni sły­szą mia­rowy stu­kot kół, spa­zma­tyczny, gło­śny gwizd paro­wozu, pobrzę­ki­wa­nie łań­cu­chów, prze­raź­liwe skrzy­pie­nie bufo­rów, kole­ba­nie się roz­pę­dzo­nych wago­nów.

Przed świ­tem pociąg wyha­mo­wał, zadud­nił na zwrot­ni­cach wjaz­do­wych przy sema­fo­rze, pod­to­czył się do jakiejś sta­cji i zamarł w miej­scu. Potem jakby z nie­chę­cią cof­nął się i wzdłuż wago­nów zakrzą­tali się ludzie.

Począt­kowo trudno było się zorien­to­wać, co krzy­czeli. Ale oto wzdłuż składu poniósł się jeden, drugi roz­kaz. I wresz­cie, dono­śny głos gońca, który wsu­nął głowę w otwarte drzwi, obwie­ścił, że oto przy­je­cha­li­śmy i przy­stę­pu­jemy do wyła­dunku.

Trzeba było z wie­czora uprze­dzić swo­ich żoł­nie­rzy, żeby do ranka przy­go­to­wali całe swoje opo­rzą­dze­nie. Za to teraz grze­bali się z szy­ne­lami i pasami, heł­mami i wor­kami-ple­ca­kami. W tłu­mie ktoś może nawet zapo­mnieć o wła­snym kara­bi­nie, prze­cież nie są do nich przy­uczeni tak, jak od dzie­ciń­stwa uczono ich zakła­dać ran­kiem por­tki.

Trzeba powie­dzieć star­szy­nie, aby spraw­dził całe opo­rzą­dze­nie. A i tak, ku mojemu nie­za­do­wo­le­niu, ten sam natrętny i cwany żoł­nierz zna­lazł spo­sób, by pozo­sta­wić na pry­czy hełm i maskę prze­ciw­ga­zową.

Star­szy sier­żant podał komendę i zoł­nie­rze zgod­nie wysy­pali się z wagonu. Plu­ton usta­wił się i pośpie­szył poza gra­nice sta­cji. W mroku przed­świtu sły­chać było głosy, krzyki i tupot żoł­nie­rzy bie­gną­cych po ulicy.

Posła­łem łącz­nika do dowódcy kom­pa­nii i zaczą­łem cze­kać na usta­wie­nie się kom­pa­nii w szyku. Z ogól­nego ści­sku fur­ma­nek, koni i żoł­nie­rzy zaczęły stop­niowo oddzie­lać się plu­tony, pod­wody, kom­pa­nie i w końcu cały roz­ła­do­wany esze­lon wycią­gnął się na dro­dze w kolumnę mar­szową.

Przy wago­nach i odkry­tych plat­for­mach zostali jesz­cze ludzie, któ­rzy pako­wali ładunki na fur­manki i sta­czali po deskach na zie­mię cięż­kie kuch­nie.

Kom­pa­nia ruszyła i poszła w ślad za odcho­dzącą kolumną. Bru­ko­wana droga stop­niowo pięła się coraz wyżej i po jakimś cza­sie wyszli­śmy z obni­że­nia terenu na świat. Zza ple­ców dobiegł nas odgłos kilku gwizd­ków paro­wozu, niczym ostatni poże­gnalny głos żywego świata. Dźwięki te roz­to­piły się w przed­świ­cie.

* * *

Szli­śmy bru­ko­waną drogą, powoli pnąc się pod górę. Przed nami stop­niowo zaczy­nał roz­ta­czać się odle­gły i mroczny hory­zont. Wspiąw­szy się na grzbiet, po raz pierw­szy ujrze­li­śmy nie­koń­czącą się dal. Pierw­sze spoj­rze­nie zawsze pozo­sta­wia w pamięci nie­za­tarty obraz. Z każ­dym kro­kiem odda­la­jąc się od Sie­li­ża­rowa, szli­śmy w mil­cze­niu, nie zmie­nia­jąc i nie przy­spie­sza­jąc kroku.

Kolumna roz­cią­gnęła się na dro­dze i podzie­liła. W końcu jedna z kom­pa­nii skrę­ciła w bok, a my dalej szli­śmy gdzieś przed sie­bie. Każda z kom­pa­nii samo­dziel­nie wybie­rała swoją mar­szrutę. Szli­śmy po nie­rów­nej nawierzchni nie­zbyt sze­ro­kiej drogi, postu­ku­jąc żela­znymi gwoź­dziami butów. Obok, powoli, zamie­nia­jąc się miej­scami, prze­pły­wały pola i lasy. Żoł­nie­rze roz­glą­dali się na boki, sądząc, że zbli­żają się do linii frontu, ale wokół wciąż było po sta­remu, cicho i ponuro. Cisza! Zło­wiesz­cza cisza! Wokół pano­wał taki spo­kój, takie mil­cze­nie, iż wyda­wało się, że po zgrzy­cie i stu­ko­cie kół pociągu towa­ro­wego teraz dzwoni nam w uszach. Łoskot pociągu i hałas ludz­kich gło­sów zostały daleko z tyłu.

Szary pora­nek powi­tał nas chło­dem i drob­nym desz­czem. Bru­ko­wana jezd­nia skoń­czyła się i szli­śmy po grun­to­wej dro­dze.

Jeśli idący na czele dowódca kom­pa­nii nie przy­śpie­sza kroku, ozna­cza to, że trzeba będzie daleko iść. Dłu­gie odcinki woj­ska zwy­kle poko­nują bez pośpie­chu, oszczę­dza­jąc siły, roz­kła­da­jąc je na całą mar­szrutę.

Doświad­czony dowódca zaraz po wymar­szu podaje nie­śpieszny i mia­rowy krok. Choć pod­czas mar­szu szyk szybko się łamie, to nie ma zna­cze­nia, czy ktoś idzie na prze­dzie, czy wle­cze się z tyłu, powłó­cząc nogami. Sze­dłem z tyłu i pil­no­wa­łem, aby nikt się nie odłą­czał. Otrzy­ma­łem pole­ce­nie roz­glą­da­nia się za żoł­nie­rzami pozo­sta­ją­cymi w tyle. Zdej­mo­wa­łem bagaż z ramion spóź­nial­skiego żoł­nie­rza, usa­dza­łem go na pod­wo­dzie i wra­ca­łem na koniec szyku. Po jakimś cza­sie wypo­częty żoł­nierz ruszał, aby dogo­nić swo­ich towa­rzy­szy, a jego miej­sce na fur­mance zaj­mo­wał nowy, który opadł z sił.

Nie­da­leko od drogi, po pra­wej stro­nie, uka­zała się wieś. Szare dachy, kryte desz­czuł­kami, przy­le­piały się do sie­bie. Cha­łupy stały bez żad­nego ładu i składu. Gdy zrów­na­li­śmy się z domami, zauwa­ży­li­śmy, że nie roz­lega się pia­nie kogu­tów, w ogóle nie sły­chać szcze­ka­nia psów, że ni­gdzie nie prze­my­kają kobiety z wia­drami, a na pło­tach nie wiszą gli­niane garnki. Miało się wra­że­nie, że wieś wymarła od jakiejś strasz­nej zarazy.

Pomy­śla­łem, że naj­praw­do­po­dob­niej miesz­kań­ców wsi ewa­ku­owano. Czy wojna jest bli­sko? Czy gdzieś obok prze­biega linia frontu? Według mojej rachuby, zdą­ży­li­śmy przejść około trzy­dzie­ści kilo­me­trów. Za wsią ponow­nie uka­zał się las, a za lasem – pole. Droga skrę­ciła ostro w lewo i pobie­gła w dół. Poszli­śmy po roz­sy­pa­nym chru­ście, omi­ja­jąc bagno i weszli­śmy w rzadki las. Krzaki i trawa, błoto i zie­mia, sze­ro­kie pasy usu­nię­tej darni, hałdy nawa­lo­nych po budo­wie śmieci, pia­sku i tłucz­nia, pod­mo­kłe worki z sza­rym cemen­tem – wszystko to były ślady jakichś robót budow­la­nych. Tu ryli, tam kopali, gdzie indziej osa­dzali bier­wiona i sta­wiali słupy, lali beton, sypali pia­sek, rów­nali zie­mię, ukła­dali darń, przy­bi­ja­jąc ją drew­nia­nymi koł­kami. Tutaj prze­biegała linia obrony. Przy­by­li­śmy na przedni skraj rejonu umoc­nio­nego25. Po krót­kiej nara­dzie z dowód­cami plu­to­nów, dowódca kom­pa­nii oznaj­mił:

– Map rejonu do ręki nie dosta­nie­cie, dowód­com plu­to­nów nie przy­słu­guje. Pój­dziemy zapo­znać się z oko­licą, obej­dziemy na pie­chotę cały sek­tor obrony.

I popro­wa­dził nas po pierw­szej linii kom­pa­nii. Gęsiego prze­dzie­ra­li­śmy się przez gęste kępy krze­wów i drzew, pochy­leni prze­ska­ki­wa­li­śmy nad tran­sze­jami, nie­od­łącz­nie kro­cząc za nim. Wspi­na­li­śmy się na nasypy, prze­ska­ki­wa­li­śmy rowy łącz­ni­kowe i w nie­dłu­gim cza­sie obe­szli­śmy cały sek­tor obrony kom­pa­nii. Teraz, uści­śliw­szy gra­nice podziału plu­to­nów, sek­tory ostrzału i obser­wa­cji, mie­li­śmy roz­pro­wa­dzić swo­ich żoł­nie­rzy po oko­pach.

Roz­kaz do zaję­cia obrony jesz­cze nie nad­szedł, dla­tego urzą­dze­nie i dopo­sa­że­nie pozy­cji nie nale­żało do nas. Plu­tony miały roz­środ­ko­wać się na całej sze­ro­ko­ści odcinka i cze­kać roz­kazu bojo­wego z góry. Zaję­li­śmy nie­wielką zie­miankę, wysta­wi­łem warty, wyzna­czy­łem zmiany war­tow­ni­ków i usta­li­łem plan dnia. Na to wszystko nie zej­dzie za wiele żoł­nier­skiego czasu. Żoł­nie­rze są w woj­sku rap­tem od tygo­dnia, nie są przy­zwy­cza­jeni do polo­wego życia na wol­nym powie­trzu. Wszystko robią nie tak i bar­dzo powoli, czę­sto dys­ku­tują i dają nie­po­trzebne rady.

W cza­sie prze­mar­szu czte­rech żoł­nie­rzy obtarło nogi, nie­umie­jęt­nie i w pośpie­chu zawi­ja­jąc onuce. Do zajęć szko­le­nio­wych i przy­go­to­wa­nia bojo­wego nie doszli­śmy, a teraz istot­nym było, aby przy­zwy­czaić żoł­nie­rzy do rytmu życia w warun­kach polo­wych. Pod wie­czór nie­któ­rzy z nich zaczęli popa­try­wać na drogę, zakła­da­jąc, że na noc­leg popro­wa­dzą ich do wsi. Nie brali pod uwagę, iż zostaną na noc po pro­stu na ziemi i będą leżeć na dnie wil­got­nego okopu. Nie sądzili, że od teraz ich domem i pościelą będzie wyłącz­nie zie­mia.

Oko­powe życie zaczęło się dla żoł­nie­rzy jakoś tak od razu, bez żad­nych wstę­pów i przy­go­to­wa­nia. Cały plu­ton nie mógł pomie­ścić się w zie­miance, część ludzi pozo­stała na noc w odkry­tych oko­pach bez dasz­ków. Na miej­sce noc­legu każdy mógł przy­nieść sobie narę­cze chru­stu albo słomy, jeśli gdzieś pod bokiem była szansa na ich zna­le­zie­nie.

Jesz­cze wczo­raj, leżąc w wago­nie na suchych, chro­po­wa­tych i nie­he­blo­wa­nych deskach, pocią­gali z szyjki słod­kawy port­wajn, palili papie­rosy i bez­tro­sko wypusz­czali pod sufit tyto­niowy dym. Dzi­siaj, umę­czeni for­sow­nym mar­szem, tra­fili do wil­got­nych i lep­kich oko­pów. Z braku przy­zwy­cza­je­nia ręce i nogi zro­biły się cięż­kie, bolał grzbiet i szyja, a zdjąć coś z sie­bie i cisnąć na zie­mię żoł­nie­rzowi nie było wolno. W co tam żoł­nierz obuty, w tym się kła­dzie! No i lepiej niech jesz­cze moc­niej ści­ska swój kara­bin. Tu nie będziesz się kotło­wać objęty z babą w mięk­kiej pościeli!

Tu trze pas, tu uwiera szelka od maski prze­ciw­ga­zo­wej, wrzy­nają się w plecy postronki od worka-ple­caka, ramię rani pas nośny od kara­binu i nie można ich ani zrzu­cić, ani zdjąć. Wszystko, co nało­żyli i powie­sili na żoł­nie­rzu, to jak pie­przyki na wła­snej skó­rze, nie zdej­muje się ich na noc, gdy idzie się spać. A tu hełm, maska prze­ciw­ga­zowa, kara­bin, ładow­nica wypchana nabo­jami, pas, łopatka saper­ska, worek na plecy, manierka, kubek, menażka, para gra­na­tów, nie­na­ru­szalny zapas sucha­rów, zapa­sowe onuce, kawa­łek mydła i inne graty. Wszystko to żoł­nierz powi­nien nosić na sobie razem z butami, szy­ne­lem i wła­snym cia­łem, dopóki go nie zabiją, dopóki nie wycią­gnie gdzieś nóg. Od teraz powi­nien w tej uprzęży cho­dzić, jeść, spać, stać, sie­dzieć, bie­gać, peł­zać, strze­lać. Żoł­nierz powi­nien zawsze być w peł­nym opo­rzą­dze­niu, nawet ogłu­szony, prze­bity kulą, roze­rwany bombą na drobne kawałki. Żoł­nierz morze się oswo­bo­dzić od amu­ni­cji i cię­żaru tylko wtedy, gdy go zabiją. Dopiero wtedy będą mu prze­szka­dzać i można rzec, że wtedy się bez nich w pełni obej­dzie. Ale wszystko to cze­kało żoł­nierza w przy­szło­ści, a ten dzień był dopiero począt­kiem.

Teraz żoł­nie­rze padali ze zmę­cze­nia na dno wil­got­nych oko­pów i tran­szei. Myśleli tylko o tym, żeby się roz­luź­nić. Obo­jętna była im ota­cza­jąca ich przy­roda, kwit­nąca jesień, pło­nące pur­pu­ro­wym ogniem wierz­chołki wiej­skich chat i sina dal. Na uczelni ganiano nas bez­li­to­śnie pocho­dami i for­sow­nymi mar­szami – co jak co, ale w sen­sie fizycz­nym sta­li­śmy krzepko na nogach. Przejść trzy­dzie­ści wiorst – to dla mnie sama przy­jem­ność, żad­nego zmę­cze­nia. Cho­dzi­łem jak na sprę­ży­nach.

Od rana pod­łą­czy­łem żoł­nie­rzy do roboty. Niczego nie poj­mu­jąc, ryli w ziemi. Wie­dzia­łem z doświad­cze­nia, że żoł­nie­rzom trzeba od razu narzu­cić rytm pracy i suro­wego reżimu. Przede wszyst­kim – nie pozwo­lić żoł­nie­rzowi roz­luź­nić się i oklap­nąć. Czeka nas nie­mało cięż­kich przejść i po każ­dym trzeba mieć zapas sił. W tym naj­pew­niej tkwi mądrość fizycz­nego zahar­to­wa­nia żoł­nie­rza. Teraz, kiedy kom­pa­nia wyszła na rubież obronną, sytu­acja mogła ulec zmia­nie w każ­dej chwili, o czym uprze­dził mnie dowódca kom­pa­nii.

Sta­li­śmy na zbo­czu wzgó­rza, a przed nami w pod­mo­kłym obni­że­niu terenu widać było ubar­wiony jesie­nią las. Za lasem w każ­dej chwili mogli poja­wić się Niemcy, ale na razie tam, przed nami, było spo­koj­nie i cicho.

Wie­czo­rem, gdy wezwano mnie do dowódcy kom­pa­nii, usły­sza­łem tam roz­mowę na temat Niem­ców. Ofi­cer przy­były ze sztabu bata­lionu opo­wia­dał, że konno poje­chali jakieś dwa­dzie­ścia kilo­me­trów do przodu i na zacho­dzie sły­szeli huk arty­le­rii. Działa strze­lały sal­wami. Praw­dziwa kano­nada! Słowo „kano­nada” w opo­wie­ści ofi­cera brzmiało poważ­nie i ciężko. Ja sam ni­gdy nie sły­sza­łem dud­nie­nia arty­le­ryj­skiej kano­nady i mogłem sobie ją tylko wyobra­zić na pod­sta­wie fabuły kino­wej. A ów nie­zna­jomy ofi­cer sły­szał ją z oddali. Miał wyjąt­kowe szczę­ście! Zdą­żył pobyć na linii frontu i ognia26.

Wró­ciw­szy na pozy­cje swo­jego plu­tonu, wezwa­łem star­szego sier­żanta. Popa­trzy­łem na niego i oznaj­mi­łem:

– Ludzie sły­szeli z przodu kano­nadę!

– To na pewno nasi! – obwie­ścił star­szyna z prze­ko­na­niem.

– Ja też tak myślę – zgo­dzi­łem się – ina­czej być nie może! Urzą­dzić kano­nadę mogli tylko nasi!

Przy­po­mniało mi się, że jako mały chło­pak bawi­łem się w wojnę. „Ty po jakiej stro­nie?”, „Ja po stro­nie czer­wo­nych!”

– Wszy­scy chcieli być po stro­nie czer­wo­nych – powie­dzia­łem na głos w zadu­mie.

– Dla­czego czer­wo­nych? – zapy­tał star­szyna.

– A tak, nic takiego! – odpo­wie­dzia­łem z wes­tchnie­niem.

By­naj­mniej nie przy­pusz­cza­łem, że na fron­cie zachod­nim nie mamy ani poci­sków, ani arty­le­rii. W przy­fron­to­wych maga­zy­nach wogóle nie było amu­ni­cji, a u cofa­ją­cych się żoł­nie­rzy dawno skoń­czyły się naboje do broni ręcz­nej. Oto dla­czego wielu z tych, któ­rzy ucie­kali i cofali się przed Niem­cami, porzu­ciło swoje kara­biny.

Minęło parę dni i zza lasu, gdzie, według rela­cji ofi­cera ze sztabu, grzmiała kano­nada, poja­wiły się malut­kie grupy żoł­nie­rzy. Szli bez masek prze­ciw­ga­zo­wych, bez heł­mów i bez kara­bi­nów, w roz­pię­tych szy­ne­lach – jak to mówią, dusza na wierz­chu. Gdy ich zatrzy­ma­li­śmy i zapy­ta­li­śmy, kim są i skąd idą, gdzie teraz trwa bój i dudni nasza kano­nada, bar­dzo się zdzi­wili i prze­cząco pokrę­cili gło­wami.

– Stam­tąd idziemy! – i w nie­okre­ślony spo­sób poka­zali w stronę lasu.

– Żad­nej kano­nady tam nie było – odpo­wie­dział sier­żant.

Niczego kon­kret­nego o bojach i o naszej arty­le­rii powie­dzieć nie byli w sta­nie. Szli przez lasy i błota, bez jedze­nia i bez tyto­niu. Prze­cho­dzili przez dużą wieś i widzieli, jak miesz­kańcy wycią­gali z koł­cho­zo­wych spi­chle­rzy ziarno i wywo­zili je na fur­man­kach do swo­ich domów. We wsi wzbo­ga­cili się o dwie piętki chleba. Miej­scowi brali ziarno bez skrę­po­wa­nia, nie kry­jąc się. Jak mówili, zabie­rają swoją krwa­wicę, zdo­bytą pracą.

– Koł­cho­zo­wych ziem­nia­ków nie kopią – wyja­śnił opo­wia­da­jący. – Zimą zostaną na polach, swo­ich po ogród­kach pełno.

„Co to takiego? – pomy­śla­łem. – Bez­rząd i powrót do pry­wat­nej wła­sno­ści, do indy­wi­du­al­nej gospo­darki?”

– Dopóki byli swoi, gospo­darka była wspólna. A teraz każdy sam dla sie­bie! – powie­dział żoł­nierz w roz­pię­tym szy­nelu.

– We wsi baby i dziad­ko­wie bez ogró­dek cho­dzą po ziarno, a chłopy i mło­dzieńcy w wieku pobo­ro­wym po cha­łu­pach się cho­wają. W oczy nie lezą. Wojnę we wsi chcą prze­cze­kać. – wyja­śnił jeden z żoł­nie­rzy.

– A czemu ich wcze­śniej nie ewa­ku­owali? – zapy­tał któ­ryś z naszych żoł­nie­rzy. – Tutaj w oko­licy wszyst­kich ze wsi wywieźli!

– My o tym nic nie wiemy!

Wycho­dzą­cym z okrą­że­nia poka­zano drogę na Sie­li­ża­rowo, gdzie znaj­do­wały się sztaby i pod­od­działy tyłowe i gdzie na poste­run­kach trwała radziecka wła­dza.

Wysta­raw­szy się u naszych chło­pa­ków o chleb na drogę i garść machorki na wszyst­kich, „okru­żeńcy” ruszyli drogą na Sie­li­ża­rowo.

* * *

Noc minęła nie­spo­koj­nie. W duszy pozo­stał zamęt i nie­przy­jemny nie­po­kój. Wokół było po sta­remu cicho i z woj­sko­wego punktu widze­nia naj­zu­peł­niej spo­koj­nie. Nie wie­dzie­li­śmy, że przed nami naszych wojsk już dawno nie ma.

Ran­kiem nad pozy­cjami znowu poja­wiły się desz­czowe chmury. Ude­rzył gromki grzmot i prze­to­czył się nad lasem. Być może nasz ofi­cer ze sztabu pomy­lił ude­rze­nia pio­ru­nów z fron­tową kano­nadą i „zale­wał” nam w kwe­stii pierw­szej linii? Zaczął sią­pić kapu­śnia­czek. Nad zie­mią zawi­sła siwa nie­prze­nik­niona mgła.

Po raz pierw­szy widzia­łem, aby kudłate ciemne chmury zacze­piały ogo­nami o zie­mię. I wtedy sobie przy­po­mnia­łem. Prze­cież znaj­do­wa­li­śmy się na Grzę­dzie Wał­daj­skiej. Plu­ton zaj­muje pozy­cje pomię­dzy jezio­rami Sig i Wołgo. Z tyłu za nami bie­gnie szosa Ostasz­ków – Sie­li­ża­rowo, a we wsi Janowo roz­lo­ko­wał się nasz dowódca kom­pa­nii. Znaj­do­wa­li­śmy się na linii obrony, która prze­cho­dziła skra­jem wsi Wią­zow­nia27.

Z przodu las. Za lasem – droga i wsie Jasień­skie, Pusto­sza i Sie­mie­nowo. Za drogą wzgó­rze 288, a dalej wieś Kosa­rowo i linia kole­jowa ze sta­cją Sigowo28.

U ofi­cera szta­bo­wego, gdy przy­jeż­dżał, oglą­da­łem mapę. Naszki­co­wa­łem plan oko­licy bez nano­sze­nia schro­nów bojo­wych i rubieży obrony. Zgod­nie z ogól­nym sche­ma­tem obrony rejonu umoc­nio­nego, plu­ton nie zaj­mo­wał naj­bar­dziej wysu­nię­tej linii oko­pów i DOT-ów. Dowie­dzia­łem się, że wypro­wa­dzono nas na tę rubież tym­cza­sowo. Budowle inży­nie­ryjno-for­ty­fi­ka­cyjne na tej linii nie były jesz­cze gotowe. Mie­li­śmy doglą­dać jako­ści robót i odbie­rać od budow­ni­czych każdy obiekt. Pil­no­wa­li­śmy jako­ści betonu, czy­sto­ści sypa­nego żwiru, uży­tecz­no­ści sza­lun­ków, gru­bo­ści beto­no­wych stro­pów.

Nikt nie wie­dział, że za tydzień ze sztabu frontu nadej­dzie roz­kaz, aby w try­bie pil­nym prze­rzu­cić nas na inny odci­nek rejonu umoc­nio­nego, w oko­lice Syczewki29. Przez wiele dni będziemy musieli iść pie­szo przez lasy, pola i wsie po roz­jeż­dżo­nych i zala­nych desz­czem i bło­tem dro­gach. Będziemy poko­ny­wać stro­mi­zny i spadki terenu, aż na koniec, 20 wrze­śnia30, wyj­dziemy na lewe skrzy­dło naszego rejonu umoc­nio­nego, gdzie wśród wielu wsi jedną nazy­wają Szen­tra­pa­łowką.

Fak­tycz­nie, po tygo­dniu otrzy­ma­li­śmy roz­kaz, aby się zwi­jać i masze­ro­wać w naka­zany rejon. Wyleź­li­śmy na górę z rowów łącz­ni­ko­wych i pokrę­ci­li­śmy się u obwi­słych krze­wów. Usta­wiw­szy żoł­nie­rzy tyle o ile, poda­łem komendę:

– Na wprost, marsz! – i plu­ton ruszył, idąc po dro­dze na nowe miej­sce.

Obra­li­śmy kie­ru­nek na Jazowo, gdzie cze­kał na nas dowódca kom­pa­nii. Zbli­żyw­szy się do jazow­skich cha­łup, zatrzy­ma­li­śmy się przy skraj­nej cha­cie koło ganku. Na miej­scu tło­czył się naród, nasza brać i miej­scowi miesz­kańcy. Na ganku stali i sie­dzieli chło­paki z trze­ciego plu­tonu. To byli zoł­nie­rze Łuko­nina, a wśród nich kilka miej­sco­wych dam. Prze­miłe kobietki, w kafta­nach okry­tych barw­nymi chu­s­tami, sie­działy na balu­stra­dzie i machały nogami. Na ulicy było ciemno. Kolo­rów na sza­lach nie było widać, dziew­czyny sie­działy przy­ci­śnięte do żoł­nie­rzy i nie­kiedy śpie­wa­jąco mówiły:

– Oj! Aj! – i bez prze­rwy piskli­wie chi­cho­tały.

Żoł­nie­rze bar­dziej posu­nięci w latach, ci starsi, trzy­mali się na ubo­czu. Dymili skrę­tami i spo­zie­rali na balu­strady.

Zatrzy­ma­łem swo­ich żoł­nie­rzy przy ganku, wspią­łem się po stop­niach i wsze­dłem do cha­łupy, by zamel­do­wać porucz­ni­kowi, iż przy­był czwarty plu­ton w peł­nym skła­dzie.

– Trzeba będzie zacze­kać, porucz­niku, jesz­cze nie wszy­scy są na miej­scu! Jak tylko wszy­scy podejdą, wyjdę na ganek i wydam komendę na zbiórkę kom­pa­nii.

– Mogę wyjść na ulicę?

– Tak! Idź, baw się!

Wysze­dłem z cha­łupy, zsze­dłem z ganku i powie­dzia­łem star­szy­nie:

– Niech nikt się nie roz­cho­dzi! Zbiórka kom­pa­nii będzie tu, na miej­scu! Ja się przejdę, dopil­nuję pod­wód. Zosta­jesz w moim zastęp­stwie!

Posze­dłem wzdłuż wsi ku sto­do­łom, gdzie roz­ło­żyły się tabory kom­pa­nii. Wieś nie­duża, wszyst­kie domy stoją po jed­nej stro­nie. Droga bie­gnie pochyło i domy schod­kowo pod­no­szą się ku górze. Zapy­ta­łem żoł­nie­rza-woź­nicę, czy wszystko jest gotowe, ponie­waż znowu będę szedł z tyłu i zbie­rał żoł­nie­rzy, któ­rzy pozo­staną w tyle za kom­pa­nią. Prze­sze­dłem się po wsi, po pro­stu tak, bez celu, zapa­li­łem papie­rosa i wró­ci­łem.

Niebo było ciemne, zakryte gęstymi chmu­rami. Niech no tylko wyda­dzą komendę, by iść bez mapy bez stycz­no­ści z kom­pa­nią, to w takiej ciem­nicy można z łatwo­ścią zgu­bić drogę. Kom­pas w map­niku jest, a mapy na całą mar­szrutę nie ma. Na wszelki wypa­dek trzeba prze­pa­trzeć drogę na mapie dowódcy kom­pa­nii. Kiedy pod­sze­dłem do ganku, dwie pan­nice już się krę­ciły koło moich żoł­nie­rzy. Coś tam mówiły i machały rękami. „Bra­kuje har­moszki” – pomy­śla­łem.

Młodsi żoł­nie­rze byli oży­wieni. Ale oto na ganek wybiegł łącz­nik i prze­ka­zał roz­kaz dowódcy kom­pa­nii, by usta­wiać się na zbiórkę. Zoł­nie­rze nie­rów­nymi sze­re­gami ruszyli po grzą­skiej i śli­skiej ziemi, zosta­wiw­szy dziew­częta na progu w mroku nocy, nie objąw­szy ich na poże­gna­nie i nie powie­dziaw­szy im ser­decz­nych słów. Na ganku poja­wił się dowódca kom­pa­nii.

Plu­ton dołą­czył z tyłu kom­pa­nii, przy­ją­łem sto­sowne pole­ce­nie na oko­licz­ność pozo­sta­ją­cych w tyle żoł­nie­rzy i kom­pa­nia powoli, koły­sząc się, zaczęła prze­miesz­czać się pod górę po roz­my­tej desz­czem dro­dze.

W ciem­no­ści upar­cie prze­bie­ra­li­śmy nogami i wkrótce dotar­li­śmy do kolej­nej wsi. Minąw­szy ją, zaczę­li­śmy ponow­nie iść pod górę. Dopiero gdy wkro­czy­li­śmy na bru­ko­waną drogę, przy­ję­li­śmy mia­rowy krok, rusza­jąc pew­nie, czu­jąc pod sto­pami twarde pod­łoże. Na błoto i kałuże nikt już nie zwra­cał uwagi. Szli­śmy na prze­łaj, bry­zga­jąc to wodą, to bło­tem. I kiedy star­szyna podał komendę do śpiewu, plu­ton, roz­ko­ły­su­jąc się i rów­na­jąc krok, zacią­gnął żoł­nier­ską pieśń.

Gdy idziesz w rytm żoł­nier­skich gło­sów, kiedy wsłu­chu­jesz się w słowa zapie­wajły, w nie­równy stu­kot butów, to zapo­mi­nasz o dro­dze, o wodzie, o kału­żach i bło­cie. I o zmę­cze­niu, poko­na­nych kilo­me­trach i dłu­giej dro­dze, która jesz­cze cię czeka. Jeśli żoł­nie­rze roz­śpie­wają się z wła­snej woli, to po pierw­szej mar­szo­wej pio­sence nastę­puje kolejna. Tak masze­rują pośród nocy, pogwiz­du­jąc sto­sowne kuplety. Ale wystar­czy zro­bić po dro­dze nie­wielki postój, to wycho­dzą potem na drogę w mil­cze­niu, z nie­chę­cią stają w szyku i potem już w mar­szu nie śpie­wają. Zapie­wajła zanuci swój pierw­szy kuplet, a pod­cią­gnąć nie ma komu, nikt nie chce i wycho­dzi tak, że ode­zwał się niczym kogut. Zaśpie­wał, a po nim choćby potop!

Po dro­dze kom­pa­nia prze­szła porzu­coną wieś. W ciem­no­ści stały chaty, kry­jąc się jedna za drugą. Pośród cha­łup krę­ciły się nie­wy­raźne posta­cie żoł­nie­rzy, dobie­gał odgłos ści­szo­nych roz­mów, pobrzę­ki­wa­nie uprzęży i par­ska­nie koni. Nasze służby tyłowe i tabo­ryci bata­lionu zbie­rali się do dal­szej, nie­ła­twej drogi. Tu i ówdzie pośród nie­zgrab­nych cha­łup migały ogienki papie­ro­sów i dzięki nim można było dostrzec, ilu się tam tło­czyło ludzi. W ciem­no­ści sły­chać było trza­ska­nie drzwi, skrzy­pie­nie otwie­ra­nych wie­rzei i tupot żoł­nier­skich nóg na schod­kach. Wszyst­kich sku­pisk nie można było dostrzec, noc odgra­dzała od nas ludzi i fur­manki.

Powie­trze było zimne i wil­gotne. W zagłę­bie­niach terenu i wzdłuż skraju lasu zbie­rała się gęsta mgła. Bli­żej nocy w powie­trzu poja­wił się chłód.

I oto wio­ska została z tyłu. Przed nami i po bokach, gdzie nie spoj­rzeć, wszę­dzie mrok i niczego nie widać. Czu­jesz pod nogami drogę, a zakrę­tów nie widzisz. Droga to wspina się na pagó­rek, to pełź­nie w dół i opada w zagłę­bie­nie terenu. Nie­wy­raźne kształty linii lasu prze­su­wają się do tyłu. Droga mean­druje w nie­prze­nik­nioną ciem­ność lasu i ponow­nie wybiega w szarą zasłonę pól i krze­wów. A nie­koń­czące się dale hory­zontu, które zadzi­wiały nas poprzed­niego dnia, teraz są nie­wi­doczne. Stra­ciw­szy rachubę czasu i poko­na­nych kilo­me­trów, nie byłem w sta­nie dokład­nie okre­ślić, gdzie się w danej chwili znaj­du­jemy. My, porucz­nicy, nie posia­da­li­śmy zegar­ków, by okre­ślać czas według wska­zó­wek.

Według zegarka można by obli­czyć, ile prze­szli­śmy i w któ­rym punk­cie drogi się znaj­du­jemy. Mówią, że u Niem­ców wszy­scy żoł­nie­rze mają zegarki. A tutaj drep­czesz drogą i nie wiesz, ile jesz­cze przyj­dzie ci iść.

Już dawno zauwa­ży­łem, że jeden z żoł­nie­rzy zaczął zosta­wać w tyle za plu­to­nem. Gdy zaczy­nał odsta­wać, przy­spie­szał kroku i doga­niał idą­cych z tyłu żoł­nie­rzy. Pod koniec mar­szu zaczął to robić czę­ściej. Zrów­na­łem się z nim i spoj­rza­łem mu w twarz. To był star­szy wie­kiem żoł­nierz, nie­wiel­kiego wzro­stu. Uty­kał jakoś tak nie­na­tu­ral­nie, sta­ra­jąc się prze­nieść cię­żar ciała na piętę. Oce­ni­łem, że zapewne obtarł nogi i zwró­ci­łem się do niego:

– Ty co, bra­cie, nie umiesz wią­zać onuc?

– Nie, towa­rzy­szu porucz­niku. Nie mam pal­ców w pra­wej nodze!

– Że niby jak nie masz?

– Odcięli mi palce w szpi­talu. Kiedy jesz­cze byłem młody. Mocno je odmro­zi­łem, to i obcięli!

– Prze­pra­szam, ale jak ty tra­fi­łeś na front?

– Nie wiem. Na komi­sji powie­dzieli „zdolny”.

– Jaki zdolny? Może do służby na tyłach to się nada­jesz. A u nas nawet star­szych wie­kiem żoł­nie­rzy, byle z rękami i nogami, uważa się za zdol­nych do służby na woj­nie.

– Palce u rąk mam. Strze­lać mogę. Powie­dzieli, że będę sie­dzieć pod zie­mią w schro­nie, tam cho­dzić nie ma potrzeby.

– Ale gadka! Mówi­łeś na komi­sji, że ci bra­kuje pal­ców u nogi? Poka­zy­wa­łeś nogę leka­rzom?

– Myśla­łem, że sami to wie­dzą.

– A więc tak! Do Sie­li­ża­rowa zostało dwie godziny mar­szu, właź na wóz! Doje­dziesz na miej­sce – pój­dziesz do bata­lio­no­wej kom­pa­nii sani­tar­nej. Powiesz, że cię ode­sła­łem na komi­sję lekar­ską, poka­żesz im nogę. Rozu­miesz?

– Dobrze, towa­rzy­szu porucz­niku!

– Nie „dobrze”, ale „tak jest, na komi­sję lekar­ską”. Tak trzeba odpo­wia­dać.

– Tak jest!

Wzią­łem od niego kara­bin, maskę prze­ciw­ga­zową i maga­zynki, poło­ży­łem na kom­pa­nijną pod­wodę i powie­dzia­łem woź­nicy, że wszystko to zostaje u niego.

– Dowie­ziesz żoł­nie­rza fur­manką do Sie­li­ża­rowa i poka­żesz, gdzie stoi kom­pa­nia sani­tarna. Swo­ich tyłow­ni­ków znasz.

Po krót­kim dzie­się­cio­mi­nu­to­wym odpo­czynku kom­pa­nia ponow­nie się usta­wiła i ruszyła naprzód. Pozo­stał ostatni nie­wielki odci­nek31.

Pod koniec mar­szu postoje są zwy­kle częst­sze i ma się wra­że­nie, że szybko się koń­czą. Żoł­nie­rzy poin­for­mo­wano, że pozo­stało jesz­cze pięć-sześć kilo­me­trów mar­szu. Usły­szaw­szy, że nie­długo dotrą do miej­sca biwaku, ludzie oży­wili się i przy­spie­szyli kroku.

Wszy­scy chcieli czym prę­dzej dotrzeć na miej­sce, powa­lić się na zie­mię, wycią­gnąć nogi i zamknąć oczy. Przed nami nie poka­zały się jesz­cze budynki sta­cyjne Sie­li­ża­rowa, gdy kom­pa­nia skrę­ciła z drogi i zna­la­zła się w lesie. Tam kom­pa­nię zatrzy­mano, roz­środ­ko­wano, a żoł­nie­rze od razu padli na zie­mię i wycią­gnęli się tu i tam. Roz­ka­za­łem usta­wić kara­biny w kozły, a dla ochrony i utrzy­ma­nia porządku wyzna­czyć war­tow­ni­ków.

Ktoś tam jesz­cze zna­lazł siły, aby zatu­pać nogami, pokrę­cić się, zaszu­rać obca­sem po tra­wie, sta­ra­jąc się zna­leźć w ciem­no­ści suche miej­sce. Ale więk­szość poło­żyła się tam, gdzie ich zatrzy­mano. Walili się na zie­mię tak, jak padają mar­twe ciała, tra­fione kulą. I tylko war­tow­nicy przez resztę nocy ster­czeli pio­nowo niczym pnie.

Ja i star­szy sier­żant nie mogli­śmy się od razu uło­żyć, mie­li­śmy różne sprawy do zała­twie­nia, wezwał nas do sie­bie Archi­pow. Gdy się uwol­ni­li­śmy, na nie­bie już zale­gła szara smuga świtu. Dzień zapo­wia­dał się jasny, bez­desz­czowy, ale i bez­sen­sowny. Bez końca nas wzy­wali, oznaj­miali coś waż­nego i na koniec kazali sie­dzieć i na coś tam cze­kać. Służby tyłowe wiecz­nie nie dają ludziom spo­koju. A to im pokaż zesta­wie­nia, to roz­licz się z pobra­nia ksią­żeczki zaopa­trze­nio­wej, a to chcą ci wydać buty z cie­lę­cej skóry, które już dawno otrzy­ma­łeś i masz je na nogach.

O świ­cie, kiedy wstało jesienne słońce i nad­cią­ga­jący wiatr zaczął roz­ga­niać chmury, od strony drogi nagle przy­jem­nie zacią­gnęło dym­kiem. Stu­ko­cząc po bru­ko­wa­nej nawierzchni, z drogi skrę­ciła bata­lio­nowa kuch­nia. Z pło­ną­cym pale­ni­skiem miękko wto­czyła się w las i pobudki żoł­nie­rzom nie trzeba było robić. Ów zna­jomy i wycze­ki­wany zapach oraz par­ska­nie koni, pobrzę­ki­wa­nie uprzęży i łań­cu­chów w oka mgnie­niu pode­rwały na nogi leżą­cych na ziemi. W takiej chwili nawet śpiący, nie otwie­ra­jąc oczu, jest w sta­nie pode­tknąć swoją menażkę pod cho­chlę.

Star­szy sier­żant od razu usta­no­wił żela­zny porzą­dek, aby żaden kom­bi­na­tor nie wkrę­cił się bez kolejki. Za takie coś prze­bie­głych cwa­nia­ków surowo karano. Odsta­wiano ich na bok na oczach wszyst­kich i mieli pod­cho­dzić do kuchni jako ostatni. Owa metoda była dla żoł­nie­rzy wielce wycho­waw­cza, wyra­biała u nich sza­cu­nek do innych i roz­wi­jała poczu­cie kole­żeń­stwa.

A kucharz jest nie­ubła­gany, liczy w myślach każdą cho­chlę i auto­ma­tycz­nie zatrzyma się na jakiejś tylko jemu zna­nej cyfrze. Naj­pierw z mocą zatrza­skuje meta­lową pokrywę gorą­cego kotła i jeśli przy kuchni zostali żoł­nie­rze z pustymi menaż­kami, to naszemu star­szy­nie od razu dosta­nie się od kucha­rza. Oto dla­czego tre­ściwy zapach kuchni powi­nien w pierw­szej kolej­no­ści wyczuć sam star­szy sier­żant.

W tym celu nad ranem postawi na poste­runku roz­gar­nię­tego war­tow­nika, który powi­nien pil­nie obser­wo­wać drogę, aby odpo­wied­nio wcze­śniej wykryć, skąd pokaże się para koni z jedną hoło­blą pośrodku. I gdy tylko dostrzeże dymiący grzy­bek kuchen­nego komina, a w powie­trzu poczuje zapach żar­cia, powi­nien bez­wa­run­kowo budzić star­szynę.

Star­szy sier­żant od razu, bez pośpie­chu, przy­stę­puje do rze­czy. Zgod­nie z wypi­ską musi otrzy­mać n-tą liczbę bochen­ków chleba, pry­zmę cukru według wagi i machorkę, nasy­paną miarką. I cały ten stos pro­duk­tów powi­nien roz­dzie­lić i roz­dać swoim żoł­nie­rzom. Por­cje powinny być dość dokładne, aby żaden z żoł­nie­rzy nie miał wąt­pli­wo­ści i by nikomu nie stała się krzywda. Każdy żoł­nierz będzie się przy­glą­dać por­cji sąsiada. Wobec kuchni i star­szyny, niczym wobec Boga, wszy­scy są równi.

Zaopa­try­wano nas dobrze i żoł­nie­rzy w bata­lio­nie kar­miono do syta. Jedze­nie w kotłach było gęste, tłu­ste, smaczne i sycące. Wszy­scy kucha­rze, woź­nice, sze­fo­wie kom­pa­nii, maga­zy­nie­rzy i ofi­ce­ro­wie zaopa­trze­nia byli świeżo powo­ła­nymi moskwia­nami. Nie zdą­żyli się zgrać, oswoić i sku­mać jeden z dru­gim. Jesz­cze się nie „zestro­ili” i wystrze­gali się jaw­nego lub skry­tego pod­kra­da­nia ze wspól­nego kotła. Tu nie było sfory sto­łow­ni­ków, szan­ta­ży­stów i zło­dziei. Wszystko to pozna­li­śmy póź­niej, kiedy tra­fi­li­śmy do kadro­wej sybe­ryj­skiej dywi­zji. A póki co, można było rzec, iż napy­cha­li­śmy sobie żołądki. A nasz kom­pa­nijny woź­nica na sytym żar­ciu wyho­do­wał kar­czek.

Wszystko to byli w armii ludzie nowi. Byli spe­cjal­nie wyse­lek­cjo­no­wani i powo­łani z rezerwy. Cał­kiem nie­dawno opu­ścili swoje rodziny, swo­ich przy­ja­ciół, swoje miej­sca pracy. Nie zdą­żyli nauczyć się, jak chwy­tać i kraść. Każdy miał sumie­nie i ludzką świa­do­mość. W pierw­sze dni wojny przed żoł­nier­skim kotłem, jak przed Bogiem, stali czy­ści i nie­winni. Pro­dukty wykła­dano i otrzy­my­wano pod czuj­nym okiem ofi­ce­rów. Mistrzo­wie maga­zy­nów i kucha­rze nie wyła­wiali z kotła kawał­ków mięsa, nie cho­wali i nie wyno­sili ich na han­del. Pro­dukty z żoł­nier­skiego przy­działu w cało­ści tra­fiały do brzu­cha żoł­nie­rza i były dzie­lone równo i spra­wie­dli­wie.

Dzień od samego świtu był jasny. Po ran­nym apelu i posiłku, żoł­nie­rzom pozwo­lono na odpo­czy­nek. Ponow­nie uwa­lili się na zie­mię, ale już w jakimś natu­ral­nym porządku. Po sytym obie­dzie nie ma co tra­cić czasu, zatem nie mar­nu­jąc ani minuty uło­żyli się tam, gdzie było bar­dziej sucho i miękko, pod­ło­żyw­szy pod głowy swoje worki.

Około połu­dnia w rejon kom­pa­nii pod­je­chała kryta pół­to­ra­to­nówka. Wszyst­kich ofi­ce­rów i star­szych sier­żan­tów wezwano celem pobra­nia żołdu. Otrzy­my­wa­li­śmy grube paczki bank­no­tów za okres miniony oraz za przy­szły. Co to takiego? Dla­czego tak szczo­drze wyda­wali pie­nią­dze? Może szosa została prze­cięta? Albo worki z pie­niędzmi zro­biły się nie­po­trzebne na tyłach? Pierw­szy raz w życiu32 trzy­ma­łem w rękach cały mają­tek.

– Skąd przy­je­cha­li­ście? – zapy­ta­łem szefa służby finan­so­wej, który wyda­wał nam pie­nią­dze.

– Skąd trzeba! Dosta­łeś, zmy­waj się czym prę­dzej! W Sie­li­ża­ro­wie działa tele­graf, idź­cie na sta­cję i prze­sy­łaj­cie pie­nią­dze do domu. A ty sam skąd?

– Z Moskwy!

– Łącz­ność tele­gra­ficzna z Moskwa na razie działa.

Wypchaw­szy kie­sze­nie pie­niędzmi, nie będziesz ich tasz­czyć po oko­pach na pierw­szej linii. „Trzeba się przejść!” – pomy­śla­łem. Na sta­cję wraz ze mną poszło jesz­cze kilku ofi­ce­rów z kom­pa­nii.

Tego dnia nic szcze­gól­nego się nie wyda­rzyło. Po raz drugi wydano posi­łek. Wie­czo­rem kom­pa­nia usta­wiła się i wyszła na drogę. Robiąc krót­sze i dłuż­sze prze­rwy oraz obraw­szy kie­ru­nek na Rżew, kon­ty­nu­owa­li­śmy prze­miesz­cza­nie się do Kuw­szy­nowa.

* * *

ZSie­li­ża­rowa na Rżew pro­wa­dziły dwie drogi. Jedna pro­sta i krótka, ale cał­ko­wi­cie zruj­no­wana. Druga droga – okrężna i twarda – prze­jezdna dla woj­sko­wych tabo­rów i pojaz­dów. Pierw­sza, bez­po­śred­nia, szła przez Bol­szuju Koszu, Sucho­dół i Bach­mu­towo33. Jed­nak na tym odcinku prze­ci­nała mnó­stwo stru­mieni i małych rze­czek. Mosty były na wpół znisz­czone, a wokół nie­prze­byte błota. Tam­tędy nawet w suchą pogodę nie dało się przejść z tabo­rami.

W owym cza­sie w Rosji było wiele dróg, ozna­czo­nych na mapie grubą linią. Lecz wszyst­kie, lub więk­szość z nich, nada­wała się tylko dla chłop­skich wozów. Jesie­nią i w roz­topy mógł nimi prze­peł­znąć co naj­wy­żej wiej­ski konik z pustą lub nie­do­ła­do­waną fur­manką. Druga, okrężna droga, którą szli­śmy, bie­gła przez Kuw­szy­nowo i Tor­żok34. Tu droga była bru­ko­wana i w zupeł­no­ści prze­jezdna dla kół zała­do­wa­nych woj­sko­wych pod­wód. Jed­nak odle­głość do Rżewa była dwa razy więk­sza. No i tą wła­śnie drogą poszli­śmy.

Z Sie­li­ża­rowa nasza kom­pa­nia wyszła o świ­cie. Na dro­dze nie widzie­li­śmy pozo­sta­łych kom­pa­nii naszego bata­lionu. Po dro­dze zro­bi­li­śmy kilka posto­jów i pod wie­czór zbli­ży­li­śmy się do Kuw­szy­nowa. Po dro­dze nie napo­tka­li­śmy nic god­nego uwagi, wokół same bez­ludne pola i lasy, jak wszę­dzie.

Kuwszynowo

Gdy ze skraju lasu zaczę­li­śmy iść pod górę po zbo­czu nie­głę­bo­kiego wąwozu, za nasy­pem kole­jo­wym dostrze­gli­śmy dachy domów i poczu­li­śmy zapach spa­le­ni­zny i dymu. Skrę­ciw­szy na tory kole­jowe, przy­śpie­szyw­szy kroku po pod­kła­dach, kom­pa­nia pode­szła do skraju mia­sta. Mia­steczko było nie­wiel­kie, w czter­dzie­stym pierw­szym miesz­kało tu w sumie osiem tysięcy miej­sco­wych. Popa­trzy­li­śmy przed sie­bie. Na torach przy sta­cji stały znisz­czone i wypa­lone wagony. Uno­sił się z nich jesz­cze gry­zący zapach i dym. Przed naszym nadej­ściem Niemcy zbom­bar­do­wali sta­cję. Wokół świeże leje po bom­bach, opa­lone szkie­lety wago­nów towa­ro­wych i dopa­la­jące się sta­cyjne budynki maga­zy­nowe…

Po raz pierw­szy ujrze­li­śmy żywy obraz wojny. Tak się nam przy­naj­mniej wtedy wyda­wało. Z jakiejś przy­czyny przy­sta­nę­li­śmy. Sta­li­śmy i długo przy­glą­da­li­śmy się w mil­cze­niu, sta­ra­jąc się wyobra­zić sobie, jak to się wszystko odby­wało, samo bom­bar­do­wa­nie i wybu­chy bomb zapa­la­ją­cych. Dla nas było to nowe i cał­kiem nie­znane. Trudno jest wyobra­zić sobie coś, czego się samemu nie widziało i nie doświad­czyło na wła­snej skó­rze. Samo Kuw­szy­nowo nie ucier­piało od nalotu nie­miec­kiego lot­nic­twa. Niemcy bom­bar­do­wali wyłącz­nie sta­cję. Wszyst­kie domy, w któ­rych miesz­kali ludzie, były całe. Zapach dymu i spa­le­ni­zny uno­sił się tylko od strony sta­cji.

Omi­nąw­szy osie­dle bokiem i wyszedł­szy na drogę pro­wa­dzącą na Tor­żok, kom­pa­nia zatrzy­mała się w sosno­wym lesie. Przy dro­dze pod sosnami były wyko­pane dłu­gie zie­mianki z dwu­spa­do­wymi dachami. W jed­nej takiej zie­miance można było zmie­ścić całą kom­pa­nię. Nad zie­mią ster­czały tylko spi­cza­ste dachy, pokryte tra­wia­stą dar­nią. Od góry, poza dar­nią, przy­kry­wały je mechate gałę­zie drzew. To były przed­wo­jenne budowle. Przy porząd­nym bom­bar­do­wa­niu, gdy w taką zie­miankę trafi poje­dyn­cza bomba, z sie­dzą­cej w środku kom­pa­nii nic by nie zostało. Póź­niej, na fron­cie, takich zie­mia­nek nie budo­wa­li­śmy. Lecz wtedy, roz­lo­ko­waw­szy swych żoł­nie­rzy na narach z desek, przy świe­tle lamp naf­to­wych, byli­śmy prze­ko­nani, że jest tam cał­kiem bez­piecz­nie. Wysta­wiw­szy na zewnątrz war­tow­ni­ków i wyzna­czyw­szy w środku dyżur­nych przy wej­ściu, przy­stą­pi­li­śmy do czysz­cze­nia broni i spraw­dza­nia sta­nów amu­ni­cji u żoł­nie­rzy. Star­szy­nie naka­za­łem wyszu­kać żoł­nie­rzy z obtar­tymi nogami oraz cho­rych. Zakoń­czyw­szy kon­trolę, zamel­do­wa­łem dowódcy kom­pa­nii, iż wszystko jest w ide­al­nym porządku i wysze­dłem na zewnątrz pood­dy­chać świe­żym powie­trzem.

W sąsied­niej zie­miance, w któ­rej roz­lo­ko­wała się druga kom­pa­nia, mia­łem przy­ja­ciela, rów­nież porucz­nika i także dowódcę plu­tonu – Żeńkę Michaj­łowa, z któ­rym uczy­łem się na uczelni woj­sko­wej. Jako kur­sanci byli­śmy w jed­nej dru­ży­nie. Dawno się nie widzie­li­śmy i nie spo­tka­li­śmy od dnia zała­dunku do esze­lonu. Dziś zrzą­dze­niem losu zna­leź­li­śmy się po sąsiedzku. Żoł­nie­rze jesz­cze wier­cili się na pry­czach, bolały ich nogi, a dla nas, porucz­ni­ków, taki prze­marsz nie sta­no­wił więk­szego pro­blemu. Nawet teraz, po mar­szu, cho­dzi­li­śmy jak na sprę­ży­nach. Oto, co zna­czy przy­zwy­cza­je­nie!

Na uczelni zdrowo nas ganiali. O woj­nie i o Niem­cach prak­tycz­nie nic nie wie­dzie­li­śmy. Nie zna­li­śmy ich sprzętu i tak­tyki, zdol­no­ści bojo­wej i współ­pracy czoł­gów z lot­nic­twem i pie­chotą. Byli­śmy dobrze przy­go­to­wani fizycz­nie, potra­fi­li­śmy dosko­nale strze­lać, czy­tać mapy i orien­to­wać się w topo­gra­fii, lecz do wojny w sen­sie moral­nym, teo­re­tycz­nym i prak­tycz­nym nie byli­śmy gotowi.

Moi zoł­nie­rze uło­żyli się do snu, więc dys­po­no­wa­łem wol­nym cza­sem. Dowódca kom­pa­nii pozwo­lił mi się przejść i poba­wić przez dwie godziny. Uda­łem się do swo­jego przy­ja­ciela do sąsied­niej zie­mianki. Przy powi­ta­niu Żeńka zapro­po­no­wał, by przejść się po Kuw­szy­no­wie.

– Pój­dziemy, rozej­rzymy się. Dzi­siaj mają tam tańce.

Uprze­dziw­szy dyżur­nego kom­pa­nii, że pójdę na godzinkę do miej­sco­wego klubu, wyszli­śmy na ulicę i powę­dro­wa­li­śmy wzdłuż par­kanu. Na ulicy nikogo. Wszę­dzie w domach poza­my­kane okien­nice i nie­prze­nik­niony mrok, ni­gdzie ni dźwięku, ni jed­nego ogieńka.

Szli­śmy wąskim drew­nia­nym tro­tu­arem. Na jezd­nię nie nale­żało wcho­dzić. Nie­prze­byte błoto, głę­bo­kie po kolana! A my z Żeńką wyczy­ści­li­śmy buty i wytar­li­śmy je do bla­sku.

Wyko­nana z desek nawierzch­nia chod­nika leżała na okrą­głych poprzecz­kach, a one z kolei opie­rały się na wbi­tych w zie­mię palach. Tro­tuar nie był sze­roki. Wiele desek w nawierzchni było powy­gi­na­nych, nie­które cał­kiem prze­gniły, a w nie­któ­rych miej­scach w ogóle ich nie było. Aby nie wpaść nogą mię­dzy deski i w ciem­no­ści nie zro­bić kroku w wielką dziurę, trzeba było przez cały czas patrzeć sobie pod nogi. Szli­śmy w mil­cze­niu i nie roz­glą­da­li­śmy się na boki. I gdyby teraz raz jesz­cze kazać mi iść tą drogą, nie zna­la­zł­bym jej, bowiem patrzy­łem wyłącz­nie pod nogi.

Na pierw­szym rogu tra­fił nam się miej­scowy chło­pak. Miał ze dwa­na­ście lat i dopro­wa­dził nas do miej­sco­wego klubu. Weszli­śmy do drew­nia­nego domu z bali.

Naj­pierw był wąski i ciemny kory­tarz, a dalej duży pokój oświe­tlony lampą naf­tową. Po dro­dze zapy­ta­li­śmy chło­paka:

– A do jakiej muzyki tutaj tań­czą? Pod har­mo­nię czy pate­fon?

– Nie! – odpo­wie­dział z nie­jaką dumą. – Pod orkie­strę dętą!

Rze­czy­wi­ście! W rogu prze­stron­nej i skąpo oświe­tlo­nej izby w bla­sku naf­to­wej lampy pobły­ski­wały mie­dziane i niklo­wane tuby instru­men­tów dętych. Było ich nie­wiele. Wszyst­kiego parę sztuk. Ale muzy­kanci! Oto, co nas zadzi­wiło! Patrzyły na nas ważne, sku­pione twa­rze dzieci. Sie­działy rzę­dem na sze­ro­kiej ławce i cze­kały na koniec prze­rwy. Po jakimś cza­sie orkie­stra poru­szyła się, dźwi­gnęła trąby na wąskie ramiona i dmuch­nęła parę nie­stroj­nych dźwię­ków. Potem, zahu­czaw­szy, niczym stary paro­sta­tek, cał­kiem nie­roz­po­zna­walną melo­dię, orkie­stra nastro­iła się i wyko­nała coś w stylu mar­szu lub foks­trota.

Mło­dzież, sto­jąca pod ścia­nami i przy drzwiach zaczęła dzie­lić się na pary. Głów­nie tań­czyły dziew­częta – same ze sobą. A mło­dzieńcy, któ­rzy wypro­wa­dzali swoje wybranki na śro­dek, przy­tu­py­wali i szu­ra­jąc nogami po pod­ło­dze z desek, dymili papie­ro­skami. Pew­nie było to dla nich waż­niej­sze od samych tań­ców. To wszystko byli nie­ro­zumni chło­pacy, któ­rzy na tań­cach zajęli miej­sca swo­ich star­szych braci, któ­rzy zdą­żyli już pójść na wojnę.

Starsi poszli na front, zosta­wiw­szy mie­dziane trąby i chętne do tań­ców dziew­częta i przy­ja­ciółki poko­le­niu mal­ców. Wokół wojna. W ciągu dnia bom­bar­do­wali sta­cję. A tutaj tań­czą, nie zdej­mu­jąc cza­pek i płasz­czy, szu­rają sta­rymi ojco­wymi butami po drew­nia­nej pod­ło­dze i dmu­chają w mie­dziane trąby. Naprawdę byli­śmy zdzi­wieni.

Trzeba jed­nak zauwa­żyć, że praw­dzi­wej wojny jesz­cze nie widzie­li­śmy, nie odczu­li­śmy jej na sobie i nie mie­li­śmy o niej żad­nego poję­cia. Do tej pory wyko­ny­wa­li­śmy wyłącz­nie mar­sze z jed­nego odcinka frontu na drugi.

Nasz wolny czas dobie­gał końca i trzeba było wra­cać do swo­ich żoł­nie­rzy. Zali­czyw­szy jesz­cze jeden taniec i obrzu­ciw­szy wzro­kiem orkie­strę, mrocz­nym kory­ta­rzem wyszli­śmy na ulicę. Wokół było ciemno i cicho. Wzdłuż pło­tów nie było sły­chać nawet psów, które zwy­kle obszcze­kują prze­cho­dzą­cych.

Kuw­szy­nowo dało się zapa­mię­tać błot­ni­stą roz­mytą drogą, drew­nia­nymi tro­tu­arami, zachmu­rzo­nym noc­nym nie­bem, zapa­chem sadzy, orkie­strą dętą i tań­cami przy świe­tle lampy naf­to­wej.

Nocne Kuw­szy­nowo zapi­sało się w pamięci, ponie­waż wszyst­kie kolejne dni i prze­mar­sze niczym szcze­gól­nym się nie wyróż­niały. Ja i moi żoł­nie­rze prze­by­li­śmy długą i ciężką drogę.

Jed­no­stajny szary pej­zaż zamil­kłych wio­sek, roz­myte desz­czem drogi i odcinki wyło­żone bru­kow­cami, zmę­czone i nie­ogo­lone twa­rze żoł­nie­rzy – oto, co pozo­stało w pamięci z tego prze­mar­szu.

Gdzie zatrzy­my­wała się kom­pa­nia? Kiedy pod­jeż­dżała do niej kuch­nia polowa? Ilu cho­rych i pozo­sta­ją­cych w tyle żoł­nie­rzy posa­dzi­li­śmy na fur­manki tabo­ry­tów? Wszystko to się pomie­szało i zlało w nie­koń­czące się mla­ska­nie butów, tupot żoł­nier­skich fle­ków po kamien­nych nawierzch­niach w jeden zupeł­nie szary i mono­tonny obraz peł­zną­cej drogą masy żoł­nie­rzy. Pod­czas mar­szu czło­wiek tak bar­dzo opada z sił, że wokół sie­bie niczego nie widzi i nie zauważa.