49,00 zł
„Wańka-trep” to kultowa w Rosji książka (cztery tomy!) o wojnie. Całą rosyjską wielką literaturę wojenną, jak twierdzi autor – należy wyrzucić do kosza. Tworzyli ją bowiem tzw. „tyłownicy”, którzy nie mieli pojęcia o tym co tak naprawdę działo się na pierwszej linii frontu. On wiedział – był na niej bowiem cztery lata! Epokowe, niezwykle emocjonujące dzieło, styl literacki godny Sołżenicyna czy Kuzniecova!
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 613
Przedmowa tłumacza
Wśród literatury wspomnieniowej frontu wschodniego zapiski Aleksandra Iljicza Szumilina stanowią niebywały ewenement. Spośród weteranów Armii Czerwonej, w której, by posłużyć się słowami autora, „kompanii wystarczało na tydzień”, po wojnie za pióro chwytali najczęściej ci, którzy „siedzieli pod czterema warstwami belek pięć kilometrów od pierwszej linii”. To naturalne – oni przeżyli. Szumilin nazywa ich „przyfrontowymi uczestnikami” wojny i wielokrotnie daje jasno do zrozumienia, co o nich myśli.
Podczas wojny autor znajdował się bezustannie na linii frontu – od 1941 do 1944 roku, kiedy to po kolejnym, piątym zranieniu i długim leczeniu nie wrócił do służby liniowej i pełnił inne funkcje wojskowe. W początkowym okresie wojny prowadził nielegalny pamiętnik, który instynktownie zniszczył. Sądząc po treści odtworzonych po latach wspomnień, postąpił słusznie. Gdyby je odkryto, dla frontowego oficera wyrok trybunału wojskowego mógł oznaczać tylko jedno…
Aleksander Iljicz pracował nad swoimi wspomnieniami do ostatnich dni życia. Dokładną chronologię zdarzeń zrekonstruował głównie na podstawie listów, które pisał do domu. Szczęśliwie, miał fenomenalną pamięć. W 2012 roku internauci rosyjscy ruszyli w podróż śladami Szumilina i okazało się, że jego opisy terenu i miejsc, w których walczył są tak dokładne, że po latach można je było bez problemu odszukać. W swojej książce autor wielokrotnie podkreśla, iż opisuje wyłącznie zdarzenia, których był bezpośrednim świadkiem oraz że wszystkie osoby i nazwiska ujęte w tekście są prawdziwe.
A. I. Szumilin nie zdążył doprowadzić swojej pracy do końca. Planował rozwinięcie niektórych wątków i dodanie swoich ręcznie rysowanych ilustracji, z których zdołał przygotować tylko kilka. Nieubłagany upływ czasu sprawił, iż uporządkowanie rękopisu legło na barkach jego syna Nikołaja, który wraz z grupą pomocników skanował i segregował zapiski ojca, zamieszczając je w internecie.
Wspomnienia zostały dwukrotnie wydane w Rosji, jednak z jakiegoś powodu były to wersje niepełne. Chciałoby się powiedzieć – skrócone, choć ciśnie się na usta słowo ocenzurowane. Jak inaczej ocenić fakt, iż z wydań zniknęło prawie dwie trzecie rękopisu? Zapewne to, o czym pisze autor, zupełnie nie wpisuje się w martyrologię Wojny Ojczyźnianej, jaką serwuje nieśmiertelna propaganda. W wydaniach tych zniknęły nie tylko poszczególne słowa, zdania i akapity, ale i całe rozdziały. Nie znajdziemy tam opisów branki na wyzwolonych terenach, nie dowiemy się, za co autor stanął przed trybunałem i nie znajdziemy opisów wiosek, które nie widząc wojny żyły w przepastnej głuszy Rosji na modłę jak najbardziej kapitalistyczną, korzystając masowo z najemnej pracy licznych dezerterów z Armii Czerwonej. Nie doszukamy się opisów głodu w okopach, rabunków dokonywanych przez jadących na front i wielu innych obrazów, niepasujących do oficjalnej historii.
Szumilin zapamiętał dużo więcej, opisując przede wszystkim, co czuje człowiek w mundurze, gdy jak skazaniec idzie po skrzypiącym śniegu na wieś, zajętą przez przeciwnika. A może nie zajętą? Czy strach jest wtedy inny? Jak sam zauważył, to nie sama śmierć jest straszna, lecz czekanie na nią. Aleksander Iljicz czekał na nią codziennie.
Ogrom materiału i szczegółów zawartych w zapiskach może się niekiedy wydać niemalże przytłaczający, ale może dlatego jest tak wyjątkowy. Nigdzie indziej nie znajdziemy takich opisów nocy w opustoszałym mieście, ogarniętym płomieniami, z którego uciekło wojsko i mieszkańcy i nie zajrzymy na samo dno strachu, gdy żołnierzowi przychodzi czołgać się pod drutem kolczastym.
Wspomnienia A.I. Szumilina są prawdziwym rarytasem także z innego powodu. To jedyny znany mi tak dokładny zapis działań zwiadowców na pierwszej linii, nakreślony ręką ich bezpośredniego uczestnika.
Aleksander Iljicz Szumilin zmarł w 1983 roku i wraz z żoną Augustą i synem Nikołajem jest pochowany na cmentarzu św. Archanioła w mieście Bałaszycha, na wschód od Moskwy.
Piotr Tymiński
Wstęp – co to takiego wojna?1
W październiku 1975 roku otrzymałem list od komsomolców z wojenno-patriotycznego oddziału „Mariesjewiec” szkoły nr 42 w Kalininie2 z prośbą, aby podać nazwiska tych, którzy pochowani są w bratniej mogile obok peronu stacji Czuprianowka3. W liście napisałem o bojach o stację Czuprianowka i o tym, jak polegli żołnierze stali się nieznani. Okoliczności złożyły się tak, że od tamtego czasu postanowiłem doprowadzić do porządku swoje wspomnienia. Tak naprawdę, ów list posłużył za początek pracy nad książką – dokładnym odtworzeniem w pamięci wszystkich dawnych przeżyć. Teraz, gdy mój „finisz” jest już niedaleko, chciałoby się zdążyć z jak największą ilością pracy. Wolnego czasu jest mało, a to choruję, to znowu pracuję, a czas przemija szybciej niż myśl.
W tamte surowe dni wojny cały ciężar walki o oswobodzenie naszej ziemi legł na piechotę, na barki prostych żołnierzy. Otrzymując uzupełnienia w ludziach, toczyliśmy bezustanne boje, nie zaznając ani snu, ani odpoczynku. Zachłystując się krwią i zaściełając trupami żołnierzy tę piękną ziemię, czepialiśmy się każdego pagórka, każdego krzaczka, skraju lasu, każdej wioski, każdej spalonej chałupy i rozwalonej stodoły. Wiele tysięcy i tysięcy naszych żołnierzy na wieki zostało na tych bezimiennych rubieżach.
W grudniu 1941 roku byliśmy kiepsko uzbrojeni i brakowało amunicji. Artylerii i pocisków praktycznie nie było. U nas, w kompaniach strzeleckich, były tylko karabiny i dziesiątka patronów4 na człowieka. Czas był ciężki, wróg stał pod Moskwą. Trudno wam będzie sobie wyobrazić, jakie to były boje. Niemiec był uzbrojony po zęby, jego artyleria roznosiła nasze pozycje, nie żałując pocisków…
Bardzo wielu z nas, mając powierzchowne wyobrażenie o tym, co to takiego wojna, uważa, iż jest w dostatecznym stopniu uświadomiona. O wojnie czytali w książkach i oglądali ją w kinie. Mnie na przykład, oburzają broszury „o wojnie”, napisane przez przyfrontowych „frontowców” i „okopowców” ze sztabów i służb tyłowych, literacko opracowane przez dziennikarzy.
A co piszą ci, których wyniesiono do miana głosicieli prawdy?! Weźmy bodaj takiego Konstantina Simonowa z jego powieściami o wojnie. Sam Simonow5 wojny nie widział, śmierci w oczy nie patrzył. Jeździł po przyfrontowych drogach, wycierał miękkie siedzenia w samochodzie osobowym. O wojnie snuł domysły i przedstawiał ją z opowiadań innych, a wojny, aby o niej napisać, trzeba doświadczyć na własnej skórze! Nie wolno pisać o tym, czego się nie zna. O czym może opowiedzieć człowiek, jeśli od wojny dzieliło go kilkadziesiąt kilometrów?!
Wielu o wojnie uczy się z kina. Na przykład, pewien mój znajomy twierdził, że gdy walka toczy się w lesie, to płoną drzewa.
– A to dlaczego? – zapytałem go.
– Czyżbyś w kinie nie widział?
– …
Wiedzę o wojnie wynoszą z kina tylko dzieci. Nie pojmują bólu żołnierskiej duszy, bo w kinie serwują im strzelaninę, walkę wręcz z fikołkami i buchające ogniem drzewa, oblane przed zdjęciami benzyną.
Wytwór artystyczny, przedstawiony w kinie, lub też tak zwana „kronika wydarzeń”6, daje zbiorczy obraz bojów i epizodów, mgliście przypominający wojnę. Muszę was rozczarować: od kina do realnej rzeczywistości wojny jest bardzo daleko. To, co wyczyniało się na pierwszej linii podczas ataku kompanii strzeleckich, do kina nie dotarło. Te straszne dni piechota zabrała ze sobą do grobu.
Wojny nie należy wyobrażać sobie na podstawie komunikatów Biura Informacyjnego. Wojna to nie łzawe kino o miłości na „froncie”. To nie panoramiczne opowieści z ich romantyzacją i podmalowywaniem rzeczywistości. To nie utwory owych prozaików-„frontowców”, u których wojna jest tylko drugim planem, tłem, podczas gdy na pierwszym planie, zasłaniając całą przestrzeń koronkami literackich zwrotów i frędzelków, widnieje artystyczny wymysł. To nie krzywa strzałka, narysowana czerwonym ołówkiem, oznaczająca na mapie kierunek głównego uderzenia dywizji. To nie wioska, zaznaczona kółkiem na mapie…
Wojna – to żywy, ludzki krok żołnierza: na spotkanie wroga, na spotkanie śmierci, na spotkanie wieczności. To ludzka krew na śniegu, dopóki jeszcze jest jasna i dopóki jeszcze wycieka. To trupy żołnierzy porzucone do wiosny. To wyprostowany chód z otwartymi oczami – na schadzkę ze śmiercią. To strzępy szorstkiego szynela z grudami krwi i wnętrzności, wiszące na sęczkach i gałązkach drzew. To różowa piana w dziurze koło obojczyka – żołnierzowi urwało dolną szczękę i krtań. To bucior, wypełniony różową breją. To bryzgi krwi w twarz – krwi rozerwanego pociskiem żołnierza. To setki i tysiące innych krwawych widoków na drodze, którą przeszli za nami przyfrontowi „frontowcy” i „okopowcy” batalionowych, pułkowych i dywizyjnych służb.
Ale wojna to nie tylko krwawa breja. To ciągły głód, kiedy do żołnierza do kompanii dociera tylko podsolona wodzianka, zamieszana na garści mąki, wyglądająca niczym bezbarwna bałanda. To zimno na mrozie i śniegu, w kamiennych piwnicach, gdy od lodu i szadzi zastyga szpik w kręgach. To nieludzkie warunki czepiania się życia na pierwszej linii, pod gradem odłamków i kul. To przekleństwa bez ogródek, oskarżenia i groźby ze strony sztabowych „frontowców” i „okopowców”7.
Wojna to akurat to, o czym nie mówią – bo nie wiedzą. Z kompanii strzeleckich, z pierwszej linii, wrócili pojedynczy ludzie. Nikt ich nie zna i do programów telewizyjnych ich nie zapraszają, a jeśli któryś z nich nawet decyduje się na powiedzenie prawdy o wojnie, to grzecznie zamykają mu usta…
Nasuwa się pytanie: kto z ocalałych świadków może opowiedzieć o ludziach, którzy wojowali w kompaniach? Siedzieć pod stropem jak najdalej od pierwszej linii, to jedno, a chodzić do ataku ze wzrokiem utkwionym w Niemców, to drugie. Wojnę trzeba poczuć w kościach, zaznać wszystkimi włóknami duszy. Wojna to zupełnie nie to, co napisali ludzie, którzy nie walczyli w kompaniach!
Tych, którzy podczas wojny byli przydzieleni do czynnej Armii Czerwonej8, dzielę na dwie grupy: na frontowców i „uczestników”, na tych żołnierzy i oficerów, którzy byli w kompaniach na pierwszej linii podczas walki i na tych, którzy siedzieli u nich za plecami, na tyłach. Dla nich i dla tych drugich wojna wyglądała inaczej, dlatego jedni i drudzy mówią o niej i wspominają ją w inny sposób.
To były nieludzkie doświadczenia. Krwawe, zaśnieżone pola były zasłane ciałami zabitych, kawałkami rozrzuconego ludzkiego mięsa, jasnoczerwonymi strzępami szyneli, ze wszystkich stron niosły się rozpaczliwe krzyki i jęki żołnierzy… Wszystko to trzeba samemu przeżyć, usłyszeć i zobaczyć, aby ze wszystkimi szczegółami uzmysłowić sobie te koszmarne widoki wojny.
Teraz oto siedzę, piszę i widzę9 – stoją przede mną, jak żywi…
Widzę wycieńczone, blade twarze żołnierzy, a każdy z nich, umierając, chciał coś powiedzieć… Chciał powiedzieć coś tym, którym po nich przyjdzie żyć na tej ziemi, nasiąkniętej ich krwią. I te myśli nie dają mi spokoju.
Z jaką beznadziejną tęsknotą za życiem, w jak nieludzkim cierpieniu i z błagalnym spojrzeniem umierali ci ludzie! Nie ginęli niedbale i nie w ciszy głębokich tyłów, jak ci syci i przyfrontowi „frontowcy i „okopowcy”, ogrzani ciepłem wiejskich chałup i ich mieszkańców10.
Oni – frontowcy i okopowcy kompanii strzeleckich – przed śmiercią okrutnie marzli, lodowacieli i na wietrze zastygali na śmierć w śnieżnych polach. Szli na śmierć z otwartymi oczami, wiedząc o tym, oczekując końca w każdej sekundzie, w każdym mgnieniu oka, a te maleńkie okruchy czasu ciągnęły się niczym długie godziny.
Skazany na śmierć w drodze na szafot, podobnie jak żołnierz z karabinem w ręku, idący na Niemca, wszystkimi cząstkami swojej duszy czuje nieocenioną wartość uchodzącego życia. Chce mu się po prostu oddychać, widzieć światło, ludzi i ziemię. W takiej chwili człowiek oczyszcza się z wyrachowania i zawiści, obłudy i fałszu. Prości, uczciwi, wolni od ludzkich przywar, żołnierze za każdym razem zbliżali się do swojej ostatniej tragicznej granicy.
Bez „Wańki-trepa” zołnierze naprzód nie ruszą. Ja byłem „Wańką-trepem” i szedłem razem z nimi. Śmierć nie oszczędzała nikogo. Jedni umierali w oka mgnieniu, inni w męczarniach ociekali krwią. Tylko nielicznym z setek i tysięcy żołnierzy przypadek pozwolił żyć dalej. Przy życiu zostały nieliczne jednostki – mam tu na myśli piechocińców z okopów. Los podarował im życie niczym największe trofeum.
Wielu przyszło z frontu, za naszymi plecami była masa wszelakiego luda, ale z piechoty, z owych kompanii strzeleckich, nie wrócił prawie nikt.
Na froncie przebywałem od września 1941 roku, byłem wielokrotnie ranny. W bojach przyszło mi przejść długi i ciężki szlak po drogach wojny. Obok mnie ginęły setki i tysiące żołnierzy i młodszych oficerów. Wiele nazwisk zatarło się w pamięci. Niekiedy nawet nie znałem nazwisk swoich żołnierzy, ponieważ kompanii w boju wystarczało na tydzień. Spisy żołnierzy znajdowały się w sztabie pułku. Oni prowadzili rachunki i rozliczali się ze strat. Oni wysyłali rodzinom zawiadomienia.
Na kompanijnym poruczniku spoczywały ciężkie obowiązki. Własną głową odpowiadał za wynik boju. A takie coś, powiem wam, to nie prosta sprawa! Jak w kinie – siadaj i patrz. Niemiec strzela – głowy się podnieść nie da, a „Wańka-trep”, choćby sczezł, musi poderwać kompanię i wziąć wieś. I ani kroku w tył – tak brzmi rozkaz bojowy.
I znowu w tej samej chwili przed oczami wyraźnie pojawiły mi się tamte koszmarne dni wojny. Wszystko nagle napłynęło. Błysnęły żołnierskie twarze, cofający się i uciekający Niemcy, wyzwolone wsie, zaśnieżone pola i drogi. Jakbym znowu poczuł zapach śniegu, mrocznego lasu i spalonych chałup. Raz jeszcze usłyszałem dudnienie i narastający grzmot niemieckiej artylerii, przyciszone rozmowy swoich żołnierzy i niedalekie bełkotanie przyczajonych Niemców.
Na pewno wielu z was sądzi, iż wojna to ciekawe przedstawienie, romantyka, heroizm i epizody walk. Ale to nie tak. Nikt wtedy – ani młodzi, ani starzy – nie chciał umierać. Człowiek rodzi się, aby żyć. I żaden z żołnierzy, poległych w boju, nie zamierzał tak szybko ginąć. Każdy liczył tylko na lepsze. Lecz życie piechura w boju wisi na cieniutkiej niteczce, którą z łatwością może zerwać niemiecka kula albo malutki odłamek. Żołnierz nie zdąży dokonać niczego bohaterskiego, a już dopada go śmierć.
W każdym człowieku drzemią siły do urzeczywistnienia czegoś wielkiego i znaczącego. Ale ku temu potrzebne są warunki. Muszą zajść okoliczności, aby zryw człowieka został zauważony. A na wojnie, w boju piechoty, gdzie pozostawiano nas samych sobie, najczęściej zdarzało się, iż taki zryw kończył się śmiercią.
Podczas wojny nasza ziemia utraciła miliony swych najlepszych synów. Czyż ci, którzy w czterdziestym pierwszym z karabinem w rękach i garścią nabojów szli na pewną śmierć, nie byli bohaterami?! Sądzę, że to właśnie oni są tymi jedynymi i prawdziwymi bohaterami. Oni ocalili naszą ziemię przed najazdem i ich kości zostały w ziemi. Ale i do dziś leżą bezimiennie – ani mogił, ani nazwisk.
I tylko za to, co przecierpiał rosyjski żołnierz, zasługuje on na świętą pamięć swojego narodu! Bez snu i odpoczynku, głodne i w straszliwym napięciu, na mrozie i bezustannie w śniegu, pod huraganowym ogniem Niemców, czołowe kompanie szły do przodu. Nieznośne męczarnie ciężko rannych, których czasami nie było komu wynosić – wszystko to stało się udziałem idącego na wroga piechura.
Człowiekowi życie dane jest tylko jedno i jest tym, co dla każdego jest najcenniejsze i najdroższe. Na wojnie bywało wielu, ale jeszcze więcej, dziesiątki milionów11, na zawsze legło w martwej ciszy. Nie wszyscy żyjący, którzy wrócili z wojny, wiedzą, co to znaczy iść na pewną śmierć w składzie kompanii strzeleckiej.
W mojej książce „Wańka-trep” jest więcej ludzkiego smutku i cierpienia niż radosnych i wesołych wojennych epizodów.
Niewykluczone, iż nie udało mi się w pełnej mierze i w sposób bezstronny przekazać wszystkich dawnych przeżyć. Ale tak było – w moim życiu, na wojnie, w rzeczywistości i naprawdę. Powinniście poznać tę surową prawdę!
Żołnierz z okopów zrozumiałby mnie od razu i bez domysłów. I nie tylko zrozumiał, a i dodałby od siebie, że zbyt delikatnie nakreśliłem niektóre obrazy wojny i że nie nazwałem jej od serca mocnym słowem.
Przeczytajcie książkę „Wańka-trep” i zastanówcie się, czym różni się frontowy żołnierz od drugiego „frontowca” i co to takiego wojna!
Aleksander Iljicz Szumilin3 maja 1983
1941
Rozdział 1 – Wyjazd na front (sierpień 1941 roku)
Jednostka wojskowa, do której zostałem przydzielony po ukończeniu uczelni12, formowała się w letnich obozach na brzegu jeziora Sienież13. Przez pierwsze dni nie znaliśmy przeznaczenia bojowego ani numeru nowej jednostki. Jednego byliśmy pewni – od razu będziemy wysłani na front. Na punkt zborny żołnierze przybywali do nas drużynami z Moskwy – przyjeżdżając pociągami, a potem pieszo maszerując wokół jeziora do obozów. Tam ich przyjmowano, sortowano i rozdzielano po kompaniach. W owym czasie mieszkaliśmy w namiotach, oddzielnie od letnich obozów uczelni.
Poborowi otrzymywali umundurowanie na punktach zbornych w Moskwie, do których przybywali zgodnie z wezwaniem, stawiając się w towarzystwie matek, żon i dzieci. Przechodząc przez żelazną bramę przedstawiali wezwania, żegnali się z bliskimi i znikali w drzwiach koszar. Potem przez jakiś czas pokazywali się gdzieś w wąskim oknie, machali rękami i spoglądali w tłum stojący za żelaznym ogrodzeniem. Skompletowane drużyny wyjeżdżały samochodami z drugiej strony. A matki, dzieci i żony stały dalej w nadziei, że zobaczą ich w wąskim oknie jeszcze raz.
Na drodze do stacji wkrótce zaturkotały dwukółki, kuchnie polowe i wojskowe podwody. Potem zakurzyły dwie kryte półtoratonówki i jedna osobowa Emka. Furmanki, samochody i ludzie nie dołączali od razu do wojskowego szyku. Najpierw była przepychanka, bieganina i zwyczajowy bałagan. Decydowano, kogo gdzie skierować. Potem stopniowo wszystko trafiało na swoje miejsce. Do kompanii trafiały furmanki, konie i woźnice. Moskiewscy woźnice koni pociągowych, wyselekcjonowani w obozie, popatrywali z boku na żołnierzy drużyn ogniowych i byli zadowoleni, że przydzielono ich do koni, a nie wepchnięto do karabinów maszynowych i dział.
Należy powiedzieć, że w naszych plutonach strzeleckich prostych żołnierzy-strzelców nie było. Kompletowano nas specjalistami z obsad dział i ciężkich karabinów maszynowych. Wśród naszych żołnierzy byli dowódcy działonów, celowniczowie, ładowniczowie, rusznikarze, telefoniści. Wiekiem żołnierze byli niemłodzi. Średnio mieli po czterdzieści lat14. W plutonie było dwóch, trzech młodych chłopaków, którzy pełnili rolę doręczycieli pocisków i nabojów.
Naszej jednostce przydzielono numer i zaczęła nazywać się 297 Samodzielnym Batalionem Broni Maszynowej i Artylerii RU15 Frontu Zachodniego. Mieliśmy obsadzić DOT-y16 rejonu umocnionego, ciągnące się od Jarcewa do Ostaszkowa17. Tego nam nie mówiono i nie powinniśmy o tym wiedzieć.
Minęło kilka dni; do kompanii przybyli oficerowie rezerwy. Pojawił się i nasz dowódca kompanii, porucznik Archipow. Miał wtedy około trzydziestki. Archipow był ciemnym blondynem średniego wzrostu, o prostej, szczerej twarzy. Miał ciepły uśmiech. Uśmiechał się jednak nieczęsto, częściej bywał skupiony i zajęty sprawami kompanii. Był kadrowym oficerem i przybył do naszego batalionu z innej jednostki wojskowej. Ruchy i sposób wysławiania miał spokojne, rozkazy i polecenia wydawał niegłośno, bez krzyku. Tak jakby nie rozkazywał, a niejako prosił. Początkowo było to dziwne. Wcześniej wrzeszczano na nas i wymagano, abyśmy rozkazy wydawali gromkim głosem, a tutaj oto miała miejsce prosta, rzeczowa rozmowa. Wkrótce przestaliśmy się uwijać, wiercić na obcasach i salutować na baczność. Jego wyjątkowy spokój, a przede wszystkim rozwaga, udzieliły się nam i niezręcznie było podchodzić do niego miarowym krokiem, szurać nogami i stukać obcasami, jak wymagano tego od nas na uczelni.
Cała postura Archipowa i jego uważny wzrok świadczyły o tym, że na wojnie potrzebna jest głowa, a nie postawa defiladowa. Dyscyplina nie bierze się z brawury i dziarskości, a z prostych rosyjskich słów. Oto, co teraz powinno zadomowić się w naszym życiu. Na wojnie nie trzeba będzie salutować i strzelać obcasami. Na wojnie potrzebna jest wytrwałość i opanowanie, cierpliwość i spokój, dokładne wykonywanie rozkazu i komendy. Na wojnie żołnierz powinien rozumieć cię w pół słowa.
Pewnego pięknego dnia przywieziono i wydano nam hełmy. Dowódca kompanii wezwał nas do siebie i powiedział:
– Nauczcie żołnierzy nosić hełmy! I nie na tyłku przy pasie, a na głowie, jak powinien robić to żołnierz według przepisów. Widzę, że łażą i rozrzucają je gdzie popadnie.
Żołnierze byli personami wybitnie cywilnymi. Podczas obiadu i przy paleniu ręce same się u nich wyciągały ku kości policzkowej – cały czas mieli odruch, aby poluzować pasek.
– Jak się będą mogli uwinąć z menażką bez zdejmowania hełmu, możecie przyjąć, że już ich żeście nauczyli!
Z dnia na dzień oczekiwaliśmy odjazdu na front. Na szkolnych placach uczelni uczyliśmy żołnierzy walki na bagnety – kłucia i posługiwania się kolbą.
– Towarzyszu poruczniku, nam to niepotrzebne! Będziemy jak Finowie w schronach siedzieć.
Nie zaprzeczałem, ale powiedziałem im tak:
– Bez ćwiczeń fizycznych niemożliwe jest indywidualne wyszkolenie żołnierza. Żołnierz bez wykształconych cech fizycznych – nie żołnierz!
– No, jeśli w ramach ćwiczeń, niech będzie. Komenderuj nami, poruczniku!
Już przy pierwszych krokach postanowili mnie wybadać i poddać próbie. Chcieli wiedzieć, na ile jestem uparty i czepialski, a na ile zgodny i ustępliwy. Żołnierz zawsze rwie się, aby wszystko wiedzieć z wyprzedzeniem. Nie zamęczałem ich krzykami i spokojnie wymagałem wypełniania poleceń. Niechętnie się podporządkowali, ale za każdym razem próbowali się wymigiwać, trwała próba sił. Koniec końców powiedziałem im:
– Zostaliście powołani do służby czynnej i macie obowiązek wykonywania tego, czego od was wymagają. Na tego, kto będzie stawać okoniem, będę musiał złożyć raport celem przeniesienia go do piechoty!
Ostatnie moje słowa wywarły na nich wyjątkowo głębokie wrażenie.
* * *
I oto przyszedł dzień wymarszu na stację i załadunku do wagonów. Kompanie ustawiły się w kolumnę marszową i znajoma, wyłożona kocimi łbami droga, przy wtórze łomotu żołnierskich buciorów popełzła do tyłu. Podwody, załadowane furażem, żywnością, ekwipunkiem i amunicją, postukując i podnosząc tumany kurzu, pociągnęły na stację w ślad za kompaniami. Za nimi, plutonami, pomaszerowali żołnierze. Pluton za plutonem, kompania za kompanią, odchodzili na wojnę. I teraz ów wąski brukowany trakt wokół Sienieża18 stał się dla nas początkiem nieznanej drogi.
Patrzeć na żołnierzy było i smutno i wesoło. Działały tu jakieś pstrokate prawa żywego tłumu. Jedni maszerowali lekko, żywo i wręcz wesoło, inni – wręcz przeciwnie, szli ponuro, ze zmęczeniem i niechętnie. Jedni się śpieszyli, wyrywali z szyku gdzieś do przodu, inni ledwo wlekli nogi po ziemi.
Droga wyłożona brukowcami była tylko jedna – w bok nie skręcisz. Dzień był upalny i duszny. Niektórym żołnierzom z braku wprawy zrolowane koce ocierały i parzyły szyje, więc przekładali je bez końca na ramionach i kręcili głowami. Spod hełmów po skroniach i policzkach ściekały strużki potu. Bluzy na plecach szybko namokły od potu i pociemniały. Jedni zołnierze pod brzemieniem ciężaru szli w milczeniu, o niczym nie myśląc. Inni wręcz przeciwnie, rozmawiali, żartowali, ciesząc się, że skończyli ze starym życiem. U trzecich na spoconej twarzy gościła tęsknota i w myślach grzebali siebie, żegnając się z bliskimi i z życiem. Jak widać, w kolumnie marszowej byli różni ludzie, odziani w żołnierskie mundury. Byli tu silni, trzymający się prosto, byli i zgarbieni, niczym na pogrzebie. Nad drogą kołysał się żywy potok żołnierzy. To rozpływał się na całą szerokość do pobocza, to stłoczywszy się obok wybitej dziury, dreptał w miejscu.
Było gorąco, bezchmurnie i bezwietrznie. Kurz z drogi właził do oczu. Pachniało cielęcą skórą, nową kierzą, uprzężą, dziegciem zaprzęgów i końskim łajnem.
W ruchu, w upale i w kurzu maszerowali żołnierze i pocili się ze zdenerwowania. U jednego hełm zsunięty na tył głowy, u innego – na nos. Spod hełmów spozierały zaczerwienione i spocone twarze. Kolumna poruszała się to zwalniając, to przyśpieszając kroku.
Potem, na froncie, na przyfrontowych drogach, przyswoją sobie swój niespieszny rytm i krok, pójdą bez szarpaniny, oszczędzając siły. Pójdą powoli i jakby od niechcenia, nie zachowując szyku i nie myląc kroku. Z czasem zapomną, jak żołnierze chodzą w nogę. „Raz, dwa, lewa!” – to nie na wojnie. Potrafić przejść pół setki kilometrów bez odpoczynku i postojów, w pełnym oporządzeniu – to, powiem wam, wyższa szkoła jazdy dla żołnierza.
Tymczasem eszelon stał na bocznicy towarowej19. Kompania wyszła na zakręt drogi i wtedy zobaczyliśmy stojący na torach skład. Ze dwadzieścia wagonów towarowych, odkryte platformy i jeden zielony wagon pasażerski.
Dla żołnierzy i koni – dwuosiowe wagony towarowe, na podwody, ładunek i kuchnie – odkryte dwuosiowe platformy. Zielony pasażerski – dla personelu medycznego i naszego sztabu. Wagony towarowe dla żołnierzy były wyposażone w dwupoziomowe drewniane prycze z grubych nieheblowanych desek.
Żołnierzy ustawiono wzdłuż pociągu i pozostawało tylko dowiedzieć się, do jakiego wagonu trzeba ich prowadzić. Lecz skład nie był w pełni skompletowany i trzeba było zmienić plan załadunku. Kiedy już wszystko było rozdysponowane i rozpisane, żołnierze, przepychając się, pobiegli do wagonów. Nie mogli się doczekać, by wyrwać do przodu. Włażąc do wagonów robili harmider, rozpychali się i sprzeczali. Każdy starał się zająć jak najlepsze miejsce. Niczym uczniaki na wycieczce, niedorzecznie czepiali się jeden drugiego, pracowali łokciami i torowali sobie drogę. Jakby to było ważne, gdzie im się na narach dostanie miejsce. Włazili po nasypie, rozpościerali ręce, krzyczeli, że tu zajęte i machali do swoich koleżków. Wszyscy wrzeszczeli i usiłowali przekrzyczeć się nawzajem.
Oto ludziska! Jadą na front i nawet wtenczas nie chcą być stratni. Starałem się utrzymać swoich żołnierzy i w szyku poprowadzić do wagonu, w zorganizowany sposób wpuścić ich do środka drużynami. Ale gdzie tam! Utrzymasz ich, skoro sąsiednie plutony tłumnie rzuciły się do schodków?
Kiedy wspiąłem się do wagonu, żołnierze zdążyli się rozlokować. Opadły namiętności i uspokoili się. Teraz, gdy wywalczyli miejsca leżące i każdy miał przy wezgłowiu worek i zrolowany koc, zwyczajne leżenie na pryczy zrobiło się mało ciekawe. Teraz wszyscy znowu zleźli na dół, pozeskakiwali na ziemię i grupkami stali koło wagonu.
Kazałem starszynie zagonić wszystkich z powrotem. Tym razem stało się dla nich istotne, by zająć miejsce przy otwartych drzwiach wzdłuż schodka. Chcieli mieć dobry widok i wiedzieć, co się dzieje na zewnątrz, kto chodzi wzdłuż składu i o czym dyskutuje. Sterczeli w drzwiach do czasu, aż wróciłem od dowódcy kompanii i kazałem im zająć miejsca na pryczach. Dowództwo zapragnęło sprawdzić, czy w żołnierskich wagonach nie ma wolnych miejsc.
– Na dole przy wagonie może stać tylko starszy sierżant i ja, przy poręczy w drzwiach – dyżurni plutonu!
Żołnierze niechętnie poleźli na prycze.
Wszyscy żołnierze byli jednakowo ubrani, choć odzież leżała na nich rozmaicie, a i charakterami też się różnili. Zdążyli dobrać się po dwóch, trzech i razem mościli się na pryczach. A tak ogólnie rzecz biorąc, to nie znali nawet swoich nazwisk. Byli wśród nich milczkowie i ponuracy, byli, jak to bywa, gaduły i wiercipięty. Ci wszędzie wtykali swoje nosy. Bali się, że coś przegapią, wszędzie węszyli za korzyściami i nowinkami, pchali się ze swoimi radami. Choćby rozmowa ich nie dotyczyła i nikt ich o radę nie prosił.
Patrzyłem na wszystkich i zastanawiałem się: kto z nich stchórzy na froncie, kto rozsieje panikę, porzuci rannego towarzysza, gdy zwierzęcy strach odejmie mu rozum. Kto? Może tamten milczek albo ten spryciarz, a może – ten rudzielec z piegami na nosie? Teraz, kiedy do wojny nie tak daleko, po wyglądzie nie określisz, kto okaże się człowiekiem, a kto będzie ratować skórę. Miałem mało czasu, by ich przestudiować i określić, kto jest do czego zdolny. Jak to leci w piosence? „Ten w płonący dom wejdzie…”.
Na dole wzdłuż wagonów biegali oficerowie i łącznicy, przedefilowali kolejarze, pobrzękując maźnicami i postukując w koła malutkimi młotkami na długich trzonkach. Tu i ówdzie przy wagonach dreptały jeszcze spóźnione grupki żołnierzy. Na odkryte platformy doładowywano jeszcze skrzynki i tłumoki. Słychać było krzyki, komendy i przekleństwa żołnierzy-taborytów. Z jednej strony świstanie i krótkie gwizdy parowozu, z drugiej – głosy ludzi, rżenie koni. Ludziska, niczym mrówki, krzątali się koło eszelonu, popędzając i przynaglając się wzajemnie. Lecz oto, jak pierwsza kropla deszczu, przeciągły gwizd parowozu pogonił wszystkich, którzy teraz rozbiegli się do wagonów. Wagony szarpnęły, brzęknęły dźwięcznie sprzęgi i dzwonienie, jak echo, jak narastający zardzewiały zgiełk, przetoczyło się wzdłuż składu. Szarpnięcie za szarpnięciem, skrzypiąc i zgrzytając, wagony powoli ruszyły z miejsca i potoczyły się po szynach.
Wszyscy oczekiwali, że eszelon pojedzie w kierunku Klina20, a ten, skrzypiąc i postukując, wytoczył się ku wyjazdowemu semaforowi głównej linii. Parowóz przeczepili z drugiej strony i od razu zrozumieliśmy, że skład skieruje się na Moskwę. Nikt nie wiedział dokładnie, jakiej trasy będzie się trzymać pociąg. Chodziły najrozmaitsze słuchy.
Pociąg nabrał prędkości i obok wagonów mignęły pola i lasy. Potem po drodze zaczęły trafiać się peryferyjne stacyjki i perony z ludźmi, czekającymi na podmiejską kolejkę. Nie dojeżdżając do Moskwy, eszelon przejechał na obwodnicę21 i kołując po niekończących się skrzypiących torowiskach, wyjechał na Lichobory. Na obwodnicy skład często stawał, czekając na swobodny przejazd22.
W Lichoborach postaliśmy około godziny. Ktoś postanowił wypuścić żołnierzy na peron, aby wydali pieniądze, które mieli ze sobą. W budkach brali wszystko: jedni ciasteczka i cukierki, a niektórzy, oczywiście, flaszki z wódką i winem. Ten, kto na to pozwolił, popełnił gruby błąd. Po jakiejś pół godzinie w wagonach huczała już pijacka zabawa.
Byłem młody i w kwestiach życiowych specjalnie się nie orientowałem. Nie dopilnowałem i nie byłem w stanie dostrzec, jak w Lichoborach moi zołnierze przemycili do wagonu z dziesięć butelek wódki i wina. Nie widziałem, jak sprytnie wciskali babom pieniądze, a one, obróciwszy w minutę, sprzedawały im z toreb butelki ze „świętą wodą”. Nie od razu zauważyłem zaczerwienione gęby swoich ludzi. Siedzieli cicho i pociągali z butelek, wcisnąwszy się głębiej na prycze. Potem znalazł się jeden spryciarz, przywołał mnie i zaproponował, abym dla kurażu wypił nieco czerwoniutkiego winka.
– Wypijcie, towarzyszu poruczniku! Skombinowaliśmy dla was trochę czerwonego cerkiewnego kagora! Wszystkie nasze chłopaki was proszą! O, popatrzcie, nawet i starszyna!
Popatrzyłem w stronę starszego sierżanta, któremu ze szczęścia rozpływała się gęba. Raz jeszcze zerknąłem na swojego pomocnika dowódcy plutonu, obrzuciłem uważnym spojrzeniem żołnierzy siedzących na pryczach i odwróciłem się, nic nie mówiąc. Dla starszyny moje milczenie było niczym policzek.
Wszyscy od razu zrozumieli, że nie pochwalam popijawy. Że wszystko to należy natychmiast zakończyć, zanim dowie się o tym dowódca kompanii. Nie robiłem wymówek starszemu sierżantowi i żołnierzom, ale na jednym z postojów, zeskoczywszy z wagonu na ziemię, dostrzegłem, jak w sąsiednim plutonie porucznik Łukonin stukał się kubkami ze swoimi żołnierzami. A potem, podczas jazdy, gdy stałem w otwartych drzwiach wagonu, opierając się na poprzecznej desce, założonej w charakterze poprzeczki w otworze drzwiowym, ujrzałem, jak w jadącym z tyłu wagonie przez taką samą deskę przewieszają się żołnierze – i rzygają.
„Sprawa jest poważna – pomyślałem. – Jadą na front. Po drodze wszystko może się zdarzyć, niewykluczone jest bombardowanie, w każdej chwili może nadlecieć niemieckie lotnictwo”. Nie rozumiałem szczególnej radości tych, którzy urżnęli się bez żadnego powodu. Nie znajdowałem na to racjonalnego wytłumaczenia. Oczywiście nie mogłem kategorycznie zabronić swoim żołnierzom nie brać do ust wina, kiedy cały eszelon huczał, przekrzykując się pijackimi głosami.
Mówiono, że jedną dywizje MWD23 wyładowali z eszelonu i zaprowadzili do lasu, a żołnierze położyli się na trawce i nie pomyśleli, aby się okopać. Byli trzeźwi, nie tak jak ci. Przyleciało niemieckie lotnictwo, rozniosło cały las i wszystkich powybijało odłamkami i drzazgami z drzew.
Na jednym z postojów wezwano mnie do dowódcy kompanii, który był miły, choć na wskroś zaskoczony, iż z czterech dowódców plutonów to ja byłem całkowicie trzeźwy. Porucznik sam nie przymierzał się w eszelonie do wina, ale i mi nic na ten temat nie powiedział. Po prostu zapamiętał ów fakt na przyszłość.
– Eszelon podjedzie do stacji Sieliżarowo, będziemy się wyładowywać o świcie. Wyładunek powinien się odbyć w sposób zorganizowany. Bez żadnego zamętu i bieganiny. Plutonu nie rozpuszczać, trzymać wszystkich w szyku! Z wagonu w szyku i od razu biegiem na stację! Twój pluton pójdzie jako ostatni. Jeśli się odłączę, zastąpisz mnie. Wszystko jasne?
– Pozwólcie odmaszerować.
– Wszystkie butelki wywalić po drodze! Przy wyładunku żadne flaszki nie mogą pozostać w wagonach!
– Wszystko będzie zrobione, towarzyszu poruczniku!
– Liczę na ciebie. Marsz do swojego wagonu!
Nastrój mi się poprawił i, stąpając szeroko, poszedłem w kierunku swojego wagonu. Oto miałem ważkie potwierdzenie swojego stosunku do wódki i pijaństwa moich żołnierzy.
Podniósłszy nogę na drabinkę, wskoczyłem lekko w otwarte drzwi, przeskoczyłem nad deską-poprzeczką24 i zawołałem do siebie starszego sierżanta.
– Wezwał mnie do siebie dowódca kompanii i nakazał skończyć z winem. Jeśli za godzinę znajdę w wagonie choć jedną butelkę alkoholu, miej pretensje do siebie. Daję ci dwadzieścia minut na wykonanie rozkazu dowódcy kompanii! I żadnych dobitek i dopijania! Zrozumiałeś? Dopilnuj, żeby ani w workach, ani w torbach na maski przeciwgazowe, ani za pazuchą nic u nikogo nie zostało!
– Wszystko będzie zrobione, towarzyszu poruczniku!
Żołnierze, widząc ostry zwrot i nie czekając, aż starszyna zacznie przetrząsać ich worki, zaczęli wyrzucać butelki przez otwarte drzwi. Ciskali puste, niedopite, rzucali i całe. Wzdychali, stękali, żartowali i nawet jęczeli.
– To dopiero człeka szczęście spotka! Przejdzie się skrajem lasu wzdłuż nasypu, patrzeć, a pod nogami, jak boży dar, leży butelka z białą szyjką!
– Słyszysz, Spiridonicz?
– Dobra, przestań szczerzyć żeby, i bez ciebie ciężko się na sercu robi!
– Nie, Spiridonicz, ty tu nie kombinuj! Rzucaj leciutko, mądrze, żeby się nie rozbiła, żeby człowiek mógł ją calutką znaleźć! Ależ by dusza śpiewała, gdyby takie coś mi się przytrafiło po drodze!
– Wszystkie flaszki wywalić, zrobię kontrolę! – powiedział starszyna i dodał: – Jeśli u kogoś coś znajdę, rozmowa będzie krótka! Zrozumieli? Ruszać się szybciej!
– Nie, ty sam posłuchaj! Od takiego czegoś można jąkałą zostać. Idziesz, idziesz, a tu calutka butelka wódki przed tobą leży!
Nadciągnęła noc i spadła niepostrzeżenie wraz z rozmowami i rwetesem. Żołnierze pozbyli się butelek, zalegli na pryczach i przycichli. Leżeli na narach nie rozbierając się, podetknąwszy pod głowy swoje worki i zrolowane szynele.
Koła miarowo stukały na złączach szyn. Wyjrzysz przez na wpół otwarte drzwi – a tu długi skład pełznie po jednotorowym szlaku. Wagony kołyszą się, deski skrzypią, a eszelon pędzi po szynach, to zwalniając, to przyspieszając biegu.
Gdzieś pod Sieliżarowem powinniśmy zająć obronę. Niemiec podszedł do tej rubieży czy nie? Nocą pociąg kilka razy się zatrzymał. Parowóz gwałtownie prychał, wydając krótkie, piskliwe sygnały. Potem, najwyraźniej nabrawszy sił, wydawał przeciągły dźwięk, z wściekłością targał wagony i wzdłuż składu niosło się granie łańcuchów. Wagony szarpnięciami ruszały z miejsca i pociąg, ponownie nabierając prędkości, jechał śpiesznie przed siebie.
Budziłem się kilkakrotnie i za każdym razem słyszałem to uderzenia talerzy buforów, to miarowy stukot jadących kół, to absolutną ciszę i zgodne chrapanie żołnierzy. Unosiłem głowę i patrzyłem w otwór drzwi, gdzie na czarnym tle przemykającej ziemi majaczył szary kontur wartownika, siedzącego przy wejściu. Albo spał na siedząco, albo po prostu się zamyślił, opuściwszy głowę.
W wagonie nie było światła, nie pozwalano go palić. Postać wartownika było widać wtedy, gdy palił. Po ogniku papierosa, zaciśniętego w garści, można było określić, w którą stronę się patrzy, czy siedzi, czy stoi. Dyżurni siedzieli w drzwiach bez słowa i albo palili, albo na wpół sennie kiwali głowami w takt jazdy. Siedzieli cicho i bez pośpiechu dymili tytoniem i wsłuchiwali się w dźwięki przemykającej nocy. Ale przez hałas stukotu kół i skrzypienia wagonu pewnie nie da się usłyszeć ryku samolotu. Nocą przejechaliśmy Zubcow, zrobiliśmy postój w Rżewie i skręciwszy w bok na inny tor, potoczyliśmy się na Torżok i Kuwszynowo.
Gdzieś w Kuwszynowie do składu podczepiono jeszcze jeden parowóz. Poszło sprawniej. A to dlatego, że przez cały czas pełźliśmy pod górę. Nad ranem parowozy, dymiąc i wyrzucając iskry, nagle przyśpieszyły i pogwizdując do siebie, zaczęły nabierać prędkości. Po prawej i lewej stronie wesoło przemykała linia lasu. Ciemne kształty pagórków i zagajników zakręciły się to w jedną, to w drugą stronę. A wagony kołysząc się pędziły po stalowym szlaku, poskrzypując i wzdychając, jak żywe.
Żołnierze pochrapywali na pryczach. Nie wiedzieli, że po raz ostatni słyszą miarowy stukot kół, spazmatyczny, głośny gwizd parowozu, pobrzękiwanie łańcuchów, przeraźliwe skrzypienie buforów, kolebanie się rozpędzonych wagonów.
Przed świtem pociąg wyhamował, zadudnił na zwrotnicach wjazdowych przy semaforze, podtoczył się do jakiejś stacji i zamarł w miejscu. Potem jakby z niechęcią cofnął się i wzdłuż wagonów zakrzątali się ludzie.
Początkowo trudno było się zorientować, co krzyczeli. Ale oto wzdłuż składu poniósł się jeden, drugi rozkaz. I wreszcie, donośny głos gońca, który wsunął głowę w otwarte drzwi, obwieścił, że oto przyjechaliśmy i przystępujemy do wyładunku.
Trzeba było z wieczora uprzedzić swoich żołnierzy, żeby do ranka przygotowali całe swoje oporządzenie. Za to teraz grzebali się z szynelami i pasami, hełmami i workami-plecakami. W tłumie ktoś może nawet zapomnieć o własnym karabinie, przecież nie są do nich przyuczeni tak, jak od dzieciństwa uczono ich zakładać rankiem portki.
Trzeba powiedzieć starszynie, aby sprawdził całe oporządzenie. A i tak, ku mojemu niezadowoleniu, ten sam natrętny i cwany żołnierz znalazł sposób, by pozostawić na pryczy hełm i maskę przeciwgazową.
Starszy sierżant podał komendę i zołnierze zgodnie wysypali się z wagonu. Pluton ustawił się i pośpieszył poza granice stacji. W mroku przedświtu słychać było głosy, krzyki i tupot żołnierzy biegnących po ulicy.
Posłałem łącznika do dowódcy kompanii i zacząłem czekać na ustawienie się kompanii w szyku. Z ogólnego ścisku furmanek, koni i żołnierzy zaczęły stopniowo oddzielać się plutony, podwody, kompanie i w końcu cały rozładowany eszelon wyciągnął się na drodze w kolumnę marszową.
Przy wagonach i odkrytych platformach zostali jeszcze ludzie, którzy pakowali ładunki na furmanki i staczali po deskach na ziemię ciężkie kuchnie.
Kompania ruszyła i poszła w ślad za odchodzącą kolumną. Brukowana droga stopniowo pięła się coraz wyżej i po jakimś czasie wyszliśmy z obniżenia terenu na świat. Zza pleców dobiegł nas odgłos kilku gwizdków parowozu, niczym ostatni pożegnalny głos żywego świata. Dźwięki te roztopiły się w przedświcie.
* * *
Szliśmy brukowaną drogą, powoli pnąc się pod górę. Przed nami stopniowo zaczynał roztaczać się odległy i mroczny horyzont. Wspiąwszy się na grzbiet, po raz pierwszy ujrzeliśmy niekończącą się dal. Pierwsze spojrzenie zawsze pozostawia w pamięci niezatarty obraz. Z każdym krokiem oddalając się od Sieliżarowa, szliśmy w milczeniu, nie zmieniając i nie przyspieszając kroku.
Kolumna rozciągnęła się na drodze i podzieliła. W końcu jedna z kompanii skręciła w bok, a my dalej szliśmy gdzieś przed siebie. Każda z kompanii samodzielnie wybierała swoją marszrutę. Szliśmy po nierównej nawierzchni niezbyt szerokiej drogi, postukując żelaznymi gwoździami butów. Obok, powoli, zamieniając się miejscami, przepływały pola i lasy. Żołnierze rozglądali się na boki, sądząc, że zbliżają się do linii frontu, ale wokół wciąż było po staremu, cicho i ponuro. Cisza! Złowieszcza cisza! Wokół panował taki spokój, takie milczenie, iż wydawało się, że po zgrzycie i stukocie kół pociągu towarowego teraz dzwoni nam w uszach. Łoskot pociągu i hałas ludzkich głosów zostały daleko z tyłu.
Szary poranek powitał nas chłodem i drobnym deszczem. Brukowana jezdnia skończyła się i szliśmy po gruntowej drodze.
Jeśli idący na czele dowódca kompanii nie przyśpiesza kroku, oznacza to, że trzeba będzie daleko iść. Długie odcinki wojska zwykle pokonują bez pośpiechu, oszczędzając siły, rozkładając je na całą marszrutę.
Doświadczony dowódca zaraz po wymarszu podaje nieśpieszny i miarowy krok. Choć podczas marszu szyk szybko się łamie, to nie ma znaczenia, czy ktoś idzie na przedzie, czy wlecze się z tyłu, powłócząc nogami. Szedłem z tyłu i pilnowałem, aby nikt się nie odłączał. Otrzymałem polecenie rozglądania się za żołnierzami pozostającymi w tyle. Zdejmowałem bagaż z ramion spóźnialskiego żołnierza, usadzałem go na podwodzie i wracałem na koniec szyku. Po jakimś czasie wypoczęty żołnierz ruszał, aby dogonić swoich towarzyszy, a jego miejsce na furmance zajmował nowy, który opadł z sił.
Niedaleko od drogi, po prawej stronie, ukazała się wieś. Szare dachy, kryte deszczułkami, przylepiały się do siebie. Chałupy stały bez żadnego ładu i składu. Gdy zrównaliśmy się z domami, zauważyliśmy, że nie rozlega się pianie kogutów, w ogóle nie słychać szczekania psów, że nigdzie nie przemykają kobiety z wiadrami, a na płotach nie wiszą gliniane garnki. Miało się wrażenie, że wieś wymarła od jakiejś strasznej zarazy.
Pomyślałem, że najprawdopodobniej mieszkańców wsi ewakuowano. Czy wojna jest blisko? Czy gdzieś obok przebiega linia frontu? Według mojej rachuby, zdążyliśmy przejść około trzydzieści kilometrów. Za wsią ponownie ukazał się las, a za lasem – pole. Droga skręciła ostro w lewo i pobiegła w dół. Poszliśmy po rozsypanym chruście, omijając bagno i weszliśmy w rzadki las. Krzaki i trawa, błoto i ziemia, szerokie pasy usuniętej darni, hałdy nawalonych po budowie śmieci, piasku i tłucznia, podmokłe worki z szarym cementem – wszystko to były ślady jakichś robót budowlanych. Tu ryli, tam kopali, gdzie indziej osadzali bierwiona i stawiali słupy, lali beton, sypali piasek, równali ziemię, układali darń, przybijając ją drewnianymi kołkami. Tutaj przebiegała linia obrony. Przybyliśmy na przedni skraj rejonu umocnionego25. Po krótkiej naradzie z dowódcami plutonów, dowódca kompanii oznajmił:
– Map rejonu do ręki nie dostaniecie, dowódcom plutonów nie przysługuje. Pójdziemy zapoznać się z okolicą, obejdziemy na piechotę cały sektor obrony.
I poprowadził nas po pierwszej linii kompanii. Gęsiego przedzieraliśmy się przez gęste kępy krzewów i drzew, pochyleni przeskakiwaliśmy nad transzejami, nieodłącznie krocząc za nim. Wspinaliśmy się na nasypy, przeskakiwaliśmy rowy łącznikowe i w niedługim czasie obeszliśmy cały sektor obrony kompanii. Teraz, uściśliwszy granice podziału plutonów, sektory ostrzału i obserwacji, mieliśmy rozprowadzić swoich żołnierzy po okopach.
Rozkaz do zajęcia obrony jeszcze nie nadszedł, dlatego urządzenie i doposażenie pozycji nie należało do nas. Plutony miały rozśrodkować się na całej szerokości odcinka i czekać rozkazu bojowego z góry. Zajęliśmy niewielką ziemiankę, wystawiłem warty, wyznaczyłem zmiany wartowników i ustaliłem plan dnia. Na to wszystko nie zejdzie za wiele żołnierskiego czasu. Żołnierze są w wojsku raptem od tygodnia, nie są przyzwyczajeni do polowego życia na wolnym powietrzu. Wszystko robią nie tak i bardzo powoli, często dyskutują i dają niepotrzebne rady.
W czasie przemarszu czterech żołnierzy obtarło nogi, nieumiejętnie i w pośpiechu zawijając onuce. Do zajęć szkoleniowych i przygotowania bojowego nie doszliśmy, a teraz istotnym było, aby przyzwyczaić żołnierzy do rytmu życia w warunkach polowych. Pod wieczór niektórzy z nich zaczęli popatrywać na drogę, zakładając, że na nocleg poprowadzą ich do wsi. Nie brali pod uwagę, iż zostaną na noc po prostu na ziemi i będą leżeć na dnie wilgotnego okopu. Nie sądzili, że od teraz ich domem i pościelą będzie wyłącznie ziemia.
Okopowe życie zaczęło się dla żołnierzy jakoś tak od razu, bez żadnych wstępów i przygotowania. Cały pluton nie mógł pomieścić się w ziemiance, część ludzi pozostała na noc w odkrytych okopach bez daszków. Na miejsce noclegu każdy mógł przynieść sobie naręcze chrustu albo słomy, jeśli gdzieś pod bokiem była szansa na ich znalezienie.
Jeszcze wczoraj, leżąc w wagonie na suchych, chropowatych i nieheblowanych deskach, pociągali z szyjki słodkawy portwajn, palili papierosy i beztrosko wypuszczali pod sufit tytoniowy dym. Dzisiaj, umęczeni forsownym marszem, trafili do wilgotnych i lepkich okopów. Z braku przyzwyczajenia ręce i nogi zrobiły się ciężkie, bolał grzbiet i szyja, a zdjąć coś z siebie i cisnąć na ziemię żołnierzowi nie było wolno. W co tam żołnierz obuty, w tym się kładzie! No i lepiej niech jeszcze mocniej ściska swój karabin. Tu nie będziesz się kotłować objęty z babą w miękkiej pościeli!
Tu trze pas, tu uwiera szelka od maski przeciwgazowej, wrzynają się w plecy postronki od worka-plecaka, ramię rani pas nośny od karabinu i nie można ich ani zrzucić, ani zdjąć. Wszystko, co nałożyli i powiesili na żołnierzu, to jak pieprzyki na własnej skórze, nie zdejmuje się ich na noc, gdy idzie się spać. A tu hełm, maska przeciwgazowa, karabin, ładownica wypchana nabojami, pas, łopatka saperska, worek na plecy, manierka, kubek, menażka, para granatów, nienaruszalny zapas sucharów, zapasowe onuce, kawałek mydła i inne graty. Wszystko to żołnierz powinien nosić na sobie razem z butami, szynelem i własnym ciałem, dopóki go nie zabiją, dopóki nie wyciągnie gdzieś nóg. Od teraz powinien w tej uprzęży chodzić, jeść, spać, stać, siedzieć, biegać, pełzać, strzelać. Żołnierz powinien zawsze być w pełnym oporządzeniu, nawet ogłuszony, przebity kulą, rozerwany bombą na drobne kawałki. Żołnierz morze się oswobodzić od amunicji i ciężaru tylko wtedy, gdy go zabiją. Dopiero wtedy będą mu przeszkadzać i można rzec, że wtedy się bez nich w pełni obejdzie. Ale wszystko to czekało żołnierza w przyszłości, a ten dzień był dopiero początkiem.
Teraz żołnierze padali ze zmęczenia na dno wilgotnych okopów i transzei. Myśleli tylko o tym, żeby się rozluźnić. Obojętna była im otaczająca ich przyroda, kwitnąca jesień, płonące purpurowym ogniem wierzchołki wiejskich chat i sina dal. Na uczelni ganiano nas bezlitośnie pochodami i forsownymi marszami – co jak co, ale w sensie fizycznym staliśmy krzepko na nogach. Przejść trzydzieści wiorst – to dla mnie sama przyjemność, żadnego zmęczenia. Chodziłem jak na sprężynach.
Od rana podłączyłem żołnierzy do roboty. Niczego nie pojmując, ryli w ziemi. Wiedziałem z doświadczenia, że żołnierzom trzeba od razu narzucić rytm pracy i surowego reżimu. Przede wszystkim – nie pozwolić żołnierzowi rozluźnić się i oklapnąć. Czeka nas niemało ciężkich przejść i po każdym trzeba mieć zapas sił. W tym najpewniej tkwi mądrość fizycznego zahartowania żołnierza. Teraz, kiedy kompania wyszła na rubież obronną, sytuacja mogła ulec zmianie w każdej chwili, o czym uprzedził mnie dowódca kompanii.
Staliśmy na zboczu wzgórza, a przed nami w podmokłym obniżeniu terenu widać było ubarwiony jesienią las. Za lasem w każdej chwili mogli pojawić się Niemcy, ale na razie tam, przed nami, było spokojnie i cicho.
Wieczorem, gdy wezwano mnie do dowódcy kompanii, usłyszałem tam rozmowę na temat Niemców. Oficer przybyły ze sztabu batalionu opowiadał, że konno pojechali jakieś dwadzieścia kilometrów do przodu i na zachodzie słyszeli huk artylerii. Działa strzelały salwami. Prawdziwa kanonada! Słowo „kanonada” w opowieści oficera brzmiało poważnie i ciężko. Ja sam nigdy nie słyszałem dudnienia artyleryjskiej kanonady i mogłem sobie ją tylko wyobrazić na podstawie fabuły kinowej. A ów nieznajomy oficer słyszał ją z oddali. Miał wyjątkowe szczęście! Zdążył pobyć na linii frontu i ognia26.
Wróciwszy na pozycje swojego plutonu, wezwałem starszego sierżanta. Popatrzyłem na niego i oznajmiłem:
– Ludzie słyszeli z przodu kanonadę!
– To na pewno nasi! – obwieścił starszyna z przekonaniem.
– Ja też tak myślę – zgodziłem się – inaczej być nie może! Urządzić kanonadę mogli tylko nasi!
Przypomniało mi się, że jako mały chłopak bawiłem się w wojnę. „Ty po jakiej stronie?”, „Ja po stronie czerwonych!”
– Wszyscy chcieli być po stronie czerwonych – powiedziałem na głos w zadumie.
– Dlaczego czerwonych? – zapytał starszyna.
– A tak, nic takiego! – odpowiedziałem z westchnieniem.
Bynajmniej nie przypuszczałem, że na froncie zachodnim nie mamy ani pocisków, ani artylerii. W przyfrontowych magazynach wogóle nie było amunicji, a u cofających się żołnierzy dawno skończyły się naboje do broni ręcznej. Oto dlaczego wielu z tych, którzy uciekali i cofali się przed Niemcami, porzuciło swoje karabiny.
Minęło parę dni i zza lasu, gdzie, według relacji oficera ze sztabu, grzmiała kanonada, pojawiły się malutkie grupy żołnierzy. Szli bez masek przeciwgazowych, bez hełmów i bez karabinów, w rozpiętych szynelach – jak to mówią, dusza na wierzchu. Gdy ich zatrzymaliśmy i zapytaliśmy, kim są i skąd idą, gdzie teraz trwa bój i dudni nasza kanonada, bardzo się zdziwili i przecząco pokręcili głowami.
– Stamtąd idziemy! – i w nieokreślony sposób pokazali w stronę lasu.
– Żadnej kanonady tam nie było – odpowiedział sierżant.
Niczego konkretnego o bojach i o naszej artylerii powiedzieć nie byli w stanie. Szli przez lasy i błota, bez jedzenia i bez tytoniu. Przechodzili przez dużą wieś i widzieli, jak mieszkańcy wyciągali z kołchozowych spichlerzy ziarno i wywozili je na furmankach do swoich domów. We wsi wzbogacili się o dwie piętki chleba. Miejscowi brali ziarno bez skrępowania, nie kryjąc się. Jak mówili, zabierają swoją krwawicę, zdobytą pracą.
– Kołchozowych ziemniaków nie kopią – wyjaśnił opowiadający. – Zimą zostaną na polach, swoich po ogródkach pełno.
„Co to takiego? – pomyślałem. – Bezrząd i powrót do prywatnej własności, do indywidualnej gospodarki?”
– Dopóki byli swoi, gospodarka była wspólna. A teraz każdy sam dla siebie! – powiedział żołnierz w rozpiętym szynelu.
– We wsi baby i dziadkowie bez ogródek chodzą po ziarno, a chłopy i młodzieńcy w wieku poborowym po chałupach się chowają. W oczy nie lezą. Wojnę we wsi chcą przeczekać. – wyjaśnił jeden z żołnierzy.
– A czemu ich wcześniej nie ewakuowali? – zapytał któryś z naszych żołnierzy. – Tutaj w okolicy wszystkich ze wsi wywieźli!
– My o tym nic nie wiemy!
Wychodzącym z okrążenia pokazano drogę na Sieliżarowo, gdzie znajdowały się sztaby i pododdziały tyłowe i gdzie na posterunkach trwała radziecka władza.
Wystarawszy się u naszych chłopaków o chleb na drogę i garść machorki na wszystkich, „okrużeńcy” ruszyli drogą na Sieliżarowo.
* * *
Noc minęła niespokojnie. W duszy pozostał zamęt i nieprzyjemny niepokój. Wokół było po staremu cicho i z wojskowego punktu widzenia najzupełniej spokojnie. Nie wiedzieliśmy, że przed nami naszych wojsk już dawno nie ma.
Rankiem nad pozycjami znowu pojawiły się deszczowe chmury. Uderzył gromki grzmot i przetoczył się nad lasem. Być może nasz oficer ze sztabu pomylił uderzenia piorunów z frontową kanonadą i „zalewał” nam w kwestii pierwszej linii? Zaczął siąpić kapuśniaczek. Nad ziemią zawisła siwa nieprzenikniona mgła.
Po raz pierwszy widziałem, aby kudłate ciemne chmury zaczepiały ogonami o ziemię. I wtedy sobie przypomniałem. Przecież znajdowaliśmy się na Grzędzie Wałdajskiej. Pluton zajmuje pozycje pomiędzy jeziorami Sig i Wołgo. Z tyłu za nami biegnie szosa Ostaszków – Sieliżarowo, a we wsi Janowo rozlokował się nasz dowódca kompanii. Znajdowaliśmy się na linii obrony, która przechodziła skrajem wsi Wiązownia27.
Z przodu las. Za lasem – droga i wsie Jasieńskie, Pustosza i Siemienowo. Za drogą wzgórze 288, a dalej wieś Kosarowo i linia kolejowa ze stacją Sigowo28.
U oficera sztabowego, gdy przyjeżdżał, oglądałem mapę. Naszkicowałem plan okolicy bez nanoszenia schronów bojowych i rubieży obrony. Zgodnie z ogólnym schematem obrony rejonu umocnionego, pluton nie zajmował najbardziej wysuniętej linii okopów i DOT-ów. Dowiedziałem się, że wyprowadzono nas na tę rubież tymczasowo. Budowle inżynieryjno-fortyfikacyjne na tej linii nie były jeszcze gotowe. Mieliśmy doglądać jakości robót i odbierać od budowniczych każdy obiekt. Pilnowaliśmy jakości betonu, czystości sypanego żwiru, użyteczności szalunków, grubości betonowych stropów.
Nikt nie wiedział, że za tydzień ze sztabu frontu nadejdzie rozkaz, aby w trybie pilnym przerzucić nas na inny odcinek rejonu umocnionego, w okolice Syczewki29. Przez wiele dni będziemy musieli iść pieszo przez lasy, pola i wsie po rozjeżdżonych i zalanych deszczem i błotem drogach. Będziemy pokonywać stromizny i spadki terenu, aż na koniec, 20 września30, wyjdziemy na lewe skrzydło naszego rejonu umocnionego, gdzie wśród wielu wsi jedną nazywają Szentrapałowką.
Faktycznie, po tygodniu otrzymaliśmy rozkaz, aby się zwijać i maszerować w nakazany rejon. Wyleźliśmy na górę z rowów łącznikowych i pokręciliśmy się u obwisłych krzewów. Ustawiwszy żołnierzy tyle o ile, podałem komendę:
– Na wprost, marsz! – i pluton ruszył, idąc po drodze na nowe miejsce.
Obraliśmy kierunek na Jazowo, gdzie czekał na nas dowódca kompanii. Zbliżywszy się do jazowskich chałup, zatrzymaliśmy się przy skrajnej chacie koło ganku. Na miejscu tłoczył się naród, nasza brać i miejscowi mieszkańcy. Na ganku stali i siedzieli chłopaki z trzeciego plutonu. To byli zołnierze Łukonina, a wśród nich kilka miejscowych dam. Przemiłe kobietki, w kaftanach okrytych barwnymi chustami, siedziały na balustradzie i machały nogami. Na ulicy było ciemno. Kolorów na szalach nie było widać, dziewczyny siedziały przyciśnięte do żołnierzy i niekiedy śpiewająco mówiły:
– Oj! Aj! – i bez przerwy piskliwie chichotały.
Żołnierze bardziej posunięci w latach, ci starsi, trzymali się na uboczu. Dymili skrętami i spozierali na balustrady.
Zatrzymałem swoich żołnierzy przy ganku, wspiąłem się po stopniach i wszedłem do chałupy, by zameldować porucznikowi, iż przybył czwarty pluton w pełnym składzie.
– Trzeba będzie zaczekać, poruczniku, jeszcze nie wszyscy są na miejscu! Jak tylko wszyscy podejdą, wyjdę na ganek i wydam komendę na zbiórkę kompanii.
– Mogę wyjść na ulicę?
– Tak! Idź, baw się!
Wyszedłem z chałupy, zszedłem z ganku i powiedziałem starszynie:
– Niech nikt się nie rozchodzi! Zbiórka kompanii będzie tu, na miejscu! Ja się przejdę, dopilnuję podwód. Zostajesz w moim zastępstwie!
Poszedłem wzdłuż wsi ku stodołom, gdzie rozłożyły się tabory kompanii. Wieś nieduża, wszystkie domy stoją po jednej stronie. Droga biegnie pochyło i domy schodkowo podnoszą się ku górze. Zapytałem żołnierza-woźnicę, czy wszystko jest gotowe, ponieważ znowu będę szedł z tyłu i zbierał żołnierzy, którzy pozostaną w tyle za kompanią. Przeszedłem się po wsi, po prostu tak, bez celu, zapaliłem papierosa i wróciłem.
Niebo było ciemne, zakryte gęstymi chmurami. Niech no tylko wydadzą komendę, by iść bez mapy bez styczności z kompanią, to w takiej ciemnicy można z łatwością zgubić drogę. Kompas w mapniku jest, a mapy na całą marszrutę nie ma. Na wszelki wypadek trzeba przepatrzeć drogę na mapie dowódcy kompanii. Kiedy podszedłem do ganku, dwie pannice już się kręciły koło moich żołnierzy. Coś tam mówiły i machały rękami. „Brakuje harmoszki” – pomyślałem.
Młodsi żołnierze byli ożywieni. Ale oto na ganek wybiegł łącznik i przekazał rozkaz dowódcy kompanii, by ustawiać się na zbiórkę. Zołnierze nierównymi szeregami ruszyli po grząskiej i śliskiej ziemi, zostawiwszy dziewczęta na progu w mroku nocy, nie objąwszy ich na pożegnanie i nie powiedziawszy im serdecznych słów. Na ganku pojawił się dowódca kompanii.
Pluton dołączył z tyłu kompanii, przyjąłem stosowne polecenie na okoliczność pozostających w tyle żołnierzy i kompania powoli, kołysząc się, zaczęła przemieszczać się pod górę po rozmytej deszczem drodze.
W ciemności uparcie przebieraliśmy nogami i wkrótce dotarliśmy do kolejnej wsi. Minąwszy ją, zaczęliśmy ponownie iść pod górę. Dopiero gdy wkroczyliśmy na brukowaną drogę, przyjęliśmy miarowy krok, ruszając pewnie, czując pod stopami twarde podłoże. Na błoto i kałuże nikt już nie zwracał uwagi. Szliśmy na przełaj, bryzgając to wodą, to błotem. I kiedy starszyna podał komendę do śpiewu, pluton, rozkołysując się i równając krok, zaciągnął żołnierską pieśń.
Gdy idziesz w rytm żołnierskich głosów, kiedy wsłuchujesz się w słowa zapiewajły, w nierówny stukot butów, to zapominasz o drodze, o wodzie, o kałużach i błocie. I o zmęczeniu, pokonanych kilometrach i długiej drodze, która jeszcze cię czeka. Jeśli żołnierze rozśpiewają się z własnej woli, to po pierwszej marszowej piosence następuje kolejna. Tak maszerują pośród nocy, pogwizdując stosowne kuplety. Ale wystarczy zrobić po drodze niewielki postój, to wychodzą potem na drogę w milczeniu, z niechęcią stają w szyku i potem już w marszu nie śpiewają. Zapiewajła zanuci swój pierwszy kuplet, a podciągnąć nie ma komu, nikt nie chce i wychodzi tak, że odezwał się niczym kogut. Zaśpiewał, a po nim choćby potop!
Po drodze kompania przeszła porzuconą wieś. W ciemności stały chaty, kryjąc się jedna za drugą. Pośród chałup kręciły się niewyraźne postacie żołnierzy, dobiegał odgłos ściszonych rozmów, pobrzękiwanie uprzęży i parskanie koni. Nasze służby tyłowe i taboryci batalionu zbierali się do dalszej, niełatwej drogi. Tu i ówdzie pośród niezgrabnych chałup migały ogienki papierosów i dzięki nim można było dostrzec, ilu się tam tłoczyło ludzi. W ciemności słychać było trzaskanie drzwi, skrzypienie otwieranych wierzei i tupot żołnierskich nóg na schodkach. Wszystkich skupisk nie można było dostrzec, noc odgradzała od nas ludzi i furmanki.
Powietrze było zimne i wilgotne. W zagłębieniach terenu i wzdłuż skraju lasu zbierała się gęsta mgła. Bliżej nocy w powietrzu pojawił się chłód.
I oto wioska została z tyłu. Przed nami i po bokach, gdzie nie spojrzeć, wszędzie mrok i niczego nie widać. Czujesz pod nogami drogę, a zakrętów nie widzisz. Droga to wspina się na pagórek, to pełźnie w dół i opada w zagłębienie terenu. Niewyraźne kształty linii lasu przesuwają się do tyłu. Droga meandruje w nieprzeniknioną ciemność lasu i ponownie wybiega w szarą zasłonę pól i krzewów. A niekończące się dale horyzontu, które zadziwiały nas poprzedniego dnia, teraz są niewidoczne. Straciwszy rachubę czasu i pokonanych kilometrów, nie byłem w stanie dokładnie określić, gdzie się w danej chwili znajdujemy. My, porucznicy, nie posiadaliśmy zegarków, by określać czas według wskazówek.
Według zegarka można by obliczyć, ile przeszliśmy i w którym punkcie drogi się znajdujemy. Mówią, że u Niemców wszyscy żołnierze mają zegarki. A tutaj drepczesz drogą i nie wiesz, ile jeszcze przyjdzie ci iść.
Już dawno zauważyłem, że jeden z żołnierzy zaczął zostawać w tyle za plutonem. Gdy zaczynał odstawać, przyspieszał kroku i doganiał idących z tyłu żołnierzy. Pod koniec marszu zaczął to robić częściej. Zrównałem się z nim i spojrzałem mu w twarz. To był starszy wiekiem żołnierz, niewielkiego wzrostu. Utykał jakoś tak nienaturalnie, starając się przenieść ciężar ciała na piętę. Oceniłem, że zapewne obtarł nogi i zwróciłem się do niego:
– Ty co, bracie, nie umiesz wiązać onuc?
– Nie, towarzyszu poruczniku. Nie mam palców w prawej nodze!
– Że niby jak nie masz?
– Odcięli mi palce w szpitalu. Kiedy jeszcze byłem młody. Mocno je odmroziłem, to i obcięli!
– Przepraszam, ale jak ty trafiłeś na front?
– Nie wiem. Na komisji powiedzieli „zdolny”.
– Jaki zdolny? Może do służby na tyłach to się nadajesz. A u nas nawet starszych wiekiem żołnierzy, byle z rękami i nogami, uważa się za zdolnych do służby na wojnie.
– Palce u rąk mam. Strzelać mogę. Powiedzieli, że będę siedzieć pod ziemią w schronie, tam chodzić nie ma potrzeby.
– Ale gadka! Mówiłeś na komisji, że ci brakuje palców u nogi? Pokazywałeś nogę lekarzom?
– Myślałem, że sami to wiedzą.
– A więc tak! Do Sieliżarowa zostało dwie godziny marszu, właź na wóz! Dojedziesz na miejsce – pójdziesz do batalionowej kompanii sanitarnej. Powiesz, że cię odesłałem na komisję lekarską, pokażesz im nogę. Rozumiesz?
– Dobrze, towarzyszu poruczniku!
– Nie „dobrze”, ale „tak jest, na komisję lekarską”. Tak trzeba odpowiadać.
– Tak jest!
Wziąłem od niego karabin, maskę przeciwgazową i magazynki, położyłem na kompanijną podwodę i powiedziałem woźnicy, że wszystko to zostaje u niego.
– Dowieziesz żołnierza furmanką do Sieliżarowa i pokażesz, gdzie stoi kompania sanitarna. Swoich tyłowników znasz.
Po krótkim dziesięciominutowym odpoczynku kompania ponownie się ustawiła i ruszyła naprzód. Pozostał ostatni niewielki odcinek31.
Pod koniec marszu postoje są zwykle częstsze i ma się wrażenie, że szybko się kończą. Żołnierzy poinformowano, że pozostało jeszcze pięć-sześć kilometrów marszu. Usłyszawszy, że niedługo dotrą do miejsca biwaku, ludzie ożywili się i przyspieszyli kroku.
Wszyscy chcieli czym prędzej dotrzeć na miejsce, powalić się na ziemię, wyciągnąć nogi i zamknąć oczy. Przed nami nie pokazały się jeszcze budynki stacyjne Sieliżarowa, gdy kompania skręciła z drogi i znalazła się w lesie. Tam kompanię zatrzymano, rozśrodkowano, a żołnierze od razu padli na ziemię i wyciągnęli się tu i tam. Rozkazałem ustawić karabiny w kozły, a dla ochrony i utrzymania porządku wyznaczyć wartowników.
Ktoś tam jeszcze znalazł siły, aby zatupać nogami, pokręcić się, zaszurać obcasem po trawie, starając się znaleźć w ciemności suche miejsce. Ale większość położyła się tam, gdzie ich zatrzymano. Walili się na ziemię tak, jak padają martwe ciała, trafione kulą. I tylko wartownicy przez resztę nocy sterczeli pionowo niczym pnie.
Ja i starszy sierżant nie mogliśmy się od razu ułożyć, mieliśmy różne sprawy do załatwienia, wezwał nas do siebie Archipow. Gdy się uwolniliśmy, na niebie już zaległa szara smuga świtu. Dzień zapowiadał się jasny, bezdeszczowy, ale i bezsensowny. Bez końca nas wzywali, oznajmiali coś ważnego i na koniec kazali siedzieć i na coś tam czekać. Służby tyłowe wiecznie nie dają ludziom spokoju. A to im pokaż zestawienia, to rozlicz się z pobrania książeczki zaopatrzeniowej, a to chcą ci wydać buty z cielęcej skóry, które już dawno otrzymałeś i masz je na nogach.
O świcie, kiedy wstało jesienne słońce i nadciągający wiatr zaczął rozganiać chmury, od strony drogi nagle przyjemnie zaciągnęło dymkiem. Stukocząc po brukowanej nawierzchni, z drogi skręciła batalionowa kuchnia. Z płonącym paleniskiem miękko wtoczyła się w las i pobudki żołnierzom nie trzeba było robić. Ów znajomy i wyczekiwany zapach oraz parskanie koni, pobrzękiwanie uprzęży i łańcuchów w oka mgnieniu poderwały na nogi leżących na ziemi. W takiej chwili nawet śpiący, nie otwierając oczu, jest w stanie podetknąć swoją menażkę pod chochlę.
Starszy sierżant od razu ustanowił żelazny porządek, aby żaden kombinator nie wkręcił się bez kolejki. Za takie coś przebiegłych cwaniaków surowo karano. Odstawiano ich na bok na oczach wszystkich i mieli podchodzić do kuchni jako ostatni. Owa metoda była dla żołnierzy wielce wychowawcza, wyrabiała u nich szacunek do innych i rozwijała poczucie koleżeństwa.
A kucharz jest nieubłagany, liczy w myślach każdą chochlę i automatycznie zatrzyma się na jakiejś tylko jemu znanej cyfrze. Najpierw z mocą zatrzaskuje metalową pokrywę gorącego kotła i jeśli przy kuchni zostali żołnierze z pustymi menażkami, to naszemu starszynie od razu dostanie się od kucharza. Oto dlaczego treściwy zapach kuchni powinien w pierwszej kolejności wyczuć sam starszy sierżant.
W tym celu nad ranem postawi na posterunku rozgarniętego wartownika, który powinien pilnie obserwować drogę, aby odpowiednio wcześniej wykryć, skąd pokaże się para koni z jedną hołoblą pośrodku. I gdy tylko dostrzeże dymiący grzybek kuchennego komina, a w powietrzu poczuje zapach żarcia, powinien bezwarunkowo budzić starszynę.
Starszy sierżant od razu, bez pośpiechu, przystępuje do rzeczy. Zgodnie z wypiską musi otrzymać n-tą liczbę bochenków chleba, pryzmę cukru według wagi i machorkę, nasypaną miarką. I cały ten stos produktów powinien rozdzielić i rozdać swoim żołnierzom. Porcje powinny być dość dokładne, aby żaden z żołnierzy nie miał wątpliwości i by nikomu nie stała się krzywda. Każdy żołnierz będzie się przyglądać porcji sąsiada. Wobec kuchni i starszyny, niczym wobec Boga, wszyscy są równi.
Zaopatrywano nas dobrze i żołnierzy w batalionie karmiono do syta. Jedzenie w kotłach było gęste, tłuste, smaczne i sycące. Wszyscy kucharze, woźnice, szefowie kompanii, magazynierzy i oficerowie zaopatrzenia byli świeżo powołanymi moskwianami. Nie zdążyli się zgrać, oswoić i skumać jeden z drugim. Jeszcze się nie „zestroili” i wystrzegali się jawnego lub skrytego podkradania ze wspólnego kotła. Tu nie było sfory stołowników, szantażystów i złodziei. Wszystko to poznaliśmy później, kiedy trafiliśmy do kadrowej syberyjskiej dywizji. A póki co, można było rzec, iż napychaliśmy sobie żołądki. A nasz kompanijny woźnica na sytym żarciu wyhodował karczek.
Wszystko to byli w armii ludzie nowi. Byli specjalnie wyselekcjonowani i powołani z rezerwy. Całkiem niedawno opuścili swoje rodziny, swoich przyjaciół, swoje miejsca pracy. Nie zdążyli nauczyć się, jak chwytać i kraść. Każdy miał sumienie i ludzką świadomość. W pierwsze dni wojny przed żołnierskim kotłem, jak przed Bogiem, stali czyści i niewinni. Produkty wykładano i otrzymywano pod czujnym okiem oficerów. Mistrzowie magazynów i kucharze nie wyławiali z kotła kawałków mięsa, nie chowali i nie wynosili ich na handel. Produkty z żołnierskiego przydziału w całości trafiały do brzucha żołnierza i były dzielone równo i sprawiedliwie.
Dzień od samego świtu był jasny. Po rannym apelu i posiłku, żołnierzom pozwolono na odpoczynek. Ponownie uwalili się na ziemię, ale już w jakimś naturalnym porządku. Po sytym obiedzie nie ma co tracić czasu, zatem nie marnując ani minuty ułożyli się tam, gdzie było bardziej sucho i miękko, podłożywszy pod głowy swoje worki.
Około południa w rejon kompanii podjechała kryta półtoratonówka. Wszystkich oficerów i starszych sierżantów wezwano celem pobrania żołdu. Otrzymywaliśmy grube paczki banknotów za okres miniony oraz za przyszły. Co to takiego? Dlaczego tak szczodrze wydawali pieniądze? Może szosa została przecięta? Albo worki z pieniędzmi zrobiły się niepotrzebne na tyłach? Pierwszy raz w życiu32 trzymałem w rękach cały majątek.
– Skąd przyjechaliście? – zapytałem szefa służby finansowej, który wydawał nam pieniądze.
– Skąd trzeba! Dostałeś, zmywaj się czym prędzej! W Sieliżarowie działa telegraf, idźcie na stację i przesyłajcie pieniądze do domu. A ty sam skąd?
– Z Moskwy!
– Łączność telegraficzna z Moskwa na razie działa.
Wypchawszy kieszenie pieniędzmi, nie będziesz ich taszczyć po okopach na pierwszej linii. „Trzeba się przejść!” – pomyślałem. Na stację wraz ze mną poszło jeszcze kilku oficerów z kompanii.
Tego dnia nic szczególnego się nie wydarzyło. Po raz drugi wydano posiłek. Wieczorem kompania ustawiła się i wyszła na drogę. Robiąc krótsze i dłuższe przerwy oraz obrawszy kierunek na Rżew, kontynuowaliśmy przemieszczanie się do Kuwszynowa.
* * *
ZSieliżarowa na Rżew prowadziły dwie drogi. Jedna prosta i krótka, ale całkowicie zrujnowana. Druga droga – okrężna i twarda – przejezdna dla wojskowych taborów i pojazdów. Pierwsza, bezpośrednia, szła przez Bolszuju Koszu, Suchodół i Bachmutowo33. Jednak na tym odcinku przecinała mnóstwo strumieni i małych rzeczek. Mosty były na wpół zniszczone, a wokół nieprzebyte błota. Tamtędy nawet w suchą pogodę nie dało się przejść z taborami.
W owym czasie w Rosji było wiele dróg, oznaczonych na mapie grubą linią. Lecz wszystkie, lub większość z nich, nadawała się tylko dla chłopskich wozów. Jesienią i w roztopy mógł nimi przepełznąć co najwyżej wiejski konik z pustą lub niedoładowaną furmanką. Druga, okrężna droga, którą szliśmy, biegła przez Kuwszynowo i Torżok34. Tu droga była brukowana i w zupełności przejezdna dla kół załadowanych wojskowych podwód. Jednak odległość do Rżewa była dwa razy większa. No i tą właśnie drogą poszliśmy.
Z Sieliżarowa nasza kompania wyszła o świcie. Na drodze nie widzieliśmy pozostałych kompanii naszego batalionu. Po drodze zrobiliśmy kilka postojów i pod wieczór zbliżyliśmy się do Kuwszynowa. Po drodze nie napotkaliśmy nic godnego uwagi, wokół same bezludne pola i lasy, jak wszędzie.
Gdy ze skraju lasu zaczęliśmy iść pod górę po zboczu niegłębokiego wąwozu, za nasypem kolejowym dostrzegliśmy dachy domów i poczuliśmy zapach spalenizny i dymu. Skręciwszy na tory kolejowe, przyśpieszywszy kroku po podkładach, kompania podeszła do skraju miasta. Miasteczko było niewielkie, w czterdziestym pierwszym mieszkało tu w sumie osiem tysięcy miejscowych. Popatrzyliśmy przed siebie. Na torach przy stacji stały zniszczone i wypalone wagony. Unosił się z nich jeszcze gryzący zapach i dym. Przed naszym nadejściem Niemcy zbombardowali stację. Wokół świeże leje po bombach, opalone szkielety wagonów towarowych i dopalające się stacyjne budynki magazynowe…
Po raz pierwszy ujrzeliśmy żywy obraz wojny. Tak się nam przynajmniej wtedy wydawało. Z jakiejś przyczyny przystanęliśmy. Staliśmy i długo przyglądaliśmy się w milczeniu, starając się wyobrazić sobie, jak to się wszystko odbywało, samo bombardowanie i wybuchy bomb zapalających. Dla nas było to nowe i całkiem nieznane. Trudno jest wyobrazić sobie coś, czego się samemu nie widziało i nie doświadczyło na własnej skórze. Samo Kuwszynowo nie ucierpiało od nalotu niemieckiego lotnictwa. Niemcy bombardowali wyłącznie stację. Wszystkie domy, w których mieszkali ludzie, były całe. Zapach dymu i spalenizny unosił się tylko od strony stacji.
Ominąwszy osiedle bokiem i wyszedłszy na drogę prowadzącą na Torżok, kompania zatrzymała się w sosnowym lesie. Przy drodze pod sosnami były wykopane długie ziemianki z dwuspadowymi dachami. W jednej takiej ziemiance można było zmieścić całą kompanię. Nad ziemią sterczały tylko spiczaste dachy, pokryte trawiastą darnią. Od góry, poza darnią, przykrywały je mechate gałęzie drzew. To były przedwojenne budowle. Przy porządnym bombardowaniu, gdy w taką ziemiankę trafi pojedyncza bomba, z siedzącej w środku kompanii nic by nie zostało. Później, na froncie, takich ziemianek nie budowaliśmy. Lecz wtedy, rozlokowawszy swych żołnierzy na narach z desek, przy świetle lamp naftowych, byliśmy przekonani, że jest tam całkiem bezpiecznie. Wystawiwszy na zewnątrz wartowników i wyznaczywszy w środku dyżurnych przy wejściu, przystąpiliśmy do czyszczenia broni i sprawdzania stanów amunicji u żołnierzy. Starszynie nakazałem wyszukać żołnierzy z obtartymi nogami oraz chorych. Zakończywszy kontrolę, zameldowałem dowódcy kompanii, iż wszystko jest w idealnym porządku i wyszedłem na zewnątrz pooddychać świeżym powietrzem.
W sąsiedniej ziemiance, w której rozlokowała się druga kompania, miałem przyjaciela, również porucznika i także dowódcę plutonu – Żeńkę Michajłowa, z którym uczyłem się na uczelni wojskowej. Jako kursanci byliśmy w jednej drużynie. Dawno się nie widzieliśmy i nie spotkaliśmy od dnia załadunku do eszelonu. Dziś zrządzeniem losu znaleźliśmy się po sąsiedzku. Żołnierze jeszcze wiercili się na pryczach, bolały ich nogi, a dla nas, poruczników, taki przemarsz nie stanowił większego problemu. Nawet teraz, po marszu, chodziliśmy jak na sprężynach. Oto, co znaczy przyzwyczajenie!
Na uczelni zdrowo nas ganiali. O wojnie i o Niemcach praktycznie nic nie wiedzieliśmy. Nie znaliśmy ich sprzętu i taktyki, zdolności bojowej i współpracy czołgów z lotnictwem i piechotą. Byliśmy dobrze przygotowani fizycznie, potrafiliśmy doskonale strzelać, czytać mapy i orientować się w topografii, lecz do wojny w sensie moralnym, teoretycznym i praktycznym nie byliśmy gotowi.
Moi zołnierze ułożyli się do snu, więc dysponowałem wolnym czasem. Dowódca kompanii pozwolił mi się przejść i pobawić przez dwie godziny. Udałem się do swojego przyjaciela do sąsiedniej ziemianki. Przy powitaniu Żeńka zaproponował, by przejść się po Kuwszynowie.
– Pójdziemy, rozejrzymy się. Dzisiaj mają tam tańce.
Uprzedziwszy dyżurnego kompanii, że pójdę na godzinkę do miejscowego klubu, wyszliśmy na ulicę i powędrowaliśmy wzdłuż parkanu. Na ulicy nikogo. Wszędzie w domach pozamykane okiennice i nieprzenikniony mrok, nigdzie ni dźwięku, ni jednego ogieńka.
Szliśmy wąskim drewnianym trotuarem. Na jezdnię nie należało wchodzić. Nieprzebyte błoto, głębokie po kolana! A my z Żeńką wyczyściliśmy buty i wytarliśmy je do blasku.
Wykonana z desek nawierzchnia chodnika leżała na okrągłych poprzeczkach, a one z kolei opierały się na wbitych w ziemię palach. Trotuar nie był szeroki. Wiele desek w nawierzchni było powyginanych, niektóre całkiem przegniły, a w niektórych miejscach w ogóle ich nie było. Aby nie wpaść nogą między deski i w ciemności nie zrobić kroku w wielką dziurę, trzeba było przez cały czas patrzeć sobie pod nogi. Szliśmy w milczeniu i nie rozglądaliśmy się na boki. I gdyby teraz raz jeszcze kazać mi iść tą drogą, nie znalazłbym jej, bowiem patrzyłem wyłącznie pod nogi.
Na pierwszym rogu trafił nam się miejscowy chłopak. Miał ze dwanaście lat i doprowadził nas do miejscowego klubu. Weszliśmy do drewnianego domu z bali.
Najpierw był wąski i ciemny korytarz, a dalej duży pokój oświetlony lampą naftową. Po drodze zapytaliśmy chłopaka:
– A do jakiej muzyki tutaj tańczą? Pod harmonię czy patefon?
– Nie! – odpowiedział z niejaką dumą. – Pod orkiestrę dętą!
Rzeczywiście! W rogu przestronnej i skąpo oświetlonej izby w blasku naftowej lampy pobłyskiwały miedziane i niklowane tuby instrumentów dętych. Było ich niewiele. Wszystkiego parę sztuk. Ale muzykanci! Oto, co nas zadziwiło! Patrzyły na nas ważne, skupione twarze dzieci. Siedziały rzędem na szerokiej ławce i czekały na koniec przerwy. Po jakimś czasie orkiestra poruszyła się, dźwignęła trąby na wąskie ramiona i dmuchnęła parę niestrojnych dźwięków. Potem, zahuczawszy, niczym stary parostatek, całkiem nierozpoznawalną melodię, orkiestra nastroiła się i wykonała coś w stylu marszu lub fokstrota.
Młodzież, stojąca pod ścianami i przy drzwiach zaczęła dzielić się na pary. Głównie tańczyły dziewczęta – same ze sobą. A młodzieńcy, którzy wyprowadzali swoje wybranki na środek, przytupywali i szurając nogami po podłodze z desek, dymili papieroskami. Pewnie było to dla nich ważniejsze od samych tańców. To wszystko byli nierozumni chłopacy, którzy na tańcach zajęli miejsca swoich starszych braci, którzy zdążyli już pójść na wojnę.
Starsi poszli na front, zostawiwszy miedziane trąby i chętne do tańców dziewczęta i przyjaciółki pokoleniu malców. Wokół wojna. W ciągu dnia bombardowali stację. A tutaj tańczą, nie zdejmując czapek i płaszczy, szurają starymi ojcowymi butami po drewnianej podłodze i dmuchają w miedziane trąby. Naprawdę byliśmy zdziwieni.
Trzeba jednak zauważyć, że prawdziwej wojny jeszcze nie widzieliśmy, nie odczuliśmy jej na sobie i nie mieliśmy o niej żadnego pojęcia. Do tej pory wykonywaliśmy wyłącznie marsze z jednego odcinka frontu na drugi.
Nasz wolny czas dobiegał końca i trzeba było wracać do swoich żołnierzy. Zaliczywszy jeszcze jeden taniec i obrzuciwszy wzrokiem orkiestrę, mrocznym korytarzem wyszliśmy na ulicę. Wokół było ciemno i cicho. Wzdłuż płotów nie było słychać nawet psów, które zwykle obszczekują przechodzących.
Kuwszynowo dało się zapamiętać błotnistą rozmytą drogą, drewnianymi trotuarami, zachmurzonym nocnym niebem, zapachem sadzy, orkiestrą dętą i tańcami przy świetle lampy naftowej.
Nocne Kuwszynowo zapisało się w pamięci, ponieważ wszystkie kolejne dni i przemarsze niczym szczególnym się nie wyróżniały. Ja i moi żołnierze przebyliśmy długą i ciężką drogę.
Jednostajny szary pejzaż zamilkłych wiosek, rozmyte deszczem drogi i odcinki wyłożone brukowcami, zmęczone i nieogolone twarze żołnierzy – oto, co pozostało w pamięci z tego przemarszu.
Gdzie zatrzymywała się kompania? Kiedy podjeżdżała do niej kuchnia polowa? Ilu chorych i pozostających w tyle żołnierzy posadziliśmy na furmanki taborytów? Wszystko to się pomieszało i zlało w niekończące się mlaskanie butów, tupot żołnierskich fleków po kamiennych nawierzchniach w jeden zupełnie szary i monotonny obraz pełznącej drogą masy żołnierzy. Podczas marszu człowiek tak bardzo opada z sił, że wokół siebie niczego nie widzi i nie zauważa.
