Czerwona Seria. W tropikalnym piekle - Kacper Jan Gęsior - ebook

Czerwona Seria. W tropikalnym piekle ebook

Kacper Jan Gęsior

0,0
49,00 zł

-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Znakomicie udokumentowana monografia kampanii na Guadalcanal, ukazująca zmagania amerykańskiej 1. Dywizji Piechoty Morskiej z twardym i zdeterminowanym japońskim oporem. Autor skupia się nie tylko na dowódcach, ale przede wszystkim na dramacie zwykłych żołnierzy walczących w bezlitosnych, dżunglowych warunkach.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 410

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Re­dak­cja i ko­rektaAn­drzej Ryba
Pro­jekt okładkiPiotr M. Ro­gal­ski
Skład oraz przy­go­to­wa­nie do drukuPiotr M. Ro­gal­ski
Źró­dło mapDo­mena pu­bliczna
Do­fi­nan­so­wano ze środ­ków Mi­ni­stra Kul­tury i Dzie­dzic­twa Na­ro­do­wego po­cho­dzą­cych z Fun­du­szu Pro­mo­cji Kul­tury
All ri­ghts re­se­rved / Wszel­kie prawa za­strze­żone Co­py­ri­ght © 2022 by Fun­da­cja hi­sto­ria.pl Co­py­ri­ght © Kac­per Jan Gę­sior
Wy­da­nie IWar­szawa 2023
ISBN 978-83-68008-25-8
Wy­dawca: FIN­NAS sp. z o. o. 02-656 War­szawa ul. Ksa­we­rów 3

Wstęp

II WOJNA świa­towa roz­sła­wiła miej­sca, które przed jej wy­bu­chem były znane nie­wielu oso­bom. Można wy­mie­niać bez końca na­zwy ta­kie jak np. Pro­cho­rowka, Ca­ran­tan, czy bu­dzące kon­tro­wer­sje po dziś dzień Le­nino. Do miejsc tego typu zde­cy­do­wa­nie na­leży Gu­adal­ca­nal, tro­pi­kalna wy­spa po­ło­żona w Ar­chi­pe­lagu Sa­lo­mona. W cza­sie pierw­szej alianc­kiej zwy­cię­skiej ofen­sywy wy­mie­rzo­nej w Ce­sar­stwo Ja­po­nii i trwa­ją­cej od sierp­nia 1942 r. do lu­tego 1943 r., Ame­ry­ka­nie słu­żący w ma­ry­narce wo­jen­nej, ar­mii oraz Kor­pu­sie Pie­choty Mor­skiej na stałe za­pi­sali na kar­tach wo­jen­nej hi­sto­rii na­zwę tej wy­spy.

Do dziś ba­da­cze za­sta­na­wiają się, które z wy­da­rzeń z po­czątku wojny na Pa­cy­fiku miało naj­więk­sze zna­cze­nie dla dal­szego prze­biegu kon­fliktu. Zwy­kle roz­pa­try­wane są dwa zda­rze­nia: bi­twa o Mi­dway oraz kam­pa­nia na Gu­adal­ca­nal.

Ni­niej­sza praca, po­świę­cona udzia­łowi 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej (1. DPM) w dru­giej z wy­mie­nio­nych ope­ra­cji, nie ma na celu uka­za­nia jej stra­te­gicz­nego zna­cze­nia, o czym na­pi­sano już wiele. W za­mie­rze­niach au­tora nie leży także ana­liza prze­biegu starć na wo­dach oka­la­ją­cych wy­spę, czy wy­li­cza­nie ko­lej­nych zwy­cięstw po­wietrz­nych od­nie­sio­nych przez lot­ni­ków obu wal­czą­cych stron. Walki te sta­no­wią bo­wiem je­dy­nie tło dla dzia­łań na­ziem­nych roz­gry­wa­ją­cych się w la­sach tro­pi­kal­nych, na ko­ra­lo­wych gra­niach, czy nad brze­gami rzek.

Naj­istot­niej­szym te­ma­tem ni­niej­szej roz­prawy są Ame­ry­ka­nie, wal­czący w okre­sie kam­pa­nii na Gu­adal­ca­nal w ra­mach 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej do­wo­dzo­nej przez gen. Ale­xan­dra Ar­chera Van­de­gri­fta. Chciał­bym przed­sta­wić jak, mimo wielu prze­ciw­no­ści losu, ma­ri­nes udało się po­ko­nać wroga, który do tej pory zna­czył swój po­chód przez Azję se­rią wik­to­rii. Na suk­ces ten zło­żyło się wiele czyn­ni­ków, spo­śród któ­rych na­leży wy­mie­nić od­po­wied­nie przy­go­to­wa­nie uzbro­je­nia, przy­go­to­wa­nie fi­zyczne żoł­nie­rzy, ich men­tal­ność, czy trafne de­cy­zje po­dej­mo­wane przez do­wódz­two. Wy­pada także pod­kre­ślić zna­cze­nie wa­run­ków na­tu­ral­nych Wysp Sa­lo­mona. Dżun­gla jest bar­dzo spe­cy­ficz­nym te­re­nem pro­wa­dze­nia dzia­łań wo­jen­nych, od­bi­ja­ją­cym się na kon­dy­cji oraz psy­chice osób w niej wal­czą­cych.

Wszyst­kie wy­mie­nione aspekty wpły­wały na funk­cjo­no­wa­nie i spraw­ność bo­jową związku tak­tycz­nego zna­nego pod na­zwą 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej. Po­sta­wi­łem so­bie za za­da­nie przed­sta­wić jak naj­bar­dziej wierny ob­raz walk z udzia­łem pod­wład­nych Van­de­gri­fta, ba­zu­jąc na do­stęp­nych źró­dłach róż­nego typu, w tym przede wszyst­kim na re­la­cjach żoł­nie­rzy bio­rą­cych udział w wal­kach.

Kam­pa­nii na Gu­adal­ca­nal po­świę­cono do­tych­czas kil­ka­dzie­siąt mo­no­gra­fii oraz nie­zli­czoną ilość ar­ty­ku­łów. Na ję­zyk pol­ski prze­tłu­ma­czono pracę ofi­cjal­nego hi­sto­ryka Ma­ry­narki Wo­jen­nej USA, Sa­mu­ela E. Mo­ri­sona pt. Gu­adal­ca­nal, wy­daną po raz pierw­szy w 1949 r[1]. Książkę do­ty­czącą dzia­łań na wy­spie i oka­la­ją­cych ją wo­dach na­pi­sał także Mi­chał A. Pieg­zik, naj­wy­bit­niej­szy ze współ­cze­snych pol­skich ba­da­czy wojny na Pa­cy­fiku, spe­cja­li­zu­jący się jed­nak w przed­sta­wia­niu dzia­łań ja­poń­skiej strony kon­fliktu[2]. Obaj au­to­rzy sku­pili się w swych pra­cach głów­nie na szcze­gó­ło­wym prze­biegu starć na­wod­nych, trak­tu­jąc dzia­ła­nia ma­ri­nes dość po­wierz­chow­nie. Na­leży do­dać, że książka Pieg­zika była jego de­biu­tem, a sam au­tor pi­sał ją w swych cza­sach li­ce­al­nych, dla­tego nie ustrzegł się kilku błę­dów.

Ni­niej­sza roz­prawa zo­stała po­dzie­lona na szes­na­ście roz­dzia­łów. Pierw­szy z nich ma na celu za­pre­zen­to­wa­nie od­dzia­ły­wa­nia I wojny świa­to­wej na ma­ri­nes bio­rą­cych w niej udział oraz na zmiany w Kor­pu­sie Pie­choty Mor­skiej, wy­ni­ka­jące z na­by­tych w tym cza­sie do­świad­czeń. Na­stępny zo­stał po­świę­cony przy­czy­nom wojny na Pa­cy­fiku, roli do ja­kiej w tym cza­sie przy­go­to­wy­wano in­te­re­su­jącą nas for­ma­cję oraz od­dzia­ły­wa­niu na nią glo­bal­nych zda­rzeń. Na­leży przy tym za­zna­czyć, że uczest­ni­kami wy­da­rzeń opi­sy­wa­nych w dwóch pierw­szych roz­dzia­łach byli przy­szli wy­żsi rangą ofi­ce­ro­wie 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej, a ze­brane przez nich do­świad­cze­nia miały nie­wąt­pliwy wpływ na póź­niej­sze dzia­ła­nia in­te­re­su­ją­cego nas związku tak­tycz­nego, co zresztą udo­wod­nią ko­lejne strony ni­niej­szej pracy.

Roz­dział trzeci opo­wiada o roz­ro­ście Kor­pusu po przy­stą­pie­niu Sta­nów Zjed­no­czo­nych do II wojny świa­to­wej. Przed­sta­wiam w nim mo­ty­wa­cje ochot­ni­ków wstę­pu­ją­cych do U.S. Ma­ri­nes, oraz wy­mogi ja­kie mu­sieli speł­nić wstę­pu­jąc do tej jed­nostki. Jego dal­szą część sta­nowi opis okresu przy­go­to­waw­czego, po któ­rego ukoń­cze­niu re­kruci tra­fiali do 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej. Ko­lejny, czwarty roz­dział, opi­suje struk­tury, uzbro­je­nie, wy­po­sa­że­nie i umun­du­ro­wa­nie po­lowe ma­ri­nes w cza­sie szko­le­nia i kam­pa­nii na Gu­adal­ca­nal. Oba roz­działy wy­dają mi się dość ważne, po­nie­waż nie spo­tka­łem się z ana­lo­gicz­nymi in­for­ma­cjami w żad­nej z mo­no­gra­fii po­świę­co­nych dzia­ła­niom pie­choty mor­skiej w Ar­chi­pe­lagu Sa­lo­mona.

Na­stępny, piąty z roz­dzia­łów, przed­sta­wia struk­turę per­so­nalną 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej oraz szko­le­nie, które prze­cho­dzili re­kruci już w ra­mach ma­ri­nes. Opi­suję także hi­sto­rię eli­tar­nych jed­no­stek, które wzięły udział w wal­kach o Gu­adal­ca­nal. W ko­lej­nym sta­ra­łem się przed­sta­wić sy­tu­ację stra­te­giczną, która spo­wo­do­wała ko­niecz­ność lą­do­wa­nia na in­te­re­su­ją­cej nas wy­spie oraz przy­go­to­wa­nie do tej mi­sji pod­wład­nych gen. Van­de­gri­fta w przeded­niu kam­pa­nii w Ar­chi­pe­lagu Sa­lo­mona.

Waż­nym z aspek­tów opi­sy­wa­nych dzia­łań stał się te­ren, w któ­rym się one to­czyły. Dla­tego roz­dział siódmy zo­stał po­świę­cony wa­run­kom na­tu­ral­nym Gu­adal­ca­nal, miesz­kań­com wy­spy oraz jej wo­jen­nej hi­sto­rii. Po uwzględ­nie­niu tych in­for­ma­cji prze­sze­dłem do or­dre de ba­ta­ille 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej.

Po­zo­stała część pracy to szcze­gó­łowy opis ko­lej­nych eta­pów kam­pa­nii pod­ko­mend­nych Van­de­gri­fta. W każ­dym z roz­dzia­łów oprócz przed­sta­wie­nia po­szcze­gól­nych dzia­łań, sta­ra­łem się po­ka­zać wpływ wa­run­ków ży­cia co­dzien­nego na zdol­ność bo­jową ma­ri­nes. Na szcze­gólną uwagę za­słu­guje roz­dział dzie­siąty, po­świę­cony sto­sun­kowi Ame­ry­ka­nów do nie­przy­ja­ciela. Zo­stał on umiesz­czony w tym miej­scu pracy, po­nie­waż do tego mo­mentu lu­dzie 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej mieli już pierw­sze do­świad­cze­nia walk za sobą i zdą­żyli wy­ro­bić so­bie zda­nie na te­mat swo­ich opo­nen­tów, które po­zo­sta­wało nie­zmienne prak­tycz­nie do końca kon­fliktu. Inną z czę­ści pracy, jaką na­leży wy­róż­nić, jest roz­dział czter­na­sty opo­wia­da­jący o trze­ciej ofen­sy­wie na Ma­ta­ni­kau. Dzięki oka­za­łej licz­bie źró­deł stwo­rzo­nych przez uczest­ni­ków tego wy­da­rze­nia, je­ste­śmy w sta­nie po­ka­zać pro­blemy na­tury tech­nicz­nej, z któ­rymi Ame­ry­ka­nie bo­ry­kali się w cza­sie pro­wa­dze­nia dzia­łań za­czep­nych. Nie spo­tka­łem się do tej pory z ba­da­niami po­świę­co­nymi aspek­tom po­ru­sza­nym w roz­dziale dzie­sią­tym oraz czter­na­stym.

Pod­stawę źró­dłową ni­niej­szej pracy sta­nowi pięć to­mów koń­co­wego ra­portu 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej z kam­pa­nii na Gu­adal­ca­nal. Każdy z to­mów od­po­wiada jed­nej z faz, na które po­dzie­lono dzia­ła­nia na wy­spie[3]. Oprócz głów­nej czę­ści, gdzie wy­da­rze­nia zo­stały opi­sane z per­spek­tywy ca­łego związku tak­tycz­nego do­wo­dzo­nego przez Van­de­gri­fta, wy­mie­nione do­ku­menty za­wie­rają sze­reg anek­sów ta­kich jak np. aneks 1. Pułku Pie­choty Mor­skiej (1. Pułku Pie­choty Mor­skiej), 5. Pułku Pie­choty Mor­skiej, ar­ty­le­rii, aneks me­dyczny, trak­tu­jący o lo­gi­styce, wy­wia­dzie oraz za­łą­czoną treść dy­wi­zyj­nych prze­ka­zów ra­dio­wych i po­szcze­gól­nych roz­ka­zów ope­ra­cyj­nych. Na­leży przy tym za­zna­czyć, że po­szcze­gólne czę­ści tego do­ku­mentu są bar­dzo nie­równe, np. dzia­ła­nia 5. Pułku Pie­choty Mor­skiej zo­stały opi­sane w miarę szcze­gó­łowo, pod­czas gdy dane na te­mat 1. Pułku Pie­choty Mor­skiej są bar­dziej ubo­gie.

Nie­zwy­kle przy­datne do ba­da­nia dzia­łań ofen­syw­nych oka­zały się za­łącz­niki pre­zen­tu­jące roz­kazy ope­ra­cyjne oraz treść prze­ka­zów ra­dio­wych. Pierw­sze z nich umoż­li­wiły przed­sta­wie­nie w miarę szcze­gó­łowo planu lą­do­wa­nia na Gu­adal­ca­nal i po­bli­skich wy­sep­kach oraz kilku na­tarć skie­ro­wa­nych w Ja­poń­czy­ków w dru­giej po­ło­wie kam­pa­nii. Z ko­lei dzięki prze­ka­zom mo­żemy po­znać mel­dunki, prośby i za­le­ce­nia, do­kładny czas ich nada­nia oraz ad­re­sata i od­biorcę. Nie­stety w cza­sie dzia­łań de­fen­syw­nych ma­ri­nes sto­so­wali inne środki prze­pływu in­for­ma­cji, dla­tego nie po­sia­damy tre­ści wy­sy­ła­nych przez nich wia­do­mo­ści.

Wszyst­kie tomy ra­portu zo­stały spo­rzą­dzone i za­opa­trzone w za­łącz­niki na po­czątku 1943 r., już po za­koń­cze­niu kam­pa­nii w cza­sie, gdy lu­dzie 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej prze­by­wali w Au­stra­lii. Nie­stety w wielu przy­pad­kach nie dys­po­nu­jemy da­tami za­twier­dze­nia da­nych anek­sów, dla­tego na­leży za­ło­żyć, że ta ich część zo­stała spo­rzą­dzona już po opusz­cze­niu Gu­adal­ca­nal. W tym mo­men­cie na­suwa się ko­lejny pro­blem, który przed­sta­wił w swo­ich wspo­mnie­niach we­te­ran i eme­ry­to­wany ofi­cer Kor­pusu, Me­rill B. Twi­ning – Na­pi­sa­nie ra­portu wy­da­wało się pro­ble­mem nie do po­ko­na­nia, gdyż akta na­szej sek­cji ope­ra­cyj­nej zo­stały spa­lone na Gu­adal­ca­nal w li­sto­pa­dzie na spe­cjalne po­le­ce­nie ge­ne­rała. W związku z tym ra­port mu­siał opie­rać się głów­nie na pa­mięci[4]. Z tego po­wodu w wielu przy­pad­kach, a w szcze­gól­no­ści w czę­ści głów­nej koń­co­wego ra­portu, dys­po­nu­jemy bar­dzo ogól­ni­ko­wymi in­for­ma­cjami. Naj­mniej do­kład­nie opi­sano ostat­nie dwa mie­siące kam­pa­nii. Przy oka­zji, wśród za­łącz­ni­ków nie ma ra­portu 7. Pułku Pie­choty Mor­skiej, od­gry­wa­ją­cego od końca wrze­śnia wio­dącą rolę w struk­tu­rach ca­łej dy­wi­zji. Dla­tego też nie by­łem w sta­nie opi­sać czę­ści wy­da­rzeń z tego okresu z taką samą szcze­gó­ło­wo­ścią jak po­zo­sta­łych.

Na­stęp­nymi z pod­sta­wo­wych źró­deł, ja­kimi po­słu­ży­łem się do na­pi­sa­nia ni­niej­szej roz­prawy, stały się nar­ra­cje oso­bi­ste uczest­ni­ków kam­pa­nii. Pierw­sze z tych za­wie­ra­ją­cych w so­bie wiele su­biek­ty­wi­zmu do­ku­men­tów, pi­sane przez ko­re­spon­den­tów wo­jen­nych, uka­zały się dru­kiem już w 1943 r. Książki Ri­charda Tre­ga­skisa[5] oraz Johna Her­sey’a[6] mimo tego, że wy­dane w cza­sie kon­fliktu, nie są re­la­cjami, w któ­rych można do­pa­try­wać się du­żego od­dzia­ły­wa­nia wo­jen­nej pro­pa­gandy na tre­ści w nich za­warte. Zwa­ża­jąc na krótki okres po­mię­dzy opi­sy­wa­nymi w nich wy­da­rze­niami, a chwilą ich opu­bli­ko­wa­nia, na­leży uznać je za jedne z naj­lep­szych świa­dectw do­ty­czą­cych kam­pa­nii na Gu­adal­ca­nal.

Rów­nież w 1943 r. wy­dano ofi­cjalną woj­skową bro­szurkę pt. Fi­gh­ting on Gu­adal­ca­nal[7] bę­dącą zbio­rem wy­wia­dów z uczest­ni­kami walk na in­te­re­su­ją­cej nas wy­spie słu­żą­cymi w 5. Pułku Pie­choty Mor­skiej, 7. Pułku Pie­choty Mor­skiej oraz w ar­mij­nym 164. Pułku Pie­choty. In­for­ma­cje tam za­warte słu­żyły człon­kom in­nych ame­ry­kań­skich od­dzia­łów, któ­rym przy­szło brać udział w woj­nie na Pa­cy­fiku, stąd na­leży je uznać za rze­telne i praw­dziwe.

Od­dzielną ka­te­go­rię nar­ra­cji oso­bi­stych sta­no­wią wspo­mnie­nia. W su­mie sko­rzy­sta­łem z sied­miu ta­kich re­la­cji pre­zen­tu­ją­cych do­świad­cze­nia człon­ków 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej. Dzięki róż­nym obo­wiąz­kom peł­nio­nym przez au­to­rów w cza­sie kam­pa­nii i róż­nym jed­nost­kom, w któ­rych słu­żyli, je­ste­śmy w sta­nie uzy­skać jej dość prze­kro­jowy ob­raz. I tak dys­po­nu­jemy pracą gen. Ale­xan­dra Van­de­gri­fta (wspól­nie z R. B. Asprey’em)[8] i cy­to­wa­nego już ppłk. Twi­ninga, dwóch ofi­ce­rów szta­bo­wych. Wspo­mnie­nia na­pi­sali rów­nież sze­re­gowi Ro­bert Lec­kie i Sid­ney Phil­lips, od­po­wied­nio asy­stent strzelca KM oraz moź­dzie­rzy­sta, obaj z kom­pa­nii H. 2. Ba­ta­lionu 1. Pułku Pie­choty Mor­skiej. Ko­lej­nym pi­szą­cym sze­re­go­wym z Gu­adal­ca­nal był Wil­liam R. White, au­tor książki pt. The Ma­rine. A Gu­adal­ca­nal Su­rvi­vor’s Fi­nal Bat­tle (wspól­nie z Be­nem Wof­for­dem), który słu­żył w łącz­no­ści kom­pani szta­bo­wej 3. Ba­ta­lionu 11. Pułku Pie­choty Mor­skiej (ar­ty­le­ria), w sek­cji zaj­mu­ją­cej się prze­wo­dem te­le­fo­nicz­nym. Na­to­miast człon­kiem eli­tar­nego 1. Ba­ta­lionu Ra­ider­sów był Mar­lin Groft, który opi­sał swoje do­świad­cze­nia z po­mocą Larry’ego Ale­xan­dra[9]. Po­dob­nie było w przy­padku pod­ofi­cera Jima McE­nery’ego z Kom­pa­nii K 3. Ba­ta­lionu 5. Pułku Pie­choty Mor­skiej, naj­pierw ka­prala i do­wódcy dru­żyny, a póź­niej sier­żanta ds. łącz­no­ści. McE­nery spi­sał swoje wspo­mnie­nia wraz z Bil­lem Slo­anem, hi­sto­ry­kiem zaj­mu­ją­cym się prze­ka­zami ust­nymi uczest­ni­ków II wojny świa­to­wej[10].

Po pięt­na­stu la­tach od opi­sy­wa­nych wy­da­rzeń, uka­zała się praca Lec­kiego pt. Hel­met for My Pil­low[11]. Jest ona naj­bar­dziej wia­ry­godna co do szcze­gó­łów. Po­zo­stali au­to­rzy dzie­lili się swo­imi prze­ży­ciami na krótko przed śmier­cią, w więk­szo­ści ko­rzy­sta­jąc z po­mocy za­wo­do­wych hi­sto­ry­ków, bądź dzien­ni­ka­rzy. Mimo wszystko ich wspo­mnie­nia są cenne, a wiele z opi­sy­wa­nych przez nich emo­cji, jak np. nie­na­wiść do nie­przy­ja­ciela, czy zda­rzeń, jak głód, czy cho­roby do­ty­ka­jące 1. Dy­wi­zję Pie­choty Mor­skiej, były na tyle trau­ma­tyczne, iż wy­daje się, że mo­gli je do­sko­nale za­pa­mię­tać mimo upływu lat. Wy­jąt­kową re­la­cję zo­sta­wił Mar­tin Cle­mens, bry­tyj­ski Ofi­cer Dys­tryktu Gu­adal­ca­nal, który po przy­by­ciu ma­ri­nes do­łą­czył do ich sze­re­gów, od­da­jąc w cza­sie kam­pa­nii nie­oce­nione usługi. Spi­sał on swoje wspo­mnie­nia pt. Alone on Gu­dal­ca­nal. A Co­astwat­cher’s Story[12], po­słu­gu­jąc się no­tat­kami spo­rzą­dzo­nymi przez sie­bie w cza­sie po­bytu na wy­spie. Re­la­cja Cle­mensa, czyli co by nie było za­wo­do­wego urzęd­nika ko­lo­nial­nego, daje dość szcze­gó­łowe świa­dec­two udziału w dzia­ła­niach Me­la­ne­zyj­czy­ków za­miesz­ku­ją­cych ob­szar walk.

W ni­niej­szej pracy uwzględ­niono także ofi­cjalne re­gu­la­miny Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej i Ma­ry­narki Wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych[13], które stały się nie­oce­nio­nym źró­dłem wy­mo­gów wo­bec przy­szłych re­kru­tów, tech­nicz­nych da­nych uzbro­je­nia i in­nego wy­po­sa­że­nia. Nie­stety nie by­łem w sta­nie zdo­być ana­lo­gicz­nych bro­szu­rek pre­zen­tu­ją­cych struk­tury dy­wi­zji U.S. Ma­ri­nes. Z tego po­wodu mu­sia­łem po­słu­żyć się ma­nu­skryp­tem nie­opu­bli­ko­wa­nej pracy eme­ry­to­wa­nego ofi­cera Kor­pusu, J. Sa­vena, w któ­rej au­tor sku­piał się na hi­sto­rii or­ga­ni­za­cji ame­ry­kań­skich ba­ta­lio­nów pie­choty[14]. W skład 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej wcho­dziły oprócz pie­choty ba­ta­liony sa­pe­rów, pio­nie­rów i am­fi­bii, a po­nadto pułk ar­ty­le­rii. Nie by­łem jed­nak w sta­nie od­na­leźć in­for­ma­cji ob­ra­zu­ją­cych ich struk­tury.

Nie­zwy­kle przy­datne oka­zały się fo­to­gra­fie, któ­rych w ni­niej­szej pracy za­miesz­czono 53. Więk­szość z nich po­cho­dzi z ko­lek­cji ppor. Thay­era So­ule’a (COLL/2266 Ar­chi­ves Branch, Ma­rine Corps Hi­story Di­vi­sion) słu­żą­cego w 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej jako asy­stent ds. fo­to­gra­fii dy­wi­zyj­nego ofi­cera wy­wiadu. Zdję­cia z teczki So­ule’a są pu­blicz­nie do­stępne na ofi­cjal­nym kon­cie Ar­chi­wów Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej w wi­try­nie in­ter­ne­to­wej flickr.com[15]. Co ważne, przy każ­dej z tych fo­to­gra­fii za­miesz­czono trans­kryp­cje pod­pi­sów znaj­du­ją­cych się na ich od­wro­cie. Po­zo­stałe iko­no­gra­fie w więk­szo­ści po­cho­dzą z do­meny pu­blicz­nej. Zde­cy­do­wa­łem się rów­nież na za­miesz­cze­nie ska­nów dwóch zdjęć z wła­snej ko­lek­cji.

W pracy uwzględ­niono także kilka tek­stów li­te­rac­kich. Jako naj­waż­niej­szy z nich jawi się po­wieść pt. Cienka Czer­wona Li­nia au­tor­stwa Ja­mesa Jo­nesa, we­te­rana kam­pa­nii na Gu­adal­ca­nal, słu­żą­cego w ar­mij­nym 164. Pułku Pie­choty. Do­świad­cze­nia wo­jenne tego żoł­nie­rza stały się kanwą do na­pi­sa­nia przez niego try­lo­gii, któ­rej drugą część sta­nowi wy­mie­nione dzieło z ak­cją roz­gry­wa­jącą się na in­te­re­su­ją­cej nas wy­spie.

Wszel­kie za­gad­nie­nia me­dyczne kon­sul­to­wa­łem z oso­bami le­gi­ty­mu­ją­cymi się dy­plo­mem le­ka­rza, Do­mi­niką Ry­ma­szew­ską oraz Sła­wo­mi­rem Gę­sio­rem. Kwe­stie zwią­zane z wa­run­kami na­tu­ral­nymi, a zwłasz­cza z fauną Gu­adal­ca­nal, sta­ra­łem się omó­wić z lek. wet. Alek­san­drą Ma­lutą, eks­pertką z dzie­dziny zwie­rząt tro­pi­kal­nych.

Wszel­kie stop­nie woj­skowe są tłu­ma­czone na ję­zyk pol­ski. Ale nie­które z nich nie mają pol­skich od­po­wied­ni­ków. Dla­tego np. Ma­setr Gun­nery Ser­ge­ant zo­stał prze­ło­żony jako „sier­żant szef ogniowy”, nie zaś „cho­rąży”. Pełna ta­bela ilu­stru­jąca ory­gi­nalne na­zwy rang w Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej, ich tłu­ma­cze­nie oraz od­po­wied­niki w Woj­sku Pol­skim, zo­stała za­miesz­czona na końcu, w Za­łącz­niku nr. 1.

Chciał­bym rów­nież za­zna­czyć, że za każ­dym ra­zem, gdy za­sto­so­wany zo­stał rze­czow­nik „żoł­nierz”, do­ty­czył on osób słu­żą­cych w Ar­mii Sta­nów Zjed­no­czo­nych lub Ce­sar­skiej Ar­mii Ja­po­nii. Lu­dzie Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej nie uwa­żają się za żoł­nie­rzy, a okre­śle­nie ich tym mia­nem jest uzna­wane za ob­raź­liwe, dla­tego też w ni­niej­szej pracy za­sto­so­wano dla nich tra­dy­cyjną na­zwę, tj. ma­ri­nes.

Ni­niej­sza roz­prawa nie po­wsta­łaby bez po­mocy wielu życz­li­wych osób. Przede wszyst­kim chciał­bym po­dzię­ko­wać za wspar­cie i cier­pli­wość swoim ro­dzi­com Edy­cie Ma­lu­cie-Gę­sior i Sła­wo­mi­rowi Gę­sio­rowi oraz sio­strze Na­ta­lii Wan­da­cho­wicz, jak i sio­strze­ni­com Ince i Blance. Wy­razy wdzięcz­no­ści za fa­chową po­moc kie­ruję do prof. Pio­tra M. Ma­jew­skiego, prof. Mi­chała Le­śniew­skiego, prof. Pio­tra Szlanty oraz dr. Jana Błach­nio. Od­dzielne po­dzię­ko­wa­nia na­leżą się dr. Mi­cha­łowi A. Pieg­zi­kowi. Je­stem rów­nież wdzięczny moim przy­ja­cio­łom: Mi­cha­łowi Ra­sta­szań­skiemu oraz Ma­cie­jowi Bącz­kow­skiemu-Do­wha­nia, z któ­rymi kon­sul­to­wa­łem po­szcze­gólne czę­ści ni­niej­szej pracy. Po­dzię­ko­wa­nia kie­ruję też do Pio­tra Ra­ga­no­wi­cza-Ma­ciny, Ma­te­usza Ję­drzejca, Pawła To­mana oraz po­zo­sta­łych człon­ków Grupy Re­kon­struk­cji Hi­sto­rycz­nej „The Old Breed”. To samo ty­czy się Jacka Rosz­kie­wi­cza, Szy­mona An­to­sika, Kon­rada Ro­kic­kiego, Sta­ni­sława Wit­kow­skiego, jak i reszty osób zrze­szo­nych w Stu­denc­kim Klu­bie Mię­dzy­epo­ko­wych Ba­dań Hi­sto­rycz­nych, dzia­ła­ją­cym przy Wy­dziale Hi­sto­rii Uni­wer­sy­tetu War­szaw­skiego. Chciał­bym także po­dzię­ko­wać przy­ja­cio­łom, któ­rzy trzy­mali kciuki i do­pin­go­wali au­tora w pra­cach nad jego dzie­łem. Kie­ruje je do Do­mi­niki i Eryka Ry­ma­szew­skich, Mi­chała Szczuc­kiego, Mai Le­wan­dow­skiej, Kon­rada Pardo, Anny Za­rzyc­kiej oraz An­ge­liki Byt­niew­skiej. Ni­niej­szą książkę chciał­bym za­de­dy­ko­wać mo­jemu mi­strzowi i dziad­kowi, Ry­szar­dowi Ma­lu­cie.

KOR­PUS PIE­CHOTY MOR­SKIEJ WO­BEC PRZY­SZŁEGO KON­FLIKTU, 1919-1941

WPRO­WA­DZE­NIE

TRA­DY­CJE KOR­PUSU Pie­choty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych Ame­ryki Pół­noc­nej się­gają li­sto­pada 1775 r., gdy Kon­gres Kon­ty­nen­talny wy­dał akt do­ty­czący utwo­rze­nia dwóch ba­ta­lio­nów Con­ti­nen­tal Ma­ri­nes. Pierw­szych ochot­ni­ków po­szu­ki­wano w fi­la­del­fij­skiej Tun Ta­vern. Po za­koń­cze­niu kon­fliktu w cza­sie któ­rego USA wy­rwały swą nie­pod­le­głość z rąk Wiel­kiej Bry­ta­nii, roz­wią­zano ar­mię, ma­ry­narkę oraz Con­ti­nen­tal Ma­ri­nes. W 1798 r. in­te­re­su­jącą nas for­ma­cję po­wo­łano na nowo pod znaną do dziś na­zwą Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej (ang. The Uni­ted Sta­tes Ma­rine Corps)[16]. Od tego mo­mentu, po­przez cały XIX w. lu­dzie znaj­du­ją­cego się pod ju­rys­dyk­cją Ma­ry­narki Wo­jen­nej US Ma­rine Corps, pil­no­wali in­te­re­sów swego pań­stwa przy uży­ciu ba­gnetu i ka­ra­binu. Słu­żyli jako ob­sada sta­no­wisk ognio­wych na okrę­tach, albo sta­no­wili gar­ni­zony na za­gra­nicz­nych pla­ców­kach. Ci ni to żoł­nie­rze, ni to ma­ry­na­rze, zwani byli „po­li­cją US Navy”. Od wzgórz Mon­te­zumy / po brzegi Try­po­lisu / Wal­czy­li­śmy w bi­twach na­szego kraju / na lą­dzie i na mo­rzu[17] – brzmią pierw­sze dwie strofy Hymnu Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej, na­wią­zu­jące do wojny ame­ry­kań­sko-mek­sy­kań­skiej z lat 1846-1848, a także do po­skro­mie­nia przez człon­ków tej for­ma­cji ber­be­ryj­skich pi­ra­tów dwa­dzie­ścia lat wcze­śniej. Męż­czyźni odziani w cha­rak­te­ry­styczne gra­na­towe mun­dury sta­wiali czoła An­gli­kom w 1812 r. Czter­dzie­ści sie­dem lat póź­niej w Har­pers Ferry to wła­śnie ma­ri­nes do­wo­dzeni przez przy­szłego słyn­nego do­wódcę Po­łu­dnia, ów­cze­snego puł­kow­nika Ro­berta E. Lee, zdła­wili w za­rodku próbę po­wsta­nia za­ini­cjo­waną przez abo­li­cjo­ni­stę Johna Browna. Zresztą w cza­sie bra­to­bój­czego kon­fliktu, który wy­buchł w 1861 r., Skon­fe­de­ro­wane Stany Ame­ryki Pół­noc­nej po­wo­łały wła­sną pie­chotę mor­ską[18].

W okre­sie po­mię­dzy po­ko­jem w Ap­po­ma­tox w 1865 r. a przy­stą­pie­niem USA do I wojny świa­to­wej w 1917 r., różne jed­nostki nie­wiel­kiego wów­czas US Ma­ri­nes Corps ob­sa­dzały ame­ry­kań­skie po­ste­runki znaj­du­jące się m.in. w Chi­nach, Mek­syku, Ni­ka­ra­gui, na Do­mi­ni­ka­nie czy Ha­iti. W 1898 r. „Skó­rzane karki”[19] prze­pro­wa­dziły ope­ra­cję de­san­tową w Za­toce Gu­an­ta­namo na Ku­bie, dwa lata póź­niej starły się z bok­se­rami z Pań­stwa Środka, wal­czyły z ka­ra­ib­skimi ca­cos czy w Ve­ra­cruz z Mek­sy­ka­nami wier­nymi re­ży­mowi Vic­to­riano Hu­erty. Hi­sto­ryk Geo­rge B. Clark słusz­nie na­zwał pie­chotą ko­lo­nialną ma­ri­nes z okresu La Belle Epo­que[20]. Zresztą moż­li­wo­ści „zo­ba­cze­nia świata”, które ofe­ro­wał Kor­pus przy­cią­gały w jego sze­regi mło­dych Ame­ry­ka­nów pra­gną­cych przy­gód. Jedną z ta­kich osób był przy­szły we­te­ran I wojny świa­to­wej i walk na Ha­iti, Wil­liam A. Car­ter:

By­łem wtedy w dwu­dzie­stym roku ży­cia. Ener­giczny, ser­deczny, wy­spor­to­wany i za­do­wo­lony ze swo­jej pracy w lo­kal­nym warsz­ta­cie ko­le­jo­wym. W tym okre­sie przy­pa­da­ją­cym na lato 1916, na głów­nej ulicy mo­jego ro­dzin­nego mia­sta otwarto punkt re­kru­ta­cyjny Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej. Wy­sta­wiono w nim pla­katy pre­zen­tu­jące cu­downe miej­sca na ziemi i schlud­nego sier­żanta w cza­sie służby. Obu­dziło to we mnie uśpione pra­gnie­nie uj­rze­nia cze­goś z Bo­żego świata. Od razu się za­cią­gną­łem[21].

Cy­to­wany ma­rine po tym, gdy Stany Zjed­no­czone do­łą­czyły do Wiel­kiej Wojny w kwiet­niu 1917 r., kilka mie­sięcy póź­niej zna­lazł się w Eu­ro­pie, gdzie trwały walki. „Skó­rzane karki”, czy też „dia­bel­skie psy” – jak we­dług ame­ry­kań­skiej pro­pa­gandy mieli na­zy­wać ich Niemcy, za­sły­nęli tym, że w Le­sie Bel­leau „za­trzy­mali nie­przy­ja­ciół zmie­rza­ją­cych wprost na Pa­ryż”. Poza sławą, wielu przy­szłych wyż­szych ofi­ce­rów Kor­pusu zdo­było nie­zbędną wie­dzę na te­mat naj­now­szych me­tod pro­wa­dze­nia dzia­łań zbroj­nych.

W wy­niku tego sa­mego kon­fliktu Ce­sar­stwo Ja­po­nii uzy­skało dawne nie­miec­kie po­sia­dło­ści na Oce­anie Spo­koj­nym. Pań­stwo sa­mu­ra­jów już pod ko­niec XIX w. za­częło wzbu­dzać obawy świa­to­wych mo­carstw po­sia­da­ją­cych swe in­te­resy na Da­le­kim Wscho­dzie. W 1895 r., gdy ce­sar­scy żoł­nie­rze świę­cili try­umf nad Chi­nami, mo­car­stwa po­czuły się zo­bo­wią­zane do ukró­ce­nia eks­pan­sjo­ni­stycz­nych za­pę­dów Ja­poń­czy­ków. I tak Pół­wy­sep Lia­odong za­gar­nięty Pań­stwu Środka przez Kraj Kwit­ną­cej Wi­śni, przy­padł w udziale car­skiej Ro­sji. To wła­śnie te te­reny stały się póź­niej jedną z ko­ści nie­zgody, które w 1904 r. wpę­dziły oba pań­stwa w kon­flikt. Oczy­wi­ście eks­pan­sjo­ni­styczne za­miary Ja­poń­czy­ków po­ka­zy­wało także za­gar­nię­cie przez nich Ko­rei w 1911 r. Cztery lata póź­niej Ce­sar­stwo wy­sto­so­wało 21 not skie­ro­wa­nych do rządu chiń­skiego, sta­no­wią­cych jawne na­ru­sze­nie su­we­ren­no­ści Pań­stwa Środka[22].

Agre­sywne dzia­ła­nia Ja­poń­czy­ków w Azji nie mo­gły umknąć uwa­dze Ame­ry­ka­nów, któ­rzy po­sia­dali swe in­te­resy w Chi­nach, a także za­rzą­dzali Fi­li­pi­nami. Dla­tego już w 1907 r. na wy­pa­dek wojny z Kra­jem Kwit­ną­cej Wi­śni, ofi­ce­ro­wie z Ma­ry­narki Wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych utwo­rzyli tzw. Plan Orange, który do chwili ja­poń­skiego ataku na Pe­arl Har­bor wciąż ewo­lu­ował[23].

Ko­lejną od­po­wie­dzią na ja­poń­ską eks­pan­sję były ogra­ni­cze­nia przy­jęte przez ce­sar­stwo w cza­sie kon­fe­ren­cji od­by­wa­ją­cej się w Wa­szyng­to­nie na prze­ło­mie lat 1921/22. Na mię­dzy­na­ro­do­wych ob­ra­dach przed­sta­wi­ciele Ja­po­nii, USA i paru kra­jów eu­ro­pej­skich z Wielką Bry­ta­nią na czele, usta­lili, że to­naż okrę­tów dla trzech wy­mie­nio­nych państw ma przy­brać sto­su­nek 3:5:5. Oprócz tego trak­tat zo­bo­wią­zy­wał jego sy­gna­ta­riu­szy do za­prze­sta­nia ko­lej­nych pod­bo­jów na te­re­nie Chin. Spory miały być roz­strzy­gane drogą ne­go­cja­cji. Po­sta­no­wie­nia te spo­tkały się z wiel­kim nie­za­do­wo­le­niem ja­poń­skich śro­do­wisk woj­sko­wych[24].

U.S. MA­RI­NES JAKO SIŁY DE­SAN­TOWE

PO­TEN­CJALNY KON­FLIKT z Ce­sar­stwem Ja­po­nii nie po­zo­sta­wał nie­zau­wa­żony w sze­re­gach Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej. W tym aspek­cie wśród ma­ri­nes przo­do­wał pod­puł­kow­nik Earl H. El­lis. Roz­po­czął on swoją ka­rierę woj­skową w 1900 r., by rok póź­niej otrzy­mać pa­tent ofi­cer­ski. El­lis szybko piął się po szcze­blach ka­riery. W la­tach 1911–1913 stu­dio­wał w Na­val War Col­lege w New­port. Na­stęp­nie słu­żył na Guam oraz w Wa­szyng­to­nie. Po wy­bu­chu I wojny świa­to­wej zna­lazł się na fron­cie za­chod­nim, gdzie brał udział w pla­no­wa­niu lip­co­wej ope­ra­cji na prze­łę­czy Blanc Mont. El­lis wró­cił do Sta­nów owiany chwałą bo­ha­tera, przy­wo­żąc ze sobą Krzyż Ma­ry­narki Wo­jen­nej (ang. Navy Cross) oraz fran­cu­ski Krzyż Wo­jenny (fr. Croix de Gu­erre)[25]. Jed­nak naj­waż­niej­szym z osią­gnięć tego ofi­cera było opra­co­wa­nie przez niego U. S. Ma­rine Corps 712 Ope­ra­tion Plan, który 23 lipca 1921 r. za­twier­dził swym pod­pi­sem ko­men­dant Kor­pusu, gen. John A. Le­jeune[26].

Na kar­tach tego do­ku­mentu El­lis za­kła­dał słusz­nie, że na­stęp­nym wiel­kim kon­flik­tem, w ja­kim we­zmą udział ma­ri­nes, bę­dzie wojna z Ja­po­nią. Za­zna­czał przy tym, że oku­pa­cja przez ce­sar­skie jed­nostki ar­chi­pe­la­gów Mar­shalla, Ka­ro­li­nów oraz Pa­lau, na­le­żą­cych wcze­śniej do Nie­miec, umoż­li­wia po­ten­cjal­nemu nie­przy­ja­cie­lowi stwo­rze­nie sieci baz mor­skich, które w przy­padku kon­fliktu za­grożą li­niom ko­mu­ni­ka­cyj­nym na dy­stan­sie 2300 mil[27]. Ów ofi­cer był na tyle da­le­ko­wzroczny, że prze­wi­dział na­wet przy­szłe wy­da­rze­nia, ja­kie będą przy­świe­cały wy­bu­chowi wojny:

Ja­po­nia jest świa­tową po­tęgą, a jej ar­mia i ma­ry­narka będą z pew­no­ścią jed­nymi z naj­no­wo­cze­śniej­szych je­śli cho­dzi o szko­le­nie i wy­po­sa­że­nie. Bio­rąc pod uwagę na­szą kon­se­kwentną po­li­tykę nie­agre­sji, praw­do­po­dob­nie wy­woła ona wojnę; bę­dzie świad­czyć to o tym, że w swym mnie­ma­niu, mimo swo­jej na­tu­ral­nej de­fen­syw­nej po­zy­cji, uważa, że ma wy­star­cza­jące siły woj­skowe, aby po­ko­nać na­szą flotę[28].

El­lis za­kła­dał rów­nież, że do zwy­cię­stwa nad Ce­sar­stwem nie­zbędne sta­nie się prze­pro­wa­dze­nie sze­regu ope­ra­cji am­fi­bij­nych, w któ­rych siłą de­san­tową ma­jącą zdo­być i utrzy­mać przy­czółki na wro­gim te­ry­to­rium, bę­dzie Kor­pus Pie­choty Mor­skiej. W swym pla­nie przed­sta­wiał po­szcze­gólne etapy przy­szłych ame­ry­kań­skich ofen­syw, a także pre­zen­to­wał stan wojsk nie­zbęd­nych do wy­ko­ny­wa­nia ude­rzeń na ko­lejne wy­spy, bądź atole. El­lis opi­sał na­wet wa­runki na­tu­ralne, geo­gra­ficzne, czy kul­tu­rowe, z któ­rymi będą mu­sieli zmie­rzyć się ma­ri­nes w cza­sie prze­wi­dy­wa­nych dzia­łań[29].

Rola do ja­kiej po­ten­cjal­nie prze­zna­czono Kor­pus Pie­choty Mor­skiej nie była no­wo­ścią dla człon­ków tej for­ma­cji. O czym już wspo­mi­nano, do chwili za­twier­dze­nia przez Le­jeune’a planu au­tor­stwa El­lisa, ma­ri­nes zdą­żyli spraw­dzić się już pa­ro­krot­nie w ope­ra­cjach de­san­to­wych. Te do­świad­cze­nia, jak i per­spek­tywa przy­szłego kon­fliktu na Oce­anie Spo­koj­nym, uświa­do­miły ame­ry­kań­skim woj­sko­wym po­trzebę utwo­rze­nia jed­nostki spe­cja­li­zu­ją­cej się w tego typu ope­ra­cjach. Ogrom­nym zwo­len­ni­kiem po­wie­rze­nia ma­ri­nes no­wej roli był gen. Le­jeune. Jego nie­prze­ce­niony wkład na tej płasz­czyź­nie pod­kre­ślał w swych wspo­mnie­niach m.in. Mer­rill B. Twi­ning:

Z ini­cja­tywy ko­men­danta Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej Johna A. Le­jeune’a w okre­sie po­mię­dzy dwoma woj­nami świa­to­wymi, Kor­pus Pie­choty Mor­skiej wło­żył duży wy­si­łek w stwo­rze­nie tak­tyki, tech­niki oraz sprzętu, wy­ma­ga­nych do po­myśl­nego prze­pro­wa­dza­nia ope­ra­cji am­fi­bij­nych, jak i wy­pra­co­wa­nia me­tod do obrony prze­ciw nim[30].

Już zimą 1922 r. ma­ri­nes wzięli udział w ma­new­rach Floty Atlan­tyku (ang. Atlan­tic Fleet), w cza­sie któ­rych prze­pro­wa­dzili ćwi­czebną ope­ra­cję de­san­tową na Ku­bie, a na­stęp­nie bro­nili za­ję­tych po­zy­cji. W ko­lej­nym roku w po­dob­nych oko­licz­no­ściach je­den z od­dzia­łów Kor­pusu prze­pro­wa­dził lą­do­wa­nie w Pa­na­mie. Z ko­lei w 1925 r. na Ha­wa­jach od­były się po­łą­czone ma­newry Ar­mii i Ma­ry­narki, gdzie pie­chota mor­ska po­now­nie tre­no­wała ude­rze­nia na nie­przy­ja­ciel­skie plaże[31].

Dwa lata póź­niej, dzięki tym do­świad­cze­niom, Po­łą­czona Ko­mi­sja Ar­mii i Ma­ry­narki (ang. Jo­int Bo­ard of the Army and Navy) za­de­cy­do­wała, że spo­śród ame­ry­kań­skich for­ma­cji to wła­śnie US Ma­rine Corps zo­sta­nie ofi­cjal­nie prze­zna­czony do roli for­so­wa­nej przez gen. Le­jeune’a[32].

W 1927 r. ma­ri­nes wy­słano do Ni­ka­ra­gui. W cza­sie sze­ścio­let­niego kon­fliktu wielu przy­szłych wyż­szych rangą ofi­ce­rów, któ­rzy będą pia­sto­wali do­wód­cze sta­no­wi­ska w cza­sie kam­pa­nii na Gu­adal­ca­nal, zdo­by­wało tam cenne do­świad­cze­nie w dzie­dzi­nie walk w kli­ma­cie tro­pi­kal­nym[33].

W 1933 r., po za­koń­cze­niu dzia­łań na te­re­nie ka­ra­ib­skiego pań­stwa, ta część „skó­rza­nych kar­ków”, którą za­an­ga­żo­wano w Ni­ka­ra­gui, wró­ciła do Sta­nów, gdzie prze­cho­dziła dal­sze prze­miany jako for­ma­cja. W mię­dzy­cza­sie na za­słu­żoną eme­ry­turę udał się gen. Le­jeune. Na­stępni ko­men­danci Kor­pusu kon­ty­nu­owali jego po­li­tykę. Jesz­cze w grud­niu 1933 r. sto­jący na czele U. S. Ma­ri­nes Ben M. Ful­ler zre­or­ga­ni­zo­wał Wschod­nie (Qu­an­tico) i Za­chod­nie (San Diego) Siły Eks­pe­dy­cyjne we Fleet Ma­rine Force (w skró­cie F-M-F), a ów­cze­sny se­kre­tarz ma­ry­narki, Claude A. Swan­son, za­twier­dził po­wo­ła­nie tego tworu[34]. Ofi­cjalny roz­kaz utwo­rze­nia F-M-F za­kła­dał m.in., że:

Fleet Ma­rine Force skła­dają się z jed­no­stek, które są wy­zna­czone przez ma­jora ge­ne­rała ko­men­danta [Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej – przyp. aut.] i są utrzy­my­wane w ta­kiej sile jaka jest uza­sad­niona ogólną sy­tu­acją ka­drową Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej. [...] Na­czelny Do­wódca Floty stoi na czele Fleet Ma­rine Force, gdy ma­ri­nes prze­by­wają na jej okrę­tach lub gdy biorą udział w ćwi­cze­niach floty na mo­rzu lub na lą­dzie. Gdy są za­an­ga­żo­wane w inny spo­sób, do­wódz­two jest spra­wo­wane zgod­nie z in­struk­cjami ko­men­danta Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej[35].

Ozna­czało to, że po raz pierw­szy w hi­sto­rii utwo­rzono stałą or­ga­ni­za­cję zło­żoną z ma­ri­nes, która była czę­ścią Floty Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W skład F-M-F we­szły dwie bry­gady ma­jące two­rzyć pułk pie­choty, ba­ta­lion lek­kiej ar­ty­le­rii, ba­ta­lion ar­ty­le­rii prze­ciw­lot­ni­czej, grupę lot­ni­czą, kom­pa­nię lek­kich czoł­gów oraz od­po­wied­nio wielki kom­po­nent wojsk in­ży­nie­ryj­nych i che­micz­nych. Miej­scem sta­cjo­no­wa­nia 2. Bry­gady Pie­choty Mor­skiej z 6. Puł­kiem Pie­choty Mor­skiej na czele, jak i do­wódcy F-M-F, było San Diego, po­ło­żone na za­chod­nim wy­brzeżu USA. Z ko­lei 1. BPM, o któ­rej sile sta­no­wił 5. Pułk Pie­choty Mor­skiej, umiej­sco­wiona zo­stała w Qu­an­tico, po atlan­tyc­kiej stro­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych[36].

W chwili po­wo­ła­nia F-M-F nie­zbęd­nym stało się stwo­rze­nie od­po­wied­niej dok­tryny ope­ra­cji am­fi­bij­nych. Teo­re­tycy Kor­pusu bacz­nie prze­śle­dzili losy wojsk im­pe­rium bry­tyj­skiego, które w kwiet­niu 1915 r. wy­lą­do­wały na Pół­wy­spie Gal­li­poli. Do­szli oni przy tym do wnio­sku, że w cza­sie przy­szłych dzia­łań tego typu, ma­ri­nes nie mogą po­zwo­lić so­bie na straty po­rów­ny­walne do wojsk Al­bionu. Ana­li­zo­wano także prze­bieg wła­snych ma­new­rów, sta­ra­jąc się przy tym wy­eli­mi­no­wać jak naj­więk­szą ilość po­peł­nia­nych błę­dów. Opra­co­wa­nie dok­tryny dzia­łań am­fi­bij­nych po­wie­rzono Szkole Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej w Qu­an­tico, w Wir­gi­nii, gdzie po­wstały dwa małe ze­społy zło­żone z do­świad­czo­nych ofi­ce­rów, je­den dla ope­ra­cji de­san­to­wych i na­stępny dla obrony wy­su­nię­tych baz. Ich wstępne za­ło­że­nia były te­sto­wane od 1922 do 1941 przez Siły Eks­pe­dy­cyjne Wschod­niego Wy­brzeża w cza­sie ma­new­rów floty na Ka­ra­ibach, z wy­jąt­kiem tych lat kiedy wspo­mniana jed­nostka była an­ga­żo­wana w Ni­ka­ra­gui i Chi­nach[37]– do­da­wał Twi­ning. Pierw­sza wer­sja pod­ręcz­nika pt. The Ten­ta­tive Ma­nual for Lan­ding Ope­ra­tions zo­stała za­ak­cep­to­wana przez ko­men­danta Kor­pusu 13 czerwca 1934 r. Po wpro­wa­dze­niu od­po­wied­nich po­pra­wek osta­teczną wer­sję tego do­ku­mentu opu­bli­ko­wano trzy­na­ście mie­sięcy póź­niej, tym ra­zem otrzy­mała ona ty­tuł Ten­ta­tive Lan­ding Ope­ra­tions Ma­nual. Osta­tecz­nie przed do­łą­cze­niem USA do II wojny świa­to­wej, naj­now­szym, ba­zu­ją­cym w du­żej mie­rze na po­przed­nim i wy­da­nym przez ma­ry­narkę 2 maja 1941 r. pod­ręcz­ni­kiem, była Fleet Tra­ining Pu­bli­ca­tion[38].

W pre­mie­ro­wych mie­sią­cach 1935 r. ma­ri­nes z F-M-F wzięli udział w pierw­szych ma­new­rach de­san­to­wych floty (ang. Fleet Lan­ding Exer­ci­ses I – skr. Flex I). Miej­scem dla tych ćwi­czeń, od­by­wa­ją­cych się w su­mie sie­dem razy do­rocz­nie do 1941 r., były ku­bań­skie Cu­le­bra i Vie­ques. Obie wy­spy są tro­pi­kalne, a plaże na­dają się do lą­do­wa­nia – pi­sał Hol­land M. „How­lin’ Mad” Smith, je­den z twór­ców dok­tryny de­san­to­wej – Jest tam nie­wiele ko­ra­lowca, ale oprócz tego wa­runki są bar­dzo po­dobne do tych na Pa­cy­fiku[39].

W teo­rii przy­go­to­wa­nia do ewen­tu­al­nego kon­fliktu, a za­ra­zem przy­spo­so­bie­nie ma­ri­nes do no­wej roli, wy­glą­dały bar­dzo rze­czowo. W for­ma­cji słu­żyli lu­dzie o od­po­wied­nim wy­kształ­ce­niu i prze­szko­le­niu oraz do­świad­cze­niu bo­jo­wym zdo­by­tym w naj­róż­niej­szych fron­to­wych wa­run­kach. Co­roczne ka­ra­ib­skie ma­newry po­zwa­lały im do­sko­na­lić tech­nikę de­san­tową, do czego zresztą ob­li­go­wało ko­men­danta utwo­rze­nie F-M-F. Jed­nak w prak­tyce ilość człon­ków for­ma­cji od­by­wa­ją­cych za­wo­dową służbę w Sta­nach lat 30., była w przy­padku wy­bu­chu wojny liczbą zde­cy­do­wa­nie nie­wy­star­cza­jącą. Z po­wodu Wiel­kiego Kry­zysu Kon­gres zmniej­szył w 1934 r. stan oso­bowy Kor­pusu do nie­wiele po­nad 15 tys. ma­ri­nes. A w przeded­niu ataku Niem­ców na Pol­skę pod roz­ka­zami ko­men­danta po­zo­sta­wało je­dy­nie 1 380 ofi­ce­rów oraz 18 052 pod­ofi­ce­rów i sze­re­go­wych. Z po­wodu roz­ma­itych obo­wiąz­ków peł­nio­nych w tym cza­sie przez człon­ków for­ma­cji, w sa­mym F-M-F słu­żyło za­le­d­wie 4 585 z nich[40]. „How­lin’ Mad” Smith, w tym cza­sie do­wódca 1. Bry­gady Pie­choty Mor­skiej, wspo­mi­nał ma­newry z na­stęp­nego roku: Cał­ko­wite siły de­san­towe Pie­choty Mor­skiej li­czyły około 3 000 lu­dzi, znacz­nie mniej niż cała bry­gada, mimo, że tak się na­zwa­li­śmy. Mia­łem dwa ba­ta­liony pie­choty, mały ba­ta­lion ar­ty­le­rii, małą kom­pa­nię in­ży­nie­ryjną, małą kom­pa­nię łącz­no­ści, małą kom­pa­nię za­opa­trze­niową i pięć lek­kich czoł­gów, któ­rych pan­ce­rze były tak cien­kie, że jedno wal­nię­cie mło­tem mu­rar­skim mo­gło je wgnieść[41].

Krach na gieł­dzie w Wall Street od­dzia­ły­wał na Kor­pus w jesz­cze inny spo­sób. Lu­dzie for­ma­cji tre­no­wali lą­do­wa­nia wojsk ude­rze­nio­wych, co wkrótce miało się opła­cić. Jed­nak z po­wodu braku od­po­wied­nich środ­ków nie było szans na prze­pro­wa­dze­nie ma­new­rów w któ­rych oprócz pierw­szych fal bo­jo­wych, na plaże bę­dzie de­san­to­wane także całe za­ple­cze nie­zbędne do utrzy­ma­nia za­ję­tej wy­spy. Twi­ning wspo­mi­nał pod tym ką­tem ćwi­cze­nia z okresu mię­dzy­woj­nia:

Na­szym naj­więk­szym man­ka­men­tem było zin­te­gro­wane szko­le­nie w za­kre­sie lo­gi­styki. Bra­ko­wało nam go, po­nie­waż nie mie­li­śmy lo­gi­styki. Lo­gi­styka kosz­tuje, a my nie mie­li­śmy pie­nię­dzy. Nikt ni­gdy nie wi­dział dwu­dzie­stu pię­ciu jed­no­stek ognia[42]albo ra­cji na sześć­dzie­siąt dni, czy też waż­nego do­dat­ko­wego sprzętu po­trzeb­nego do walki – bul­do­że­rów, cię­ża­ró­wek, cią­gni­ków i sprzętu bu­dow­la­nego. [...] Za­nim wy­lą­do­wa­li­śmy na wy­spach Sa­lo­mona 7 sierp­nia 1942 r., nikt ni­gdy nie wi­dział w pełni wy­po­sa­żo­nej do walki dy­wi­zji [ma­ri­nes – przyp. aut][43].

Ko­lej­nym pro­ble­mem były nie­po­ro­zu­mie­nia po­mię­dzy oso­bami słu­żą­cymi w Kor­pu­sie Pie­choty Mor­skiej, a tymi z Ma­ry­narki Wo­jen­nej. Pierw­sza for­ma­cja pod­le­gała dru­giej także pod wzglę­dem fi­nan­so­wym, dla­tego wszel­kie za­po­trze­bo­wa­nia ma­ri­nes zgła­szali do ofi­cera ma­ry­narki ds. bu­dżetu (ang. Navy Bud­get Of­fi­cer) „How­lin Mad” Smith, który sły­nął z cię­tego ję­zyka, wspo­mi­nał, że gdy pro­sił o od­po­wied­nie środki na za­kup cię­ża­ró­wek do trans­portu amu­ni­cji, miał usły­szeć, że czemu po­dob­nie do ar­mii, „skó­rzane karki” nie użyją wo­zów cią­gnię­tych przez muły. W od­po­wie­dzi ofi­cer miał rzec: W ma­ry­narce jest wy­star­cza­jąco dużo osłów do cią­gnię­cia, ale skąd weź­miemy wozy[44]?

Inny z wiel­kich pro­ble­mów za­przą­ta­ją­cych głowy ofi­ce­rom Kor­pusu od­po­wie­dzial­nym za roz­wój tak­tyki ope­ra­cji am­fi­bij­nych, sta­no­wił brak od­po­wied­nich jed­no­stek na­wod­nych, prze­zna­czo­nych bez­po­śred­nio do de­san­tów. Ogól­nie rzecz bio­rąc, dzia­ła­nia ogra­ni­czały się do uży­cia zwy­kłych okrę­to­wych ło­dzi mo­to­ro­wych, zu­peł­nie nie­przy­sto­so­wa­nych do dzia­ła­nia na fa­lach, które na Cu­le­brze się­gają od sze­ściu do ośmiu stóp[45]- pi­sał Smith. Roz­wią­za­niem dla tej bo­lączki oka­zał się wy­na­la­zek stwo­rzony pod na­zwą Eu­reka przez An­drew Hig­ginsa. Kon­struk­tor za­ofe­ro­wał swój pro­jekt Ma­ry­narce już w 1936 r. Jed­nak pierw­sze z „Ło­dzi Hig­ginsa” – jak po­wszech­nie je na­zy­wano, zo­stały za­ku­pione na uży­tek woj­skowy do­piero po czte­rech la­tach[46]. „How­lin’ Mad” re­la­cjo­no­wał da­lej:

An­drew Hig­gins po­wie­dział mi, że opra­co­wał tę łódź w 1926 r., z prze­zna­cze­niem do użytku na płyt­kich wo­dach rzeki Mis­si­sipi i wzdłuż wy­brzeża za­toki, gdzie była ona w sta­nie do­bić dzio­bem do ba­gni­stego brzegu i ła­two za­wró­cić. My do­sta­li­śmy je do­piero czter­na­ście lat póź­niej, ale był to ten sam typ ło­dzi o płyt­kim za­nu­rze­niu, ze śrubą na­pę­dową umiesz­czoną we wgłę­bie­niu, dzięki czemu mo­gła pod­pły­nąć do plaży i wy­co­fać się. Jed­nak ta kon­struk­cja miała je­den de­fekt, który zo­stał na­pra­wiony do­piero póź­niej. Nie miała ona rampy, która mo­głaby zo­stać opusz­czona, po­zwa­la­jąc woj­skom zna­leźć się pro­sto na plaży, za­miast ska­kać z burt[47].

Prze­bu­do­wana Eu­reka, po do­da­niu rampy, otrzy­mała woj­skową na­zwę LCVP (ang. Lan­ding Craft, Ve­hicle, Per­son­nel). Mo­gła ona do­star­czyć na plażę 36 w pełni wy­ekwi­po­wa­nych męż­czyzn lub je­epa i 12 lu­dzi. „Ło­dzie Hig­ginsa” miały dłu­gość 36,3 stóp (11,05 m). Zbu­do­wane z drewna, były na­pę­dzane 225-kon­nym die­slow­skim sil­ni­kiem Gray Ma­rine 6-71, dzięki któ­remu osią­gały pręd­kość 12 wę­złów. Zbro­jono je w dwa ka­ra­biny ma­szy­nowe Brow­ning 0.30 cala. Za­łogę LCVP sta­no­wiło trzech człon­ków Straży Wy­brzeża Sta­nów Zjed­no­czo­nych (ang. Uni­ted Sta­tes Co­ast Gu­ard, skr. USCG) – dwóch strzel­ców i ster­nik[48].

In­nym z wy­na­laz­ków po­zwa­la­ją­cych prze­pro­wa­dzić de­sant z okrętu, w tym wy­padku przy­ję­tym na wy­po­sa­że­nie Kor­pusu, były gą­sie­ni­cowe po­jazdy am­fi­bijne (ang. Am­phi­bian Trac­tor, skr. Am­trac), które otrzy­mały woj­skową na­zwę LVT (ang. Lan­ding Ve­hicle, Trac­ked, skr. LVT). Po­jazd tego typu, znany pier­wot­nie jako Al­li­ga­tor, po­wstał przy po­dob­nych za­ło­że­niach co Łódź Hig­ginsa. Do­nald Ro­ebling, in­ży­nier i kon­struk­tor po­cho­dzący z Flo­rydy, stwo­rzył swój wy­na­la­zek w 1935 r. Miał on słu­żyć do udzie­la­nia po­mocy po­szko­do­wa­nym po­śród ba­gien­nego te­ry­to­rium Oke­echo­bee, na­wie­dza­nego przez nisz­czy­ciel­skie hu­ra­gany[49].

Przed­sta­wi­ciele Kor­pusu do­wie­dzieli się o Al­li­ga­to­rze do­piero po dwóch la­tach od jego po­wsta­nia – dzięki ar­ty­ku­łowi za­wie­ra­ją­cemu fo­to­gra­fie po­jazdu, opu­bli­ko­wa­nemu w „Life Ma­ga­zine” 4 paź­dzier­nika 1937 r. Po se­rii roz­mów oraz te­stów, pierw­sze eg­zem­pla­rze LVT (1) – pre­mie­ro­wej woj­sko­wej wer­sji am­fi­bii Ro­eblinga, zje­chały z ta­śmy pro­duk­cyj­nej w lipcu 1941 r. Wy­mie­niony mo­del był wy­ko­nany ze stali i po­ru­szał się za po­mocą gą­sie­nic. Po­sia­dał 150-konny sil­nik Her­cu­les i mógł wy­ko­ny­wać gwał­towne skręty znaj­du­jąc się w wo­dzie przy peł­nej pręd­ko­ści 6-8 m/s (21,6 – 28,8 km/h). LVT (1) na lą­dzie osią­gał mak­sy­mal­nie 12 m/s (43,2 km/h). Jego waga wy­no­siła 17 500 fun­tów (7937,86 kg), a po peł­nym za­ła­do­wa­niu wzra­stała do 22 000 fun­tów (9979 kg)[50].

WO­BEC ZBLI­ŻA­JĄ­CEGO SIĘ KON­FLIKTU

W PO­CZĄT­KACH lat 30. na Da­le­kim Wscho­dzie wrzało. We wrze­śniu 1931 r. w wy­niku tzw. in­cy­dentu muk­deń­skiego Ja­poń­czycy za­ata­ko­wali pół­nocną część Chin, zdo­by­wa­jąc Man­dżu­rię. Zaś la­tem 1937 r. dzia­ła­nia roz­po­częły się na nowo. Za każ­dym ra­zem bez­po­śred­nimi świad­kami ja­poń­skiej agre­sji byli ma­ri­nes, sta­no­wiący ob­sadę ame­ry­kań­skich pla­có­wek na te­re­nie Pań­stwa Środka. Po­cząw­szy od Pe­kinu, w któ­rym pierw­sze „skó­rzane karki” po­ja­wiły się już w 1898 r., lu­dzi w mun­du­rach Kor­pusu można było spo­tkać jesz­cze w Tien­stin i Szan­ghaju. Ostat­nie z wy­mie­nio­nych miast stało się ce­lem ataku wojsk Kraju Kwit­ną­cej Wi­śni w stycz­niu 1932 r. W od­po­wie­dzi na roz­go­rzałe w mię­dzy­na­ro­do­wej aglo­me­ra­cji wy­da­rze­nia, w stan go­to­wo­ści po­sta­wiono 4. Pułk Pie­choty Mor­skiej sta­cjo­nu­jący w ame­ry­kań­skiej dziel­nicy „Pa­ryża Wschodu”. 1 200 lu­dzi z tego re­gi­mentu wsparło do­dat­kowo 8 ofi­ce­rów i 326 ma­ri­nes z okrętu USS „Hu­ston”. Ja­poń­czycy nie za­pu­ścili się jed­nak do czę­ści Szan­ghaju na­le­żą­cej do Sta­nów Zjed­no­czo­nych. W czerwcu, po pra­wie pół roku wy­cze­ki­wa­nia na ewen­tu­alne na­ru­sze­nie ame­ry­kań­skiego te­ry­to­rium, ma­ri­nes otrzy­mali roz­kaz po­wrotu do po­ko­jo­wej ru­tyny[51].

Pięć lat póź­niej, po tym gdy na nowo roz­go­rzała wojna ja­poń­sko-chiń­ska, a woj­ska Nip­ponu po raz drugi ude­rzyły na Szan­ghaj, 4. Pułk Pie­choty Mor­skiej znowu po­sta­wiono w stan go­to­wo­ści. Ogól­nie w cza­sie bi­twy o to chiń­skie mia­sto liczba ma­ri­nes sta­no­wią­cych obronę ame­ry­kań­skiego sek­tora zo­stała po­dwo­jona i uro­sła do 2 536 lu­dzi. Ame­ry­ka­nie wi­docz­nie co­raz bar­dziej oba­wiali się agre­sji Nip­ponu. Wy­da­rze­nia po­to­czyły się jed­nak po­dob­nie do tych z 1932 r. Po paru mie­sią­cach „skó­rzane karki” wró­ciły do stanu po­ko­jo­wego, a do­dat­kowe wzmoc­nie­nia opu­ściły Szan­ghaj[52].

Bez­po­śred­nią stycz­ność z ce­sar­skimi woj­sko­wymi miał płk. Ale­xan­der A. Van­de­grift, który w 1936 sta­nął na czele ma­ri­nes od­de­le­go­wa­nych do Pe­kinu. Sto­sunki po­mię­dzy ofi­ce­rem Kor­pusu, a gen. Mu­ta­gu­chi, do­wo­dzą­cym znaj­du­ją­cymi się w mie­ście żoł­nie­rzami Mi­kado, ukła­dały się nad wy­raz po­myśl­nie. I tak na przy­kład w po­cząt­kach 1937 r. w daw­nej sto­lic Chin od­być się miały mię­dzy­na­ro­dowe za­wody strze­lec­kie, w któ­rych udział brały jed­nostki róż­nych na­ro­do­wo­ści sta­cjo­nu­jące w Pe­ki­nie. Ja­poń­czycy za­zwy­czaj od­ma­wiali wy­sta­wie­nia swo­jej dru­żyny, jed­nak Van­de­grift miał prze­ko­nać do­wo­dzą­cego nimi ge­ne­rała po­zwo­le­niem na przy­sła­nie strzel­ców z Tien­stin. Ku ubo­le­wa­niu do­wód­ców re­pre­zen­tu­ją­cych inne pań­stwa, ce­sar­scy żoł­nie­rze za­jęli w kon­kur­sie dru­gie miej­sce. Przed nimi upla­so­wali się oczy­wi­ście ma­ri­nes, któ­rzy z za­sady po­słu­gują się do­sko­nale ka­ra­bi­nem[53] (patrz rozdz. 3).

Zresztą kon­takt Van­de­gri­fta z przy­szłymi ad­wer­sa­rzami po­zwo­lił puł­kow­ni­kowi na po­czy­nie­nie od­po­wied­nich ob­ser­wa­cji. Ofi­cer opi­sał swoje spo­strze­że­nia w jed­nym z li­stów:

Ich po­bo­rowi, któ­rzy zo­stali nie tak dawno za­brani z po­le­tek ry­żo­wych i pól, są oso­bami o bar­dzo ni­skim po­zio­mie umy­sło­wym i w bar­dzo wielu przy­pad­kach po­cho­dzą z naj­niż­szej klasy ja­poń­skich wie­śnia­ków[54].

Van­de­grift nie był wy­jąt­kiem ze swoją opi­nią, a po­dobne zda­nie o Ce­sar­skiej Ar­mii Ja­po­nii miało w tym cza­sie wielu ame­ry­kań­skich woj­sko­wych. W przy­ta­cza­nym kil­ku­krot­nie U. S. Ma­rine Corps 712H Ope­ra­tion Plan, El­lis, cha­rak­te­ry­zu­jąc po­ten­cjal­nego nie­przy­ja­ciela, przed­sta­wił go na kar­tach ofi­cjal­nego do­ku­mentu w sło­wach, które dziś uznano by za zgoła ra­si­stow­skie: Na­szą prze­wagą będą te ce­chy wspólne ras nor­dyc­kich, dzięki któ­rym gó­ru­jemy nad ludźmi z Orientu: więk­sza per­so­nalna in­te­li­gen­cja, lep­sza bu­dowa ciała i wy­trzy­ma­łość[55].

Prze­ko­na­nie o wyż­szo­ści Ame­ry­ka­nów i Eu­ro­pej­czy­ków nad Azja­tami pro­wa­dziło do nie­do­ce­nie­nia wroga. Za­chod­nia opi­nia pu­bliczna, a także wielu woj­sko­wych i po­li­ty­ków uzna­wało, że Kraj Kwit­ną­cej Wi­śni ni­gdy nie ośmieli się wy­cią­gnąć ręki po da­le­ko­wschod­nie po­sia­dło­ści ich państw. Nie my­ślę o nich dużo i mo­że­cie mi wie­rzyć, że nie mamy się czego z ich strony oba­wiać[56] – uspo­ka­jał swych lu­dzi w kwiet­niu 1941 r. gen. Lio­nel Bond, ów­cze­sny do­wódca bry­tyj­skiego gar­ni­zonu w Sin­ga­pu­rze.

Na­paść III Rze­szy na Pol­skę oraz przy­stą­pie­nie Fran­cji i Wiel­kiej Bry­ta­nii do kon­fliktu, wpły­nęły dość szybko na dal­szy bieg wy­da­rzeń. Pięć dni po roz­po­czę­ciu walk na We­ster­platte, Stany Zjed­no­czone ogło­siły swą neu­tral­ność w „eu­ro­pej­skiej woj­nie”. Mimo tego, pre­zy­dent Fran­klin De­lano Ro­ose­velt wo­lał dmu­chać na zimne i 8 wrze­śnia wpro­wa­dził „ogra­ni­czony stan wy­jąt­kowy” (ang. li­mi­ted na­tio­nal emer­gency). Na mocy tego do­ku­mentu stan per­so­nalny Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej li­czą­cego ów­cze­śnie 18 325 ma­ri­nes miał zo­stać po­więk­szony do 25 tys. osób. Siły te udało się ze­brać do lu­tego na­stęp­nego roku[57]. „How­lin’ Mad” Smith wspo­mi­nał ten okres na­stę­pu­jąco: Wy­buch wojny w Eu­ro­pie był nie­wiel­kim za­sko­cze­niem dla wa­szyng­toń­skich krę­gów woj­sko­wych. Od mie­sięcy znaki były oczy­wi­ste. Je­dy­nym py­ta­niem sie­dzą­cym w mo­jej gło­wie było: ile czasu mi­nie za­nim Stany Zjed­no­czone przy­stą­pią do wojny[58]?

Jesz­cze w mie­sią­cach po­prze­dza­ją­cych nie­miecką agre­sję utwo­rzono 1. i 2. Grupę Lot­ni­czą Pie­choty Mor­skiej (ang. Ma­rine Air­craft Group). Zgod­nie z ofi­cjal­nymi za­le­ce­niami ze stycz­nia 1939 r.: lot­nic­two Ma­ri­nes w pierw­szej ko­lej­no­ści [miało być – przyp. aut.] (...) wy­po­sa­żone, zor­ga­ni­zo­wane i tre­no­wane tak, aby wspie­rać Fleet Ma­rine Force w ope­ra­cjach de­san­to­wych i po­ma­gać woj­skom w dzia­ła­niach w polu[59]. Obie grupy miały przy­na­le­żeć od­po­wied­nio do 1. oraz 2. Bry­gady Pie­choty Mor­skiej.

W grud­niu 1939 r. pod­jęto de­cy­zję o skie­ro­wa­niu na atol Mi­dway „skó­rza­nych kar­ków”, ma­ją­cych sta­no­wić gar­ni­zon tych dwóch wysp znaj­du­ją­cych się na Pa­cy­fiku. Ma­ri­nes mieli także ob­sa­dzić sta­no­wi­ska na po­ło­żo­nych wśród wód Oce­anu Spo­koj­nego Wake, John­ston i Pal­my­rze[60].

Zdo­by­cie Fran­cji przez Niem­ców w czerwcu 1940 r., dało Ja­poń­czy­kom do­sko­nałą oka­zję do wpro­wa­dze­nia swo­ich wojsk do In­do­chin Fran­cu­skich. Po­łu­dniowa eks­pan­sja Kraju Kwit­ną­cej Wi­śni oraz fakt, że we wrze­śniu to azja­tyc­kie pań­stwo pod­pi­sało z III Rze­szą i fa­szy­stow­skimi Wło­chami układ wy­raź­nie skie­ro­wany w Ame­rykę, skut­ko­wały dla niego bar­dzo da­leko po­su­nię­tymi mię­dzy­na­ro­do­wymi kon­se­kwen­cjami. Jesz­cze w 1939 r. Stany Zjed­no­czone z po­wodu agre­sji w Chi­nach nie prze­dłu­żyły z Ja­po­nią umowy han­dlo­wej, zaś mię­dzy 5 lipca a 30 wrze­śnia 1940 r. wpro­wa­dziły em­bargo na han­del z Ce­sar­stwem ma­te­ria­łami ta­kimi jak: sil­niki lot­ni­cze i ich czę­ści oraz prze­zna­czone do nich pa­liwo i wy­po­sa­że­nie, smary, wszyst­kie ro­dzaje że­laza i złomu sta­lo­wego. Na­stęp­nie na prze­ło­mie grud­nia i stycz­nia do tej li­sty do­łą­czyły rudy i ko­lejne me­tale, także w sta­nie prze­two­rzo­nym[61].

Czarne chmury zbie­ra­jące się nad Azją i Eu­ropą zmu­siły Ame­ry­ka­nów do zwięk­sze­nia obron­no­ści swo­jego pań­stwa. W maju 1940 r. flota Sta­nów Zjed­no­czo­nych zo­stała prze­nie­siona na Ha­waje z główną bazą w Pe­arl Har­bor. W dniu, w któ­rym Fran­cja i III Rze­sza pod­pi­sały za­wie­sze­nie broni, tj. 13 czerwca, Kon­gres uchwa­lił po­da­tek na rzecz obron­no­ści pań­stwa. Dzięki temu USA miały uzy­ski­wać rocz­nie pra­wie 1 mld do­la­rów prze­zna­czo­nych na wy­datki woj­skowe. 5 paź­dzier­nika Se­kre­tarz Ma­ry­narki Wo­jen­nej włą­czył do ak­tyw­nej służby wszyst­kie zor­ga­ni­zo­wane re­zer­wowe dy­wi­zje oraz eska­dry lot­ni­cze. W na­stęp­nym mie­siącu dy­rek­tor Re­zerwy Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej Sta­nów Zjed­no­czo­nych oznaj­mił w ofi­cjal­nym li­ście za­koń­cze­nie two­rze­nia od­dzia­łów re­zerwy i wcie­le­nie ich człon­ków do re­gu­lar­nych jed­no­stek U. S. Ma­ri­nes. W grud­niu „skó­rzane karki” wzmoc­niły ame­ry­kań­skie po­ste­runki na Sa­moa, zaś w stycz­niu na­stęp­nego roku na Mi­dway. Oprócz tego co­raz bar­dziej roz­wi­jała się współ­praca ame­ry­kań­sko-bry­tyj­ska. W la­tach 1940-1941 w roli ob­ser­wa­to­rów wy­słano na Wy­spy pewną liczbę woj­sko­wych z USA. Wśród nich nie za­bra­kło oczy­wi­ście ma­ri­nes, któ­rzy przy­glą­dali się m.in. szko­le­niu bry­tyj­skich ko­man­do­sów. Go­spo­da­rze nie zro­bili jed­nak na wszyst­kich swych go­ściach spo­dzie­wa­nego wra­że­nia[62]. Nie byli lepsi od nas; (są­dzę – przyp. aut) że każdy ba­ta­lion ma­ri­nes mógłby wy­ko­nać ich ro­botę[63] – mel­do­wał ko­men­dan­towi Kor­pusu po swym po­wro­cie ze Szko­cji płk. Ju­lian C. Smith.

Dla „skó­rza­nych kar­ków” 1941 r. roz­po­czął się od dal­szych przy­go­to­wań do moż­li­wego kon­fliktu. 1 lu­tego 1. i 2. Bry­gadę Pie­choty Mor­skiej prze­kształ­cono w 1. i 2. Dy­wi­zję. Wciąż wzmac­niano po­ste­runki na wy­spach Oce­anu Spo­koj­nego i na Ka­ra­ibach. Roz­bu­do­wy­wano także bazy woj­skowe na te­re­nie Sta­nów Zjed­no­czo­nych. Do Kor­pusu re­kru­to­wano rów­nież no­wych lu­dzi, a in­te­re­su­jąca nas for­ma­cja zgod­nie ze sta­nem z 30 li­sto­pada, roz­ro­sła się pod wzglę­dem per­so­nal­nym do 65 881 ma­ri­nes[64].

W Sta­nach przy­go­to­wano plan pro­fi­lak­tycz­nej in­wa­zji na na­le­żące do Por­tu­ga­lii Azory. Za­miary te po­rzu­cono jed­nak po tym gdy oka­zało się, że Niemcy nie mają w pla­nach pod­boju te­re­nów Pół­wy­spu Ibe­ryj­skiego. Pod lupę brano także fran­cu­ską Mar­ty­nikę. Z po­dob­nych po­wo­dów i za zgodą is­landz­kiego rządu, w lipcu w por­cie w Rej­kia­wiku wy­sa­dzono od­działy 1. Tym­cza­so­wej Bry­gady Pie­choty Mor­skiej (ang. 1st Pro­vi­sio­nal Ma­rine Bri­gade), którą utwo­rzono mie­siąc wcze­śniej spe­cjal­nie do tego celu. Ma­ri­nes mieli za­po­biec po­ten­cjal­nemu prze­ję­ciu wy­spy przez woj­ska III Rze­szy i na­stęp­nie wy­bu­do­wa­niu na jej te­ry­to­rium baz, które sta­łyby się solą w oku dla atlan­tyc­kiego po­łą­cze­nia USA i Wiel­kiej Bry­ta­nii[65].

Tym­cza­sem w re­la­cjach Ja­po­nii z pań­stwami po­sia­da­ją­cymi in­te­resy na Da­le­kim Wscho­dzie znowu wrzało. W lipcu 1941 r. Kraj Kwit­ną­cej Wi­śni uzy­skał zgodę od pod­le­głego III Rze­szy rządu Vi­chy na wpro­wa­dze­nie wojsk na po­łu­dniowe ob­szary azja­tyc­kiej po­sia­dło­ści Fran­cji. Dzia­ła­nia w In­do­chi­nach skut­ko­wały dla Ja­po­nii ko­lej­nymi mię­dzy­na­ro­do­wymi ob­ostrze­niami. Pod ko­niec mie­siąca ak­tywa Ce­sar­stwa zo­stały za­mro­żone ko­lejno w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Ka­na­dzie, na Fi­li­pi­nach, w Wiel­kiej Bry­ta­nii, Au­stra­lii, No­wej Ze­lan­dii i w Ho­len­der­skich In­diach Wschod­nich. Po­nadto w pierw­szym ty­go­dniu sierp­nia Ame­ryka i Al­bion wpro­wa­dziły em­bargo na sprze­daż ropy Kra­jowi Kwit­ną­cej Wi­śni. Było to o tyle do­tkliwe dla Ja­poń­czy­ków, że 80% zu­ży­wa­nych przez Ce­sar­stwo pro­duk­tów naf­to­wych po­cho­dziło wła­śnie z USA[66].

Sank­cje sta­wiały wo­ju­jące siły Mi­kado w nie­zwy­kle trud­nym po­ło­że­niu. Z po­wodu braku nie­zbęd­nych su­row­ców ar­mia i ma­ry­narka wkrótce utra­ci­łyby zdol­ność do wszel­kich dal­szych pod­bo­jów. Oprócz tego Ame­ry­ka­nie nie chcieli za­ak­cep­to­wać ja­poń­skich na­byt­ków te­ry­to­rial­nych w Chi­nach. USA żą­dały wy­co­fa­nia z pod­bi­tych azja­tyc­kich te­ry­to­riów wojsk spod sztan­daru ze wscho­dzą­cym słoń­cem. Ce­sar­scy de­cy­denci nie mo­gli zgo­dzić się na po­sta­wione przez Stany Zjed­no­czone wa­runki, po­nie­waż ozna­cza­łoby to, że za­wio­dła po­li­tyka, do któ­rej prze­ko­ny­wali cały na­ród. Ogromne sumy wy­dane przez Ja­poń­czy­ków na kra­jowe zbro­je­nia oka­za­łyby się pie­niędzmi wy­rzu­co­nymi w błoto, a to nie­chyb­nie za­koń­czy­łoby się od­su­nię­ciem frak­cji spra­wu­ją­cej rządy od wła­dzy[67].

Przed Kra­jem Kwit­ną­cej Wi­śni sta­nęła jesz­cze inna per­spek­tywa. Su­rowce można było zdo­być drogą pod­bo­jów zaj­mu­jąc ro­po­no­śne Ho­len­der­skie In­die Wschod­nie oraz bo­gate w kau­czuk, pod­le­głe Bry­tyj­czy­kom, Ma­laje. Wojna w Eu­ro­pie gwa­ran­to­wała to, że Al­bion na czele z całą po­tęgą Royal Navy, nie przy­bę­dzie z po­mocą swym na­pad­nię­tym ko­lo­niom. Naj­więk­szą kon­ku­ren­cję dla Nip­pon Ka­igun w akwe­nie Pa­cy­fiku sta­no­wi­łyby okręty Ma­ry­narki Wo­jen­nej Sta­nów Zjed­no­czo­nych, któ­rych duża część sta­cjo­no­wała w tym cza­sie w Pe­arl Har­bor na Ha­wa­jach[68].

Osta­teczny sche­mat pod­bo­jów zo­stał usta­lony 10 li­sto­pada 1941 r. na wspól­nym spo­tka­niu do­wódcy Po­łą­czo­nej Floty, adm. Iso­roku Yama­moto oraz gen. Hi­sa­ichi Te­ru­chi, sto­ją­cego na czele Ar­mii Po­łu­dnio­wej. Im­po­nu­jący plan stwo­rzony przez Ja­poń­czy­ków pre­zen­to­wał się na­stę­pu­jąco:

Rów­no­cze­sne lą­do­wa­nia sił de­santu mor­skiego na wy­spach Lu­zon i Guam, Pół­wy­spie Ma­laj­skim, w Hong­kongu i na bry­tyj­skim pół­noc­nym Bor­neo. Wszyst­kie, za wy­jąt­kiem ostat­niego, po­prze­dzone ata­kami z po­wie­trza.

Atak sa­mo­lo­tów z lot­ni­skow­ców na Flotę Pa­cy­fiku Sta­nów Zjed­no­czo­nych w Pe­arl Har­bor.

Na­tych­mia­stowe wy­ko­rzy­sta­nie po­cząt­ko­wych suk­ce­sów po­przez za­ję­cie Ma­nili, Min­da­nao, wy­spy Wake, Ba­riery Bi­smarcka, Bang­koku i Sin­ga­puru.

Oku­pa­cja Ho­len­der­skich In­dii Wschod­nich i kon­ty­nu­acja wojny z Chi­nami[69].

W tym miej­scu na­leży pod­kre­ślić, że w ra­zie po­wo­dze­nia i speł­nie­nia wszyst­kich tych wy­tycz­nych, Ja­po­nia za­ję­łaby cały Da­leki Wschód. Naj­bliż­szymi te­re­nami na­le­żą­cymi do nie­przy­ja­ciela sta­łyby się Au­stra­lia i Nowa Ze­lan­dia na po­łu­dniu, Birma i In­die na po­łu­dnio­wym za­cho­dzie oraz atol Mi­dway na wscho­dzie. Miej­sca te były od­dzie­lone od po­ten­cjal­nych ja­poń­skich zdo­by­czy wo­dami Oce­anu Spo­koj­nego, a w przy­padku Birmy nie­prze­bytą dżun­glą. Z ko­lei na pół­noc­nym za­cho­dzie roz­cią­gał się Zwią­zek So­cja­li­stycz­nych Re­pu­blik So­wiec­kich, z któ­rym Kraj Kwit­ną­cej Wi­śni za­warł w kwiet­niu 1941 r. pakt o nie­agre­sji. Zresztą po nie­miec­kim ataku, ma­ją­cym miej­sce dwa mie­siące póź­niej i bio­rąc pod uwagę fakt, że w li­sto­pa­dzie siły III Rze­szy pod­cho­dziły pod Mo­skwę, Kraj Rad nie sta­no­wił dla Ja­po­nii żad­nego za­gro­że­nia.

Naj­groź­niej­szym prze­ciw­ni­kiem, jak już za­zna­czano, była dla Ce­sar­stwa ame­ry­kań­ska Flota Pa­cy­fiku. Dzięki ata­kowi na jej okręty w Pe­arl Har­bor, Ja­poń­czycy mieli wy­łą­czyć ją na ja­kiś czas z dzia­łań wo­jen­nych. Straty za­dane Flo­cie Pa­cy­fiku miały zaś skut­ko­wać nie­moż­no­ścią ame­ry­kań­skiej in­ter­wen­cji w chwili zaj­mo­wa­nia przez woj­ska Nip­ponu ko­lej­nych te­ry­to­riów. Oprócz tego, zdo­by­wa­jąc wy­spę Wake, Guam oraz fi­li­piń­ski Lu­zon, Kraj Kwit­ną­cej Wi­śni po­zba­wiał USA waż­nych baz w Azji i na Pa­cy­fiku, z któ­rych te mo­głyby przy­pu­ścić ewen­tu­alny kontr­atak.

25 li­sto­pada adm. Yama­moto wy­dał osta­teczny roz­kaz skie­ro­wany do kontr­ad­mi­rała Chu­ichi Na­gumo, sto­ją­cego na czele floty lot­ni­skow­ców prze­by­wa­ją­cych wtedy wo­kół Ku­ryli. Okręty miały wyjść w mo­rze i obrać kurs na Ha­waje. Dwa ty­go­dnie póź­niej Stany Zjed­no­czone przy­stą­piły do II wojny świa­to­wej[70].

MA­KING MA­RI­NES

ZNA­CZE­NIE PE­ARL HAR­BOR

W NIE­DZIELNE po­po­łu­dnie, 7 grud­nia 1941 r., za­stępca do­wódcy 1. Dy­wi­zji Pie­choty Mor­skiej, gen. bryg. Ale­xan­der A. Van­de­grift, wy­brał się wraz ze swoim ad­iu­tan­tem, por. Al­la­nem Sut­te­rem, do ulu­bio­nej re­stau­ra­cji. Obaj ofi­ce­ro­wie zje­dli do po­łowy za­mó­wione ho­mary, gdy przez ra­dio usły­szeli nie­spo­dzie­waną in­for­ma­cję o ataku ja­poń­skich sa­mo­lo­tów na Pe­arl Har­bor[71].

Po­dob­nie rzecz miała się w ca­łych Sta­nach Zjed­no­czo­nych. Wieść o ude­rze­niu wy­ko­na­nym przez star­tu­jące z lot­ni­skow­ców ce­sar­skie sa­mo­loty, nio­sła się po ca­łym pań­stwie w tem­pie bły­ska­wicy. Mar­lin Groft, z Le­ba­non w Pen­syl­wa­nii, sie­dział z kil­kor­giem przy­ja­ciół na scho­dach pro­wa­dzą­cych do tyl­nych drzwi miej­sco­wej re­stau­ra­cji, gdy z bu­dynku wy­szedł męż­czy­zna i po­in­for­mo­wał mło­dych Ame­ry­ka­nów o tym wy­da­rze­niu. Sid­ney Phil­lips z Mo­bile w Ala­ba­mie do­wie­dział się o ataku w po­dob­nych oko­licz­no­ściach. Sie­dem­na­sto­la­tek stał w dro­ge­rii Al­bri­ght & Wood oparty o fon­tannę, są­cząc wa­ni­liowy na­pój, gdy do po­miesz­cze­nia wbie­gła ko­bieta krzy­cząc by włą­czono ra­dio. Co cie­kawe, mło­dzie­niec jako je­dyny wie­dział gdzie znaj­duje się Pe­arl Har­bor, po­nie­waż na Ha­wa­jach słu­żył jego wu­jek[72]. Oczy­wi­ście nie­spo­dzie­wana in­for­ma­cja wy­wo­łała u Ame­ry­ka­nów szok. Wszyst­kie twa­rze były bar­dzo po­ważne i nikt nie mó­wił zbyt dużo[73] – wspo­mi­nał Phil­lips.

Ju­trzej­szego ranka człon­ko­wie Kon­gresu będą w po­sia­da­niu peł­nego ra­portu i będą go­towi do dzia­ła­nia. – mó­wiała w wie­czor­nej au­dy­cji NBC pierw­sza dama Sta­nów Zjed­no­czo­nych, Ele­anora Ro­ose­velt. – W mię­dzy­cza­sie my, lu­dzie, je­ste­śmy już przy­go­to­wani do dzia­ła­nia. Od mie­sięcy świa­do­mość, że coś ta­kiego może się wy­da­rzyć, wi­siała nad na­szymi gło­wami. A jed­nak nie spo­sób było w to uwie­rzyć, nie spo­sób było żyć co­dzien­no­ścią i na­gle po­czuć, że ważne jest tylko jedno, przy­go­to­wa­nie się do spo­tka­nia z wro­giem bez względu na to, gdzie ude­rzy[74].

W cza­sie ataku na bazę Floty Pa­cy­fiku ży­cie stra­ciło 2403 oby­wa­teli Sta­nów Zjed­no­czo­nych. 109 z nich słu­żyło w Kor­pu­sie Pie­choty Mor­skiej. Ja­poń­czycy za­to­pili także pięć okrę­tów li­nio­wych. Znisz­cze­niu, bądź uszko­dze­niu ule­gło wiele sa­mo­lo­tów woj­sko­wych znaj­du­ją­cych się w chwili na­lotu na Ha­wa­jach[75].

Na­stęp­nego dnia w Kon­gre­sie pre­zy­dent USA, Fran­klin De­lano Ro­ose­velt, wy­gło­sił słynne orę­dzie:

Wczo­raj, 7 grud­nia 1941, w dniu hańby, Stany Zjed­no­czone Ame­ryki zo­stały nie­spo­dzie­wa­nie i z pre­me­dy­ta­cją za­ata­ko­wane przez ma­ry­narkę i siły po­wietrzne Ce­sar­stwa Ja­po­nii.

Stany Zjed­no­czone żyły w po­koju z tym na­ro­dem i na prośbę Ja­po­nii wciąż pro­wa­dziły roz­mowy z jej rzą­dem i jej ce­sa­rzem w celu utrzy­ma­nia po­koju na Pa­cy­fiku. Rze­czy­wi­ście, go­dzinę po tym jak ja­poń­skie eska­dry lot­ni­cze roz­po­częły bom­bar­do­wa­nie ame­ry­kań­skiej wy­spy Oahu, ja­poń­ski am­ba­sa­dor w Sta­nach Zjed­no­czo­nych i jego współ­pra­cow­nik do­star­czyli na­szemu Se­kre­ta­rzowi Stanu for­malną od­po­wiedź na ostat­nią ame­ry­kań­ską wia­do­mość. I cho­ciaż od­po­wiedź ta stwier­dzała, że kon­ty­nu­owa­nie ist­nie­ją­cych ne­go­cja­cji dy­plo­ma­tycz­nych wy­daje się bez­ce­lowe, nie za­wie­rała żad­nej groźby ani alu­zji do wojny lub zbroj­nego ataku[76].

Szok w ja­kim 7 grud­nia zna­leźli się Ame­ry­ka­nie nie­mal na­tych­mia­stowo prze­ro­dził się w złość skie­ro­waną na Ja­poń­czy­ków. Już na­stęp­nego dnia na­główki pra­sowe in­for­mu­jące o ataku okre­ślały miesz­kań­ców Kraju Kwit­ną­cej Wi­śni po­gar­dli­wym mia­nem „Ja­poń­ców”[77]. Z po­wodu nie­za­koń­czo­nych do chwili bom­bar­do­wa­nia roz­mów, oby­wa­teli ce­sar­stwa uznano za zdra­dziec­kich z na­tury. Spo­sób w jaki Stany Zjed­no­czone do­łą­czyły do kon­fliktu był przy oka­zji ogrom­nym cio­sem w dumę i po­czu­cie bez­pie­czeń­stwa Ame­ry­ka­nów[78]. Na uli­cach dość szybko po­ja­wiły się ofi­cjalne pla­katy wzy­wa­jące do od­pła­ce­nia nie­przy­ja­cie­lowi (Fot. Nr. 5). Van­de­grift przed­sta­wił na­stę­pu­jąco skutki ataku:

Dla nas praw­dziwe zna­cze­nie Pe­arl Har­bor tkwiło w psy­cho­lo­gicz­nej trans­for­ma­cji na­szych wojsk i re­kru­tów, któ­rzy wtedy do­łą­czali do nas ty­sią­cami. Od tego czasu nikt nie miał naj­mniej­szych złu­dzeń, że zo­sta­niemy wy­słani, bę­dziemy wal­czyć i wy­gramy[79].

Przed­sta­wiona at­mos­fera pa­nu­jąca w pań­stwie na prze­ło­mie 1941 i 1942 r. prze­ko­nała wielu miesz­kań­ców USA do wy­peł­nie­nia swo­jego pa­trio­tycz­nego obo­wiązku. Phil­lips już w dniu ataku uznał z jed­nym ze swo­ich przy­ja­ciół, że za­cią­gną się do woj­ska[80]. A Groft chciał przy­kła­dem swo­jego ojca, który jako ka­wa­le­rzy­sta wal­czył w woj­nie ame­ry­kań­sko-hisz­pań­skiej, zgło­sić się na ochot­nika do tej for­ma­cji[81].

RE­KRU­TA­CJA

JAK WSPO­MI­NANO, pod ko­niec li­sto­pada 1941 r., Kor­pus Pie­choty Mor­skiej li­czył nie­całe 67 tys. ma­ri­nes. Już wtedy sta­rano się zwięk­szyć tę liczbę do 75 tys., zaś 16 grud­nia w ob­li­czu wojny, pre­zy­dent Ro­ose­velt zde­cy­do­wał o roz­ro­ście for­ma­cji do 104 tys. Ko­men­dant Kor­pusu Tho­mas Hol­comb uznał, że zbie­rze te siły do 1 marca 1942[82].

Ochot­ni­ków do woj­ska zwa­nych „mści­cie­lami Pe­arl Har­bor”[83] nie bra­ko­wało. Z ko­lei sier­żanci, ka­prale, bądź starsi sze­re­gowi[84], zaj­mu­jący się re­kru­ta­cją, do­ko­ny­wali cu­dów by zwa­bić mło­dych Ame­ry­ka­nów w sze­regi re­pre­zen­to­wa­nej przez sie­bie for­ma­cji. I tak w celu wstą­pie­nia do ma­ry­narki Sid­ney Phil­lips udał się wraz z przy­ja­cie­lem dzień po ataku do gma­chu rzą­do­wego w Mo­bile, gdzie znaj­do­wały się punkty wer­bun­kowe. Już przed sa­mym bu­dyn­kiem mło­dzieńcy uj­rzeli ko­lejkę męż­czyzn cze­ka­ją­cych do biura re­kru­ta­cyj­nego U.S. Navy. Dwójka przy­ja­ciół ru­szyła na jej po­czą­tek, aby spraw­dzić co się dzieje. Po wej­ściu do środka bu­dynku za­gaił do nich sier­żant z U.S. Ma­ri­nes, który zaj­mo­wał po­kój obok tego na­le­żą­cego do ma­ry­narki, py­ta­jąc, czy chcą za­bi­jać Ja­poń­ców[85]. Przy oka­zji mło­dzieńcy do­wie­dzieli się, że nie mogą tra­fić do re­gu­lar­nej US Navy, po­nie­waż ich ro­dzice byli mał­żeń­stwem[86], co oczy­wi­ście było żar­tem wy­mie­rzo­nym we wspo­mnianą for­ma­cję. Na końcu sier­żant wrę­czył Phi­lip­sowi i jego przy­ja­cie­lowi od­po­wied­nie do­ku­menty, które mu­sieli pod­pi­sać ro­dzice sie­dem­na­sto­lat­ków i za­su­ge­ro­wał, aby wró­cili z nimi dzień po świę­tach.

Z ko­lei Mar­lin Groft ma­rzący, jak już wspo­mniano, o za­si­le­niu sze­re­gów ka­wa­le­rii, usły­szał od ar­mij­nego sier­żanta re­kru­tera na­stę­pu­jące słowa: Ka­wa­le­ria staje się prze­sta­rzała, synu, to po­zo­sta­łość po mi­nio­nej epoce. [...] Mamy jej tylko je­den ak­tywny od­dział i nie ma za cho­lerę szans że­byś do niego tra­fił[87]. Na­stęp­nie opo­wie­dział on mło­dzień­cowi o tym jak Po­lacy, do­sia­da­jący koni, zo­stali prak­tycz­nie zmiaż­dżeni przez nie­miec­kie czołgi. Gro­ftowi nie po­do­bała się ta wi­zja. Po­sta­no­wił spraw­dzić, co jest za in­nymi drzwiami. Za­stał tam sier­żanta z Kor­pusu Pie­choty Mor­skiej. Mło­demu Ame­ry­ka­ni­nowi od razu nie­zwy­kle spodo­bał się tzw. blue dress (fot. nr. 6) – ga­lowy mun­dur, który miał na so­bie ma­rine. Wpraw­dzie nie wie­dzia­łem wiele o ma­ri­nes, ni­gdy nie spo­tka­łem żad­nego, ale też nie roz­pa­mię­ty­wa­łem tego zbyt długo. Mun­dur mnie prze­ko­nał i pod­pi­sa­łem do­ku­menty[88].

Sier­żanci Kor­pusu zaj­mu­jący się re­kru­ta­cją byli jak wi­dać mi­strzami w swoim fa­chu, co zresztą zo­stało na­wet ure­gu­lo­wane w przy­słu­gu­ją­cym im pod­ręcz­niku. Na­pi­sana przez sa­mych za­in­te­re­so­wa­nych, któ­rzy po­sta­no­wili po­dzie­lić się swo­imi do­świad­cze­niami i opu­bli­ko­wana w dru­giej po­ło­wie 1942 r. druga edy­cja The First Ser­ge­ant Hand­book, za­wie­rała in­struk­cje dla pod­ofi­ce­rów bar­dzo po­dobne do tych, ja­kie dziś można zna­leźć w książ­kach po­świę­co­nych PRowi: