Uzyskaj dostęp do tej i ponad 240000 książek od 14,99 zł miesięcznie
Nie wszyscy, którzy błądzą, są zagubieni
Izraelczyk, który dla ukochanej przeprowadza się do Polski. Polski Żyd powracający do kraju po wydarzeniach Marca ’68, by odnaleźć swoją duchową tożsamość. Polak zafascynowany kulturą żydowską i pragnący zgłębić jej tajemnice.
Początkowo ich ścieżki biegną osobno. Każdy z nich szuka odpowiedzi na pytanie o miejsce, do którego naprawdę należy. Czekają na swojego Mojżesza – przewodnika, który pomógłby im odnaleźć drogę ku prawdziwej wolności.
Kiedy jednak los splata ich historie, zaczynają rozumieć, że ta droga może prowadzić zupełnie inaczej, niż się spodziewali…
„Czekając na swojego Mojżesza” to przejmująca, filozoficzna powieść inspirowana prawdziwymi historiami o niespełnionej miłości, duchowych dylematach i próbach odkrycia, czy naprawdę mamy wpływ na własny los.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 220
Rok wydania: 2026
Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:
Jerzy Raszkowski
Czekając na swojego Mojżesza
Moim wnukom
Jesteśmy cząstką nieskończonego łańcucha wydarzeń. Każdego dnia dokonujemy mnóstwa wyborów i podejmujemy tysiące decyzji. Jedne są błahe i pozbawione znaczenia, inne wywierają wypływ na życie nasze oraz innych ludzi. Nie wiadomo, co przyniesie przyszłość. Nie można zawczasu przygotować się na wszelkie niespodzianki. Pewne sytuacje zdarzają się, chociaż nic ich wcześniej nie zapowiadało. To przypadek? Zbieg okoliczności?
Czy hebrajska matka, zostawiając swojego nowo narodzonego synka w zaroślach Nilu, mogła przewidzieć, że córka faraona uratuje go, adoptuje i nada mu imię „wyciągnięty z wody” (czyli Mojżesz)? A tym bardziej czy mogła przypuszczać, że ów chłopczyk otrzyma kiedyś misję wyprowadzenia Hebrajczyków z Egiptu? Nie wiemy, do jakiej drogi, do jakich czynów i do jakich cierpień jesteśmy powołani. Każdy musi przeżyć swój los i nikomu nic nie będzie oszczędzone. Może przyjdzie nam odegrać rolę przywódcy, wiodącego ku przysłowiowej ziemi obiecanej, a może znajdziemy się pośród tych, którzy za nim podążą, ponieważ pilnie potrzebują uwolnienia?
Losy bohaterów tej książki nie są może tak dramatyczne i brzemienne w skutki jak biblijnego Mojżesza, lecz nie zostały przedstawione tutaj bez powodu. Jaki mają związek z biblijną historią? To musi jeszcze pozostać tajemnicą. Liczę na to, że zechcesz ją, drogi Czytelniku, odkryć.
Jest koniec marca 1992 roku. Mosze wysiada z samolotu na lotnisku Warszawa-Okęcie. W Polsce panuje jeszcze sroga zima. Temperatura dochodzi do minus dziesięciu stopni Celsjusza, na chodnikach piętrzą się zaspy, a drobinki śniegu niesione przez wiatr wbijają się w twarze jak lodowe szpilki. Taki był wtedy klimat.
Jak w tym kraju można żyć? – To była pierwsza myśl, jaka przyszła mu do głowy. W pierwszym odruchu chciał cofnąć się do świata, z którego przybył – świata pełnego słońca i łagodnej bryzy owiewającej tłum wyluzowanych Izraelczyków, odpoczywających na plażach Tel Awiwu i Ejlatu. – Co ja tutaj robię?
Oczywiście doskonale wiedział, co tutaj robi i w jakim celu tu przybył. Zdawał sobie sprawę, że to nie będzie wycieczka krajoznawcza, zwiedzanie zabytków albo miejsc związanych z historią społeczności żydowskiej w Polsce. Ale czy wsiadając na lotnisku Ben Guriona do samolotu, przypuszczał, że jego pobyt nie skończy się po kilku dniach, najwyżej tygodniach? Oczywiście decyzja została już podjęta. Jednak pierwszą konfrontację z rzeczywistością, a przynajmniej z jej przejawem w postaci klimatu, boleśnie odczuł na własnej skórze, i to w sensie dosłownym. Nigdy przedtem nie był w Polsce, nie miał tu żadnych krewnych, znajomych ani korzeni. Rodzina Moszego pochodziła z Egiptu i mieszkała w Izraelu od kilkudziesięciu lat. Nic go nie łączyło z Żydami aszkenazyjskimi, którzy emigrowali do Czech, Węgier czy do Rzeczypospolitej pomiędzy XI a XIX wiekiem. Europę odwiedził do tej pory tylko raz, podczas krótkiego wypadu do Holandii po odbyciu służby wojskowej, i to latem. Nie trzeba dodawać, że nie znał ani słowa po polsku.
*
Co sprawiło, że rodowity Izraelczyk, przestrzegający zasad judaizmu, zwłaszcza koszerności, postanowił rzucić wszystko i udać się do nieznanego i niezbyt przyjaznego Żydom kraju (takie przynajmniej miał wyobrażenie), gdzie przecież dokonał się Holocaust, gdzie antysemityzm nadal był obecny, a przede wszystkim gdzie ludzie muszą nosić kożuchy i futrzane czapki, żeby w ogóle przetrwać? Istnieje w świecie tylko jedna siła, zdolna popchnąć człowieka do takich czynów.
Urodził się w marcu. Kiedy w 1968 roku rozpoczęła się w Polsce fala marcowych represji i antysemicka nagonka, miał ukończone osiemnaście lat. Właśnie przyszła wiadomość o przyjęciu go na wymarzone studia na warszawskiej ASP. Był dumny i szczęśliwy. Aż tu nagle cały świat zwalił mu się na głowę.
Tego dnia jego ojciec wyjątkowo wcześnie wrócił z pracy. Był blady jak ściana i przygarbiony, jakby przytłaczał go jakiś ogromny ciężar. Chłopak przeraził się, że ojciec jest chory, bo nie odpowiedział na pytanie o powód swojego samopoczucia, a mama starała się ukryć łzy w oczach. Szymon poczuł, że wydarzyło się coś złego. Potem wszyscy usiedli w salonie. Ojciec długo zbierał się w sobie, zanim zaczął mówić.
– Właśnie wracam z UB…
– A co ty tam robiłeś, tato?
– Wezwali mnie na przyjacielską pogawędkę.
– Ale o czym?
– Powiedzieli, że dla takich jak ja nie ma miejsca w tym kraju.
– Dla takich jak ty, czyli jakich?
– No dla Żydów…
– To my jesteśmy Żydami???
– Jakaś życzliwa dusza o tym doniosła.
– Ale jak to?! Nic nam nigdy nie mówiłeś…
– Oznajmiono mi też, że jestem podstępnym syjonistą, członkiem żydowskiej „piątej kolumny”, która chce obalić ustrój Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej.
– Nic nie rozumiem.
– Ja też nie.
Szymon był w kompletnym szoku.
Przecież to jest moja ojczyzna, tu się urodziłem, tutaj toczy się całe nasze życie. Jacy Żydzi? – pomyślał. – Że niby ja i mój ojciec mamy być tymi znienawidzonymi i wrednymi Żydami? Co my wszyscy mamy wspólnego z Izraelem, bo chyba tam mieszkają Żydzi?
Nigdy nie widział na oczy żadnego Żyda, nie miał pojęcia, jak wyglądają! Owszem, w muzeach oglądał jakieś stare malowidła, widział sceny w filmach, gdzie pojawiały się postacie z pejsami w długich chałatach i w kapeluszach.
Ale ani ja, ani mój ojciec tacy nie jesteśmy! Nie mamy wielkich, krzywych nochali ani chytrego uśmieszku pazernego lichwiarza. Poza tym byłem ochrzczony w katolickim kościele, nigdy nie postawiłem stopy w synagodze, nawet nie wiem, czy coś takiego jest w Warszawie, nie znam żydowskich zwyczajów i zasad ich religii. A tu się okazuje, że mój ojciec jest podejrzewany o udział w antypaństwowym spisku na rzecz Izraela. Gdzie to w ogóle jest? – bił się z własnymi myślami.
Może, gdyby był trochę młodszy, sprawy potoczyłyby się inaczej. Ale już był pełnoletni i musiał sam decydować. Na zawsze zapamiętał te chwile pełne dramatycznych pytań i dylematów. Ojca wyrzucono z partii i pozbawiono stanowiska (co było dla niego wielkim ciosem), siostrę relegowano z uniwersytetu. Od niego zaczęli odsuwać się koledzy, aż w końcu zerwali wszelkie kontakty. Stracił jednocześnie swoje marzenia i swoją ojczyznę.
– Czy powinniśmy opuścić Polskę? – pytał sam siebie.
Naprawdę nie wiedział, co robić. Za to o dwa lata starsza siostra Zosia wiedziała i zdecydowanie odmówiła wyjazdu.
– Nie możecie mnie do niczego zmusić, jestem dorosła – powtarzała.
– Zosiu, ale jak ty sobie wyobrażasz życie tutaj, zupełnie sama, po tym wszystkim, co się stało? – martwił się ojciec.
– Dam sobie radę.
– A z czego będziesz się utrzymywać?
– Wyjdę za mąż za Jacka.
No tak, Jacek… Kolega ze studiów, w którym była śmiertelnie zakochana. Szczupły, wysoki młodzieniec w okularach, o melancholijnym wejrzeniu, z włosami opadającymi na ramiona, który marzył tylko o tym, żeby zostać poetą. Rzeczywiście idealny kandydat na męża i przyszłego ojca rodziny.
Piątek. Jerzy spojrzał na zegarek.
Dopiero wpół do piątej, no to mam jeszcze trochę czasu – pomyślał.
Weekendy były najbardziej intensywne, no i najbardziej dochodowe. Jerzy lubił swoją pracę, lubił czuć ten dreszczyk emocji – nigdy nie było wiadomo, co się wydarzy i na kogo się trafi: na celebrytę czy na bandytę. Kogóż on tam nie woził? Mógłby opowiedzieć o tym niejedną pikantną historyjkę. Nie wszystkie były miłe i zabawne, zwłaszcza kiedy trzeba było holować imprezowiczów pod wpływem, jak to się teraz fachowo mówi, substancji psychoaktywnych, którzy uważali, że wszystko im wolno, albo takich, którzy nie mieli zamiaru płacić za kurs. Z biegiem lat wyrobił sobie umiejętność rozpoznawania potencjalnych oszustów i agresorów. Jeśli nabierał podejrzeń co do takich gości, po prostu ich nie zabierał, ale ryzyko zawsze istniało i zdawał sobie z tego doskonale sprawę. Musiał przyznać, że ostatnio coraz częściej zaskakiwały go kobiety, które pod względem używek i skłonności do gwałtownych zachowań wcale nie pozostawały w tyle za mężczyznami.
Jerzy nie wykonywał swojej pracy wyłącznie z pobudek finansowych. Miał także swoje ukryte cele. Od lat pasjonowały go bowiem historia i polityka. Codziennie oglądał wiadomości, śledził wypowiedzi polityków, chodził na różne spotkania i namiętnie wdawał się w polemiki. Wypowiadał się ze swadą i potrafił argumentować. Zauważył nawet, że znajduje posłuch wśród ludzi i potrafi skupić na sobie ich uwagę. Często zachęcał swoich rozmówców do wyrażania opinii na kontrowersyjne tematy, których było w naszym kraju pod dostatkiem. Stworzył sobie dzięki temu prywatny poligon doświadczalny czy może instytut badania opinii publicznej, a zdobytą w ten sposób wiedzę traktował jako bardziej miarodajną od oficjalnie podawanych danych. Kto wie, może kiedyś sam zostanie politykiem? Wtedy będzie jak znalazł.
*
Jerzy był praktykującym katolikiem i uważał się za patriotę. Jego światopogląd z pewnością trudno było nazwać liberalnym. W kwestiach dotyczących rodziny, płci czy aborcji pozostawał wierny konserwatywnym wartościom. Nie należał jednak do grona bezrefleksyjnych wyznawców jakiejś partii i miał krytyczny stosunek do Kościoła. Istniała też pewna sfera, która wyraźnie odróżniała go od środowiska prawicowców. Otóż z jakichś nieznanych sobie powodów fascynowały go Izrael i naród żydowski. Nie starał się afiszować ze swoimi sympatiami i z własnej inicjatywy nigdy nie podejmował tego wątku w rozmowach (żeby oszczędzić sobie epitetów w rodzaju „parszywy żydek”), ale kiedy już spotykał się z przejawami antysemityzmu czy wrogości wobec Żydów, nigdy nie wahał się reagować.
*
W tygodniu Jerzy tylko sporadycznie wyjeżdżał na miasto. Przez cały dzień zajmował się chorą matką, która po udarze była częściowo niepełnosprawna i poruszała się na wózku, no i swoim samochodem – stary Opel wymagał stałej troski, ale Jerzy starał się utrzymywać go w idealnym stanie. Od dziecka interesował się motoryzacją. Obok ich niewielkiego domku w podwarszawskim Aninie znajdował się garaż, w którym ojciec prowadził nieoficjalny warsztat i naprawiał auta po znajomości. Klientów nie brakowało. Chłopak asystował ojcu przy robocie, a potem, po jego śmierci, sam przejął interes. To trwało jakiś czas i nawet nieźle się kręciło, lecz w pewnym momencie miał już dość brudzenia sobie rąk i ukrywania się przed urzędem skarbowym. Nie wyobrażał sobie jednak siedzenia za biurkiem i wykonywania każdego dnia tych samych beznadziejnych czynności w otoczeniu tych samych beznadziejnych ludzi, którzy podlizywali się swoim szefom i podgryzali się nawzajem, walcząc jak psy o kość rzuconą z pańskiego stołu. I tak podjął decyzję, żeby zostać taksówkarzem. Dzięki temu sam sobie był szefem, sam ustalał godziny pracy i mógł swobodnie dysponować swoim czasem.
– Juruś, zrobiłam ci kanapki. – „Juruś”… na dźwięk tego zdrobnienia wzdrygnął się. – Ale po co, mamuś? Zjem coś na mieście, przecież wiesz…
*
Pani Anna, choć teraz sama wymagała opieki, nadal starała się dbać o swojego beniaminka. W czasach, kiedy cieszyła się jeszcze dobrym zdrowiem, spełniała wszystkie jego zachcianki i kompleksowo go obsługiwała, gotując mu ulubione dania, piorąc i prasując jego rzeczy (nawet skarpetki) czy sprzątając jego pokój. Teraz przychodziło jej to z coraz większym trudem, do czego oczywiście nie chciała się przyznać. Jerzy miał ambiwalentne odczucia – z jednej strony rola maminsynka bardzo mu odpowiadała, lecz z drugiej oznaczała oddanie pełnej kontroli nad własnym życiem i kompletny brak prywatności. Wielokrotnie próbował wyzwolić się spod matczynej kurateli i ułożyć sprawy na swoich zasadach. Wynajął nawet kawalerkę w Warszawie, a do Anina wpadał tylko na weekendy. W końcu dobiegał czterdziestki i czuł, że trzeba pomyśleć o założeniu rodziny. Jednak starszej pani za każdym razem udawało się wybić z głowy syna plany, które w jakichkolwiek sposób zakładały odsunięcie jej od władzy. Po krótkich związkach (rekord wynosił pół roku) wybranki Jerzego same odchodziły, nie mogąc znieść ciągłego wtrącania się przyszłej teściowej i złośliwych komentarzy z jej strony. Nie miały ochoty wychodzić za mąż za mężczyznę w zestawie z mamusią. Od samego początku nie było wątpliwości: tylko ona, a nie żona, powinna zajmować pierwsze miejsce w sercu syna, koniec kropka.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji
Czekając na swojego Mojżesza
ISBN: 978-83-8423-641-3
© Jerzy Raszkowski i Wydawnictwo Novae Res 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone. Kopiowanie, reprodukcja lub odczyt jakiegokolwiek fragmentu tej książki w środkach masowego przekazu wymaga pisemnej zgody Wydawnictwa Novae Res.
REDAKCJA: Maria Bickmann-Dębińska
KOREKTA: Anna Miotke
OKŁADKA: Izabela Surdykowska-Jurek
Wydawnictwo Novae Res należy do grupy wydawniczej Zaczytani.
Grupa Zaczytani sp. z o.o.
ul. Świętojańska 9/4, 81-368 Gdynia
tel.: 58 716 78 59, e-mail: [email protected]
http://novaeres.pl
Publikacja dostępna jest na stronie zaczytani.pl.
Opracowanie ebooka Katarzyna Rek
