Wydawca: Wydawnictwo RM Kategoria: Humanistyka Język: polski Rok wydania: 2016

Krótka historia filozofii ebook

Nigel Warburton  

3.90909090909091 (11)

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 307

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Zabezpieczenie: watermark

Opis ebooka Krótka historia filozofii - Nigel Warburton

W czterdziestu krótkich rozdziałach tej fascynującej książki poznamy wielkich myślicieli europejskich i najciekawsze idee dotyczące świata oraz tego, jak w nim żyć. Dowiemy się o frapujących, często wręcz kuriozalnych historiach z życia największych filozofów, począwszy od tych, którzy działali w antycznej Grecji i debatowali na temat wolności i duszy, aż po Petera Singera, rozważającego najbardziej niepokojące etyczne problemy naszych czasów. Prześledzimy historię ludzkich przemyśleń na temat rzeczywistości i kondycji człowieka.  

Ta książka sprawia, że filozofia staje się zrozumiała i przystępna, a nawet pełna humoru. Inspiruje do myślenia, dyskusji, argumentowania i stawiania pytań.  Nigel Warburton, filozof, znany przede wszystkim jako pełen pasji popularyzator filozofii w internecie (www.philosophybites.com, www.virtualphilosopher.com) i w realu (Open University w Londynie, kursy estetyczne w Tate Modern, programy radiowe BBC). Autor wielu niebanalnych książek popularyzujących filozofię.

Opinie o ebooku Krótka historia filozofii - Nigel Warburton

Fragment ebooka Krótka historia filozofii - Nigel Warburton

Krótka historia filozofii

Nigel Warburton

Tłumaczenie: Sergiusz Lipnicki

Originally published in 2011 by Yale University Press as A LITTLE HISTORY OF PHILOSOPHY © 2011 Nigel Warburton All rights reserved.

Polish language translation © 2016 Wydawnictwo RM Wydawnictwo RM, 03-808 Warszawa, ul. Mińska 25 rm@rm.com.pl www.rm.com.pl

Żadna część tej pracy nie może być powielana i rozpowszechniana, w jakiejkolwiek formie i w jakikolwiek sposób (elektroniczny, mechaniczny) włącznie z fotokopiowaniem, nagrywaniem na taśmy lub przy użyciu innych systemów, bez pisemnej zgody wydawcy. Wszystkie nazwy handlowe i towarów występujące w niniejszej publikacji są znakami towarowymi zastrzeżonymi lub nazwami zastrzeżonymi odpowiednich firm odnośnych właścicieli. Wydawnictwo RM dołożyło wszelkich starań, aby zapewnić najwyższą jakość tej książce, jednakże nikomu nie udziela żadnej rękojmi ani gwarancji. Wydawnictwo RM nie jest w żadnym przypadku odpowiedzialne za jakąkolwiek szkodę będącą następstwem korzystania z informacji zawartych w niniejszej publikacji, nawet jeśli Wydawnictwo RM zostało zawiadomione o możliwości wystąpienia szkód.

ISBN 978-83-7773-557-2 ISBN 978-83-7773-697-5 (ePub) ISBN 978-83-7773-698-2 (mobi)

Redaktor prowadzący: Irmina Wala-PęgierskaRedakcja: Mirosława SzymańskaKorekta: Ewa OstaszewskaNadzór graficzny: Grażyna JędrzejecOpracowanie okładki wg oryginału: Grażyna JędrzejecOpracowanie wersji elektronicznej: Marcin FabijańskiWeryfikacja wersji elektronicznej: Justyna Mrowiec

W razie trudności z zakupem tej książki prosimy o kontakt z wydawnictwem: rm@rm.com.pl

Spis treści

1 Człowiek, który zadawał pytaniaSokrates i Platon

2 Prawdziwe szczęścieArystoteles

3 Nie wiemy nicPyrron

4 Ścieżka w ogrodzieEpikur

5 Jak się nie przejmować?Epiktet, Cycero, Seneka

6 Kto pociąga za sznurki?Augustyn

7 O pocieszeniu, jakie daje filozofiaBoecjusz

8 Idealna wyspaAnzelm i Tomasz z Akwinu

9 Lis i lewNiccolò Machiavelli

10 Bez słońca, zwierzęce i krótkieThomas Hobbes

11 A może śnisz?Kartezjusz

12 Zrób zakładBlaise Pascal

13 Szlifierz soczewekBaruch Spinoza

14 Książę i szewcJohn Locke i Thomas Reid

15 Słoń w pokojuGeorge Berkeley (i John Locke)

16 Najlepszy z możliwych światów?Wolter i Gottfried Leibnitz

17 Wyimaginowany zegarmistrzDavid Hume

18 Wolny z urodzeniaJean-Jacques Rousseau

19 Rzeczywistość przez różowe okularyImmanuel Kant (1)

20 Co by się stało, gdyby czynił tak każdy?Immanuel Kant (2)

21 Praktyczne szczęścieJeremy Bentham

22 Sowa MinerwyGeorg W.F. Hegel

23 Mgnienia rzeczywistościArthur Schopenhauer

24 Przestrzeń do rozwojuJohn Stuart Mill

25 Nieinteligentny projektKarol Darwin

26 Ofiara życiaSøren Kierkegaard

27 Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!Karol Marks

28 No ale co z tego?C.S. Peirce i William James

29 Śmierć BogaFriedrich Nietzsche

30 Ukryte myśliZygmunt Freud

31 Czy obecny król Francji jest łysy?Bertrand Russell

32 Fe-hurra!Alfred Jules Ayer

33 Lęk przed wolnościąJean-Paul Sartre, Simone de Beauvoir i Albert Camus

34 Opętani przez językLudwig Wittgenstein

35 Człowiek, który nie zadawał pytańHannah Arendt

36 Ucząc się na błędachKarl Popper i Thomas Kuhn

37 Wykolejony pociąg i niepożądany skrzypekPhilippa Foot i Judith Jarvis Thomson

38 Sprawiedliwość przez niewiedzęJohn Rawls

39 Czy komputery potrafią myśleć?Alan Turing i John Searle

40 Współczesny giezPeter Singer

ROZDZIAŁ 1

Człowiek, który zadawał pytania

Sokrates i Platon

Mniej wię­cej 2400 lat temu żył w Ate­nach czło­wiek, któ­re­go ska­za­no na śmierć, bo za­da­wał zbyt wie­le py­tań. Nie był on pierw­szym fi­lo­zo­fem, ale to wła­śnie za jego spra­wą fi­lo­zo­fia roz­wi­nę­ła skrzy­dła. Je­śli kto­kol­wiek miał­by być jej świę­tym pa­tro­nem, to tyl­ko on, So­kra­tes.

Przy­sa­dzi­sty, nie­chluj­ny, z per­ka­tym no­sem i w ogó­le nie­co dziw­ny, So­kra­tes zde­cy­do­wa­nie wy­róż­niał się na nie­ko­rzyść swo­im wy­glą­dem. Ale choć był brzy­da­lem i mył się nie­zbyt czę­sto, miał wiel­ką cha­ry­zmę i cu­dow­ny umysł. Wszy­scy Ateń­czy­cy zga­dza­li się, że ni­g­dy nie było ko­goś ta­kie­go jak on i praw­do­po­dob­nie ni­g­dy wię­cej nie bę­dzie. Był je­dy­ny w swo­im ro­dza­ju. Ale po­tra­fił też być nie­zno­śny. Zresz­tą sam po­rów­ny­wał się do gza – uprzy­krzo­nej koń­skiej mu­chy, któ­ra po­tra­fi bo­le­śnie uciąć. Gzy po­tra­fią być na­praw­dę do­kucz­li­we, ale ich uką­sze­nia nie są zbyt szko­dli­we. W Ate­nach nie wszy­scy jed­nak tak uwa­ża­li. Byli tacy, któ­rzy go ko­cha­li. Byli też jed­nak inni, któ­rzy są­dzi­li, że jest nie­bez­piecz­nym czło­wie­kiem.

W mło­do­ści wal­czył dziel­nie w woj­nie pe­lo­po­ne­skiej prze­ciw Spar­ta­nom i ich so­jusz­ni­kom. Jako mąż doj­rza­ły krę­cił się po ateń­skiej ago­rze, za­trzy­mu­jąc od cza­su do cza­su róż­nych lu­dzi i za­da­jąc kło­po­tli­we py­ta­nia. I mniej wię­cej do tego spro­wa­dza­ła się jego dzia­łal­ność. Ale py­ta­nia, któ­re za­da­wał, by­wa­ły wy­jąt­ko­wo ką­śli­we. Wy­da­wa­ły się pro­ste, jed­nak wca­le ta­kie nie były.

Za przy­kład może po­słu­żyć jego roz­mo­wa z Eu­ty­de­mem. So­kra­tes za­py­tał go, czy ucie­ka­nie się do pod­stę­pu jest czy­nem nie­mo­ral­nym. Na­tu­ral­nie, od­parł Eu­ty­dem, uwa­ża­jąc to za coś oczy­wi­ste­go. Ale, py­tał da­lej So­kra­tes, je­śli twój przy­ja­ciel jest bar­dzo przy­gnę­bio­ny, a ty, bo­jąc się, że tar­gnie się na swo­je ży­cie, ukrad­niesz mu miecz, czy jest to czyn pod­stęp­ny? Bez dwóch zdań. Ale czy nie to jest ra­czej bar­dziej mo­ral­ne niż nie­mo­ral­ne? To prze­cież do­bry czyn, a nie zły, mimo tego, że pod­stęp­ny. Tak, od­po­wie­dział Eu­ty­dem, cał­kiem zbi­ty już z tro­pu. Uży­wa­jąc od­po­wied­nie­go przy­kła­du So­kra­tes wy­ka­zał, że ogól­ne­go stwier­dze­nia Eu­ty­de­ma, ja­ko­by pod­stęp był za­wsze nie­mo­ral­ny, nie da się za­sto­so­wać w każ­dej sy­tu­acji. Eu­ty­dem nie zda­wał so­bie z tego wcze­śniej spra­wy.

So­kra­tes nie­ustan­nie udo­wad­niał lu­dziom spo­ty­ka­nym na ago­rze, że to, co oni sami uzna­wa­li za oczy­wi­ste, wca­le ta­kie nie było. Je­den z wo­dzów roz­po­czął z So­kra­te­sem dys­ku­sję na te­mat tego, czym jest od­wa­ga. Był prze­ko­na­ny, że sam to wie naj­le­piej. Ale po roz­mo­wie był cał­ko­wi­cie zdez­o­rien­to­wa­ny. Ta­kie do­świad­cze­nie mu­sia­ło go za­nie­po­ko­ić. So­kra­tes uwiel­biał igrać z ludz­kim ro­zu­mem i po­da­wać w wąt­pli­wość za­ło­że­nia, na któ­rych lu­dzie bu­do­wa­li swo­je ży­cie. Za naj­bar­dziej owoc­ne uwa­żał dys­ku­sje, w wy­ni­ku któ­rych każ­dy uświa­da­miał so­bie, jak mało w isto­cie wie. Uwa­żał, że le­piej wąt­pić, niż wie­rzyć w to, że coś się ro­zu­mie, pod­czas gdy w rze­czy­wi­sto­ści jest zu­peł­nie ina­czej.

W owym cza­sie w Ate­nach bo­ga­te ro­dzi­ny wy­sy­ła­ły swo­ich sy­nów na na­ukę do so­fi­stów. So­fi­ści byli mą­dry­mi na­uczy­cie­la­mi, uczą­cy­mi sztu­ki wy­mo­wy. Ce­ni­li się przy tym bar­dzo wy­so­ko. W prze­ci­wień­stwie do nich So­kra­tes nie po­bie­rał żad­nych opłat za swo­je usłu­gi. Twier­dził, że nie wie nic. Cze­go za­tem mógł­by ko­go­kol­wiek na­uczyć? Ale to nie po­wstrzy­my­wa­ło uczniów od od­wie­dza­nia go i przy­słu­chi­wa­nia się pro­wa­dzo­nym przez nie­go dys­ku­sjom. To rów­nież nie przy­spa­rza­ło mu po­pu­lar­no­ści wśród so­fi­stów.

Pew­ne­go dnia je­den z jego przy­ja­ciół, Chaj­re­fon, udał się do wy­rocz­ni Apol­lo­na do Delf. Wy­rocz­nia, sta­ra, mą­dra ko­bie­ta, od­po­wia­da­ła na py­ta­nia przy­by­łych. Jej od­po­wie­dzi mia­ły zwy­kle for­mę za­gad­ki. „Czy jest ktoś mą­drzej­szy od So­kra­te­sa?”, za­py­tał Chaj­re­fon. „Nie”, pa­dła od­po­wiedź. „Nikt nie jest mą­drzej­szy od So­kra­te­sa”.

Gdy Chaj­re­fon po­wie­dział o tym So­kra­te­so­wi, ów po­cząt­ko­wo nie dał temu wia­ry. Od­po­wiedź była dla nie­go praw­dzi­wą za­gad­ką. „Jak mogę być naj­mą­drzej­szym czło­wie­kiem w Ate­nach, wie­dząc tak nie­wie­le?”, dzi­wił się. Całe lata po­świę­cił na za­da­wa­nie lu­dziom py­tań, żeby zna­leźć ko­goś mą­drzej­sze­go od sie­bie. Na ko­niec zro­zu­miał zna­cze­nie słów wy­rocz­ni i to, że mia­ła ra­cję. Mnó­stwo lu­dzi było mi­strza­mi w swym fa­chu – cie­śle wie­dzie­li wszyst­ko o cie­sioł­ce, a żoł­nie­rze o wal­ce. Ale nikt nie był na­praw­dę mą­dry. Tak na­praw­dę nie mie­li po­ję­cia o tym, o czym mó­wi­li.

Sło­wo „fi­lo­zof” po­cho­dzi od grec­kie­go sło­wa ozna­cza­ją­ce­go „umi­ło­wa­nie mą­dro­ści”. Za­chod­nia tra­dy­cja fi­lo­zo­ficz­na, ta, któ­rą zaj­mu­je się ni­niej­sza książ­ka, zro­dzi­ła się w an­tycz­nej Gre­cji i roz­prze­strze­ni­ła na wiel­kie po­ła­cie świa­ta, mie­sza­jąc się cza­sem z fi­lo­zo­fią Wscho­du. Mą­drość, o któ­rą w niej cho­dzi, po­le­ga na ar­gu­men­ta­cji, ro­zu­mo­wa­niu i za­da­wa­niu py­tań, a nie na wie­rze w coś dla­te­go, że ktoś waż­ny tak po­wie­dział. Mą­drość nie była dla So­kra­te­sa zna­jo­mo­ścią fak­tów ani wie­dzą, jak coś na­le­ży zro­bić. Ozna­cza­ła ona zro­zu­mie­nie praw­dzi­wej na­tu­ry ludz­kiej eg­zy­sten­cji, łącz­nie z ogra­ni­cze­nia­mi na­szej wie­dzy. Dzi­siej­si fi­lo­zo­fo­wie ro­bią mniej wię­cej to samo, co ro­bił So­kra­tes: za­da­ją trud­ne py­ta­nia, szu­ka­ją przy­czyn i do­wo­dów, pró­bu­ją też od­po­wie­dzieć na nie­któ­re z naj­waż­niej­szych py­tań, ja­kie mo­że­my so­bie za­dać: jaka jest na­tu­ra rze­czy­wi­sto­ści? Jak po­win­ni­śmy żyć? Jed­nak współ­cze­śni fi­lo­zo­fo­wie mają nad So­kra­te­sem tę prze­wa­gę, że mogą two­rzyć swo­je kon­cep­cje na ba­zie do­świad­czeń dwóch i pół ty­sią­ca lat fi­lo­zo­ficz­nych do­cie­kań. Ni­niej­sza książ­ka przed­sta­wia idee nie­któ­rych z naj­waż­niej­szych my­śli­cie­li, wy­wo­dzą­cych się z za­chod­niej tra­dy­cji fi­lo­zo­ficz­nej. Tra­dy­cji, któ­rą za­po­cząt­ko­wał So­kra­tes.

Naj­więk­szą za­słu­gą So­kra­te­sa było to, że za­da­wał py­ta­nia i że cały czas chciał dys­ku­to­wać o swo­ich prze­my­śle­niach. Ży­cie jest cze­goś war­te tyl­ko wte­dy, gdy my­ślisz o tym, co ro­bisz. Bez­myśl­ną eg­zy­sten­cję wieść może by­dło na łące, ale nie lu­dzie.

So­kra­tes, co wśród fi­lo­zo­fów na­le­ży do wy­jąt­ków, nie spi­sy­wał swo­ich my­śli. Uwa­żał, że my­śle­nie jest czymś o wie­le lep­szym niż pi­sa­nie. Na­pi­sa­ne sło­wa nie mogą od­po­wie­dzieć: nie wy­ja­śnią ci ni­cze­go, je­śli ich nie ro­zu­miesz. Roz­mo­wy twa­rzą w twarz dają dużo wię­cej. Dys­ku­tu­jąc, mo­że­my wziąć pod uwa­gę, do kogo się zwra­ca­my. Mo­że­my od­po­wied­nio do­brać sło­wa, żeby prze­kaz był ja­sny. So­kra­tes nie spi­sy­wał swo­ich prze­my­śleń, dla­te­go in­for­ma­cje o nich czer­pie­my z pism jego naj­lep­sze­go ucznia – Pla­to­na (427–347 p.n.e.). Pla­ton w swo­ich dia­lo­gach spi­sał wie­le roz­mów, któ­re So­kra­tes to­czył z róż­ny­mi ludź­mi. To dzie­ło Pla­to­na na­le­ży do naj­więk­szych osią­gnięć za­rów­no li­te­ra­tu­ry, jak i fi­lo­zo­fii – w pew­nym sen­sie Pla­ton był Szek­spi­rem swo­ich cza­sów. Czy­ta­jąc je, mo­że­my so­bie wy­obra­zić, jaki na­praw­dę był So­kra­tes – mą­dry, ale jed­no­cze­śnie iry­tu­ją­cy.

Ale na­wet to nie jest do koń­ca pew­ne: nie wie­my, czy Pla­ton za­pi­sy­wał praw­dzi­we wy­po­wie­dzi So­kra­te­sa czy może wkła­dał w usta po­sta­ci, któ­rą na­zwał So­kra­tes, wła­sne idee.

Jed­na z ta­kich idei, któ­rą przy­pi­su­je się bar­dziej Pla­to­no­wi niż So­kra­te­so­wi, gło­si, że świat nie jest tym, czym się wy­da­je. Mię­dzy rze­czy­wi­sto­ścią a jej po­zo­rem jest istot­na róż­ni­ca. Więk­szość z nas myl­nie uzna­je po­zór, to, co po­strze­ga­my ocza­mi, za samą rze­czy­wi­stość. My­śli­my, że ro­zu­mie­my świat, ale tak nam się tyl­ko wy­da­je. Pla­ton uwa­żał, że tyl­ko fi­lo­zo­fo­wie ro­zu­mie­ją, jaki na­praw­dę jest świat. Od­kry­wa­ją praw­dzi­wą na­tu­rę rze­czy­wi­sto­ści za po­mo­cą my­śli, a nie po­le­ga­jąc na wła­snych zmy­słach.

Aby to bli­żej wy­ja­śnić, Pla­ton opi­sał ja­ski­nię. W tej wy­ima­gi­no­wa­nej gro­cie sie­dzą sku­ci kaj­da­na­mi lu­dzie, pa­trzą­cy na jej ścia­nę. Przed sobą wi­dzą tyl­ko mi­go­tli­we cie­nie, któ­re bio­rą za praw­dzi­we rze­czy. Ale to tyl­ko złu­dze­nie. To, co do­strze­ga­ją lu­dzie, to cie­nie przed­mio­tów, któ­re prze­su­wa­ją się na tle ognia, któ­ry pali się w tyle, za ludź­mi. Przez całe ży­cie uwa­ża­ją, że cie­nie na ścia­nie to rze­czy­wi­sty świat. A wte­dy je­den z nich uwal­nia się z kaj­dan i od­wra­ca w stro­nę ognia. Po­cząt­ko­wo wszyst­ko mie­ni mu się przed ocza­mi, ale po­tem za­czy­na so­bie zda­wać spra­wę z tego, gdzie się znaj­du­je. Po­ty­ka­jąc się i za­ta­cza­jąc wy­cho­dzi z ja­ski­ni i w koń­cu spo­glą­da w słoń­ce. Gdy wra­ca do gro­ty, nikt nie wie­rzy w jego re­la­cję o świe­cie na ze­wnątrz. Czło­wiek, któ­ry uwol­nił się z oko­wów, jest jak fi­lo­zof. Do­strze­ga rze­czy­wi­stość poza jej po­zo­ra­mi. Zwy­kli lu­dzie nie­wie­le o niej wie­dzą, bo wy­star­cza im pa­trze­nie na to, co mają przed ocza­mi. Nie mu­szą się nad tym za­sta­na­wiać. Ale po­zo­ry są zwod­ni­cze. To, co wi­dzą, to cie­nie, a nie rze­czy­wi­stość.

Hi­sto­ria z ja­ski­nią w tle jest zwią­za­na z pla­toń­ską teo­rią idei. Naj­ła­twiej ją zro­zu­mieć na przy­kła­dzie. Po­myśl o wszyst­kich ko­łach, któ­re wi­dzia­łeś w ży­ciu. Czy któ­re­kol­wiek z nich było ide­al­nym ko­łem? Nie. Żad­ne z nich nie było ide­al­ne. W przy­pad­ku ide­al­ne­go koła każ­dy punkt na jego okrę­gu jest rów­no od­da­lo­ny od środ­ka koła. W praw­dzi­wych ko­łach prak­tycz­nie się to nie zda­rza. Ale zro­zu­mia­łeś, co mia­łem na my­śli, pi­sząc o „ide­al­nym kole”. Czym za­tem jest owo ide­al­ne koło? Pla­ton po­wie­dział­by, że idea do­sko­na­łe­go koła to czy­sta po­stać, for­ma koła. Je­śli chcesz zro­zu­mieć, czym jest koło, po­wi­nie­neś się sku­pić na jego idei, a nie na kon­kret­nych ko­łach, któ­re mo­żesz na­ry­so­wać albo po­znać za po­mo­cą zmy­słu wzro­ku – wszyst­kie one są w ja­kiś spo­sób nie­do­sko­na­łe. Po­dob­nie, zda­niem Pla­to­na, rzecz ma się z do­brem: je­śli chcesz zro­zu­mieć, czym ono jest, mu­sisz się sku­pić na jego idei, a nie na kon­kret­nych do­brych zda­rze­niach, któ­rych do­świad­czasz. Fi­lo­zo­fo­wie to naj­od­po­wied­niej­si lu­dzie do my­śle­nia o ide­ach w ten abs­trak­cyj­ny spo­sób. Zwy­kli lu­dzie scho­dzą na ma­now­ce, po­strze­ga­jąc świat za po­mo­cą zmy­słów.

Jako że fi­lo­zo­fo­wie po­tra­fią my­śleć, Pla­ton wie­rzył, że to w ich rę­kach po­win­na się zna­leźć po­li­tycz­na wła­dza. W Pań­stwie, swo­im naj­bar­dziej zna­nym dzie­le, opi­sał wy­ima­gi­no­wa­ne, ide­al­ne spo­łe­czeń­stwo. Na jego cze­le sta­li­by fi­lo­zo­fo­wie, któ­rzy zdo­by­wa­li­by spe­cjal­ne wy­kształ­ce­nie. Ale po­świę­ca­li­by swo­je przy­jem­no­ści dla oby­wa­te­li, któ­ry­mi by rzą­dzi­li. Bez­po­śred­nio pod­le­głym im sta­nem by­li­by straż­ni­cy, wy­ćwi­cze­ni do obro­ny pań­stwa. Trze­cią gru­pą miał­by być stan rze­mieśl­ni­ków i rol­ni­ków – ży­wi­cie­li. Te trzy gru­py po­win­ny się zda­niem Pla­to­na znaj­do­wać w ide­al­nej rów­no­wa­dze, ta­kiej, w ja­kiej znaj­du­je się zrów­no­wa­żo­ny czło­wiek, któ­ry swo­im ro­zu­mem kon­tro­lu­je emo­cje i żą­dze. Nie­ste­ty, pla­toń­ska spo­łecz­ność by­ła­by z grun­tu an­ty­de­mo­kra­tycz­na – spo­łe­czeń­stwo utrzy­my­wa­no by w ry­zach za po­mo­cą mie­szan­ki kłamstw i prze­mo­cy. Pla­ton naj­chęt­niej po­zbył­by się ze swe­go pań­stwa ar­ty­stów, bo uwa­żał, że fał­szu­ją oni rze­czy­wi­stość. Ma­la­rze ma­lu­ją ja­kieś kształ­ty, ale te dają fał­szy­we wy­obra­że­nie o ide­ach. Każ­dy aspekt ży­cia w ide­al­nym pań­stwie Pla­to­na pod­le­gał­by od­gór­nej kon­tro­li. Dziś na­zwa­li­by­śmy ta­kie pań­stwo pań­stwem to­ta­li­tar­nym. Pla­ton twier­dził, że po­zwa­la­jąc lu­dziom gło­so­wać, za­cho­wu­je­my się tak, jak­by­śmy po­zwa­la­li pa­sa­że­rom ste­ro­wać stat­kiem. Znacz­nie le­piej, żeby spra­wy wzię­li w swo­je ręce lu­dzie, któ­rzy wie­dzie­li­by, co na­le­ży ro­bić.

W V wie­ku przed na­szą erą Ate­ny róż­ni­ły się od ide­al­ne­go Pla­toń­skie­go pań­stwa. Były swo­istą de­mo­kra­cją, cho­ciaż pra­wo gło­su mia­ło tyl­ko oko­ło 10 pro­cent oby­wa­te­li. Nie przy­słu­gi­wa­ło ono na przy­kład ko­bie­tom i nie­wol­ni­kom. Ale oby­wa­te­le byli rów­ni wo­bec pra­wa i ist­niał wy­ra­fi­no­wa­ny sys­tem lo­so­wa­nia, któ­ry miał za­pew­nić każ­de­mu szan­sę wpły­wu na de­cy­zje po­li­tycz­ne.

Ate­ny nie ce­ni­ły So­kra­te­sa tak jak Pla­ton. Prze­ciw­nie. Wie­lu Ateń­czy­ków uwa­ża­ło, że jest czło­wie­kiem groź­nym i że z wy­ra­cho­wa­niem pod­ko­pu­je au­to­ry­tet rzą­dzą­cych. W 399 roku przed Chry­stu­sem, gdy So­kra­tes miał sie­dem­dzie­siąt lat, je­den z Ateń­czy­ków, nie­ja­ki Me­le­tos, oskar­żył go przed są­dem o lek­ce­wa­że­nie ateń­skich bo­gów i wpro­wa­dza­nie in­nych, wła­snych bo­żyszcz. Su­ge­ro­wał też, że So­kra­tes psu­je mło­dzież ateń­ską, pod­bu­rza­jąc ją prze­ciw wła­dzom. Oba oskar­że­nia były bar­dzo po­waż­ne. Trud­no dziś stwier­dzić, na ile były słusz­ne. Być może So­kra­tes rze­czy­wi­ście znie­chę­cał swo­ich uczniów do ofi­cjal­nej re­li­gii pań­stwo­wej i są pew­ne do­wo­dy na to, że drwił z ateń­skiej de­mo­kra­cji. Zga­dza­ło­by się to z jego cha­rak­te­rem. Jed­no jest pew­ne: Ateń­czy­cy uwie­rzy­li w praw­dzi­wość oskar­żeń.

W gło­so­wa­niu, któ­re mia­ło roz­strzy­gnąć o jego wi­nie lub nie­win­no­ści, tro­chę wię­cej niż po­ło­wa z 501 są­dzą­cych go oby­wa­te­li uzna­ła go za win­ne­go i ska­za­ła na śmierć. Gdy­by chciał, praw­do­po­dob­nie uda­ło­by mu się prze­ko­nać sę­dziów, że na nią nie za­słu­gu­je i unik­nąć eg­ze­ku­cji. Ale wier­ny swej re­pu­ta­cji gza roz­sier­dził jesz­cze bar­dziej w mo­wie obroń­czej Ateń­czy­ków, któ­rzy jego zda­niem po­win­ni za­pew­nić mu ho­no­ro­wy wikt do koń­ca ży­cia, za­miast go ka­rać. Ateń­czy­cy nie przy­ję­li tego przy­chyl­nie.

Śmierć mia­ła na­stą­pić przez wy­pi­cie cy­ku­ty, wy­cią­gu ro­ślin­ne­go, któ­ry stop­nio­wo pa­ra­li­żu­je cia­ło. So­kra­tes po­że­gnał żonę i trzech sy­nów, a po­tem zgro­ma­dził wo­kół sie­bie uczniów. Gdy­by dano mu do wy­bo­ru, mó­wił, spo­koj­ne ży­cie, by­le­by tyl­ko nie za­da­wał trud­nych py­tań, nie przy­jął­by go. Wy­brał­by ra­czej śmierć. Sły­szał głos we­wnętrz­ny, któ­ry ra­dził mu, żeby pod­wa­żał wszyst­ko i nie mógł tego gło­su zdra­dzić. Po­tem wy­pił tru­ci­znę. Wkrót­ce był mar­twy.

Ale So­kra­tes cały czas żyje w dia­lo­gach Pla­to­na. Ten nie­ła­twy czło­wiek, wciąż sta­wia­ją­cy py­ta­nia, któ­ry wo­lał umrzeć niż prze­stać my­śleć o tym, jaka jest praw­dzi­wa po­stać rze­czy, stał się in­spi­ra­cją dla ca­łych ge­ne­ra­cji fi­lo­zo­fów.

So­kra­tes wpły­nął bez­po­śred­nio na swo­ich uczniów. Po śmier­ci mi­strza Pla­ton da­lej na­uczał w jego du­chu. Naj­wy­bit­niej­szym z uczniów Pla­to­na oka­zał się Ary­sto­te­les, my­śli­ciel zu­peł­nie in­ne­go ro­dza­ju niż sam Pla­ton i So­kra­tes.

ROZDZIAŁ 2

Prawdziwe szczęście

Arystoteles

„Jed­na ja­skół­ka nie czy­ni wio­sny”. Są­dzisz pew­nie, że au­to­rem tej my­śli jest Wil­liam Szek­spir albo inny wiel­ki po­eta. Rze­czy­wi­ście brzmi ona, jak­by wy­szła spod na­tchnio­ne­go pió­ra. Ale tak na­praw­dę po­cho­dzi z Ety­ki ni­ko­ma­chej­skiej, dzie­ła Ary­sto­te­le­sa, na­zwa­ne­go tak, bo za­de­dy­ko­wał je swe­mu sy­no­wi Ni­ko­ma­cho­wi. Ary­sto­te­les chciał przez to po­wie­dzieć, że tak jak po­trze­ba wię­cej ja­skó­łek i wię­cej niż jed­ne­go cie­płe­go dnia, żeby móc mó­wić o wio­śnie, tak samo kil­ka chwil przy­jem­no­ści nie daje praw­dzi­we­go szczę­ścia. Szczę­ście, we­dług Ary­sto­te­le­sa, nie­wie­le ma wspól­ne­go z krót­ko­trwa­łą przy­jem­no­ścią. Co za­ska­ku­ją­ce, uwa­żał, że dzie­ci nie mogą być szczę­śli­we. Je­śli nie dzie­ci, to w ta­kim ra­zie kto? Ale to wła­śnie uka­zu­je, jak da­le­ce jego po­ję­cie szczę­ścia róż­ni­ło się od na­sze­go. Dzie­ci do­pie­ro za­czy­na­ją swo­je ży­cie, a więc nie za­zna­ły peł­ni ży­cia w ja­kim­kol­wiek tego sło­wa zna­cze­niu. Praw­dzi­we szczę­ście, twier­dził Ary­sto­te­les, wy­ma­ga dłuż­sze­go ży­cia.

Ary­sto­te­les był uczniem Pla­to­na, a Pla­ton – So­kra­te­sa. Tych trzech wiel­kich my­śli­cie­li two­rzy kom­plet­ny łań­cuch: So­kra­tes-Pla­ton-Ary­sto­te­les. Tak zda­rza się czę­ściej. Ge­niu­sze nie po­ja­wia­ją się zni­kąd. Więk­szość z nich mia­ła bły­sko­tli­wych na­uczy­cie­li. Ale po­glą­dy tych trzech fi­lo­zo­fów bar­dzo się od sie­bie róż­nią. Każ­dy miał ory­gi­nal­ne po­dej­ście do fi­lo­zo­fii. Na przy­kład So­kra­tes był wspa­nia­łym roz­mów­cą, Pla­ton – bły­sko­tli­wym pi­sa­rzem, Ary­sto­te­les zaś in­te­re­so­wał się wszyst­kim. So­kra­tes i Pla­ton uwa­ża­li po­strze­ga­ny przez nas świat za bla­de od­bi­cie praw­dzi­wej rze­czy­wi­sto­ści, któ­rą prze­nik­nąć moż­na tyl­ko abs­trak­cyj­ną my­ślą fi­lo­zo­ficz­ną. Ary­sto­te­les prze­ciw­nie – fa­scy­no­wa­ły go szcze­gó­ły wszyst­kie­go, co jest wo­kół nie­go.

Nie­ste­ty, nie­mal wszyst­kie pi­sma Ary­sto­te­le­sa, któ­re prze­trwa­ły do na­szych cza­sów, to jego no­tat­ki do wy­kła­dów. Ale owe za­pi­ski i tak mia­ły wiel­ki wpływ na za­chod­nią fi­lo­zo­fię, na­wet je­śli ich styl jest czę­sto oschły. Ary­sto­te­les był jed­nak nie tyl­ko fi­lo­zo­fem. Zaj­mo­wał się rów­nież zoo­lo­gią, astro­no­mią, hi­sto­rią, po­li­ty­ką i sztu­ką dra­ma­tycz­ną.

Uro­dził się w Ma­ce­do­nii w 384 roku przed na­szą erą. Stu­dio­wał u Pla­to­na, dużo po­dró­żo­wał. Po­tem zo­stał na­uczy­cie­lem Alek­san­dra Ma­ce­doń­skie­go, by na ko­niec za­ło­żyć wła­sną szko­łę w Ate­nach. No­si­ła ona na­zwę Li­ke­jon (łac. Li­ceum) i sta­ła się jed­nym z naj­więk­szych ośrod­ków na­ucza­nia w sta­ro­żyt­nym świe­cie, czymś w ro­dza­ju no­wo­cze­sne­go uni­wer­sy­te­tu. Wy­sy­łał stam­tąd ba­da­czy, któ­rzy wra­ca­li z no­wy­mi in­for­ma­cja­mi o wszyst­kim – od po­li­ty­ki po bio­lo­gię. Był tak­że twór­cą waż­nej bi­blio­te­ki. Na zna­nym re­ne­san­so­wym fre­sku Ra­fa­ela Szko­ła ateń­ska Pla­ton wska­zu­je pal­cem ku gó­rze, ku świa­to­wi idei. Ary­sto­te­les się­ga zaś ręką przed sie­bie, ku świa­tu roz­cią­ga­ją­ce­mu się przed nim.

Pla­ton był­by za­do­wo­lo­ny, mo­gąc fi­lo­zo­fo­wać w wy­god­nym fo­te­lu. Ary­sto­te­les pra­gnął po­zna­wać rze­czy­wi­stość do­świad­cza­ną przez zmy­sły. Od­rzu­cił teo­rię idei swo­je­go na­uczy­cie­la, uzna­jąc, że dro­gą ku zro­zu­mie­niu ja­kiej­kol­wiek ka­te­go­rii ogól­nej jest zba­da­nie kon­kret­nych, jed­nost­ko­wych rze­czy. Aby zro­zu­mieć, czym jest kot, mu­sisz ob­ser­wo­wać praw­dzi­we koty, a nie my­śleć abs­trak­cyj­nie o idei kota.

Ary­sto­te­les za­da­wał so­bie py­ta­nie, jak po­wi­nien żyć czło­wiek. Kwe­stię tę roz­wa­ża­li już przed nim So­kra­tes i Pla­ton. Wie­lu lu­dzi do dziś przy­cią­ga do fi­lo­zo­fii chęć zna­le­zie­nia od­po­wie­dzi na to wła­śnie py­ta­nie. Ary­sto­te­les zna­lazł wła­sną od­po­wiedź. W uprosz­cze­niu brzmia­ła ona: dą­żyć do szczę­ścia.

Ale co to tak na­praw­dę ozna­cza: dą­żyć do szczę­ścia? Więk­szość dzi­siej­szych lu­dzi po­my­śla­ła­by pew­nie w tym miej­scu o przy­jem­no­ściach. Szczę­ściem mogą być wa­ka­cje w ja­kimś eg­zo­tycz­nym kra­ju, kon­cert ulu­bio­ne­go ar­ty­sty albo uda­na im­pre­za. Albo spo­tka­nie z przy­ja­ciół­mi, lek­tu­ra ulu­bio­nej książ­ki bądź wi­zy­ta w ga­le­rii sztu­ki. Ale choć wszyst­ko to mo­gło­by się skła­dać we­dług Ary­sto­te­le­sa na szczę­śli­we, do­bre ży­cie, to z pew­no­ścią nie uwa­żał, że naj­le­piej jest wyjść z domu i szu­kać tego ro­dza­ju przy­jem­no­ści. Nie o ta­kie szczę­ście cho­dzi­ło. Szczę­ściem była dla nie­go eu­daj­mo­nia. Sło­wo to trud­no jest prze­tłu­ma­czyć – nie­któ­rzy tłu­ma­czą je jako „roz­kwit” albo „suk­ces”. To coś wię­cej niż przy­jem­ność, jaką dają pysz­ne lody albo zwy­cię­stwo two­jej ulu­bio­nej dru­ży­ny pił­kar­skiej. Eu­daj­mo­nia to nie ulot­ne chwi­le bło­go­ści. Nie ma ona też nic wspól­ne­go z two­im sa­mo­po­czu­ciem. Jest czymś bar­dziej obiek­tyw­nym. Nie­ła­two to wy­tłu­ma­czyć, bo przy­zwy­cza­ili­śmy się do my­śli, że szczę­ście wią­że się z na­szym sa­mo­po­czu­ciem, z ni­czym wię­cej.

Spró­buj po­my­śleć o kwie­cie. Je­śli go pod­le­wasz, za­pew­niasz od­po­wied­nią ilość świa­tła i od cza­su do cza­su na­wo­zisz, uro­śnie i za­kwit­nie. Je­śli go za­nie­dbasz, nie za­pew­nisz mu świa­tła, po­zwo­lisz dzia­łać szkod­ni­kom i nie bę­dziesz pod­le­wać, zwięd­nie i uschnie, a w naj­lep­szym ra­zie sta­nie się mało atrak­cyj­nym krzacz­kiem. Lu­dzie też mogą roz­kwit­nąć jak kwia­ty, ale w prze­ci­wień­stwie do ro­ślin sami do­ko­nu­je­my wy­bo­rów: po­dej­mu­je­my de­cy­zje, co chce­my ro­bić i kim chce­my być.

Ary­sto­te­les uwa­żał, że z na­tu­rą czło­wie­ka naj­le­piej współ­brz­mi dzia­ła­nie ro­zum­ne – moż­ność ro­zu­mo­wa­nia i my­śle­nia o tym, co na­le­ży ro­bić. To od­róż­nia nas od zwie­rząt i wszyst­kie­go in­ne­go. Wnio­sko­wał z tego, że naj­lep­szym spo­so­bem na ży­cie jest uży­wa­nie ro­zu­mu. Co może bu­dzić zdu­mie­nie, Ary­sto­te­les są­dził, że do na­szej eu­daj­mo­nii przy­czy­niać się mogą spra­wy, o któ­rych nie mamy zie­lo­ne­go po­ję­cia – na­wet to, co sta­nie się po na­szej śmier­ci. Brzmi to rze­czy­wi­ście nie­co dziw­nie. Je­śli przyj­mie­my, że nie ist­nie­je ży­cie po­za­gro­bo­we, to jak coś, co wy­da­rza się po śmier­ci, może wpły­nąć na na­sze szczę­ście? No do­brze. Wy­obraź so­bie, że je­steś oj­cem lub mat­ką, a two­je szczę­ście zwią­za­ne jest po czę­ści z na­dzie­ja­mi, któ­re po­kła­dasz w przy­szło­ści swe­go dziec­ka. Je­śli za­cho­ro­wa­ło­by ono po­waż­nie po two­jej śmier­ci, wpły­nę­ło­by to na two­ją eu­daj­mo­nię. Z punk­tu wi­dze­nia Ary­sto­te­le­sa two­je ży­cie sta­ło­by się gor­sze, na­wet je­śli nie wie­dział­byś nic o cho­ro­bie dziec­ka i już byś nie żył. Przy­kład ten do­brze ilu­stru­je jego po­gląd, że szczę­ście nie jest tyl­ko kwe­stią tego, jak się czu­jesz. W tym zna­cze­niu szczę­ście sta­no­wi suma two­ich ży­cio­wych osią­gnięć, na któ­rą wpływ może mieć to, co przy­da­rza się in­nym, któ­rzy są pod two­ją opie­ką. Wpły­wać na nie mogą też wy­da­rze­nia, któ­re od­by­wa­ją się poza two­ją kon­tro­lą i świa­do­mo­ścią. Two­je szczę­ście za­le­ży czę­ścio­wo od uśmie­chu losu.

Po­ja­wia się za­sad­ni­cze py­ta­nie: jak mo­że­my zwięk­szyć swo­je szan­se na eu­daj­mo­nię? Ary­sto­te­les od­po­wie­dział na nie: „roz­wi­jaj w so­bie do­bry cha­rak­ter”. Mu­sisz kon­tro­lo­wać swo­je emo­cje – to dro­ga do słusz­ne­go po­stę­po­wa­nia. Po czę­ści jest to kwe­stia wy­cho­wa­nia, bo naj­le­piej roz­wi­jać w so­bie do­bre na­wy­ki, ćwi­cząc je od dziec­ka. Je­śli for­tu­na bę­dzie ci sprzy­jać – tym le­piej. Do­bre wzor­ce za­cho­wań to cno­ty. Złe – to wady.

Po­myśl o cno­cie dziel­no­ści pod­czas woj­ny. Być może żoł­nierz bę­dzie mu­siał za­ry­zy­ko­wać wła­sne ży­cie, żeby ura­to­wać cy­wi­lów przed wro­gą ar­mią. Ktoś zu­chwa­ły nie bę­dzie się przej­mo­wał wła­snym bez­pie­czeń­stwem. Może nad­sta­wiać gło­wę, na­wet je­śli nie ma aku­rat ta­kiej po­trze­by, ale to nie jest praw­dzi­wa dziel­ność – to bra­wu­ro­we ry­zy­kanc­two. Na dru­gim bie­gu­nie znaj­du­je się żoł­nierz tchórz­li­wy, któ­ry w ogó­le nie po­tra­fi opa­no­wać trwo­gi, a w chwi­li naj­więk­szej po­trze­by spa­ra­li­żu­je go strach. Ktoś dziel­ny albo od­waż­ny rów­nież się boi, ale jest w sta­nie sta­wić czo­ła swo­im oba­wom i za­cząć dzia­łać. Ary­sto­te­les uwa­żał, że każ­da cno­ta mie­ści się mię­dzy ta­ki­mi dwo­ma bie­gu­na­mi. Tu­taj dziel­ność jest w po­ło­wie dro­gi mię­dzy zu­chwa­ło­ścią i tchó­rzo­stwem. Cza­sem okre­śla się to jako teo­rię zło­te­go środ­ka Ary­sto­te­le­sa.

Ary­sto­te­le­sow­skie po­dej­ście do ety­ki bu­dzi za­in­te­re­so­wa­nie nie tyl­ko hi­sto­ry­ków fi­lo­zo­fii. Wie­lu współ­cze­snych fi­lo­zo­fów uwa­ża, że miał słusz­ność, przy­kła­da­jąc wagę do roz­wi­ja­nia cnót, i że jego po­gląd na szczę­ście był wła­ści­wy i in­spi­ru­ją­cy. Uwa­ża­ją oni, że za­miast po­tę­go­wać przy­jem­no­ści, po­win­ni­śmy sta­rać się być lep­szy­mi ludź­mi i ro­bić, co na­le­ży. To wła­śnie czy­ni ży­cie szczę­śli­wym.

Moż­na od­nieść wra­że­nie, że Ary­sto­te­le­sa in­te­re­so­wa­ły tyl­ko roz­wój i szczę­ście jed­nost­ki. Ale to nie­praw­da. Uwa­żał, że czło­wiek jest isto­tą spo­łecz­ną. Mu­si­my umieć żyć z in­ny­mi ludź­mi i po­trzeb­ny nam sys­tem praw­ny, któ­ry wziął­by w kar­by ciem­ną stro­nę na­szej na­tu­ry. Eu­daj­mo­nię moż­na osią­gnąć je­dy­nie w spo­łe­czeń­stwie. Ży­je­my ra­zem i mu­si­my szu­kać szczę­ścia we współ­dzia­ła­niu z in­ny­mi w do­brze zor­ga­ni­zo­wa­nym pań­stwie.

Nie­ste­ty, po­ja­wił się przy­kry efekt ubocz­ny bły­sko­tli­wo­ści Ary­sto­te­le­sa. Był tak in­te­li­gent­ny, a jego ba­da­nia oka­za­ły się na tyle wszech­stron­ne, że wie­lu z tych, któ­rzy czy­ta­li jego dzie­ła, uzna­ło, że miał ra­cję we wszyst­kim. Oka­za­ło się to nie­szczę­ściem dla roz­wo­ju fi­lo­zo­fii w tra­dy­cji, któ­rą za­po­cząt­ko­wał So­kra­tes. Przez całe stu­le­cia po śmier­ci Ary­sto­te­le­sa (322 p.n.e.) licz­ni ucze­ni trak­to­wa­li jego wi­zję rze­czy­wi­sto­ści jako nie­pod­wa­żal­ną praw­dę. Wy­star­cza­ło im, że mo­gli do­wieść, że Ary­sto­te­les coś po­wie­dział. Okre­śla się to cza­sem mia­nem „praw­dy au­to­ry­te­tu”, czy­li: wie­rzę, że coś musi być praw­dą, bo tak po­wie­dział ja­kiś au­to­ry­tet.

Jak my­ślisz, co by się sta­ło, gdy­byś zrzu­cił z ja­kie­goś wy­so­kie­go bu­dyn­ku ka­wa­łek drew­na i ka­wa­łek cięż­kie­go me­ta­lu ta­kiej sa­mej wiel­ko­ści? Co spa­dło­by szyb­ciej? Ary­sto­te­les uwa­żał, że zro­bił­by to cięż­szy ka­wa­łek me­ta­lu. W rze­czy­wi­sto­ści wca­le tak nie jest. Oba spa­da­ją z taką samą pręd­ko­ścią. Ale sko­ro Ary­sto­te­les stwier­dził, że me­tal szyb­ciej znaj­dzie się na zie­mi, przez całe śre­dnio­wie­cze lu­dzie wie­rzy­li, że tak się wła­śnie sta­nie. Nie było po­trze­by prze­pro­wa­dza­nia ja­kich­kol­wiek eks­pe­ry­men­tów. W XVI wie­ku Ga­li­leo Ga­li­lei zrzu­cił po­dob­no z krzy­wej wie­ży w Pi­zie kulę drew­nia­ną i kulę ar­mat­nią. Obie spa­dły na zie­mię w tym sa­mym mo­men­cie. A za­tem Ary­sto­te­les się my­lił. A prze­cież ła­two moż­na tego było do­wieść znacz­nie wcze­śniej.

Po­le­ga­nie na czy­imś au­to­ry­te­cie było cał­ko­wi­cie wbrew du­cho­wi ba­dań Ary­sto­te­le­sa. Nie ma to rów­nież nic wspól­ne­go z du­chem fi­lo­zo­fii. Sam au­to­ry­tet nie jest jesz­cze do­wo­dem na nic. Me­to­da­mi Ary­sto­te­le­sa były ob­ser­wa­cje, ba­da­nia i ro­zu­mo­wa­nie. Fi­lo­zo­fia roz­kwi­ta dzię­ki dys­ku­sji, dzię­ki temu, że moż­na się my­lić, dzię­ki no­wym, ob­ra­zo­bur­czym po­glą­dom i ana­li­zie al­ter­na­tyw. Na szczę­ście nie­mal za­wsze po­ja­wia­li się fi­lo­zo­fo­wie go­to­wi pod­wa­żać ja­kieś po­wszech­ne sądy. Jed­nym z tych, któ­ry pod­wa­żał ab­so­lut­nie wszyst­ko, był scep­tyk Pyr­ron.

ROZDZIAŁ 3

Nie wiemy nic

Pyrron

Nikt nic nie wie – a na­wet tego nie moż­na być pew­nym. Nie po­wi­nie­neś po­le­gać na tym, o czym są­dzisz, że jest praw­dą. Mo­żesz się my­lić. Wszyst­ko moż­na kwe­stio­no­wać, we wszyst­ko wąt­pić. Naj­le­piej mieć otwar­ty umysł. Nie an­ga­żuj się, to się nie roz­cza­ru­jesz. Tak brzmia­ły pod­sta­wo­we za­ło­że­nia scep­ty­cy­zmu, fi­lo­zo­fii po­pu­lar­nej w sta­ro­żyt­nej Gre­cji, a póź­niej w Rzy­mie przez kil­ka­set lat. W prze­ci­wień­stwie do Pla­to­na czy Ary­sto­te­le­sa naj­skraj­niej­si scep­ty­cy po­wstrzy­my­wa­li się od sta­now­czych są­dów o czym­kol­wiek. Grek Pyr­ron (ok. 365–270 p.n.e.) był naj­słyn­niej­szym i praw­do­po­dob­nie naj­bar­dziej ra­dy­kal­nym scep­ty­kiem wszech cza­sów. I pro­wa­dził zde­cy­do­wa­nie nie­kon­wen­cjo­nal­ny tryb ży­cia.

Być może są­dzisz, że znasz się na wszyst­kim. Je­steś na przy­kład pe­wien, że w tej chwi­li czy­tasz. Ale scep­ty­cy pod­wa­ży­li­by rów­nież to. Po­myśl, dla­cze­go są­dzisz, że czy­tasz, a nie wy­obra­żasz so­bie, że to ro­bisz. Czy mo­żesz być pew­ny, że się nie my­lisz? Wy­da­je ci się, że czy­tasz – tak to so­bie wy­obra­żasz. Ale być może masz ha­lu­cy­na­cje albo śnisz (ideę tę miał roz­wi­nąć Kar­te­zjusz dzie­więt­na­ście wie­ków póź­niej – patrz roz­dział 11). Sta­no­wi­sko So­kra­te­sa, że wie tyl­ko, jak nie­wie­le wie, było rów­nież sta­no­wi­skiem z grun­tu scep­tycz­nym. Ale Pyr­ron po­szedł znacz­nie da­lej. Być może o krok za da­le­ko.

Je­śli mie­li­by­śmy uwie­rzyć po­gło­skom na te­mat jego ży­cia (a być może rów­nież w tej kwe­stii po­win­ni­śmy być scep­tycz­ni), Pyr­ron po­da­wał w wąt­pli­wość ab­so­lut­nie wszyst­ko. Po­dob­nie jak So­kra­tes ni­g­dy ni­cze­go nie na­pi­sał. Cała wie­dza o nim po­cho­dzi z prze­ka­zów ust­nych, za­pi­sa­nych cza­sem kil­ka stu­le­ci po jego śmier­ci. We­dług Dio­ge­ne­sa La­er­tio­sa Pyr­ron stał się już za ży­cia sław­ną oso­bi­sto­ścią, swe­go ro­dza­ju ce­le­bry­tą. Ob­ra­no go ka­pła­nem w jego ro­dzi­mej Eli­dzie. Miał zdo­być taki sza­cu­nek, że na jego cześć zwol­nio­no fi­lo­zo­fów z pła­ce­nia po­dat­ków. Nie mo­że­my zwe­ry­fi­ko­wać tej po­gło­ski, ale wy­da­je się, że to zna­ko­mi­ty po­mysł.

Z tego co wie­my, Pyr­ron wiódł swój ży­wot scep­ty­ka w za­dzi­wia­ją­cy spo­sób. Za­pew­ne nie po­żył­by dłu­go, gdy­by nie po­moc i opie­ka przy­ja­ciół. Każ­dy skraj­ny scep­tyk, by prze­żyć, po­trze­bu­je wspar­cia lu­dzi nie­co mniej scep­tycz­nie na­sta­wio­nych do świa­ta, albo odro­bi­ny szczę­ścia.

A oto, co są­dził o świe­cie: nie mo­że­my cał­ko­wi­cie ufać na­szym zmy­słom. Cza­sem wio­dą nas one na ma­now­ce. Ła­two na przy­kład, wi­dząc ja­kiś kształt w mro­ku, po­peł­nić po­mył­kę. To, co wy­glą­da jak lis, może być w rze­czy­wi­sto­ści ko­tem. Albo wy­da­je ci się, że ktoś cię woła, a to tyl­ko wiatr szu­mi w ga­łę­ziach drzew. Jako że zmy­sły ma­mią nas do­syć czę­sto, Pyr­ron zde­cy­do­wał, że ni­g­dy nie bę­dzie im ufał. Nie wy­klu­czał moż­li­wo­ści, że in­for­ma­cja, któ­rą otrzy­mu­je za ich po­śred­nic­twem, może być praw­dzi­wa, ale sta­rał się pod­cho­dzić do niej z dy­stan­sem.

Kra­wędź kli­fu, spa­da­ją­cą pio­no­wo do mo­rza, więk­szość lu­dzi uzna­ła­by za wska­zów­kę, że by­ło­by głu­po­tą iść da­lej. Ale nie Pyr­ron. Zmy­sły mo­gły­by go oszu­kać, za­tem nie wie­rzył im. Na­wet gdy­by wy­czuł tę kra­wędź pal­ca­mi stóp albo za­czął tra­cić rów­no­wa­gę, nie prze­ko­na­ło­by go to, że za­raz spad­nie na le­żą­ce w dole ka­mie­nie. Nie, nie miał na­wet pew­no­ści, że taki upa­dek zruj­no­wał­by mu zdro­wie albo po­zba­wił ży­cia. Jak mógł­by być tego pe­wien? Przy­ja­cie­le, któ­rzy za­pew­ne nie byli aż ta­ki­mi scep­ty­ka­mi, chro­ni­li go przed tego ro­dza­ju wy­pad­ka­mi, ale gdy­by nie oni, po­pa­dał­by co chwi­lę w ta­ra­pa­ty.

Czy trze­ba się bać złych psów, je­śli nie masz pew­no­ści, że cię po­gry­zą? Tyl­ko dla­te­go, że rzu­ca­jąc się na cie­bie szcze­ka­ją i szcze­rzą kły, nie mo­żesz są­dzić, że na pew­no cię po­ką­sa­ją. A na­wet je­śli tak się sta­nie, to nie­ko­niecz­nie musi to bo­leć. Coś nad­jeż­dża, gdy chcesz przejść na dru­gą stro­nę dro­gi? I cóż z tego? Wca­le nie mu­sisz wpaść pod ten wóz. A poza tym, czy jest ja­kaś róż­ni­ca w tym, czy ży­jesz czy je­steś mar­twy? Pyr­ro­no­wi ja­koś uda­ło się przejść przez ży­cie z taką fi­lo­zo­fią. Był obo­jęt­ny na wszyst­ko i zdo­łał po­skro­mić ty­po­we, tak na­tu­ral­ne dla lu­dzi emo­cje i za­cho­wa­nia.

To oczy­wi­ście le­gen­da. Za­pew­ne nie­któ­re z prze­dziw­nych przy­gód Pyr­ro­na wy­my­ślo­no po to, żeby móc na­trzą­sać się z jego fi­lo­zo­fii. Ale nie­któ­re z nich mogą być praw­dzi­we. Kie­dyś za­cho­wał po­dob­no olim­pij­ski spo­kój na okrę­cie prze­bi­ja­ją­cym się przez okrut­ny sztorm, zda­niem świad­ków je­den z naj­strasz­liw­szych, ja­kie kie­dy­kol­wiek sza­la­ły na mo­rzach. Wiatr po­darł ża­gle na ka­wał­ki, wiel­kie fale prze­le­wa­ły się przez sta­tek. Wszy­scy byli prze­ra­że­ni. Oprócz Pyr­ro­na. Sko­ro po­zo­ry mylą tak czę­sto, nie mógł być ab­so­lut­nie pe­wien, że sztorm uczy­ni mu ja­ką­kol­wiek krzyw­dę. Był spo­koj­ny, choć na­wet naj­bar­dziej do­świad­cze­ni że­gla­rze wpa­dli w pa­ni­kę. Do­wiódł, że moż­na być obo­jęt­nym na­wet w ta­kich wa­run­kach. Ta hi­sto­ria wy­da­je się praw­dzi­wa.

W mło­do­ści Pyr­ron od­wie­dził In­die. Być może wła­śnie ta po­dróż była dla nie­go prze­ło­mo­wą in­spi­ra­cją. In­die mają za sobą dłu­gą tra­dy­cję du­cho­wych prze­wod­ni­ków, guru, któ­rzy, by osią­gnąć we­wnętrz­ny spo­kój, pod­da­ją swe cia­ła skraj­nym, nie­wia­ry­god­nym wręcz ćwi­cze­niom fi­zycz­nym: dają się po­cho­wać żyw­cem, przy­pi­na­ją cię­ża­ry do wraż­li­wych czę­ści cia­ła albo ty­go­dnia­mi oby­wa­ją się bez je­dze­nia. Jako fi­lo­zof Pyr­ron był bli­ski mi­sty­kom. Nie­za­leż­nie od me­tod, ja­kie sto­so­wał, by osią­gnąć swój stan, na pew­no żył zgod­nie ze swy­mi na­uka­mi. Jego spo­kój wy­wie­rał na wszyst­kich wo­kół ogrom­ne wra­że­nie. Obo­jęt­ność, jaką prze­ja­wiał wo­bec świa­ta, wy­ni­ka­ła z tego, że jego zda­niem wszyst­ko jest kwe­stią su­biek­tyw­nych opi­nii. Je­śli nie ma szans, żeby do­trzeć do praw­dy, to nie ma się czym przej­mo­wać. Mo­że­my od­rzu­cić wszel­kie sta­łe prze­ko­na­nia, bo są one złu­dze­niem.

Gdy­byś spo­tkał Pyr­ro­na na swej dro­dze, po­my­ślał­byś za­pew­ne, że jest sza­lo­ny. I może rze­czy­wi­ście była w nim odro­bi­na sza­leń­stwa. Ale jego po­glą­dy i za­cho­wa­nie ce­cho­wa­ła spój­ność. Pew­nie po­my­ślał­by, że pew­ność, z jaką wy­ra­żasz swo­je po­glą­dy, świad­czy o bra­ku roz­sąd­ku i prze­szka­dza ci w osią­gnię­ciu spo­ko­ju du­cha. Zbyt wie­le spraw uwa­żasz za pew­nik. Ale to bu­do­wa­nie zam­ków na pia­sku. Fun­da­men­ty two­ich prze­ko­nań nie są tak moc­ne, jak chciał­byś to wi­dzieć i ra­czej nie uczy­nią cię szczę­śli­wym.

Pyr­ron pod­su­mo­wał krót­ko swo­ją fi­lo­zo­fię w trzech py­ta­niach, któ­re po­wi­nien za­dać każ­dy, kto chce być szczę­śli­wy:

ja­kie są wła­sno­ści rze­czy?

jaką mamy wo­bec nich przy­jąć po­sta­wę?

ja­kie są na­stęp­stwa przy­ję­tej przez nas po­sta­wy?

Jego od­po­wie­dzi były pro­ste i tra­fia­ły w sed­no. Po pierw­sze, ni­g­dy nie do­wie­my się, jaki na­praw­dę jest świat – nie mamy ta­kich moż­li­wo­ści. Nikt ni­g­dy nie po­zna praw­dzi­wej na­tu­ry rze­czy­wi­sto­ści. Wie­dza ta jest lu­dziom nie­do­stęp­na. Za­po­mnij więc o tym. Taki punkt wi­dze­nia stoi w cał­ko­wi­tej sprzecz­no­ści z Pla­toń­ską teo­rią idei i prze­ko­na­niem, że fi­lo­zo­fo­wie mogą po­siąść wie­dzę dzię­ki abs­trak­cyj­ne­mu my­śle­niu (patrz roz­dział 1). Po dru­gie, co wy­ni­ka bez­po­śred­nio z tego, nie po­win­ni­śmy przy­wią­zy­wać wagi do żad­nych po­glą­dów. Jako że ni­cze­go nie mo­że­my być pew­ni, po­win­ni­śmy się po­wstrzy­mać od ja­kich­kol­wiek są­dów i się nie an­ga­żo­wać. Czu­je­my się nie­szczę­śli­wi, gdy nie mo­że­my osiąg­nąć tego, cze­go chce­my. Ale skąd wiesz, że coś jest lep­sze od cze­goś in­ne­go? A za­tem, twier­dził Pyr­ron, by być szczę­śli­wym, po­wi­nie­neś uwol­nić się od po­żą­dań i nie przej­mo­wać się tym, jak to­czy się świat. Tak wła­śnie na­le­ży żyć. Zro­zum, że nic nie ma zna­cze­nia. Dzię­ki temu nic nie za­kłó­ci spo­ko­ju twe­go du­cha. Po trze­cie, je­śli za­ak­cep­tu­jesz te na­uki, oto, co się z tobą sta­nie. Przy­pusz­czal­nie prze­sta­niesz mó­wić, bo nie bę­dziesz wie­dział, co po­wie­dzieć o czym­kol­wiek. Póź­niej prze­sta­niesz się czym­kol­wiek mar­twić. Czy może ci się w ży­ciu przy­da­rzyć coś lep­sze­go? To do­świad­cze­nie nie­mal re­li­gij­ne.

Tyle teo­ria. Wy­da­je się, że spraw­dza­ła się w przy­pad­ku Pyr­ro­na, ale trud­no przy­pusz­czać, by wpro­wa­dze­nie jej w ży­cie dało ta­kie same wy­ni­ki u resz­ty lu­dzi. Tyl­ko nie­licz­ni z nas są w sta­nie osią­gnąć za­le­ca­ny przez Pyr­ro­na sto­pień obo­jęt­no­ści. I pew­nie nie dla każ­de­go los był­by na tyle ła­ska­wy, żeby przed fa­tal­ny­mi po­mył­ka­mi mo­gło go za­wsze ustrzec licz­ne gro­no przy­ja­ciół. W za­sa­dzie, je­śli każ­dy sto­so­wał­by się do jego za­le­ceń, wkrót­ce nie by­ło­by komu chro­nić pyr­roń­skich scep­ty­ków przed nimi sa­my­mi i cała szko­ła fi­lo­zo­ficz­na wy­mar­ła­by szyb­ko, spa­da­jąc ze stro­mych brze­gów, wpa­da­jąc pod koła nad­jeż­dża­ją­cych po­jaz­dów albo roz­szar­pa­na przez hor­dy wście­kłych psów.

Pod­sta­wo­wą sła­bo­ścią sta­no­wi­ska Pyr­ro­na było to, że ze stwier­dze­nia, że „po­zna­nie cze­go­kol­wiek jest nie­moż­li­we” wy­snuł wnio­sek: „dla­te­go po­wi­nie­neś igno­ro­wać swo­je in­stynk­ty i od­czu­cia do­ty­czą­ce tego, co może być nie­bez­piecz­ne”. Ale to wła­śnie na­sze in­stynk­ty ra­tu­ją nas czę­sto przed róż­ny­mi za­gro­że­nia­mi. Za­pew­ne nie mo­że­my na nich cał­ko­wi­cie po­le­gać, ale nie po­win­ni­śmy też ich igno­ro­wać. Na­wet Pyr­ron uciekł po­dob­no, gdy rzu­cił się na nie­go pies. Nie mógł opa­no­wać od­ru­chu, mimo że bar­dzo chciał. W spo­so­bie ży­cia we­dług za­sad pro­pa­go­wa­nych przez scep­ty­ków pyr­roń­skich tkwi jesz­cze je­den ha­czyk. Otóż wca­le nie jest oczy­wi­ste, że ta­kie ży­cie za­pew­nia spo­kój du­cha, jak uwa­żał sam Pyr­ron. Bo prze­cież moż­na pod­cho­dzić scep­tycz­nie rów­nież do Pyr­roń­skie­go scep­ty­cy­zmu. Mo­żesz po­wąt­pie­wać, czy na­praw­dę osią­gniesz we­wnętrz­ną har­mo­nię, je­śli po­dej­miesz dzia­ła­nia ta­kie, ja­kie pod­jął Pyr­ron. Mo­gły się one spraw­dzić w jego przy­pad­ku, ale czy tak samo spraw­dzą się w two­im? Mo­żesz nie mieć stu­pro­cen­to­wej pew­no­ści, że wście­kły pies cię ugry­zie, ale za­pew­ne nie war­to ry­zy­ko­wać, je­śli jest to pew­ne w 99 pro­cen­tach.

Nie wszy­scy zna­ni z hi­sto­rii fi­lo­zo­fii scep­ty­cy zaj­mo­wa­li tak skraj­ne sta­no­wi­sko jak Pyr­ron. Było wśród nich wie­lu umiar­ko­wa­nych scep­ty­ków, kwe­stio­nu­ją­cych róż­ne za­ło­że­nia i ba­da­ją­cych do­wo­dy na na­sze sądy. Nie pró­bo­wa­li oni przy tym żyć tak, jak gdy­by wszyst­ko było za­wsze wąt­pli­we. Scep­tycz­ne po­wąt­pie­wa­nie to kwin­te­sen­cja fi­lo­zo­fii. Wszy­scy wiel­cy fi­lo­zo­fo­wie byli tego ro­dza­ju scep­ty­ka­mi. To opo­zy­cja do­gma­ty­zmu. Do­gma­tyk ma pew­ność, że zna praw­dę. Fi­lo­zo­fo­wie pod­wa­ża­ją do­gma­ty. Py­ta­ją, dla­cze­go lu­dzie wie­rzą w to, w co wie­rzą, ja­kie mają do­wo­dy na po­par­cie swo­ich wnio­sków. Tak wła­śnie po­stę­po­wa­li So­kra­tes i Ary­sto­te­les i tak też po­stę­pu­ją współ­cze­śni fi­lo­zo­fo­wie. Ale nie dzie­je się tak gwo­li kom­pli­ko­wa­niu pro­ble­mów. Ce­lem umiar­ko­wa­ne­go scep­ty­cy­zmu jest zbli­że­nie się do praw­dy albo przy­naj­mniej wy­ka­za­nie, jak nie­wie­le wie­my czy też mo­że­my wi­dzieć. Nie mu­sisz ry­zy­ko­wać upad­ku z nad­mor­skie­go kli­fu, żeby być tego ro­dza­ju scep­ty­kiem. Ale mu­sisz być go­tów za­da­wać trud­ne py­ta­nia i kry­tycz­nie ana­li­zo­wać od­po­wie­dzi, któ­re na nie otrzy­mu­jesz.

Cho­ciaż Pyr­ron gło­sił wol­ność od wszel­kich trosk, więk­szo­ści z nas nie dane jest jej osią­gnąć. Mar­twi­my się przede wszyst­kim tym, że każ­dy z nas kie­dyś umrze. Inny grec­ki fi­lo­zof, Epi­kur, miał kil­ka mą­drych po­my­słów na to, jak mo­że­my się z tym po­go­dzić.

ROZDZIAŁ 4

Ścieżka w ogrodzie

Epikur

Wy­obraź so­bie swój wła­sny po­grzeb. Jak bę­dzie wy­glą­dał? Kto na nie­go przyj­dzie? Co będą mó­wić? Wy­obra­żasz to so­bie oczy­wi­ście z wła­snej per­spek­ty­wy. Tak, jak­byś wciąż jesz­cze był na tym świe­cie i przy­glą­dał się temu wszyst­kie­mu z ja­kie­goś kon­kret­ne­go miej­sca, może z góry, a może z krze­sła, na któ­rym sie­dzisz mię­dzy ża­łob­ni­ka­mi. Nie­któ­rzy my­ślą, że to rze­czy­wi­ście moż­li­we. Że po śmier­ci ży­je­my da­lej poza na­szym cia­łem jako ro­dzaj du­cha, któ­ry może ob­ser­wo­wać to, co dzie­je się na tym świe­cie. Ale dla tych z nas, któ­rzy wie­rzą, że śmierć jest osta­tecz­nym koń­cem, pro­blem jest po­waż­niej­szy. Za­wsze, gdy pró­bu­je­my so­bie wy­obra­zić, że nas tam nie ma, mu­si­my to ro­bić, wy­obra­ża­jąc so­bie, że tam je­ste­śmy, pa­trząc na to, co dzie­je się, gdy nas tam nie ma.

Nie­za­leż­nie od tego, czy mo­żesz so­bie wy­obra­zić wła­sną śmierć, oba­wa przed nie­ist­nie­niem wy­da­je się czymś na­tu­ral­nym. Czy jest ktoś, kto nie bał­by się wła­snej śmier­ci? Je­śli ist­nie­je coś, co może w nas bu­dzić nie­po­kój, to wła­śnie to. Mar­twić się włas­nym nie­ist­nie­niem jest rze­czą zu­peł­nie zro­zu­mia­łą, na­wet je­śli mia­ło­by się to zda­rzyć za wie­le lat. To in­stynk­tow­ne. Nie­wie­lu jest lu­dzi, któ­rzy ni­g­dy o tym po­waż­nie nie my­śle­li.

Grec­ki fi­lo­zof Epi­kur (341–270 p.n.e.) uwa­żał strach przed śmier­cią za stra­tę cza­su. Twier­dził, że wy­ni­ka on z błę­dów lo­gicz­nych. To stan umy­słu, któ­ry moż­na zmie­nić. Śmierć nie bę­dzie mia­ła w so­bie nic prze­ra­ża­ją­ce­go, je­śli po­my­ślisz o niej lo­gicz­nie. Gdy upo­rząd­ku­jesz swo­je my­śli, za­czniesz się roz­ko­szo­wać ży­ciem – co dla Epi­ku­ra było nie­sły­cha­nie istot­ne. Fi­lo­zo­fia, jego zda­niem, mia­ła po­pra­wiać ja­kość ży­cia i po­móc od­na­leźć w nim szczę­ście. Nie­któ­rzy uwa­ża­ją, że sku­pia­nie się na wła­snej śmier­ci jest czymś ma­ka­brycz­nym lub zgo­ła cho­ro­bli­wym, ale dla Epi­ku­ra był to spo­sób na in­ten­syw­niej­sze prze­ży­wa­nie ży­cia.

Epi­kur uro­dził się na grec­kiej wy­spie Sa­mos na Mo­rzu Egej­skim. Więk­szość ży­cia spę­dził w Ate­nach, gdzie stał się w pew­nym sen­sie po­sta­cią kul­to­wą, przy­cią­ga­ją­cą gru­pę uczniów, któ­rzy żyli z nim w ko­mu­nie. Gru­pa ta, co było rzad­ko­ścią w sta­ro­żyt­nej Gre­cji, skła­da­ła się za­rów­no z ko­biet, jak i męż­czyzn. Nie bu­dzi­ło to sym­pa­tii opi­nii pu­blicz­nej, z wy­jąt­kiem oczy­wi­ście mi­ło­śni­ków Epi­ku­ra, któ­rzy od­da­wa­li mu nie­mal bo­ską cześć. Jego szko­ła fi­lo­zo­ficz­na mie­ści­ła się domu z ogro­dem i dla­te­go sta­ła się zna­na jako Ogród.

Tak jak wie­lu sta­ro­żyt­nych fi­lo­zo­fów (a tak­że nie­któ­rzy współ­cze­śni, jak Pe­ter Sin­ger, patrz roz­dział 40), Epi­kur uwa­żał, że fi­lo­zo­fia po­win­na być prak­tycz­na i wpły­wać na spo­sób two­je­go ży­cia. Przy­kła­dał więc wagę do tego, by ci, któ­rzy do­łą­cza­li do nie­go w Ogro­dzie, wcie­la­li fi­lo­zo­fię w czyn, a nie tyl­ko uczy­li się jej za­sad.

Dla Epi­ku­ra klu­czo­we dla zro­zu­mie­niu ży­cia było uświa­do­mie­nie so­bie, że wszy­scy dą­ży­my ku przy­jem­no­ści. Co wię­cej, sta­ra­my się za­wsze uni­kać cier­pie­nia. To wła­śnie jest siłą spraw­czą na­szych dzia­łań. Je­śli wy­eli­mi­nu­je­my z ży­cia cier­pie­nie i spo­tę­gu­je­my szczę­ście, po­pra­wi­my jego ja­kość. Jaki więc był naj­lep­szy prze­pis na ży­cie? Żyj w spo­sób pro­sty, bądź miły dla in­nych i ota­czaj się przy­ja­ciół­mi. Dzię­ki temu bę­dziesz w sta­nie za­spo­ko­ić więk­szość swo­ich pra­gnień. Nie znaj­dziesz się w sy­tu­acji, że po­żą­dasz cze­goś, cze­go zdo­być nie mo­żesz. Pra­gnie­nie po­sia­da­nia ja­kiejś re­zy­den­cji na pew­no nie jest czymś do­brym, je­śli nie masz i nie bę­dziesz miał za co jej ku­pić. Nie pra­cuj przez całe ży­cie po to, by zdo­być coś, co i tak jest poza two­im za­się­giem. O wie­le le­piej pro­wa­dzić pro­ste, zwy­czaj­ne ży­cie. Je­śli two­je pra­gnie­nia są nie­skom­pli­ko­wa­ne, ła­two je bę­dzie za­spo­ko­ić, a ty bę­dziesz miał czas i ener­gię, by znaj­do­wać ra­dość w tym, co rze­czy­wi­ście ma zna­cze­nie. To była Epi­ku­ra re­cep­ta na szczę­ście i brzmi ona bar­dzo sen­sow­nie.

Jego na­uki sta­no­wi­ły ro­dzaj te­ra­pii. Epi­kur dą­żył do wy­le­cze­nia uczniów z psy­chicz­ne­go bólu i na­ucze­nia ich, że ból fi­zycz­ny moż­na znieść dzię­ki wspo­mnie­niu mi­nio­nych przy­jem­no­ści. Uwa­żał, że przy­jem­no­ści spra­wia­ją nam ra­dość wte­dy, gdy je od­czu­wa­my, ale cie­szy nas rów­nież ich wspo­mnie­nie. Przy­no­szą nam za­tem dłu­go­trwa­łe ko­rzy­ści. Umie­ra­jąc i cier­piąc przy tym na róż­ne do­le­gli­wo­ści, opi­sy­wał w li­ście do przy­ja­cie­la, jak uda­ło mu się od­wró­cić uwa­gę od cho­ro­by – wspo­mi­nał ra­dość, któ­rą da­wa­ły mu ich dys­ku­sje w prze­szło­ści.