Wydawca: Genius Creations Kategoria: Fantastyka i sci-fi Język: polski Rok wydania: 2018

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku (w tym Kindle) kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 307 Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Odtwórz fragment audiobooka:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 52 min Lektor: Czarownica

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze PDF
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Audiobooka posłuchasz na:

tablecie MP3
smartfonie MP3
komputerze MP3
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Pobierz fragment dostosowany na:

Posłuchaj fragmentu audiobooka Czas: 7 godz. 52 min Lektor: Czarownica

Opis ebooka Czarownica - Małgorzata Lisińska

 

Sodi, Likal i Yasa zmierzają wprost do paszczy lub łożnicy Smoczycy. Właściwie tylko ten ostatni ma szanse na to ostatnie. Krasnoluda i uczennicę Pierwotnego czeka lżejszy los.

Nasi bohaterowie umilają sobie drogę, popadając w liczne tarapaty, grając w „jakie to przekleństwo”, testując wytrzymałość krasnoluda na trunki i wytrzymałość pozostałych na krasnoluda. Słowem – bawią się wyśmienicie, jak to tylko oni potrafią.

Wszystko do czasu, kiedy na granicy z Itru sprawy nadmiernie się komplikują i przed wędrowcami stają kardynalne pytania. Czy Yasa poświęci najskrytsze marzenia dla podopiecznej? Czy Likal okiełzna drzemiącą w niej moc? Czy Sodi z pomocą Tropiciela ochroni przyjaciół?

Czarownica” to kontynuacja bestsellerowego „Tropiciela” i powrót do świata znanego nam ze słuchowiska „Tropiciel opowiada”.

Opinie o ebooku Czarownica - Małgorzata Lisińska

Fragment ebooka Czarownica - Małgorzata Lisińska

I

Bestia

Zacinający deszcz bębnił w dach, hałasując bardziej niż zawodzący przy ogniu bard. Chudy młodzian co rusz podnosił piskliwy głosik, żeby przekrzyczeć nawałnicę. Niestety, bogowie nie obdarowali go stosownymi umiejętnościami i zaśpiew bardziej przywodził na myśl konające w męczarniach dzikie zwierzę niż pieśńbiesiadną.

Krasnolud krzywił się coraz bardziej z każdą kolejną wysoką nutą. Z żałością zerkał to na siedzącego obok Yasę, to na nienaturalnie milczącą Likal. I chociaż cierpliwość Sodiego Yudherthardere podziwiana była w całej Krainie, nie zdzierżył wreszcie i powiedziałgłośno:

– Rzućcie no, panie Yasa, jakie zaklątko, co by szczylowi jaja wróciły. Noż człek ma ochotę skoczyć po jaki sznur do stajni i zadyndać u powały. Żem kiedyś miał kundla, co we wnyki wpadł. Toż niech mi ruda więcej paluszkami nie… – Zawahał się, dojrzawszy chłodne spojrzenie maga. – Znaczy nieważne, grunt, że jak ta psina zdychała, to melodyjniejsze dźwiękiwydawała.

– Może po prostu wrzućcie mu w miskę dwa talary i poproście, żeby ścichł? – grzecznie zaproponowała Likal, nie podnosząc wzroku na krasnoluda.

– Ogłupiałaś, panna? – sarknął Sodi. – A za co ja mam tej sromotnej porażce, barda udającej, płacić? Jakbyśmy jeszcze blisko jakich lasów byli, to i wart byłby talarka za wystraszenie bestii, co by nam zagrażać mogły. Ale w grodzie? Cielątka wystraszy, mleko skwaśnieje, kury nieść przestaną. Sameszkody.

W tej samej chwili śpiewak zamilkł. Przez chwilę cisza pieściła uszy obecnych. Krasnolud zamrugał zaskoczony, a później westchnął błogo. Rozparł się na ławie, sięgnął po kubek miodu i już miał wygłosić jedną ze swych pełnych mądrości mów, gdy bard ponownie otworzył usta. Z pierwszym słowem nowej ballady prysła wszelka nadzieja, że tym razem młodzian nie przypomni Sodiemu utraconegozwierzaka.

Dobry król dwie córki miał

Lecz syna nade wszystko chciał

I szukał wciąż nowej żony

By zostać nim obdarzony

Wydawał więc wielkie bale

Nie bawiąc się na nich wcale

I dzień za dniem poznawałdamy…

– Zanim ten wielce szanowny król dobrnie do nocy poślubnej, niniejszy krasnolud słuch straci z kretesem – warknął Sodi. Odstawił kubek i wstał od stołu. – Idę się, kurwa, przejść.

Yasa uniósł brew i w milczeniu spojrzał w okno, za którym deszcz bynajmniej nieustawał.

– Kilka kropelek jeszcze nikomu nie zaszkodziło. – Wzruszył ramionamiSodi.

– Nie jesteście ciekawi królewskiej historii? – zaćwierkała słodko Likal. – Toż król, z tym jego… hmm, umiłowaniem panien, znać rodzina wasza byćmusi.

Krasnolud nie skomentował, najwyraźniej pragnąc jak najszybciej opuścić zacne towarzystwo. Prawie biegnąc, dotarł do drzwi. Otworzył je gwałtownie. Ściana deszczu, wzmocniona zawodzącym wiatrem, cofnęła nieco krasnoluda. W tejże chwili jednak bard postanowił sprawdzić, jak wysoko zdoła unieść głos. Pieśń zadrżała, załamała się i przeszła w dźwięk żywo przypominający tarcie szkłem o szkło.

– Na piekielne czeluście! – jęknął Sodi i wyszedł w wichurę.

Młodzieniec śpiewał dalej, niezbyt przejęty wyjściemsłuchacza:

I skonał król w żony ramionach

A władzę po nim przejęła ona

Bestii oddała swe pasierbice

By za czas jakiś zabrać imżycie…

Krasnolud zatrzasnął za sobą wierzeje. Dopiero wtedy Yasa spojrzał na śpiewaka. Naraz rozpaczliwe zawodzenie nabrało miękkości, słowa zaczęły ze sobą współgrać, a melodia popłynęła gładko, pieszcząc uszy słuchaczy. Mag przymknął oczy i oparł głowę o ścianę, wsłuchując się w balladę.

Bezwzględna była młoda królowa

Ginęli ludzie nawet za słowa

Wstęgami ulic krew przepływała

Śmierć wielkie żniwo w krajuzbierała…

Wiatr szarpał odzieniem stojącego przed gospodą krasnoluda, a deszcz kompletnie je przemoczył. Wichura zagłuszyła jednak wszelkie inne dźwięki, więc Sodi stał wśród wycia żywiołów z niezwykle zadowoloną miną. Mrużył oczy, bo lodowata ściana wody trochę go oślepiała, ale i tak wyglądał – jak na Sodiego de Gra Yudherthardere, rzecz jasna – bardzoradośnie.

Po kilku chwilach wszakże radość zaczął zakłócać dość nieprzyjemny chłód. Kurtka, która kosztowała mnóstwo talarów, bo handlarz dawał uroczyste słowo honoru, że wykonana jest ze specjalnie wyprawionej skóry delghartowskiego smoka i w żadnych warunkach wody nie przepuści, przemokła i wraz z równie wilgotną koszulą lepiła się do ciała. Sodi błyskawicznie rozważyłopcje.

A potem ruszył biegiem dostajni.

Przywitał go półmrok, przyjemne ciepłoi…

– Niech ja ranka w ramionach tłustej dzierlatki nigdy nie doczekam, ale smród! Zesrał się któryś czy jak? – Rozejrzał się nerwowo po niewielkim pomieszczeniu. Konie stały obok siebie, przeżuwając obrok i nie zwracając uwagi na gościa. Jedynie jego kuc zastrzygł uszami i na moment odwrócił głowę. – Nic to, przywyknę. I tak żaden nie będzie mi tu trelami ścian kruszyć, więc jakoś się dogadamy. Ciepluchno tu jak w pościeli Szczerbatej Justy… a i, kurwa, aromaty podobne… Ech, stęskniłem się za dziewuchą. Będzie ze trzy lata, jakeśmy… – reszta zdania utonęła w ściąganej przez głowę koszuli. Krasnolud okrył się derką i siadł ciężko w kącie stajni na wyściełanym słomą klepisku. Pokręcił z niechęcią nosem i kontynuował: – W karczmie mnie przygotowali izdebkę, zacną i woniejącą. A i pościel pewnikiem bieluchną… może nawet haftem zdobioną… Dziewki bym się nie doczekał. Pan Yasa zabronił dupy brać na postoju. Taaa… – sarknął, przewracając oczyma. – Jakby on nigdy nie chędożył, kiedy Likal w sąsiedniej komnacie. Się, kurwa, naraz świątobliwy zrobił, by kto pomyślał. Eeech, koniki, wam to łatwiej… – Przekręcił głowę, żeby zerknąć na zwierzęta. – No, ja tu żale swoje wypłakuję, a wam jaja poobcinali, to nawet nie wiecie w czymrzecz.

Zamilkł, przymykając oczy. Bębniący w dach deszcz łagodnie kołysał Sodiego do snu. Mężczyzna był już na jego granicy, ledwie kilka uderzeń serca od momentu, w którym kontury rzeczywistości tracą ostrość, a ograniczenia znikają… Ledwie kilka oddechów dzieliło go od pełnego zatracenia, gdy czyjeś podniesione głosy przywróciły mu pełną świadomość. Niechętny towarzystwu, wcisnął się głębiej w cień, licząc, że nikt go niezauważy.

– Ostawcie! – W wejściu pojawiła się wysoka, zwalista postać. Kaptur osłaniał włosy, a twarz tonęła w półmroku. Niski, jękliwy głos wydawał się męski, ale odzienie gościa było zdecydowanie kobiece. – Ostawcie!

– Widzieliśta takie dziwadło?! – Za kobietą wpadło do stajni trzech mężczyzn. – Ani to chłop, ani baba… Rozdziejem i obaczym, nie?

Pozostali zarechotali i zrobili krok ku uciekającej. Ta wrzasnęła, próbowałaodskoczyć…

I runęła jak długa kilka kroków od schowanego w kącieSodiego.

Pieśń barda wciąż malowała barwne obrazy w wyobraźni słuchających z ekstatycznym zachwytem. Jedynie Likal, chociaż i na nią działała magia ballady, nie patrzyła na śpiewaka. Przez długą chwilę po wyjściu Sodiego, podobnie jak Yasa, dziewczyna siedziała z zamkniętymi oczami. Kiedy wreszcie je otworzyła, spojrzała na opiekuna. Mag wydawał się drzemać z obojętnym wyrazemtwarzy.

– Jesteś zmęczona? – zapytał, gdy się poruszyła.

– Trochę.

– Chcesz, żebym cięodprowadził?

Nie odpowiedziała. Zapewne gdyby to Sodi zadał takie pytanie, rzuciłaby jakąś złośliwość albo przynajmniej parsknęła niechętnie. Yasy pytanie zmilczała. Poczekała, aż opiekun otworzy oczy, i pokręciła głową. Mag uśmiechnął się łagodnie.

Czuła jego spojrzenie, kiedy wychodziła z izby. Czasami marzyła, że zdoła wejść w umysł Pierwotnego, by poznać jego myśli. Nigdy jednak nie próbowała tegorobić.

Wzmocniona magią ballada towarzyszyła jej na poddaszu gospody. W blasku jednej płonącej głowni nabierała mrocznej barwy. Budziła w Likal tęsknotę, której dziewczyna nie potrafiła zdefiniować. Pragnienie graniczące z bólem. Młoda czarownica westchnęła, zacisnęła pięści, odetchnęła głęboko i wyszeptała zagłuszające zaklęcie. Miała nadzieję, że Sodi z Tropicielem są na tyle daleko, żeby nie podrażniła go taka mała, bardzo osobista magia.

Pieśń zamilkła, ale tęsknota wciąż drażniła duszę. Dziewczyna postąpiła w stronę izby, którą wynajął dla niej Yasa, a potem zatrzymała się. Stała tak, nie mogąc podjąć decyzji, aż wreszcie wahanie przerwały kroki na schodach. Drewniane stopnie skrzypiały głośno pod ciężarem gospodarza prowadzącego kolejnego gościa. Piękna kobieta okryta elegancką peleryną stanęła obok Likal i spojrzała na dziewczynę wyniośle. Młoda czarownica cofnęła sięodruchowo.

– Tędy, pani. – Mężczyzna wskazał kobiecie otwarte właśniedrzwi.

Podopieczna Pierwotnego zacisnęła pięści i przygryzła wargę. Zazdrość tylko na moment zawładnęła jej myślami. Mgnienie tak krótkie, że wściekłe zaklęcie ledwie błysnęło pod zmrużonymi powiekami. Uciszyła je błyskawicznie. Nie jej to rzecz, kogo pan Yasa kazał sobie sprowadzić do łoża. Nie jej, niejej…

Odetchnęła głęboko, by krwawa mgła opuściła myśli, nie mogąc jednocześnie oderwać wzroku od zamykających się drzwi izby Pierwotnego. Złość minęła dość szybko, uciszona rozpaczliwie powtarzanymi słowami. Razem z nią minęła tęsknota i bolesne pragnienie. Likal stała w półmroku, ogłuszona nagłąpustką.

A potem powolutku ruszyła schodami w dół, dowyjścia.

Upadek zerwał z głowy kobiety kaptur, a wciśnięty w kąt Sodi z niedowierzaniem zagapił się w jej twarz. Wiele rzeczy można było rzec o zacnym krasnoludzie, jednakowoż rzadko brakowało mu słów. W tejże chwili jednak, nawet gdyby chciał coś powiedzieć, chybaby niezdołał.

Rzec o leżącej, że nie grzeszyła urodą, byłoby zdecydowanymniedopowiedzeniem.

Zapewne rozmyślałby nad tym znacznie dłużej, gdyby nie owych trzech drabów, którzy pragnęli sprawdzać, co ich ofiara ukrywa pod odzieniem. Rechocząc głośno, rzucili się spełniać groźbę. Kobieta czołgała się rozpaczliwie, zawodząc przy tym błagalnie, ale oprawcy bynajmniej nie zamierzali jej słuchać. Dwóch złapało za kończyny, a trzeci zabrał się do zdzieraniasukni.

Sodi de Gra Yudherthardere jakoś nigdy do wojowników zaliczać się nie chciał, a i specjalną odwagą zasłynąć w Krainie nie zamierzał. Często też powtarzał, że nie jemu się wciskać między miodzik a zakąskę. Lubił jednak normalny porządek rzeczy: miodzik powinien być ciepły i pachnący, a zakąseczka smakowita i chętna. A kobita, nieważne jak brzydka, dupy dawać miała prawo temu, komu chciała. Ot, co!

Toteż Yudherthardere podniósł się powolutku w swoim kąciku, zrzucił derkę z ramion i zza paska wyrwał oba toporki, by przywrócić normalny porządek rzeczy. Że zaś mądrym krasnoludem był i liczyć potrafił całkiem dobrze, wiedział, że trzy to więcej niż jeden, więc nie ma co po próżnicy gęby drzeć, kiedy mus trzech osiłków położyć. Kiedy musiał, Sodi potrafił całkiem skutecznie trzymać język za zębami. A i poruszać się niemal bezszelestnie umiał całkiem sprawnie. Błyskawicznie oszacował odległość. Przez moment ważył toporki w potężnych dłoniach, aż wreszcie podjął decyzję. Z niejaką niechęcią ustawił toporki obuchem docelu…

Drab trzymający ręce leżącej padł od pierwszego uderzenia. Drugi cios pozbawił przytomności tego, który gorliwie zrywał z kobiety odzienie. Trzeci mężczyzna zdążył się poderwać i z wrzaskiem rzucił do ucieczki. I pewnie by mu się udało, bo Sodi bynajmniej spragniony krwi nie był, gdyby niedoszła ofiara, wyrwawszy z dłoni oszołomionego krasnoluda toporek, nie cisnęła nim w plecy uciekającego oprawcy. Ostrze wbiło się ze straszliwą siłą między łopatki mężczyzny, uciszając go na zawsze.

Yudherthardere przez chwilę stał, gapiąc się z rozdziawionymi ustami na trzonek broni podrygujący w rytm ostatnich drgawekkonającego.

– Się panna nie obraź, ale, kurwa, łapkę to ty masz, niech bogowie chronią. Jakbyś w mordę dała, to zębów by człek chyba w Zachodnich Lądach szukał – wyszeptał z podziwem, odwracając sięwreszcie.

Kobieta wciąż siedziała na klepisku. Przesunęła się tylko jak najdalej od oprawców. Poprawiała nerwowo suknię, nie podnosząc wzroku. Długie potargane włosy nijakiego szarego koloru opadały w nieładzie na ramiona. Na jednym z kosmyków smętnie zawisła różowa kokarda, która zapewne miała dodawać urody. Jaskrawość barwy tylko podkreśliła nienaturalną brzydotę właścicielkiozdoby.

– A bo i nie malutkaście – pokiwał głową Sodi, który, stając obok siedzącej brzyduli, przewyższał ją ledwie o szerokość dłoni. – Chcecie wstać czy cóś? Nie, pewnie, że nie. Ja też chyba usiądę. – Sięgnął ponownie po derkę i okrył się. Dopiero wtedy opadł na klepisko, dość daleko od kobiety. – Człekowi, jak się tak pogiba gwałtownie, to i słabość członki zbiera. A i noc prawie nadchodzi, to i senność jakowaś… Nijakiej potrzeby ni ma, cobyśmy stali, kiedy i usiąść można. Co nie? Macie jakieś imię, panna? Głupio tak w zacnym towarzystwie siedzieć, a nazwiska nie znać. Mnie zwąSodi.

Kobieta wciąż milczała, intensywnie patrząc na mnące suknię dłonie. Knykcie niemałych pięści pobielały, a palce podrygiwały nerwowo. Co rusz zerkała na obu nieprzytomnych, zaciskającszczęki.

– Nic się, panna, nie martw – pocieszył ją krasnolud. – Jakem pierdolnął, to aż cosik tam trzasnęło. Znaczy szybko się nie podniosą. A i jakby, to się, kurwa, poprawi. I już. To jak? Macie jakieimię?

– Bela – odpowiedziała krótko, podnosząc wreszcie wzrok.

I tak Sodiemu drugi raz mowę odjęło. Oczy jego rozmówczyni nijak nie pasowały do brzydkiej twarzy. Mieniły się wszelkiego rodzaju odcieniami złota, od jasnego miodu, przez ciepły bursztyn, aż po ciemny, acz połyskliwy stary metal. Uwodziły głębią. Nie było w nich magii, nie miały żadnej czarodziejskiej mocy – Tropiciel drzemał nieprzywołany, a przecież trudno było oderwać od nich spojrzenie, trudno pamiętać o szpetocie, która jeotaczała.

– O kurwa – wyszeptał wreszcie z nabożnymzachwytem.

Kobieta podniosła się powoli. Wyprostowana sięgała prawie do belki stropowej. Niejeden rycerz kraiński pozazdrościłby jej postury. W myślach Sodiego zamajaczyło pytanie, ale nim zdołał się na nim skupić, nim zdążył je sformułować, Bela zrobiła krok ku niemu i powiedziała:

– Przykromi.

– Dlacze…? – zacząłkrasnolud.

I więcej nie zdążył, ogłuszony potężnymuderzeniem.

Bard wciąż śpiewał, a ballada, wzmocniona magią, niosła Yasę w świat marzeń. Nic to, że sam go sobie tworzył. Był w tym mistrzem. Przez setki lat żył ułudą, nauczył się czerpać z niej przyjemność. I chociaż dawno tego nie robił, tego wieczoru, w niewielkiej gospodzie na rozstaju dróg, tuż przy kraińskiej granicy, postanowił na chwilę wymarzyć sobie doskonałą rzeczywistość. Poczuć dotyk palców, które nigdy nie zechcą go pieścić. Zobaczyć uśmiech, który nie będzie przeznaczony dla niego. Wyimaginowany świat, niesiony słodyczą magicznej melodii, mógł być tak samo realny jak ten, który czekał na niego tuż za granicą królestwa. Miłość w urojonych odbarwionych tęczówkach smakowała prawie… prawie…

Uniósł powieki, zawstydzony swoją słabością. Bard zamilkł w tym samym momencie. Nikt jednak tego nie zauważył. Ostatni goście w gospodzie spali zmożeni magicznym snem, niepotrzebni świadkowie gorączkowych pragnień Pierwotnego Maga. Yasa westchnął i wstał od stołu. Nie czuł zmęczenia ani senności. Czekała ich jednak długa i trudna droga do Itru, powinien więc odpocząć. Krasnolud pewnie śpi w stajni, a i Likal położyła się już dawno. Na myśl o młodej czarownicy ostre rysy Yasy złagodniały. Uśmiechając się, otworzył drzwi do izby, którą wynajął na nocleg.

Stojąca przy oknie kobieta drgnęła. Z całą pewnością nie była panną lekkich obyczajów, chyba że przygraniczne nierządnice miały zwyczaj nosić aksamitne odzienie, klejnoty i spoglądać z wyższością. Bez cienia uśmiechu podeszła do ławy i sztywno wyprostowana usiadła, składając dłonie na podołku.

Yasa uniósł brew i bez słowa przyglądał sięgościowi.

– Zamknijcie, proszę. – Rozkazujący ton przeczył słowom. – Nie chcę, żeby ktoś naszauważył.

Mag grzecznie wykonał polecenie, a potem oparł się o ścianę i czekał. Kobieta westchnęła. Poruszyła nerwowo skrzyżowanymipalcami.

– Chcieliśmy was prosić o przysługę, Pierwotny Magu – powiedziała cicho. – Nasze królestwo potrzebuje waszejpomocy.

– Zawsze gdzieś jest królestwo, które potrzebuje pomocy. – Mężczyzna wzruszył ramionami i usiadł na łóżku. Zzuł buty, rozparł się na poduszkach i wyciągnął nogi. Patrzył spod na wpół opuszczonych powiek, uśmiechając sięleniwie.

– Nie zapytacie, skąd wiem, kimjesteście?

– Niezapytam.

Zmarszczyła brwi. W ciemnych oczach błysnęłairytacja.

– Mówiono mi, że Pierwotny Mag dba o ludzi, że obchodzi go ich los i nie zostawi ich na łasce potwora. Dlatego przybyłam w tajemnicy przed doradcami, właściwie wbrew nim, aby prosić o pomoc dla mojegoludu.

– Dobrze wam mówiono – potaknął Yasa. – Widzę, że powiedziano też, że czytam w myślach.

– Dlaczego…? – Uciekłaspojrzeniem.

– Bariery w waszym umyśle nie zrodziły się naturalnie. Jak by to rzekł mój przyjaciel, cuchniecie mocą. Ten, który założył blokady, nie wystarczy, żeby uratowaćkrólestwo?

– Nie. – Pokręciła głową. – Zabiła gobestia.

– To bardzo kiepsko, wasza wysokość, bo nam akurat dośćspieszno.

– Zapłacęwam!

– Jak? – Uśmiechnął sięchłodno.

– Złotem? – zawahałasię.

– Sądzicie, że go nambrak?

Wstała i zaczęła nerwowo przemierzaćpokój.

– Jeśli odmówicie, ona będzie dalej zabijała. Jest zła. Okrutna – mówiła szybko, nie patrząc na rozmówcę i nie przestając chodzić. – Lubi to. Cierpienie sprawia jej przyjemność. Cierpienie innych. Wielu próbowało. Moc ją strzeże. Nikt nie wrócił. Nikt więcej nie pójdzie. A ona się o nas upomni. Kiedyś, już wkrótce. Nikomu nie daruje. Zabije wszystkich. – Z każdym kolejnym zdaniem podnosiła głos, balansując na granicy histerii. Mrugała szybko, oddychała spazmatycznie, to zaciskała, to rozprostowywała palce, przemierzając przy tym izbę długimi krokami. – Obiecała mi śmierć. Obiecała ją wszystkim. – Zatrzymała się gwałtownie, by wreszcie spojrzeć na Yasę. – Potrzebujemy waszej pomocy. Zapłacimy każdącenę.

Mag usiadł z westchnięciem.

– Przychodzisz do mnie, pani, ukrywając myśli i wspomnienia. Wysyłasz barda… Na przyszłość szukaj kogoś obdarzonego talentem, mój przyjaciel ma wysublimowany smakmuzyczny.

– Ten… krasnolud? – niemal wyplułapytanie.

– Sodi de Gra Yudherthardere – głos Pierwotnego stwardniał – jest księciem, wasza wysokość. I to nie takim jak wy, córka władcy z nadania Króla Królów. Jego szlachectwo sięga dziesiątek pokoleń. To, co wasz śpiewak zrobił muzyce… powiedzmy, że raniło duszę mojegoprzyjaciela.

– Skąd wiecie, że ja gowysłałam?

– Moja droga, jeśli chciałaś, żebym nie wiedział, trzeba było zabezpieczyć również umysł barda.

Pochyliłagłowę.

– Odpowiem na każde wasze pytanie – wyszeptała.

– A ja nie uwierzę w żadną z odpowiedzi. – Wzruszył ramionami. – Straciliście moje zaufanie już przy balladzie o złej macosze.

– Ona była zła – powiedziała cicho księżniczka. – Uwięziła nas. Gdyby nie… moja siostra, zginęłybyśmy.

Yasa uśmiechnął się krzywo, ale nie skomentował. Na rzęsach kobiety zadrżałyłzy.

– Nie pomożecie? Nie wierzycie w bestię?

– W nią akurat wierzę – potaknął, wstając. – Macie ją wypaloną pod powiekami.

– Więc? – zapytała ponaglająco. Zrobiła krok w kierunku mężczyzny. – Zapłacę każdą cenę… Naprawdę – dokończyła prawie szeptem, opuszczającwzrok.

– Tego – podkreślił Yasa z lekką kpiną w głosie – też mi nie brakuje. Nie chcę waszej zapłaty, jakakolwiek by była. Nie wiem, czy wam pomożemy. – Usiadł z powrotem. – Ale skoro już zechcieliście zaszczycić nas swoją obecnością, wypada poprosić, byście spoczęli i opowiedzieli, z czym przybywacie. – Wskazał miejsce oboksiebie.

Księżniczka zamrugała zaskoczona nagłą zmianą tonu czarodzieja. Zawahała się, ale przyjęła zaproszenie.

Nie zdążyła jednak rozpocząć opowieści, bo w tejże chwili rozległo się pukanie.

– Wasza miłość! Wasza miłość! Wiadomość mam! Waszamiłość!

– Wybacz, moja droga. Wejdźcie, dobryczłowieku.

Drzwi otworzyły sięgwałtownie.

– Wasza miłość! – Gospodarz zerknął szybko na księżniczkę i Yasa już wiedział, komu zawdzięcza jej wizytę. – Bo panna wasza kazała was wołać!

Yasa błyskawicznie spoważniał.

– Gdzie onajest?

– No, w tym rzecz, wasza miłość. Na kobyłce w las pogalopowała! Rzekła, że jakiś olbrzym krasnoluda porwał i że gonić go będzie. I jeszcze… no, żebyście…

– Mów, człowieku!

– Żebyście dupę ruszyli, a nie babami się zajmowali – dokończył gospodarz, chociaż Yasa i tak go już nie słyszał, biegnąc w stronę stajni.

Sodi obudził się przekonany, że głębokie dudnienie rozsadzi mu czaszkę. Przez chwilę leżał w bezruchu, ale hałas nie ustawał. Dopiero wtedy pojął, że banda szalonych bębniarzy nie urządziła sobie koncertu tuż przy jego głowie, ale właśnie w niej. Nie miał jednak czasu, by to roztrząsać, bo rozbudzony wraz z krasnoludem Tropiciel zawył żałośnie, wyrywając się na wolność. Kąsał i drapał. Szarpał ciało i umysł nosiciela. Yudherthardere zacisnął pięści i wyszeptał zaklęcie wstrzymujące. Osłabiło stwora, ale go nie zatrzymało. Nadal wył, wściekle wgryzając się w umysł Sodiego. Ten ponowił czar, oplatając go zaklęciem wzmacniającym.

Zabolało.

– Kurwa! – wyszeptał z jękiem krasnolud. Tropiciel cofał się, piszcząc rozpaczliwie. Dudnienie trwało.

– Obudziliście się? – Głos pytającego wydał się Sodiemu dziwnie znajomy, ale jakoś brakło mu energii, by się nad tym zastanowić.

– Nie, kurwa, tak se ino przez sen lubię pogwarzyć – odpowiedział, nie otwierając oczu. – Boco?

– Trochę się turbowałam, bo dawno nie biłam tak, żeby niezabić.

Taka odpowiedź warta była otwarcia oczu. Sodi zamrugał, tak z powodu jasności, jak i zaskoczenia. Spojrzał w kierunku głosu. Mocne, nienaturalne światło oślepiło go na moment, ale zaraz nieco przygasło i krasnolud dojrzał, kto do niego mówi. Poderwał się gwałtownie, by równie szybko opaść na legowisko.

– Nie wstawajcie tak, bo sięwam…

– Niech ja więcej nie zobaczę babskiego cycka! To ja wam dupę ratowałem, a wy mnie po łbie…?! Tak się w waszym, kurwa, świecie wdzięczność okazuje?! – krzyczał Sodi, krzywiąc się przy każdym słowie, bo dudnienie wciąż trwało. Odetchnął głęboko raz i drugi. Nie po to, żeby się uspokoić, bo przecie wściekły krasnolud to zdrowy krasnolud, a po to, by uciszyćbębny.

Kobieta nie wyglądała na zawstydzoną. Szpetna twarz pozostała niewzruszona. Sodi przyglądał się jej i naraz ostatnia myśl, która prawie się wykluła przed spotkaniem z pięścią Beli, wróciła.

– Ożeż, niech mnie stary ogr wydyma, wam wcale ratunek nie był potrzebny – zauważył cicho. – Z takimi łapami to możecie jednym trzaśnięciem wołu dupę jego pokazać. Ino tera nie pojmuję… po co ta całakomedyjka?

– Różnie o was mówią. – Kobieta wzruszyła ramionami. – To i chciałam sięprzekonać.

– I po to żeście tego tam utłukli? Żeby sięprzekonać?

– Zasłużył – warknęła. – A jakby uciekł, albo i nie daj bogowie w ślad za nami ruszył, to mogliby się o mnie zwiedzieć tacy, co to ich zapraszać do dom niezamierzam.

– A mnie ten wątpliwy zaszczyt spotkać musiał, co? – Rozejrzał się rozeźlony. Tropiciel piszczał, spętany zaklęciami. – A wiecie, że to wasze przeurocze siedlisko jedzie mocą jak przyportowa tawernaszczynami?

– Dlatego wasprzywiozłam.

– Dlatego… – Sodiego aż zatchnęło ze złości. – Rozum wam odjęło?! Wiecie, co się stać mogło z Tropicielem wybudzonym w takim miejscu?!

– Ale nic się niestało.

– Bo żem… – zamilkł. Odetchnął głęboko. – Ech, głupie te baby. Głupie jak nic. Ładne czy brzydkie, jedna w drugą głupie. Nie mogliście to, panna, po ludzku zaprosić? Uprzedzić grzecznie, żeby Tropiciela na uwięzi trzymać? Nie dałosię?

– Tak szybciej. – Ponownie wzruszyła ramionami. – A że drogi nie znacie, to nie muszę was zabijać, jak już zrobicie, cotrzeba.

– Że co?!

Bela pochyliła się nad gościem. W ostrym świetle rozbłysły złocistetęczówki.

– Straszna z was gorączka. Kiedyś wam to zaszkodzi.

– Kurwa, te wasze oczyska… – sapnął krasnolud. – Smocza w was krew płynie jak nic. Dziwne nie jest, do Itru niedaleko, pewnikiem sporo tu takich mieszańców żyje.

– Pewnie mój wygląd też smokom zawdzięczam, co? Nie uważacie, że wyglądam jak zmiennokształtny w połowieprzemiany?

– No, aż tak bym niepowiedział…

– Byli tacy, co powiedzieli. – Machnęła ręką i usiadła na łóżku obok Sodiego. – Ale większości już nie ma. – Uśmiechnęła się, a grymas ten wywołał ciarki u krasnoluda. – Nic to. Nie… ekhm… zaprosiłam was, żebyście moich żali wysłuchiwali. Ino żebyście pomogli klątwęzdjąć.

Tak, krasnolud wiedział, że tego pytania zadawać nie powinien. Nie potrafił się jednakpowstrzymać.

– Jakąklątwę?

– Ano tę – odpowiedziała.

Płomienie dziesiątek świec w komnacie zachybotały i przygasły. Moc przemknęła w powietrzu niczym powiew lodowatego powietrza. W ciszy zabrzmiał chrzęst kości przestawiających się w stawach. Towarzyszył im niski rozpaczliwy jęk. Kobieta stoczyła się z łóżka i upadła na kolana. Chrzęst się nasilił. Jęk ustał. Kości czaszki przesuwały się szybko, zmieniając brzydkie oblicze w koszmar. Z dolnej szczęki wysunęły się kły, a wargi obnażyły dziąsła i garnitur zębów mogących mury kruszyć. Nos się cofnął i prawie znikł w kudłatej mordzie.

Stwór wyprostował się, sięgając powały. Zwalisty i potężny, trochę przypominający niedźwiedzia, trochę psa. Oczy w straszliwym pysku wciąż połyskiwały złociście. Nie było w tym blasku jednak nawet cieniałagodności.

– No, panna – wyszeptał Sodi drżącym głosem, wciskając się w kąt – mam nadzieję, że masz tu gdzieś jakie galoty, bo, kurwa, jak nic trza mi jezmienić.

W odpowiedzi bestia zawyła nisko i chrapliwie. Opuściła łeb, niemal dotykając twarzy krasnoluda. Mężczyzna wciągnął gwałtownie powietrze. Cofnąłby się bardziej, gdyby nie ściana za plecami. Zacisnął więc tylko pięści, zanosząc szybkie modły do każdego ze znanych bogów i opiekuńczych przodków. Stwór tymczasem warknął gardłowo, a szerokie nozdrza poruszyły się powoli. I gdy krasnolud zaczął, nie pierwszy w swym życiu, rachunek sumienia, powtarzając w duszy, że przecie żadnym poważnym grzechem się nie skalał, to i przodkowie zapewne zechcą go przyjąć w swoje szeregi… Właśnie w tym momencie ponownie zachrzęściły stawy i Bela wróciła do ludzkiej postaci, a potemopadła ciężko na łoże obokgościa.

– Po to właśnie was zaprosiłam – wycharczała, dysząc ciężko. – Żebyście mi pomogli cofnąć klątwę.

– Znaczy co? Ochajtać się mam z wami czy jak? – Sodiemu błyskawicznie wracał rezon. – Bo tak zwykle w bajaniach bywa. Ino na ogół nadobny książę i przecudna królewna… Niby ze mnie okaz nie lada, a z was… kawał kobity, ale żem mamusi obiecał krasnoludzkiej krwi nie mieszać.

– Nie – warknęła wściekle – nie was mi trzeba, ale Tropiciela. Znajdzie źródło klątwy. Czujecie magię, prawda? Opasała całą okolicę, zniewoliła mnie i zmienia w to… coś. Wiecie, jak boli? Każda zmiana jest jak konanie. Przekleństwo i śmierć. Tylko to mi zostaje.

– I chcecie, żebym… żeby Tropiciel znalazł źródło magii? I co wtedy? Bo chyba macie jakiś plan? Wiecie, że żaden ze mnie czarodziej? Znaleźć to jedno, zniszczyć… Nie wiem, czyporadzę.

– Tylko je znajdźcie – powtórzyła, acz już mniej pewnie. – Resztą się niemartwcie.

Sodi podrapał się po czuprynie. Zmrużył oczy i przyglądał się swojej gospodyni. Głowa wciąż go bolała, a dudnienie nie ustawało. Tropiciel popiskiwał… Yudherthardere wciągnął gwałtownie powietrze, kiedy dotarł do niego ów dźwięk. Niezmienny od chwili, w której spętał alter ego. Błyskawicznie pojął, co to znaczy. Nie zamierzał jednak dzielić się tąmyślą.

– Dajcie mi trochę czasu – powiedział, patrząc kobiecie w oczy. – Muszę zebrać siły.

Pokiwała głową ze zrozumieniem. Podeszła do drzwi, ale zamiast wyjść bez słowa, zatrzymała się i wbiła wzrok w krasnoluda.

– Nie wiem, jaką macie moc, panie Yudherthardere, ani jakie więzy łączą was z czarodziejami. Lepiej jednak, byście ich nie wzywali. Ta sama magia, którą wyczuliście, chroni okolicę. Niejeden chciał ją pokonać. Najlepsi książęcy magowie próbowali się tu wedrzeć. I wszyscy skonali u moich wrót. Szkoda byłoby tej dziewuszki, która wam towarzyszyła. O młodzieńcu nie wspomnę. – Uśmiechnęła się strasznie. – Wam też uciekać odradzam. Znajdę bez trudu. Każdy kamień w okolicy powie mi, gdzieście są. – Odwróciła się i wyszła, zostawiając Sodiego z głośnym przekleństwem na ustach.

Czarne, pozbawione gwiazd niebo rozpięte nad drzewami pogłębiało nienaturalność leśnego mroku. Likal zatrzymała klacz, tracąc z oczu potężną postać i przewieszonego przez siodło krasnoluda. Chociaż nie miała pod skórą Tropiciela, młoda czarownica doskonale wyczuła potęgę chroniącą gąszcz. Śmiertelne niebezpieczeństwo, znaczone żywotami tych, którzy próbowali je pokonać, zmusiło ją do ściągnięcia wodzy. Zeskoczyła z konia i wpatrzyła się wściekle w niewidoczną dla zwykłego śmiertelnika barierę. Moc falowała jak nagrzane powietrze, to odsłaniając, to skrywając kontury drzew. Czar wyciszył wszystkie dźwięki dobiegające z lasu. Dziewczyna nie słyszała szelestu liści, trzasku gałązek, odgłosów zwierząt. Absolutna, prawie bolesna cisza zdawała się wychodzić młodej czarownicy na spotkanie. Likal tupnęła nogą ze złości i przygryzła wargę. Gniew buzował w żyłach, ale wiedziała, że sama nie zdoła pokonać zaklęcia. Nie mogła jednak usiąść i czekać. Chodziła więc tam i z powrotem, zerkając to na las, to w kierunku, z którego przybyła. Kiedy dojrzała Yasę, zatrzymała się. Stała, tupiąc niecierpliwie nogą, właściwie nie wiedząc, dlaczego jest taka zła na Pierwotnego.

Mag wstrzymał gwałtownie klacz. Zeskoczył i w milczeniu spojrzał na dziewczynę. Żadne nie powiedziało słowa. Yasa podszedł do magicznej bariery. Na tyle blisko, że potężna moc podrażniła mu skórę. Powoli wyciągnął dłoń. Długie palce przemknęły po niewidzialnej zasłonie. Falująca ściana mocy rozjarzyła się odcieniami złota i czerwieni. Posypały się skry, a czarodziej syknął cicho. Poparzone opuszki zagoiły się błyskawicznie, ale zabolały paskudnie.

– To Pierwotny? – cicho zapytała Likal, której złość na opiekuna właśnieminęła.

– Nie wiem. – Pokręcił głową. – Potężne zaklęcie, ale…

– Ale oprócz was tylko Uri ma taką moc, prawda? A przecież ona nie wie, że ją ma. Zadbaliście o to z Zakonną.

Yasa potaknął bez słowa, wciąż wpatrując się we wrotalasu.

– Dobra. – Likal podeszła do opiekuna. – Potem się zastanowimy kto i jak. Teraz trzeba nam pana Sodiego ratować. Kto wie, co tamten olbrzym chce z nim zrobić.

Pierwotny wyciągnął dłoń. Młoda czarownica ujęła ją. Wzmocnili uścisk. Energia przepłynęła pomiędzy złączonymi rękami. Najpierw pieszczotą, delikatnym, łagodnym muśnięciem, które po ledwie dwóch uderzeniach serca zmieniło się w wichurę. Magia połączyła oboje, spłynęła z dusz, wprost w splecione palce.

I naraz otaczający ich półmrok rozświetlił nieziemski blask. Pierwotna moc, wsparta siłą młodej czarownicy, uderzyła w niewidzialny mur. Jasny płomień rozczepił się, natrafiając na przeszkodę. Zapłonął mocniej. Część świetlistych sztyletów odbita zawróciła do Yasy i Likal. Mag błyskawicznie pociągnął dziewczynę na ziemię i przygniótłszy, osłonił przed uderzeniem. Zaraz też podniósł głowę i spojrzał na las. Bariera płonęła, ale wciążtrwała.

– Jeszcze raz – szepnął doLikal.

I ponownieuderzył.

Mrok za oknem zafalował, magiczna rzeczywistość otaczająca domostwo zadrżała. Stojący przy oknie krasnolud krzyknął z bólu i upadł na kolana. Gwałtowna ofensywa na skraju lasu szarpała trzewiami Sodiego, boleśnie drażniąc spętanego Tropiciela. Stwór wył, rwąc wiążące gozaklęcia.

Kolejny atak. Sodi zwinął się, wbił palce w ciało, zacisnął usta… i wypuścił Tropiciela.

Setki wielobarwnych wstęg targnęło leżącym i rozprostowało jego członki, niemal wyrywając je ze stawów. Kolory tańczyły, wzmocnione blaskiem dobywającym się z ciała krasnoluda, a potem, nagle, rzuciły się, by szukać źródła. Rwały przed siebie, błyskawicznie przemierzając każdy zakątek domostwa. Przeszukiwały zakamarki, sunęły przez otwarte pokoje, wciskały się do tych zamkniętych. Sprawdzały miejsce po miejscu, żadnego nie opuściły. Gdy zaś nie znalazły tego, czego szukały, pomknęły dalej, między konary. W mrok.

Płomienie trawiły osłonę, nie niszcząc jej. Bariera płonęła niespalającym się ogniem. Yasa wpatrywał się ponuro w mrok za płomieniami, a Likal stała obok, wciąż zaciskając palce na dłoni Pierwotnego. Poprawiła włosy spadające na oczy i starła pot z czoła. Przeniosła spojrzenie na opiekuna, czekając, aż ten popatrzy na nią. Yasa skinąłgłową.

Już mieli ponownie rzucić czar, gdy dziewczyna dojrzała połyskującą między drzewami smugę barwy. Szarpnęła rękę maga.

– Widzę – odpowiedziałspokojnie.

Poczekali, aż Tropiciel się zbliży, a gdy wstęga prawie dotykała bariery, gdy już muskała ogień… uderzyli. Zwielokrotnione zaklęcie z jednej strony, macki Tropiciela z drugiej. Czar Yasy przerwał barierę i wbił się w barwne światło. Na chwilę, krótszą niż mrugnięcie powieki, światzamarł.

A potemwybuchł.

Ból minął nagle, ale Sodi wciąż leżał, kontemplując przyjemność ulgi. Najpierw powolutku przyciągnął do ciała ręce, potem złączył nogi. Przez jakiś czas, w sumie niedługi, acz wydawał mu się wiecznością, Yudherthardere wpatrywał się w belki stropowe i uśmiechał do własnych myśli. Wreszcie uznał, że wystarczy. Podniósł się szybciutko.

– Trza się brać – wyszeptał, bo cisza jakoś go drażniła. – Yasa z gówniarą magię rozpieprzyli, to tera chyba nikt nie doniesie pannicy, żem dał nogę, nie? – Szarpnął okiennicę, a kiedy ta otworzyła się z minimalnym skrzypnięciem, zerknął na zewnątrz. – No, wysoko nie jest, se poradzę. I dobrze, bo mnie do rajskiego ptaszka daleko. Chociaż jedna taka, ech… ta to potrafiła… – mamrotał, przekładając nogi przez okno. Skoczywszy, gadał dalej, wspominając z rozrzewnieniem ladacznicę. Wylądował gładko, na ugiętych kolanach i błyskawicznie rzucił się do ucieczki.

Nie ubiegł daleko. Po kilkunastu krokach poczuł szarpnięcie. Coś uniosło go za kurtkę na karku ponad ziemię. Majtał jeszcze chwilę nogami, bardziej z rozpędu niż świadomie.

– A wam dokąd tak spieszno? – zapytała Bela, trzymając, potężnego przecież, krasnoluda jednąręką.

– Ano gościna przednia, ale kamraci czekają – odrzekł Sodi, szarpiąc się na uwięzi. – Weźcie mnie, kurwa, puśćcie! Co ja, gówniarz jaki, że mnie takdzierżycie?

– Mówiłam, żebyście nie uciekali, prawda?

– Ano, panna, mówiłaś. Ale magii już u was nie ma, kamienie gęby nie otworzą, to żem uznał, że to taka… ekhm… wskazówka jeno była, niepolecenie.

Zamrugała gwałtownie i puściła krasnoluda.

– Jak to nie ma magii?

– Ano nie ma. – Sodi uśmiechnął się krzywo, odsuwając jednak nieco, by gospodyni nie mogła go dosięgnąć. – Ale coście tak zmarkotnieli? Przecież tego chcieliście, conie?

– Nie ma magii? – powtórzyła rozpaczliwie. Zamknęła oczy, zwarła szczęki… najwyraźniej próbowała przywołać bestię, ale bez skutku. – Jak to nie ma magii?!!! – wrzasnęła wściekle, rzucając się ku Sodiemu. Krasnolud próbował uciec, ale kobieta była szybka. Złapała go za kurtkę na piersi i, ponownie poderwawszy z ziemi, przyciągnęła ku sobie. – Cościezrobili?

– No, przecież chcieliście się pozbyć klątwy, co nie? – Yudherthardere rozglądał się nerwowo, a gdy pośród drzew zamajaczyła wysoka sylwetka, naraz się uspokoił. Rozciągnął usta w czymś, czego, prócz niego, nikt uśmiechem by nie nazwał, i kontynuował: – Nie po to żeście mnie… ekhm.. zaprosili?

– Mieliście źródło znaleźć, nie wyłączyć – warknęła, a Sodi pomyślał, że tej nocy kolejny raz trza mu będzie galotyzmienić.

– Ale przecie mówiliście… – zaczął.

– Kłamałam! Cholera, kłamałam! – Potrząsała wściekle krasnoludem. Naraz uspokoiła się i, skrzywiwszy w przerażającym uśmiechu, wyjaśniła: – Potrzebuję tego źródła. Moja mała siostrzyczka dogadała się z jednym szczylem… cholera, potężny z niego mag. Rzucił klątwę i uwięził mnie tutaj. Nocami mogłam wychodzić, ale gdybym nie wróciła przed świtem… – zawahała się, luzując uchwyt – zostałabym… tym czymś na zawsze. Nie zrozumcie mnie źle. Bestia mi się spodobała. Jak się wygląda tak jak ja, każda moc jest fascynująca. Potęga strachu. Piękna rzecz. Dobrze jest jednak, choćby czasami, mieć ludzkie oblicze. Nawet takie.

– To się powinniście radować, nie? – Sodi wyszczerzył zęby, chociaż wiedział, do czego kobieta zmierza.

– Chciałam klątwę wyłączyć – warknęła Bela – ale kiedy już opanuję źródło. A tak nie będę już bestią. Nie poczuję… – Głos kobiety zadrżał. Zamilkła na moment, a potem ponownie zacisnęła dłoń na kurtce krasnoluda. Przyciągnęła go ku sobie i wyszeptała: – Odwrócicie to. Jeśli chcecie ranka doczekać, odwrócicie.

– No, z tym może być niejaki problemik, panna. Chyba że jego poprosicie. Może zechce. – Sodi wskazał Yasę, który właśnie stanął dwa kroki od nich. – Ino wiecie, panna, chyba nie bardzo mu się widzi, że jego przyjacielowi bebechy wytrząsnąćchcecie.

Bela spojrzała we wskazanym kierunku i zaryczała wściekle. Rzuciła krasnoludem z taką mocą, że przeleciał, majtając nogami, kilkanaście kroków i trzasnął ciężko o ziemię, a potem skoczyła ku magowi. Yasa uśmiechnął się zimno. Odsunął się, umykając szarżującej pannie. Ta jednak błyskawicznie zawróciła. Mężczyzna westchnął. Uniósł lekko rękę i naraz niewidzialna siła uniosła Belę. Nieistniejący sznur skrępował kobietę i delikatnie posadził u stóp Pierwotnego. Yasa przez chwilę uśmiechał się okrutnie, a potem minął kobietę i podszedł doSodiego.

– Cali jesteście? – Podał rękękrasnoludowi.

– Ma dziewuszka parę w łapach, niech ja więcej gęby Szczerbatej Justy nie zaznam – mruczał Sodi, gramoląc się powoli. – Dobrze, żeście Likal nie zabrali. Żyć by mi nie dała, jakby takiego dyndającego zobaczyła. To gdzie nasze dziecięukochane?

– Wróciła dokoni.

Mężczyźni spojrzeli na Belę. Wierciła się, wrzeszczącwściekle.

– Toście narobili, panie Yasa – uśmiechnął się szeroko krasnolud. – Belcia chciała se tutejszą moc zagospodarować, a wyście… pstryk… i wyłączyli. Ktoś tu pannę czarem z bestią związał. Tak się dziewuszka radowała, że jej źródełko wskażę, że z niego zaczerpnie i bestią wreszcie porządzić będzie mogła. Oj, joj, joj, aście narobili, panie Yasa. Tera to ona tylko żywym dowodem na owocność pochędóżki ludzi z ogrami pozostanie. To co robim? Trza nam wracać, miodu popić, bardaposłuchać…

Yasa nie odpowiedział. Patrzył na wiercącą się kobietę w zamyśleniu. Przestała już krzyczeć, a ze złotych oczu wyzierała czysta nienawiść.

– Znaczy ja wiem, że wy nie lubicie kobit krzywdzić, ale chyba jej nie puścimy, nie? – zaniepokoił się Sodi.

Mag odwrócił się, by odpowiedzieć. Nagle leśną ciszę przerwał tupot kopyt. Spomiędzy drzew wypadł oddział zbrojnych. Dowodząca nim postać wydała się Yasie dziwnieznajoma…

– Ty!!! – wrzasnęła Bela, zobaczywszy księżniczkę. Próbowała się poderwać na nogi, wykrzykując przekleństwa. Daremnie. Zaklęcie trzymało ją na ziemi.

Zbrojni zbliżali się. Obnażyliostrza.

– Co tu się, kurwa…?! – krzyknąłSodi.

Yasa miękko poruszył dłonią. Broń jadących i czar wiążący Belę opadły w tej samejchwili.

– Chodźmy, Yudherthardere. – Mag pociągnął przyjaciela za ramię. – Siostry poradzą sobie i beznas.

– Siostry? – Zdumiony Sodi zerknął przez ramię. Zdążył jeszcze dojrzeć Belę powalającą kolejnego woja i księżniczkę mierzącą do niej z kuszy. – No rzeczywiście, uderzające podobieństwo. – Odwrócił się i spojrzał na przyjaciela. – Coś się mnie widzi, że jakem do stajenki uszy ratować umknął, to wyście se w karczemce całkiem nieźle poczynali. Co?

– Nie uwierzycie, Yudherthardere, ale głównie słuchałem muzyki. – Uśmiechnął się Yasa. – Nie wyobrażacie sobie, jakich rzeczy można się wtedydowiedzieć.

– Muzyki?!– Sodi aż przystanął z wrażenia. Zaraz jednak pobiegł za przyjacielem. – I niby w tym słuchaniu pannę od zbrojnych poznaliście i wam rzekła, że siostra jej, kurwa, najmilejsza w lesie w bestię się zmienia i trza ją potraktować żelastwem jakim? Nic tak przecie nie pomaga na klątwę jak porządny sztylecik. Rzekłby, że ostatecznie pomaga… Iście jeszcze tejże pannie nadobnej gnać za sobą ze zbrojnymi pozwolili, co? Przecie nie będziecie mnie ciemnotę wciskali, żeście tych tam nie zauważyli? Taaa, znów nic nie powiecie? Niech będzie, pomilczmy se trochę. Co to szkodzi, gęby nie otwierać. Po ciemku fajnie iść w ciszy, co nie? Chociaż, z drugiej strony, znałem kiedyś jedną taką… Och, ładniutka z niej była dziewuszka, ino języka nie umiała na uwięzi utrzymać. Wyobraźcie sobie, że nawet kiedy robiła dobrze… Czekajcie, to wasza kobyłka przy drzewie, nie? A mówiliście, że gówniara do koni wróciła? To niby gdzieona?

II

Chatka

Nawałnica przetaczająca się wieczorem nad lasem ustała i tylko pojedyncze krople deszczu spadały z liści na drogę. Klacz wyciągała długie nogi w galopie, ale amazonka wciąż ją poganiała. Koń dyszał ciężko, rozdęte chrapy z trudem łapały powietrze, a na pysku pojawiła się piana. Likal leżała na karku zwierzęcia, wtulona w grzywę i zaciskała palce na wodzach. Co jakiś czas podnosiła głowę, nie żeby spojrzeć przed siebie, ale by poczuć na policzkach gwałtowne uderzenie wiatru, a może nawet smagnięcie liści… Kiedy jednak dostrzegała wiszące nisko gałęzie, odruchowo pochylała się w siodle. Była wściekła, rozczarowana i trochę nieszczęśliwa, ale nie aż tak, by ryzykować życiem.

Trakt skończył się nagle. Ubita ziemia zastąpiła drogę. Splątane korony drzew zasłoniły niebo i oświetlający okolicę księżyc. Konary wokoło zgęstniały. Pochylając gałęzie, chłostały boki pędzącego zwierzęcia i zahaczały o suknię dziewczyny. Materiał wytrzymał kilka szarpnięć, by w końcu poddać się z trzaskiem. Pociągnięta przez drzewne ramię Likal ledwie utrzymała się w siodle. Zacisnęła palce. Gniew palący żyły zelżał ostudzony strachem. Dziewczyna przestała poganiać klacz. Odetchnęła kilkakrotnie. Nie odrywając głowy od końskiego karku, próbowała w ciemności dojrzeć cokolwiek. Nie zdoławszy, wyszeptała zaklęcie. Nieskuteczne.

Zaskoczona wciągnęła gwałtownie powietrze. Prosty, rozjaśniający czar powinien zadziałać błyskawicznie. Coś było nie tak… bardzo nie tak. Pociągnęła gwałtownie wodze, żeby zatrzymaćwierzchowca…

Klacz zarżała rozpaczliwie. Posłuszna woli jeźdźca próbowała zwolnić. Naraz przednie kopyta trafiły w pustkę. Zwierzę, straciwszy oparcie, poleciało do przodu. Siła upadku wyrwała Likal z siodła.

Lecąc, dziewczyna pomyślała, że jednak nie powinna uciekać odYasy…

***

Noc ponad Lasem Spalonej Czarownicy zawsze wydawała się mroczniejsza niż gdzie indziej. Tutaj nie docierał blask księżyca, a i nieboskłon z granicą drzew robił się nieprzenikniony, kompletnie czarny, bez najmniejszego śladu wszechobecnych, ledwie kilka kroków dalej, gwiazd. Pyri nie lubił tej okolicy. Wolałby ją ominąć, tym bardziej że odwlekłoby to spotkanie z Zerderanem. Tak, choćby dlatego warto by było. Nie żeby nie lubił kuzyna. Kiedyś, lata temu, spędzał mnóstwo czasu w jego domu. Bawił się z córkami Zerderana, ścigał z jego synem… Dawno temu, nim jedynak kuzyna zginął zabity przez elfa, a jego ojciec w zemście wyrżnął trzy elfie wioski. Potem wszystko się spieprzyło. Pyri rozejrzał się nerwowo. Nie powinien przeklinać. Nawet w myślach. Siostra wyszorowałaby mu jęzor ługiem, gdyby słyszała. Na szczęście była daleko. Mógł więc powtórzyć, z maleńkim tylko zawahaniem, że potem wszystko się spieprzyło. Uśmiechnął się kwaśno. Teraz wizyty u Zerderana zawsze kończyły się tak samo: wiecznym narzekaniem na niewdzięczne syrenki, marudzeniem na ucieczkę najstarszej, wyrzekaniem na młode pokolenie i wreszcie, dla ukoronowania, nakłanianiem Pyriego do ożenku z najmłodszą latoroślą syreniego władcy. Nie żeby mała Titr nie była atrakcyjną panienką. W syrenim rodzie dawno nie przyszła na świat tak wielka piękność, a przecież nie z rozumu słynie kuzynostwo. Tak, Titr przewyższała urodą wszystkie znane Pyriemu syreny. Westchnął z niejakim żalem. Niestety, nie dość, że małej marzył się, jak starszej siostrze, jakiś człowiek, to i młody smok jakoś nie garnął się do żeniaczki z syreną. Z takich związków nieodmiennie rodziły się syreny, a Pyri miał obowiązek zadbać o własnygatunek.

Machnął potężnymi złotymi skrzydłami, zakręcił się wokół własnej osi i pofrunął ku mrocznemu niebu.

Mało jest rzeczy piękniejszych niż złoty smok na tle bezgwiezdnegohoryzontu.

Leciał przez chwilę zanurzony w mroku i odrobinie samozachwytu, przystającego najpiękniejszemu ze wszystkich żyjących stworzeń. Wciąż wyżej i wyżej, jakby miał nadzieję, że wreszcie dotrze do ukrytych w czerni gwiazd. Naraz zatrzymał się. Rozprostował skrzydła, ogromne, piękne i połyskujące mimo braku jakiegokolwiek źródła światła. A potem powoli i z nieukrywaną niechęcią obniżył lot, kierując się na wschód, ku królestwuZerderana.

Deszcz znów zaczął zacinać. Pojawił się nagle, grube, ciężkie krople w kompletnej czerni. Lodowata woda wciskała się w oczy i nozdrza smoka. Drażniła i oślepiała. Przez chwilę Pyri walczył z nawałnicą, prąc przed siebie z uporem. Wreszcie poddał się i zanurkował pomiędzy drzewa, licząc na to, że zbite korony osłonią go przed ulewą. Rzeczywiście, gdy tylko znalazł się pod rozłożystym baldachimem liści, znów mógł otworzyć szeroko oczy. Niewiele niestety mu to dało, bo ledwie zdołał dojrzeć kontury drzew i krzewów. Mroku w lesie nie stworzyła natura. Z takim smoczy wzrok poradziłby sobie bez problemu. Ten tu byłmagiczny.

Pyri parsknął wściekle. Nienawidził czarów. On, dziedzic królewskiego rodu z Itru, sam władający tajemną mocą praprzodków, szczerze nienawidził wszelkiego czarodziejstwa. Zwłaszcza ludzkiego. Ludzie nigdy nie pamiętali o konsekwencjach. Bawili się magią, trwoniąc jej potęgę na głupoty, nie myśląc, do czego taka zabawa może doprowadzić. Żywym albo raczej martwym przykładem Las SpalonejCzarownicy…

Zadumał się tak głęboko, że byłby nie usłyszał rozpaczliwego rzężenia. Dobiegło go w ostatniej chwili, kiedy zamierzał ponownie ulecieć ponad wierzchołki. Zwolnił zaskoczony, by po chwili zawisnąć w pół drogi między poszyciem a szczytem drzew. Nie spodziewał się żywych stworzeń w tym miejscu. Cóż, skoro on mógł tu być… Rozejrzał się, ale że ciemność była absolutna, niczego nie dostrzegł. Nie chciał ryzykować poszukiwań w mroku, więc… odkaszlnął. Ogienek rozświetlił noc i zgasł. Płonął jednak wystarczająco długo, żeby Pyri zobaczył okolicę i źródło dźwięku. Smok opadł powoli na twardą, wyjałowioną glebę. Wyczuł pod łapą suche gałęzie i podpalił je, splunąwszy.

Klacz leżała w niecce między drzewami, zakleszczona w pułapce z naostrzonych patyków. Połamane kości porozrywały grubą skórę zwierzęcia, a ciało podrygiwało z bólu. Cierpiące stworzenie wbiło wzrok w smoka, a duszę Pyriego zalała fala straszliwej męki. Odetchnął kilka razy głęboko, żeby zapanować nad współodczuwaniem.

– Już dobrze, maleńka – wyszeptał wprost w myśli klaczy, nie spuszczając z niej wzroku. – Już jest dobrze. Wszystko znika. Jest ciepło, wygodnie, miękko. Śpij, maleńka, śpij. – Słowa płynęły bezdźwięcznie, przynosiły ulgę i zapomnienie. Łagodny, chociaż nakazujący zaśpiew otoczył umysł zwierzęcia i wreszcie pogrążył je weśnie.

Niewielkie ognisko wciąż oświetlało konia. Mięśnie rannej nadal drżały spazmatycznie, nie poddawszy się woli smoka. Gniew na ludzi, którzy zastawili pułapkę, ale i na nierozsądnego jeźdźca targnął Pyrim. Zacisnął szczęki. Przez chwilę zastanawiał się, czy użyć zaklęcia uzdrawiającego. W przeciwieństwie do tych, którymi tak gardził, Pyri zawsze rozważał ewentualne konsekwencje czarów. Tym razem uznał jednak, że magia jest uzasadniona. Zmrużył więc oczy i wyszeptał w myślach.

Nic się nie zmieniło.

Powtórzył na głos, znów bez efektu. Zaklął głośno i szpetnie. Tym razem siostra zrozumiałaby. Bo skoro moc smoczych przodków nie działała, nie miał innego wyboru niż ulżyć zwierzęciu w cierpieniu. Znał zaś tylko jeden sposób. Zakląłponownie.

Potężne smocze szczęki zacisnęły się na końskim karku, niemal miażdżąc go jednym kłapnięciem. Klacz zadrżała, ale nie obudziła się. Zanim Pyri rozerwał jej gardło, wyszeptał jeszcze, wprost w myśli stworzenia, łagodne pożegnanie. A później szarpnął. Gorąca krew ochlapała smoka. Nie cofnął się jednak. Stał przy konającym koniu, towarzysząc mu w ostatniej drodze.

Dopiero potem rozejrzał się za głupcem, przez którego musiał dobićklacz.

***

– No, to gdzie to nasze dziecię najsłodsze? – Sodi rozglądał się niespokojnie. Kiedy nie zastali Likal przy koniach, byli pewni, że wróciła do gospody. Tymczasem nie było tam ani jej, ani klaczy, której dosiadała. – Jakaś, kurwa, epidemia porywactwa czy co? Po pannie bym się nie spodziewał. Przecie starczy, że smarknie, a gościowi zęby polecą jak te perełki, com kiedyś, całkiem bez przypadek, jednej damie zerwał i podłogę nimi zaścielił. Znaczy jakby kobita mnie od kurdupli nie wyzywała, to i przypadku by nie było… Taaa, nie patrzcie tak. Dyć wiem, że się o smarkatą turbujecie. I mnie strach o gówniarę, ale co wiem, to wiem. Szczyl ma taką moc, że nawet Pierwotnemu nie zawsze się z nią mierzyć. Seporadzi.

Yasa rzeczywiście wyglądał na zmartwionego. Zmarszczył brwi i usiadł ciężko na ławie. Na zewnątrz znów szalała ulewa, deszcz bębnił w ściany, okna i dach z podobną siłą jak kilka godzin wcześniej. Jedynie bard nie zawodził już smutnych pieśni. Goście opuścili gospodę, a karczmarz pogasił kaganki. Jedynym źródłem światła pozostał dogasający ogień w palenisku. Krasnolud krążył wokół niegonerwowo.

– I co teraz zrobim, panie Yasa? Nie żeby mi spieszno było dupę w siodle obijać, a i odzienie coś się od tego ciągłego moczenia kurczy ostatnio… Wiem, że gówniara mówiła, że to od żarcia tłustego i nadmiaru miodu, ale… no, niech ja więcej pieczonego dzika między zęby nie wsadzę, jakiego nadmiaru? Jak w ogóle może być miodu za dużo, ha?! Przecie miód samo zdrowie, a na zdrowiu oszczędzać ni ma co! – Uśmiechnął się błogo, zaraz jednak spoważniał. – To jak, panie Yasa? Jedziem szukaćpannicy?

Pierwotny, zapatrzony w dogasający płomień, nieodpowiedział.

– PanieYasa?

– Musicie wypuścić Tropiciela – odrzekł wreszcie niechętnie mag. – Tylko tak znajdziemyLikal.

Sodi zatrzymał sięgwałtownie.

– Ożeż! Dopiero co…! Wiecie, jak to, kurwa, boli?!

– Wiem.

Zapewne dyskutowaliby dalej, gdyby akurat nie podszedł karczmarz. Przestąpił z nogi na nogę i ukłonił się głęboko.

– Podać coś, szanowni panowie? – zapytał grzecznie, acz ze słabo ukrywanymstrachem.

– Taaa, polewki jakiej ciepłej – odpowiedział Sodi. – Naszej panny u was nie było? Znaczy niewróciła?

– Nie, panie.

– Pewnie w las pognała. – Krasnolud pokiwał głową. – Może się jej pomylało i zamiast zawrócić, pchnęła kobyłkę między drzewa. Ech, trza będzie szukać. No! Czego tak stoicie? Polewki mieliściezapodać.

– Bo, wielmożny panie – karczmarz ponownie, drepcząc nerwowo, zerknął na Yasę – bo ja…

– I czego się tak jąka, jakby mu rozum odjęło? Co tak oczyska w najmilejszego naszego przyjaciela wgapia, ha? Dyć chłop z niego na schwał, ale w czem innym gustuje. Ni ma się co wstydzać, każdy lubi, colubi…

– Yudherthardere – łagodnie przerwał Yasa – dajcie człowiekowidokończyć.

– A czy ja co mówię? Uprzedzam jeno grzecznie, że dupy mu nie dacie, no…

Karczmarz poczerwieniał raptownie, potem pobladł i znów poczerwieniał.

– Ja nie… Panie, no co wy?! Ja…

– I znowuż. Wyduśże, chłopie, wreszcie!

– Kiedy mi nie dajecie! A mnie o waszą pannę idzie! Bo jak ona w Las Spalonej Czarownicy wlazła, to nieszczęście być może! Stamtąd nikt niewraca!

***

Pyri znalazł dziewczynę kilka kroków od truchła konia. Przez chwilę myślał, że jest martwa, bo wisiała twarzą w dół, nabita na dwie wystające z ziemi gałęzie. Rozsypane jasne włosy ścieliły wyschniętą leśną ściółkę, a z ramion wystawały końce naostrzonych żerdzi. Zdecydowanie wyglądała na martwą. Ale żyła. Słyszał powolne tętno i cichy szmer oddechu. Przede wszystkim jednak czuł delikatny zapach. Lekki, słodki aromat, dziwnie znajomy, acz Pyri nie mógł sobie przypomnieć skąd. Gdyby dziewczyna nie żyła, zapach zmieszałby się z odorem śmierci i drażnił smocze zmysły. A na razie Pyriego irytował tylko fakt, że nie może sobie przypomnieć, skąd zna tę woń.

Przestał nad tym dumać, kiedy dziewczyna jęknęła cichuteńko. Deszcz ponad koronami drzew przybierał na sile i coraz więcej kropli przeciskało się przez liście. Woda najwyraźniej otrzeźwiła ranną. Chciała się poruszyć, ale gałęzie trzymały ją w miejscu.

– Przestań, zrobisz sobie większą krzywdę – nakazałsmok.

Z trudem odwróciła głowę i spojrzała na niego.

– Nie ruszaj się. – Próbował wsunąć się w myśli dziewczęcia. – Nawet nie drgnij. Nie boli. Czujesz? Już jest dobrze, już…

– Na mnie to nie podziała – wycharczała, a potem straciłaprzytomność.

Przez moment Pyri stał zaskoczony. Nie spotkał jeszcze nikogo, kto byłby odporny na smocze spojrzenie. Podobno niektórzy czarodzieje… i jeszcze potomkowie pewnego krasnoluda posiadali ten dar, ale osobiście nie poznał żadnego. Zamiast rozmyślać dłużej nad tym fenomenem, podszedł do rannej. Jeszcze niedawno kusiło go, żeby zostawić głupca, przez którego musiał dobić klacz. Nie spodziewał się jednak kogoś takiego. Ślicznej, interesującej panny… Przede wszystkim jednak młodej, bardzo młodej.

Deszcz przybierał na sile. Nabita na żerdzie dziewczyna wisiała jak zepsuta lalka, nieprzytomna i coraz bardziej wyziębiona. Płomień rozpalony uprzednio przez smoka właśnie zgasł, ponownie pogrążając okolicę w kompletnej ciemności. Pyri wsunął łeb pod ciało dziewczyny. Kiedy się upewnił, że wystające z jej ramion badyle stanowią jedyny problem, szybko podjął decyzję. W smoczej formie nie bardzo mógł pomóc. Odetchnął powoli. Zmiennokształtność i spojrzenie były częścią jego natury. Nie potrzebował do nich magii. Zapewne dlatego nie miał problemów z przemianą. Robił to tak, jak oddychał, gładko i naturalnie. W obu formach nie należał do ułomków, więc bez trudu podniósł szczupłą dziewczynę i zsunął z trzymających ją gałęzi. Następnie delikatnie ułożył na ziemi. Oderwał rąbek koszuli rannej i przewiązał ramię, żeby zatrzymać krwawienie. Potem zrobił to samo z drugim.

– I świetnie, tylko co teraz? – wyszeptał, łagodnie odsuwając włosy z twarzy dziewczyny. – Nie poniosę cię do traktu. Szlibyśmy ze dwa dni. Mógłbym spróbować polecieć, ale jeśli oprzytomniejesz w powietrzu, może być niewesoło. Ech, dzieciaku, aleś nawywijała. I co ja mam z tobązrobić?

Dzieciak milczał, więc Pyri rozejrzał się, bez nadziei na odpowiedź. Zaskoczony zobaczył połyskujące światełko w głębi lasu, ledwie zauważalne, maleńkie i chybotliwe. I, tego był prawie pewien, całkiem nowe. Błyskawicznie podjął decyzję.

– Dobra, mała, spróbujemy. – Podniósł ranną i ruszył w kierunku blasku. Stąpał powoli, z zastanowieniem stawiając stopy, bo w lesie nadal panowała kompletna ciemność, a on był bosy. Raz stanął na czymś ostrym i syknął gniewnie. Nie zachwiał sięjednak.

Przez jakiś czas dziwny płomyk nie zmienił natężenia ani rozmiaru. Pozostawał maleńki i słaby, mimo iż smok zbliżał się do niego. Pyri już zamierzał zawrócić, bo przecież słyszał o zwodniczej magii. Co prawda opowieści mówiły o bagnach, a nie wyschniętym mrocznym lesie, ale kto tam wie? Może ognik wiódł go w pułapkę? Może…

Nagle drzewa rozstąpiły się, a migoczące światełko rozbłysnęło i rozszczepiło się na dziesiątki innych. Te zaś skoncentrowały blask wokół jednego miejsca. Pośród mroku, w nieprzeniknionej ciemności, w której nie można było dostrzec nawet zarysu drzew, wyrosła chata. Jasna, rozświetlona i kolorowa. Wyglądała jak te, które Pyri widział u handlarek w dzień targowy, z ciasta i cukierków. Niczym słodki piernik ozdobiony lukrem i marcepanem, kusiła i zapraszała.

Smok spojrzał na ranną. Nauczono go, że to, co zbyt piękne, nigdy nie jest prawdziwe, że należy obawiać się cudów. No i Pyri nie znosił magii, a ten domek pośrodku czarnej nicości z całą pewnością był zaczarowany. Niestety, przemoczona dziewczyna potrzebowała ciepła i porządnego opatrzenia ran. Mężczyzna westchnął. Uniósł głowę, rozejrzał się i powiedziałtwardo:

– Jestem Pyriedntestate Anhe Hredhertgherre, syn królewskiego rodu z Itru. Kimkolwiek jesteś, wiedz, że jeśli skrzywdzisz to dziecko, skrzywdzisz mnie. A jeśli skrzywdzisz mnie, skrzywdzisz cały mój ród. – Odczekał chwilę, żeby ewentualny przeciwnik zrozumiał groźbę, a następnie powoli wszedł do bajkowejchaty.

***

– Była tam kiedyś taka mała wioska. Ot, dwa tuziny domostw, nic wielkiego – kontynuował karczmarz, zerkając to na jednego, to na drugiego z gości. – Ludzie żyli z tego, co dawał las, a co im zostało, sprzedawali w mieście. I do nas czasami zaglądali. Ojce miody od nich brali, bo przednie mieli, a i dziczyzna zacna… Czasami zaglądała też do nas ichnia zielarka. Dobra była z niej kobita, zawsze pomocą służyła, a jak kto chory, to tak pomogła, jakoby czary jakie… Z najgorszych chorób wyprowadzała. A i urodziwa była. Gołowąs był ze mnie jeszcze, ale pamiętam, że piękniejszej w okolicy nie znalazłby.

Wielu w konkury próbowało. Oj, wielu. Nawet ci, którzy mocy czarodziejskich się obawiali… Nawet tacy próbowali o względy zielarki stawać. Wszystkim odmawiała. Jednym grzecznie, innym mniej, ale wszystkim. A potem na jakiś czas wyjechała. Nikt nie wiedział dokąd ani po co. Pojechała i tyle. A jak wróciła, przywiozła dzieciaki. Malutkie takie, ledwie zrodzone. Chłopca i dziewczynkę, bliźniaki. Mówiła, że jej, a mąż został daleko. Ale baby w wiosce, co to zawsze je zazdrość o zielarkę brała, orzekły, że czary jakowe. Że dzieci albo małe demony, albo jakie zło… i że zielarka to się z tym złem pewnie pokładała. Chłopy najsamprzód to wiary nie dali, ale wiadomo… zazdrość brała… i z czasem coraz więcej miejscowych od kobity się odwracało. Nie minęło ze cztery miesiączki, a wszystkie we wsi źle patrzyli. I wtedy umarło dziecko kowalów… No i wioskowe ogłupieli całkiem. – Karczmarz pokiwał głową ze smutkiem. – Podpalili dom zielarki, razem z kobitą. Ponoć krzyczała, straszniekrzyczała…

– A dzieci? – cicho zapytał Yasa.

– Kowal wcześniej zabrał dzieciaki. Wyrwał z rąk zielarki. Podobnież powiedział, że wilkom rzucą. Pewnie dlatego tak strasznie krzyczała. Nikt nie wie, co się z dzieciakami stało. Że w domu nie spłonęły to pewnik, bo jak już żar zgasł, poszlim pogrzebać bidulkę. I tylko jedno spopielone ciało żeśmy znaleźli… – Zamilkł na chwilę, wspominając. – A potem się okazało, że kobita prawdę mówiła. Znaczy mąż wrócił. Pamiętam, jak tu przyszedł, w drodze do wsi. Zabawki jakoweś na grzbiecie konia wiózł i inne takie. Taki był ucieszony… Nie wiedzielim, jak mu powiedzieć. Taki był ucieszony… Nikt się nie spodziewał, że to taki mocarz. Taki… Wreszcie pojechał, a ojciec za nim. I z daleka tylko patrzył. Ponoć bidulka taka żałość wzięła, taki gniew i żałość… Człek słyszy o czarodziejstwie, ale wiecie, myśli se, że to bajdy jakowe. Takie, co dzieciakom ku nauce… A tamten bidulek jednym ino zaklęciem… Jednym zaklęciem całą wioskę w popiół obrócił. Nikt nie przeżył. Kobity, dzieciaki, chłopy, wszystkie stracił. Jednym ino zaklęciem. Możecie se towyobrazić?

Yasa i Sodi spojrzeli na siebie. Tak, potrafili sobie to wyobrazić. Bardzo łatwo. Wystarczyłowspomnienie.

– Chłopiec i dziewczynka, mówicie? – zapytał krasnolud. – A ile to wiosenminęło?

– Czekajcie… Będzie z osiemnaści.

Krasnolud ponownie zerknął na przyjaciela. Porozumieli się bezsłów.

– Co dalej? – zapytałSodi.

– Ojciec pognali do dom, a za nim las czerniał. Martwiał jak ta wioska, co to niewinną kobitę spaliła. I od tego czasu, kto wlizie między tamte drzewa, nie wraca. – Zamilkł. Przestąpił z nogi na nogę i, opuściwszy głowę, dodał: – Tak że lepiej, żeby wasza panna tam niewchodziła.

– A czarodziej? – dopytywałkrasnolud.

– Też nie wiadomo. Mówią, że siedzi w środku i każdego, kto wlezie, ubijaczarami.

– Kto mówi? Przecie nikt z lasu nie wrócił? – prychnął krasnolud. – Idźcie no po tę polewkę. My tu z przyjacielem naszym najmilejszym pogwarzyć musimy.

Gospodarz pokiwał głową i ruszył do kuchni. Przy drzwiach zatrzymał się. Przygryzł wargę i zapatrzył się w maga.

– Czego zaś? – warknąłkrasnolud.

– Bo, wasza miłość – karczmarz nie odrywał wzroku od Yasy – ja o księżniczkę chciałem… Bo wiecie, co? Wiecie? Nie miejcie za złe, panie.

Pierwotny machnął ręką.

– O czym on…? – zapytał Sodi, kiedy zostalisami.

– Doniósł siostrze waszej oblubienicy, że gości Pierwotnego – odpowiedział mag. – I zdaje się, że niepokoi go, że się zorientowałem.

– Jakiej, kurwa, oblubie… Aaaaa, wy o Belci prawicie. Sprzedał was? To i nie dziw, że mu w gaciach miękko. – Usiadł obok czarodzieja. – To jak? Wypuszczamy Tropiciela, czy pogwarzym o tatusiu naszej najmilejszej dzieciny?

***

Dwie śliczne kołyski pełne kolorowych poduszek kolebały się powolutku pod ścianą, tuż przy płonącym palenisku. Napędzane niewidoczną siłą, poruszały się w niezmiennym rytmie. Jakby nieistniejąca piastunka nieustannie usypiała nieistniejące niemowlęta. Łagodne skrzypienie uniosło włosy na karku smoka. Drgnął lekko, ale nie cofnął się. Położył ranną dziewczynę na dużym łóżku. Stało w centrum izby, zasłane haftowanym atłasem, kompletnie niepasującym do małej chaty w środku lasu. Dziesiątki świec, jak atłas niedostających do miejsca, płonęło w lichtarzach, oświetlając pomieszczenie, ale ich blask koncentrował się na tych trzech punktach: kołyskach i łóżku. Światło igrało w załamaniach zdobień, połyskiwało w metalu i odbijało się od lustrzanej powierzchni pościeli. Takie piękno powinno zachwycać, a wywoływało niepokój. Było coś przerażającego w tej ciszy, w doskonałości wnętrza, w wyidealizowanym obrazku rodziny bez jejczłonków.

Pyri potrząsnął głową. Później się nad tym zastanowi. Teraz musiał zająć się ranną. Prowizoryczne opatrunki nabrały już czerwonej barwy, a odzienie kompletnie przemokło. Jeśli się nie wykrwawi, to zachoruje na zapalenie płuc. Odsunął splątane włosy z pobladłych policzków dziewczyny i zawahał się. Nie żeby nigdy nie rozbierał kobiety. Dotychczas jednak wszystkie byłyprzytomne.

Delikatnie rozwiązał szmatki. Krew wciąż sączyła się z obrażeń, ale najwyraźniej z wolna zaczynała krzepnąć.

– I dobrze – powiedział, zdejmując z dziewczyny koszulę. – Przynajmniej się nie wykrwawisz, panienko. Jeśli jeszcze nie złapiesz jakiegoś zakażenia, będzie cudnie. Niech to licho, mam nadzieję, że nie wpadnie tu zaraz jakiś ojciec albo, co gorsza, mąż. Jeszcze by co głupiego pomyśleli… O tak – wyszeptał, przykrywając dziewczynę prześcieradłem – teraz nagotuję wody i oczyścimy rany. Ze dwa dni i będziesz jak nowa.

Zrobił krok do tyłu i dopiero wtedy zauważył, że ranna patrzy na niego. Uśmiechnął się więc i odsunął jeszcze bardziej, żeby dziewczyna nie czuła sięskrępowana.

– Witaj, panienko. Jestem Pyri. Nie mam złych zamiarów. Nie bójsię…

– Nie boję się – powiedziała cicho. Spróbowała usiąść, ale tylko syknęła z bólu.

– Nie ruszaj się, zaczniesz mocniejkrwawić.

– Jesteś smokiem – zauważyłaspokojnie.

Zamrugałzaskoczony.

– Skądwiesz?

– Masz takie oczy. – Odetchnęła głęboko i przez chwilę milczała, zaciskając zęby. – I głos twój pamiętam. Złoty smok, co? Pewnie z królewskiej rodziny z Itru.

Nie od razu odpowiedział. Patrzył długo, w ciszy, którą przerywało tylko powolne skrzypieniekołysek.

– Nie męcz się po próżnicy – ostrzegła. – Nie odczytasz mnie. Na mnie smocza natura niedziała.

– Jesteś czarownicą? – zapytał z nieukrywanąniechęcią.

Zamknęłaoczy.

–Takem myślała, ale tutaj to chyba nie – odpowiedziała po chwili. – Nie mogę… Nadal jesteśmy w lesie, prawda? Próbowałam zatrzymać konika i mrok rozświetlić, ale nie dałam rady. Co z nią? Z koniem? Pamiętam, że siępotknęła…

– Dobiłem ją, cierpiała.

Dziewczyna drgnęła.

– Niemogłeś…?

– Moja magia też tu nie działa. Nie zostawiłbym cię w takim stanie, gdybym mógł użyć zaklęcia.

– Mimo że nie lubisz czarownic? – Spróbowała się uśmiechnąć, ale za bardzobolało.

– Wtedy nie wiedziałem, że nią jesteś. – Wzruszył ramionami. – Ale tak, mimo to. Poszukam czegoś, żeby oczyścić i opatrzyć twoje rany. Chociaż, szczerze powiedziawszy, nie bardzo mnie cieszy ruszanie czegokolwiek w tym strasznymdomu.

– Strasznym? – Rozejrzała się, na tyle, na ile mogła. – Kiedy on ciepły. Taki… pełen miłości. – Urwała zaskoczona własnymi słowami. Zamrugała lekko. – Może… ale jest tak miękko, tak dobrze – wyszeptała, opuszczającpowieki.

– Panienko…?

Otworzyła oczy. Zdezorientowana patrzyła na pochylającego się nad nią młodzieńca.

– Dziwny ten dom, masz rację – powiedziała wreszcie. – Przydałby się pan Sodi, on by wiedział, czy to czary. Bo chyba czary, prawda? Co tak cały czasskrzypi?

– Kołyski. Stoją pod ścianą i bez przerwy się kolebią. Nie, nie podnoś się. Znowu ci krew leci. Czekaj, poszukamczegoś.

– Jak to bezprzerwy?

Pyri stanął przy palenisku. W zawieszonym nad nim kociołku bezgłośnie bulgotała woda. Mężczyzna powoli przybliżył dłoń, sprawdzając, czy bezdźwięczny wrzątek parzy, bo przecież w tym domu wszystko było możliwe. Kociołek jednak był gorący

– Jak to bez przerwy? – powtórzyła.

– Kołyszą się w tym samym rytmie, odkąd tu weszliśmy – wytłumaczył, sięgając po kubek z lekkim zawahaniem. Jakoś nie miał pewności, czy może cokolwiek ruszyć w zaczarowanej chacie. Od dzieciństwa powtarzano mu, że każda magia niesie za sobą konsekwencje, a to miejsce wydawało się kompletnie nierealne. Równie dobrze, jeśli przesunie garnek o długość palca, cały dom może spłonąć. Zacisnął zęby i powoli ujął kubek. Nic się nie stało. Pyri odetchnął głęboko. Z uśmiechem odwrócił się do dziewczyny. Blask dziesiątek świec oświetlał jej pobladłą twarz, sprawiając, że była nierzeczywiście piękna. Przez moment smok nie mógł oderwać wzroku od rannej, potem potrząsnął głową. Taaak, wszędzieczary.

– Ja się przedstawiłem – powiedział, zanurzając kubek w kociołku – a jak ciebiezwą?

– Likal – odpowiedziałacicho.

Nagle świece przygasły. Zaraz jednak zapłonęły spotężniałym blaskiem. Kołyski zawisły w połowie drogi, zatrzymane tą samą nieistniejącą siłą, która poprzednio je rozbujała. Przez chwilę w kompletnej ciszy rozbrzmiewały tylko oddechy dwojga gości. Nierówne, przyspieszone i płytkie. Coś błyskawicznie wsunęło się w myśli obojga. Coś przerażającego i atawistycznego, nad czym nie mogli zapanować. Wdarło się w umysły i mknęło krwią kusercu…

A potem miękki głos cichopowtórzył:

– Likal. Likal. Likal. Moja Likal, mojacóreczka…

Do szeptu dołączył kolejny i następny, i następny. Chór potężniał, skandując imię, coraz głośniej i głośniej. Słowa uderzały w powałę, a odbiwszy się od niej, wbijały w smoka. Krzyk za krzykiem, jak smagnięcie bata, cięły skórę mężczyzny. Magiczny wrzask sparaliżował Pyriego. Nie próbował uciekać ani uwolnić się spod władzy czaru. Raniony padł na kolana, osłaniając głowę. Jęcząc, zwinął się na podłodze.

Ta sama moc szarpnęła dziewczyną, a potem uniosła ją z łoża. Zamiast jednak ranić, otuliła łagodną pieszczotą. Niewidzialne ramiona objęły Likal z czułością i kołysały kilka stóp nad ziemią. Fala ciepła przemknęła po ciele, lecząc wszystkie skaleczenia, stłuczenia i rany. Troskliwy głos szeptał wprost w duszę. Dziewczyna odetchnęła głęboko. Było jej dobrze. Nie pamiętała, by kiedykolwiek czuła się tak kochana. Zamknęła oczy, pogrążając się w tym uczuciu. Poczucie bezpieczeństwa, jakiego nie zaznała nawet przy opiekunach, słodką bezradnością obezwładniało uleczone ciało.

I wtedy usłyszała jęk Pyriego. Rozpaczliwy i cichy. Obudził ją w jednej chwili. Zacisnęła zęby, zmrużyła oczy i szarpnęła się. Czar wciąż ją paraliżował. Nabrała powietrza, odetchnęła powoli, a potem zaczerpnęła mocy. Sięgnęła po nią do krańców pamięci, do wspomnień Yasy, do jego mocy. Przebiła się przez mroczny las, przez żal i gniew, który gochronił.

– Zostaw! – krzyknęła, uwalniając czar.

Fala pierwotnego zaklęcia przetoczyła się przez chatę. Zdmuchnęła świece, ponownie rozbujała kołyski, przygasiła palenisko, by wreszcie uderzyć w niewidzialną siłę raniącą smoka.

Ból zniknął tak szybko, jak się pojawił. Krzyki ucichły. Strach i żal, który jeszcze przed momentem rozrywał duszę, zgasły. Mimo to Pyri nie wstał z klepiska. Świadomość wracała dużo wolniej, niż znikało obezwładniające zaklęcie. Serce wciąż szalało w piersi, a oddech się rwał. Gdzieś, na granicy jaźni, nadal tańczył strach, nie pozwalając zebrać myśli. Dopiero delikatny dotyk na ramieniu sprawił, że smok podniósł głowę i otworzył oczy.

W półmroku, rozjaśnianym chybotliwym płomykiem jednej tylko świecy, zawinięta w prześcieradło Likal z troską pochylała się nad mężczyzną.

– Chyba… – odchrząknął i usiadł powolutku – chyba rzeczywiście jesteśczarownicą.

Skinęła bez słowa, a potem usiadła obok niego. Podciągnęła kolana pod brodę i oparła na nichgłowę.

– I tak się mnie zdaje, że nie pierwszą w rodzie – wyszeptała cichutko, patrząc na kołyski.

***

Macki Tropiciela pędziły przez las, szukając śladów mocy. Splatały i rozplatały się, dzieląc, by dotrzeć w najmniejszy zakamarek. Zadrżały u wrót zaklętego lasu. Uderzyły w ścianę zaklęcia, próbując wedrzeć się do wnętrza, ale magiczny mrok skutecznie bronił wstępu. Wreszcie zawróciły, wezwane przeznosiciela.

Kiedy jednak mijały dwór bestii, poczuły znajomy aromat. Mocny i gorzki. Tak pachniała potężna magia. Młoda i nieokiełznana. Szperające wstęgi stanęły jak zaciekawiony drapieżnik, który zwęszył ofiarę. A potem skoczyły w kierunku źródła. Przez kamienne ściany, przez drewniane podłogi, w dół, ku podziemiom domostwa. Dotarły do małej, ciemnej komórki i do czarodzieja uwięzionego w niej.

Jękliwy szept krzykiem odbił się w umyśleTropiciela.

Mackiwróciły.