Czarny deszcz - Marek Tarnowicz - ebook

Czarny deszcz ebook

Marek Tarnowicz

3,2

Opis

W ziemię na terenie ośrodka wojskowego Stanów Zjednoczonych Europy uderza sonda wysłana przez obcą cywilizację. Tuż przed trafieniem w powierzchnię planety obiekt emituje wiązkę energii, która zmienia strukturę materii w tym miejscu, co pozwala jej przeniknąć w jej głąb. Ma to jednocześnie wpływ na pięcioro pracowników laboratorium, którzy jako jedyni przeżyli to zdarzenie. Po opuszczeniu przez nich szpitala ich organizmy mutują. Wokół nich zaczynają się dziać trudne do wyjaśnienia zjawiska. Kilka dni później do jednego z polskich portów zawija żaglowiec z załogą nieznanego pochodzenia. Na brzeg schodzą postacie rodem z innej epoki. Wśród nich są dwie osoby posiadające wiedzę tajemną i władające magią. Kiedy okoliczności sprawiają, że laboranci spotykają się z magami, na Ziemi zaczyna padać czarny deszcz.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 370

Rok wydania: 2018

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
Oceny
3,2 (14 ocen)
2
4
4
3
1
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.
Sortuj według:
NinaTS

Oceń książkę

Uwaga! Opis książki to chyba jej najciekawsza część. Sama książka to grafomania w czystej postaci. Historia bez ładu i składu, a co gorsza - bez konkluzji. Liczne zdania z niezgodnością podmiotu utrudniają zrozumienie akcji. Bohaterowie są kartonowi a czytelnik nawet nie wie czemu miałby im kibicować. Tekst to prakrycznie same dialogi. Opisów brak, co sprawia, że świat przedstawiony nie ma szans zaciekawić. Strata czasu!
00



Marek Tarnowicz

Czarny deszcz

LABORATORIUM TOM I

Redakcja: Paulina Nowaczyk

Skład DTP: Joanna Bianga

Okładka wg projektu autora: Robert Zajączkowski

Copyright © by Marek Tarnowicz

Wszelkie prawa zastrzeżone. Przedruk lub kopiowanie całości albo fragmentów książki

możliwe tylko na podstawie pisemnej zgody autora.

Wydanie I

ISBN epub: 978-83-66192-01-0

ISBN mobi: 978-83-66192-02-7

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

Dziękuję Panu Bogu za wytrwałość

Książkę dedykuję koleżankom

i kolegom z laboratorium

z okazji 100 rocznicy niepodległości Polski

Młodzieży Polska, patrz na ten krzyż!

Legiony Polskie dźwignęły go wzwyż,

przechodząc góry, doliny i zwały,

do Ciebie Polsko i dla Twej chwały.

Słowa wyryte na krzyżu postawionym na przełęczy Rogodze

autor: Adam Szania

II Brygada „Żelazna” Hallera

Podziemny bunkier Wojskowego Instytutu Badawczego Stanów Zjednoczonych Europy.

– To mówisz, że spadnie jakieś dziesięć kilometrów od nas… – Technik łączności oglądał mapę obszaru na monitorze.

– Tak wyliczyli ci z NASA.

– NASA? To brzmi jak dowcip.

– Korzystali z naszej MEDUZY.

– Aa? Dużo czasu zostało?

– Masz zegar… cholera!

– Gdzie ten zegar?

– Nieważne! Przyśpieszyła!

– Co przyśpieszyło?

– Jak to co?! Meteoroida!

– Jaja sobie robisz? Jak mogła przyśpieszyć? Przecież to nie pojazd.

– Otóż to. Pięć godzin. Poczekaj, nie! Ciągle przyśpiesza. CZERWONY ALARM!

– Co ty pieprzysz? Jaki…

– OGŁASZAM CZERWONY ALARM! Meteoroida zmieniła kurs! Włączam maskowanie i zakłócanie elektroniczne!

W bunkrze zawyły syreny alarmowe i zamigotały, pulsując, czerwone ledowe ekrany na ścianach. Komputery włączyły systemy obronne jak podczas ataku. Na obrzeżach bazy z podziemi zostały wysunięte wyrzutnie rakiet i działa laserowe. Odpalone jedna za drugą, w przestrzeń kosmiczną poleciały cztery pociski z głowicami pozytonowymi. Kierowane przez satelitarny system MEDUZA w ciągu kilku sekund dotarły prosto do celu. Eksplodowały i nic. Sztuczna inteligencja MEDUZY odpaliła następne cztery, atakując jednocześnie obiekt swoimi działkami laserowymi.

Tuż przed uderzeniem w ziemię meteor wysłał pulsującą wiązkę promieniowania nieznanego typu. Trafiła ona dokładnie tuż obok bunkra. Warstwa gleby i skał zaczęła parować albo dymić jak podczas spalania. Taki obraz został zarejestrowany przez śledzące ją cały czas kamery MEDUZY. Wiązania grawitacyjne na poziomie atomowym pierwiastków uległy rozpadowi, ułatwiając mu przebicie przez skorupę ziemską. Uderzenie w ziemię było precyzyjne i nie licząc huku, czyli efektu związanego z prędkością ponaddźwiękową, z którą spadł, nie wywołało żadnego wstrząsu. W miejscu przejścia powstał kilkunastometrowej średnicy otwór, z którego w krótkim czasie wytrysnęła lawa. Erupcja trwała jakiś czas, by po zalaniu okolicy wraz z podziemnym laboratorium zastygnąć. Temperatura magmy powoli spadała, gdy w najbliższym sąsiedztwie wylądowały pierwsze pojazdy. Zdalnie sterowane roboty wypełzły i wyleciały z ładowni, po czym rozpoczęły zbieranie wszelkich dostępnych danych. Prześwietliły i przeskanowały każdy centymetr kwadratowy ziemi oraz stygnącej masy wulkanicznej. W bunkrze zarejestrowały oznaki życia. Na obrazach holograficznych wyświetlono symulację i określono miejsce. Padła komenda, aby zrobić dojście do będących w tym miejscu ludzi. Ściągnięto maszyny górnicze i po dwóch godzinach ekipa ratunkowa sforsowała główny właz. Oględziny pierwszego poziomu przyniosły jeden wniosek – wszyscy tu zginęli od wysokiej temperatury lawy. Ściana, przy której przeszła wiązka, przestała praktycznie istnieć, przez co nic nie powstrzymało lawy przed zalaniem pierwszego pomieszczenia. Ratownicy zaczęli schodzić szybem wentylacyjnym na niższy poziom. Sytuacja wszędzie wyglądała identycznie. Rannych znaleziono dopiero na poziomie laboratoryjnym, wśród pracujących tu techników. Pięciu z całego zespołu było w stanie krytycznym, ale żyło dzięki pancerzom, które mieli na sobie podczas przeprowadzania badań. Natychmiast przetransportowano rannych na górę, po czym przewieziono ich do wojskowej kliniki medycznej.

*

Czterowirnikowe transportery opancerzone Wojsk Desantowych, ledwie mieszcząc się obok siebie, opadły na lądowisko pomiędzy budynkami. Tu czekali na poszkodowanych lekarze wraz z zespołami reanimacyjnymi – w trakcie transportu zgłoszono, że stan pacjentów uległ pogorszeniu. Po pochylniach zjechały wózki medyczne zabudowane aparaturą. Pośród niezliczonej ilości kabli i rurek można było dostrzec kształt ludzkich ciał. Lekarze rzucili okiem na odczyty. Było źle, pomimo że urządzenia podtrzymujące życie cały czas dozowały dożylnie i bezpośrednio do niektórych organów środki podtrzymujące ich funkcjonowanie. Zastosowana śpiączka farmakologiczna niewiele pomagała stymulowanemu nieustanie sercu. Jego bicie nieuchronnie zmierzało do zera. Wózki zostały skierowane bezpośrednio na sale operacyjne, dokąd wysyłano nieustannie informacje o stanie pacjentów. Dosłownie na kilkadziesiąt sekund przed wjazdem przez drzwi na sale wszystkie czujniki wskazały stan agonalny u każdego z pacjentów. Z błyskawicznie wysuniętych wysięgników prosto w serca zostały wbite cieńsze od włosa elektrody. Oprócz prądu popłynęła nimi między innymi adrenalina. Wszystkie pięć serc podjęło momentalnie ponownie pracę. Lecz gdy zabiły mocniej raz i drugi, ich praca nieoczekiwanie ustała.

– Migiem, bo ich tracimy! – krzyknął czuwający nad wszystkim ordynator oddziału. – Defibrylacja! – krzyknął ponownie.

Lekarze wcisnęli przyciski uaktywniające urządzenia. Zespoły w pośpiechu rozdzieliły się, po czym każdy z nich wpadł biegiem na swoją salę, a serca ponownie podjęły pracę.

– Nic nie rozumiem. Wszystkie parametry są w normie. O co tu chodzi… – myślał głośno anestezjolog.

– Jeżeli utrzymamy ich jeszcze przez kilka minut, to będziemy wiedzieć – odpowiedział chirurg.

Pacjenta przełożono na stół operacyjny, a urządzenia diagnostyczne w kilka sekund precyzyjnie zeskanowały i opisały stan organizmu.

– Dziwne… Brakuje głównie ciężkich metali? Co to…

– Podajmy mu preparaty… – zaczęła jedna z pielęgniarek.

– Zaraz, siostro – przerwał jej. – Piątka, jaki jest stan pacjenta u was? – zapytał w przestrzeń.

– Brakuje mu ciężkich metali w organizmie – usłyszeli.

– Nasz na jedynce ma dokładnie to samo – dodał inny głos.

– Podajemy mu brakujące substancje i zobaczymy, co się będzie działo – zdecydował chirurg.

Pielęgniarka asystująca udała się pośpiesznie do podręcznej szafki i wyjęła woreczek z płynem. Szybko wróciła na miejsce, zawiesiła go na zaczepie i podłączyła do wenflonu. Dozownik zaczął wolno przetaczać zawartość do żyły.

– A teraz pozostaje nam tylko…

Pod powiekami pacjenta coś lekko zabłysło i niespodziewanie dla nich wszystkich otworzył szeroko oczy. Zaraz potem równie szybko je zamknął. Z jakiegoś bliżej nieokreślonego miejsca do uszu wszystkich w sali operacyjnej dotarł jakiś dziwny dźwięk o wysokiej częstotliwości. Przypominał on brzęczenie setek pszczół. Ludzie spojrzeli po sobie, szukając potwierdzenia, że to nie omamy słuchowe. Anestezjolog już zamierzał to skomentować, gdy nagle zgasło światło. Coś głośno syknęło i poczuli swąd palonej izolacji. Przez kilka sekund ciemności rozświetlały wskaźniki z aparatury wózka zasilanej akumulatorami, lecz i one w końcu zgasły.

*

– Wyprzedzili nas znacznie – powiedział stojący na dziobie kilkudziesięciometrowego okrętu mężczyzna ubrany w czarny skórzany strój. Na jego plecach wisiał sporych rozmiarów miecz.

– Może użyli tylko kolejnego czaru – stwierdziła stojąca niedaleko niego kobieta, patrząc w bok.

– Nie. Wykorzystali ostatnią bryzę wiatru i odpłynęli. – Mężczyzna skręcił głowę w kierunku zwisających luźno płócien żagli.

– To sam wyczaruj trochę wiatru – doradziła jego asystentka, adeptka sztuk magicznych.

– Oczywiście żartujesz, Keetyko. Jak zwykle zresztą. – Popatrzył na nią. – A magiczne pozostałości po bitwie?

– Niebezpieczeństwo. To tylko stare księgi, Marlan. Stare i nieaktualne – dodała.

– Może i stare, a może nawet i nieaktualne… Ale nie zamierzam tego sprawdzać na własnej skórze.

– No to kolejne zabójstwo… Tym razem na Karun ujdzie im płazem, a my jak zwykle…

To go odrobinę rozsierdziło. Mężczyzna spojrzał uważnie na młodą kobietę. Nie pierwszy raz wypominała różnym możnym tego kraju wcześniejsze uniki, które oni nazywali zaniedbaniami. Najgorsze było to, że miała całkowitą rację. Na przestrzeni ostatnich dziesięcioleci zbyt dużo zbrodni nie zostało ukaranych.

– Keetyko… – nie dokończył.

Mag wyciągnął przed siebie ręce i wypowiedział zaklęcie przywołujące silny wiatr. Zaraz potem zrobił obrót w miejscu, kierując porywistą bryzę prosto w żagle. Te wypełniły się i okręt szarpnięty przez nadęte żagle ruszył szybciej. Trwało to jednak bardzo krótko. Niespodziewanie powietrze dookoła nich zalśniło od płomieni, które nie wiadomo jak ani skąd nagle otoczyły okręt.

– Marlan, zrób coś! – krzyknęła kobieta.

Mag ponownie wyciągnął przed siebie ręce i już zamierzał ingerować, kiedy równie niespodziewanie wszystko zniknęło. Statek płynął dalej pchany siłą rozpędu. Żagle znów zaledwie załopotały pod wpływem słabego powiewu. Chwilę później jednak szarpnął nimi mocniejszy szkwał. Wszyscy będący na pokładzie chwycili się czegokolwiek, co było w zasięgu rąk, i nie zdążyli zareagować na dziwne zjawisko.

– Marlan… co to było? – zapytała adeptka.

– Wiatr – odpowiedział zdziwiony, że pyta.

– Ja nie o tym…

– Mm… Raczej nic o magicznym pochodzeniu. Nic takiego w tym nie wyczułem, chociaż… zaklęcie mogło sprawić, że… to coś się uaktywniło – dokończył, nie całkiem przekonany o słuszności swoich wniosków.

Dziewczyna kiwnęła głową do swoich myśli. Jego słowa potwierdziły jej odczucia i dodały wątpliwości. Westchnęła tylko i wytężyła swoje magiczne zmysły.

– Wyczuwasz ich w pobliżu? – zapytała po dłuższej chwili.

Milczał skupiony na tym, co robił.

– Nie – odpowiedział po dłuższej chwili. – Okręt co prawda płynie zdecydowanie szybciej… ale jeżeli oni natrafili na ten szkwał wcześniej, to…

– Są już poza zasięgiem. To masz na myśli?

Kiwnął głową, potwierdzając.

– Czyli… wracamy?

– Zaskoczę cię, ale jeszcze nie.

Znów zamilkł, myśląc o czymś. Nie przeszkadzała mu w tym.

– Popłyniemy na wschód. To jest jedyny kierunek, który mogli obrać – zdecydował. – Będziemy płynąć aż do zmierzchu – dodał, dając znak sternikowi, aby zrobił skręt.

– Wreszcie. – Kobieta odetchnęła z ulgą.

Uśmiechnął się do niej, a ona odpowiedziała uśmiechem.

– Nie spałaś całą noc… Odpocznij – zaproponował jej.

– Ym… Chciałabym być…

– Obudzę cię – obiecał.

– W takim razie dobrze. – Obróciła się i ruszyła ostrożnie w stronę nadbudówki.

W swojej kajucie użyła prostych czarów, aby uspokoić wodę w bali do pobieżnej toalety. Zaraz potem i po zmianie bielizny założyła swój skórzany strój i położyła się na koi. Zaczepiła zrobioną z grubych sznurów sieć zabezpieczającą przed wypadnięciem podczas znacznych przechyłów i niemal natychmiast zasnęła.

*

Obudziło ją spokojne kołysanie przy bocznej fali. Otworzyła oczy. Nie pierwszy raz była na morzu, toteż szybko zorientowała się, co i jak. Niespodziewanie zassało ją w żołądku z głodu. Zdała sobie sprawę, że od dłuższego czasu nie miała okazji, aby cokolwiek zjeść. Za bulajem było szaro. Nadchodziła noc. Ktoś zastukał w drzwi kajuty.

– Zaraz – powiedziała i odpięła sieć zabezpieczającą przed spadnięciem z koi.

Zwinnie zeskoczyła na podłogę pokładu.

– Wejdź, Marlan – powiedziała, wyczuwając słabą emanację jego magicznej mocy.

Jej mistrz otworzył drzwi. Zanim wszedł, przepuścił przed sobą pomocnika kuka z tacą pełną jedzenia. Rosły młodzian położył kolację na stole i bez słowa wyszedł. Widać było, że jest odrobinę skonsternowany ich obecnością. Mag przysiadł na sąsiedniej koi.

– Zjemy i zdecydujemy, co dalej – powiedział do niej.

– Bardzo chętnie. Tak mnie zassało, że… – Pokręciła głową. – Wnioskuję, że nici z pogoni – bardziej stwierdziła, niż zapytała.

– Niestety. Jednak do lądu nie mamy daleko. Chcesz płynąć dalej? – zapytał.

– A ty nie?

– Możemy mieć kłopoty.

– Do brzegu możemy dopłynąć szalupą i tam się rozejrzeć. – Sięgnęła do półmiska z mięsem.

– Możemy. – Patrzył na nią z uwagą.

– Jedz. – Wskazała na półmisek.

Sięgnął ręką przed siebie i nagle zamarł w bezruchu. Ona też to wyczuła. Coś płynęło w ich stronę.

– Nadal jesteśmy osłonięci czarem? – zapytała.

Kiwnął twierdząco głową.

– No to nie ma… – nie dokończyła.

W bulaju dostrzegła zarys jakiegoś obiektu. Zakołysało nimi solidnie, a do tego dał się słyszeć groźny zgrzyt tarcia i trzask pękającego drewna. Oboje zerwali się na nogi i rzucili do drzwi. Nie było czasu na otwieranie portalu teleportacyjnego. Szybciej było na nogach. Wbiegli na pokład. Minęło ich właśnie coś olbrzymiego. Dwa uderzenia serca później okręt zniknął w oddali, a oni stali z otwartymi ustami. Zaskoczenie trwało dłuższą chwilę.

– Co to… Marlan… co to było? – zapytała z lekkim drżeniem w głosie dziewczyna.

– Tego nie wiem. Płynęło… więc chyba okręt. Gorzej z naszym statkiem. – Wskazał na zniszczenia.

Miał rację. Przedni maszt złamany. Reje na drugim maszcie połamane. To był efekt tego, że otarli się burta o burtę.

– Ale co pływa tak szybko przy bocznym wietrze? – zapytała. – A do tego jest tej wielkości?

– Tego nie wiem. – Był równie zdezorientowany. – Ale wiem, że musimy dopłynąć do jakiegokolwiek portu.

Pokiwała odruchowo głową, potwierdzając jego słowa.

– Teraz nie mamy innego wyjścia – mruknęła.

Podszedł do nich kapitan statku.

– Jakie są rozkazy? – zapytał maga.

– Płyniemy na ląd. Znasz tu pewnie jakiś port. Trzeba… – Wskazał na zniszczenia.

– Znam, panie. Mamy trochę ładunku… Możecie udawać kupców – dodał.

– Całkiem niezły pomysł, kapitanie. Nie pytaj mnie o to, co nas minęło – uprzedził. – Bo nie mam pojęcia – dodał. – Poradzicie sobie czy może…

– Nie trzeba, panie. Damy sobie radę. Może tylko… No, ten czar…

– W sumie masz rację, bo ktoś następny może nas staranować i zatopić. – Pstryknął palcami.

Przestrzeń wokół nich uległa małej zmianie. Teraz było nieco jaśniej, ale noc nadchodziła nieubłaganie.

– Trochę na zachód jest port w wolnym mieście Carakbaru. – Kapitan spojrzał na niebo, lecz na gwiazdy było jeszcze za wcześnie.

– Słyszałem o nim. – Kiwnął głową. – W takim razie płyń do tego Carakbaru. Mam nadzieję, że dotrzemy tam o świcie.

– Wcześniej raczej nie – mówiąc to, kapitan spojrzał na uszkodzenia.

– Chodźmy, Keetyko. Nic tu po nas. – Ruszył pierwszy.

Kobieta wpatrzona przez dłuższy czas w stronę, gdzie zniknął tamten kolos, drgnęła i poszła za magiem.

– Dokończysz kolację? – zapytała po drodze na dół.

– Raczej nie. Idę spać, a tobie radzę to samo.

– Bo ja wiem… – Nie była przekonana.

– Już nie myśl o tym wszystkim – poradził jej, chociaż sam był niespokojny.

Nie opuszczała go myśl, że na południu za morzem, gdzie teraz byli, ludzie coś wymyślili. Coś, co daje im przewagę. Nie był w stanie sobie wyobrazić, ilu takim okrętem można przewieźć ludzi, koni czy też machin oblężniczych. „Może nawet całą armię”, skonkludował w myślach. Odkrycie tego było teraz dla nich najważniejszym zadaniem. To zdecyduje o być lub nie być dla ich królestwa i pozostałych będących z nimi w przymierzu. Na razie te niewesołe myśli postanowił zostawić dla siebie. Pożegnali się przed jego drzwiami.

*

O świcie zamajaczył przed nimi odległy brzeg lądu. Oboje stali na dziobie okrętu.

– Nie za blisko, kapitanie, bo wyczuwam płyciznę – uprzedził mag.

W sporej odległości dostrzegli pomalowane na biało molo, wysunięte w morze. Nieco dalej od linii brzegu stały jakieś budowle. Nawet marynarze przyzwyczajeni do różnych widoków patrzyli na nie niedowierzająco. To coś nie do końca przypominało domy zamieszkiwane w ich stronach ani gdziekolwiek indziej. Nie mieli pojęcia, że na jednej z ławek na molo obudził się po nocnej imprezie chłopak. Patrzył na przepływający statek z otwartymi ustami.

– Szlag by to trafił. Co ja łyknąłem, że jeszcze mnie trzyma – mruknął do siebie.

Okręt przepłynął, a on nadal nie wierzył w to, co zobaczył.

– Od dzisiaj żadnych kwasów – obiecał sobie solennie i położył się ponownie na ławce, aby dospać.

*

Postawny mężczyzna, nieco powyżej pięćdziesiątki, w przykrótkiej szpitalnej piżamie stanął w uchylonych drzwiach do sali. Prawą ręką trzymał stojak z zawieszoną kroplówką. Patrzył na leżące kobiety. Oddychały równo i miarowo, jakby spały.

– Popatrzyłeś już sobie, Leszek? – usłyszał głos szczupłej blondynki leżącej na jednym z dwóch łóżek.

– Jeszcze nie – odpowiedział żartobliwie. – Nigdy nie miałem okazji, bo zawsze jesteście…

– Nie rozwijaj się, chłopie – chciała go zgasić druga.

– Zostaw go, Renata. Nie żałuj mu… widoków – prowokowała ta pierwsza.

– W sumie masz rację, Olka. Ktoś jeszcze przeżył? Co to właściwie było?

– No właśnie, co to było? Jak Tomek i Marek?

– Meteoryt… Przynajmniej tak mówią – odpowiedział głos zza pleców Leszka.

– Tomuś! – Renata podsunęła się do pozycji siedzącej. – Nie wchodź tu, zbereźniku.

– No coś ty? – Wyłonił się zza pleców z uśmieszkiem, który świadczył o czymś zupełnie innym. – Przyszedłem popa… przywitać się – poprawił się.

– Otóż to… Popatrzeć. Kobiety nie widziałeś. – Aleksandra też przesunęła się do pozycji siedzącej.

– Ciebie w piżamie nie. – Wszedł wolno ze swoim stojakiem do pokoju.

– Przyjdą piguły, to ci dadzą…

– He, he, he. Dadzą… myślisz? – przerwał jej.

– Ty to tylko o jednym… – Renata szukała czegoś w zasięgu ręki, aby tym w niego rzucić.

– Co z Markiem? – zapytała Aleksandra.

– Z nami go nie ma – stwierdził Leszek.

– Cholera… Czyżby…

– Na razie nic nie mówią i to jest ciekawe. Może jest pod respiratorem – wtrącił się Tomek.

– O! Idzie lekarz… zapytam. – Leszek obrócił głowę w tamtą stronę. – Panie doktorze, co z naszym kolegą?

– Jego stan jest podobny do waszego…

– To dlaczego go tu nie ma? – zapytała z daleka Aleksandra, która była trochę bardziej niecierpliwa.

– Nic. To znaczy nie chce się wybudzić – odpowiedział, kiedy doszedł.

– Aa. Czyli poza tym…

– Tak. Poza tym wszystko w normie. Jutro was wypisujemy – poinformował ich.

– Nie ma pośpiechu… – zaczął Tomek.

– No pewnie! Ty byś tylko leżał – ofuknęła go Renata.

– Z tobą…

Nie dokończył, bowiem nagle ściemniły się wszystkie światła, a sekundę później zgasły całkowicie.

*

– Co to? – zapytała Aleksandra.

– Przepraszam, muszę… – lekarz przerwał i usłyszeli odgłosy jego kroków w głębi korytarza.

– To złudzenie… czy ja już kiedyś miałam z taką sytuacją do czynienia? – zapytała sama siebie Renata.

– No… – Tomek chciał coś dodać, ale znów nie dokończył.

– Ale dlaczego w naszym pokoju jest tak ciemno… Przecież jest dzień – stwierdziła Aleksandra.

– Bo jesteśmy głęboko pod ziemią… a te okna to tylko ekrany – wyjaśnił Leszek. – Jak zawsze.

– No coś ty? Z jakiego… – nie skończyła, bo tym razem przerwał jej Tomek.

– W sali obok jest obcy, którego wyciągnęli ze statku, bo to nie był meteoryt – zaskoczył ich informacją. – To dlatego gasną te światła.

– Co ma ktoś… nawet obcy do prądu? – zapytała Renata, nie bardzo wierząc w te słowa. – Jesteś nie gorszy bajerant niż Marek. Naprawdę to tylko kwestia…

– Pewnie padła podstacja, a generatory nie zaskoczyły – wyjaśnił Leszek.

– Z Markiem jest problem – zaczął dobrze słyszalnym szeptem Tomek.

– Problem? Jaki? – zapytała Aleksandra.

– Podsłuchałem pielęgniarki…

– No mów wreszcie – nalegała Renata.

– Z tym wybudzeniem to ściema. Ta piguła mówiła, że wyrosły mu dodatkowe ręce i…

– Tomuś, idź ty już w końcu do siebie – poradziła mu Renata.

– Nie trafię, bo jest ciemno – jego głos był z jakiegoś powodu coraz lepiej słyszalny.

Nagle w korytarzu pojawiły się mocne smugi światła. Kilka osób szło w ich stronę z latarkami, oświetlając między innymi Leszka stojącego w drzwiach. Lekka poświata odbita od ścian korytarza rozproszyła odrobinę ciemności w sali.

– Tomek, tylko bez straszenia. – Aleksandra była odrobinę spięta z emocji.

– Panowie, proszę wracać do sali – powiedział ochrypłym głosem jeden z nadchodzących.

– A niby dlaczego? – zapytał Leszek.

– Bo takie są przepisy – usłyszał w odpowiedzi.

– Zaraz. Skąd ten nagły pośpiech. – Nie zamierzał tego robić, bo tak chcieli tamci.

– Pośpiech… Pociąg – zabrzmiało to trochę komicznie. – Aa. Bo takie są przepisy – powiedział chropawy głos.

Ubiór pielęgniarzy zaskoczył odrobinę obu mężczyzn. Wyglądali raczej jak siostry zakonne pracujące w szpitalach na początku lat dwudziestych ubiegłego stulecia. Tomek wręcz parsknął śmiechem.

– Co cię tak bawi? – zapytał inny pielęgniarz.

– Bo wyglądacie jak z psychiatryka – wtrącił Leszek.

– Dosyć zabawy! Idziecie dobrowolnie czy mamy wam pomóc?! – odezwał się ten, który zagadnął ich jako pierwszy.

Tego było za dużo jak dla Leszka.

– Jesteście pewni, że dacie radę? – prowokował.

– Leszek, daj spokój – usłyszeli głos Renaty.

– Co daj…

Nie zdążył dokończyć zdania, bo pielęgniarz złapał go za przedramię. On puścił trzymany stojak i błyskawicznie uderzył mężczyznę w miejsce na wysokości obojczyka, aby go odepchnąć od siebie. Nie włożył w to zbyt dużo siły, a i tak trafiony zatoczył się do tyłu. Drugi, który chciał pomóc koledze, nadział się na łokieć i nagle bez innego widocznego powodu prysł na boki olbrzymimi kroplami, jakby eksplodowała kula wody. Dziesiątki litrów bezbarwnego płynu opadło z chlupnięciem na podłogę, tworząc sporą kałużę. Jego latarka rodem z początku dwudziestego wieku także upadła na podłogę i gasnąc, zniknęła w tej kałuży. Tomek z Leszkiem zamarli na sekundę w bezruchu, nie bardzo wiedząc, co robić. Pozostali trzej nie przejęli się tym zjawiskiem i zamierzali kontynuować to, co zaczęli. A że chwycili ich za ręce, toteż obaj szarpnęli się, chcąc je uwolnić. Tamci trzymali ich zbyt słabo, więc nie mieli z tym większego problemu.

– Co wy tam wyprawiacie? – zawołała z ciemności Renata.

Nie odpowiedzieli, gdyż Tomek robił właśnie unik przed ciosem zadanym latarką, a Leszek pociągnął głowę innego do unoszonego kolana. Zderzenie z kolanem sprawiło, że przeciwnik w dokładnie ten sam sposób eksplodował i zalał podłogę dziesiątkami litrów wody, mocząc przy tym piżamę. Natomiast Tomek po błyskawicznym uniku stanął za plecami atakującego i ciosem nasadą dłoni w kręgosłup sprawił, że ten również prysł olbrzymimi kroplami. Ostatni napastnik, nie zważając na to, co miało miejsce wcześniej, ruszył szybkim krokiem do pokoju, gdzie leżały w łóżkach obie kobiety. Snop silnego światła oślepił zaskoczoną Aleksandrę. Odruchowo zasłoniła swoje oczy dłonią i w tym samym momencie zabłysło oświetlenie w sali i na korytarzu. To światło oślepiło na moment wszystkich, łącznie z pielęgniarzem. Pierwszy odzyskał możliwość widzenia Leszek. Ponieważ był dwa kroki za napastnikiem, bez zastanowienia zrobił wypad do przodu i prawym sierpowym zdzielił go w bok głowy. Postać pękła i woda powstała z niej spadła z głośnym chlupotem na podłogę, tworząc i tu sporą kałużę. Trochę trwało, nim wszyscy czworo doszli do siebie po tym ataku. Patrzyli na siebie z zaskoczeniem na twarzach.

– Co to takiego było? – zapytała Aleksandra.

– To też, ale kto to był i czego od nas chciał? – zawtórowała jej Renata.

*

– Widzisz ten żaglowiec? – Keetyko pokazała magowi. – Tam jest chyba port. – Skierowała rękę na widoczne z daleka betonowe wejście do portu.

– Czy zauważyłaś może, że płynie bez żagli? Coś tu jest nie tak – dodał.

– Może mają jakiś układ z magiem i płynie z pomocą magii.

– Może… Hm. Tylko on w ogóle nie ma żagli, tylko gołe maszty. A te wysokie… chyba domy?

– Poddaję się, Marlan. Faktycznie nie da się tego wszystkiego wytłumaczyć. Wygląda to bardzo tajemniczo. Nikt z kupców ani szpiegów królestwa nie wspominał o czymś takim w ostatnim czasie.

– Tak. Tego nie da się osiągnąć w tak krótkim czasie.

– Jednak musimy zawinąć do portu, bo inaczej będziemy mieli problem z przepłynięciem morza i powrotem do domu – dokończyła.

– Wiem, ale musimy być ostrożni. Lepiej zejdź pod pokład do swojej kabiny, a ja się rozejrzę w porcie – powiedział.

– Przestań. Z jakiego powodu mam to zrobić?

– Zwykła ostrożność.

– To nie są południowe, dzikie wyspy – zaooponowała.

– Jak chcesz.

– Ty myślisz, że ktoś zechce mnie porwać? Poza tym poradzę sobie. O, właśnie!? Idę po swój miecz – zdecydowała i szybkim krokiem opuściła pokład.

Wróciła, zanim dopłynęli w pobliże wejścia do portu.

– Zobaczymy to razem – powiedziała pogodnie.

Kiedy tylko dopłynęli, od razu było widać, że naprawdę coś jest nie tak z tym miejscem. Przy obu nabrzeżach były zacumowane małe stateczki bez masztów. Bardziej nawet przypominały duże łodzie lub szalupy niż cokolwiek większego, a na redzie przecież nie było żadnych okrętów. Zanim dopłynęli do nabrzeża, zauważyli ich ludzie chodzący po porcie. Zaczęli się gromadzić w miejscu, gdzie cumowali. Tu było następne zaskoczenie. Nikt, kogo znali, nie wyglądał jak oni. Wszyscy mieli na sobie różnokolorowe stroje z cienkiego materiału. Niektórzy mężczyźni byli ubrani w krótkie spodnie i mieli wyciągnięte na zewnątrz koszule. Natomiast kobiety były niemalże nagie w swoich krótkich sukienkach. W niektórych przypadkach nie sięgały one nawet do kolan. Mag spojrzał na swoją asystentkę. Dostrzegł na jej twarzy spory rumieniec. Nie rozumiał tylko, czym był on spowodowany. Słońcem, które zaczynało przygrzewać, a może też tym, co zobaczyła.

– Marlan, uszczypnij mnie… bo chyba śnię – powiedziała do niego niedowierzającym głosem.

– Też wolałbym, aby to był sen – odpowiedział zaskoczony nie mniej niż ona. – Ale to nie jest sen – zapewnił.

– Co robimy?

Marynarze w tym czasie zacumowali okręt i wysunęli na nabrzeże trap. Stał przy nim kapitan statku.

– Idziemy. – Wzruszył ramionami. – Zobaczymy…

Nie dokończył, bo ludzie, których przybywało, zaczęli z jakiegoś powodu bić brawa, a niektórzy nawet wykrzykiwali coś w nieznanym im języku. To ich odrobinę stremowało.

– Czyżby na nas czekali? – powiedziała Keetyko.

– Nie mam pojęcia. Dziwnie to wygląda.

– Może powinniśmy coś zrobić. Tylko co? – Nie miała pojęcia. – A może ukłońmy się w ich stronę? – dodała i wykonała dworski ukłon jak przed władcą w ich kraju.

Ludzie zaczęli wiwatować, jakby witali królewską rodzinę.

– To jest bardzo sympatyczne – stwierdziła i zrobiła jeszcze jeden ukłon.

– Spróbuję znaleźć cieślę okrętowego i załatwię naprawę – powiedział Marlan do kapitana, po czym dotknął ręką sakiewki, którą miał w kieszeni spodni i przytroczoną do pasa cienkim rzemieniem. – A wy nie opuszczajcie okrętu. Zaraz jak tylko zejdziemy, wciągnijcie trap – polecił i sam zdjął swój obszerny kapelusz i także zrobił ukłon.

Lecz jak przystało na maga, był on mniej dworski. Po tym wszystkim zaczęli schodzić po trapie na nabrzeże.

*

Patrzyli oboje uważnie na tych, którzy stali przed nimi. Prawie wszyscy ludzie mieli na twarzach coś, co u nich było używane do poprawienia wzroku. Z tą różnicą, że tutaj było to wykonane z ciemnych szkieł, całkowicie zasłaniających oczy. Nosiły to nawet dzieci i wyrostki. Kiedy oboje dotarli do końca trapu, ludzie zaczęli schodzić im z drogi i jednocześnie do nich mówili. Z dziesiątek wypowiedzianych słów zrobił się spory harmider, do tego zupełnie niezrozumiały.

– Będziemy mieli chyba kłopot z porozumieniem się – oceniła Keetyko.

– Fakt. Ten język nie przypomina mi żadnego z tych, które znam.

Uśmiechali się przy tym życzliwie do wszystkich. Ludzie dokoła nich dotykali ich ubrań i zadawali przy tym niezliczone pytania. Niektórzy wskazywali na statek, potem na nich i robiąc gesty rękami wydawali dodatkowo okrzyki. Marlan i adeptka magii kiwali głowami, nadal odpowiadając jedynie uśmiechami.

– Nabieram coraz większego przekonania, że to miejsce zupełnie nie pasuje do naszego świata – oceniła Keetyko. – Ci ludzie nie wyglądają na takich, których gnębią problemy lub cokolwiek innego. To jest aż niewiarygodne.

Mag nie zdążył odpowiedzieć, gdyż stanął przed nimi równie wysoki jak on młodzian. Blokując im przejście i podtykając mu przed twarz jakiś przedmiot, o coś zapytał. Tuż obok stała trochę niższa kobieta i celowała w nich innym przedmiotem ze szklanym okiem, który przypominał do złudzenia używane przez nich lunety do patrzenia w dal. „Może to jest to”, przemknęło przez myśl Marlanowi.

– O co im może chodzić? – Keetyko nie potrafiła zrozumieć.

– Ominiemy ich i pójdziemy dalej – zdecydował.

Poklepał mężczyznę po ramieniu i ruszył w bok, aby go ominąć. Asystentka poszła za nim. Jednak mężczyzna nie dawał za wygraną i nadal podsuwając mu ten sam przedmiot, szedł równo z nim w tym samym kierunku, zadając pytanie w innym języku. Towarzysząca mu kobieta z tym czymś na ramieniu wyprzedziła ich i znów wycelowała w nich szklane oko.

– Ale uparty – skomentował jego zachowanie.

– Może daj mu jakieś pieniądze, to da nam spokój – wpadła na pomysł adeptka.

– Myślisz, że właśnie na to czekają?

– Dal mnie tak to wygląda.

– Może i masz rację. Czemu nie. – Wyjął z kieszeni spodni sakiewkę.

Otworzył skórzany mieszek i wyjął jedną złotą monetę. Czysty kruszec błysnął w słońcu, skupiając na sobie uwagę większości ludzi.

– Proszę – powiedział mag i drugą ręką przytrzymał za przegub rękę mężczyzny, po czym ją otworzył i położył złoty krążek na jego dłoni.

Ściągnął rzemyk sakiewki i schował ją do kieszeni. Mężczyzna był trochę zaskoczony, ale wziął palcami pieniądz. Obejrzał go z uwagą z obu stron. Potem, trzymając go wciąż w dwóch palcach, wyciągnął rękę w stronę dziewczyny z dziwnym przedmiotem. Obracając ją i pokazując raz z jednej, a potem z drugiej strony, coś mówił. Jednak jego słowa nie były skierowane do nikogo z ludzi otaczających ich ze wszystkich stron, a raczej do kogoś niewidzialnego. Przynajmniej Marlan odniósł takie wrażenie i natychmiast szeptem wypowiedział zaklęcie, które miało mu pokazać niewidzialne postacie. Jego zaskoczenie było ogromne, gdyż nikogo nie ujrzał. Za to niespodziewanie zrobiło się koło niego tłoczno. Ludzie zaczęli go delikatnie poszturchiwać, mówiąc podobne słowa. Jedna para rąk nie zamierzała go poklepywać, zrobiła coś zupełnie innego. Kobieta sięgnęła jedną dłonią do jego kieszeni i niewyczuwalnie wyciągnęła z niej sakiewkę, zaś drugą nożem ostrym niczym brzytwa równie niepostrzeżenie odcięła rzemyki od pasa. Gdyby nie czar wiążący sakiewkę z właścicielem, Marlan nawet by się nie zorientował, że został okradziony. Jego własność szybko wędrowała z rąk do rąk, aż ostatnia osoba, która ją przechwyciła, zaczęła wolno odchodzić z tego miejsca. Mag zdecydowanym ruchem odsunął mężczyznę stojącego mu na drodze i ruszył szybkim krokiem za złodziejem. Jego determinacja pomimo powściągliwego uśmiechu odniosła skutek. Ludzie schodzili mu pospiesznie z drogi, a on po chwili był tuż za tym mężczyzną. Tamten musiał odgadnąć po minach mijanych ludzi, że coś jest nie tak, bo nagle obrócił głowę w tył. W tym samym czasie rosły mag położył mu swoją ciężką dłoń na ramieniu i zacisnął mocno palce.

*

Wspólnik złodziejskiej szajki przytrzymany chwytem momentalnie stanął w miejscu i syknął z bólu.

– Czego chcesz ode mnie? – zapytał, chociaż wiedział, że okradziony go nie rozumie.

Marlan, jeszcze nastawiony pokojowo, gestem pokazał mu, aby wyciągnął z kieszeni to, co w niej ma. Złodziej chciał wykorzystać to, że ten nie zna języka i sprowokować otaczających go ludzi, by stanęli w jego obronie.

– Za co mnie napadłeś – krzyknął. – Ludzie, on mnie…

Nie dokończył, bowiem mag zrobił gest dłonią i ręka złodzieja wraz z trzymaną sakiewką pod wpływem niewidzialnej siły wysunęła się na zewnątrz. Zaraz potem mężczyzna zamarł w bezruchu na skutek rzuconego dyskretnie obezwładniającego czaru. Mag bez przeszkód wyjął z jego dłoni swoją własność i popatrzył przez szkła okularów tamtego w jego oczy. Z początku natrafił na harde spojrzenie, lecz pod wpływem wzroku maga mężczyzna zaczynał blednąć na twarzy.

– Co tu się dzieje? – zabrzmiał z tyłu jakiś głos.

Nikt nie odpowiedział, gdyż w powietrzu zawyły jeszcze odległe syreny nadlatujących pojazdów specjalnych. Wszyscy obrócili głowy w tamtym kierunku. To były opancerzone transportery Korpusu Ochrony Prezydenta. Po kilku sekundach trzy maszyny zawisły w powietrzu, a na linach zaczęli zjeżdżać wyszkoleni agenci w pancerzach bojowych.

– Proszę się rozejść! – zagrzmiał z góry głos przez megafony. – Proszę nie filmować i przerwać transmisję! – uprzedzono dziennikarzy, którzy cały czas przekazywali relację od momentu, gdy natrafili na dziwnych i nic nierozumiejących aktorów, jak przypuszczali.

Dziennikarka z kamerą skierowała obiektyw w wiszące maszyny i nawet nie zamierzała podporządkować się poleceniu. Jednak jej trud był daremny, bowiem zostały włączone urządzenia zagłuszające i relacja została przerwana. Marlan patrzył zaskoczony na to, co się dzieje. Odszukał wzrokiem Keetyko, która cały czas przedzierała się w jego kierunku. Jeden z transporterów przemieścił się w okolice okrętu przybyszów i wylądował na nabrzeżu, tuż obok niego, jednocześnie odganiając tym sposobem gapiów. Uzbrojeni agenci w pancerzach bojowych z hełmami z nieprzeźroczystymi przyłbicami oraz bronią w rękach wyglądali groźnie i wzbudzali respekt. Ludzie zebrani w porcie patrzyli na wszystko w zdumieniu, nie wiedząc, o co tak naprawdę chodzi. Niejednemu z nich przyszło na myśl, że coś tu jest nie tak.

– Powtarzam! Proszę się rozejść! – zagrzmiał z góry ten sam głos. – Nie używajcie swoich magicznych mocy! – dodał zaraz potem w ojczystym języku Marlana i Keetyko.

Przybyszów na moment zamurowało z wrażenia.

– Nic wam nie grozi ze strony tych uzbrojonych postaci, jeżeli tylko będziecie wykonywać moje polecenia – informował ten sam głos.

*

Czerń. Całkowita ciemność jak wówczas, gdy człowiek zamknie się w pomieszczeniu, w którym nie ma okien. Żadnych innych kolorów, a jedynie pojedyncze punkciki białego światła. Od razu wiedziała, że to gwiazdy. Skierowała wzrok trochę ku dołowi. „Tam jest Słońce, a na jego orbicie Ziemia. Ładny widok”, pomyślała. „A mówią, że kosmiczna pustka jest przerażająca”, kolejna myśl. Gdzieś z daleka dotarł do niej dźwięk. Był natarczywy i z każdą chwilą coraz bardziej wyraźny. „Czemu akurat teraz?”. Otworzyła oczy. Dzwonił telefon. Sięgnęła po niego, chociaż była niezadowolona.

– Słucham? – zapytała.

– Olka, śpisz jeszcze? – dotarł do niej głos Renaty.

– A jak myślisz? Już nie, bo mnie obudziłaś. Właśnie mi się śniło, że jestem… jestem… Cholera, zapomniałam, co mi się śniło. Co chciałaś?

– Dzwonię, bo mi też się śniło, że… no patrz… Mnie też wyleciało z głowy. – W głosie Renaty słychać było zawiedzenie. – Ale możemy pogadać o programie.

– Jakim?

– No… Nie oglądałaś w telewizji śniadaniowej relacji z Kołobrzegu?

– Przecież spałam… Ale mówisz o dzisiejszym?

– Dzisiejszym.

– No i co tam było?

– Kręcą film… Chyba o piratach. Do portu zawinął żaglowiec. Ludzie, jak to ludzie, zaraz się zbiegli, aby wszystko podziwiać. Z pokładu zszedł mężczyzna i kobieta.

– No dobra i co z tego wynika?

– Ludzie ich pytali o różne rzeczy, ale oni nic nie mówili. Coś tam tylko rozmawiali między sobą, ale w obcym języku. I nagle przerwali program.

– No coś ty? I…

– Aa, i jeszcze zanim przerwali, to nadleciały transportery Korpusu Ochrony Prezydenta.

– Tak? A powiedzieli, co to za film? – Aleksandra nie była zainteresowana transporterami.

– Nie mówili.

– Ee, to pewnie nic ciekawego.

– Może. Co teraz robisz?

– Na razie nic. Muszę się wygrzebać z łóżka, a potem…

– To przyjedź do mnie.

– Czekaj, Renata – powiedziała niespodziewanie Olka.

– Na co?

– Pies zaczął szczekać.

– Może kot łazi albo…

– Nie. Ona tak szczeka na obcych. Coś jest nie tak – powiedziała.

– Przecież jesteś w domu…

– I co z tego. Ktoś mi chyba chodzi… po domu. Kurde, Renata… Dzwonię na…

Nie zdążyła dokończyć, gdyż drzwi do jej sypialni zostały otwarte przez kogoś będącego z drugiej strony. Tym kimś był listonosz.

– Co pan tu robi?! – krzyknęła zaskoczona.

– Jak to co? Mam list dla pani – odpowiedział lekko chropawym głosem.

Kobiecie przemknęło przez myśl, że skądś zna ten głos.

– Proszę natychmiast wyjść! – krzyknęła. – Na bramie wisi skrzynka na listy!

– Widziałem, ale chciałem go pani doręczyć osobiście. – Listonosz uśmiechnął się sztucznie.

– Proszę wyjść albo dzwonię na policję! – zagroziła głośno, ostrym tonem.

– To chociaż niech go pani weźmie. – Zrobił krok do przodu.

Dopiero teraz spostrzegła, że listonosz ubrany jest w dziwny uniform. Miał co prawda torbę na ramieniu, lecz jego strój był przynajmniej sprzed stulecia. „Tamci pielęgniarze też byli jacyś dziwni”, przemknęło jej przez myśl. To skojarzenie sprawiło, że jego głos również przypominał te ze szpitala.

– Renata, to nie jest listonosz! – krzyknęła do telefonu trzymanego przed sobą. – To taki…

Wyskoczyła z łóżka z drugiej strony, bo fałszywy listonosz ruszył od drzwi w jej kierunku.

*

Kiedy stanął naprzeciw łóżka, z ogromną siłą pchnęła je ku niemu. Nogi łóżka podklejone filcem przesunęły się gładko na panelach i mebel dojechał do mężczyzny, blokując drogę. Dziewczyna wykorzystała moment jego zawahania i obiegając przeszkodę, wybiegła z sypialni. Zbiegając po dwa stopnie na raz, wpadła na parter. Cały czas szukała czegoś do obrony. Wbiegła do salonu z kominkiem. Był tam stojak ze szczypcami i pogrzebaczem. Złapała za pogrzebacz z kutego metalu i zacisnęła na nim mocno dłoń, gotowa do obrony. Za plecami usłyszała człapiące kroki. Napastnik wychodził z kuchni. Zobaczył ją w salonie i natychmiast ruszył w jej kierunku. Kiedy wszedł do środka i dostrzegł w jej ręce pogrzebacz, od razu sięgnął do torby zawieszonej na ramieniu. Aleksandra odchyliła ramię do tyłu i czekała, aż ten podejdzie bliżej. Tamten jednak wyjął z wnętrza torby pistolet, a w zasadzie stary, dziewiętnastowieczny colt. „Już po mnie”, pomyślała, ale nie zamierzała się poddawać. Rzuciła się na niego z furią i złością. Niestety mężczyzna zdążył wycelować i wystrzelić. Huk był raczej niezbyt głośny, lecz w jej uszach zabrzmiał niczym armatni. Wystrzelony pocisk trafił ją w kość obojczyka. Zabolało. Nawet bardzo. I tylko tyle, bowiem sam pocisk prysł na boki kroplami wody, a reszta, która został na niej, spłynęła po jej ciele, wsiąkając w piżamę. W pierwszym momencie była bardziej niż zdumiona tym, że jeszcze żyje. Jednak sekundę później dokończyła zadany z taką samą furią cios. Pogrzebacz trafił mężczyznę prosto w głowę, a w zasadzie w czapkę. Metalowy pręt wgryzł się w materiał i wszedł głęboko w głowę. Trwało to jedynie ułamek sekundy. Zaraz potem postać eksplodowała olbrzymimi kroplami wody i jej kilkadziesiąt litrów w mgnieniu oka spłynęło długim słupem na dywan, na którym stał. Jej nadmiar rozlał się po podłodze za nim.

– Szlag by to… i zalał mi dywan. – Aż zgrzytnęła ze złości zębami.

– Olka, Olka?! – dotarło do niej wołanie z telefonu.

Dopiero teraz zorientowała się, że nadal trzyma go w ręce. Zamiast jednak odpowiedzieć, zaczęła się rozglądać, czy przypadkiem w pobliżu nie czai się kolejny napastnik Z uniesionym pogrzebaczem poszła ostrożnie do drzwi wejściowych. Były zamknięte. Nacisnęła na klamkę. Zamek blokował je przed otwarciem.

– To jak on tu wszedł? – mruknęła do siebie.

Drzwi na taras też były zamknięte, to pamiętała. „Może okno w kuchni”, pomyślała. Ruszyła do kuchni. Jednak okno było jedynie uchylone w pionie. „Przez taką szczelinę nie mógł przejść”, przemknęło jej przez myśl.

– Olka?!

– Co chcesz, Renata?

– Dlaczego się nie odzywałaś?!

– Bo sprawdzałam.

– Co sprawdzałaś?

– Jak on wszedł do środka.

– No i co?

– Nie mam pojęcia, bo wszystko na dole jest pozamykane.

*

Z zewnątrz dotarły do niej dźwięki syreny policyjnego samochodu.

– Policja jedzie – powiedziała do koleżanki przez telefon. – Przecież…

– Ja do nich zadzwoniłam. Po tym, co…

– Dzięki, Renata. Najgorsze, że teraz tu nikogo nie ma!

– Jak to nie ma?

– Ano… Jak tylko zdzieliłam go w głowę pogrzebaczem… to gość przemienił się w wodę – powiedziała, idąc do salonu.

– Wodę? Zaraz… I nic po nim nie zostało?

– Nic a nic. Czekaj… Coś tu widzę.

Podeszła do miejsca, w którym wcześniej stał napastnik.

– Cholera… został jego pistolet – powiedziała.

– Coś ty? Został pistolet, a on…

– Olbrzymia kałuża wody. Muszę coś z tym zrobić – powiedziała.

– Zostaw na razie wodę, a zabezpiecz pistolet.

– Jak go mam zabezpieczyć? Nie mam o tym pojęcia.

– Wiesz co… Przełóż go ostrożnie do czegoś i zawieź do nas do Labu – podsunęła pomysł Renata.

– Wiesz co… masz rację. Znowu…

– Co znowu?

– Coś się dzieje. Ktoś stuka do drzwi. Aa, to pewnie policja.

– Bądź ostrożna – doradziła koleżanka.

– No pewnie. Nie dam się zaskoczyć. – Ruszyła do drzwi. – Bądź na podsłuchu.

– Słucham cały czas.

Aleksandra dostrzegła przez okno policyjny radiowóz. Mimo to otworzyła drzwi z uniesionym pogrzebaczem.

– Zgłoszono nam napaść. – Policjant patrzył odrobinę niepewnie ze względu na jej bojową postawę. – Chodziło o panią? – zapytał.

– Ym. Tak… ale poradziłam sobie i go przegoniłam – skłamała, aby sobie zaoszczędzić podejrzeń o brak równowagi umysłowej.

No bo jak by wytłumaczyła, że listonosz zmienił się w kałużę wody…

– No tak… ale skoro było zgłoszenie, to muszę napisać protokół.

– Aa… Teraz? Jak pan widzi… jestem trochę nieubrana. A może by na komisariacie… któregoś dnia. – Chciała się od tego wyłgać. – Albo odstąpcie od tej biurokracji – zaproponowała.

– Niestety nie mogę. Pani go jakoś przegoniła, ale ktoś inny może sobie z tym nie poradzić. Jeżeli coś takiego się powtórzy…

– No dobrze. To kiedy mam być na tej waszej komendzie?

– Za dwie godziny.

– O nie! Mam odebrać dzieci ze szkoły… potem jechać z nimi na basen, wcześniej zrobić coś do jedzenia – zaczęła wyliczać. – Panie, ja nie mam czasu na takie rzeczy. Może lepiej niech pan przyśle wezwanie… a może by jednak z tego zrezygnować. – Uśmiechnęła się nieśmiało. – Oszczędzicie sobie z kolegą papierkowej roboty – usiłowała go przekonać.

– Ym. Czyli… chce pani to wycofać?

– Tak. – W jej oczach błysnęła nadzieja. – Ja nie mam na to czasu, a i mąż…

– No dobrze. Jakoś spróbuję to pominąć. – Pokręcił przy tym głową, jakby był niezadowolony.

– Bardzo panu dziękuję. – Nie chciała obiecywać mu w zamian niczego typu „następnym razem” lub czegoś podobnego, co mogłoby tylko zmienić jego zdanie.

– No dobrze. Jednak następnym razem… – sam zaczął z tej beczki.

– Oczywiście – powiedziała zgodnie z jego oczekiwaniami. – Powiadomię i załatwimy wszystko tak, jak ma być.

– To do widzenia. – Zasalutował i odszedł.

Zamknęła drzwi i odetchnęła z ulgą, ale połowiczną. Nadal nie miała pojęcia, jak to coś weszło do jej domu mimo zamkniętych drzwi i okien.

*

– Olka – przerwał jej rozmyślania głos Renaty dochodzący z telefonu.

– Jestem. Uf, spławiłam tego policjanta.

– To dobrze. Teraz zobacz, czy ten pistolet jest jeszcze na miejscu i na wszelki wypadek zrób mu wcześniej zdjęcie, zanim zaczniesz nim manewrować – doradziła koleżanka.

– Dobra myśl. Idę zrobić zdjęcie. A może by tak pudełko po butach… – dodała już sama do siebie.

– Tylko małe, bo w takim po kozakach będzie latać – i tak wtrąciła swoje zdanie Renata.

– No… Masz rację. Jest jeszcze – powiedziała, bo właśnie weszła do salonu.

– To zrób zdjęcie, a potem zapakuj. Tylko schowaj, aby Andrzej tego nie zobaczył.

– Dlaczego?

– Nie sądzisz, że będzie go chciał obejrzeć albo i nawet wypróbować?

– Właściwie to znów masz… Zresztą może go od razu zawiozę. Ubiorę się i jadę – zdecydowała.

– W takim razie uprzedzę chłopaków, że przyjeżdżasz.

– Uprzedź. To cześć, idę szukać pudełka. – Aleksandra rozłączyła się i odłożyła odruchowo telefon.

Trochę trwało, zanim znalazła odpowiedni karton. Wróciła z nim do salonu, depcząc po zalanej podłodze. „Chyba jednak powinnam najpierw zrobić porządek”, pomyślała. Zaraz potem przypomniała sobie o zdjęciu, które miała zrobić wcześniej. Wzięła z ławy telefon i uwieczniła narzędzie przestępstwa. Obejrzała zdjęcie i doszła do wniosku, że jest wystarczająco dobre. Już zamierzała przenieść broń do pudełka, kiedy zadzwonił telefon. Dzwonił ktoś z Labu.

– Proszę – powiedziała.

– Olka, nie ruszaj tego – to był Leszek.

– Czego mam nie ruszać? – Była zaskoczona.

– Tego pistoletu – sprecyzował rozmówca.

– Ale…

Nagle nad jej domem zahuczały łopaty wirników i zawyły syreny alarmowe.

– Zaraz… Co się dzieje? – Ruszyła do okna.

Zanim jednak zrobiła dwa kroki, ujrzała, jak tuż przed dom opadają na ziemię liny desantowe, a z góry zjeżdżają na nich ubrani w pancerze komandosi.

– Leszek, ktoś mnie atakuje! – krzyknęła. – Dzwoń na policję!

– Właśnie miałem ci powiedzieć, że leci do ciebie specjalna ekipa i…

*

Ci, którzy zjechali na linach, podbiegli do drzwi i w ciągu dwóch sekund otworzyli je, wbiegając zaraz potem do środka. Ciężkie buty załomotały o podłogę, kiedy jeden po drugim wpadali do holu i rozbiegali się po poszczególnych pomieszczeniach. Ona nadal stała zaskoczona w piżamie i nic nie mogła zrobić. Jedna z zakutych w pancerz postaci wbiegła do salonu.

– Na ziemię! – usłyszała ogłuszającą komendę wydaną przez głośnik na przedramieniu pancerza.

Zaraz potem spojrzała na wycelowaną w siebie broń. Popatrzyła w stronę kominka, gdzie wcześniej odłożyła pogrzebacz. Pomysł był raczej kuriozalny, bo cóż mogła zdziałać przeciwko pancerzowi odpornemu na dużego kalibru pociski. Do pomieszczenia wbiegł drugi komandos.

– Na ziemię! – krzyknął ponownie ten pierwszy.

Aleksandra zrobiła desperacki krok w stronę kominka i nagle zawirowało jej w oczach. Czuła, jak jakaś siła ciągnie ją w dół, w jakąś otchłań. Nie miała pojęcia, jak długo to trwało, ale pierwszym, co ujrzała, był sufit. Zaraz potem zobaczyła drzwi prowadzące na taras. „Zemdlałam”, przemknęło jej przez myśl. Odwróciła wzrok i dostrzegła stojącego nadal w tym samym miejscu komandosa. Mężczyzna obracał się w różne strony, szukając czegoś wzrokiem, to samo robił ten drugi. „No a co ze mną? Nikt nie zamierza mi pomóc”, przemknęła jej myśl.

– Hej?! Pomóż mi, człowieku – powiedziała, patrząc na niego.

Nie zareagował, a nawet wprost przeciwnie – obrócił się do tego drugiego i coś do niego mówił. Nie słyszała jednak, co, bo używali łączności radiowej.

– No co jest?! Naprawdę nikt nie zamierza mi pomóc?! – krzyknęła mocno poirytowana.

Żaden z nich nawet nie drgnął na jej słowa, ale ona usłyszała jakiś szum w uszach. Coś, jakby ktoś ją wołał. Wypowiadane słowa przypominały głos Leszka. Było to jednak odległe i bardzo niewyraźne. Nie patrząc na ryzyko związane ze starciem z komandosami, postanowiła poradzić sobie sama. Oparła się na ręce, a przynajmniej odniosła takie wrażenie, że to robi, i nic. „Cholera, co jest”, pomyślała. Spróbowała ponownie, lecz osiągnęła dokładnie to samo, czyli nic. Wpadła w panikę, że od upadku coś jej się stało.

– Do cholery, pomóżcie mi, bo nie mogę wstać! – krzyknęła bardzo głośno.

*

– Czyli mamy bardzo małe szanse, aby wrócić do domu. – Keetyko stała przed oknem wpatrzona w przestrzeń miasta w dole.

– Tego tak dokładnie jeszcze nie wiedzą… – przerwał mag.

Niemalże jednocześnie wyczuli słabą emanację magicznej mocy. Popatrzyli na siebie. Marlan odłożył trzymaną w ręce książkę i wtedy usłyszeli pukanie do drzwi.

– Wejść… Yy… proszę – poprawiła się adeptka.

Ten ktoś nacisnął klamkę i chwilę później ich oczom ukazał się potomek tych, którzy trafili tu wieki temu.

– Janusz – przypomniała sobie jego obce dla nich imię. – Co cię sprowadza?

– Nieźle już mówisz po polsku – pochwalił ją. – Wybaczcie mi tak wczesną porę…

– Dla nas nie jest aż tak wczesna – przerwała mu.

– Kiedy nie odpowiadałaś na pukanie do twojego pokoju, byłem przekonany, że właśnie tutaj cię znajdę – stwierdził.

– Ach. Nic nas nie łączy. – Uśmiechnęła się do niego szczerze.

– Nie myślałem o tym. Jesteście oboje w zupełnie obcym wam nie tylko kulturowo, ale i urbanistycznie…

– Janusz, proszę… daruj sobie te dodatki – wtrącił się Marlan. – Nawet bez tych zwrotów mam mętlik.

– Aa, przepraszam. Ktoś chciałby was poznać. To jest ktoś ważny – dodał.

– Więc chodźmy. – Mag wstał i sięgnął po swój miecz.

– Zdania nie zaczyna się… Przepraszam. Znów… aa… Tak. Chodźmy. Broń wam nie będzie potrzebna… bo pojedziemy samochodem z… eskortą, to znaczy ochroną – wyjaśnił.

– Po co nam eskorta? Oboje damy sobie radę bez tego. – Keetyko była zaskoczona.

– Tego wymaga… aa… etykieta – wybrnął.

– Aa. Etykieta. – Marlan kiwnął głową, odkładając miecz i ruszając w stronę drzwi.

Adeptka ostatni raz rzuciła okiem na panoramę miasta, po czym ruszyła za nimi. Na zewnątrz wsiedli do windy i ruszyli nią do góry.

– Jedziemy… dobre określenie? Jedziemy na dach – odgadła.

– Ym. Nie. Wyjeżdżamy na powierzchnię – wyjaśnił mężczyzna.

– Powierzchnię? Przecież… a ta… panorama? – Była zaskoczona.

– To tylko ekrany.

– Co? Jakie ekrany?

– Taka… nazwijmy to iluzja. Przekazują tylko obraz.

– Obraz? Janusz…

– Co mam ci powiedzieć? Za dużo do wyjaśniania jak na pierwszy raz. Mam propozycję. Obserwujcie, a zrozumiecie… jeżeli coś będzie… aa… trudne, to wyjaśnię – zaproponował.

Winda stanęła.

– Mam prośbę… Czy moglibyście stworzyć iluzję miejscowych ubrań na sobie? – zapytał Janusz.

– A po co? – zapytał Marlan.

– Wasz ubiór odbiega od standardów. Chodzi o dyskrecję.

– To aż tak ważne?

– W tej chwili tak. Zrób coś podobnego do mojego stroju – poprosił.

– Do twojego? A… – Spojrzał na Keetyko.

– Nikt nie zwróci na to szczególnej uwagi. To na krótki czas – wyjaśnił.

Marlan wypowiedział zaklęcie. Ich ubiór uległ zmianie.

– Dziękuję.

Mag nieznacznie wzruszył ramionami. Za drzwiami był spory hol, który pamiętali sprzed kilku dni. Mijali drzwi, z których nikt nie wychodził. Potem skręcili i doszli do jeszcze większego holu. Tu kręciło się całkiem sporo ludzi. Jedni wchodzili przez kilkoro obrotowych drzwi zrobionych tuż obok siebie, a inni przez nie wychodzili. Nikt nie zwracał na nich szczególnej uwagi. Przeszli przez drzwi. Przy chodniku stały trzy minivany. We troje wsiedli do środkowego. Samochody kolejno ruszyły. Na ich szyby spadły pierwsze krople deszczu.