44,90 zł
Drugie śledztwo kapitana Maurycego Jakubowskiego
Kryminał noir autora nominowanego do Nike za Krzywdę
Kolejny, po nominowanym do Nagrody Wielkiego Kalibru Synu bagien, wciągający kryminał Pawła Rzewuskiego – historyka, który uwielbia mrożące krew w żyłach opowieści.
Województwo lwowskie, rok przed wojną. Sytuacja w Europie jest napięta, a Polska śni o mocarstwowości. W Truskawcu, najważniejszym uzdrowisku II Rzeczpospolitej, znikają dwie dziewczynki – córki inżyniera z rafinerii Naftpol. Na miejsce zostaje wysłany oficer wywiadu wojskowego Maurycy Jakubowski. Rychło okazuje się, że pod powierzchnią luksusowego kurortu kryją się mroczne tajemnice – przemoc, rodzinne waśnie, podejrzane kluby nocne, tuszowanie niewygodnych spraw. Do tego Truskawiec znajduje się w cieniu dwóch miast fabrycznych – Borysławia i Drohobycza. Piękni i bogaci pensjonariusze nie wiedzą, co dzieje się kilkadziesiąt kilometrów od ich miejsca odpoczynku: o biedzie, wyzysku, niepokojach społecznych i narastającym konflikcie z mniejszością ukraińską. Ojciec dziewczynek to znany społecznik, działacz na rzecz dialogu z mniejszością ukraińską. Czy ma to związek z zaginięciem jego córek? I jak sprawa z Truskawca wiąże się z zabijanymi brutalnie od kilku lat kobietami w przemysłowym Borysławiu?
Słoneczny Truskawiec, z eleganckimi willami, okazuje się miejscem bardziej przerażającym niż zatopiony w biedzie i wyzysku Borysław. Agenci będą musieli zmierzyć się z pytaniem, kto i dlaczego zabija. A Jakubowski zagłębi się w świat brudnych interesów naftowych, etnicznych waśni i politycznych wpływów.
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:
Liczba stron: 491
Opieka redakcyjna: ANNA MICHALIK
Redakcja: JOANNA ZABOROWSKA
Korekta: EWA KOCHANOWICZ, ANNA POINC-CHRABĄSZCZ, MARIA ROLA
Projekt okładki i stron tytułowych: ROBERT KLEEMANN
Skład i łamanie: JACEK DROBNIAK
Redakcja techniczna: ROBERT GĘBUŚ
© Copyright by Wydawnictwo Literackie, 2026
Wydanie pierwsze
ISBN 978-83-08-09392-4
Wydawnictwo Literackie Sp. z o.o. ul. Długa 1, 31-147 Kraków bezpłatna linia telefoniczna: 800 42 10 40 księgarnia internetowa: www.wydawnictwoliterackie.pl e-mail: [email protected] tel. (+48 12) 619 27 70
Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.
Ten e-book jest zgodny z wymogami Europejskiego Aktu o Dostępności (EAA).
Wydawca zakazuje eksploatacji tekstów i danych (TDM), szkolenia technologii lub systemów sztucznej inteligencji w odniesieniu do wszelkich materiałów znajdujących się w niniejszej publikacji, w całości i w częściach, niezależnie od formy jej udostępnienia (art. 26 [3] ust. 1 i 2 ustawy z dnia 4 lutego 1994 r. o prawie autorskim i prawach pokrewnych [tj. Dz.U. z 2025 r. poz. 24 z późn. zm.]).
28 lipca 1938
Bufet Sztabu Generalnego Wojska Polskiego. Zimna, minimalistyczna przestrzeń, w której nad wszystkim, wszechobecny niczym orzeł biały, wisi Rydz-Śmigły. Czuwa nad nami, spoglądając bacznym wzrokiem, z jedną brwią uniesioną. I na mnie patrzy swoim gospodarskim okiem, ale nie czuję się ani trochę spokojniejszy czy bezpieczniejszy.
Ja zaś staram się złapać nikłą chwilę wytchnienia w nawale pracy, gdzieś między raportem a raportem, między analizą a prasówką z tego, jak świat pomału rozpada się na naszych oczach.
Kawa Pluto i sernik od Wedla sprowadzany specjalnie dla pracowników ministerstwa, aby nas, trybiki w maszynie, zmotywować do skuteczniejszego działania. Za emaliowaną ladą bufetowa, pani Halina, z trwałą ondulacją i dobrotliwym wzrokiem, wszechwładna i wszechmocna królowa tego miejsca, z którą każdy musi się ułożyć i której wyborom każdy musi się podporządkować, posyła mi uśmiech.
– Pan bez cukru? – pyta, kiedy mieszam kawę.
– Szkodzi mi. Usypia. – Uśmiecham się wymijająco. – Zresztą – wskazuję na sernik – to wystarczy.
– A podobno krzepi... – mruczy pod nosem, skonsternowana.
Nie będzie mi dane zjeść, przechodzi mi przez myśl, kiedy zbliża się do mnie jeden z adiutantów pułkownika Mayera. Bystrooki młodzieniec z dopiero co wyrosłym wąsem. Bardzo poważnie traktujący swoją misję. Też kiedyś taki byłem, ale teraz jestem Marlowem, który wrócił z Konga do Londynu i chociaż znajduje się na świeczniku, to jego prywatny świat się rozpadł.
– Przepraszam, kapitanie. – Strzela obcasami, huk niczym salwa armatnia niesie się po pustym o tej godzinie bufecie. – Pułkownik Mayer pilnie wzywa pana kapitana.
Spoglądam tęsknie na sernik i wtedy pani Halina przychodzi z odsieczą.
– Zapakuję i prześlę do pana gabinetu. – Uśmiecha się promiennie, a ja ruszam za adiutantem.
Sztab Generalny jest labiryntem pełnym sekretnych i ciasnych korytarzy, barokową konstrukcją zasklepioną w modernistycznej formie. Co rusz przerabianą, unowocześnianą, przy czym każda epoka przyniosła nowe zmiany, nowe rozwiązania, nie zawsze spójne ze sobą. Niejeden nieznający się na topografii Sztabu natrafiał na ślepe korytarze czy klatki schodowe prowadzące tylko na półpiętra albo wchodził do miejsc, w których nie powinien się znaleźć, i z irytacją był z nich wypraszany. Ja jednak znam Sztab, może nie cały, ale na tyle, aby przemierzywszy w spokoju ducha korytarze wyłożone skrzypiącym parkietem, pełne zamkniętych na głucho drzwi, dotrzeć do tych właściwych, z miedzianą tabliczką.
– Melduję się na rozkaz – witam się z zebranymi.
Nad nimi orzeł biały i ponownie Rydz-Śmigły w garniturze orderów. A poniżej orła i Marszałka zebrani: Feliks Ankerstein, major, oraz Stanisław Orłowski, także major. Oraz mój szef, pułkownik Mayer. Ankerstein ze swoim ciężkim spojrzeniem wygląda raczej jak leniwy bankier niż wysokiej szarży oficer, a jest przecież człowiekiem o potężnych wpływach. Orłowski, tyczkowaty, o nieco pociągłej twarzy z zakolami, już bardziej przypomina szpiega albo jego stereotypowe wyobrażenie, chociaż wciąż przywodzi na myśl prędzej urzędnika, na przykład referatu poczt i telegrafów. Usta lekko wykrzywione w podkowę świadczą o tym, że uśmiech bardzo rzadko gości na jego obliczu.
– Usiądźcie, kapitanie. – Mayer wskazuje mi wolny fotel przy jasnym stoliku kawowym. – Nie owijając w bawełnę, na wstępie muszę powiedzieć, że wszystko, co usłyszycie, nie może wyjść poza ściany tego pokoju.
– Tak jest. – Kiwam głową automatycznie i zajmuję wskazane miejsce.
Zapadam się w skórzanym fotelu, umysł zaś próbuje zrozumieć, z czym będzie miał do czynienia, plączą się kolejne sprzeczne myśli. Tymczasem Mayer milczy, milczą też pozostali, tylko stukają łyżeczkami o filiżanki.
– Panie kapitanie – zwraca się do mnie bezpośrednio major Orłowski. – Wiele dobrego słyszeliśmy o panu. Tak. Wiele dobrego. Ta sprawa z wojewodą Biernackim, zaimponował nam pan.
Kiwam głową nieznacznie, wyczuwając podstęp – to zawsze tak się zaczyna, od pochlebstw, miłych słówek, a potem zostaje się wysłanym gdzieś na koniec Rzeczypospolitej. Do jakiejś zapadłej krainy albo na bagna. Na co, Bogiem a prawdą, po prostu liczę.
– Tak. Tak – kontynuuje Orłowski. – Zeszłoroczna sprawa zrobiła na nas olbrzymie wrażenie. Była zresztą szeroko komentowana w najwyższych kręgach. Tak.
Nic nie mówię, bo i po co. Po sprawie Polesia, w której okazało się, że nielubiany w warszawskim światku Wacław Kostek-Biernacki był zamieszany w serię zbrodni, a ja znalazłem morderców Adama Staffa i powstrzymałem oszalałego Zbynia Pawłowicza, stałem się osobą rozpoznawalną, o tym już wiem. Otrzymałem odpowiednie odznaczenie z rąk samego Rydza-Śmigłego, na korytarzach mi się kłaniano. A teraz wygląda na to, że moje nazwisko z kategorii „jednego z” przeszło do kategorii „tych”. Tych, którzy coś w ministerstwie znaczą. Tylko nie byłem gotowy na cenę.
– W każdym razie... – Orłowski przerywa, kiedy adiutant przynosi zamówione dla mnie kawę i serniczek z bufetu. Czeka, aż postawi pozłacaną tacę i odmelduje się. – Jest sytuacja, która wymaga szczególnej delikatności i umiejętności.
– Rozumiem. – Nieznacznie zaciskam pięść, bo przenika ją ból znany mi aż za dobrze. Jedna z licznych pamiątek po Polesiu. Powraca co jakiś czas niczym zły sen. Złe sny zresztą też powracają, demony przeszłości. – Czego będzie dotyczyło moje zadanie? – Odrzucam złe myśli i wbijam wzrok w majora.
– Dobrze – rozpoczyna Mayer. – Sytuacja jest napięta, ale to panowie wiedzą. Wszystko wskazuje na to, że Niemcy niebawem sięgną po Czechosłowację. A Francja i Anglia...
– Dokumenty sygnowane przez Francję i Anglię nie będą stanowiły problemu dla rządu w Berlinie – wtrąca ospałym tonem major Ankerstein. – Decyzją ministra Becka jest osiągnięcie przy tym również naszych celów.
Milczę, chociaż wiem, o co może chodzić. Ten nieszczęsny skrawek ziemi od dawna był solą w oku Rzeczypospolitej. Osobiście uważam, że to błąd. Ale cóż znaczy stanowisko kapitana Maurycego Jakubowskiego?
– Zaolzie? – mówię znad kubka kawy.
– Tak. Aneks z naszej strony będzie miał dwa wymiary. Pierwszym jest odzyskanie Zaolzia, jak pan rozumie, jest to dla nas konieczność dziejowa, aby ziemia zaolziańska trafiła do macierzy.
– A drugi wymiar? – drążę, patrząc w ospałe oczy majora.
– Dobrze, że pan pyta – odzywa się tym razem Orłowski, tryskający energią, jakby wypił nie jedną, ale trzy albo cztery filiżanki kawy Pluto. – Druga sprawa dotyczy Rusi Zakarpackiej. Mówiąc skrótowo i nie zamęczając pana szczegółami technicznymi, których nie musi pan znać, szykowana jest akcja dywersyjna na tym terenie, chcemy zdestabilizować go tak, aby Węgrzy mogli go w miarę bezboleśnie przejąć – wyrzuca niczym z karabinu. – No a przecież, jak pan wie, ukraiński terror przycichł, ale nie wymarł. A teraz dochodzi też kwestia rocznicy chrztu Rusi, mogą być na tym tle jakieś ruchy, mamy pewne przesłanki. W każdym razie potrzebujemy na tym odcinku spokoju.
– Dzięki czemu będziemy mieli z Węgrami granicę, chyba zrozumiałe jest, jak to ważne, aby mieć wspólną granicę z sojusznikiem – podsumowuję niejako mimochodem, zapatrzony w portret Marszałka nad głową mojego zwierzchnika, walcząc z uporczywą myślą, która nagle rozbłysła mi w głowie, że podobnie jak Hitler jest Rydz-Śmigły malarzem, a do tego przypomina Mussoliniego. Dokonaliśmy jakiejś syntezy nazistowsko-faszystowskiej.
– Tak. Dokładnie. Ale to w rzeczywistości nie jest ważne. Szczegóły operacji też nie są dla pana istotne, bo nie to będzie pana zmartwieniem. Kluczowe jest to, co się dzieje w tej chwili w województwie lwowskim. A co może, ale nie musi mieć związku z operacją.
– Zamieniam się w takim razie w słuch – mówię, czując, jak kłuje mnie raniona ręka. Jak pulsuje w niej ból. Jednostajny. Miarowy. Tępy.
– W Truskawcu dwa tygodnie temu zaginęły dwie siostry – informuje Orłowski beznamiętnym, wypranym z emocji tonem.
– Zaginęły?
Nie zdradzam się z myślą, że to chyba sprawa dla policji kryminalnej, a nie dla nas, tylko milczę, patrząc na zebranych.
– Zaginęły panienki Stasia i Janeczka Opolskie – kontynuuje tak samo beznamiętnie major. – To córki Edwarda Opolskiego, inżyniera, porucznika rezerwy, pracownika firmy Naftpol. No i człowieka o jednoznacznie proukraińskich poglądach, pragnącego dialogu i osłabienia nacjonalizmu ukraińskiego. Szczerego prometejczyka – wypowiada te słowa bez entuzjazmu. – Można powiedzieć, że Opolski jest takim Henrykiem Józewskim województwa lwowskiego.
A to ciekawe, myślę, bo przecież miłościwie nam panujący Obóz Zjednoczenia Narodowego nie kwapi się do wspierania dialogu. A tutaj taki zwrot akcji.
– Do tego – kontynuuje Orłowski – inżynier Opolski blisko z nami współpracuje.
– Co znaczy blisko?
Patrzę w oczy Orłowskiemu. Ten nie mrugnie, nie skrzywi się, tylko odpowiada spojrzeniem zimnych, stalowych oczu. A ja już wiem, o co chodzi. Znowu jakiś dawny układ, niejasny interes czwartej brygady.
– Bardzo blisko. Opolski jest pod wieloma względami osobą dla nas kluczową. Tuszę, że to wystarczy za rekomendację?
Kiwam głową na znak, że rozumiem.
– Wszystko znajdziecie w teczce, kapitanie – zwraca się do mnie Mayer. – Sama sprawa Opolskiego i zaginięcia jego córek nie byłaby aż tak istotna i interesująca z naszej perspektywy. Może nawet uznalibyśmy ją za przypadek, ku czemu mamy pewne dane...
Unoszę brwi, bo wiem już, że zaraz będzie ciekawie.
– ...gdyby nie jeden fakt. Kilka tygodni temu przechwyciliśmy pewnego człowieka. Kogo dokładnie, to akurat mało istotne. Ważne, że z jego zeznań wynika, że na terenie Borysławia, Drohobycza i Truskawca działa agent.
– Agent? Czyj agent? – Tym razem nie kryję już zainteresowania, niczym pies, który zwęszył trop.
– Tego właśnie nie możemy ustalić, świadek nie był nazbyt współpracujący ani zbyt dobrze poinformowany.
Już ja wiem, co to znaczy, myśli same się składają: Bereza, Biernacki i jakiś maltretowany więzień, którego tak pobito, że powiedziałby, iż jego brat nosił teczkę za ludowym komisarzem Jeżowem. Mój entuzjazm nieco opada.
– Wiadomo, że agent, który ma za zadanie destabilizować sytuację – kontynuuje Mayer. – Szkodnik, mówiąc wprost. I tego szkodnika musimy znaleźć.
– A co to ma wspólnego z zaginięciem sióstr Opolskich?
– No właśnie. – Pułkownik składa dłonie w piramidkę, wygląda teraz jak jakiś pradawny mędrzec. – Próbujemy ustalić, czy to przypadek, czy może stoi za tym ów agent, bo inżynier dostał list z poleceniem, że ma porzucić swoją pracę. Ale nie doprecyzowano którą. – Mój szef przerywa na chwilę. – A do tego dochodzi sprawa śmierci niejakiej Katarzyny Maciąg w Borysławiu.
– Rozumiem, że ma to jakiś związek?
– Może mieć, ale nie wiadomo – odzywa się Ankerstein. – Znaleziono ją zgwałconą i zamordowaną w czerwcu tego roku – oświadcza takim tonem, jakby relacjonował wydatki ministerstwa na herbatę w roku prosperity, a nie brutalną zbrodnię.
– Jak wskazują raporty, wśród części polskiej społeczności pojawiają się głosy, że za jej śmierć odpowiadają ukraińscy nacjonaliści – wtrąca Orłowski. – A to może mieć już powiązanie z Opolskim i jego działalnością.
Zamykam oczy, tylko na chwilę, aby pomyśleć, że zaraz trafię w jakiś narodowościowo-ideologiczny kocioł, pełen sprzecznych interesów oraz partyjnych układanek. Przełykam ślinę, biorę łyk kawy i zjadam kawałek sernika, który nie smakuje już tak dobrze jak przedtem.
– Ukraińska Organizacja Wojskowa chyba nie jest aż tak silna na terenie lwowskiego, to nie stanisławowskie.
– Podzielamy tę opinię, uważamy, że to ślepy trop. Ale są... – Orłowski szuka słowa – są osoby nie do końca przekonane, że między tymi sprawami nie ma powiązań. – Łączy palce w zabawnej pantomimie. – A raczej chcą mieć pewność, że tak nie jest. A Opolski jest, kim jest.
Nic nie mówię, za to wyłapuję pełne zrozumienia spojrzenie Mayera: „Czy wiesz, rozumiesz, co zrobisz?”.
– W każdym razie pana zadaniem – kontynuuje Orłowski – jest pojechać do Truskawca, znaleźć szkodnika, o ile taki w ogóle istnieje, i wyjaśnić sprawę zaginięcia sióstr Opolskich. Przede wszystkim wskazać, czy ma ona coś wspólnego z nami, czy nie. Możliwe, że ktoś chce w ten sposób zdestabilizować naszą sprawę, a możliwe, że to wszystko przypadek – mówi przez zęby, jakby cedził słowa. – Powodzenia.
Odprawa zakończona. Szuranie krzesłami, powolne wstawanie, tylko Mayer kiwa na mnie, abym jeszcze na chwilę został.
– Wyjeżdżasz jutro – oświadcza głośno, tak by słyszeli go wychodzący już Ankerstein i Orłowski. Odprowadza mnie do drzwi gabinetu i szepcze na ucho: – Przyjdź za dwa kwadranse.
Z teczką pod pachą przemierzam gmach ministerstwa, wracając prosto do swojego gabinetu. Na ciągnących się w nieskończoność długich i zimnych korytarzach mijam gabloty pełne ogłoszeń i plakatów chwalących moc i potęgę Rzeczypospolitej. Czuję dreszcz podniecenia. Nagle budzi się we mnie życie, jakby iskierka, która wyrywa mnie ze snu. Czuję, że zacznie się dziać coś interesującego, że w zaginięciu dwóch dziewczynek jest jakieś drugie dno. I że wreszcie uwolnię się od biurka, od tego miasta.
Próbowałem. Próbowałem po powrocie z Polesia udawać, że lubię mieszczańskie życie, herbatki u teściów w willi w Komorowie albo niedzielne obiady na mieście. Grałem tę farsę przed Agatą. Ale to się w końcu wyczerpało. Za bardzo ciągnęło mnie na wschód. Może i w ręce rwie ból, może i w nocy budzę się niekiedy z przerażającym poczuciem, że biegnę przez mokradła, które mnie pochłaniają, ale tak naprawdę chcę wrócić, wyrwać się z dusznej atmosfery Warszawy, betonowe bagno przemienić na bagna prawdziwe. Co prawda tym razem na autentyczne bagna się nie zanosi, ale przynajmniej będą rubieże. Czuję podniecenie pod skórą, jak po kokainie.
Siadam za biurkiem i z sercem bijącym coraz mocniej z ekscytacji otwieram teczkę. Znajduję w niej kilka raportów i zdjęć z miejsca, w którym zniknęły dziewczęta. Zagłębiam się w dokumenty i zaczynam rozumieć, że sprawa może mieć nie tylko drugie, ale nawet trzecie albo i czwarte dno. Czytam niewyraźny maszynopis, kopię akt nadesłanych prosto z Truskawca.
14 lipca w godzinach przedpołudniowych Janina Opolska, lat 16, i jej starsza siostra Stanisława, lat 17, w towarzystwie bony Merry Milies – kto w tych czasach jeszcze bony trzyma, myślę, dając znak zapytania na marginesie – udały się do Parku Zdrojowego, gdzie miały oddać się lekturze. – Szarpię w zamyśleniu wąs. Mamy lata trzydzieste, rozumiem, że dziewczęta z dobrego domu, ale to już prawie dorosłe kobiety – i w towarzystwie bony? Czytam dalej, bawiąc się ołówkiem: – Do parku dotarły o godzinie dwunastej, gdzie usiadły nieopodal Źródła „Józef”. Tam też spożyły razem z panną Milies przyniesione z domu ciastka wraz z herbatą. Po tym, jak zeznała M. Milies, sen ją nagły zmógł. Kiedy przebudziła się, skonstatowała, że minęły co najmniej dwie godziny – tak bowiem wskazywał jej zegarek kieszonkowy – oraz, co ważniejsze, że nie ma dziewcząt. Przerażona tym faktem, zaalarmowała pobliskiego posterunkowego Jakuba Suflika. Ten początkowo próbował uspokoić kobietę – co, jak mi się zdaje, jest dosyć logiczne, jeśli wziąć pod uwagę, że mamy do czynienia z dwiema pannicami, myślę, stukając leniwie w papiery ołówkiem kopiowym – mówiąc, że pewnie poszły oglądać mecz tenisa. Na który, jak się okazało, iść miały, ale nie dostały pozwolenia ze strony rodziców. Nie zaprzestano jednak poszukiwań. O godzinie siedemnastej miano już pewność, że panienek nigdzie nie ma na terenie uzdrowiska, i rozpoczęto poszukiwania na szeroką skalę, które jednak również nie przyniosły rezultatu. Dziewczęta po raz ostatni widziano w parku, potem nikt w całym Truskawcu ich nie widział.
W toku czynności śledczych przesłuchano pannę M. Milies, która twierdziła, że musiała zostać uśpiona, nigdy bowiem nie było takich sytuacji. Termosu z herbatą, podobnie jak torby z ciastkami, nie odnaleziono.
Kartkuję dalej, zagłębiam się w informacje o starej pannie M. Milies, z pochodzenia Angielce, którą rodzina Opolskich wynajęła do opieki nad dziewczętami oraz nauczania języków angielskiego i francuskiego. Bona zajmuje się również młodszym rodzeństwem panienek, bliźniętami Ryszardem i Marysią, lat siedem. O samych zaginionych niewiele się dowiedziałem z akt – prócz tego, że mogłem podziwiać ich zdjęcia szkolne, z których patrzyły na mnie dwie nad wiek rozwinięte pannice. Obydwie o hardym spojrzeniu niepozbawionym pewnej zalotności, charakterystycznej dla dziewcząt, które odkrywają, że stają się kobietami i jaka się z tym łączy władza. Ponadto jeszcze jedno: siostry nie są rodzonymi dziećmi inżyniera Opolskiego, tylko inżynierowej z pierwszego małżeństwa. Inżynier ma zaś z pierwszego związku małżeńskiego syna Amadeusza, lat dwadzieścia siedem. Tylko unoszę brwi, czytając jego dossier.
Ale w aktach jest więcej rzeczy, w tym kopia listu, który otrzymał Opolski.
Przestań czynić zło, a odzyskasz dzieci.
Lachu, jak bratać się, to tylko szczerze
– napisał ktoś dosyć niewprawną ręką. Ale poprawnie, bez błędów i zarazem bez podpisu. Jakie zło? Przeciw komu?
Do tego dossier samego inżyniera, grube dossier. Ktoś wykonał ogrom pracy, zbierając wiele danych. Z dokumentów wyłania się obraz człowieka arcyważnego i dobrze umocowanego, który zna kogo trzeba: Marszałka, prezydenta, premiera, ministrów, arcybiskupa. Człowieka o wybitnych zasługach dla nauki, z tytułami profesorskimi i licznymi patentami na koncie. Chluba narodu, chciałoby się rzec, postać sławna niemalże jak Czochralski, tyle że ja nigdy nie słyszałem o Opolskim – a nie słyszałem, bo jego sława pozostaje sławą cichą, dla wtajemniczonych. A do tego jest związany z tematami ukraińskimi, znał się z Hołówką i Piernackim, z Iwanem Babijem, kolegą ze szkolnej ławy, z Sydorem Twerdochlibem, no i z wojewodą Józewskim. Obraz wyłania mi się pomału coraz szerszy, co nie znaczy, że wyraźniejszy. Bo zło mógł czynić, w zależności od interpretacji, na wiele sposobów.
Jest i drugi raport, o śmierci Katarzyny Maciąg, sięgam po niego.
Lat trzydzieści cztery, żona urzędnika magistratu w Borysławiu. Wyszła z domu 3 czerwca 1938 roku. Mężowi powiedziała, że idzie do kościoła się pomodlić, i nie wróciła. Jej ciało znaleziono tydzień później, daleko od domu i kościoła, za to blisko cerkwi. Zgodnie z raportem lekarza Katarzyna Maciąg została zgwałcona, bito ją, duszono i torturowano. Samą przyczyną śmierci było przerwanie rdzenia kręgowego po tym, jak w potylicę został wbity długi gwóźdź, jakiego używa się na przykład w tartakach albo przy budowie mostów. Przeglądam dalej papiery i dokumentację medyczną, zdjęcia ofiary i miejsca znalezienia zwłok – bagnistej uliczki gdzieś na peryferiach Borysławia, fotografie gwoździa wyciągniętego z głowy – długiego bretnala. Czytam szczegółowy opis obrażeń i tortur, jakim poddano ofiarę. Wreszcie raport, że przy ciele znaleziono i aresztowano niejakiego Georga Szkodniczka. Szkodniczek miał przy sobie ciężki młot oraz takie same gwoździe jak ten znaleziony w głowie ofiary. A do tego siedział nad ciałem i płakał. Właśnie w takim stanie znalazł go pop z pobliskiej cerkwi, a zaraz potem idący na swoją zmianę górnicy.
Zamykam teczkę i ruszam krętym labiryntem ku gabinetowi pułkownika.
Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki
