Ebook dostępny w abonamencie bez dopłat od 28.04.2026
Oferta wyłącznie dla osób z aktywnym abonamentem Legimi. Uzyskujesz dostęp do książki na czas opłacania subskrypcji.
14,99 zł
Ćpun to surowa, przejmująca, autobiograficzna relacja z amerykańskiego powojennego podziemia, bezpośrednia kronika życia na marginesie: William Lee prowadzi czytelnika przez szpitalne odwyki i czarne rynki Nowego Jorku, Nowego Orleanu i Meksyku, gdzie, jako heroinista i homoseksualista, opisuje własne doświadczenia z bezlitosną szczerością i antropologiczną precyzją. Surowy, niemal reporterski styl, slang i brak upiększeń tworzą portret uzależnienia jako mechanizmu przetrwania i autodestrukcji. To klasyk amerykańskiej literatury kontrkulturowej, który demitologizuje narkotyczny „romans” i pokazuje jego realną cenę.
„Głos Burroughsa jest mocny, szyderczy, twórczy, swobodny, zabawny, poważny, poetycki, niezaprzeczalnie amerykański” Joan Didion
„Najważniejszy pisarz jaki pojawił się od zakończenia II wojny światowej… Za wizjonerską moc i poczucie humoru cenię Burroughsa bardziej niż jakiegokolwiek żyjącego autora i większość tych, którzy już nie żyją” J. G. Ballard
Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:
Liczba stron: 214
Rok wydania: 2026
Tytuł oryginalny:
JUNKY
Copyright © William S. Burroughs, 1953
Copyright © by Grupa Wydawnicza FILIA, 2026
Wszelkie prawa zastrzeżone.
Żaden z fragmentów tej książki nie może być publikowany w jakiejkolwiek formie bez wcześniejszej pisemnej zgody Wydawcy. Dotyczy to także fotokopii i mikrofilmów oraz rozpowszechniania za pośrednictwem nośników elektronicznych.
Wydanie I, Poznań 2026
Wydawczyni: Monika Długa
Projekt okładki: Karol Radziszewski, Anna Pol
Redakcja: Hanna Trubicka
Korekta: Olga Smolec-Kmoch, Jarosław Lipski
Skład i łamanie: Dariusz Nowacki
PR & marketing: Jagoda Świegot
Książka pod patronatem Booklips.pl
ISBN: 978-83-8441-012-7
Grupa Wydawnicza Filia sp. z o.o.
ul. Kleeberga 2
61-615 Poznań
wydawnictwofilia.pl
Pierwsze wydanie Ćpuna wydrukowano w maju 1953 roku w stu tysiącach egzemplarzy. Takie nakłady były normą dla Ace Books, specjalistów od taniej, kiczowatej pulpy. Książka kosztowała trzydzieści pięć centów, opatrzona była podtytułem Wyznania zatwardziałego narkomana oraz krzykliwą okładką, na której modnie ostrzyżony twardziel przydusza ponętną blondynkę tuż obok stolika z heroinowymi utensyliami. Publikację załatwił Allen Ginsberg, który zakolegował się z redaktorem Ace Books, Carlem Solomonem, gdy obaj przebywali na oddziale psychiatrycznym.
W ówczesnej Ameryce „wojna przeciwko narkotykom” trwała w najlepsze, wydawca wietrzył interes w skandalicznej treści, ale równocześnie bał się reakcji stróżów prawa i moralności. Sam autor zdecydował się firmować swą debiutancką, napisaną w pierwszej osobie powieść pseudonimem, zaczerpniętym z panieńskiego nazwiska matki, William Lee. Wydawnictwo ocenzurowało tekst, dodało prawomyślne przypisy i wstęp głoszący, iż „Nie było dotąd wyznania przestępcy lepiej przemyślanego, żeby zniechęcić do naśladownictwa żądną wrażeń młodzież”, co więcej, opublikowało go w jednym tomie wraz ze wspomnieniami policjanta z wydziału narkotyków. Wspomnienia nosiły tytuł Narcotic Agent i miały stanowić przeciwwagę dla Ćpuna. Lee bowiem niczego nie żałował, nie kajał się, nie rozpaczał, nie pozwalał, by przyszpilić go diagnozą z dziedziny patopsychologii czy też sprowadzić do statusu przestępcy. A w dodatku lubił czarny humor. Deklarował, że po prostu trzyma się faktów.
„Słyszę w kółko od tych półgłówków psychiatrów: »Panie Lee, do czego panu są właściwie potrzebne narkotyki?«. Odpowiedź brzmi nieodmiennie: »Do tego, żeby wstać z łóżka, ogolić się i zjeść śniadanie. Są mi niezbędne do życia«”.
Dopiero w 1977 roku ukazało się pierwsze amerykańskie autoryzowane wydanie Ćpuna pod nazwiskiem Williama S. Burroughsa, uzupełnione o wycięte fragmenty i pozbawione przypisów. Przedmowę napisał Ginsberg. „Z pewnością książki te wskazywały, że jesteśmy właśnie w samym środku kryzysu tożsamości, zwiastującego nerwowe załamanie całych Stanów Zjednoczonych” – oznajmiał, mając na myśli, obok Ćpuna, W drodze Jacka Kerouaca i swój poemat Skowyt, pozycje uznawane dziś za absolutny kanon literatury beat generation.
14 sierpnia 1945 roku Amerykanie wyszli na ulicę, by świętować dzień zwycięstwa. W Nowym Jorku Kerouac chciał skorzystać z okazji, aby poderwać jakąś dziewczynę. Zabrał ze sobą Burroughsa i gorzko tego pożałował. Twierdził potem, że to przez niego nie zrealizował swych planów, bo ten wyglądał jak „chargé d’affaires de l’enfer” i odstraszał towarzystwo. Pierwszy biograf pisarza, Ted Morgan, przytaczając tę anegdotę, komentuje, że Burroughs przeżywał zniszczenie Hiroszimy i Nagasaki. Cóż znaczył koniec II wojny światowej, skoro wybuch bomby atomowej był dla niego jak koniec świata?
Burroughs był już po trzydziestce, dziewięć lat wcześniej skończył studia na Harvardzie i wciąż nie wiedział, co ze sobą zrobić. Wspominał, że na uczelni miał tylko jeden wybór: zostać członkiem establishmentu albo marksistą. Żadna z tych opcji mu nie pasowała. Poddawał się psychoanalizie, próbował różnych terapii. Równocześnie fascynował go kryminalny półświatek. Życie niebezpieczne i przegrane pociągało Burroughsa jako ucieczka z uporządkowanego świata klasy średniej, do którego nie przystawał i którego nienawidził. Twierdził, że jedyni żywi w systemie to ci, którzy muszą walczyć o przetrwanie.
W Nowym Jorku, gdzie sprowadził się w 1943 roku, upodobał sobie obszar Czterdziestej Drugiej Ulicy i Times Square, pełen szemranych barów, gdzie kupowało się seks i narkotyki, a złodzieje dogadywali się z paserami. Burroughs zaczął tam bywać w towarzystwie Ginsberga i Kerouaca, których zapoznał właśnie wtedy za pośrednictwem znajomych z kręgu Columbia University. Wchodzili w ten świat niczym antropolodzy podczas badań terenowych. Ginsberg i Kerouac zatrzymali się tuż za progiem, Burroughs miał weń zanurkować.
Szczególnie zaintrygował ich Herbert Huncke, o rok starszy od Burroughsa gej i heroinista, który żył w drodze od dwunastego roku życia, imając się kradzieży, dilerki i seksworkingu. Walka o przetrwanie czyniła z niego archetyp hipstera, którego opisał Norman Mailer w głośnym eseju White Negro: „raczej wektor sił niż statyczny charakter”. Był też gawędziarzem czarującym iście pikarejskimi anegdotami opowiadanymi ulicznym slangiem. To u Huncke’go usłyszeli słowo „beat”, „I’m beat”, co w jego ustach znaczyło „jestem wykończony”. Stało się ono hasłem rozpoznawczym całej generacji, której nie przekonywała wizja powojennej amerykańskiej prosperity.
Burroughs pomieszkiwał wtedy przy 419 West 115th Street, razem z Ginsbergiem, Kerouakiem, jego dziewczyną Edie Parker i Joan Vollmer, która wynajmowała mieszkanie. Przyjaciele wspominali, że był nieśmiały, melancholijny, delikatny i kruchy, wedle słów Ginsberga: „słodki i smutny jak mały chłopiec”. Choć deklarował się jako gej, skojarzyli go z Vollmer w parę, twierdząc, że łączy ich błyskotliwa inteligencja i sarkastyczne poczucie humoru. Całe towarzystwo żyło jak w gorączce, rozpalał ich seks, speedujące narkotyki, intelektualne dyskusje, wspólnie odgrywane psychodramy i kontakty z ludźmi z marginesu.
Adres 419 West 115th Street przeszedł do historii jako wylęgarnia literatury beat. Burroughs bywa wymieniany jako jej reprezentant, a przecież, starszy od Ginsberga o lat dwanaście, a od Kerouaca o lat osiem, był w tym gronie właściwie mentorem. Raczył chłopaków wytycznymi z pism swoich ulubionych myślicieli: Korzybskiego, Spenglera, Reicha; jako lekturę obowiązkową wskazywał Rimbauda, Kafkę, Céline’a.
Kerouac we W drodze portretuje go pod szamańskim imieniem Starego Byka Lee: „Był nauczycielem, można by też dodać, że miał wszelkie prawo uczyć innych, bo cały swój czas poświęcał nauce; a uczył czegoś, co nazywał »faktami życia«, których nauczył się nie tylko z konieczności, ale również z własnej woli”.
Jakież to były fakty życia? Zdaniem Ginsberga Burroughs oderwał ich od egzaltowanych rojeń i skonfrontował z rzeczywistością. Potrafił przenicowywać każdą ideę, wychwytywać niekonsekwencje wywodu i wygrywać niuanse języka, dociekając, co tak właściwie kryje się za konkretnymi słowami.
Inspiracje działały w obie strony, choć Ginsberg odrzucił jego zabiegi miłosne, młodzieńcy obdarzali go energią i entuzjazmem, a przede wszystkim zagrzewali do pisania. W 1945 roku Kerouac namówił Burroughsa, aby napisali w duecie powieść przetwarzającą autentyczną historię zabójstwa, które wydarzyło się w ich zaprzyjaźnionym gronie. Rzecz zatytułowana A hipopotamy żywcem się ugotowały ukazała się dopiero w 2008 roku. W 2013 roku miała miejsce premiera filmu Johna Krokidasa, Kill Your Darlings, opowiadającego o okolicznościach tamtego morderstwa.
Dla Burroughsa przełomową konfrontacją z nieubłaganym wymiarem faktów stał się opiatowy nałóg. Erudyta z Harvardu miał za sobą lekturę Wyznań angielskiego opiumisty De Quincey’a i Opium Cocteau, daleki był jednak od romantycznej ekscytacji hajem. Obserwował postępowanie nałogu z naukowym dystansem i chłodem. „Zanim użyłem heroiny, co zdarzyło się, nim zacząłem pisać, nigdy nie próbowałem pracować nad moim własnym systemem przekonań i pod tym względem było to rozstrzygające. Zacząłem przyglądać się sobie uważniej”, wspominał Burroughs po latach.
Pierwsza dawka opiatów, po której popadł w nałóg, pochodziła z zastrzyków z morfiną skradzionych z szalupy ratunkowej okrętu marynarki wojennej zacumowanego w nowojorskim porcie. Od tego zdarzenia rozpoczyna się Ćpun, nie zgadzają się tylko daty, bo książka osadza je podczas wojny, a w rzeczywistości Burroughs zaczął szprycować się w styczniu 1946 roku. Cała opowieść ma charakter autobiograficzny, bazuje na autentycznych doświadczeniach, tyle że głównie tych związanych z nałogiem. Próżno tu szukać choćby znajomych z paczki bitników, na karty Ćpuna trafiały natomiast postacie z orbity Times Square. Huncke pojawia się jako Herman, natomiast powieściowy Roy to Phil „The Sailor” White. Burroughs kupował od nich opiaty, a że nałóg wymagał pieniędzy, wciągnęli go do swych brudnych interesów. Pomagał im w sprzedaży narkotyków, przechowywał kradzione fanty i uczestniczył w różnych przekrętach. Z czasem podjął się najnędzniejszego zajęcia w złodziejskim procederze, razem z Sailorem „obrabiał denatów”, co w slangu znaczyło okradanie pijaków.
W kwietniu 1946 roku został aresztowany za sfałszowanie recepty na morfinę. Skazano go na cztery miesiące więzienia w zawieszeniu. Zaczął mieć dosyć Nowego Jorku, opuścił miasto pod koniec tamtego roku i razem z ciężarną Vollmer rozpoczął swą podróż na Południe. Jej kolejne etapy to Teksas, Nowy Orlean i wreszcie Meksyk, gdzie zaszył się po kolejnych, coraz poważniejszych kolizjach z prawem. W owym czasie zadośćuczynił namowom przyjaciół i zaczął pisać „powieść o herze”. Jej pierwszą wersję ukończył w grudniu 1950 roku w Mexico City. W międzyczasie odbył odwyk w niesławnym Federal Narcotics Farm w Lexington, co również opisał w Ćpunie. Od razu jednak wrócił do nałogu. Cykle odwyków i recydywy miały mu towarzyszyć przez kolejnych czterdzieści lat. Jako starzec dobiegający osiemdziesiątki regularnie korzystał z metadonu.
Do końca życia pozostał uzależniony od opiatów. Do końca życia pisał o opiatach. Uzależnienie, „algebra głodu”, stały się w jego wizji odbiciem ludzkiej kondycji, ale gdy pojawiały się w jego książkach, to nie poprzestawał na metaforach. Interesowały go przemiany na poziomie molekularnym i nigdy nie odpuszczał krytyki „wojny z narkotykami” czy też postępów państwa policyjnego.
Podczas pisania Ćpuna Burroughs inspirował się hipsterskim slangiem z Times Square i „twardą” estetyką kryminałów noir spod pióra Hammetta i Chandlera. Nie dajmy się nabrać, że na tym poprzestał. Sugestywnym przykładem jest scena, gdy pojawia się Mary, „wysoka, rudowłosa dziewczyna”, niczym typowa dla gatunku femme fatale. Lee szybko zaczyna dostrzegać, że ma ona w sobie coś ze stwora głębinowego. „Mogłem sobie wyobrazić te oczy łypiące z gluta protoplazmy pulsującego w mrokach oceanu”.
Wprowadzenia do Ćpuna nie może się obyć bez rady jednego z czołowych burroughsologów, Olivera Harrisa, który zalecał, by powieść przeczytać przynajmniej trzy razy i popatrzeć na nią z różnych stron. W uzasadnieniu stwierdził m.in.: „Pierwsza powieść Burroughsa jest całkowicie różna od tego, co napisał później, a jednak nie sposób jej czytać, nie napotykając na każdym kroku zwiastunów jego przyszłego pisarstwa. To tak, jakby czytać dwie książki jednocześnie, jedną nietypowo prostą, drugą charakterystycznie pokręconą”.
W chwili gdy Ćpun trafiał do księgarń, autor wędrował po Ameryce Południowej w pogoni za yage. Prawdziwe zejście na samo dno było dopiero przed nim, zaliczył je w połowie lat pięćdziesiątych w Tangerze. Z tamtego okresu wywodzi się jego przełomowa książka – Nagi lunch.
Rafał Księżyk
Urodziłem się w 1914 roku w solidnym, dwupiętrowym domu z cegły w dużym mieście na Środkowym Zachodzie. Miałem zamożnych rodziców. Ojciec był właścicielem i kierownikiem składu drewna. Dom miał trawnik od frontu, a na tyłach otoczone wysokim, drewnianym płotem podwórze i ogród z sadzawką rybną. Do dziś pamiętam latarnika, zapalającego pod wieczór latarnie, naszego wielkiego, czarnego, lśniącego Lincolna i przejażdżki po parku w niedzielę – rekwizyty bezpiecznego, komfortowego życia bezpowrotnie utraconego. Tutaj mógłbym sypnąć garścią nostalgicznych anegdot o starym niemieckim doktorze, który mieszkał za płotem, i szczurach pomykających po podwórzu albo o elektrycznym aucie mojej ciotki i mojej ukochanej ropusze, która mieszkała nad sadzawką.
Powiedziałbym, że moje najwcześniejsze wspomnienia są zabarwione lękiem przed koszmarami. Bałem się być sam, bałem się ciemności i bałem się zasnąć, a to z powodu snów, w których jakiś nieziemski horror zawsze miał się zmaterializować lada chwila. Bałem się, że któregoś dnia, gdy się obudzę, sen nie zniknie. Pamiętam, jak podsłuchałem służącą, gdy mówiła o opium i o tym, jak palenie opium sprowadza błogie sny.
– Jak dorosnę, będę palił opium – oznajmiłem.
W dzieciństwie miałem skłonność do halucynacji. Kiedyś obudziłem się wczesnym świtem i zobaczyłem, że w domku, który zbudowałem z klocków, bawią się małe ludziki. Zamarłem, ale wcale nie ze strachu, tylko z zachwytu. Inna powracająca halucynacja – a raczej koszmar – miała coś wspólnego ze „zwierzętami w ścianie” i zaczęła się od delirium pod wpływem gorączki na nieznanym tle, której dostałem, będąc cztero- czy pięciolatkiem.
Posłano mnie do postępowej szkoły z przyszłymi prawnikami, lekarzami i biznesmenami – szacownymi obywatelami dużego miasta na Środkowym Zachodzie. Byłem nieśmiały w kontaktach z innymi dziećmi i bałem się przemocy. Pewna agresywna mała lesbijka na każdym kroku szarpała mnie za włosy. Chętnie dałbym jej teraz po buzi, ale wieki temu już spadła z konia i skręciła sobie kark. Kiedy miałem około siedmiu lat, rodzice postanowili wyprowadzić się na przedmieścia, żeby „uciec od ludzi”. Kupili duży dom z ziemią, lasem i stawem rybnym. Teraz po posesji nie ganiały już szczury, tylko biegały wiewiórki. Zamieszkali w tej komfortowej twierdzy z pięknym ogrodem, z dala od miejskiego zgiełku.
Poszedłem do prywatnego gimnazjum w podmiejskiej okolicy. Moje wyniki sportowe nie były ani szczególnie dobre, ani złe, w klasie nie byłem ani prymusem, ani skończonym osłem. Moją piętą achillesową była matematyka i przedmioty techniczne. Nigdy nie przepadałem za rywalizacją w grach zespołowych i jak mogłem, tak wykręcałem się od udziału w nich. Właściwie stałem się notorycznym symulantem. Lubiłem za to łowienie ryb, polowanie i piesze wycieczki. Czytałem dużo, jak na przeciętnego, amerykańskiego chłopaka w tamtych czasach i okolicach: Oscara Wilde’a, Anatole’a France’a, Baudelaire’a, a nawet Gide’a. Wmawiałem sobie romantyczne uczucia wobec pewnego kolegi i soboty upływały nam na zwiedzaniu starych kamieniołomów, wycieczkach rowerowych i łowieniu ryb w rzekach i stawach. W tym okresie byłem pod wielkim wrażeniem autobiografii włamywacza, zatytułowanej You Can’t Win1. Autor twierdził, że znaczną część życia spędził za kratami. Brzmiało to dla mnie bardziej atrakcyjnie od nudy przedmieść na Środkowym Zachodzie, gdzie żyłem z dala od świata. Mój przyjaciel jawił mi się jako ktoś w rodzaju towarzysza broni czy wspólnika zbrodni. Upatrzyliśmy sobie opuszczoną fabrykę, powybijaliśmy wszystkie szyby i ukradliśmy dłuto. Złapano nas i nasi ojcowie musieli zapłacić za szkody. Po tym incydencie mój przyjaciel wypiął się na mnie, ponieważ nasza znajomość obniżała jego pozycję w grupie rówieśniczej. Zrozumiałem, że nie mam szans dogadać się z jego paczką, z „tamtymi”, postawiłem więc na emigrację wewnętrzną.
Żyłem w próżni, daremnie wypatrując jakiegoś przeciwnika, i w efekcie zacząłem dryfować w stronę samotnych przygód. Moje wybryki nie miały żadnego konkretnego celu i na ogół uchodziły mi płazem. Włamywałem się do domów i kręciłem się przez chwilę we wnętrzu, nie zabierając niczego. Swoją drogą, nie potrzebowałem pieniędzy. Czasem rozbijałem się po wiejskich drogach, strzelając do kur z wiatrówki kaliber 22. Jazda na wariata mogła z czasem zrobić ze mnie groźnego pirata drogowego, gdyby wypadek, z którego, dzięki opatrzności, wyszedłem cało, nie napędził mi takiego stracha, że przestałem szaleć.
Zdałem na jeden z uniwersytetów „Wielkiej Trójki”2, gdzie z braku innych zainteresowań studiowałem filologię angielską. Nie trawiłem uczelni i nie trawiłem miasta, w którym się znajdowała. Wszystko tam ziało martwotą. Uniwersytet był podróbką angielskich uczelni, a studenci byli absolwentami podróbek angielskich szkół publicznych. Byłem samotny. Nie znałem nikogo, a hermetyczny krąg wybrańców patrzył na outsiderów z góry.
Traf chciał, że poznałem kilku dzianych homoseksualistów z gejowskiego jet setu, którego członkowie latają po świecie, wpadając na siebie w gejowskich spelunach od Nowego Jorku aż po Kair. Poznałem ich styl życia, sposób wyrażania się, tę ich, jak mówią socjolodzy, siatkę odniesień i symboli. Generalnie byli jednak bandą palantów i po okresie wstępnej fascynacji olałem całe towarzystwo.
Po ukończeniu studiów z miernymi wynikami miałem do dyspozycji sto pięćdziesiąt dolarów miesięcznie z funduszu powierniczego. Rzecz działa się w latach wielkiego kryzysu, szalało bezrobocie, zresztą nie potrafiłem wymyślić dla siebie żadnego zawodu, który by mnie kręcił. Przez jakiś rok włóczyłem się bez celu po Europie, gdzie wciąż unosił się miazmat powojennego rozkładu. Za amerykańską walutę można było kupić spory procent obywateli Austrii płci obojga. Był rok 1936 i naziści już zaczynali być w natarciu.
Wróciłem do Stanów. Dzięki mojemu funduszowi powierniczemu dawałem sobie radę bez pracy i kombinowania. Nadal żyłem w oderwaniu od rzeczywistości, jak kiedyś na przedmieściach Saint Louis. Obijałem się, uczęszczając na kursy podyplomowe z psychologii i lekcje dżiu-dżitsu. Postanowiłem skosztować psychoanalizy i poddawałem się jej przez trzy lata. Terapia usunęła moje zahamowania i złagodziła lęki, dzięki czemu zacząłem żyć tak, jak chciałem. Moje zdrowienie w znacznym stopniu wzbudzało dezaprobatę mojego psychoanalityka, któremu nie podobała się moja, jak to określał, „orientacja”. W końcu porzucił analityczny obiektywizm, uznając mnie za pacjenta, wobec którego „terapia odnosi nikły skutek”. Byłem bardziej od niego zadowolony z wyników mojej kuracji.
Po pięciokrotnym odrzuceniu na gruncie zdrowotnym mojego podania o przyjęcie na szkolenie dla oficerów zostałem uznany za zdolnego do służby zasadniczej we wszystkich formacjach zbrojnych. Doszedłem do wniosku, że nie spodoba mi się w wojsku, i przyznałem się do mojego epizodu w wariatkowie – zainspirowany van Goghiem odciąłem sobie koniec palca na wysokości stawu, żeby zrobić wrażenie na ówczesnym obiekcie moich westchnień. Lekarze w psychiatryku nigdy nie słyszeli o żadnym van Goghu i zdiagnozowali mnie jako schizofrenika, a konkretnie „typu paranoidalnego”, co miało wyjaśniać niewygodny szczegół, że wiedziałem, gdzie jestem i kto jest prezydentem USA. Kiedy w wojsku zobaczyli moją diagnozę, zostałem zwolniony z adnotacją: „Całkowicie i dożywotnio niezdolny do służby wojskowej”.
Po tym jak rozeszły się nasze drogi z armią amerykańską, imałem się najróżniejszych zajęć. W tamtych latach było z czego wybierać. Byłem prywatnym detektywem, tępicielem karaluchów, barmanem. Pracowałem w fabrykach i w urzędach. Balansowałem na krawędzi przestępczości. Ale zawsze miałem w odwodzie swoich sto pięćdziesiąt dolarów miesięcznie i tak naprawdę nie musiałem zarabiać. Narażanie się na utratę wolności za drobne wykroczenie miało dla mnie posmak romantycznej ekstrawagancji. To właśnie w tamtym czasie i okolicznościach zetknąłem się z opiatami, uzależniłem się i wreszcie zdobyłem poważną motywację, żeby rozejrzeć się za zarobkiem.
Często słyszę pytanie: „Jak to się dzieje, że ktoś zostaje narkomanem?”.
Prawda jest taka, że ten ktoś na ogół nie planuje zostać narkomanem. Nie budzisz się pewnego ranka z postanowieniem: „Zostanę ćpunem”. Żeby wpaść w ciąg, trzeba co najmniej przez kwartał dwa razy dziennie pakować sobie w żyłę. A tego, czym naprawdę jest głód narkotykowy, nie dowiesz się, dopóki nie zaliczysz kilku ciągów. Sam po raz pierwszy wpadłem w ciąg dopiero po pół roku, a kiedy z niego wychodziłem, objawy odstawienia były w sumie dosyć łagodne. Myślę, że nie przesadzę, jeśli powiem, że trzeba blisko roku i kilkuset zastrzyków, żeby się uzależnić.
Rzecz jasna nasuwa się pytanie: jak to się stało, że w ogóle sięgnąłeś po narkotyki? Dlaczego brałeś je tak długo, aż doprowadziłeś się do uzależnienia? Stajesz się narkomanem, ponieważ nie masz dostatecznej motywacji, która popychałaby cię w lepszą stronę. Opiaty wygrywają walkowerem. Pierwszy raz spróbowałem z ciekawości, a potem, siłą bezwładu, zacząłem dawać sobie w żyłę, ilekroć miałem dostęp do towaru, co się skończyło nałogiem. Większość uzależnionych, z którymi rozmawiałem, miała podobną historię. Nie zaczęli brać narkotyków z jakiegoś konkretnego powodu, po prostu tak długo brali przy każdej okazji, aż się uzależnili. Człowiek, który nigdy nie był uzależniony, nie ma pojęcia o intensywności głodu narkotykowego. Nie zostajesz ćpunem z wyboru. Pewnego ranka budzisz się na głodzie i orientujesz się, że jesteś uzależniony.
Nigdy nie żałowałem moich doświadczeń z opiatami. Myślę, że dzięki okresowemu zażywaniu narkotyków jestem teraz zdrowszy, niż gdybym się nigdy z nimi nie zetknął. Kiedy organizm przestaje się rozwijać, zaczyna się obumieranie. Narkoman rośnie nieprzerwanie. Większość nałogowców co jakiś czas wychodzi z nałogu, co ma związek z kurczeniem się organizmu i wymianą uzależnionych od prochów komórek. Ćpun w swoim dziennym cyklu zorientowanym na aplikowanie sobie kolejnych działek podlega wiecznej fluktuacji faz kurczenia się i wzrostu.
Większość narkomanów wygląda młodo jak na swój wiek. Naukowcy przeprowadzili ostatnio eksperyment z robakiem, którego udało im się zmniejszyć, wstrzymując dokarmianie. Poprzez cykliczne zmniejszanie robaka, tak by znajdował się w stanie permanentnego wzrastania, udało się wydłużyć jego życie w nieskończoność. Niewykluczone, że gdyby jakiemuś ćpunowi udało się utknąć na stałe w fazie wychodzenia z ciągu, dożyłby matuzalemowego wieku.
Opiaty są równaniem na poziomie komórkowym, które uczy ćpuna odwiecznych prawd. Wiele się nauczyłem dzięki ćpaniu: widziałem życie dawkowane kroplomierzem z roztworem morfiny. Doświadczyłem udręki głodu narkotykowego i cudownej ulgi, z jaką wyposzczone komórki spijają z igły nektar życia. Całkiem możliwe, że u podłoża wszystkich przyjemności leży doznanie ulgi. Nauczyłem się głębokiego stoicyzmu na poziomie komórkowym, jakiego narkotyki uczą ćpuna. Widziałem cele pełne ćpunów na głodzie – milczących, zatopionych każdy w swoim, własnym, prywatnym cierpieniu. Zdawali sobie sprawę z bezcelowości jakiegokolwiek ruchu czy użalania się nad sobą. Wiedzieli, że tak naprawdę nikt im nie może pomóc. Nie ma żadnego tajnego szyfru, żadnego patentu, który ktoś mógłby ci podsunąć.
Wykułem na pamięć równanie opiatów. Opiaty nie są, jak alkohol czy konopie, środkiem pobudzającym radość życia. Opiaty nie dają kopa. Są jednym z patentów na życie.
*
Z opiatami po raz pierwszy zetknąłem się w czasie wojny, w 1944 albo w 1945 roku. Poznałem wtedy niejakiego Nortona, który pracował w stoczni. Nortona – tak naprawdę nazywał się Morelli, albo jakoś podobnie – zaraz po wojnie wylano z wojska za sfałszowanie czeku z żołdem, a że był recydywistą, wlepiono mu kategorię 4-F. Przypominał George’a Rafta3, tyle że był wyższy. Szlifował swoją angielszczyznę i dobre maniery, żeby móc epatować rzekomą uprzejmością i ogładą. Ale uprzejmość nie leżała w jego naturze. Kiedy Norton się zapominał, jego twarz przybierała wyraz wredny i zacięty i mogłeś obstawiać w ciemno, że w sekundzie, gdy się od niego odwrócisz, wyraz ten stanie się z powrotem taki, jaki był.
Norton nie oszczędzał się jako złodziej – czuł się źle, jeśli co dzień nie ukradł czegoś ze stoczni, w której złapał robotę. Narzędzia, konserwy, kombinezon roboczy – wszystko jedno co, byle coś rąbnąć. Pewnego dnia zadzwonił, żeby pochwalić się, że zaiwanił Thompsona. Czy dałbym radę znaleźć kogoś, kto by reflektował?
– Zobaczę. Wpadnij, to obejrzę.
Zła sytuacja na rynku mieszkaniowym zaczynała się dawać we znaki. Płaciłem piętnaście dolarów tygodniowo za brudną klitkę, do której nigdy nie docierało słońce. Do środka wchodziło się z długiego korytarza. Tapety obłaziły ze ścian, bo z nieszczelnego kaloryfera ulatniała się para, jeśli akurat tam była. Żeby ocieplić wnętrze, uszczelniłem okna gazetami. Roiło się od karaluchów, zdarzało mi się też zatłuc pluskwę.
Właśnie siedziałem przy kaloryferze, kiedy zastukał Norton. Otwarłem drzwi. W mrokach korytarza rysowała się przede mną znajoma postać, dzierżąc pod pachą sążnisty obiekt owinięty w papier pakunkowy.
– Cześć – powiedział, szczerząc się.
– Właź. Rozbierz się.
Odwinął papier z Thompsona; poskładaliśmy go i popstrykaliśmy trochę spustem.
Powiedziałem mu, że poszukam kogoś, kto mógłby reflektować, na co Norton:
Dalsza część książki dostępna w wersji pełnej
Dostępne w wersji pełnej
Okładka
Karta tytułowa
Karta redakcyjna
Fakty łypiące z mroku. Wokół Ćpuna Williama S. Burroughsa
Prolog
Ćpun
William Seward Burroughs 1914–1997
Okładka
Strona tytułowa
Prawa autorskie
Spis treści
Meritum publikacji
