Córka zegarmistrza - Kate Morton - ebook

34 osoby właśnie czytają

Opis

Ojciec wołał na mnie Birdie, mawiał, że jestem jego małym ptaszkiem. Dla wszystkich byłam jego dzieckiem, córką zegarmistrza. Edward nazywał mnie swoją muzą, przeznaczeniem. Ludzie pamiętają mnie jako złodziejkę, oszustkę, tę, która miała się za lepszą od innych i nie była niewiniątkiem.

Nikt już nie pamięta mojego prawdziwego imienia. I nikt nie wie, co naprawdę stało się tamtego lata.

 

Latem 1862 roku grupa młodych artystów, którym przewodził utalentowany i pełen pasji Edward Radcliffe, przybyła do Birchwood Manor w malowniczym Oxfordshire. Planowali spędzić miesiąc na łonie natury, szukając inspiracji. Ale ich pobyt na prowincji właśnie dobiega końca: jedna z uczestniczek wyprawy została zastrzelona, druga zniknęła – podobnie jak pewna bezcenna pamiątka rodowa – a życie Edwarda Radcliffe’a legło w gruzach.

Ponad 150 lat później Elodie Winslow, młoda archiwistka z Londynu, odnajduje skórzaną torbę, a w niej dwa pozornie niezwiązane ze sobą przedmioty: zdjęcie w kolorze sepii, przedstawiające zniewalająco piękną kobietę w wiktoriańskim stroju, i szkicownik artysty z rysunkiem domu z dwuspadowym dachem, stojącego w zakolu rzeki.

Dlaczego Birchwood Manor wydaje się Elodie tak znajome? Kim jest młoda kobieta na fotografii? Czy kiedykolwiek pozna jej tajemnicę?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 651

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Okładka

O książce

Strona tytułowa

Tego autora

Strona redakcyjna

Dedykacja

CZĘŚĆ PIERWSZA. Torba

I

ROZDZIAŁ PIERWSZY. Lato 2017

ROZDZIAŁ DRUGI

II

ROZDZIAŁ TRZECI. Lato 2017

ROZDZIAŁ CZWARTY

ROZDZIAŁ PIĄTY

III

ROZDZIAŁ SZÓSTY. Lato 2017

ROZDZIAŁ SIÓDMY

IV

ROZDZIAŁ ÓSMY. Lato 2017

ROZDZIAŁ DZIEWIĄTY

CZĘŚĆ DRUGA. Wyjątkowi goście

V

ROZDZIAŁ DZIESIĄTY. Lato 1899

ROZDZIAŁ JEDENASTY

ROZDZIAŁ DWUNASTY

VI

ROZDZIAŁ TRZYNASTY. Lato 1928

ROZDZIAŁ CZTERNASTY

ROZDZIAŁ PIĘTNASTY

ROZDZIAŁ SZESNASTY

ROZDZIAŁ SIEDEMNASTY

VII

ROZDZIAŁ OSIEMNASTY. Lato 1940

ROZDZIAŁ DZIEWIĘTNASTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIERWSZY

VIII

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DRUGI. Lato 2017

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY TRZECI

IX

CZĘŚĆ TRZECIA. Lato w Birchwood

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY CZWARTY. Lato 1862

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY PIĄTY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SZÓSTY

X

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY SIÓDMY. Wiosna 1882

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY ÓSMY

ROZDZIAŁ DWUDZIESTY DZIEWIĄTY

XI

CZĘŚĆ CZWARTA. Pochwycone światło

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY. Lato 2017

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY PIERWSZY. Lato 1992

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI. Lato 1962

XII

NOTA OD AUTORKI

PRZYPISY

Ojciec mówił na mnie Birdie, powtarzał, że jestem jego małym ptaszkiem. Dla wszystkich wokół byłam córką zegarmistrza. Edward nazywał mnie swoją muzą, przeznaczeniem. Ludzie zapamiętali mnie jako złodziejkę i oszustkę.

Nikt już nie pamięta mojego prawdziwego imienia.

I nikt nie wie, co naprawdę stało się tamtego lata.

Latem 1862 roku grupa młodych artystów, którym przewodził utalentowany Edward Radcliffe, przybyła do malowniczej posiadłości Birchwood. Planowali spędzić miesiąc na łonie natury, szukając inspiracji.

Ale sielanka skończyła się tragicznie: jedna z kobiet została zastrzelona, druga zniknęła - podobnie jak pewna bezcenna pamiątka rodowa - a życie Edwarda legło w gruzach.

Ponad 150 lat później Elodie Winslow, młoda archiwistka z Londynu, znajduje zdjęcie zniewalająco pięknej kobiety w wiktoriańskim stroju i szkicownik artysty, z rysunkiem domu stojącego w zakolu rzeki.

Dlaczego ten dom wydaje się Elodie znajomy? Kim jest młoda kobieta na fotografii? Czy kiedykolwiek pozna jej tajemnicę?

NIEZWYKŁA HISTORIA O SKRYWANYM SEKRECIE, OKRUTNYM MORDERSTWIE, ZUCHWAŁEJ KRADZIEŻY, SZTUCE, MIŁOŚCI I STRACIE.

Tej autorki

DOM W RIVERTON

ZAPOMNIANY OGRÓD

MILCZĄCY ZAMEK

STRAŻNIK TAJEMNIC

DOM NAD JEZIOREM

CÓRKA ZEGARMISTRZA

Tytuł oryginału:

THE CLOCKMAKER’S DAUGHTER

Copyright © Kate Morton 2018 All rights reserved

Polish edition copyright © Wydawnictwo Albatros Sp. z o.o. 2019

Polish translation copyright © Anna Dobrzańska 2019

Redakcja: Marta Gral

Zdjęcie na okładce: © National Trust Images / BE&W (detal zegara)

Projekt graficzny okładki oryginalnej: Alex Merto

Opracowanie graficzne okładki polskiej: Kasia Meszka

ISBN 978-83-8125-555-4

WydawcaWYDAWNICTWO ALBATROS SP. Z O.O.Hlonda 2a/25, 02-972 Warszawawww.wydawnictwoalbatros.comFacebook.com/WydawnictwoAlbatros | Instagram.com/wydawnictwoalbatros

Niniejszy produkt jest objęty ochroną prawa autorskiego. Uzyskany dostęp upoważnia wyłącznie do prywatnego użytku osobę, która wykupiła prawo dostępu. Wydawca informuje, że publiczne udostępnianie osobom trzecim, nieokreślonym adresatom lub w jakikolwiek inny sposób upowszechnianie, kopiowanie oraz przetwarzanie w technikach cyfrowych lub podobnych – jest nielegalne i podlega właściwym sankcjom.

Przygotowanie wydania elektronicznego: Michał Nakoneczny, hachi.media

Dla Didee za to, że była matką, którazabrała nas, byśmy zamieszkali na szczycie góry,i udzieliła mi najlepszej porady, jaką może dostać pisarz.

CZĘŚĆ PIERWSZATorba

I

Przyjechaliśmy do posiadłości Birchwood, bo Edward twierdził, że jest nawiedzona. Wówczas jeszcze nie była, lecz tylko nudni ludzie pozwalają, by prawda stanęła na drodze dobrej opowieści, a Edward nigdy taki nie był. Jego pasja, jego oszałamiająca wiara we wszystko, co robił, była jedną z rzeczy, które w nim pokochałam. Miał gorliwość kaznodziei, swoje opinie wyrażał tak, jakby wybijał z nich lśniące monety. Przyciągał do siebie ludzi, budził w nich entuzjazm, o którego istnieniu nie mieli pojęcia, i sprawiał, że wszystko prócz niego samego i jego przekonań blakło i odchodziło w zapomnienie.

Edward nie był jednak kaznodzieją.

Pamiętam go. Pamiętam wszystko.

Pracownię ze szklanym dachem w londyńskim ogrodzie jego matki, zapach świeżo mieszanej farby, drapanie włosia o płótno, kiedy Edward pieścił wzrokiem moje ciało. Tamtego dnia ciarki przebiegały mi po plecach. Chciałam zrobić na nim wrażenie, chciałam, by pomyślał, że jestem kimś, kim nie byłam, i czując na sobie jego wzrok, słyszałam w głowie błagalny głos pani Mack: „Twoja matka była damą, pochodzisz ze szlachetnego rodu, nie zapomnij o tym. Rozegraj to właściwie, a odzyskasz wszystko, co ci odebrano”.

Tak więc tamtego pierwszego dnia siedziałam wyprostowana na palisandrowym krześle w pobielonym pokoju za obsypaną kwieciem plątaniną groszku pachnącego.

*

Kiedy byłam głodna, jego najmłodsza siostra przynosiła mi herbatę i ciasto. Jego matka przychodziła wąską ścieżką, by zobaczyć, jak pracuje. Widziała w nim spełnienie rodzinnych nadziei. Uwielbiała syna. Wybitnego członka Królewskiej Akademii Sztuk Pięknych zaręczonego z panną z zamożnego rodu i przyszłego ojca gromadki brązowookich dziedziców.

Nie był dla dziewcząt mojego pokroju.

*

Jego matka obwiniała się o to, co wydarzyło się później, lecz łatwiej by jej było zatrzymać czas, niż nas rozdzielić. Nazywał mnie swoją muzą, swoim przeznaczeniem. Mówił, że wiedział to od razu, gdy tylko zobaczył mnie w zamglonym świetle latarni gazowej w foyer teatru przy Drury Lane.

Byłam jego muzą, jego przeznaczeniem. Tak jak on był moim.

To było dawno temu, a jakby zdarzyło się wczoraj.

Och, pamiętam, ukochany.

*

Ten kącik w połowie głównych schodów jest moim ulubionym.

To dziwny dom, zbudowany po to, by wprawiać w zakłopotanie. Schody, które zakręcają pod dziwnym kątem, kanciaste i nierówne; okna rozmieszczone na różnych wysokościach, tak że patrząc na niektóre, trzeba było mrużyć oczy; deski podłogowe i wyłożone boazerią ściany z ukrytymi drzwiczkami.

W tym kącie jest dziwnie, niemal nienaturalnie ciepło. Zauważyliśmy to, kiedy przybyliśmy tu po raz pierwszy, i w ciągu pierwszych tygodni lata na zmianę zgadywaliśmy, jaka jest tego przyczyna.

Odkrycie prawdy zajęło mi trochę czasu, ale w końcu ją poznałam. Znam to miejsce tak dobrze jak własne imię.

*

To nie domem, lecz światłem Edward kusił innych. W słoneczny dzień z okien poddasza roztacza się widok na Tamizę i dalej, aż po góry Walii. Wstęgi jasnego fioletu i zieleni, kredowe granie sięgające chmur i ciepłe powietrze, w którym wszystko zdaje się opalizować.

Oto jak brzmiała jego propozycja: cały miesiąc lata pełen malowania, poezji i pikników, opowieści, nauki i wynalazków. Światła będącego darem niebios. Z dala od Londynu, z dala od wścibskich spojrzeń. Nic dziwnego, że pozostali chętnie się na to zgodzili. Edward potrafiłby nakłonić do modlitwy samego diabła, gdyby tylko chciał.

Tylko mnie wyznał inny powód, dla którego tutaj przybył. Bo choć naprawdę nie brakowało tu wspaniałego światła, Edward skrywał tajemnicę.

*

Ze stacji kolejowej przyszliśmy pieszo.

Był idealny lipcowy dzień. Wiatr szarpał rąbkiem mojej spódnicy. Ktoś wziął ze sobą kanapki i zjedliśmy je po drodze. Ależ musieliśmy stanowić widok – mężczyźni z poluzowanymi fularami i kobiety z rozwiewanymi wiatrem długimi włosami. Śmiech, przekomarzanie się, zabawa.

Cóż za wspaniały początek! Pamiętam szmer pobliskiego strumienia i krzyk grzywacza wysoko w górze. Mężczyznę prowadzącego konia, wóz z siedzącym na belach słomy chłopcem, zapach świeżo skoszonej trawy. Ach, jakże brakuje mi tego zapachu! Kiedy dotarliśmy do rzeki, stado tłustych gęsi przyglądało się nam paciorkowatymi oczkami; odczekały, aż je miniemy, i dopiero się rozgęgały.

Wszystko było jasne i radosne, lecz ta radość nie trwała długo.

Pewnie już to wiecie, gdyby bowiem ciepło przetrwało, nie byłoby tej historii. Nikogo nie obchodzą leniwe, szczęśliwe lata, które kończą się tak, jak się zaczęły. Tego nauczył mnie Edward.

*

Odosobnienie nie było tu bez znaczenia; dom przycupnięty nad brzegiem rzeki przypominał wciągnięty na ląd wielki statek. Pogoda również robiła swoje. Upalne dni, jeden za drugim, a potem letnia burza, która tamtej nocy zagoniła nas wszystkich do środka.

Wiał wiatr, drzewa jęczały, a grzmoty przetaczały się nad rzeką, by wziąć dom w swoje władanie, gdy tymczasem w środku rozmowa zeszła na duchy i czary. Ogień trzaskał na palenisku, płomienie świec drżały, a w ciemnościach, w atmosferze rozkosznego lęku i wyznań, narodziło się coś złego.

Nie duch. O nie, nic z tych rzeczy – to, co się stało, było wyłącznie dziełem człowieka.

Dwoje niespodziewanych gości.

Dwie z dawna skrywane tajemnice.

Wystrzał w ciemnościach.

*

Światło zgasło i wszystko spowiła czerń.

Lato dobiegło końca. Pierwsze liście opadły i gniły w kałużach pod rzednącymi żywopłotami, a Edward, który kochał ten dom, zaczął sztywnym krokiem przemierzać jego korytarze. Uwięziony.

W końcu nie mógł dłużej tego znieść. Spakował swoje rzeczy, gotowy wyjechać, a ja nie mogłam go zatrzymać.

Po nim, jak zawsze, wyjechali inni.

A ja? Ja nie miałam wyboru. Zostałam.

ROZDZIAŁ PIERWSZYLato 2017

To była ulubiona pora dnia Elodie Winslow. Lato w Londynie; w pewnym momencie późnego popołudnia słońce zdawało się zatrzymywać w swojej wędrówce po niebie, a światło wlewało się przez świetliki w chodniku, padając wprost na jej biurko. Najlepsze jednak było to, że po wyjściu Margot i pana Pendletona Elodie została sama.

Piwnica Stratton, Cadwell & Co. w budynku przy Strandzie nie była szczególnie romantycznym miejscem, w przeciwieństwie do pomieszczenia magazynowego w New College, gdzie Elodie pracowała w wakacje tuż po tym, jak skończyła studia magisterskie. Nie było tu ciepło. Nigdy. Nawet podczas fali upałów takiej jak ta, siedząc przy biurku, Elodie musiała wkładać sweter. Ale od czasu do czasu, przy pomyślnym układzie gwiazd, biuro z jego zapachem kurzu i toczącą swe wody Tamizą było niemal urocze.

W małej, wąskiej kuchence za ścianą zastawioną szafkami na dokumenty Elodie wlała do kubka wrzącą wodę i włączyła minutnik. Margot uważała, że to przesada, ale Elodie lubiła, gdy herbata parzyła się dokładnie trzy i pół minuty.

Ze wzrokiem wbitym w ziarna piasku przesypujące się w klepsydrze wróciła myślami do wiadomości, którą dostała od Pippy. Odsłuchała ją na telefonie, gdy lawirując między samochodami, przechodziła przez ulicę, by kupić kanapkę na lunch. Było to zaproszenie na przyjęcie promocyjne, które zdaniem Elodie zapowiadało się równie kusząco jak siedzenie w poczekalni przed wizytą u lekarza. Na szczęście miała już plany – zamierzała odwiedzić ojca w Hampstead i odebrać kasety, które dla niej odłożył – nie musiała więc wymyślać wymówki.

Odmawianie Pippie nie było łatwe. Były najlepszymi przyjaciółkami od trzeciej klasy szkoły podstawowej w Pineoaks. Elodie często dziękowała w duchu pannie Perry za to, że posadziła je w jednej ławce: Elodie, nową dziewczynkę w dziwnym mundurku i z zaplecionymi nieudolnie przez ojca krzywymi warkoczykami, i Pippę, z jej szerokim uśmiechem, dołeczkami w policzkach i rękami, które gdy mówiła, pozostawały w ciągłym ruchu.

Od tamtej pory były nierozłączne. Przez szkołę podstawową, liceum, a nawet potem, kiedy Elodie wyjechała do Oksfordu, a Pippa studiowała w Central Saint Martins. Teraz nie widywały się już tak często, ale można się było tego spodziewać. Londyński świat sztuki tętnił życiem towarzyskim, nic więc dziwnego, że Pippa, która kiedy biegła z otwarcia jednej galerii albo instalacji do drugiej, na okrągło przysyłała Elodie zaproszenia.

Tymczasem świat archiwów był miejscem zdecydowanie nietowarzyskim. Tak przynajmniej twierdziła Pippa. Elodie pracowała do późna i często miała do czynienia z ludźmi; sęk w tym, że ci ludzie nie żyli. Panowie Stratton i Cadwell, założyciele Stratton, Cadwell & Co., podróżowali po świecie w czasach, gdy ten zaczynał się kurczyć, a wynalezienie telefonu nie zdążyło jeszcze osłabić zaufania do korespondencji. I tak Elodie całymi dniami obcowała z zakurzonymi wyblakłymi przedmiotami należącymi do zmarłych, natrafiając na relacje z wieczorku w Orient Expressie lub spotkania wiktoriańskich podróżników poszukujących Przejścia Północno-Zachodniego.

Takie spotkania towarzyskie w czasie sprawiały jej nieopisaną radość. To prawda, że nie miała wielu przyjaciół – przynajmniej takich z krwi i kości – lecz nie martwiła się tym. Męczyło ją to całe uśmiechanie się, rozmowy i spekulacje na temat pogody i zawsze wychodziła ze spotkań wyczerpana; czuła się tak, jakby zapodziała gdzieś swoje pokłady żywotności i miała ich już nigdy nie odzyskać.

Teraz wyciągnęła z kubka torebkę herbaty, wycisnęła do zlewu ostatnie krople i dolała odrobinę mleka.

Wróciła do biurka, gdzie promienie popołudniowego światła zaczynały codzienną wędrówkę, i grzejąc ręce o kubek, nad którym unosił się obłok pary, przejrzała pozostałe zadania. Była w połowie katalogowania relacji młodszego Jamesa Strattona z jego wyprawy na zachodnie wybrzeże Afryki w 1893 roku; musiała napisać artykuł do kolejnego numeru miesięcznika „Stratton, Cadwell & Co.”, a pan Pendleton zlecił jej korektę katalogu nadchodzącej wystawy, zanim ten pójdzie do druku.

Uwagę Elodie, która przez cały dzień podejmowała decyzje w sprawie słów i ich szyku, przykuło woskowane kartonowe pudło stojące na podłodze pod biurkiem. Stało tu od poniedziałkowego popołudnia, kiedy z powodu awarii wody w biurach na piętrze trzeba było natychmiast opróżnić starą szatnię – nisko sklepioną dobudówkę, do której nie wchodziła chyba od dziesięciu lat, odkąd zaczęła tu pracować. Pudło znaleziono na dnie zabytkowej szyfoniery, pod stertą zakurzonych żakardowych zasłon; przyklejona na wieczku etykieta głosiła: Zawartość szuflady biurka na poddaszu, 1966 – nieskatalogowana.

Znalezienie materiałów archiwalnych w nieużywanej szatni, dziesiątki lat po tym, jak tam trafiły, było niepokojące, nic więc dziwnego, że pan Pendleton zareagował nerwowo. Miał bzika na punkcie procedur i Elodie i Margot przyznały zgodnie, że dobrze się stało, że osoba, która odbierała przesyłkę w 1966 roku, dawno już tu nie pracuje.

Do tego wszystko wydarzyło się w najmniej odpowiednim momencie, odkąd bowiem przysłano konsultanta do spraw zarządzania w celu „ograniczenia kosztów”, pan Pendleton chodził kompletnie skołowany. Już samo naruszenie jego przestrzeni wydawało się wystarczającym ciosem, ale podawanie w wątpliwość jego metod pracy było już nie do przyjęcia. „To tak, jakby ktoś pożyczał twój zegarek, żeby powiedzieć ci, która jest godzina”, wycedził kiedyś przez zaciśnięte zęby po porannym spotkaniu z konsultantem.

Niespodziewane pojawienie się pudła mogło wywołać u niego apopleksję, tak więc Elodie – która w równym stopniu nie lubiła spięć co bałaganu – zobowiązała się wszystko naprawić, uprzątnąć i ukryć przed wzrokiem przełożonego.

Nie chcąc wywołać jego kolejnego wybuchu złości, schowała pudło pod biurkiem, teraz jednak, skoro została sama w pustym biurze, uklękła na dywanie i wyciągnęła je z kryjówki…

*

Punkciki światła zaskoczyły ją i torba wciśnięta głęboko na dno pudła odetchnęła. Podróż była długa i co zrozumiałe, męcząca. Jej krawędzie zaczynały się przecierać, klamry zaśniedziały, a we wnętrzu czuć było nieprzyjemną woń stęchlizny. Warstwa kurzu na stałe przywarła do eleganckiej niegdyś powierzchni, przez co stała się torbą, którą ludzie trzymali na odległość i przechylając głowę, próbowali odgadnąć, co też może zawierać. Była zbyt stara, by na coś się przydać, ale roztaczała wokół siebie trudną do określenia historyczną aurę, przez co szkoda ją było wyrzucić.

Kiedyś była kochana, podziwiana za elegancję – i co ważniejsze, za swoją funkcję. Służyła wiernie pewnej osobie w czasie, kiedy przedmioty takie jak ona były wysoko cenione. Od tamtej pory ukrywano ją i ignorowano, odzyskano i zdyskredytowano, zgubiono, znaleziono i zapomniano.

Teraz, jeden po drugim, przedmioty, które zalegały na niej przez dziesiątki lat, były usuwane, aż w końcu ona także wynurzyła się na powierzchnię w tym pomieszczeniu wypełnionym elektrycznym brzęczeniem i skrzypieniem rur. Wśród rozproszonego żółtego światła, woni papieru i miękkich, białych rękawiczek.

Rękawiczki chroniły dłonie kobiety: młodej, o wąskich ramionach, delikatnej szyi i twarzy okolonej krótkimi, czarnymi włosami. To ona trzymała torbę w wyciągniętych rękach, ale nie z niesmakiem.

Dotyk miała delikatny. Zaciśnięte w zamyśleniu usta przywodziły na myśl drobną sznurowaną sakiewkę, a zmrużone lekko szare oczy rozszerzyły się, gdy z uwagą oglądała ręcznie wykonane szwy, najprzedniejszego gatunku indyjską bawełnę i równy ścieg.

Kiedy musnęła kciukiem inicjały na klapie, spłowiałe i smutne, torba zadrżała z radości. Uwaga, jaką poświęcała jej ta młoda kobieta, sugerowała, że to, co okazało się nieoczekiwanie długą podróżą, być może właśnie dobiegało końca.

Otwórz mnie, nęciła torba. Zajrzyj do środka.

*

Dawno, dawno temu torba była lśniąca i nowa. Wykonana na zamówienie przez pana Simmsa we własnej osobie w fabryce W. Simms & Son przy Bond Street, zaopatrującej rodzinę królewską. Pozłacane inicjały ręcznie wytłoczono na gorąco; każdy srebrny nit i klamra zostały starannie dobrane, obejrzane i wypolerowane; najwyższej jakości skórę skrojono i zszyto z dbałością o szczegóły, po czym z dumą natłuszczono i wyczyszczono. Dalekowschodnie przyprawy z sąsiedniej perfumerii – goździki, olejki sandałowe i szafran – napełniły torbę nutą dalekich, egzotycznych miejsc.

Otwórz mnie…

Kobieta w białych rękawiczkach otworzyła zmatowiałą srebrną klamrę i torba wstrzymała oddech.

Otwórz mnie, otwórz mnie, otwórz mnie…

Odchyliła skórzaną klapę i po raz pierwszy od przeszło wieku ciemne zakamarki torby wypełniły się światłem.

Wraz z nim powróciły bezładne urywki wspomnień: dźwięk dzwonka nad drzwiami W. Simms & Son; szelest spódnic młodej kobiety; tętent końskich kopyt; zapach świeżej farby i terpentyny; upał, pożądanie, szepty. Blask latarni gazowych na dworcach kolejowych; długa kręta rzeka; pszeniczny zapach lata…

Odziane w rękawiczki dłonie cofnęły się, unosząc z sobą zawartość torby.

Dawne doznania, głosy przycichły, ślady wyblakły i w końcu wszystko spowiła pustka i cisza.

To był koniec.

*

Elodie położyła zawartość pudła na kolanach, torbę zaś odłożyła na bok. Był to piękny przedmiot, nijak niepasujący do pozostałych, które wyjęła z kartonu. Były wśród nich głównie artykuły biurowe – dziurkacz, kałamarz, drewniana wkładka z przegródkami na długopisy i spinacze… i etui na okulary, z krokodylej skóry, opatrzone etykietą producenta z napisem: Własność L. S-W. Sugerowała ona, że biurko wraz z całą jego zawartością należało niegdyś do Lesley Stratton-Wood, wnuczki brata Jamesa Strattona. Wiek się zgadzał – Lesley Stratton-Wood zmarła w latach sześćdziesiątych dwudziestego wieku, co tłumaczyło pojawienie się pudła w siedzibie Stratton, Cadwell & Co.

Ale torba – chyba że była to doskonale wykonana kopia – była zbyt stara, by mogła należeć do pani Stratton-Wood, a znajdujące się w niej przedmioty wyglądały na pochodzące sprzed dwudziestego wieku. Wstępne oględziny ujawniły dziennik w czarnej oprawie z monogramem E.J.R. i marmurkowym wzorem, mosiężne etui na pióro ze środkowego okresu epoki wiktoriańskiej i spłowiałą zieloną teczkę na dokumenty. Na pierwszy rzut oka nie sposób było powiedzieć, do kogo należała torba, ale pod skrzydełkiem teczki widniał pozłacany tłoczony znak: Czcigodny James W. Stratton, Londyn, 1861.

Teczka na dokumenty była płaska, więc Elodie pomyślała, że pewnie jest pusta, kiedy jednak otworzyła zatrzask, w środku coś na nią czekało. Była to delikatna srebrna ramka, na tyle mała, by zmieściła się w dłoni. Znajdowała się w niej fotografia młodej kobiety z długimi włosami, jasnymi, ale nie blond, z których część upięto na czubku głowy w niedbały kok. Kobieta patrzyła przed siebie, brodę miała lekko uniesioną, wysokie kości policzkowe. Zaciśnięte usta wyrażały determinację, może nawet sprzeciw.

Elodie ogarnęło znajome uczucie wyczekiwania, gdy przyglądała się sepiowej fotografii – obietnicy życia, które czekało, by ktoś odkrył je ponownie. Suknia kobiety była luźniejsza niż te, które zwykle noszono w tamtym okresie. Biały materiał udrapowany na ramionach i dekolcie układał się w literę V. Jeden z bufiastych rękawów był podwinięty aż do łokcia. Kobieta miała szczupły nadgarstek, a wsparta na biodrze dłoń podkreślała wcięcie w talii.

Otoczenie wydawało się równie niezwykłe jak modelka, kobieta bowiem nie pozowała na kanapie ani na tle zasłony z widokiem, tak charakterystycznych dla wiktoriańskich portretów. Stała na dworze, otoczona bujną roślinnością. Światło było rozproszone, przez co efekt wydawał się upajający.

Elodie odłożyła zdjęcie na bok i sięgnęła po dziennik z monogramem. Otworzył się, odsłaniając grube kremowe kartki drogiego papieru czerpanego. Zapisane starannym pismem linijki były tylko dopełnieniem licznych rysunków piórkiem przedstawiających postacie, widoki i rozmaite przedmioty. A zatem to nie dziennik, lecz szkicownik.

Spomiędzy kartek wypadł wydarty skądś skrawek papieru. W poprzek zapisano na nim dwa zdania: Kocham ją, kocham ją, kocham ją. I jeśli nie mogę jej mieć, oszaleję, kiedy bowiem nie ma jej przy mnie, boję się…

Słowa urywały się, jak gdyby wypowiedziano je na głos. Elodie odwróciła kartkę, ale autor nie zdradził, czego się bał.

Opuszkami palców musnęła litery. Na oglądanym w ostatnich promieniach słońca papierze widać było pojedyncze nitki, a także maleńkie, przejrzyste punkciki w miejscach, gdzie ostrze stalówki przebiło papier.

Wsunęła świstek z powrotem między kartki szkicownika.

Mimo czasu, który upłynął od napisania wiadomości, jej przesłanie było niepokojące: świadczyło jasno i dobitnie o tym, że pewne rzeczy pozostały niedokończone.

Elodie ostrożnie odwracała kartki zapełnione kreskowanymi rysunkami, tu i ówdzie na marginesie pojawiały się robocze szkice profili twarzy.

Nagle zamarła.

Ten szkic był bardziej szczegółowy od pozostałych, pełniejszy. Przedstawiał rzekę, wysunięte na pierwszy plan drzewo i las widoczny w oddali za rozległym polem. Po prawej stronie za zagajnikiem wznosił się szczyt domu z bliźniaczymi szczytami, ośmioma kominami i ozdobnym wiatrowskazem przedstawiającym słońce, księżyc i inne symbole niebieskie.

Rysunek wykonano z wielką dokładnością, nie to jednak przykuło uwagę Elodie. Miała wrażenie déjà vu tak silne, że poczuła ucisk w piersi.

Znała to miejsce. Wspomnienie było tak żywe, jak gdyby tam była, a jednak wiedziała, że odwiedziła to miejsce wyłącznie w wyobraźni.

Słowa pojawiły się równie jasne i czyste jak pieśń ptaka o poranku: Krętą ścieżyną szli, łąką w kierunku wierzb, i nad rzekę zanieśli swe sekrety i miecz.

I nagle przypomniała sobie. Była to historia, którą opowiadała jej mama. Bajka do poduszki, romantyczna i zagmatwana, o bohaterach, złoczyńcach i królowej elfów, a jej akcja toczyła się w domu pośród ciemnych lasów otoczonych długą wijącą się rzeką.

Nie pochodziła jednak z książki z obrazkami. Mama opowiadała baśń, kiedy siedziały obok siebie w dziecięcym łóżeczku Elodie w pokoju ze skośnym sufitem…

Zegar na ścianie wybił godzinę. Był to ostrzegawczy niski dźwięk dobiegający z gabinetu pana Pendletona, i Elodie zerknęła na zegarek. Była spóźniona. Czas kolejny raz stracił kształt, a jego strzałka zmieniła się w wirujące wokół niej drobinki kurzu. Elodie ostatni raz zerknęła na znajomą scenerię, włożyła szkicownik i resztę przedmiotów z powrotem do pudła, zamknęła je i wsunęła pod biurko.

Zebrała swoje rzeczy i zaczęła się szykować do wyjścia. Była w połowie codziennego rytuału sprawdzania i zamykania drzwi, kiedy poczuła nieodpartą chęć. Nie mogąc się jej oprzeć, szybkim krokiem podeszła do pudła, wyjęła szkicownik i wsunęła go do torby.

ROZDZIAŁ DRUGI

Elodie złapała autobus linii 24 na północ od Charing Cross do Hampstead. Metrem byłaby szybciej, ale nim nie jeździła. Było tam za dużo ludzi, za mało powietrza, a ona źle się czuła w ciasnych przestrzeniach. Niechęć ta towarzyszyła jej od dziecka i zdążyła się do niej przyzwyczaić, ale teraz żałowała, że tak jest. Podobała jej się sama idea metra jako przykładu dziewiętnastowiecznego przedsięwzięcia, jego wiekowe płytki, historia i kurz.

Samochody wlokły się jeden za drugim w ślimaczym tempie, zwłaszcza w okolicach Tottenham Court Road, gdzie budowa linii Crossrail obnażyła tyły wiktoriańskich szeregowców z cegły. Był to jeden z ulubionych widoków Elodie; pozwalał zajrzeć w przeszłość tak rzeczywistą, że dało się jej dotknąć. Jak zawsze próbowała sobie wyobrazić życie ludzi, którzy mieszkali w tych domach dawno temu, w czasach, gdy południową część St Giles stanowiły slumsy – zapuszczony rojny labirynt krętych uliczek, dołów kloacznych i sklepów z ginem, pełen hazardzistów, prostytutek i uliczników – gdzie Charles Dickens odbywał swe codzienne spacery, a alchemicy pracowali wytrwale na cuchnących ściekami ulicach Seven Dials.

James Stratton młodszy, który jak wielu ludzi epoki wiktoriańskiej fascynował się ezoteryką, opisywał w swoich dziennikach wizyty u pewnej spirytystki i jasnowidzki w Covent Garden, z którą łączył go długotrwały flirt. Jak na bankiera James Stratton miał wyjątkowy dar pisania, a jego dzienniki dawały barwny, pełen współczucia, a czasami zabawny obraz życia w wiktoriańskim Londynie. Był miłym człowiekiem, dobrym, zaangażowanym w poprawę życia biednych i wywłaszczonych. Jak pisał do przyjaciół, próbując przekonać ich do swoich filantropijnych idei, wierzył, że „aby odmienić życie i perspektywy człowieka, wystarczy dać mu miejsce, gdzie wieczorem będzie mógł złożyć głowę do snu”.

W kręgach zawodowych był szanowany, a nawet lubiany – ot, radosny człowiek, którego chętnie zapraszano na przyjęcia, bogaty obieżyświat i człowiek sukcesu epoki wiktoriańskiej. Ale w życiu osobistym był znacznie bardziej samotny. Ożenił się późno, po kilku krótkotrwałych romansach z niewłaściwymi kobietami; były wśród nich aktorka, która uciekła z włoskim wynalazcą, i modelka, która zaszła w ciążę z innym. Po czterdziestce obudziło się w nim głębokie, trwałe uczucie do jednej ze służących, cichej dziewczyny imieniem Molly, której często sprawiał drobne przyjemności, choć nigdy otwarcie nie wyznał jej swych uczuć. Zupełnie jakby celowo wybierał kobiety, które nie chciały – albo nie mogły – go uszczęśliwić, pomyślała Elodie.

– Czemu miałby to robić? – spytała Pippa, unosząc brwi, gdy Elodie wspomniała o tym pewnego wieczoru przy tapas i sangrii.

Elodie nie była pewna. Wiedziała tylko, że w jego korespondencji nic nie było jawne; słowem nie wspominał o nieodwzajemnionej miłości, tak jak nie przyznawał się do tego, że jest nieszczęśliwy, lecz pod powierzchnią listów wyczuwało się jakąś melancholię, jak gdyby uparcie poszukiwał czegoś, co już zawsze miało pozostać poza jego zasięgiem.

Zdążyła się przyzwyczaić do podejrzliwości, która malowała się na twarzy Pippy za każdym razem, gdy wypowiadała na głos podobną myśl. Nie potrafiła opisać słowami intymności obcowania z przedmiotami należącymi niegdyś do innego człowieka. Nie rozumiała współczesnej potrzeby upubliczniania najskrytszych uczuć; sama strzegła swojej prywatności i zgadzała się z francuskim poglądem le droit à l’oubli – o prawie do bycia zapomnianym. A jednak jej praca – więcej, jej pasja – polegała na ocalaniu od zapomnienia, a nawet odtwarzaniu życia tych, którzy nie mieli w tej materii żadnego wyboru. Czytała najbardziej osobiste myśli Jamesa Strattona, dzienniki niespisywane z myślą o potomności, tymczasem on nigdy o niej nie słyszał.

– To oczywiste, że się w nim kochasz – mówiła Pippa, kiedy Elodie próbowała jej wytłumaczyć.

Ale to nie była miłość. Elodie najzwyczajniej w świecie podziwiała Jamesa Strattona i czuła się w obowiązku chronić jego dziedzictwo. Ten człowiek wyprzedzał swoją epokę, a zadaniem Elodie było dopilnować, by go za to szanowano.

Obracając w głowie słowo „szanowano”, pomyślała o ukrytym w torbie szkicowniku i poczuła, że się rumieni.

Co, na Boga, ją opętało?

Czuła panikę zmieszaną ze strasznym, cudownym i podszytym poczuciem winy radosnym oczekiwaniem. Nigdy w ciągu dziesięciu lat pracy w archiwach Stratton, Cadwell & Co. w tak oczywisty sposób nie złamała zasad ustanowionych przez pana Pendletona. Mówiły one jasno i wyraźnie: wyniesienie czegokolwiek z piwnicy – gorzej, ukrycie przedmiotu w torbie i, o zgrozo, przewiezienie londyńskim autobusem dwudziestego pierwszego wieku – to wyjątkowy przejaw braku szacunku. Rzecz niewybaczalna.

Lecz kiedy autobus linii 24 okrążył stację Mornington Crescent i wjechał w Camden High Street, Elodie, upewniwszy się, że nikt na nią nie patrzy, wyjęła szkicownik z torby, pospiesznie przerzuciła kartki i zatrzymała się na stronie z rysunkiem domu i rzeki.

I tym razem ogarnęło ją dojmujące uczucie swojskości. Znała to miejsce. W historii opowiadanej przez mamę dom był bramą do innego świata. Dla Elodie, skulonej w matczynych ramionach i wdychającej jej egzotyczny zapach narcyzów, cała ta opowieść była niczym brama, zaklęcie, które przenosiło ją z tu i teraz do krainy wyobraźni. Po śmierci matki świat opowieści stał się jej kryjówką. Czy to w czasie przerwy na lunch w nowej szkole, w domu podczas długich cichych popołudni, czy nocami, kiedy napierająca zewsząd ciemność groziła uduszeniem, wystarczyło ukryć się, zamknąć oczy, przekroczyć rzekę i las i wkroczyć do zaczarowanego domu…

*

Autobus dotarł na South End Green i Elodie zatrzymała się przy straganie koło stacji Overground, po czym pospieszyła Willow Road w kierunku ogrodów Gainsborough. Dzień nadal był ciepły i wyjątkowo duszny i kiedy stanęła przed drzwiami maleńkiego domu ojca – niegdyś chatki ogrodnika – czuła się, jakby przebiegła maraton.

– Cześć, tato – rzuciła, kiedy pocałował ją w policzek. – Przywiozłam ci coś.

– No nie wiem – bąknął, z powątpiewaniem zerkając na roślinę doniczkową, którą trzymała w dłoniach. – Po tym, co przydarzyło się tej ostatniej?

– Wierzę w ciebie. Poza tym pani, od której ją kupiłam, powiedziała, że wystarczy ją podlać dwa razy w roku.

– Dobry Boże, naprawdę? Dwa razy w roku?

– Tak powiedziała.

– Niewiarygodne!

Mimo upału ojciec przygotował kaczkę w pomarańczach, swoją specjalność, i jak zawsze zjedli razem przy kuchennym stole. Byli rodziną, która spożywała posiłki w jadalni tylko przy wyjątkowych okazjach: w Boże Narodzenie, urodziny albo gdy matka Elodie uznała, że powinni zaprosić na Święto Dziękczynienia amerykańskiego skrzypka z żoną przebywających właśnie w Londynie.

Jedząc, rozmawiali o jej pracy, przygotowaniach do nadchodzącej wystawy, chórze ojca i zajęciach, które prowadził ostatnio w jednej z miejscowych podstawówek. Jego twarz pojaśniała, gdy opowiadał o dziewczynce, której skrzypce były niemal tak długie jak jej ramię, i jasnookim chłopcu z własnej woli przychodzącym do sali prób i błagającym o lekcje gry na wiolonczeli.

– Widzisz, jego rodzice nie bardzo lubią muzykę – wyjaśnił ojciec.

– Niech zgadnę: dogadaliście się?

– Nie miałem sumienia powiedzieć „nie”.

Uśmiechnęła się. Jej ojciec miał słabość do muzyki i do głowy by mu nie przyszło, żeby odmówić dziecku, które dzieliło jego pasję. Wierzył, że muzyka ma moc, która odmienia ludzkie życie – „ich umysły, Elodie” – i nic nie ekscytowało go bardziej niż rozmowy o plastyczności mózgu i zdjęcia z rezonansu magnetycznego wskazujące na związek między muzyką a empatią. Elodie serce się ściskało, gdy obserwowała go, jak słucha koncertów, i widziała bezbrzeżne skupienie na jego twarzy, kiedy siedział obok niej w teatrze. Sam był niegdyś zawodowym muzykiem. „Tylko drugim skrzypkiem”, zaznaczał za każdym razem, gdy pojawiał się ten temat. Po czym dodawał z niemal nabożnym szacunkiem: „Nie to, co ona”.

Ona. Wzrok Elodie powędrował do jadalni po drugiej stronie korytarza. Z miejsca, w którym siedziała, widziała tylko brzegi kilku ram, ale nie musiała patrzeć na ścianę, by wiedzieć, gdzie dokładnie wisi jaki obraz. Ich ułożenie nigdy się nie zmieniało. To była ściana jej mamy. Ściana Lauren Adler, pełna urzekających czarno-białych fotografii tryskającej energią młodej kobiety z długimi, prostymi włosami, tulącej do siebie wiolonczelę.

W dzieciństwie Elodie tak często przyglądała się fotografiom, że na dobre wryły się w jej pamięć. Jej matka podczas rozmaitych koncertów z koncentracją wymalowaną na twarzy, widoczną w wysokich kościach policzkowych, w skupionym wzroku i zwinnych szczupłych palcach dotykających strun, które lśniły w blasku lamp.

– Masz ochotę na deser?

Ojciec wyjął z lodówki salaterki z musem truskawkowym. Elodie nie mogła nie zauważyć, jak stary wydaje się tata w porównaniu ze zdjęciami matki, której młodość i piękno zostały zaklęte w bursztynie wspomnień.

Ponieważ pogoda była piękna, wzięli kieliszki z winem i deser na taras na dachu z widokiem na ogród. W dole na trawniku trzech braci rzucało frisbee, najmniejszy biegał między dwoma pozostałymi, podczas gdy siedzący nieopodal dorośli nachylali się ku sobie zajęci rozmową.

Letni zmierzch spowijał świat sennym blaskiem i Elodie nie chciała psuć atmosfery. A jednak po kilku minutach swobodnego, kojącego milczenia, w którym oboje się specjalizowali, postanowiła zaryzykować.

– Wiesz, o czym dzisiaj myślałam?

– O czym? – zapytał. Brodę miał ubrudzoną śmietaną.

– O bajce na dobranoc z dzieciństwa. Tej o rzece i domu z wiatrowskazem z księżycem i gwiazdami. Pamiętasz ją?

Roześmiał się zaskoczony.

– Boże drogi! Ależ mnie zaskoczyłaś. Tak, oczywiście, uwielbiałaś ją. Dawno już o niej nie myślałem. Zawsze zastanawiałem się, czy nie jest zbyt straszna, by opowiadać ją dziecku, ale twoja mama uważała, że dzieci są dużo odważniejsze, niż się wydaje. Mówiła, że dzieciństwo to przerażający czas i jeśli dziecko słucha strasznych opowieści, czuje się mniej samotne. Chyba się z tym zgadzałaś, bo kiedy wyjeżdżała na tournée, nie podobały ci się książki, które ci czytałem. Czułem się odepchnięty. Chowałaś je pod łóżkiem, żebym ich nie znalazł, i upierałaś się, żebym zamiast tego opowiedział ci o polanie w głębokim, ciemnym lesie i magicznym domu nad rzeką.

Elodie się uśmiechnęła.

– Nie byłaś zadowolona z moich starań. Tupałaś nóżkami i krzyczałaś: „Nie!” albo „Nie tak!”.

– Ojejku.

– To nie była twoja wina. Twoja mama była świetną gawędziarką.

Ojciec popadł w melancholijną zadumę, mimo to Elodie, która zwykle uważała, by nie rozdrapywać jego dawnych ran, tym razem nie zamierzała dać za wygraną.

– Zastanawiam się, tato… czy ta baśń pochodziła z jakiejś książki?

– Chciałbym. Dzięki temu nie straciłbym tyle czasu, próbując pocieszyć swoje niepocieszone dziecko. Nie, to była rodzinna opowieść przekazywana z ust do ust. Pamiętam, jak twoja mama mówiła, że usłyszała ją w dzieciństwie.

– Też tak myślałam, ale może się pomyliła? Może ten, kto opowiedział jej tę baśń, przeczytał ją w książce? Jednej z tych ilustrowanych wiktoriańskich bajek dla dzieci.

– Możliwe. – Ściągnął brwi. – Ale skąd te wszystkie pytania?

Z nagłym ukłuciem zdenerwowania Elodie wyjęła z torby szkicownik, otworzyła go na rysunku domu i podała ojcu.

– Znalazłam to dziś w pudle w pracy.

– Ładne… widać, że ktoś miał talent… piękny charakter pisma… – Jeszcze przez chwilę wpatrywał się w szkic, po czym spojrzał na córkę niepewnym wzrokiem.

– Tato, nie widzisz? To dom z tej opowieści. To ilustracja tego samego domu.

Kolejny raz spojrzał na rysunek.

– No cóż, widzę dom. I rzekę.

– I las, i wiatrowskaz z księżycem.

– Tak, ale… kochanie, są dziesiątki domów, które pasują do tego opisu.

– Tak dokładnie? Daj spokój, tato. To ten sam dom. Szczegóły się zgadzają. Co więcej, artyście udało się uchwycić jego atmosferę. Przecież to widzisz, prawda? – Nagła chęć posiadania sprawiła, że wyjęła szkicownik z ojcowskich rąk. Nie mogła lepiej tego wytłumaczyć; nie wiedziała jak, nie miała pojęcia, co to oznacza ani dlaczego szkicownik znalazł się w archiwum, wiedziała tylko, że to dom z opowieści jej matki.

– Przepraszam, kochanie.

– Nie przepraszaj, tato. Nie ma za co. – Wypowiadając te słowa, czuła pod powiekami piekące łzy. Głupota! Płakać nad pochodzeniem bajki do poduszki. Rozpaczliwie szukała w głowie innego tematu, czegoś, czegokolwiek, co sprowadzi rozmowę na inne tory. – Miałeś jakieś wieści od Tipa?

– Jeszcze nie. Ale wiesz, jaki on jest. Nie uznaje telefonów.

– Wpadnę do niego w weekend.

Milczenie, które tym razem zapadło między nimi, nie było ani swobodne, ani kojące. Elodie obserwowała taniec ciepłego światła na liściach. Nie wiedziała, dlaczego czuje się taka wzburzona. Nawet jeśli to był ten sam dom, jakie to miało znaczenie? Albo artysta robił szkice do książki, którą czytała jej mama, albo ktoś zobaczył dom na własne oczy i postanowił wpleść go do opowieści. Wiedziała, że powinna odpuścić i powiedzieć coś miłego…

– Zapowiadają ładną pogodę – odezwał się ojciec, lecz w tej samej chwili Elodie wykrzyknęła:

– Dom ma osiem kominów, tato. Osiem!

– Och, skarbie…

– To dom z jej opowieści. Popatrz na wimpergi…

– Drogie dziecko.

– Tato!

– To wszystko ma sens.

– O czym ty mówisz?

– O ślubie.

– Jakim ślubie?

– Twoim, oczywiście. – Uśmiechnął się dobrotliwie. – Ważne wydarzenia często zmuszają nas do zmierzenia się z przeszłością. A ty tęsknisz za mamą. Powinienem był wiedzieć, że teraz będzie ci jej brakowało bardziej niż kiedykolwiek.

– Nie, tato, ja…

– Właściwie jest coś, co chciałem ci dać. Zaczekaj chwilę.

Elodie westchnęła, odprowadzając ojca wzrokiem, gdy schodził po żelaznych schodach do domu. Z zawiązanym w pasie fartuchem i nieco zbyt słodką kaczką w pomarańczach był człowiekiem, na którego nie można było długo się gniewać.

Zauważyła kosa, który przyglądał się jej przycupnięty na jednej z bliźniaczych nasad kominowych. Obserwował ją z uwagą, a po chwili posłuszny rozkazowi, którego nie mogła usłyszeć, poderwał się do lotu. Najmłodsze z dzieci zaczęło płakać i Elodie przypomniała sobie słowa ojca o tym, jak marudziła, podczas gdy on robił, co mógł, wymyślając bajki na dobranoc. Potem zostali już tylko we dwoje.

Nie było łatwo.

– Przechowywałem go dla ciebie – powiedział, stając na szczycie schodów. Myślała, że przyniesie taśmy, które miał dla niej odłożyć, ale pudełko, które trzymał, było za małe, niewiele większe od pudełka na buty. – Wiedziałem, że pewnego dnia… nadejdzie właściwy czas… – Oczy zaszkliły mu się od łez i pokręcił głową. – Masz, sama zobacz – dodał, podając jej pudełko.

Uniosła wieczko.

W środku leżał pas jedwabnej organzy koloru kości słoniowej, którego wycinany w półokrągłe ząbki brzeg obrębiono delikatną aksamitną wstążką. Elodie od razu wiedziała, co to jest. Zbyt często przyglądała się stojącej na dole fotografii w pozłacanej ramce.

– Tamtego dnia wyglądała tak pięknie – odezwał się ojciec. – Nigdy nie zapomnę, kiedy stanęła w drzwiach kościoła. Byłem niemal pewny, że się nie pojawi. Przed ślubem mój brat kpił ze mnie niemiłosiernie. Uważał, że to świetna zabawa, a ja, niestety, sam mu się podkładałem. Nie mogłem uwierzyć, że powiedziała „tak”. Byłem pewien, że doszło do nieporozumienia; wszystko to było zbyt piękne, by mogło być prawdziwe.

Wzięła go za rękę. Od śmierci matki minęło dwadzieścia pięć lat, lecz rana w sercu ojca była tak świeża, jakby zdarzyło się to wczoraj. Elodie miała ledwie sześć lat, wciąż jednak pamiętała, jak patrzył na mamę, gdy spacerując razem, trzymali się za ręce. Pamiętała też pukanie do drzwi, ściszone głosy policjantów i rozdzierający serce krzyk taty.

– Robi się późno – zauważył i poklepał ją po dłoni. – Powinnaś wracać, skarbie. Chodźmy na dół, znalazłem taśmy, których szukałaś.

Zamknęła pudełko. Za chwilę zostawi go w towarzystwie bolesnych wspomnień, ale miał rację: czekała ją długa podróż powrotna do domu. Poza tym już dawno przekonała się, że nie jest w stanie ukoić jego smutku.

– Dzięki, że przechowałeś dla mnie welon. – Wstała i musnęła ustami jego policzek.

– Mama byłaby z ciebie dumna.

Uśmiechnęła się, ale idąc za nim na dół, zastanawiała się, czy rzeczywiście tak by było.

*

„Dom” był małym, schludnym mieszkaniem na samej górze wiktoriańskiej kamienicy w Barnes. Wspólna klatka schodowa z powodu mieszczącej się na dole smażalni ryb pachniała tłuszczem jak paczka chipsów. Na szczęście zapach nie docierał tak wysoko. Mieszkanie składało się z otwartego pokoju dziennego z aneksem kuchennym i sypialni o dziwnym kształcie z dobudowaną do niej łazienką, ale na sam jego widok serce Elodie biło mocniej.

Jedno z okien sypialni wychodziło na rząd wiktoriańskich budynków: stara cegła, okna otwierane pionowo i ścięte dachy z terakotowymi nasadami kominowymi. W przerwach między budynkami mogła dostrzec Tamizę. Co więcej, jeśli usiadła na parapecie, widziała górny odcinek rzeki, aż do zakola i wznoszącego się nad nim mostu kolejowego.

Z okna na drugiej ścianie rozciągał się widok na ulicę i stojący po drugiej stronie bliźniaczy budynek. Mieszkająca w nim para jadła kolację, kiedy Elodie wróciła do mieszkania. Dowiedziała się, że są Szwedami, co tłumaczyło nie tylko ich wzrost i urodę, ale także osobliwy skandynawski zwyczaj jedzenia po dwudziestej drugiej. Nad kuchenną ławą w ich mieszkaniu wisiała lampa, która wyglądała, jakby zrobiono ją z krepiny; w jej drżącym różowawym świetle skóra Szwedów zdawała się lśnić.

Elodie zaciągnęła kuchenne zasłony, zapaliła światło i wyciągnęła welon z pudełka. W przeciwieństwie do Pippy nie znała się na modzie, ale wiedziała, że to wyjątkowa rzecz. Cenna ze względu na wiek i sławę Lauren Adler, lecz dla Elodie miała przede wszystkim wartość sentymentalną, należała bowiem do jej matki, po której pozostało zdumiewająco niewiele rzeczy.

Po chwili wahania podniosła welon i przyłożyła go do czubka głowy. Wsunęła grzebień we włosy i organza opadła na jej ramiona. Elodie opuściła ręce.

Pochlebiało jej, że Alastair poprosił ją o rękę. Oświadczył się jej w pierwszą rocznicę dnia, kiedy zostali sobie przedstawieni (przez chłopaka, z którym chodziła do szkoły, pracującego w firmie Alastaira). Zabrał ją do teatru, a następnie na kolację do wykwintnej restauracji w Soho i gdy szatniarz odbierał ich płaszcze, szepnął jej do ucha, że większość ludzi tygodniami czeka tu na rezerwację. Czekając na deser, wręczył jej pierścionek w pudełeczku niebieskim jak jajo rudzika. Była to scena rodem z filmu i Elodie miała wrażenie, że patrzy na wszystko z boku: Alastair z jego przystojną twarzą, na której malowało się wyczekiwanie, i idealnymi białymi zębami; i ona w nowej sukience uszytej dla niej przez Pippę na przemówienie, które wygłosiła miesiąc wcześniej z okazji stupięćdziesięciolecia Stratton Group.

Siedząca przy stoliku obok starsza kobieta powiedziała do swojego towarzysza: „Czyż to nie cudowne? Popatrz tylko! Rumieni się, bo jest taka zakochana”. Słysząc to, Elodie pomyślała: Rumienię się, bo jestem taka zakochana. A gdy Alastair uniósł pytająco brwi, widziała siebie, jak się uśmiecha i mówi: „Tak”.

Na ciemnych wodach rzeki zabrzmiała syrena mgłowa i welon wypadł z rąk Elodie.

Pewnie tak to się odbywa. Tak właśnie zaręczają się ludzie. Będzie ślub – jeśli wierzyć temu, co zapisano na zaproszeniach, za sześć tygodni, gdy, jak powiedziała matka Alastaira, „późnoletnie ogrody Gloucestershire będą prezentowały się najbardziej zjawiskowo” – i Elodie dołączy do grona małżeństw, które spotykają się w weekendy, żeby rozmawiać o domach, kredytach i szkołach. Bo z czasem pewnie pojawią się dzieci, a ona zostanie matką. Nie będzie taka jak jej mama – utalentowana i błyskotliwa, urzekająca i nieuchwytna – ale jej dzieci będą szukały u niej porady i pocieszenia, a ona będzie wiedziała, co zrobić i powiedzieć, bo przecież rodzice tak mają, prawda?

Odłożyła pudełko na obity brązowym aksamitem fotel w kącie pokoju, lecz po chwili wahania wsunęła je pod niego.

Walizka, którą zabrała z domu ojca, nadal stała przy drzwiach, tam gdzie ją zostawiła.

Planowała zacząć odsłuchiwać taśmy, nagle jednak poczuła się zmęczona, ogromnie zmęczona.

Wzięła więc prysznic, po którym z miną winowajcy zgasiła lampkę i weszła pod kołdrę. Jutro zajmie się taśmami. Nie mogła dłużej zwlekać. Matka Alastaira, Penelope, dzwoniła już trzy razy od śniadania. Elodie nie odbierała, czekając, aż włączy się automatyczna sekretarka, ale lada dzień Alastair oświadczy, że „Mamcia szykuje niedzielny lunch”, a ona wyląduje na fotelu pasażera w roverze i zostanie zawieziona trzypasmówką do ogromnego domu w Surrey, gdzie będzie ją czekać przesłuchanie.

Wybranie nagrania było jednym z trzech przydzielonych jej zadań. Drugim była wizyta w lokalu, w którym miało się odbyć przyjęcie i który należał do przyjaciółki Penelope („Tylko po to, żeby się przedstawić, resztę zostaw mnie”). A trzecim współpraca z Pippą, która zaoferowała, że zaprojektuje dla niej suknię. Jak na razie Elodie nie wypełniła żadnego z tych zadań.

Jutro, obiecała sobie, spychając na bok wszystkie myśli o ślubie. Jutro.

Zamknęła oczy i wsłuchując się w dobiegające z dołu głosy ostatnich klientów zamawiających dorsza w cieście i frytki, wróciła myślami do drugiego pudełka, które zostawiła pod biurkiem w pracy. Pomyślała o oprawionej w ramki fotografii młodej kobiety. I szkicu domu.

Znowu poczuła ten dziwny niepokój, jak urywek wspomnienia, którego nie mogła sobie przypomnieć. Oczami wyobraźni zobaczyła szkic i usłyszała głos, który należał, a zarazem nie należał do jej matki: Krętą ścieżyną szli, łąką w kierunku wierzb, i nad rzekę zanieśli swe sekrety i miecz.

Kiedy w końcu zasnęła, w chwili gdy jej umysł trwał zawieszony między jawą a snem, rysowany piórkiem szkic rozpłynął się, zastąpiony obrazem skąpanych w słońcu drzew i srebrzystych wód Tamizy. Ciepły wiaterek musnął jej policzki; znajdowała się w miejscu, które choć nieznane, było jej bliskie niczym dom.

II

Życie w Birchwood jest ciche i spokojne. Od tamtego lata upłynęło wiele czasu, a ja nabrałam różnych przyzwyczajeń, przez co każdy dzień jest podobny do poprzedniego. Nie mam wyboru. Rzadko miewam gości, a ci, którzy się pojawiają, nie zabawiają tu długo. Nie jestem dobrą gospodynią. Zresztą w Birchwood nie mieszka się łatwo.

Większość ludzi boi się starych budynków, tak jak boi się starych ludzi. Thames Path stała się popularnym miejscem wśród spacerowiczów i czasami wieczorem albo wczesnym rankiem zatrzymują się na ścieżce i zaglądają ponad murem ogrodu. Widzę ich, ale nie pozwalam, by oni zobaczyli mnie.

Rzadko wychodzę z domu. Kiedyś biegałam po łące z sercem dudniącym w piersi i policzkami ciepłymi od słońca. Ruchy miałam lekkie i zwinne. Te czasy dawno już minęły.

Ludzie, którzy przystają w uliczce, słyszeli plotki na mój temat, wskazują więc palcami i nachylają się ku sobie jak plotkarze na całym świecie. „To wydarzyło się tutaj” – szepczą. „To tutaj mieszkał” albo „Myślisz, że ona to zrobiła?”.

Ale nie wchodzą, kiedy furtka jest zamknięta. Słyszeli, że to nawiedzone miejsce.

*

Przyznaję, że nie zwracałam uwagi, kiedy Clare i Adele mówiły o duchach. Byłam zajęta, błądziłam myślami gdzieś indziej. Później często tego żałowałam. Z czasem taka wiedza okazałaby się przydatna, zwłaszcza kiedy zaczęli się pojawiać moi „goście”.

Jeden z nich właśnie przybył. Jak zawsze najpierw go wyczułam. Świadomość, subtelną, lecz oczywistą zmianę w cuchnących stęchlizną przeciągach, które nocami liżą stopnie schodów i osiadają na nich. Trzymałam się z daleka i z nadzieją, że nie będzie mnie niepokoił, czekałam, aż wróci bezruch.

Tyle że bezruch nie wrócił. Podobnie jak cisza. Ten – wiem, że to on, mignął mi bowiem przed oczami – nie jest hałaśliwy, w przeciwieństwie do niektórych, ale ja nauczyłam się słuchać, wiem, czego nasłuchiwać, i kiedy ruchy nabrały regularności, zrozumiałam, że zamierza zostać.

Minęło dużo czasu, odkąd miałam gościa. Kiedyś niepokoili mnie swoimi szeptami i postukiwaniem, miałam mrożące krew w żyłach przeczucie, że moje rzeczy i miejsca nie należą już do mnie. Zajmowałam się swoimi sprawami, ale przyglądałam się im, każdemu z osobna, tak jak mógłby to robić Edward, i z czasem odkryłam, jak się ich pozbyć. To proste istoty, a ja jestem wprawiona w pomaganiu im podczas ich podróży.

Nie wszystkim jednak, są bowiem wśród nich takie, do których się przekonałam. Te Wyjątkowe. Biedny, smutny żołnierz, który krzyczy nocami. Wdowa, której wściekły płacz rozbrzmiewa między deskami podłogowymi. I oczywiście dzieci – samotna uczennica, która chciała wrócić do domu, poważny mały chłopiec, który próbował naprawić matczyne serce. Lubię dzieci. Są bardziej spostrzegawcze. Nie nauczyły się jeszcze nie widzieć.

Nadal nie wiem, co sądzić o tym nowym. Czy będziemy w stanie żyć zgodnie i jak długo ze sobą wytrzymamy. On jeszcze mnie nie zauważył. Jest bardzo skupiony na tym, co robi. Codziennie snuje się po kuchni z zarzuconym na ramię brązowym płóciennym workiem.

Na początku wszyscy tacy są. Mało spostrzegawczy, pochłonięci własnymi sprawami i tym, co ich zdaniem powinno być zrobione. Ja jednak jestem cierpliwa. Niewiele mam do roboty poza patrzeniem i czekaniem.

Widzę go teraz przez okno, jak idzie w stronę małego cmentarza na skraju wioski. Zatrzymuje się i czyta napisy na nagrobkach, jakby kogoś szukał.

Zastanawiam się kogo. Tak wielu tam pogrzebano.

Zawsze byłam ciekawska. Ojciec mawiał, że taka się urodziłam. Pani Mack powtarzała, że to tylko kwestia czasu, zanim moja ciekawość doprowadzi do jakiejś tragedii.

No i proszę. Znikł za wzniesieniem, tak że nie widzę już, dokąd idzie, co niesie w torbie i co zamierza tam robić.

Chyba jestem podekscytowana. Jak już mówiłam, minęło sporo czasu, a obserwowanie nowych gości zawsze podnosi mnie na duchu. Odwraca moje myśli od zmurszałych kości przyzwyczajeń.

Kości takich jak te…

Czy kiedy wszyscy spakowali się i uciekli, a powozy wyrwały do przodu, jak gdyby ścigały je całe zastępy piekielne, Edward obejrzał się za siebie i w dogasającym świetle dnia zobaczył w oknie to, co miało zastąpić jego koszmar?

Czy kiedy wrócił do Londynu i ukrył się za sztalugą, mrugał czasami, by odegnać sprzed oczu moją twarz? Czy śnił o mnie podczas długich nocy, gdy moje myśli biegły ku niemu?

Czy pamiętał wtedy, tak jak ja pamiętam teraz, blask świecy tańczący na tapecie ze wzorem w owoce i liście morwy?

Są też inne kości. Te, które sama sobie zakazałam polerować. Po co się zastanawiać, skoro w pobliżu nie został nikt, kogo mogłabym zapytać.

Wszyscy odeszli. Odeszli dawno temu. Pytania należą do mnie. Supły, których nikt nigdy nie rozplącze. Bezustannie obracane w dłoniach, zapomniane przez wszystkich oprócz mnie. Albowiem ja nie zapominam niczego, niezależnie od tego, jak bardzo się staram.

ROZDZIAŁ TRZECILato 2017

Dziwne, niepokojące uczucie towarzyszyło Elodie także następnego dnia, dlatego jadąc pociągiem, próbowała spisać wszystko, co zapamiętała z matczynej opowieści na dobranoc. Gdy Londyn przemykał za szybą niczym rozmazana smuga, a siedząca nieco dalej grupa chłopców śmiała się z czegoś, co zobaczyli w telefonie, oparła notatnik na kolanie i zapomniała o bożym świecie. Długopis sunął po papierze, lecz w miarę jak pociąg zbliżał się do Waterloo, entuzjazm Elodie zaczął przygasać. Zerknęła na to, co zapisała: na baśń o domu z niebiańskim wiatrowskazem, krętej rzece o wodach srebrzystych jak rtęć, cudownych i strasznych rzeczach, które nocami działy się w lesie, i poczuła się zawstydzona. W końcu to tylko bajka dla dzieci, a ona była dorosłą kobietą.

Gdy pociąg zatrzymał się na peronie, sięgnęła po stojącą na podłodze torbę. Jej wzrok zatrzymał się na szkicowniku owiniętym w czystą bawełnianą ścierkę do naczyń i ogarnęła ją fala niepewności, kiedy przypomniała sobie swoją lekkomyślność, nagłą nieodpartą chęć, by zabrać szkicownik, i rosnące przekonanie, że szkic stanowił zapowiedź jakiejś tajemnicy. Podejrzewała nawet – dzięki Bogu miała na tyle rozumu, by nie wspominać o tym ojcu! – że rysunek przez te wszystkie lata czekał właśnie na nią.

Telefon zadzwonił, kiedy mijała kościół St Mary le Strand; na ekranie pojawiło się imię Penelope. Nagłe zdenerwowanie uświadomiło jej, że być może ojciec miał rację. Może to rzeczywiście ślub, a nie rysunek domu wzbudzał te dziwne uczucia. Zignorowała telefon i schowała go do kieszeni. Skontaktuje się z przyszłą teściową po południu, kiedy po spotkaniu z Pippą będzie mogła przedstawić Penelope jakieś konkrety.

Po raz tysięczny żałowała, że nie ma przy niej mamy, która stanowiłaby jakąś przeciwwagę. Wiedziała z dobrych źródeł – nie tylko od ojca – że Lauren Adler była wyjątkowa. W wieku siedemnastu lat Elodie postanowiła dowiedzieć się o niej czegoś więcej. Najpierw z internetu, a potem postarała się o kartę wstępu do Biblioteki Narodowej, gdzie znalazła wszystkie artykuły i wywiady związane z błyskotliwą karierą Lauren Adler. Wieczorami w sypialni czytała je, tworząc obraz tryskającej energią młodej kobiety o niebywałym talencie, wirtuozki, której biegłość w grze na wiolonczeli nie miała sobie równych. Elodie najbardziej lubiła wywiady, bo w nich, zamknięte w cudzysłowach, tkwiły słowa wypowiedziane przez matkę. Jej myśli, jej głos i ulubione zwroty.

Elodie przeczytała kiedyś książkę znalezioną pod łóżkiem w pokoju hotelowym w Grecji o umierającej kobiecie, która napisała do swoich dzieci serię listów o życiu i o tym, jak powinny postępować, by mogła czuwać nad nimi zza grobu. Ale Lauren Adler nie wiedziała, że umrze, i nie zostawiła swojej jedynej córce żadnych wskazówek. Wywiady okazały się jednak wspaniałą rzeczą i siedemnastoletnia Elodie zgłębiała wszystkie, ucząc się ich na pamięć i szeptem powtarzając niektóre zwroty do wiszącego nad toaletką owalnego lustra. Były dla niej niczym ulubione fragmenty wierszy, jej własny zbiór życiowych przykazań. Bo w przeciwieństwie do Elodie, która walczyła z trądzikiem i była beznadziejnym przypadkiem młodzieńczego braku pewności siebie, siedemnastoletnia Lauren Adler promieniała. Równie skromna co utalentowana, grywała już solo na balach, pracując na tytuł muzycznej ulubienicy narodu.

Nawet Penelope, której pewność siebie była tak stara i niezmienna jak sznur pereł na jej szyi, mówiła o matce Elodie z niemal nabożnym szacunkiem. Nie pytała o „jej mamę”, lecz zawsze o „Lauren Adler”. „Czy Lauren Adler miała ulubiony utwór koncertowy?”, „Czy było miejsce, w którym Lauren Adler najbardziej lubiła grać?”. Elodie odpowiadała na te pytania najlepiej, jak mogła. Nie wspominała, że większość z tego, co wie, pochodzi z wywiadów, które były łatwo dostępne, jeśli tylko ktoś wiedział, gdzie szukać. Zainteresowanie Penelope było miłe i Elodie kurczowo się go trzymała. W wielkim domu Alastaira, w obecności jego wytwornych rodziców odzianych w tweedy i diagonale, pośród tchnących tradycją ścian obwieszonych portretami przodków, potrzebowała każdej możliwej przewagi.

Na początku ich związku Alastair wspominał, że jego matka jest miłośniczką muzyki klasycznej. W dzieciństwie sama grała, lecz po debiucie w towarzystwie porzuciła przygodę z muzyką. Opowiadał historie, którymi zjednywał sobie Elodie: o koncertach, na które zabierała go matka, kiedy był chłopcem, o radosnym podnieceniu, jakie czuł w dniu, gdy London Symphony Orchestra grała swój pierwszy koncert w centrum sztuki Barbican, albo o pojawieniu się dyrygenta na deskach Royal Albert Hall. Na wszystkie te wydarzenia chodzili tylko we dwoje, matka i syn – to był ich czas („Ojciec uważa, że to przesada. Jego ulubioną rozrywką jest rugby”). Nadal podtrzymywali tę długoletnią tradycję i raz w miesiącu wybierali się na koncert, a po nim na kolację.

Słysząc to, Pippa uniosła brwi, zwłaszcza gdy Elodie wyznała, że nigdy nie została zaproszona, by do nich dołączyć; ona jednak się tym nie przejmowała. Wyczytała gdzieś, że mężczyźni, którzy dobrze traktują matki, są najlepszymi partnerami. Poza tym miło było wiedzieć, że nie wszyscy zakładają, że musi być miłośniczką muzyki klasycznej. Przerabiała to wielokrotnie: obcy ludzie pytali ją, na jakim gra instrumencie, a gdy mówiła, że na żadnym, patrzyli na nią zmieszani. „Nawet trochę?”

Tymczasem Alastair ją rozumiał. „Wcale ci się nie dziwię – powiedział. – Nie ma sensu konkurować z doskonałością”. I choć Pippa żachnęła się, kiedy to usłyszała („Jesteś doskonała w byciu sobą”), Elodie wiedziała, że nie to miał na myśli – nie był wobec niej krytyczny.

To jego matka wpadła na pomysł, żeby na ślubie puścić film o Lauren Adler. Kiedy Elodie powiedziała, że ojciec ma całe mnóstwo nagrań z koncertów i że jeśli Penelope chce, poprosi go, by wyjął je ze składziku, przyszła teściowa spojrzała na nią z czymś, co można opisać wyłącznie jako szczere uwielbienie. Po raz pierwszy dotknęła dłoni Elodie i wyznała: „Raz widziałam ją, jak gra. Była olśniewająca, taka skupiona. Profesjonalistka w każdym calu, dzięki czemu jej muzyka nie miała sobie równych. To straszne, co się stało, po prostu straszne. Byłam zdruzgotana”.

Tego Elodie się nie spodziewała. Rodzina Alastaira nie „spoufalała się”, a w luźnych rozmowach nie poruszała takich tematów jak utrata bliskiej osoby czy żałoba. Tym razem temat też został ucięty równie nagle, jak się pojawił, a Penelope jak gdyby nigdy nic zaczęła rozprawiać o wczesnej tego roku wiośnie i o tym, jak wpłynie na Chelsea Flower Show. Elodie, mniej wprawna w szybkich zmianach tematu, nadal czuła na ręce jej dotyk, a wspomnienie śmierci matki towarzyszyło jej do końca weekendu.

Lauren Adler siedziała na miejscu pasażera w samochodzie prowadzonym przez amerykańskiego skrzypka, gdy oboje wracali do Londynu z koncertu w Bath. Pozostali członkowie orkiestry wrócili dzień wcześniej, zaraz po koncercie, ale matka Elodie została, by wziąć udział w warsztatach z lokalnymi muzykami. „Była bardzo szczodra – powtarzał często ojciec jak litanię człowieka pogrążonego w żałobie. – Ludzie nie oczekiwali tego od niej, od kogoś tak wielkiego, ale ona kochała muzykę i robiła, co mogła, by spędzać czas z tymi, którzy również ją kochali. Nie miało znaczenia, czy są profesjonalistami czy amatorami”.

Według raportu koronera, który Elodie znalazła w miejscowych archiwach, przyczyną wypadku była kiepska nawierzchnia szutrowej wiejskiej drogi i zła ocena sytuacji. Zastanawiała się, dlaczego nie jechali autostradą, ale koronerzy nie snują domysłów związanych z wyborem drogi. Kierowca zbyt szybko wszedł w ostry zakręt, koła straciły przyczepność i samochód wypadł z drogi. Siła uderzenia wyrzuciła Lauren Adler przez przednią szybę, powodując liczne złamania. Nawet gdyby przeżyła, już nigdy nie zagrałaby na wiolonczeli. Elodie dowiedziała się tego od przyjaciół mamy, muzyków, których rozmowę podsłuchała, kiedy na stypie siedziała ukryta za kanapą. Najwyraźniej uważali, że w tym wypadku śmierć była mniejszym złem.

Elodie nie widziała tego w ten sposób, podobnie jak jej ojciec, który przetrwał pogrzeb ze spokojem człowieka znajdującego się w szoku, co niepokoiło ją znacznie bardziej niż rozpacz, w której pogrążył się później. Myślał, że zdoła ukryć żal, siedząc za zamkniętymi drzwiami sypialni, lecz stare ceglane ściany nie były wystarczająco grube. Mieszkająca obok pani Smith uśmiechała się z ponurym zrozumieniem, gdy co wieczór, przejmując jego obowiązki, serwowała Elodie tosty i jajka gotowane na miękko i snuła barwne opowieści o Londynie z czasów wojny: o nocach spędzonych pośród huku bomb i bombardowań i dniu, kiedy otrzymała ozdobiony czarną obwódką telegram z wieściami o jej zaginionym ojcu.

Nic więc dziwnego, że od tamtej pory śmierć matki nieodmiennie kojarzyła się Elodie z wybuchami bomb, zapachem siarki i dojmującą tęsknotą dziecka, które rozpaczliwie pragnie, by ktoś opowiedział mu bajkę.

*

– Dzień dobry. – Margot gotowała wodę, kiedy Elodie weszła do pracy. Sięgnęła po ulubiony kubek Elodie, postawiła obok swojego i wrzuciła do środka torebkę herbaty. – Uprzedzam: od rana szaleje. Tym razem konsultant sporządził listę „zaleceń”.

– Boże.

– Właśnie.

Elodie podeszła z kubkiem do biurka, uważając, by nie zwrócić na siebie uwagi pana Pendletona, kiedy mijała jego gabinet. Lubiła swojego zrzędliwego starego szefa, ale kiedy miał zły humor, bywał opryskliwy, a ona miała dość pracy bez niepotrzebnego uzupełniania katalogu.

Nie musiała się jednak martwić: pan Pendleton był bez reszty czymś pochłonięty i wściekłym wzrokiem wpatrywał się w ekran.

Usiadła przy biurku i nie tracąc czasu, wyjęła z torby owinięty w ścierkę szkicownik i włożyła go z powrotem do pudełka. Dała się ponieść chwilowemu szaleństwu, ale – na szczęście – było już po wszystkim. Teraz musiała tylko skatalogować rzeczy i raz na zawsze przypisać im miejsce w archiwach.

Włożyła rękawiczki i wyciągnęła dziurkacz, kałamarz, drewnianą wkładkę z przegródkami i etui na okulary. Już na pierwszy rzut oka widać było, że to przedmioty biurowe pochodzące z połowy dwudziestego wieku. Inicjały na etui świadczyły o tym, że należało ono do Lesley Stratton-Wood, więc ze spokojem przystąpiła do spisywania zawartości pudła. Przyniosła nowe, przełożyła do niego przedmioty i przykleiła listę z boku.

Najbardziej ciekawiła ją torba. Elodie przystąpiła do drobiazgowej inspekcji, zwracając uwagę na wytarte skórzane krawędzie i kilka rys widocznych z tyłu. Szwy na łączeniach były wysokiej jakości, a na jednej z klamer wytłoczono pięć stempli probierczych, świadczących o tym, że wykonano ją w Anglii ze standardowego srebra. Elodie włożyła do lewego oka monokl powiększający i przyjrzała się bliżej: tak, był tu lew oznaczający srebro najwyższej próby; lampart symbolizujący Londyn (brak korony dowodził, że przedmiot wykonano po roku 1822); mała litera „g” zapisana staroangielską czcionką wskazywała rok (wystarczył szybki rzut oka na tabelę i Elodie wiedziała, że chodzi o rok 1862); głowa królowej Wiktorii i w końcu monogram złotnika – inicjały W.S.

Elodie spojrzała na katalog i przesunęła palcem po liście, aż natrafiła na niejakiego Williama Simmsa. Uśmiechnęła się z uznaniem. Torbę wykonano w W. Simms & Son, zakładzie produkującym ekskluzywne towary ze srebra i skóry, posiadającym licencję dostawcy królewskiego. Jeśli dobrze pamiętała, sklep mieścił się przy Bond Street.

Dowiedziała się wiele, lecz nie wszystko, bo pozostałe znaki na torbie – rysy i ślady znoszenia – były równie ważne. Świadczyły o tym, że niezależnie od tego, jak szlachetne było jej pochodzenie, nie służyła wyłącznie do ozdoby. Jej właściciel często nosił ją przewieszoną przez ramię – prawe, jak zauważyła Elodie, wodząc palcami po nierówno wytartym pasku – przez co obijała się o jego lewe biodro. Elodie spróbowała zawiesić ją na ramieniu, uświadomiła sobie jednak, że przyzwyczajenie nakazywało jej przełożyć ją na drugie ramię. Istniało zatem duże prawdopodobieństwo, że właściciel był leworęczny.

To eliminowało Jamesa Strattona, mimo że znalazła w torbie jego teczkę na dokumenty; ale przecież wskazywały na to już pozłacane inicjały – E.J.R. – wytłoczone na klapie. Elodie czubkiem palca musnęła pochyłe E. Te same inicjały widniały na szkicowniku. Mogła więc założyć, że były to inicjały człowieka, który wykonał rysunki i że to do niego (albo do niej) należała torba. A zatem ten ktoś był artystą? James Stratton współpracował z kilkoma znanymi artystami tamtej epoki, lecz Elodie nie pamiętała, by widziała te inicjały. Zawsze mogła je wygooglować, ale znała lepszą – i szybszą – skarbnicę wiedzy z zakresu sztuki. Wyjęła telefon, poczuła ucisk w żołądku, widząc, że Penelope zostawiła drugą wiadomość, i napisała do Pippy:

Cześć! Kojarzysz jakiegoś artystę, prawdopodobnie ze środkowego okresu epoki wiktoriańskiej, o inicjałach E.J.R.?

Odpowiedź przyszła niemal natychmiast:

Edward Radcliffe. Spotkanie aktualne? Czy zamiast na 12 możemy się umówić o 11? Wyślę ci adres.

Edward Radcliffe. Brzmiało jakby znajomo, choć na pewno nie był artystą, z którym James Stratton prowadził regularną korespondencję. Wpisała nazwisko w wyszukiwarkę i kliknęła na stronę Wikipedii. Wpis był krótki. Elodie przebiegła wzrokiem pierwszą część, notując w pamięci, że urodzony w 1840 roku Edward Radcliffe był niemal rówieśnikiem Jamesa Strattona, przyszedł na świat w Londynie, ale część dzieciństwa spędził w Wiltshire. Był najstarszym z trójki rodzeństwa, jedynym synem miłośnika sztuk pięknych i kobiety, która próbowała sił jako artystka. Przez kilka lat wychowywali go dziadkowie, lord i lady Radcliffe, gdy rodzice przebywali na Dalekim Wschodzie, gdzie kolekcjonowali japońską ceramikę.

Kolejny paragraf opisywał jego burzliwą młodość, wybuchowy charakter i wcześnie rozwinięty talent odkryty przypadkiem, kiedy starszy artysta (nieznany Elodie, lecz najwyraźniej sławny) natknął się na prace Radcliffe’a i wziął go pod swoje skrzydła. Były obiecujące wystawy, żywiołowy romans z Królewską Akademią, krótka, lecz ostra publiczna wymiana zdań z Dickensem po dość kiepskiej recenzji, a w końcu rehabilitacja, gdy sam wielki John Ruskin zamówił u niego obraz. Wszystko wskazywało na to, że Edward Radcliffe był na najlepszej drodze do wielkiej kariery, i Elodie zaczynała się zastanawiać, dlaczego nie zna żadnych jego prac, zanim dotarła do ostatniego akapitu.

Edward Radcliffe był zaręczony z panną Frances Brown, córką właściciela fabryki w Sheffield; niestety, po tym jak w wieku zaledwie dwudziestu lat zginęła tragicznie podczas włamania z kradzieżą, wycofał się z życia publicznego. Mówiono, że w tamtym czasie pracował nad arcydziełem, lecz jeśli tak było, ani obraz, ani żaden ze szkiców wstępnych nie ujrzały światła dziennego. W 1881 roku Radcliffe utonął niedaleko wybrzeża w południowej Portugalii i ciało sprowadzono do Anglii, gdzie został pochowany. Choć jego dorobek artystyczny nie był tak wielki, jak mógłby być, Radcliffe pozostaje ważną postacią świata sztuki połowy dziewiętnastego wieku, był bowiem członkiem założycielem Bractwa Magenta.

Bractwo Magenta. Nazwa kojarzyła jej się z pracą i Elodie zanotowała, żeby poszukać jej w bazie danych korespondencji Strattona. Jeszcze raz przeczytała ostatni akapit i tym razem zatrzymała wzrok na wzmiankach o przedwczesnej tragicznej śmierci Frances Brown, wycofaniu się Radcliffe’a z życia publicznego i jego utonięciu w Portugalii. Jej umysł połączył te trzy fakty, rysując obraz człowieka, którego obiecująca kariera została przerwana gwałtownie przez złamane serce i którego organizm został doprowadzony do skrajnego wyczerpania.

Sięgnęła po szkicownik i zaczęła przewracać kolejne kartki, aż natknęła się na luźny świstek z zapisanym na nim miłosnym wyznaniem. Kocham ją, kocham ją, kocham ją. I jeśli nie mogę jej mieć, oszaleję, kiedy bowiem nie ma jej przy mnie, boję się…

Czy rzeczywiście istnieje miłość tak potężna, że jej utrata może doprowadzić człowieka do szaleństwa? Czy ludzie naprawdę mogą aż tak kochać? Pomyślała o Alastairze i oblała się rumieńcem, bo przecież byłaby zrozpaczona, gdyby go straciła. Ale czy oszalałaby ze smutku? Czy wyobrażała sobie, że mogłaby pogrążyć się w nieutulonym żalu?

A jeśli to ona by umarła? Wyobraziła sobie narzeczonego w nieskazitelnym garniturze szytym na miarę przez krawca, który ubierał również jego ojca; gładką, przystojną twarz przyciągającą uwagę kobiet, gdziekolwiek się pojawili; ciepły głos, w którym pobrzmiewał wrodzony autorytet. Alastair był taki pewny siebie, taki schludny i opanowany, że nie potrafiła sobie wyobrazić, by cokolwiek mogło go przywieść do szaleństwa. Co więcej, myśl o tym, jak szybko i cicho zasklepiłaby się rana po jej odejściu – jak tafla jeziora po wrzuceniu do niego kamyka – podziałała na nią otrzeźwiająco.

Nie to, co ogólna rozpacz po śmierci jej matki, towarzyszące jej emocje, artykuły w gazetach opatrzone urzekającymi, czarno-białymi zdjęciami Lauren Adler i pełne słów takich jak tragedia, błyskotliwa i wielka strata.

Może Frances Brown również była błyskotliwa?

Coś przyszło jej do głowy. Teczka na dokumenty należąca niegdyś do Jamesa Strattona nadal była w torbie. Elodie wyjęła z niej oprawioną w ramki fotografię.

Czy to była Frances Brown? Na oko wiek się zgadzał – kobieta na zdjęciu nie miała więcej niż dwadzieścia kilka lat.

Elodie przyjrzała się uważniej, zafascynowana jej spojrzeniem utkwionym w obiektyw. Było to spojrzenie osoby opanowanej. Kogoś, kto ma wyrobione poglądy i zna swoją wartość. Kobiety, o której namiętny młody artysta mógłby pomyśleć: …jeśli nie mogę jej mieć, oszaleję…

Wpisała w wyszukiwarkę obrazów Frances Brown