Co na to Bridget?… - Anna Kacperska - ebook
Opis

"Czy odkrycie zdrady, rozwód i brak pracy to koniec?
A może to początek nowego życia?

Wiki,  bohaterka powieści Anny Kacperskiej, ma trzech synów, męża i czuje się całkiem szczęśliwa. Do czasu, gdy dowiaduje się, że nie jest tą jedyną... Po rozstaniu z szukającym wrażeń mężem, niczym Bridget Jones, z nieporadnością, ale i odwagą rozpoczyna życie na nowo.  Co na to Bridget?…  to dowcipna i lekko napisana historia, przy której nie sposób  powstrzymać się od łez. I śmiechu i wzruszenia.

Anna Kacperska
Przez wiele lat pracowała jako dziennikarka dla najlepszych polskich gazet. Autorka reportaży o tematyce społecznej, artykułów śledczych, portretów polityków. Pisała felietony komentujące zjawiska popkultury, teksty o rodzicielstwie i wychowaniu dzieci, bliskie jej były tematy kulinarne oraz te dotyczące diety. Entuzjastka starannej dokumentacji i pilna obserwatorka rzeczywistości. Lubi, kiedy jej teksty są „z życia wzięte”. 

Ostatnio głównie mama dwójki dzieci na pełen etat. 

Rekomendacje:
Czy istnieje życie poza mężczyzną (nie mylić z pozagrobowym)? Czy kobieta bez mężczyzny jest jak ryba bez roweru? Na te i inne pytania egzystencjalne odpowiedź w tej słodko-gorzkiej książce.
Polecam, Dorota Wellman 

Czy żartobliwy ton uchodzi, kiedy chodzi o dramat życiowy? Czy można się śmiać z własnego... rozwodu? Tak! Anna Kacperska w Co na to Bridget?... udowadnia, że kobieca siła tkwi właśnie w dystansie do siebie i poczuciu humoru. W jej debiutanckiej powieści czytelniczki znajdą wierny zapis tego, co czuje zdradzona kobieta, zostając sama z trójką (!) dzieci, bez środków do życia i z masą problemów. O złamanym sercu wspominać nie trzeba... Nie zdradzam zakończenia. Powiem jednak, że choć Wiki była swego czasu – jak połowa dziewczyn w Polsce – zafascynowana Bridget Jones, moim zdaniem jest od niej dużo mądrzejsza.
Magda Jaros, „Twój STYL”  


Fragmenty:

„Wszystko pasuje. Niesamowite. I ta bluzka, i ta, i te rurki, i te szorty, i jeszcze te. (…) Brawo, po dwudziestu latach niedopasowania dopasowałam się do sklepów. I ubrań. Z dwiema upragnionymi cyferkami na odwrocie: „3” i „6”. Pisanymi łącznie.”

„To pewnie o tym tak naprawdę była Królowa Śnie­gu, gdy ta biedna Gerda stawała na głowie, by dogo­dzić temu debilowi Kajowi, ale gdzie tam, jemu wpadł okruszek lusterka do oka, jasne, wpadła mu nowa dupa w oko i tyle. Pozamiatane.”

„Wychodzi na to, że grzechem ciężkim w małżeń­stwie jest bycie ŻONĄ. Bo wtedy nie można być OBCĄ.

Żona? Już sam wyraz jest aseksualny, coś jak brona albo szuflada.

Żona – stygmat.

Żona – coś na kształt obciążenia genetycznego.” "

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 388

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


© Copyright by Anna Kacperska

© Copyright for this edition by Wydawnictwo Pascal

Autor: Anna Kacperska

Tytuł: Co na to Bridget?…

Redakcja: Adam Piosik

Korekta: Katarzyna Zioła-Zemczak, Anna Ponikiewska

Projekt graficzny okładki: Jakub Bauman

Ilustracje: amenic181, radoma (Shutterstock)

Redaktor prowadząca: Karolina Matoga

Redaktor kreatywna: Magda Mazur

Redaktor naczelna: Agnieszka Hetnał

Wydawnictwo Pascal sp. z o.o.

ul. Zapora 25

43-382 Bielsko-Biała

www.pascal.pl

Bielsko-Biała 2014

ISBN 978-83-7642-436-1

eBook maîtrisé par

Wszelkie podobieństwo do osób i zdarzeń przypadkowe – choć trudno w to uwierzyć.

Rozdział 1

Październik 2013

Stra­ty: ter­mo­metr, GPS, mąż (nie­wie­le bra­ko­wa­ło)

Zy­ski: brak

Wszyst­ko pa­su­je. Nie­sa­mo­wi­te. I ta bluz­ka, i ta, i te rur­ki, i te szor­ty, i jesz­cze te. Wszyst­ko, ca­ły wiel­ki sklep, gdzie sto­ję w przy­mie­rzal­ni – na mnie pa­su­je. Bra­wo, po dwu­dzie­stu la­tach nie­do­pa­so­wa­nia do­pa­so­wa­łam się do skle­pów. I ubrań. Z dwie­ma upra­gnio­ny­mi cy­fer­ka­mi na od­wro­cie: „3” i „6”. Pi­sa­ny­mi łącz­nie.

Naj­wyż­sza po­ra, w za­sa­dzie ostat­nia chwi­la, po czter­dzie­st­ce. Po­tem to już me­no­pau­za, ła­wecz­ka w par­ku, Cie­cho­ci­nek, ko­cyk, har­ce­rze z od­wie­dzi­na­mi, kart­ki z przed­szko­la na Dzień Se­nio­ra, kot na ko­la­nach, a ko­tu wia­do­mo, wszyst­ko jed­no, ja­ki mam roz­miar, by­le się wy­god­nie roz­siąść i by­le dra­pa­li za uchem.

Ja­sna cho­le­ra, no wła­śnie, da­łam ko­tu ra­no jeść?! Spo­koj­nie, zde­spe­ro­wa­ny mo­że w koń­cu wpad­nie na po­mysł zje­dze­nia ry­bek z akwa­rium. Ryb­ki ode­szły­by, ale w spo­sób zgod­ny z od­wiecz­nym po­rząd­kiem świa­ta, że sil­niej­szy zja­da słab­sze­go.

Ale nic z te­go, Fi­le­mon jest sła­by psy­chicz­nie, trze­ba szyb­ko wró­cić i go na­kar­mić. I ryb­ki też, bo ina­czej zje­dzą Fi­le­mo­na.

Tak, tyl­ko wy­bio­rę jed­ną z tych rze­czy. Za­baw­ne – gdy wszyst­ko pa­su­je, to nie mam pie­nię­dzy, gdy mia­łam pie­nią­dze, to nic nie pa­so­wa­ło. Wi­dać rów­no­wa­ga mu­si być za­cho­wa­na za­rów­no w przy­ro­dzie, jak i w shop­pin­gu.

Wy­bie­ram, pa­trzę w lu­stro na swo­je od­bi­cie. Jak na oko­licz­no­ści nie jest tak źle: czar­ne rur­ki i bia­ły T-shirt, czar­na ma­ry­nar­ka, któ­rą trze­ba by­ło wło­żyć, że­by ewen­tu­al­ny pra­co­daw­ca wie­dział, że je­stem oso­bą sta­tecz­ną i upo­rząd­ko­wa­ną. A nie ta­ką, ja­ką je­stem na­praw­dę. Wło­sy, od­świe­żo­ne u fry­zje­ra po spad­ku for­my, znów na­bra­ły zdro­we­go po­ły­sku i no­wej, no, moż­na na­wet uznać, że no­wo­cze­snej li­nii. Snop sia­na roz­je­cha­ny przez sno­po­wią­zał­kę to nie był do­bry po­mysł na po­ten­cjal­ną roz­mo­wę kwa­li­fi­ka­cyj­ną.

Hmm… no do­brze, jest je­den ma­ły zgrzyt, a na­wet są dwa ma­łe zgrzy­ty – cyc­ki. Do roz­mo­wy kwa­li­fi­ka­cyj­nej, na­wet po­ten­cjal­nej, oczy­wi­ście, nie­po­trzeb­ne. To zna­czy ta­ką mam na­dzie­ję. Ale na co dzień? Przy­da­ły­by się.

Są – to za du­że sło­wo, bo w za­sa­dzie to ich nie ma. Zna­czy – coś tam ma­ja­czy, ale nie na ty­le, że­by wsa­dzić to w do­ro­sły sta­nik, któ­ry no­si­łam kil­ka mie­się­cy wcze­śniej.

On przed odej­ściem ra­dził: „nie martw się, zro­bi­my ci cyc­ki”. Nie zdą­żył. By­ło mo­że jed­nak za­cze­kać? Kur­czę, jak tak do­brze po­pa­trzeć... To mo­że by­ło. Wi­dok ko­ja­rzy mi się z bo­ha­ter­ka­mi fil­mów do­ku­men­tal­nych, co to w do­li­nie Kon­go, al­bo gdzieś in­dziej, wy­kar­mi­ły pół ple­mio­na, a na­dal sie­dzi na nich z dzie­się­cio­ro na­stęp­nych i każ­de cią­gnie te­go cyc­ka w swo­ją stro­nę, jak­by był gum­ką z pro­cy w PRL.

O, te­le­fon dzwo­ni. Dzwo­nek Rhy­thm of the Ni­ght Co­ro­ny, ha, ko­lej­ny ka­wa­łek, któ­ry ze­psu­łam chło­pa­kom, a do­kład­nie je­go świe­żut­ki co­ver: Of the Ni­ght Ba­stil­le. Cho­le­ra, przy pier­wo­wzo­rze Co­ro­ny ba­wi­łam się po­nad dwa­dzie­ścia lat te­mu, mia­łam chy­ba pra­wo zro­bić z nie­go dzwo­nek. Dzie­cia­ków jesz­cze nie by­ło na świe­cie, na­wet nie zna­łam jesz­cze ich ta­ty.

Kur­czę, nie mo­gę zna­leźć tej cho­ler­nej ko­mór­ki w tej cho­ler­nej tor­bie. Już ca­ły TK Maxx mo­że się ba­wić przy Rhy­thmof the Ni­ght, bo dzwo­ni dru­gi raz, o nie, i trze­ci... No, jest.

Szczę­śli­wa, jak­bym wy­ło­wi­ła per­łę z oce­anu (o co pew­nie by­ło­by ła­twiej), pa­trzę na wy­świe­tlacz. Nu­me­ru nie znam…

– Słu­cham?

– Dzień do­bry, pa­ni Wik­to­ria Pod­lec­ka? – sły­szę głos, też ra­czej nie­zna­ny.

– Ta­aak? – mó­wię nie­pew­nie.

– Tu star­szy po­ste­run­ko­wy Ma­rek Pod­sia­dło, z ko­men­dy re­jo­no­wej Pra­ga-Po­łu­dnie – przed­sta­wia się głos, a ja czu­ję, że no­gi ro­bią mi się jak z wa­ty, a żo­łą­dek za­ci­ska się w oko­li­cach szyi, tak jak od kil­ku mie­się­cy miał to w zwy­cza­ju.

– Pro­szę pa­ni, pro­szę się nie de­ner­wo­wać, ale mu­szę pa­nią za­wia­do­mić, że pa­ni mąż w dniu dzi­siej­szym uległ wy­pad­ko­wi mo­to­ry­za­cyj­ne­mu. Na mo­to­cy­klu.

– …

– Pro­szę pa­ni, jest tam pa­ni?

– Tak.

– Pa­ni mąż prze­by­wa obec­nie w szpi­ta­lu przy uli­cy Kon­dra­to­wi­cza. Czy mo­że tam pa­ni w dniu dzi­siej­szym przy­je­chać?

O mat­ko. Ugi­na­ją mi się no­gi, ale od­po­wia­dam opa­no­wa­nym gło­sem, któ­ry na­by­łam w ostat­nim cza­sie:

– Co się sta­ło? – Zdrę­twia­ła przy­sia­dam na kop­cu z szor­tów, to­pu, dru­gie­go to­pu, ru­rek i zno­wu szor­tów. – Co mu jest? Czy to coś po­waż­ne­go?

– Do­wie się pa­ni wszyst­kie­go na miej­scu. Pa­ni mąż wy­padł z dro­gi na za­krę­cie, wy­rzu­ci­ło go, na miej­scu wy­pad­ku był przy­tom­ny. Ale to le­ka­rze po­in­for­mu­ją pa­nią o je­go sta­nie zdro­wia. Ja ze swo­jej stro­ny mo­gę tyl­ko pa­nią nie­co uspo­ko­ić, że chy­ba to nie był bar­dzo po­waż­ny wy­pa­dek. Wie pa­ni, wi­dzia­łem du­żo gor­sze… Na­praw­dę gor­sze. No, ale wo­lę się nie wy­po­wia­dać, spe­cja­li­ści to oce­nią.

Trzy­mam ko­mór­kę przy uchu i jak au­to­mat wy­cho­dzę z przy­mie­rzal­ni, zo­sta­wia­jąc tam fa­ta­łasz­ki po­roz­rzu­ca­ne ni­czym sie­ro­ty, od­pro­wa­dza­na py­ta­ją­co -zna­czą­cy­mi spoj­rze­nia­mi klien­tek („na­wie­dzo­na ja­kaś?”).

– Nie… tak… oczy­wi­ście, dzię­ku­ję pa­nu, och – wy­ry­wa mi się – już ja­dę.

– Do wi­dze­nia.

– Tak… do wi­dze­nia. – Je­stem pew­na, że usły­sza­łam „ufff”.

Ci­sza. Da­lej zdrę­twia­ła, tra­fiam do sa­mo­cho­du. To chy­ba bli­sko, bo je­śli tu jest Tar­gó­wek, a szpi­tal jest na Bród­nie, to chy­ba obok. Chy­ba. Tyl­ko że nie wiem, jak mam aku­rat stąd tam do­je­chać. Co z te­go, że bli­sko.

GPS nie dzia­ła, jak ostat­nio więk­szość elek­tro­ni­ki do­oko­ła mnie. Zna­czy dzia­ła, ale ży­je wła­snym ży­ciem, wy­świe­tla­jąc ma­pę Ber­li­na al­bo Bar­ce­lo­ny, co w War­sza­wie by­wa śred­nio po­moc­ne. Skądś to już znam, no tak, Brid­get Jo­nes w Sza­le­jąc za fa­ce­tem też tak mia­ła, elek­tro­ni­kę wła­śnie ży­ją­cą wła­snym ży­ciem, od­kąd za­bra­kło mę­skiej rę­ki.

O, dziś na przy­kład wy­siadł ter­mo­metr, ale spraw­dzam tem­pe­ra­tu­rę za oknem w ne­cie, nie ma pro­ble­mu. A GPS w te­le­fo­nie jest do ni­cze­go, zwłasz­cza gdy fru­wa po ca­łym sa­mo­cho­dzie, bo za­po­dzia­łam to coś, co trzy­ma go przy szy­bie. Po każ­dym ha­mo­wa­niu trze­ba go szu­kać pod sie­dze­niem, co nie uła­twia zna­le­zie­nia dro­gi. W do­dat­ku nie sły­chać te­go go­ścia, któ­ry na­da­je, jak je­chać. Tak by­wa, gdy ma się przez ca­ły dzień włą­czo­ne „da­ne ko­mór­ko­we”, by mieć w te­le­fo­nie fej­sa jak ja­kaś na­sto­lat­ka al­bo in­na sta­ro-mło­da hip­ster­ka. Te­le­fon wte­dy le­d­wo dy­cha i ten go­ściu też: mó­wi co­raz ci­szej i ci­szej, jak­by że­gnał się z ży­ciem… Wczo­raj, po do­je­cha­niu na miej­sce, po­wie­dział szep­tem (że­by go sły­szeć, wy­łą­czy­łam mu­zy­kę) ostat­nie ży­cze­nie: „skręć w pra­wo” i padł.

O no­ooł, o czym ja my­ślę? Znów wy­pie­ram rze­czy­wi­stość, od­wra­cam my­śli.

O Bo­że… Co się sta­ło?!

Przy­po­mi­nam so­bie, co przed chwi­lą usły­sza­łam, i znów drę­twa ze stra­chu ru­szam. Ja­koś do­ja­dę. Klu­czę, nie znam do­brze Tar­gów­ka, jeź­dzi­łam tu la­ta te­mu, ale na szczę­ście by­ło te­go w su­mie ze trzy­sta go­dzin – przed zda­wa­niem na pra­wo jaz­dy. Coś tam w gło­wie zo­sta­ło. Do­jeż­dżam na miej­sce, oczy­wi­ście nie ma gdzie za­par­ko­wać, ła­du­ję się w ja­kieś nie­do­zwo­lo­ne miej­sce, ale nie dla in­wa­li­dów, te­go prze­strze­gam, i mu­szę pod­biec. Wpa­dam, na izbie przy­jęć mó­wią, gdzie mam iść, idę, a w za­sa­dzie pod­bie­gam, od­bi­jam się od ja­kie­goś le­ka­rza, mó­wi coś o OIOM-ie, o Bo­że, OIOM… Sto­ję przed drzwia­mi, otwie­ram:

– Pa­ni Po­oodle­eec­ka? – mó­wi le­karz w srebr­nych opraw­kach oku­la­rów, jak­by cze­kał na mnie.

Cze­mu on tak prze­cią­ga te sa­mo­gło­ski? Co to, ja­kieś dziw­ne na­zwi­sko? Że ni­by Hewl­let-Pac­kard? Bon­ham-Car­ter?

– Żo­na pa­na Ro­ber­ta Pod­lec­kie­go?

Ki­wam gło­wą, tak, tak, to ja. Wciąż.

– Pro­szę pa­ni… Niech pa­ni usią­dzie. – Tu de­li­kat­nie po­py­cha mnie w kie­run­ku krze­seł­ka w skrom­nym ga­bi­ne­cie. – Sy­tu­acja przed­sta­wia się tak: pa­ni mąż ma wstrzą­śnie­nie mó­zgu po wy­pad­ku na mo­to­cy­klu. Wy­glą­da na to, że jest wy­jąt­ko­wym szczę­ścia­rzem. Wszyst­ko jest pod kon­tro­lą, ale przez ja­kiś czas bę­dzie pod wpły­wem sil­nych środ­ków prze­ciw­bó­lo­wych i po­zo­sta­nie pod na­szą ob­ser­wa­cją. Wie pa­ni o tym, że nie je­chał sam?

Pa­trzy i już wi­dzi, że nie wie­dzia­łam.

– Je­chał z oko­ło dwu­dzie­sto­let­nią dziew­czy­ną – do­da­je.

I jak z au­to­ma­tu wy­pa­la:

– To ro­dzi­na? Mu­szę za­py­tać.

Znów łyp­nął. Już ra­czej po­wi­nien wie­dzieć. A jed­nak nie.

– Bo w prze­ciw­nym wy­pad­ku nie mo­gę pa­ni po­dać in­for­ma­cji o sta­nie jej zdro­wia.

„Na­praw­dę?” – mam ocho­tę za­py­tać. I jesz­cze: „Ja­aaka szko­ooda”.

Ale nie mó­wię nic, pa­trzę na nie­go. I nie wiem. Wie czy nie? Uda­je? Żo­łą­dek po­now­nie za­ci­snął się na su­peł, a ser­ce wa­li, jak­bym prze­bie­gła ma­ra­ton. Ale on pa­trzy ja­koś tak, jak­bym sta­ła na ru­cho­mej ta­śmie dla żon mo­to­cy­kli­stów. Wia­do­mo: ko­lej­ny mo­to­cy­kli­sta, ko­lej­ny po­pi­su­ją­cy się mo­to­cy­kli­sta. I ko­lej­na bied­na żo­na po­pi­su­ją­ce­go się mo­to­cy­kli­sty.

Je­stem na nie­go tro­chę zła, ale przy­wró­cił mnie tym py­ta­niem do ży­cia.

– W ta­kim ra­zie nie mo­gę po­in­for­mo­wać pa­ni o jej sta­nie zdro­wia – po­wta­rza nie­co usztyw­nio­ny. Ja­sne, niech jesz­cze się ob­ra­zi.

– Nie – po­twier­dzam – ale je­śli pan dok­tor na­le­ga, to ja mo­gę ad­op­to­wać ko­chan­kę mę­ża. Osta­tecz­nie, od ja­kie­goś cza­su mąż ją przy­spo­sa­biał.

Pa­trzy­my na sie­bie. On wie, że ja wiem, że on już wie. Że je­stem w po­dwój­nej czar­nej du­pie: wy­pa­dek mę­ża. Z ko­chan­ką.

Zna ktoś lep­sze po­łą­cze­nie?

Bo ja nie.

On chy­ba też nie.

– Czy po­trze­bu­je pa­ni cze­goś na uspo­ko­je­nie?

– Nie, dzię­ku­ję.

– Oczy­wi­ście mo­że pa­ni od­wie­dzić mę­ża.

Wi­dzę Ro­ber­ta pod­łą­czo­ne­go do apa­ra­tu­ry, mo­ni­to­rów, kro­pló­wek, coś mi­ga, coś pi­ka. Pod­cho­dzę do nie­go. Wy­raz cho­ler­nej pew­no­ści sie­bie na je­go twa­rzy ustą­pił bez­bron­no­ści. Le­ży ta­ki bez iPho­ne’a, bez kart kre­dy­to­wych, bez in­sy­gniów wła­dzy. Śpi. Od­ru­cho­wo się­gam do tej bez­bron­nej rę­ki… Tak mu źle ży­czy­łam i nie­wie­le bra­ko­wa­ło, a mo­je ży­cze­nia by­ły­by wy­słu­cha­ne. Co­fam jed­nak dłoń za sie­bie, jak dziec­ko, któ­re przy­ła­pa­no na pró­bie buch­nię­cia ba­to­na ze skle­pu. Jesz­cze kil­ka mie­się­cy te­mu po­ło­ży­ła­bym i dłu­go trzy­ma­ła. Te­raz już nie.

Wy­cho­dzę ze szpi­ta­la, sia­dam na ka­mien­nym klom­bie i wy­cią­gam coś na uspo­ko­je­nie: pa­pie­ro­sy. Je­den, dru­gi, trze­ci.

W gło­wie mam kom­plet­ną pust­kę. A ra­czej coś na kształt roz­py­cha­ją­cej się pu­stej ku­li, któ­ra za­ję­ła miej­sce mó­zgu. W koń­cu za­czy­na­ją prze­la­ty­wać my­śli, ob­ra­zy, wspo­mnie­nia. Za kie­row­ni­cą ła­pię od­dech. Ja­dę do do­mu, na Chosz­czów­kę. Gdy sto­ję w kor­ku na Mo­dliń­skiej, przez gło­wę prze­bie­ga mi ni z te­go, ni z owe­go ab­sur­dal­na myśl: do­brze, że nie ku­pi­łam tych ubrań. Zna­czy żad­ne­go z nich. Bę­dzie „34”.

Jak nic.

MAJ 2014

Stra­ty: zmy­war­ka, czaj­nik, od­ku­rzacz (nie do koń­ca)

Zy­ski: zmy­war­ka, czaj­nik, od­ku­rzacz (nie do koń­ca)

Jeśli ktoś mó­wi, że czas le­czy ra­ny, to mo­że i le­czy, ale nie mo­je. Wia­do­mość, że nie je­stem je­dy­ną uko­cha­ną uko­cha­ne­go mę­ża, je­go wy­pa­dek, pu­sta po­ło­wa łóż­ka: ni­by to już ta­kie od­le­głe, ale co pod­nio­sę po­kryw­kę – emo­cje bu­cha­ją. Czy ja już za­wsze bę­dę czu­ła w środ­ku to prze­szy­wa­ją­ce szar­pa­nie? To py­ta­nie, jak i szar­pa­nie, wra­ca do mnie nie­po­ko­ją­co czę­sto. Jak za­cię­ta pły­ta CD. Wspo­mnie­nie z epo­ki sprzed MP3. Z za­mierz­chłej, szczę­śli­wej epo­ki bez szar­pa­nia.

Choć dzi­siaj jest jak­by le­piej. Dziś jest pięk­ny cie­pły dzień. 1 ma­ja, po­czą­tek dłu­gie­go week­en­du. Mi­mo że to pierw­szy dłu­gi week­end spę­dzo­ny w War­sza­wie od osiem­na­stu lat.

Świę­tu­je­my go z chło­pa­ka­mi obia­dem na ta­ra­sie. Stół na­kry­ty bia­łym ob­ru­sem w nie­bie­ską kra­tę, bia­łe ta­le­rze, kie­lisz­ki z gru­be­go szkła na wo­dę i wi­no. W te­ra­ko­to­wych do­nicz­kach ster­czy prze­ce­nio­na la­wen­da z su­per­mar­ke­tu. Ale nie wy­glą­da na prze­ce­nio­ną. Wy­star­czy­ło kil­ka ra­zy pod­lać i wy­glą­da na peł­no­płat­ną; jest pra­wie jak w „We­ran­dzie”.

Fi­le­mon roz­wa­la się na grzbie­cie w pro­mie­niach słoń­ca. Prze­rzu­ca ła­py, z le­wej na pra­wą, z pra­wej na le­wą, i tak bez koń­ca, ot, uczci­we za­ję­cie ko­ta.

Jed­nym sło­wem: To­ska­nia na Chosz­czów­ce. Al­bo Pro­wan­sja. Pra­wie. Bo nasz ogród w tym se­zo­nie stoi w jaw­nej sprzecz­no­ści z ogro­da­mi są­sia­dów, no mo­że po­za jed­nym.

Pod­czas gdy u nich wszyst­ko jest przy­cię­te, przy­strzy­żo­ne i ge­ne­ral­nie wy­cze­sa­ne w ko­smos – u nas wszyst­ko so­bie ro­śnie, jak chce. Tam so­bie kwia­tek za­kwit­nie, a tam nie. Tam coś za­kwi­tło, a tam uschło.

W za­sa­dzie moż­na to pod­cią­gnąć pod ogród an­giel­ski, tak chy­ba le­piej brzmi. Na pew­no cier­pią z te­go po­wo­du moi są­sie­dzi z le­wej stro­ny, któ­rych nikt nie zna. Na­zy­wa się ich po pro­stu: „Dwoj­ga Na­zwisk”. Któ­reś z nich na jed­nej z na­rad osie­dla, pew­nie w spra­wie wy­wo­zu śmie­ci czy cze­goś po­dob­ne­go, stwier­dzi­ło, że ja­ko „urzęd­nik pań­stwo­wy dwoj­ga na­zwisk wie, o czym mó­wi”. Nikt nie za­pa­mię­tał tych na­zwisk, ale wszy­scy za­pa­mię­ta­li „dwoj­ga na­zwisk”. Tak więc po­zo­sta­li: „Dwoj­ga Na­zwisk”.

Ra­zem z są­sia­da­mi po­dej­rze­wa­my, że on pra­cu­je w ABW, a ona w Sa­ne­pi­dzie. Żo­na urzęd­ni­ka umi­la so­bie czas, cho­dząc i wty­ka­jąc mi nos – ni­by dys­kret­nie, ale wca­le tak nie jest – za płot i wy­ty­ka­jąc uchy­bie­nia ogrod­ni­cze.

A to, że cze­goś się te­raz nie pod­le­wa (a ja pod­le­wam) al­bo wła­śnie się pod­le­wa (a ja nie pod­le­wam), al­bo nie sa­dzi (sa­dzę), al­bo wła­śnie sa­dzi (nie sa­dzę). Ro­śli­ny do­tąd re­ago­wa­ły jej na złość, bo pod­czas gdy u mnie dział­ka bu­cha­ła zie­le­nią i kwia­ta­mi, u niej pod ko­niec sierp­nia za­wsze wy­glą­da­ła jak skwar­ka. Pew­nie ze skąp­stwa. Ale te­raz, wy­jąt­ko­wo, ma rze­czy­wi­ście po­le do po­pi­su – ogród wy­glą­da ni­czym po­le nie­użyt­ków.

Spraw­nie roz­kła­da­my na­kry­cia na czte­ry oso­by. Na po­cząt­ku by­ło trud­niej, bo wy­cią­ga­ło się sztuć­ce, a tu masz, do­cho­dzi­ło do czło­wie­ka, że nie pięć wi­del­ców, tyl­ko czte­ry, nie pięć no­ży, tyl­ko czte­ry, nie pięć szkla­nek, tyl­ko czte­ry, nie pięć ta­le­rzy... Ca­łe ży­cie z pię­cio­ma, te­raz wszyst­kie­go po czte­ry, no­wa or­ga­ni­za­cja pra­cy.

Do­pły­wa do nas za­pach gril­lo­wa­nej w oko­li­cy kieł­ba­sy, kar­ków­ki, skrzy­de­łek z kur­cza­ka i wszyst­kie­go in­ne­go, co tyl­ko da się wrzu­cić na krat­kę z wę­glem drzew­nym pod spodem.

Wia­do­mo, no­wa, na­wet je­śli z dwu­dzie­sto­let­nim okła­dem, tra­dy­cja ro­da­ków. Ży­cie nie zno­si próż­ni, więc w miej­sce po­cho­dów pierw­szo­ma­jo­wych we­szła kieł­ba­sa. Dwa ki­lo­gra­my ra­ko­twór­czej spa­le­ni­zny wy­star­czy, by każ­dy po­czuł, że otwar­cie se­zo­nu let­nie­go na­stą­pi­ło!

Za pło­tem sły­szę od­gło­sy są­sia­dów, a do­kład­nie jed­ne­go są­sia­da Jac­ka, sin­gla zza ogro­dze­nia. To on ra­tu­je ho­nor mo­je­go ogro­du, bo ma tak sa­mo zdzi­cza­ły i rów­nie an­giel­ski. A we dwój­kę sta­no­wi­my już ja­kąś si­łę.

On, zna­czy Ja­cuś, świę­tu­je ten dzień zgod­nie ze swo­im sta­nem – hucz­ną im­pre­zą w ogro­dzie. To bę­dzie trwa­ło trzy dni, jak amen w pa­cie­rzu.

In­ni są­sie­dzi zza pło­tu wy­je­cha­li, więc zo­sta­łam ja i Ja­cuś.

Pra­wie roz­wód­ka i wiecz­ny sin­giel, więc tym bar­dziej mu­si­my trzy­mać się ra­zem. Umo­wa jest pro­sta: ja nie wzy­wam po­li­cji, a oni nie rzy­ga­ją mi do ogród­ka. Jak na ra­zie, trzy­ma­my się za­sad.

Od­kła­dam wi­de­lec i nóż i za­czy­nam szar­pać ud­ko kur­cza­ka pal­ca­mi jak w ja­ski­ni. Chłop­cy pa­trzą na mnie zszo­ko­wa­ni.

– No co? Je­stem na ta­kim eta­pie, eta­pie je­dze­nia, że da­lej już moż­na tyl­ko pal­ca­mi…

– Fe­lek, ma­ma jest na ta­kim eta­pie, że prze­sta­ła jeść sztuć­ca­mi – ko­men­tu­je Fi­lip.

– W re­stau­ra­cji też tak jesz? – py­ta Fe­lek.

– Nie jem już w re­stau­ra­cjach – mru­czę po­nu­ro.

– He, he – pu­en­tu­je Fe­lek.

Fra­nek jak zwy­kle nic nie mó­wi, pa­trzy w prze­strzeń nie­obec­nym wzro­kiem. Fi­lip spo­glą­da na nie­go:

– Ma­mo, Fra­nek znów po­bie­ra apli­ka­cje. Al­bo się za­wie­sił. Ma­mo, coś z tym mło­dym trze­ba zro­bić. Ina­czej cze­ka go ani­hi­la­cja.

– Co go cze­ka?! – roz­dar­ty kur­czak spa­da mi na ta­lerz.

– Znisz­cze­eeenie – mó­wi znu­dzo­nym gło­sem. – Ani­hi­la­cja to ina­czej uni­ce­stwie­nie. Za­gła­da.

– An­ja­cja cze­ka na­sze ryb­ki – za­uwa­ża Fra­nek, kie­ru­jąc by­stre już spoj­rze­nie na mnie.

– O… zre­se­to­wał się – uśmie­cha się Fi­lip. – Ro­ze­rwij so­bie kur­czacz­ka, bra­cisz­ku, jak ma­ma. Po­życz od ma­my gra­nat w tym ce­lu.

Jak do­brze, że są. Trzech na­sto­let­nich fa­ce­tów. Fi­lip, pew­ny sie­bie, świet­ny uczeń bez spe­cjal­ne­go ucze­nia się, oto­czo­ny wia­nusz­kiem zna­jo­mych, zo­stał te­raz naj­star­szym męż­czy­zną w do­mu. W związ­ku z tym przy­po­mi­na mi na przy­kład, że­bym zna­la­zła klucz od do­mu wie­czo­rem, by ra­no już był na miej­scu.

Ostat­nio po­wie­dzia­łam im o tym, że świet­nie, że mo­że­my ze so­bą po­żar­to­wać. Bo gdy­by, na przy­kład, by­li dre­sa­mi i nic by nie ro­zu­mie­li, to W TEJ SY­TU­ACJI by­ła­by to zu­peł­na po­raż­ka. Dom – pu­sty­nia men­tal­na.

– Wiesz, Fi­lip – zwie­rzy­łam mu się – na od­wrót by­ło­by tak sa­mo tra­gicz­nie. Wy­obraź so­bie: ty mi sprze­da­jesz ja­kiś żart, a ja go nie ła­pię. Tak sa­mo by­ło­by mi źle, gdy­byś ty nie ro­zu­miał mo­ich żar­tów.

– Ma­mo – od­parł Fi­lip – ja ro­zu­miem two­je żar­ty i wca­le nie jest mi z tym do­brze.

Fe­liks tak sa­mo jak star­szy brat bez pro­ble­mu przy­cią­ga do sie­bie lu­dzi, wy­star­czy, że się uśmiech­nie. Ale ostat­nio, nie­ste­ty, wo­li spo­ty­kać się z ko­le­ga­mi pod­czas gry, roz­ma­wia­jąc przez Sky­pe’a, co, z róż­nym skut­kiem, sta­ram się ogra­ni­czać. Od­kąd po­wie­dzia­łam: „Fe­lek, po­daj mi spoden­ki” i zo­ba­czy­łam je­go prze­ra­żo­ną, ba, wście­kłą mi­nę, wiem, że mu­szę uwa­żać na je­go nie­wi­docz­nych ko­le­gów. Na mi­gi za­czął mi po­ka­zy­wać, że je­go wir­tu­al­ni kum­ple wszyst­ko sły­szą. Chcia­łam ra­to­wać sy­tu­ację, mó­wiąc: „Fa­cet, kop­snij dżi­ny”, co z ko­lei spo­wo­do­wa­ło, że po­ło­żył gło­wę na biur­ku i za­czął nią mia­ro­wo ude­rzać w blat. Po­tem wy­ja­śnił mi, w ja­kimś ustron­nym miej­scu, że żad­ne­go z tych słów od daw­na się nie uży­wa.

W każ­dym ra­zie Fi­lip, gdy chce Fel­ko­wi do­ku­czyć, wbie­ga do je­go po­ko­ju i mó­wi: „Uwa­ga, wszy­scy ko­le­dzy Fel­ka…”. I nie koń­czy, bo tu za­czy­na­ją się bić.

Tyl­ko naj­młod­szy Fra­nio, lat je­de­na­ście, wraż­li­we chu­cher­ko, ma ma­łe pro­ble­my z przy­ja­ciół­mi. „Alien”, mó­wią o nim bra­cia, a ja sta­ram się go z po­wro­tem spro­wa­dzić na na­szą pla­ne­tę.

To tyl­ko dzię­ki nie­mu akwa­rium z ryb­ka­mi wciąż tu jest. Od­kąd nie ma oso­by, któ­ra po­tra­fi­ła je za dar­mo ogar­nąć (a był to Ro­bert), nie ma kto im zmie­niać wo­dy ani czy­ścić czy usta­wiać pa­ra­me­trów, co­kol­wiek to zna­czy. Ale Fra­nio po­wie­dział sta­now­cze „NIE” sprze­da­niu czy od­da­niu te­go ca­łe­go wa­ter­worl­du. Za­jął się je­go ra­to­wa­niem, co po­le­ga na tym, że wal­czy z nie­uchron­ną za­gła­dą, kar­miąc ryb­ki i czysz­cząc szy­bę, od ze­wnątrz i we­wnątrz.

To oni trzy­ma­ją mnie w pio­nie. Kie­dy tak idą we trzech, o, tak jak te­raz, wy­cho­dząc z ta­ra­su, my­ślę so­bie: „no pro­szę, pro­szę, sól tej zie­mi”.

Po­nie­waż sól zja­dła i po­szła, wzy­wam ich, ni­czym ja­kąś Za­ło­gę G, z po­wro­tem:

– Chło­oop­cy­yy! Ta­aale­rze! Do­oo ku­uuch­ni.

Zno­szą je do zle­wu, ja prze­kła­dam do zmy­war­ki, za­my­kam i wte­dy…

Piiiiiik…

I nic.

Ci­sza. Ze­ro od­ze­wu.

Ze­ro od­ze­wu ze stro­ny zmy­war­ki. I ta­kie­goż czer­wo­ne­go świa­teł­ka. Nie dzia­ła. Ha­lo: Zie­mia do Mar­sa. Zmy­war­ko, co z to­bą?

Ci­sza, nic.

To nie wró­ży nic do­bre­go.

Mam ocho­tę uklęk­nąć przed nią. Nie, pro­szę, nie rób mi te­go. Nie bądź na­stęp­nym sprzę­tem, któ­ry wy­po­wia­da mi po­słu­szeń­stwo. Ze­ro zdrad, zmy­war­ko, pro­ooszę… Zdrad mam po ko­kar­dy. I nie ma ka­sy na przy­wró­ce­nie cię do ży­cia. Ja­sne, przy­zwy­cza­iłaś się, bo przed­tem to by­ło ta­kie pro­ste: psu­je się, wzy­wa się, pła­ci się i jest OK. Mo­głaś się przy­zwy­cza­ić do ta­kiej od­no­wy, SPA dla zmy­wa­rek. Al­bo po­wiem bru­tal­nie, ku­po­wa­ło się no­wą, bo te­raz jest tak, że no­we kosz­tu­je w za­sa­dzie ty­le sa­mo co re­pe­ro­wa­nie sta­re­go. Bez ob­ra­zy, oczy­wi­ście. Nie zmie­nię cię na młod­szy mo­del. Zwłasz­cza że ty je­steś już młod­szym mo­de­lem.

Ale fuck, nie te­raz! Ży­je­my w no­wym świe­cie. Mu­sisz cho­dzić. Nie czas na fo­chy, zmy­war­ko­we mi­gre­ny i ta­kie tam.

Ze­ro dia­lo­gu.

Do­bra, ku­pię ci tę sól.

Ci­sza.

Mu­sisz ru­szyć. Na­błysz­czacz?

Ci­sza.

Cho­ler­na zmy­war­ka. Mo­je ostat­nie sło­wo: śro­dek do my­cia zmy­wa­rek, ta­ki w ma­łym pu­deł­ku, co go trze­ba do gó­ry no­ga­mi ulo­ko­wać, nie­zły ga­dżet, spodo­ba ci się. ­­­Pra­wie Pan­do­ra.

Ci­sza.

Dziw­ka, nie zmy­war­ka.

I zim­na su­ka.

Ale, ale… Za­raz… To był­by cud. Bo czaj­nik też nie dzia­ła. Włą­czy­łam go, by za­go­to­wał wo­dę na her­ba­tę. I nic.

Wbrew po­zo­rom to do­brze.

Faj­nie, że czaj­nik nie dzia­ła. I świa­tło w przed­po­ko­ju.

I od­ku­rzacz też. Fi­lip miał od­ku­rzać i cie­szy się, że nie mo­że. Jak do­brze, że od­ku­rzacz wy­siadł.

Eks­tra, że nic nie dzia­ła w do­mu.

Re­we­la­cja.

Bo to ozna­cza, że… Że mo­gę biec do bez­piecz­ni­ków! Bo mo­że wy­sia­dła fa­za (no pro­szę, pro­szę: f-a-z-a, kto by po­my­ślał, że znam ta­kie sło­wa).

Wspi­nam się na wy­so­kie krze­sło od bar­ku, pod­no­szę do gó­ry je­dy­ny bez­piecz­nik, któ­ry tkwił opusz­czo­ny do do­łu. Czu­ję się jak ten ostat­ni olim­pij­czyk, któ­ry wbie­ga po dra­bin­ce, gdy wszy­scy wstrzy­mu­ją od­dech i za­pa­la wiel­ki znicz. Wy­bu­cha pło­mień!

I… sta­je się świa­tło! W przed­po­ko­ju.

Zmy­war­ka ru­sza, świe­ci czer­wo­na lamp­ka, od­ku­rzacz hu­czy, czaj­nik go­tu­je wo­dę. Zie­mia z po­wro­tem ru­szy­ła. Je­stem wiel­ka. Wresz­cie ma­mu­sia z czymś so­bie po­ra­dzi­ła. Wio­dę dum­nym wzro­kiem po chło­pa­kach, ale oni ja­koś nie po­dzie­la­ją mo­je­go za­chwy­tu. Zwłasz­cza Fi­lip trzy­ma­ją­cy znów bu­czą­cy od­ku­rzacz.

– Po­ha­muj en­tu­zjazm – uśmie­cham się do nie­go.

Zmy­war­ka szu­mi, pa­trzę na nią nie­mal z czu­ło­ścią. Sor­ki za tę dziw­kę, i za zim­ną su­kę też, za­wsze by­łaś w po­rząd­ku. Po­spie­szy­łam się z oce­ną.

Re­wel­ka, je­stem kil­ka ty­się­cy zło­tych do przo­du. Mo­gę je prze­zna­czyć na coś in­ne­go. Na to, co chcę, pie­nią­dze, któ­rych nie mam. Chy­ba jest w tym ja­kaś lo­gi­ka. A na pew­no za­wsze to lżej.

Bo­gat­sza o kil­ka ty­się­cy, wy­cho­dzę ogar­nąć stół na ta­ra­sie do koń­ca. O, zo­stał ka­wał pta­ka na pół­mi­sku, zna­czy ju­tro bę­dzie po­traw­ka z kur­cza­ka, do­dam ryż plus to, co mam w szaf­kach, pusz­kach, po­za bu­ta­mi i bę­dzie na­praw­dę OK.

I wła­śnie wte­dy roz­le­ga się ten cha­rak­te­ry­stycz­ny ryk sil­ni­ka i tłu­mi­ka. Za­mie­ram, kur­czo­wo przy­tu­la­jąc do sie­bie po­ło­wę kur­cza­ka. Zu­peł­nie jak­by to był mój kur­czak obron­ny. Roz­glą­dam się ner­wo­wo, ale na szczę­ście, ufff, ni­g­dzie nie wi­dać bmw w ko­lo­rze oran­ge. Za to po­ja­wia się to coś w ko­lo­rze bia­łym. I sły­szę głos zza ogro­dze­nia:

– He­lo­oo, som­siad­ka – to Ja­cuś, sto­ją­cy po dru­giej stro­nie pło­tu w T-shir­cie, roz­pię­tej ja­snej ko­szu­li i błę­kit­nych dżin­sach, z mod­nie za­cze­sa­ny­mi do gó­ry wło­sa­mi i z drin­kiem w rę­ku. Tak do sie­bie mó­wi­my, po swoj­sku, „som­siad” i „som­siad­ka”, al­bo…

– Mat­ka Po­lka – tak też do sie­bie mó­wi­my, zna­czy on do mnie. – Mat­ko Po­lko, ziom do mnie wbił. Chy­ba za­sta­wił ci tro­chę ga­raż, nie gnie­wasz się, co nie? Nie ma już miej­sca, ro­zu­miesz: go­ście, go­ście, go­ście… I tak pew­nie ni­g­dzie nie je­dziesz, co? Da­lej nie masz fa­ce­ta, jak sie­dzisz.

Tu wy­chy­lił gło­wę przez płot:

– Chlap­nę­łaś coś przy­naj­mniej w week­end ma­jo­wy?

Wy­sta­wiam mu po­nad ogro­dze­niem rę­kę z kie­lisz­kiem wi­na.

– No. I o to cho­dzi. To spo­ko, mo­tor­bajk mo­że stać. A kieł­ba­skę spa­lo­ną zja­dłaś? Bo jak nie, week­end się nie li­czy. Za­pra­sza­my – wy­szcze­rza się po­nad pło­tem.

Ko­cham go. Tak po są­siedz­ku. I nie­na­wi­dzę. Też po są­siedz­ku. Som­siedz­ku zna­czy. Je­go wiecz­ne sin­giel­skie ży­cie po­wo­du­je u mnie za­bu­rze­nia snu i ner­wi­ce lę­ko­we, że znów wpad­nie do mnie przez po­mył­kę ja­kaś pół­na­ga pan­na. Co raz już się zda­rzy­ło.

Ja­cuś, uro­czy ską­d­inąd trzy­dzie­sto­kil­ku­la­tek, do dziś nie zna­lazł ko­bie­ty swo­je­go ży­cia, a je­go po­czy­na­nia świad­czą o tym, że na pew­no jej nie znaj­dzie. „Wszyst­ko umiem spie­przyć” – ża­lił mi się nie­jed­no­krot­nie na ka­wie, i to praw­da. Wiecz­ny bon vi­vant z uro­czym uśmie­chem, któ­re­go nikt by nie po­dej­rze­wał o to, że jest dy­rek­to­rem stra­te­gicz­nym w du­żej kor­po­ra­cji, któ­ra w do­dat­ku, nie wiem po co, wy­sy­ła go co ja­kiś czas za gra­ni­cę. Wte­dy pod­naj­mu­je dom zna­jo­mym i jest jesz­cze go­rzej, o ile mo­że być go­rzej.

– Pa­mię­taj o pre­zer­wa­ty­wach – od­wdzię­czam mu się, sto­jąc na pal­cach i zna­czą­co wo­dząc wzro­kiem nad pło­tem po wia­nusz­ku dziew­cząt przy sto­le.

– Spoks, pod­rzu­cę ci do wy­cho­wa­nia. I tak nie za­uwa­żysz w tej gro­ma­dzie, że masz jed­no wię­cej.

Bar­dzo śmiesz­ne. Jed­nak go nie­na­wi­dzę.

– Z sze­ścio­ma nie zro­bisz so­bie jed­ne­go, tyl­ko sze­ścio­ro. Przy­naj­mniej. I wte­dy za­uwa­żę – krzy­wię się zło­śli­wie.

– O, są­siad­ka w for­mie, ko­niec ża­ło­by? Jak tak, to wpa­daj.

Uśmie­cham się mi­ło.

– Dzię­ki, ale co mia­ła­bym ro­bić z two­imi ko­le­żan­ka­mi? Już nie ba­wię się Hel­lo Kit­ty.

– Ja­sne, zo­stań sta­rą ba­bą – od­wra­ca się na pię­cie. – I za­cznij mó­wić do sie­bie.

Na je­go ta­ra­sie po­ja­wił się przy­bysz z ka­skiem w rę­ku. Dziew­czy­ny prze­sta­ły py­tlo­wać, a Ja­cuś rzu­cił:

– Ma­rio, chodź, po­znasz dziew­czy­ny.

Wró­ci­łam do do­mu. Ci­cho. Zro­bi­ło mi się smut­no. Ale im faj­nie, po pro­stu mło­dzież się ba­wi. Do­ro­ślej­si są­sie­dzi po­wy­jeż­dża­li z ro­dzi­na­mi, a ci nie­licz­ni, któ­rzy zo­sta­li, jeż­dżą pro­wo­ku­ją­co gro­mad­ka­mi na ro­we­rach po oko­li­cy. Ob­no­szą się z tą swo­ją ro­dzin­no­ścią.

Brzdęk-brzdęk-brzdęk. Przy­szedł SMS. I MMS. Od przy­ja­ciół ro­dzi­ny. Błę­kit­na za­to­ka, tur­ku­so­we nie­bo, ko­lo­ro­we le­ża­ki i BRĄ­ZO­WE no­gi mo­jej przy­ja­ciół­ki Iwo­ny. I ka­wa­łek rę­ki Wojt­ka, któ­ry na pierw­szym pla­nie trzy­ma szklan­kę z wi­sien­ką i pa­lem­ką.

„He­lo? Jak tam świę­to pra­cy? Bo na Ka­na­rach spoks. Od­po­czy­wa­my i ro­bi­my, zna­czy pi­je­my Sex On The Be­ach;). Po­zdro. A Ty?”.

Ja też ra­no zro­bi­łam so­bie prze­jażdż­kę: po­je­cha­łam na myj­nię. Nie wiem po co, to zna­czy ni­by wiem, umyć sa­mo­chód. Jak ja­kaś nie­miec­ka frau z przed­mieść, wciąż czu­ję, że nie pa­su­je, by w week­end ma­jo­wy sa­mo­chód był za­sy­fio­ny jak w ja­kimś stycz­niu czy li­sto­pa­dzie. To chy­ba do­brze. Go­rzej, gdy prze­sta­nę jeź­dzić na myj­nię al­bo w ogó­le prze­sta­nę jeź­dzić.

Ot, ta­ka roz­ryw­ka pierw­szo­ma­jo­wa.

Spoj­rza­łam na swo­je po­zi­mo­we bia­ło-tru­pie no­gi. Po­tem na po­dob­ne rę­ce. Wy­glą­dam jak sta­ry nie­do­tle­nio­ny no­wo­ro­dek. I co tu od­pi­sać? Od lat jeź­dzi­li­śmy ra­zem na ma­jo­we week­en­dy, w kil­ka ro­dzin, te­raz na­sza wy­pa­dła z li­sty.

„Spoks, ro­bię prze­pier­kę i my­ję okna. Skoń­czy­łam za­mia­tać w sie­ni i ce­ro­wać skar­pet­ki dzie­ciom. Rą­bie­my drwa na opał, bo u nas no­ce zim­ne”.

Już mia­łam wy­słać, ale ska­so­wa­łam. Po­my­ślą, że je­stem sfru­stro­wa­na i wy­rzu­cam im za­ba­wę al­bo że po­peł­ni­li nie­takt. Al­bo jesz­cze le­piej – we­zmą to na po­waż­nie.

„Spoks, u mnie Obia­dex on the ta­ble. Jak za­brak­nie Wam je­dze­nia na All-u, za­pra­szam:):). Ale tym Se­xem mo­gli­by­ście się po­dzie­lić”.

Wy­ślij.

Te­raz każ­dy za­jął się so­bą, to zna­czy ja dal­szym sprzą­ta­niem po Obia­de­xie. Fi­lip po­szedł na ro­wer ze zna­jo­my­mi, Fe­lek sie­dzi nad ja­kąś grą z ko­le­gą, Fra­nio za­jął się ra­to­wa­niem akwa­rium.

Brzdęk-brzdęk-brzdęk. „Nie chcia­łaś je­chać, to masz Obia­dex za­miast Sex. Ale wszyst­ko opo­wie­my po po­wro­cie…;)”.

Ja­sne, nie chcia­łam. Tra­ta­ta­ta. Nie mia­łam ka­sy. Skoń­czy­ła się era uro­cze­go wy­bie­ra­nia miej­sca na wy­jazd i prze­le­wa­nia na­leż­no­ści z kon­ta na kon­to, nie wie­dząc na­wet do­kład­nie, jak wy­glą­da­ją pie­nią­dze. Te­raz jest „od-do”.

Ści­sły bu­dżet, któ­ry na­zy­wa się „ali­men­ty no­ta­rial­ne”. Hmm… na­wet nie­źle brzmi.

Ty­go­dnio­wy wy­jazd, nie wspo­mi­na­jąc o dwu­ty­go­dnio­wym (ta­kie na pew­no są?), kosz­to­wał­by mnie ty­le, co mie­siąc, dwa al­bo trzy – ali­men­tów na ro­dzi­nę, któ­re wy­wal­czy­łam z mo­ją dziel­ną ad­wo­kat­ką, któ­rej też za­pła­ci­łam ostat­nim gro­szem. On i tak by pła­cił, tu aku­rat jest skru­pu­lat­ny ni­czym nie­miec­ki księ­go­wy w za­rę­kaw­kach, ale chy­ba chciał kap­kę mniej. A tak pła­ci chy­ba kap­kę wię­cej. „War­ta­ło­by­ło”, po­wie­dział­by Fra­nio, któ­ry ma dar do neo­lo­gi­zmów.

Stu­kam w te­le­fon.

„Bła­gam, tyl­ko nie to. Po po­wro­cie zro­bię Wam Obia­dex w za­mian za mil­cze­nie o Sex. Ko­pyt­ka ra­aaz!”. Wy­ślij.

Brzdęk-brzdęk-brzdęk. „Ko­pyt­ka to ja mam nie­złe przed so­bą”.

No, to aku­rat praw­da. Z ty­mi ko­pyt­ka­mi na obiad. Na­uczy­łam się ro­bić ko­pyt­ka. Re­nia, ra­cjo­nal­na do bó­lu są­siad­ka i przy­ja­ciół­ka, wy­tłu­ma­czy­ła mi, jak to się ro­bi, gdy pierw­szy mie­siąc sa­mo­dziel­no­ści fi­nan­so­wej za­koń­czył się peł­nym fia­skiem.

Ona prze­ra­bia­ła to już wcze­śniej, gdy jej mąż od­szedł z asy­stent­ką, za­bie­ra­jąc z do­mu co cen­niej­sze rze­czy i nie pa­ląc się do pła­ce­nia ali­men­tów na dwój­kę dzie­ci. Le­d­wo, le­d­wo zo­sta­wił jej i dzie­ciom za­dłu­żo­ny dom, któ­ry ona spła­ca do dziś, cięż­ko ha­ru­jąc na trzech eta­tach: ja­ko…

(fragment)…

.

.

.

Całość dostępna w wersji pełnej

Rozdział 2

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 3

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 4

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 5

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 6

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 7

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 8

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 9

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 10

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 11

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej

Rozdział 12

(fragment)…

.

.

.

Rozdział dostępny w wersji pełnej