Cienie Turynu - Carlo Fruttero, Franco Lucentini - ebook + książka

Cienie Turynu ebook

Carlo Fruttero, Franco Lucentini

0,0
44,00 zł

lub
-50%
Zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego i kupuj ebooki, audiobooki oraz książki papierowe do 50% taniej.

Dowiedz się więcej.
Opis

Kiedy ją czytałam, byłam zaskoczona, że trzymam w rękach powieść, od której trudno mi się oderwać. Wychodząc z domu, walczyłam z pokusą, by zabrać ją ze sobą i czytać, spacerując po mieście.

Natalia Ginzburg

„Cienie Turynu” to powieść wyjątkowa: z jednej strony lekka i wyrafinowana, z drugiej oferująca czytelnikowi przenikliwą i ostrą ironię w formie komedii obyczajowej z wątkami kryminalnymi. Te ostatnie służą tu jako pretekst do nakreślenia żartobliwego i wnikliwego portretu hipokryzji i groteskowych ambicji piemonckiej burżuazji lat 70.

Luksusowe życie głównych bohaterów przesycone jest nudą i egzystencjalną pustką. Anna Carla, która dusi się w świecie konwenansów, wraz z mężem, Massimem, uciekają od monotonnej codzienności w snobistyczne gry towarzyskie. Tworzą swój prywatny teatrzyk, w którym obsadzają w rolach antybohaterów nieświadomych niczego mieszkańców miasta i bezlitośnie kpią z ich złego gustu, prowincjonalizmu i sztuczności.

Równie ważnym bohaterem książki jest sam Turyn. Miasto w epoce transformacji i powojennego boomu, które jest domem odizolowanych od siebie warstw społecznych.

Ta kultowa włoska powieść łączy atmosferę napięcia z ironią i elegancję stylu z trafną obserwacją społeczną.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 700

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Tytuł oryginału:La donna della domenica

© 1972 Arnoldo Mondadori Editore S.p.A., Milano © 2022 Mondadori Libri S.p.A., Milano For the Polish edition Copyright © 2026 Noir sur Blanc, Warszawa.

ISBN 978-83-8403-105-6

Opieka redakcyjnaDorota Jabłońska

Opracowanie redakcyjneAnna Rossa

KorektaAnna Burger, Aleksandra Kubis, Hanna Kociołek

Projekt okładkiUrszula Gireń

Ilustracja okładkowa na podstawie materiału fotograficznego autorstwa TrueTouch Lifestyle/Envato Elements

Ilustracja na wyklejceNuova pianta di Torino, 1898. Biblioteca civica centrale, © Biblioteche civiche torinesi

Zamówienia prosimy kierować: – telefonicznie: 800 42 10 40 (linia bezpłatna) – e-mailem: [email protected] księgarnia internetowa: www.noir.pl

Oficyna Literacka Noir sur Blanc Sp. z o.o., 2026 ul. Frascati 18, 00‐483 Warszawa

Konwersja do formatu ePub 3: eLitera s.c.

Zgodnie z art. 4 Dyrektywy 2019/790/UE oraz odpowiednimi przepisami krajowymi, niniejszym zastrzegamy prawo do wyłączenia z eksploatacji tekstów i danych (TDM) dla celów innych niż badawcze, w odniesieniu do materiałów znajdujących się w tej publikacji niezależnie od formy jej udostępnienia. Wykorzystywanie tych materiałów w ramach działań TDM jest niedozwolone.

.

1

W czerwcowy wtorek, kiedy go zamordowano, architekt Garrone wielokrotnie patrzył na zegarek. Po raz pierwszy, gdy otworzył oczy w głębokich ciemnościach swojego pokoju, gdzie dobrze zasłonięte okno nie wpuszczało najmniejszego promienia światła. Gdy jego dłoń niezdarnie, bo niecierpliwie, przesuwała się po pętlach kabla, szukając włącznika, opanował go irracjonalny strach, że jest bardzo późno i godzina rozmowy telefonicznej już minęła. Ale nie było jeszcze dziewiątej, zauważył ze zdziwieniem. Dla architekta, który zazwyczaj spał do dziesiątej i dłużej, była to jasna oznaka zdenerwowania, niepokoju.

Spokojnie, polecił sam sobie.

Jego matka, słysząc, że syn się porusza, automatycznie poszła przygotować mu kawę. A on, po porządnej kąpieli, której potrzebował od dawna, golił się bardzo powoli, z ociąganiem i precyzją. Trzeba było jakoś przeczekać cztery godziny.

Zostały jeszcze trzy, gdy wyszedł z domu, musnąwszy ustami skroń matki. Kolejne pół godziny minęło, bo specjalnie wydłużył trasę na przystanek, a potem czekał na tramwaj, który przed południem kursował z długimi przerwami.

Jak można było przewidzieć, elektryczny zegar w tramwaju był zepsuty: przez via Cibrario, piazza Statuto i w końcu wzdłuż całej via Garibaldi wskazówki nie przesunęły się z piętnastej dwadzieścia. W proteście wobec tej drobnej, lecz widocznej oznaki zapaści miasta architekt Garrone odmówił przesunięcia się w stronę wyjścia. Miał w końcu legitymację inwalidzką i mógł wysiąść przodem. Wysiadł przodem. Tramwaj, który z powodu trwających robót drogowych jechał zmienioną trasą, ruszył nie w stronę swojego przystanku, a w kierunku Porta Palazzo.

– Niech panie uważają na dziurę! – powiedział architekt.

Wszedł już na wąski pomost z desek pozwalający na przejście pieszych przez via XX Settembre, i pokazał przerwę między deskami dwóm dziewczynom, które wysiadły z tego samego tramwaju i wyglądały na przyjezdne. Nie Sycylijki. Kalabryjki albo raczej Lukanki, ocenił. Miał taki dar: potrafił rozpoznać nawet po plecach, a może zwłaszcza po plecach, dokładne pochodzenie kobiet z Południa – uśmiechnął się z zadowoleniem. Szedł za nimi kawałek, sprężysty i wysportowany, przestrzegając je półgłosem przed niebezpieczeństwami miasta, potem odbił w stronę piazza Castello. Przed wejściem do kawiarni zatrzymał się, żeby pooglądać letnie krawaty na wystawie sklepu z koszulami.

– Sześć tysięcy. To dniówka robotnika! – zauważył oburzony, odwracając się do młodzieńca trzymającego książki pod pachą i ubranego w coś przypominającego strój wojskowy. Chłopak też przyglądał się krawatom.

– Szaleństwo, szaleństwo, moja Liliano – powiedział do kasjerki, wchodząc do kawiarni.

– Dzień dobry, panie architekcie – odpowiedziała kasjerka bez entuzjazmu i kontynuowała lekturę gazety.

Architekt spojrzał na ośmiokątny zegar nad ladą, porównał go ze swoim złotym Patkiem Philippe’em, który należał do jego ojca, i potarł dłonie z zadowoleniem. Pora się zbliżała i tym razem był pewny swego, tym razem instynkt mówił mu, że wszystko pójdzie zgodnie z planem. Dotarł do ostatniej salki w kawiarni i usiadł przy stoliku w kącie, przy żółtych i niebieskich szybkach w oknie.

Nie było innych klientów. Za to koło toalet znajdowała się kabina telefoniczna z ciemnego drewna, w której można było rozmawiać z dala od wścibskich uszu. Nie, żeby rozmowa miała w tej sytuacji trwać długo. Etap przygotowań został już zamknięty. Teraz to była tylko kwestia...

– Ach! – Podskoczył, zauważywszy obok siebie łysego kelnera, którego nadejścia nie słyszał. – To, co zawsze, Alfonsino. I gazetę, bardzo proszę.

Ważne było, pomyślał, zanurzając w cappuccino drugą brioszkę, żeby umieć czekać. Jego kolejna umiejętność. Wszystko ostatecznie działo się samo, jeśli tylko umiałeś czekać. Self-control, ważna zasada Anglików. A nawet jeśli, co było rzeczą ludzką, blisko celu kogoś dopadało napięcie, niepohamowane pragnienie, hmm, to trzeba było umieć je powstrzymać, ukryć. Niech cię chcą, niech na ciebie czekają – oto sekret.

Zacisnął mocno pięść pod stolikiem. To on miał zadzwonić, między południem a pierwszą, taka była umowa. I on, zdecydował, zadzwoni za pięć pierwsza, nie wcześniej. A nawet później, jeśli już, dziesięć po pierwszej, dwadzieścia po pierwszej... Czas i tak pracował dla niego.

Spojrzał znowu na zegarek i zaczął przeglądać „La Stampę”, jak w każdy kawiarniany poranek. Turyn: minimalna dziewiętnaście, maksymalna dwadzieścia osiem stopni. Tak samo jak w Reggio Calabria, stwierdził beznamiętnie. A lato jeszcze się nie zaczęło. Przyjrzał się uważnie „Uroczym niemieckim plażowiczkom w Alassio”, które dziennik prezentował co dwa tygodnie, zmieniając tylko nazwę plaży, od maja do końca września.

Smukłe uda, ale nic specjalnego, ocenił. Natomiast przeglądając stronę ze spektaklami, zauważył z przyjemnością, że w kinie Le Arti, do którego udało mu się załatwić darmowy bilet, puszczali jeszcze francusko-nigeryjskie arcydzieło Bicz. Wrócił do strony z kroniką obyczajową, aby doczytać szczegóły na temat odrażającego zabójstwa synowej popełnionego przez osiemdziesięcioczteroletniego starca w Sommariva Bosco. Inne zdarzenie: „Potrącona na corso Principe Oddone z dzieckiem na rękach”. Dzieci go nie interesowały, więc zwinął gazetę i położył ją na marmurze stolika, między okruchami brioszek, po czym, nie mogąc się powstrzymać, zerknął na zegarek. Spojrzał na uchylone drzwi kabiny telefonicznej, gdzie aparat połyskiwał ponuro w półmroku. Bez pośpiechu, polecił sam sobie, nie ma co się spieszyć. To jego ogromna cierpliwość, nic innego, doprowadziła go już niemal do sukcesu.

– Chryste – mruknął – Chryste.

Minuty nie mijały, nie dało się usiedzieć bez ruchu. Wstał powoli, ostrożnie, jakby z trudem podnosił swoje pięćdziesiąt dwa lata życia. Ale gdy tylko je postawił na nogi, przestał się powstrzymywać, popchnął je, rzucił w kierunku kabiny, zamknął w czterech ścianach ze starego, spękanego drewna.

Słabe światło zapaliło się nad jego głową i w tej bladej poświacie, ściśnięty w pionowej trumnie, architekt Garrone gorączkowo wyciągnął z kieszeni garść drobnych, znalazł żeton i wykręcił numer swojego przeznaczenia.

2

Jestem młoda, wyliczała do siebie Anna Carla, jestem inteligentna, jestem bogata. Mam świetnego męża (też bogatego) i śliczną córkę (mówią, że tak jak ja). Wszyscy mnie lubią, dobrze się ubieram, nie mam problemów z figurą, nie mam problemów seksualnych... Dodała jeszcze trzy czy cztery przypadkowe rzeczy: przepiękną srebrną tacę mediolańskiego projektanta, którą kupiła w zeszłym tygodniu; cenną czułość wujka Emanuele; nadejście pierwszych upałów... Ale oczywiście na nic się to nie zdało, czuła się, jakby słuchała odpowiedzi z działu Porady dla niej w magazynach kobiecych. Słowa. Abstrakcyjna pleśń, pod którą głaz pozostawał nienaruszony, boleśnie konkretny.

– Dzisiaj podwójna dawka – powiedział z determinacją Vittorio, świetny mąż. Wyłuskał na dłoń dwa fioletowe krążki z pierwszego flakonu i dwa pomarańczowe z drugiego, potem wziął z przepięknej srebrnej tacy szklankę niegazowanej wody mineralnej. – Będę miał raczej trudne popołudnie.

Wypił, przełknął, opuścił się na fotel. Anna Carla przechyliła się, aby wsypać mu do kawy bezkofeinowej odrobinę cukru.

Jestem żoną kapitalisty, syna kapitalistów i wnuka kapitalistów, spróbowała pomyśleć w odwrotnym kierunku. Mam pełno mieszczańskich przyzwyczajeń i uprzedzeń, jestem pozbawiona jakiejkolwiek świadomości społecznej i politycznej. Nie interesuję się smutnym losem więźniów, pacjentów domów wariatów, sparaliżowanych ani mieszkańców krajów Trzeciego Świata, ani Chińczyków, jeśli mam być szczera, wyobrażam ich sobie zawsze z kucykiem i z dłońmi w rękawach koszuli haftowanej w smoki. Nie mam szczególnych talentów ani zdolności, nie umiałabym malować tkanin dekoracyjnych (jak Maria Pia), wymyślać blaszanych ozdób (jak Dedè), wygrać turnieju golfa lub brydża (jak żadna z moich przyjaciółek – ale one przynajmniej próbują), a gdybym otworzyła butik albo galerię sztuki, to bym zbankrutowała w dwa miesiące. Moje życie jest puste, niepotrzebne, frywolne.

– Co najmniej dwie godziny z radą fabryki – powiedział jej mąż kapitalista cierpiącym głosem, jaki mieli w tych czasach wszyscy kapitaliści – i Bóg raczy wiedzieć, jakie żądania usłyszę tym razem. Pewnie będą chcieli firmowej kawalerki połączonej z boiskiem sportowym. Potem mamy wizję lokalną z urzędu miasta w związku z tą historią o zanieczyszczeniu. A żeby jeszcze bardziej uprościć mi życie, przyjeżdża kolejna grupa jakichś Niemców czy Szwedów, czy tam Duńczyków na zwiedzanie nowego zakładu. Czasami się zastanawiam...

Ale nie zastanowił się, pomieszał jeszcze raz kawę i wypił ją nieufnie małymi łykami.

Nie, pomyślała Anna Carla niewzruszenie, nawet samokrytyka na nic się nie zdała, to też były tylko słowa, które z pewnością nie odbierały jej snu. Sen – i przyznała to w gwałtownym przypływie złości – odbierał jej tak naprawdę Massimo, to on był kamieniem w żołądku, to on ją zmuszał do śmiesznych podsumowań godnych sfrustrowanej gospodyni domowej. Kamieniem, oto czym był drogi Massimo. I powie mu to, miała obowiązek mu to oznajmić, z łagodnością, ze smutkiem, dla jego dobra, „Wiesz, kim się stajesz, Massimo, wiesz, kim się stałeś? Kamieniem”.

– Jest też taka możliwość – odparł Vittorio, odkładając filiżankę – że będę musiał pójść z nimi na kolację...

– Z kim?

– No z tymi ziemniakojadami. Miejmy chociaż nadzieję, że... – przerwał, zauważywszy wzrok Anny Carli wbity w pustą filiżankę. – Coś nie tak?

Anna Carla podniosła oczy.

– Przepraszam, nie słuchałam.

– Hmm, czyli coś poważnego – powiedział Vittorio. – To poważne?

– Nie, nie, co ty. To tylko... To znaczy...

Wejście Benita, znowu bez rękawiczek i z rozpiętym kołnierzykiem od kamizelki, oszczędziło jej dokładniejszych wyjaśnień.

– Nic. Tylko nie mogę ich już znieść, ani jego, ani jej – powiedziała, kiedy służący wyszedł, wydobywając brzęk z niewielu porcelanowych naczyń na tacy, jak w stołówce zakładowej. – Słyszysz ich? – dodała, wskazując na drzwi, oczywiście otwarte, zza których, z oddalonej przecież kuchni, dzikie wrzaśnięcie Marii i gardłowy wtręt Benita ogłaszały początek nowej pyskówki między małżonkami.

– No tak, tak, oni też nie są idealni – powiedział Vittorio, starając się okazać zainteresowanie. – Z drugiej strony... Ojej, już po drugiej!...

Natychmiast stracił, czego się spodziewała, wszelkie zainteresowanie jej problemami. Wstał, włożył do kieszeni dwa słoiczki z lekarstwami (ostatnia nowość, jeśli chodzi o ochronę wątroby) i pocałował ją szybko.

– Wybacz, dobrze? Gdybym miał jeść kolację na mieście, to zadzwonię.

– Dobrze.

Biedny Vittorio. Jeśli było coś, co go naprawdę przygnębiało, poza obiadami biznesowymi oraz mniej lub bardziej wymyślonymi dolegliwościami, to tylko angażowanie się w nierozwiązywalny problem służby.

Ona również wstała i zatrzymała się na chwilę, rozglądając się niepewnie wokół i mechanicznie dostrzegając inne oznaki nieporządku: od dywanu wybrzuszonego pod nogą fotela, przez mętną wodę – ewidentnie niezmienioną – w dwóch wazonach z tulipanami na kominku, aż po zabawkę Franceski pozostawioną w kącie. O tym jednak powinna była pomyśleć niania. Massimo odparłby, że... Hmm, nie wiedziała co, ale z pewnością znalazłby jakąś odpowiedź...

Anna Carla wzruszyła ramionami i poszła do swojego pokoju. Jeśli ten kamień myślał, że swoimi nędznymi ukłuciami pozbawi ją snu, to znaczyło, że jej nie znał. Zgoda, poprzedniej nocy nie spała zbyt dobrze, ale nadrobi teraz, a potem, jak już będzie wypoczęta, napisze do niego, co o nim myśli... Rozebrała się paroma gwałtownymi ruchami i położyła się energicznie na łóżku.

Po drzemce i wzięciu prysznica usiadła z blokiem listowym na kolanach i z końcówką długopisu między zębami, wpatrując się w trapez kurzu, który słońce oświetlało pod małą komodą po lewej stronie kanapy. Niesprzątane co najmniej od trzech dni. Niewiarygodne – zdziwiła się po raz tysięczny – jaką złość, jaką pierwotną furię potrafili w niej wywołać Benito i Maria, dwoje ludzi, których nazwisko ledwie pamiętała. Tak samo było zresztą (choć to nie pocieszenie) z innymi parami przybyłymi z Sardynii, z Marche, z Hiszpanii, z Madagaskaru, mającymi przejściowy, ale demoniczny wpływ na tych, u których pracowali jako służba. Pociechy nie dawała również myśl, że jej przyjaciółki borykały się z tym samym problemem ani że inni, całkowicie nieznajomi (jak na przykład ten odrażający Garrone), działali na nią podobnie...

Ale zaraz się poprawiła, przygryzając długopis. Garrone był całkiem innym przypadkiem, to Massimo go zmanipulował, używając przeciw niej. To Massimo się nim posłużył w najbardziej nielojalny, tchórzliwy, niesprawiedliwy, tak, najbardziej niesprawiedliwy sposób, aby położyć ją na łopatki. Aby spróbować położyć ją na łopatki, powiedzmy bardziej precyzyjnie. Ponieważ ona o Massimie i o Garronem...

Anna Carla skrzyżowała nogi, poprawiła blok na udzie i zaczęła szybko pisać. Zanotowała: „Drogi Massimo, słuchaj...”, a potem się zatrzymała.

3

Wiszący u fryzjera stary zegar z wahadłem wskazywał dziewiątą. Ale obraz był odwrócony i architekt Garrone, który siedział przed szerokim lustrem z ramą wyszczerbioną tu i ówdzie, wiedział, że była dopiero trzecia po południu. Czekanie, czekanie, życie było wiecznym czekaniem. Pod białym, ale nie nieskazitelnym fartuchem, który okrywał go od szyi do kolan, architekt poczuł się nagle jak w kaftanie bezpieczeństwa. Ogromna, triumfująca radość sprzed dwóch godzin zamieniła się już w zadyszkę. Fryzjer był błędem, powiedział sobie, powinien był pójść na długi spacer albo wynająć łódkę i popłynąć w dół Padu, poruszać się, wyżyć się fizycznie, przytrzymać umysł z daleka od ciągłych myśli o dzisiejszym wieczorze.

– Chce pan, żeby tu też przyciąć, panie architekcie? – zapytał fryzjer.

– Przytnij, Salvatore, przytnij bez obawy.

Przez lata, kiedy nikt nie miał na tyle odwagi, Garrone nosił długie włosy opadające na szyję, ale teraz wrócił do klasycznej fryzury, bo nie było innego rozwiązania dla kogoś, kto zawsze chciał się wyróżniać z tłumu, iść pod prąd we wszystkim, choćby trzeba było za to zapłacić. On sam wiedział, ile kosztów poniósł.

Obawa, że także tym razem coś – zmiana decyzji, jakieś nieprzewidziane zdarzenie, drobnostka – zniszczy mu wszystko w ostatniej chwili, opanowała go tak nagle, że zaalarmowany fryzjer zatrzymał nożyczki.

– No nie, panie architekcie, jak mi pan będzie tak podskakiwał...

Nie, niemożliwe. Po tak ewidentnej kapitulacji te lęki nie miały żadnej logicznej podstawy, były nieracjonalną wydzieliną kogoś, kto już wyciąga rękę po smakołyk. Swego rodzaju cieknącą ślinką, która go męczyła. Ludzka słabość: jeszcze dziś rano, przed rozmową telefoniczną, kiedy nic nie było pewne, z radością zaakceptowałby dowolne odroczenie terminu, żeby tylko mieć pewność. A teraz nie jest w stanie poczekać spokojnie do kolacji?

– Ciało jest słabe – powiedział do fryzjera, stukając palcami po skrzyżowanych kolanach, na których tygodnik erotyczny, otwarty na środkowej kolorowej stronie, powoli pokrywał się obciętymi włosami.

– No tak, wobec tej potężnej mleczarni – stwierdził fryzjer, który błędnie połączył uwagę z piersiami modelki Gungali, nadal widocznymi pod szpakowatymi kosmykami i łupieżem.

Architekt uśmiechnął się dobrodusznie. Był znawcą ludzi i rozumiał, że nieszczęśnikowi, jakim był Salvatore, ten nieosiągalny świat piersi, ud, gołych pośladków musiał uderzać do głowy i ostatecznie przynosić więcej szkody niż pożytku. Pornografia – zresztą razem z wieloma innymi rzeczami – była dla ludzi wolnych, takich jak on, którzy nie dali się wkręcić w ślub, dzieci, rutynę biura czy sklepu, którzy potrafili pozostać otwarci na wszelkie doświadczenia, gotowi schwytać wszystkie życiowe okazje...

Jego życie – i miał je tu, w lustrze – podobało mu się, wydawało mu się bogate, różnorodne, pełne, ciekawe i widać było dobrze tego oznaki: z białego stożka wyłaniała się wyrazista twarz, pełna ekspresji, szlachetnie drapieżna, jak mu to powiedział... Kto mu to powiedział? Znał wielu ludzi, w przeróżnych środowiskach – mógł to usłyszeć od kogokolwiek: w różowej aureoli jedwabnego abażuru, wokół stołu komitetu, na spoconej poduszce, między ławkami a krzewami w Parku Valentino albo kogoś, kto w ciemności kina studiował jego profil.

– Nie wiesz, o której otwierają Le Arti?

– Hm – powiedział fryzjer – Bicz? O trzeciej. Ja już byłem dwa razy. Dobry. Artystyczny, ale dobry.

– Czyli warto?

– Warto.

Inteligentny sposób na spędzenie kolejnych dwóch godzin. Potem, w porze herbaty, zajdzie na chwilę do hrabin Piovano, a później wpadnie do galerii Vollero na inaugurację tej wystawy mitologicznej. U poczciwego Vollera zawsze byli ludzie, z którymi warto utrzymywać kontakty. Do kolacji, a zje ją na mieście, nie ma sensu wracać do domu przy via Peyron, żeby ponownie pokonać całą trasę aż do biura przy via Mazzini. Pomijając fakt, że prawdopodobnie nie będzie bardzo głodny przed nadchodzącym spotkaniem. Zresztą musiał trochę posprzątać w biurze, uczynić je bardziej reprezentacyjnym. Chociaż – zaśmiał się – nie było powodu, żeby się za bardzo przejmować. Bo albo przyjdzie, albo nie przyjdzie. A jeśli przyjdzie... Znów usłyszał jakby muzykę, głos, który mówił: „Dobrze. Przyjdę między dziesiątą a dziesiątą trzydzieści”.

4

W długim pokoju Anny Carli popołudniowe słońce wpadało przez otwarte szklane drzwi prowadzące na ciasny balkon, z którego było widać plac. Za wełnianymi zasłonami otwarte były również wysokie, szare okna wychodzące na via Cavour, a także drzwi do łazienki.

Obok nieposłanego łóżka mały, oliwkowy telefon przestał dzwonić, a przenikliwy głos Benita wykrzykiwał coś z daleka w inną stronę mieszkania. Potem zapukała Maria, wołając:

– Proszę pani?

Weszła i skrzywiła się na widok łóżka i łazienki do posprzątania.

– Nie ma! – krzyknęła w stronę korytarza.

Przeszła ponuro do łazienki, żeby wymienić szlafrok i ręczniki.

W pozostałej części pokoju panował porządek. Szafki były pozamykane i żadne ubrania nie zalegały wokół, z wyjątkiem pantofli przy nogach łóżka i małego szala pozostawionego na oparciu krzesła. Krzesło to stanowiło zresztą komplet ze stolikiem ustawionym ukośnie po prawej stronie drzwi balkonowych, który tworzył w tym kącie, wraz z dwoma fotelami i niskim regałem z marmurowym blatem, mały gabinet Anny Carli. Służące miały tu niczego nie dotykać.

Kanapa w przeciwnym rogu nie była częścią gabinetu, chociaż to na niej, częściej niż przy stoliku, Anna Carla siadała, by poczytać, posłuchać płyt albo pisać listy. Poduszki należało tam poukładać, a popielniczkę na dywanie – opróżnić. Z dywanu trzeba było jeszcze zabrać blok niebieskiego papieru listowego, bardzo już przerzedzony, z żółtym długopisem zaczepionym w poprzek, i opróżnić kosz na papiery pełen pozgniatanych kartek. Maria schyliła się, parskając, aby wytrzepać do kosza zawartość popielniczki. Gdy zobaczyła długość pozgniatanych niedopałków, krzyknęła w kierunku otwartych drzwi:

– Ej!

– Co?

– Jeśli je chcesz, to sobie przyjdź!

– Ale co?

– No chodź tu!

Podniosła blok i usiadła na kanapie z rozkraczonymi nogami, już wykończona. Kiedy przyszedł mąż, wskazała mu popielniczkę na ziemi.

– Ha – powiedział Benito, zaglądając – zużyła paczkę, ale są prawie całe. – Zaczął wyławiać ledwie napoczęte papierosy, starał się je po kolei odratować. – Chryste, ale je zmaltretowała. Widać, że była zła. – Schylał się dalej, z kupką odzyskanych papierosów w dłoni, patrząc na żonę, która wachlowała się papierem listowym. – Cóż – podsumował – robią, co im się podoba.

– Otóż to, a ty się pocieszaj petami – westchnęła Maria. Przestała się wachlować i wstała z gniewnym stęknięciem, aby pójść posłać łóżko, pozostawiwszy blok na kanapie. – Pytam, gdzie jest napisane – warknęła, poprawiając jak najlepiej pościel – że mam im teraz sprzątać sypialnię dwa razy dziennie. Niech jej ściele łóżko ten cały mąż rogacz, co nawet z nią nie sypia.

– Ale kto to jest ten Massimo? – zapytał Benito z kanapy. – To ten z Ivrei?

– Nie, to ten drugi. Massimo to ten, który był na kolacji wczoraj wieczorem. Ten Campi, z którym ciągle gadają przez telefon... Ciekawe o czym.

– „Massimo, słuchaj: jeśli jestem taką kretynką...” – zacytował Benito.

– Ale co ty mówisz?

– Mówię to, co tu jest napisane.

– Aha – zainteresowała się Maria – czyli pokłócili się. Co jeszcze pisze?

– Nic.

– Jak to nic?

– Nic. Tak się kończy, nic więcej nie napisała. Może dodała coś na głos.

– No tak, w łóżku – syknęła z pogardą Maria. – Im są młodsze, tym większe dziwki.

Zorientowała się, że założyła narzutę na lewą stronę, ale zdecydowała, że tak też wygląda bardzo dobrze. Kopnięciem, które zaoszczędziło jej schylania się, zdołała wysłać obydwa pantofle pod nocny stolik. I gotowe.

– Ej – powiedział Benito – posłuchaj tego: „Drogi Massimo, zawsze wiedziałam, że jesteś zdolny do każdej podłości, ale pozwól sobie wyjaśnić, że to, co zrobiłeś wczoraj wieczorem, było najbardziej...”.

– Najbardziej co? – ponagliła niecierpliwie Maria.

– Nie mówi.

– Jak to nie mówi?

– Ten też tutaj się kończy. Był w koszu. Poczekaj, to zobaczę resztę. Pełno tego.

Zapalił jeden z niedopałków, odłożywszy resztę na skrzynię, i zaczął rozwijać pogniecione kartki. Maria usiadła ciężko na łóżku.

– Tutaj mówi: „Drogi Massimo, zachowajmy przynajmniej dobre maniery. Ja w Bostonie...”, i tutaj się kończy... Tu mówi: „Massimo, mój drogi”, ale „drogi” jest skreślone i nie ma nic więcej... A tutaj znowu mówi: „Massimo, ja w Bostonie nigdy nie byłam i nie wiem, czy kiedykolwiek będę. Ale jeśli chodzi o mój związek z architektem...”.

– Jakim architektem?

– Nie mówi... A nie, mówi gdzie indziej: „Drogi Massimo, niezależnie od wszystkiego ja architekta Garronego...”. Ale kto to jest? Wiesz?

– Nie. Tu się kończy?

– Nie, jest ciąg dalszy: „...ja architekta Garronego mam dość. Codziennie to za dużo. Zabójstwo tradycyjne czy nie...”.

– Zabójstwo?

– Tak: „Zabójstwo tr...”. Nie: „Zabójstwo ry...”. Aha: „Zabójstwo rytualne”.

– To wariatka.

– „Zabójstwo rytualne czy nie, pozbądźmy się go naprawdę raz na zawsze. Oboje na tym zyskamy”.

– I dalej?

– I dalej nic. Nie ma dalej.

Maria chwilę myślała.

– To wariatka. Wariaci – podsumowała trochę rozczarowana. – Chodźmy, bo za chwilę wróci Francuzka z dziewczynką. Nie dajmy się tu nakryć tej lafiryndzie.

Podniosła się z wysiłkiem, a jej mąż zebrał niedopałki na ostatnią kartkę, którą przeczytał, zrobił z niej paczuszkę i schował ją do kieszeni.

5

Krytycy filmowi (architekt Garrone znał osobiście więcej niż jednego) mieli rację: scena wielkiej rzezi miała moc symboliczną zapadającą w pamięć, rzecz godna antologii.

Został, aby zobaczyć ją po raz drugi, następnie, jako że już tam był, obejrzał ponownie scenę golenia o niespotykanej surowości, a jednocześnie subtelnie poetycką. Był to film, który jak Szekspir działał na wszystkich poziomach, robił wrażenie na człowieku naiwnym, takim jak Salvatore, i skłaniał do refleksji człowieka pozbawionego złudzeń i doświadczonego jak on sam. Na świecie było zdecydowanie za dużo egoizmu, za dużo niesprawiedliwości, a w konsekwencji ten coraz bardziej się staczał, wystarczyło rozejrzeć się wokół, aby dojrzeć tego wyraźne symptomy, także w Turynie.

Na ekranie zaczęła się scena z ogrodzeniem, mniej wartościowa. Architekt Garrone włożył z powrotem spocone stopy w mokasyny i wstał. W jego rzędzie po lewej stronie nie było innych widzów; po prawej, jakichś dziesięć miejsc od niego, siedziała para, która robiła to i owo. Architekt poszedł w tamtą stronę, z ociąganiem mijając ich nogi, potem ruszył do toalety. Nie było nikogo. Na żółtawym tynku, ponad śnieżnobiałym cokołem z płytek ceramicznych, widniały obsceniczne słowa i obrazki w formie graffiti lub rysunków zrobionych ołówkiem. Architekt pozapinał się, potrząsnął głową, wyjął długopis z wewnętrznej kieszeni marynarki i pogwizdując przez zęby Gwiezdny pył, dodał kilka realistycznych szczegółów do nazbyt wystylizowanego obrazka. Przy okazji zauważył, że od mankietu znoszonej koszuli odstawała biała nitka, bezskutecznie próbował ją oderwać, a wychodząc z kina, urwał ją ostatecznie zębami. Dalej, pod podcieniami, zatrzymał się przy sklepie z dywanami orientalnymi, przed wystawą zdominowaną przez ogromny aksamitny prostokąt w kolorze niebiesko-kremowym. Chiński. Minimum siedem milionów. Skinął niewyraźnie do właściciela, który zza szyby albo go nie rozpoznał, albo nie chciał mu odpowiedzieć. Dwa lata wcześniej dzięki dywanikowi modlitewnemu prawie zrobili wspólny interes za cztery miliony, ale klientka przyprowadzona przez architekta w końcu dywanika nie kupiła, a jego prowizja się ulotniła. Pięć procent z czterech milionów to było dwieście tysięcy lirów.

Architekt zakaszlał, rozejrzał się wokół, splunął na ziemię i podążył dalej bez pośpiechu w stronę piazza Carlo Alberto.

6

– I żeton – powiedziała Anna Carla. – Dziękuję.

Kioskokawiarnia była pełna much i mężczyzn, którzy krzyczeli przy grze w bilard. Przestali grać, ale nie krzyczeć, widząc, jak podchodzi do telefonu, i obserwując, jak wybiera numer i czeka, aż poproszą do telefonu Vittoria. Odwróciła się na moment, poważna, z palcem na wargach.

– Vittorio?

W ciszy w sali wręcz słyszalny stał się głos jej rozmówcy w aparacie:

– Och, cześć.

Mężczyźni zaczęli ponownie ruszać się wokół stołu, pokasłując niezdarnie, stukając kijami, pospiesznie i naraz melancholijnie.

– Jak ci minęło popołudnie?

– Co? Aha, nieźle, nieźle. Byli dość rozsądni. Natomiast dziś wieczorem, niestety, nic z tego. A gdzie ty jesteś? W domu?

– Nie, w...

– No właśnie, bo dzwoniłem do ciebie niedawno i cię nie było. Benito powiedział mi, że nie zostawiłaś żadnej wiadomości.

– Spieszyłam się, wychodząc. Zresztą zlecić coś tej dwójce albo nie zlecić, wychodzi dokładnie na to samo. Trzeba się będzie zdecydować, żeby...

– Tak, jasne. W każdym razie, jak mówiłem, dzisiaj będę musiał zjeść kolację z tymi ziemniakojadami, ale mam nadzieję nie wrócić zbyt późno. Na szczęście zostajemy w Turynie. Co najwyżej zabiorę ich na wzgórza.

– Całe szczęście.

– Komu to mówisz! Wiesz, dokąd... Poczekaj moment. Tak, panie inżynierze, dziękuję, proszę mi tam zostawić... Przepraszam, no więc wiesz, dokąd chcieli pojechać jeść?... Do Alby!

– O Boże. Kto im to doradził?

– A któż to wie? Oni sobie polecają różne rzeczy. Wiedzą wszystko. Ja bym po takiej kolacji w Albie leżał w łóżku cały tydzień, odwieźliby mnie prosto do Molinette1! No nic, mogło być gorzej. A ty gdzie jesteś? Mówiłaś, że musiałaś szybko wyjść.

– Tak, ale... To znaczy nie to, że spieszyłam się gdzieś konkretnie. Spieszyłam się, bo...

Spojrzała na grających mężczyzn. Grali z przymusu, z obowiązku, rozmawiając i robiąc wystarczająco dużo hałasu, aby zapewnić jej prywatność rozmowy, ale nie przeszkadzać. Dżentelmeni.

– ...Spieszyłam się, bo byłam wściekła. Dziś w nocy źle spałam, więc zdrzemnęłam się po południu, a wiesz, jak jest, kiedy śpię po południu. Teraz...

– No to weź Saridon! Dlaczego nie chcesz wziąć nawet Saridonu. Ja...

– Tak, masz rację. Teraz jednak czuję się świetnie, chciałam tylko usłyszeć, jak się miewasz. No to cześć i powodzenia.

– Miejmy nadzieję. Wszystko zależy od tego, czy zdołam uniknąć przystawek. Cześć, skarbie.

– Cześć.

Odłożyła słuchawkę i uśmiechnęła się do mężczyzn z wdzięcznością.

Wyszła na zakurzony placyk.

Było jeszcze bardzo jasno i powietrze paliło jak w środku lata. Jednak przechodząc z powrotem obok samochodu, wyjęła z niego sweterek i włożyła pod uchwyt torebki, po czym skierowała się między dwoma murami w stronę drogi prowadzącej nad rzekę.

7

– Niech pan go nie zgniata, generale, ja się tym zajmę – powiedziała młodsza pani Piovano. Zwinna, mimo swojego wieku, pobiegła po owadobójczy spray w rozmiarze XL, który miał stałe miejsce na konsoli w stylu empire: między sztyletem z Erytrei a zdjęciem księcia Aosty z dedykacją. Następnie szybko rzuciła się w pogoń za karaluchem, który wędrował teraz w kierunku fortepianu, i zdołała trafić go dwoma kolejnymi strumieniami sprayu, zanim owad zniknął pod meblem.

– Trafiłaś go, Clotilde, trafiłaś? – zapytała z jękiem Piovano starsza, która z powodu zbyt słabego wzroku nie mogła śledzić operacji.

– Trafiła, i to celnie – stwierdził generał. – Ale i tak uciekł.

– Potem zdychają w ścianach – powiedziała Clotilde.

Wróciła, aby usiąść na zniszczonej sofie obok siostry, i podała adwokatowi Arloriowi tacę z ostatnim ciasteczkiem, zanim ono też zniknie.

– Dziękuję, hrabino. Częstuję się z łakomstwa. Są pyszne – przyznał Arlorio, zaczynając je kruszyć swoimi rzadko rozstawionymi zębami.

– Tak, są apetyczne. Prawda, panie architekcie?

Architekt Garrone przyjął cios bez mrugnięcia okiem. Każdego należało obłaskawiać według tego, co mógł zaoferować, a siostry Piovano miały do zaoferowania przede wszystkim te wspaniałe ciasteczka z Centallo, których jedna z dawnych służących, teraz już niepracująca w zawodzie, nie zapominała im wiernie co miesiąc przynosić. Pół godziny temu, widząc je przed sobą, architekt zorientował się z dumą, że spotkanie umówione na dzisiejszy wieczór nie stępiło jego wrażliwości smakosza, i między jednym a drugim słowem spałaszował ich chyba z dziesięć. Dobry znak. Dobry znak. Czuł się spokojny, zrelaksowany, pewny siebie, a kąśliwe uwagi młodszej siostry Piovano wręcz go bawiły. Uśmiechnął się do niej ze zrozumieniem i życzliwie.

Nazwisko miały znakomite, sławne (choć również przynoszące pecha: jakiś Piovano pojawiał się we wszystkich przegranych bitwach armii włoskiej, od Novary po El Alamein), rodzinę rozległą, niezwykle rozgałęzioną, obejmującą jeszcze znamienitsze nazwiska, oraz dość wierne grono starych przyjaciół i wiernych bywalców, którzy coś znaczyli (a raczej znaczyli niegdyś) w życiu miasta. Jednak pieniędzy było mało, a otoczenie dość podupadłe.

Od osiemnastowiecznego stojącego zegara, lakierowanego na jasnozielono ze złotym obramowaniem, który wskazywał godzinę szóstą dwadzieścia (ale czemu go nie sprzedały? on sam mógłby im w każdej chwili zagwarantować milion na czysto), wzrok architekta przesunął się na wytarte jedwabne obicia ścienne, na tu i ówdzie podarte, lecz autentyczne zasłony o orientalnym wzorze, na umieszczone nad drzwiami malowidła autorstwa Olivera. Z sufitu ze stiukami, który znów drżał pod wpływem czyjegoś szaleńczego biegu, oderwał się kolejny fragment i rozkruszył na blacie stołu.

– Nie mogą usiedzieć ani przez chwilę – poskarżyła się starsza Piovano.

– Tak to jest – zauważył architekt – kiedy wynajmuje się Południowcom. Umawiasz się na parę, na pewno bez dzieci, a po trzech miesiącach masz ich nad głową czternaścioro.

Sam nie posiadał mieszkań na wynajem. Przy via Peyron, gdzie mieszkał z matką i z siostrą, nie było ludzi z Południa, okolica była jeszcze względnie nieskażona. A w przypadku jego biura (pokój bez łazienki na parterze zrujnowanego budynku przy via Mazzini) problem nie istniał: mogli sobie tańczyć na górze w czternastkę albo w dwudziestkęósemkę, nie miało to dla niego znaczenia. Jednak Piovano zawsze lubiły, gdy im się powtarzało pewne rzeczy.

– Ech – powiedział – trzeba przyznać, że to naprawdę inna rasa.

– Wszyscy jesteśmy Włochami – stwierdził oschle generał. – Nad Isonzo umierali tak samo jak my.

Adwokat Arlorio chrząknął ugodowo.

– Mieli wielkich prawników, najlepszych specjalistów od prawa karnego. Ale to prawda... – pokiwał głową. – Kiedy przyjeżdżają tu na północ... Słyszałem, że to przede wszystkim kwestia odżywiania, białka. Bo oni nie są przyzwyczajeni do mięsa.

– Chciałabym wiedzieć, do czego są przyzwyczajeni – jęknęła starsza Piovano, podnosząc prawie białe oczy na popękany sufit.

– Ich mężczyźni to nie wiem – odparł architekt. Zawahał się przez chwilę, kalkulując za i przeciw: adwokat się nie liczył, a generał praktycznie nie wiedział, co się wokół niego dzieje. Młodsza Piovano od jakiegoś czasu i tak była do niego wrogo nastawiona; za to ze starszą nie mógł chybić. – Ale ich kobiety... – tu zrobił znaczącą pauzę – są przyzwyczajone przede wszystkim do ryb.

Po trzydziestu sekundach ciszy coś zaczęło bulgotać; potem z wyschniętego jak pergamin gardła starszej Piovano wystrzelił niepowstrzymany, długi, młodzieńczy i radosny śmiech.

8

I jeszcze, rozmyślała Anna Carla, przeskakując przez to, co zostało z topoli ściętej na wysokość pół dłoni nad ziemią, i jeszcze ten powód, tak bezsensowny, tak uderzająco absurdalny.

W Nowym Jorku była dwukrotnie: pierwszy raz tak po prostu, żeby zobaczyć, jak tam jest, drugi – na ślubie brata Vittoria. Ale w Bostonie nigdy nie postawiła stopy i nawet jej do głowy nie przyszło, żeby to zrobić. To chyba było miasto portowe (ale na południe czy na północ od Nowego Jorku?), w którym od grupki patriotów w rodzaju karbonariuszy, zbierających się na herbatkę, wyszła myśl, żeby w osiemnastym wieku rozpocząć wojnę o niepodległość przeciw Anglikom. Poza tym o Bostonie nic więcej nie wiedziała. Henry James (jeden z tych pisarzy, których się czyta, jakby się pchało rower pod górę) napisał o nim powieść właśnie pod tytułem Bostończycy, lecz ona jej nie czytała. Zdawało jej się, że Bostończycy mieli opinię ludzi bardzo purytańskich i z jakiegoś powodu bardzo snobistycznych; ale to chyba dawno temu – teraz to musiało być miasto jak każde inne, pełne Murzynów i drapaczy chmur, ze zwykłymi bezkresnymi przedmieściami pełnymi domków z ogródkiem i podwójnym garażem. I z powodu takiej aglomeracji, miejsca, którego nie znała i nigdy nie miała poznać, które dla niej było całkowicie anonimowe, teraz znalazła się tu, błąkając się jak potępiona dusza po peryferiach Turynu, nad Padem.

– Baast’n – wypowiedziała półgłosem, starannie – Baast’n.

Absurdalne. Groteskowe. A jednak (tak było napisane nawet w Biblii) jedno słowo mogło mieć czasami decydujące znaczenie, tak jak Garibaldi, tak jak Cambronne...

Szła dalej wzdłuż wału: po prawej stronie miała płytkie, szare wody rzeki, nad którymi górowały dalekie sylwetki wędkarzy; po lewej rozciągała się rozległa, nierówna łąka z wysokimi stertami śmieci, wyraźnie odcinającymi się na tle horyzontu pełnego sztywnych konstrukcji i czarnych kratowych słupów, które gęstniały w stronę Chivasso; wzdłuż ruchliwej arterii, gdzie latarnie – nie wiadomo czemu – już się świeciły. Brzydota była wręcz kaligraficzna, pedantyczna: aż po samotną, konającą akację i zardzewiałą puszkę po sardynkach wśród pokrzyw przy ścieżce. Anna Carla pogratulowała sobie w duchu... Sam fakt, że wybrała (przypadkiem, czystym przypadkiem!) taki pejzaż na swoje medytacje i snucie planów, był już zwycięstwem nad przytłaczającą kontrolą, nad wydumanymi zakazami Massima. Pejzaż jak z kina studyjnego – tak by go prześmiewczo nazwał. Albo gorzej: jak z filmu dokumentalnego o ekologii. No dobrze, ale w takim razie, gdzie, jego zdaniem, wolno było spacerować? Wzdłuż nadbrzeży Sekwany? Broń Boże! Na Riwierze? Wolne żarty! W Ogrodach Kew? Dajmy spokój!

Anna Carla zobaczyła go wyraźnie takim, jaki naprawdę był: biednym paralitykiem, który, goniąc chorobliwie za utopijnie pojętą spontanicznością, naturalnością, stał się (właśnie on!) niewolnikiem najbardziej monstrualnych sztuczności. Budził w niej litość. Był człowiekiem opętanym, maniakiem, szaleńcem niebezpiecznym dla siebie i dla innych. Ona, dzięki Bogu, miała w sobie jeszcze dość autonomii, by uwolnić się od tej nieakceptowalnej podległości. Wczoraj wieczorem udało mu się jeszcze raz wytrącić ją z równowagi, zgoda, ale przyniosło to dobry skutek, rozstrzygnięcie: teraz wiedziała, że jakoś tam się uratuje, że przetnie węzeł, odpędzi koszmar. On nie. On był skazany.

W przypływie współczucia przyznała wręcz, że w konkretnej sprawie Bostonu to on mógł mieć rację. Ona nie była doskonała i nie zależało jej na tym. Ale skojarzenie jej z obscenicznym Garronem – co to, to nie, tego nie zaakceptowałaby żadna kobieta. To właśnie tu Massimo popełnił błąd, i to błąd nie do naprawienia, niewybaczalny.

Zatrzymała się, zamyślona, aby spojrzeć na krajobraz drzew i wzgórz po drugiej stronie rzeki: krajobraz wciąż idylliczny, wspaniale złocący się w promieniach ostatniego słońca. Ale nazwisko Garronego wystarczyło, żeby ponownie ją przygnębić, by znów puścić w obieg wściekły jad z wczorajszego wieczoru. Przestrzeń usiana śmieciami, którą przemierzała, ukazała jej się nagle w zupełnie innym świetle, a jej wzrok, teraz bardziej czujny i niespokojny, dostrzegł dwuznaczne łachmany skulone w zagłębieniach terenu, jakąś postać pochyloną we wraku spalonego samochodu, ukradkowe cienie między stertami skrzynek. Nie było widać ani jednego dziecka, ta myśl ją zmroziła, a ci wędkarze... czy na pewno byli wędkarzami? Narzuciła sweterek na ramiona. Od wody zaczęła się teraz podnosić mglista wilgoć, z nieba osuwała się czapa brudnożółtego chłodu. Nie chodzi się samotnie w takie miejsca, pomyślała z niepokojem. Zawróciła, starając się jednak nie biec, żeby nie poczuć się jeszcze bardziej głupio.

9

– Ja Garronemu – powiedział ostro pan Vollero – w ogóle nie wysłałem zaproszenia; nawet nie wiem, gdzie mieszka. Ale skoro już przyszedł, to nie mogłem go kazać wyrzucić jakiemuś gorylowi. To jest galeria sztuki dawnej – dodał, akcentując „dawnej” – nie nocny klub.

Jego wzrok przeniósł się od grupki osób, z którymi właśnie rozmawiał obok sztalugi z Porwaniem Europy, ku pozostałym dwóm salom galerii, gdzie ostatni goście (wszyscy dobrze wychowani i wytworni) szeptem wyrażali swoje opinie o wystawionych obrazach.

– Nie przesadzajmy – odezwał się krytyk sztuki. – Ja tam Garronego w gruncie rzeczy lubię. Mnie on bawi.

– I wcale nie jest głupi – powiedział amerykanista Bonetto. – Ma naprawdę otwarty umysł jak na kogoś, kto nigdy nie ruszył się z Turynu. W zeszłym roku, kiedy w Teatrze Tu prezentowałem ten kalifornijski zespół Plastyczność i Limfa... – zrobił pauzę, ale nikt się nie odezwał. Do galerii Vollero przychodziła, jak powszechnie było wiadomo, najbardziej głucha i zacofana część Turynu. – No więc po spektaklu spotkaliśmy się wszyscy na kolacji. Garrone siedział obok mnie i muszę przyznać, że zadawał całkiem trafne pytania, całkiem bystre. Naprawdę był zainteresowany.

– Nie wątpię – odparł pan Vollero. Miał jedynie mgliste pojęcie o tym, czym są Teatr Tu i kalifornijskie grupy artystyczne, ale sama nazwa wystarczyła mu, by skojarzyć je z rewolucją, pornografią i ogólnie sztuką nowoczesną, której szczerze nie cierpiał, po pierwsze jako człowiek, a po drugie jako marszand specjalizujący się w dawnym malarstwie. Spojrzał w głąb, do ostatniej sali, na Ledę z łabędziem z końca szesnastego wieku i jeszcze raz zagotował się w środku na wspomnienie obrzydliwych uwag na temat tego obrazu, na które Garrone pozwolił sobie chwilę wcześniej. I to w obecności dwojga znakomitych klientów, z którymi negocjacje dotyczące płótna były już praktycznie zakończone. Odwrócił się w stronę inżyniera Piacenzy i jego żony (to ona się liczyła) z uśmiechem, w którym mieszały się zakłopotanie i przeprosiny.

– Bardzo mi zależy na utrzymaniu wyselekcjonowanej klienteli – powiedział – ale pewni ludzie mają talent do...

– Niech się pan nie martwi, drogi Vollero – zaśmiała się pani Piacenza, naciągając rękawiczkę – i tak go kupimy. Ale pan – dodała ze złośliwą ironią – opuści nam z ceny milion. Prawda jest taka, że Garrone ma wiele racji: sam temat rzeczywiście ma swoje słabe strony, pomijając wartość artystyczną, prawda? Gdyby to miało trafić do muzeum, to co innego, ale do prywatnego domu, pan rozumie... Tym bardziej że w miejscu, gdzie chciałabym go powiesić...

– Ach, co do ceny, to się zawsze dogadamy – powiedział pan Vollero z wymuszoną wesołością. Ten skurczybyk, pomyślał, ten łajdak... – A poza tym – dodał, odwracając się agresywnie w stronę krytyka i amerykanisty Bonetta – naprawdę nie rozumiem: o malarstwie nie ma zielonego pojęcia, jako architekt, jak słyszałem, poziom zerowy, a jako człowiek, z całym szacunkiem, wywołuje we mnie mdłości.

– Zbyt przyjemny to on rzeczywiście nie jest – stwierdził inżynier Piacenza.

– Mój Boże – przyznał krytyk prasowy, który nie miał najmniejszej ochoty narazić się inżynierowi Piacenzie, gdyż znał jego świetne koneksje w Fiacie. – Miałem na myśli, że z pewnego punktu widzenia, powiedzmy... lokalnego kolorytu, jest sympatyczny. Czy tego chcemy, czy nie, trudno go nie zauważyć.

– A czym on się konkretnie zajmuje? – zapytała pani Piacenza.

– O ile wiem, niczym – podpowiedział Vollero, wzruszając ramionami. – To darmozjad, pasożyt.

– Prekursor – uśmiechnął się inżynier Piacenza – współczesnego studenta architektury.

Establishment nie ma litości, pomyślał amerykanista Bonetto, potrafi zniszczyć człowieka w dwóch słowach.

– Dajmy spokój, bądźmy poważni – wtrącił się stanowczo. – Garrone to klasyczny przykład człowieka kultury, człowieka obdarzonego pewną inteligencją, który nie zdołał znaleźć swojego miejsca, wpasować się w...

– Ależ on się właśnie ciągle wpasowuje, plącze pod nogami! – wykrzyknął Vollero.

– To niczego nie dowodzi: to człowiek, który wciąż szuka siebie. W Ameryce to zjawisko bardzo powszechne i...

– Może by tam pojechał szukać siebie – rzucił Vollero z przekonaniem.

– Jest pan zbyt surowy – powiedział krytyk sztuki. – Garrone ma w sobie coś z artystycznego birbanta o nierealnych aspiracjach, ale we mnie przede wszystkim budzi litość. To rasa na wymarciu...

– Tak się panu tylko wydaje – zaprotestował Vollero. – Na jednego, który umrze, rodzi się tysiąc nowych.

10

– Tik-tak – powtórzyła Francesca.

– Ze-gar – poprawiła ją pouczającym tonem niania, stukając palcem wskazującym w nadgarstek. – Mooontre. Uhr.

– Daj już spokój, Janine – powiedziała Anna Carla, której poliglotyczny zapał francusko-szwajcarskiej okularnicy działał mocno na nerwy, zwłaszcza dziś wieczorem. – Poza tym lepiej będzie położyć ją do łóżka. Jest śpiąca. Prawda, kochanie?

– Nie – odpowiedziała Francesca, ale po całusie na dobranoc pozwoliła się wziąć Janine na ręce i zanieść do pokoju bez żadnego protestu.

– Tik-tak! – krzyknęła jeszcze od drzwi, z uśmiechem, który był już aż nadto wyraźnie porozumiewawczy.

– Tik-tak – potwierdziła ze śmiechem Anna Carla.

No tak, pomyślała z poczuciem winy, jestem fatalną wychowawczynią i niesprawiedliwą pracodawczynią; upokorzyłam biedną Janine, która przecież zna się na swojej pracy i naprawdę się stara, natomiast na tamtych dwoje awanturników wciąż przymykam oczy i uszy. Z drugiej strony po tym, ile trudu kosztowało Annę Carlę trzy miesiące temu ich znalezienie... Przemknął jej przez głowę radykalny plan zatrudnienia z powrotem starej Sesy wyłącznie do kuchni i przejęcia na stałe Emilia, reprezentacyjnego kierowcy z fabryki, którego Vittorio już kilkakrotnie pożyczał jej w nagłych wypadkach. W domu radził sobie w sumie całkiem całkiem, ale jako kierowca – poza nienaganną prezencją – zawsze był trochę nierówny. W każdym razie wystarczyłoby, żeby agencja Zanco znalazła jej porządną stałą pomoc i...

Ale w tym miejscu radykalny plan ugrzązł, a jej myśli odeszły już bardzo daleko od agencji Zanco, bo oto w oddali hałas – niczym z dworcowego bufetu – oznajmił, że Benito zaczyna nakrywać do stołu. Talerze i szklanki, które do spółki potrafili niszczyć... Chwilę później ożywiona wymiana gniewnych zdań zdradziła, że Maria poszła za nim – najwyraźniej po to, by dokończyć kłótnię rozpoczętą w kuchni.

Anna Carla poderwała się impulsywnie i ruszyła prosto do jadalni.

– Ja też nie jem obiadu w domu, nie nakrywajcie – poleciła, marszcząc brwi.

Zamierzała pójść się przebrać, ale nie zrobiła nawet trzech kroków korytarzem, kiedy dobiegł ją bardzo wyraźny komentarz Marii:

– Mogła nam to powiedzieć wcześniej.

Anna Carla obróciła się wokół własnej osi jak na sygnał, na komendę, na którą czekała od dawna, zupełnie spokojna, pokrzepiona myślą, że nie warto się zamartwiać: problemy, wszystkie problemy, zawsze rozwiązywały się same, a okoliczności – przypadek – i tak ostatecznie decydowały za ciebie. Scena, którą wyobrażała sobie od mniej więcej sześćdziesięciu dni, była bardzo krótka i nie tyle lodowata, ile lakoniczna.

– Od jutra jesteście zwolnieni. Co do okresu wypowiedzenia i innych należności, każę to wyliczyć i rozliczymy się w przyszłym tygodniu. – Zwróciła się do niego, celowo, bo dobrze wiedziała, że to ona nosi w tym domu spodnie. – Proszę zadzwonić w poniedziałek albo we wtorek, Benito, dobrze? I może pan podać moje nazwisko do referencji, jeśli pan chce.

– Tak – mruknęła Maria – referencje! Chyba pani nie myśli, że potrzebujemy ich od pani?

Anna Carla nie odpowiedziała, lekceważąc tę uwagę. Sprawa zamknięta, etap zakończony, już wykreślony z jej życia. A kiedy tylko przetnie się węzeł, człowiek uświadamia sobie, jak niewiele to kosztowało. Chwila i wszystko skończone. Czy nigdy nie nauczy się tej starej lekcji?

W swoim pokoju, gdy już się przebrała, długie minuty zeszły jej na makijażu. Nie wiedziała jeszcze, gdzie zje obiad. W Turynie rzadko zdarzało jej się jadać samotnie w restauracji i wcale nie miała na to ochoty. Ale jakiś sposób na to, by godnie domknąć ten dzień pełen silnych emocji, odważnych postanowień i dojrzałych rozwiązań, miasto z pewnością jej podsunie.

11

Inżynier Fontana, dyrektor techniczny dwóch zakładów Dosio SA (planowano budowę trzeciego, w pobliżu Neapolu, ale na razie – przy obecnej koniunkturze dla średnich przedsiębiorstw przemysłowych – pozostawało to tylko w sferze projektu), napotkał spojrzenie swojego prezesa i dyrektora generalnego, który siedział na końcu długiego stołu na tarasie restauracji usytuowanej na wzgórzach. Było to spojrzenie męczennika.

Biedny Vittorio tkwił zaklinowany między dwoma olbrzymimi wikingami, którzy zdjęli marynarki, podwinęli rękawy i poruszali widelcami trzymanymi w garści jak tłokami, a ramiona mieli grube i różowe jak łososie. Łososie, w tym przypadku szwedzkie.

Vittorio, z którym inżynier Fontana przyjaźnił się jeszcze w czasach Kolegium San Giuseppe, bez wątpienia miewał swoje hipochondryczne obsesje, ale trzeba było przyznać, że te bankiety ze Skandynawami naprawdę przyprawiały o strach. Tam u siebie, wśród lasów pełnych ptaszków, których nikt nie wytępił, i całkowicie pozbawionych śmieci oraz samowoli budowlanych, byli (któż by temu zaprzeczył?) mistrzami cywilizacji, jak to „La Stampa” – lektura obowiązkowa inżyniera Fontany – niezmordowanie powtarzała. Ale z jakiegoś tajemniczego powodu z tych narodów składających się z wesołych płatników podatków, zaprzysięgłych wrogów nierówności społecznych, skutecznych i nieprzekupnych planistów, monarchów jeżdżących do pałacu na rowerze, a także pięknych, zdrowych kobiet zahartowanych zimowymi kąpielami w Varazze i Cesenatico – z tych wzorowych narodów inżynier Fontana w Turynie widywał zawsze tylko okazy tego typu, jaki miał dziś przed oczami.

Wokół niego, na zwykle spokojnym tarasie, panował chaos nie do opisania; a jeśli chodzi o trzy kobiety z grupy, to podziękujmy Matce Boskiej Pocieszycielce, że nie były w kostiumach kąpielowych. Choć kopce agnolotti już parowały, butelki Campari i Punt e Mes wciąż stały na stole, zatrzymane na siłę, wymieszane z napoczętymi już butelkami dolcetta i barbery2.

Również szturm na przystawki, który trwał już od czterdziestu minut, nie wydawał się słabnąć: zaklinowane między krzesłami cztery dwupoziomowe wózki, niczym okręty wyciągnięte na brzeg, nie przestawały wysypywać ładunku pieczonych papryk, linów w marynacie, serków tomini, sardeli w czerwonym i zielonym sosie, nadziewanych cukinii i pomidorów, wielkich wiejskich omletów, kiełbas cotechino, które zdążyły już wystygnąć.

Inżynier Fontana miał strusi żołądek i to widowisko naruszało w nim jedynie poczucie porządku; martwił się jednak o Vittoria. Po ciężkim, żeby nie powiedzieć fatalnym dniu, jaki dziś mieli w fabryce, ten gastronomiczny finał mógł się okazać kroplą, która przepełni czarę, a firma nie mogła ryzykować ataku wątroby u prezesa. Jutro i pojutrze czekało bowiem co najmniej pół tuzina kłopotów, które absolutnie wymagały obecności Vittoria.

Odwrócił się znów, by spojrzeć na szefa, układając usta w zachęcający uśmiech. Ale uśmiech natychmiast zgasł: Vittorio zniknął.

Przez chwilę Fontana myślał, że po prostu zasłonili go masywni sąsiedzi, których ramiona teraz już się stykały. Podniósł się częściowo z miejsca i zobaczył krzesło Vittoria odsunięte od stołu, poza zgiełk – puste. Rozejrzał się więc wokół, spoglądając w górę i w dół. Następnie, nawet się nie fatygując, by przeprosić sąsiadów, którzy zresztą w ogóle się nim nie interesowali, opuścił hałaśliwy biwak, wszedł na półpiętro prowadzące do toalet i zapukał do drzwi z kalkomanią z Giandują przyklejoną pośrodku skrzydła.

– Vittorio? – zawołał.

Nikt nie odpowiedział. Przekręcił gałkę: toaleta była pusta.

Musiał źle się poczuć i wyszedł w pośpiechu do ogrodu, by tam zwymiotować, pomyślał zmartwiony.

Zbiegł szybko na dół, wrócił na taras i podbiegł do drewnianych schodków prowadzących prosto do ogrodu i na parking. Ale na trzecim stopniu zatrzymał się, wytężył wzrok i w końcu, z szerokim, pobłażliwym uśmiechem, wyprostował się, gotów samotnie stawić czoła reszcie wieczoru. Cień, ostrożnie przemykający między samochodami, dotarł do Citroëna DS i uruchomił go z pełnym poczucia winy pomrukiem; należał on do prezesa, który właśnie dawał nogę.

12

Z otwartych okien salonu dobiegł odgłos zatrzaskiwanych drzwi samochodu, a żwir zazgrzytał, gdy taksówka Massima odjeżdżała, zawracając na podjeździe przed willą.

– Tak szybko uciekł – westchnęła z żalem pani Campi. – Dokąd to niby musiał koniecznie jechać? Nawet nie powiedział.

– A dokąd niby mógł jechać? – mruknął jej mąż przez zęby. – Nie wiesz?

Pani Campi zauważyła rozbawiona, że brzmiało to jak dialog rodziców zatroskanych o syna schodzącego na złą drogę. Każdy, kto by ich usłyszał, mógłby tak pomyśleć. Tymczasem to był tylko zbieg okoliczności: jej mąż zapalał właśnie jedno ze swoich okropnych cygar, dlatego w jego głosie zabrzmiała ta gorzka, potępiająca nuta. Jeśli zaś chodzi o nią, zawsze było jej przykro, gdy Massimo wychodził, ale z powodów... towarzyskich, a nie macierzyńskich. Massimo był jednym z najinteligentniejszych i najdowcipniejszych mężczyzn, jakich znała, nic nie równało się z rozmową z nim, zwłaszcza w te rzadkie wieczory, gdy nie było innych gości.

– Muszę go zaprosić, aby spędził tu u nas parę dni – westchnęła.

– Kogo?

– Massima.

Jej mąż wybuchł śmiechem, najpierw po cichu, potem coraz głośniej, bez pohamowania, i naturalnie zakrztusił się dymem. Podniósł się, kaszląc, z łzawiącymi oczami.

– No gdyby... – wyjąkał – no gdyby mieszkał w Japonii...

Pani Campi wzruszyła swoimi niezwykle eleganckimi ramionami.

– Co to ma do rzeczy? Nie można zaprosić w gości syna tylko dlatego, że mieszka dziesięć minut od nas?

– Jesteście tacy sami – powiedział jej mąż, nie przestając się śmiać. – Tacy sami. Taki pomysł mógł mieć...

– No i ty go widujesz codziennie, a ja nie.

– Prawie codziennie – uściślił pan Campi, tym razem z nutą prawdziwej dezaprobaty.

– Jest młody – powiedziała pani Campi, wyciągając rękę po najbliżej leżący magazyn o modzie. – Jest inteligentny. Ma mnóstwo czasu.

Otworzyła gazetę w przypadkowym miejscu, na stronie z kolekcją sztucznej biżuterii, bardzo drogiej i już niemodnej. Jej mąż, z jedną ręką na oparciu fotela, patrzył na idealny pierścień dymu, który unosił się po skosie w stronę sufitu.

– Czas leci – powiedział, kiedy pierścień już prawie zniknął.

– Tym bardziej. Pozwól mu się zabawić.

– Ale czy faktycznie się bawi? Nad tym się zastanawiam. Bo jak go o to pytam...

Pani Campi przyznała w duchu, że od kilku tygodni Massimo był jakiś nieswój. Dziś wieczorem szczególnie, wydawał się znacznie mniej błyskotliwy niż zazwyczaj, jakby rozkojarzony, a momentami wręcz posępny.

– Nie wiem – powiedziała – nie martwię się tym. Miał zawsze głowę na karku.

– Nie, no racja, racja. Jednak moim osobistym zdaniem...

Zatrzymał się. W ciszy dało się słyszeć hamowanie taksówki, która zwalniała przy bramie, na ostatnim stromym odcinku alei, zanim wjechała na zjazd w stronę miasta. Co za nuda, pomyślała pani Campi, rzucając czasopismo na stolik, co za strata czasu. Oto siedzimy po kolacji, roztrząsając życie prywatne i przyszłość naszego jedynego syna, który jest dorosły, od lat mieszka sam i doskonale potrafi o siebie zadbać. A wszystko zaczęło się od zupełnie banalnego zdania, które sama wypowiedziała bez zastanowienia, przypadkiem. Chyba że nic nigdy, jak twierdziła ciotka Margot, nie zdarza się naprawdę przypadkiem.

13

Dwieście siedemdziesiąt lirów.

Odkąd istniało Ristoro Maria Vittoria – na rogu ulicy o tej samej nazwie i via Bogino – nigdy się nie zdarzyło, by architekt Garrone zostawił tak wysoki napiwek. A jednak tysiąc pięćset lirów leżało tam, obok rachunku na tysiąc dwieście trzydzieści lirów, a krzesło było puste.

– Pewnie dostał spadek – powiedziała kelnerka z Altopascio do swojej koleżanki z Colle Val d’Elsa.

– Albo się spieszył. Zobaczysz, następnym razem je sobie odbierze.

– Albo poprosi o coś innego. Za dwieście siedemdziesiąt lirów jest do tego zdolny.

Właścicielka, stojąca przy kasie na końcu kontuaru, upomniała je surowym tonem:

– Co to za niegrzeczne uwagi!

Architekt, choć był oszczędny i pojawiał się nieregularnie, pozostawał jednak klientem.

– A te uwagi, które on mi rzuca? To niby są grzeczne? – odparła z urazą dziewczyna z Altopascio.

Colle Val d’Elsa zaśmiała się szyderczo:

– Ale dziś wieczorem chyba mu pozwoliłaś na więcej. Śmiał się jak szympans.

– Dziś śmiał się z własnych spraw. Za to ostatnim razem byłam o krok od trzaśnięcia go w głowę salaterką z owocami. Wziął banana i chciał się dowiedzieć, czy mój narzeczony...

– Ach! – zawołała, śmiejąc się, Colle Val d’Elsa. – Mnie też chciał pytać o banana.

– Oj, dziewczyny, dziewczyny – wtrąciła się ponownie właścicielka.

Wtrącił się także niski, ciemnowłosy młodzieniec, który siedział przy pobliskim stoliku do godziny zamknięcia z niejasnym zamiarem zaproponowania dziewczynie z Altopascio, że odprowadzi ją do domu:

– Gdybym ja był narzeczonym tej pani – powiedział ponuro – to bym się z tym draniem rozprawił...

14

Architekt Garrone wyjął z kieszeni paczkę Muratti Ambassador i położył ją na czarnym plastikowym stoliku obok dwóch kieliszków i butelki Rémy Martin V.S.O.P., w której pozostała resztka krajowej brandy. Odsunął się o krok i od razu zrozumiał, że całość za bardzo wygląda, jakby była zaaranżowana.

Zdjął więc przezroczystą folię z paczki Muratti, otworzył ją i wyjął trzy papierosy, po czym schował je do kieszonki marynarki: nieotwarta paczka mogłaby wzbudzić podejrzenie, że kupił ją specjalnie na tę okazję i że na co dzień pali (jak zresztą palił) zwykłe Nazionali z filtrem.

Następnie odkurzył kilkoma machnięciami dłoni dwa wybrzuszone fotele, czubkiem mokasyna wygładził dywanik pełniący funkcję chodniczka i zapalił lampę stojącą, którą sam zrobił – u handlarza staroci na Balùnie3 kupił stary kuty żelazny stelaż w stylu średniowiecznym i niezwykle trafnie dobrał do niego pergaminowy klosz w kształcie kuli złożonej z segmentów, made in Denmark, dający miękkie i nastrojowe światło. Potem poszedł zgasić gołą żarówkę na suficie (przydałby się drugi taki sam klosz, ale kosztował majątek, zważywszy, że to tylko papier) i rozejrzał się wokół. Może być.

Łóżko polowe w kącie pozostawało w dyskretnym półcieniu, podobnie jak zasłonka przy umywalce; a zielona lampka biurowa, wciąż zapalona na stole na kozłach, nadawała wnętrzu profesjonalny ton, co wcale nie było bez znaczenia. Natomiast na samym stole – architekt uśmiechnął się subtelnie – rytualny kamienny fallus wprowadzał nutę bezpruderyjnej, lecz nie wulgarnej egzotyki: przypominał, że choć jego gabinecik był z konieczności skromny, on sam pozostawał człowiekiem nie tylko światowym, lecz także o wysokiej kulturze.

Jeśli coś wymagało zaprowadzenia odrobiny porządku, był to regał ścienny stojący z tyłu. Na wszystkich półkach nieliczne książki, pożółkłe czasopisma o wystroju wnętrz, a rulony starych projektów mieszały się z najrozmaitszymi i najmniej stosownymi przedmiotami: palnikiem spirytusowym z wyszczerbionym imbrykiem i nieumytymi filiżankami, wojskowym kocem, zestawem zakurzonych pustych butelek, zwojami sznurka, ręcznikami i różnymi szmatami, buteleczkami środka przeczyszczającego, porozrzucanymi numerami tygodników, które pięć czy sześć lat wcześniej uchodziły za śmiałe, i innych publikacji, bynajmniej nie architektonicznych, zepsutym wentylatorem, otwartą paczką waty, parą zdeformowanych butów, a nawet drewnianą tabliczką z haczykami na klucze, pozostałą z czasów, gdy to pomieszczenie należało jeszcze do zlikwidowanej później portierni.

Architekt podszedł bliżej, obszedłszy stół, by rozważyć możliwość pobieżnych porządków, po czym zrezygnował; ograniczył się do przeniesienia butów na najniższą półkę i wygięcia ramienia lampki biurowej tak, by jej światło lepiej doświetlało kamienny fallus.

Punkt dziesiąta. Zamknął wąskie okno z matowego szkła, oddzielone od ulicy kratą, i podszedł do drzwi. Zdjął haczyk, który wobec braku zamka zastępował go, utrzymując drzwi zamknięte od wewnątrz, i wychylił się do półciemnego korytarza, żeby sprawdzić, czy brama jest otwarta. Była otwarta, jak zawsze: żaden z lokatorów nie fatygował się już, by ją zamykać przed późną nocą.

Zawahał się przez chwilę, rozważając, czy nie lepiej dać się zastać w środku, z papierosem Muratti w ustach, ale w końcu zwyciężyła niecierpliwość. Wyszedł na ulicę, spojrzał w prawo, następnie w lewo.

Po prawej, w stronę piazza del Conservatorio i odległej Piwiarni Mazzini, ulica była jeszcze dość ożywiona, mimo utrudnień spowodowanych robotami drogowymi. Ale po lewej, w stronę Padu, chodniki były praktycznie puste; tylko grupka młodzieży w koszulkach stała przed barem Apulijczyków na rogu via Calandra. Niedługo potem jeden z nich wsiadł na motocykl i odjechał z ogłuszającym rykiem. Minęło jeszcze parę minut i z bocznej uliczki wyjechała taksówka; zatrzymała się jednak dopiero kilka bram dalej, wypuszczając kogoś z walizką. Dziesiąta piętnaście.

Architekt wrócił do pokoju, założył z powrotem haczyk, zirytowany wygładził stopą dywanik, który znów się pomarszczył, i usiadł ze ściągniętą twarzą. Czekanie, ciągłe czekanie... Zapalił jednego z trzech Muratti, zaciągnął się głęboko, ale nie poczuł żadnej przyjemności: wolał Nazionali, jego podniebienie przywykło przez lata do mniej szlachetnego tytoniu. Ta myśl pogrążyła go w pełnym lęku przygnębieniu, w nagłej pewności klęski. Nic nie znaczyło to, że półgodzinny margines jeszcze nie minął i że także po wpół do jedenastej mogły się znaleźć inne powody spóźnienia. To ta rzecz sama w sobie wydała mu się nagle czymś całkowicie nierzeczywistym, zupełnie nieprawdopodobnym. Sam poczuł się, jakby znikał, pusty, jakby bąbelki jego długo musującej energii naraz pękły, wszystkie co do jednego. Spojrzał na swoje błękitne skarpetki, które usiłowały nonszalancko towarzyszyć rozchodzonym mokasynom, na znoszone spodnie z dziewiczej wełny o niepotrzebnie idealnym kancie i zaczął ponuro bawić się przedostatnim guzikiem koszuli, rozpiętej pod szyją w młodzieżowym stylu. Bez wyraźnego powodu przyszło mu na myśl okno jego pokoju przy via Peyron, przez które jako chłopiec po odrobieniu lekcji długo wyglądał, obserwując niskie loty jaskółek.

Życie, pomyślał rozpaczliwie, życie.

Pukanie do drzwi było tak dyskretne, że gdy zerwał się na równe nogi, przez chwilę stał nieruchomo, myśląc, że mu się zdawało. Nie usłyszał nawet kroków w korytarzu. Ruszył niepewnie naprzód i otworzył, wciąż nie dowierzając, wciąż uwięziony w miękkiej, lepkiej sieci niezliczonych zawodów. Ręce mu drżały i początkowo, w półmroku, niemal nie poznał osoby, na którą czekał. Potem szeroki uśmiech ukazał na jego twarzy gęste wachlarze zmarszczek.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki

Przypisy

1 Molinette – szpital w Turynie (wszystkie przypisy pochodzą od tłumaczki). ↩

2 Barbera – tradycyjne czerwone wino z regionu Piemontu we Włoszech. ↩

3 Balùn – znany targ staroci w Turynie. ↩