Wydawca: Prószyński i S-ka Kategoria: Kryminał Język: polski

Uzyskaj dostęp do tej
i ponad 25000 książek
od 6,99 zł miesięcznie.

Wypróbuj przez
7 dni za darmo

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

e-czytniku kup za 1 zł
tablecie  
smartfonie  
komputerze  
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Liczba stron: 423 Przeczytaj fragment ebooka

Odsłuch ebooka (TTS) dostępny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacji Legimi na:

Androida
iOS
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?

Ebooka przeczytasz na:

Kindlu MOBI
e-czytniku EPUB kup za 1 zł
tablecie EPUB
smartfonie EPUB
komputerze EPUB
Czytaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Czytaj i słuchaj w chmurze®
w aplikacjach Legimi.
Dlaczego warto?
Zabezpieczenie: watermark Przeczytaj fragment ebooka

Opis ebooka Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka

Przekonaj się, jak cienka jest granica między uwielbieniem a nękaniem. 

Julia jest zwyczajną dziewczyną. Skończyła studia, pracuje, zakochała się. Gdy dostaje bukiet kwiatów od tajemniczego wielbiciela, jest podekscytowana i zaintrygowana. Wiersze, kolejne kwiaty i wiadomości zaczynają ją najpierw niepokoić, a potem przerażać. Nikt nie rozumie jej strachu. Przecież posiadanie wielbiciela jest takie romantyczne. Jak uwolnić się od stalkera, gdy nie wiesz, kim on jest? Ale on wie wszystko o tobie. Wie, gdzie mieszkasz, gdzie pracujesz… i wie, jak zniszczyć twoje życie. 

Co mnie szczególnie przeraża? Że ofiarą stalkingu może paść każdy. A prześladowcą może się okazać ktoś zupełnie zwyczajny, niepozorny, ktoś, na kogo nie zwróciliśmy uwagi, kogo nawet nie widzieliśmy. Ale ten ktoś dostrzegł nas. 
Olga Rudnicka

Olga Rudnicka (ur. 1988) – Absolwentka Pedagogiki Specjalnej na Uniwersytecie im. Adama Mickiewicza w Poznaniu, autorka powieści kryminalnych: „Martwe Jezioro”, „Czy ten rudy kot to pies?”, „Zacisze 13” i „Zacisze 13 Powrót”. Pracuje jako asystentka osób niepełnosprawnych w Polskim Komitecie Pomocy Społecznej w Śremie. Kocha jazdę konną i rytmy latynoamerykańskie, zwłaszcza salsę. Namiętnie czyta Joannę Chmielewską, Stephena Kinga, Joe Hilla, Tess Gerritsen i Jeffery'ego Deavera.

Opinie o ebooku Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka

Fragment ebooka Cichy wielbiciel - Olga Rudnicka

Karta tytułowa

Olga Rudnicka

CICHY WIELBICIEL

Wydawnictwo Prószyński i S-ka

Podziękowania

Książka ta nie powstałaby, gdyby nie pomoc Adama Straszewicza, który służył mi swoją wiedzą na temat stalkingu, psychiki sprawcy i ofiary, a także udzielił szeregu porad, jak radzić sobie ze stalkerem. Adam Straszewicz (absolwent psychologii Szkoły Wyższej Psychologii Społecznej w Warszawie oraz psychologii śledczej University of Huddersfield – International Academy for Investigative Psychology www.ia-ip.org) jest założycielem strony www.stopstalking. pl, gdzie osoby, które padły ofiarą uporczywego nękania i prześladowania, mogą uzyskać realną i skuteczną pomoc.

Adamie, dziękuję. Twoja pomoc była nieoceniona.

Dziękuję również wszystkim osobom, które podzieliły się ze mną swoimi doświadczeniami, a których nie mogę wymienić z imienia i nazwiska.

Wstęp

Uporczywe nękanie nie jest zjawiskiem łatwym do zdefiniowania. Pojęcie stalkingu określa się poprzez szereg zachowań sprawcy, które naruszają prywatność ofiary lub wzbudzają w niej poczucie zagrożenia. Do najczęstszych zachowań ingerencyjnych należą: wysyłanie listów lub SMS-ów, a także prezentów czy też kwiatów, telefonowanie, śledzenie, nachodzenie w miejscu pracy, niszczenie rzeczy należących do tej osoby, groźby. W każdym wypadku są to działania uporczywe.

Ofiara stalkingu ponosi liczne straty w aspekcie społecznym i finansowym. Zmuszana jest do zmiany pracy, miejsca zamieszkania, zmiany wyglądu bądź rezygnacji z planów życiowych po to, by ukryć się przed dręczycielem. Ostatecznie może to zaowocować utratą znajomych i odizolowaniem się od społeczeństwa. Równie istotne są następstwa psychologiczne, takie jak brak zaufania do ludzi, podejrzliwość, nadmiar ostrożności, strach, nerwowość, frustracja, paranoja, depresja. Wiele z tych osób rozważa popełnienie samobójstwa. Otoczenie ofiary, rodzina, znajomi czy też partner życiowy, najczęściej, co przykre, zachowują się najmniej odpowiednio w tej sytuacji. Na przykład koleżanki nękanej kobiety uważają, że działanie cichego wielbiciela jest bardzo romantyczne, inni mogą twierdzić, że ofiara przesadza, jeszcze inni będą bagatelizować sprawę lub obarczać ofiarę winą za tę sytuację.

Do niedawna stalker pozostawał praktycznie bezkarny, gdyż organy ścigania właściwie miały związane ręce, dopóki prześladowca nie popełnił przestępstwa, na przykład nie doszło do napaści czy gróźb karalnych. W czerwcu tego roku po raz pierwszy w Polsce wprowadzono zmiany w przepisach dotyczących uporczywego nękania. Jak zwykle w przypadku prawnych regulacji, definicja tego, czym jest stalking, pozostawia szerokie pole do interpretacji. W swojej pracy psychologa wciąż napotykam sytuacje, w których legalna definicja nie wyczerpuje wszystkich znamion kryminalnego zachowania, a jednocześnie czyni otwartym pole do nadużyć i wykorzystywania przepisu niezgodnie z jego przeznaczeniem. Sąsiadowi przeszkadza głośna muzyka, dłużnik czuje się zagrożony, bo wierzyciel naciska na spłatę zobowiązania, osoba publiczna ma dość dziennikarzy grzebiących w jej prywatnym życiu. Stalking, mimo że doczekał się penalizacji, wciąż pozostaje zjawiskiem słabo rozpoznanym i niewłaściwie rozumianym. Jest też trudny do zwalczania. Ofiara, żeby wygrać, musi włożyć dużo pracy, która, niestety, często polega na wyrzeczeniach. Badania naukowe, mimo obecności stalkingu w przepisach prawnych na świecie od dwóch dekad, wciąż są na wczesnym etapie. Pracujemy jednak nad tym, aby wiedzieć więcej, co można zrobić, żeby ukrócić działania prześladowców. Nasza wiedza jest coraz bogatsza. Mam nadzieję, że małymi krokami przewaga przechyli się na stronę ofiar.

Adam Straszewicz

CZERWIEC 2009

Betonowe osiedle, jakich wiele. Szare wieżowce sięgające chmur, wewnętrzne parkingi zatłoczone wszelkiej maści i marki autami, asfaltowe uliczki, krzywe krawężniki, kontenery na śmieci i przebijające się miejscami skrawki zieleni, z wydeptanymi na przełaj ścieżkami. Gdyby nie numeracja na blokach, miałaby spory problem, by odnaleźć własne miejsce zamieszkania. Zawiesiła wzrok na placu zabaw, gdzie wśród metalowych huśtawek, zjeżdżalni i piaskownicy, wesoło bawiły się dzieci. Na nielicznych ławkach siedzieli rodzice, opiekunowie, nianie, może starsze rodzeństwo. Minęła szybko grupę nastolatków siedzących na płocie, starając się nie patrzeć w ich stronę. Odetchnęła z ulgą, nie słysząc zaczepek pod swoim adresem. Przecięła parking. Jeszcze chwila i znajdzie się w domu. Miejsce, które nazywała domem, w rzeczywistości było trzypokojowym mieszkaniem wynajmowanym z koleżankami ze studiów w jednym z wieżowców.

Julia miała dwadzieścia pięć lat i kilka dni temu obroniła licencjat. Zaraz po ukończeniu szkoły średniej znalazła pracę, ale brak perspektyw na rozwój zmobilizował ją do podjęcia studiów. Skończyła jedną z prywatnych szkół wyższych, wybierając kierunek związany z zarządzaniem i marketingiem, które to dziedziny niespecjalnie ją in teresowały, ale dawały pewne możliwości zatrudnienia po ukończeniu studiów. Poziom nauki był zadowalający i Julia nie miała poczucia zmarnowanego czasu. Szefowa kwiaciarni, w której pracowała po zdaniu matury, wystawiła jej dobre referencje. Ona sama dodała do tego ukończony kurs komputerowy, zaawansowany język angielski oraz kurs księgowości, prawie ukończone studia i kilka miesięcy wcześniej otrzymała pracę w salonie firmowym jednego z operatorów komórkowych w dziale obsługi klienta. Praca była ciekawa, spokojna, od godziny do godziny, koledzy życzliwi i uprzejmi, a jeśli czasami trafił się niezadowolony klient, zajmował się nim kierownik salonu.

Julka nigdy nie ukrywała, że nie ma wielkich aspiracji. Nie czuła potrzeby osiągnięcia oszałamiającego sukcesu. Jej ambicje życiowe sprowadzały się do znalezienia dobrej, stabilnej pracy i posiadania pełnej szczęśliwej rodziny. Niechętnie, ale uczciwie przyznawała się przed samą sobą, że nie ma życiowych pasji, wielkich marzeń, które chciałaby realizować. Jedyne, czego pragnęła, to żyć spokojnie i zwyczajnie.

Przed wejściem do klatki schodowej obejrzała się przez ramię. Typowe blokowisko wielkiego miasta z posadzonymi gdzieniegdzie drzewami i zadeptanymi trawnikami. Gdyby nie kalendarz i ciepły dzień, nic wokoło nie wskazywałoby, że to połowa czerwca. Julka była zadowolona ze swojego życia. Miała pracę, dobrych przyjaciół, a niedawno w jej życiu pojawił się ktoś wyjątkowy. Uśmiechnęła się lekko na wspomnienie bruneta poznanego w ubiegłym roku w klubie z muzyką latynoamerykańską, do którego uwielbiała chodzić. Paweł pracował jako przedstawiciel handlowy i sporo czasu spędzał w rozjazdach. Ich znajo mość stopniowo przeradzała się w coś poważniejszego. Tęskniła za nim i miała nadzieję, że chłopak zdecyduje się na zmianę pracy.

Uniosła palec, by wcisnąć guzik przywołujący windę, gdy dostrzegła tabliczkę: „konserwacja".

– Znowu? – jęknęła cicho.

Z irytacją zaczęła wspinać się po schodach myśląc, że to świetnie działa na uda i pośladki. Niejednokrotnie obiecywała sobie, że zacznie częściej korzystać ze schodów niż z windy. Co innego jednak rezygnować z windy dobrowolnie, a co innego pod przymusem. Zdyszana i spocona dotarła na piąte piętro. Jasna grzywka przykleiła jej się do czoła. Na klatce schodowej było parno i duszno, a ciężka teczka i pantofle na wysokim obcasie nie ułatwiały sprawy. Julka nacisnęła klamkę. Drzwi były otwarte, co oznaczało, że przynajmniej jedna ze współlokatorek wróciła już do domu.

– Jestem! – krzyknęła, rzucając teczkę na stojącą w przedpokoju szafkę. Szpilki wylądowały obok. – Wiecie, że mamy najczęściej konserwowaną windę w Poznaniu? – zawołała, zaglądając do kuchni. – Hej! Gdzie się wszyscy podziali? – Otworzyła lodówkę i wyjęła karton z sokiem. Nalała odrobinę do szklanki.

– Tu jestem.

Wystraszyła się, słysząc za plecami męski głos. Stał za nią Radek. Nie, Irek, zreflektowała się szybko. Chłopak Zuzy. Radek to chłopak Kamili.

– Nie skradaj się tak – powiedziała tonem pełnym wyrzutu, odetchnąwszy z ulgą. – I włóż coś na siebie – dodała, zerkając karcąco na bokserki.

– Gorąco jak cholera, co nie? – Podrapał się po zarośniętym ciemną szczeciną podbródku. Podszedł do lodówki i wyjął schowany przez Julię karton z sokiem.

– Gdzie Zuza? – zapytała, podając mu jednocześnie szklankę. Nie zamierzała tolerować picia prosto z kartonu.

– Ubiera się. – Zawahał się, ale widząc dezaprobatę na twarzy Julki, przyjął szklankę. – Nie jestem na nic chory i nie pluję do środka – poinformował ją kpiąco, nalewając sok.

– Wierzę. Ale skąd wiesz, że ja na nic nie jestem chora i nie pluję do środka? – Mrugnęła do niego, wychodząc z kuchni. Stłumiła śmiech, słysząc za sobą odgłos krztuszenia się.

Weszła do swojego pokoju i zaczęła się rozbierać. Z ulgą zrzuciła pończochy. Usiadła na brzegu łóżka, rozprostowała palce u stóp i zaczęła je lekko masować. Drugą dłonią wyjęła klamrę z uczesanych w kok włosów i roztrzepała je wokół głowy. Drzwi się otworzyły i do środka weszła niewysoka szatynka.

– Jesteś wreszcie – powiedziała, rzucając się na łóżko obok Julii. Nie przejmując się zupełnie, że krótki szlafrok podwinął się nieprzyzwoicie, wyjęła z kieszeni pilnik i oparł szy się o zagłówek łóżka, zaczęła poprawiać manicure.

– Puk, puk! Kto tam? To ja, Zuza. Mogę wejść? Ależ oczywiście, bardzo proszę. – Julia na bezdechu odbyła krótką rozmowę sama ze sobą.

– No wiem, przepraszam. – W głosie koleżanki nie słychać było skruchy. – Idziemy do Latino? – zapytała.

– Nie wiem. Zmęczona jestem. – Julia wstała i rozpięła suwak szarej sukienki. Zsunęła ją z ramion. Pod spodem miała białą bluzkę z krótkimi rękawami, teraz niemiłosiernie wygniecioną.

– Przecież nie mówię, że już. – Przewróciła oczami z ubolewaniem. – Nie ma sensu iść wcześniej niż na dwudziestą drugą. Masz czas.

– No nie wiem. – Julia nadal się wahała. Podeszła do lustra i przyjrzała się sobie. Jasne włosy sięgające do ramion wiły się wokół drobnej twarzy, grzywka domagała się przycięcia. Niewielki nos, raczej wąskie usta, lekko zarysowane kości policzkowe. Julia nie była pięknością, ale miała w sobie coś, co wzbudzało sympatię. Usiadła na krześle przy niewielkiej toaletce i wacikiem nasączonym płynem zaczęła zmywać makijaż. Cerę miała jasną i żadna korekta nie była jej potrzebna. Niestety, brwi i rzęsy były równie jasne jak włosy, a bez tuszu zupełnie niewidoczne. Kiedy nie zrobiła makijażu, wyglądała jak duch. Powiedziała to głośno. Zuza roześmiała się tylko w odpowiedzi.

– Nie śmiej się. Wyglądam tak, jakby mnie nie było.

– Głupia jesteś i tyle. Masz świetną twarz do malowania. Jak surowe płótno malarskie. I ładne oczy, nie niebieskie, ale prawdziwie błękitne. Resztę możesz sobie domalować.

– Dzięki – burknęła Julka, wrzucając wacik do kosza. – Gdzie Kamila?

– I nogi masz ładne. Długie i smukłe. Tylko ogólnie taka jakaś chuda jesteś.

– Chciałaś powiedzieć, że nie mam piersi. – Spojrzała wymownie na spory biust Zuzy.

– Masz małe piersi. W sam raz. Ja mam problem z dobraniem stanika i ciągle boli mnie kręgosłup – wyliczyła.

– Chcesz się zamienić?

– Powiedziałam, jak jest. Nie twierdzę, że jestem niezadowolona. – Zerwała się z łóżka i podeszła do drzwi. – Idziesz dzisiaj z nami?

– Idę, idę. Paweł zostaje w Warszawie na szkoleniu. Będzie dopiero w niedzielę wieczorem. Nie mam ochoty sama siedzieć w domu. A Kami… – urwała. Zuzy już nie było. Julii nie udało się dowiedzieć, gdzie jest druga ze współlokatorek.

Obie dziewczyny poznała na studiach. Usiadły obok niej na pierwszych zajęciach i już tak zostało. Zuza i Kamila nie były z Poznania i zupełnie się nie orientowały, gdzie co jest i jak dojechać w różne miejsca. Julia urodziła się w stolicy Wielkopolski i całe życie tutaj mieszkała. To był początek przyjaźni, która przetrwała trzy lata studiów, a teraz, od kilku tygodni, wspólnie wynajmowały to mieszkanie. Dziewczyny były od niej o trzy lata młodsze, ale nie stanowiło to żadnej przeszkody. Tak samo jak ona musiały same zarabiać na studia, a to naprawdę uczy człowieka odpowiedzialności i przyspiesza dojrzewanie.

Przebrała się w krótkie spodenki i luźny podkoszulek, a potem boso poczłapała do kuchni. Zuzanna i Kamila stały przy stole i wynajmowały zakupy z papierowych toreb.

– Cześć, nie słyszałam, jak weszłaś – przywitała Kamilę.

– Szlag mnie trafi przez tę cholerną windę! Musiałam to dźwigać na piąte piętro, a kiedy już byłam na czwartym, usłyszałam, jak ruszyła! Nie miałam pojęcia, że znam takie słownictwo! – Wgryzła się w leżące na stole jabłko, podczas gdy Zuza kończyła wkładanie produktów do lodówki.

– Gdzie Irek?

– Jak chce iść z nami na imprezę, to musi się przebrać – odpowiedziała jej Zuza.

– Na jaką imprezę? – zapytała Kamila, odrzucając na plecy długie ciemnobrązowe włosy. – Nie jestem pewna, czy mam ochotę wychodzić…

– Do Latino. To jedyne miejsce, gdzie masz dirty dancing w realu.

– Żadnych nawiedzonych małolatów ani lolitek udających trzydziestki.

– Nikt cię nie zgwałci, nie wyniesie, nie zaproponuje prochów!

– To fakt, ochronę mają super – przyznała im rację Kamila.

– Czyli co? Idziemy potańczyć? – upewniała się Julia, zapominając, że kilkanaście minut wcześniej sama była zmęczona i niechętnie myślała o jakimkolwiek wyjściu.

– No skoro muszę, to pójdę – zgodziła się łaskawie Kamila. – W końcu ktoś was musi pilnować, żebyście nie wpadły w tarapaty – zażartowała. Klub Latino był stałym miejscem ich wspólnych wypadów i początkowa niechęć do wyjścia szybko minęła.

Winda zatrzymała się łagodnie, metalowe drzwi rozsunęły bezszelestnie. Paweł z ulgą powitał właściwe piętro hotelu i wsunął kartę w zamek przy drzwiach. Zabrzmiało ciche piknięcie, a zielone światełko zasygnalizowało otwarcie drzwi. Nacisnął klamkę i znalazł się w hotelowym pokoju. Kolorystyka, wystrój, meble, zasłony lub ich brak, rolety czy żaluzje – to wszystko było bez znaczenia. Nie potrafiłby opisać wystroju żadnego z hotelowych pokoi, w których zdarzyło mu się spać. Po pewnym czasie wszystkie zaczęły wyglądać tak samo. Dostrzegalną różnicą była wyłącznie kwestia, czy pokój jest jedno- czy dwuosobowy.

Większość tygodnia spędzał poza Poznaniem. Do domu wracał tylko na weekend i nie zawsze miał go dla siebie. Nieraz powrót wypadał dopiero w soboty, a w niedzielę trzeba było wyjeżdżać, by w poniedziałkowy ranek znaleźć się świeży i wypoczęty na drugim krańcu Polski. Miał nadzieję, że tym razem uda mu się spędzić z Julią całe dwa dni. Niestety, nie był panem własnego czasu. W ostatniej chwili został powiadomiony, jakie ma szczęście, że może wziąć udział w szkoleniu. Wcisnęli go na miejsce kolegi. Nie miał złudzeń, że wyróżnienie, które go spotkało, to jego własna zasługa. Po prostu był najbliżej miejsca szkolenia i jedyny mógł dojechać tam na czas.

Rzucił torbę obok wolnego łóżka. Na drugim leżało czyjeś ubranie i teczka. Ciekawe, czy go znam, pomyślał bez większego zainteresowania. Czasy, gdy wyjazdy szkoleniowe wiązały się ze świetną zabawą, minęły. Paweł nie miał ochoty na szukanie rozrywki w barze, był zbyt zmęczony. Zmęczony pracą, ciągłymi wyjazdami, tym, że nie ma ani chwili dla siebie. Wszystko, co chciał w życiu robić, swoje pasje, dawne marzenia, sprzedał za garść srebrników. Miał dwadzieścia siedem lat i we własnym mniemaniu w sensie materialnym osiągnął wszystko. Kilka lat pracy wystarczyło na kupno kilkupokojowego mieszkania z garażem oraz samochodu, a także zgromadzenie całkiem sporych oszczędności, bo nie miał gdzie ani kiedy wydawać pieniędzy. Duże zarobki już mu nie wystarczały, nadszedł czas na zmianę. Nienawidził swojej pracy i postanowił odejść, zanim klienci zauważą, jak bardzo nie znosi tego, co robi. Z decyzją tą borykał się od kilku miesięcy. Poznanie Julii przyspieszyło jej podjęcie. Do realizacji brakowało mu tylko planu awaryjnego. Nie wiedział, co chciałby robić. Rozwiązanie nasuwało się samo – znaleźć sobie inną pracę. Tylko jaką? Może otworzyć coś własnego? Dopóki tego nie wymyśli, musi wytrwać.

Powiesił marynarkę w szafie i wyjął z kieszeni telefon komórkowy. Zapukał do łazienki. Cisza. Upewniwszy się, że jest w pokoju sam, wybrał numer i czekał na połączenie.

– Paweł! – Usłyszał melodyjny głos dziewczyny.

– No hej… – powiedział ciepło. – Co tam?

– W porządku. – Po drugiej stronie Julia poruszyła ramionami, sprawdzając w lustrze, jak układa się sukienka. – A u ciebie?

– Jestem wykończony. Dobrze, że szkolenie zaczyna się dopiero rano.

– Mój ty biedaku – odpowiedziała ze współczuciem. – Tak bardzo źle?

– Hej, jestem zmęczony, a nie umierający. – Roześmiał się cicho. – Co robisz wieczorem?

– Jakieś propozycje? – zażartowała. – Jeśli tak, to się śpiesz, bo zaraz wychodzę.

– Z dziewczynami?

– Yhm – przytaknęła, poprawiając kreskę nad okiem. – Idziemy potańczyć. A ty?

– Prysznic, kolacja, łóżko. To co? Dobrej zabawy?

– Dzięki. Zadzwonisz jutro? – zapytała.

– Pewnie. Baw się dobrze, kociaku.

– Mrrrrrrrrr – zamruczała w odpowiedzi, rozłączając się. W samą porę. Do pokoju wpadła Zuza.

– Pospiesz się! Irek czeka na nas na dole! Jak nie zejdziemy w trzy minuty, będziemy musiały dzwonić po taksówkę!

Julia niechętnie uniosła powieki. Uporczywy dźwięk, który wyrwał ją ze snu, nie ustawał. Przewróciła się na bok i wyciągnęła rękę, by wyłączyć budzik. Zdziwiła się, nie rozumiejąc, dlaczego miałaby nastawiać go na budzenie o dwunastej trzydzieści i zamiast wyłączyć, nieprzytomnie patrzyła na tarczę zegarka. W tej samej chwili gwałtowne uderzenie w ścianę wyrwało z jej ust okrzyk strachu.

– Odbierz telefon, do cholery!

Męski głos zza ściany przywrócił jej świadomość.

– Już! – zawołała.

W tej samej chwili dźwięk ucichł. Wyciągnęła telefon spod poduszki, gdzie włożyła go w nocy. Sprawdziła numer. Dzwonił Paweł. Uśmiechając się lekko, jeszcze nie do końca rozbudzona, opadła na poduszki, przyciskając telefon do ucha, gdy zadzwonił ponownie.

– Halo? – powiedziała na pół sennie, lekko schrypniętym głosem.

– Witaj, piękna, obudziłem cię? – W jego głosie dźwięczał śmiech.

– Tak jakby – mruknęła.

– Co masz na sobie?

– Nie pamiętam, ale jak chcesz, to zapytam GO, jak ma na imię – zaproponowała.

– Spryciara. – Teraz już śmiał się w głos.

– Jak szkolenie?

– Powiem tak. Jeśli jeszcze raz usłyszę hasło przewodnie: „Sprzedaż zaczyna się wówczas, gdy klient mówi: NIE", będę je powtarzał moim współtowarzyszom z celi śmierci.

– W Polsce nie ma kary śmierci.

– Dokonam mordu tak makabrycznego, że specjalnie dla mnie ją przywrócą. Jak się bawiłaś? – Zmienił temat.

– Wygląda na to, że lepiej niż ty na szkoleniu.

– Kociaku, szkolenie to praca, a nie zabawa. Ciężka harówka. Nie rozumiem tylko, dlaczego proponują je w ramach nagrody. Powinni biednym kursantom za nie dopłacać – ironizował. – Ale są też dobre wiadomości – dodał, już poważniejszym tonem.

– Jakie? – Julia przeciągnęła się, tłumiąc ziewanie.

– Będę jutro po południu. Co ty na to, żebyśmy spędzili razem trochę czasu?

– Trochę, to znaczy ile? Godzinę, dwie? – spytała cierpko.

– Wyjeżdżam w poniedziałek – powiedział cicho. – Wiesz, że gdybym mógł…

– Wiem, przepraszam. Ta sytuacja jest dla mnie trudna.

– Kochanie, mnie też nie jest łatwo. Wiesz, że myślę o zmianie pracy, ale na razie nic nie mogę zrobić.

– Rozumiem, naprawdę. Nie chciałam narzekać.

– Czyli… Nie będziesz szukać nowego chłopaka?

Wiedziała, że Paweł sili się na żarty, więc uśmiechnęła się, choć nie mógł tego widzieć.

– W tym tygodniu jeszcze nie – zapewniła go wesoło, chociaż sytuacja nie nastrajała jej do żartów.

– No cóż… – westchnął przeciągle. – Wygląda na to, że jutro będę musiał się postarać, byś nie mogła mnie zapomnieć przez kolejny tydzień.

– Tak jakbym mogła – powiedziała miękko.

– Jesteś cudowna. Muszę kończyć. Potwór z Loch Ness powrócił. Pa. – Ostatnie słowa wypowiedział już szeptem.

– Pa. – Odłożyła aparat na szafkę i przewróciła się na plecy. Szeroko otwartymi oczami patrzyła w sufit, zastanawiając się, jak można tak bardzo tęsknić za kimś, kogo zna się tak krótko.

Julia wyjęła lusterko i raz jeszcze sprawdziła makijaż i włosy. Paweł lubił, gdy opadały falami na ramiona. Po kręciła głową, obserwując, jak włosy podążają za ruchem głowy, a potem wracają na miejsce. Doskonale, uznała. Nacisnęła dzwonek i czekała. Chwilę później w otwartych drzwiach stanął wysoki, szczupły brunet. Niebieskie oczy błysnęły radością na widok dziewczyny.

– Strasznie tęskniłem – powiedział, wciągając ją do środka i wtulając twarz w pachnące kwiatami włosy.

– No to musiałeś mieć sporo czasu na tym szkoleniu. – Zaśmiała się radośnie, odwzajemniając pocałunek. Nie wypuszczając z ramion Julii, wdychał zapach jej skóry. Musnął wargami kark dziewczyny i poczuł, jak lekko zadrżała. Odchyliła głowę do tyłu i spytała zalotnie: – A kolacja?

– Nie zrobiłem zakupów – wyznał. Całował ją mocno i głęboko. Julia, szczęśliwa, że jest w jego ramionach, żarliwie oddawała pocałunki. Paweł podłożył dłonie pod jej pośladki i uniósł ją nieco. W odpowiedzi oplotła go nogami i wtulając się w niego, mruczała cicho z zadowolenia. Oboje nie mieli pojęcia, jakim cudem udało im się dotrzeć do sypialni.

Tłumiąc ziewanie, Julia podążała za koleżanką między półkami pełnymi książek. Marioli udało się wyciągnąć ją do empiku. Daleko nie miały, bo sklep znajdował się w Starym Browarze. Gdyby nie to, że Mariola obiecała jej transport do domu, siedziałaby teraz w zatłoczonym tramwaju, denerwując się, czy zdąży na zatłoczony autobus. Jednak publiczne środki transportu z pewnością dowiozłyby ją na miejsce wcześniej niż koleżanka, którą będzie musiała wyciągać stąd siłą.

– Długo jeszcze? – zapytała, nie starając się ukrywać zniecierpliwienia.

– A co? Spieszysz się? Twojego Pawła i tak nie ma.

– Nie spieszę się do Pawła, tylko do domu. Jestem zmęczona. – Julia ziewnęła szeroko.

– Do kolejnego weekendu dojdziesz do siebie. – Lekceważący ruch dłoni mówił wyraźnie, że Mariola nie zamierza słuchać narzekań. – Co o tym myślisz?

Julia zerknęła na okładkę, na której widniała mysz komputerowa.

– Może być – burknęła.

– Piszą, że bestseller – powiedziała Mariola, czytając po cichu opis.

– Aha. – Julii nie udało się wykrzesać z siebie zainteresowania. – Jak bestseller, to kup. – Zmobilizowała się, widząc pełen oczekiwania wzrok koleżanki.

– Też tak myślę. – Z zadowoleniem wzięła pięć egzemplarzy.

– Po co ci tyle podręczników? – zdziwiła się Julia.

– Jakich podręczników?

– Komputerowych.

Mariola popatrzyła na nią z oburzeniem.

– To nie podręcznik. To powieść. Dla kobiet. O miłości. Okładka tylko taka. Nie słuchałaś, jak czytałam ci opis?!

– Taki tu hałas… Ale po co ci aż pięć?

– Jedna dla mnie, a reszta na prezenty.

– Dla kogo?

– Skąd mam wiedzieć? Ale jest w promocji, więc taniej, a po drugie, w razie potrzeby będzie jak znalazł. – I uznawszy, że takie wyjaśnienie powinno wystarczyć, ruszyła do kasy.

Julia poszła za nią, kręcąc głową. Kupowanie byle jakich prezentów dla nie wiadomo kogo było… zupełnie w stylu Marioli, uznała. Koleżance zdarzało się kupić dwie pary takich samych butów, na wypadek gdyby jedna uległa uszkodzeniu.

– No wiesz – kontynuowała tamta, nieświadoma zobojętnienia Julii – coś dla ciotki, coś dla wujka, a jak zapomnisz o czyichś urodzinach czy imieninach to zawsze masz pod ręką prezent.

– Niezły pomysł, pod warunkiem że nie zapominasz, co komu dałaś, i się nie powtarzasz.

– Zawsze pamiętam, co komu dałam.

– A o imieninach i urodzinach nie? – Julia roześmiała się wbrew sobie. Sam pomysł rzeczywiście był niezły, przynajmniej dla Marioli. Ona sama zawsze bardzo starannie wybierała prezenty dla bliskich osób i miała nadzieję, że inni także obdarowują ją ze szczerego serca, nawet jeśli dostaje dziesiątą apaszkę, która ląduje na dnie szafy.

– Pamięć płata nam figle. – Niespeszona Mariola pakowała książki do torby. – A tak poważnie, to mam zbyt dużą rodzinę, żeby świąteczne prezenty dla wszystkich kupować jednorazowo. Jak sobie rozłożę na cały rok, to jakoś finansowo wyrabiam. A może wyjdę za naszego szefa i problem z kasą się skończy?

– Za naszego szefa? – Julia śmiała się w głos. – Za tego sknerusa? Dopiero wtedy zaczęłabyś mieć problemy.

Julia smarowała bułkę masłem, uśmiechając się z zadowolenia. Oto plusy posiadania chłopaka na miejscu. Wprawdzie przez koleżankę, ale współlokatorkom dzięki temu też dostawało się małe co nieco. Najczęściej świeże pieczywo na śniadanie, serki, jogurty i tym podobne pyszności, które kupował Irek, gdy przychodził do Zuzy wczesnym rankiem. Julia śmiała się w duchu. Ten chłopak rozgryzł je w ułamku sekundy. Wolały iść głodne do pracy niż wstać kwadrans wcześniej. Dzięki porannym zakupom wkradł się w ich łaski, choć głośno uprzedzał, że mają się nie przyzwyczajać. Zerknęła na zegar. Dochodziła dziewiąta. Musi wyjść z domu najdalej za kwadrans, żeby zdążyć na autobus, potem na tramwaj i jeszcze kawałek musiała przejść na piechotę. Na ogół docierała do pracy w czasie od trzydziestu do czterdziestu minut, zależnie od punktualności miejskich środków transportu i korków na drodze. Natarczywy dźwięk telefonu wyrwał ją z rozmyślań. Spojrzała na wyświetlacz.

– Cześć, mamo. – Przełknęła szybko kawałek bułki. – Co tam?

– Witaj, córeczko. Chciałam cię tylko zapytać, czy jeszcze pamiętasz, że masz rodziców. Tak dawno u nas nie byłaś, że ojciec już się zastanawia, czy cię nie wymeldować w trybie administracyjnym. Ja głosowałam za zgłoszeniem zaginięcia, ale skoro odebrałaś telefon, to chyba już się nie kwalifikujesz. Znaczy, do zaginięcia. Co do wymeldowania, to nie wiem…

Julia zachichotała cicho.

– Mamo! Byłam u was z dwa tygodnie temu!

– Nie, kochanie. Dwa tygodnie temu dzwoniłaś do nas, ale nie widziałam cię na oczy od miesiąca. Jeśli jesteś za bardzo zajęta, to nie ma problemu. Prześlij mi aktualne zdjęcie. Powieszę sobie na lodówce, żebym się nie dziwiła, kim jest ta urocza blondyneczka, krzycząca: „cześć, mamo", gdybym przypadkiem wpadła na ciebie. Nadal jesteś blondynką, prawda?

– Oj, mamo… – Julię ogarnęło poczucie winy. – Przesadzasz. Obiecuję, że dzisiaj was odwiedzę. Słowo.

– No dobrze. Pewnie powinnam się cieszyć. I cieszę się. Tak, zdecydowanie się cieszę. Weź tylko ze sobą dowód osobisty. Wiesz, że obcych do domu nie wpuszczam, a muszę mieć pewność, czy zamiast ciebie nie przyjdzie jakaś cwaniara, żeby mnie oszukać na wnuczka.

– Mamuś, oglądasz za dużo telewizji. – Julia parsknęła śmiechem. Jej mama miała sarkastyczne poczucie humoru. Ktoś, kto nie znał jej zbyt dobrze, nigdy nie miał pewności, czy żartowała czy też mówiła poważnie.

– Być może – odpowiedziała matka. – Ale kiedy będę już bardzo stara, to nikt mnie nie zaskoczy. Będę przygotowana. O której przyjedziesz?

– Do osiemnastej jestem w pracy.

– Czyli do dziewiętnastej powinnaś dojechać. Zrobię coś do jedzenia i pomożesz mi z sadzonkami.

– Okej. Mamo, muszę już lecieć! Pa!

– Pa! – Odłożyła telefon i spojrzała na męża, który z niezmąconym spokojem czytał gazetę. Była pewna, że słyszał każde słowo.

– Julka będzie wieczorem – poinformowała go. Pan Szymon, ojciec Julii, kiwnął głową na znak, że słyszy.

– Pomoże mi z kwiatami.

Odpowiedzią było powtórne potaknięcie.

– Musisz się czymś zająć. Najlepiej w piwnicy.

– Co? – Dopiero te ostatnie słowa Jadwigi wywołały jego reakcję. Popatrzył z niezadowoleniem na żonę.

– Muszę ją wypytać o tego chłopaka, o którym zupełnie nic nie wiemy, poza tym, że nigdy go nie ma – wyjaśniła pani Jadwiga.

– I to ma być powód? – zaoponował. – Też chcę wiedzieć.

– I dowiesz się, kiedy już pójdzie. Mnie powie więcej. Utniemy sobie małą pogawędkę. Jak matka z córką. – Ostatnie słowa wypowiedziała tonem nieznoszącym sprzeciwu. Mąż skrzywił się niechętnie, ale nie oponował. Doskonale zdawał sobie sprawę, że jak zawsze usłyszy wersję okrojoną. Kobiety, pomyślał z lekkim westchnieniem.

Julia ostrożnie ugniatała ziemię wokół sadzonek petunii. Zgodnie ze wskazówkami matki sadziła na przemian różowe i fioletowe kwiaty o głębokim odcieniu, które będą szczególnie wyraziste na tle szarych ścian bloku, gdy się rozrosną. Na razie ledwie wystawały poza ścianki plastikowego korytka, a płatki opadały ku dołowi. Jednak wiedziała, że właściwa pielęgnacja przemieni balkon w kolorowy ogród. Mimo że to Julia pracowała podczas studiów w kwiaciarni, mama pouczała ją na każdym kroku.

– Przecież wiem, co robię – powiedziała ze zniecierpliwieniem, przez które przebijał cień rozbawienia. Ojciec, nie bez racji, całe życie nazywał mamę małym generałem. To zabawne przezwisko przylgnęło do Jadwigi na stałe, choć nazywanie jej tak tylko jemu uchodziło na sucho.

– Tak, kochanie, ale trochę ciaśniej…

– Nie może być ciaśniej. Muszą mieć miejsce, żeby się rozrastać – zaoponowała stanowczo Julia. – Gdzie są klamry?

– Podlej je.

– Mamo, te skrzynki trzeba umocować na klamrach. To draństwo już i tak jest ciężkie jak cholera, a jak jeszcze naleję wody, to będziemy musiały pomoc wzywać, żeby je dźwignąć! Najpierw klamry!

– No dobrze. – Jadwiga poddała się i wręczyła córce metalowe uchwyty. – Zawsze można ojca zawołać i…

– No właśnie, a tata gdzie? – Julia wyprostowała się i spojrzała na matkę. Była wiernym odbiciem stojącej obok kobiety. Ten sam jasny odcień włosów, te same niebieskie oczy i drobna twarz. Sylwetki miały tak samo zgrabne i szczupłe. Jedyną różnicę stanowił wzrost, który odziedziczyła po ojcu. Mama sięgała jej zaledwie do ramienia. W porywach, jak żartował ojciec, dochodziła do metra sześćdziesięciu.

– Och, znowu grzebie przy czymś w piwnicy. Kto by tam nadążył za mężczyznami! – Machnęła ręką z rezygnacją. – No i lepiej nie pytać, bo jeszcze się okaże, że potrzebuje pomocy. Przynieś, przytrzymaj, podaj… Strata czasu. Mojego. Przekonasz się jeszcze sama, jak to jest, kiedy już się z kimś zwiążesz. Nie zawsze będziesz sama.

– Mamo, nie jestem sama. Mówiłam ci, że z kimś się spotykam.

– Coś wspominałaś, ale kiedy to było? – Mina matki jednoznacznie dawała Julii do zrozumienia, że ostatnie informacje, które otrzymała Jadwiga, pochodzą z zamierzchłych czasów.

– Nie mam w zwyczaju zmieniać chłopaków jak rękawiczek. Dobrze o tym wiesz. Spotykam się z jednym i tym samym… – Stęknęła, podnosząc długi pojemnik, i wstawiła go w metalowe uchwyty umocowane na poręczach balkonu.

Pani Jadwiga natychmiast skorzystała z chwili przerwy w wypowiedzi córki i zapytała:

– Naprawdę? Myślałam, że widzieliście się kilka razy i nic z tego nie wyszło.

– Skąd ci to przyszło do głowy? – zdziwiła się dziewczyna.

– Och, sama nie wiem… Wspominałaś, że wyjeżdża do pracy i go nie będzie...

– Jego praca wymaga ciągłych wyjazdów, ale spotykamy się, kiedy tylko możemy. – Odwróciła się, by ukryć rumieniec wypływający na twarz. Przecież nie będzie z własną matką rozmawiać o seksie!

– Aha… A długo będzie tak wyjeżdżał? Nie może znaleźć sobie czegoś na miejscu? – dociekała Jadwiga, starając się udawać obojętną i znudzoną.

– Może i ma taki zamiar. Dotychczas ta praca mu odpowiadała, bo na prowizji zarabiał znacznie lepiej niż na etacie. Założył sobie, że zarobi na mieszkanie, samochód, uciuła trochę oszczędności, a później poszuka normalnej etatowej pracy na miejscu. Trudno mieć normalną rodzinę, gdy kogoś nigdy nie ma w domu – wyjaśniała cierpliwie Julia, wybierając kolejne sadzonki. – Mieszkanie na szczęście jest już spłacone, samochód też, więc można powiedzieć, że plan został wykonany.

– Hm... Wydaje się to bardzo odpowiedzialne…

– Owszem – przytaknęła. – Nie może rzucić pracy z dnia na dzień. Wiesz, jak to wszystko teraz wygląda. Mógłby szukać nowego zajęcia miesiącami. Odejdzie z tej firmy, kiedy będzie miał coś nowego na oku.

– To może potrwać – zauważyła matka.

– Pewnie tak – zgodziła się obojętnie Julia, szukając wśród sadzonek petunii z fioletowymi kwiatkami – ale najważniejsze, że już podjął decyzję.

Jej matka nie kryła zadowolenia. Obraz przyszłego zięcia, jaki wyłaniał się z rozmowy, bardzo jej odpowiadał. Rozsądny, odpowiedzialny, planuje i realizuje, a decyzję o zmianie pracy z pewnością spowodowała znajomość z Julką. Teraz trzeba tylko go tu ściągnąć i nie wystraszyć.

– Już mam. – Mariola wyszła z zaplecza, machając kartką pokrytą szeregiem symboli i cyfr. Julia wyciągnęła rękę w jej kierunku i poruszając niecierpliwie palcami, czekała, aż koleżanka poda jej dokument. Wzięła papier, nie odwracając głowy od monitora. Odczytywała półgłosem zaznaczone symbole, porównując je z tabelami w segregatorze leżącym na biurku. – Dobra. Mam wszystko. Zaraz możemy wysyłać – powiedziała, zerkając na notatki i dopisując do zamówienia wskazane przez Mariolę produkty.

– Gotowe! – zawołała kilka minut później, odsuwając obrotowy fotel do tyłu i prostując obolałe plecy. – Muszę się na coś zapisać. Rower, aerobik, bez różnicy, czuję się tak sztywna, jakby mi stuknęła sześćdziesiątka. Chociaż… – dodała po chwili namysłu, gdy jej koleżanka nie zareagowała – to może być skutek dźwigania tych skrzynek z kwiatami. Mama zaszalała w tym roku. Zamiast małych korytek kupiła jakieś długaśne trumny. Myślałam, że mi plecy trzasną – narzekała.

– Głupia jesteś i tyle. Rób to co ja. Nie wiem. Nie umiem. Nie mam pojęcia. Nie potrafię. Ojej, naprawdę? – mówiła Mariola, okręcając na palcu ciemne pasmo włosów i wytrzeszczając ogromne oczy w przesadnym wyrazie zdziwienia. – Już od dawna nikt mnie o nic nie prosi – dokończyła normalnym tonem, nie kryjąc zadowolenia z własnej przebiegłości.

– Pewnie by zadziałało, gdyby nie to, że pracowałam dłuższy czas w kwiaciarni – odparła kpiącym tonem Julka.

– Tak, to jest problem…

– Jaki problem? Co się dzieje, dziewczyny?

Ostatnie słowa usłyszał wchodzący właśnie do sklepu mężczyzna.

– Dzień dobry, panie kierowniku. Rozmawiałyśmy o kobiecych problemach. Czy pan wie…

– Dobrze, dobrze. Nic mnie nie obchodzą wasze osobiste sprawy. – Ich szef zamachał gwałtownie rękoma i umknął spojrzeniem w bok, kryjąc się pospiesznie na zapleczu. Julka uniosła brwi do góry i spojrzała na zadowoloną z siebie koleżankę.

– No co? – Mariola wzruszyła ramionami. – To zawsze działa. Powiedz „kobiece problemy" i masz faceta z głowy.

– Czasami mnie przerażasz – wyznała ze śmiechem Julka, oglądając się na drzwi, za którymi zniknął szef. – Przez ten niewyparzony język wpakujesz się w kłopoty – ostrzegła ją życzliwie i wróciła do pracy.

Było jej tak dobrze, że nie miała ochoty otwierać oczu. Dryfowała na pograniczu snu. Leżała wtulona w ciepłe męskie ciało, obejmujące ją mocno ramieniem. Wtuliła się w nie mocniej, wyrywając tym ze snu swego towarzysza. Paweł z czułością popatrzył na leżącą obok dziewczynę; jej jasne włosy rozsypane na jego klatce piersiowej, drobne piersi. Pasowała do niego idealnie. Musnął wargami włosy Julii, zastanawiając się, czy będzie bardzo zła, jeśli ją obudzi. Nie spali tej nocy zbyt wiele, a słońce już świeciło… Słońce! Poderwał się gwałtownie, zrzucając ją z siebie. Spojrzał na zegarek. Dochodziło wpół do ósmej! Nagi wyskoczył z łóżka, nie zważając na zdumione protesty Julii, która nie do końca rozbudzona, usiadła, zakrywając piersi kołdrą. Spojrzała na niego półprzytomnie.

– Co się dzieje?

– Cholera jasna! Zaspaliśmy! Jest wpół do ósmej! Powinienem być w drodze co najmniej od godziny! – Nie krępując się nagością, otworzył szafę na oścież, zgarnął z wieszaków kilka koszul i wrzucił je do walizki, nie zawracając sobie głowy ich układaniem.

– Wpół do ósmej? – Julia oprzytomniała w ułamku sekundy. – Matko Boska! O ósmej miałam być w firmie! Jest dostawa! Szef mnie zabije! – Wyskoczyła z łóżka jak oparzona. – Musisz mnie odwieźć! – zażądała, narzucając na siebie krótką czarną sukienkę.

– Oszalałaś?! Nie mam czasu! Wezwij taksówkę! – Paweł walczył z zacinającym się zamkiem walizki. W końcu machnął na niego ręką i zaczął się ubierać. Julia pognała do łazienki. Przyczesała grzebieniem Pawła włosy sterczące na wszystkie strony i umyła zęby jego szczoteczką. Wypluła resztę pasty i zaczęła szybkimi ruchami nakładać tusz do rzęs. W tej samej chwili do łazienki wpadł Paweł, zgarnął kosmetyczkę i wybiegł.

– Nie mogę tak iść do pracy – jęczała Julia, wróciwszy do sypialni, gdzie on narzucał już marynarkę na niezapiętą koszulę.

– Kochanie, musisz! Nie zawiozę cię! Pospiesz się, bo muszę wychodzić! – Ponaglał ją.

– To wieczorowa sukienka! – zaprotestowała. – Nie mogę tak iść!

– Zadzwoń po taksówkę i jedź do domu.

– Nie zdążę! I nie mogę znaleźć majtek! – wykrzyknęła, przerzucając pościel na łóżku.

– Ten materiał nie prześwituje, więc może być. Majtki nie są ci potrzebne, możesz iść bez… – Przygarnął ją do siebie i pocałował. – Jesteś piękna. Trzymaj! – Rzucił na łóżko pęk kluczy. – Zamknij drzwi, jak będziesz wychodziła! – krzyknął, wybiegając z pokoju. Rozległ się dźwięk zatrzaskiwanych drzwi.

Julia oniemiała.

– Bez bielizny? Mowy nie ma! – Otrząsnęła się i rzucając na kolana, zaczęła sprawdzać pod łóżkiem. – Są – wymamrotała do siebie, siadając na brzegu materaca, by włożyć czarne koronkowe majtki. Narzuciła sukienkę i spojrzała w lustro. Całkiem nieźle, uznała, gdybym szła na randkę. Podskoczyła do szafy Pawła i zaczęła przerzucać koszule.

– Jest! – wykrzyknęła triumfalnie na widok białej koszuli z krótkimi rękawami. Zdjęła sukienkę i włożyła koszulę. Była trochę za duża, ale Julii to nie przeszkadzało. Rękawy sięgały jej do połowy łokcia, rozpięty kołnierzyk wygładziła lekko na ramionach, żeby jego obwód nie rzucał się w oczy. Na wierzch wsunęła sukienkę. Zapinając pasek, zauważyła marszczący się na pupie i brzuchu materiał, ale nic nie mogła na to poradzić. Nie miała już czasu dzwonić po taksówkę. Chwyciła torebkę i klucze. Zamknęła drzwi i mocno trzymając się poręczy, zbiegła z czwartego piętra, przeskakując po dwa stopnie. Jednak zepsuta winda poprawia kondycję, pomyślała, gdy kilka minut później znalazła się przed budynkiem. Pognała chodnikiem w stronę Głogowskiej. Była pewna, że niedaleko Łazarza musi być postój, a jeśli nie – z pewnością złapie tramwaj jadący w stronę centrum. Wybiegając z wąskiej uliczki wprost na Głogowską, zobaczyła taksówkę, jadącą od strony Hetmańskiej. Zamachała gwałtownie rękami i zaczęła podskakiwać w miejscu, starając się za wszelką cenę zwrócić na siebie uwagę kierowcy. Ku jej radości samochód zwolnił i częściowo wjechał na chodnik po przeciwnej stronie ulicy. Julia nie zastanawiając się ani chwili – wiedziała, że taksówkarz nie może tu zawrócić – przemknęła przez jezdnię i wskoczyła do środka.

– Życie pani niemiłe? – zapytał kierowca, który obserwował jej karkołomne ewolucje między samochodami.

– Do Starego Browaru – wydyszała. – Nie wiem jak mam panu dziękować, że się pan zatrzymał.

– Dobrze się pani czuje? – Zaniepokoił się, widząc we wstecznym lusterku, że zasapana pasażerka położyła głowę na oparciu, walcząc o odzyskanie oddechu.

– Tak, tylko w boku mnie kłuje, ale już mi lepiej – wykrztusiła Julia. W lusterku dostrzegła brązowe, pełne troski oczy taksówkarza. – Zaspałam, a muszę być wcześniej w pracy, bo mamy dostawę. Szef mnie zamorduje, jak się spóźnię. Naprawdę, z nieba mi pan spadł – mówiła z wdzięcznością.

– Faktycznie ma pani szczęście. Zjeżdżałem już do domu – odezwał się. – Może chce pani trochę wody? Mam tu gdzieś butelkę, jeszcze nieotwarta.

– Nie, nie – odmówiła pospiesznie – nie jest tak źle. To przez te obcasy… O mój Boże – jęknęła, wysypując całą zawartość torebki na siedzenie.

– Zapomniała pani czegoś?

– Nie, ale nie mogę z gołymi nogami iść do pracy. Gdzieś tu powinnam mieć zapasowe pończochy… O! Są! Może pan patrzeć przed siebie? Bardzo pana proszę. – Julia czuła wypełzający na policzki rumieniec. Wciąganie pończoch w obecności obcego mężczyzny było krępujące, ale nie mogła sobie pozwolić na niekompletny ubiór. Jej wygląd i bez tego pozostawiał wiele do życzenia.

– Oczywiście. – Kierowca skierował wzrok na ulicę. Za jego plecami Julia pospiesznie wciągała pończochy.

– Może pan szybciej? – Usiadła na miejscu i spośród rzeczy rozsypanych na siedzeniu wydobyła kilka spinek i szczotkę.

– To niemożliwe. O tej godzinie… – Wzruszył ramionami, dając do zrozumienia, że nic się nie da zrobić.

– No tak, jasne. – Z niechęcią patrzyła na otaczające ich ze wszystkich stron pojazdy. – Mógłby pan lusterko tak trochę odwrócić w moją stronę? Muszę się uczesać… – poprosiła.

Bez słowa przekręcił lusterko wsteczne. Kilkoma sprawnymi ruchami związała włosy w węzeł i upięła go wsuwkami. Odgarnęła grzywkę na bok.

Było kilka minut po ósmej, ale może jakoś się wytłumaczy. Stanęła pod zamkniętymi drzwiami salonu i wyjęła telefon. Nim zdołała wybrać numer szefa, ten pojawił się zdyszany.

– Cholerne korki! Żeby to szlag trafił! I to od samego rana! – przeklinał, mocując się z zamkiem. – Długo pani czeka ? – zapytał już spokojniej Julię.

– Nic nie szkodzi. Dzień dobry, panie kierowniku – przywitała się uprzejmie.

– Dobry, dobry, niech to szlag trafi! – Zaklął zniecierpliwiony, szukając klucza od dolnego zamka. – Dostałem telefon od dostawcy, że się spóźnią. Dowiozą nam sprzęt najwcześniej w południe…

Julia już nie słuchała szefa. Ten wieczny malkontent narzekał dla własnej przyjemności i nigdy nie oczekiwał odpowiedzi. Niepotrzebnie tak się spieszyła. Szkoda, że nie mogę powiedzieć tego głośno, pomyślała, rzucając krzywe spojrzenie na zaplecze, gdzie zniknął Masner. Otworzyła drzwiczki szklanej gabloty zamontowanej na ścianie, gdzie spoczywały najnowsze oferowane przez salon aparaty komórkowe i akcesoria do nich. Zaczęła kolejno wyjmować starsze modele, żeby zrobić miejsce na nową dostawę.

Karta redakcyjna

Copyright © Olga Rudnicka, 2012

Projekt okładki Paweł Panczakiewicz www.panczakiewicz.pl

Zdjęcia na okładce Fot. Warren Goldswain

Redaktor prowadzący Anna Derengowska

Redakcja Ewa Witan

Korekta Mariola Będkowska

ISBN 978-83-8097-903-1

www.proszynski.pl