86 osób interesuje się tą książką

Opis

Okręt badawczy „Accipiter” przemierza bezkres kosmicznej próżni, a jego załoga pogrążona jest w głębokiej kriostazie. Nieliczni świadomi są dramatu, który rozgrywa się na pokładzie.

Astrochemik Håkon Lindberg budzi się przedwcześnie z kriogenicznego snu i widzi, jak ginie jeden z ostatnich członków załogi.

Prócz niego rzeź przetrwał tylko nawigator, Dija Udin Alhassan.

Czy to on jest odpowiedzialny za fiasko misji? A może stoi za tym jakaś niewypowiedziana siła? Obca cywilizacja? Nieokreślony byt? Ludzkość podróżuje między gwiazdami, odkrywa miriady światów, ale nigdy nie napotkała żadnych oznak życia.

Chór zapomnianych głosów to SF z tempem właściwym powieściom sensacyjnym, intrygą iście kryminalną i klimatem rodem z horrorów. Zakończenie powinno zaskoczyć nawet najbardziej przewidującego czytelnika.

 

„Niesamowita podróż przez czas i przestrzeń! Mróz wnikliwie przygląda się ludzkiemu pragnieniu, by zrozumieć to, co nieznane”. - Blake Crouch

 

„Zapierający dech w piersiach debiut w bardzo ryzykownym gatunku. Czekam na więcej!” - Dmitry Glukhovsky

 

„Fantastyczna powieść mistrza polskiego kryminału, w której autor śmiało mierzy się z dylematami godnymi Stanisława Lema”. - Robert J. Szmidt

 

Remigiusz Mróz zna się na rzeczy – wciąga czytelników na pokład czasoprzestrzennego rollercoastera, którego trasa wiedzie przez oszałamiające zwroty akcji. Trzymajcie się mocno!” - Michael Cobley

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 490

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Pamięci Piotra A. Dobkowskiego

(1949–2014)

 

 

 

Copyright © Remigiusz Mróz, 2019

Copyright © Wydawnictwo Poznańskie sp. z o.o., 2019

 

Redaktor prowadzący: Adrian Tomczyk

Redakcja: Bartosz Czarnecki, Karolina Borowiec

Korekta: Karolina Borowiec, Magdalena Owczarzak

Projekt okładki: Mariusz Banachowicz

Projekt typograficzny, skład i łamanie: Stanisław Tuchołka / panbook.pl

Fotografia na okładce: Sergey Nivens / Shutterstock

Fotografia autora: Mikołaj Starzyński

Konwersja publikacji do wersji elektronicznej: Dariusz Nowacki

 

Zezwalamy na udostępnianie okładki książki w internecie.

 

eISBN 978-83-66431-33-1

 

CZWARTA STRONA

Grupa Wydawnictwa Poznańskiego sp. z o.o.

ul. Fredry 8, 61-701 Poznań

tel.: 61 853-99-10

[email protected] www.czwartastrona.pl

 

 

 

 

 

ROZDZIAŁ 1

 

 

1

 

Håkon Lindberg z trudem złapał oddech, budząc się z kriogenicznego snu. Przez przerażająco długi moment nie wiedział, gdzie się znajduje. Potem uświadomił sobie, że leży w przeszklonej komorze.

Nie powinien się wybudzić, jeszcze nie teraz.

Jak przez mgłę zobaczył pochylającą się nad nim postać. Zamrugał kilkakrotnie, ale obraz pozostał rozmazany. Gdy po szybie zaczęła ściekać krew, Håkon uświadomił sobie, że nikt się nad nim nie pochyla. Na osłonie znajdowało się ciało, a wypływające z niego nitki czerwonej mazi zaczynały oplatać szybę jak pajęczyna.

Lindberg wydał z siebie stłumiony krzyk.

Nie potrafił zrozumieć, co się dzieje. Miał pozostawać w diapauzie, aż okręt osiągnie cel podróży. Nawet w przypadku zagrożenia systemy statku nie powinny przerywać sztucznie indukowanego snu, gdyż podczas kryzysu astrochemik na nic by się nie przydał.

A mimo to był przytomny i z przerażeniem obserwował, jak posoka spływa po kapsule. Po chwili ciało się z niej zsunęło, a Lindberg spróbował się poruszyć. Kończyny ani drgnęły, za to udało mu się językiem wypchnąć z gardła polimerową rurkę.

Wyświetlacz nad nim nie działał. Håkon nie miał pojęcia, jak długo pozostawał w diapauzie ani co dzieje się na pokładzie. Oświetlenie przeszło w stan alarmowy, rozświetlając mrok czerwonymi, płomienistymi rozbłyskami.

Nagle kolejne ciało z impetem spadło na osłonę kabiny. Zanim się po niej osunęło, Håkon dostrzegł insygnia dowódcy. Tylko dzięki nim mógł go rozpoznać – nieszczęśnik miał rozłupaną czaszkę. Wylewało się mózgowie, połowa twarzy była zmiażdżona, a obnażone, oblane krwią zęby sprawiały nieludzkie wrażenie.

Lindberg zamknął oczy i poczuł, że się trzęsie. Przemknęło mu przez myśl, że będzie następny.

Zaraz potem uniosła się przesłona komory. Zwłoki spadły na podłogę, a krew zaczęła skapywać na astrochemika. Ten wyrwał drugą rurkę z ciała, zgiął się wpół i zaniósł chrapliwym kaszlem. Obezwładniający szum w głowie sprawiał, że nie mógł pojąć, co dzieje się wokół.

Wyskoczył z komory, zahaczając o jej brzeg. Zwalił się na ziemię, po czym przetoczył kawałek w bok, licząc, że cudem uniknie śmierci. O podniesieniu się nie było mowy. Nie słyszał nic poza ogłuszającym szumem, ale był przekonany, że wokół rozbrzmiewa kakofonia jęków i cierpienia. Nie ulegało wątpliwości, że ISS Accipiter zmierza ku otchłani, zabierając ze sobą całą załogę.

Zanim astrochemik położył się w kapsule, lekarz pokładowy powtarzał mu, że przebudzenie będzie jak ponowne narodziny. Teraz Håkon wiedział, że to nieprawda – wyjście z diapauzy bardziej przypominało przerwane umieranie. Palce miał skostniałe, stawy jakby nienaoliwione, ścięgna skurczone, a w ustach czuł intensywny metaliczny posmak. W dodatku uporczywy szmer w uszach działał na niego paraliżująco.

W końcu dźwięk ustał. Lindberg spodziewał się usłyszeć wyjący alarm pokładowy, krzyki załogantów i dźwięki rozpadającego się poszycia, jednak zamiast tego doszedł go nieznajomy, zachrypnięty głos.

– Przestań się toczyć jak poparzony.

Håkon poczuł, że mężczyzna złapał go za przegub dłoni i szarpnął. Lindberg obrócił się, zamrugał kilkakrotnie i spojrzał na pochylającego się nad nim człowieka. Niewyraźnie dostrzegł ogorzałą twarz, płaskie czoło, głęboko osadzone oczy. Nie przypominał sobie tego oblicza, ale nie było to nic nadzwyczajnego – na pokładzie Accipitera znajdowało się kilkuset załogantów. Skandynaw znał może dwudziestu.

Próbował wychrypieć pytanie, ale struny głosowe jeszcze nie doszły do siebie po długiej diapauzie.

– Nie szarp się, wszystko jest w porządku – powiedział mężczyzna, patrząc na plakietkę z imieniem i nazwiskiem na kombinezonie astrochemika.

Dopiero wówczas Håkon zaskoczył i zrobił to samo. Dija Udin Alhassan. Kolorystyka jego uniformu świadczyła, że wchodził w skład korpusu nawigatorów. Było ich dziesięciu, góra piętnastu. Sama śmietanka załogi. Nawet nie zapuszczali się do mesy, gdzie podczas pierwszych kilku dni kotłowała się reszta.

– Dija Udin – przedstawił się mężczyzna, spoglądając na swoją plakietkę, a następnie potoczył wzrokiem wokół. – Makabra – ocenił.

Lindberg skinął głową, choć uznał, że to określenie jest niedomówieniem. Trudno było zliczyć wszystkie ciała znajdujące się w pomieszczeniu. Podłoga spływała krwią i wnętrznościami, a wymienniki tlenu nie radziły sobie z usuwaniem wszechogarniającego smrodu. Astrochemik miał wrażenie, że odór go oblepia i przenika przez skórę. Zrobiło mu się niedobrze.

Chwilę trwało, nim wreszcie udało mu się dobyć głosu.

– Co się stało? – zapytał cicho, próbując się podnieść.

– Nie wiem – odparł Alhassan. – Ale cokolwiek to było, wygląda na to, że obaj przeżyliśmy – dodał, klepiąc Skandynawa po plecach.

– Oby nie jako jedyni.

Dija Udin westchnął, wciąż się rozglądając.

– Szedłem tutaj z drugiej komory kriogenicznej – oznajmił. – Nikogo żywego po drodze nie widziałem.

– Jak to? – rzucił Lindberg, uświadamiając sobie, że rozmówca musiał zostać wybudzony z diapauzy jako jeden z pierwszych. W przypadku zagrożenia kolejność była oczywista: najpierw dowódca i ochrona, potem nawigatorzy, mechanicy i cała reszta. Na końcu astrochemicy i inni badacze, którzy właściwie mogli tylko przeszkadzać.

– Jak… – zaczął Håkon, wspierając się o ścianę i próbując wstać. – Co tu się…

– Spokojnie.

– Spokojnie? – żachnął się Lindberg. – Rozejrzyj się!

Zatoczył ręką krąg, co kosztowało go trochę sił.

– Najważniejsze, że żyjemy – odparł Dija Udin. – Resztą zaczniemy się martwić, jak będziesz w stanie chodzić. A na razie bezpieczeństwo zapewnia nam to. – Poklepał kaburę, którą krzywo umocował do paska. Po drodze musiał zahaczyć o zbrojownię, zabierając z niej służbową berettę.

Håkon z trudem oparł się o ścianę i omiótł wzrokiem pomieszczenie. Znajdowała się tu co najmniej setka komór do diapauzy, wszystkie ustawione były w równych rzędach, jak mogiły na cmentarzu. Żadna nie przetrwała hekatomby. Z niektórych załoganci zdążyli wyjść, reszta zginęła w środku. Większość zwłok była rozpłatana, trzewia wypływały z jam ciała. W powietrzu unosił się smród ekskrementów i śmierci.

– Podobno te osłony miały być nie do przebicia – zauważył Alhassan, wskazując odłupany kawałek kapsuły. – Ale najwyraźniej ktoś znalazł sposób.

– Kto? – zapytał Lindberg, starając się opanować drżenie całego ciała. Właściwie odpowiedź mogła być tylko jedna. Trudno było wyobrazić sobie, by takiej rzezi dokonała ludzka istota. – Obcy? – dodał.

Dija Udin zaśmiał się pod nosem.

– Wierzysz w inne cywilizacje, co? Nawet po tylu latach zupełnej ciszy? – zapytał, znów klepiąc Lindberga po ramieniu. Sprawiał wrażenie, jakby był w zupełnie innym świecie. – No tak, naukowiec. W Europlanet wszyscy chyba wierzycie w…

– To nie kwestia wiary, ale prawdopodobieństwa – uciął Håkon, nie mając ochoty na płonne rozważania. Z trudem przełknął ślinę, uzmysławiając sobie, że większość rozbebeszonych ciał to w istocie jego znajomi, inni pracownicy Europlanet.

– Będziesz rzucał freski? – zapytał Alhassan.

– Co?

– Będziesz rzygać? Wyglądasz, jakby ci podchodziło.

– Nie – odparł Lindberg, patrząc na rozłupaną czaszkę dowódcy, który chwilę wcześniej osunął się po jego komorze. – Dlaczego on tu jest?

Dija Udin obrócił się w kierunku zwłok przełożonego.

– Przecież w tej kabinie byliśmy tylko my, Europlanet wynajął ją specjalnie…

– Bo byliście wybudzani jako ostatni – odparł Alhassan, również opierając się o ścianę. – Dowódca musiał uznać, że tylko tutaj może znaleźć jeszcze kogoś żywego.

Håkon potrząsnął głową.

– Opowiedz mi, co się stało. Od początku do końca. Byłeś przecież na mostku, prawda?

– Nie – odparł nawigator, wbijając wzrok w mrugające na czerwono oświetlenie. Wziął głęboki oddech. – Coś musiało nawalić. Obudziłem się jako jeden z ostatnich.

Astrochemik spojrzał na ciało kapitana, zastanawiając się, jaka broń mogła rozpłatać czaszkę w taki sposób. Z pewnością nie beretta jego rozmówcy, ale mógł przecież użyć czegoś o większym kalibrze. Zbrojownia stała przed nim otworem.

– Kto to zrobił? – zaczął mamrotać. – Jak… dlaczego?

– Wszystkiego się dowiemy, zapewniam cię.

Håkon spojrzał na swojego towarzysza.

– Czego więcej byś chciał? – mruknął Dija Udin. – Nie mam żadnych odpowiedzi. Po drodze wszędzie widziałem takie same obrazki jak tutaj.

– Ktoś nas zaatakował?

– Słuchasz mnie w ogóle?

– Obca cywilizacja? Nawiązaliśmy…

Alhassan obrócił się powoli do astrochemika, a następnie przywalił mu z otwartej dłoni. Håkon potrząsnął głową, ale nawet się nie odsunął. Uświadomił sobie, że jego instynkt samozachowawczy szwankuje.

– Co ty, do cholery…

– Jak odzyskasz siły, pójdziemy na mostek – powiedział Dija Udin.

– Ale…

– Mam cię strzelić jeszcze raz? Bo mogę tak bez końca.

Lindberg spojrzał na otwarty właz do korytarza. Jego umysł powoli zaskakiwał na odpowiednie tory.

– Ktokolwiek to zrobił…

– Albo cokolwiek – zauważył Alhassan.

– …może nadal tu być, czyhać gdzieś na nas – dokończył Håkon. – Kapitan padł na moment przed tym, jak otworzyłeś moją kabinę.

Dija Udin spojrzał na rozmówcę i przez moment trwał w bezruchu. Potrząsnął głową, po czym podniósł broń poległego dowódcy i wsadził ją naukowcowi w rękę.

Lindberg zważył berettę w dłoni. Wprawdzie nie potrafił się nią posługiwać, ale przypuszczał, że nie będzie miało to żadnego znaczenia. Cokolwiek wyrżnęło całą załogę w pień, poradzi sobie także z dwoma niedobitkami.

Lub z jednym, przeszło Håkonowi przez myśl. Jeśli to Alhassan był tym, który sprowadził na nich zagładę, została mu tylko jedna osoba do zabicia.

 

 

 

 

 

2

 

Odczekali dobry kwadrans, raz po raz spoglądając na otwartą śluzę po drugiej stronie pomieszczenia. Z korytarza nie dochodziły żadne dźwięki, a po napastniku nie było śladu. Oświetlenie alarmowe nadal wypełniało wnętrze Accipitera czerwonym blaskiem.

– Trzeba się ruszyć – oznajmił Dija Udin. – Proponuję zacząć od mostka. Ryba zawsze psuje się od głowy, ale w ISS-ach jest odwrotnie. Najdłużej wytrzymuje łeb.

Håkon machinalnie skinął głową. Spojrzał badawczo na nawigatora, starając się ocenić, czy to możliwe, że to on był odpowiedzialny za wymordowanie załogi.

– Idziesz? – zapytał Alhassan.

Lindberg uznał, że to niczym nieuzasadniona hipoteza. Równie dobrze towarzysz mógł się spodziewać, że to on był w jakiś sposób odpowiedzialny za tragedię.

– Idę.

Nawet jeśli jego obawy były uzasadnione, z praktycznego punktu widzenia nie miało to żadnego znaczenia. Prawdopodobnie i tak zginie, zresztą na tym etapie był gotów zrobić wszystko, byleby dowiedzieć się, co wydarzyło się na pokładzie.

Ruszyli w kierunku śluzy, powoli i ostrożnie.

– Skąd w ogóle jesteś? – odezwał się Alhassan.

– Z Europlanet.

– Tyle widzę – odbąknął rozmówca. – Pytam o to, gdzie się urodziłeś, wychowałeś, pierwszy raz zanurzyłeś się w kobiece włości… – urwał i otaksował go. – Albo męskie. Z naukowcami nigdy nie wiadomo.

Wyszli na korytarz. Alhassan rozejrzał się uważnie, trzymając palec na spuście beretty. Håkon miał wrażenie, że w chwilach, gdy oświetlenie gaśnie, coś przemyka między pomieszczeniami. Wzdrygnął się.

– Więc? – ponaglił go Dija Udin. – Gdzie przyszedłeś na świat?

– W Federacji Skandynawskiej.

– Szwecja? Norwegia? – dopytał nawigator, gdy ruszyli w kierunku jednej z wind.

– Federacja.

– Oho, zatwardziały unionista. W porządku, wybacz, że pytałem.

Lindberg zbył tę uwagę milczeniem, nie mając ochoty wdawać się w etnograficzne memłanie. Dla niego liczył się konsensus wypracowywany przez kolejne pokolenia Skandynawów, nie zdanie pojedynczych grup szukających czegoś, na czym można zbudować polityczny byt. Tym bardziej nie miał zamiaru dyskutować o tym z muzułmańskim nawigatorem na statku, gdzie nie było żywej duszy.

W milczeniu mijali całe stosy trupów. Wszystkie leżały w nienaturalnych, wykręconych pozach, z cierpieniem zastygłym na twarzach. Jakby śmierć była niewystarczająca. Jakby ktoś zadbał o pośmiertną udrękę.

– Truchło na truchle – zauważył Alhassan.

– Co?

– Tak tylko mówię. Chcę nawiązać rozmowę. Wymianę myśli.

– Jesteś nienormalny, człowieku? – zapytał astrochemik, patrząc na towarzysza niedoli. Naraz jednak uświadomił sobie, że lepiej będzie, jeśli skupi się na korytarzu i stertach martwych załogantów. Gdzieś pośród nich mógł znajdować się ktoś, kto cudem ocalał.

– Chciałem po prostu pogadać.

– Mhm – mruknął Håkon.

– Poza tym zastanawiam się, co mogło ich tak rozbebeszyć – ciągnął Dija Udin. – Nie wygląda mi to na robotę wykonaną ludzką ręką.

– Wiesz to z doświadczenia?

Alhassan zatrzymał się i obrócił do Skandynawa.

– Rozumiem, że jesteś w szoku – zaczął. – I może ci się wydawać, że jako jedyny ocalały miałem z tym coś wspólnego. Ale ja mogę to samo powiedzieć o tobie.

– Niezupełnie. Ty znalazłeś mnie w komorze.

– Mogłeś do niej wskoczyć zaraz po tym, jak wyrżnąłeś całą załogę.

– Sam otworzyłeś kapsułę. Widziałeś, że byłem w diapauzie.

– Mogłeś udawać.

Przez moment patrzyli sobie prosto w oczy. Żaden z nich nie miał ochoty ciągnąć dalej tej rozmowy, ale Håkon przypuszczał, że jeszcze nieraz do niej wrócą. O ile przeżyją na tyle długo.

Astrochemik odchrząknął i wskazał korytarz prowadzący do windy.

– Idziemy? – zapytał.

Alhassan potwierdził ruchem głowy. Ruszyli, lawirując pomiędzy ciałami. Część była tak zmasakrowana, że nie sposób było rozpoznać twarzy. Ludzkie wnętrzności pokryły ściany, w niektórych miejscach przesłaniając boczne oświetlenie.

– Można się uczyć anatomii – zauważył Dija Udin. – Tam jelita, tu nerka…

Håkonowi znów zrobiło się niedobrze. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby ktoś wpuścił na pokład statku wściekłą, głodującą od kilku dni bestię. Nie wyglądało na to, by była w tym jakaś metoda. Agresor zabijał, by zabijać, przyczyna śmierci w każdym przypadku zdawała się inna.

– Dowiemy się wszystkiego na mostku – dodał Dija Udin pokrzepiająco.

Skandynaw nie odpowiedział.

– Słyszałeś?

– Słyszałem.

Znów zaległa cisza. Szli w kierunku niewielkiej, czteroosobowej windy, z niepokojem patrząc na rozpłatane ciała załogantów i czując, że śmierć podąża tuż za nimi. Z oddali zauważyli, że gródź jest odsunięta.

Po chwili weszli do windy i obaj nerwowo się rozejrzeli.

– Będzie działać? – zapytał Alhassan.

– Skąd mam wiedzieć?

– Jesteś naukowcem, prawda?

– Astrochemikiem, nie specjalistą od wind.

– Jeden pies.

Håkon przesunął palcem po wyświetlaczu ściennym. Aktywował się, ale winda ani drgnęła. Na ekranie pojawiła się informacja, że systemy statku przeszły w tryb oszczędzania energii.

– Nie pojedziemy – powiedział cicho Lindberg.

Muzułmanin wycedził coś w swoim języku.

– Dlaczego to ustrojstwo się włączyło? – zapytał, przyglądając się wyświetlaczowi.

– Samo się nie włączyło – odparł Håkon. – W sytuacji zagrożenia aktywuje się szereg systemów, ale nie oszczędzanie energii.

– A jednak coś wiesz. Nie masz całkiem pustego czerepu.

– Poznałem procedury awaryjne, to wszystko.

– Po jaką cholerę?

– To mój pierwszy lot. Wolałem…

– To twój pierwszy raz w przestrzeni? – Alhassan zaniósł się śmiechem, kręcąc głową. – W takim razie gratuluję. Straciłeś dziewictwo z niezłą pompą.

Håkon wyszedł z windy i się rozejrzał. Oczyma wyobraźni zobaczył dowódcę, który pędził tym korytarzem nie dalej jak dwa kwadranse temu. Zaraz za nim musiał biec Dija Udin – wszak od momentu, gdy Lindberg zobaczył zwłoki na komorze, do momentu, gdy uniosła się osłona, minęło ledwie okamgnienie. A droga z windy była tylko jedna.

Alhassan go gonił. Wniosek nasuwał się sam, ale na razie astrochemik postanowił zatrzymać to przemyślenie dla siebie.

– Którędy dotarłeś na ten pokład? – zapytał, gdy Dija Udin wyszedł za nim na korytarz.

– Następną windą – odparł, wskazując kierunek. – Ale co nam po tym? Sytuacja będzie taka sama.

– Mimo wszystko warto spróbować.

Przeszli do drugiej windy, lecz szybko przekonali się, że ona również nie działa. Alhassan zastanawiał się przez chwilę, po czym uniósł wzrok. Przesunął się i zabrał do odmontowywania klapy w suficie. Ta jednak ani drgnęła.

– Nie da rady, siedzi twardo – powiedział. – Konstruktor był zapobiegliwy i nie chciał, żeby królowa obcych dostała się do szybu.

– Co takiego?

– Nic a nic nie znasz się na klasyce fantomantów – ocenił Dija Udin. – I najpewniej nie dane ci już będzie nadrobić braków.

Håkon spuścił na to zasłonę milczenia, patrząc z niepokojem na towarzysza.

– Wcześniej działała – zarzekł się muzułmanin. – Jest inna droga?

– Nie wiem.

– Jako osoba żywo zainteresowana sytuacjami kryzysowymi, powinieneś wiedzieć.

Właściwie było w tym trochę racji, więc Lindberg sięgnął pamięcią do specyfikacji ISS Accipitera. Przed wylotem spędził kilka wieczorów na przeglądaniu planów pokładów, ale nie analizował ich na tyle skrupulatnie, by pamiętać rozkład szybów ratunkowych. Zresztą nie wiedziałby nawet, jak otworzyć jeden z nich.

– Trudno – zawyrokował Alhassan. – Będziemy poruszać się po omacku, póki nie trafimy na występ w ścianie sugerujący, że znaleźliśmy dźwignię.

– Nie trafimy.

Dija Udin się skrzywił.

– Jakoś musi się je otwierać, prawda? – zapytał.

– Tak, ale zaprojektowano je w taki sposób, by nikt niepowołany ich nie znalazł. Posiadają zasuwy, które można otworzyć tylko odpowiednim wzorem na płytce dotykowej. A żeby odnaleźć płytkę, trzeba…

– Dobra, dobra – uciął Alhassan. – W takim razie co proponujesz, naukowcu?

– Myślę, że…

– Niech mnie chuj – przerwał mu Dija Udin. – Która godzina?

Håkon rzucił okiem na pulsujący czerwienią wyświetlacz obok. Po piątej czasu Zulu. Wskazał go kompanowi, a ten natychmiast rozejrzał się, jakby starał się umiejscowić względem jakiegoś abstrakcyjnego punktu.

Zaklął szpetnie pod nosem, a potem uniósł otwarte dłonie na wysokość głowy, jednocześnie ją pochylając.

– Allahu akbar.–Skrzyżował ręce na piersi, a potem znów je uniósł. – Allahu akbar. Allahu akbar. Allahu akbar.Aszhadu an la Ilaha Illal-lah.

Håkon obserwował go z rosnącą konsternacją, podczas gdy towarzysz powtarzał tekst modlitwy. Po chwili padł na ziemię i zaczął wykonywać czołobitne pokłony. Skandynaw rozejrzał się wokół, przełykając ślinę.

– Aszhadu anna Muhammadan Rasulullah.

Lindberg przypuszczał, że nawet jeśli załoga nie zdołała nadać sygnału alarmowego, musiały to zrobić systemy Accipitera. Mimo że znajdowali się wiele parseków od Układu Słonecznego, ansibl działał bez zarzutu. Zresztą to właśnie ta sfera nowych technologii od dekad rozwijała się najlepiej – problemem nie była komunikacja, ale to, jak zamiast danych wysłać w kosmos z podobną prędkością człowieka.

– Allahu akbar. La Ilaha illal-lah.

Podczas gdy Alhassan zawodził w najlepsze, Håkon podjął decyzję. Istniało kilka możliwości działania, mimo to tylko jedna zdawała się dobra. Nie była bezpieczna, ale dzięki niej przynajmniej istniała szansa, by dostać się na mostek.

Czekał, aż muzułmanin zakończy modły, i przyglądał mu się z zaciekawieniem. Po raz pierwszy widział człowieka zmawiającego modlitwę. Takie rzeczy stanowiły tabu – i od kilkudziesięciu lat było nie do pomyślenia, by ktokolwiek spoza wspólnoty obserwował jej praktyki religijne.

W końcu Dija Udin wyrecytował cały tekst i podniósł się z podłogi.

– Koniec? – zapytał Lindberg.

– Wyjątkowo odpuściłem sobie suplikacje. Normalnie odmawiam trzy ostatnie sury i trzy razy astagfirullah. No, ale normalnie też się obmywam, co w tej sytuacji byłoby problematyczne.

Alhassan otrzepał spodnie i omiótł wzrokiem korytarz, jakby coś zgubił. Zbliżył się do niewielkiej torby leżącej pod ścianą, przyjrzał jej się, a potem ostrożnie ją podniósł.

– Trzeba zacząć zbierać zapasy – powiedział, nim upewnił się, że ta jest pusta. – Wpadłeś na to, jak dostać się na mostek i znaleźć odpowiedzi na kilka pytań?

– Mniej więcej.

Dija Udin zerknął na astrochemika pytająco, odrzucając torbę i łowiąc spojrzeniem kolejne znalezisko. Jego wzrok był beznamiętny, niemal obojętny. Lindberg poczuł się nieswojo, widząc, jak muzułmanin metodycznie przetrząsa rozrzucone przedmioty należące niegdyś do załogantów.

– To znaczy? – dopytał Alhassan. – Co wymyśliłeś?

Håkon z oporem nabrał tchu. Miał wrażenie, że wypełnia płuca odorem śmierci.

– Nie znajdziemy żadnego włazu, to jasne – powiedział. – Nie dostaniemy się też do szybów bezpośrednio z wind.

– Ano nie, jak pokazuje praktyka.

– Ale możemy opuścić statek.

– Co? – zapytał nawigator, zrywając podręczną saszetkę z ramienia jednego z poległych. Otworzył ją i przejrzał zawartość. Nie znalazłszy nic cennego, umocował ją sobie na przegubie dłoni. – Chcesz skorzystać z kapsuły ratunkowej?

– Nie.

– Więc o co chodzi? – zapytał Dija Udin.

– Włazy zewnętrzne nie są ani ukryte, ani zaryglowane.

– Jednak jesteś mędrcem.

– Włożymy kombinezony i przejdziemy po poszyciu aż do pokładu, z którego…

– Cofam, co powiedziałem.

Håkon uśmiechnął się blado. Przez moment patrzyli na siebie niepewnie, ale obaj zdawali sobie sprawę, że nie mają innego wyjścia. W końcu muzułmanin skinął głową.

– W porządku – powiedział. – Ale nie będę szabrował sam.

– Słucham?

– Potrzebujemy zapasów, astrochemiku. A ci ludzie dobrowolnie nam ich już nie użyczą.

Lindberg przełknął ślinę i spojrzał na zwłoki leżące przy ścianie w nienaturalnej pozycji. Z trudem zatrzymał na nich wzrok na tyle długo, by się przekonać, że nieszczęśnik nie ma na sobie niczego, co mogłoby się przydać.

Ruszyli w kierunku najbliższego włazu, po drodze przetrząsając wszystkie torby, plecaki i inne podręczne bagaże, na jakie natrafili. Wzbogacili się o parę sztuk broni, ale nic poza tym. Z kilku strzelano – najwyraźniej bez skutku.

W końcu dotarli do włazu, którego ekipy techniczne używały do przeprowadzania awaryjnych napraw poszycia, kiedy automatyczne systemy zawodziły. Przeszli przez gródź i znaleźli się w niewielkim, podłużnym pomieszczeniu. Gdy tylko drzwi się za nimi zamknęły, w ścianach ukazały się wnęki mieszczące kilka par kombinezonów.

– A co, jeśli lecimy? – zapytał Alhassan. – Otworzymy właz i zaraz nas wyssie.

– Nie ma znaczenia, czy się poruszamy.

– Nie?

– Nie.

– Kłamiesz, naukowcu. Widzę, że nie masz o tym bladego pojęcia.

– Jestem astrochemikiem. Muszę wiedzieć choć trochę o przestrzeni kosmicznej i próżni. Ty też powinieneś, skoro nosisz oznaczenia nawigatora na mundurze.

– Ja tylko wprowadzam odpowiednie dane.

Dija Udin podszedł do włazu, zmrużył oczy i popukał w niego, jakby miało to pomóc w ustaleniu, czy statek się porusza.

– Poza tym włączyło się oszczędzanie energii – dodał Skandynaw. – Napęd jest jednym z najbardziej energochłonnych elementów, więc…

– Gdybasz sobie, a tu chodzi o nasze życie – uciął tamten.

Håkon spojrzał na towarzysza powątpiewająco, a potem sięgnął po górną partię kombinezonu. Zamknął ją na torsie, po czym włączył osłonę głowy. HUD sam się aktywował i Lindberg zobaczył na wyświetlaczu szereg informacji, które niespecjalnie go interesowały. I bez wbudowanego pulsometru wiedział, że jego tętno przekracza zdroworozsądkowe normy.

– Zaraz będę dekompresować ten luk, więc radzę ci też coś narzucić – oznajmił.

– Widzę, że humor ci wraca razem z kolorami – odparł Alhassan, sięgając po drugi z kombinezonów.

– Po prostu chcę się dowiedzieć, co tu się wydarzyło.

Tak naprawdę wcale nie był tego taki pewien. Czasem niewiedza była błogosławieństwem.

 

 

 

 

 

3

 

Nozomi Ellyse siedziała przy stanowisku radiooperatora na mostku. Dzień pokładowy zaczął się niedawno i miał być kolejnym leniwym epizodem monotonnej podróży. Najpierw sprawdzenie systemów, potem skanowanie wszystkich możliwych pasm, w końcu kilkugodzinne koordynowanie działań załogi aż do momentu, gdy pojawi się zmiennik.

Jednak gdy tylko odebrała wiadomość z przekaźnika na Alfa Centauri Bb, wiedziała, że tego dnia będzie inaczej.

Natychmiast odsunęła stojącą na pulpicie kawę, a potem obejrzała się przez ramię. Na służbie było tylko kilka osób, mostek o tej porze świecił jeszcze pustkami. Dowódca jak zwykle znajdował się w swojej kajucie, stamtąd wydając rozkazy. Był osobliwym typem samotnika, o którym nie można było wiele powiedzieć. Ostatnim razem Nozomi widziała go, gdy opuszczali suchy dok.

Przesunęła palcem po ekranie i wprowadziła wiadomość dla pierwszego oficera: „Transmisja z α Cen Bb. Priorytet 1”. Nie musiała długo czekać na reakcję. Zastępca dowódcy podniósł się ze swojego miejsca i podszedł do jej stanowiska.

Stanął za nią i spojrzał na wyświetlacz.

– To pewne? – zapytał.

– Jest potwierdzenie.

Priorytet 1, zarezerwowany dla komunikatów o grożącym statkowi niebezpieczeństwie, nadawano wyłącznie w ostateczności. Był to ISS-owy odpowiednik przelęknionego wołania o pomoc.

– Coś jeszcze?

– Czeka transmisja z Ziemi.

– Wrzuć na ekran – odparł pierwszy oficer, przyjmując postawę zasadniczą.

Tylko chwilę trwało, nim ansibl zaskoczył. Na ekranie przed Ellyse pojawił się czarnoskóry mężczyzna w generalskim mundurze, wyglądający, jakby przed momentem wyszedł z najgorszej stypy w swoim życiu.

– Loïc Jaccard, ISS Kennedy – odbębnił formalności pierwszy oficer, salutując.

Nozomi widziała po rozmówcy, że liczył na obecność ich zwierzchnika. Ten jednak najwyraźniej miał ważniejsze obowiązki niż dowodzenie statkiem i przebywanie z załogą. Do mesy nie zaglądał, nie korzystał z siłowni i nikt nigdy nie widział, by przemierzał korytarze. Od pewnego czasu – a ISS Kennedy przebywał w przestrzeni już dość długo – zaczęły na pokładzie panoszyć się plotki, że pułkownik zasnął na wieki.

– Gdzie dowódca? – zapytał czarnoskóry.

– U siebie, panie generale.

– Trudno. Nie będziemy czekać.

– Tak jest – odparł Loïc.

– Nasłuch na Alfa Centauri odebrał przekaz z Accipitera. Znany wam jest ten statek, majorze?

– Nie.

Generał westchnął.

– Jedna z długofalowych misji badawczo-kolonizacyjnych.

Nozomi słyszała o Accipiterze i dziwiło ją, że przełożony nie zna tego okrętu. Wprawdzie był jedną z kilkudziesięciu jednostek, które pół wieku temu opuściły Ziemię, ale oficerowie powinni pamiętać je wszystkie.

– Ara Maxima – dodał generał.

O ile nazw statków można było nie pamiętać, o tyle każdy mieszkaniec Ziemi znał nazwę misji. Miała na celu rozproszenie ludzkości pomiędzy gwiazdami – kilkadziesiąt załóg złożonych ze starannie wyselekcjonowanych ochotników znajdowało się w głębokiej kriostazie, wciąż czekając, aż ich okręty dotrą do celu. Minęło przeszło pięćdziesiąt lat, ale żaden z nich nie osiągnął jeszcze miejsca przeznaczenia. Accipiter powinien przemierzać kosmos jeszcze przez dobre pół wieku, nim Ziemia odbierze z pokładu jakikolwiek komunikat.

ISS Kennedy był zaś jednostką krótkodystansową. Wprawdzie po rozpoczęciu misji Ara Maxima wszystkie statki zostały wyposażone w komory do diapauzy, ale znajdowało się ich na pokładzie raptem kilkanaście. Mógł realizować długie loty, mimo to w porównaniu z Accipiterem był płotką.

Nozomi przypuszczała jednak, że przekaz od generała nieprzypadkowo trafił właśnie do nich. Wbiła wzrok w poznaczoną zmarszczkami twarz i czekała, aż padnie rozkaz.

– Co to za sygnał, panie generale? – zapytał Loïc Jaccard.

– SOS.

Ellyse spojrzała na majora, a on na nią.

– Napotkali… problem? – wydukał Loïc.

– Nie znam szczegółów, Jaccard – odparł generał, pocierając czoło. – Dziś o piątej nad ranem otrzymaliśmy ansiblem zautomatyzowany przekaz SOS. Wiemy tyle, że Accipiter dryfuje w odległości szesnastu parseków od Ziemi, niedaleko Mi Arae w gwiazdozbiorze Ołtarza. Nie jest jasne dlaczego.

Jaccard przełknął ślinę.

– Załoga została wybudzona? – zapytał.

– Tak. Sygnał świadczył o tym, że diapauza została przerwana. – Rozmówca na moment umilkł. – I nie chodzi wyłącznie o najwyższych rangą oficerów, ale o całą załogę. Wszystkie komory kriogeniczne zostały otwarte. Nie muszę chyba dodawać, że najprawdopodobniej spowodowało to tak wielki spadek mocy, iż statek nie będzie w stanie dokończyć misji.

Major pokiwał głową, skubiąc dolną wargę.

– Możesz także domyślić się, że mam rozkazy dla was.

– Oczywiście, panie generale.

– Kennedy ma sprawdzić, co się tam stało – wyrecytował ponurak żołnierskim tonem.

– Tak jest.

– Ile macie komór?

Jaccard spojrzał na Nozomi.

– Piętnaście, panie generale – powiedziała.

– A załogantów?

– Przeszło pięćdziesięciu – odparł Loïc, aktywując mapę nieba na ekranie obok. – Ale zabierzemy tylko podstawowy personel, resztę zostawimy na najbliższej placówce badawczej.

– Świetnie. Konieczne jest oczywiście podpisanie odpowiednich dokumentów.

– Rozumiem.

– W grę wchodzą tylko ochotnicy. Nie chcemy obudzić się za sto czy dwieście lat z ręką w nocniku i pozwami o zmuszanie do diapauzy.

– Zadbam o to, generale.

– Jeśli jest możliwość, zadbajcie też o to, by wasz dowódca wybudził się ze swojego własnego kriogenicznego snu.

Oficerowie przez chwilę wymieniali się uwagami, ale Nozomi ich nie słuchała. Wpatrywała się w twarz generała nieprzytomnym wzrokiem. Pięćdziesiąt lat snu? Nigdy nie pisała się na takie mecyje. Kiedy Kennedy dotrze do Accipitera, jej rodzina i znajomi dożyją już swoich dni. Zanim wróci, upłynie kolejne półwiecze – i to tylko z jej perspektywy. Dylatacja czasu sprawi, że na Ziemi minie go znacznie więcej. Istniała wprawdzie szansa, że w tym czasie ludzkość znajdzie sposób poruszania się szybciej od prędkości światła, ale była to mrzonka zawsze powtarzana każdemu, kto decydował się na podróż w diapauzie.

– Skontaktujcie się ze mną, jak tylko załatwicie formalności – dodał generał. – Nie muszę mówić, że każda minuta się liczy. Im szybciej wyruszycie, tym szybciej dowiemy się, co tam się, do cholery, stało.

– Nie ma z nimi żadnego kontaktu? – zapytał Jaccard.

Ellyse także kołatało się w głowie to pytanie. Nawet jeśli doszło do awarii lub ataku, a cała załoga zginęła, to systemy statku powinny same zaraportować dowództwu o tych wydarzeniach. Misja Ara Maxima była najdroższym przedsięwzięciem w historii ludzkości – i za wydane miliardy kupiono pewność, że każdy element został dopięty na ostatni guzik. Zabezpieczono wszystko, co było do zabezpieczenia. Zadbano nawet o to, by nie dało się wejść do szybów z windami.

– Kompletny blackout – powiedział generał. – Accipiter nie nadaje.

– Może został zniszczony? Zawsze braliśmy pod uwagę, że zbłąkany kawałek…

– Nie. Ostatni przekaz dowodził, że integralność poszycia nie została naruszona.

– Więc jak to możliwe?

Starszy stopniem pokręcił głową.

– Nie wiem, majorze. I za mojego życia się nie dowiem, bo zanim tam dotrzecie, dawno będą stawiać znicze na moim grobie.

Jaccard skinął głową i uśmiechnął się lekko, jak wymagała tego sytuacja.

– Media będą miały pożywkę – zauważył.

– Nie tylko media. Każdy, kto kiedykolwiek wieszczył istnienie pozaziemskiej cywilizacji, dostanie do ręki kolejny argument na poparcie swoich tez.

Nozomi nie podzielała tych teorii. Przypuszczała jednak, że teraz będzie musiała zrewidować swoje dotychczasowe założenia. Accipiter nie zatrzymał się sam z siebie, a załoga przecież po prostu nie wyparowała.

Ellyse pomyślała, że Jaccard może już liczyć na jednego ochotnika.

 

 

 

 

 

4

 

Otworzywszy śluzę, Håkon wychylił się i złapał za zewnętrzną poręcz. Biegła przez całą długość statku, co kilka metrów znajdowały się na niej owalne zaczepy, gdzie można było umocować linkę od kombinezonu.

– Pomodliłeś się w intencji tego, żebyśmy przeżyli? – zapytał Lindberg, stawiając pierwszy krok w próżni przestrzeni kosmicznej.

– Uznałem, że na to trochę za późno – odparł Dija Udin.

– Świetnie.

– Za to zadbałem, byśmy umarli szybko i bez cierpienia.

Håkon zaczepił się i przeszedł kawałek, trzymając się kurczowo poręczy. Obrócił się i przekonał, że towarzysz podąża tuż za nim. Przemknęło mu przez głowę, że to samo mógł pomyśleć dowódca, gdy pędził po korytarzu. I że mogła to być jego ostatnia myśl.

– Dawaj, dawaj – ponaglił go Alhassan. – Chcę to mieć za sobą jak najszybciej.

– Staram się – odparł Lindberg. – Niestety cały czas z tyłu głowy dzwoni mi sygnał alarmowy, że lepiej byłoby mieć cię przed sobą niż za.

– Ja nie z tych, kolego. Nie zaatakuję cię od tyłu.

Håkon pokręcił głową, z trudem przełykając ślinę. Odbył kilkanaście rund szkolenia na Międzynarodowej Stacji Kosmicznej, ale zawsze widział w oddali Ziemię lub Księżyc. Tutaj była tylko pustka, gdzieniegdzie rozświetlona jaśniejącymi gwiazdami. Nie miał pojęcia, gdzie się znajdują ani jak daleko od celu podróży okręt przeszedł w dryf.

W dodatku istniało niebezpieczeństwo, że gdzieś w okolicy znajduje się wrogi obiekt. Jeśli za zagładę na pokładzie odpowiadała obca siła, należało przyjąć to za wysoce prawdopodobne. Lindberg rozglądał się z niepokojem, ale po tej stronie Accipitera niczego nie dostrzegł.

– Dija Udin… – odezwał się.

– Mhm?

– Jesteśmy na wysokości pierwszego pokładu.

– Żadna nowość.

– Podciągnij się na wyższą poręcz i zobacz, co jest po drugiej stronie – polecił Skandynaw, patrząc po kadłubie.

– Nie.

– Trzeba sprawdzić.

– Z tym nie dyskutuję, ale ty nadajesz się bardziej.

– Niby dlaczego?

– Jesteś naukowcem, prawda?

– A ty nawigatorem. Lepiej znasz gwiazdy, powinieneś dokonać triangulacji naszej pozycji na ich podstawie, a potem wyczarować…

– Moment, hola, kolego – uciął Alhassan. – Potrafię obsługiwać systemy nawigacyjne, nie lecieć na oko.

Håkon nie miał zamiaru dłużej się spierać. Zatrzymał się kawałek dalej, w miejscu, gdzie zaczynała się poręcz prowadząca na wyższy poziom. Zaczepił się, a potem podciągnął. Kątem oka widział stan przetwornika tlenu – wszystko było w porządku. Zresztą nawet gdyby urządzenie z jakiegoś powodu odmówiło posłuszeństwa, miałby dobrych kilka godzin na butli. Nie było powodu, by się spieszyć.

Dotarłszy na grzbiet statku, przekonał się, że Dija Udin podąża tuż za nim. Obaj niemal równocześnie przechylili się na drugą stronę.

– Co… – zaczął Alhassan. – Co to jest?

Lindberg wbił wzrok w ciało niebieskie.

– Gwiazda – powiedział.

– Widzę, że gwiazda, ale jaka?

– Wiem tyle, co ty – odparł Håkon.

– Masz przecież jakieś odczyty na wyświetlaczu w hełmie, prawda?

Właściwie muzułmanin miał rację. Kombinezon wyposażony był w sensory sprzężone z tymi znajdującymi się na statku. Trudno było spodziewać się, że dysze Accipitera działają, ale może zdążyły zarejestrować na tyle dużo, by Håkonowi udało się coś ustalić.

Przesunął palcem przed hełmem, wyświetlając odczyty. Przez chwilę analizował fragmentaryczne dane i przestał dopiero, gdy Dija Udin znacząco odchrząknął.

– Wygląda, że jest bardziej masywna niż Słońce – ocenił astrochemik. – Typ widmowy, może G3, trochę ciemniejsza od naszej gwiazdy. I sprawia wrażenie większej, ale nie wiem, jak daleko się znajdujemy.

– Widzisz? Jak się postarasz, możesz coś wyłuskać.

– W niczym nam to nie pomaga.

– Przeanalizuj jakieś kąty, wzory, paralaksy i…

– Nie jestem w stanie stwierdzić niczego ponad to, co już ci powiedziałem – odparł Lindberg, omiatając wzrokiem okolicę. Odetchnął z ulgą, nigdzie nie widząc żadnego statku.

Po chwili jednak dostrzegł co innego.

– O cholera… – powiedział. – Widzisz to?

– Trudno nie widzieć – odparł Dija Udin. – Jesteśmy w systemie planetarnym.

Håkon szybko przeanalizował resztę danych z sensorów. W przypadku planet Accipiter nie zdążył zebrać ich zbyt wiele, tryb oszczędzania energii musiał włączyć się zaraz po tym, jak zaczął je skanować.

– Gazowe olbrzymy – powiedział nieobecnym głosem Håkon. – Wielkości Urana, może większe… – dodał, wskazując trzy ciała niebieskie orbitujące wokół gwiazdy.

– Skąd wiesz?

Skandynaw postukał w hełm.

– Nic z tych odczytów nie wynika – zauważył Alhassan, mrużąc oczy. – Równie dobrze mogą to być planety podobne do Ziemi.

– Zapewniam cię, że to planety trzeciej klasy w skali Sudarskiego.

– E tam.

– Nie masz pojęcia, co to za skala, co?

– Nie – odparł Dija Udin, obserwując z niepokojem trzy niewielkie punkty.

Håkon czuł, że serce wali mu jak młotem. Wisiał na niewielkim zaczepie w próżni i obserwował obce światy. Biorąc pod uwagę kosmiczne proporcje, były niemalże na wyciągnięcie ręki.

– Nieprzypadkowo się tu znaleźliśmy – powiedział Alhassan.

– Może i nie.

– Na którejś z tych planet może być życie.

Lindberg obrócił się i spojrzał w kierunku dziobu statku. Uznał, że najwyższa pora rozwiać nieco wątpliwości, bo tkwienie na kadłubie na niewiele się zda.

– Ktokolwiek nas zaatakował, musiał pochodzić z którejś z tych planet – ciągnął nawigator. – Albo innej, ukrytej za tą gwiazdą.

– Uspokój się.

– Jestem kurewsko spokojny.

Håkon przypuszczał, że systemy kombinezonu już poinformowały towarzysza o znacznym skoku tętna.

– Chodź – powiedział Skandynaw. – Im szybciej znajdziemy się na mostku, tym szybciej okaże się, gdzie jesteśmy. I czy są tu planety o wysokim ESI.

– ESI?

– Skala podobieństwa do Ziemi – bąknął Lindberg. – Rzeczywiście potrafisz tylko obsługiwać system nawigacyjny, co?

– Mam jeszcze inne talenty – odparł Dija Udin, kiedy ruszyli w kierunku dziobu. Poruszali się wolno, a wraz z kolejnymi metrami nie było łatwiej. Mimo że obaj trzymali się kurczowo poręczy i przypinali do zaczepów, czuli się niepewnie, jakby podmuch wiatru miał zaraz strącić ich z gzymsu.

W końcu dotarli do jednego z włazów na przodzie statku. Håkon ubezpieczył się na uchwycie przy śluzie i otworzył panel kontrolny. Odryglował właz, a po chwili otworzyło się przed nimi wejście.

Weszli do cylindrycznej komory dekompresyjnej, którą podobnie jak cały pokład wypełniało krwistoczerwone, migotliwe światło. Rozpoczął się proces wyrównywania ciśnienia i napełniania pomieszczenia atmosferą. Po chwili dwóch załogantów mogło ściągnąć kombinezony.

Wyszli ostrożnie na korytarz, trzymając beretty w gotowości.

– Czysto – szepnął Alhassan.

Ruszyli w kierunku mostka, obserwując pobitewny widok. Podobnie jak na poprzednim pokładzie, tak i tutaj trup ścielił się gęsto. Podłoga spłynęła wnętrznościami, krwią i fekaliami. W powietrzu unosił się smród, z którym nie radziły sobie systemy wentylacyjne.

Śluza na pokład dowódczy była otwarta na oścież. W progu leżał załogant z rozłupanym torsem. Biel połamanych goleni, wystających ze skręconych zwłok, przyprawiła astrochemika o mdłości. Po mundurze wnioskował, że nieszczęśnik nosił stopień chorążego. Lindberg obrócił się przez ramię, słysząc, jak przyspiesza mu oddech. System alarmowy cicho zawodził, prócz tego nie słychać było niczego.

Dija Udin wszedł na mostek, omiatając wzrokiem pomieszczenie.

– Co tu się, kurwa, stało? – zapytał.

Håkonowi również to pytanie nie dawało spokoju.

– Na ścianach nie widać żadnych wyładowań – powiedział. – Jeśli w grę wchodziła broń, to napastnicy byli niezwykle precyzyjni… albo posługiwali się nieznaną technologią.

– Albo nie było żadnych napastników – zaoponował Alhassan. – Przynajmniej nie w sensie, który masz na myśli.

– Co w takim razie ich zabiło?

Dija Udin wzruszył ramionami.

– Tylko Allah wie, co czeka na nas pośród gwiazd.

– Z pewnością – odburknął Lindberg, patrząc na przewrócony fotel dowódcy i kilka rozbebeszonych paneli. Wszystko to sprawiało wrażenie, jakby ktoś próbował ręcznie zdemolować mostek.

Håkon odsunął ciało leżące na fotelu pierwszego oficera, a potem pochylił się nad panelem w podłokietniku. Obrócił do siebie niewielki wyświetlacz i uruchomił go.

– Nadaliśmy sygnał alarmowy – oświadczył.

Dija Udin bezradnie rozłożył ręce.

– Świetnie – powiedział. – Niech cała galaktyka wie, że jesteśmy w dupie i czekamy, aż ktoś wepchnie nas głębiej.

– Mam potwierdzenie otrzymania sygnału z odbiornika na Alfa Centauri Bb.

– Co? Czyli Ziemia wie, że mamy przesrane?

– Mhm – mruknął astrochemik.

Alhassan spojrzał na niego pytająco.

– Coś nie tak? – spytał. – Nie brzmisz na zadowolonego.

– Bo nasz odbiornik został wyłączony zaraz po nadaniu sygnału.

– Może to normalne przy procedurze oszczędzania energii?

– Może.

Håkon próbował dojść, dlaczego tak się stało, ale nie był odpowiednio obeznany w systemach. Potrafił poruszać się głównie w aplikacjach Europlanet, program operacyjny ISS-ów znał zaś tylko w stopniu podstawowym.

– Jak długo byliśmy w diapauzie? – zapytał Alhassan, zerkając niepewnie w kierunku otwartego włazu.

– Pięćdziesiąt lat.

– Co takiego?

– Miałeś spać grubo ponad sto, czym się bulwersujesz?

– Nie wiem – przyznał Dija Udin. – Czuję się z tym wszystkim jakoś niepewnie.

Lindberg spojrzał na porozrzucane na mostku ciała. Przydałoby się przenieść je na korytarz, jednak najpierw musiał się dowiedzieć, dlaczego okręt zatrzymał się akurat w tym systemie – i gdzie ów system jest.

 

 

 

 

 

5

 

Oficjalne rozkazy przyszły zaraz po tym, jak generał pożegnał pierwszego oficera ISS Kennedy’ego. Nozomi i Jaccard przejrzeli je pobieżnie, byle tylko uaktywnił się na dole przycisk, który należało wybrać, by poinformować armię, iż zapoznano się z wytycznymi.

– Mogę na ciebie liczyć, Ellyse? – zapytał Loïc.

– Oczywiście, panie majorze.

– Tak po prostu, bez zastanowienia?

– Nie pisałam się na diapauzę, ale nie wyobrażam sobie, że miałabym wysiąść na najbliższej stacji.

Jaccard wypuścił ze świstem powietrze, podpierając plecy rękoma.

– Doceniam to – powiedział. – Skontaktuj się z rodziną i… wiesz.

Nozomi skinęła głową. Piętnaście komór. Piętnaście osób, które dziś wykonają najtrudniejsze połączenie, jakie przyszło im nawiązać z Ziemią. Niełatwo będzie się pożegnać, ale przecież każdy zdawał sobie sprawę, że może nie wrócić. W taki czy inny sposób kosmos zabrał już niejednego.

– Ten system… – zaczął Loïc, wskazując na jeden z wyświetlaczy.

– Mi Arae w gwiazdozbiorze Ołtarza.

– Są tam jakieś planety?

– Kilka orbituje wokół żółtego karła, gwiazdy typu widmowego G3IV-V. Temperatura powierzchni wynosi prawie sześć tysięcy kelwinów. Paralaksa sześćdziesiąt pięć tysięcznych sekund kątowych wędrówki Ziemi.

– Planety gazowe?

– Nie tylko – odparła Nozomi. – Najbliższa gwieździe planeta ma ESI wynoszące 0,84.

– To prawie jak Ziemia.

– Tak.

– Dlaczego nie była celem podróży? – zapytał major.

– Uznano, że warunki atmosferyczne mogą okazać się nieprzewidywalne. Byli lepsi kandydaci.

– W porządku… – powiedział Loïc bardziej do siebie niż do radiooperatorki. Westchnął i obrócił się, patrząc na nielicznych oficerów zgromadzonych na mostku. – Wygłoś oświadczenie przez interkom, niech ochotnicy podpiszą stosowny papier, a potem zbiorą się w ładowni numer cztery.

– Poinformować dowódcę?

– Nie, sam to zrobię.

Na moment zamilkli, wpatrując się w wyświetlacz, na którym kilka planet okrążało żółtego karła.

– Myśli pan, że…

– Nie chciałbym gdybać – uciął Jaccard. – Rozkaz jest jasny. Polecieć, sprawdzić sytuację, a potem kontynuować plan Ara Maxima. To jest wartość nadrzędna.

Ellyse nie była przekonana, czy Kennedy będzie w stanie przejąć pałeczkę. Mimo że technologia na jego pokładzie była o kilkadziesiąt lat nowsza od tej na Accipiterze, trudno było wyobrazić sobie, by piętnaścioro załogantów mogło zbadać planetę stanowiącą cel podróży, a co dopiero ją zaludnić. Załoga Accipitera składała się z egzobiologów, astrofizyków, planetologów, astrochemików, selenologów i innych naukowców. W przypadku Kennedy’ego poleci zapewne tuzin wojskowych i może trzech specjalistów, o ile aż tylu się zgłosi.

– Próbuj nawiązać kontakt – powiedział Loïc, nadal wlepiając wzrok w Mi Arae i jej planety. – Do skutku.

– Tak jest – odparła Nozomi. – Ale dopóki statek nie przełączy się na normalny tryb zużycia energii, ich odbiornik pozostanie wyłączony. Nie nadadzą nic więcej ani nas nie usłyszą.

– Mimo to próbuj.

– Tak jest.

Pierwszy oficer usiadł przy stanowisku obok i nawiązał połączenie z dowódcą. Ellyse włączyła tryb komunikatu pokładowego, po czym beznamiętnym głosem poinformowała załogę o zaistniałej sytuacji. Przypuszczała, że na Kennedym najpierw zapanuje pełna marazmu konsternacja, a potem wybuchną ożywione rozmowy. Wątpiła, by na kontynuowanie misji Accipitera było wielu chętnych. Wprawdzie każdy liczył się z sytuacjami losowymi, ale to było co innego. To jednoznacznie przekreślało dotychczasowe życie.

Gdyby nawet jakimś cudem wrócili na Ziemię, znaleźliby się w zupełnie innym świecie. Accipiter opuścił Układ Słoneczny przed kilkudziesięciu laty, a niektórzy mieszkańcy planety już zdążyli zapomnieć, jak nazywał się statek. Za sto lat mało kto będzie pamiętał, że Kennedy wyruszył w misję ratunkową.

Chyba że odkryją coś przełomowego.

– I jak? – Głos pierwszego oficera wyrwał ją z przemyśleń.

Nozomi rzuciła okiem na boczny wyświetlacz. Ze zdziwieniem zobaczyła, ilu ludzi natychmiast pognało do swoich kajut, by przyłożyć kciuk do monitora.

– Kilkadziesiąt podpisanych deklaracji – powiedziała, obracając się do przełożonego.

– Zawsze twierdziłem, że na pokładzie roi się od samobójców.

– I najwyraźniej miał pan rację.

– Zgłosili się jacyś uczeni? – zapytał Loïc.

– Kilkunastu – odparła Ellyse, przeglądając listę nazwisk. – Jest też pułkownik.

Jaccard zbył jej słowa milczeniem. Nozomi była przekonana, że dowódca skorzysta z okazji, by pozbyć się brzemienia, ale najwyraźniej chciał pokierować Kennedy’ego prosto w nieznane. Dziwny człowiek.

– Panie majorze?

– Myślę.

– Mnie również wydawało się, że pułkownik…

– Pułkownik Reddington może dowodzić tym statkiem tak, jak uzna to za słuszne – uciął pierwszy oficer, ściągając brwi.

– Oczywiście, panie majorze.

– Prześlij mu listę chętnych.

– Tak jest.

– I zacznijmy zastanawiać się nad tym, kogo należałoby ze sobą zabrać – dodał Loïc. – Co to za misja? O jaką planetę chodzi?

– Moment, panie majorze.

Ellyse wyświetliła odpowiednią dokumentację, a następnie pobieżnie ją przejrzała. Znała ogólny zarys Ara Maxima, ale daleko temu było do pogłębionej wiedzy na temat każdej misji. Lepiej orientowali się w tym astrofizycy i kosmolodzy, ewentualnie dziennikarze śledzący postępy poszczególnych jednostek.

– Planeta to Krauss-deGrasse-7c. Odkryta przeszło osiemdziesiąt lat temu przez teleskop, od którego wzięła nazwę. Jedna z dwóch superziem w układzie, w samym środku ekosfery.

– Gdzie się znajduje?

– W konstelacji Oriona, ponad sto dwadzieścia lat świetlnych od nas.

– Gwiazda?

– Krauss-deGrasse-7, pomarańczowy karzeł. Typ widmowy K2V, chłodniejsza od Słońca. Na powierzchni temperatura wynosi niecałe pięć tysięcy kelwinów. Wiek około siedmiu miliardów lat.

– Charakter misji?

– Egzobadawczo-kolonizacyjna. Weryfikacja planety pod względem zaludnienia.

– Na Accipiterze są kolonizatorzy?

– Kilkudziesięciu. Mieli zostać na Krauss-deGrasse-7c, podczas gdy statek wróciłby na Ziemię ze skarbcem próbek. O ile, oczywiście, planeta okazałaby się…

– Tak, tak – uciął Jaccard.

Nie wyglądał na wniebowziętego.

– Czego dowództwo od nas oczekuje? – zapytała Ellyse, świadoma, że pierwszy oficer zapewne dostał oddzielną dokumentację z rozkazami. Od generała usłyszeli jedynie oględne polecenia; dopiero jego sztab miał sformułować konkrety.

Major spojrzał na nią z rezerwą, jakby zastanawiał się, ile może powiedzieć.

– Jeśli statek jest sprawny, zabierzemy go na Krauss-deGrasse-7c – powiedział po chwili.

– A Kennedy?

– Z załogą w diapauzie, systemy wszystko załatwią. Wyślemy go z powrotem.

– Panie majorze, z całym szacunkiem…

– Nie chcę tego słuchać.

– A ja i tak zamierzam to powiedzieć – odparła Nozomi.

Jaccard uśmiechnął się blado, więc uznała, że mimo dzielącej ich różnicy w hierarchii może pozwolić sobie na wygłoszenie obiekcji.

– To naprędce sklecona misja, która nijak…

– Zdaję sobie z tego sprawę – uciął, unosząc otwartą dłoń. To tyle, jeśli chodzi o protesty. – I masz rację, wszystko dzieje się ad hoc. Ale nie ma czasu do stracenia. Zanim wrócilibyśmy na Ziemię po odpowiednich specjalistów czy zanim dowództwo wysłałoby inny statek, minąłby rok, może dwa. Jesteśmy najbliżej, Ellyse. Wybór jest prosty.

– Tak, panie majorze, ale…

Nozomi urwała, zobaczywszy, że na jednym z ekranów miga kontrolka informująca o nadchodzącym połączeniu tekstowym. Wbiła w niego wzrok, na moment nieruchomiejąc. Czuła, jak krew odpływa jej z twarzy.

– Co się stało? – zapytał pierwszy oficer, nachylając się do niej.

– Accipiter – powiedziała, wskazując informację o pomyślnej autoryzacji kodu weryfikacyjnego statku.

– Włączaj – rzucił Loïc.

 

 

 

 

 

6

 

Ociekając potem, Håkon i Dija Udin wyciągnęli ostatnie zwłoki na korytarz. Systemy wentylacyjne statku ledwo dyszały, generując tylko tyle tlenu, ile było niezbędne do przeżycia. Nie było nawet ich słychać, co sprawiało, że na pokładzie panowała niezdrowa, absolutna cisza. Cichy szum był immanentnym elementem egzystencji w kosmosie. Jego brak był znakiem, że należy się niepokoić.

Lindberg otarł czoło, a potem spojrzał na mostek.

– Wypadałoby jeszcze pościerać krew i…

– Tonę gówna – dopowiedział Alhassan.

– Miałem zamiar ująć to bardziej oględnie.

– Słyszałem po tonie głosu. Dlatego ci przerwałem. – Nawigator złapał za otwartą śluzę i przechylił się do środka. – Niesamowite, że tyle tego tkwi w ludzkim ciele, gdy trzymają zwieracze i inne…

– „Niesamowite” to niekoniecznie słowo, którego bym użył.

– Najwyraźniej dysponujemy innymi słownikami.

Lingua universalis nie pozostawiała wiele możliwości opacznego zrozumienia rozmówcy. Od przeszło wieku większość Ziemian posługiwała się powszechnym językiem, choć lokalne dialekty najwyraźniej nie zanikły całkowicie – dowodziła tego modlitwa, którą Håkon miał okazję usłyszeć.

– Zmyjemy to, jak uporamy się ze sprawą najważniejszą – dodał Dija Udin. – Ścierwa znikły, możemy się tu zabarykadować.

Håkon bez przekonania spojrzał na otwartą śluzę.

– Cokolwiek zabiło ich wszystkich, niespecjalnie przejmowało się grodziami.

– Ale lubię mieć psychiczny komfort.

– Na niewiele się zda.

– Mimo to wolę go mieć niż otwarcie prosić się o nieszczęście.

Lindberg uśmiechnął się pod nosem, a potem wszedł za towarzyszem na mostek. Zamknęli za sobą śluzę, po czym rozejrzeli się wokół.

– Dobra – zaczął Håkon. – Sprawdźmy, co mamy w gablotach awaryjnych.

Zaczęli otwierać niewielkie szafki tuż przy podłodze, wyciągając z nich całą zawartość. Znaleźli trochę zapasów, kilka odbiorników radiowych, kilkanaście sztuk broni, komunikatory awaryjne, a nawet socjalki – wąskie okulary, które na Ziemi pozwalały korzystać z social mediów. Lindberg uniósł je na wysokość oczu, patrząc na towarzysza.

– Skąd socjalki w gablocie awaryjnej? – zapytał.

– Nie wiesz? – zdziwił się Alhassan. – Jeden z naszych je przerabiał.

– Na co?

– Na wyświetlacz fantomatyczny.

Kilkanaście lat przed wylotem Accipitera urządzenia generujące wirtualną rzeczywistość zostały zdelegalizowane na całej planecie – i właśnie wtedy zaczęła się ich złota era. Gdy tylko stały się towarem zakazanym, stały się obiektem pożądania całych rzesz ludzi. Socjalki same w sobie były niegroźne – pozwalały wprawdzie śledzić znajomych nawet w niedwuznacznych sytuacjach, ale były niczym w porównaniu z fantomatyką. Håkon nieraz widział ludzi, których zupełnie zniszczyła.

– Co się krzywisz? – spytał Dija Udin.

– Po prostu dziwi mnie, że…

– Nie mów, że jesteś jednym z tych świętoszków.

– Nie jestem. Po prostu dziwi mnie, że ludzie tego jeszcze potrzebują.

– Oczywiście, że potrzebują – żachnął się Alhassan. – I oby potrzebowali jak najdłużej. Wolę, by jakiś degenerat kupił sobie przerobione socjalki i zanurzył się w fantomatycznym tworze, niż chodził po ulicach i polował na bezbronne kobiety. Celem gwałtu, rozumiesz.

– Rozumiem.

– Niech się wyżyje wirtualnie, co komu do tego?

– To, że wzmaga to jego… – Lindberg urwał, widząc, że nadajnik Accipitera ponownie zaczął działać. Astrochemik ściągnął brwi i podszedł do konsoli komunikacyjnej, a potem spojrzał bezradnie na odczyty.

– Co toto jest? – zapytał Dija Udin, wskazując na migającą kontrolkę.

– Nic dobrego.

– Czyli?

– Wygląda na to, że znowu zaczęliśmy nadawać.

– Do kogo? – zapytał nawigator, niepewnie rozglądając się wokół, jakby miało to w czymkolwiek pomóc.

– Sygnał idzie do przekaźnika na Alfa Centauri Bb, a stamtąd na Ziemię.

– I co nadajemy? Znowu SOS?

– Nie sądzę, ale… nie wiem, nie mam pełnego dostępu.

Alhassan spojrzał na niego z dezaprobatą.

– Jesteśmy na mostku, do kurwy nędzy – zauważył. – Skąd masz mieć dostęp, jak nie stąd?

– Nie wiem – powtórzył Håkon. Starał się zaradzić sytuacji, jednak komputer pokładowy nie dopuszczał go do systemów komunikacyjnych. – Wygląda na to, że ktokolwiek włączył oszczędzanie energii, teraz uchylił sobie furtkę, by nadać wiadomość.

Przez moment trwali w ciszy, patrząc po sobie. Przeniósłszy wzrok na śluzę prowadzącą do korytarza, nasłuchiwali.

– Myślisz, że przeżył ktoś z załogi? – odezwał się Dija Udin.

– Nie.

– Co?

– Pytałeś, więc odpowiadam.

– Przecież ktoś nadaje – odparł Alhassan, podchodząc do włazu. Szarpnął za rygiel manualny, sprawdzając, czy jest dobrze zamknięty.

– Gdyby to był któryś z naszych, siedziałby na mostku.

– Niekoniecznie – zaoponował Dija Udin. – Może nie uśmiechało mu się kwitnąć w trupiarni. Może zaszył się w jakimś przytulnym kącie w maszynowni i teraz nadaje stamtąd na Ziemię, żeby przysłali nam jakiś kosmiczny holownik.

– Najszybszy statek będzie tu dopiero za kilkadziesiąt lat. To pewien problem.

– Nie przeczę.

Znów zamilkli, trwając w nerwowym wyczekiwaniu. W końcu Alhassan odchrząknął, a potem odsunął się od włazu.

– Nie ma się co szarpać na zapas – powiedział. – Zajmijmy się naszym obecnym problemem. Gdzie, do cholery, jesteśmy?

– Siadaj przy swoim stanowisku i sam mi to powiedz.

Dija Udin sięgnął do kieszeni, po czym wyciągnął paczkę pigułek energetycznych. Łyknął jedną i poczęstował Håkona. Skandynaw pokręcił głową, wychodząc z założenia, że jest już odpowiednio pobudzony na kilkanaście nadchodzących godzin.

Alhassan zasiadł na swoim stanowisku i przeciągnął palcem po ekranie.

– Normalnie takimi rzeczami zajmuje się astrometria – powiedział. – Ja dostaję nazwę celu, wprowadzam ją do komputera, który przetwarza to na współrzędne, a potem tylko…

– Czasem zastanawiam się, do czego w ogóle potrzebny jest na statku nawigator.

– Na przykład do tego, żeby przeżyć wszystkich innych.

– I biadolić.

– Z tego, co pamiętam, to ty od samego początku narzekasz jak stara baba – zauważył muzułmanin, przeglądając pierwsze klastry danych.

– Doszedłem do siebie.

– Tak? Widziałem, jak na mnie patrzyłeś. Teraz masz ten sam wzrok. Jakbyś myślał, że to ja wyrżnąłem wszystkich w pień.

Håkon wzruszył ramionami.

– Srał cię pies, Lindberg.

– Wzajemnie.

– Widzisz przecież, że ktoś nadaje z pokładu. Jeśli chcesz kogokolwiek podejrzewać o niecne zamiary, to właśnie jego. Lub ją, bo o ile mnie pamięć nie myli, mieliśmy tu parytet w załodze.

– Mieliśmy – odparł astrochemik, lustrując szereg wskaźników na ekranie. Kompletnie nic mu nie mówiły. Najwyraźniej jednak operowanie systemami nawigacyjnymi wymagało pewnego obycia.

Dija Udin również skupił się na monitorze, ściągając brwi. Po chwili pigułka energetyczna zaczęła działać. Alhassan przez kilkanaście minut pracował, jakby się paliło.

– Nie mogę dokonać triangulacji naszej pozycji – powiedział w końcu. – Dupa zbita.

– Religia nie zabrania ci przypadkiem kląć?

– Dupa nawet nie stała blisko przekleństwa.

– Ale chyba i tak muzułmanin nie powinien…?

– Jestem grzeszny – odparł Dija Udin, gasząc wyświetlacz nawigacyjny. – To tyle z mojej strony. Reszta zależy od ciebie.

– Jaka reszta?

– Nie wiem, pogmeraj w systemach, spróbuj coś wyczarować.

Lindberg przez moment zastanawiał się, czy istotnie nie potrafiłby czegoś z nich wygrzebać. Czegokolwiek, choćby najmniejszej informacji, strzępka wiedzy. Ostatecznie stwierdził, że nie ma na to szans. Ktokolwiek zadbał o to, by sparaliżować działanie statku, z pewnością zatroszczył się także, by nie uchylać im żadnej furtki. Optymistycznym założeniem było, że to robota członka załogi – tego, który nadawał do Alfa Centauri Bb. O pesymistycznym Håkon wolał nie myśleć.

– Musimy go znaleźć – odezwał się.

– Tego kutasinę, który transmituje?

Skandynaw skinął głową.

– Chcesz znowu robić tournée po kadłubie, idź sam.

– Najpierw musimy się dowiedzieć, gdzie jest dywersant.

– I jak to ustalisz?

– Jeszcze nie wiem.

Popatrzyli po sobie, obaj żałując, że nie trafił im się towarzysz survivalowiec, ktoś z ochrony albo chociaż z korpusu oficerów. Oddziały oddelegowane z armii do misji Ara Maxima składały się z prawdziwych zawodowców, którzy mieli za zadanie wytrzebić każde zagrożenie, choćby władało bronią niebotycznego kalibru i dysponowało przewagą liczebną.

Teraz ich zwłoki zaścielały korytarze.

– Zużycie CO2 – odezwał się Håkon. – Musi oddychać, prawda?

– Cholera go tam wie.

– Sprawdzimy, gdzie występuje zmiana w stężeniu dwutlenku węgla i tym samym go namierzymy.

– Niech będzie – odparł Alhassan. – Bierz się do roboty – dodał, tocząc wzrokiem po mostku.

Lindberg również się rozejrzał, zdezorientowany. Na pokładzie dowódczym był tylko raz, podczas dnia szkoleniowego. Nie przewidziano tutaj stanowisk dla personelu badawczego, ale któreś z nich z pewnością było przeznaczone dla oficera odpowiedzialnego za warunki środowiskowe na Accipiterze. Pulpitów znajdowało się tu jednak kilkanaście, żaden nie był opatrzony jakąkolwiek informacją. Zgaszone wyświetlacze i puste interfejsy do podpięcia zdalnych urządzeń wszędzie były takie same.

– Skąd steruje się tym systemem? – zapytał astrochemik.

– Nie mam bladego pojęcia.

Skandynaw spojrzał na towarzysza spode łba.

– Przecież jesteś tu na co dzień, prawda?

– Niezupełnie, zmieniamy się co jakiś czas – odparł Dija Udin, drapiąc się po głowie. – Poza tym ledwo wsiadłem na pokład, a poupychali nas do komór. Nie było wiele okazji do zapoznania się z innymi nieszczęśnikami.

Håkon uznał, że może liczyć tylko na siebie. Podszedł do pierwszego z wyświetlaczy, sprawdził go, a potem zajął się kolejnym. Metodą prób i błędów w końcu zlokalizował odpowiedni panel, po czym zaczął żmudny proces przedzierania się przez wirtualne meandry komputera pokładowego. Po kilku chwilach odnalazł podsystem odpowiedzialny za kontrolę atmosfery.

– Wygląda na to, że wszystko działa, jak powinno – oznajmił. – Nic nie zostało uszkodzone.

– Tyle sam wywnioskowałem. Pomógł mi fakt, że mogę wziąć oddech i nie wyzionę przy tym ducha – odparł Dija Udin. – Mów, gdzie jest największe stężenie CO2.

– Na mostku.

– A oprócz tego?

– Nigdzie – powiedział Lindberg, obracając się do towarzysza. – Na całym statku nie ma nikogo oprócz nas.

 

 

 

 

 

7

 

Przesunąwszy się w bok, Nozomi pozwoliła przełożonemu spojrzeć na krótki przekaz widniejący na ekranie przy jej stanowisku.

– Rah’ma’dul – odczytał Jaccard.

Przez moment oboje milczeli, wpatrując się w wyświetlacz. Mimo ponowienia prośby o kontakt nikt z Accipitera się nie odezwał. Cała transmisja sprowadzała się do jednego słowa. Gdy Ellyse wypowiedziała je w myśli, zabrzmiało niepokojąco. Przypuszczała, że nie bez powodu.

– Co to znaczy? – zapytał Loïc.

– Nie wiem, panie majorze. Poza lingua universalis znam szereg języków, ale nigdy nie spotkałam się z takim słowem.

– Potrzeba nam jakiegoś lingwisty – odparł, prostując się. – Mamy kogoś na pokładzie?

– Mnie.

Jaccard pokiwał głową. Z zasady radiooperator najlepiej znał się na sprawach językowych i trudno było przypuszczać, by ktokolwiek dysponował większą wiedzą.

– Mimo to roześlij ten przekaz do wszystkich komputerów w sieci.

– Tak jest.

– Może ktoś skojarzy – dodał, po czym zaczął nerwowo skubać dolną wargę. – I wyświetl mi listę wszystkich pasażerów Accipitera. Chcę mieć też narodowości.

Ellyse zaczęła przeglądać wykaz załogantów. Kilkudziesięciu z USA, niemal setka z Unii Europejskiej, trochę z Azji, Afryki, Oceanii. Na pokładzie znajdował się przekrój ras i nacji z całej planety, nie bez powodu zresztą – Ara Maxima miała także wymiar polityczny.

– Nie ustalimy niczego na tej podstawie – odezwała się.

– Mimo to przejrzyjmy narodowości.

– Rah’ma’dul nie brzmi jak z żadnego znanego języka.

– Czy ja wiem? – zastanowił się Jaccard. – Ma w sobie coś z arabskiego, może z jakiegoś dialektu afrykańskiego?

– Przepuściłam od razu przez translator. Żadnych wyników.

– Może nie wyłapał odmiany.

Była taka możliwość, ale tylko teoretyczna. System dobrze radził sobie zarówno z deklinacją, jak i koniugacją. Gdyby w którymkolwiek języku pojawiło się coś fleksyjnie zbliżonego do tego słowa, natychmiast pojawiłaby się taka informacja. W tej sytuacji Nozomi musiała przyjąć możliwość, że ktokolwiek nadał sygnał, nie miał wiele wspólnego z ziemskimi dialektami.

Przemknęła jej przez głowę niepokojąca myśl, że to nie wołanie o pomoc ocalałego załoganta, ale wiadomość stanowiąca wypowiedzenie wojny. Potrząsnęła głową, odsuwając tę konkluzję. Upomniała się, że powinna skupić się na wykonaniu rozkazu.

Wraz z Jaccardem przejrzeli listę krajów, z których pochodzili członkowie załogi, po czym zgodnie uznali, że był to czas stracony.

– Nie mam zamiaru się poddać – zadeklarował Loïc. – Chcę wiedzieć, co to znaczy, zanim Kennedy wejdzie w przyświetlną.

– Nie pan jedyny.

– Dowiedz się tego, Ellyse.

– Tak jest.

– Poproś o pomoc, kogo musisz. Jeśli będzie trzeba, wydam odpowiedni rozkaz.

– Rozumiem.

Gdy major się oddalił, Nozomi głęboko nabrała tchu i przez moment się zastanawiała. Wyświetliła listę pasażerów swojego okrętu, a potem zaczęła wybierać tych, którzy mogliby okazać się przydatni. Był pośród nich jeden historyk, kilku socjobiologów, antropolodzy… i szereg innych uczonych. Poprosiła ich o pomoc przez interkom, jednak nikt nie rozpoznał przesłanego słowa.

Po dwóch godzinach Ellyse dała za wygraną. Wysłała wiadomość do majora, informując, że poniosła fiasko i zaczyna teraz przeglądać listę ochotników, by ustalić, kto będzie najprzydatniejszy w kontynuowaniu Ara Maxima.

„Nie ma takiej potrzeby” – odpisał Jaccard. „Reddington dokonał wyboru”.

Niespecjalnie było z czym polemizować. Nozomi odgięła się na krześle i przyjrzała się ekranom przy swoim stanowisku. Po chwili na jednym z nich pojawił się licznik, a cichy dźwięk komputera pokładowego oznajmił, że rozpoczęło się odliczanie. Za czterdzieści pięć minut mieli wyruszać.

Ellyse dostrzegła, że otwiera się śluza na mostek. Po chwili próg przekroczyła Channary Sang, niska Khmerka, która formalnie robiła za szefową ochrony, nieformalnie zaś za największą malkontentkę na pokładzie. Sytuację pogarszał fakt, że Nozomi dzierżyła stopień chorążego, a Khmerka porucznika.

Skinęły do siebie głowami, a potem Channary zasiadła na stanowisku obok. Odchrząknęła znacząco, sygnalizując, że oczekuje raportu, ale Ellyse postanowiła to zignorować. Nie miała obowiązku składania sprawozdań członkom korpusu ochrony.

– Nadal nic w związku z tym słowem? – zapytała Sang.

– Nadal.

– Rozumiem – odparła porucznik, rozmasowując kark. Przez moment przyglądała się odczytom na konsoli radiooperacyjnej. – Mam dosyć tego czekania – oznajmiła. – Kiedy wejdziemy do pieprzonych kokonów?

– Mniej więcej dwie godziny po starcie – odparła służbowym tonem Nozomi. – Zazwyczaj tyle zajmuje sprawdzenie wszystkich systemów.

– Które były sprawdzane nie dalej jak wczoraj – skwitowała pod nosem Sang.

Nie po raz pierwszy Ellyse przekonała się, że Channary szuka okazji, żeby zamienić kilka słów. Niespecjalnie jednak ją to interesowało. Przez moment trwała niewygodna cisza.

– Ile zajmie podróż?

– Około pięćdziesięciu lat, pani porucznik.

– A więc tym bardziej to przedsięwzięcie pozbawione sensu – bąknęła Khmerka. – Zanim dolecimy do celu, wszyscy na Accipiterze pomrą. O ile już nie pomarli.

– Być może.

– Więc po co się fatygować?

– By kontynuować misję – odparła niechętnie Ellyse. – Ktoś musi doprowadzić Accipitera do celu.

– W porządku, załóżmy, że masz rację – powiedziała Channary, obracając się do rozmówczyni. – Uznajmy, że dowództwo spisało już tych ludzi na straty i liczy się tylko statek.

Nozomi skinęła głową, bo w istocie tak było.

– W takim razie dlaczego tak się spieszyć? Po co wysyłać jednostkę, która nie ma odpowiedniego zaplecza personalnego? Piętnastu ludzi? Niezła armia kolonizacyjna.

– Być może chcą dotrzymać terminu.

Plus minus pięćdziesiąt lat, pomyślała radiooperatorka.

– Nie kosztem misji, Ellyse. Nie pozwoliliby sobie na to.

Nozomi obróciła się ku niej.

– Więc dlaczego tak się spieszą, pani zdaniem?

– Ty mi powiedz – odparła Sang, wskazując na szereg wyświetlaczy. – Bo przypuszczam, że ma to coś wspólnego z wiadomością, którą otrzymałaś.

– Nie sądzę.

Channary zamilkła i wzruszyła ramionami. Przez moment obie wpatrywały się w krótki przekaz z pokładu Accipitera. Ellyse musiała przyznać, że argumenty szefowej ochrony nie były pozbawione sensu. Jeśli dowództwo chciało uratować statek i misję – a nie załogę – nie było powodu, by tak się spieszyć. Rok w jedną czy drugą stronę nie robił żadnej różnicy, jeśli wziąć pod uwagę, ile czasu zajmie podróż. Skąd więc ten pośpiech? Nozomi nie mogła znaleźć odpowiedzi na to pytanie. Zaczynała za to coraz bardziej obawiać się, że z tej misji już nie powróci.

 

 

 

 

 

8

 

Dla zachowania względnego zdrowia psychicznego Håkon przyjął, że sygnał na Alfa Centauri Bb wysłał któryś z awaryjnych, zautomatyzowanych systemów. Dija Udin nie podzielał jego poglądu.

– Brednie – skwitował. – Jeśli statek cokolwiek nadawał, to na pewno nie sam z siebie.

– Niekoniecznie, może…

– Pierdolisz takie bzdury, że uszy więdną – uciął Alhassan. – Weź się w garść i przyznaj przed sobą, że cokolwiek rozbebeszyło załogę, nadało też wiadomość.

Lindberg wstał z miejsca, a potem przeszedł wokół mostka. Okrążył go dwukrotnie i opadł na fotel kapitański. Znajdował się on w centralnym miejscu pokładu dowódczego, a siedzisko obracało się o trzysta sześćdziesiąt stopni. Z zagłówka wysuwał się przezroczysty kask, na którym wyświetlały się informacje o systemach Accipitera. A przynajmniej powinny, bo gdy Håkon go aktywował, zobaczył jedynie lakoniczny komunikat, że aktywny jest tryb oszczędzania energii.

Lindberg gorączkowo zastanawiał się, co oprócz stężenia CO2 powinien sprawdzić, by mieć pewność, że sygnału nie nadał żaden cudem ocalały załogant. Miał jednak pustkę w głowie. Od momentu wybudzenia balansował na granicy paniki, nie potrafił odnaleźć się w natłoku własnych lęków. Po zamknięciu grodzi nieco się uspokoił, ale umysł nadal nie wrócił na odpowiednie tory.

Po chwili astrochemik zorientował się, że Alhassan stoi obok i mu się przypatruje.

– Będziesz teraz udawał dowódcę? – burknął Dija Udin, kładąc rękę na oparciu fotela. – Przypominam, że jestem wyższy stopniem. Głównie dlatego, że ty żadnego nie masz.

– Nie ranga, ale zaradność się liczy.

– Tym bardziej to nie miejsce dla ciebie – odparł Alhassan, wyłączając HUD w podłokietniku fotela. Wyświetlacz cofnął się sprzed twarzy Skandynawa i schował w zagłówku. Håkon podniósł się i znów zaczął chodzić po mostku.

Dija Udin obserwował go z niepokojem, jakby spodziewał się, że Håkon z każdym krokiem zbliża się coraz bardziej do szaleństwa.

– Co robisz?

– Usiłuję się skupić. Pomyśleć.

– Weź tabletkę – zaproponował Alhassan, wyciągając pudełko z pigułkami energetycznymi. Tym razem Lindberg skorzystał z propozycji, uznając, że być może dzięki temu łatwiej będzie zebrać myśli.

Po kilkunastu minutach okazało się, że się nie pomylił. Stanął przy stanowisku nawigatora jak rażony piorunem, a potem wbił wzrok w Dija Udina.

– Skafander – powiedział.

– Co skafander?

– Nadawca sygnału musiał wiedzieć, że będziemy namierzać zmianę w stężeniu dwutlenku węgla. Jeśli chciał pozostać niewykryty…

Muzułmanin zerwał się z krzesła.

– Włożył kombinezon! – dopowiedział Alhassan, po czym klepnął towarzysza w ramię. – Sukinkot siedzi gdzieś z hełmem na łbie i korzysta z przetwornika tlenu.

– Tak.

– Błysk twojego geniuszu mnie poraził, Lindberg. Jednak możesz mi się na coś przydać.

– Żałuję, że nie mogę powiedzieć tego o tobie.

– Jak to nie? – żachnął się Dija Udin. – Prędzej czy później skończą nam się zapasy, a ja jestem potencjalnym źródłem pożywienia. Czy też pożywieniem samym w sobie, jak przyjdzie co do czego.

Håkon uśmiechnął się pod nosem, a potem zasiadł przed najbliższym wyświetlaczem. Było to stanowisko radiooperatora – postawnego Azjaty, z którego wyniesieniem mieli wcześniej nielichy problem. Miał pogruchotane kości i dziurę w brzuchu, która sprawiła, że zostawił na fotelu ciemną, lepką maź.

– Co robisz? – zapytał Dija Udin.

– Sprawdzam, gdzie brakuje skafandra.

Håkon przesunął kilkakrotnie palcem po wyświetlaczu, a potem znieruchomiał.

– I co? – ponaglił go Alhassan.

– Na całym statku brakuje tylko trzech kombinezonów – powiedział astrochemik. – Dwa zabraliśmy z niższego pokładu. Trzeci znajdował się tuż za śluzą. – Obrócił się w kierunku wyjścia i wskazał je wzrokiem.

Dija Udin pokręcił głową, jakby nie przyjmował tego do wiadomości.

– Nie – powiedział.

– Obawiam się, że tak. Zaraz za włazem jest awaryjna gablota z kilkoma skafandrami.

– Ale wszystkie włazy, wszystkie szyby…

– Są zamknięte – dokończył Skandynaw. – Więc jeśli żadna ze śluz zewnętrznych nie była otwierana, ten facet nadal jest gdzieś na tym pokładzie.

– Sprawdź to.

Okamgnienie zajęło przekonanie się, że od momentu wybudzenia załogi tylko dwa włazy były otwierane. Obydwa przez załogantów, którzy teraz znajdowali się na mostku.

– W porządku, w porządku… – powiedział Dija Udin. – Mamy broń, on jest jeden.

– Mamy też górę trucheł świadczących o tym, że rozkład sił nie ma większego znaczenia.

Alhassan przeczesał nerwowo włosy.

– Rozhermetyzujmy korytarz i wszystkie kajuty na tym pokładzie – zaproponował.

– Oszczędzanie energii.

– No tak… – mruknął muzułmanin, tocząc wzrokiem wokół. – To może… bo ja wiem? Może byśmy…

– Nic nie pomoże, jak będziesz tak memłał.

– Pobudzam umysł.

– To przestań – poradził Håkon.

– Lepsze to niż siedzieć jak kołek i czekać na śmierć.

Lindberg obrócił się przez ramię i spojrzał na właz prowadzący do korytarza. Poczuł, że robi mu się sucho w ustach. Jeżeli okazałoby się, że jedynie grafenowa gródź dzieliła ich od tworu, który pozabijał wszystkich na pokładzie, Alhassan powinien już wznosić modły o godne przyjęcie w raju.

– Ile tam jest kajut? – odezwał się Dija Udin.

Håkon spojrzał na plan tej części statku.

– Kilkanaście. Pokład dowódczy ze względów bezpieczeństwa jest najmniejszy. Im mniej tuneli, wind i szybów, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że zostaną wykorzystane przez wroga.

– Wytłumaczyłbym chętnie projektantom parę rzeczy – bąknął Alhassan, pochylając się nad ekranem. – Kilkanaście kajut… to niedużo.

Lindberg skinął głową.

– Może udałoby się wypłoszyć łachmytę, a potem go zarżnąć?

– Jak? – zapytał Skandynaw.

– No, nie wiem, najlepiej znienacka.

– Cała załoga…

– Tak, tak, ale wychodzę z założenia, że oni się bronili, a my będziemy atakować. Zmieni się dynamika, rozkład sił. Teraz to my dybiemy na niego, a nie na odwrót.

– I w jaki sposób ma nam to pomóc?

Muzułmanin popatrzył na towarzysza, jakby ten okulał na umyśle.

– Nie będę ci tłumaczył tak podstawowych zasad prowadzenia konfrontacji – odparł po chwili.