Chciałbym, żebyś mnie napisała - Hanka V. Mody - ebook
Opis

Lubię ciszę i krzyk. Ciszę, bo pozwala się wyłączyć i unieść na skrzydłach w refleksję. Krzyk – bo jest wielopiętrowy. Opowiadania Hanki V. Mody są jednocześnie krzykiem i ciszą. Mrocznym korytarzem i kawałkiem światła. Jeszcze powietrze będziemy w nich przenikać albo przeklinać. Rwać na strzępy wyobraźnię. Balansować. Na krawędzi wódki albo w czerwieni ust o pożądaniu.
Chciałbym, żebyś mnie napisała to zbiór na wskroś fascynujący. To kompilacja (nie)winności i nienasycenia, pożądania i pasji, melanż kolorów i smaków. To troska, tęsknota, tłum, a przede wszystkim człowiek i krzyk czułości. Myślą, mową i spojrzeniem zgrzesz. Przeczytaj. A poczujesz, że to coś więcej niż sny…

Kaja Kowalewska (poetka, pisarka)

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)
Windows
10
Windows
Phone

Liczba stron: 196

Odsłuch ebooka (TTS) dostepny w abonamencie „ebooki+audiobooki bez limitu” w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS

Popularność


Hanka V. Mody

Chciałbym, żebyś mnie napisała

Copyright © 2018 by Hanka V. Mody

Projekt graficzny okładki

Mariusz Słoniewicz

Redakcja i korekta

Magda Polanowska

ISBN druk 978-83-7859-991-3

ISBN e-book 978-83-7859-990-6

Wydawca: Wydawnictwo internetowe e-bookowo

www.e-bookowo.pl

Kontakt: [email protected]

Wszelkie prawa zastrzeżone.

Kopiowanie, rozpowszechnianie części lub całości

bez zgody wydawcy zabronione

Wydanie I 2018

Konwersja do epub i mobi A3M Agencja Internetowa

Dotknij mnie słowami.

Najpierw ust moich dotknij „kochaniem”.

Niech dźwięczy mi w głowie,

gdy „suką” ściśniesz piersi. Brzuch omieć „moją”.

I niech się stanie.

„Kurwą” i „szmatą” złóż razy na udach.

Zostaw mi ślady z „dziwki”.

Niech pośladki nabiorą koloru purpury.

Niech litery złożą się w całość.

Dopełnij kropką, by słowo ciałem się stało.

Chciałbym, żebyś mnie napisała

„Chciałbym, żebyś mnie napisała”. Tak dokładnie powiedział. Nie, opisz mnie. Nie, opisz to, co było między nami, czy coś równie banalnego. Powiedział:

– Chciałbym, żebyś mnie napisała.

Dotknął dłonią mojego policzka i trwał tak, wpatrując się we mnie, jakby upewniając, że nic mi nie jest, a ja jestem prawdziwa. Patrzył intensywnie i czekał na znak z mojej strony. Na cokolwiek. Tak myślę. Podniosłam więc i ja swoją dłoń i przykryłam nią jego ciepłe palce. Czułam korzenny zapach jego skóry zmieszany z moim cytrynowym, po kremie do rąk. Wpatrywaliśmy się w siebie. To było w galerii handlowej. Wokół głośno, za głośno. Za głośno, za szybko, za dużo. Spotkaliśmy się w tłumie szemrzącej masy, mniej więcej dwa lata po końcu czegoś, co nie powinno się wydarzyć. Zapewne gdybyśmy nie spotkali się w tej galerii, gotowa byłam uwierzyć, że tak jest w istocie. Że nic się nie wydarzyło. Ale się spotkaliśmy. Postarzał się. Nie było w nim już tej samej iskry co kiedyś. Złagodniał, i nie wiem, czy teraz rzuciłabym się na niego z równą zachłannością, z tym dławiącym zachwytem i bólem w trzewiach. Jego szare oczy nie wyrażały niczego poza – właściwie nie wiem, czym to było – troską?, tęsknotą?, niedowierzaniem?.

W końcu trzeba było przerwać tę chwilę, więc opuściłam dłoń, on swoją także. Rozejrzałam się spłoszona, czy przypadkiem mąż nie widział tej sceny. Z ulgą stwierdziłam, że nie ma go w pobliżu. Do świadomości powrócił gwar panujący wkoło.

– Postaram się. Do widzenia – powiedziałam i odwróciłam się szybko, nie patrząc już w kierunku Jana.

– Trzymaj się, młoda – usłyszałam i nie mogłam się nie uśmiechnąć.

Wtopiłam się w kolorową masę ludzi.

Pisać zaczęłam dlatego, że nie umiem malować. To nie znaczy, że umiem pisać, ale ta forma ekspresji była zdecydowanie łatwiejsza. Mogłam jeszcze fotografować, ale w końcu ktoś, oglądając moje zdjęcia, powiedział, żebym dała sobie spokój. Dałam. Zostało pisanie. Pomyślałam, że słowami też można malować obrazy.

Proste imię – Jan, idealnie do niego pasowało. Był dumny i wyniosły jak, w moim odczuciu, Jan powinien być. I bardzo, bardzo irytujący. I mój. Przez chwilę. Przez jedno okamgnienie. Był pragnieniem, obsesją, szaleństwem. Najczulszym snem, najgorszym koszmarem. Niespełnieniem i spełnieniem jednocześnie.

Nie spotkaliśmy się przypadkiem, nie przez zbieg okoliczności. Każde z nas czegoś szukało. Oderwania od rzeczywistości. Dzisiaj takiego oderwania szuka się na portalach randkowych. Nikt nie ma czasu biegać po mieście i szukać motyli w brzuchu albo mrówek na plecach. Wystarczy zalogować się, gdy mąż czy żona pójdą spać, i szukać wrażeń. Nie liczy się, czy masz lat dwadzieścia, trzydzieści czy pięćdziesiąt. Wszyscy chcą tego samego. Poczuć jeszcze raz dreszcz pierwszego spotkania, pierwszego dotknięcia i pierwszego pocałunku. Bo każdy następny nie smakuje już tak jak ten pierwszy, gdy drżą kolana, a radość trzepocze w podbrzuszu. Jan miał żonę i dorosłe dzieci, a ja męża i psa. Oboje szukaliśmy wrażeń i znaleźliśmy siebie. Właściwie to ja go znalazłam. Nie miało dla mnie znaczenia, że jest ponad dwadzieścia lat starszy, tylko ten jego lapidarny opis:

Stan cywilny: żonaty

Dzieci: mam

Chcę dzieci: nie

Stosunek do małżeństwa: nie chcę

Czego szukam: kobiet, przygody

O mnie: napisz do mnie

Nie mogłam, zwyczajnie nie umiałam, nie napisać. Odpisał następnego dnia na maila. O siódmej piętnaście na ekranie telefonu wyświetliło mi się: „Pozdrawiam Cię radośnie z Gdańska, a Ty skąd mnie pozdrawiasz?”. I znów czegoś nie mogłam. Tym razem nie mogłam się nie uśmiechnąć. Pisaliśmy tak tydzień, drugi, aż w końcu…

Akt pierwszy. Spotkanie pierwsze.

Stałam w czarnej bieliźnie przed wielką, białą szafą i wyrzucałam z niej kolejne rzeczy. Na stosie leżały już: czarna krótka spódnica, długa szara spódnica w czerwone kwiaty, kilka kolorowych bluzek, sweterki, marynarka i wielobarwne szale. Całości dopełniały czarne pończochy. Spojrzałam na ubrania piętrzące się na małżeńskim łóżku. To musi być coś niezobowiązującego, pomyślałam. Z szuflady wygrzebałam czarne rajstopy, z półki zdjęłam dżinsową spódnicę przed kolano i czarny, luźny sweterek. Zanim włożyłam je na siebie, spojrzałam na paznokcie u stóp. Skrzyły się na nich resztki czerwonego lakieru. Szybko się ubrałam i przejrzałam w dużym lustrze wiszącym na ścianie. To było to. Resztę ciuchów upchnęłam niedbale w szafie. Jeszcze tylko mgiełka zapachu na szyję i na nadgarstki. I już. Komórka wydała dźwięk oznaczający nadejście wiadomości mailowej. Serce zabiło mi mocniej. Poprawiłam włosy. „Przyjechać gdzieś po Ciebie?”. Zamknęłam szafę i wyszłam z sypialni, unikając wzrokiem przewieszonej przez oparcie krzesła bluzy męża. W tym momencie nie chciałam o nim myśleć. Na klawiaturze wystukałam: „Dziękuję, dojadę, jestem mobilna. Tylko napisz, gdzie mam być. A może wymienimy się numerami telefonów?”.

Szłam szybko, co chwila zerkając na zegarek w komórce. Byłam spóźniona. Przyspieszyłam jeszcze kroku, pantofle stukały, a w głowie kołatała nieznośna myśl, że powinnam się zatrzymać i zawrócić. Nie zrobiłam tego, zatrzymałam się dopiero na moście, gdzie się umówiliśmy. Od razu go poznałam, mimo że wymieniliśmy się wcześniej tylko jednym zdjęciem. Stał nieruchomo, odwrócony plecami. Wysoki, lecz lekko przygarbiony. Był ubrany w dżinsy i czarną zimową kurtkę. Nie miał czapki ani rękawiczek. Choć był dopiero luty, zima rozpieszczała swoją aurą. Słońce odbijało się w rzece, dając nadzieję na szybkie nadejście wiosny. Woda przyjemnie szemrała. Jego włosy, mimo wieku, były wciąż ciemne, choć lekko przyprószone siwizną. Był jeszcze czas, żeby zawrócić. Nie zdążyłam. Jan odwrócił się i mogłam spojrzeć wprost w jego szare oczy. Dostrzegłam w nich błysk. Wyprostował się dumnie i wypiął pierś. Zniknął gdzieś zagubiony mężczyzna, którym przed chwilą się wydawał. Staliśmy kilka metrów od siebie i żadne z nas się nie poruszyło. Patrzyliśmy, taksując się wzrokiem. Skuliłam się w sobie pod jego badawczym spojrzeniem, a jednocześnie poczułam radość, że dzięki niemu tak właśnie mogłam się poczuć. Mała, bezbronna dziewczynka. To było przyjemne. W końcu Jan oderwał się niedbale od barierki, o którą się opierał, i podszedł. Nic nie mówił. By zamaskować zmieszanie, wyciągnęłam dłoń w jego kierunku. Szybko uścisnęliśmy sobie ręce.

– To, co robimy, młoda? – W końcu się odezwał. Nie zdziwił mnie tym stwierdzeniem, bo już nieraz pisał do mnie w tym tonie. Lubiłam to. Wszelkie ochy i achy powodowały u mnie mdłości. Potrzebowałam wrażeń zupełnie innego rodzaju. Taka natura.

– Nie wiem – zająknęłam się – może spacer?

– Chyba do lasu, na lodzika. – Jan stał i patrzył na mnie, nie wykonując żadnego ruchu. Właśnie jego bezczelność tak mnie kręciła. Był inny niż wszyscy. Nie sikał po nogach tylko dlatego, że jakaś młoda laska chciała się z nim spotkać. Niegrzeczni mężczyźni – to było wyzwanie.

– Na lody to jest za zimno, psze pana. Poza tym lody je się w lodziarni – wybrnęłam prawie błyskotliwie.

– W takim razie idziemy do lodziarni, bo ja mam ochotę na loda, psze pani. – Podjął grę i ruszył przed siebie, nie oglądając się na mnie. Szybko poszłam za nim, stukając obcasami.

W lodziarni było pusto. Pachniało cynamonem. Z głośników dudniła jakaś niepasująca do tego miejsca muzyka. Skrzywiłam się. Jan nie zwrócił na to uwagi, skierował się do małego stolika w głębi pomieszczenia. Zdjęłam kurtkę i odwiesiłam na wieszak, on zrobił to samo ze swoją. Znów mi się przyglądał w milczeniu. Speszyłam się. Usiadłam więc i odłożyłam czarną skórzaną torebkę na drugie krzesło. Splotłam ręce tylko po to, by zaraz oderwać je od siebie i położyć na stole. Zabębniłam nerwowo paznokciami o blat. W końcu spojrzałam na niego.

– Co teraz? – przerwałam panującą między nami nieznośną ciszę. Nawet muzyka nie mogła jej zagłuszyć.

– A na co masz ochotę? – Jan nadal stał.

– Może być herbata z cytryną i lody waniliowe. – Kręciłam się na krześle, wciąż bębniąc o stolik umalowanymi na beżowo paznokciami.

– Okej, idę zamówić. Poczekaj – rzucił i odszedł.

– Nie ucieknę – szepnęłam i spróbowałam uspokoić palce oraz rzeczywiście nie uciec.

– Ile właściwie masz lat? – Jan oblizywał łyżeczkę upaćkaną lodami czekoladowymi, świdrując mnie przy tym wzrokiem.

– Dwadzieścia dziewięć. – Spuściłam oczy i zapatrzyłam się w swoje powoli rozpuszczające się lody.

– Świetnie, jesteś ponad dwadzieścia lat ode mnie młodsza. – Zaśmiał się głośno.

– Tak wychodzi. – Wciąż siedziałam ze spuszczoną głową, bojąc się podnieść wzrok i zobaczyć jego drwiące spojrzenie, którym zapewne mnie obdarzał.

– To może mi odpowiesz, po co napisałaś na portalu randkowym do takiego dziadka jak ja?

– Nawet jakbyś się postarał, to nie mógłbyś być moim dziadkiem. – Zmusiłam się, by podnieść wzrok i spojrzeć na niewyrażające zupełnie nic oblicze rozmówcy. Słowa, które wypowiedziałam, były pewne i mocne, choć w środku cała dygotałam. W moim ciele rozszalał się huragan i przybierał na sile.

– Co nie zmienia faktu, że bardziej by do ciebie pasował mój syn. Ma dwadzieścia pięć lat. Cielęcinka. – Znów się zaśmiał i nachylił nieco nad stolikiem. Dystans między nami niebezpiecznie się zmniejszył. Wyciągnęłam rękę, by zupełnie bez sensu dotknąć zmarszczek na jego twarzy, ale cofnęłam ją szybko i schowałam między nogami. Zamknęłam dłoń w uścisku ud, by nie mogła się wyrwać. Jan uniósł brwi, ale nie skomentował.

– Jesteś ordynarny – odpowiedziałam mu w końcu. Wkurzył mnie. Nie chciałam innego. Moja dłoń już wybrała. Cała byłam ziejącą dziurą, pragnieniem nieuświadomionym, niezaspokojonym. Tak szybko, za szybko.

– Tak, do tego bezczelny, cyniczny, ironiczny i snobistyczny, jak zdążyłaś mnie już kilkakrotnie nazwać podczas korespondencji, młoda damo. – Uśmiech nie schodził mu z twarzy. – Więc wytłumacz, proszę, czemu?

– Do tego wszystkiego masz jeszcze poczucie humoru – odparłam, wpatrując się z zaciekawieniem w jego twarz. Zmarszczki już dość mocno się na niej rozgościły. Poprawiłam swoje blond włosy, zgarnęłam je z czoła, przesuwając po skórze opuszkami. Nie znalazłam szpecących bruzd. Nie miało prawa ich tam być. Może za rok, dwa, ale jeszcze nie teraz.

– Tego nie mogłaś wiedzieć, kiedy pisałaś pierwszy raz – zauważył przytomnie.

– Kiedyś, będąc w pewnej firmie – zaczęłam opowiadać. Wyciągnęłam ręce spod stolika, by nie czuć się jak uczennica i położyłam je na stole, przyglądając się, czy wewnętrzne drżenie nie wyszło na zewnątrz i nie zdradza mojego nieoczekiwanego stanu. Nie zdradzało, więc opisywałam sytuację dalej – stałam na korytarzu i czekałam na koleżankę. Długo nie wychodziła. Chodziłam tak w tę i z powrotem. Na ścianie dostrzegłam czerwony przycisk. Powinien znajdować się za szybką, ale tej nie było. Nad przyciskiem napis: „Przyciśnij tutaj”. Nie mogłam się powstrzymać. Włączyłam alarm przeciwpożarowy.

– I? – Jan patrzył poważnie.

– I nic, musiałam się z tego tłumaczyć. Na szczęście nie poniosłam żadnych konsekwencji. Natomiast ostatnio, kiedy byłam w saunie, na ścianie też zobaczyłam przycisk. Byłam ciekawa, co to. Okazało się, że dzwonek, który wzywa ratownika.

– Jak to się ma do mojego pytania? – Jan skrzywił się i pochylił do przodu. Pucharek z niedojedzonymi lodami odsunął na bok. Wpatrywał się we mnie intensywnie, zbyt intensywnie. Pionowa bruzda między jego brwiami się powiększyła. Odsunęłam się instynktownie. Bałam się. Nie jego. Siebie.

– A ty na swoim profilu miałeś napisane „Napisz do mnie” – dokończyłam i ponownie spuściłam wzrok na palce, które splotły się ze sobą bezwiednie.

– No tak, nie mogłaś się powstrzymać. – Uśmiech wypełzł na jego twarz. Jan rozparł się wygodnie na krześle. – I co teraz? – zapytał.

– A co byś chciał? – Kręciłam się strasznie, poprawiałam spódnicę, sweterek, włosy. Wszystko, żeby tylko czymś zająć ręce, które rwały się do tego przedziwnego mężczyzny. Wszystko, by nie uciec. By nie uciec przed nim, a może przed sobą?

– Mnie pytasz? Pięćdziesięciolatka? Wezmę wszystko, co dasz. – Śmiał się głośno.

Milczałam upokorzona. W tamtym momencie byłam gotowa się rozpłakać.

– Żartuję – dodał szybko, bo chyba zauważył mój stan. – Chodźmy. Odprowadzę cię do samochodu.

Nie chciałam odjeżdżać, chciałam zostać, na zawsze. Już, teraz, natychmiast. Nie było teraz, nie było już. Nie było pośpiechu. Nie z jego strony. Ja wrzałam.

– To trzymaj się, młoda damo. – W końcu jeden gest. Nie mogłam uwierzyć, wpatrzona w jego dłoń szybującą w kierunku moich włosów. Założył mi je za ucho, a ja byłam gotowa paść przed nim na kolana i dziękować za tę małą szczodrość. Słońce świeciło w oczy i raptem zaczęło być irytujące. Przeszkadzało. Wdarło się między nas. Choć przecież nie było żadnych nas. Był on: Jan i ja.

– A czy mogłabym cię jeszcze powąchać? – Desperacko czepiłam się tej myśli, by zanurzyć nos w zagłębieniu jego szyi i oddalić moment rozstania.

– Co zrobić? – Jan zmarszczył czoło.

– Chciałabym wiedzieć, jak pachniesz.

– Jesteś doprawdy perwersyjna. Wąchaj. – Pozwolił. Podeszłam do niego, stanęłam na palcach i zrobiłam to, co przed sekundą przeżywałam w myślach. Pochylił się nieco, by mi to ułatwić. Nagle stałam się narkomanką. Ja, która nigdy nawet nie paliłam, a alkohol sporadycznie pulsował w moich żyłach, piłam tylko wino w niedużych ilościach. Teraz chciałam kawałek jego, choćby ochłapy, które mi rzuci. W końcu musiałam się odsunąć. Pachniał odurzająco. Korzennie, męsko, samczo.

– Zadowolona? – zapytał z tym swoim kpiącym uśmiechem.

– Bardzo – odparłam.

– To wskakuj do fury i do domu.

– Do widzenia. – Tylko tyle, nic więcej, tylko tyle udało mi się wydukać, gdy już siedziałam za kierownicą samochodu.

– Tak, tak, jedź ostrożnie – odpowiedział i odszedł.

Patrzyłam. Nie odwrócił się.

Trzy dni później

„Nie odzywasz się. To nie fair. Przyzwyczaiłam się, że jesteś”. Mąż w pokoju obok, a ja szalałam po kuchni. By zająć czymś myśli, by zająć ręce. Długie nitki makaronu wylądowały we wrzącej wodzie. Otworzyłam puszkę, pomidory spłynęły mi na palce, sok rozlał się po szafce. Jeszcze zioła, bazylia, tymianek. Wszystko pachniało intensywnie. Jeszcze parmezan, sypki, delikatny. Mąż ma obiad. Ja czyszczę sumienie. Szoruję dłonie, zmywając czerwień, która już wniknęła w delikatną skórę. Podskoczyłam na dźwięk nadejścia wiadomości. Tej oczekiwanej, a jednocześnie niespodziewanej. Rozchlapałam wodę. „ Czy my się na coś umawialiśmy?”. Odłożyłam ścierkę. Dobiegł mnie zatroskany głos męża.

– Kochanie, ty palisz? – Stał w drzwiach.

– Wiesz, że czasem lubię.

– Coś się stało?

– Czy musi się coś stać, żebym miała ochotę na papierosa?

Akt drugi. Spotkanie trzynaste.

Jego dom na wsi. Weszłam zasmarkana, zachrypnięta i zupełnie nieidealna. Na sobie miałam dżinsy, adidasy i bluzę z kapturem. Spojrzał, podniósł brew i gestem ręki zaprosił do salonu. Usiadłam w fotelu, zapadłam się w nim i przymknęłam oczy. Moja głowa pulsowała. Słyszałam, jak Jan siada na fotelu obok.

– Co ci się stało? – usłyszałam, więc zmusiłam się, by na niego spojrzeć. Patrzył zaintrygowany. Musiał się przyzwyczaić, że jestem zawsze wyfiokowana, w spódniczce lub sukieneczce, w pończochach, butach na obcasach i gotowa rzucić mu się do stóp. W tamtym momencie byłam gotowa jedynie zasnąć. Ale nie chciałam być nigdzie indziej.

– Mam okres, boli mnie brzuch, do tego się przeziębiłam. – Pociągnęłam nosem.

– To czemu przyszłaś? Nie nadajesz się nawet, żeby zrobić loda. – Zaśmiał się i dotknął dłonią mojego czoła. – Udusiłabyś się.

– Jak zwykle jesteś ordynarny – odparłam i podwinęłam nogi pod siebie.

Wstał, wziął koc leżący na kanapie, i mnie okrył.

– Oczywiście, młoda damo. – Podszedł do kominka i wrzucił do niego drewno. Za chwilę zrobiło się cieplej. – Chyba musisz to lubić, bo jednak przyszłaś. – Wrócił na fotel obok. – Przyszłaś, i to w takim stanie. Powinnaś iść do lekarza i do łóżka.

– Przyszłam, bo nasz związek to nie tylko seks. – Uśmiechnęłam się. Pewnie wyszedł z tego grymas.

– Nie? A co jeszcze? Poza tym nie jesteśmy w żadnym związku. – W kącikach jego ust błądził arogancki uśmiech. Rozparł się wygodnie.

– Więc uznajmy, że jesteśmy w niezwiązku. Tak to nazwijmy. – Pociągnęłam nosem.

– Niezwiązek? Niech będzie. – Wyjął z kieszeni chusteczkę i podał mi. – Za to cię lubię. Za te twoje dziwaczne pomysły.

– No i sam widzisz, lubisz mnie, a to już dużo. Ba, to nawet bardzo dużo. Nasz niezwiązek to właśnie przeciwieństwo związku. Dajemy sobie wszystko, co najlepsze: namiętność, akceptację, trochę miłych słówek, rozmowę. Ja nie wściekam się na ciebie za niewyniesione śmieci czy niewstawiony do zmywarki talerzyk, a ty nie widzisz mnie z maseczką na twarzy i w złym humorze. I nigdy się nie znienawidzimy.

– Nie? A teraz, jaki masz humor?

– Teraz jestem szczęśliwa, że jesteś obok. Może nie wyglądam dziś idealnie, ale jakoś będziesz musiał to wytrzymać. Ten jeden raz. Przynajmniej będziesz miał pewność, że następnym razem bardziej się postaram.

– Daj mi to na piśmie. – Uśmiechnął się, a ja wiedziałam, choć starał się to ukryć, że cieszy się z mojej obecności.

– Nic ci nie dam. – Skrzywiłam się. Skurcz brzucha uderzył z niespotykaną siłą. Jan przestał się cieszyć, podszedł do mnie i pogłaskał po głowie.

– Dasz, i to nie jedno. – Głaskał mnie delikatnie i drapał za uchem jak psa. Wyciągałam głowę do jego rąk, bo ten dotyk na chwilę łagodził ból. W końcu oderwał się ode mnie i wyszedł bez słowa. Słyszałam, jak przeklina. Trzasnęły drzwi łazienki. Popadłam w odrętwienie, znów zamknęłam oczy i chłonęłam ciepło płynące z kominka. Wrócił po chwili, nie wiem, ile czasu upłynęło. Stanął przede mną.

– Chodź. – Wyciągnął rękę w moim kierunku i czekał.

– Ale boli. – Odruchowo przykryłam się bardziej kocem.

– Wiem, chodź – powtórzył tym swoim niezłomnym głosem, nieznoszącym sprzeciwu.

– Ale… – zaczęłam i przerwałam, bo stał z nieustępliwą miną. Czekał. Pomyślałam, że przecież muszę mu ufać, a on chyba wie, co robi. Nigdy mnie nie skrzywdził, pomimo swojej pozornej szorstkości. Odrzuciłam koc i podniosłam się z fotela. Złapałam go za rękę. Skórę miał ciepłą, wilgotną. Ścisnął mnie mocno, jakby w geście pokrzepienia. Poszłam ufnie.

W łazience było przyjemnie i ciepło. Woda wypełniała wannę już prawie do połowy. Pachniało płynem, który do niej wlał. Z boku pracowała farelka, dmuchając ciepłym powietrzem.

– Podnieś ręce.

Najpierw powoli zdjął ze mnie bluzę. Pod spodem miałam zwykły, biały podkoszulek. Dotknął moich piersi, które od razu zareagowały. Zamruczałam, ale oderwał ręce i przeniósł je na mój brzuch. Zaczął delikatnie gładzić.

– Ciii, ciii – mruczał. Parzył mi przy tym w oczy i lekko się uśmiechał. Złapał za końce mojej bluzki i pociągnął w górę. Od razu podniosłam ręce, by mógł ją zdjąć.

– Co właściwie chcesz zrobić? – zaniepokoiłam się.

– Jak już przyszłaś w takim stanie, to coś trzeba z tobą zrobić.

– Zaraz pomyślę, że jesteś opiekuńczy. – Drażniłam się z nim, gdy tymczasem on rozpinał już mój biustonosz.

– Lepiej nie myśl, popsuje to mój wizerunek. – Szybkim, zdecydowanym ruchem ściągnął ze mnie stanik i rzucił na ziemię.

– Ech, w życiu byś sobie na to nie pozwolił – westchnęłam. Dzięki niemu zapomniałam o bólu i skupiłam na tym, co robił.

– Racja. – Nachylił się, sięgnął ustami do mojego lewego sutka, a gdy się już nim nacieszył, zajął się prawym. Zakręciło mi się w głowie i chciałam usiąść na brzegu wanny. Podtrzymał mnie. – Już, już, poczekaj. – Klęknął. Najpierw gładził mój brzuch delikatnie, jakby chcąc złagodzić skurcze. Wzruszył mnie tym. Patrzyłam z góry, jak zbliża twarz do mojej nagiej skóry i zaczyna ją całować. Subtelnie, ledwie muskał. Wplotłam palce w jego gęste włosy i lekko pociągnęłam. Spojrzał w górę, ale nie przestał wodzić językiem wokół pępka. Jego palce powędrowały do moich spodni, zaczął rozpinać guzik. Spłoszona, przytrzymałam jego dłonie. Zapomniał, że mam okres?

– Spokojnie, spokojnie – powtarzał monotonnym szeptem. Odsunął moje dłonie i wrócił do rozpinania zamka.

– Wstydzę się – przyznałam.

– Wiem. Ale to był twój pomysł, żeby nie odwoływać spotkania, więc teraz cię proszę, żebyś pozwoliła mi działać. – Ściągnął mi spodnie do kolan, a ja zacisnęłam powieki jak dziecko, któremu się wydaje, że skoro ono nie widzi, to inni też nie widzą. Chciałam być niewidzialna. Policzki płonęły żywym ogniem. Najpierw podniósł mi jedną nogę, a gdy ją postawił, podniósł drugą. Stałam przed nim już tylko w granatowych, bawełnianych figach. Znów poczułam, jak przytula się do mojego brzucha. Nie otwierałam oczu. Niech robi, co chce. Chyba wie, co robi, myślałam i starałam się rozluźnić. Wsunął palce za moje majtki, a ja zadrżałam. Po chwili byłam już zupełnie naga. Odarta z tajemnicy. Sięgnął między moje nogi i szarpnął za sznureczek od tamponu. Krzyknęłam zażenowana. Otworzyłam oczy, bo oderwał się ode mnie. Wyrzucał właśnie mój zakrwawiony tampon do toalety. Spuścił wodę. Ja spuściłam wzrok.

– No, już po wszystkim, spokojnie. – Stał przede mną i uśmiechał się. Czule? To nie był jego zwykły, kpiący uśmiech. Musiał wiedzieć, że to nie czas i miejsce, że uciekłabym i nigdy nie wróciła. Dla niego nic się nie stało, rozebrał mnie zwyczajnie, a później wykąpał. Zaopiekował się mną. Ta bliskość była odurzająca. I myśl, że gdybym się rozchorowała, tak poważnie, śmiertelnie… Może wtedy… Może byłby… Może opiekował się… Może jest dobry dla cierpiących… Może jest człowiekiem.

Akt trzeci. Spotkanie któreś tam.

– Kochanie, masz zakrwawione ręce. – Mój zatroskany mąż patrzył na mnie z czułością.

Ręce, serce, duszę. Się duszę.

– Złamałam paznokieć – odpowiedziałam i nie zamierzałam tłumaczyć, dlaczego skrobię po ścianach i szukam bólu. Bólu, ukojenia, zezwierzęcenia. Mąż milczał i czekał. Widział, przecież widział, że coś się dzieje. Pewnie się bał, więc czekał.

Jan potrafił nie odzywać się kilka dni, a ja szalałam. Ze stanu euforii popadałam w totalne zwątpienie. I wyłam, tak w sobie. Czasem robiłam się płaczliwa, rozdrażniona, a czasem zbyt radosna. Zagłuszałam pustkę. Aż przychodził dzień, gdy znów, kolejny raz pisał, a ja zapominałam o paznokciach, upokorzeniu, o świecie zapominałam.

Świat nie zapominał o mnie. Upominał się nieubłaganie o swoje.

Mąż: „Kochanie, jesteśmy zaproszeni do Maćka”.

Matka: „Dlaczego ty w ogóle do mnie nie dzwonisz? Czy coś się dzieje?”.

Szef: „Jutro trzeba dokończyć te raporty”.

Jeden SMS wystarczył, bym rzuciła wszystko. Zadzwoniłam do męża.

– Słuchaj, nie pójdę z tobą do Maćka, nie dam rady, mam raporty do skończenia.

– Czemu wcześniej nie powiedziałaś? – Lekko zadrżał mu głos. A może mi się tylko zdawało?

– Nie mogłam wcześniej, wcześniej nie wiedziałam. Baw się dobrze.

– Taaa, postaram się, cześć. – Obraził się, nie uwierzył, zrezygnował z pytań? Bał się? Nic mnie to nie obchodziło.

Zwolniłam się z pracy, wykręciłam bólem brzucha. Szef skrzywił się, nic nie powiedział. Patrzył tylko podejrzliwie. Pobiegłam do sklepu z bielizną. Zamieniłam czarne rajstopy na pończochy w tym samym kolorze. Zdjęłam majtki. Szpilki już miałam na nogach. I szarą spódnicę sięgającą kolan, zbyt obcisłą, by ją podciągnąć. Rozerwał podszewkę, siłując się z nią. Wściekły wydostał mnie wreszcie z tych niepotrzebnych kawałków materiału. Jego jęk, sapanie urywane, moje wzdychanie i sperma spływająca po udach. Spełnienie przyszło szybko, na zimnej podłodze przedpokoju. Szybciej niż wyrzuty sumienia.

– Uderz mnie – wyrwało mi się nagłe pragnienie. Spojrzał dziwnie, z grymasem, jakby obrzydzeniem?

– Uderz! – powtórzyłam. Stałam przed nim, wciąż naga, a on zapinał spodnie. Nawet się nie rozebrał.

– Mało ci?

– Tak, mało, ciebie mi mało, wciąż mało, może jak uderzysz, może wtedy... – zawiesiłam głos. Byłam gotowa paść na kolana i błagać. A przecież nie lubię bólu. Nigdy nie lubiłam.

– Ubierz się i idź. – Zabił mnie tym stwierdzeniem.

– Nie mam dokąd iść. Powiedziałam mężowi, że zostaję w pracy, nie mogę teraz. – Nie miałam już dumy. Byłam jedynie pragnieniem niezaspokojonym. Tylko to się liczyło. I on, tak blisko. Tak daleko.

– Jak chcesz, to zostań. – Poszedł do pokoju.

Ubrałam się w pośpiechu, nagle zawstydzona, i powlokłam się za nim. Włączył telewizor i już na mnie nie patrzył. Już nie był mój, pomyślałam i rozśmieszyła mnie ta głupia myśl, bo przecież nigdy nie był mój.

– Chyba jednak pójdę.

– Jak chcesz. – Tylko tyle. Lakonicznie, jak zwykle.

Przecież to mnie do niego ciągnęło. Masz, czego chciałaś, kobieto. Zamknęłam za sobą drzwi.

Akt ostatni. Spotkanie ostatnie. Nieuniknione. Potrzebne.

zmiana narracji

„Na samym dnie, pomiędzy niebem a piekłem spotkamy się (…)”1

– Tylko na tyle cię stać? – Patrzę wyzywająco, uśmiech szelmowsko drga w kącikach ust, czerwień szminki roztarła się dawno na twarzy. Jestem bezczelna, nie daję ci wyboru. Trzask uderzenia, głowa odskakuje. Zanim twoje palce dosięgają mojego policzka, przymykam oczy i dumnie wysuwam do przodu brodę. Piecze, a ciepło rozchodzi się po skórze. Otwieram oczy i widzę troskę w twoich. Nie mówię nic, już się nawet nie uśmiecham, ale w moim spojrzeniu wciąż czai się wyzwanie. Podnosisz dłoń. Widzę, jak zmagasz się sam ze sobą, jak nie chcesz tego robić, nie chcesz sprawiać bólu, ale teraz nie masz już wyjścia. Sprowokowałam cię.

Zamach, świst, trzask.

Tym razem to ty zamykasz oczy. Torturuję cię i pławię się w tym doznaniu. Czuję niezdrową radość. Mój ból, ból twarzy, jest niczym w porównaniu z tym, co czujesz ty. Widzę, jak krzywisz się przy każdym kolejnym ciosie. Czekasz na moje „dość”. Ale nie tym razem. Chcę tego bólu, chcę zapomnieć, chcę myśleć tylko o palącym policzku. A teraz, teraz dodatkowo, gdy widzę twoje cierpienie, chcę go coraz bardziej.

Trzask, głowa odskakuje. Jeszcze. Już nie ból jest najważniejszy. Teraz ja tu rządzę. Odkryłam to, gdy okazałeś słabość. Błysk litości w twoich oczach, czułość tak słabo skrywana pozwoliły mi być wyżej, nawet na kolanach.

Nie, nie lubię bólu.

Trzask, głowa odskakuje. Spoglądam w twoje oczy. Czułość ustąpiła wściekłości. Mój policzek nabrał już prawdopodobnie purpurowej barwy, a ja nie przerywam. Nie, dziś tego chcę. Za dużo bólu w moim życiu, ten pozwala mi zapomnieć. Musisz widzieć niezdrową radość we mnie. Teraz wiesz, że jeśli przestaniesz, mój szacunek do ciebie zniknie. Czekasz na to jedno słowo, które uwięzło mi w gardle. Chcę patrzeć, jak się męczysz. Chcę wygrać.

Trzask! Boli! Nie lubię bólu. To nie jest poświęcenie dla ciebie, nie tym razem. Tym razem to walka.

Trzask, uderzenie jest mocniejsze. Jesteś już wściekły, że ci na to pozwalam, wściekły, że cię do tego zmuszam. Przestajesz nad sobą panować.

Chciałeś, żebym cię napisała…

NIEwinność

Kiedy wysiadła z pociągu w małym miasteczku, w którym się umówili, świat spłynął deszczem. Wielkie krople zabębniły o jedyny peron, jaki był na stacji. Wciąż było parno. Stanęła, zupełnie nie zważając na prysznic, jaki funduje pogoda, i rozejrzała się bezradnie w poszukiwaniu znajomej twarzy. Stał w odległości dwudziestu metrów i palił. Jeszcze jej nie zauważył, więc mogła tak bezkarnie pogapić się na niego i przypomnieć sobie rysy mężczyzny, z którym…

Nie był idealny. Trochę za niski, ze zbyt okrągłą buzią i w niemodnym ubraniu. Całą drogę zastanawiała się, czy dobrze robi, kradnąc czas, który powinna przeznaczyć dla męża i dzieci. Powiedziała im, że jedzie do dawno niewidzianej koleżanki, cudem odnalezionej na Facebooku. Mąż odwiózł ją na pociąg, wniósł walizkę do przedziału i życzył miłego pobytu. Cały on: przykładny, grzeczny, ułożony. Po prostu poprawny. Za to – między innymi – była z nim tyle lat. Chłopak stojący przed nią nie miał nic wspólnego z poprawnością. Był irytujący i intrygujący zarazem. Spotkali się tylko raz, w klubie, pięć miesięcy temu. Zazwyczaj nie chodziła do takich miejsc, ale były urodziny znajomej z pracy, więc nie wypadało nie pójść. I tak śmiali się z niej, że jest kurą domową. Klub tonął w dymie papierosowym, który snuł się leniwie, podświetlany przez różnokolorowe światła. Siedziała przy stoliku, sącząc kolejne mohito, patrząc z podziwem na koleżanki, które zdawały się nie przejmować zawyżaniem średniej wieku w lokalu.

– Kochana, trzydzieści sześć lat to jeszcze nie starość. – Śmiały się, próbując wyciągnąć ją na parkiet.

Nigdy jej do takich zabaw nie ciągnęło, a przez ostatnie lata liczyła się tylko rodzina. To był jej wybór i nigdy go nie żałowała. Poczuła, że szumi jej w głowie. Muzyka dudniła zdecydowanie za głośno. I właśnie wtedy podszedł. Nie spytał, czy może usiąść, tylko to zrobił i zaczął coś mówić, z godną podziwu determinacją przekrzykując hałas.

– To taki angielski poeta niszowy – doleciało do niej.

– Kto?! – krzyknęła.

– Właśnie ci mówię, że… – znów usłyszała tylko strzępki zdania.

Prawda była taka, że mało ją interesował w tamtej chwili jakiś angielski poeta, zresztą nie interesował jej żaden poeta. Ani polski, ani rumuński, ani nawet hinduski. Facet obok też jej nie interesował. Chciała wracać do domu.

– Ach, ten, rozumiem – powiedziała dla świętego spokoju.

Koleżanki pląsały gdzieś na parkiecie.

– Znasz go? To fantastycznie – ucieszył się jak dziecko.

Przyjrzała mu się. Dzieckiem już zdecydowanie nie był, ale nie było wątpliwości, że musi być od niej sporo młodszy. Zdawał się tym nie przejmować. Znów, nie pytając, pociągnął ją do góry, by zabrać na parkiet. Próbowała się opierać, ale uśmiechnął się filuternie.

– Chodź, zaszalejemy. Siedzisz jak jakaś ciotka. Myślałem, że zainteresuję cię poezją.

Wtedy właśnie się obruszyła i postanowiła udowodnić, że żadną ciotką nie jest. Przetańczyli do rana. Nie poprosił o numer, nie zostawił też swojego. Za to zapisał na kartce nazwę i datę.

– Będę tam na ciebie czekał, o dwunastej trzydzieści na dworcu. Zabiorę cię na wycieczkę. – Włożył jej kartkę w rękę, wycisnął na ustach bezczelny pocałunek i zostawił oszołomioną na środku parkietu.

Teraz, przyglądając mu się, poczuła mieszaninę lęku i radości. I ściskanie gdzieś wewnątrz, którego już dawno nie czuła. Przestraszyła się tego, cofnęła spłoszona i może by uciekła, gdyby miała dokąd i gdyby właśnie w tym momencie się nie odwrócił.

Słyszał, że pociąg wjeżdża, ale był tak zajęty puszczaniem kółek z dymu, że nie pomyślał, aby się odwrócić. Dopiero gdy kroki wokół niego ucichły, zreflektował się, że powinien jej poszukać. Tyle czasu jej nie widział, a teraz poczuł coś na kształt zniecierpliwienia. Odwrócił się w stronę peronu. Gdy tylko ją zobaczył, rzucił niedopałek na ziemię, chwycił parasol i pobiegł w kierunku mokrej już kobiety. Przełknął ślinę. Do końca nie miał pewności, czy przyjedzie. Kiedy już osłonił ich przed nieznośnym deszczem i stali w tej małej przestrzeni wyznaczonej przez parasol, o średnicy metra, dotykając się nieśmiało i jakby przypadkiem, popatrzył w jej zielone oczy. Była tylko trochę niższa. Z radością stwierdził, że nadal go pociąga. Tak jak wtedy, w klubie.

– Gotowa? – zapytał, a ona skinęła głowa. Patrzył, jak jej twarz rozjaśnia uśmiech. – To świetnie, chodź.

Jedną ręką złapał granatową walizkę, drugą wciąż trzymał nad nimi parasol.

Pobiegli do samochodu.

Stary mercedes w kolorze butelkowej zieleni stał zaparkowany przed zabytkowym dworcem. Nigdy wcześniej tu nie była. Wokoło rosły drzewa i dopiero gdzieś w oddali majaczyły kontury domów. Przytrzymał jej drzwi, gdy wsiadała. Sam zapakował walizkę do bagażnika i usadowił się za kierownicą, ale nie odpalił silnika. Chwilę siedzieli w milczeniu, słuchając deszczu obijającego się o metal. Zadrżała. Żeby zamaskować zmieszanie, zaśmiała się, trochę zbyt głośno i rzuciła coś o zepsutej fryzurze, którą długo starannie układała.

– To ty chciałaś dla mnie ładnie wyglądać? – Spojrzał zdziwiony i przekrzywił głowę. Uświadomiła sobie, że ma na sobie jedynie cienką sukienkę w kwiaty, teraz mokrą, idealnie oblepiającą ciało. Prześlizgnął się wzrokiem po stwardniałych sutkach i znów podniósł jasnobrązowe, błyszczące oczy na jej twarz.

– Chciałam, a wyglądam jak zmokła kura.

Poczuła, że gęsia skórka przylgnęła do niej nieproszona. Odwrócił się, spostrzegła, jak jego usta drgnęły w półuśmiechu.

Odpalił silnik i pomimo pogody, machinalnie włączył ogrzewanie.

– Zaraz wyschniesz, jedziemy.

Nie chciał, żeby się rozchorowała. Pierwszy raz w życiu poczuł się za kogoś odpowiedzialny. To przyszło nagle, chciał o nią dbać. Była speszona i to także mu się w niej podobało. Bo cycki, usta i oczy też. Nie wyglądała wcale jak zmokła kura. Wyglądała pociągająco. Po zarumienionych policzkach spływała strużka tuszu. Wiedział, że pewnie jest trochę starsza, a obrączka na palcu, której nie ukrywała, nie pozostawiała złudzeń. W tej chwili to nie miało znaczenia. Najważniejsze, że chciała oddać mu kawałek siebie, choćby oglądając z nim świat. Wtedy, w klubie, potraktował ją jak zabawkę. Wydawała się taka nie na miejscu i dlatego zwróciła jego uwagę. Dopiero gdy okazało się, że potrafi śmiać się i bawić, gdy tylko trochę wyluzuje, a jej brązowe włosy śmiesznie łaskoczą go w nos, poczuł, że chce, by towarzyszyła mu w jego męskiej wyprawie. Teraz, na parę chwil, ta wyprawa stała się damsko-męska.

Podróż mijała szybko. Włączyli muzykę i zaczęli śpiewać, zanosząc się śmiechem. Sukienka wyschła, a na dworze znów wyjrzało słońce, nieśmiało i delikatnie oświetlając krajobraz. Otworzyli okna, by łapać wiatr we włosy, promienie słońca i zapach unoszący się wokół. Czasem był to zapach lasu, mokrego igliwia i mchu, czasem kwiatów, a czasem zwykłe zapachy wsi. Kiedy nie słuchali muzyki, wsłuchiwali się w wiatr i odgłosy dobiegające z nielicznych zabudowań.

– Muszę siusiu – przyznała po dwóch godzinach nieustającej jazdy po zapomnianych drogach tego kraju. Odniosła wrażenie, że tylko oni po nich jeżdżą.

– Myślę, że coś da się z tym zrobić – zaśmiał się i skręcił w boczną drogę prowadzącą w las. Jakieś ptaki, żaby i świerszcze. Poza tym nic. Wysiedli oboje. Ona złapała chusteczkę i ruszyła w kierunku krzaków znajdujących się kawałek dalej. On tylko odwrócił się do drzewa i mogła jeszcze zobaczyć, jak mocnym strumieniem oblewa pień. Sama ściągnęła błękitne majtki, przykucnęła i złapała sukienkę, tak by jej nie zmoczyć. Nie znosiła tego, strumień zawsze leciał w kierunku stóp i musiała kręcić się, by ich nie dotknął. Czuła też komary, które zawsze gryzły jej pośladki, a długie źdźbła trawy łaskotały uda, i nie tylko. Gdy skończyła, wyskoczyła jak najszybciej.

Stał oparty o samochód i palił. Patrzył wprost na nią i śmiał się. Możliwe, że widział jej wygibasy. Ruszyła w jego kierunku, dumnie podnosząc brodę i poprawiając sukienkę. Postanowiła się tym nie przejmować.

Patrzył już dobrą chwilę, jak kucała za krzakami. Teraz szła w jego kierunku, dumna, a jednocześnie zagubiona. Bawiło go to i pociągało. Zaciągnął się mocno dymem. Papieros zaskwierczał. Szła, przeskakując gałęzie i ocierając się o drzewa. Gdy podeszła, złapał ją za ręce. Wstrzymała oddech. Spojrzał jej w oczy.

– Zadrapałaś się. – Dotknął nagiego ramienia. Na skórze świeciła czerwona kreska. Poczuł jej ciepło pod palcami i pogładził zadrapanie. Patrzył, jak czerwienieją jej policzki.

– To nic, zagoi się, gorzej z komarami. – Spuściła oczy.

– Co z nimi? – Wciąż trzymał jej rękę i czekał.

– Pogryzły mnie – szepnęła.

– Pogryzły? – Zaśmiał się. – A w co, jeśli można spytać?

Podniosła wzrok. Wiedział, że najchętniej wyrwałaby się i uciekła do samochodu, ale nie chciał jej ułatwiać, był ciekawy, co powie.

– W tyłek i…

– I? – Przekręcił głowę, przestał się śmiać. Poczuł, jak jego członek drgnął. Wciągnął głęboko powietrze.

– I chciałabym już jechać.

– To wskakuj. – Puścił ją i otworzył drzwi samochodu, by mogła usiąść.

Zrobiła to pospiesznie. Trzasnął drzwiami, aż podskoczyła, wsiadł i szybko ruszył. Zapatrzyli się w dal. Nie chciał jej do niczego zmuszać. Wydawała się taka nieświadoma, co było zupełnie irracjonalne. Już więcej się nie zatrzymywali, trochę przysypiała, on pogwizdywał. Było ciepło i przyjemnie. Czasem spoglądał na jej twarz otuloną jasnym światłem lata i czuł coś dziwnego. Cieszył się, że była z nim, na jego męskiej wyprawie, która trwała już jakiś czas. Razem mieli spędzić kilka chwil wyrwanych pędzącemu światu. Lubił ją.

Przebudziła się, gdy słońce powoli zjeżdżało za drzewa. Jego promienie leniwie błądziły po polach i wtedy to się stało. Był wielki, brązowy, jego mięśnie tańczyły pod skórą przy każdym ruchu, sierść lśniła w słońcu. Biegł wprost na samochód, a za nim ciągnął się gruby łańcuch. Dawno nie widziała tak pięknego konia. Mężczyzna siedzący obok niej zahamował, szarpnęło nimi. Patrzyła jak zaczarowana. Nie wiedziała, co robić, strach dopadł ją, osaczył i unieruchomił. Bała się, ale było coś magnetyzującego w wyglądzie zwierzęcia. Patrzyła. On szarpał się z jej pasami, chciał je odpiąć, ale chyba nie miał pomysłu, co dalej. Koń nie był głupi, skręcił przed samą maską, ominął samochód i pogalopował w bok. Spojrzała w lewo. Mężczyzna opadł zdyszany na siedzenie, jakby to on biegł, a nie to zwierzę. Poczuła, że drżą jej kolana. Cała drżała. Wyjął papierosy.

– Chcesz? – Wyciągnął paczkę w jej stronę.

– Nie, trzęsą mi się kolana – poinformowała całkiem bez sensu.

Jego spojrzenie automatycznie powędrowało na jej drżące nogi.

– Cholera – jęknął, wysiadł, trzasnął drzwiami i zapalił papierosa.

Ona także wysiadła, okrążyła samochód i stanęła obok niego. Dotykali się ramionami. Cisza, koń gdzieś zniknął. Wokół rozciągała się przestrzeń: pola, łąki i dalej drzewa. Wciąż buzowała w niej mieszanina strachu i podniecenia.

– Co jest za tym lasem? – spytała, przerywając niezręczną ciszę. Patrzyła, jak łapczywie zaciąga się papierosem.

– Cel naszej podróży – mruknął i znów się zaciągnął.

– Skąd wziął się ten koń? – chciała podtrzymać rozmowę.

– Wybiegł z pola. Musiał komuś uciec. Wyrwał się na wolność. – Spojrzał wymownie.