Autostop(y) - Dziesięć opowiadań o wolności - K.B. Ambroziak, Joanna Chudzio, Marta Koton-Czarnecka - ebook
17,07 zł

lub
Opis

Dlaczego lepiej urodzić się lewomózgowym? Jak wiele może zależeć od kropek na kranie? Komu należy zgłaszać potrzeby seksualne? Czy Ironia może być dobrym doradcą? Gdzie serwują beaujolais de żito? Dlaczego żony nie powinny chodzić do muzeum bez mężów? Z czyjego powodu zegar z kukułką milczy co dwanaście godzin? Kiedy należy uśpić tatuaże? Ile palców traci się po rozstaniu z ukochanym? Czy zawsze to na co patrzymy, jest tym co widzimy? I jak to wszystko ma się do wolności?

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi lub dowolnej aplikacji obsługującej format:

EPUB
MOBI

Liczba stron: 318




Copyright © by Chudzio Books 2015.

Copyright © by K.B. Ambroziak, Joanna Chudzio, Marta Koton-Czarnecka, K.A. Kowalewska, Hanka V. Mody, Zuzanna Muszyńska, Magda Niziołek-Kierecka, Gabriela Szczęsna, Dorota Szelezińska, Katja Tomczyk.

Redakcja:

Iwona Łabuda-Bobowska

Korekta:

Iwona Łabuda-Bobowska

Projekt okładki:

Mariusz Słoniewicz

Redakcja techniczna:

Jacek Rogowski

ISBN-978-83-942475-0-8

Chudzio Books

[email protected]

tel. 609 096 018

© Wszystkie prawa zastrzeżone. Żaden fragment niniejszej książki nie może być publikowany ani reprodukowany w jakiejkolwiek formie bez pisemnej zgody wydawcy.

Wstęp

Kiedy pół roku temu, w pewien parny i ciepły wieczór, podczas skandalicznie długiej kąpieli wpadłam na pomysł projektu Wykup Słowo, nie miałam pojęcia, że w jego realizację zaangażuje się tak wiele osób. Nie przypuszczałam także, że samo przedsięwzięcie i późniejsza praca nad antologią zatytułowaną Autostop(y) sprawi autorkom tak wiele radości i przyjemności.

Do współpracy zaprosiłam dziewięć nietuzinkowych osobowości: Klaudię Berenikę Ambroziak, Joannę Chudzio, Martę Koton-Czarnecką, Kasię Kowalewską, Hankę V. Mody, Zuzannę Muszyńską, Magdalenę Niziołek-Kierecką, Gabrielę Szczęsną i Dorotę Szelezińską. Mam nadzieję, że opowiadania zawarte w książce spodobają się zarówno osobom zaangażowanym w gromadzenie funduszy na jej wydanie, jak i tym czytelnikom, którzy o naszej akcji słyszą po raz pierwszy.

Celem naszego eksperymentalnego projektu literackiego było zebranie pieniędzy na publikację antologii opowiadań o wolności. Wspierający, w zamian za dokonanie wpłaty na jednym z portali crowdfundingowych, mieli do dyspozycji katalog nagród, z którego mogli wybrać między innymi słowa, imiona i frazy. Zadaniem autorek było wykorzystanie wykupionych słów w opowiadaniach.

W związku z tym na końcu każdego opowiadania znajdują się tak zwane metryczki, zawierające wykaz słów, imion i fraz użytych w teksach, oraz nazwiska bądź pseudonimy osób wspierających.

Ponadto w opowiadaniach: Biały świerszcz drżał na białym szronie, Futro i Mam na imię Madison występują bohaterowie stworzeni na specjalne życzenie wspierających i według ich sugestii. W opowiadaniach: Mam na imię Madison, Między stopami a także Trup w laboratorium autorki wykreowały postacie na podstawie fotografii wspierających. Z kolei opowiadanie Futro, które jako jedyne poprzedzone jest dedykacją, powstało na specjalne zamówienie i stanowi prezent od córki dla matki.

Na końcu książki znajduje się indeks wykorzystanych w opowiadaniach haseł wraz z nazwiskami bądź pseudonimami wspierających, którzy je wybrali.

W imieniu Autostopowiczek i swoim dziękuję wszystkim osobom, które przyczyniły się do powstania antologii. Zarówno tym, które wsparły projekt finansowo, jak i pozostałym, które pomagały w inny sposób, często wykonując za darmo usługi związane z „produkcją” zbioru. Dziękujemy też naszym patronom medialnym, dzięki którym usłyszało o nas tyle osób. Dziękujemy firmom My Place Cafe i MentalWay, mecenasom Wykup Słowo, którzy sprawili, że uwierzyłyśmy w powodzenie przedsięwzięcia, i którzy przekazali nam pozytywną energię.

Pragnę podziękować dziewczynom za to, że przetrwały tych sześć gorących miesięcy, poświęcając je na pisanie. Teraz już wiemy, że możemy wszystko. Zawsze i wszędzie.

Katja Tomczyk

www.autostopy.com

Paraty

Od czasu badań nad rozszczepionym mózgiem w latach pięćdziesiątych coraz więcej dowodów wskazuje na istnienie osobników o prawo – lub lewomózgowej orientacji behawioralnej. (…) Osobniki przeciwnej płci, ale tej samej „połówkowości”, miały więcej cech wspólnych niż osobniki tej samej płci, ale innej „połówkowości”. Chociaż w ogólnej populacji oba podtypy występowały równie licznie, wyższe wykształcenie i wybór ścieżki zawodowej spowodował ich znaczne rozdzielenie pomiędzy profesjami. „Połówkowość” wydaje się być istotną i obiecującą dziedziną dla ilościowych badań nad behawioralną lateralizacją.

Bruce E. Morton

Frontiers of Psychology (2013)

Nazywam się Miriam Broca, jestem prawomózgowa i od czasu, gdy ukończyłam Penfield, czyli od jakichś siedmiu lat, uczę tu gimnastyki. Jeśli nie mieszkacie przypadkiem w okolicy, to pewnie nigdy o nas nie słyszeliście. Jesteśmy szkołą ogólną, zarówno dla lewomózgowych, jak i prawomózgowych. Co oczywiście wskazuje na to, że nie jesteśmy zbyt dobrą szkołą. Te naprawdę dobre szkoły teraz się specjalizują. Szczerze mówiąc, wbrew temu, co twierdzi nasz dyrektor, doktor Monterosso, w ogóle nie jesteśmy dobrą szkołą. Utrzymujemy zaledwie średni standard: nie mamy tu geniuszy ani prawdziwych talentów. A jednak uczniów nam nie brakuje. W zeszłym roku po raz trzeci od czasu powstania szkoły rozbudowano lewe skrzydło. Lewomózgowych przybywa i ciągle będzie przybywać.

Do Penfield trafiają dzieci z rodzin o średnim statusie. Takich, które mogą pozwolić sobie na dwa samochody, wakacje w Azji i prenatalne badania DNA. Dla nich dziecko lewomózgowe jest najbezpieczniejszym wyjściem. Zawsze znajdzie pracę przy sieciach neuronowych, eksploracji danych czy systemach uczących się. We wszystkich dziedzinach, w których potrzebne są zdolności analityczne i myślenie logiczne. Czyli wszędzie. I tak z roku na rok „lewaków” rodzi się coraz więcej.

W porównaniu z lewym skrzydłem prawe wydaje się teraz śmiesznie małe, karłowate, jakby to ono się skurczyło, a nie tamto drugie rozrosło. Jakby z każdym kolejnym remontem skracano je po kawałeczku. Najpierw wyglądało jak kulawa noga, a teraz jak amputowana kończyna. Nawet jego ceglany mur został pokryty białą farbą niczym bandażem. Po tych wszystkich przebudowach jest teraz o ponad połowę krótsze niż lewe skrzydło. A i tak nie wszystkie pokoje są zapełnione. Prawie całe trzecie piętro stoi puste i w deszczowe dni młodsi uczniowie bawią się tam w chowanego.

Ludzie niechętnie posyłają dzieci prawomózgowe do szkół takich jak nasza. Ci bogatsi w ogóle nie wzięliby tego pod uwagę. Nawet ci średnio zamożni, jeśli kochają swojego „prawaka” (a skoro zdecydowali, że go jednak nie usuną, to pewnie tak jest), prędzej wydadzą ostatni grosz i poślą dziecko do jakiejś porządnej kuźni talentów artystycznych; gdzieś, gdzie zrobią z niego przyszłą gwiazdę albo chociaż wykładowcę uniwersyteckiego. My kształcimy przyszłych nauczycieli plastyki i rytmiki. Dla „prawaków” Penfield to żadna przyszłość.

Jak już wspominałam, sama jestem absolwentką Penfield. Prawomózgową. I uczę gimnastyki. Ale nie myślcie, że się skarżę. To nie jest złe życie, mogłam trafić dużo gorzej. Lubię zarówno swoją pracę, jak i dzieci. Zawsze lubiłam się ruszać. Poza tym nie mogę narzekać na nudę. Dzieci mają teraz coraz więcej zajęć sportowych. Sport ma w końcu zbawienny wpływ na mózg. A mózg jest przecież najważniejszy.

***

W dniu, w którym wszystko się zaczęło, wstałam wyjątkowo późno, może przez deszczową pogodę. Jak każdego ranka, założyłam swój wysłużony czerwony dres i wyszłam, żeby pobiegać. Na podwórku przed szkołą zrobiłam kilka przysiadów i pajacyków. Niebo, szare i ciężkie, opadało nad polem nisko niczym sufit. Pomyślałam, że gdybym wzięła naprawdę długi rozbieg i podskoczyła wystarczająco wysoko, mogłabym go dotknąć. Nie wiedziałam tylko, czy przypominałoby wtedy w dotyku bardziej watę czy beton.

Penfield otaczają pola i lasy, a do najbliższego miasta można dojechać jedynie samochodem, więc raczej rzadko się tam wybieram. Znam za to okolicę jak własną kieszeń. Wciąż jednak wynalezienie trasy, która pozwalałaby przemierzać ją suchą nogą, stanowiło rozrywkę samą w sobie. Szczególnie w listopadzie, gdy nie tylko ziemia, ale nawet rośliny czy drzewa zdawały się rozmywać, rozmiękać, zamieniać w błoto w tym szarym, wilgotnym powietrzu. Przeskakiwałam kałuże, myśląc o tym, że w każdej chwili mogę się poślizgnąć i skręcić nogę w kostce. Oto moja codzienna dawka adrenaliny.

Pokonałam tylko połowę swojego zwykłego dystansu: trzy okrążenia wokół bagien. Na więcej nie miałam czasu. Gdy wróciłam do szkoły, było już po ósmej. Weszłam do jadalni, o tej porze wypełnionej po brzegi, i usiadłam na swoim stałym miejscu, przy stole dla mniej uprzywilejowanych nauczycieli. Rozmawiano, podobnie jak w ciągu paru ostatnich dni, o przedstawieniu planowanym z okazji pięćdziesięciolecia szkoły. Większość uczniów i nauczycieli brała udział w jego przygotowaniu. Ja odpowiadałam za układ choreograficzny. Na plastyce dzieci pod okiem pana Hendricksa robiły dekoracje i kostiumy. Elena, która uczyła literatury, została wybrana na reżysera. Na moje „dzień dobry” machnęła tylko ręką.

– Wszystko już prawie gotowe, a tu teraz taki kłopot.

– Jaki kłopot?

– Nie słyszałaś jeszcze? Pajton zrezygnowała z udziału w przedstawieniu. Trzeba znaleźć kogoś innego do głównej roli. – Elena przewróciła oczami i wydała z siebie cierpiętnicze westchnienie, zupełnie jakby chodziło o hollywoodzką produkcję. Musiała jednak zauważyć nasze kpiące uśmieszki, bo dodała już normalnym tonem: – To oczywiście nie będzie trudne, Pajton nie jest niezastąpiona.

– Niezastąpiona na pewno nie jest ­– stwierdził przytomnie pan Hendricks. – Przecież ona w ogóle nie ma talentu aktorskiego. W końcu jest lewomózgowa. Została wybrana, bo jest najlepszą uczennicą. Po prostu.

– Tylko że czasu zostało tak mało. Jakieś biedne dziecko będzie musiało uczyć się swojego tekstu po nocach…

– Ale dlaczego Pajton zrezygnowała? – przerwałam jej dość niegrzecznie. Bliźniaki to moi ulubieni uczniowie, więc to pytanie nurtowało mnie najbardziej.

– Chodzi oczywiście o Tygrysa – wyjaśniła Elena. – Miał jeden z tych swoich napadów złości. Zresztą, niech pan Hendricks sam opowie. To było na plastyce.

– A co tu dużo mówić? – Pan Hendricks wzruszył ramionami, wyraźnie jednak zadowolony, że może od nowa opowiedzieć całą tę historię.– Chłopak jak zwykle stracił nad sobą kontrolę. Wylał koledze na głowę kubek brudnej wody. Wiecie, tej do mycia pędzli. Tamten nie pozostał mu dłużny. Zanim zdążyłem zainterweniować, obaj tarzali się po ziemi, ubabrani farbą. Gdyby to nie działo się w mojej klasie, powiedziałbym nawet: całkiem ciekawy performance.

Spojrzałam w stronę bliźniaków. Siedzieli jak zawsze razem, ramię w ramię, chociaż należeli do dwóch różnych grup. Tygrys był prawomózgowy i skryty, nie zaliczał się do popularnych uczniów. Pajton, lewomózgowa i bardzo solidna, w przeciwieństwie do niego była niemal powszechnie lubiana, a przy tym zdolna. Zbyt zdolna jak na Penfield. Poradziłaby sobie w lepszej szkole, ale rodzice nie chcieli rozdzielać rodzeństwa.

– O co poszło? – zapytałam.

– Nieważne, o co. Chłopak musi się nauczyć inaczej rozwiązywać swoje problemy. Stanowi zły przykład dla pozostałych i trzeba go jakoś ukarać. Ciągłe stawianie do kąta nic nie daje. Porozmawiałem więc z doktorem Monterosso, zaproponowałem odsunięcie Tygrysa od przedstawienia, a on się ze mną zgodził. – Hendricks relacjonował te wydarzenia tak, jakby opowiadał o swoim największym sukcesie życiowym. Nieważne, że mógłby być moim ojcem, dziadkiem nawet – w tamtej chwili miałam ochotę zetrzeć mu ten pełen zadowolenia uśmiech z twarzy.

– Wracając do meritum – powiedziała Elena. – Pajton postanowiła się wycofać w geście solidarności z bratem.

Ja też postanowiłam się wycofać, nie tyle w geście solidarności, co z obawy przed utratą kontroli. Wstałam od stołu, mamrocząc: „przepraszam”, i zeszłam do kuchni.

Aśmardanut skończyła wydawać dzieciom śniadanie (jajka, bekon, pomidory, tosty) i sama usiadła do posiłku złożonego z cienkich placków i warzywnego curry. Jadła palcami prawej dłoni, lewą trzymając płasko na kolanach. Jej paznokcie i koniuszki palców zawsze były zabarwione na żółto. Właściwie jej imię tak naprawdę brzmiało nieco inaczej, ale ja nauczyłam się je wymawiać „Aśmardanut”. Ona, z początku przez grzeczność, mnie nie poprawiała, aż w końcu obie przywykłyśmy i tak już zostało. Najczęściej jednak nazywałam ją po prostu „Aś” lub „Aśmar”. Przyjechała z Indii dopiero kilka lat temu. Była jeszcze dość młoda, korpulentna, o szerokich biodrach i krągłych ramionach. Pochodziła z biednej rodziny, której nie stać było na badania DNA. W Indiach nikt nie przejmował się tymi setkami milionów ludzi o nieokreślonej lateralizacji, dopóki siedzieli w kraju. Dopiero przy przekraczaniu granicy wymagane były odpowiednie dokumenty. Na szczęście na bazarze w Bombaju papiery zaświadczające o orientacji prawomózgowej kosztowały tyle, co kiść bananów.

Nalałam sobie kawy z dzbanka na kuchence i usiadłam przy stole. Aśmardanut spojrzała na mnie karcąco. Na początku, gdy jej jeszcze dobrze nie znałam, robiła wrażenie nieśmiałej, a w każdym razie zdystansowanej. Kiedy się jednak zaprzyjaźniłyśmy, zobaczyłam, że potrafi być bardzo bezpośrednia.

– Znowu nie jesz! – Pogroziła mi pulchnym palcem.

– Nie mam apetytu.

– Nie rozumiem tego – tyle się ruszasz i nie masz apetytu? Ja tylko się przejdę do lasu i zaraz wracam głodna. Może jesteś chora?

– Raczej nie.

– Raczej tak. Jesteś prawie zielona na twarzy. To przez te miazmaty na bagnach.

– Miazmaty?

– Nawdychałaś się zgnilizny. Za często tam chodzisz. I masz wyziębiony organizm. Powinnaś jeść inne rzeczy: ciepłe dania, ostrzejsze przyprawy, dużo imbiru. – Wskazała stojący na kuchence garnek z curry. – Ale nie! Monterosso każe was karmić warzywami gotowanymi na parze. I potem rosną takie mimozy.

– Mimozy? – Aśmardanut najwyraźniej uczyła się języka, czytając dziewiętnastowieczną literaturę. Ale miała rację. Potrawy, które przyrządzała dla siebie, wydawały mi się zawsze ciekawsze niż te, którymi, zgodnie z rozporządzeniem doktora Monterosso, karmiła dzieci. – Nieważne, nie jestem chora, tylko zdenerwowana. Monterosso odsunął Tygrysa od przedstawienia.

– Tygrys znowu coś przeskrobał?

– Pobił się z innym uczniem.

Aśmardanut pokiwała ze smutkiem głową.

– Nie wiem, jak to skomentować. – Nawet jej czasem brakowało słów.

– Na pewno nie można go nazwać mimozą.

– To fakt.

W tym momencie usłyszałyśmy samochód na podjeździe.

– Dostawca? – zapytałam.

– Nie dziś.

– Może ktoś z rodziców?

Czasami zjawiali się niespodziewanie, chociaż najczęściej trzymali się wyznaczonych dni odwiedzin.

Aśmardanut wzruszyła ramionami i wróciła do swojego curry. Rozejrzałam się za czymś, co mogłoby posłużyć za drabinę. Kuchnia mieściła się w piwnicy, ale przez wąskie okna pod sufitem można było wyjrzeć na podwórze przed szkołą. Stanęłam na palcach na krześle i podciągnęłam się do krat. Zobaczyłam samochód i starszego mężczyznę w szarym swetrze, wyjmującego walizki z bagażnika. W sposobie, w jaki to robił, było coś rutynowego: nie patrzył na budynek, nie wydawał się zainteresowany niczym poza samochodem. Domyśliłam się więc, że to taksówkarz. Pasażera nie było nigdzie widać. Za to ktoś stał poza zasięgiem mojego wzroku (prawdopodobnie w drzwiach) i rozmawiał z doktorem Monterosso.

– Dostanę tu jakieś śniadanie?– Zdołałam usłyszeć tylko tyle. Po chwili zobaczyłam, jak ze schodów zbiega wysoki chłopak z jasnymi włosami. To był syn doktora, Florian. Flo. Wziął walizki i razem z ojcem wszedł do budynku.

Florian nie uczył się w Penfield. Monterosso posłał go oczywiście do lepszej szkoły, wyspecjalizowanej w nauczaniu lewomózgowych. Potem Florian dostał się na uniwersytet, gdzie studiował sztuczną inteligencję –najbardziej popularny kierunek. Odwiedzał jednak Penfield regularnie, głównie w lecie, żeby spędzić trochę czasu z ojcem. Poza nim nie miał nikogo, pani Monterosso zmarła, gdy Florian był mały. Zdarzało się, że wyjeżdżali gdzieś razem, ojciec i syn, jednak nigdy na dłużej niż tydzień, bo Monterosso nie lubił spuszczać szkoły z oka. Część wakacji Florian spędzał więc zawsze w Penfield. Wyjątkiem były dwa ostatnie lata, kiedy zaczął studiować, stał się dorosły i, jak myślę, wolał podróżować po świecie, niż siedzieć tutaj z nami.

Zeszłam z krzesła i odstawiłam je na miejsce. Aśmardanut posłała mi pytające spojrzenie.

– Florian– powiedziałam.

– Teraz? W listopadzie?

– No właśnie.

Wyszłam z kuchni i udałam się z powrotem na górę. Gdy przechodziłam koło stołów, przy których jedli uczniowie, ktoś złapał mnie za rękaw. Odwróciłam się i zobaczyłam uśmiechniętą twarz Pajton.

– Przyjechał hrabia von Monterosso – powiedziała radośnie.

Miałam ochotę pogłaskać ją po włosach, ale nie chciałam robić tego przy innych dzieciach, więc tylko położyłam jej rękę na ramieniu.

– Wiem.

Wróciłam na swoje miejsce. Tymczasem do stołu dyrektora, gdzie siedzieli też najważniejsi nauczyciele, dostawiono krzesło dla Floriana. Nie widziałam go od zeszłych świąt i wydawało mi się teraz, że zaszła w nim jakaś zmiana, choć nie umiałam powiedzieć, na czym ona polegała. Wpatrywałam się w niego, próbując nawiązać kontakt wzrokowy, ale zupełnie nie zwracał na mnie uwagi. Nadal nie byłam głodna, ale nie chciałam siedzieć bezczynnie, więc poprosiłam pana Hendricksa, żeby podał mi mleko. Dla poprawienia atmosfery porozmawialiśmy chwilę o pasteryzacji i o tym, czy w ogóle powinno się pić mleko, czy też nie, przy czym ja uważałam, że tak, a pan Hendricks starał się przekonać mnie, że to samobójstwo. Obiecałam przerzucić się na jogurt i rozmowa utknęła w martwym punkcie.

Nagle poczułam delikatne uderzenie w ucho. Jakiś mały przedmiot odbił się od mojej głowy i upadł mi na kolana. Była to kulka uformowana z kawałka chleba. Zanim zdążyłam się rozejrzeć, kolejna, taka sama, wylądowała w mojej misce z płatkami. Spojrzałam w stronę Floriana. Pochylał się w skupieniu nad swoim talerzem, jednak jego twarz rozświetlał uśmiech, który dobrze znałam.

***

Nic nie zakłóciło normalnego rytmu dnia. Po śniadaniu prowadziłam gimnastykę korekcyjną dla dzieci, u których szkolna pielęgniarka stwierdziła lordozę, skoliozę lub kifozę. W tym czasie delikatna mżawka zmieniła się w rzęsistą ulewę. Popołudnie wypełniły więc zajęcia w sali gimnastycznej: skoki przez kozła, rzuty piłką lekarską, ćwiczenia na drabinkach, przewroty wprzód i w tył. Gdy przyszedł czas na układ choreograficzny do przedstawienia, w grupie, która przybyła na zajęcia, brakowało Tygrysa. Wysłałam jednego z uczniów, by go przyprowadził.

Tygrys stanął niepewnie w drzwiach. Był drobny, dopiero wyrastający z dziecięcości. Jeszcze nie tak niezgrabny, jak mógł wkrótce się stać. Jego ciemne oczy spoglądały na mnie pytająco, nieco zadziornie, ale nie w ten charakterystyczny, wyzywający sposób, w jaki patrzyły na większość nauczycieli.

– Chodź. – Wyciągnęłam do niego rękę. – Dołączysz do reszty.

– Doktor Monterosso mi zabronił.

Chciałam powiedzieć: „Załatwię to”, ale nie mogłam przecież niczego obiecać.

– Ja cię nie zwalniałam z zajęć. Proszę, dołącz do grupy.

W pierwszej wolnej chwili zapukałam do gabinetu dyrektora. Usłyszałam niewyraźną odpowiedź i weszłam do środka. Monterosso siedział za biurkiem, ale nie był sam. Przy oknie, odwrócony tyłem do wejścia, stał Florian. Nie zareagował na moje wtargnięcie.

– Przecież kazałem czekać – powiedział Monterosso.

Zaczęłam się wycofywać i już zamykałam za sobą drzwi, gdy zmienił zdanie. Przywołał mnie gestem dłoni i uśmiechnął się przyjaźnie.

– Miriam, wróć. O co chodzi?

Doktor Monterosso był wysokim, szczupłym mężczyzną o ostrych rysach, gęstych brwiach i lekko odstających uszach. Włosy miał już znacznie przerzedzone. Prawdopodobnie nigdy, nawet w młodości, nie był uznawany za szczególnie przystojnego (Florian wdał się w matkę). Zwracał się do wszystkich tym samym cierpliwym tonem, w którym pobrzmiewała jednak pewna nuta irytacji. Nigdy nie widziałam go porządnie rozgniewanego, ale ciągle towarzyszyło mi poczucie, że jakimś słowem lub gestem mogę go rozdrażnić. Nie chciałam jednak pozwolić, by ta obawa mnie powstrzymała. Nie tym razem. Sprawa była zbyt ważna.

– Chodzi o Tygrysa. A dokładniej o jego karę.

– Tak? – Wciąż się uśmiechał, ale w jego głosie słychać było zmęczenie.

– Zabroniono mu udziału w przedstawieniu.

– Wiem o tym, Miriam. – Znów ten miękki ton. Czułam, że dyskusja będzie jałowa, ale musiałam chociaż spróbować.

– Moim zdaniem to nie jest dobry pomysł. Powinien pan jeszcze raz wszystko przemyśleć.

– Słucham? – Teraz Monterosso zareagował tak, jakbym właśnie poprosiła, żeby mianował mnie wicedyrektorką szkoły – rozbawieniem. – Czy ty się przypadkiem nie zapominasz?

– Wiem, że to, co zrobił, było… Zachował się źle. Ale taka kara tylko pogorszy sprawę. Tygrys ma problemy z przystosowaniem się. Dzieci go nie lubią…

– I nie będą go lubiły, jeśli nie zmieni swojego zachowania.

– Ale odsunięcie go od przedstawienia sprawi, że zostanie jeszcze bardziej odseparowany od grupy.

– Nie chodzi o to, by kogokolwiek alienować. Każde działanie jednak pociąga za sobą konsekwencje i Tygrys musi nauczyć się je przewidywać. Dla swojego własnego dobra.

Florian, który w czasie tej krótkiej wymiany zdań stał cały czas wpatrzony w krajobraz za oknem, oderwał od niego na chwilę wzrok i spojrzał wreszcie w moją stronę. Miał zaczerwienione i nieco zapuchnięte oczy, ale przewrócił nimi komicznie, po czym poruszył ustami, bezgłośnie powtarzając za ojcem: „dla swojego własnego dobra”.

– Uważam, że to zbyt surowe podejście– zaprotestowałam.

– Brak dyscypliny prowadzi do zaniku samokontroli. Jest to szczególnie widoczne w przypadku dzieci prawomózgowych.

– Ale można wymyślić jakąś inną karę!

– Miriam, już ci wyjaśniłem swoje stanowisko. Nie każ mi się powtarzać. – Monterosso wstał od biurka. Gdy szedł w moją stronę, odruchowo zrobiłam krok do tyłu. Kiwnął z aprobatą głową, wziął mnie pod ramię i wyprowadził z gabinetu.

***

Florian zajął jeden z pokoi na pustym piętrze prawego skrzydła. Zgodnie z własnym życzeniem. Podobno potrzebował ciszy i spokoju, żeby skupić się na nauce. Dlaczego nie mógł robić tego u siebie, na uczelni? Tego nie wiedziałam. Wkrótce jednak w Penfield rozeszły się plotki, że został zawieszony w prawach studenta, i szybko zaczęto spekulować na ten temat. Mówiono o niemoralnym prowadzeniu się, nielegalnych substancjach, a nawet o napaści na wykładowcę.

Bardzo chciałam wiedzieć, ile prawdy jest w tych pogłoskach. Jednak przez pierwszych kilka dni od przyjazdu Floriana nie udało mi się z nim porozmawiać. Nie widziałam go w trakcie posiłków. Wszystkie informacje docierały do mnie z drugiej ręki, głównie od Aśmardanut. „Flo zjadł dziś dwie miski kurczaka w sosie tandoori”, „Ugotowałam dziś specjalnie ser ze szpinakiem, bo Flo go uwielbia”, „Flo uważa, że moje samosy są najlepszym lekarstwem na brzydką pogodę”. Przez pewien czas musiało mi to wystarczyć.

Deszcz nie przestawał padać i wszystkie zajęcia prowadziłam w sali gimnastycznej. W przerwach chodziłam po korytarzach, pilnując, by uczniowie nie robili niczego nierozsądnego. W trakcie jednego z takich obchodów natknęłam się w końcu na Floriana. Siedział akurat na parapecie w towarzystwie bliźniaków. Cała trójka zdawała się być w bardzo dobrym nastroju.

– O czym rozmawiacie? – zapytałam, starając się uniknąć w moim głosie tonu policjanta na patrolu. Na szczęście nie wyglądali na szczególnie zbitych z tropu. Florian wydawał się nawet zadowolony, że mnie widzi. Patrzył mi w oczy tak intensywnie, że musiałam w końcu spuścić wzrok.

– Opowiadam im o takim jednym pacjencie – powiedział.

– Podzielili mu mózg na dwie połówki – dodał Tygrys.

– Mózg jest już podzielony na dwie połówki – zauważyłam. – Przecież wiecie.

– No tak, ale przecięli mu w ten sposób, że te połówki nie mogły się ze sobą komunikować – wyjaśniła Pajton.

– Aha, teraz rozumiem. I co się z nim stało?

– Dziwne rzeczy. Pokazali mu na przykład dwa obrazki: z prawej strony kurę, z lewej śnieg. Tak, że jednym okiem widział jedno, a drugim drugie. Lewa połowa mózgu przetwarzała więc kurę, a prawa śnieg. I gdy spytali go, co widzi, to powiedział, że… Nie znasz tej historii?

Pokręciłam głową i mruknęłam w sposób mogący oznaczać cokolwiek.

– No dobra, to opowiadam dalej. Gdy spytali go, co widzi, to powiedział, że kurę. Ale czekaj! Potem dali mu różne przedmioty i kazali wybrać jeden, który najbardziej kojarzy mu się z tym obrazkiem, co widział poprzednio. I lewą ręką sięgnął po łopatę. Rozumiesz, jak do odśnieżania. Prawda? I kazali mu wytłumaczyć, dlaczego wybrał akurat łopatę. A on na to…

– Czekaj! Ja powiem – przerwał jej Tygrys. – A on na to: „żeby sprzątać kurze gówna”. Ha, ha, ha! – bliźniaki wybuchnęły śmiechem.

– No, cóż… Może rzeczywiście tak było – powiedziałam ostrożnie. Nie rozumiałam, co ich tak bawi, ale podejrzewałam, że Tygrys uznałby każdą historię o kurzych gównach za śmieszną.

– To był tylko jeden z przykładów. Chodzi o to, że lewa półkula mózgu jest odpowiedzialna za mowę, a prawa jest… no, cóż… – niema. Ale kontroluje połowę ciała – wytłumaczył mi Florian. – Po przecięciu spoidła wielkiego inna część mózgu jest odpowiedzialna za mówienie, a inna za czynności wykonywane lewą stroną ciała. W dużym uproszczeniu oczywiście.

– Czyli co? Mówił jedno, a robił drugie? Wygląda na to, że niewielu ma jeszcze to spoidło.

– Ha, ha! – zaśmiał się wspaniałomyślnie Florian. – Celna uwaga. Ale w jego przypadku to nie było kłamstwo, tylko konfabulacja. Bo on naprawdę wierzył w swoje wyjaśnienia.

– No, to podobno też się często zdarza. – Wymęczyła mnie ta opowieść i zaczynałam się powoli irytować. Na szczęście Florian tego nie zauważył.

– Żartujesz sobie, a według mnie ta historia niesie piękne przesłanie – powiedział.

– Tak myślisz?

– Tak – potwierdził zdecydowanie, po czym zwrócił się do bliźniaków, które wydawały się zdezorientowane i chyba przestały już śledzić naszą rozmowę. – Chodzi o to, że gdy funkcjonujemy oddzielnie, nie widzimy rzeczy takimi, jakimi są naprawdę. Nie rozumiemy do końca ani świata, ani własnych działań. Potrzebujemy siebie nawzajem właśnie dlatego, że jesteśmy różni. Dopiero razem tworzymy całość.

Tygrys pomyślał chwilę, po czym zawołał:

– Jak ja i Pajton?

– Właśnie tak.– Florian spojrzał na mnie z uśmiechem. – Słuchajcie, mam pomysł. Co byście powiedzieli na to, gdybyśmy urządzili własne przedstawienie?

– Sami? – spytał Tygrys z niedowierzaniem.

– Możemy spróbować sami lub poprosić kogoś o pomoc. Na przykład waszych kolegów – widząc jednak niechęć na twarzy chłopca, dodał: – albo Aśmardanut.

Nie sądziłam, żeby ten pomysł miał cokolwiek rozwiązać, skoro głównym problemem było odsunięcie się innych uczniów od bliźniaków. Dzieci jednak wydawały się zadowolone.

– Ale jaką sztukę wybierzemy? – zapytała Pajton.

– A co byś chciała? Szekspira?

– Hrabiego von Monterosso – odpowiedziała nieśmiało, zerkając w stronę Floriana.

– Ha, ha, fantastyczny pomysł! – roześmiał się szczerze, słysząc swój pseudonim, który zresztą sam kiedyś wymyślił, choć już pewnie dawno o nim zapomniał. Dwa lata temu, tuż przed wyjazdem na uniwersytet, spędził w Penfield dwa długie deszczowe tygodnie, podczas których oddawał się namiętnie pisaniu wierszy i sztuk. – Wystawimy słynne dzieło hrabiego von Monterosso Przygody księżniczki Rosetty w kosmosie. Na strychu na pewno znajdzie się jeszcze jakiś egzemplarz.

Wszyscy zgodnie uznaliśmy, że to wspaniały pomysł i naprawdę może się udać.

***

Jeszcze tego samego dnia wieczorem poszliśmy z Florianem na strych. Stały tam pudła wypełnione papierami, będącymi pozostałością po dawnych uczniach i nauczycielach. Wiedziałam, że są w nich stare zeszyty, notatki, przestarzałe podręczniki i pożółkłe numery dziennika „Kalokagatia”, bo sama kiedyś pomagałam to wszystko pakować. Duża część pochodziła z lewego skrzydła i została tu przeniesiona w trakcie remontu. Florian podszedł do dużej, zdobionej szafy w rogu. Była zamknięta, ale wyjął z kieszeni klucz. Wewnątrz również stały kartony i mniejsze pudła.

– To w większości rzeczy mojej matki. Głównie książki. Parę lat temu próbowałem nawet je czytać. Chociaż nie wszystkie mi się podobały. Wiesz, że była prawomózgowa? Moja matka. W każdym razie moje gryzmoły też powinny gdzieś tu być. Chyba na wierzchu.

– Dobra, w takim razie zaczynamy. – Wyjęłam z szafy kilka pudeł i postawiłam na stole obok, żeby łatwiej mi było je przeglądać. W pierwszym kartonie, który otworzyłam, znalazłam małe, drewniane pudełko pomalowane w różyczki. – Mogę? – spytałam.

– Oczywiście – powiedział Florian – nie krępuj się.

W środku były kartki ze zdjęciami różnych miejsc, często słynnych. Część z nich rozpoznałam: wieżę w Paryżu, oczywiście Londyńskie Oko, Statuę Wolności. Ale było też kilka pocztówek, które wyglądały bardzo egzotycznie. Na jednej z nich zobaczyłam rzeźbę linoskoczka przechodzącego po rozciągniętej nad rzeką linie. Była prawie niewidoczna i wyglądało to tak, jakby mężczyzna unosił się w powietrzu. Na tle wody widniało hasło: Bydgoszcz – dwie rzeki, wiele serc. Nie wiedziałam, gdzie leży Bydgoszcz, ale wyobraziłam sobie mieszkańców tego miasta, jak balansują na niewidzialnych linach, by przedostać się z jednego brzegu na drugi. Na innej kartce widać było morską zatokę w jakimś południowym kraju. Paraty – przeczytałam na odwrocie.

Wszystkie te pocztówki były wyblakłe i miały z tyłu ślady po taśmie klejącej. Widocznie ktoś trzymał je na ścianie; może nad łóżkiem albo nad biurkiem. Większość była niezapisana, niektóre zawierały jednak krótkie wiadomości: Pozdrowienia z wakacji!, Tęsknimy! Mama i tata. Nigdy nie dostałam takiej kartki. Nie tylko dlatego, że wyszły z użycia na długo przed moim urodzeniem. Po prostu nie było chyba nikogo, kto zadałby sobie trud, by powiedzieć mi: „Szkoda, że cię tu nie ma”.

Rozłożyłam kartki na pudle, jedną koło drugiej. Florian podszedł i zajrzał mi przez ramię.

– Dokąd byś chciała pojechać? Do Londynu? Paryża? – zapytał.

– Dalej. – Nie byłam wcale pewna, czy to prawda, ale wolałam pokazać, że mam w sobie ducha przygody.

– A może tu? Paraty. To w Brazylii.

Spojrzałam jeszcze raz na pocztówkę z zatoką. Morze, górskie szczyty i niebo zlewały się ze sobą. Ten, nieco wyblakły już, błękit przecinał a tylko biała linia domów o czerwonych dachach. W rzeczywistości kolory musiały być bardzo intensywne. Tu i ówdzie widać było wysokie, zielone palmy. Pomyślałam, że pewnie jest tam zupełnie inaczej niż u nas.

– Piękne miejsce.

– Prawda? – ożywił się. – Mógłbym tam zamieszkać. Nawet na stałe. Ale wziąłbym cię ze sobą, nie martw się.

– I co byśmy tam robili?

– W dzień spali albo wygrzewali się w słońcu, a w nocy pływali w morzu. Oprócz tego różne inne rzeczy… – Florian wciąż stał za moimi plecami, bardzo blisko. Tak blisko, że twarzą prawie dotykał moich włosów.

– Aha, tak… no właśnie, tego się spodziewałam – zaczęłam wyrzucać z siebie wszystko, co tylko przyszło mi do głowy – to znaczy tego lenistwa, spania w dzień. Pasuje do tego, co o tobie mówią.

– A co o mnie mówią?

– Co mówią? – Poczułam, że muszę przełknąć ślinę, i z jakiegoś powodu bardzo mnie to zirytowało. A może zawstydziło. – No, że masz problemy na studiach, bo nie przykładasz się do nauki. Tak ogólnie – że jesteś zdolny, ale leniwy. Tego typu rzeczy.

– Aha. Leniwy… – Florian odsunął się ode mnie i wrócił do przeglądania pudeł.

– Coś nie tak?

– Wszystko w porządku. – Wzruszył ramionami.

Pracowaliśmy chwilę w ciszy. W końcu Florian znalazł to, czego szukał.

– O, jest! – Pokazał mi pognieciony zeszyt koloru wyblakłej zieleni. – Dzielna Rosetta podróżuje w czasie i przestrzeni w poszukiwaniu idealnego porno. Towarzyszą jej dwie małpy…

– Porno?

– Zaczekaj. Towarzyszą jej dwie małpy, osioł i trzygłowy potwór Philaes. W osiemdziesiąt dni i nocy cała drużyna przemierza wszechświat w statku kosmicznym „Bułgarski Psotnik”.

– Oszalałeś? Nie dasz tego chyba dzieciom do czytania?

– Dlaczego? Wytniemy niestosowne momenty. Nie musimy na przykład wspominać o tym, że „Bułgarski Psotnik” miał kształt gigantycznego... Oho, widzę, że już się zainteresowałaś.

– Chciałbyś. – Próbowałam ukryć zmieszanie, grzebiąc bez sensu w kolejnym pudle. –A zostanie cokolwiek, gdy wyrzucimy momenty?

– Pewnie.– Florian przerzucił kartki. – Najwyżej się dopisze. Zamiast porno damy pierścień, kamień filozoficzny, złote runo. Coś wymyślimy.

– Napisz, co chcesz. Tylko żadnego porno!

– Żadnych gigantycznych penisów? Żadnych międzygatunkowych trójkątów?

– A jak myślisz?

– Szkoda. Ale przyznasz, że miałem fantazję?

– Jak każdy napalony nastolatek.

– Jakoś trzeba sobie radzić. A skoro już o tym rozmawiamy, to może chcesz przeczytać w całości nieocenzurowaną wersję? Nie masz tutaj chyba zbyt wielu rozrywek. – Florian zrobił kilka kroków w moją stronę.

Nie odpowiedziałam, tylko wzięłam ze stołu brazylijską pocztówkę i zaczęłam obracać ją w dłoniach, miętosić i wyginać, póki Florian nie podszedł i nie wyjął mi jej z rąk.

– Skoro już mamy ten tekst, to chyba możemy wracać? – zapytałam.

– Jasne.

Zaczęliśmy porządkować papiery i odkładać pudła na miejsce, gdy Florianowi przyszło coś do głowy.

– Jest jeszcze jedna rzecz, której chciałem poszukać. Była tu gdzieś książka o filmie i teatrze. Nie czytałem jej, ale może dzieciakom się spodoba. – Zajrzał do szafy. Po chwili dodał: – Matka chciała być aktorką.

Słyszałam o tym wcześniej. Kiedyś oglądałyśmy nawet z Eleną film, w którym grała pani Monterosso. Wyglądała bardzo pięknie i zwracała na siebie uwagę, mimo epizodycznej roli. Była to bardzo artystyczna produkcja, pełna długich ujęć, improwizowanych dialogów i „najazdów na detal” (jak wyjaśniła mi Elena). Film nigdy nie wszedł do szerokiej dystrybucji, chociaż pokazali go na kilku festiwalach. Nie byłam pewna, czy Florian chce o tym rozmawiać.

– Na pewno zrobiłaby karierę, gdyby nie ten wypadek – zaryzykowałam. – Była taka młoda.

Skinął tylko głową w milczeniu i szukał dalej.

– To chyba ta – powiedział w końcu. – Myślisz, że może się przydać?

Podał mi książkę, a ja zaczęłam ją przeglądać. Było w niej dużo zdjęć i wskazówek na temat tego, jak skomponować kadr, ustawić światło i kamerę.

– Nie wiem – odpowiedziałam szczerze. – Wydaje się bardzo techniczna.

Gdy czytałam jej opis na tylnej okładce, ze środka wypadła jakaś kartka i powoli sfrunęła na podłogę. Najpierw pomyślałam, że oderwała się od książki, która wyglądała na dość starą i miała prawo się sypać. Po chwili zauważyłam jednak, że jest to raczej kopia jakiegoś dokumentu. Florian podniósł ją i przebiegł wzrokiem po tekście.

– Co to? – spytałam. Przez dłuższą chwilę nie odpowiadał, spróbowałam więc jeszcze raz: – Florian? Co jest?

Spojrzał na mnie, ale tak, jakby w ogóle mnie nie widział. Potem odwrócił się i zbiegł po schodach.

***

Korytarze były puste, a światła w pokojach pogaszone. Spędziliśmy na strychu sporo czasu. Uczniowie dawno położyli się już spać. Wróciłam do siebie i poszłam prosto do łóżka, myśląc o tym, że może rano coś się wyjaśni. Sen długo jednak nie nadchodził. Przewracałam się z boku na bok, analizując wydarzenia z całego dnia, różne drobne gesty, nasze rozmowy. Zasypiając, myślałam o statkach kosmicznych.

Następnego ranka nigdzie nie mogłam znaleźć Floriana. Na początku jeszcze udawałam, że wcale go nie szukam. Nie chciałam się zbytnio narzucać. W końcu jednak zajrzałam do kuchni.

– Nie wiesz, gdzie jest Florian? – zapytałam Aśmardanut.

– Pokłócił się z ojcem i wyjechał – powiedziała, nie odrywając się od gotowania.

Nigdy nie rozumiałam, jak to możliwe, że Aśmardanut wiedziała wszystko o wszystkich, skoro nigdy nie wychodziła z kuchni. Jakimś jednak cudem znała zawsze najnowsze plotki.

– Kiedy to było?

– Nad ranem.

– A skąd wiesz, że wyjechał? Może po prostu wybrał się na wycieczkę do miasta.

– Mogło być i tak – przyznała Aśmardanut. – Niemniej jednak wydawał się niezwykle wzburzony i krzyczał: „Moja noga nigdy więcej nie postanie w tym domu!”.

Spojrzałam na nią z powątpiewaniem, więc dodała:

– Możliwe, że ujął to jakoś prościej, na przykład: „Nigdy już tu nie wrócę”, ale sens był właśnie taki.

– O co się pokłócili?

– A tego to ci już nie powiem.

Wiedziałam, że miało to związek z tamtym dokumentem, i zastanawiałam się, czy nie poruszyć tej kwestii, kiedy do kuchni weszła Elena.

– Miriam, wiedziałam, że cię tu znajdę. Monterosso cię szuka.

Właściwie nigdy nie zdarzało się, żeby doktor chciał rozmawiać ze mną poza wyznaczonymi spotkaniami, wypadającymi raz w miesiącu. Poczułam dreszcz biegnący wzdłuż kręgosłupa. Wymieniłyśmy z Aśmardanut spojrzenia. Jej mówiło: „Ty coś ukrywasz”, moje: „Później ci wszystko opowiem”.

Poszłam na górę do gabinetu. Drzwi były otwarte. Monterosso czekał na mnie, stojąc oparty o stolik w rogu. Wydawał się bardzo zmęczony.

– Miriam, usiądź. – Wskazał mi krzesło przy biurku.

Usiadłam. Przyglądał mi się przez chwilę tak, jakby mnie widział po raz pierwszy.

– Napijesz się herbaty? Właśnie zaparzyłem dla siebie.

– Nie, dziękuję.

Monterosso sięgnął po porcelanowy imbryk, nalał herbaty do dwóch filiżanek i jedną z nich postawił przede mną. Potem usiadł w swoim fotelu po drugiej stronie biurka.

– Przeglądałem rano dzisiejsze wydanie „Kalokagatii” i co zobaczyłem na trzeciej stronie? – Rozłożył gazetę i zaczął czytać: – Prawie dziewięćdziesiąt procent badanych wolałoby, żeby ich dziecko było homoseksualne, niż żeby związało się z osobą prawomózgową bez szczególnego statusu. Dla większości ludzi lateralizacja jest ważniejsza niż orientacja seksualna, płeć, wiek czy narodowość. – Odłożył gazetę i sięgnął po swoją filiżankę. Upił łyk. Zrobiłam to samo. – Prawomózgowym trudniej znaleźć nie tylko pracę, ale też partnera. Nikt przecież nie chce mieć na głowie pasożyta. W takim związku jest też trudniej o normalne dziecko. Do tego prawomózgowi są bardziej podatni na różnego rodzaju choroby psychiczne. Chyba to rozumiesz? – Odstawił filiżankę na stół i spojrzał mi w oczy. Nie wiem, co w nich wyczytał, ale nagle się uśmiechnął. – Mam nadzieję, że nie bierzesz tego wszystkiego do siebie, Miriam. To nic osobistego. Po prostu czasy są ciężkie. A będzie tylko gorzej. Ale ty nie masz się czym martwić. Ile masz lat? Dwadzieścia osiem? Trzydzieści?

– Dwadzieścia pięć.

– Powinnaś więcej sypiać. W każdym razie jesteś jeszcze młoda, dasz sobie radę.

– Nie rozumiem.

– Lubisz Penfield, prawda, Miriam?

– Oczywiście.

– My ciebie też tutaj bardzo lubimy. I doceniamy to, co robisz dla dzieci, jak wiele z siebie dajesz, jak się angażujesz. – Uśmiechnął się wielkodusznie. Na początku naszej rozmowy wydawał się spięty, poszarzały. Teraz odżył, jakby pozbył się uporczywego problemu. Dopił swoją herbatę bez pośpiechu. – Jeszcze jedna sprawa. Przemyślałem to, co powiedziałaś na temat kary dla Tygrysa, i uznałem, że miałaś rację. Możesz mu sama o tym powiedzieć. Albo lepiej… Wiesz co? Przyślij go do mnie po lunchu.

Nigdy w życiu nie czułam się tak zdezorientowana. Została mi godzina do następnych zajęć z dziećmi. Mogłam iść do Aśmardanut i porozmawiać z nią. Wyżalić się. Powiedzieć, że zupełnie nie wiem, co się dzieje. W końcu jednak poszłam do swojego pokoju, przebrałam się i wybiegłam na deszcz. Drugi raz tego samego dnia zrobiłam wszystkich sześć okrążeń. Po treningu byłam zupełnie wyczerpana.

***

Minęły dwa tygodnie. Przygotowania do obchodów pięćdziesiątej rocznicy istnienia szkoły przebiegały bez zakłóceń. Tygrys został przywrócony do przedstawienia. Naturalnie w tej sytuacji Pajton również zdecydowała się wziąć w nim udział, chociaż nie mogła grać głównej roli, która przypadła już komuś innemu. Tańczyła jednak razem z bratem w pierwszym rzędzie. A ja cieszyłam się, widząc, jak dobrze się bawią na próbach. Wyjaśniłam im też, że wystawienie Rosetty musimy przełożyć na inny termin ze względu na nagły wyjazd Floriana. Nie chciałam ich okłamywać, chociaż swoją drogą mogła to być przecież prawda – Florian mógł się znowu pojawić. Przyznam, że trochę na to czekałam.

Deszcz przestał w końcu padać. Przyszły przymrozki. W dniu przedstawienia spadł pierwszy śnieg, a Florian nagle wrócił.

Dzieciaki biegały po podwórku, starając się łapać na języki płatki śniegu. Nie było go jeszcze wystarczająco dużo, by ulepić bałwana czy urządzić bitwę na śnieżki, więc ta prosta zabawa musiała im na razie wystarczyć. Mieliśmy już wracać do szkoły na lunch, gdy zobaczyłam, że ktoś stoi przy płocie.

– Musimy porozmawiać – powiedział Florian, zanim zdążyłam się zdziwić – ale nie tutaj, gdzieś na osobności.

Poczułam się jak w filmie szpiegowskim. Nie mogłam teraz zostawić dzieci, ale obiecałam spotkać się z Florianem w czasie lunchu.

Gdy wszyscy już jedli, wyszłam ze szkoły. Ruszyliśmy oboje w stronę wzgórza. W powietrzu unosił się zapach świeżego śniegu. Ziemia była zamarznięta, skrzypiała pod naszymi stopami. Florian prawie biegł, był kilka kroków przede mną. Dotarliśmy do lasu i usiedliśmy na pniu zwalonego drzewa.

– Tak bardzo chciałem z tobą porozmawiać – mówił szybko, nerwowo. – Jest tyle rzeczy, o których po prostu muszę komuś powiedzieć.

– Mnie możesz – potwierdziłam.

– Tak właśnie czułem. Czasami wyobrażam sobie, że z tobą rozmawiam. Właśnie z tobą. Wiem, jak to brzmi, ale… – Obrócił się w moją stronę, tak że nasze kolana zetknęły się ze sobą. Nie odsunęłam się. – Rozmawiam z tobą w myślach, gdy chcę sobie różne rzeczy rozjaśnić w głowie.

Nie chciałam pokazać po sobie, jak bardzo mi to pochlebia. Spytałam więc rzeczowo:

– Co się dzieje, Flo? Czy to ma związek z dokumentem, który wtedy znalazłeś? Tam, na strychu?

Skinął głową.

– To była kopia mojego aktu urodzenia. Zwykła odbitka. Matka musiała ją zrobić dla kogoś… Na odwrocie zaczęła coś pisać, chyba list, ale nie skończyła. Nie wiem, do kogo chciała to wysłać. Zaczynał się od: Mój drogi, ale imienia nie było.

– Tak się często zaczyna listy. To nie musi nic znaczyć. – Próbowałam zgadnąć, w czym rzecz, i rozwiać jego obawy.

– Wiem. Chodzi o sam dokument. O ten akt urodzenia – powiedział, teraz już powoli, akcentując każde słowo. Potem wziął głęboki wdech.– Jestem prawomózgowy.

– O czym ty mówisz? – zapytałam, chociaż nagle wszystko zaczęło nabierać sensu, kawałki układanki wskoczyły na swoje miejsce.

– Ojciec sfałszował moje papiery.

– Naprawdę? – Słyszałam oczywiście o podobnych wypadkach, ale nigdy bym nie pomyślała, że Monterosso może zrobić coś takiego.

– Całe życie myślałem, że coś jest ze mną nie tak. Wszyscy tak myśleli. Jak to powiedziałaś? „Zdolny, ale leniwy”?

Pokręciłam głową, żeby zaprotestować, ale tylko machnął ręką.

– Wszyscy tak myśleli – powtórzył. – A wiesz, jak było naprawdę? Przez pierwszy rok na studiach nigdzie nie wychodziłem. Każdy wieczór spędzałem na nauce. Przed egzaminami siedziałem całe noce. Uczyłem się, podczas gdy moi kumple wychodzili na imprezy. Mówiłem im, że spotykam się z dziewczyną, żeby nie uznali mnie za wariata. A teraz dowiaduję się, że przez całe życie starałem się być kimś, kim nie jestem. Kimś, kim nawet nie mogę być!

– Tak, to niesprawiedliwe.

– Prawda? Chociaż teraz, gdy już wiem, czuję ulgę.

Przez chwilę oboje siedzieliśmy w milczeniu.

– I co teraz? – zapytałam w końcu cicho.

– Miałem sporo czasu, żeby to przemyśleć – powiedział i wyciągnął coś z kieszeni. Zobaczyłam znajomą pocztówkę z morską zatoką.

– Brazylia?

– Paraty.

– I co będziesz tam robił?

– Pracował.

Wybuchnęłam śmiechem. Jakiż jednak był z niego dzieciak. Spojrzał na mnie urażony i zaskoczony moją reakcją.

– Rozejrzyj się dookoła! Ludzie podróżują cały czas, zmieniają miasta, kraje, kontynenty. Tylko ty siedzisz ciągle w tym samym miejscu. To jest dopiero dziwne.

Rzeczywiście, na chwilę mnie zatkało. A potem Florian powiedział coś, co zupełnie zbiło mnie z tropu.

– Nawet Aśmardanut wyjechała na drugi koniec świata.

Nie mogłam zaprzeczyć. Aśmardanut wzięła sprawy w swoje ręce i żyła teraz życiem, które co prawda niewiele różniło się od mojego, ale najwyraźniej było lepsze niż to, które wiodła wcześniej. W końcu sama je sobie wybrała. Nagle zrozumiałam, że Florian ma rację. To moja obawa przed wyjazdem „na drugi koniec świata” była dziecinna.

– To jaki masz plan? – spytałam.

***

Florian objaśnił mi wszystko ze szczegółami. Sprawdził już samoloty, ceny biletów. Zapewnił, że nie muszę się martwić o to, że zabraknie nam na życie. Fundusz, który ojciec przeznaczył na jego studia i którym Florian mógł teraz dysponować bez przeszkód, starczyłby przynajmniej na rok. „W tym czasie nauczymy się języka, znajdziemy pracę”– przekonywał.

Umówiliśmy się, że wrócę do szkoły na przedstawienie, a następnego dnia rano pojadę do miasta.

– Tu będę na ciebie czekał. – Florian zapisał coś na odwrocie brazylijskiej pocztówki.

Uśmiechnęłam się – w końcu i ja dostałam kartkę.

Wracając, trzymaliśmy się za ręce, ale nie rozmawialiśmy wiele. Gdy zbliżyliśmy się do szkoły, Florian przytulił mnie dość niezręcznie. Czułam, jak serce wali w jego piersi. Staliśmy tak przez chwilę, aż w końcu odsunęłam się pierwsza.

***

Zarówno nauczyciele, jak i rodzice byli zdania, że przedstawienie wyjątkowo się udało. Luiza, dziewczynka, która zastąpiła Pajton, była bardzo dobra. „Kariera stoi przed nią otworem”. Tak właśnie odpowiedziała Elena ojcu Luizy, który z jakiegoś powodu zwrócił się do mnie po ocenę aktorskich zdolności córki. Staliśmy we trójkę, rozmawiając. Mówiła głównie Elena, ale mężczyzna wlepiał wzrok we mnie, jakby pomagało mu to zrozumieć jej słowa. Wokół nas chodzili ludzie z firmy cateringowej, roznosząc drinki i przekąski. W którymś momencie podszedł do nas Monterosso.

– Gratuluję, Luiza była naprawdę zachwycająca.

– Dziękuję, doktorze – odpowiedział ojciec dziewczynki. – Ja z kolei gratuluję panu takiej profesjonalnej kadry nauczycielskiej. – Wciąż patrzył w moją stronę.

Rodzice Tygrysa i Pajton też podeszli, by mi podziękować.

– Dzieci bardzo panią lubią – powiedział tata bliźniaków – ciągle o pani mówią.

Kręciło mi się w głowie. Wypiłam tylko jednego drinka, ale to wystarczyło. Nie przywykłam do alkoholu. Ani do komplementów, szczególnie ze strony mężczyzn. Musiałam wyjść na powietrze. Przechodząc przez hol, kątem oka zobaczyłam swoje odbicie w lustrze. Zatrzymałam się, by spojrzeć jeszcze raz. Spróbowałam wyobrazić sobie, co mogą widzieć inni, gdy na mnie patrzą: dość wysoka, bardzo szczupła (choć czerwona sukienka podkreślała, czy może imitowała, jakieś krągłości), długie, ciemne włosy, twarz chyba ładna, a przynajmniej atrakcyjna na tyle, na ile wydają się takie wszystkie młode twarze.

Po skończonym przyjęciu poszłam prosto do swojego pokoju; zamierzałam spakować walizkę. Zdążyłam zdjąć buty, gdy ktoś zapukał do drzwi. Otworzyłam. Monterosso powiedział tylko: „Nie stójmy na korytarzu” i wszedł do środka.

Rozglądał się chwilę po moim pokoju. W końcu zatrzymał wzrok na mnie.

– Ładnie dziś wyglądałaś.

– Dziękuję. – Nigdy nie widziałam go pijanego i nie sądziłam, żeby teraz był szczególnie mocno odurzony, zachowywał się jednak nieco dziwnie.

– Matka Floriana miała taką samą sukienkę. Podobną. W każdym razie czerwoną. – Dotknął materiału na moich ramionach. – Była prawomózgowa, jak ty.

– I jak Florian?

Monterosso cofnął się o krok, zaskoczony. Przyszło mi do głowy, że jest zdziwiony nie dlatego, że wiem, ale dlatego, że w ogóle poruszam ten temat.

– To prawda. Wdał się w matkę.

Po chwili znowu położył mi ręce na ramionach. A potem przesunął nimi po mojej szyi.

– Wiesz, jak zginęła? Przedawkowała środki nasenne.

Starałam się patrzeć mu prosto w oczy. Wytrzymałam cztery sekundy, zanim spuściłam wzrok. Monterosso pogłaskał mnie po włosach.

– Może tego nie rozumiesz, Miriam, ale ja dałem mu szansę na lepsze życie.