Carlos Alcaraz. Z charyzmą na korcie - Mark Hodgkinson - ebook + książka

Carlos Alcaraz. Z charyzmą na korcie ebook

Mark Hodgkinson

0,0
14,99 zł

Ten tytuł znajduje się w Katalogu Klubowym.

DO 50% TANIEJ: JUŻ OD 7,59 ZŁ!
Aktywuj abonament i zbieraj punkty w Klubie Mola Książkowego, aby zamówić dowolny tytuł z Katalogu Klubowego nawet za pół ceny.


Dowiedz się więcej.
Opis

Geniusz, który zmienia historię tenisa

Osiągnął więcej niż Novak Djoković, Rafael Nadal i Roger Federer na tym etapie kariery. W wieku zaledwie dziewiętnastu lat Carlos Alcaraz wygrał US Open. Dwa lata później miał już na koncie cztery tytuły Wielkiego Szlema. Znalazł się na liście 50 najbardziej wpływowych osobowości sportu według „Sports Illustrated”. Najlepiej opłacany tenisista na świecie. Obdarzony urokiem osobistym i zarazem charyzmą gwiazdy, z ujmującym uśmiechem, za którym kryje się człowiek wychowany w skromnych warunkach w wiosce w Murcji na południu Hiszpanii. Od zawsze silnie związany z rodziną, wytatuował sobie na lewym nadgarstku skróconą wersję powiedzenia swojego dziadka: litery CCC (cabeza, corazón, cojones). Bohater serialu dokumentalnego na Netfliksie, W swoim stylu. Książka zawiera wywiady z osobami z otoczenia Alcaraza, jego psychologami, mentorami, przyjaciółmi oraz byłymi nauczycielami, a także innymi zawodnikami, którzy uczestniczyli w życiu genialnego tenisisty.

Ebooka przeczytasz w aplikacjach Legimi na:

Androidzie
iOS
czytnikach certyfikowanych
przez Legimi
czytnikach Kindle™
(dla wybranych pakietów)

Liczba stron: 304

Oceny
0,0
0
0
0
0
0
Więcej informacji
Więcej informacji
Legimi nie weryfikuje, czy opinie pochodzą od konsumentów, którzy nabyli lub czytali/słuchali daną pozycję, ale usuwa fałszywe opinie, jeśli je wykryje.



Przedmowa Garbiñe Muguruzy

Przed­mowa Garbiñe Mugu­ruzy

Byłej liderki ran­kingu ATP, zdo­byw­czyni tytu­łów mistrzow­skich na Wim­ble­do­nie i Rolan­dzie Gar­ro­sie

Co zabawne, kiedy roz­ma­wia się z Car­lo­sem poza kor­tem, spra­wia on wra­że­nie nieco nie­śmia­łego.

Mia­łam oka­zję uczest­ni­czyć z nim w kilku sesjach zdję­cio­wych i brać udział w tych samych galach. A kiedy wciąż gra­łam, czę­sto widy­wa­li­śmy się na kory­ta­rzach albo pod­czas lun­chu na tur­nie­jach. Roz­ma­wia­li­śmy wiele razy. Może w nie­któ­rych oko­licz­no­ściach wyka­zuje się nie­jaką rezerwą, lecz ta nie­śmia­łość znika, gdy tylko wycho­dzi na kort. Bez cere­gieli przej­muje kon­trolę nad spek­ta­klem, pra­wie jakby mówił zgro­ma­dzo­nym: „Patrz­cie na mnie – oto jestem i zaraz dam z sie­bie wszystko”. Na kor­cie Car­los ema­nuje pew­no­ścią sie­bie. Zmie­nia się jego mowa ciała – odzwier­cie­dla wów­czas jego wiarę we wła­sną tech­nikę tenisa, w siłę psy­chiczną i deter­mi­na­cję.

Do naj­bar­dziej ude­rza­ją­cych cech Car­losa zali­cza się jego uśmiech. Osoby obe­znane z pro­fe­sjo­nal­nym teni­sem wie­dzą, że by­naj­mniej nie jest to coś zwy­czaj­nego. Więk­szość zawod­ni­ków zacho­wuje totalną powagę. Roger Fede­rer był opa­no­wany i nie­wzru­szony, Rafael Na­dal wyka­zy­wał umie­jęt­ność głę­bo­kiego sku­pie­nia, a od Novaka Djo­ko­vi­cia, choć jest eks­pre­syjny i zabawny, wręcz bije inten­syw­ność. Wielu teni­si­stów przy­biera kamienną twarz, nie chcąc wyja­wić zbyt wiele. Uni­kają prze­sad­nego oka­zy­wa­nia emo­cji, bo lepiej z niczym się nie zdra­dzić. Nie­któ­rzy sygna­li­zują nawet, że ciąży im brze­mię rywa­li­za­cji, jakby chcieli powie­dzieć: „Uwiel­biam grę, ale to wiele ode mnie wymaga”. No i na tym tle Car­los bar­dzo się wyróż­nia: młody, ener­giczny zawod­nik, który ude­rza z mocą, wyko­nuje śmiałe drop shoty, a wszystko to z uśmie­chem na twa­rzy. Gdy się go ogląda, nie spo­sób oprzeć się reflek­sji: „Rety, on naprawdę ubó­stwia ten sport”.

Kiedy Car­los znaj­duje się w cen­trum uwagi, jest w swoim żywiole. Uwiel­bia grać przed widow­nią, a nawet wcho­dzić z nią w inte­rak­cje. Bez wąt­pie­nia odczuwa pre­sję, ale znosi ją z ude­rza­jącą łatwo­ścią. Czę­sto można odnieść wra­że­nie, że gra, kie­ru­jąc się instynk­tem, nie­mal nie­świa­do­mie. Nawet w chwi­lach napię­cia potrafi zdo­być się na uśmiech – po pro­stu taki z niego zawod­nik. Wesoły.

Kiedy oglą­dam Car­losa pod­czas gry, nie mogę się oprzeć wra­że­niu, że jego ener­gia przy­po­mina werwę roz­bry­ka­nego szcze­niaczka – peł­nego entu­zja­zmu, zacie­ka­wie­nia i rado­ści. Wciąż nosi w sobie nie­win­ność, auten­tyzm i natu­ral­ność, któ­rych branża sportu zawo­do­wego nie wypa­czyła ani nie ujęła w sztywne ramy. Nie zaczął pod­cho­dzić do gry machi­nal­nie – i oby to ni­gdy nie nastą­piło. Jego obec­ność to w teni­sie powiew świe­żo­ści; Car­los ema­nuje pozy­tywną ener­gią i przy­po­mina nam, że rywa­li­za­cja może być zarówno zażarta, jak i rado­sna. Fani ogrom­nie sobie to cenią.

Car­losa wyróż­nia umie­jęt­ność łącze­nia tra­dy­cyj­nych ele­men­tów tenisa hisz­pań­skiego, takich jakich top­spiny, szybki ruch i wytrwa­łość, z podej­ściem agre­syw­nym i dyna­micz­nym. Jest kre­atywny, śmiały i nie­ulę­kły, a do swej gry włą­cza drop shoty i potężne win­nery. Mocne pod­stawy hisz­pań­skiego tenisa w jego wyko­na­niu roz­wi­nęły się w coś jesz­cze bar­dziej aser­tyw­nego i emo­cjo­nu­ją­cego.

Car­los już teraz w Hisz­pa­nii jest ikoną. Pod wzglę­dem popu­lar­no­ści prze­bił nawet Rafę na ana­lo­gicz­nym eta­pie kariery teni­so­wej – zresztą czę­ściowo wła­śnie dzięki samemu Nada­lowi, który nasy­cił tę dys­cy­plinę emo­cjami i w ten spo­sób jesz­cze moc­niej ją roz­pro­pa­go­wał. W 2024 roku, kiedy Rafa już się wyco­fał i na spor­to­wej eme­ry­tu­rze dołą­czył do Rogera, a Novak wszedł w późny etap kariery, Car­los zna­lazł się w świe­tle reflek­to­rów. To dla niego ide­alny moment – ma zarówno umie­jęt­no­ści, jak i cha­ry­zmę, by stać się for­pocztą nowej epoki tenisa.

W Hisz­pa­nii wzniósł się na nad­zwy­czajne wyżyny popu­lar­no­ści. Wielu zasta­na­wiało się, kto zdoła dorów­nać Rafie. O ile jed­nak porów­na­nia nasu­wają się natu­ral­nie, o tyle Car­los wyty­cza wła­sną ścieżkę. Łatwo powie­dzieć: „Drugi Na­dal”, ale Car­los to gracz indy­wi­du­ali­sta, ma wła­sny styl oraz oso­bo­wość. Nie­wąt­pli­wie odczuwa brze­mię tych porów­nań, ale jego zespół spraw­nie sobie radzi z pre­sją ocze­ki­wań i pozwala mu się roz­wi­jać po swo­jemu. Rafa sły­nął z nie­złom­nej kon­se­kwen­cji i nie­za­chwia­nej kon­cen­tra­cji. Car­los wnosi coś innego – postawę rado­sną, eks­pre­syjną i śmiałą, która podoba się kibi­com na całym świe­cie.

Bo uwiel­bia go nie tylko Hisz­pa­nia. Car­los zdo­bywa serca widzów wszę­dzie tam, gdzie gra. Try­ska ener­gią i cechuje go auten­tycz­ność – zawsze jest wierny sobie. Na kor­cie i poza kor­tem jest skromny, nie roz­kręca nie­po­trzeb­nych emo­cji ani kon­tro­wer­sji. To fan­ta­styczny wzór dla mło­dych zawod­ni­ków. Sama jestem Hisz­panką, czuję więc dumę, że nowe obli­cze tenisa wywo­dzi się z naszego kraju, a zwy­cię­stwa uświet­nia się namięt­nym okrzy­kiem: „Vamos!”.

W obec­nej chwili Car­los jest na szczy­cie. Młody, odnosi suk­cesy, tętni życiem. Osią­gnął już tak wiele: zdo­by­wał tytuły wiel­kosz­le­mowe, stał się świa­tową jedynką – a mimo to na­dal twardo stąpa po ziemi. Wciąż rzuca nie­fra­so­bliwe, dow­cipne komen­ta­rze, a kiedy mówi po hisz­pań­sku, bije od niego ujmu­jące cie­pło. Można się z nim utoż­sa­miać, dzięki czemu marze­nie mło­dych gra­czy o suk­ce­sie w teni­sie zdaje się osią­galne.

Jed­nego nie można Car­lo­sowi zarzu­cić – mia­no­wi­cie sno­bi­zmu. Jego pocho­dze­nie, akcent, oso­bo­wość odzwier­cie­dlają skromne początki zako­rze­nione na połu­dniu Hisz­pa­nii. Dzięki niemu na mapie zna­la­zła się Mur­cja – jedna ze śród­ziem­no­mor­skich pro­win­cji Hisz­pa­nii, gdzie plaże są roz­le­głe, a ludzie ser­deczni i słyną z bez­pre­ten­sjo­nal­nych cha­rak­te­rów. Car­los uosa­bia tego ducha. Rów­nież jego rodzina zdaje się nie tra­cić głowy i dobrze rozu­mieć swoją rolę. To nie­spo­ty­kane, że tak feno­me­nalny talent zro­dził się w Mur­cji, a nie w Madry­cie czy Bar­ce­lo­nie, gdzie czę­sto dostępne są szer­sze spor­towe moż­li­wo­ści. Dowo­dzi to po pro­stu, że talent i deter­mi­na­cja mogą wywo­dzić się z dowol­nego miej­sca.

Rzadko się widzi, by gwiazda takiego kali­bru zacho­wała pokorę i trzeź­wość umy­słu – i to nie tylko w teni­sie, lecz w każ­dym spo­rcie czy każ­dej dzie­dzi­nie. Towa­rzy­stwo Car­losa to przy­jem­ność, bo cechuje go wyjąt­kowa auten­tycz­ność i skrom­ność. Kto wie, co przy­nie­sie przy­szłość? Może roz­wi­nie się jako zawod­nik, co czę­sto się zda­rza, ale mam nadzieję, że zawsze pozo­sta­nie sobą. Jego oso­bo­wość, nasta­wie­nie oraz miłość do tego sportu spra­wiają, że jest nie tylko wspa­nia­łym zawod­nikiem, lecz także fan­ta­stycz­nym amba­sa­do­rem tenisa.

Rozdział 1

1

Pro­stacki – tak nie­któ­rzy okre­ślają mur­cjań­ski akcent, może nieco zło­śli­wie. Inni suge­rują, że jest on wręcz komiczny. Zda­niem Emi­lia Sáncheza, tuza hisz­pań­skiego tenisa, całe zda­nia brzmią, jakby zbu­do­wane były z samych samo­gło­sek. Kiedy Car­los Alca­raz mówi po hisz­pań­sku, mówi z akcen­tem, a w wywia­dach sły­chać pro­win­cjo­nalne pocho­dze­nie teni­si­sty. Nie sili się, by spra­wić wra­że­nie, że wycho­wy­wał się w jakiejś pre­ten­sjo­nal­nej dziel­nicy Madrytu. Lola Jiménez Rivas, która uczyła Alca­raza angiel­skiego w szkole śred­niej, twier­dzi, że sły­szy u daw­nego ucznia akcent nawet wtedy, gdy ten mówi po angiel­sku. Zda­niem nie­któ­rych głos Alca­raza przy­daje mu uroku: zawod­nika cha­rak­te­ry­zują auten­tycz­ność i nie­for­mal­ność, które nie­czę­sto się spo­tyka u innych gra­czy.

Całe życie – odkąd był owład­nię­tym obse­sją na punk­cie tenisa chłop­cem, potem owład­nię­tym obse­sją na punk­cie tenisa nasto­lat­kiem, aż stał się owład­nię­tym obse­sją na punk­cie tenisa męż­czy­zną – Car­los Alca­raz Gar­fia mieszka w El Pal­mar, mia­steczku poło­żo­nym parę kilo­me­trów na połu­dnie od Mur­cji, mia­sta na spa­lo­nym przez słońce połu­dnio­wym wscho­dzie Hisz­pa­nii w regio­nie o tej samej nazwie (w skali kraju jest to mia­sto śred­niej wiel­ko­ści). W El Pal­mar rosną drzewa poma­rań­czowe i palmy, powie­trze jest zauwa­żal­nie czyst­sze i śwież­sze niż w wiel­kim mie­ście i domi­nuje niska, skromna zabu­dowa. Jest tam duży szpi­tal – zaska­ku­jąco pokaźny jak na mia­steczko – a popu­la­cja wynosi dwa­dzie­ścia tysięcy miesz­kań­ców, czyli mniej wię­cej tyle, jak zauwa­żył Alca­raz, ilu widzów sie­działo na Artur Ashe Sta­dium, kiedy w 2022 roku na US Open zdo­był swój pierw­szy tytuł wiel­kosz­le­mowy.

El Pal­mar leży daleko od nowo­jor­skiej dziel­nicy Queens – zarówno pod wzglę­dem geo­gra­ficz­nym, jak i ducho­wym. To cichy, bez­pre­ten­sjo­nalny zaką­tek w regio­nie Hisz­pa­nii, który dzięki panu­ją­cej nie­mal cały rok sło­necz­nej pogo­dzie oraz żyznym polom, gdzie upra­wia się owoce, warzywa i kwiaty, sły­nie jako „sad Europy”. (Jak się oka­zuje, panują tam rów­nież wyśmie­nite warunki do wzro­stu dla teni­si­sty).

Kiedy miesz­kańcy twier­dzą, że ta część Hisz­pa­nii nie ma lep­szego amba­sa­dora od Alca­raza, mówią to z prze­ko­na­niem. W ramach współ­pracy zawod­nika z mur­cjań­ską jed­nostką do spraw tury­styki powstały reklamy uka­zu­jące go, jak ska­cze do wody z łodzi, pły­nie kaja­kiem albo gra w tenisa na plaży. „Car­los umiej­sco­wił Mur­cję na mapie, dzięki czemu dostrze­gło ją wiele osób, które nie­ko­niecz­nie wiele o niej wcze­śniej wie­działy”, mówi Paula Badosa, hisz­pań­ska zawod­niczka, która wspięła się aż na drugą pozy­cję w kobie­cych ran­kin­gach sin­gli­stek. „Teraz gdy sły­szy się o Mur­cji, natych­miast myśli się o nim: jego nie­wia­ry­god­nym talen­cie, barw­nym duchu oraz inspi­ru­ją­cej histo­rii. Przy­nosi to ogromną dumę. Serce rośnie, gdy widzi się, jak cały region się jed­no­czy i kibi­cuje Car­losowi, a jego osią­gnię­cia pro­mują i roz­sła­wiają Mur­cję nie tylko w samej Hisz­pa­nii, lecz także na całym świe­cie”.

Nie­wy­klu­czone, że głos Alca­raza nazna­czony miej­sco­wym akcen­tem to lep­sza pro­mo­cja Mur­cji niż fotki przed­sta­wia­jące, jak teni­si­sta plu­ska się w wodzie. Jak mówi Alfredo Sar­ria, przy­ja­ciel rodziny Alca­ra­zów, który zna chło­paka, odkąd ten miał trzy lata: „Car­li­tos mówi z cał­kiem mur­cjań­skim akcen­tem. Przyj­mijmy, że hisz­pań­ski, jakiego używa się w pro­win­cjach poło­żo­nych naj­da­lej od Madrytu, brzmi odmien­nie. Kiedy Car­li­tos się odzywa, nie ukrywa swo­jego pocho­dze­nia, a to się ludziom podoba. Jest dumny ze swo­ich korzeni. Dzięki temu, jak mówi, jest bliż­szy [kibi­com, tele­wi­dzom czy komu­kol­wiek w mediach spo­łecz­no­ścio­wych], bo używa języka zna­jo­mego i wypo­wiada się w spo­sób bli­ski fanom, któ­rzy go słu­chają. Nie jest taki ofi­cjalny jak inni teni­si­ści”.

Zgod­nie z takim luź­niej­szym nasta­wie­niem, które zdaje się cecho­wać miesz­kań­ców El Pal­mar i Mur­cji, Car­los woli, by nie mówić do niego „Car­los”. Jego zda­niem brzmi to zbyt poważ­nie. Od lat ludzie zwra­cają się do niego „Car­li­tos”, co mu odpo­wiada, bo brzmi przy­jaź­niej i bar­dziej oso­bi­ście; kiedy zaś mówi sam do sie­bie, na przy­kład pod­czas meczów albo gdy poza kor­tem prze­ma­wia sobie do rozumu przed lustrem w łazience, używa imie­nia „Char­lie”. Oto świa­towy gwiaz­dor słynny na całej Ziemi, a co i rusz nazywa się go zdrob­nie­niem imie­nia: Car­li­tos. Tak naj­czę­ściej zwra­cają się do niego miesz­kańcy El Pal­mar, gdzie zasad­ni­czo każdy zna się z każ­dym, a przy­naj­mniej o każ­dym sły­szał, i wszy­scy śle­dzą Car­losa na Insta­gra­mie.

Czuć, że El Pal­mar to nie jest zamożna miej­sco­wość – jak mówią miesz­kańcy – jeśli popa­trzy się na bloki i domy. „To nie jest bogaty obszar, ale nie jest też biedny. Jest nor­malny. Średni”, mówi Laura Cabal­lero, która w pod­sta­wówce uczyła Alca­raza angiel­skiego. „To skromne oko­lice. Ludzie pra­cują”. Na przy­kład matka Alca­raza pra­co­wała w Ikei w Mur­cji. Alca­raz nie pocho­dzi z majęt­nej rodziny. Lecz mimo iż gdy dora­stał, jego rodzina nie opły­wała w zbytki i nie wycho­wy­wał się w tak kom­for­to­wych warun­kach jak Rafa Na­dal na Majorce, Alca­raz pod­kre­ślił, że niczego im też nie bra­ko­wało.

Przez pewien czas, rów­nież wtedy, kiedy zdo­by­wał pierw­sze wiel­kosz­le­mowe laury, rodzina Alca­raza miesz­kała nad keba­bow­nią. Ale już nie mieszka. Jesz­cze się nie prze­pro­wa­dzili – gdy piszę te słowa, wciąż trwa budowa obszer­nego domu za gra­nicą mia­steczka – lecz keba­bow­nia znik­nęła, a w jej miej­sce poja­wiła się restau­ra­cja z sushi. Pod ich miesz­ka­niem znaj­duje się rów­nież salon kosme­tyczny, można też odna­leźć parę wska­zó­wek, że naj­młod­szy w dzie­jach numer jeden w ran­kin­gach męż­czyzn i naj­le­piej zara­bia­jący teni­si­sta wycho­wał się wła­śnie tutaj i że na­dal tu mieszka wraz z rodzi­cami i braćmi. Cho­ciaż Car­los ma nie­wiel­kie, trzy­po­ko­jowe miesz­ka­nie w El Pal­mar, woli noco­wać w domu rodzin­nym, gdzie śpi w małym łóżku w poko­iku wypeł­nio­nym po brzegi jego nagro­dami, kolek­cją butów spor­to­wych i meblami (na oko) z Ikei. (Nie­kiedy też tre­nuje w domu – na podwórku). Gdyby jed­nak przy­pa­trzyć się uważ­niej, można dostrzec street art nawią­zu­jący do tenisa: nie­duży mural z rakietą nie­opo­dal wej­ścia do ich budynku i inny przed­sta­wia­jący piłeczkę na kor­cie. Murale mura­lami, ale to spor­towa ulica – mie­ści się przy niej kort, na któ­rym wio­sną 2024 roku Alca­raz po raz pierw­szy od lat poszedł pood­bi­jać z ojcem, bo testo­wał się po kon­tu­zji przed­ra­mie­nia, a także mała siłow­nia pod gołym nie­bem, maleńka bież­nia i małe boisko do koszy­kówki oraz piłki noż­nej. Na jed­nym końcu ulicy znaj­duje się duży park, na dru­gim kawiar­nia, którą to od pod­sta­wówki Alca­raza dzieli tylko krótki spa­cer.

Jak opo­wiada jeden z nauczy­cieli ze szkoły pod­sta­wo­wej, w więk­szość dni po lek­cjach Car­los-uczeń cho­dził do Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia. Do klubu spor­towo-rekre­acyj­nego. Nie jest to jed­nak taki klub, jaki można sobie w takim kon­tek­ście wyobra­zić – gdzie super­bo­gaci oddają się pasjom i trwo­nią czas wolny. W tym klu­bie nie uświad­czysz takich człon­ków ani takiego szyku. Jest tu skrom­niej.

* * *

„Tenis mam we krwi”, mawia Car­los Alca­raz. Co cie­kawe, w jego losach pewną rolę ode­grały także gołę­bie. Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia, gdzie uczył się tej dys­cy­pliny spor­to­wej i gdzie na­dal czę­sto tre­nuje – nie zawsze był klu­bem. Pla­cówka leżąca na skraju El Pal­mar słu­żyła kie­dyś jako strzel­nica, gdzie strze­lało się do rzut­ków, czyli tak zwa­nych gołębi. Dla­tego do dziś okre­śla się go cza­sem „Tiro de Pichón”, czyli „Rzut w gołę­bia”. Hob­by­ści wciąż mogą sobie w klu­bie postrze­lać, choć tylko garstka człon­ków ma odpo­wied­nią licen­cję, a broń wyj­muje się wyłącz­nie w nie­dziele. Jesz­cze parę lat temu widy­wało się tam mnó­stwo koni, bo klub sta­no­wił jedną z naj­więk­szych pla­có­wek jeź­dziec­kich w oko­licy, lecz teraz wszyst­kie już znik­nęły i rzą­dzi tenis. Są tu korty ziemne, twarde oraz gigan­tyczna ścianka do ćwi­czeń. Wie­lo­po­zio­mowy klub dys­po­nuje zróż­ni­co­waną prze­strze­nią, mię­dzy innymi boiskami do koszy­kówki i piłki noż­nej, a także siłow­nią i base­nem, gdzie latem dzieci mogą się ochło­dzić po grze w tenisa.

„Mój drugi dom” – tak Alca­raz mówi o klu­bie, uważa bowiem, że „to jest począ­tek wszyst­kiego”. Wła­śnie tam w wieku trzech lat Car­los pierw­szy raz grał w tenisa… rakietą więk­szą od sie­bie, któ­rej nie miał siły nale­ży­cie ująć. W klu­bie także zawarł przy­jaź­nie z wie­loma ludźmi, z któ­rymi do dziś utrzy­muje zażyłe kon­takty.

W rodzi­nie opo­wiada się histo­rię, jak to Car­los na kilka dni scho­wał ojcu klu­czyki od samo­chodu – wymow­nie świad­czy ona o tym, jak uwiel­biał grać w tenisa i jak reago­wał, kiedy nie wolno mu było iść do klubu. Zaczęło się od tego, że Car­los był nie­grzeczny – nie było to nic strasz­nego, tylko „zwy­kły dzie­cięcy psi­kus”, jak wspo­mina Alfredo Sar­ria, tak bli­sko zaprzy­jaź­niony z ojcem Alca­raza, że uważa go za brata. Za karę tata Alca­raza nie pozwo­lił mu iść na tre­ning tenisa. W odpo­wie­dzi Car­los pod­kradł ojcu klu­czyki i scho­wał je w koszu. „To, że Car­los nie mógł iść na tenisa, bolało go naj­bar­dziej – a zemścił się tak [że scho­wał klu­czyki]”, mówi Sar­ria. Ojciec Alca­raza szu­kał ich całymi dniami, aż w końcu Car­los się przy­znał. Jak zazna­cza Sar­ria: „Aneg­dota o klu­czy­kach pomaga nam zro­zu­mieć, że dla Car­losa tenis zawsze był naj­waż­niej­szy”.

Alca­raz ni­gdy nie miał dość. Nie­któ­rym dzie­ciom grać w tenisa każą rodzice. Mimo że Alca­raz pocho­dzi z rodziny o teni­so­wych tra­dy­cjach, ni­gdy nie trzeba go było prze­ko­ny­wać, by spę­dzał wię­cej czasu na kor­cie czy przy ściance tre­nin­go­wej (która jest part­nerką zawsze dostępną i w dodatku ni­gdy nie chy­bia). Wręcz prze­ciw­nie. Car­los cza­sami pła­kał, kiedy musiał wycho­dzić z klubu. W nie­które wie­czory, gdy było już po dzie­wią­tej i ojciec Alca­raza – zmę­czony po całym dniu pracy – chciał iść do domu, Car­los, o tej porze wciąż zma­ga­jący się ze ścianką, bła­gał tatę: „Pograj ze mną, tu przy ściance”. Ojciec zga­dzał się zostać jesz­cze dwa­dzie­ścia minut, lecz czas mijał, potem zaś upły­wało może jesz­cze z pół godziny, a Car­los na­dal grzmo­cił piłką w ścianę i miarka się prze­bie­rała. Ojciec mawiał: „To już koniec, kola­cja gotowa i musimy iść do domu”. Wtedy Car­los znów zaczy­nał pła­kać, jak mówił jego ojciec „New York Time­sowi”. Zakra­wało na nie­po­do­bień­stwo, by chło­pak wyszedł z klubu bez łez czy maru­dze­nia.

W miarę jak rosła miłość Alca­raza do tenisa, roz­wi­jały się też jego umie­jęt­no­ści. Kiedy Kiko Navarro pierw­szy raz przy­glą­dał się, jak Alca­raz gra, chło­piec miał led­wie cztery lata i odbi­jał z ojcem. Kiko, który w przy­szło­ści będzie Car­losa tre­no­wać, zdu­miał się pozio­mem tech­nicz­nym dziecka. Mniej wię­cej w tym samym cza­sie rów­nież ojciec Alca­raza zauwa­żył, że jego syn prze­ja­wia wro­dzone zdol­no­ści. Car­los cecho­wał się świetną koor­dy­na­cją ruchową i prędko pod­ła­py­wał niu­anse tech­niczne, tak że nie trzeba mu ich było tłu­ma­czyć – uczył się, obser­wu­jąc. Ojciec Alca­raza uświa­da­miał sobie, że w synu kryje się „coś wyjąt­ko­wego”, powi­nien więc pomóc mu roz­wi­jać te uzdol­nie­nia (w póź­niej­szych roz­dzia­łach tej książki przyj­rzymy się, jak Car­los prze­isto­czył się w tak kre­atywny żywioł). Odkąd Car­los miał pięć czy sześć lat, budo­wał swoje życie wokół tenisa – był on dla niego naj­waż­niej­szy w życiu codzien­nym: chło­pak wolał spę­dzać dłu­gie godziny na kor­cie albo walić piłeczką w ściankę tre­nin­gową niż, na przy­kład, cho­dzić do kina czy robić cokol­wiek innego.

Jeżeli odwie­dzi się klub dzi­siaj, pra­wie na pewno wpad­nie się na któ­re­goś Car­losa Alca­raza – czy to syna, czy ojca (który nosi to samo imię), czy cho­ciaż wize­ru­nek syna z kar­tonu. Nie­kiedy można zoba­czyć wszyst­kich trzech. Kiedy się wjeż­dża lub wcho­dzi na wzgó­rze z El Pal­mar, w pierw­szej kolej­no­ści, zbli­ża­jąc się do klubu, dostrzega się ogromną insta­la­cję upa­mięt­nia­jącą zwy­cię­stwo Car­li­tosa na US Open oraz jego drogę na szczyt świa­to­wego ran­kingu. We wnę­trzu budynku klu­bo­wego obok baru stoi kar­to­nowy Alca­raz, umiesz­czony tam przez jed­nego z jego spon­so­rów. Poza sezo­nem albo mię­dzy tur­nie­jami można się tu natknąć na zawod­nika we wła­snej oso­bie.

Drugi Car­los Alca­raz – senior – to kie­row­nik dzia­ła­ją­cej w klu­bie aka­de­mii tenisa, którą zało­żył w roku 1993. Począt­kowo nazy­wała się ona Mur­cia Escu­ela de Tenis – „Mur­cjań­ska Szkoła Tenisa”, lecz obec­nie nosi miano „Aka­de­mia Car­losa Alca­raza”, czyli zawdzię­cza nazwę zarówno ojcu, jak i synowi (przez pewien czas tata Alca­raza wahał się, czy uży­wać rodzin­nego nazwi­ska w ten spo­sób). Aka­de­mia Car­losa Alca­raza orga­ni­zuje obozy na całym świe­cie, mię­dzy innymi w Sta­nach Zjed­no­czo­nych, Mek­syku i Austra­lii, gdzie dzieci i doro­słych naucza się tymi samymi meto­dami, które pomo­gły Car­losowi zostać świa­tową jedynką i pozwa­lają „cie­szyć się grą z uśmie­chem na twa­rzy”. To zde­cy­do­wa­nie rodzinny biz­nes, jako że jed­nym z tre­ne­rów jest star­szy brat Car­losa, Álvaro, a jeden z młod­szych braci, Jaime, tam tre­nuje. Car­los zaś, gdy pozwala mu czas, coraz bar­dziej włą­cza się w dzia­ła­nie szkółki. Ojciec jed­nak czę­sto podró­żuje razem z synem, ceduje więc obo­wiązki na resztę zespołu, w tym na Sar­rię – kie­row­nika i mene­dżera tech­nicz­nego aka­de­mii, któ­rego uważa się za prawą rękę taty (co ilu­struje zdję­cie, na któ­rym widać Car­losa z tro­feum z US Open 2022 w rękach, z tatą po jed­nej, a Sar­rią po dru­giej stro­nie).

Kiedy ojciec nie towa­rzy­szy Car­lo­sowi na teni­so­wym cyklu, spę­dza czas w klu­bie. Jeden z człon­ków opi­sał go jako „super­ci­chego”. Wszy­scy pod­kre­ślają to samo: w żad­nym z człon­ków rodziny Alca­ra­zów nie ma nic krzy­kli­wego ani osten­ta­cyj­nego. „Wta­piają się w grono innych w klu­bie. To po pro­stu nor­malni ludzie i wła­śnie to jest w nich takie wspa­niałe”, tłu­ma­czy jeden z człon­ków. „Nie cho­dzą po klu­bie i nie gadają: »Patrz­cie wszy­scy, mamy w rodzi­nie mistrza Wiel­kiego Szlema«. Nic z tych rze­czy. To uro­czy ludzie. Tacy przy­jemni w oby­ciu. Złego słowa o nich nie powiem”.

Cio­teczny dzia­dek Alca­raza – który nie nazywa się Car­los Alca­raz – to szef klubu i ważna per­sona w jego histo­rii. Przy kor­tach wiszą banery, które wiel­kimi czer­wo­nymi lite­rami pro­szą o silen­cio; w tym miej­scu zawod­nicy pod­cho­dzą do tre­nin­gów i meczy poważ­nie, tak jak należy. Lecz jak można się spo­dzie­wać po klu­bie, który wykształ­cił Alca­raza, panuje tam pogodna, rado­sna atmos­fera.

Jak mówią człon­ko­wie, kar­net jest w roz­sąd­nej cenie. Rodzina płaci wpi­sowe wyso­ko­ści dwóch tysięcy euro, a póź­niej opłata wynosi około pięć­dzie­się­ciu euro mie­sięcz­nie. Dopłaca się po euro za godzinę gry w tenisa i jesz­cze jedno euro, jeśli korzy­sta się na kor­cie z oświe­tle­nia. Liczba człon­ków wzro­sła w wyniku pan­de­mii covidu: tenis zna­lazł się w gru­pie pierw­szych dys­cy­plin spor­to­wych, które wolno było upra­wiać po roz­luź­nie­niu restryk­cji, co ścią­gnęło rodziny do klubu. Gdy Alca­raz zdo­był sławę, zaczęło się zapi­sy­wać jesz­cze wię­cej osób.

Ofi­cjal­nie ojciec nie szko­lił syna, odkąd ten był małym dziec­kiem. Nie­ofi­cjal­nie – ow­szem. Tata wywarł na karierę teni­sową Car­li­tosa więk­szy wpływ, niż rodzina jest gotowa przy­znać. Można powie­dzieć, że przez wiele lat Alca­raz ojciec tre­no­wał syna pośred­nio – prze­ka­zu­jąc infor­ma­cje przez inne osoby – a jed­no­cze­śnie nad­zo­ro­wał jego pro­gram szko­le­niowy. I naj­waż­niej­szą bodaj lek­cją, jaką Alca­raz senior wpoił dziecku, nie było to, jak ude­rzać z for­hendu ani jak należy się masko­wać przed drop sho­tem, ani w ogóle nic z tech­ni­ka­liów, lecz coś nie­uchwyt­nego, a zara­zem klu­czo­wego dla Car­losa jako zawod­nika. W końcu to tata nauczył go, żeby grać w tenisa, jak powie­dział spor­to­wiec, „z pasją i miło­ścią”.

„Każdy, kto zna Car­li­tosa i jego rodzinę, a ja znam, zro­zu­mie, że jego tre­ne­rem zawsze był ojciec, aż do czasu, gdy w wieku pięt­na­stu lat chło­pak zaczął się uczyć pod okiem Juana Car­losa Fer­rera”, mówi Sar­ria. „Wszyst­kich pozo­sta­łych szko­le­niow­ców, któ­rych miał Car­li­tos, wyna­jął jego ojciec, i to zawsze on pro­wa­dził jego karierę. Zawsze, zawsze. Widzia­łem to. Przed Juanem Car­lo­sem ojciec był jego tre­ne­rem. Ale ojciec ni­gdy tego nie przy­zna”.

Wystar­czy poroz­ma­wiać z ojcem Alca­raza przez dzie­sięć minut, jak zazna­cza Sar­ria, a już czło­wiek się prze­ko­nuje, że wie on o teni­sie wię­cej niż kto­kol­wiek inny w branży. Sam zawod­nik pod­kre­śla, że w całym życiu jego taty kró­lo­wał tenis. Tak jak wielu Hisz­pa­nów w podob­nym wieku ojciec Alca­raza inspi­ro­wał się przy­kła­dem Manu­ela San­tany, który jako pierw­szy sin­gli­sta pocho­dzący z Hisz­pa­nii wywal­czył w latach sześć­dzie­sią­tych XX wieku tytuł wiel­kosz­le­mowy i ogrom­nie się przy­czy­nił do roz­pra­wie­nia się z prze­ko­na­niem, jakoby tylko ary­sto­kraci mogli grać w tenisa. Szczy­to­wym punk­tem wła­snej, skrom­nej kariery teni­so­wej Alca­raza ojca była pozy­cja dzie­więć­set sześć­dzie­siąta trze­cia w świa­to­wych ran­kin­gach, którą osią­gnął w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku, w Hisz­pa­nii zaś zna­lazł się w pierw­szej czter­dzie­stce. Wolno jed­nak przy­pusz­czać, że wspiąłby się wyżej, gdyby miał lep­sze wspar­cie finan­sowe (w dal­szych roz­dzia­łach odkry­jemy, jak dużo pie­nię­dzy trzeba, by stać się teni­si­stą, i jaki łut szczę­ścia pomógł Car­li­to­sowi zdo­być wiele wiel­kosz­le­mowych tytu­łów mistrzow­skich). Dzia­dek Alca­raza, który także nazywa się Car­los Alca­raz i był wpły­wo­wym człon­kiem klubu, twier­dzi, że for­hend jego syna dorów­nuje for­hendowi wnuka (choć może, jak zauwa­żył, jego bek­hend ustę­puje wnu­ko­wemu). Gdy Alca­raz ojciec prze­stał grać, zaczął pro­wa­dzić swoją aka­de­mię tenisa w El Pal­mar.

Ojciec Alca­raza zde­cy­do­wał się nie pra­co­wać ze swoim synem, bo – dzięki dogłęb­nej zna­jo­mo­ści dys­cy­pliny – widział, jak nie­które rodziny ucier­piały na tym, że rodzice szko­lili dzieci. Alca­raz obser­wo­wał, jak Sergi Bru­gu­era – Hisz­pan tre­no­wany przez swo­jego ojca Llu­isa, dwu­krotny zwy­cięzca Rolanda Gar­rosa w latach dzie­więć­dzie­sią­tych XX wieku – miał nie­ła­twą i burz­liwą rela­cję ze swoim tatą. Sergi i Lluis „bez­u­stan­nie się ście­rali”, jak powie­dział kie­dyś Alca­raz senior „Time­sowi”; on zaś chciał się ze swoim synem doga­dy­wać i wła­śnie dla­tego nie zamie­rzał go tre­no­wać. Jak miałby szko­lić Car­losa, tak by syn wie­dział, kiedy roz­ma­wia z nim jako tre­ner, a kiedy jako ojciec? Może – dumał Alca­raz senior – zakła­dałby czapkę, mówiąc z pozy­cji szko­le­niowca, a zdej­mo­wałby ją, wra­ca­jąc do roli zwy­czaj­nego taty. Ale, jak wie­dział, syn zapewne nie poj­mo­wałby w pełni, o co cho­dzi z tą czapką. Mogłoby to wywo­łać zamęt i zamie­sza­nie.

Tre­nu­jąc Car­li­tosa nie­bez­po­śred­nio, Alca­raz ojciec sta­rał się zapo­biec moż­li­wo­ści utraty syna. Sar­ria pod­kre­śla: „Ojciec Car­li­tosa wie­dział, co musi robić, żeby mieć z synem dobre sto­sunki. Widy­wał w innych rodzi­nach, że jeśli się szkoli swo­jego syna, to można go stra­cić. Jeżeli się jest tre­ne­rem, trzeba cza­sami powie­dzieć zawod­ni­kowi coś, czego może nie chce usły­szeć, a to dla ojca trudne. Jeżeli pró­buje się być zarówno ojcem, jak i tre­ne­rem, można napy­tać sobie pro­ble­mów, a ojciec Car­li­tosa to rozu­miał. Nie chciał kie­ro­wać synem bez­po­śred­nio – umiesz­czał mię­dzy nim a sobą tre­ne­rów”.

Sam Car­los cie­szy się, że choć ojciec anga­żo­wał się w jego teni­sową edu­ka­cję, nie pró­bo­wał łączyć ról tre­nera i taty. „Bar­dzo mi to pomo­gło, bo wielu ojców nie wie, jak jed­no­cze­śnie być rodzi­cem i tre­ne­rem” – przy­znał Alca­raz w pod­ca­ście Louis Vuit­ton. „Kiedy jest się w domu, roz­ma­wia się o teni­sie. Jeżeli ja byłem w domu, a ojciec za dużo gadał o teni­sie, mama wybu­chała – wręcz eks­plo­do­wała. Ojcu cał­kiem dobrze wycho­dziło [roz­dzie­la­nie tych ról]”. Gdy chło­pak miał osiem czy dzie­więć lat, wcho­dził z ojcem na kort bodaj wyłącz­nie w nie­dzielne wie­czory, kiedy szko­le­niowcy nie pra­co­wali. Mawiał wtedy do taty: »Chodźmy do klubu i pood­bi­jajmy przez godzinkę, pół­to­rej«”.

Car­los San­tos, który zaczął tre­no­wać Alca­raza, gdy ten miał pięć lat, i szko­lił go do czasu, kiedy chło­pak miał lat dwa­na­ście, nazy­wał go Tar­za­nem: jego zda­niem dzie­ciak czuł się na kor­cie rów­nie swoj­sko jak Tar­zan w dżun­gli. Funk­cjo­no­wał na boisku tak natu­ral­nie, że cza­sami w prze­rwach mię­dzy gemami czy zada­niami tre­nin­go­wymi robił sobie małe kop­czyki z gliny (to taki jakby teni­sowy odpo­wied­nik zam­ków z pia­sku sta­wia­nych na plaży). Jako dziecko Alca­raz nie zawsze był dobrze zor­ga­ni­zo­wany: San­tos wspo­mina, że cza­sem nie mógł wejść na kort, bo torbę i rakietę nie­raz zosta­wiał w róż­nych miej­scach. Zda­niem San­tosa nie zawsze też odpo­wied­nio się odży­wiał – tre­ner mówił, że mały Car­los potrze­bo­wał pomocy innych, bo pro­sił, by obrali mu jabłko czy gruszkę, a przez długi czas nie chciał nawet skosz­to­wać banana. Lecz gdy przy­szła pora na grę, Alca­raz się anga­żo­wał. „Car­los był bar­dzo aktyw­nym dziec­kiem i zawsze miał moty­wa­cję do gra­nia”, zazna­cza San­tos. Kiedy rywa­li­zo­wał z rówie­śni­kami, nie­kiedy też ze star­szymi dziećmi, nie dener­wo­wał się nawet wtedy, gdy oto­cze­nie go obser­wo­wało.

Klu­czem do teni­so­wej edu­ka­cji Alca­raza były kije bejs­bo­lowe, kamerki GoPro i lustro w jego pokoju. Aby nauczyć chło­paka, jak pra­wi­dłowo wyko­nać bek­hend, San­tos zabie­rał mu cza­sami rakietę, a wrę­czał kij bejs­bo­lowy. Szli na boiska pił­kar­skie w klu­bie, a Car­los ude­rzał z bek­hendu bejs­bo­lem. San­tos czę­sto przy­no­sił na tre­ningi kamerkę GoPro, potem zaś razem oglą­dali nagra­nie, uwa­żał bowiem, że młody Alca­raz powi­nien zro­zu­mieć istotną rolę ruchu i usta­wia­nia się na kor­cie. Zada­wał też uczniowi zada­nia domowe – pro­sił go, by ten sta­nął przed lustrem w swoim pokoju i machał w powie­trzu rakietą, ana­li­zu­jąc swoje odbi­cie, bo to pomoże mu roz­wi­nąć umie­jęt­no­ści. „Czę­sto mówi­łem, by ćwi­czył przed lustrem. Car­los dużo się uczył wzro­kowo”, opo­wiada San­tos. Alca­razowi wystar­czyło obej­rzeć coś dwa razy, by nauczyć się robić to samo­dziel­nie. „W wieku led­wie sze­ściu czy sied­miu lat już miał ide­alną tech­nikę”.

Ojciec Alca­raza – który sam zro­zu­miał, że z teni­so­wych marzeń nie­kiedy nie­wiele wynika – zacho­wy­wał zimną krew. Do naj­groź­niej­szych chwil w życiu mło­dego teni­si­sty należy moment, kiedy rodzice dają się unieść świet­nym umie­jęt­no­ściom dziecka i zaczy­nają wie­rzyć, że prze­zna­czona mu jest wiel­kość. Tutaj nie było takiego pro­blemu. Bez dwóch zdań, Car­los prze­ja­wiał obie­cu­jący talent. Lecz, jak wspo­mina lekarz Juanjo López, ojciec nie sądził, że synowi pisana jest pozy­cja świa­to­wej jedynki. (Warto tu może na moment przy­sta­nąć i roz­wa­żyć, jak Srdjan, ojciec Novaka Djo­ko­vi­cia, opo­wia­dał miesz­kań­com Bel­gradu, że jego mały synek będzie naj­wy­bit­niej­szym teni­si­stą w dzie­jach, a lata póź­niej oka­zało się, że miał słusz­ność… czyli takie podej­ście też się spraw­dza). Tata Car­losa zda­wał sobie sprawę, jak daleka droga czeka syna, nim osią­gnie coś w teni­sie. Poza tym Alca­raz senior nie robił jesz­cze jed­nej rze­czy. Choć w serialu doku­men­tal­nym plat­formy Net­flix mówił, że za pośred­nic­twem Car­losa speł­niają się jego wła­sne marze­nia, to naj­wy­raź­niej nie pozwa­lał, aby kształ­to­wało to karierę syna. Jego rady i pomoc zawsze opie­rają się na tym, co naj­lep­sze dla Car­losa.

Gdy Car­los miał osiem czy dzie­więć lat – a wła­śnie wtedy zaświ­tało mu po raz pierw­szy, że może czeka go przy­szłość w zawo­do­wym teni­sie – ojciec popro­sił Navarro, by ten szko­lił chłopca. To part­ner­stwo miało trwać aż do sie­dem­na­stego roku życia Car­losa (w okre­sie gdy miał pięt­na­ście do sie­dem­na­stu lat, zawod­nik tre­no­wał zarówno z Navarro, jak i Juanem Car­losem Fer­rero). Star­szy Alca­raz sam wcze­śniej uczył Navarro, wie­dział więc, że ma on mocną tech­nikę, a ponadto podo­bało się mu, jak myśli o teni­sie. Ojciec wciąż anga­żo­wał się w grę syna. „Ojciec Car­li­tosa nie chciał go tre­no­wać. Uwa­żał, że to nie byłoby dla syna dobre. Pra­gnął być ojcem, a nie tre­ne­rem”, zazna­cza Kiko. „Swo­imi opi­niami dzie­lił się ze mną. Dużo roz­ma­wia­li­śmy”.

Zda­niem Navarro każdy inny ojciec podej­mo­wałby wobec potomka tak uta­len­to­wa­nego jak Car­li­tos złe decy­zje. Tre­ner pod­kre­śla, że Alca­raz miał szczę­ście, że tra­fił mu się taki rodzic, który stał się w jego mnie­ma­niu naj­waż­niej­szą posta­cią w karie­rze teni­si­sty. (Z kolei Sar­ria mówi, że Alca­raz senior odgry­wał naj­istot­niej­szą rolę do czasu, gdy Car­los miał pięt­na­ście lat i zaczął pra­co­wać z Juanem Car­losem Fer­rero). Według Navarro ojciec podej­mo­wał wła­ściwe decy­zje dla syna: „Dobrze się składa, że to eks­pert. Wie­dział, że w odpo­wied­nim momen­cie musi się odsu­nąć na bok”.

Car­los krą­żył po klu­bie z rakietą w jed­nej ręce, kanapką w dru­giej i z uśmie­chem na twa­rzy. W dzie­ciń­stwie tylko raz utra­cił nieco zapału do tenisa: mia­no­wi­cie wtedy, kiedy go poin­for­mo­wano, że nie będzie już tre­no­wał z wie­lo­let­nim przy­ja­cie­lem i rywa­lem Pedrem Coba­cho. Znali się, odkąd Pedro miał trzy, a Car­los dwa lata; a nie­długo potem przy­dzie­lono ich obu do tej samej grupy w klu­bie. Parę lat póź­niej zda­rzało im się spać razem w pokoju, gdy noco­wali pod­czas wyprawy na jakiś junior­ski tur­niej. Towa­rzy­stwo Pedra zawsze dawało Alca­ra­zowi frajdę, a ponadto moty­wo­wało go, bo chciał poko­nać przy­ja­ciela.

Nagle przy­szła przy­kra wia­do­mość, że Alca­raz nie będzie już tre­no­wał z Pedrem. Bez Pedra tenis nie będzie już taki sam. Czy bez niego na kor­cie będzie rów­nie faj­nie? Alca­raz nie mógł pojąć, dla­czego nie może już ćwi­czyć z naj­lep­szym kum­plem i naj­więk­szym rywa­lem. Spa­dek moty­wa­cji spra­wił, że był to nie­ła­twy okres dla rodziny i ludzi z oto­cze­nia mło­dego teni­si­sty, któ­rzy orien­to­wali się, jaki talent ma ten chło­pak. Wyja­śnili Alca­razowi, że to dla jego wła­snego dobra, jako że Pedro nie roz­wi­nął się pod wzglę­dem teni­so­wym tak prędko jak on. Car­los po pro­stu stał się zbyt mocny dla Pedra, który nie­kiedy nie mógł odbić podań kolegi ani nawet do nich dobiec. Ich teni­sowe losy, przez lata sple­cione, w tym punk­cie się roze­szły. Choć w pew­nym sen­sie tenis na­dal ich łączy: Pedro jest obec­nie jed­nym z tre­ne­rów w Aka­de­mii Car­losa Alca­raza. Wciąż się też przy­jaź­nią: kiedy Alca­raz przy­jeż­dża do El Pal­mar na parę dni, na ogół idą na kola­cję albo spę­dzają razem czas.

W wieku dwu­na­stu lat Car­los poje­chał z San­to­sem na Rolanda Gar­rosa na tur­niej mło­dzi­ków. Gdy był w Paryżu, powie­dział dzien­ni­ka­rzowi przed kamerą, że marzy o tym, by wygrać Rolanda Gar­rosa i Wim­ble­don – nagra­nie z tego wywiadu wciąż od czasu do czasu poja­wia się w mediach spo­łecz­no­ścio­wych. Car­los i San­tos sie­dzieli na tra­wie pod wieżą Eif­fla i oglą­dali na tele­bi­mach część meczy z tur­nieju doro­słych. Pod­czas tej wyprawy to i owo zostało źle zro­zu­miane – Car­los sądził, że zama­wia ser­nik, a dostał deskę serów, którą poda­ro­wał następ­nie swo­jemu tre­ne­rowi. Inne kwe­stie jed­nak sta­wały się coraz bar­dziej kla­rowne: wła­śnie to chciał w życiu robić.

Powia­dają, że w tej czę­ści Hisz­pa­nii są tylko dwie pory roku: lato i zima. Prak­tycz­nie cały rok jest gorąco, a potem nagle przy­cho­dzi zima, lecz nawet wów­czas na ogół jest dość cie­pło, by tre­no­wać na wol­nym powie­trzu w koszul­kach i krót­kich spodniach. Zima prędko prze­mija i wkrótce zdaje się, że znów jest lato. Taki kli­mat spra­wia, że to ide­alna baza dla teni­si­sty – można tre­no­wać cały rok. Nim Alca­raz wybie­rze się na Austra­lian Open, tre­ningi przed sezo­nem odbywa w El Pal­mar i w aka­de­mii swo­jego tre­nera Juana Car­losa Fer­rero w Vil­le­nie pod Ali­cante, nieco ponad godzinę drogi stam­tąd. W ciągu roku dość ma podróży – nie widzi potrzeby, by wska­ki­wać do kolej­nego samo­lotu i gonić za cie­płą pogodą na tre­ningi. Wystar­czy objąć wzro­kiem widok roz­ta­cza­jący się z wzgórz na El Pal­mar i oko­lice – łatwo pojąć urok Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia.

„To jest klub Car­li­tosa”, stwier­dza przy­ja­ciel rodziny Alfredo Sar­ria, sie­dząc w świe­tlicy klubu. „On tu lubi prze­by­wać”. Obec­nie w klu­bie nie ma kor­tów kry­tych, więc naj­bliż­szym miej­scem, gdzie Alca­raz może się przy­go­to­wy­wać do zawo­dów na takich boiskach roz­gry­wa­nych w ramach cyklu ATP, jest aka­de­mia tenisa Fer­rero. Lecz zda­niem Sar­rii to się może zmie­nić, bo Alca­raz chce sfi­nan­so­wać budowę kry­tych kor­tów przy Real Socie­dad Club de Campo Mur­cia. Jak zauwa­żył inny czło­nek klubu, kiedy Car­li­tos tam przy­cho­dzi, jest „zwy­czaj­nym chło­pa­kiem”, któ­remu nie prze­szka­dza, że tre­nuje na siłowni razem ze wszyst­kimi. Alca­raza nie trak­tuje się tu jak gwiazdy, on sam zresztą tego nie ocze­kuje. Jeden z klu­bo­wi­czów przy­znaje jed­nak, że jeśli pada, to przed przy­by­ciem teni­si­sty suszy się dla niego kort ćwi­cze­niowy.

* * *

Nick Kyr­gios szu­kał w Los Ange­les tatu­aży­sty: Austra­lij­czyk chciał, aby ktoś zapro­jek­to­wał dla niego Pokémona, który pokry­wałby całe jego plecy. Car­los Alca­raz wysłał mu wia­do­mość z reko­men­da­cją i oso­bi­stą uwagą: „Idź do Gangi, to mój przy­ja­ciel”.

Do naj­waż­niej­szych osób, jakie Alca­raz poznał w El Pal­mar, zali­cza się wła­śnie Joaquin Ganga, jeden z czo­ło­wych tatu­aży­stów na świe­cie, który rów­nież dora­stał w tej miej­sco­wo­ści. Ganga wywarł duży wpływ na życie Alca­raza: przy­jaź­nili się, a poza tym to on poma­gał spor­tow­cowi uczcić naj­więk­sze suk­cesy w teni­sie, ozda­bia­jąc jego skórę tru­skawką, wieżą Eif­fla i innymi wzo­rami.

Ganga, star­szy od Alca­raza o jakieś dzie­sięć lat, roz­wi­jał kre­atyw­ność, malu­jąc graf­fiti w El Pal­mar. Za drobne pie­nią­dze, które zaro­bił, malu­jąc fasadę miej­sco­wego sklepu z owo­cami, kupił pierw­szy, pod­sta­wowy zestaw do tatu­ażu i zaczął ćwi­czyć na zna­jo­mych. Obec­nie za dzień pracy pobiera opłatę w wyso­ko­ści około stu tysięcy dola­rów (czyli sie­dem­dzie­się­ciu pię­ciu tysięcy fun­tów) i posiada stu­dia w Los Ange­les i Mur­cji, a wśród jego klien­tów znaj­dują się znani rape­rzy, akto­rzy i spor­towcy. Ganga wyta­tu­ował pier­ście­nie olim­pij­skie koszy­ka­rzowi LeBro­nowi Jame­sowi, wydzia­rał but Air Jor­dan na twa­rzy muzyka Chrisa Browna, a także wyta­tu­ował Posta Malone’a, gdy pio­sen­karz był pod nar­kozą, w ramach swo­jej metody „Z Gangą bez bólu”. Raper Drake był pierw­szym zna­nym klien­tem Gangi i chcąc zade­mon­stro­wać wza­jemną przy­jaźń, wyta­tu­ował tatu­aży­stę. To samo zro­bił James, tatu­ując swoje logo z koroną na wewnętrz­nej stro­nie nad­garstka Gangi. „Obłęd”, pomy­ślał sobie Kyr­gios, gdy Ganga ukoń­czył wzór Pokémona na jego ple­cach: cudowne dziecko tenisa i jeden z naj­bar­dziej zna­nych tatu­aży­stów na świe­cie pocho­dzą z tej samej wio­ski.

Jako że łączy ich wspólna prze­szłość w El Pal­mar, Ganga wyko­nał wszyst­kie tatu­aże Alca­raza, w tym te upa­mięt­nia­jące jego suk­cesy w tur­nie­jach wiel­kosz­le­mo­wych. Po wygra­niu tur­nieju wiel­kosz­le­mo­wego otrzy­muje się replikę tro­feum, którą można zabrać do domu. Alca­raz trzyma kopię pucharu US Open w sypialni, a pozo­stałe w salo­nie rodzin­nego domu, samo tro­feum mu jed­nak nie wystar­czało: chciał uwiecz­nić zwy­cię­stwa na wła­snej skó­rze. Cho­ciaż rodzice Alca­raza nie byli zbyt entu­zja­stycz­nie nasta­wieni do pomy­słu, by syn się wydzia­rał, nie pró­bo­wali go powstrzy­mać, suge­ru­jąc jedy­nie, aby nie robił tatu­aży w widocz­nych miej­scach. „Jak wszy­scy rodzice, wole­liby, żeby Car­los się nie tatu­ował, ale suge­rują tylko, że skoro już chce mieć tatu­aże, to niech będą dys­kretne”, mówi Sar­ria. Inni zna­jomi twier­dzą, że rodzi­com teni­si­sty dziarki za bar­dzo nie prze­szka­dzają, ponie­waż są małe, a ich widok przy­wo­łuje miłe wspo­mnie­nia z waż­nych tur­nie­jów, które wygrał.

Nasta­wie­nie rodzi­ców może popra­wić obiet­nica Alca­raza, że tatu­aże na oko­licz­ność tur­nie­jów wiel­kosz­le­mo­wych będzie robił tylko po pierw­szym trium­fie, a nie po każ­dym zwy­cię­stwie. Zgod­nie z suge­stią matki i ojca wybrał dość dys­kretne wzory i miej­sca na ciele; z pew­no­ścią nie ma nic na twa­rzy, jak nie­któ­rzy klienci Gangi. Na ramie­niu uwiecz­nił datę zdo­by­cia tytułu US Open 2022. W ową nie­dzielę 11 wrze­śnia 2022 roku zdo­był rów­nież punkty ran­kin­gowe, które po raz pierw­szy wynio­sły go na czo­łową pozy­cję ran­kingu. Powie­dział kie­dyś Mar­ti­nie Navrátilovej, że miał szczę­ście, bo tego samego dnia speł­niły się dwa jego marze­nia – a dzięki temu wystar­czył mu jeden tatuaż, aby je upa­mięt­nić. Nad kostką ma rów­nież tru­skawkę i datę wygra­nej na Wim­ble­do­nie w 2023 roku, a na nodze wieżę Eif­fla i datę zdo­by­cia tytułu Roland-Gar­ros w 2024 roku. Alca­raz czuje się swo­bod­nie w towa­rzy­stwie Gangi; chęt­nie zgo­dził się na sfil­mo­wa­nie, jak udaje, że tatu­uje kole­dze nad­gar­stek – tuż obok korony LeBrona Jamesa – a następ­nie opu­bli­ko­wał to w mediach spo­łecz­no­ścio­wych.

Naj­waż­niej­szym bodaj ze wszyst­kich tatu­aży Alca­raza jest ten na wewnętrz­nej stro­nie jego lewego nad­garstka, gdzie wid­nieją litery „CCC”, ozna­cza­jące cabeza, cora­zón, cojo­nes. Głowa, serce, jaja.

To dzia­dek nauczył go, że aby odnieść suk­ces na kor­cie, potrzebne są wła­śnie te trzy rze­czy – cho­ciaż, jak sam nestor póź­niej przy­znał, nie wyobra­żał sobie, że te słowa będą tak czę­sto powta­rzane i nabiorą takiego zna­cze­nia. Dzia­dek – który zaczął grać w tenisa dopiero w wieku trzy­dzie­stu lat, i to tylko rekre­acyj­nie – nie spo­dzie­wał się, że jego wnuk potrak­tuje to zda­nie tak poważ­nie. Nie ocze­ki­wał też, że Car­los odnie­sie rów­nie osza­ła­mia­jący suk­ces. Dzia­dek Alca­raza zawsze uwa­żał Car­losa za osobę bar­dzo inte­li­gentną i obda­rzoną wyjąt­ko­wym umy­słem: więc głowa była „z głowy”; widział też, że wnuk natu­ral­nie kie­ruje się ser­cem. Jeśli zaś cho­dzi o atry­buty męsko­ści, dzia­dek uży­wał cza­sami slan­go­wego słowa huevos, czyli po hisz­pań­sku „jajka”. Powie­dział mło­demu Car­lo­sowi, że należy ich uży­wać w pozy­tywny spo­sób, aby wygry­wać mecze, a nie narze­kać.

Można się pod­śmie­wać, ale jeśli odwie­dzi się El Pal­mar i poroz­ma­wia z miesz­kań­cami, mię­dzy innymi z wła­ści­cie­lem kawiarni, który dla uczcze­nia cojo­nes Alca­raza sprze­daje małe okrą­głe ciastka, łatwo pojąć, jak wiele te słowa zna­czą dla Car­losa. W prze­ciw­nym razie niby czemu miałby sobie robić taki tatuaż? I dla­czego firma Nike, która spon­so­ruje jego odzież i obu­wie, poda­ro­wa­łaby mu sper­so­na­li­zo­wane buty ozdo­bione sło­wami cabeza, cora­zón, cojo­nes oraz zło­tymi obraz­kami z mózgiem, ser­cem i pił­kami teni­so­wymi? Alca­raz jest miło­śni­kiem sne­aker­sów i kolek­cjo­ne­rem poszu­ku­ją­cym rzad­kich butów, takich jak para Nike stwo­rzona przez nie­ży­ją­cego już pro­jek­tanta mody Vir­gila Abloha, więc otrzy­ma­nie tych butów spra­wiło mu ogromną radość (mimo że w pokoju ma mało miej­sca na prze­cho­wy­wa­nie swo­jej kolek­cji).

„Car­li­tos zawsze stara się sto­so­wać tę radę w prak­tyce”, mówi Sar­ria. „Dzia­dek udzie­lił mu tej rady, gdy chło­pak był młody – pró­bo­wał nauczyć Car­li­tosa, że pod­czas gry potrzebne są cojo­nes, ale trzeba też uży­wać głowy, czyli mózgu, a także mieć moty­wa­cję do tego, co się robi, czyli wkła­dać w to serce. Bez tych trzech rze­czy nie da się osią­gnąć takiego poziomu, do jakiego się dąży. Car­li­tos kocha i podzi­wia swo­jego dziadka. Jego nauki pozo­stały w nim na zawsze”.

Jeśli Alca­raz prze­żywa trudne chwile lub mecz nie idzie po jego myśli, roz­waża to, co powie­dział mu dzia­dek. Czer­pie z tych słów inspi­ra­cję, któ­rej potrze­buje, aby zmu­sić się do jesz­cze więk­szego wysiłku. „Wnuk powi­nien słu­chać i przyj­mo­wać rady dziadka”, mówi były tre­ner spor­towca, Kiko Navarro, i wła­śnie to robi Alca­raz. „Car­li­tos bar­dzo ceni i kocha swo­jego dziadka. Jego rady doty­czące głowy, serca i jaj [wywarły na niego duży wpływ], więc kiedy Car­li­tosowi się nie układa, zawsze wraca pamię­cią do tego, co dzia­dek powie­dział”, dodaje Navarro. „Car­li­tos w każ­dym meczu stara się dać z sie­bie wszystko. Ważne jest, aby grać w tenisa z głową i oczy­wi­ście nie szczę­dzić wysił­ków na kor­cie; Car­li­tos wie o tym i tak wła­śnie robi”.

Mózg, serce i jaja – plus kró­lo­wie, kró­lowe i pionki. Lek­cje życia, któ­rych udzie­lał Alca­ra­zowi dzia­dek, obej­mo­wały rów­nież wpro­wa­dze­nie Car­li­tosa w świat sza­chów (na długo przed tym, nim serial Gam­bit kró­lo­wej wylan­so­wał modę na sza­chy). Ile­kroć Alca­raz wygrał par­tię, dzia­dek nagra­dzał go torebką sło­dy­czy. Teni­si­sta poko­chał sza­chy i nawet na tourze na­dal gra w nie tak czę­sto, jak tylko może, a także przy­naj­mniej raz publicz­nie na Plaza de Las Flo­res w Mur­cji prze­ciwko pew­nemu star­szemu panu z miej­sco­wego klubu sza­cho­wego. Dzia­dek Alca­raza uwa­żał, że sza­chy pomogą Car­lo­sowi upo­rząd­ko­wać myśli. Alca­raz dostrzega podo­bień­stwa mię­dzy sza­chow­nicą a kor­tem teni­so­wym – koniecz­ność cią­głej kon­cen­tra­cji, świa­do­mość, że chwila nie­uwagi może kosz­to­wać zwy­cię­stwo, oraz nacisk na myśle­nie stra­te­giczne, na próbę zro­zu­mie­nia pla­nów prze­ciw­nika i pla­no­wa­nie ruchów, które nastrę­czą mu trud­no­ści. Sza­chy wyostrzają i uspraw­niają umysł Alca­raza. Dzia­dek zbiera arty­kuły o Car­li­to­sie do albumu z wycin­kami. Nie prze­szka­dza mu też, że musi wsta­wać bar­dzo wcze­śnie, aby oglą­dać swo­jego wnuka, bo ran­kiem nie pra­cuje.

Dziad­ko­wie Alca­raza ukształ­to­wali jego spo­sób postrze­ga­nia świata, a także wpły­nęli na to, co zabiera ze sobą na tur­nieje – torba na rakiety, którą bie­rze na kort, zawiera obrazki z la Vir­gen de la Fuen­santa, patronką Mur­cji, poda­ro­wane mu przez bab­cię.

Rozdział 2

2

Były Mister Mur­cia, zwy­cięzca lokal­nego kon­kursu pięk­no­ści, uspo­koił rodzinę Car­losa Alca­raza. Odniósł się do ich obaw, że choć Car­li­tos jest uzdol­niony, może nie mieć przy­szło­ści w teni­sie. Kiedy Alca­raz miał osiem lat i na kor­cie prze­ja­wiał obie­cu­jący talent, poja­wiły się wąt­pli­wo­ści, czy chło­piec uro­śnie na tyle, aby zostać pro­fe­sjo­nal­nym teni­si­stą. Jego ojciec nie jest prze­cież zbyt wysoki, a przy­szłość spor­towca w dużej mie­rze zależy od genów prze­ka­za­nych przez rodzi­ców.

Teni­si­sta może w kalej­do­sko­pie prze­ta­so­wy­wać ide­alne ude­rze­nia, ale jeśli jest niskiego wzro­stu, zbyt wiele nie osią­gnie. Nawet bez­kre­sna kre­atyw­ność na kor­cie ma swoje ogra­ni­cze­nia, jeśli bra­kuje odpo­wied­nich cen­ty­me­trów. Ojciec Alca­raza i jego ówcze­sny tre­ner Kiko Navarro zabrali Car­losa na spo­tka­nie z byłym zwy­cięzcą kon­kursu pięk­no­ści Juanjo Lópe­zem, który był już wów­czas leka­rzem (jak napi­sał w swo­jej książce samo­po­mo­co­wej Hábitos para ser el Número 1, cho­ciaż nie bał się patrzeć w lustro, wie­dział, że „żaden z niego Brad Pitt”, a przez pewien czas po kon­kur­sie mil­czał na ten temat, bo się wsty­dził i bał, że inni mogą mieć wobec niego uprze­dze­nia). Wyko­nano zdję­cie rent­ge­now­skie nad­garstka Alca­raza. Bada­jąc kości nad­garstka chłopca i bio­rąc pod uwagę wzrost ojca, López potra­fił osza­co­wać, ile cen­ty­me­trów osią­gnie Car­los jako doro­sły męż­czy­zna.

„Tro­chę się mar­twi­li­śmy o posturę Car­li­tosa, bo jego ojciec nie jest zbyt wysoki, cho­ciaż matka ow­szem”, wspo­mina Navarro. Tre­ner wie­dział, podob­nie jak wszy­scy w oto­cze­niu Alca­raza, że „wzrost jest obec­nie bar­dzo ważny w teni­sie”, zwłasz­cza pod­czas ser­wo­wa­nia. López, zago­rzały teni­si­sta ama­tor, nie­gdyś czło­nek klubu w El Pal­mar, dodał im nieco otu­chy. Wszy­scy poczuli się nieco spo­koj­niejsi, wspo­mina Navarro, kiedy López powie­dział, że według naj­bar­dziej opty­mi­stycz­nych pro­gnoz Alca­raz osią­gnie metr i osiem­dzie­siąt dwa cen­ty­me­try. Nie uśmie­rzyło to jed­nak wszyst­kich obaw. Nie­któ­rzy z oto­cze­nia chło­paka uwa­żali, że jeśli fak­tycz­nie tak się wyda­rzy, to źle nie będzie, ale czy okaże się wystar­cza­jąco wysoki, aby pora­dzić sobie z wyż­szymi prze­ciw­ni­kami w pro­fe­sjo­nal­nym cyklu?

Sza­cunki Lópeza były bar­dzo zbli­żone do osta­tecz­nego wzro­stu Alca­raza: teni­si­sta prze­rósł ocze­ki­wa­nia leka­rza o cen­ty­metr. Według Navarro ojciec Alca­raza chciałby, aby jego syn był nieco wyż­szy – jed­nak przy wzro­ście stu osiem­dzie­się­ciu trzech cen­ty­metrów Car­los jest tylko nie­znacz­nie niż­szy od Rafy Nadala i Rogera Fede­rera (obaj mie­rzą po sto osiem­dzie­siąt pięć cen­ty­metrów), a także Novaka Djo­ko­vi­cia (sto osiem­dzie­siąt osiem cen­ty­metrów). Alca­raz ma rów­nież sto­sun­kowo dłu­gie ramiona, co pozwala mu ude­rzać piłki z dużą siłą. Mimo że zdo­był kilka tytu­łów wiel­kosz­le­mo­wych, wzrost Car­losa na­dal jest tema­tem dys­ku­sji. John McEn­roe nazwał Alca­raza naj­więk­szym talen­tem, jaki widział w ciągu ostat­nich dwu­dzie­stu lat, i przy­znał, że oglą­da­nie go spra­wia mu wielką przy­jem­ność, ale mar­twi się, że potężni, przy­tła­cza­jący prze­ciw­nicy ser­wu­jący piłki szybko i z wyso­kim odbi­ciem „dopro­wa­dzą go do szału”.

Zapraszamy do zakupu pełnej wersji książki